PRZEDMOWA
Począwszy od Edwarda Gibbona historycy analizują zmierzch i upadek
imperium rzymskiego. Jak jednak ono powstało? Co sprawiło, że niewielka
italska osada targowa przy brodzie na Tybrze zdołała opanować cały znany
świat? Staram się odpowiedzieć na te pytania, opisując początki Rzymu.
Jest to pierwsza od lat historia republiki rzymskiej napisana dla
czytelnika zainteresowanego ogólnie historią, a konkretniej źródłami
zachodniej cywilizacji. Daje przedsmak skarbów czekających na tego, kto
zechce podrążyć temat głębiej.
Ta odległa przeszłość jest warta odgrzebania, ponieważ Rzymianie wciąż
są dla nas istotni. Wciąż inspirują nas, kształtują nasze wartości
społeczne, polityczne i etyczne. To oni stworzyli świat, w którym
żyjemy.
Obraz Rzymu mamy wpisany w geny. Zrodził on przysłowia, maksymy i wyrażenia, których używamy w codziennym życiu, prawie nie myśląc o ich
dawnym znaczeniu: wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, świetność Rzymu,
siedem wzgórz Rzymu, nie od razu Rzym zbudowano, Rzym - wieczne miasto.
Co kilka lat Hollywood wypuszcza film, który wskrzesza tę cywilizację -
by wymienić choćby tytuły takie, jak Gladiator, Spartakus, Ben-Hur
czy Quo vadis. Imponuje potęga i surowość Rzymian. Przerażają, ale i fascynują ich "igrzyska" - krwawe spektakle, podczas których gladiatorzy
walczyli ze sobą ku uciesze tłumów.
Rzymianie byli praktyczni, rozwijali technikę. Pierwsi opanowali sztukę
budowy trwałych dróg. Dowiedli, że życie w miastach może być wygodne i cywilizowane, nawet jeśli dotyczyło to głównie bogaczy.
Społeczeństwo nie sprowadza się tylko do materialnych warunków życia.
Rzymianie byli praktyczni także pod innym względem, albowiem głęboko
wierzyli w rządy prawa. Już u zarania stworzyli system prawny, który
następnie udoskonalali przez całe swoje dzieje. Prawo rzymskie stało się
fundamentem systemów prawnych wielu nowożytnych państw europejskich, a także Stanów Zjednoczonych.
Choć po upadku zachodniego imperium rzymskiego w V wieku łacina stała
się językiem martwym, cieszy się ona długim życiem pozagrobowym. Aż do
lat sześćdziesiątych XX wieku i Soboru Watykańskiego II nabożeństwa w Kościele rzymskokatolickim odprawiane były po łacinie. Do dziś gatunki
roślin i zwierząt, a także poszczególne części ciała i jednostki
chorobowe określane są łacińskimi terminami. Gwiazdozbiory na nocnym
niebie noszą łacińskie nazwy, które uwieczniają bohaterów i bohaterki
grecko-rzymskich mitów. Nazwy wielu amerykańskich instytucji - takich
jak Senat, Kongres czy prezydent - pochodzą z łaciny. Kursy łaciny są
wciąż w programie niektórych szkół średnich i wielu wyższych uczelni. Na
półkach księgarń znaleźć można przekłady rzymskich poetów i historyków.
Ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych Ameryki wychowali się na
klasykach rzymskiej literatury. Byli zafascynowani ustrojem republiki
rzymskiej. Podobał im się sposób, w jaki równoważył on trzy formy
sprawowania władzy: monarchię (wszechwładni konsulowie rzymscy),
oligarchię, czyli rządy kilku arystokratycznych rodów (rzymski senat),
oraz demokrację, czyli rządy ludu (zgromadzenia obywateli Rzymu, które
zatwierdzały ustawy). Pierwsi Amerykanie, wzorując się na tym modelu,
zaprojektowali trójdzielny aparat państwowy, pełen mechanizmów kontroli
i równowagi, z prezydentem, Senatem i Izbą Reprezentantów oraz
niezawisłymi sądami.
Mity o założeniu miasta oraz wypadki z pierwszych wieków jego istnienia
są niemal bez wyjątku niehistoryczne, ale tak właśnie Rzymianie widzieli
swoje początki. Są one obfitą poetycką ucztą, która przez dwa tysiące
lat karmiła europejską cywilizację. Dopiero w ostatnich kilku
pokoleniach nasza zbiorowa świadomość zaczęła je odrzucać. Jeśli ta
książka ma jakiś cel, to jest nim uzmysłowienie, co tracimy.
Rozważam ważkie kwestie i analizuję rozwój rzymskiej polityki, sztuki
wojennej i społeczeństwa, lecz ponad tym wszystkim jest historia
rozumiana jako opowieść, staram się więc ożywić niezwykłe postacie,
które ją tworzyły - od Tarkwiniusza Pysznego po Mariusza, od Koriolana
po Sullę, od Scypiona Afrykańskiego po braci Grakchów. Najbardziej
charyzmatycznym ze wszystkich tych ludzi nie był nawet Rzymianin, ale
ktoś, kto omal nie unicestwił Rzymu - wielki, tragiczny, rozgoryczony
Kartagińczyk Hannibal.
Jedną z ciekawych cech rzymskiej historii jest to, że często nasuwa ona
analogie do obecnych czasów, ale takie porównania mogą być
niebezpieczne, niech więc czytelnicy dokonują skojarzeń na własną rękę.
U podstaw nadziei i ambicji wielu aktorów tego długiego dramatu legła
nieśmiertelna legenda - legenda o oblężeniu i zagładzie Troi (czyli
Ilionu, jak nazywa ją Homer w swoim eposie, Iliadzie) oraz tragicznym
heroizmie greckiego wojownika Achillesa, któremu los przeznaczył życie
krótkie, ale pełne chwały. Późniejszy Achilles, niesamowity Aleksander
Wielki, również przetarł szlak, którym na miarę swych sił starało się
podążać wielu młodych Greków i Rzymian, od Pyrrusa po Pompejusza.
Powszechnie uważano też, że Rzym jest odrodzoną Troją, gotową wziąć
odwet na niegdyś zwycięskich Grekach. Dokonując inwazji na Italię,
Pyrrus, król Epiru (a zarazem imiennik syna Achillesa), wierzył, że
toczy powtórkę wojny trojańskiej, Hannibal zaś wykorzystywał mityczne
bóstwa, takie jak żona Jowisza, Junona, oraz heros Herkules, jako broń w kampanii propagandowej przeciwko Rzymowi.
Jednym z bohaterów tej książki jest sam Rzym. Jego świątynie, posągi,
rytuały i symbole były wizualnym rejestrem pamięci zbiorowej. Rzymianie
z zapałem zgłębiali historyczne powiązania miejsc, sanktuariów, świątyń
i pomników swojego miasta. Uroczystości i zwyczaje często zawierały
enigmatyczne aluzje do wydarzeń, które rozegrały się dawno temu. Uważnie
interpretowany, miejski pejzaż był podręcznikiem historii Rzymu.
Przeszłość odradzała się w teraźniejszości. Żywi mieli wrażenie, że
kroczą po śladach swych wielkich przodków i że dawne wypadki na swój
sposób się powtarzają, w nieco tylko odmiennej formie.
Rzymianie byli wojownikami i toczyli nieustanne boje z sąsiadami w Italii, a później z mocarstwami spoza regionu śródziemnomorskiego.
Polityka i wojna nierozerwalnie splatały się ze sobą w ich systemie
rządów. Ambitni ludzie, chcąc zdobyć władzę, musieli łączyć kunszt
oratorski w mieście z umiejętnościami dowódczymi w polu. Tym bowiem, o co uczono ich zabiegać - nie tyle dla dobra ogółu, ile dla własnej
chwały i powszechnego szacunku - była władza, imperium.
Nacisk, jaki kładę na narrację i czyny słynnych ludzi, jest zgodny z tym, jak sami Rzymianie widzieli swoją przeszłość, a moim celem nie jest
przedstawienie pełnej historii, ale raczej szkicowego portretu, w którym
rozpoznaliby samych siebie. Nieuchronnie na kartach tej książki pojawi
się wiele wojen, śmierci i krwi, ale gdy tylko nadarzy się okazja,
omówię również pokojowe zajęcia.
Szczęśliwym trafem zachowało się do naszych czasów wiele prywatnych
listów Cycerona, mówcy i polityka z I wieku p.n.e. Dają nam one wgląd w umysły ludzi będących świadkami upadku swego państwa. Jako remedium na
pesymizm, jakim napawała ich teraźniejszość, studiowali oni historię i zabytki wczesnego Rzymu. Gdyby on i jego podobnie myślący przyjaciele
nie podjęli owych badań, uboższa byłaby nasza wiedza nie tylko o dziejach ich miasta, ale i o tym, co w nim miało dla nich tak wielkie
znaczenie.
Uczeni nie bez racji kwestionują historyczność wydarzeń przedstawionych
w źródłach literackich. Starożytni dziejopisowie starali się robić jak
najlepszy użytek z materiałów, jakimi dysponowali; gdy natrafiali na
luki informacyjne, ulegali pokusie wypełniania ich tym, co wydawało im
się wiarygodne. Największy z nich, Liwiusz, był w równej mierze uczonym,
co artystą i jego monumentalne, wielotomowe dzieło Ab urbe condita
(Od założenia miasta) ma cechy dobrej powieści historycznej. Jest to
znakomity pisarz, ale nie zawsze godny zaufania przewodnik.
Zdarza się, że dzisiejsi badacze przechodzą samych siebie. Odrzucają
wydarzenia, ponieważ są one dla racjonalnie myślącego człowieka po
prostu nieprawdopodobne - musiały więc zostać zmyślone. Niestety
historia zna wiele nieprawdopodobnych zdarzeń. Wynika to z samej natury
ludzkich spraw.
Cały omawiany w tej książce okres, szczególnie początkowe stulecia,
obfituje w kwestie sporne. Niektóre znalazły już rozstrzygnięcie, co do
innych dyskusja, często burzliwa, wciąż trwa. Niekiedy można
podejrzewać, że tego czy innego autora poniosła fantazja. Choć zwracam
uwagę na te niejasności, jeżeli nie w zasadniczym tekście, to w przypisach, nie zagłębiam się w problemy interpretacyjne, które mogą być
interesujące jedynie dla specjalistów.
Ze względu na różnorodny charakter źródeł literackich podzieliłem tę
książkę na trzy części: Legendę, mówiącą o epoce królów, gdzie
większość wydarzeń albo w ogóle nie miała miejsca, albo miała inny
przebieg niż ten opisany; Opowieść, o podboju Italii i konflikcie
ustrojowym, gdzie współistnieją ze sobą fakty i fikcja; oraz Historię,
poświęconą republice jako śródziemnomorskiemu mocarstwu, gdzie źródła
pisane stawiają sobie za cel obiektywizm i ścisłość.
Swoją opowieść kończę na zażartej wojnie domowej między Sullą a Mariuszem w I wieku p.n.e. oraz godnych męża stanu porządkach Pompejusza
Wielkiego na Wschodzie. Kontrast między zagranicznym triumfem i wewnętrznym upadkiem nie mógłby chyba być większy.
Choć miały przyjść jeszcze dalsze podboje, republika była w tym momencie
niekwestionowaną władczynią olbrzymiego śródziemnomorskiego imperium;
zarazem jednak stała na skraju ostatecznego i nieodwracalnego kryzysu
ustrojowego. Ludzie, którzy rządzili światem, nie byli zdolni rządzić
sami sobą.
Czytelnicy, którzy chcieliby dowiedzieć się, co było dalej, mogą sięgnąć
po moje biografie Cycerona i Augusta, które dość obszernie omawiają
krwawe przeistoczenie Rzymu z częściowej demokracji w pełną autokrację.
Ilekroć podaję konkretny rok lub stulecie, chodzi o daty przed naszą
erą, chyba że zaznaczę inaczej.
Kwestia rzymskich nazwisk jest skomplikowana i wymaga wyjaśnienia.
Większość obywateli płci męskiej nosiła nazwiska trójczłonowe. Pierwszy
człon stanowiło imię własne, czyli praenomen. Za czasów późnej
republiki w powszechnym użyciu było tylko osiemnaście imion, z których
najpopularniejszymi były: Aulus, Decimus, Caius, Gnaeus, Lucius, Marcus,
Publius i Quintus. Z reguły najstarszy syn otrzymywał praenomen swego
ojca - co bywa irytujące, gdyż trzeba uwagi, by odróżnić różne postacie
historyczne o identycznych nazwiskach.
Następny był nomen, czyli nazwisko rodowe, odpowiednik naszych
nazwisk. Trzecim członem był cognomen. Pierwotnie był to przydomek
przypisany do konkretnej osoby (i tak Cicero oznacza "Grochal", co
przypuszczalnie odnosiło się do brodawki na twarzy jakiegoś dawnego
przedstawiciela rodu Tulliuszów), ale z biegiem lat zaczął oznaczać
poszczególne gałęzie rodu czy klanu. Zwycięski wódz otrzymywał dodatkowy
przydomek, agnomen, określający pokonanego przezeń wroga. I tak, po
zwycięstwie nad Hannibalem w północnej Afryce, Publiusz Korneliusz
Scypion został Publiuszem Korneliuszem Scypionem Afrykańskim.
Podrzędny status kobiet podkreślał fakt, że otrzymywały one nazwiska
jednoczłonowe, będące żeńską formą nazwiska rodowego ojca. Tak więc
córka Marka Tuliusza Cycerona nazywała się Tulia. Siostry z konieczności
nosiły to samo imię, co musiało prowadzić do nieporozumień w kręgu
rodzinnym. Zwykle zachowywały swoje nomina po zamążpójściu (tak więc
żona Cycerona nazywała się Terencja, nie Tulia).
W sytuacjach oficjalnych obywatel rzymski podawał po nazwisku rodowym
praenomen swego ojca oraz tribus, do której należał. Tak więc pełne
nazwisko Cycerona brzmiało: Marcus Tullius M[arci] f[ilius, czyli
"syn Marka"] Cor[nelia tribu, czyli "z tribusu Korneliuszy"]
Cicero.
Indeks na końcu książki uszeregowany jest według nomina. Tak więc,
szukając Cycerona, czytelnik znajdzie go pod T: Tuliusz Cyceron, Marek.
Kłopotliwe, ale trzeba się z tym pogodzić.
WPROWADZENIE2
Dwaj starzy przyjaciele, dosyć już posunięci w latach, cieszyli się na
ponowne spotkanie. Był rok 46 i Marek Terencjusz Warron, najbardziej
płodny autor swoich czasów, wybierał się właśnie do swego wiejskiego
domu kilka mil na południe od Rzymu. Bystry i praktyczny, nie był
głębokim myślicielem, starał się jednak posiąść całą dostępną wiedzę.
Jego sąsiad, Marek Tuliusz Cyceron, był wybitnym mówcą, występującym
zarówno w sądach, jak i na politycznej arenie senatu. Jeśli Warrona
można porównać do oliwy, to Cyceron, egotyczny, elokwentny i drażliwy,
był octem. Mimo to się lubili, łączyły ich bowiem wspólne
zainteresowania. Jednym z nich było uwielbienie dla przeszłości Rzymu.
Szczęśliwym trafem kilka listów Cycerona do Warrona ocalało z pożogi
czasu. W jednym z nich Cyceron ponagla przyjaciela: "Mam [...] nadzieję,
że twój powrót nie jest daleki. Oby mi mógł przynieść pociechę! Chociaż
nas dotknęły tak wielkie i tak mnogie nieszczęścia, że trzeba być
szalonym, żeby się jakiej ulgi spodziewać"3.
Źródłem owych "nieszczęść" była wojna domowa w łonie rzymskiej elity
rządzącej. Czołowym dygnitarzom groziła utrata życia lub zdrowia. Co
mają robić - zadawali sobie z niepokojem pytanie - w chwili, gdy
republika rzymska, jedyne supermocarstwo starożytnego świata,
wszechpotężne za granicą, zdaje się zmierzać ku samozagładzie?
Większość ówczesnych autorów była zdania, że zalążki rozkładu pojawiły
się około stu lat wcześniej. Rzymski podbój Grecji i znacznej części
Bliskiego Wschodu uwolnił niewyobrażalne ilości złota, nie mówiąc już o ludzkim złocie - nieprzebranych rzeszach niewolników. Całe to bogactwo
płynęło do Rzymu, który stał się stolicą de facto znanego świata,
wielokulturowym tyglem i liczącą milion dusz metropolią.
Taki był niezamierzony skutek tych zdobyczy i nie jest chyba
przypadkiem, że to właśnie mniej więcej w tym czasie zaczęto prowadzić
poważne badania nad przeszłością Rzymu. Zdaniem Warrona, Cycerona i innych podobnie myślących ludzi twardzi niegdyś, odpowiedzialni
społecznie, zaradni i wiodący proste życie Rzymianie zdeprawowali się za
sprawą wschodnich wad: chciwości, zbytku i rozwiązłości. Ustrój
republiki sprawdzał się przez setki lat. Ustawodawcze zgromadzenie
obywateli stanowiło przeciwwagę dla niewielkiej nobilitas,
arystokratycznej warstwy rządzącej. Aby ten system mógł jednak działać
sprawnie, niezbędna była zdolność do kompromisu i słuchania głosu
rozsądku - a teraz ta zdolność została utracona.
Kryzys nastąpił, kiedy Cyceron był młodym człowiekiem. W roku 82 krwawa
wojna domowa, która toczyła się z przerwami przez pięćdziesiąt lat,
osiągnęła pierwsze koszmarne apogeum. Wojska nie miały prawa wstępu do
Rzymu, ale pewien ambitny i mściwy wódz, Lucjusz Korneliusz Sulla,
wprowadził armię rzymskich obywateli do miasta i rozpoczął rzeź swoich
przeciwników.
Niepewność, kto padnie ofiarą, sparaliżowała elity społeczne. W końcu
pewien młody człowiek zebrał się na odwagę i zwrócił do Sulli:
"Nie prosimy, żebyś uwolnił od kary tych, których postanowiłeś zgładzić,
ale przynajmniej rozwiej obawy tych, których zamierzasz oszczędzić",
powiedział. "Nie wiem jeszcze, kogo oszczędzę". "W takim razie powiedz
chociaż wyraźnie, kogo masz zamiar zabić"4.
Sulla podchwycił ten pomysł i dopilnował, by od czasu do czasu na Forum,
centralnym placu Rzymu, wystawiano tablice z wypisanymi nazwiskami
skazanych na śmierć. Nie było formalnych egzekucji; każdy mógł wykonać
wyrok i po zaprezentowaniu odciętej głowy otrzymać sowitą nagrodę.
Majątek ofiary podlegał konfiskacie. Procedurę tę nazwano proskrypcją
(od łacińskiego słowa proscriptio, "wystawienie na licytację, wyjęcie
spod praw").
Celem Sulli było pozbycie się przeciwników, ale jego zwolennicy często
wykorzystywali okazję, aby załatwić prywatne porachunki albo się
wzbogacić. Pewien pechowy bogacz żalił się: "Niestety, gubi mnie
posiadłość, którą mam w Albanum"5.
Cyceron, ambitny dwudziestokilkuletni prawnik, bezpośrednio zetknął się
z tymi okrutnymi machinacjami. W swej pierwszej sprawie karnej odważnie
zdemaskował poczynania jednego z bliskich współpracowników Sulli,
greckiego wyzwoleńca Chryzogonosa. Ujawnił intrygę pozorującą, że pewien
zamordowany posiadacz ziemski został objęty proskrypcją, co pozwoliło
skonfiskować jego majątek i sprzedać za bezcen Chryzogonosowi.
Ryzykując osobiste bezpieczeństwo, Cyceron nakreślił niezapomniany
portret pozbawionego skrupułów manipulatora i karierowicza:
Sam zaś jak z włosami utrefionymi i pomadą namaszczonymi tu i ówdzie po
Forum z wielkim orszakiem ludzi w togi odzianych uwija się, to sami,
sędziowie, widzicie; jak na wszystkich z góry spogląda; jak nikogo prócz
siebie za człowieka nie ma; jak siebie tylko za szczęśliwego i możnego
poczytuje6.
Na szczęście władze zostawiły Cycerona w spokoju, możliwe też, że wódz
nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ludzie pokroju Chryzogonosa
wyzyskują panujący chaos.
Sulla nie był zwykłym masowym mordercą; był także rozważnym politykiem.
Wprowadził reformy mające zwiększyć uprawnienia elity rządzącej oraz
zapewnić, że nikomu innemu nie uda się pójść w jego ślady i przejąć z pomocą wojska kontroli nad państwem. Nie spełniły one swego zadania i kariery polityków wiernych dotychczasowemu ustrojowi, takich jak Cyceron
czy Warron, łamali niedoszli Sullowie; ostatni, Gajusz Juliusz Cezar,
rozpętał wojnę domową, która przyniosła kres republice rzymskiej.
Zwycięstwo Cezara oznaczało, że nie było już dla nich miejsca na scenie
politycznej.
Jak miał zareagować kochający ojczyznę Rzymianin? Jeśli chodzi o Warrona
i Cycerona, nie widzieli oni innego wyjścia, jak tylko poświęcić się
nauce, a konkretnie spisywaniu dziejów Rzymu, pisaniu traktatów
politycznych lub filozoficznych albo antykwarstwu.
"Bylebyśmy tylko razem żyli, poświęcając się naukom", pisał Cyceron do
Warrona w kwietniu.
Jeśliby nas kto chciał użyć do odbudowania Rzeczypospolitej, nie tylko
jako budowniczych, ale jako cieślów, ociągać się nie będziemy, owszem, z ochotą przybieżemy. Jeżeli nikt naszej pomocy potrzebować nie będzie,
nie przestaniemy pisać i czytać dzieł o polityce, usługiwać
Rzeczypospolitej, jeżeli nie w senacie i na Forum, to przynajmniej
nauką, dziełami, badaniami o prawach i obyczajach7.
Warron niewątpliwie wziął to sobie do serca. Przypisuje mu się autorstwo
niewiarygodnej liczby 490 książek, choć do naszych czasów w całości
zachowała się tylko jedna z nich - podręcznik rolnictwa. Dożył późnej
starości, pod koniec życia pisząc jedno ze swych najsłynniejszych dzieł,
O gospodarstwie rolnym (De re rustica). Jak wyznał żonie, "jeśli
człowiek jest, jak powiadają, bańką powietrza, to tym bardziej odnosi
się to do starca. Otóż mój osiemdziesiąty rok przypomina mi, abym
pozbierał manatki, zanim rozstanę się z życiem"8. Tymczasem
żył jeszcze dziesięć lat. Jednym z jego licznych dokonań było
opracowanie chronologii, która ustalała datę założenia Rzymu na 753 rok
p.n.e.; choć zawiera ona błędy, do dziś pozostaje tradycyjnym systemem
datowania.
Warron i Cyceron nadal się spotykali, by dzielić się ponurymi
przemyśleniami na temat aktualnej sytuacji i wspominać przeszłą chwałę
Rzymu. Składali sobie wizyty w swych wiejskich lub nadmorskich willach.
Cyceron bywał wybrednym i wymagającym gościem. "Jeżeli będę miał dosyć
czasu przed 2 lipca do Tuskulanum pojechać - pisał - zobaczę cię tam;
jeżeli nie, pojadę za tobą do Kumanum i wprzód cię o tym uwiadomię, żeby
kąpiel była gotowa"9. Nieco później groził żartobliwie:
"Jeżeli do mnie nie przyjedziesz, pobiegnę do ciebie"10.
Z jego listów przebija podziw dla uczonego przyjaciela: "Zdaniem moim
dni, które przepędzasz w Tuskulanum, stoją za całe życie i chętnie bym
oddał drugim wszystkie bogactwa świata, gdyby mi wolno było bez
przeszkody od gwałtu żyć tym sposobem. Naśladuję cię, jak
mogę"11.
Rzymscy historycy i badacze przeszłości nie uważali się za
profesjonalnych uczonych, ale, jak Cyceron i Warron, byli zwykle
pozbawionymi zajęcia przedstawicielami nobilitas. Ich celem było
pouczanie zdegenerowanych współczesnych pokoleń. Chcieli ukazać prawdę,
lecz kiedy na przeszkodzie stawał im brak faktów, sięgali do legend i nie wzdragali się przed wypełnianiem luk tym, co ich zdaniem musiało -
albo wręcz powinno - się było wydarzyć.
Pogrążeni w rozpaczy politycy konającej republiki kształtowali historię
wczesnych lat Rzymu tak, jak sami chcieli ją widzieć. Miała ona być
alternatywą dla przygnębiającej teraźniejszości. Thomas Babington
Macaulay, angielski poeta, historyk i polityk z XIX wieku, wyobrażał
sobie, że rzymskie mity założycielskie narodziły się jako ludowe pieśni,
i odtworzył niektóre z nich w niezapomnianych wierszach.
Lepiej niż ktokolwiek inny uchwycił on surowego rzymskiego ducha:
Prędzej czy później, rzecz wiadoma,
Człek każdy spotka śmierć.
A jakiż jest godniejszy skon,
Niźli w obliczu wroga
Życie dać za prochy ojców swych
I świątynie swoich bogów?12
Opowieści snute przez ludzi takich jak Warron i Cyceron nie tylko
ukazywały utracone cnoty, ale obejmowały również makabryczne historie
sprzed wieków, jeśli nie zmyślone, to ubarwione, mające być budzącą
grozę przestrogą dla współczesnych im nikczemników działających na zgubę
państwa. Ich wersja wydarzeń ma niewielki związek z prawdą (jak dalece
możemy to stwierdzić z perspektywy niemal trzech tysięcy lat), ale jej
historyczna niewiarygodność jest znacznie mniej istotna niż światło,
jakie rzuca na to, co widział Rzymianin, gdy uważnie przyglądał się
sobie w idealizującym lustrze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Świt feralnego dnia rozbielił wzgórza. Obóz się budzi. W dole huczy
pienista rzeka, w której oddział numidyjskiej lekkiej jazdy poi konie.
Wokoło rozbrzmiewa czysty ton rzymskich trąbek. Albowiem mimo
dezaprobaty Scypiona, kłamliwych wróżb, wezbranej Trebii, wiatru i deszczu nowy konsul Semproniusz, wiedziony pychą, rozkazał liktorom
wznieść symbole swojej władzy, topory z pękami rózeg, i ruszyć do ataku.
Na horyzoncie płoną galijskie wioski, na czerwono barwiąc czarne niebo
złowieszczymi jęzorami ognia. Z oddali dobiega trąbienie słoni, pod
mostem zaś Hannibal, oparty o filar, w zadumie i uniesieniu nasłuchuje
stłumionych kroków maszerujących legionów. [wróć]
Wspaniałe listy Cycerona dają nam wyobrażenie o jakości życia w późnej
republice rzymskiej. [wróć]
Cic Fam XXXVII (IX.1), przeł. E. Rykaczewski. [wróć]
Plut Sul 31.1-2. [wróć]
Tamże, 31.6, przeł. M. Brożek. [wróć]
Cic Rosc Am 46.135, przeł. E. Rykaczewski. [wróć]
Cic Fam XLVI (IX.2), przeł. E. Rykaczewski. [wróć]
War Rust 1.1.1, przeł. I. Mikołajczyk. [wróć]
Cic Fam LIV (IX.5), przeł. E. Rykaczewski. [wróć]
Tamże, XLIX (IX.4), przeł. E. Rykaczewski. [wróć]
Tamże, LII (IX.6), przeł. E. Rykaczewski. [wróć]
Macaulay, Horatius, strofa XXVII. [wróć]