Chrzest - Guy de Maupassant
3.50 zł
3.01 zł
(3,50 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
NOWELA
Przed drzwiami chaty oczekiwali w gromadkę zebrani mężczyźni. Słońce majowe wyléwało całe potoki światła na olbrzymie bukiety białych kwiatów jabłoni, które tworzyły ponad dziedzińcem wonne i jasne sklepienie. Cały dészcz tych śnieżnych płatków kręcił się w powietrzu, padając na wysoką trawę, w któréj kraśne maki błyszczały jakby krople purpurowéj krwi.
Nagle, zdaleka, z poza drzew wysokich, doleciał odgłos kościelnego dzwonka. Ten cichy głos biegł ku przejrzystemu niebu jakby radosne, słodkie wezwanie. Jaskółki mknęły jak strzały przez niebieskie przestworza, oprawione w ciemne, milczące jodły.
Ciepły zapach obory mięszał się z silnym zapachem jabłonek.
Jeden z mężczyzn obrócił się ku domostwu i zawołał:
- Nuże, Melino! oto i dzwonek!
Miał najwięcéj trzydzieści lat. Był to wysoki i rosły wieśniak, którego roboty polne nie pochyliły jeszcze ku ziemi.
Jeden ze starych, właśnie ojciec jego, skurczony jak stary pniak dębowy, z rękami i nogami pokrzywionemi od pracy, zauważył:
- Kobiéty nigdy na czas nie są gotowe.
Dwaj młodzi synowie zaczęli śmiać się głośno, a jeden z nich, obracając się do najstarszego, powiedział:
- Idź je sprowadzić, Hipolicie. Inaczéj nie przyjdą przed południem.
I młody człowiek wszedł do swéj chaty. Cała gromada kaczek zatrzymała się teraz przed wieśniakami i zaczęła krzyczéć, bijąc skrzydłami; poczém oddaliły się zwolna, idąc ku kałuży i kołysząc się z powagą niewzruszoną.
Tymczasem drzwi otworzyły się na rozcierz i ukazała się w nich kobiéta, niosąca na rękach dwumiesięczne dziecko. Szérokie, białe szarfy spływały jéj z wysokiego czepca na plecy, odbijając od tła ponsowego szala, płomiennego jak pożar. Dziecko, całe owinięte w białe draperye, drzémało spokojnie w silnych ramionach kobiéty.
Potém ukazała się matka, zaledwie osiemnastoletnia, świéża, uśmiéchnięta, wsparta na ramieniu swego męża. Za nią - obie babki, zmarszczone jak staro jabłka, wlokąc nogi wycieńczone długą i uciążliwą pracą.
Jedna z nich była wdową; ta ujęła ramię dziadka, który stał przed bramą, i stanęli na czele orszaku, tuż poza dzieckiem i niosącą je kobiétą. Reszta rodziny udała się za nimi. Dzieci niosły całe torebki cukierków i migdałów osmażanych w cukrze. A tam, w oddali, mały dzwonek dzwonił bezustannie, wołając na cały głos słabe dziéciątko, niesione ku niemu. Chłopcy wioskowi wdrapywali się na płoty, ludzie wychodzili przed drzwi domów; służące przystawały na drodze pomiędzy dwoma wiadrami mléka i przypatrywały się orszakowi.
Niosąca dziecko kobiéta szła ostrożnie, omijając błotniste kałuże, dźwigając swój żywy ciężar z dumą i wielką ostentacyą. Poza nią starzy szli z pewną ceremonią, troszkę krzywo - ot jak ludzie wycieńczeni pracą. Młodzi mieli ochotę tańczyć, spoglądając na przypatrujące się im dziéwczęta; ojciec i matka jednak szli poważnie, spokojnie ścigając oczyma to dziécię, które miało ich zastąpić w życiu i dźwigać na sobie ich nazwisko, nazwisko Dentu - dobrze znane w okolicy.
Weszli teraz na płaszczyznę i poszli polami, aby uniknąć długiéj, krętéj drogi.
Teraz można było dostrzedz kościół i szpiczasty dach dzwonnicy. Dach ten miał otwór na przestrzał; coś poruszało się w tym otworze, idąc i powracając szybko. To był właśnie dzwon, który wołał ciągle, przyzywając niemowlę po raz piérwszy pod dach domu Bożego.
Pies biegł za orszakiem; rzucono mu kilka migdałów, które schwytał w przelocie.
Drzwi do kościoła były otwarte. Ksiądz, wysoki, chudy, rudawy, także jeden z Dentu, stryj małego a brat ojca, czekał przed ołtarzem. Ochrzcił podług form swego siostrzeńca, Prospera-Cezara, który zaczął rzewnie płakać, kosztując soli symbolicznéj. Gdy ceremonia była skończona, cała rodzina stanęła na progu, podczas gdy proboszcz zrzucał swoją komżę, poczém puszczono się w drogę. Szli teraz prędko, bo każdy myślał o obiedzie. Wszystkie dzieci ze wsi biegły za orszakiem i za każdą rzuconą im garścią cukierków rozpoczynała się straszna walka, kończąca się na wydziéraniu wzajemném włosów. Psy mięszały się także do walki, nie zważając na to, że dzieci ciągnęły je za łapy, za ogony, lub obrywały im uszy.
Kobiéta, niosąca dziécię, zmęczyła się trochę, zwróciła się więc do proboszcza, który szedł tuż przy niéj.
- Ej, księże proboszczu, czy nie zechciałbyś potrzymać trochę swego siostrzeńca? Ja tymczasem wyprostuję sobie ręce. Poprostu kurcze mnie chwytają.
Ksiądz wziął dziécię z rąk piastunki niezręcznie, nie wiedząc, jak je trzymać należy. Biała sukienka małego utworzyła ostrą plamę na czarnéj sutannie proboszcza. Zaambarasowany, pochylił się ku dziecku i ucałował je delikatnie. Wszyscy śmiać się zaczęli. Jedna z babek zapytała:
- He! proboszczu! a powiédz-no prawdę, nie przykro ci, że nigdy nie będziesz miał czegoś podobnego?
Ksiądz nie odpowiedział nic. Szedł wielkiemi krokami, patrząc uważnie w twarzyczkę dziecka i w jego błękitne oczy. Przyszła...............