ROZDZIAŁ 1
Dzień 1
Lekko szpakowaty, ale przecież wciąż piekielnie sprawny mężczyzna nie zdołał się oprzeć kuli. Nawet takiej powleczonej gumą, wystrzelonej z pistoletu gazowego. Trafiła go w udo, po niej dwie kolejne i facet upadł na zalany deszczem trotuar. A gdy tylko to nastąpiło, silne kopnięcie w żebra dopełniło dzieła zniszczenia. Sapiąc i bulgocząc, obrócił się na plecy, a potem spojrzał na swojego oprawcę. Pomarańczowe światło ulicznej latarni i zacinający niemal poziomo deszcz rozmywały sylwetkę napastnika. Wiatr rozwiewał mu czarny płaszcz sięgający kolan. Wyglądał jak postać z czarno-białych komiksów, zaledwie pociągnięta tuszem, bez twarzy, bez serca, bez duszy.
- Jedenaście miesięcy temu kopnąłeś mojego psa, śmieciu - powiedziała postać. - Myślisz, że o tym zapomniałem?
- Lichy, nie wygłupiaj się - wycharczał mężczyzna leżący na ziemi. - Przecież wiesz, że Cyra mi kazał.
- Powiedziałem ci, że się z tobą za to policzę - wycedził komisarz Lichy i wyprowadził jeszcze jedno kopnięcie.
Tymczasem niewielkie, brudne jak mop na kopalni i oczywiście całkowicie przemoczone stworzenie ziewało u boku swojego dwunożnego przyjaciela, zupełnie niezainteresowane przebiegiem zdarzeń. Skoro przyjaciel stwierdził, że trzeba bić, to najwyraźniej tak trzeba. Kimże było stworzenie, by swego przyjaciela osądzać?
- Myślisz, że już mu wystarczy? - zapytał stworzenia komisarz Rafał Lichy, ale nie był zainteresowany odpowiedzią, bo i tak kopnął leżącego jeszcze dwa razy, a potem kucnął przy nim.
- Nigdy więcej nie kop mojego psa, chamie - powiedział, po czym wstał i ruszył w kierunku zaparkowanego nieopodal auta. Stworzenie zamerdało ogonem w oczekiwaniu na ciche gwizdnięcie, a gdy nastąpiło, z radością popędziło za przyjacielem.
To było godzinę temu. Teraz toczyli się wolno po skąpanej w deszczu i mroku drodze przez przełęcz Przegibek, przecinającą Grupę Magurki Wilkowickiej. Jechali tam, gdzie Lichy zawsze jeździł każdego piętnastego listopada. Do Wilczego Jaru.
Właściwie nie pamiętał, skąd się u niego wzięła ta potrzeba cichej celebracji każdej rocznicy katastrofy drogowej pod Żywcem. Być może wynikała ona z jego fascynacji śmiercią, a przecież aż do lat dziewięćdziesiątych był to wypadek drogowy z największą liczbą ofiar w historii polskich dróg. Lichy jeździł tam co roku, zatrzymywał się na niewielkim parkingu, wypalał papierosa lub dwa i wracał do domu. Choć z tym domem to była ciekawa sprawa, bo przecież wychował się tu, zaledwie kilka kilometrów dalej, w Międzybrodziu Żywieckim. I tu właśnie, na szczycie góry Żar królującej nad wsią, podjął pierwszą z trzech prób samobójczych. No, ale mieszkał teraz w Katowicach.
Na szczycie przełęczy, może ze dwieście metrów za niewielkim parkingiem, w snopie świateł drogowych walczących z mrokiem dostrzegł idącą powoli postać. Mężczyznę. Dość wiekowego i w dodatku mierzącego się z jakimś ciężarem. Niósł coś, co wyglądało jak dwie średniej wielkości skrzynki. Lichy zwolnił i odsunął szybę.
- Wsiadaj, człowieku, bo się utopisz.
Starzec spojrzał na niego z zaskoczeniem, a potem uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Nie, nie. Jestem cały w błocie, szkoda tak ładnego auta.
Bo auto rzeczywiście było ładne. Czarna, matowa corvette piątej generacji. Auto po ciotce, przedmiot wielu drwin ze strony kolegów. Drwin, które początkowo go bolały, a potem nauczył się mieć je w dupie.
- Wsiadaj - powtórzył Lichy i pociągnął za klamkę. Wylegujący się na fotelu Sierść zrozumiał, że trzeba znaleźć sobie nowe miejsce i że być może w związku z tym otwiera się szansa, by wdrapać się na kolana przyjaciela, czego ten zawsze zabraniał w trakcie jazdy.
- O, jaki piękny zwierz. - Mężczyzna się uśmiechnął, gdy siedział już w aucie. Nic nie przesadzał. Faktycznie był cały ubłocony i Lichy wiedział, że czeka go pranie wnętrza auta, ale przecież nie zostawi człowieka na takim pustkowiu w taką pogodę. Nawet takiego, co wyglądał jak pospolity włóczęga. Włosy miał długie i siwe, choć chyba regularnie myte, bo mimo pewnego nieładu nie były ani poskręcane, ani polepione. Spływały z głowy jak spieniona woda. Co innego broda. Również siwa i bardzo długa, ale tak sztywna i szorstka, że starzec mógł w niej schować wszystko, od noża po drugie śniadanie. Albo prędzej butelczynę z czymś rozgrzewającym, bo zaczerwienione policzki i trochę za mocno ukrwiony nos wskazywały na to, że nie stronił od alkoholu. Ale nim nie śmierdział. W ogóle nie śmierdział, jeśli nie liczyć niezbyt przyjemnej, jednak naturalnej woni starego, tysiące razy pranego, a teraz ponownie mokrego, ubrania.
- Pasy - ni to poprosił, ni rozkazał Lichy.
- A tak, tak - powiedział mężczyzna i sięgnął za siebie lewą ręką. Drewniane kloce wyjątkowo utrudniały mu poruszanie, więc tą samą ręką, którą chwycił pas, wpiął go do gniazda po swojej lewej stronie. Zabawnie to wyglądało, bo wił się, jakby dostał ataku padaczki, a jednocześnie uśmiech ani na moment nie zniknął z jego twarzy.
- Gdzie jedziesz? - zapytał, bo skoro już przeszedł na "ty", to nie było teraz sensu wracać do "panowania".
- A niedaleko. Do Międzybrodzia.
- Bielskiego?
- Żywieckiego, po drugiej stronie...
- Wiem. To moja wieś.
- Naprawdę? Nigdy cię tam nie widziałem. Wybacz, mam na imię Iwajło.
- Bułgar?
- Dawniej. Bardzo dawno.
- Rzeźbisz? - zapytał Lichy, wskazując na drewniane kloce.
- Tak. Co niedzielę wybieram się tutaj po materiał.
- Zapytałbym, dlaczego tutaj, ale to chyba zbędne.
Iwajło zarechotał, aż mu się zatrzęsła biała broda.
- No, nie ukrywam - powiedział. - Nie do końca legalnie to zbieram. Ale oni na tej porębie marnują bardzo dużo drewna. Właściwie pomagam im sprzątać. Ale gdybym mógł cię prosić, nie podkabluj mnie na policję.
- Za późno. - Lichy się uśmiechnął, wyjął zza osłony przeciwsłonecznej swoją policyjną legitymację i wprawnym ruchem jednej ręki otworzył ją przed swoim pasażerem.
- O choroba - zafrasował się Iwajło, ale że Lichy nie wytrzymał w swojej poważnej pozie i ryknął śmiechem, zaraz śmiali się obaj.
By podwieźć Bułgara kawałek dalej, Lichy lekko zmodyfikował trasę i zamiast po zaporze w Tresnej przekroczył Sołę mostem wiodącym wprost do jego rodzinnej wsi. Iwajło zarzekał się, że dalej pójdzie pieszo, choć zgodnie z tym, co powiedział wcześniej, zostały mu jeszcze ze trzy kilometry drogi i to pod górę. Jednak Lichy chciał zdążyć do Wilczego Jaru jeszcze przed północą. Bezsensowny symbol, ale wciąż symbol. Więc wysadził Bułgara, a potem skręcił w kierunku ulicy Spacerowej. A tam, jak zwykle nie upilnował nogi. Czuł się zrelaksowany. Napięcie mięśniowe trochę zelżało, palce od godziny zaciśnięte na kierownicy odzyskały nieco ze swojego zwykłego koloru i nawet stacja radiowa dostosowała się do nastroju Lichego, puszczając w eter jakąś hawajską piosenkę, śpiewaną pięknym męskim głosem do akompaniamentu ukulele.
Dlaczego tak rzadko tu wracam? - zapytał samego siebie. Przecież kochał tę okolicę. Góry, przez które Soła siłami natury uczyniła sobie wyłom, a dzięki wysiłkom człowieka nawet powiększyła panowanie. Zbiegające z beskidzkich zboczy Soła i Koszarawa, niewielkie rzeki o wielkich ambicjach, ścierały się ze sobą na przedmieściach Żywca, a potem wspólnie chuliganiąc, niejednokrotnie pustoszyły miasto, więc w latach sześćdziesiątych postanowiono je w końcu ujarzmić. Zbudowano trzy nowe jeziora i system zapór. Największe, Żywieckie, zaczynało się na północnych rubieżach miasta, a kończyło sześć kilometrów dalej, na zaporze w Tresnej. Potem Soła mijała Czernichów, by wraz z wpadającym do niej potokiem Isepnica na wysokości Międzybrodzia Żywieckiego utworzyć Jezioro Międzybrodzkie, ciągnące się aż do zapory w Porąbce. A dalej, tam gdzie zasilały ją wody strugi zwanej przez mieszkańców Wielką Puszczą, raz jeszcze Soła rozlewała się wśród wzgórz, zmieniając się w Jezioro Czarnieckie. Najmniejsze i ostatnie przed ujściem do Wisły, hen daleko, w Oświęcimiu. Najmniejsze, ale też najważniejsze, bo stąd właśnie pitną wodę czerpie nie tylko Bielsko-Biała, ale i cały Górnośląski Okręg Przemysłowy.
I tak sobie jechał. Nawet nie odczuł, że trochę za szybko. Sierść go nie ostrzegł. Sytuacja drogowa nie zniechęciła. Dopiero po minięciu zapory w Tresnej uzmysłowiło mu to lusterko, które naraz eksplodowało melanżem dwukolorowych świateł.
Lichy westchnął i zjechał na pobocze. Radiowóz zatrzymał się kilka metrów za nim. Przez chwilę nic się nie działo, a potem drzwi od strony pasażera otworzyły się i z corolli nieśpiesznie wysiadła szczupła postać. Kierowca zgodnie z procedurą nie wyłączył świateł błyskowych. Spoglądając w lusterko i korzystając z momentów, gdy błyski choć trochę oświetliły nadchodzącego funkcjonariusza, Lichy uzmysłowił sobie w końcu, że to kobieta.
Podeszła od strony jego drzwi, przyświecając sobie latarką. Odsunął szybę i padająca z nieba woda natychmiast zaczęła się wdzierać do rozgrzanego wnętrza corvette, zalewając przełączniki otwierania szyb. Gdy poprzednio dopuścił do czegoś takiego, skończyło się wizytą u elektryka. Zaklął więc cicho, ale nic więcej zrobić nie mógł.
Nim podeszła, miał już w ręku dokumenty. Wystawił je przez okno.
- Dzień dobry - powiedziała, zaglądając do auta. Uznał, że miała ładną górną część twarzy. Dolna skryta była za czarną, służbową maseczką. Spod mokrego kaptura wystawał pukiel jasnych włosów i to właściwie tyle, ile mógł zaobserwować. - Młodsza aspirant Magda Siwiec, Wydział Ruchu Drogowego Komendy Powiatowej Policji w Żywcu.
- Dzień dobry.
Teraz dopiero wzięła od niego prawo jazdy i dowód osobisty.
- Proszę założyć maseczkę - poprosiła.
- Niestety nie mam - odparł. - Nie planowałem nigdzie wychodzić.
- Zwracam panu uwagę, że całe województwo objęte jest czerwoną strefą, co skutkuje obowiązkiem noszenia maseczki w miejscach publicznych.
- Nie jestem w miejscu publicznym.
- Oczywiście. Tylko przypominam. Powodem kontroli jest przekroczenie prędkości i niedostosowanie jej do warunków... - urwała i wiedział dlaczego. Spojrzała w końcu na jego dowód. Przeczytała jego nazwisko.
- Rafał Lichy? - Ni to zapytała, ni stwierdziła, ni to do Lichego, ni to do siebie samej.
- Zgadza się.
I wtedy Lichy usłyszał jeszcze jeden głos. Głos szefa żywieckiej komendy. Wiedział o tym, bo go znał.
- Zero, zero do jedenaście - zaskrzypiało radio przypięte do klipsa nieco powyżej jej piersi.
- Jedenaście - odparła policjantka, wciskając przycisk na krótkofalówce.
- Natychmiast udaj się do Międzybrodzia Żywieckiego - odpowiedziało radio. - Mamy zaginięcie dziecka. Formujemy kordon i będziemy obchodzić jezioro.
- Przyjęłam - rzuciła do mikrofonu. - Wiemy coś więcej?
- Tylko tyle, że zaginiony wysłał SMS-a do siostry. Pożegnał się i napisał, że będzie w wodnym lunaparku. Wiesz, gdzie to może być?
- Nie wiem. Jedziemy do was. Będziemy za kilka minut.
- Zbiórka pod Domem Strażaka.
- Przyjęłam - rzuciła jeszcze, a potem zwróciła się do Lichego, oddając mu dokumenty:
- Upiekło się panu, ale mam wrażenie, że wkrótce znów się spotkamy.
- Trochę mam na to nadzieję. - Uśmiechnął się. Ona nie. Nie poświęciła mu ani ułamka sekundy więcej. Nim wsunął dokumenty z powrotem do kieszonki ultrapłaskiego portfela z tyveku, corolla skręcała już w stronę ulicy Spacerowej.
Zasunął szybę i odruchowo wytarł rękawem mokry bok drzwi.
Będzie w wodnym lunaparku - powiedział głos komendanta w jego głowie. Mają obchodzić jezioro. Ale przecież to oczywiste, że nie o jezioro chodziło.
- Nie tam, do cholery... - krzyknął i naraz odczuł potężną eksplozję energii, momentalnie wprowadzającą go w stan, który dla własnych potrzeb nazywał rozszczepieniem neuronów. Doświadczał tego od czasu do czasu, a gdy to następowało, biomechanika jego ciała rozkręcała się do wartości granicznych i Lichy zamieniał się w maszynę.
Wrzucił drive i wbił pedał gazu w podłogę, obracając jednocześnie kierownicę aż do odbicia. Tylny napęd zrobił resztę roboty. Samochód zawrócił niemal w miejscu, a potem wyrwał do przodu jak rakieta. Lichy uwielbiał to w swojej corvette. Bez żadnych idiotycznych swapów, bez chipowania silnika, to auto po prostu kochało zapierdalać.
Wlatując w ulicę Spacerową, usiłował połączyć się z komendantem. Żadna z trzech prób nie przyniosła efektu. Rozeźlony rzucił telefon na fotel, niemal zapominając, że leży na nim pies. Kierowca chwycił mocniej lejce, nadepnął gaz aż załączył się kick down i z głośnym strzałem tłumika rzucił się w wąski, nieoświetlony trakt. Corvette wyła, bo kręcił ją aż do czerwonego pola na obrotomierzu. Lichy był jak w transie. Stopy tańczyły na pedałach, ręce wykonywały czary-mary na kierownicy. Auto niemal ocierało się, to o metalowe barierki po lewej stronie jezdni, to o skarpę po prawej. Lichy gnał jak wiatr i szybko zbliżał się do celu.
"Będzie w wodnym lunaparku".
Droga wznosiła się i biegła teraz kilka metrów powyżej powierzchni Soły. Za dnia było tu spektakularnie. Nocą raczej przerażająco. Ale Lichy znał każdy zakręt tej drogi. Pokonywał ją latami. Najpierw rowerem, potem gdy trochę podrósł, brat uczył go tu prowadzić auto. W absolutnej ciemności rozlewające się po pniach przydrożnych drzew rozbłyski świateł poinformowałyby go, gdyby ktoś jechał z naprzeciwka. Nikt nie jechał.
Trzy minuty później dojechał do skrzyżowania Spacerowej z Beskidzką i znalazł się w centrum wsi. Wypadł z podporządkowanej z takim impetem, że tył odjechał mu aż do zatoczki autobusowej po lewej stronie jezdni. Dobrze, że tam była, bo inaczej połamałby oś. Ale przecież wiedział, że tam była. Gdy wyprowadził auto z poślizgu i dodał gazu, dojrzał przed sobą gęstniejący tłum. Ludzie tłoczyli się na jezdni, parkowali na chodniku. Widział przede wszystkim ich rozedrgane latarki, które krótkimi błyskami rozświetlały całą okolicę.
Był na miejscu.
Tłum nieznacznie rozsunął się na boki, by mógł przejechać. Zwolnił do prędkości pieszego, usiłując dostrzec swego brata. Nie udało mu się, ale za to szybko wypatrzył znajomy blond kucyk.
- Siwiec - krzyknął, odsuwając szybę. - Siwiec!
Odwróciła się. Kilka sekund procesowała jakąś myśl, aż w końcu podeszła nieco bliżej.
- Gdzie komendant? - wypalił, gdy podeszła.
- Co?
- Gdzie jest mój brat?
- Nie wiem, chyba jeszcze go nie ma, pewnie jedzie od strony...
- Wsiadaj.
- Co?
- Wsiadaj, do cholery.
- Nie mogę. Formujemy...
- Wiem, gdzie on jest. Wsiadaj!
Wahała się krótko. Szarpnęła za klamkę i niemal wpadła do środka. Jego corvette miała obniżone zawieszenie i bardziej się w niej leżało, niż siedziało. Sierść uskoczył dosłownie w ostatniej chwili. W końcu dziewczyna usadowiła się jakoś w ubłoconym fotelu, prawą ręką macając wnętrze auta w poszukiwaniu pasa bezpieczeństwa. A on znów wdepnął pedał gazu. Zachwiało nią, więc złapała się mocniej uchwytu nad drzwiami pasażera, ale nie powiedziała ani słowa. Nawet wówczas, gdy siedem sekund później dwukrotnie przekroczył dozwoloną we wsi prędkość i powinien stracić prawo jazdy.
Zwolnił dopiero przed serpentynami przy dolnej stacji kolejki. Jedynie po to, by wtoczyć się w ciasny wiraż, a potem jeszcze w dwa kolejne. Kawałek dalej, tuż za pętlą autobusu, który dojeżdżał tu z Żywca, minął zakaz wjazdu i znalazł się na kursie ku górnemu zbiornikowi elektrowni szczytowo-pompowej Porąbka-Żar. Cudu inżynierii, który wraz z budową kolejki linowo-terenowej na początku dwudziestego pierwszego wieku stał się najważniejszą atrakcją turystyczną regionu. Lichy nie zliczyłby, ile razy pokonywał tę trasę na rowerze, ani ile razy bawili się z kolegami na szczycie w wojnę czy inne podchody. Ale to było dawno, zanim powstała kolejka, a wstęp na drogę był ogólnodostępny. Teraz poruszać się po niej mogły jedynie pojazdy elektrowni i mieszkańcy domów położonych na zboczach Żaru.
Lichy naprawdę kochał to miejsce. Uważał, że jest najpiękniejsze na świecie. Ze szczytu rozciągała się wspaniała panorama, z jednej strony na otoczoną beskidzkimi szczytami Kotlinę Żywiecką i kaskadującą Sołę, a z drugiej hen daleko, aż na Wyżynę Śląską i ku Kotlinie Oświęcimskiej z widocznymi w oddali zabudowaniami miasta i dziesiątkami wioseczek, które do niego wiodły. Sam zbiornik elektrowni sprawiał wrażenie obiektu z jakiegoś filmu science fiction. Wybudowana na szczycie, ponad siedemset pięćdziesiąt metrów nad poziomem morza, potężna betonowa niecka miała sześćset pięćdziesiąt metrów długości i dwieście pięćdziesiąt metrów szerokości. Przy głębokości dochodzącej do trzydziestu trzech metrów mieściła w sobie ponad dwa miliony metrów sześciennych wody. Prawdziwy gigant, w całości stworzony ręką człowieka.
Jednak teraz, gdy nieustająca ulewa wprowadzała styrane wycieraczki w stan przedzawałowy, a stary, spękany asfalt barwił się kolorem rdzy od zalegających na nim śliskich jak jasna cholera liści, okoliczności przyrody straciły na uroku. Lichy nie był już w pełni przekonany, czy całkowicie panuje nad autem. Póki jednak widział cokolwiek, nie martwił się przesadnie.
Sytuacja zmieniła się tuż po tym, jak minęli starą, drewnianą dzwonnicę. Naraz wjechali w mgłę tak gęstą, że komisarz ostatecznie się poddał i zdjął nogę z gazu.
- Uważaj! - krzyknęła Magda, bo światła corvette wyłuskały z rozlanego mleka człowieka idącego poboczem. Lichy poznał Iwajłę. Jeśli go jeszcze kiedyś spotka, przypomni mu, że iść należy przy lewym krawężniku, a nie przy prawym. Tymczasem jednak szarpnął kierownicą i ominął pieszego. Ostatnie trzy kilometry wzniesienia pokonali w tempie nieprzekraczającym pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, a w tych warunkach i tak było to bardzo ryzykowne. Lichy aż się spocił z napięcia. Ale nie Siwiec. Ona była spokojna. Krótkimi, uważnymi spojrzeniami, skanowała mgłę przez otwarte okno.
W końcu Lichy zatrzymał auto. Bardziej na wyczucie niż w wyniku jakichkolwiek innych bodźców. Bywał w tym miejscu wystarczająco często, by nie musieć posiłkować się wzrokiem.
- Tu gdzieś powinno być wejście na koronę - rzucił, szarpiąc za klamkę.
- Myślisz, że skoczył do zbiornika?
- To zupełnie oczywiste.
- Nie dla mnie - powiedziała, ale nikogo nie było już w samochodzie, bo Lichy zdążył wysiąść i rozpłynąć się we mgle. Trzaśnięcie drzwiami zagłuszyło jej słowa. Zaklęła wyjątkowo szpetnie, otworzyła drzwi i ruszyła w ślad za tym dziwnym blondynem. A za nią podążył pies.
- Siwiec! - Usłyszała z oddali. - Tutaj.
Ruszyła za głosem i po kilku sekundach dotarła do żółtej furtki, na której przywieszono tabliczkę straszącą uzbrojonymi oddziałami interwencyjnymi strzegącymi tego miejsca. Których, rzecz jasna, nigdzie w okolicy nie było i wątpliwe, aby wiedzieli, co mogło się dziać tej nocy na terenie zbiornika. Zresztą, nim by dojechali, musiałoby minąć przynajmniej pół godziny.
- Dawaj przez płot! - Usłyszała ponaglający głos Lichego i nie wahając się dłużej, wykonała polecenie. Opar tymczasem jeszcze bardziej zgęstniał, choć trudno było uwierzyć, że to w ogóle możliwe. Siwiec włączyła na chwilę latarkę, ale ostre światło odbite od mgły bardziej ją oślepiało, niż wskazywało drogę. Znowu zaklęła, wsunęła latarkę z powrotem do kieszeni na piersi i przytrzymując się barierek po obu stronach schodów, ruszyła biegiem na górę. Pewnie nawet nie wiedziałaby, że jest już u celu, gdyby nie to, że nagle znalazła się w ramionach Lichego.
- Uważaj! - krzyknął. - Tu jest przepaść. Nie ma wody w zbiorniku.
Znajdowali się dokładnie powyżej miejsca, gdzie w górotworze wykuto dwa ogromne wloty do sztolni upadowych. Tu niecka zbiornika była najgłębsza, a korona nad nim najwyższa. Z miejsca, gdzie stali, do dna zbiornika były trzydzieści trzy metry.
- Skąd wiesz, że pusty? - zapytała Siwiec. - Nic nie widać przez tę cholerną mgłę.
- Krata - wyjaśnił Lichy.
Tuż obok nich wznosiła się konstrukcja kilkumetrowej suwnicy bramowej. Wykorzystywano ją między innymi do unoszenia i przenoszenia metalowych płyt osłaniających ujęcie, w razie remontu. Przenoszono nią również kraty zabezpieczające wlot do sztolni przed bryłami lodu formującymi się w zbiorniku zimą i większymi obiektami mogącymi znajdować się w wodzie. Gdyby taki obiekt przedostał się do sztolni, mógłby uszkodzić turbiny znajdujące się kilkaset metrów niżej, w budynku elektrowni nad samym jeziorem. A teraz fragment jednej z krat wisiał na haku żurawia.
- Zdjęli kratę? - Zdziwiła się Siwiec.
- Widać była jakaś awaria. Zbiornik musi być pusty. Spuścili wodę. Nie mógł się tu utopić. Szukajmy...
- Patrz - przerwała mu gwałtownie, a w jej głosie wyczuł narastającą panikę. Podążył wzrokiem za jej palcem. Gdzieś w oddali, dużo poniżej, we mgle dało się zobaczyć przytłumione, ale wyraźne rozbłyski ognia.
- Coś się pali - zauważył Lichy. - Chodź, kawałek dalej da się zejść na dół. Pośpiesz się!
Minął sekcję ujęcia wody, a dalsze ściany zbiornika opadały pod znacznie łagodniejszym kątem. Wskoczył na skarpę i niemal natychmiast stracił równowagę. Poniewczasie zorientował się, że to nie był dobry pomysł. Nachylenie ściany wynosiło dwadzieścia sześć stopni, czyli tyle, co przeciętnego spadzistego dachu. Ale miał do pokonania dobre sześćdziesiąt metrów po śliskiej od deszczu masie asfaltobetonowej. A widział najwyżej na trzy metry w przód. Wiele wysiłku kosztowało go utrzymanie się przy życiu.
Gdy dotarł na dół, potrzebował chwili, aby ochłonąć. Stanął w bezruchu, a wówczas po raz drugi w ciągu kilku minut Siwiec wylądowała w jego ramionach. Złapał ją, gdy prześlizgiwała się obok niego.
- Tam! - krzyknęła, wyszarpując się z jego uścisku i wskazując wyraźnie już błyskający we mgle ogień.
Biegli, a gdy zaczęli się zbliżać, usłyszeli rozpaczliwe ujadanie psa.
- Sierść! - wrzasnął Lichy. - Sierść!
Ujadanie zmieniło się w skowyt. Mgła migotała wszelkimi odcieniami czerwieni. Dopiero gdy podeszli tak blisko, że słyszeli skwierczenie własnych włosów na brwiach, zrozumieli tak naprawdę, na co patrzą. I że jest już za późno.
- Jezu - szepnęła Siwiec, po czym zwymiotowała. Lichy zrezygnowany usiadł na betonie, wyjął papierosa i go odpalił.
Wyprężone jak struna ciało chłopca płonęło wystarczająco długo, by nie dało się już w nim dojrzeć człowieka. A jednocześnie na tyle krótko, że podsycany benzyną płomień wciąż szalał na przekór wilgotnej aurze. Bo że to była benzyna, Lichy nie miał wątpliwości. Jej słodkawy zapach przesiąkał mgłę i niósł się nad niecką. Zresztą, nieopodal zwłok leżał czerwony kanister. Komisarz zdołał dostrzec na nim logo Polskiej Grupy Energetycznej i zapisał to sobie w pamięci. Fioletowa czapka z daszkiem i logo Charlotte Hornets, jedna z tych, o których sam marzył jako dzieciak, leżała tuż obok. Zupełnie jakby chłopak tę jedną, jedyną rzecz postanowił ocalić.
W oddali zawyły syreny. Siwiec osunęła się obok Lichego i oparła o niego plecami. Sierść skoczył swojemu przyjacielowi na kolana i siedzieli sobie, tak jak szczęśliwa rodzina, oglądająca w telewizji prawdziwe życie i śmierć.