Chwile wieczności - Kjersti Anfinnsen
Kup ebooka
39.00 zł
32.95 zł
(31,20 zł najniższa cena z 30 dni)
«
»
Powody, by nie podróżować
"Dear Dr. Solheim".
NewYork-Presbyterian Hospital nadal wysyła mi zaproszenia. Standardowe grzeczności. Spotkania przy robótkach ręcznych, bla, bla, bla. Koreczki i wspólne śpiewy, bla, bla, bla. Brydż, bingo, bla, bla.
Do teraz zupełnie nie rozumiałam, czemu MacDowell utrzymuje ze mną takie serdeczne kontakty, ale gdy odebrałam pocztę dziś rano, znalazłam przesadnie lizusowskie zaproszenie do wygłoszenia prelekcji o plastyce zastawki mitralnej metodą Solheim-Williamsa. Prelekcja miałaby się odbyć w Dzień Kobiet. Wiele osób chciałoby posłuchać, jak opowiadam o czasach, gdy operowałam razem z Henrym. On już nie żyje, ale zanim umarł, często organizował seminaria o naszej kazuistyce i metodach.
Tak było najlepiej.
Ludzie słuchają uważniej, gdy mówi do nich mężczyzna.
Ja tak czy inaczej zawsze odmawiałam i raczej się to już nie zmieni. Muszą istnieć jakieś granice. Nie mogę pojechać do Nowego Jorku ze swoją zdezaktualizowaną wiedzą. Tylko by zobaczyli, jak się zestarzałam.
Nadal mogę samodzielnie chodzić, dałabym radę mówić na tyle wyraźnie, by całe audytorium zrozumiało moje słowa, ale mój umysł nie jest już tak sprawny, a twarz zmieniła się w mapę świata naznaczoną liniami granic i kraterami. Umalowanie się zajmuje mi dwie godziny. Co najmniej. Nic dziwnego, że wolę zostać w domu.
To zaproszenie ma chyba jakiś ukryty cel. Szpital potrzebuje widocznie pionierki, z którą mógłby się obnosić, by poprawić swoją opinię. Wszystkie stare chirurżki, które dotychczas wykorzystywali do tych celów, już poumierały. Zostały adekwatnie uczczone i pochowane ze swoimi odznaczeniami za prekursorskie dokonania.
Na samą myśl o brawach robi mi się słabo.
Gdybym tam pojechała, to ktoś zapewne zacząłby drążyć, już po prelekcji, czemu wybrałam taką wymagającą specjalizację. I gdybym miała odpowiedzieć zgodnie z prawdą, musiałabym stwierdzić: Nie wiem.
Ktoś by z pewnością zaczął epatować swoimi wyobrażeniami o pracy w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, a ja potwierdziłabym wszystkie jego domysły. Ale w tamtym okresie nie miałam czasu zastanawiać się nad dziecinnymi błahostkami, musiałam się koncentrować na swoich obowiązkach. Przez jakieś trzydzieści pięć lat właściwie mieszkałam w szpitalu. Było to wymagające, bo takie być musiało. Mogłam sobie wybrać jakiś lżejszy, łatwiejszy los, ale bez reszty pochłonęło mnie serce.
Moja siostra
- Że co?! - krzyczy do mnie moja siostra z ekranu.
- Powiedziałam, że muszę iść! - też krzyczę. - Mam wizytę u dentysty.
- Zaczekaj! - drze się Elisabeth. - Zrobię głośniej.
I tak to wygląda za każdym razem, gdy próbuję zakończyć z nią rozmowę.
- Dobrze, spróbuj teraz! - krzyczy i przytyka do ekranu ucho. Zdejmuję okulary. Są granice tego, czego warto być świadkiem.
- Muszę się już pożegnać! - wrzeszczę.
- Ach, tak, no dobrze! - odkrzykuje moja siostra. - Ale czy w ogóle dotarło do ciebie coś z tego, co mówiłam?
- Nie jestem upośledzona.
- Znów będziesz wybielać zęby?
- Tak! - krzyczę. - A teraz muszę biec.
- Biec, tak, jasne, przecież widzę, że leżysz w łóżku. Nie rozchorowałaś się chyba, Birgiciu?
- Mam na imię Birgitte - rzucam pod nosem.
- Że co?! - wrzeszczy moja siostra.
- Nic - odpowiadam.
- Wczoraj byłam na grobie rodziców. Ogrodnik będzie sadził rośliny w przyszłym tygodniu.
- Aha.
Zapada cisza, a ona robi urażoną minę. Nie mogę pojąć, że to moja siostra. Skąd się u niej bierze ten sentymentalizm?
- Nic cię to nie obchodzi, prawda? - pyta.
- Ludzie nigdy nie smucą się naszym odejściem tak, jak to sobie wyobrażamy.
Moja siostra jeszcze bardziej pochmurnieje.
- A mogłabyś podejść do tego trochę bardziej optymistycznie? Życie się wtedy robi tak jakby przyjemniejsze.
Ziewam, po czym wzruszam z westchnieniem ramionami i odwracam wzrok.
- Birgiciu? - mówi moja siostra. - Powinnaś przejść się do centrum seniora albo zapisać się do jakiegoś klubu dla pań. Może kaligrafia? Albo qigong?
- Nie widzę sensu - odpowiadam. - Wyjścia do dentysty zaspokajają moje potrzeby społecznej interakcji. A za tydzień idę do fizjoterapeuty. Mam też poumawiane wizyty z lekarką, fryzjerem, kosmetyczką, kręgarzem. Mój kalendarz pęka w szwach.
- Nie pojmuję, że ci się chce.
- Ja też nie.
Elisabeth siedzi przez chwilę i się na mnie gapi. Jest podobna do matki z tymi swoimi przenikliwymi oczami. Gdy widzę, że ma ochotę coś jeszcze mi powiedzieć, wchodzę jej w słowo:
- Dawno już powinnam się dać uśpić.