2. WINCENTY
Starzec siedział za masywnym, dębowym biurkiem, skrupulatnie, choć irytująco wolno i z nadmierną siłą uderzając palcem wskazującym w klawiaturę podłączoną do komputera stacjonarnego. Biuro, bo tak chyba należałoby nazwać to pomieszczenie, wypełniały dźwięki głośno pracującej jednostki napędowej i miarowy szum agregatu prądotwórczego.
Pomieszczenie było przestronne, pięć na sześć metrów. Niemal puste ściany pokrywała śnieżnobiała farba, której czystość sprawiała wrażenie, jakby nałożono ją kilka dni wcześniej. Przez ogromne, kwadratowe okno wpadały promienie słońca, oświetlając ciemny blat, szczelnie pokryty papierzyskami oznakowanymi pieczęcią przypominającą odcisk psiej łapy wrysowany w celtycki krzyż.
Mężczyzna wyglądał na siedemdziesiąt lat. Na sobie miał długi, gruby płaszcz, mimo że temperatura w pomieszczeniu - przez pracujący agregat i komputer - z pewnością przekraczała piętnaście stopni. Nawet zimowy ubiór nie maskował jednak przeraźliwie szczupłej sylwetki. Dłonie mozolnie molestujące przyciski klawiatury pokrywały nabrzmiałe, fioletowe żyły. Skóra ciasno opinała kości, jakby pomiędzy nimi nie znajdował się ani skrawek mięśni czy tłuszczu. Pociągła twarz pokryta licznymi piegami, równie szczupła jak reszta sylwetki, sprawiała surowe wrażenie, które potęgowały orli nos, wąskie usta barwy fioletu, małe, bystre, hebanowe oczy, zaczesane do tyłu gęste, choć zupełnie siwe włosy i starannie przystrzyżony wąsik tego samego koloru. Już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że facet nie należy do takich, których można zignorować lub łatwo zapomnieć.
Odgłos pukania do drzwi zagłuszył stukot klawiszy.
- Wejść! - krzyknął starzec, nie odwracając skupionych oczu od pożółkłego monitora.
Drzwi ustąpiły z głośnym skrzypnięciem, próg przekroczył młody mężczyzna z lekką nadwagą. Na sobie miał dżinsy i prosty, czarny sweter. Wystający brzuch, zakola trawiące brązowe włosy, okulary o maleńkich szkłach i wysoko posadowione brwi przywodziły na myśl średnio rozgarniętego urzędnika albo informatyka niskiego stopnia z dawnych czasów.
- Och, Aaron, zapraszam, zapraszam.
Wincenty Jawor uśmiechnął się do gościa promiennie, odsuwając dłonie od klawiatury, choć w głębi ducha najchętniej w ogóle nie wpuszczałby tego młokosa do swojej komnaty. Nie miał niestety takiej możliwości, jako że wciąż doskwierał mu brak odpowiedzialnych, inteligentnych i oddanych sprawie - jego sprawie - podwładnych. Aaron, stojący przed jego biurkiem ze splecionymi na obfitym brzuchu rękami, niepewnie wodzący oczyma po bieluchnych ścianach, z pewnością był oddany sprawie. Co do inteligencji i odpowiedzialności - znali się zbyt krótko, żeby rozstrzygnąć to ze stuprocentową pewnością. Choć na pierwszy rzut oka nie brakowało mu oleju w głowie.
Problem, a może raczej przeszkoda, z jaką od zawsze zmagał się Wincenty Jawor, zarówno w życiu "przed", jak i "po", była prosta. Najzwyczajniej w świecie nienawidził innych ludzi, a w dodatku odczuwał absolutny brak empatii. Pewnie dlatego ponad czterdzieści lat temu rozwiódł się z żoną, gdy tylko dowiedział się, że jest śmiertelnie chora. Pomyślał o tych tygodniach, a może miesiącach czy latach, zmarnotrawionych na zajmowanie się zupełnie obojętną mu kobietą, i rzucił papierami rozwodowymi. Oczywiście oberwał od swojej rodziny, jej rodziny, wszystkich znajomych. Trafił na margines społeczny, nikt nie chciał się z nim spotykać, a nawet rozmawiać. Kurwa, jaki był wtedy szczęśliwy!
Życie - czy jak kto woli: karma - jest jednak dziwką i jego bytność na świecie potoczyła się w takim kierunku, że nie mógł pozwolić sobie na unikanie ludzi. Nauczył się więc rozmawiać, udawać, uśmiechać na zawołanie, płakać, kiedy tego wymagała sytuacja, krzyczeć, kiedy wypadało. Nauczył się grać, żyć w społeczeństwie, ale nigdy nie zdołał wyzbyć się do niego pogardy.
- Usiądź, proszę. Chciałbym z tobą porozmawiać.
Aaron Jones, nieco oszołomiony luksusem, jaki zastał u dyrektora Kościoła Odkupienia, jednej z najważniejszych frakcji wyznaniowych w Polsce, podszedł do biurka i usiadł na prostym, drewnianym krześle. Obfite pośladki wylały się poza zarys mebla, odbierając mu choćby namiastkę komfortu, ale ani mu było w głowie narzekać. Sam dyrektor, sam Wincenty Jawor zaprosił go na rozmowę. Myślał tylko o tym, a poczucie zawstydzenia mieszało się z irracjonalną wręcz ekscytacją wynikającą z tej wizyty, tworząc bardzo dziwną, paraliżującą mieszankę odczuć.
- Aaron, Aaron, nasz najlepszy adept. Wiesz, dla mnie najważniejsze w całej naszej misji, choć to chyba za małe słowo, jest zaangażowanie. Nieczęsto zapraszam na rozmowę tak nieopierzonych członków wspólnoty. Prawdę mówiąc, chyba nigdy nie zrobiłem tego z kimś aż tak niedoświadczonym, ale wierzę w ciebie. Widziałem twoje wyniki egzaminów i jestem pod wielkim wrażeniem. Możesz osiągnąć naprawdę wiele, być może nawet wskoczyć na moje miejsce, kiedy przyjdzie odpowiedni czas, ale musisz udowodnić, że na to zasługujesz. Stąd dzisiejsze spotkanie - zakończył Jawor. W trakcie wygłaszania monologu w skupieniu patrzył Aaronowi w oczy, upewniając chłopaka w szczerości swych słów. Tyle, że słowa nie były szczere. Wincenty miał głęboko w dupie to, kto zajmie jego miejsce. Interesowało go tylko, żeby wydarzyło się to jak najpóźniej. - Mam dla ciebie zadanie - kontynuował Wincenty, poderwawszy się z fotela sprężystym ruchem. - Mamy mały kłopot z pewną... młodą damą, która szerzy na Pomorzu herezje, rozsiewa plotki, które uderzają w nasz Kościół, odciągają od nas ludzi. Sytuacja póki co jest pod względną kontrolą, ale lepiej dmuchać na zimne. Chciałbym, żebyś się tym zajął. W imię naszego Stwórcy, dla dobra nas wszystkich.
Nie do końca mówił młodzieńcowi prawdę, choć też niezupełnie się z nią mijał. Kościół Odkupienia, założony przez Wincentego Jawora zaledwie rok po "końcu", systematycznie aczkolwiek powoli rósł w siłę przy wsparciu pewnych osób z Warszawy, tak zwanych Stołeczniaków. Kościół założony pod Krakowem początkowo skupiał wszelkie swoje aktywności w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od stolicy dawnej Małopolski. Jednak lata upływały, macki wspólnoty sięgały coraz głębiej, pochłaniając kolejne ary, hektary, miasta, województwa. Przemieszczanie się po kraju nie było jednak tak proste, jak przed wojną, przez co ekspansja trwała nieprzyzwoicie długo. Do tej pory najsłabiej obsadzono rejony Bałtyku i właśnie tam pojawiła się ta siksa. Prawdopodobnie niegroźna, a jednak siejąca spore wątpliwości u ludzi, którzy w innych okolicznościach z pewnością skłoniliby się ku ich wspólnocie, płacili podatki nie w postaci bezużytecznych pieniędzy, ale zgromadzonych dóbr. Straty nie były wielkie, ale mimo to Wincenty czuł, że jeżeli nie stłumi tego problemu w zarodku, sprawa będzie eskalować. Nic poza przeczuciem Jawora nie wskazywało, żeby ta mała dziwka mogła zaszkodzić tak potężnej instytucji, ale Wincenty już dawno temu nauczył się ufać swojej intuicji.
- Zajął się, to znaczy? - spytał nieco zachrypniętym, wysokim głosem Aaron, po raz pierwszy zabierając głos.
- Zrobił wszystko, cokolwiek będzie trzeba. Ufam twoim osądom, bracie - odparł dyrektor z uśmiechem, który nie obejmował oczu. Te mówiły wprost: "Zabij ją, jeśli będzie trzeba". - Czy przyjmujesz zadanie? Zadanie, które powierzam ci ja, w imię naszego Pana?
- W imię Stwórcy. W imię Wspólnoty. W imię Odkupienia - odparł wyuczoną na szkoleniu formułką Aaron Jones.
Następnie padł przed Jaworem na kolana, trzymając nad głową wyprostowane ręce z dłońmi złożonymi do modlitwy. Tkwił w tej pozycji kilka minut, w absolutnej ciszy i bezruchu, po czym wstał, zbliżył swoją twarz do twarzy starca, przekręcił jego głowę na bok i wsunął język do ucha. Lizał przez chwilę, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia.
Po kilkunastu sekundach Wincenty zaniósł się suchym, starczym śmiechem. Gdy tylko zdołał się nieco uspokoić, spojrzał w dół, gdzie jego stary penis wyraźnie wybrzuszył powierzchnię grubego płaszcza. Po raz kolejny wybuchnął śmiechem przypominającym szczekanie chorego psa.
Wciąż nie mógł uwierzyć, jak łatwo jest zmanipulować te zbłąkane dusze, nakłonić do wykonania nawet najbardziej popierdolonych rzeczy, mimo że robił to od kilkudziesięciu lat. Wcześniej, prowadząc lombard i teraz, będąc założycielem Kościoła. Ludzie, którzy utracili nadzieję, zrobią wszystko, żeby ją odzyskać. Prawda stara jak świat. Wprowadził te wszystkie chore formułki, napisane na kolanie modlitwy, bezsensowne rytuały, żeby zapewnić potencjalnych członków wspólnoty, że uczestniczą w czymś wielkim. W czymś przełomowym, cudownym, paranormalnym. W czymś, co dla odmiany ma sens.
Po tym, jak świat zwalił się wszystkim na łeb, wiara umarła. Wiara w Boga, wiara w sens życia, wiara w ciężką pracę za lekkie pieniądze. Wreszcie wiara w to, że dbanie o najbliższych, pomoc bezbronnym, zwierzętom, znajomym i nieznajomym ma jakiekolwiek znaczenie. Pozostała chęć. Chęć powrócenia do jakichkolwiek wartości, jakichkolwiek wytycznych, które wskażą kierunek w nowej rzeczywistości. I on im to dał. Dał poczucie, że gdzieś jest koniec, który prowadzi do kolejnego początku, co oczywiście było jednym wielkim kłamstwem. Ale potrzebnym.
Tak, wszystkie formułki wymyślił po to, żeby zwiększyć wiarygodność całej tej utopijnej patetyczności.
Lizanie ucha wprowadził za to tylko dla siebie. Bo i kto mu zabroni? On ustalał zasady. On ustalał wszystkie prawa. On był prawem. Może gdyby ta suka, jego żona, zrobiła choć raz to, czego chciał, wylizała cały miód, cały dobrobyt, jak nie raz prosił, to jego życie potoczyłoby się w zupełnie innym kierunku?
Nieważne. Nieistotne. Jest jak jest. A jest dobrze - w końcu znalazł się na szczycie albo prawie na szczycie tej chorej hierarchii.
I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to przeczucie, że za chwilę wydarzy się coś, co odmieni bieg historii, którą tak skrupulatnie budował.
Ta młódka znad morza. Oby Aaron sobie poradził. Jeśli nie, wyśle Tobiasza. Nawet kosztem województwa podkarpackiego, które od samego początku sprawiało najwięcej problemów.
Aaron. Dziesiątki poddanych dziennie wylizywało mu uszy, ale od kilku lat nikt nie zdołał uruchomić jego małego. Ostatnio Tobiasz, teraz Aaron.
Jest w tym jakaś poetyka.
Jawor po raz ostatni parsknął śmiechem i okrążywszy biurko, usiadł w swoim fotelu. Po chwili kościste palce powróciły do wybijania monotonnego rytmu na klawiaturze.