Fedaini
Ci trzej z rozpylaczami, w zielonych drelichach to są fedaini. Stoją na
drodze, która prowadzi z Bejrutu do granicy Izraela, i zatrzymują
samochody. Kto ma wyraźny powód, żeby jechać dalej - może jechać, a kto
przyjechał ot, tak sobie, albo wygląda podejrzanie - musi wracać. To nie
jest miejsce dla turystów, tu toczy się wojna. O dziesięć kilometrów
stąd zaczyna się Izrael.
Rozglądam się dookoła: pięknie tu jak w raju. Po obu stronach drogi
ciągną się cytrynowe sady, gaje oliwne, brzoskwiniowe ogrody. Dalej, na
prawo - zaczyna się morze, a na lewo - wznoszą się góry. Wszędzie pełno
zieleni, pełno kwiatów. I wszystko to razem, po brzegi horyzontu,
zatopione w słońcu.
Ci trzej fedaini są bardzo młodzi. Najmłodszy ma może piętnaście lat.
Jest poważny, przejęty tym, że stoi na posterunku. W hełmie, z automatem, w przydużym drelichu wygląda jak łącznik z warszawskiego
powstania. Chce wiedzieć, dokąd jedziemy. Jedziemy do Rashidyi, tylko
nie wiemy, w którym miejscu skręcić. A skąd jesteśmy? Z Polski. Chwila
namysłu, a potem: a, z Polski, to w porządku. To chwileczkę. I przywołuje innego fedaina, który samotnie idzie drogą. Ustalają, że ten
nowy fedain pojedzie z nami. Skręcamy w stronę morza, potem jest jeszcze
jeden posterunek, dosiada się drugi fedain i z taką asystą wjeżdżamy do
Rashidyi.
Rashidyia pachnie pomarańczami i krwią.
Jeden z pocisków rozwalił ciężarówkę wiozącą pomarańcze i złote,
odurzające strugi soku ciekną główną ulicą. W pobliżu na progu lepianki
siedzi stary Arab, milczący, skamieniały. Z tego, co wczoraj było jego
domem, została podłoga i kawałek ściany. Z jego rodziny nie został nikt.
O, tu jest krew, mówi fedain i pokazuje ciemne plamy na glinianej
podłodze. Dalej stoją rzędy lepianek. To tu, to tam wnętrza otwarte
pociskami. Rozwalone szafy, skrwawione łachmany, czajnik wyrzucony siłą
podmuchu na środek ulicy. Na jednej ścianie portret Nasera przebity
odłamkiem. A tu biało, bo rozsypana mąka. A tam pocisk trafił w sklepik,
ale poszedł górą; nie zniszczył towaru i Arab znowu siedzi za ladą,
proszę bardzo, zachodźcie i kupujcie.
Ale kupować nie ma kto. W osadzie pozostał posterunek fedainów i trochę
starych Arabów. Ludność została ewakuowana, bo może być nowy atak. Znowu
ewakuowana, znowu w drogę, nie wiadomo dokąd. Każdy w pośpiechu wziął,
co było pod ręką - to garnek, to koc, a resztę zostawił. Ta reszta -
jakaż jest marna! Ta reszta to jest nic. Trochę zmarniałych rupieci:
stara szafka, połatane bety, szmaciana lalka z jedną nogą.
Rashidyia - to jeden z obozów palestyńskich w Libanie, a obozy
palestyńskie to najsmutniejsza rzecz, jaką można zobaczyć na Bliskim
Wschodzie. Jeżeli jedziecie gdzieś przez Syrię, Jordanię czy Liban i jest pięknie, i wszystko jest w porządku, a nagle zobaczycie coś
szokującego, coś, co będzie wyglądać jak wielki i nędzny plaster
zlepiony z gliny, z zardzewiałych blach, ze starych szmat i połamanych
żerdzi i z każdym powiewem wiatru będą wzbijać się nad tym plastrem
tumany rozpalonego kurzu i pyłu, a wewnątrz plastra będą roić się
gromady półnagich dzieci, szalejących much i wychudłych psów, a mężczyźni będą siedzieć pod ścianami, czekając nie wiadomo na co,
czekając na cokolwiek - to właśnie będzie obóz palestyński.
Wąskie uliczki Rashidyi schodzą łagodnym skłonem do morza. Ten
wczorajszy atak nastąpił od morza. Po południu podpłynęły cztery
izraelskie kanonierki i przez godzinę ostrzeliwały Rashidyię. Liban nie
ma marynarki wojennej, kanonierki więc mogły strzelać bezkarnie. Mogłyby
tak strzelać przez cały dzień, ale rozmiary takiego ataku są limitowane
przez politykę: zabić tylu, żeby popamiętali, ale nie zabić zbyt wielu,
bo zrobi to szum na świecie.
Co jest granicą, która określa ilość ofiar, jaką strawi świat -
dokładnie nie wiadomo. W Rashidyi zginęło dwanaście osób. To w porządku.
A gdyby zginęło dwieście? To może byłoby za dużo. Taki dowódca
kanonierki gra w ciemne karty, bo przecież on nie widzi, ilu zabija, czy
zabija tylu, żeby było w porządku, czy zabija tylu, że będzie szum.
Ale o tych szczegółach dowie się później z gazet.
Wszystko jest wiadome od początku do końca. Za kilka dni gazety doniosą
o nowej akcji fedainów. Trzej fedaini wejdą o świcie do wioski
izraelskiej, wezmą - powiedzmy - dziesięciu zakładników i zamkną się z nimi w jakimś budynku. O tych fedainach i zakładnikach możemy już myśleć
tak, jakby byli na Sądzie Ostatecznym.
Ale tego ranka oni jeszcze są, jeszcze żyją.
Na razie fedaini ogłaszają, że wypuszczą zakładników, jeżeli rząd
Izraela wypuści stu uwięzionych Palestyńczyków. W przeciwnym wypadku
zakładnicy będą zabici. Termin ultimatum upływa o ósmej wieczorem. Teraz
życie dziesięciu Izraelczyków znajduje się w rękach rządu Izraela. Ale
rząd Izraela nigdy w takich wypadkach nie ustępuje. Mając do wyboru
zasadę nieustępowania i życie ludzkie, rząd opowiada się zawsze po
stronie zasady. Następnie rząd wysyła wojsko, które ma zdobyć budynek.
Rozpoczyna się strzelanina. Ale to nie trwa długo: otoczeni fedaini
zabijają zakładników, a sami wysadzają się w powietrze.
Później w paryskim metro, w londyńskim autobusie albo w wiedeńskiej
kawiarni ludzie czytają, że w... (tu trudna i obca nazwa) jacyś fedaini
zabili (tu liczba zabitych, czasem nazwiska), a potem sami wylecieli w powietrze. Następnego dnia czytają, że lotnictwo (artyleria, kanonierki)
Izraela zbombardowało (tu trudna i obca nazwa), zabijając (tu liczba
zabitych, czasem również rannych). Ale ponieważ dzieje się to tak daleko
i te nazwy są tak trudne do zapamiętania, ludzie wszystko zapominają,
tym bardziej że idąc po chwili ulicą i patrząc na wystawy, muszą
pomyśleć o czymś zupełnie innym, czy nawet powiedzieć na głos:
- Znowu wszystko podrożało.
Ale ci z Rashidyi i z Rahwy, z Qiryat Shemona i z Taiby, ci pamiętają.
To jest ich wojna, która trwa od lat i której końca nie widać. Jutro
będzie nowy komunikat:
Lotnictwo Izraela zbombardowało...
albo:
Trzej fedaini weszli o świcie do wioski...
Fedaini chcą nam pokazać wszystko: i zniszczenia, i opuszczony targ
rybny, i jedyną studnię w obozie. Są zmartwieni, że nie mamy aparatów
fotograficznych. Oni chcieli, żeby Rashidyię zobaczył świat. Oni ciągle
wierzą, że świat ich wysłucha i zrozumie, i że nie będą sami. Chodzi
tylko o to, żeby ich sprawa stała się głośna i znana, żeby wszyscy
wiedzieli, iż istnieje coś takiego jak sprawa palestyńska, i żeby na
świecie padło pytanie:
- O co ci Palestyńczycy walczą?
Na razie działa wiele sił, żeby nie dopuścić do takiego pytania. Bo
gdyby ono padło, ludzie zaczęliby szukać odpowiedzi. Sięgnęliby po
fakty. Przede wszystkim spojrzeliby na mapę. A ten, kto wziąłby pierwszą
z brzegu mapkę świata, stwierdziłby ze zdumieniem, że nie może na niej
znaleźć Palestyny.
I na tym polega problem.
Na tym, że Palestyna jest taka mała.
Można rzucić kamieniem z jednej granicy i kamień doleci do drugiej
granicy. To jest cała Palestyna. Palestynę można objechać samochodem w jeden dzień. Z Hajfy do Tyberiady jest 60 kilometrów, z Tel Awiwu do
Jerozolimy jest 90 kilometrów. Całe wybrzeże przejeżdża się autem w półtorej godziny. Dlaczego toczyły się takie krwawe boje o górę Hermon,
o każdy kamień na tej górze? Bo kto stoi na szczycie Hermonu, ten widzi
połowę Izraela i połowę Syrii, połowę Libanu i jeszcze kawałek Jordanii.
Bliski Wschód to wielki obszar świata. Na Bliskim Wschodzie są setki
kilometrów bezludnych, pustynnych przestrzeni. Ale to miejsce, w którym
rozgrywa się dramat Bliskiego Wschodu, to miejsce najbardziej drażliwe i zapalne, przypomina zatłoczoną scenę. Ludzie cisną się tutaj jak w zapchanym autobusie w godzinie szczytu. W dodatku jest gorąco, ludzie są
spoceni i wściekli. Wszystkim jest ciasno, wszystkim jest duszno. Można
przejechać spokojnie jeden przystanek, dwa przystanki. Ale wystarczy,
żeby ktoś komuś nadepnął na odcisk: natychmiast krzyk na cały świat. Nie
ma mowy o żadnym spokojnym przedyskutowaniu sprawy. Każdy chodzi
zaślepiony nienawiścią i w każdym widzi wroga. Kazać mu rzucić bombę -
rzuci, kazać mu strzelić - strzeli. Tak wygląda dziś Palestyna, której
połowę zajmuje Izrael, a drugą połowę okupuje. W dzisiejszym Izraelu
Arabowie i Żydzi są skazani na siebie, na zatłoczony autobus, w którym
codziennie ocierają się łokciami, są skazani na swój pot i swoją
nienawiść.
Jeszcze w roku 1930 rząd brytyjski stwierdził, że w Palestynie jest
ciasno, że Palestyna nie może przyjąć więcej Żydów, ponieważ nie ma
wolnej ziemi. Ale wtedy było tylko 200 tysięcy Żydów. A dzisiaj jest ich
blisko 3 miliony. Poza tym jest jeszcze pół miliona Arabów, którzy
mieszkają w samym Izraelu, i milion Arabów, którzy mieszkają na terenach
okupowanych przez Izrael. Żyzna Palestyna są to właściwie dwie oazy:
Galilea i Samaria oraz wąski pas uprawny wzdłuż wybrzeża morskiego.
Gęstość zaludnienia wynosi tam ponad 500 osób na kilometr kwadratowy!
Jeżeli pominąć miasta, takiego stłoczenia nie ma prawie nigdzie na
świecie. A rząd Izraela woła o nowych imigrantów. Niech przyjeżdżają,
jakoś się ich upchnie, jakoś dociśnie kolanem! Po pierwsze: im większa
masa ludzka - tym silniejszy argument międzynarodowy. Nie mamy gdzie się
cofnąć! Do morza? Jeden drugiemu ma stać na głowie? A po drugie - Izrael
to mały kraj, ale ma zadęcie na wielkie mocarstwo. Potrzebna mu duża
administracja, duża armia, duży wywiad - wszędzie jest pełno wakatów.
Napływ do Palestyny, mówią fedaini, mógł się odbywać tylko kosztem
Palestyńczyków. Co więcej, fedaini twierdzą, że odbywał się on również
kosztem palestyńskich Żydów. Cytują wypadki, kiedy bojówki syjonistyczne
mordowały palestyńskich Żydów, którzy protestowali przeciw imigracji z Europy, ponieważ imigranci europejscy spychali ich na gorsze pozycje
polityczne i ekonomiczne. Miejscowi Żydzi pamiętali, że kiedyś Palestyna
była krajem mlekiem i miodem płynącym. Arabowie, chrześcijanie i Żydzi
żyli w zgodzie, nikomu nie przychodziło do głowy, żeby strzelić
sąsiadowi w plecy. Każda społeczność strzegła swoich świątyń; było dosyć
miejsca dla każdego Boga.
Fedaini mówią, że jeżeli robią akcję, nie jest ona nigdy skierowana
przeciwko starym wioskom Żydów palestyńskich. Akcje robi się w tych
wioskach, z których zostali wypędzeni Palestyńczycy po to, żeby mogli
się w nich osiedlić Izraelczycy i uprawiać ziemię arabską.
Milion Palestyńczyków musiało opuścić swoją ojczyznę. Milion ludzi tuła
się przez ponad 25 lat. Od lat przenoszą się z miejsca na miejsce. Pod
Ammanem jest obóz, w którym mieszka 50 tysięcy Palestyńczyków:
W 1947 zostali wypędzeni z Samarii do Gazy.
W 1956 z Gazy na Zachodni Brzeg Jordanu.
W 1967 z Zachodniego Brzegu na Brzeg Wschodni.
W 1969 Izraelczycy zaczęli atakować obozy w dolinie Jordanu i wtedy
uchodźcy musieli przenieść się pod Amman.
Fedaini wspominają, że po każdej wojnie ruszała wielka fala
palestyńskiej emigracji. Ludzie uciekali przed armią Izraela w tym, co
mieli na sobie, a w tutejszym klimacie człowiek ma na sobie koszulę i spodnie. Czasem - buty. Od 25 lat ci ludzie żyją z tego, co da im ONZ.
Dwie garście ryżu, garść mąki i łyżka soli dziennie. Niektórzy pracują,
ale kraje, w których znajdują się obozy palestyńskie, są to kraje
ubogie, o wielkim bezrobociu. Trudno dostać pracę. Zresztą ci, którzy
zostali wygnani z Palestyny, to przeważnie chłopi, jedyne co potrafią,
to uprawiać ziemię, a ziemi nie ma dla nich nigdzie.
Jeden z fedainów mówi, że dla nich, Palestyńczyków, ziemia jest
wszystkim. Oni myślą inaczej niż ich bracia Beduini, którzy wędrują po
pustyniach, i inaczej niż ich bracia w miastach, którzy trzymają się
swoich sklepików, i inaczej niż fellachowie w oazach, którzy pracują na
ziemi swoich panów. Każdy Palestyńczyk miał swój kawałek ziemi, swój dom
i swój ogród. Tam się urodził i tam pracował. Tam żył. Każdy
Palestyńczyk był wolnym chłopem, był gospodarzem. A dzisiaj nie mamy
nic. Mamy i nie mamy. Bo ten dom, pole i ogród istnieją i my musimy tam
wrócić. Mój ojciec mówi: Ahmed, już czas posiać pszenicę. Dzisiaj jest
dobry dzień na siew pszenicy. I przez cały dzień siedzi przed lepianką,
w obozie, bo nie ma pszenicy i nie ma pola, pole jest za granicą.
Fedain poprawił swój pistolet, który trzymał na kolanach. Siedzieliśmy
na gorącym piasku, nad morzem. Inni fedaini siedzieli na grzbiecie łodzi
rybackiej, wywróconej do góry dnem. O tej godzinie, w południe, całe
morze jest pokryte srebrem. A w noc księżycową morze jest zielone. A w noc pochmurną jest zupełnie czarne. Z tego miejsca nocą widać światła
Hajfy.
Fedain, który siedzi z nami na piasku, przedstawia się w ten sposób:
- Ahmed Shoury z Bet Shemesh, 25 kilometrów od Jerozolimy.
Ahmed ma 19 lat, urodził się w obozie, w Libanie, i nigdy nie był w Bet
Shemesh. Ale Ahmed przedstawia się w ten sposób, bo tego nauczył go
ojciec. Tak przedstawiają się wszyscy Palestyńczycy. Tak przedstawiają
się palestyńskie dzieci urodzone w obozach. Nazywam się Miriam Huseini z Kafr Kanna koło Nazaretu. Mam 8 lat. Przed naszym domem rośnie wysoki
cyprys. I mamy dużo drzewek oliwkowych, więcej niż czterdzieści. Ten
cyprys i te drzewka rosną nie w obozie, ale w ich wiosce w Kafr Kanna w Izraelu, którą mała zna z opowiadań mamy. Na temat Bet Shemesh Ahmed wie
wszystko. Ich dom jest murowany i stoi na wzgórzu. Ich pole ciągnie się
daleko, prawie przez całą dolinę, aż do wielkiego kamienia. A kamień
jest fragmentem starej, rzymskiej kolumny.
Patriotyzm Palestyńczyka wyraża się w ściśle określonych konkretach:
dom, pole, sad, wioska. Jest to stanowczy, nieustępliwy patriotyzm
chłopa, dla którego ziemia ma swoją ponadmaterialną wartość, jest
częścią jego osobowości i źródłem jego życia. Palestyńczyk wypędzony ze
swojej wioski czuje się odarty ze wszystkiego, nagi, upodlony,
pozbawiony sensu istnienia. I dlatego wyrwany przemocą z tej wioski
trzyma się kurczowo bodaj jej nazwy. Stąd ten Ahmed Shoury z Bet
Shemesh, 25 kilometrów od Jerozolimy - bo dopiero połączenie imienia
człowieka z imieniem jego ziemi stanowi pełną i godną prezentację. Ahmed
chce podkreślić, że sytuacja uchodźcy i tułacza, w jakiej się znalazł,
jest przejściowa, że on posiada definitywne miejsce na ziemi i że
odzyskawszy to miejsce - odzyska całą osobowość.
W obozach ludzie zachowają tradycyjne więzi gromadzkie. Każda wioska ma
swoją ulicę. Przy ulicy Bet Shemesh mieszkają ludzie z Bet Shemesh, przy
ulicy Kafr Kanna - ludzie z Kafr Kanna. Czasem na sąsiednich ulicach
mieszkają ludzie z sąsiednich wiosek i nadal, latami, wiodą spory o miedzę, choć te miedze już nie istnieją, bo z tych wiosek został
utworzony kibuc i jest tam tylko jedno pole jak okiem sięgnąć. Każdy
obóz to Palestyna w miniaturze, o, tu mieszkają ludzie z Galilei, a w sąsiedztwie ludzie z doliny Jordanu, dokładnie tak, jak jest w prawdziwej Palestynie.
Zdaniem fedainów żadne rezolucje nie rozwiążą problemu palestyńskiego. W rezolucjach jest dużo abstrakcyjnych słów, a oni wszyscy dążą do
konkretnego celu - oni dążą z powrotem do domu. Każdy do swojego. Każdy
wie, gdzie stoi jego dom. Dom Ahmeda stoi w Bet Shemesh, a dom Miriam
stoi w Kafr Kanna. Oni nie ustąpią, dopóki nie wrócą pod swój dach.
Dopóki nie wrócą na swoje pole. Jeżeli Żydzi chcą żyć w Palestynie, mogą
żyć, oni nie mają nic przeciwko temu. Oni chcą tylko, żeby Izraelczycy
oddali ich domy i ich pola. Żeby oddali ich owce oraz krzewy
pomarańczowe. I to wszystko. Oni wiedzą, że Palestyna jest ziemią
skazaną na dwa narody, ale jeden naród nie może żyć kosztem drugiego
narodu, jeden naród nie może osiedlić się za cenę skazania drugiego
narodu na włóczęgę. Teraz Palestyńczycy są jedynym narodem na świecie,
który nie ma ojczyzny. Jedynym narodem, który błąka się i nie ma dachu
nad głową.
Pytam, czy ich - fedainów - jest wielu?
Mówią, że fedainem chciałby zostać każdy młody Palestyńczyk, ale
stawiane są wysokie wymagania. Fedain musi poświęcić swoje życie dla
sprawy, musi być przygotowany na wszystko, na tortury i śmierć. Fedain
wyznaczony do akcji jest przygotowany na to, że nie wróci żywy. Jeżeli
wpadnie w okrążenie, sam musi zakończyć swoje życie, żeby nie dostać się
w ręce wroga. Większość z nich urodziła się w obozach. Wyjść z obozu i zacząć normalne życie jest trudno, bo trudno dostać pracę. Oni nie mają
żadnego zawodu. Nie mają przyszłości. Nie mają ojczyzny, nawet nie mają
obywatelstwa ani żadnych dokumentów. Można by powiedzieć, że Izrael,
wypędzając Palestyńczyków z Palestyny, stworzył fedainów. Fedain - to
znaczy bojownik. Nie, nie partyzant. Tutaj nie ma warunków dla
partyzantki. Obszar jest mały, nie ma gór ani lasów, cały teren
odsłonięty i pełno ludzi. Każdy Żyd w Izraelu jest żołnierzem, we wsiach
żydowskich jest broń, cały kraj to wielki arsenał. Walka jest bardzo
trudna. Nie możemy równać się z ich armią, bo oni mają samoloty, czołgi
i artylerię. Obrona jest tak szczelna, że przeprowadzenie każdej akcji
jest działaniem samobójczym. Możesz zabić za cenę własnej śmierci.
Systematyczne działania zbrojne są dla nas niemożliwe. Możliwa jest
tylko wojna od okazji do okazji, wojna z doskoku. Rząd boi się naszych
akcji, bo one tworzą klimat paniki. Wielu Żydów wyjeżdża z Izraela.
Coraz mniej Żydów osiedla się w Izraelu. Ustalony przez rząd plan
imigracji (sto tysięcy rocznie) jest od lat wykonywany w 20-30
procentach. Od wojny październikowej wyjeżdżają tysiącami.
Pytam fedainów, dlaczego przeprowadzają akcje, w których giną z ich ręki
kobiety i dzieci? W Qiryat Shemona i w Maalot zginęły kobiety i dzieci.
Odpowiedź:
- Oni nie ponoszą za to odpowiedzialności. Taka sytuacja, żeby fedain
szedł i strzelił do byle kogo na ulicy, jest po prostu niemożliwa. Każda
akcja ma swój wyraźny cel. Chcemy uwolnić naszych braci, którzy znajdują
się w więzieniach izraelskich. Bierzemy zakładników i ogłaszamy, że
chcemy ich wymienić za naszych uwięzionych braci. Dajemy rządowi cały
dzień do namysłu. Rząd wszystko wie i może decydować. Albo wypuści
więźniów i uratuje zakładników, albo nie wypuści więźniów, co oznacza
skazanie zakładników na śmierć. Rząd wszystko wie, bo zna reguły tej
wojny, która toczy się od pięćdziesięciu lat między syjonistami i Palestyńczykami. Pierwsi, którzy wprowadzili zasadę likwidowania
zakładników, jeżeli władze odmówią wydania więźniów, byli bojówkarzami z syjonistycznej organizacji terrorystycznej - Irgun. W czerwcu 1947
zabili oni dwóch zakładników angielskich za to, że władze brytyjskie
odmówiły wydania trzech ludzi z Irgunu skazanych na śmierć. Odtąd w wojnie palestyńskiej taktyka ta była stosowana przez wszystkich,
ponieważ nie istniała inna możliwość uwolnienia swoich ludzi, jeżeli
wpadli w ręce wroga. Toteż rząd dobrze wie, że jeżeli jest akcja brania
zakładników i ci zakładnicy zostaną wzięci, może ich uratować tylko
wypuszczenie więźniów, ponieważ w przeciwnym wypadku nikt nie wyjdzie
żywy - ani zakładnicy, ani fedaini. To jest rodzaj akcji, w której giną
wszyscy i - co jest ważne - wszyscy o tym od początku wiedzą.
To jest jedna odpowiedź.
Jest jeszcze druga odpowiedź.
Takich akcji jak w Qiryat Shemona i w Maalot nie można traktować w oderwaniu od przeszłości, są to kolejne epizody wojny, która toczy się
przez ponad pół wieku. Wojna palestyńska jest najdłużej trwającym
konfliktem w nowożytnych dziejach świata. Ludzie, którzy długo żyją w Palestynie, znają całą historię tej wojny. Pierwsza faza tej wojny była
bezplanowa i chaotyczna. Tłum atakował tłum, każdy atakował i bronił się
na swoją rękę, jak umiał. To trwało szereg lat.
Pierwsi zorganizowali się syjoniści. Jeszcze w latach dwudziestych
powstała podziemna armia - Haganah. Ta armia walczyła o utworzenie
państwa Izrael. W ramach Haganah działała zbrojna organizacja
terrorystyczna - Palmach. W czasie wojny izraelsko-arabskiej w latach
1948-1949 dowódcą Palmach był Yigal Allon, wicepremier Izraela od roku
1967, a obecnie również minister spraw zagranicznych. W latach
trzydziestych ekstremiści uznali, że Palmach jest zbyt tolerancyjna
wobec Arabów, oderwali się i utworzyli jeszcze bardziej terrorystyczną
organizację - Irgun. (Od roku 1943 dowódcą Irgunu był Menachem Begin,
przywódca skrajnie prawicowej opozycji w parlamencie Izraela, w latach
1967-1970 członek rządu Izraela. Do roku 1939 Begin działał na
Uniwersytecie Warszawskim, później znalazł się w Związku Radzieckim, a w 1942 dotarł do Palestyny z armią Andersa). W końcu lat trzydziestych
ekstremiści uznali, że nawet Irgun jest zbyt tolerancyjna wobec Arabów,
i utworzyli jeszcze bardziej terrorystyczną organizację - Grupę Sterna.
Fedaini mówią, że Palmach, Irgun i Stern poświęciły się likwidowaniu
ludności palestyńskiej. W Palestynie był tłok i trzeba było zrobić
miejsce dla imigrantów. Trzeba było wypędzić Palestyńczyków. Żeby
wypędzić Palestyńczyków, trzeba było ich zastraszyć. Ani Palmach, ani
Irgun, ani Stern nie walczyły z fedainami, bo wtedy fedainów po prostu
nie było. Palestyńczycy mieli słabe organizacje zbrojne. Palmach, Irgun
i Stern organizowały pogromy, paliły wsie i zabijały ludzi. W lutym 1948 roku
batalion Palmach zabił ponad 60 kobiet i dzieci we wsi Sasa. W kwietniu
bojówki Irgunu spaliły wieś Deir Yassin, zabijając 254 mężczyzn,
kobiet i dzieci. W 1956 we wsi Khan Yunis zabito 275 mężczyzn, kobiet i dzieci.
Po powstaniu Izraela w wielu wioskach chłopi palestyńscy zostali odcięci
od swoich pól. Wioski znalazły się po stronie Jordanii, a pola - po
stronie Izraela. We wsiach zapanował głód, ponieważ chłopi nie mogli
zebrać plonów ze swoich własnych pól, Izraelczycy zabraniali im
przechodzić przez granicę. Ludzie nie mieli co jeść i nocami przekradali
się na pola. Szli jak przemytnicy po snopek zboża, po worek kukurydzy.
Bojówkarze strzelali do nich, ale chłopi nie mieli innego wyjścia, nikt
nie dał im innej ziemi. Wielu Palestyńczyków zginęło w ten sposób, na
własnym polu. Potem Izraelczycy palili te wsie przygraniczne, chłopi
musieli uciekać za Jordan, bo już nie mieli nic, ani pola, ani domu.
Fedaini uczą się z książki wydanej w roku 1972 w Bejrucie pt. "Who Are
the Terrorists?" ("Kim są terroryści?"), zawierającej opis 308 akcji
dokonanych przez Palmach, Irgun, Stern i armię Izraela przeciw
Palestyńczykom, a zakończonych ofiarami wśród bezbronnej ludności.
Zdaniem fedainów jeszcze przez długi czas rachunek krzywd nie będzie
wyrównany. Mówią, że w tej wojnie zginęło tysiące kobiet i dzieci, ich
matek i braci. I że oni muszą ich pomścić.
Zemsta i odwet są prawem tej wojny. Każda strona prowadzi swoją
statystykę, każda bierze udział w tej okrutnej arytmetyce. Rząd Izraela
ogłasza, że w odwet za akcję fedainów w Qiryat Shemona zbombardowano
obóz palestyński w Chichine. Ale fedaini liczą inaczej: Qiryat Shemona
była odwetem za zbombardowanie obozu palestyńskiego pod Bent Ibail.
Jest to nierówna wojna ze względu na ogromną przewagę militarną armii
Izraela nad fedainami. Ruch fedainów powstał późno, w roku 1965, jako
odpowiedź na długie lata działalności Palmachu, Irgunu i Sterna.
Doświadczenia fedainów nie są duże, a środki, jakimi dysponują -
ograniczone. Wiele akcji fedainów jest zwykłym odruchem skrajnej
desperacji i rozpaczy. Straty, które otrzymują, są większe od tych,
które zadają. Kiedyś Palestyńczycy zorganizowali akcję, w której zginęła
izraelska kobieta z dzieckiem. W odpowiedzi generał Arik Sharon
przeprowadził rajd odwetowy na wieś Quibiya. Wynik: 69 Arabów spalonych
nocą w swoich domach, w tym 16 kobiet i 28 dzieci.
Jeżeli nie wkroczy świat, tej wojny nie zakończy żadna ze stron. Za dużo
nienawiści, za dużo śmierci, zbyt wielka przepaść, zbyt dobra pamięć.
Chodzi o mały skrawek ziemi, który trudno znaleźć na mapie świata. Jedni
i drudzy spotykają się tam codziennie, w każdym razie są blisko siebie.
Ocierają się łokciami, widzą się. Czas płynie, czas przyniesie
rozwiązanie. Wątpliwe, żeby jutro, żeby nawet pojutrze. A na razie w powietrzu wisi niepewność i latają kule.
Nad brzegiem morza, na piasku siedział ze mną fedain Ahmed Shoury z Bet
Shemesh. Obok, na grzbiecie łodzi, siedzieli fedaini Kamal Bakr z Jerycho, Hassan Khatib z Ramli i Zuhair Saadeh z Balatah. Przepisuję te
nazwiska dla pamięci, bo może ci chłopcy już nie żyją.