Spotykali się na cmentarzu codziennie o północy. Nie celowo, w każdym razie nie do końca, ale i nie zupełnym przypadkiem. Regulamin uniwersytetu zabraniał palenia w odległości mniejszej niż trzydzieści metrów od któregokolwiek z budynków na kampusie, a po zachodniej stronie, tam, gdzie granice między szkołą medyczną i resztą świata najbardziej się zacierały, jedynym miejscem, w którym mógł przystanąć marzący o papierosie człowiek, był zapuszczony cmentarz za kościołem Świętego Antoniego Anachorety.
Czas i nastoletni wandale rozprawili się z nazwiskami na większości nagrobków. Sam kościół był zabity deskami i tak zarośnięty bluszczem, mchem oraz pleśnią, że zdecydowanie mógłby się obyć bez przytwierdzonej do drzwi tablicy z napisem UWAGA, NIEBEZPIECZEŃSTWO. Odkąd trafił do miejscowego rejestru zabytków, nie groziły mu kule wyburzeniowe ani buldożery, które zrównały z ziemią wszystko na południe od Azalea Street, żeby zrobić miejsce dla jeszcze większej liczby pacjentów, parkingów, sklepów z upominkami i stołówek. Podczas gdy szkoła medyczna się rozrastała, kościół Świętego Antoniego się kurczył, cegła po cegle, belka po belce. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pętałby się w jego długim cieniu w środku nocy, ale też w obecnych czasach nikt przy zdrowych zmysłach nie palił.
Tak powtarzała sobie Edie Wu, wlekąc się przez kampus po wyjściu z redakcji "Belltower Times". Zawsze ostatnia kończyła pracę - jako naczelna czuła się niczym kapitan gotów przywiązać się do masztu statku i pójść na dno razem z nim - a od niedawna właściwie nie tyle kończyła, ile robiła sobie pięć minut wolnego. Szła na krótką przerwę. Na spacer. Powtarzała sobie, że jeden papieros nocą to nie nałóg, lecz sposób na opanowanie zdenerwowania, kiedy była, powiedzmy, zdenerwowana. A kiedy nie była? Owszem, pracowała w studenckiej gazecie, ale takiej, którą sześć razy nagrodzono The National Pacemaker Award i która docierała do dziesięciu tysięcy czytelników. Poprzednik Edie zrobił dyplom i przeszedł do "Nation", jednak nadal rzucał długi cień na jej biurko. Czasem nocami marzyła o nagłej katastrofie, żeby mieć szansę się wybić na dobrym temacie, przez co rano czuła się jeszcze gorzej, bo dobrego tematu jak nie było, tak nie było, za to jej sumienie otrzymywało kolejny cios.
Guz stanowił większy problem. Odkąd się objawił dwa tygodnie temu, wszystko wydawało się straszliwie, przerażająco pilne. Edie owinęła się szczelniej płaszczem i pośpieszyła w kierunku zrujnowanego cienia kościoła Świętego Antoniego Anachorety, kamienistej czerni arogancko zasłaniającej chorobliwie blady sierp księżyca.
Dyszała i sapała, kiedy w końcu się wspięła na wzgórze i wśliznęła przez furtkę, której już nie dało się porządnie zamknąć. Podobnie jak tablica UWAGA, NIEBEZPIECZEŃSTWO była zbędna. Nikt nie chciał się kulić po północy na zapuszczonym cmentarzu, jedynym dostępnym miejscu, w którym można zapalić. A mimo to się kulili. Łatwiej cierpieć w towarzystwie - i przy okazji zawierać nietypowe znajomości.
Dwoje pozostałych już tam było, rozpoznała ich po cieniach. Tuck, przygarbiony, z rękami w kieszeniach, zawsze przychodził przed innymi. Obok stała Hannah, która przy pierwszym szeleście jesieni wkładała kaptur i nie ściągała go aż do maja. O dziwo, nie rozmawiali ze sobą, tylko patrzyli na ziemię niczym imitacje cmentarnych kamiennych aniołów. Brakowało im jedynie pustych, nieruchomych oczu i płatów porostów. Słysząc odgłos kroków Edie w pobliżu obelisku Drewalta, oboje podnieśli wzrok, ona zaś go opuściła i dostrzegła, że wcześniej gapili się na dół w ziemi.
Teraz Edie też się na niego gapiła.
- Co to, kurwa, jest?
Hannah zaciągnęła się głęboko.
- A jak, kurwa, myślisz?
Kaptur rzucał cień na jej wąską twarz i zaciemniał oczy. Edie lubiła Hannah najmniej ze wszystkich anachoretów. Odwróciła się do Tucka, który już szukał następnego papierosa.
- Na mnie nie patrz - powiedział. - Nic nie wiem.
- Wczorajszej nocy go tu nie było - zauważyła Edie.
- Co ty powiesz! - Dym wypływał przez otwarte usta Hannah. Uniosła stopę i trąciła czubek niewielkiego kopca usypanego obok dołu.
Edie zajrzała w ciemność. Omszałe, sękate korzenie wystawały z wilgotnej ziemi, zasnutej białymi nitkami grzybni.
- Kto wyszedł stąd ostatni?
- Zapytaj proboszcza. - Hannah szyderczo złożyła dłonie jak do modlitwy i ukłoniła się Tuckowi.
Ścisnął papierosa wargami.
- Ja - odparł.
Tak naprawdę nie był proboszczem, ale jak najbardziej mógłby nim być. Zawsze pojawiał się tu pierwszy i odchodził ostatni. Edie zastanawiała się czasem, czego próbował uniknąć. Ostatnio miała problemy z zapanowaniem nad wścibstwem. Guz pulsował, jakby za karę, tak jak teraz, kiedy dziennikarska ambicja przysłoniła jej wszystko inne. Edie wiedziała, że pewnie to sobie wmawia, ale - podobnie jak statystyki, według których istniało spore prawdopodobieństwo, że Guz nie jest złośliwy - wcale jej to nie pocieszało.
- Widziałeś coś dziwnego?
- Jesteś tu pierwszy raz? - zapytała Hannah. - Wszystko tutaj jest dziwne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki