tytułem wstępu
Prozato pojęcie bardzo, ale to bardzo pojemne. Wiem o tym od dawna, ajednak co jakiś czas uświadamiam to sobie na nowo. Należę dopokolenia wychowywanego w przekonaniu, że proza to powieści iopowiadania - to z jednej strony, natomiast z drugiej - nadewszystko domena fikcji.
Wświecie wykreowanym przez powieściopisarzy i nowelistów od zawszeczułem się jak u siebie w domu, zawsze zależało mi na tym, aby wświecie tym przebywać jak najczęściej i jak najdłużej. Wpierwszej książce krytycznoliterackiej o prozie zatytułowanej Stanskupieniaz roku 2014 zamieściłem szkice o powieściach i opowiadaniachWiesława Myśliwskiego, Edwarda Redlińskiego, Jana Drzeżdżona,Dariusza Bitnera, Janusza Rudnickiego, Jerzego Pilcha, a takżeMariana Pilota. Nie inaczej w drugiej książce pod tytułem Obronaprzypadkuz roku 2018, w której znalazły się rozprawy o powieściach MarianaPankowskiego, Tadeusza Konwickiego, Kazimierza Orłosia, ZbigniewaDominy, Feliksa Netza, Józefa Łozińskiego, WojciechaCzerniawskiego, Tadeusza Siejaka, Krzysztofa Bieleckiego, MarkaBukowskiego, Stefana Chwina i Krzysztofa Vargi oraz o tomachopowiadań Romana Wysogląda. W książce tej wróciłem też doJerzego Pilcha i jego powieściopisarstwa.
++ +
Wszystkoto prawda, ale prawda częściowa. Bo przecież w Stanieskupieniaczytelnik znajdzie ponadto szkice o bogatej korespondencji JarosławaIwaszkiewicza, o dziennikach Witolda Gombrowicza, MironaBiałoszewskiego i Edwarda Stachury, a także o sztucekrytycznoliterackiej Henryka Berezy. Nie inaczej ma się sprawa zObronąprzypadku,gdzie czytelnik trafi również na omówienia książek podróżnychIwaszkiewicza, eseistyki Jerzego Stempowskiego, Andrzeja Kijowskiegoi Włodzimierza Paźniewskiego, dzienników Jerzego Andrzejewskiego iAndrzeja Falkiewicza, felietonistyki Krzysztofa Rutkowskiego,reportaży Ryszarda Kapuścińskiego oraz literackich encyklopediiJarosława Marka Rymkiewicza.
Cóż,coraz częściej określeniem proza obejmujemy pojawiające się narynku wydawniczym dzienniki pisarzy, tomy epistolografii, zbioryesejów czy felietonów, wreszcie ich wspomnienia; ale nie tylko, botakże biografie pisarek i pisarzy, a nawet autobiografie. Określenieproza stosujemy także do reportaży, a więc książek z zakresu nieliteratury artystycznej, lecz faktu; o ile reportaże te - jak naprzykład autorstwa Kapuścińskiego czy Hanny Krall - przekroczyłymagiczną i wydawałoby się nieprzekraczalną granicę międzytwórczością dziennikarską a literaturą piękną. Dzieje siętak, dlatego że wielką popularnością czytelniczą cieszą siędzisiaj właśnie gatunki dotąd, zdawałoby się, drugorzędne wobecpowieści czy opowiadania, takie jak listy, diariusze, intymnekonfesje, nie mówiąc już o biografiach. W efekcie nikogo już niedziwi, że autorów biografii bez większych oporów nazywamypisarzami.
Wystarczywizyta w dwóch-trzech księgarniach, aby się przekonać o tym, żepowieść i opowiadanie nie mają tam przewagi nad pozostałymigatunkami narracyjnymi. To, co było dotąd drugorzędne, okazałosię pierwszorzędne, co było marginalne, jest teraz zasadnicze, bynie powiedzieć centralne. Leszek Bugajski - redaktor działukrytyki najpierw w tygodniku"ŻycieLiterackie", a potem w miesięczniku "Twórczość" - tęznamienną tendencję znakomicie zaklął w tytule książki z 2013roku Marginescentralny.Przypominam ów tytuł teraz nie bez przyczyny.
++ +
Oprozie w tradycyjnym znaczeniu w tomie Chwilepewności- ukazującej się jak dwa tomy wcześniejsze z podtytułem Tekstyo prozie- będzie niewiele. Owszem, piszę tutaj o zapomnianych narracjachCzesława Miłosza, o powieściach i opowiadaniach JulianaKornhausera oraz Andrzeja Stasiuka, jednak dużo więcej miejscapoświęcam książkom wspomnieniowym: Karoliny Lanckorońskiej,Marii Danilewicz-Zielińskiej i Stefanii Kosowskiej, GustawaHoloubka, Jacka Bocheńskiego i Marty Wyki, dziennikom KazimierzaHoffmana i Krzysztofa Vargi, korespondencji Zbigniewa Herberta,eseistyce politycznej Jerzego Pomianowskiego, szkicom literackimAdama Zagajewskiego i Barbary Toruńczyk, Andrzeja Mencwela iJarosława Marka Rymkiewicza, krytycznoliterackim studiom JerzegoKwiatkowskiego, wreszcie podróżnym narracjom: WojciechaKarpińskiego, Ewy Bieńkowskiej, Marka Zagańczyka oraz MałgorzatyRejmer. Uwagę skupiłem ponadto na biografiach Iwaszkiewicza,Władysława Broniewskiego, Jana Brzechwy oraz StanisławaBrzozowskiego spisanych przez Andrzeja Zawadę i RadosławaRomaniuka, Mariusza Urbanka i Andrzeja Mencwela; a na dodatek naswoistej autobiografii Kazimierza Orłosia.
Cołączy te książki i moje o tych książkach teksty? Jaki jest ichwspólny mianownik? Być może ten, kto trzyma teraz Chwilepewnościw rękach, powinien sam odpowiedzieć na to pytanie, lecz nie mogęsię powstrzymać, aby nie podpowiedzieć: różnorodność irozmaitość. To właśnie fascynuje mnie coraz bardziej, żeliteratura polska jest właśnie taka: nieobliczalna i zaskakująca -nie tylko tematami i zagadnieniami, ale również formami ekspresji,wielością języków, zaś w efekcie wielogłosowością. Dlategoteż, komponując Chwilepewności,miałem satysfakcję, że oprócz postaci dobrze i bardzo dobrzeznanych współczesnemu miłośnikowi literatury, przypominamindywidualności mniej znane, by nie powiedzieć zapomniane, tworząceprzez lata na emigracji, z dala od kraju, czy też indywidualnościpracujące w tak specjalistycznej dziedzinie jaką jest bez wątpieniakrytyka literacka.
++ +
Nigdynie byłem krytykiem akademickim, tylko, jak najbardziej w sensieścisłym, literackim. Pisałem o książkach nie systemowo, leczsystematycznie. Pisałem nie dlatego, że musiałem lub że wypadało,lecz dlatego, że chciałem; a chciałem o nich pisać, bo mnieintrygowały i fascynowały, a co najmniej frapowały. Pisałem teteksty, nie myśląc wcale, że znajdą się kiedyś w książce.Dopiero po latach uprawiania krytyki zacząłem własny dorobekporządkować i układać w tyleż własną, co osobistą całość.
Zamieszczonew książce teksty były już wcześniej publikowane; w większościna łamach miesięcznika "Twórczość", w którym przez ćwierćwieku pracowałem jako redaktor działu poezji, a ponadto recenzjipoetyckich. Wiele z tych tekstów drukowałem w dzienniku"Rzeczpospolita", w weekendowych dodatkach"PlusMinus". Pojedyncze artykuły ukazały się w kwartalnikach"ZeszytyLiterackie" oraz"Wyspa"i w"TygodnikuPowszechnym". Przygotowując je do druku w formie książkowej,opracowałem je na nowo, zredagowałem i przeredagowałem, jedneskróciłem, drugie rozszerzyłem. Powstawały one przez lata, leczmam poczucie, że jeszcze tak niedawno mówiłem o JerzymPomianowskim na jego wieczorze autorskim w kawiarni wydawnictwa"Czytelnik"przy ulicy Wiejskiej, o Gustawie Holoubku na promocji jego książkiw Teatrze Ateneum, o wspomnieniach Kazimierza Orłosia w"KlubieKsięgarza" na Starym Mieście, zaś o dzienniku Krzysztofa Vargina transmitowanym online w czasie pandemii spotkaniu w księgarni"Korekty".
Muszędodać, że w tym czasie na łamach prasy omawiałem także twórczośćm.in.: Pawła Huellego, Rajmunda Kalickiego, Jacka Krakowskiego, JanaPawła Krasnodębskiego, Artura Leczyckiego, Jerzego Łukosza,Tomasza Małyszka, Pawła Przywary, Zbigniewa Reicha, GrzegorzaStrumyka, Władysława Terleckiego, Andrzeja Turczyńskiego AndrzejaTuziaka, Piotra Wojciechowskiego, Andrzeja Zaniewskiego, TadeuszaZubińskiego - tyle tylko, że po latach teksty o nich okazały sięw moim mniemaniu zbyt doraźne bądź zbyt zdawkowe, inaczej mówiąc,nie wytrzymały próby czasu. Z tego względu zrezygnowałem zprzypominania ich w książce. Tak czy owak, proszę czytelnika, abynie wypominał mi, o kim nie napisałem, ale przyjrzał się tym, októrym napisałem.
++ +
Mamnadzieję, że Chwilepewnościukładają się - podobnie jak Stanskupieniaoraz Obronaprzypadku- w opowieść o mojej drodze przez literaturę, o moim życiu wliteraturze. Patrząc na tytuły tych trzech książek, dochodzę downiosku, że zacząłem od krytycznoliterackiej postawy skupienia, aprzy tym scalania, następnie starałem się bronić tego, co wprozie wyjątkowe i niepodobne do niczego innego powstającego w tymsamym czasie; powstające niekiedy na zasadzie przypadku. Konieckońców doszedłem do tego, że cieszą mnie chwile, gdy mampewność, że umiem nazwać jakość i wartość czytanego iomawianego utworu; zdaję sobie sprawę, że chwile pewności totylko chwile - oby trwały wiecznie! - jednak żywięprzekonanie, że pozwalają one wyrwać się z niepewności,zapanować nad nią.
Pisząco poszczególnych książkach, nie oglądałem się na innychkrytyków i recenzentów. Analizowałem te książki w zgodzie zwłasną wiedzą i wrażliwością, posługując się metodąokreślaną mianem sztuki interpretacji, a poza tym: dobrą wiarą,gdy tylko czułem, że autorka lub autor tej właśnie książki, nadktórą tu i teraz się pochylam, niczego nie chce mi zabrać, a chcemi coś dać. Co? Cokolwiek, to znaczy wszystko.
JanuszDrzewucki
Warszawa,ulica Wiejska, lipiec 2024 roku
KAROLINYLANCKOROŃSKIEJ TALENT DO PRZYJAŹNI
1.Gdywieczorem 21 listopada 1916 roku umierającego Franciszka Józefa Ipoproszono o rozkazy na jutro, cesarz odpowiedział:"Alleswie gewöhnlich" ("Wszystko jak zwykle"). Słowa tenajdoskonalej, najpełniej wyraziły to wszystko, co było treściąjego życia, co najprawdopodobniej było treścią życia równieżjego poddanych, obywateli Austro-Węgier, tych wszystkich, do którychzaliczała się również Karolina Lanckorońska (1898-2002), córkaMałgorzaty von Lichnowsky i Karola Lanckorońskiego, wielkiegoochmistrza na dworze habsburskim, mecenasa i kolekcjonera dziełsztuki, podróżnika, autora wydanego jeszcze pod koniec XIX wiekudzieła Naokołoziemi.
ŚwiatFranciszka Józefa I i Karoliny Lanckorońskiej miał trwaćwiecznie, ale jak każdy świat, który zdawałoby się, że trwaćbędzie wiecznie, zaczął w pewnym momencie przemijać, rozpadaćsię, wreszcie ginąć w niepamięci. Wspomnienia o świecie, któryprzeminął, Lanckorońska zaczęła spisywać po latach, na starość,właśnie po to, aby - jak mówi poeta - "ocalić odzapomnienia". Lwia część tekstów, jakie złożyły się naSzkicewspomnień(przedmowa Andrzej Biernacki, Warszawa 2006) została opublikowana wlatach 1993-1997 na łamach "Tygodnika Powszechnego", pozostałezostały odszukane w archiwalnych numerach londyńskich "Wiadomości"z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku.
Lanckorońskanie pisze o sobie, lecz o innych, wspominając swoje życie, niesiebie samą sprzed lat wspomina, ale ludzi, między którymi żyła,których miała okazję i zaszczyt poznać, z którymi mogłapracować, dzięki którym stawała się i stała się tą, a nieinną osobą. Na kartach książki pojawia się galeria wybitnychpostaci, niepowtarzalnych indywidualności, znajomych i przyjaciółjej rodziców, przedstawicieli znakomitych rodów arystokratycznych iszlacheckich. Wśród nich: Leon Piniński - namiestnik Galicji wlatach 1898-1903 i jego następca - zastrzelony w NiedzielęPalmową 1908 roku przez studenta Uniwersytetu Lwowskiego MirosławaSiczyńskiego, którego wcześniej bodajże dwa razy uratował przedrelegacją - Andrzej Potocki (umierając z kulą w głowie, miałpowiedzieć:"Jestemkatolikiem, śmierci się nie boję"); następnie Badeniowie -Kazimierz, prezes rady ministrów cesarstwa, który (pomimo niechęciFranciszka Józefa) doprowadził do sprowadzenia prochów AdamaMickiewicza na Wawel, Stanisław, marszałek sejmu galicyjskiego("był bardzo duży i wzdłuż, i wszerz"), Stefan, więzieńMauthausen oraz jego syn Jan, w czasie II wojny żołnierz wPalestynie, Egipcie i w Anglii; Władysław Skrzyński - ambasadorII RP przy Stolicy Apostolskiej, zaprzyjaźniony z papieżem PiusemXI, wreszcie ciocia Rózia, czyli Róża z Potockich, którejpierwszym mężem był Władysław Krasiński, drugim EdwardRaczyński, matka Rogera i Edwarda, prezydenta Rzeczpospolitej(bracia od dzieciństwa słyszeli od matki, że "treścią i celemich życia jest służba Polsce").
Wieluz nich było gośćmi rodzinnego domu Lanckorońskich w Rozdole.Pisząc zaś o Rozdole, Lanckorońska nie zapomina o tych, dziękiktórym w domu panował ład i porządek, a którzy jednocześniewspółtworzyli niepowtarzalną atmosferę tego domu, wybudowanegoprzez Kazimierza Rzewuskiego (jego prawnukiem był KarolLanckoroński). Kreśli zatem pełne sympatii, ciepła i czułościportrety guwernantów: miss Griffin wyznającej, że nie jestkatoliczką, mademoiselle Maillez podkreślającej, że jestbonapartystką, a nie republikanką, monsieur Bresse'a na drzwiachswojego pokoju przypinającego wizytówkę z dopiskiem "de Paris",panny Rzeszotko co to przyjechała do pracy na dwa-trzy wakacyjnemiesiące, a została tu na lat dwadzieścia. Kto jeszcze okazał sięwart westchnienia? Doktor Rawski leczący bez wyjątku wszystkich:Polaków, Rusinów, Żydów i to nie oczekując żadnej zapłaty,archiwista Chotyniecki sprawujący pieczę nad liczącą okołosiedemdziesiąt tysięcy tomów biblioteką rodzinną, służącyojca - Mateusz, analfabeta, a także stangret Dmytro i Michał,chłopak od wszystkiego i do wszystkiego. To on wprowadził pannęKarolinę w tajniki fotografii, czego znów dowodem wyszukane zdjęciazamieszczone w Notatkachz podróży do Grecji(opracował, wstępem i notami opatrzył Marek Kunicki-Goldfinger,Warszawa 2004).
2.Najwięcejmiejsca w swoich wspomnieniach poświęca Lanckorońska czteremosobom. Najpierw Jackowi Malczewskiemu, wielokrotnie goszczącemu wpałacu w Rozdole, przyjacielowi ojca. "Ci dwaj panowie różnilisię bardzo między sobą, mieli jednak i wiele wspólnego, przedewszystkim serca gorące i talent do przyjaźni", z nimi zaśprzyjaźnił się Edward Raczyński z Rogalina. Lanckoroński iRaczyński opiekowali się malarzem na przemian, co było o tyletrudne, że:"niemożna było zabezpieczyć pana Jacka na czas dłuższy, bonatychmiast wszystko wydawał". Przyjaźń przyjaźnią, ale - coznamienne i pouczające - do końca życia zwracali się do siebieper pan, także wtedy, gdy wracali pamięcią do wyprawyarcheologicznej do Pamfilii i Pizydii w Azji Mniejszej sprzed dobrychtrzydziestu lat.
Równieobszernie, jak Malczewskiego, wspomina Lanckorońska tych, z którychbiografiami los związał ją w sposób szczególny, bo w czasie IIwojny, gdy toczyła się codzienna walka na śmierć i życie. Zjednej strony jest to kardynał Adam Stefan Sapieha, z drugiej IrenaKomorowska, żona Tadeusza, komendanta Armii Krajowej. Lanckorońskaakcentuje nieugiętą i niezłomną postawę metropolity wobecgubernatora Hansa Franka, rolę, jaką odegrał wobec ówczesnegostudenta polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego Karola Wojtyły, atakże cytuje jego tyleż błyskawiczną, co brutalną w swojejbezwzględności, odpowiedź na pytanie o to, co Polsce najbardziejteraz grozi: "Alkoholizm i antysemityzm". Na przykładzie zaśżony Bora-Komorowskiego, Polki tylko po kądzieli, gdyż córkiIreny z Wolańskich i francuskiego generała de Lamezan-Salins,ukazuje tragizm życia ludzkiego ponad ludzką miarę. Ale teżdodaje, że spełniło się w jej życiu stare angielskie przysłowie,iż: "człowiek zabiera ze sobą to tylko, co hojnie za życiarozdawał. Zabrała ze sobą ogrom miłości ludzkiej".
Czwartąosobą mająca we wspomnieniach Lanckorońskiej najwięcej miejscaokazuje się ks. Walerian Meysztowicz, uczestnik I wojny światowej,z której wrócił żywy z krzyżem Virtuti Militari na dodatek(pytany, za co, odpowiadał skromnie, że "przypadkiem"). Towłaśnie wraz z nim Lanckorońska założyła w roku 1946 w RzymiePolski Instytut Historyczny (Institutum Historicum Polonicum) i z nimwspółpracowała aż do jego śmierci w roku 1982.
Zuwagi na to, że spisując wspomnienia, Karolina Lanckorońska piszeo wszystkich, ale nie o sobie, w każdym razie o sobie jak najmniej,godzi się to i owo z jej biografii przypomnieć. Tym bardziej żepoświęconego jej hasła próżno szukać czy to w Słownikupisarzy polskich na obczyźnie 1939-1980,czy w dziewięciotomowym leksykonie Współcześnipolscy pisarze i badacze literatury.Była historyczką sztuki, studiowała na Uniwersytecie Wiedeńskim,wykładała na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, w czasie IIwojny wstąpiła do Armii Krajowej, działała w Radzie GłównejOpiekuńczej; aresztowana przez gestapo, skazana na karę śmierci,cudem uniknęła egzekucji; więźniarka obozu koncentracyjnego wRavensbrück. Po wojnie oddała się pracy naukowej i organizacyjnej.Nakładem Polskiego Instytutu Historycznego w Rzymie, z jej międzyinnymi inicjatywy, ukazało się dwadzieścia tomów rocznikaAntemurale,siedemdziesiąt sześć tomów w serii Elementaad Fontium Editiones,rozpoczęto wydawanie serii ActaNunciaturae Polonae.W roku 1967 założyła Fundację Lanckorońskich z Brzezia,finansującą prace badawcze naukowców z Polski w Europie, a takżezakupy dzieł sztuki dla Zamków Królewskich w Warszawie i wKrakowie. Doktor honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego iWrocławskiego.
3.O jej talencie pisarskim wiele mówią relacje z podróży poWłoszech lat trzydziestych i po Grecji w latach sześćdziesiątych.Po Włoszech podróżowała tropem św. Franciszka z Asyżu, zaś poGrecji śladem arcydzieł antycznej architektury i rzeźby orazJuliusza Słowackiego. Godne podkreślenia wydaje się, że Notatkiz podróży do Grecjispłynęły z pióra rówieśnicy Jana Parandowskiego, MieczysławaJastruna i Jana Alfreda Szczepańskiego, autorów poświęconychkulturze starożytnej Hellady takich dzieł, jak Erosna Olimpie,Dwiewiosny,Mitologia,jak Podróżdo Grecjii Mitśródziemnomorski,jak Przezkraj bogów, słońca i oliwek,Podróżdo ziemi greckiej z Neapolu,OdOlimpii do olimpiad.Co równie istotne i interesujące, w tym samym czasie, gdyLanckorońska wypłynęła statkiem z Brindisi do Patras, a więc wewrześniu 1964 roku, po raz pierwszy do Grecji zawitał i podróżowałniemal tym samym szlakiem Zbigniew Herbert, późniejszy autorLabiryntunad morzem!
Trasaperegrynacji Lanckorońskiej obejmowała m.in. Olimpię, Altis,Spartę, Mistrę, Nauplię, Tiryns, Argos, Epidauros, Mykeny, Korynt,Ateny, Termopile, Delfy, Parnas, Teby oraz wyspy takie jak: Mykonos,Delos, Egina, Hydra, Cyklady, których to wysp - jak celniestwierdziła - morze nie dzieli, lecz łączy ze sobą. Jakpodówczas już prawie siedemdziesięcioletnia dama zniosła tęwyczerpującą fizycznie podróż, pozostanie jej tajemnicą. Pomimozmęczenia, zachwyca się ujrzanym w muzeum w Olimpii kubkiemFidiasza, grobem Agamemnona, domem Pindara, surowością krajobrazuArkadii, będącego w sprzeczności wobec wizji Wergiliusza iPoussina, Koryntem - jedynym miastem na świecie o dwóch portach,jednym na wschodzie, drugim na zachodzie i koniec końców Akropolem,a zwłaszcza Partenonem, którego widok: "jest jakby odpowiedziąna tęsknotę całego życia za harmonią, za równowagą absolutną,za również absolutną prostotą".
Wpewnym miejscu wędrowniczka zapisuje uwagę kapitalnego znaczenia:"Nasze pojęcia o Grecji jednak, acz podświadomie, w dużej mierzesię kształtowały na zupełnie fałszywych pojęciach potomnych! Oile ta Grecja prawdziwa jest bardziej surowa, poważna, nawetdramatyczna". Opis ateńskiej śródmiejskiej ulicy, w którejrynsztokach bawią się źle odżywione dzieci greckiegoproletariatu, świadczy jak najlepiej o czystym sercu i jasnym umyśleKaroliny Lanckorońskiej.