PRZEDMOWA
do wydania angielskiego z 1952 r.
Materiały zawarte w niniejszej książce zostały pierwotnie wyemitowane w formie audycji radiowych, po czym doczekały się wydania książkowego w trzech częściach, jako Broadcast Talks (1942), Christian Behaviour (1943) oraz Beyond Personality (1944). Liczę, że w niniejszej, poprawionej wersji drukowanej zachowały swoją bezpośredniość i zażyły ton, co od początku stawiałem sobie za cel.
Dokonałem także w tym wydaniu pewnych poprawek i uzupełnień, tam gdzie uznałem, że po dziesięciu latach lepiej zrozumiałem dany temat, bądź też przekonałem się, że wersja oryginalna została źle zrozumiana.
Muszę uprzedzić Czytelników, że nie proponuję pomocy osobom wahającym się pomiędzy wyborem dwóch różnych "wyznań" chrześcijańskich. Nie dowiesz się ode mnie, czy masz zostać anglikaninem, katolikiem, metodystą, czy może prezbiterianinem. Pomijam ten temat celowo (nawet powyższą listę podaję w kolejności alfabetycznej). Moje własne wyznanie nie stanowi tajemnicy. Jestem zupełnie zwyczajnym, świeckim członkiem Kościoła anglikańskiego - i nie jestem jakimś specjalnym zwolennikiem żadnego z obecnych w nim nurtów. Jednak w tej książce nie usiłuję nikogo nawracać na własne wyznanie. Odkąd zostałem chrześcijaninem, uważałem zawsze, że najlepsze (a może wręcz jedyne), co mogę zrobić dla niewierzących bliźnich, to wyjaśniać i bronić tych elementów wiary, które wyznawali niemal wszyscy chrześcijanie wszystkich czasów. Sądzę tak z kilku powodów. Przede wszystkim, do kwestii dzielących chrześcijan często odnoszą się argumenty zaczerpnięte z wyższej teologii czy wręcz historii Kościoła, a takimi rzeczami powinni się zajmować wyłącznie prawdziwi eksperci. Ja szybko straciłbym grunt pod nogami i zamiast pomagać innym, sam potrzebowałbym pomocy. Po drugie, chyba należy przyznać, że dyskusje na temat spornych kwestii bynajmniej nie zachęcają niechrześcijan do chrześcijaństwa. Dopóki będziemy pisali o różnicach i spierali się na ich temat, nie tyle zachęcimy niechrześcijan do własnego, konkretnego wyznania, ile zniechęcimy ich do chrześcijaństwa w ogóle. Nasze podziały nie powinny być dyskutowane w ogóle, chyba że w obecności osób, które już uwierzyły, że Bóg istnieje, a Jezus Chrystus jest Jego jedynym Synem. Odnoszę wreszcie wrażenie, że liczni bardziej utalentowani pisarze częściej zajmują się takimi kontrowersjami niż tym, co Baxter nazwał chrześcijaństwem "po prostu"[1]. Ten odcinek frontu, na którym widziałem dla siebie największą możliwość niesienia pomocy, okazał się zarazem odcinkiem najsłabszym. Tam więc się oczywiście udałem.
Z tego, co wiem, nie przyświecały mi inne motywy - i byłbym zobowiązany, gdyby mojego milczenia w pewnych spornych kwestiach nie traktowano jako podstawy dla jakichś wyszukanych wniosków.
Na przykład, moje milczenie nie musi oznaczać, że nie mam własnego zdania. Czasem tak bywa. Chrześcijanie zadają pytania, na które moim zdaniem nie otrzymaliśmy jeszcze odpowiedzi. Być może nigdy nie poznam odpowiedzi na niektóre z nich - gdybym je nawet zadał, choćby i w przyszłym, lepszym świecie, kto wie, czy Ktoś większy ode mnie nie zapytałby mnie wtedy: "Co tobie do tego? Ty pójdź za Mną". Jednak są i takie kwestie, co do których mam zdecydowane, wyrobione zdanie, a mimo to nic o nich nie wspominam - a to dlatego, że nie piszę, by objaśniać coś, co nazwałbym "moją religią". Chcę tu pisać o "chrześcijaństwie po prostu", chrześcijaństwie, które jest, jakie jest i które było, jakie było już na długo przed moim urodzeniem, czy mi to odpowiada, czy też nie.
Niektórzy wyciągają nieuzasadnione wnioski z faktu, że o Maryi Dziewicy wspominam tylko wtedy, gdy dowodzę Dziewiczych Narodzin Chrystusa. Ale to chyba oczywiste, dlaczego tak robię? Wystarczyłoby powiedzieć cokolwiek ponad to, a od razu znalazłbym się w środku wielkiej kontrowersji. Tymczasem w obrębie chrześcijaństwa nie istnieje kontrowersja, która nie domagałaby się większej ostrożności niż właśnie ta. Poglądy katolickie w tej sprawie cechuje nie tylko żar, towarzyszący zwykle każdemu szczeremu wierzeniu, ale także (co zupełnie naturalne) owa szczególna i niejako rycerska wrażliwość, którą ludzie odczuwają, gdy idzie o honor ich własnej matki czy ukochanej. Dlatego trudno się z nimi różnić zdaniem w taki sposób, aby cię nie wzięli nie tylko za heretyka, ale i chama. Z drugiej strony, protestanckie zdanie w tej samej kwestii odwołuje się do uczuć, które sięgają najgłębszych pokładów monoteizmu w ogóle. Radykalnym protestantom wydaje się, że zagrożone jest tu samo rozróżnienie pomiędzy Stworzycielem a Jego stworzeniem (choćby i najświętszym) - że oto zmartwychwstaje pogaństwo. Dlatego trudno się z nimi różnić zdaniem w taki sposób, żeby cię nie wzięli nie tylko za heretyka, ale i poganina. Gdyby ktoś szukał tematu, który miałby niezawodnie pogrążyć książkę na temat "chrześcijaństwa po prostu" - gdyby ktoś szukał tematu, który okazałby się całkowicie bezwartościową lekturą dla ludzi jeszcze nie wierzących, że Syn Dziewicy jest Bogiem - niewątpliwie oto i on.
Co dziwne, z mojego milczenia na temat spornych kwestii nie da się nawet wywnioskować, czy uważam je za ważne, czy też nieistotne. Już samo to jest bowiem kwestią sporną. Jednym z punktów spornych wśród chrześcijan jest właśnie znaczenie poszczególnych punktów spornych. Gdy dwaj chrześcijanie pochodzący z różnych Kościołów wszczynają spór, najczęściej za niedługo któryś spyta drugiego, czy taka czy inna kwestia "ma jakieś znaczenie", na co drugi odpowie: "Czy ma znaczenie? To rzecz absolutnie zasadnicza".
Napisałem to wszystko wyłącznie dla wyjaśnienia, jaką książkę próbowałem napisać - a bynajmniej nie po to, aby ukrywać własne poglądy, czy też unikać za nie odpowiedzialności. Stwierdziłem, że moje poglądy nie są tajemnicą. Jak mawiał wujaszek Toby[2]: "Są one spisane w Modlitewniku powszechnym"[3].
Największym niebezpieczeństwem było oczywiście to, że pod płaszczykiem wspólnego chrześcijaństwa mógłbym proponować jakieś specyficznie anglikańskie czy też (co gorsza) własne przekonania. Starałem się przed tym ustrzec: oryginalne materiały, które ostatecznie znalazły się w księdze II, wysyłałem do przejrzenia czterem duchownym (anglikańskiemu, katolickiemu, metodystycznemu i prezbiteriańskiemu), prosząc o krytyczne uwagi. Metodysta uważał, że zbyt mało napisałem o wierze, ksiądz katolicki uznał zaś, że posunąłem się zbyt daleko, podkreślając stosunkową nieistotność teorii wyjaśniających kwestię Odkupienia. Poza tym cała nasza piątka osiągnęła pełne porozumienie. Reszty ksiąg nie poddałem podobnej próbie, bo choć mogły w odniesieniu do nich wystąpić różnice zdań, byłyby to różnice pomiędzy poszczególnymi chrześcijanami czy szkołami myśli, a nie wyznaniami.
Na ile mogę to ocenić z recenzji i licznie nadchodzących listów, książka ta, przy wszystkich jej niedociągnięciach, zdołała przynajmniej przedstawić wspólnie pojęte chrześcijaństwo - "chrześcijaństwo po prostu". Tym samym przyczyni się może ona do uciszenia poglądu, że jeśli pominiemy punkty sporne obecne w chrześcijaństwie, pozostanie nam jedynie jakiś blady i mglisty Najwyższy Wspólny Dzielnik. Przeciwnie, ten wspólny czynnik okazuje się nie tylko czymś pozytywnym, ale i wyrazistym, od wierzeń niechrześcijańskich dzieli go zaś przepaść nieporównywalnie większa niż wewnętrzne podziały w obrębie chrześcijaństwa. Nawet jeśli nie przyczyniłem się bezpośrednio do dzieła pojednania chrześcijańskiego, pokazałem być może, dlaczego powinniśmy się pojednać. Muszę powiedzieć, że tylko w niewielkim stopniu odczułem odium theologicum[4] ze strony zdeklarowanych chrześcijan należących do innych Kościołów niż mój własny. Wrogość spotykała mnie głównie ze strony osób pozostających na obrzeżach Kościoła anglikańskiego, które właściwie nie poczuwają się do posłuszeństwa wobec żadnego z Kościołów. Jest to dla mnie rzecz osobliwie pocieszająca. Wzajemna duchowa (jeśli nie doktrynalna) bliskość Kościołów chrześcijańskich okazuje się bowiem najsilniejsza w samym centrum każdego z nich, tam gdzie zamieszkują jego najwierniejsze dzieci. To zaś sugeruje, że w centrum każdego z Kościołów znajduje się coś, czy raczej Ktoś, kto - pomimo wszelkich rozbieżności zdań, różnic temperamentów i pamięci o wzajemnych prześladowaniach - przemawia tym samym głosem.
Tyle wystarczy na temat mojego milczenia w kwestiach doktrynalnych. W księdze III, która mówi o moralności, również pominąłem pewne rzeczy milczeniem, choć z innego powodu. Od czasów mojej służby w piechocie w latach pierwszej wojny światowej odczuwam wielką niechęć do ludzi, którzy - bezpieczni i otoczeni wygodami - wygłaszają odezwy do żołnierzy na froncie. Dlatego niechętnie wypowiadam się na temat pokus, na które sam nie bywam wystawiony. Myślę, że nikt nie bywa kuszony do każdego grzechu bez wyjątku. Tak się akurat składa, że impuls, który skłania ludzi do hazardu, w mojej psychice jest nieobecny - i niewątpliwie płacę za to brakiem jakiegoś dobrego impulsu, którego nadmiarem czy też wykrzywieniem jest skłonność do hazardu. Dlatego nie czuję się uprawniony, by udzielać rad, jaki hazard jest dopuszczalny, a jaki nie. Nie pisałem też o regulacji urodzin. Nie jestem kobietą ani nawet człowiekiem żonatym, ani też księdzem. Uznałem więc, że nie przystoi mi zdecydowanie wypowiadać się na temat bólu, niebezpieczeństw i wydatków, które mi osobiście nie grożą, szczególnie że nie pełnię obowiązków pasterskich, które nakazywałyby mi taką postawę.
Znacznie poważniejsze zastrzeżenie może dotyczyć - i rzeczywiście nieraz dotyczyło - określania mianem "chrześcijanina" kogoś, kto wyznaje wspólne doktryny chrześcijaństwa. Ludzie pytali: "Kim pan jest, by decydować o tym, kto jest, a kto nie jest chrześcijaninem?" Albo: "Czyż niejeden człowiek, który nie potrafi uwierzyć w te doktryny, w rzeczywistości nie jest daleko bardziej chrześcijaninem - kimś znacznie bliższym duchowi Chrystusa - niż wielu z tych, którzy je wyznają?" W pewnym sensie w zastrzeżeniu tym przejawia się wielka słuszność, wielka życzliwość, wielkie uduchowienie, wielka wrażliwość. Posiada ono każdą zaletę z wyjątkiem - użyteczności. Jeśli chcemy uniknąć katastrofy, po prostu nie wolno nam używać języka tak, jak chcieliby tego ludzie zgłaszający podobne zastrzeżenia. Spróbuję to wyjaśnić na przykładzie historii innego, znacznie mniej istotnego słowa.
W języku angielskim słowo "dżentelmen" początkowo oznaczało kogoś konkretnego - posiadacza szlacheckiego herbu i posiadłości ziemskiej. Jeśli kogoś nazwało się "dżentelmenem", nie obdarzało się go komplementem, a jedynie stwierdzało fakt. Nie istniała sprzeczność w stwierdzeniu, że Jan jest kłamcą i dżentelmenem - tak samo jak dzisiaj nie istnieje sprzeczność w stwierdzeniu, że Jakub jest durniem i magistrem. Wtedy zjawili się ludzie, którzy stwierdzili - jakże słusznie i życzliwie, w sposób znamionujący uduchowienie i wrażliwość - "No, ale czyż o tym, że ktoś jest dżentelmenem, nie powinno decydować jego postępowanie, a nie herb lub posiadłość ziemska? Przecież prawdziwy dżentelmen to raczej ktoś, kto zachowuje się, jak na dżentelmena przystało. Dlatego w tym sensie Edward jest większym dżentelmenem od Jana". Mieli dobre intencje. Honorowe usposobienie, grzeczność czy odwaga są oczywiście czymś znacznie lepszym od szlacheckich herbów. Nie są jednak tym samym. Co gorsza, nie ma też co do nich powszechnego porozumienia. Miano "dżentelmena" w takim nowym, wyrafinowanym sensie staje się w rzeczywistości nie tyle informacją na czyjś temat, ile pochwałą, stwierdzenie zaś, że ktoś nie jest "dżentelmenem" - obelgą. Kiedy słowo przestaje pełnić funkcję opisową, a staje się jedynie pochwałą, przestaje nam ono mówić cokolwiek o własnym przedmiocie - mówi najwyżej o nastawieniu mówiącego do tego przedmiotu. "Dobry" obiad to nic więcej niż obiad, który odpowiada mówiącemu. Słowo "dżentelmen", odkąd zostało uduchowione i tym samym wyszło poza ramy dawnego, pospolitego sensu, oznacza niewiele więcej niż człowieka, który odpowiada mówiącemu. Dlatego słowo "dżentelmen" stało się obecnie bezużyteczne. Już przedtem mieliśmy do dyspozycji wiele innych pozytywnych słów, więc nie było nam ono potrzebne do wyrażenia pochwały - z drugiej strony, jeśli ktoś chciałby go dziś użyć w dawnym znaczeniu (na przykład w opracowaniu historycznym), nie może się obejść bez wyjaśnień. Dla jego bowiem celów słowo to uległo deformacji.
Otóż jeśli pozwolimy ludziom na uduchowianie i wyrafinowanie, czy też, jak oni to nazywają, "pogłębianie" sensu słowa "chrześcijanin", i ono wkrótce stanie się bezużyteczne. Przede wszystkim, sami chrześcijanie nie będą go mogli używać w odniesieniu do nikogo. Nie naszą jest rzeczą decydować, kto jest - w najgłębszym sensie - bliski czy też daleki duchowi Chrystusa. Nie umiemy zaglądać w ludzkie serca. Nie potrafimy osądzać i wręcz nie wolno nam tego robić. Nazwać kogoś chrześcijaninem w takim wyrafinowanym sensie (czy też odmówić mu tego miana) byłoby haniebną arogancją. A wszak nie przyda się zbytnio słowo, którego w ogóle nie da się używać. Co do ludzi niewierzących, ci z pewnością będą go spokojnie używać w jego wyrafinowanym sensie. W ich ustach stanie się ono po prostu pochwałą. Nazywając kogoś "chrześcijaninem", będą mieli na myśli tyle, że jest on dobrym człowiekiem. Jednak takie użycie tego słowa nie przyczyni się do ubogacenia języka, bo w języku mamy już słowo "dobry". Tymczasem słowo "chrześcijanin" zostanie zepsute i nie da się już spożytkować do żadnego autentycznie przydatnego celu.
Dlatego musimy się trzymać jego oryginalnego, oczywistego sensu. Słowo "chrześcijanin" zostało użyte po raz pierwszy w Antiochii (Dz Ap 11, 26) w odniesieniu do "uczniów", to jest ludzi przyjmujących nauczanie apostołów. Bynajmniej nie ograniczało się do tych, którzy wynieśli z apostolskiego nauczania tyle, ile powinni. Ani też nie rozciągano go na tych, którzy na jakąś wyrafinowaną, uduchowioną, wewnętrzną modłę byli znacznie "bliżsi duchowi Chrystusa" niż co pośledniejsi uczniowie apostołów. Nie jest to kwestia teologii czy moralności, ale korzystania ze słów w sposób zrozumiały dla każdego. Jeśli ktoś, kto przyjmuje naukę chrześcijańską, żyje w sposób jej niegodny, dużo jaśniej będzie go nazwać złym chrześcijaninem niż twierdzić, że chrześcijaninem nie jest.
Liczę, że żaden z Czytelników nie dojdzie do wniosku, że "chrześcijaństwo po prostu" jest tu przedstawiane jako alternatywa dla istniejących wyznań - tak jakby ktoś mógł je wyznawać zamiast doktryny greckokatolickiej czy nauk kongregacjonalistów. "Chrześcijaństwo po prostu" przypomina raczej korytarz, z którego szereg drzwi prowadzi do różnych sal. Jeśli zdołam kogoś wprowadzić do tego korytarza, uda mi się dopiąć celu. Jednak kominków, posiłków czy foteli należy szukać w salach, nie na korytarzu. Korytarz to miejsce oczekiwania, miejsce zaglądania przez różne drzwi, a nie zamieszkania. Nawet w najgorszej sali (którakolwiek by nią była) lepiej będzie się mieszkać niż na korytarzu. Wprawdzie niektórym zejdzie w korytarzu dłuższy czas, inni zaś niemal od razu będą mieli pewność, do których drzwi powinni pukać. Nie wiem, skąd bierze się ta różnica, ale jestem przekonany, że Bóg nie każe nikomu czekać, o ile nie uważa, że jest to w danym przypadku dobre. Kiedy już się znajdziesz w swojej sali, przekonasz się, że długie oczekiwanie przyniosło ci jakieś dobro, którego w przeciwnym razie byś nie otrzymał. Jednak trzeba na to patrzeć jak na oczekiwanie, a nie rozbijanie obozowiska. Trzeba się stale modlić o światło - i nawet we własnej sali należy zacząć od przestrzegania tych zasad, które obowiązują w całym domu. Przede wszystkim zaś musisz pytać, które drzwi są prawdziwe - a nie wybierać tych, które ci najbardziej odpowiadają kolorem czy budową. Mówiąc prosto, nie należy pytać: "Czy podoba mi się taka forma nabożeństwa?", ale "Czy te doktryny są prawdziwe? Czy tu mieszka świętość? Czy w tym kierunku prowadzi mnie sumienie? Czy niechęć, którą odczuwam przed zapukaniem do drzwi, bierze się z pychy, osobistych niechęci, czy jest jedynie kwestią smaku, a może nie odpowiada mi konkretny odźwierny?"
Kiedy wejdziesz do własnej sali, zachowaj życzliwość dla tych, którzy wybrali inne drzwi albo nadal pozostają w korytarzu. Jeśli dokonali złego wyboru, tym bardziej potrzebują twojej modlitwy - a jeśli są twoimi wrogami, masz wręcz obowiązek modlić się za nich. Oto jedna z zasad obowiązujących w całym domu.