Chyba za nami nie traficie - Jacek Milewski

-
Proszę czekać

Konopnicki i inni

- ...i od­rą­ba­li jej gło­wę. Gdy ze zgrzy­tem spa­da­ła na tra­wę, trza­snę­ło coś w pniach ro­sną­cych obok to­po­li, a ulicz­ne lam­py przy­ga­sły na mo­ment... O! - Zoga zer­k­nął na ży­ran­dol. - Tak jak te­raz tu­taj. - Zna­czą­co chrząk­nął, po­ki­wał gło­wą i ro­zej­rzał się po twa­rzach słu­cha­czy. Za­wie­si­stą ci­szę prze­rwa­ła drżą­cym gło­sem Lu­nia:

- Ale jak to, wuj­ku?

- Co?

- Jak trza­snę­ło w pniach?

- Skąd mi wie­dzieć? - Wzru­szył ra­mio­na­mi. - Nie by­łem przy tym prze­cież. Ale tak mó­wią.

- Kto?

- Lu­dzie.

- Jacy lu­dzie? Ci, co wi­dzie­li? - do­py­ty­wa­ła Lu­nia

Zoga łyp­nął na nią złym okiem.

- Aj ci­cho! - ode­zwa­ła się Śu­tra. - Dy­na­li ćhaj! De ka­ke­ske ra­ki­reł!1 I co da­lej było, wuj­ku? - zwró­ci­ła się do Zogi. - Opo­wia­daj­cie.

- Taa... Hm, hm. - Zoga zer­k­nął gdzieś w su­fit i po­tarł pod­bró­dek. - Rano zna­leź­li tę gło­wę. I do­pie­ro się za­czę­ło: po­li­cja, ra­dio, te­le­wi­zja...

- Dew­ła!2 - jęk­nę­ła Śu­tra. - Te­le­wi­zja!

- A co my­śli­cie? Oni jak te sępy...

- Sępy?

- Ta­kie pta­szy­ska, co ścier­wo na ki­lo­metr wy­czu­ją. Albo i na dwa - wy­ja­śnił Zoga. - Bo oni tru­pa­mi się ży­wią.

- Tru­pa­mi? Tfu! Żeby ich po­ła­ma­ło!

- Ci­cho, ci­cho! I co da­lej?

- No, za­czę­li spra­wę wy­ja­śniać. Jak mó­wi­łem: po­li­cja, ra­dio, te­le­wi­zja...

- A po­go­to­wie? - za­cie­ka­wił się Glo­no, drze­mią­cy do tej pory z gło­wą opar­tą o piec.

- Po­go­to­wie? - Zoga roz­ło­żył ręce. - A po co?

- Do tej gło­wy. Prze­cież le­kaz po­wi­nien zo­ba­czyć.

- Le­karz? - Zoga puk­nął się w czo­ło. - Po­mnik miał oglą­dać?

- Jaki po­mnik?

- Oj, Glo­no! Ma­rii Ko­nop­nic­kiej. - Zoga po­ki­wał gło­wą z po­li­to­wa­niem. - To prze­cież po­mni­ko­wi w par­ku od­rą­ba­li gło­wę!

- He - rzekł Glo­no zmie­sza­ny i wzru­szył ra­mio­na­mi w od­po­wie­dzi na kłu­ją­ce kpi­ną uśmie­chy. Spoj­rzał na Zogę prze­pra­sza­ją­co i za­py­tał: - A kim ona była, kako3? Że jej po­mnik po­sta­wi­li?

- Wier­sze pi­sa­ła.

- Wier­sze... O Cy­ga­nach też?

- Na dźi­naw.4 - Zoga wzru­szył ra­mio­na­mi. - O kra­sno­lud­kach prze­waż­nie. I o sie­rot­ce Ma­ry­si.

- A, to o so­bie, zna­czy? Bo Ma­ry­sia to od Ma­rii prze­cież.

- Może i tak - za­sta­no­wił się Zoga. - Cięż­kie ży­cie mia­ła po­dob­no. Jak ta sie­ro­ta.

- I chło­pa za­zdro­śli­we­go stra­śnie - wtrą­ci­ła Śu­tra i za­strze­gła: - Po­dob­no.

- Wła­śnie... - Zoga zmarsz­czył brwi. - Słu­chaj­cie, co było. Ci, co ten po­mnik znisz­czy­li, gów­nia­rze ja­cyś, dla za­ba­wy to zro­bi­li.

- Jak moż­na ta­kie rze­czy?

- Ano wi­dzi­cie. Pi­ja­ni może byli, a może po pro­stu głu­po­ta ich na­szła...

- A może zły duch opę­tał?

- Może... A dwa dni póź­niej po­li­cja ich na­mie­rzy­ła.

- Na­sza po­li­cja? - zdzi­wił się Ka­pra­lo.

- Tak jest - po­twier­dził Zoga. - Cho­ciaż wie­cie, jacy są nasi po­li­cjan­ci. Cy­gan­kę bied­ną ła­pać, co kur­kę za­wi­nie, o, to jest ro­bo­ta dla nich!

- Albo sło­nin­ki ka­wa­łek! - wy­rwa­ła się Fe­lu­sia. - Czy zbo­ża wo­re­czek...

- Aha. A jak spra­wa po­waż­niej­sza, a jesz­cze ga­dźow­ska5, to ech... - Zoga ze znie­chę­ce­niem mach­nął ręką.

- Uwa, uwa! Miś­to phen­den!6 - roz­le­gło się w po­ko­ju.

- No, ale trze­ba jed­nak przy­znać - Zoga ge­stem dło­ni uci­szył słu­cha­czy - na­mie­rzy­li ich, ale te smar­ki coś wy­czu­li, że psy za­sadz­kę szy­ku­ją, wsie­dli na mo­tor i w dłu­gą. Po-oszli!

- O masz!

- Ale, ale! - Zoga za­śmiał się po­nu­ro. - Da­le­ko nie uje­cha­li. Wy­rwa­li na tyl­nym kole, ale śli­sko było po desz­czu, majt­nę­ło ich za­raz na za­krę­cie i cen­tral­nie wy­rżnę­li w drze­wo. W to­po­lę! I co po­wie­cie? - Ro­zej­rzał się, ki­wa­jąc cięż­ko gło­wą. - Dwa tru­py na miej­scu!

Ktoś jęk­nął, ktoś prze­że­gnał się gło­śno. Zoga łyk­nął her­ba­ty i zaj­rzał w oczy słu­cha­czom, któ­rzy w na­pię­ciu pa­trzy­li na jego usta.

- Jak li­ście z drze­wa opa­dły - szep­nął - psy usły­sze­li... - za­wie­sił głos - coś dziw­ne­go oni usły­sze­li.

- Mów­cie, wuj­ku, mów­cie!

- Usły­sze­li śmiech, Ro­ma­łe. Strasz­ny, dzi­ki, chra­pli­wy śmiech.

- Dew­ła, śmiech! - Fe­lu­sia pod­nio­sła dłoń do ust. - A kto mógł się śmiać z cze­goś ta­kie­go?

- Na wzgó­rzu, nie­da­le­ko, a wie­czór już był póź­ny, noc pra­wie... - wy­chry­piał Zoga. - Na tym wzgó­rzu otóż sta­ła ja­kaś po­stać. W pe­le­ry­nę czar­ną, w płaszcz dłu­gi, zna­czy, owi­nię­ta. W wy­so­kim ka­pe­lu­szu. I stam­tąd ten śmiech do­bie­gał. Trzech po­li­cjan­tów na­tych­miast tam po­bie­gło. Wy­cią­gnę­li pi­sto­le­ty i jak nie za­czną krzy­czeć: "Stój, skur­wy­sy­nu, stój!".

- Stój, bo będę strze­lał! Tak oni krzy­czą - wtrą­cił fa­cho­wo Glo­no.

- Tak wła­śnie krzy­cze­li - zgo­dził się Zoga. - A on śmiał się jesz­cze gło­śniej i strasz­niej, a gdy do­bie­gli, to się roz­pły­nął! Jak­by był chmu­rą, ka­wał­kiem dymu, co...

- Co się roz­wie­wa! - do­po­wie­dzia­ła prze­ję­ta Fe­lu­sia.

- Aha... - Zoga przy­mknął oczy. - Jak­by ktoś dmuch­nął i on się, ten dym, roz­wiał. Bez śla­du.

- Może uciekł?

Zoga po­krę­cił gło­wą:

- Nie. Bło­to tam było i - słu­chaj­cie! - żad­nych, ale to żad­nych śla­dów w nim nie zna­leź­li, cho­ciaż w bło­cie mo­krym - uniósł brwi - po­win­no coś zo­stać, nie?

- To kto to był? Duch?

- Tak mó­wią.

- Ale czyj?

- Ko­nop­nic­kie­go.

- Ko­nop­nic­kiej, wuj­ku - po­pra­wił go Glo­no.

- Wiem, co mó­wię, głup­ta­ku. - Zoga skar­cił go wzro­kiem. - Ona nie mści­wa była. Ko­bie­ta, że do rany przy­łóż.

- I wier­sze pi­sa­ła! - wtrą­ci­ła Śu­tra.

- Tak jest - po­twier­dził Zoga. - To był duch, ćha­wa­łe7, jej męża. Za ży­cia był nie tyl­ko za­zdro­śli­wy, ale i wred­ny. I tak po śmier­ci mu zo­sta­ło. Ale to nie ko­niec, dzie­ci moje, oj nie ko­niec...

- A co?

- A te­raz w par­ku, w nocy, on łazi koło tego oka­le­czo­ne­go po­mni­ka i lu­dzi stra­szy. Z ża­ło­ści, że żon­ka spo­nie­wie­ra­na, stoi tak bez gło­wy.

- Dew­łe­skry Da­jo­ry!8 - Zła­pa­ła się za gło­wę Lu­nia. - A ja wczo­raj szłam tam­tę­dy wie­czo­rem do domu i coś się w krza­czo­rach prze­wa­la­ło. My­śla­łam, że ja­kieś me­ne­le, a to rze­czy­wi­ście...

- Co? - za­py­ta­ła Fe­lu­sia.

- No taki po­blask, te­raz mi się przy­po­mi­na, szedł od tych krza­ków.

- Zie­lo­ny? - za­in­te­re­so­wał się Zoga.

- Chy­ba tak.

- Fos­fór.

- Rety, fos­fór! - prze­ra­zi­ła się Lu­nia i zmarsz­czyw­szy czo­ło, za­py­ta­ła: - A co to ta­kie­go?

- Gaz - wy­ja­śnił Zoga. - Co z tru­pów wy­cho­dzi.

- Mam­ma... Z tru­pów? I z du­chów też?

- Też. Tyl­ko nie taki moc­ny.

Wszy­scy za­mil­kli, da­jąc czas gro­zie, by owia­ła cały po­kój swo­im zim­nym tchnie­niem.

- Taa... - szep­nął po chwi­li Zoga. - Kie­dyś zna­łem jed­ne­go ta­kie­go. Sie­dział w są­sied­niej celi. Cme­na hien­tar­na.

- Kto?

- No taki, co w tru­pach się grze­bie. I je okra­da.

- Tfu! Tfu! - za­brzmia­ło chó­ral­nie.

- Hie­na - po­wie­dział Glo­no.

- Co - hie­na?

- Mówi się o kimś ta­kim. Hie­na cmen­tar­na.

- Prze­cież mó­wię, mą­dra­lo. - Zoga wzru­szył ra­mio­na­mi. - I on opo­wia­dał, ten hien, że naj­go­rzej jest ru­szać świe­żych nie­bo­skich, bo gdy się trum­nę otwo­rzy, to bu­cha fos­fór i jak tra­fi w czło­wie­ka, to za­bi­je. Albo jesz­cze co gor­sze­go zro­bi.

- Zie­lo­ny ten fos­fór? - za­py­tał Ka­pra­lo.

- Tak.

- Je­ste­ście pew­ni?

- Ba!

- I w nocy świe­ci?

- Jak to­bie oczy, gdy dwa euro zo­ba­czysz.

Ka­pra­lo pod­wi­nął rę­kaw, w ner­wo­wym po­śpie­chu zdjął ze­ga­rek i z obrzy­dze­niem na twa­rzy rzu­cił go na stół.

- A to­bie co? - zdzi­wił się Zoga.

- W nocy na zie­lo­no świe­ci - wy­sa­pał Ka­pra­lo. - Nie chcę ze­gar­ka, co ma w so­bie tru­pi gaz!

Zoga ostroż­nie pod­niósł ze­ga­rek, uśmiech­nął się z po­li­to­wa­niem i wy­cią­gnął rękę do Ka­pra­la:

- Nie bój się. W ze­gar­kach jest inny fos­fór. Czy­sty.

- Na pew­no?

- Tak, trzy­maj. Albo cze­kaj... ład­ny jest, może się za­mie­nisz? - Od­wi­nął rę­kaw ko­szu­li. - Hę? Patrz, mój jest bez fos­fo­ru.

Ka­pra­lo za­sta­na­wiał się, ale wi­dząc chy­try uśmiech Zogi, prze­czą­co po­krę­cił gło­wą i za­wsty­dzo­ny tro­chę, scho­wał swój zło­ty cza­so­mierz do kie­sze­ni.

- Kako, mogę? - ode­zwa­ła się La­wi­nia.

- Mów.

- Opo­wia­da­ła mi Tuga, że jak nam Ba­kre­go za­bi­li, to cho­dził za nią.

- Za wła­sną cór­ką? - zdzi­wi­ła się Śu­tra. - Prze­cież on wa­riat był za nią.

- Ależ nie chciał jej nic złe­go zro­bić! Masz ra­cję, on by gar­dło prze­gryzł każ­de­mu, co skrzyw­dzić by Tugę spró­bo­wał. Cho­dził za nią po śmier­ci, bo chro­nił ją. Mi­łość do niej, wła­śnie przy­wiąź­li­wa taka, trzy­ma­ła go bli­sko. Pa­mię­ta­cie, że Tuga po śmier­ci Ba­kre­go dziw­nie się za­cho­wy­wa­ła?

- Oj - jęk­nę­ła Niu­nia. - Bied­ny dzie­ciak, taka mała była...

- No, nie taka mała. Z dzie­sięć lat już mia­ła chy­ba - wtrą­ci­ła Lu­nia.

- Ale jak pła­ka­ła! - Bisa zła­pa­ła się za gło­wę. - Po­licz­ki so­bie roz­dra­py­wa­ła do krwi, wło­sy gar­ścia­mi wy­ry­wa­ła!

- Taaa... - Zoga po­ki­wał gło­wą. - A w noc przed po­grze­bem do trum­ny wla­zła, żeby się do ojca przy­tu­lić.

- Och! - La­wi­nia za­ci­snę­ła po­wie­ki. - Pa­mię­ta­cie... I wszyst­ko zmie­ni­ło się parę dni po po­grze­bie. We­so­ła się zro­bi­ła, że aż zgor­sze­nie bra­ło. Na smę­tarz ją za­bra­łam, sto­imy nad gro­bem, i jak ze mnie łzy nie try­sną! Nie mo­głam wy­trzy­mać, pa­dłam na ko­la­na: "Dew­ła, Dew­ła, so­ske miro Rom, so­ske? Kana ko­ko­ry som ćha­wo­ren­ca! A jow adaj, dre phuw..."9. I na­gle Tuga do mnie mówi: "Na row, da­jo­ry, na row!" - śu­nen? Tyk­ni ćha­jo­ry!10 "Nie ma tu­taj taty. Tu tyl­ko jego sko­rup­ka, mamo, za­ko­pa­na". "Jaka sko­rup­ka, dzie­cia­ku?" - aż się prze­stra­szy­łam, że zgłu­pia­ła. A ona: "Taka no... jak mo­tyl z gą­sie­ni­cy wy­cho­dzi, to sko­rup­kę zo­sta­wia. Ona ko­kon, mamo, się na­zy­wa, pan mi w szko­le po­wie­dział. Pła­ka­łam po po­grze­bie i pła­ka­łam, i prze­stać wca­le nie mo­głam. Wziął mnie do swo­je­go po­ko­ju i opo­wie­dzia­łam mu, jak mi źle. A on o mo­ty­lu mi wte­dy po­wie­dział i na ob­raz­ku po­ka­zał. Tata jest te­raz jak mo­tyl, co wy­le­ciał ze sko­rup­ki. Pięk­ny i wol­ny, in­a­czej niż mo­tyl, ale jesz­cze pięk­niej­szy. I le­piej ma niż mo­tyl, bo one krót­ko bar­dzo żyją". I pa­trzy na mnie dziew­czyn­ka, wy­obraź­cie so­bie, i się uśmie­cha. "Skąd wiesz, jak wy­glą­da? - za­py­ta­łam. - Co ty, dziec­ko, wy­ga­du­jesz?"

- Mo­tyl ze sko­rup­ki... - wes­tchnął Zoga i opu­ścił gło­wę

- Tak wła­śnie. - La­wi­nia otar­ła oczy. - I słu­chaj­cie, co wte­dy opo­wie­dzia­ła, słu­chaj­cie. Szła do ciot­ki Ziny pod wie­czór, a w bra­mie dwóch smar­ków, szczy­li jesz­cze, ale wy­ro­śnię­tych, ją na­pa­dło: "Ścią­gaj, sik­so, kol­czy­ki, bo ci tę czar­ną buź­kę wy­bie­li­my!". I z kosą do niej, żeby im, skur­wy­sy­nom, oczy się roz­pę­kli! Tak się prze­stra­szy­ła, że na­wet krzyk­nąć nie mo­gła, jęk­nąć na­wet. Opar­ła się tyl­ko o ścia­nę i za­sło­ni­ła twarz dłoń­mi, bo my­śla­ła, że już po niej. I na­gle oni za­czę­li wrzesz­czeć. Tuga otwo­rzy­ła oczy i wi­dzi, że je­den ucie­ka, a dru­gi trzy­ma się za gar­dło, jak­by ktoś go du­sił. I wy­rzu­ci­ło go z tej bra­my na uli­cę, parę me­trów po­le­ciał...

- No i co, no i co?

- No i wte­dy Tuga zo­ba­czy­ła Ba­kre­go. Jak­by z po­wie­trza wy­cho­dził. Uśmiech­nął się do niej, po­gła­skał po gło­wie i znik­nął.

- Dy­khen?11 - mruk­nął Ka­pra­lo.

La­wi­nia wes­tchnę­ła i zer­k­nę­ła na Zogę, któ­ry zmru­żył do­myśl­nie oczy:

- To nie wszyst­ko?

- Nie. Po­tem, parę dni póź­niej, gdy Tuga wra­ca­ła ze szko­ły, na­szą uli­cą ja­kiś wa­riat pod prąd je­chał sa­mo­cho­dem. A ona wła­śnie przez uli­cę prze­cho­dzi­ła i na­wet nie obej­rza­ła się w tam­tą stro­nę. Bo po co?

- Pew­nie. - Zoga wzru­szył ra­mio­na­mi. - Jed­no­kie­run­ko­wa prze­cież.

- A wi­dzi­cie, jak trze­ba uwa­żać? I pew­nie by było po dzie­cia­ku, ale coś ją prze­nio­sło na chod­nik. Ze środ­ka uli­cy!

- Nie­moż­li­we - cmok­nął scep­tycz­nie Glo­no.

- Ja tyl­ko opo­wia­dam, co mi dziec­ko mó­wi­ło! - La­wi­nia pod­nio­sła głos obu­rzo­na. - I nie wie­rzę, że mnie Tuga okła­ma­ła, nie mnie!

- Moż­li­we - ode­zwał się Ter­no. - Nie wiem jak, ale moż­li­we. Ja to wi­dzia­łem. Na wła­sne oczy. Że­bym tu padł na za­wał, że wi­dzia­łem.

- I co? - za­cie­ka­wił się Glo­no. - Ba­kre­go też wi­dzia­łeś?

Ter­no za­prze­czył ru­chem gło­wy.

- Tyl­ko jak dziew­czyn­kę coś prze­rzu­ci­ło na chod­nik. Aż oczy prze­cie­ra­łem, a trzeź­wy by­łem. I w bia­ły dzień to było. Ten z sa­mo­cho­du za­ha­mo­wał z pi­skiem opon i wy­glą­dał przez okno, taki bla­dy i roz­dzia­wio­ny. Chciał chy­ba wy­siąść, ale Tuga stuk­nę­ła się w czo­ło, wzię­ła ręce do tyłu, krzyk­nę­ła: "Uwa­żaj, świ­rze, jak jeź­dzisz!". I po­szła, jak­by nig­dy nic. A on za­raz od­je­chał.

- Coś ta­kie­go... - za­du­mał się Glo­no.

- Cza­sa­mi wy­da­wa­ło mi się - po­wie­dzia­ła La­wi­nia - że on po domu cho­dzi. Do cza­su, aż Tuga za mąż po­szła, tak było. Do garn­ków za­glą­dał, do sza­fy. Szu­fla­dę otwo­rzył, jak­by szu­kał w niej cze­goś. A raz na­wet te­le­wi­zor sam się włą­czył. Aku­rat, gdy gra­li ulu­bio­ny film Ba­kre­go.

- Ten o dwóch ko­man­do­sach, co roz­wa­li­li całe mia­sto wam­pi­rów? - za­py­tał Ter­no.

- Nie, nie. Ten in­diań­ski. Cza­sem słoń­ce, cza­sem deszcz.

- A tak. - Zoga kiw­nął gło­wą. - To pięk­ny film. Prze­ży­cio­wy taki.

- Mhm. - La­wi­nia za­my­śli­ła się i przy­mknę­ła oczy.

Za­pa­dła ci­sza.

- Jak by­li­śmy w An­glii pierw­szy raz - za­ga­ił Ka­pra­lo - to dali nam miesz­ka­nia obok cmen­ta­rza.

- Par­szy­we An­giel­czy­ki! Jak tak moż­na?

- No - wtrą­cił Zoga. - Nie cze­piaj­cie się! Da­ro­wa­ne­mu ko­nio­wi, wia­do­mo, nie za­glą­da się nig­dzie. - Ro­zej­rzał się do­oko­ła kar­cą­co. - Na­wet w zęby! I co? - zwró­cił się do Ka­pra­la. - Ba­li­ście się tam miesz­kać? Stra­szy­ło?

- Nie stra­szy­ło wca­le, ani razu. Ale nie­mi­ło w ta­kim miej­scu sie­dzieć cały czas i pa­trzeć przez okna na gro­by. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się po czte­rech mie­sią­cach. Ja­koś uda­ło się tych z miesz­ka­niów­ki prze­ko­nać, że nasz za­kon, na­sza kur­tu­la...

- Kul­tu­ra - po­pra­wił Glo­no.

- ...tak wła­śnie, że ona nie po­zwa­la miesz­kać w miej­scu ta­kim. I nas prze­nie­śli.

- Cwa­niacz­ki - cmok­nął z po­dzi­wem Zoga.

- Kon, kako? Jone?12

- A tam! - Zoga mach­nął ręką. - Tume!13 Że im ten kit wci­snę­li­ście.

- Hm... - Ka­pra­lo po­dra­pał się po po­licz­ku. - Ale nie bar­dzo się opła­ci­ło. Niby miesz­ka­nia ład­ne nam dali, w miej­scu spo­koj­nym do­syć, są­sie­dzi przy­jem­ni, tro­chę na­szych też już było w oko­li­cy...

- To co nie tak?

- No... w tym domu je­den po­kój był za­mknię­ty. I nikt w nim miesz­kać nie chciał. Wcho­dzi­li­śmy oglą­dać, ale ja­koś dziw­nie w nim było. Za­wsze zim­no i wil­got­no, choć ogrze­wa­nie dzia­ła­ło nor­mal­nie. Pleśń na ścia­nach, ta­kie li­sza­je, nie wiem, ile razy mo­głeś ma­lo­wać, czło­wie­ku, i tak wy­ła­zi­ły. A po­kój prze­cież sło­necz­ny, od po­łu­dnia, aha. Bez me­bli pra­wie, tyl­ko gołe łóż­ko w nim sta­ło. We­nan­cjo ma­lo­wał go trzy razy, bo mu tro­chę cia­sno było i chciał mieć je­den po­kój wię­cej. Nasi go­spo­da­rze, An­gli­cy, mó­wi­li, żeby dał so­bie spo­kój, bo żad­ne skro­ba­nia, ma­lo­wa­nia i tak nic nie po­mo­gą. "Dla­cze­go?" - py­ta­li­śmy, aż wresz­cie przy­zna­li się, że stoi pu­sty, bo kie­dyś zda­rzy­ło się tam coś strasz­ne­go.

- A co?

- Nie chcie­li po­wie­dzieć. A wie­cie, jaki We­nan­cjo jest za­dzior­ny.

- I nie­do­wia­rek! - rzu­ci­ła z kwa­śną miną Bisa.

- Taki jest wła­śnie. Za­śmiał się, że on tyl­ko ży­wych się boi i to nie­któ­rych tyl­ko, wziął koc i po­szedł tam spać wie­czo­rem. Bez sło­wa.

- Wy­trzy­mał?

- Go­dzi­nę nie­ca­łą.

- Po­ka­za­ło mu się co?

- Gdy wró­cił, też go py­ta­li­śmy. Po­krę­cił gło­wą, usiadł przy sto­le i w te­le­wi­zor się za­pa­trzył. I za­raz, jak zo­ba­czył, że wszy­scy na nie­go się ga­pi­my, to po­wie­dział tyl­ko: "Pani ka­maw."14.

- I nic wię­cej nie po­wie­dział? To dla­cze­go wró­cił? - za­py­tał Zoga. - Hm... Może po pro­stu nie­mi­ło mu się zro­bi­ło, bo zim­no, wil­goć, li­sza­je na ścia­nach...

- Może. Twarz miał spo­koj­ną, ale jak mu żon­ka po­sta­wi­ła szklan­kę z wodą na sto­le, to dwie­ma rę­ka­mi ją do ust pod­no­sił. Tak mu la­ta­li. Ale nie po­wie­dział, co tam wi­dział. Tyl­ko swo­im dzie­ciom za­bro­nił na­wet pod­cho­dzić do drzwi tego po­ko­ju.

- Brr! - otrzą­snął się Zoga. - I nie wiesz, co tam było?

Ka­pra­lo po­pa­trzył na Zogę po­nu­ro i wes­tchnął:

- Wiem. Za mie­siąc przy­je­chał z Pol­ski Kre­cho.

- Ooo! - roz­le­gło się w ca­łym po­ko­ju.

- Tak, tak, sam Kre­cho przy­je­chał. Stół zro­bi­li­śmy na po­wi­ta­nie, no i ja­koś się zga­da­ło o tym po­ko­ju. Gdy Kre­cho usły­szał, że We­nan­cjo go­dzi­nę nie­ca­łą w nim wy­trzy­mał, to zer­k­nął na nie­go z uśmie­chem tym swo­im krzy­wym i po­wie­dział: "Jaw man­ca15", ale We­nan­cjo od razu po­krę­cił gło­wą, że mowy nie ma. No to Kre­cho prych­nął: "Da­res pe!"16. We­nan­cjo ze­rwał się z krze­sła, po­czer­wie­niał, ale za­raz usiadł i wes­tchnął tyl­ko: "Dźi­nes man. Me som tra­dy­cjo­nal­no, ale i ra­cjo­nal­no Rom. Ale na dźa­wa odoj. Uwa, da­raw pes. A tu ker, so ka­mes, ale ko­ko­ro."17. Kre­cho pa­trzył na nie­go, jak­by nie chciał uwie­rzyć w to, co sły­szy. Że We­nan­cjo do stra­chu się przy­zna­je. Po­tem się za­my­ślił, na­marsz­czył, a po chwi­li wstał i ka­zał po­ka­zać, gdzie jest ten po­kój wy­chod­ko­wy. Oparł się rę­ka­mi o drzwi i stał tam, i stał, i mru­czał coś pod no­sem, aż wró­cił i ka­zał przy­nieść klucz. Ja­kiś dzie­ciak po­biegł do go­spo­da­rzy. Hm, nie pa­mię­tam, któ­ry... Może Ma­ćho?

- Mniej­sza! - znie­cier­pli­wił się Zoga. - No?

- Klucz za­raz przy­nie­śli, a Kre­cho stał już tam zno­wu. W jed­ną rękę wziął sie­kie­rę, a w dru­gą nóż.

- Taki, co miał Ram­bo na fil­mie? - za­cie­ka­wił się Ter­no.

- Ten wła­śnie - po­twier­dził Ka­pra­lo. - Zdjął ko­szu­lę, a wie­cie, jaki byk z nie­go, i stał przed tym po­ko­jem z sie­kie­rą i ram­bow­skim no­żem. Stał, sa­pał i prę­żył te swo­je strasz­ne ta­tu­aże. Jak przy­nie­śli klucz (kto to był? nie mogę so­bie przy­po­mnieć wca­le...), to ka­zał, że gdy już wej­dzie, za­mknąć drzwi i cze­kać. Sie­kie­ra, Ro­ma­łe, kosa, ta­tu­aże, Jezz­zuu! I wszedł. Wbiegł ra­czej i krzyk­nął: "Jaw, kurr­r­wa, muło bu­je­dy­no! Jaw, scha mire hor­mo­ny!"18. Za­mknę­li­śmy drzwi, a zza nich sły­chać jesz­cze: "Sooo? Da­res pe Ro­me­styr?!"19. I, słu­chaj­cie, ci­sza się zro­bi­ła, a tu klucz w drzwiach sam się prze­krę­cił. Dwa razy!

- Deww­w­ła... - ktoś jęk­nął.

- No i się za­czę­ło! Ru­mor się zro­bił dzi­ki za drzwia­mi, a za­raz po­tem Kre­cho wrza­snął tak strasz­nie...

- Jak? - wy­rwa­ło się prze­ję­te­mu Zo­dze.

- O tak. - Ka­pra­lo roz­ca­pie­rzył ręce i ryk­nął przez stół: - Uuuaaaa!!!

Ko­bie­ty za­czę­ły krzy­czeć, a Zoga ze­rwał się z krze­sła:

- Po­gię­ło?! - Zła­pał się za ser­ce. - Chcesz, że­bym za­wa­łu do­stał?! Lu­dzie, wa­riat! Nor­mal­ny wa­riat, wo­łaj­cie dok­to­ra!

- Sami chcie­li­ście, wuj­ku... sami, hi, hi, hi! - Glo­no skrę­cał się ze śmie­chu na fo­te­lu pod pie­cem. - Żeby wam po­ka­zał... Och, Dew­ła, na mo­gi­naw!20 - Otarł za­łza­wio­ne oczy.

- Pśe­man­gaw, kako, na kam­dźom21 - rzekł skru­szo­ny Ka­pra­lo do Zogi, a pa­trząc na Glo­na, z wy­rzu­tem po­ki­wał pal­cem: - Śmiej się, aha, śmiej się, głup­ku! Nie wiesz, co da­lej było.

- Mów, mów! - Zoga ge­stem na­ka­zał mil­cze­nie otwie­ra­ją­ce­mu usta Glo­no­wi. - Co da­lej było?

Znów ci­sza za­le­gła, a wszy­scy wle­pi­li oczy w Ka­pra­la, któ­ry z po­nu­rą miną wpa­try­wał się w swo­je sple­cio­ne na sto­le ręce.

- A więc... - Pod­niósł je do góry.

- A więc? - po­wtó­rzył Zoga.

- A więc on wrza­snął tak strasz­nie i za chwi­lę zła­pał od środ­ka za klam­kę. A tu drzwi za­mknię­te. Szar­pać za­czął, a klucz prze­krę­co­ny. Krzy­czał: "Ro­ma­łe, pśa­ła­łe! Za­ma­re­ła man, za­ma­re­ła!"22. We­nan­cjo rzu­cił się do klu­cza: "Źa­kir, źa­kir, już od­phen­daw!"23. I... słu­chaj­cie lu­dzie, klucz pękł! "Pha­gir­dźom kli­dyn!"24 - krzyk­nął We­nan­cjo, a Kre­cho wte­dy tak za­wył roz­pacz­li­wie, jak zwie­rzę, i za chwi­lę usły­sze­li­śmy brzęk tłu­czo­ne­go szkła.

- Szkła? - jęk­nął Zoga.

- Kre­cho przez okno się rzu­cił. Z pierw­sze­go pię­tra!

Ka­pra­lo ro­zej­rzał się po bla­dych twa­rzach słu­cha­czy, otarł pot z czo­ła i łyk­nął piwa ze szklan­ki.

- Po­bie­gli­śmy na dół. Kre­cha ani śla­du... To zna­czy, śla­dy były. Krew roz­ma­za­na na chod­ni­ku. Do­go­ni­li­śmy go z We­nan­cjem za­raz na uli­cy, ale już z pół ki­lo­me­tra od domu. Biegł, kuś­ty­ka­jąc, pół­na­gi, spo­co­ny i umo­ru­sa­ny cały. Jak go zła­pa­li­śmy, to usiadł na chod­ni­ku, za­dy­sza­ny strasz­nie. Oczy roz­bie­ga­ne, bro­da się trzę­sie...

- Krew?! - krzyk­nął Zoga, wle­pia­jąc sze­ro­ko otwar­te oczy w Ka­pra­la.

- Jezu, jaka krew?! - Ka­pra­lo się­gnął do swo­jej twa­rzy, ale za­raz ode­tchnął z ulgą: - A tak, że Kre­cho, wuj­ku, za­krwa­wio­ny?

- Prze­cież nie ty - skrzy­wił się Zoga.

- No tak. Krwa­wił cały od szkła roz­bi­te­go, a ple­cy miał tak strasz­nie roz­ora­ne, jak­by mu niedź­wiedź prze­je­chał po nich pa­zu­ra­mi. Za­wieź­li­śmy go na po­go­to­wie, ale le­ka­rze nie chcie­li wie­rzyć, że tak to wła­śnie było, jak im opo­wia­da­li­śmy. Bo Kre­cho jesz­cze wte­dy po an­giel­sku ani w ząb. Opa­trzy­li go, a jak­że, ale po­wie­dzie­li, żeby na­stęp­nym ra­zem nie czo­chrał się po pi­ja­ku o gwoź­dzie w ścia­nie. I że przez za­mknię­te okno nie wy­cho­dzi się na dwór. Tym bar­dziej z pierw­sze­go pię­tra. A on prze­cież - Ka­pra­lo roz­ło­żył ręce - zna­cie go wszy­scy, nie pije pra­wie wca­le. No je­den, dwa kie­lisz­ki, i to jak jest oka­zja spe­cjal­na. Wte­dy też wię­cej nie wy­pił. I ja­kie gwoź­dzie? Tam, w tym po­ko­ju, gołe ścia­ny prze­cież.

- No tak - zgo­dził się Zoga. - Naj­wy­żej dwa kie­lisz­ki. On jest wła­ści­wie ab­sol­wen­tem.

- Kim? - zdzi­wił się Ka­pra­lo.

- Ab­sol­wen­tem, zna­czy, że nie pije - wy­ja­śnił Zoga. - A co mu tak ple­cy po­szar­pa­ło w tym po­ko­ju prze­klę­tym?

- Do­brze mó­wi­cie, wuj­ku, że w prze­klę­tym. Gdy Kre­cho za­czął wy­zy­wać du­cha, to nic się nie dzia­ło, tak nam po­tem opo­wia­dał. Ale jak wrza­snął, że pew­nie muło da­reł pe łe­styr25, nooo... to jed­nak prze­sa­dził! Zo­ba­czył wte­dy, że z łóż­ka pod­no­si się po­stać ja­kaś, z twa­rzą po­cię­tą, zgni­łą, wstręt­ną. W zie­lo­nej po­świa­cie ta­kiej...

- Fos­fór, mó­wi­łem - wtrą­cił Zoga od nie­chce­nia.

- ...i uno­si ręce, roz­ca­pie­rza pal­ce, a na ich koń­cach dłu­gie pa­znok­cie, jak szpo­ny. I do Kre­cha z tymi pa­zu­ra­mi! Bro­nił się sie­kie­rą, no­żem, ale zo­ba­czył, że nic nie wskó­ra, i do drzwi, a one za­mknię­te, klucz się sam prze­krę­cił (mat­ko, to strasz­ne było!), aż wresz­cie, jak zo­ba­czył, że za­raz bę­dzie po nim, to w okno się rzu­cił. Gdy wy­ska­ki­wał, po­czuł te pa­zu­ry na ple­cach, jak mu się wpi­ja­ją w bark i w dół zjeż­dża­ją. W ostat­niej chwi­li uciekł, Ro­ma­łe. Tak było, że­bym tu sko­nał, je­śli kła­mię!

Ka­pra­lo wzro­kiem szu­kał na twa­rzach słu­cha­czy zwąt­pie­nia w praw­dzi­wość swo­ich słów. Nie zna­lazł. Na­wet Glo­no sie­dział za­my­ślo­ny ze zmarsz­czo­nym czo­łem. Tyl­ko Zo­bar, opie­ra­jąc gło­wę o ścia­nę, pa­trzył gdzieś w dal nie­obec­nym wzro­kiem. Jak zwy­kle. Przy­najm­niej od dwóch lat.

- Do­wie­dzie­li­śmy się od są­sia­dów - Ka­pra­lo pod­jął opo­wieść - że w tym po­ko­ju kie­dyś, na tym łóż­ku wła­śnie, za­bi­li czło­wie­ka. Star­sze­go już czło­wie­ka. Nikt go do­brze nie znał, bo od­lu­dek był po­dob­no, nikt nie wie­dział, czym się zaj­mo­wał. No­ża­mi po­cię­li go na pla­ster­ki. Z ze­msty - po­wia­da­ją - go za­bi­li, bo nie był bo­ga­ty wca­le, nic pra­wie nie miał. Tyl­ko sza­fę sta­rą, parę pół­ek, stół, krze­sło i to wła­śnie łóż­ko. Żad­nej ro­dzi­ny nie zna­leź­li, więc wszyst­kie jego rze­czy po śmier­ci spa­ko­wa­li i od­da­li do ja­kie­goś ko­ścio­ła, żeby bied­nym roz­dać. W dwa kar­to­ny wszyst­ko zmie­ści­li. Me­ble też od­da­li, tyl­ko łóż­ka nikt nie chciał.

- Hm... - chrząk­nął Zoga - za­sko­czył mnie Kre­cho. Nie, że od­waż­ny, to wszy­scy wie­dzą, ale że bar­dzo, bar­dzo nie­roz­sąd­nie się za­cho­wał. Mó­wię wam - pod­niósł uro­czy­ście pa­lec do góry - z du­cha­mi nie wol­no się draż­nić! Oj nie. A szcze­gól­nie z du­cha­mi lu­dzi, któ­rzy na­gle umar­li. Oni - te du­chy - są bar­dzo nie­szczę­śli­wi. I na­wet je­śli ze­msty nie szu­ka­ją, to gdy ktoś ob­ra­zi albo się na­śmie­wa, mogą nie­źle za­szko­dzić. Tak samo du­chy sa­mo­bój­ców. Nie, nie tak samo, go­rzej jesz­cze, bo oni to w ogó­le, bie­da­ki, nie mają po­ję­cia, co ze sobą zro­bić.

- So­ske, kako?26 - za­py­ta­ła Fe­lu­sia.

- Bo wie­dzą już, że tak nie wol­no. Za­bi­jać się sa­me­mu. Że to grzech strasz­ny, tak strasz­ny, że Pan Bóg ob­ra­zić się może i nig­dy do sie­bie nie wpu­ścić.

- A dia­beł?

- Tfu! Nie wy­ma­wiaj tego imie­nia, żeby zdechł! On też nie chce ta­kie­go du­cha, bo wie, że tyl­ko bie­dy może mu na­ro­bić. Nie wia­do­mo prze­cież, co ta­kie­mu strze­li do gło­wy, na­wet jak nie­ży­wy. Nie­obli­czal­ny prze­cież, sko­ro so­bie ży­cie ode­brał. Więc woli go nie ru­szać. Duch, bie­da­czy­na, ża­łu­je tego, co zro­bił, a bywa, że na­wet nie wie, co się sta­ło, i tłu­cze się mię­dzy świa­ta­mi, a cza­sa­mi z nerw wy­cho­dzi w tej ża­ło­ści i szko­dzi. Le­piej nie ru­szać. Zda­rza się jed­nak, że tra­fi na ko­goś do­bre­go, co mu po­mo­że. I mą­dre­go, co wie, jak to zro­bić.

- A jak moż­na mu po­móc?

- Mo­dlić się za nie­go. Do­brze mó­wić. A jak nie po­ma­ga, księ­dza we­zwać. Pa­mię­ta­cie, jak w domu Par­ne­go i Sary pan Wie­siek miesz­kał? Ten ga­dźo, ale do­bry czło­wiek, co pra­co­wał u nich w obej­ściu. Jak trze­ba było - drew na­rą­bał, wę­giel wrzu­cił do ko­mór­ki, traw­nik przy­strzygł. I o drzew­ka tak dbał bar­dzo, bo za­wo­ła­ny był ogrod­nik.

- Taki słu­żą­cy, pa­ro­bek? - za­py­tał Ka­pra­lo.

- Oj tam, pa­ro­bek za­raz. Baba go z domu wy­gna­ła (o, ga­dźow­ska kul­tu­ra - baba chło­pa z domu wy­rzu­ca!), bo ro­bo­tę stra­cił i pił niby za dużo. Pięć lat przed eme­ry­tu­rą wy­pie­przy­li go z ro­bo­ty jak psa, bez po­wo­du, bez da­nia ra­cji, to i pił z ża­ło­ści. Kto by nie pił? - po­wiedz­cie sami. I jesz­cze precz z cha­łu­py. Błą­kał się po uli­cach, ob­dar­ty i brud­ny, bo ro­dzi­ny żad­nej i nie miał do­kąd pójść, a kraść i że­brać nie chciał. Pew­nie by umarł gdzieś pod pło­tem, ale Par­no go przy­gar­nął, bo wró­cił jak raz z Ka­na­dy i spo­tkał na mie­ście. Zna­li się jesz­cze, ho, ho!, z daw­nych cza­sów. Par­no bie­lił kie­dyś ko­tły u nie­go w pie­kar­ni.

- Miał swo­ją pie­kar­nię ten Wie­siek? - za­cie­ka­wił się Ter­no.

- Dla cie­bie: pan Wie­siek - skar­cił go Zoga - bo ła­ćho sys ma­nuś27. I star­szy już. Nie miał swo­jej pie­kar­ni, był tyl­ko kie­row­ni­kiem. I za­wsze do bie­le­nia Par­ne­go wo­łał, a to bar­dzo do­bry był za­ro­bek. To i Par­no zli­to­wał się, gdy zo­ba­czył, co się z nim sta­ło. Przy­go­to­wał mu po­kój w piw­ni­cy, ale duży, wid­ny, bo piw­ni­ca wy­so­ka, z nor­mal­nym pra­wie oknem. Z osob­nym wej­ściem, z ła­zie­necz­ką. Kar­mił i pie­nią­dze chciał da­wać, ale pan Wie­siek ho­nor­ny był, nie chciał żyć na ła­sce. Wiem, wiem - Zoga ro­zej­rzał się z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem - nie­jed­ne­mu pa­so­wa­ło­by ta­kie ży­cie. Ale nie jemu. Par­no dał mu więc ro­bo­tę koło domu i wszy­scy byli za­do­wo­le­ni. Był jak swój, choć osob­ny tro­chę taki, ale to już na wła­sne ży­cze­nie. Całe lato tak było i je­sień. Aż przy­szła zima... I zi­mo­we świę­ta. Pan Wie­siek snuł się cały dzień i miej­sca so­bie nie mógł nig­dzie zna­leźć. W wie­cze­rzę nie wy­trzy­mał i spła­kał się strasz­nie przy sto­le, a po­tem wziął opła­tek i po­szedł z nim do tej swo­jej - tfu! - baby. Dłu­go nie był, a gdy wró­cił, to już cał­kiem pi­ja­ny. I pił przez całe świę­ta, bie­dak, ale przed syl­we­strem prze­stał. Wszy­scy my­śle­li, że już mu prze­szło: kran na­pra­wił, śnieg od­gar­niał sprzed domu i od uli­cy, z dzieć­mi na­wet się ba­wił i śnież­ka­mi rzu­cał. I chleb sam upiekł, pysz­ny, dużo pysz­ne­go chle­ba, w skle­pie ta­kie­go się nie do­sta­nie. Tyl­ko ci­chy ja­kiś się zro­bił jesz­cze bar­dziej, a gdy Par­no pró­bo­wał go po­cie­szać, żeby za­po­mniał o tej suce, bo żyć prze­cież da­lej trze­ba, to uśmiech­nął się smut­no: "Daj spo­kój, przy­ja­cie­lu, daj spo­kój. Wiem". Któ­re­goś ran­ka, za­raz po No­wym Roku, Ja­ski­nia szła do skle­pu i za­pu­ka­ła do nie­go, czy cze­go nie po­trze­bu­je. Po­pa­trzył na dziew­czyn­kę, po­gła­dził po gło­wie i po­wie­dział: "Kup mi buł­ki dwie. I śmie­ta­nę. Jak dziec­kiem by­łem, lu­bi­łem jeść buł­ki i śmie­ta­ną po­pi­jać. Tyl­ko żeby świe­że były!". Przy­nio­sła mu te buł­ki i śmie­ta­nę i po­szła na górę. A pół go­dzi­ny póź­niej wró­ci­ła, bo Sara za­nieść kawę mu ka­za­ła. Puka, otwie­ra drzwi, a tam pan Wie­siek dyn­da pod su­fi­tem! Z ję­zy­kiem na bro­dzie i z buł­ką w ręce za­ci­śnię­tą! Od­cię­li go za­raz, ale za póź­no było...

Zoga za­milkł i zmarsz­czył czo­ło. Wszy­scy sie­dzie­li ci­cho, tyl­ko ktoś no­sem gło­śniej po­cią­gnął, ktoś wes­tchnął cięż­ko.

- To tak było... nie wie­dzia­łam... bied­ny - chlip­nę­ła Fe­lu­sia. - Zna­łam go prze­cież, jesz­cze z daw­nych cza­sów, taki do­bry czło­wiek. Nie wie­dzia­łam, że skoń­czył tak strasz­nie, w Niem­czech wte­dy by­li­śmy...

- Wła­śnie, bied­ny do­bry czło­wiek - zgo­dził się Zoga. - Nie dał so­bie rady ze zgry­zo­tą. Zro­bi­li mu po­grzeb, god­ny bar­dzo, bo­ga­ty. Par­no za wszyst­ko za­pła­cił i po­mnik po­tem po­sta­wił. A Śan­dor za­grał nad gro­bem ulu­bio­ną pio­sen­kę pana Wieś­ka.

- Jaką?

- Ka­wia­ren­ki... aaa... - za­nu­cił nie­zdar­nie Zoga.

- O ka­wiar­niach lu­bił słu­chać? - zdzi­wił się Ka­pra­lo.

- No nie wiem, o czym ta pio­sen­ka. Nie­waż­ne. Już on tam wie­dział, o czym i dla­cze­go ją lu­bił. W noc po po­grze­bie się za­czę­ło: chro­bo­ty po ką­tach, zgrzy­ta­nie o szy­by, na­czy­nia w kuch­ni spa­da­ły, sły­chać było, jak drze­wo w ko­mór­ce ktoś rą­bie, jęki w piw­ni­cy, no nie do znie­sie­nia! I w snach przy­cho­dził, taki strasz­ny wi­sie­lec, ale i smut­ny okrop­nie... Par­no, Sara i cała resz­ta nie mo­gli w domu wy­trzy­mać, więc ucie­kli do Hun­ca i Baś­ki, a do sie­bie tyl­ko raz dzien­nie za­glą­da­li, w samo po­łu­dnie, żeby w pie­cu na­pa­lić i psy na­kar­mić. Dwa ty­go­dnie tam sie­dzie­li i już my­śle­li, że dom będą sprze­da­wać, aż któ­rejś nocy nie­bo­ski pan Wie­siek po­ka­zał się we śnie Par­ne­mu. Nie jako wi­sie­lec, ale nor­mal­nie, jak za ży­cia. Ele­ganc­ki, w gar­ni­tu­rze, smut­ny stał i pa­trzył. "Jak ci po­móc, przy­ja­cie­lu?" - Par­no w tym śnie za­py­tał. A pan Wie­siek ręce zło­żył i o księ­dza po­pro­sił, tyl­ko żeby praw­dzi­wy był ksiądz, taki, co w Boga wie­rzy i wy­mo­dlić go bę­dzie umiał. Po­szedł więc Par­no z Sarą do pro­bosz­cza, te deł De­weł łe­ske sa­sty­pen28, i po­wie­dzie­li, o co cho­dzi. Po­słu­chał ich uważ­nie, gło­wą po­ki­wał, wziął te swo­je rze­czy do kro­pie­nia i mo­dle­nia i po­je­chał z nimi. Go­dzi­nę klę­cze­li z nim całą ro­dzi­ną w po­ko­ju pana Wieś­ka, a po­tem cho­dzi­li po ca­łym domu, a on mo­dlił się i kro­pił wszyst­ko wodą świę­tą, co miał ją ze sobą. I wie­cie co? Prze­szło, jak ręką od­jął.

- Ale do na­sze­go księ­dza po­szli? - za­py­ta­ła Lu­nia.

- A do któ­re­go iść mie­li? - Zoga wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Bo jak nasz wy­je­chał kie­dyś na mie­siąc, to taki przy­jezd­ny, siwy, był za nie­go. Ooo! - nie­do­bry był. I nie­sa­mo­wi­ty ja­kiś. Cza­row­nik chy­ba.

- Ksiądz - cza­row­nik? Co ga­dasz, ko­bie­to?

- Och, kako, dźi­naw, so ra­ki­raw29. Po­słu­chaj­cie. Sie­dzia­ły­śmy kie­dyś z Mać­ką w pa­ra­fii, we wto­rek, jak je­dze­nie roz­da­ją. A ta ścier­ka, co wy­da­je te cu­kry, mąki, ka­sze, dała nam mniej niż ga­dźi­com. Mniej, wi­dzia­łam, li­czyć prze­cież umiem. No to nas z Mać­ką ner­wy szarp­nę­li i do niej: "Ty suko, jak Cy­gan­kom, to mniej, tak?!".

Lu­nia wsta­ła z krze­sła, oczy za­ci­snę­ła w szpar­ki i pa­trząc gdzieś w dal, wzię­ła się pod boki. Głę­bo­ko za­czerp­nę­ła po­wie­trza:

- A żeby cię tu prze­krę­ci­ło na dru­gą stro­nę, cho­le­ro śmiet­ni­ko­wa, ty­fu­sie ty! Żeby ci mor­dę po­cęt­ko­wa­ło, a zęby zgni­li, ty cór­ko gra­ba­rza! Że­byś się roz­pu­kła od tej ka­szy, co jej ża­łu­jesz Cy­gan­kom bied­nym! Żeby ci cyc­ki spar­szy­wie­li, ty szma­to do ki­bla śmier­dzą­ca...!

- Oj star­czy! - Zoga mach­nął ręką znie­cier­pli­wio­ny. - Wszy­scy wie­dzą, jak wy­zy­wać umiesz. Sia­daj!

- A co?! - Lu­nia, sia­da­jąc, ro­zej­rza­ła się dum­nie. - Zo­sta­wić to tak mia­ły­śmy? Nic nie mó­wić? Mać­ka też jej nie­źle da­wa­ła, a tu na­gle drzwi od kan­ce­la­rii się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich ten ksiądz, co na­sze­go pro­bosz­cza za­stę­po­wał. Chu­dy, aż ko­ści­sty, wy­so­ki pod su­fit, te wło­sy siwe, roz­czo­chra­ne. I mówi, ale tak dziw­nie, ani nie krzy­czy, ani nor­mal­nie, tyl­ko za­wo­dzi trzę­są­cym gło­sem: "Pro­oszę się uspo­ko­oić! Co to za aawan­tu­ury?!". Mać­ka, już cała czer­wo­na, jak nie wrza­śnie: "A cooo?! Cy­gan­kom to mniej? Ra­si­ści!!!". A on ręce pod­niósł wy­so­ko, gło­wę do góry pod­rzu­cił, oczy za­mknął i woła: "Du­uchuu Świę­ę­ty! Zejdź na tee nie­esz­czę­ę­sne isto­oty, boo chy­ba dia­aabeł je oopę­ę­tał!". Ci­cho się zro­bi­ło, a on mam­ro­lił coś pod no­sem jesz­cze. Na­gle oczy otwo­rzył, wy­trzesz­czył strasz­nie i do nas! Mać­ka wrza­snę­ła i w nogi, a ja za nią, co, sama mia­łam zo­stać? A on aż na uli­cę za nami, jak­by pły­nął z rę­ca­mi w gó­rze, i zno­wu coś woła, aż się lu­dzie ob­glą­dy­wa­ją. Aha, dy­khen, kako?30 A niby ksiądz! Kto sły­szał, żeby tak lu­dzi du­chem stra­szyć, i to w bia­ły dzień! Gdy nasz pro­boszcz wró­cił, a tam­ten siwy, wy­łu­pia­sty cza­row­nik wy­je­chał w cho­le­rę, to Mać­ka po­szła się po­skar­żyć i wszyst­ko mu opo­wie­dzia­ła.

- I co on na to?

- Śmiał się. Aż mu łzy po­cie­kli i mało z krze­sła nie spadł. "A to frant, ale was za­ła­twił!" - phen­dźa31. Mać­ce przy­kro się zro­bi­ło, ale wziął ją pod rękę, taki ro­ze­śmia­ny, i za­pro­wa­dził do po­ko­iku, gdzie wszyst­kie pacz­ki trzy­ma­ją. Ka­zał brać, ile chce. Mać­ka nic nie wzię­ła, bo ja­koś głu­pio jej się zro­bi­ło.

- Taa... - Zoga po­ki­wał gło­wą. - Mhm...

- Her­bat­ki może ko­muś? Albo coś? - Niu­nia wy­rwa­ła się z za­my­śle­nia. - Ka­men, kako?32

Zoga zer­k­nął do swo­jej szklan­ki i po­krę­cił gło­wą:

- Pa­ry­ki­raw, na. Isy man jesz­cze.33 A co ty taka bla­da?

- Bo... - wes­tchnę­ła cięż­ko. - Jak słu­cha­łam o tym bied­nym panu Wieś­ku, to też mi się coś przy­po­mnia­ło. Ech, opo­wiem może? Żeby z ser­ca zrzu­cić?

Zoga ski­nął przy­zwa­la­ją­co gło­wą.

- W Niem­czech by­li­śmy wte­dy pierw­szy raz. Za­raz, dwa­dzie­ścia już lat temu? W haj­mie pod Es­sen sie­dzie­li­śmy, pie­nią­dze były nie­złe, a ży­cie nie za dro­gie. I han­del szedł jak na­le­ży...

- Ha, do­bre cza­sy były! - wtrą­cił Ka­pra­lo z roz­ma­rzo­nym uśmie­chem na py­za­tej twa­rzy.

- Aha - po­twier­dzi­ła Niu­nia. - Ale nie o tym chcia­łam. Kie­dyś wie­czo­rem, je­sień była, paź­dzier­nik, po­ło­wa, za­dzwo­nił do nas Guća. Wie­czo­rem, jak mó­wi­łam. Guća miał syna, Ca­kie­go. Jak Caki miał sie­dem­na­ście lat, coś mu się w gło­wie po­psu­ło.

- Po­psu­ło! - żach­nął się Ter­no. - Zbzi­ko­wał po pro­stu.

- Och, nie mów tak! - obu­rzy­ła się Niu­nia. - Za­cho­ro­wał dzie­ciak strasz­nie. I nic nie mo­gli po­ra­dzić, nic. Do le­ka­rzy naj­lep­szych w Szwe­cji wo­zi­li i nic nie po­ma­ga­ło, co­raz go­rzej było. Mu­sie­li do szpi­ta­la Ca­kie­go od­da­wać, bo on le­ków nie chciał w domu brać, uda­wał tyl­ko, a wte­dy wcho­dził w nie­go ten dru­gi. A to był po­twór! Dłu­go by opo­wia­dać, co wte­dy ro­bił. Dew­ła, prze­cież tyle razy mało bra­ko­wa­ło, żeby ojca i mat­kę, ko­bie­tę i dziec­ko swo­je za­bił! Boże, Boże! Mu­sie­li go wresz­cie od­dać do szpi­ta­la, na sta­łe, bo nie dało się już wy­trzy­mać. Ale je­cha­li tam od razu, gdy le­karz dzwo­nił, że Caki świat po­zna­je. Trzy­ma­li go w po­ko­ju od­dziel­nym, pa­sa­mi mu­sie­li cza­sa­mi przy­pi­nać, a za­wsze ka­me­rą na nie­go pa­trzy­li, pil­no­wa­li. I nie upil­no­wa­li. Po­wie­sił się na prze­ście­ra­dle. Bied­ny dzie­ciak, nie­szczę­śli­wy! Co on komu za­wi­nił, że ta­kie rze­czy? A oj­ciec jego i mat­ka?

Niu­nia roz­ło­ży­ła ręce i omio­tła wszyst­kich za­łza­wio­ny­mi ocza­mi. Wzrok za­trzy­ma­ła na Zo­dze.

- Jak zro­zu­miesz, to nie poj­miesz - mruk­nął. - A jak poj­miesz, nie zro­zu­miesz.

- Wła­śnie... Więc Guća za­dzwo­nił, że Caki się po­wie­sił. Po­je­cha­li­śmy na po­grzeb. Strasz­nie, strasz­nie... Jak on okrop­nie w trum­nie wy­glą­dał! Trud­no po­znać było, tak bu­zia zmie­nio­na. - Niu­nia przy­sło­ni­ła oczy dło­nią.

- Hm? - Zoga przy­na­glił de­li­kat­nie opo­wieść.

Niu­nia wsta­ła od sto­łu.

- Po­źa­ki­ren kuty34 - po­pro­si­ła i wy­szła do sy­pial­ni. Po chwi­li wró­ci­ła, trzy­ma­jąc w ręce dużą ko­per­tę. Od­su­nę­ła szklan­ki i ta­le­rze ze środ­ka sto­łu i wy­sy­pa­ła z ko­per­ty zdję­cia. Spod sto­su fo­to­gra­fii wy­cią­gnę­ła naj­więk­szą i po­ło­ży­ła na niej dłoń.

- To jest zdję­cie zro­bio­ne w wie­czór przed po­grze­bem Ca­kie­go. Sie­dzi­my przy sto­łach, wszy­scy. - Za­bra­ła dłoń z fo­to­gra­fii: - Dy­khen35.

Nad sto­łem po­chy­li­ły się gło­wy słu­cha­czy.

- Dy­khen? Sare dy­khen?36 - za­py­ta­ła Niu­nia.

Za­pa­dła gro­bo­wa ci­sza, prze­ry­wa­na tyl­ko wes­tchnie­nia­mi. W mil­cze­niu krzy­żo­wa­ły się prze­ra­żo­ne, nie­do­wie­rza­ją­ce spoj­rze­nia.

- Ale jak...? - Zoga ostroż­nie pod­niósł zdję­cie i zbli­żył je do lam­py. Na fo­to­gra­fii, nad sie­dzą­cy­mi za sto­ła­mi ża­łob­ni­ka­mi, wy­raź­nie wi­dać było ludz­ką po­stać wi­szą­cą na gru­bym sznu­rze pod su­fi­tem. Z cha­rak­te­ry­stycz­nie prze­krzy­wio­ną gło­wą wi­siel­ca.

- Jak to moż­li­we? - za­py­tał zdu­szo­nym gło­sem Zoga. - Może coś nie tak fo­to­graf zro­bił?

- Nie - po­wie­dzia­ła Niu­nia zde­cy­do­wa­nym gło­sem. - Da­wa­li do spraw­dze­nia kil­ku fo­to­gra­fom, bo nikt nie chciał wie­rzyć. Fa­chow­com. To na fil­mie się zro­bi­ło, a nie na pa­pie­rze. I ża­den nie umiał po­wie­dzieć, dla­cze­go.

- Strasz­ne - szep­nął Ka­pra­lo.

- To nie wszyst­ko. - Niu­nia przy­gry­zła usta. - Wró­ci­li­śmy do Nie­miec z po­grze­bu. Sie­dzi­my wie­czo­rem, ze­szli się Cy­ga­ny i opo­wia­da­my, jak było. Dzwo­ni te­le­fon.

- Czyj? - za­py­tał Glo­no.

- Co? No zwy­kły, po pro­stu te­le­fon. Kto o ko­mór­kach wte­dy sły­szał?

- Ano tak.

- Więc dzwo­ni te­le­fon. Pod­cho­dzę, od­bie­ram, a tam coś ta­kie­go sły­szę: "Lo­ulo­ula­aa...!". Beł­kot ja­kiś. Odło­ży­łam słu­chaw­kę, któ­ryś gów­niarz żar­ty pew­nie so­bie robi. Za chwi­lę zno­wu to samo, ale gło­śniej i dłu­żej. I tak płacz­li­wie ja­koś. Coś mi bły­snę­ło: "Dew­ła! Prze­cież to jak­by nie­mo­wa beł­ko­tał! Albo ktoś, kto chce, ale mó­wić nie może. Może to on?".

- Kto? - Zoga uniósł brwi.

- On! - Niu­nia za­ła­ma­ła ręce. - Bo jak się Caki wie­szał, to od­gryzł so­bie ję­zyk! Nic nie mogę mó­wić, trzę­sę się cała i daję słu­chaw­kę Gień­ko­wi. Pa­trzy na mnie zdzi­wio­ny. "Śun!" - phe­naw.37 On pod­no­si ją do ucha: "Halo? Kon dowa?38" - pyta, a tam szloch strasz­ny i ten beł­kot nie­sa­mo­wi­ty. Gie­niek stoi sztyw­ny, bla­dy jak kart­ka pa­pie­ru, usta otwo­rzył i słu­cha. Wresz­cie pyta: "Caki? Dawa tu? Ćha­wa miro... So ka­mes...?39". A ze słu­chaw­ki, aż w ca­łym po­ko­ju sły­chać: "Aaaaa! Oooo!". Nie wy­trzy­mał Gie­niek i słu­chaw­kę rzu­cił. Ręce mu la­ta­ją i nie wie, co ro­bić. Pa­trzy na nas, na te­le­fon. Znów dzwo­nek! Gie­niek wy­rwał prze­wo­dy z gniazd­ka. Ci­sza strasz­na i - że­bym tru­pem tu pa­dła, je­śli kła­mię - zno­wu dzwo­nić te­le­fon za­czął!

- Jak to?! - krzyk­nął Ka­pra­lo.

- Skąd wie­dzieć? - Niu­nia wstrzą­snę­ła ra­mio­na­mi. - Wy­ję­ty ze ścia­ny, a dzwo­nił, dzie­sięć osób przy tym było, je­śli ktoś nie wie­rzy. Tłu­ma­czy­li­śmy so­bie po­tem, że po­że­gnać się dzie­ciak chciał może z wuj­kiem, bo Gie­niek nie mógł na po­grzeb je­chać. Pasz­port miał nie­waż­ny.

- Hm - mruk­nął Zoga. - Wi­dzi­cie, tak to wła­śnie jest. Tak jak mó­wi­łem, że naj­go­rzej, gdy ktoś gwał­tow­nie umrze i zo­sta­wi nie­za­ła­twio­ne spra­wy albo sam się za­bi­je. A tu jesz­cze - cho­ro­ba taka strasz­na. I ten ję­zyk od­gry­zio­ny... Brr!

- Kako... - ode­zwał się Glo­no. - A miro dad phe­ne­nys man­ge jekh hi­sto­ria ta­bo­ren­dyr jesz­cze.40 O ta­kiej nie­za­ła­twio­nej spra­wie niby...

- Ra­kir41.

- Kie­dyś sta­li ta­bo­rem koło wio­ski jed­nej...

- Któ­rej?

- Nie pa­mię­tam. Sta­li już przez ty­dzień. Ta­bor był duży, na dzie­sięć wo­zów. W dzień ko­bie­ty na wróż­bę, męż­czyź­ni - a to han­de­lek, a to ko­cioł­ki po­bie­lić i pa­tel­nie, gar­nek za­dru­to­wać, jak kto umiał, a to te ćo­reł kuty42 nie­któ­rzy. Paru mu­zy­kan­tów też było - w karcz­mie gry­wa­li chło­pom za pie­nią­dze. Wie­czo­rem, zmę­cze­ni, spać szli do na­mio­tów. I śpią so­bie, szczę­śli­wi, w noc ciem­ną, a tu krzyk strasz­ny! Głos ko­bie­ty sły­chać. Po­bu­dzi­li się, słu­cha­ją... Zno­wu! Zry­wa­ją się z po­słań, a tu jesz­cze gło­śniej: "Na, naaa!43. Kije, noże po­bra­li, co kto miał pod ręką, wy­bie­ga­ją, a przed jed­nym na­mio­tem taka phu­ry Rom­ni44 stoi, osiem­dzie­siąt pra­wie lat, w sa­mej noc­nej ko­szu­li, we wło­sach roz­wia­nych. Krę­ci gło­wą, ma­cha rę­ka­mi, nie­przy­tom­na cał­kiem, i wrzesz­czy wnie­bo­gło­sy: "Na, na, naaa! Na dawa tuke min­dźo­ry!"45.

Wszy­scy słu­cha­cze ryk­nę­li śmie­chem. Ko­bie­ty chi­cho­ta­ły, skrom­nie spusz­cza­jąc oczy, a męż­czyź­ni śmia­li się w głos, ma­cha­jąc rę­ka­mi i ła­piąc się za gło­wy. Zoga re­cho­tał ba­sem, pod­trzy­mu­jąc rę­ka­mi trzę­są­cy się brzuch. Dum­ny z sie­bie Glo­no pa­trzył na nich z ra­do­snym uśmie­chem.

- He, ale jak to? - za­py­tał Zoga, gdy opadł już tro­chę ten nie­ocze­ki­wa­ny wy­buch we­so­ło­ści. - Do sta­rej bab­ci ktoś się do­bie­rał?

- Nie, wuj­ku. - Uśmiech­nię­ty Glo­no po­krę­cił gło­wą. - A wła­ści­wie tak, hi, hi! Jak już oprzy­tom­nia­ła, to przy­zna­ła się, że przy­szedł do niej jej nie­bo­ski mąż we śnie. Taka go ocho­ta na­bra­ła, du­cha bied­ne­go, z tej mi­ło­ści. A ona już nie chcia­ła...

- Ech, Glo­no. - Zoga zno­wu par­sk­nął śmie­chem i po­pa­trzył na nie­go. - Ty za­wsze wszyst­ko w żart ob­ró­cisz.

- Bo ile moż­na tak stra­szyć się na­wza­jem, co? A ty do­kąd? - Glo­no pa­trzył zdzi­wio­nym wzro­kiem na Zo­ba­ra, któ­ry wstał na­gle i pod­szedł do drzwi wyj­ścio­wych.

- Pa­ry­ki­raw pał sare hi­sto­rie - mruk­nął Zo­bar, wkła­da­jąc kurt­kę. - Rat kali, khe­re dźaw.46

Pod­szedł do Zogi i po­ca­ło­wał go w rękę.

- Ćhen Dew­łe­sa47- po­wie­dział.

- Dźa Dew­łe­sa!48 - od­po­wie­dzie­li wszy­scy nie­skład­nym chó­rem. Zo­bar ski­nął gło­wą i wy­szedł.

- Taa... - wes­tchnął Zoga, pa­trząc w za­mknię­te przed chwi­lą za Zo­ba­rem drzwi.

- Rze­czy­wi­ście, póź­no się zro­bi­ło - po­wie­dział Ter­no, wsta­jąc. - Czas do domu.

Go­ście za­czę­li się zbie­rać, a każ­dy przed wyj­ściem ca­ło­wał z sza­cun­kiem rękę po­smut­nia­łe­go na­gle Zogę. Po kil­ku mi­nu­tach w po­ko­ju zo­sta­ły, oprócz Zogi, tyl­ko Niu­nia i Bisa.

- A jemu - mruk­nął Zoga - jak po­móc? Cho­dzą­cy szkie­let się zro­bił, tyl­ko oczy mu świe­cą. I nie słu­cha, gdy tłu­ma­czę, że tak żyć nie moż­na.

Spoj­rzał na Bisę, sio­strę Zo­ba­ra. Po­krę­ci­ła gło­wą bez sło­wa.

- Ile moż­na w ta­kiej roz­pa­czy? - Zoga przy­mknął oczy. - Może czas wresz­cie ule­czy? A może... - wziął głę­bo­ki od­dech - ...wca­le nie jest mi ła­two to po­wie­dzieć, ale może inna ko­bie­ta...

- Inna? - Bisa uśmiech­nę­ła się smut­no. - Nie. Mo­dlę się tyl­ko, żeby co złe­go mu się nie sta­ło.

- Że? - Zoga prze­cią­gnął pal­cem po gar­dle.

- Nie, nie. On sam się nie za­bi­je. Ale boję się, że ona go wy­koń­czy! - Bisa za­sło­ni­ła usta i zer­k­nę­ła z prze­stra­chem na Zogę.

- Kto?

- Ona. Aj­sza.

- Jak mo­żesz?!

- Prze­pra­szam, wuj­ku - Bisa scho­wa­ła twarz w dło­niach. - Ale... - pod­nio­sła gło­wę - mu­szę wam po­wie­dzieć. Ona przy­cho­dzi do nie­go, co noc!

- Bzdu­ry! - Zoga par­sk­nął gniew­nie.

- Daj­cie mi po­wie­dzieć, pro­szę. Jak już za­czę­łam, to niech skoń­czę.

Zoga pa­trzył na nią bez sło­wa.

- Prze­cież my śpi­my przez ścia­nę. I wszyst­ko sły­chać.

- Co niby?

- Jak oni... - Bisa opu­ści­ła za­czer­wie­nio­ną twarz. - No jak oni, prze­pra­szam was, jak oni w łóż­ku ze sobą...

- Co ple­ciesz, ko­bie­to? Może on gada do sie­bie? Może żonę przez sen woła? Wszy­scy wie­dzą, że świa­ta za nią nie wi­dział, a ona za nim. Nie trze­ba mi tłu­ma­czyć, o nie! Kto to wie le­piej ode mnie?

- Prze­pra­szam. - Bisa po­pa­trzy­ła na nie­go ze współ­czu­ciem. - Ale nic nie wy­my­śli­łam. Ja swo­je lata, wuj­ku, mam. To nie jest tak, że on sam do sie­bie. Ona na­praw­dę przy­cho­dzi w nocy. Pśe­man­gaw pał so phe­na­wa49, ale oni w łóż­ku ra­zem... to wy­raź­nie sły­chać! Bar­dzo wy­raź­nie. Prze­cież wiem, jak ko­bie­ta... gdy męż­czy­zna z nią....

Zoga za­ci­snął usta i wpa­try­wał się w nią su­ro­wym wzro­kiem. Opu­ści­ła gło­wę:

- Wy­bacz­cie...

Dźwi­gnął się z krze­sła. Po­wo­li pod­szedł do okna i od­gar­nął za­sło­nę. Mo­kry­mi ocza­mi za­pa­trzył się w noc.

- Miry ćha­jo­ry50 - szep­nął bez­gło­śnie.

Zo­bar za­cią­gnął za­sło­nę i od­szedł od okna. Za­nim zga­sił świa­tło, upew­nił się, że drzwi są za­mknię­te na klucz. Nie szedł do łóż­ka po omac­ku, świa­tło peł­ni księ­ży­ca, prze­ci­ska­ją­ce się szcze­li­na­mi mię­dzy za­sło­ną a oknem, oświe­tla­ło mu dro­gę. Wsu­nął się pod koł­drę i za­mknął oczy. Po­czuł, jak usta same krzy­wią się w gry­ma­sie bólu. Le­żał nie­ru­cho­mo, wsłu­chu­jąc się w ci­szę pod­kre­śla­ną ty­ka­niem ze­ga­ra. Na­gle twarz mu się roz­ja­śni­ła w peł­nym ulgi uśmie­chu. Od­su­nął na bok koł­drę.

- San51 - szep­nął i otwo­rzył oczy. Pa­trzył, jak pod­cho­dzi i lu­bież­nym ru­chem sia­da mu na bio­drach. Prze­krzy­wi­ła za­lot­nie gło­wę i, po­chy­lo­na lek­ko, za­czę­ła roz­plą­ty­wać po­wo­li war­kocz. Błą­dził za­chwy­co­ny­mi ocza­mi po jej na­gim cie­le. Za­drżał, gdy czar­ne loki, uwol­nio­ne z uści­sku war­ko­cza, roz­sy­pa­ły się i do­tknę­ły jego pier­si. Wcią­gnął głę­bo­ko za­pach wło­sów i za­czął za­pa­dać się wzro­kiem w pa­trzą­ce czu­le i py­ta­ją­co wiel­kie, błysz­czą­ce oczy. Głę­biej i głę­biej, za­nu­rzał się w nich cały.

- Och... - Wy­cią­gnął ręce. - Piaw tyre ja­kha...52

Po­chy­li­ła się jesz­cze bar­dziej, zbli­ża­jąc twarz na od­le­głość od­de­chu. Za­nim wpi­ła się war­ga­mi w jego usta, szep­nę­ła:

- Piaw tyro dźi...53