Portobello k. EdynburgaSzkocja
Otworzyłam oczy, jak codziennie od niemal dwóch i pół roku, ostrożna i pełna wątpliwości, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy tylko mi się śniło. Mięta i aloes awansowały w rankingu moich ukochanych zapachów na samą górę topki i nic nie mogło ich skopać z piedestału.
Uchyliłam powieki i przez chwilę rozkoszowałam się widokiem najdoskonalszym - to przyobleczona skórą miłość o długich rzęsach i dołeczkach skrytych pod warstwą snu.
Minęło prawie dwa i pół roku, a ja byłam zakochana jak wtedy, kiedy po raz pierwszy zaśpiewał dla mnie na scenie. Kiedy po raz pierwszy wniósł mnie na rękach do pubu. Kiedy przyjął ode mnie celtycki pierścień z tytanu.
Zerknęłam na jego lewą dłoń i delikatnie pogładziłam pierścionek. Mogłam się założyć, że maleńki brylant mrugnął do mnie, jakby mówił: "Nieźle to wymyśliłaś, otumaniona istoto. Każda kobieta, która przychodzi do pubu, myśli, że Eryk jest zajęty".
Bo przecież był, prawda? Był bardzo zajęty uszczęśliwianiem swojej kobiety.
Tak w każdym razie twierdził.
Zacisnęłam powieki z całej siły i położyłam się na lewym boku, usiłując zdusić w sobie dziwne uczucie kiełkującego strachu.
Moje życie w ciągu ostatnich dwóch lat przybrało fantastyczny obrót - Eryk ukończył psychologię i został przyjęty na studia doktoranckie, czym wprawił w osłupienie wszystkich bez wyjątku, a ja zrobiłam to, co kiełkowało we mnie od pierwszej chwili, kiedy wypowiedział do mnie te słowa na granicy jawy i snu - poszłam w jego ślady, żeby studiować psychologię. W Edynburgu. W języku angielskim.
Oboje mieliśmy znacznie mniej czasu na pracę za barem niż wcześniej, ale Paula po prostu przeszła nad tym do porządku dziennego. W pokoju gościnnym pojawiła się kolejna dziewczyna o polsko-szkockich korzeniach, a ja poruszałam się jak wolny elektron między swoim piętrem a poddaszem Eryka, uparcie odmawiając przeprowadzki na stałe.
Na początku po powrocie z latarni morskiej, dwa i pół roku wcześniej, prowadziliśmy z Gierszem długie filozoficzne rozmowy w rodzaju "co by było gdyby": Co by było, gdybyśmy wyjechali do Poznania? Gdybyśmy znaleźli sobie robotę w jakiejś latarni? Gdybyśmy się pobrali?
Reagowałam tak panicznie i alergicznie na wszelkie aluzje na temat małżeństwa, że po sześciu miesiącach mniej lub bardziej delikatnych przytyków, zagadnięć, żartów i poważniejszych propozycji po prostu przestał.
Nie miałam pewności, czy odetchnęłam z ulgą, czy się rozczarowałam. W końcu oświadczyłam się Erykowi, ale wcale mu się nie oświadczyłam i w dodatku zagroziłam, że jeśli choć wspomni o małżeństwie, spakuję się i już nigdy mnie nie zobaczy.
Czy to możliwe, że trochę przesadziłam?
Dając mu pierścień, chciałam, żeby wiedział, że mam świadomość (to brzmiało tak skomplikowanie jak mój sposób myślenia), iż to właśnie on jest moją miłością na całe życie, ale bardziej niż śmierci obawiałam się, że zrobi coś głupiego z poczucia obowiązku, przyzwoitości albo winy, a ja wciągnę go jak modliszka i zniszczę.
Nie mogło być nic gorszego, niż oświadczyć się facetowi (ale tak, żeby mu się nie oświadczyć), a on - oczywiście szalejąc za tobą - uznałby wtedy, że spodziewasz się wzajemności i po traumatycznym związku wjechałby na kolanie z pierścionkiem numer dwa. Tylko po to, żeby trzy miesiące później gorączkowo kombinować, jak się z tego wszystkiego wycofać.
Chciałam go, ale go nie chciałam?
Chciałam, żeby był ultraprocentowo pewny, że mnie chce.
A po tym wszystkim, co zafundował mu los, wiedziałam, że potrzebuje czasu.
Poza tym dwa razy w tygodniu Eryk prowadził tak zwaną tutorial group w ramach part-time teaching, czyli na stanowiskach przydzielanych w pierwszej kolejności doktorantom, a ja miałam świadomość, jak na wydziale patrzyli na niego wszyscy niezależnie od orientacji seksualnej - Eryk się podobał. I nawet kiedy prowadziliśmy rzeczowe rozmowy na temat literatury przedmiotu, esejów albo studiów przypadków i poświęcał mi całą swoją uwagę, czułam, że nikt mnie nie traktuje poważnie - bo na żadnym z moich palców nie było pierścionka, który pasowałby do jego pierścienia.
Kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć jakieś szepty - czy on kogoś ma, że to plotka, że kogoś ma, że pierścionek to tylko ozdoba, że ma odstraszyć głupi podryw, że kiedy na ciebie patrzy, robi się gorąco... Odsuwałam się wtedy i zmieniałam miejsce, żeby nie słyszeć dalszego ciągu. Byłam dumna, że mój ukochany - lubiłam tak o nim myśleć - jest doktorantem i że jest silny na tyle, żeby myśleć o karierze naukowej. Zapowiedziałam mu też, że nie zamierzam się na nim wieszać na uniwersyteckich korytarzach, chodzić z nim za rękę ani wciągać go w przytulne kąty, żeby podzielił się ze mną oddechem.
Tak. Byłam głupia, miałam zasady i często cierpiałam. A moje motylki cierpiały razem ze mną.
Właśnie kiedy zaczynałam rozważać, czy nie powinnam jednak podwinąć ogona i zasłonić sobie nim oczu, ramię Eryka objęło mnie w pasie i przyciągnęło do właściciela, a usta ucałowały moją szyję i postanowiły obsypać pocałunkami kręgosłup, przynajmniej jego górną część.
Jęknęłam, zapominając, o co mi właściwie chodziło. Dłoń Eryka rysowała na moim brzuchu uspokajające kręgi, jakby czuł, że mój żołądek powinien zostać tam, gdzie jest, a nie ładować mi się do gardła.
- Dziewczyno, jeśli nie jesteś prawdziwa, lepiej powiedz mi to teraz, może jeszcze nie jest za późno na leczenie - mruknął, przesuwając dłoń wyżej, znacznie wyżej, na piersi stale głodne jego dotyku. - Czasem łapię się na tym, że sprawdzam, czy twoja szczoteczka do zębów na pewno stoi w łazience, czy siedzisz na wykładzie, czy to twoje imię znajduje się w grafiku naszego pubu... - Jęknęłam, poddając się jego gorącemu dotykowi, i zwróciłam się ku niemu z zaciśniętymi powiekami, wtulając się w silne ramiona.
Byłam zgubiona. Piekła mnie krtań, palił żołądek, drżały opuszki palców, kiedy przesuwałam je po jego plecach.
Uniósł mój podbródek i delikatnie ucałował wargi, nos, policzki i swoje ulubione miejsce na szyi, tuż pod uchem.
- Otwórz oczy, mała zadro - mruknął, a wszystkie moje zakończenia nerwowe zareagowały na tembr jego głosu. - Bo inaczej poliżę ci powieki - zagroził.
Zachichotałam i popatrzyłam na niego, a motylki zrobiły to, co zwykle w chwili, kiedy patrzyłam na jego ciemnoniebieskie tęczówki, blond włosy w nieładzie i dołeczki w policzkach - przechyliły główki na bok i zgodnie westchnęły: "awwww...".
- Dzień dobry, Neuronie - szepnęłam, czując, jak napięte postronki moich nerwów znów się wygładzają pod jego zachwyconym spojrzeniem.
- Dzień dobry, Miss Portobello - mruknął i pocałował mnie głęboko i namiętnie, rozpędzając wszystkie niepokojące myśli. - To takie marnotrawstwo, że musimy chodzić spać, a potem musimy pracować... I dopiero będę cię miał na wyłączność za wiele, wiele, zbyt wiele godzin. A ja tak bardzo cię pragnę, Jodka... - Objął mnie i przycisnął do siebie, a całe jego ciało było żywym dowodem, że nie żartuje.
- Jeszcze się panu nie znudziło? - uderzyłam w zalotny ton. - Prawie dwa i pół roku, panie Giersz, mógłby pan już wydorośleć.
- Jestem bardzo, ale to bardzo dorosły - znów mnie pocałował - i wolno mi robić z panią wszystkie rzeczy, które za obopólną zgodą robią dorośli ludzie... - Jego oddech przyspieszał, a dłonie stawały się niespokojne, jakby głodne.
- Eryk... - Dotknęłam jego twarzy, przełykając ślinę i strach. - Jesteś moim najlepszym przyjacielem, wiesz? - szepnęłam. - Moją drugą połówką. I nie było ani jednego dnia, żebym żałowała decyzji, że tu zostałam. - Z czułością ucałowałam najpierw jego górną, a potem dolną wargę.
Popatrzył na mnie z uwagą, rozumiejąc, co się ze mną dzieje. No prawie. Nie mógł wiedzieć, że jestem o niego zazdrosna jak cholera, ale całą resztę wyczuwał.
- Po raz trzeci zbliżają się święta, odkąd rodzice cię tu porzucili, i znów zaczynasz się dręczyć, co? - westchnął. Jego dłoń podjęła uspokajający masaż moich pleców.
- Nie porzucili mnie, tylko świadomie zostałam! - oburzyłam się.
Nie poleciałam do domu w grudniu pierwszego roku, tego najtrudniejszego po monumentalnej scenie z ich udziałem ("możesz wcale nie wracać"), ale sądziłam, że półtora roku wystarczy, żebyśmy się dogadali. Tyle że w następne święta też jakoś nie wyszło. Wprawdzie wymienialiśmy już e-maile, whatsappy i zdarzało nam się rozmawiać przez telefon, ale ani mama, ani tata nie zaprosili nas do Poznania.
Nie sformułowali prostego zaproszenia, a ja nie zapytałam. Nie poprosiłam. Rozumiałam, że po raz kolejny chcieli mnie w ten sposób ukarać.
Fajna kara, nie? Taka niezbyt dotkliwa.
Eryk miał rację. Listopad dobiegł końca, rozpoczął się grudzień i zbliżały się trzecie święta Bożego Narodzenia poza domem. Kochałam moje życie ze wszystkich sił i uważałam, że nie ma dla mnie lepszego miejsca niż tutaj, w ramionach Eryka, na wykładach, za barem. Odnalazłam się w jakiś zagadkowy sposób w tym kraju, wśród tych ludzi i nie zamierzałam tego zmieniać. Ale brakowało mi rodziców, a zwłaszcza młodszego rodzeństwa. Bo starsze rodzeństwo widywałam kilka razy do roku.
- Po prostu tęsknię za rodziną. Tak troszkę. Tęsknię za tym, żeby znów było dobrze, wiesz? Żeby rodzice rozumieli, że jestem najszczęśliwsza na świecie, i żeby dzielili tę radość.
Było mi źle ze świadomością, że oni tęsknią za mną jakby mniej.
Jeśli chodziło o Werę i Aleksa, to oprócz przyziemnych rzeczy ich kariera w modelingu nabierała tempa. Carola ze Skin Deep Studio w naturalny sposób stała się ich agentką, ale ostatnio i tak znalazła dla nich subagencję. O kalendarzu tatuatorskim Caroli było dwa i pół roku temu tak głośno, że najpiękniejsza para z jej kalendarza, Sokół i Słońce, niedługo potem przyciągnęła zainteresowanie najpierw poznańskich, a potem polskich firm. Wera nie była wylewna, ale zdecydowanie dojrzała i nabrała asertywności i odwagi. Kiedy opowiadała o kolekcjach ubrań, torebek i butów, o biżuterii i perfumach czy współpracy ze stylistami, czasem odnosiłam wrażenie, że to niemożliwe, żeby ta cudownie pewna siebie kobieta była moją siostrą, która jeszcze nie tak dawno stroniła od dotyku i kontaktów z ludźmi.
Jonasz i Ella od ponad roku studiowali w USA. Po namyśle stwierdziłam, że los Jony i mój był nieco podobny. Ja wprawdzie nie przeniosłam się do innego kraju w pogoni za drugą połówką, tylko zostałam przez nią wypchnięta spod kół samochodu i rozkochana ku obopólnemu zaskoczeniu, a potem po prostu postanowiłam tu zostać, ale i tak Jona i ja trafiliśmy za granicę z tą jedną jedyną osobą, która przez splot przeróżnych okoliczności stała się nam najbliższa.
- Chyba musisz mnie przekonać, że jesteś najszczęśliwsza na świecie - mruknął Eryk, wyrywając mnie z rozmyślań - bo jakoś nie do końca ci wierzę.
W tej samej chwili zrobiło mi się lżej na sercu i duszy.
Oplotłam go nogami i szepnęłam:
- To zadanie należy chyba do ciebie...