Kurs na Sund
Prosta linia kilwatru płynnie wygięła się w łuk.
- Tak trzymać! - błyskawicznie pokwitował głos ze sterówki. A po
sekundzie, z lekkim wahaniem dodał: - Panie kapitanie, przepraszam, na
cieśniny idziemy, nie na kanał?
Kapitan Pacewicz dobrodusznie, cierpliwie, z kresowym akcentem do
mikrofonu: - Człowieku, ufaj pierwszemu po Bogu, jak powiedziane jest.
Twój kapitan się nie myli: "Chrobry" zmienia kurs, maszerujemy na Sund.
Przedni maszt statku wbity w środek czerwonego, słonecznego dysku. Sześć
motorów najnowszego transatlantyku GAL-u gna statek na północny zachód.
Mur ludzki przy burtach, relingach, na wszystkich otwartych pokładach
statku żywy i poruszony w chwili pożegnania, przerzedza się z każdą
chwilą. Pozostało na miejscu paru samotników, kilka par zapatrzonych w błękitnie pokarbowaną blachę morza, jakiś dobrze odżywiony gentleman z gromadką dzieci celujących okruchami w stada skwierczących mew...
Poza tym, nie znikał w swoich kabinach spory i zwarty tłumek mężczyzn.
Większość stanowili ludzie zupełnie młodzi, co najwyżej w średnim wieku,
jedynie kilku miało głowy siwe lub szpakowate. Gdy stali tak razem,
grupą, młodzi, zdrowi, trzymający się - można by rzec - po wojskowemu,
pod jednym względem robili wrażenie nader dziwne: ubrani byli niezwykle
nonszalancko, ba, niestarannie i byle jak. Na każdym z nich, bez
wyjątku, ubranie leżało nie tak, jak trzeba, zestaw garderoby u niektórych był już zupełnie fantazyjny. I tak, zaciekawione spojrzenia
pasażerów przyciągały: a to za krótki rękaw marynarki, a to za długa
nogawka, a to za luźny lub wyraźnie dławiący kołnierzyk koszuli. Jakby
wszyscy w największym pośpiechu, bez przymiarki i spojrzenia w lustro,
powkładali na siebie te ubrania.
Z rzadka odzywając się, patrzyli w stronę zamglonej, białej Gdyni,
zachodzącej niebiesko na horyzoncie Kamiennej Góry i - wydawało się -
jeszcze gdzieś dalej. Ktoś grał na organkach.
- Dumka Dworzaka - zauważył stojący obok kapitana dr Abramowicz, lekarz
okrętowy, chirurgiczna sława i pływająca encyklopedia muzyki. Od czasu
do czasu dolatywał też aż na mostek wybuch gromkiego śmiechu -
mieszanina czarnego humoru z młodzieńczym optymizmem i wigorem.
W setkach kabin ruch, ludzie starają się rozlokować jak najwygodniej
przed podróżą. Do Rio - docelowego portu statku - jest siedem tysięcy
mil z okładem. Pasażerki niezmordowanie zadają stewardesom wciąż te same
pytania dotyczące funkcjonowania kurków w łazience, naciskania guzików
wprawiających w ruch urządzenia klimatyzacyjne czy wzywających
pokojówkę. Załoga hotelowa - ona przede wszystkim - przeżywa najgorętsze
godziny.
W żółtej od lamp perspektywie maszynowni wielu ludzi wpatrzonych w zegary i światełka, maszyny pracujące pełną mocą spisują się tak dobrze,
jak na pierwszych manewrach w morzu.
- No, panowie moi, płyniemy. A pan inżynier zadowolony?
Inżynier Zygmunt Kuske uśmiechnął się w odpowiedzi kapitanowi: -
Najzupełniej. Gdyby tak wszystkie sprawy szły jak moje konie
mechaniczne, spałbym spokojnie.
I znów z lekkim powiewem bryzy dobiegła smutna fraza wygrywana na
harmonijce.
- Słyszycie? Rozumiem ich tak dobrze, jakbym sam był w sytuacji tych
ludzi. - I po chwili namysłu doktor dorzucił: - I nie jest to zwyczajne
współczucie, to jest, proszę was, sprawa przeczucia...
- Daj pan spokój przeczuciom - zareplikował bez przekonania któryś z oficerów i wywiązała się ogólna rozmowa na temat, który nurtował
wszystkich.
- Od marca nasze transatlantyki stały się w pewnym sensie
transportowcami czechosłowackiej armii.
- Ilu Czechosłowaków mamy na "Chrobrym"?
- Trzystu. Przeważnie oficerowie i podoficerowie wojsk pancernych,
technicznych, lotnicy...
Uczestnicy dialogu bez wyjątku aprobowali stanowisko władz. Rząd
Rzeczypospolitej nie mógł już nie dostrzegać brunatnej chmury od zachodu
i południa. Między innymi, w konsekwencji wzrastającego od chwili
kapitulacji Czechosłowacji napięcia między Warszawą a Berlinem, statki
polskie przewiozły do Szwecji lub bezpośrednio do Francji kilkanaście
grup wyszkolonych żołnierzy, oficerów i specjalistów wojskowych -
uciekinierów z zajętej przez Niemców Czechosłowacji. Oni to formowali
kadrę oddziałów wojskowych przy emigracyjnym rządzie Benesza we Francji.
- Nie trzeba być konowałem, by wiedzieć, że ci młodzi i zdrowi chłopcy
nie mogliby się czuć ani dobrze, ani bezpiecznie, gdybyśmy mieli
przechodzić przez Kanał Kiloński - wtrącił doktor.
- Niewykluczone, że na nabrzeżu oczekuje ich sznur samochodów, ma się
rozumieć dobrze okratowanych...
- Tak jest, panowie oficerowie - podchwycił Pacewicz - armator został
powiadomiony, rozumiecie, przez kogo trzeba, że takiego incydentu można
się spodziewać. W dyrekcji powiedzieli mi wyraźnie: incydenty - rzecz
niepolityczna.
Metalicznie, powtórzony w dziesiątkach głośników, rozległ się gong na
pierwszą w dziewiczym rejsie kolację.
- Nu, morskie wołki, czas się posilić! Maszyny nadrobią czas, wy
nadrabiajcie minami i bawcie pasażerki. W porządku. I rozkład będzie
uszanowany i Czechosłowaków uratujemy.
Grupka biało ubranych oficerów schodzi z mostku.
Jeszcze widać latarnię Żeromskiego. Kilkanaście lornetek przylgnęło do
uzbrojonej w szklaną przyłbicę baszty. Słońce dokładnie nad wodą
roztapia w czerwieni dziób statku. Kładzie przed nim oślepiającą
żywiczną kładkę, po której "Chrobry" wślizguje się lekko na horyzont.
Ślad spienionej śrubami wody ginie w sinobłękitnym zmierzchu,
jednoczącym wodę i powietrze.
Minęło zaledwie kilka godzin od chwili, gdy 29 lipca 1939 roku o godzinie czwartej po południu "Chrobry" uchwycony przez dwa krępe
holowniki, pożegnawszy się trzykrotnym rykiem syreny, opuszczał port
gdyński. Rozmazały się szybko powiewające chusteczkami tłumy
odprowadzających, przygasł blask i głos trąb orkiestry marynarki
wojennej żegnającej hymnem, z balkonu dworca morskiego, odpływających.
Z kabin, już zadomowieni, wychodzili na dźwięk gongu panowie i panie w wieczorowych strojach i toaletach, powoli zapełniały się salony i sale
jadalne wszystkich klas.
W najmniej dostępnym zakamarku którejś ładowni, między skrzyniami masła
a worami cukru, bezrobotny blindziarz po omacku odwija z płachty
"Tajnego detektywa" podróżną wałówkę; za kilka tygodni czeka go nowe
życie pod argentyńskim niebem!
Śnieżnobiałe stoły w salonie pierwszej klasy migocą kryształami i srebrem. A nastrój nie jest najlepszy. Nikt z dowództwa statku nie
ukrywa, że kurs statku istotnie został zmieniony po to, by zagwarantować
bezpieczeństwo grupie uchodźców z Czechosłowacji, przeważnie wojskowych.
Oni to właśnie, przemieszani po większej części z pasażerami klasy
turystycznej i załogą, stanowią szczególny przedmiot zainteresowania
wszystkich na statku. Na dalszy plan zeszły i nocne morze, i letnia noc,
rozjarzony światłami, wypełniony taneczną muzyką transatlantyk. Owszem,
ta i owa czarująca i przymilna panienka, hrabianka, córka posła czy
latorośl wysokiego urzędnika służby dyplomatycznej, stara się wejść w łaski kapitana i oficerów:
- Panie kapitanie, niedawno oglądałam nasz nowy, wspaniały obraz morski
"Pod banderą miłości", był pan - zachwycający w swej roli. Czy można
liczyć, że zapozna nas pan ze swoim gospodarstwem, z tym nowym pięknym
statkiem?
Kapitan uśmiechając się, zapewniał, że jest na to jeszcze bardzo wiele
czasu. Zaabsorbowany innymi myślami udzielał ciekawym suchych, niemal
technicznych informacji:
- "Chrobry" przed kilku zaledwie tygodniami zdał ostatnie egzaminy
techniczne przed wejściem na służbę. Na piątkę z plusem, tak twierdzą
holenderscy stoczniowcy i nasi spece. Możemy rozwijać szybkość do
dwudziestu węzłów, to jest prawie czterdzieści kilometrów. Mimo tej
szybkości, zdążą państwo, mam nadzieję, ocenić to co możemy wam oferować
podczas podróży: salony, bary, jadalnie, kino, kaplicę, sklepy, gabinet
fryzjerski, ogród, basen pływacki, czytelnie, windy, pomosty
spacerowe...
Mimo wszystko widać wyraźnie, że zwykłe w takich okolicznościach i miejscu: romantyczny nastrój, przelotne flirty, spacery po słonecznych
pokładach - ustąpiły miejsca atmosferze napięcia i niepokoju. Wraz z uchodźcami wkroczyła na statek polityka. Jej klimatowi poddali się
wszyscy: od eleganckich pasażerek i dandysów, poprzez oficerów i marynarzy do chłopca okrętowego. Język tej polityki był tym razem - w całym tego słowa znaczeniu - zrozumiały dla wszystkich. Nie wymagał
tłumaczenia, przypominał polski. Szukano ich towarzystwa, słuchano z zapartym tchem:
- Raczcie wybaczyć nam stroje, panie i panowie - pół żartem, pół serio
sumitował się młody Czech, kapitan lotnictwa. - Musieliśmy zdjąć nasze
mundury szybko i nagle. Cywilne ubrania nałożyliśmy bez jednej nawet
przymiarki, bez obrotu przed lustrem. W największym pośpiechu. Stroje te
podarowali nam zresztą wasi rodacy.
- Co zamierzacie?
- Przebrać się za kilka dni znowu. W nowe mundury, we Francji. A dalej... Co będzie dalej, to chyba jasne.
- Na nas nie odważy się nigdy Hitler podnieść ręki! - zarumieniła się z emocji panienka posłówna.
- Wilk, który zakosztował ludzkiego mięsa, nie powstrzyma apetytu -
odpowiedział lotnik i umilkł.
- Proszę państwa - intonacją głosu poseł dał do zrozumienia, że jest
"dobrze poinformowany" - rząd niemiecki był dotąd upojony sukcesami
odnoszonymi bez walki, a nawet bez prób oporu ze strony przeciwnika.
Ktoś wtrącił: - Pijany, zatem nieobliczalny.
- Gdy Niemcy w kilka dni po wkroczeniu do Pragi, wystąpiły z żądaniem
przyłączenia do Rzeszy Wolnego Miasta Gdańska i budowy eksterytorialnej
autostrady na Pomorzu, usłyszały odpowiedź krótką i stanowczą. Nie! Po
raz pierwszy od przejęcia władzy Hitler spotkał się z brakiem uległości.
To go otrzeźwi. Pamiętacie państwo, wielką mowę Chamberlaina w Birmingham, w dwa dni po aneksji Czech? "Rzucona rękawica będzie
podjęta". A kwietniowa wizyta Becka w Londynie? A późniejsze nieco
oświadczenie Daladiera w Izbie Deputowanych? Polska, Anglia i Francja
udzieliły sobie wszelkich gwarancji bezzwłocznej i natychmiastowej
pomocy w razie zagrożenia. To powinno pohamować największego nawet
awanturnika.
- Okazuje się, że nie - ktoś przerwał posłowi tyradę. - Pakt z trzydziestego czwartego roku został nam przez Hitlera jednostronnie
wypowiedziany, właśnie pod pretekstem owych umów z Anglią i Francją.
- Co to praktycznie oznacza?
- Prawie nic. Nic nowego. Dotychczasowa brutalność i kłamstwa kanclerza
określają doskonale aspiracje niemieckie. Nie skończą się one na
Sudetach, Austrii i Czechosłowacji. Gra idzie o panowanie nad Europą,
może nad światem. Świat, wydaje się o tym wiedzieć. Można spodziewać
się, moim zdaniem, najgorszego.
- Wobec tego, nie chciałbym być w skórze nazistów.
- Na to zgoda. Może przejdziemy do baru? - Zanim towarzystwo ruszyło
się, czeski lotnik, jak gdyby w przestrzeń, skierował pytanie:
- Czy wiecie, co to jest konzentrationslager?...
W salonach, jadalniach, barach trwały niekończące się rozmowy z Czechosłowakami. Marynarze, pasażerowie zachłannie brali od nich to,
czym ludzie ci byli od nich bogatsi - pierwszeństwem doświadczenia.
Pokazywano fotografie, opowiadano o losach bliskich i rodzin,
przypominano epizody ucieczki z okupowanej ojczyzny, wspominano czynną
życzliwość Polaków wobec uciekinierów.
Wszystko to, podświadomie, przejmowało do głębi słuchających marynarzy.
Nastrój przygnębienia był tak wielki, że raz po raz - zwłaszcza w bliskiej okolicy barów - wybuchały piosenki o piwie, Marysi i knedliczkach. Steward przezywany Pelikanem - "ach, smutny mam los",
zwykł narzekać, najweselszy i najzłośliwszy człowiek na statku porywał
się do zbójnickiej polki. I zaraz potem - płakał autentycznie i rzęsiście na wspomnienie pozostawionej w Gdyni rodziny.
Na redzie w Boulogne wiał silny, zimny wiatr, mżył deszcz. Żołnierze
czechosłowaccy schodzili na francuskie holowniki. Na "Chrobrym"
pozostawili ludzi zamyślonych i przygnębionych przyjaciół. Kto wie, czy
znów nie spotkają się razem: we wspólnym okopie, w czołgu czy samolocie?
- Na zdar!
- Powodzenia!
- Do zobaczenia!
Na statku zrobiło się przestronnie. A raczej pustawo. Tej pustki nie
zapełniała ani orkiestra taneczna, ani muzyka z płyt, modne
lambeth-walki i tanga.
"Chrobry" znów jest na pełnym morzu, na krótko ukazały się i znikły
skrawki "czerwonej" do niedawna Hiszpanii. Przed załogą i pasażerami,
zgodnie z rozkładem, jeszcze sześć egzotycznych portów, sześć postojów.
Każdy port będzie skrupulatnie wykorzystywaną okazją do wysłania listu,
a zwłaszcza kolorowej widokówki do bliskich w kraju. Czy wszystkie te
listy dojdą do adresatów?
Tymczasem statek odsłania spacerującym po coraz bardziej
nasłonecznionych pokładach, kolejno, kotary horyzontu. Harmonijna,
nowoczesna sylwetka statku z wysmukłą częścią dziobową, dwoma masztami,
kremowymi nadbudówkami, białymi wpadającymi nieco w błękit burtami
okolonymi czerwonym pasem; elegancka sylwetka jakby stworzona dla
błękitnych wód i przesłonecznionego powietrza.
Transatlantyk, zupełnie jak na wysyłanych do domów pocztówkach, ustawiał
się kolejno na tle wyrastających z oceanu Wysp Kanaryjskich, plaż i parowów Las Palmas na Majorce, na tle przepełnionego statkami portu w Dakarze, górujących nad portem, zabudowanych egzotyczną architekturą
tarasów i widocznych w dali żółtych piachów pustyni oraz błyskającej
światłami wież radiostacji obok lotniska; i jeszcze 2 765 mil drogi,
pokonanych w ciągu ośmiu dni - i znów widokówka nocnego Rio de Janeiro.
Na pierwszym planie ognisty krzyż na górze Corcovado, ognista banieczka
kolejki pełznącej z miasta na siedmiusetmetrowy szczyt, geometria i chaos rozbieganych, jak podczas pożaru, świateł i reklam nad Avenida de
Rio Branco.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki