Wprowadzenie
Gdzieś około roku pańskiego 1250 wielki książę litewski Mendog przyjął
chrzest. Przedstawiciel ostatniego znaczniejszego niechrześcijańskiego
rodu panującego w Europie dołączył do wyznawców religii, z którą
utożsamiany był teraz ten kontynent. Został stosownie nagrodzony: papież
Innocenty IV wyniósł jego księstwo do rangi królestwa. Kilka lat
później, w sierpniu 1253 roku, tenże papież oficjalnie zatwierdził
regułę nowego włoskiego zgromadzenia żeńskiego: zakonu klarysek,
nazwanych tak od imienia Klary z Asyżu, przyjaciółki, uczennicy i współpracownicy słynnego Świętego Franciszka. Pomiędzy tymi
wydarzeniami, 15 maja 1252 roku, wydał też bullę Ad extirpanda (owe
papieskie pisma noszą zawsze tytuł od swoich pierwszych słów), akt
prawny wielkiej wagi, który sankcjonował użycie tortur podczas
przesłuchiwań heretyków na wszystkich ziemiach, gdzie sięgała jego
święta władza - w całym łacińskim świecie chrześcijańskim, który jest
głównym tematem tej książki.
Ten mały chronologiczny zlepek zdarzeń z końca tysiącletniego okresu
omawianego w tej książce uwypukla niektóre z jej najważniejszych wątków.
Każdy opis początków i ewolucji europejskiego chrześcijaństwa jest siłą
rzeczy historią konwersji. W punkcie wyjścia tej opowieści, około roku
300 n.e., kilka lat przed obwołaniem cesarzem Konstantyna, pierwszego
władcy znacznej części europejskiego krajobrazu, który zaakceptował
chrześcijaństwo, było ono wciąż mniejszościową religią nawet w świecie
rzymskim, a olbrzymia większość jego tamtejszych wyznawców nie mieszkała
w europejskich prowincjach imperium, ale w Azji Mniejszej, na Bliskim
Wschodzie, w Egipcie i Afryce Północnej. Do roku 1300 cała Europa (nie
licząc Litwy i regionów podbiegunowych) stała się chrześcijańska,
podczas gdy znaczna część pierwotnego południowośródziemnomorskiego
serca chrześcijańskiego świata przeszła na islam, tworząc nierozerwalną
więź między Europą a chrześcijaństwem, która trwa do dziś. Ale, jak w wypadku księcia Mendoga i Litwy, dokonana tymczasem chrystianizacja
zdumiewająco wielkiej części kontynentu europejskiego rozpoczynała się
od zmiany przynależności religijnej panujących rodów. Ów szczególny
charakter procesów konwersji, biorących początek od najpotężniejszych,
będzie powracającym motywem przedstawionej tu historii.
W chronologicznej bliskości aprobaty papieża Innocentego dla klarysek i jego bulli dotyczącej torturowania heretyków odnaleźć można inne z głównych tematów tej książki. Chrystus, jakiego przedstawiają ewangelie,
słynie z wielu rzeczy, ale zwłaszcza z "miłowania nieprzyjaciół" i "nadstawiania drugiego policzka". Trzynastowieczne europejskie
chrześcijaństwo pielęgnowało wiele z uwiecznionych tam ideałów, gdyż
przechowywało, zgłębiało i otaczało czcią nowotestamentową opowieść o naukach i czynach Chrystusa. Święci Klara i Franciszek - podobnie jak
wielu innych charyzmatycznych chrześcijańskich przywódców z wczesnych
wieków drugiego tysiąclecia - nie tylko cenili te wartości w teorii, ale
i starali się je stosować w praktyce. Oboje naprawdę wyrzekli się
wszelkich dóbr doczesnych; sprzedawszy wszystko, co posiadali,
poświęcili życie ubogim i chorym oraz nakłaniali swoich naśladowców, by
postąpili tak samo.
Ale choć niektóre z ich wartości moralnych były ewidentnie
nowotestamentowe, Klara i Franciszek działali w ramach chrześcijańskiej
struktury religijnej, której szkielet instytucjonalny i doktrynalny
zmienił się nie do poznania od I wieku naszej ery. Jeszcze
w początkach IV wieku, kiedy doszło do nawrócenia Konstantyna,
chrześcijaństwo nie miało żadnych centralnych struktur władzy. Składało
się z szeregu głównie miejskich gmin, które same wybierały swoich
przywódców i - mimo pewnej wspólnoty wymaganych wierzeń, prywatnych
zachowań i organizacji instytucjonalnej - na ogół kierowały swoimi
sprawami niezależnie od siebie. Wiele kwestii wciąż było płynnych. Nawet
tak fundamentalna chrześcijańska doktryna, jak koncepcja Trójcy Świętej,
doczekała się powszechnie akceptowanego sformułowania dopiero po
konwersji Konstantyna, a liczne zagadnienia teoretyczne i praktyczne - w każdej religii są one zwykle ściśle ze sobą powiązane - przez długi czas
pozostawały nierozstrzygnięte.
Klara i Franciszek są tego przykładem. Mimo deklarowanych
nowotestamentowych wartości wiedli swe życie religijne w ramach pewnych
konkretnych wyobrażeń o tym, co znaczy być dobrym chrześcijaninem:
wyobrażeń, które zostały sformułowane przez paryskich teologów
działających sto albo mniej lat przed ich narodzeniem. Założony przez
Franciszka zakon kaznodziejski miał na celu szerzenie w całej Europie
wizji nieba, piekła i czyśćca. Obejmowała ona zarówno skutki grzechu dla
miejsca, do którego trafi po śmierci ludzka dusza, jak i wpływ, jaki
czyny człowieka oraz tych, którzy go kochali w doczesnym świecie, mogą
mieć na przyszły i (w wypadku zmarłych) obecny los jego duszy. Ten
klarowny obraz trzech możliwych punktów docelowych duszy oraz ściśle
określonych skutków poszczególnych grzechów dla decyzji, który z nich
będzie jej udziałem, pojawił się dopiero w XII i XIII wieku. Pogląd, że
dobre uczynki mogą wynagrodzić złe, istniał w chrześcijańskiej tradycji
od bardzo dawna, ale nigdy przedtem nie opracowano pełnego, spójnego
zestawu kar i rekompensat.
Ani też, gdyby nawet taki zestaw powstał, nie miałby przed tą epoką
żadnych szans zyskać powszechnej akceptacji. Religijna władza papieży -
wbrew wysuwanym pretensjom (które wciąż podtrzymują niektórzy z jej
apologetów) - była zaskakująco późnym zjawiskiem w kształtującej się
tradycji europejskiego chrześcijaństwa. Biskupi Rzymu, jako następcy
Świętego Piotra, od początku cieszyli się olbrzymim prestiżem i inni
chrześcijańscy przywódcy regularnie zasięgali ich zdania w ważnych
sprawach religijnych. Nie czuli się jednak bynajmniej zobowiązani do
kierowania się tymi opiniami, jeśli się z nimi nie zgadzali. Ponadto,
jak wykażę w tej książce, przez wiele wieków po Konstantynie cesarze i królowie sprawowali znacznie większą realną władzę religijną niż
jakikolwiek papież, i to nie tylko w praktyce, ale również mocą prawa,
gdyż powszechnie wyznawano pogląd, że chrześcijańskich władców mianuje
sam Wszechmogący. Dopiero w XI wieku odwieczny papieski prestiż
przerodził się w formalne roszczenie do ogólnej władzy w kwestiach
religii, a minęła większość następnego stulecia, nim roszczenie to
zostało zaakceptowane w praktyce. Władza religijna, jaką sprawował
Innocenty IV w początkach lat pięćdziesiątych XIII wieku, była, innymi
słowy, zasadniczo świeżej daty. I, o czym dobitnie świadczy bulla Ad
extirpanda, egzekwowanie powszechnej akceptacji tej nowej struktury
władzy - oraz doktryn i wizji właściwej chrześcijańskiej pobożności,
jakie popierała - nie sprowadzało się do łagodnej perswazji, którą
mógłby służyć przykład oraz nauki Franciszka czy Klary. Obejmowało ono
również stosowanie znacznego przymusu, nawet jeśli nie zawsze miał on
brutalnie bezpośredni charakter fizycznych tortur, którym można było
odtąd legalnie poddawać tych, których uznano za heretyków.
To zgrupowanie wydarzeń unaocznia jeszcze szerszą kwestię. Liczba
pojedyncza rzeczownika "chrześcijaństwo" jest, w pewnym istotnym sensie,
myląca. Religia chrześcijańska, którą przyjął za swoją Konstantyn, w niewielkiej mierze przypominała klarowną, monolityczną strukturę
religijno-kulturową, jaka wyłoniła się w XII i XIII wieku, po czym
zdominowała olbrzymią większość różnorodnych obszarów i populacji
Europy, dopóki w początkach XVI wieku nie zaczęła się szerzyć
reformacja. To właśnie pojawienie się tej niezwykłej struktury w jej
pełnej, dojrzałej formie stanowi główny temat tej książki. W związku z tym ostatecznie skupiam się w niej na zachodnim chrześcijaństwie
zdominowanym przez Rzym w epoce monarchii papieskiej - średniowiecznym
świecie chrześcijańskim (dosłownie "obszarze, na którym panuje religia
chrześcijańska") par excellence. Jednak zerwanie z grecką wspólnotą
prawosławną było późne i bynajmniej nie przesądzone, tak więc wiele
kolejnych rozważań, zwłaszcza w początkowych rozdziałach, ma szersze
ramy geograficzne i kulturowe.
Około 1900 roku, kiedy zawodowi historycy po raz pierwszy podjęli się
tego zadania, i przez znaczną część kolejnych stu lat pisanie o dziejach
chrześcijaństwa było proste. Od I do III wieku naszej ery wiara
chrześcijańska rozprzestrzeniała się stopniowo wzdłuż wybrzeży Morza
Śródziemnego. W IV wieku, po nawróceniu cesarza Konstantyna, usunęła w cień grecko-rzymskie pogaństwo, opanowując świat rzymski, po czym
spektakularnie pokonała mnóstwo innych rywalek i stała się główną
religią całego kontynentu europejskiego. Tysiąc lat po Konstantynie w całej Europie panowali chrześcijańscy władcy. Narodził się świat
chrześcijański - ta część globu ziemskiego, na której oficjalne
chrześcijaństwo sprawowało władzę nad całą ludnością: możnymi i pospólstwem, władcami oraz poddanymi - i to wszystko. W tym ujęciu
reszta religijnej historii Europy, nawet wybuch reformacji w XVI wieku,
stanowiła jedynie przypisek: kosmetyczne poprawki wprowadzane przez
chrześcijan do jasno ustalonych wierzeń i zasad postępowania. Znamienna
zbieżność między granicami Europy a obszarem całkowicie zdominowanym
przez chrześcijaństwo pojawiła się w średniowieczu, a stamtąd religia ta
ruszyła na podbój znacznej części kuli ziemskiej w wielkich epokach
europejskiej kolonizacji i imperializmu.
Takie triumfalistyczne wizje chrześcijańskiej historii są już
intelektualnie nie do utrzymania. W ostatnich latach rozmaici europejscy
politycy sięgali po chrześcijaństwo, gorączkowo szukając jakiejś
charakterystycznej cechy, która łączy narody kontynentu. Większość -
szybko kurcząca się większość - mieszkańców Europy wciąż określa się
jako chrześcijanie w krajowych spisach ludności, ale tak naprawdę
oznacza to często tylko "w przeciwieństwie do pozostałych opcji". Bardzo
niewielu współczesnych Europejczyków zostałoby uznanych za chrześcijan
przez średniowiecznych duchownych, którzy pierwsi wygrali bitwę o duszę
Europy. Czy przeważająca większość dzisiejszych samozwańczych
chrześcijan chrzci swoje dzieci? Czy chodzi do kościoła? Czy przystępuje
do spowiedzi, komunii i płaci dziesięcinę? Czy uczy się głównych doktryn
wiary chrześcijańskiej i organizuje swoje życie wokół wielkich
chrześcijańskich świąt, rocznego cyklu upamiętnień, który wdrukowuje w zbiorową psychikę najważniejsze wydarzenia i nauki chrześcijaństwa?
Odpowiedź brzmi: nie - mimo że w niedzielę wielkanocną przed Bazyliką
Świętego Piotra wciąż gromadzą się olbrzymie tłumy.
Tyle wiadomo. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że chrześcijaństwo straciło
władzę nad sumieniami wielu Europejczyków, powszechnie mówi się o dechrystianizacji, a wiele chrześcijańskich wyznań walczy o przetrwanie.
Ale znaczenie współczesnej dechrystianizacji dla przemyślenia na nowo
głównych elementów opowieści o tym, jak i dlaczego Europa stała się
chrześcijańska, nie zostało dotąd dostrzeżone.
Przede wszystkim nie można już budować narracji na podstawowym
założeniu, że jego zwycięstwo nad wszystkimi rywalami w zamierzchłej
przeszłości jest dowodem na zasadniczą wyższość chrześcijaństwa nad
innymi religiami. Taka perspektywa była praktycznie nieunikniona pod
koniec XIX, a nawet na początku XX wieku, kiedy pisano pierwsze rzetelne
historie chrześcijaństwa. W owym czasie większość Europejczyków wciąż
regularnie chodziła do takiego czy innego kościoła, a europejski
imperializm niósł chrześcijaństwo w odległe zakątki świata. Mój dziadek
(którego niestety nigdy nie poznałem) w 1909 roku wstąpił do brytyjskiej
armii i w pierwszą niedzielę w mundurze zadeklarował się jako agnostyk.
Oszczędziło mu to kościelnej defilady, ale został zamiast tego
oddelegowany do sprzątania latryn. Błyskawicznie nawrócił się na
anglikanizm, gdyż nie spodobało mu się "wyznaczone dla agnostyków
miejsce kultu". W takich realiach trudno było sobie wyobrazić, że
chrześcijaństwo nie będzie wygrywało wiecznie1. Jednakże
dechrystianizacja współczesnej Europy po 1945 roku nie tylko obala
triumfalistyczne założenia o nieustających sukcesach chrześcijaństwa,
ale z konieczności odmienia też wyzwanie, jakim jest pisanie o jego
przeszłości.
Dziś każdy historyk chrześcijaństwa wciąż musi się liczyć z religią
wystarczająco potężną, by wyjść zwycięsko z całego szeregu starożytnych
i średniowiecznych potyczek, a następnie utrzymać przez wieki tę pozycję
ugruntowanej dominacji kulturowej wbrew masie kolejnych wyzwań. Ale, na
tej samej zasadzie, chrześcijaństwo musi też być postrzegane jako
religia, która nie jest niepokonana w każdej sytuacji i każdej epoce.
Reinterpretacja narodzin europejskiego chrześcijaństwa z takiej
perspektywy wymaga, moim zdaniem, położenia należnego i odpowiedniego
nacisku na trzy dotąd w dużej mierze ignorowane wymiary tej historii.
Po pierwsze: przypadkowość. Wiemy dziś - o czym nie wiedzieli uczeni
piszący około 1900 roku - że w odpowiednich okolicznościach
chrześcijaństwo może przegrać - w sensie utraty ścisłej kontroli nad
sumieniami większości populacji Europy. Oznacza to, że jego początkowy
sukces trzeba poddać znacznie dokładniejszej analizie. Sto lat temu
trudno było brać poważnie którykolwiek z udokumentowanych religijnych
ruchów oporu wobec oficjalnego chrześcijaństwa, które triumfowało w całej Europie. Czy mówimy o wyzwaniach z zewnątrz - takich jak pogaństwo
grecko-rzymskie i inne - czy też o wewnętrznych - alternatywnych, tak
zwanych heretyckich formach chrześcijaństwa - całkowity triumf
oficjalnego chrześcijaństwa (zdefiniowanego podczas szeregu wielkich
soborów, począwszy od nicejskiego w 325 roku) sprawiał, że trudno było
widzieć w którejkolwiek z tych opcji poważne zagrożenie. Perspektywa ta
wciąż jest tak głęboko zakorzeniona w tradycji akademickiej, że jej
wpływ dotychczas okazywał się niemal nie do usunięcia. Dzisiejsze
środowisko naukowe wciąż deprecjonuje jako całkowicie beznadziejne
antychrześcijańskie wysiłki ostatniego pogańskiego cesarza Rzymu,
Juliana, podczas gdy alternatywne, nienicejskie odłamy chrześcijaństwa z okresu późnorzymskiego z reguły kwitowane są raptem kilkoma przypisami.
Ale ponieważ wiemy już, że oficjalnemu chrześcijaństwu, zarówno w jego
katolickim, jak i prawosławnym wydaniu, nie jest pisane dominować po
wieczne czasy, każe to poważnie wziąć pod uwagę możliwość, że naprawdę
mogło ono "przegrać" w innych momentach w przeszłości. Jednym z głównych
celów tej książki jest zatem przyznanie - tam, gdzie to stosowne -
religijnej opozycji tyle samo czasu antenowego co "oficjalnemu"
chrześcijaństwu.
Po drugie, trzeba położyć znacznie większy nacisk na to, jak odmienne
było w istocie chrześcijaństwo w różnych okresach. Niektóre z jego nauk,
zakotwiczone w kanonie świętych tekstów, były mniej więcej stałe, w wielu innych wypadkach jednak widać ciągłe procesy udoskonaleń i uściśleń. Silnie wpływało to na tradycje pisania o chrześcijaństwie -
zwłaszcza gdy brali się do tego praktykujący wyznawcy - które z natury
rzeczy koncentrują się na ciągłości wierzeń i praktyk oraz na ich
stopniowym szerzeniu się w przestrzeni i czasie. Jednak, choć z pewnością nie brak ważkich i autentycznych ciągłości, których trwałość
jest decydująca dla samego istnienia chrześcijańskiej tradycji, jestem
skłonny twierdzić, że po bliższym zbadaniu nie są one ani tak liczne,
ani tak stałe, jak utrzymuje oficjalne chrześcijaństwo. Co nie mniej
ważne, kiedy przestaje się myśleć o chrześcijaństwie jako o wyjątkowo
potężnym konstrukcie kulturowym, który zawsze musi zwyciężyć, w nieciągłościach tych widzieć można decydujący wymiar dziejów ewoluującej
religii, który także zasługuje na równy czas antenowy. Jeśli przyjrzeć
się bliżej chrześcijaństwu wczesnośredniowiecznemu, to pod wieloma
względami nie przypominało ono swego późnorzymskiego poprzednika, który
z kolei bardzo się różnił od wczesnego Kościoła epoki
przedkonstantyńskiej; jeszcze inny charakter miało chrześcijaństwo
późnośredniowieczne. Jak wszystkie wielkie religie misyjne,
chrześcijaństwo potrafi - w ramach retorycznej autoprezentacji, która
konsekwentnie podkreśla ciągłość - wymyślać siebie na nowo w zasadzie od
zera, zależnie od kontekstu. W dalszej części książki będę argumentować,
że ta kameleonowa zdolność adaptacji była równie istotna dla sukcesu
chrześcijaństwa jak religijne ciągłości, pozwalając mu zaspokajać bardzo
odmienne potrzeby duchowe nader zróżnicowanych grup konsumentów
religijnych, jakich napotykało i wchłaniało w różnych okresach swojej
historii.
Po trzecie, chcę znacznie dokładniej zgłębić zmienny w czasie potencjał
mieszkańców Europy do dokonywania odmiennych wyborów przynależności
religijnej. Pod tym względem, jak mi się wydaje, spuścizna
chrześcijańskiego triumfalizmu wciąż wywiera głęboki wpływ na relacje o chrystianizacji w średniowieczu. Ponieważ Europa ostatecznie stała się w pełni chrześcijańska, trudno uniknąć założenia, że odkąd chrześcijaństwo
pojawiło się na scenie, było jedynie kwestią czasu, nim ludzie przyjmą
je za swoje. Dziś jednak Europejczycy licznie odchodzą od
chrześcijaństwa w praktyce, bez względu na to, co wpisują w formularzach
spisowych. Ten brutalny fakt zmusza nas do szukania lepszych odpowiedzi
niż stary argument o wyższości tej religii. Co właściwie sprawiło, że
tak znaczna część średniowiecznej populacji Europy przyjęła niegdyś
chrześcijańską tożsamość? Czy wszyscy dokonywali tego wyboru z takich
samych powodów? I czy zrozumienie tych pierwotnych decyzji pomoże
wyjaśnić, dlaczego odmienny wybór stał się coraz bardziej wyraźnym
aspektem najnowszej kulturowej
historii Europy?
Książka ta jest zatem odpowiedzią na to, co wydaje mi się palącym
intelektualnym wyzwaniem weryfikacji dotychczasowych ocen sukcesu
chrześcijaństwa w świetle jego dzisiejszego upadku przez ponowną analizę
historycznych procesów, które doprowadziły do znamiennego utożsamienia
Europy z kulturową dominacją tej religii. Jej celem jest ukazać w pełni
wagę przypadkowości, niemal nieograniczonej zdolności chrześcijaństwa do
wymyślania się na nowo oraz potencjału dawnych populacji do dokonania
odmiennych wyborów. Nie zamierzam przedstawiać tu kolejnej przekrojowej
historii religii, lecz chcę przeanalizować od nowa, jak doszło do tego,
że Europa stała się synonimem chrześcijaństwa - częścią globu
zdominowaną przez chrześcijańskich władców i przeważająco chrześcijańską
ludność. Naturalnym punktem wyjścia jest zatem początek IV wieku i nawrócenie na chrześcijaństwo rzymskiego cesarza Konstantyna, który stał
się tym samym pierwszym chrześcijańskim władcą najpotężniejszego państwa
Europy. Opowieść kończy się w XIII wieku wraz ze zniknięciem ostatnich
niechrześcijańskich władców, którzy zachowali się jeszcze na
europejskiej scenie politycznej.
Nawet to, rzecz jasna, oznacza niebywale ambitne przedsięwzięcie. W pełni zdaję sobie sprawę z ograniczeń mojej specjalistycznej wiedzy i płynącej stąd zależności od pracy małej armii innych uczonych (o czym
dobitnie świadczą przypisy oraz bibliografia). Jestem historykiem okresu
późno- i postrzymskiego, obznajomionym z greckimi i łacińskimi
materiałami źródłowymi z tych epok oraz z różnorodną literaturą naukową
powstałą na podstawie owych źródeł. To przedsięwzięcie ma znacznie
szerszy zakres i jego ukończenie byłoby niemożliwe bez olbrzymiego
wsparcia stosownej literatury naukowej z szeregu innych dziedzin, o które zahacza ono w rozmaitych punktach: biblistyki Nowego Testamentu,
historii wczesnego chrześcijaństwa, orientalistyki, islamistyki oraz, w szczególności, religijnych i prawnych studiów nad dojrzałym
średniowieczem, by wymienić choć kilka. Jednak taki poziom zależności
jest nie do uniknięcia w tak szeroko zakrojonym studium i choć w efekcie
książka ta ma charakter bardziej eseju (aczkolwiek długiego!) niż
szczegółowej monografii naukowej, jestem przekonany, że przyjęcie tak
perspektywicznego spojrzenia na dzieje wczesnego oraz średniowiecznego
chrześcijaństwa niesie wielkie korzyści, które z nawiązką rekompensują
potencjalne problemy mogące płynąć z wykroczenia poza obszar mojej
podstawowej specjalizacji.
W najnowszej generacji dzieł naukowych widać silną tendencję do unikania
rozpatrywania wielkich historycznych zagadnień w rozległych ramach
czasowych. W dużej mierze wynika to z bardzo słusznych powodów:
pragnienia bycia autentycznym ekspertem w erze coraz bardziej
zaawansowanych metodologii, w której akademicki duch czasu zwykł
faworyzować wnikliwość i wycinkowość. Po części odzwierciedla to również
negatywną reakcję na anachroniczne wartości, które cechowały tak zwane
wielkie narracje tworzone przez wcześniejsze pokolenia zachodnich
uczonych: nieodłączny chrześcijański triumfalizm w dziedzinie historii
religijnej, na przykład, albo ściśle z nim związane założenie, że
zachodnia cywilizacja jest niekwestionowanym "Dobrem", widoczne w licznych opracowaniach poświęconych jej rozkwitowi. Ogólny efekt, jaki
ta bardzo potrzebna reakcja intelektualna wywarła na liczne wymiary
historii chrześcijaństwa, ponownie ocenić można po moich przypisach,
których zależność od całego szeregu znakomitych badań różnych aspektów
tysiąclecia omawianego w tej książce unaocznia również brak w ostatnim
czasie jakichkolwiek prób zmierzenia się z szerokim procesem
chrystianizacji Europy jako całością2.
Jednak w tym naukowym kontekście przyjęcie szerszych ram czasowych
niesie korzyści dalece wykraczające poza samą tylko chronologiczną
kompletność. Uważam, że właściwą odpowiedzią na wady wartościujących
"wielkich narracji" starej szkoły nie jest unikanie jak ognia pisania
przekrojowych historii, ale pisanie lepszych. Bez długofalowej
perspektywy ważne zjawiska i powracające wzorce będą uchodzić uwagi, tak
samo jak oglądanie mozaiki przez silne szkło powiększające pozwala
dostrzec więcej szczegółów, ale kosztem bardzo istotnych aspektów całego
obrazu.
Jest to, jak sądzę, szczególnie prawdziwe w odniesieniu do historii
chrześcijaństwa z powodu pewnej zasadniczej cechy bazy źródłowej, z której ona korzysta. Ponieważ chrześcijaństwo jest par excellence
religią księgi, wśród chrześcijan zawsze byli ludzie wykształceni, a badacze jego rozwoju, nawet w okresie późnego antyku i wczesnego
średniowiecza, mają do dyspozycji ogromny wybór źródeł, które często
dają znacznie więcej materiału do pracy niż dla jakiegokolwiek innego
aspektu europejskiej historii w tych samych ramach czasowych. Waga tych
materiałów bywa różna w odniesieniu do różnych wydarzeń, lecz regularnie
kreślą one nie tylko bogato udokumentowane sytuacje, ale nawet w pełni
rozpoznawalne sylwetki konkretnych osób. Olbrzymia większość tych źródeł
była jednak pisana przez żarliwych wyznawców. A jak podkreślają liczne
porównawcze studia z zakresu socjologii oraz antropologii religii i jak
potwierdza najnowszy trend ku dechrystianizacji wśród współczesnych
mieszkańców Europy, żarliwi wyznawcy zawsze stanowią jedynie mniejszość
w całej populacji ludzkiej. To również musi znaleźć wyraz w opowieści o rodzącym się świecie chrześcijańskim. Choć ideologia i gorąca wiara
niewątpliwie odegrały swoją rolę, trzeba się dobrze zastanowić, jak
dalece udokumentowane motywacje pobożnych chrześcijan można odnieść do
całych grup ludności.
Ogólnie rzecz biorąc, owo nieodłączne skrzywienie źródeł z reguły
przydaje mocy kulturowym wyjaśnieniom sukcesu chrześcijaństwa,
podkreślając atrakcyjność i siłę przekonywania jego religijnego
przesłania. Jeśli jednak odejdziemy od zachowanych relacji o zaangażowanych, szczerych wyznawcach, szybko staje się jasne, że u korzeni chrześcijańskiej Europy tkwi także wiele form przymusu, a co za
tym idzie, że funkcjonowanie zarówno życia publicznego, jak i społecznej
oraz prawnej władzy jest bardzo istotne dla opowieści o jej narodzinach.
Książka ta przekonuje więc, że musimy na nowo przemyśleć związki między
uważanymi zwykle za odrębne dziedziny historią polityczną, społeczną i kulturalną europejskiej przeszłości, gdzie struktury państwowe i dominujące elity społeczno-polityczne często publicznie angażowały się w krzewienie i podtrzymywanie określonych stanowisk religijnych.
Podsumowując, zdolność średniowiecznego chrześcijaństwa do narzucenia
jednolitej kultury religijnej olbrzymiej większości populacji Europy
jest niezwykłym fenomenem historycznym, który był wyraźnie uzależniony
od rozmaitych czynników wykraczających poza ewoluującą specyfikę
kulturową samej tej religii.
Studium to składa się z trzech części. Każda z nich poświęcona jest
jednej dającej się wydzielić fazie nieustającej rewolucyjnej
transformacji, która zmieniła niewielką sektę odizolowanych, głęboko
zaangażowanych, w większości miejskich wspólnot w masowy ruch religijny
zarządzany centralnie z Rzymu, zdolny do definiowania i realizowania
całej gamy wymaganych wierzeń i praktyk religijnych dostosowanych do
wszystkich elementów składowych populacji średniowiecznej Europy. Część
pierwsza kieruje uwagę na świat późnorzymski, gdzie po nawróceniu
Konstantyna wiara chrześcijańska zwerbowała klasyczną filozofię i państwowe mechanizmy przymusu kulturowego, by przeistoczyć się w teologicznie spójne, instytucjonalnie sprawne zjawisko zdolne do
zniszczenia (niekiedy dosłownie) klasycznego pogaństwa, a przy okazji
zaczęła - po raz pierwszy - pozyskiwać na masową skalę nowych wyznawców.
Omawiany często jako chrystianizacja imperium rzymskiego proces ten
trafniej określić można jako romanizację chrześcijaństwa, w wyniku
której religia ta w IV i V wieku przekształciła się w organ państwa
rzymskiego. Jak ukazuje część druga, zniknięcie tego imperium
nieuchronnie wtrąciło raczkujące chrześcijaństwo w kryzys. Nie tylko
oficjalne państwowe nicejskie chrześcijaństwo było znacznie bliższe
wyparcia w jego dawnych zachodnich prowincjach przez alternatywną
definicję wiary, niż się na ogół przyznaje, ale też instytucjonalne i edukacyjne ramy Kościoła uzależniły się od analogicznych struktur
imperium: jedne i drugie rozpadły się wraz ze zniknięciem tych
ostatnich. W rezultacie etos wojownika i ogólniejsze wzorce kulturowe, w których lokalne wspólnoty mogły stosunkowo swobodnie łączyć elementy
napierającego chrześcijaństwa i własnych istniejących wierzeń, szybko
stały się cechą charakterystyczną wczesnośredniowiecznego
chrześcijaństwa, zwłaszcza wśród rozproszonych mas europejskiego
chłopstwa. Ważną dodatkową perspektywę na wypadki rozgrywające się w zachodniej połowie dawnego imperium rzymskiego dają wydarzenia na
południu i wschodzie. Tu warto dokładnie przyjrzeć się średnio- i długofalowemu losowi chrześcijańskich populacji zamieszkujących te
prowincje wschodniego imperium,
które w tym samym czasie pochłaniane były przez rosnące w siłę kalifaty
islamskie.
Te nowe wzorce postrzymskiego europejskiego chrześcijaństwa zaczęły
następnie, o czym mowa w części trzeciej, ulegać kolejnym zmianom, kiedy
karolińscy i ottońscy cesarze zapewnili dwa wieki bardziej spójnego
przywództwa religijnego, między rokiem 800 a końcem tysiąclecia. W tej
drugiej epoce chrześcijańskiego władztwa religia, pod cesarskim
patronatem, po raz pierwszy rozprzestrzeniła się daleko poza granice
dawnego imperium rzymskiego, podbijając znacznie rozleglejsze połacie
Europy. Co równie ważne, Karol Wielki i jego uczeni wypracowali nowy
model instytucjonalizowania chrześcijańskiej nauki, który wkrótce
uczynił zachodnią Europę - znów po raz pierwszy - intelektualną
lokomotywą gwałtownie zmieniającego się chrześcijańskiego świata. Potem,
od połowy XI wieku począwszy, zdumiewający splot dalszych przemian
pomógł stworzyć średniowieczne chrześcijaństwo we w pełni rozwiniętej
formie. Techniki zapożyczone z prawa rzymskiego, sprzymierzone ze
spektakularnym fałszerstwem prawniczym, pozwoliły papiestwu przeistoczyć
się w instytucję zdolną do sprawowania skutecznej władzy religijnej
praktycznie nad całą Europą. Kolejni papieże wykorzystali następnie tę
władzę do definiowania i egzekwowania nowych wzorców chrześcijańskiej
pobożności zarówno wśród duchowieństwa, jak i wśród rozmaitych laickich
elementów chrześcijańskiego społeczeństwa Europy, wykuwając w końcu
podstawowe zarysy przedreformacyjnego średniowiecznego chrześcijaństwa,
z których wiele przetrwało do dziś w Kościele rzymskokatolickim.
Starając się oddać sprawiedliwość temu niezwykłemu procesowi
historycznemu, przez cały czas pamiętałem o swoich licznych brakach. Być
może największym z nich, można by stwierdzić, jest to, że sam nie jestem
wierzącym chrześcijaninem. Wciąż lubię (od czasu do czasu) pójść do
kościoła i znajduję głęboką inspirację w niektórych chrześcijańskich
naukach, przede wszystkim w wielkanocnym przesłaniu, że nową nadzieję
można znaleźć często nawet wśród najgłębszej rozpaczy. Mimo to nie
mógłbym nazwać się inaczej niż kompletnie niepraktykującym anglikaninem
(unikam określenia "agnostyk", wyciągnąwszy naukę z doświadczeń mego
dziadka). Ale właściwą odpowiedzią na odwieczny problem (uwielbiany
przez staroświeckich egzaminatorów historii powszechnej), czy historię
religii powinni pisać wierzący, czy niewierzący, zawsze było donośne
"jedni i drudzy". I biorąc pod
uwagę, że postawiłem sobie tutaj za cel zrozumienie, w jaki sposób
niezwykła struktura religijna, jaką było średniowieczne chrześcijaństwo,
zdołała objąć swoim zasięgiem olbrzymie rzesze mieszkańców Europy,
którzy ewidentnie nie byli głęboko zaangażowanymi ideologicznie
wyznawcami (obok wielu takich, którzy byli), mój brak osobistej wiary
może być w istocie zaletą. W tej sprawie, rzecz jasna, podobnie jak w ocenie ogólnego sukcesu tego przedsięwzięcia jako całości, ostateczny
osąd należy wyłącznie do czytelnika.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki