Rozdział 1
W ZAMKNIĘCIU
W bliżej nieokreślonym miejscu, 6 kwietnia 2023
Przez umieszczone wysoko, niemal pod sufitem, nieprzesłonięte niczym okienko wolno sączyło się światło świtu.
Dotychczas nigdy nie widziała narodzin dnia. Obserwowała z fascynacją, jak ze słabnącej ciemności nocy wyłaniały się ciemniejsze kształty, początkowo w ogóle nieprzypominające mebli. Ten pod ścianą, podłużny i niski, wyglądał jak jakieś duże, leżące zwierzę. Może pantera? Stojący obok niego, wysoki i zwalisty, z pewnością jest niedźwiedziem, a nie zwykłą dwudrzwiową szafą, podobnie jak nocny stolik tak naprawdę jest misiem koala. Na środku niedużego pokoju przyczaił się pies, tylko przez przypadek wzięty za okolicznościowy stolik, podłużny puf zaś wcale nie jest pufem. To kot z wygiętym w kabłąk grzbietem.
Zabawiała się tak do czasu, gdy światło wygrało walkę z mrokiem i wygoniło go z każdego kąta. Wtedy wróciła do prawdziwego świata. Oczy wypełniły się łzami, drobnym ciałem wstrząsnął bezgłośny szloch. Opadła na panterę, będącą teraz już tylko tapczanem, i wpatrywała się tępo w drzwi, które wcale nie były drzwiami, a jedynie dającą złudną nadzieję atrapą. Ktoś musiał je zamurować, kiedy spała, bo jak inaczej by się tu znalazła?
Z wcześniejszych zdarzeń pamiętała niewiele. Zatrzymujący się przy krawężniku samochód, czyjś głos pytający o drogę, szarpnięcie za rękę i śmierdząca jakimś medycznym świństwem szmata przytknięta do ust tak mocno, że mimo szarpania się musiała wciągnąć w płuca przesycone owym smrodem powietrze... Potem nie było już nic aż do momentu, gdy otworzywszy oczy, przekonała się, że leży w ciemnościach na wąskim tapczanie w pomieszczeniu z pewnością niebędącym jej pokojem. A kiedy odnalazła włącznik światła, zobaczyła obce, surowo urządzone wnętrze.
Nie zastanawiała się nad tym, gdzie jest. Zlekceważyła zawroty głowy i pragnienie tak wielkie, że język kleił się do podniebienia. Przytrzymując się ściany, krok za krokiem szła w stronę drzwi, pewna, że za nimi zobaczy dobrze znany widok swojego domu. I mamę, która powie, że to był tylko żart mający uświadomić córce, co może się zdarzyć, jeśli nie zachowa ostrożności w kontaktach z nieznajomymi.
Już nie będę, mamo - pomyślała, czując wyrzuty sumienia z powodu wczorajszego kłamstwa. Przy bliższym poznaniu chłopak okazał się prymitywny i nieciekawy, niewart, by dla spotkania z nim oszukiwała matkę.
Wreszcie dotarła do drzwi, otworzyła je na całą szerokość i zamarła, niezdolna do żadnego ruchu. Za nimi nie było nic. Nic prócz muru z nieotynkowanych cegieł.
Na ten widok dostała najprawdziwszego ataku histerii, choć zawsze uważała się za opanowaną, niepoddającą się emocjom. Szlochała głośno i krzyczała, by ją uwolniono. Na próżno. Wtedy przeszła do czynów i tak długo tłukła pięściami w ceglany mur, aż knykcie spłynęły krwią, a ból stał się nie do zniesienia. Zmieniła więc strategię i wymierzyła mu kilka kopniaków, lecz to również nie przyniosło żadnych efektów.
Zrozumiała, że nie ma szans na odzyskanie wolności. Ponownie rozejrzała się po pokoju i dopiero wtedy zauważyła na stoliku butelkę wody mineralnej. Doskoczyła do niej w dwóch susach, otworzyła i przytknęła do wyschniętych, spękanych warg. Piła tak łapczywie, że aż się zakrztusiła i bąbelki poszły jej nosem.
Gdy kaszlała spazmatycznie, przyszło jej na myśl, że woda może być zatruta lub zawierać jakiś narkotyk czy środek nasenny. Mimo to nie umiała się powstrzymać, pragnienie było zbyt wielkie. Ponownie uniosła butelkę do ust, a z każdym łykiem wracała jasność myśli, pozwalająca spokojnie przeanalizować sytuację.
Doszła do wniosku, że jej wcześniejszy wybuch był całkiem bezsensowny. Jest noc, więc ten, kto ją uwięził, na pewno śpi, a w takim razie jej krzyki nie mogły do niego dotrzeć. Niepotrzebnie straciła energię, zamiast zostawić ją na czas, gdy nadarzy się okazja do ucieczki. Porywacz chyba nie zamierzał jej zabić, skoro zadbał, by nie umarła z pragnienia. W każdym razie nie zabije mnie od razu - skonkludowała w duchu. Nie była to wielka pociecha, a jednak poczuła się raźniej na tyle, by zaplanować dalsze posunięcia.
Musi w nocy spać, przynajmniej do czasu, gdy nadejdzie sposobna chwila. Sen regeneruje siły, a te będą jej potrzebne. Powinna zachowywać się potulnie, udawać zbyt wystraszoną, by móc myśleć o jakimkolwiek sprzeciwie. Odczekać, aż zyska pewność, że porywacz kupił ten wizerunek, i dopiero wtedy podjąć próbę ucieczki. Bo coś jej mówiło, że będzie miała tylko tę jedną szansę - i nie zamierzała jej zaprzepaścić.
Pokrzepiona obmyśloną strategią, zgasiła światło i wróciła na tapczan, pewna, że kłębiące się w niej emocje nie pozwolą zmrużyć oka. A jednak zasnęła z chwilą, gdy przyłożyła głowę do poduszki. Obudziła się dopiero z nadejściem przedświtu i dopóki nie zrobiło się jasno, mogła udawać, że to wszystko wcale się nie wydarzyło.
Ale teraz, w dziennym świetle, rzeczywistość wygrała z wyobraźnią. Stworzone w myślach obrazy zniknęły, a zaplanowane w nocy posunięcia nie wydawały się już tak doskonałe. Przeciwnie, uznała je za kompletnie bezsensowne. Jak mogła marzyć o wydostaniu się stąd? Przecież jedyne wyjście zostało zamurowane, a ona nie miała takiej supermocy jak jedna z bohaterek X-menów, która potrafiła przechodzić przez ściany.
Wody w butelce wystarczyło zaledwie na trzy nędzne łyki. Wypiła ją chciwie, doszła bowiem do wniosku, że oszczędzanie nie ma sensu. Jeżeli nie znajdzie się wybawca, który rozwali mur, ta resztka niczego nie zmieni.
Umrę tutaj - pomyślała, opadając z powrotem na poduszkę. Przepraszam, mamo...
Nie miała pojęcia, jak długo leżała zwinięta w kłębek, pogrążona w użalaniu się nad sobą do tego stopnia, że nie docierały do niej żadne zewnętrzne bodźce. W tym czasie słońce zdążyło zmienić swoje położenie. Teraz świeciło jej prosto w twarz i dopiero to wywołało jej reakcję. Mrużąc oczy przed promieniami, usiadła na tapczanie i nieco na oślep sięgnęła po butelkę w nadziei, że zostało w niej bodaj kilka kropel.
Dłoń natrafiła na coś gorącego. To było tak niespodziewane, że nie zdołała powstrzymać okrzyku zdumienia i zarazem przestrachu. Potem krzyknęła ponownie, gdy usłyszała dziwny dźwięk. Przetarła wierzchem dłoni załzawione oczy i zmieniła pozycję, chcąc uniknąć utrudniających widzenie promieni słonecznych. Wtedy go zobaczyła.
Siedział pod ścianą na krześle, którego wcześniej tutaj nie było, i gulgotał nieprzyjemnie. Najwyraźniej był rozbawiony jej reakcją, gdyż domyśliła się, że ów odgłos jest śmiechem.
- Zjedz śniadanie. - Wskazał dłonią stolik. - Potem porozmawiamy.
Zerknąwszy z ukosa, dziewczyna zauważyła zmianę. Pusta butelka zniknęła, pojawiły się natomiast trzy pełne. To gorące, czego dotknęła, okazało się kubkiem herbaty, obok niego zaś stał talerzyk z kanapkami. Wyglądały bardzo apetycznie, a ona czuła zbyt wielki głód, by poprzez odmowę zademonstrować swój sprzeciw.
Porywacz zdawał się nie zwracać na nią uwagi, toteż jedząc, obserwowała go ukradkiem. Liczyła, że odkryje coś, co później ułatwi jej identyfikację, jednakże pobieżny ogląd nie przyniósł żadnych rezultatów. Obszerny, jakby nadmuchany ubiór nie pozwalał rozpoznać kształtów, przylegająca ściśle do głowy kominiarka zasłaniała włosy i twarz, a lustrzane okulary kształt i kolor oczu. Dodatkowo dolną część twarzy zakrywała maseczka. Musiała mieć wbudowany modulator głosu, nie sposób bowiem było po tych gulgoczących dźwiękach ustalić, czy wydobywały się z ust mężczyzny, czy kobiety.
- Nie podoba mi się twoje imię. A tobie?
Zaskoczona dziwacznym w jej opinii pytaniem odpowiedziała automatycznie:
- Niezbyt, ale bywają gorsze. - Wzruszyła ramionami. Potem postanowiła skorzystać z okazji i dowiedzieć się czegoś o porywaczu. - A ty jak masz na imię?
Miała nadzieję, że dzięki temu pozna przynajmniej jego płeć, lecz siedzące pod ścianą Ono, bo tak w myślach owo nie wiadomo co ochrzciła, tylko prychnęło. Zapadła cisza, którą Ono ponownie przerwało.
- Spryciula z ciebie, ale nic z tego. Możesz nazywać mnie Belfrem, bo jestem kimś w rodzaju nauczyciela. To jak? Wymyślisz sobie imię czy ja mam to zrobić?
Nie chciała, by Ono nazwało ją według swojego gustu. Nie miało prawa, to mogli zrobić tylko rodzice, nie ten uzurpator!
- Możesz mówić do mnie Erna - odrzekła, wspomniawszy nielubianą koleżankę, obdarzoną takim imieniem.
- Od czego pochodzi to zdrobnienie? - zainteresowało się Ono, a ona wyjaśniła grzecznie, choć niechętnie:
- Od Ernestyny.
Nie dodała, że wybrała to imię, bo uważała je za wyjątkowo brzydkie, a nie zamierzała kalać ładnego kontaktem z Onym. Na szczęście Belfer nie dociekał powodów jej wyboru. Wstał i podszedł do stolika.
- Włóż naczynia do pojemnika. Jest pod stołem.
Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, a faktycznie znajdował się tam kosz piknikowy z materiału. W milczeniu wypełniła polecenie i mimo że cały czas czuła na sobie wzrok Belfra, nie zadrżały jej ręce, gdy układała naczynia w koszu.
Zorientowała się, że ma zamiar ją opuścić, i czym prędzej go powstrzymała. Wprawdzie przyrzekła sobie o nic nie pytać, by nie dać Onemu satysfakcji, ale teraz uznała, że musi, inaczej dojdzie do kompromitującego wypadku.
- Masz zamiar mnie tu więzić? - Belfer odpowiedział skinieniem, mówiła więc dalej: - W takim razie trzeba było pomyśleć o toi toiu.
Wydał z siebie ów nieprzyjemny dźwięk mający być śmiechem i odstawiwszy kosz, podszedł do ściany. Przyłożył dłoń w miejscu, gdzie obok szafy na szarej tapecie odznaczał się bordowy prostokąt, a wtedy ściana zniknęła i oczom uwięzionej dziewczyny ukazała się w pełni wyposażona łazienka.
- Widocznie dawka była trochę za duża i dalej byłaś na haju, dlatego nie zapamiętałaś - stwierdziło Ono. - Musisz wdusić tę płytkę, a drzwi się przesuną. Tak samo te tutaj. - Wskazało drugi bordowy prostokąt. - Teraz nie mam czasu, żeby ponownie ci to wszystko pokazać. Wrócę na obiad, wtedy sobie porozmawiamy.
Belfer podszedł do drzwi, otworzył je i przytknął dłoń do jednej z cegieł. Tutaj także ściana przesunęła się w bok. Gdy tylko wyszedł, nie tylko ona wróciła na swoje miejsce, ale również skrzydło drzwiowe powoli zaczęło się przymykać, aż wreszcie klamka przeskoczyła z cichym trzaskiem, a mur znowu wyglądał na monolit nie do ruszenia.
Dziewczyna odczekała jakiś czas, po czym podbiegła ku bordowemu prostokątowi. Owszem, korciło ją, by sprawdzić, co znajduje się za drugimi drzwiami, ale potrzeba skorzystania z toalety była pilniejsza. Siedząc na sedesie, lustrowała wzrokiem pomieszczenie. Umywalka nie przyciągnęła jej uwagi, podobnie jak obszerna kabina. Prysznic jak prysznic, tyle że duży, nie było czym się ekscytować.
Za to na widok wanny z hydromasażem zaświeciły jej się oczy. Tak chętnie zanurzyłaby się w gorącej wodzie, pachnącej brzoskwiniowym płynem do kąpieli (zauważyła taki na półeczce nad wanną i zapragnęła wypróbować), ale nie wyobrażała sobie, że miałaby włożyć później to samo ubranie, które nosiła od wczoraj. Że też Ono nie pomyślało przynajmniej o bieliźnie na zmianę - pomyślała ze złością.
Ale zaraz! Przecież w pokoju stała szafa. Dla ozdoby? Czy może jej wnętrze kryje dającą się wykorzystać zawartość? Czym prędzej tam pobiegła i już po chwili stała przed wypełnionym odzieżą meblem. W innym przypadku pewnie skakałaby z radości na widok nowiutkich markowych bluzek i rzuciłaby się do przymierzania, ale nie tutaj. Najchętniej w ogóle nie tknęłaby tych ubrań, nie miała jednak wyjścia.
Wyjęła pierwsze z brzegu dżinsy i koszulkę, potem schyliła się i wysunęła szufladę, spodziewając się zobaczyć tam bieliznę. Zabrała zapakowany fabrycznie komplet, myśląc przy tym, że w jej przypadku stanik jest właściwie całkiem zbędny. Podobna konstatacja zawsze dotąd wprawiała ją w zły humor, lecz teraz stwierdziła, że mankamenty własnego wyglądu przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Kto by się przejmował brakiem biustu, kiedy należało myśleć o wydostaniu się z zamknięcia?
Kąpiel okazała się cudowna, po prostu boska. Odświeżona, w czystych ubraniach, dziewczyna poczuła, że ma dość sił na zmierzenie się z prawdą. Zamknęła drzwi do łazienki i wdusiła drugi bordowy prostokąt. Ono nie skłamało, rzeczywiście tutaj także fragment ściany bezszelestnie się przesunął i dziewczyna zobaczyła coś na kształt gabinetu. Całą jedną ścianę zajmował wypełniony książkami regał, pod przeciwległą umieszczono dwa fotele, stolik i lampę do czytania. Pod oknem natomiast stały biurko i dostawione do niego obrotowe krzesło.
Wszystko to wyglądało bardzo zachęcająco, a jednak w dziewczynie wzbudziło tylko niechęć. Naprawdę Belfer myślał, że ją tym kupi? Że ten pokoik jak z reklamy jest w stanie zastąpić jej dom? W takim razie czeka go niemiła niespodzianka.
Ze złością uderzyła bordowy panel i nie poświęciwszy już ani spojrzenia gabinetowi, przygotowanemu najwyraźniej specjalnie dla niej, podeszła do zamurowanych drzwi. Otworzyła je i przystanęła przed ceglaną ścianą, przyglądając jej się uważnie. Tutaj nie widziała żadnego odznaczającego się prostokąta, mechanizm musiało uruchamiać dotkniecie którejś z cegieł. Której? Niestety nie miała pojęcia.
Najpierw spróbowała na chybił trafił, kierując się wzrostem Belfra. Naciskała cegły w miejscach, gdzie mogły dotykać ich jego dłonie, a po kilku nieudanych podejściach zabrała się do tego inaczej. Kolejno obmacywała rude prostokąty, począwszy od samej góry, aż do miejsca, gdzie według jej obliczeń powinien znajdować się pas porywacza. Nie pamiętała, której z cegieł dotknął Belfer, i teraz wyrzucała sobie nieuwagę. Była natomiast pewna, że miał uniesioną rękę, zatem dolną część muru mogła sobie darować. Ale ta wiedza w niczym jej nie pomogła, bo żadna z cegieł nie przesunęła ściany.
- Nie po to cię tu zamknięto, żeby pozwolić ci uciec, ty tępa krowo! - mruknęła, kierując ku sobie cały gniew.
Domyśliła się, że ten konkretny panel musi być w jakiś sposób zabezpieczony przed nieautoryzowanym uruchomieniem. Może reagował na odciski linii papilarnych bądź włączało go użycie jakiegoś szyfru, na przykład przebiegnięcie po nim palcami jak po klawiszach fortepianu lub wystukanie nieznanej jej sekwencji. Albo dotknięcie w kilku wybranych miejscach...
Kombinacji było zbyt wiele i dziewczyna w końcu zrezygnowała, niemniej nie oznaczało to kapitulacji. Porywacz obiecał wrócić z obiadem, co świadczyło, że nie zamierzał jej głodzić. Będzie musiał pojawiać się tutaj z posiłkami, zatem prędzej czy później znajdzie się okazja, by podejrzeć jego poczynania przy ceglanym murze. Powinna uzbroić się w cierpliwość i czekać sposobnej chwili, a wtedy na pewno się uda.