Pandora nie zorientowała się, kiedy ciemna postać się nad nią pochyliła. A potem poczuła na czole suchy pocałunek.
- Pandoro, muszę już iść. Uważaj na siebie.
- Dobrze, tato. Ty też uważaj - wymamrotała, na wpół śpiąc.
Usłyszała, jak ojciec wychodzi, i zrzuciła z siebie wełniane koce, żeby z powrotem nie zasnąć. Widziała, jak za oknem zaczyna się świt. Wyglądało na to, że śnieżyca minęła i może nawet w którymś momencie pokaże się słońce.
Pandora zagrzała wodę i umyła się szybko w miednicy w kuchni. Na ścianie wisiało małe lusterko.
- Z każdym dniem stajesz się coraz bardziej podobna do mamy - mawiał tata. - A ona była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem, więc powinnaś się z tego cieszyć.
Sama niezbyt dobrze pamiętała mamę, ale wiedziała w każdym razie, że nie wygląda jak pozostali mieszkańcy Citta Bianca.
- Masz typowo skandynawską urodę - powiedział Tristan, jakby to było coś dobrego.
Pandora uważała, że jest zbyt blada. Jej skóra i włosy są zbyt jasne, a oczy mają kolor sopli lodu na wiosnę. Wolałaby mieć gęste czarne loki i ciepłe brązowe oczy jak większość kobiet z miasteczka.
Wyszczotkowała i jak zawsze zaplotła w warkocz sięgające połowy pleców włosy. Potem zrobiła herbatę i zjadła przy kominku dużą miskę domowego musli. Po śniadaniu ubrała się w strój myśliwski. Żeby nie zmarznąć, pod jasnobrązowe spodnie z koziej skóry założyła długie wełniane getry. Na górę włożyła wełniany podkoszulek z długimi rękawami, który odciągał pot z ciała, na to skórzaną bluzę, kamizelkę z kożucha i na wierzch długi płaszcz uszyty z ułożonych naprzemiennie pasów brązowej skóry kozicy górskiej i niemal białej skóry kozy domowej.
Gdy wychodziła z chaty, było całkiem jasno. Po raz ostatni sprawdziła, czy ma w plecaku wszystko, co potrzebne. Coś do jedzenia, wodę, przynętę i dodatkowe sznurki do pułapek oraz mały szpadel. Przy pasku jak zawsze miała nóż myśliwski, toporek i sakiewkę. Wszystko na swoim miejscu. Wyruszyła.
Śnieg, który spadł nocą, pokrył nierówny otwarty krajobraz miękką pierzyną kryształków lodu mieniących się w porannym słońcu jak diamenty. Było tak pięknie, że co chwila przystawała, żeby nacieszyć oczy widokiem potężnej przyrody. Świat wyglądał, jakby urodził się na nowo.
Zauważyła ślady lisa. Gdyby był z nią tata, mogliby pójść za tropem i spróbować go ustrzelić, ale sama strzelać nie lubiła. Tata co jakiś czas pozwalał jej spróbować, jednak Pandorze daleko było do jego celności. A zwierzę cierpiało, jeśli nie trafiło się go prawidłowo, więc strzelbę bez żalu oddała tacie. Wyspecjalizowała się za to w zastawianiu pułapek. Budowała najróżniejsze, w zależności od miejsca, w którym miały stanąć, i tego, co chciała w nie złapać. Często łapała więcej zwierzyny, niż tata potrafił ustrzelić. On mógł za to polować na zwierzęta większe, takie jak sarny, kozice górskie, lisy, a zdarzało mu się nawet ustrzelić wilka.
Aż do południa Pandora wędrowała od pułapki do pułapki. W lasach na wschód od Burzochronu zbudowała ich osiem. Tyle samo ustawiła po stronie zachodniej, ale do nich będzie musiała zajrzeć dopiero za parę dni. Jeśli w pułapkę złapało się jakieś zwierzę albo jeśli pułapka się zamknęła, choć w środku była pusta, stawiała ją ponownie i umieszczała nową przynętę. Dziś były nią świeże liście sałaty od Angie, ale używała też jabłek albo kuleczek ze smalcu obtoczonych w ziarnach.
Pandora przypomniała sobie o treningach i o tym, ile czasu zajęłoby sprawdzanie pułapek, gdyby przez cały czas musiała uważać, czy Angie nie wyskoczy zaraz z jakimś kijem. Choć wędrując po lasach oraz położonych wyżej pastwiskach, i tak zawsze zachowywała czujność. Nie mogła się pozbyć myśli, że w ich dolinie grasowali zbójcy, chociaż tu, z dala od dróg, powinna być bezpieczna. Większym zagrożeniem były wilki i niedźwiedzie, chociaż one zaraz uciekały, kiedy się na nie krzyknęło.
Skończyła, gdy słońce stało w zenicie. Na dzisiejszy łów składały się zając, bażant i świstak, naprawdę nieźle. Zjadła chleb posmarowany kaczym smalcem i pół kiełbasy. Gdyby było zimniej, rozpaliłaby ognisko i zaparzyła herbatę, ale dziś świeciło słońce i prawie nie wiało. Dlatego wystarczyła jej zimna woda z manierki.
Możliwe, że to był ostatni słoneczny i bezwietrzny dzień przed zimą, kiedy słońce nieczęsto będzie się wyłaniać znad gór. Było jeszcze wcześnie, do zmroku zostało wiele godzin, dlatego zamiast wracać prosto do domu, ruszyła wzdłuż warstwicy na zachód zbocza. Jej celem było małe górskie jezioro.
Idąc, zastanawiała się, jak poszło tacie w Citta Bianca. Miała nadzieję, że był już w drodze powrotnej i zastanie go w domu po powrocie. Pandora mieszkała w miasteczku przez pierwszych siedem lat swojego życia. Wciąż pamiętała domek w kolorze gliny, który zajmowali. Angie powtarzała, że wielu ludzi chciałoby, aby Tristan i Pandora wrócili do miasta, ale on odmawiał za każdym razem, gdy Thomasson mu to proponował.
Pandora wiedziała jednak, że nie mogą zostać w leśnej chacie na zawsze. Kiedyś, gdy tata nie będzie już w stanie znieść trudów życia wysoko w górach, będą musieli się przenieść z powrotem do doliny. Tam łatwiej będzie się nim opiekować. Bo przecież taka była kolej rzeczy. On się nią opiekował, kiedy była mała, a ona zatroszczy się o niego, gdy ojciec się zestarzeje. Ale to na szczęście dopiero za wiele lat.
Po godzinie prawie dotarła na miejsce. Jezioro leżało na małej równinie, przez większość dnia skąpanej w słońcu, dlatego woda była w nim nieco cieplejsza niż w innych górskich jeziorach. Miało prawie sto metrów średnicy, a w jego pobliżu żyło mnóstwo zwierząt. W tamtejszym lesie Pandora też zastawiła kilka pułapek i zamierzała do nich zajrzeć po drodze do domu. Było całkiem bezwietrznie, słońce muskało ją ciepłymi promieniami. Idealny dzień, żeby się przepłynąć, a przy okazji zmyć z siebie pot i brud. Położyła plecak i dzisiejszą zdobycz na kamiennym bloku. Szybko zdjęła buty oraz całe ubranie i naga weszła do chłodnej wody. Zanurkowała i mocno machając rękami, popłynęła na środek jeziora.
Uwielbiała pływać, chociaż nieczęsto miała okazję. Mama ją tego nauczyła, a potem również Angie ją tu przyprowadzała. "To dobry trening", mówiła i kazała Pandorze przepłynąć pięć razy tam i z powrotem, zanim przechodziły do ćwiczeń z samoobrony między skalnymi blokami na brzegu jeziora. Zwykle kończyły trening, skacząc na główkę ze skalnego występu i chlapiąc się wodą, dopóki nie zrobiło im się zimno.
Pandora pływała od brzegu do brzegu, naprzemiennie kraulem, żabką i stylem grzbietowym, żeby rozruszać wszystkie grupy mięśni. Nie oszczędzała się, utrzymywała podwyższony puls. Gdyby sobie odpuściła, jej ciało szybko uległoby wychłodzeniu, a to byłoby śmiertelnie niebezpieczne, skoro znajdowała się tak daleko od ciepła kominka w ich chacie. Dopiero gdy poczuła, że mięśnie się zakwaszają, zwolniła i już spokojnym tempem popłynęła z powrotem do brzegu.
Na wygiętym od wiatru krzaku siedziało stado wróbli i podniosło raban, kiedy Pandora się zbliżyła. Wcześniej były cicho. Coś musiało je przestraszyć. Podeszła do swoich rzeczy, zostawiając mokre ślady na skałach. Jedną ręką wyjęła z plecaka małą butelkę z naparem z mydlnicy i kwiatów rumianku, a w drugiej ukryła nóż myśliwski, ostrze dociskając płasko do nadgarstka. Wciąż naga, wróciła do jeziora i usiadła na okrągłym kamieniu w miejscu, gdzie woda była płytka. Nóż opuściła na dno i postawiła stopę na rękojeści, żeby nie odpłynął.
Siedząc na kamieniu, zaczęła namydlać ramiona, nogi i tułów, a potem spłukała ciało. Wróble nie przestawały ćwierkać zaaferowane, ale Pandora celowo nie patrzyła w tamtą stronę. Gdyby nagle coś się poruszyło, dostrzegłaby to kątem oka i miała dość czasu, żeby złapać nóż. Pochyliła się i polewała włosy zaczerpniętą dłońmi wodą. Została tak chwilę z długimi mokrymi włosami wiszącymi przed twarzą jak zasłona. Popatrzyła w bok między kosmykami i dostrzegła ciemną czuprynę i dwoje oczu wystające zza bloku skalnego. Uśmiechnęła się do siebie. Rozpoznała te włosy i krzaczaste brwi nad ciekawskimi oczami. Jego wróble nie musiały się obawiać.
Umyła włosy i dokładnie spłukała, żeby nie swędziała jej głowa. Gdy skończyła, położyła na kamieniu butelkę z mydłem oraz nóż i znów weszła do wody. Zaczynało jej być zimno, więc zrobiła szybką rundkę, żeby ponownie się rozgrzać. Gdy podpłynęła z powrotem do płaskiego głazu, pozostała w wodzie.
- To jak, Salamander? - zawołała. - Wskakujesz czy będziesz się tam chował cały dzień?
- Yyy, co? - Zza kamienia dobiegł zalękniony głos. Alexander wystawił głowę i popatrzył na nią. Był od niej pół roku starszy i blisko się przyjaźnili, kiedy jeszcze mieszkała w Citta Bianca.
- Pytam, czy idziesz popływać, czy mam wychodzić. Bo robi się zimno.
- Yyy... to znaczy... Nie, zaczekam tu, aż wyjdziesz - odparł wreszcie.
- Jak sobie chcesz. Woda jest boska. - Pandora wyszła na brzeg i wykręciła mokre włosy. - Ani się obejrzymy, a jezioro zamarznie.
Alexander już nie wystawiał głowy, tylko całkiem się schował za kamień.
Pandora wyjęła z plecaka szmatkę, którą zawsze w nim nosiła, wytarła się i szybko ubrała.
- Już jestem ubrana - ogłosiła.
Alexander wstał zza kamienia i do niej podszedł.
A ona zamarła w połowie ruchu. Spodziewała się zobaczyć chłopca o kędzierzawych włosach i nieporadnych ruchach, a tymczasem ujrzała przed sobą młodego mężczyznę. Chłopięca twarz miała teraz mocno zarysowany podbródek i kości policzkowe. Alexandrowi przybyło też co najmniej dwadzieścia centymetrów wzrostu, odkąd go ostatnio widziała. Zawsze była od niego wyższa. Teraz trudno było w to uwierzyć. Nawet włosy mu urosły. Założył je za uszy, żeby nie opadały na oczy.
Ostatni raz widzieli się dwa lata temu. Rodzina Alexandra zaprosiła ją i Tristana do siebie na kolację. Pamiętała, że wieczór nieznośnie jej się dłużył, bo zupełnie nie wiedziała, o czym ma z nim rozmawiać. Jako dzieci mieli mnóstwo wspólnych tajemnic. Eksplorowali zakazane miejsca, robili wyprawy do lasu wokół miasta albo siedzieli w pokoju Alexandra i czytali książki z dawnego świata. Ale wszystko się zmieniło, kiedy zamordowano mamę Pandory. Razem z tatą wyprowadzili się do Burzochronu i tylko z rzadka zachodzili do miasta.
Wtedy, na tamtej kolacji, Alexander wciąż wyglądał jak chłopiec, za to Pandora czuła się niesamowicie dorosła przez to, że w kolejnych latach ojciec przekazywał jej coraz więcej obowiązków. Potem, na szczęście, więcej proszonych kolacji nie było, a teraz on nagle wyrósł przed nią ze strzelbą na ramieniu i wyższy od niej prawie o głowę. Wcale nie przypominał chłopca. Wyglądał jak młody mężczyzna.
- Poszczęściło ci się z pułapkami. - Kiwnął głową w stronę leżących na skale zwierząt. - Sam miałem nadzieję przynieść do domu kilka kaczek.
Popatrzył na jezioro, jakby wypatrywał kaczki, którą będzie mógł ustrzelić od razu. Pandora natomiast była niemal pewna, że głównie szukał pretekstu, aby nie patrzeć na nią.
- Tak zrób. Ja też już muszę wracać. - Zaczęła zbierać swoje rzeczy. Nagle bardzo jej się śpieszyło do domu. Co jej strzeliło do głowy, żeby się tak kręcić przed nim na golasa? Owszem, gdy byli mali, często kąpali się nago w rzece, ale przecież ona też nie jest już dzieckiem. Pomyślał pewnie, że do reszty jej odbiło od tego mieszkania na odludziu.
- Jak to, już idziesz? - spytał zaskoczony i odwrócił się do niej.
- Tak pomyślałam. Żebyś mógł postrzelać w spokoju.
- Hm, no dobrze... A poza tym dobrze wam się wiedzie tam, na górze?
- Tak, myślę, że tak - odpowiedziała krótko.
- I nie czujesz się trochę samotna?
- Samotna? Coś ty. Mam przecież tatę i Angie. Poza tym tu jest zawsze tyle do zrobienia, że nie mam czasu na samotność. Te pułapki same się nie opróżnią.
- Tak, wiem. Ale nie brakuje ci kogoś, kto byłby... No, trochę młodszy?
Pandora założyła plecak.
- Nie mam czasu się nad tym zastanawiać. A Angie nie jest taka znów stara - zaprotestowała.
- Jest co najmniej trzy razy starsza od siebie - wypalił Alexander i rozłożył ręce.
- No tak.
- Mogłabyś przynajmniej wpaść czasem z wizytą. Nie pamiętam, kiedy cię ostatni raz widziałem.
- Z wizytą? - Pandora przypomniała sobie tamtą milczącą kolację.
- Czemu nie? Raczej trudno powiedzieć, że są miliony ludzi, z którymi da się porozmawiać. Zwłaszcza w naszym wieku. A my, młodzi, powinniśmy się trzymać razem. Wiesz, co mówi mój tata?
Potrząsnęła głową, zarzucając sobie na plecy zdobycz.
- On mówi, że do nas należy Ziemia!
Alexander zamilkł, jakby to było jakieś niesamowicie ważne stwierdzenie.
- Do jakich "nas"? Do ciebie i do mnie? - drążyła Pandora.
- Do naszego pokolenia. Do nas, urodzonych po wybuchu Toby. Ludzi, którzy nigdy nie żyli w dawnym świecie.
Pandora wzruszyła obojętnie ramionami i odparowała:
- Z tego, co słyszałam, posiadanie Ziemi takiej, jak ona teraz wygląda, to nie jest jakiś wielki powód do radości.
- Zawsze mogłoby być gorzej. A teraz to my mamy zapewnić ludzkości przetrwanie.
- Wolę się chyba skupić na własnym przetrwaniu, zanim zacznę się martwić o resztę ludzkości. I tobie radzę to samo. Myślałam, że chcesz ustrzelić jakieś ptaki.
- Uważam tylko, że mogłabyś przynajmniej czasem do nas zajrzeć.
- Zaglądam. Tak naprawdę co chwila jestem w mieście.
- Ja cię nie widziałem - zauważył cicho.
- Przynoszę Thomassonowi nasze mięso i skóry, żebyście nie zostali z pustymi rękami, gdy tamci z Wilczogrodu przyjeżdżają na handel.
- Handel to trochę za dużo powiedziane. - W jego głosie nagle zabrzmiał gniew. - Może kiedyś tak to wyglądało, ale teraz oni biorą sobie, co tylko zechcą.
Pandora zatrzymała się w pół kroku i odwróciła do niego.
- Jak to? Myślałam, że mamy z Wilczogrodem dobre relacje.
Nigdy tam nie była, ale wiedziała, że to najbliższe duże miasto. Odległe o cztery albo pięć dni marszu, jeśli ktoś się odważył iść głównym traktem. Miasto leżało u podnóża wysokich gór na granicy nizin ciągnących się na południe. W Citta Bianca mieszkało tylko dwadzieścia osób, za to Wilczogród był prawdziwą metropolią liczącą ponad tysiąc mieszkańców. Tak przynajmniej słyszała, choć nie umiała sobie nawet wyobrazić takiej rzeszy ludzi naraz.
- Jeszcze kilka lat temu było znacznie lepiej. Wtedy przybywały do nas niewielkie grupki mieszkańców i rzeczywiście przywozili towary na wymianę. My im dawaliśmy mięso, kiełbasy i złom. A od nich dostawaliśmy ziemniaki, zboże, olej, ubrania, narzędzia i inne takie. Ale te czasy minęły. Teraz przysyłają do nas na elektrycznych quadach swoich przedstawicieli, którzy przywożą worki na wpół zgniłych ziemniaków i żądają w zamian co najmniej dwudziestu sztuk dziczyzny. I dają nam jasno do zrozumienia, że musimy się na to godzić, jeśli chcemy żyć. Chodzą po miasteczku i wymachują bronią, jakby byli u siebie.
Pandora była wstrząśnięta. Dlaczego nic o tym nie słyszała? Odpowiedź wydawała się oczywista. Tristan i Angie ukrywali to przed nią, żeby jej nie martwić. Jakby nadal była dzieckiem.
- Nazywają siebie Wilczą Gwardią. Na plecach kurtek mają naszytą dużą literę W, żeby było widać, skąd pochodzą. Sam już nie wiem, czy bardziej należy się obawiać ich czy zbójców - ciągnął Alexander, coraz bardziej wzburzony.
- Widziałeś w mieście mojego tatę? - Pandora nagle zaczęła się o niego bać.
- Nie widziałem, ale mama powiedziała, że jest w mieście i stara się uratować Markowi życie. Dała mu cały sprzęt lekarski, jaki mieliśmy na stanie.
- Czyli on dalej tam jest?
- O tak, na pewno. Jeśli Markowi się poprawi, to może jutro będzie mógł wrócić do domu.
- A możesz mu powiedzieć, żeby tam na mnie zaczekał? Jutro rano zejdę do miasta.
- Naprawdę? - Alexander się rozpromienił.
Najwyraźniej aż tak go nie spłoszyła. Wydał jej się teraz dokładnie taki jak w dzieciństwie. W jednej chwili zamyślony i poważny, a zaraz potem wesoły jak szczygieł.
- Wyruszę wczesnym rankiem. Będziesz w domu, jeśli do was zajrzę?
- Jasne, że będę! I przekażę mu wiadomość.
- No to do jutra. I udanego polowania!
Pomachała mu i ruszyła do domu. Nie obejrzała się za siebie, ale czuła, że Alexander odprowadzał ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła w lesie.
Niesamowite, jak bardzo się zmienił. Ciekawe, czy ona też. W porównaniu z tatą, Angie i Thomassonem z miasteczka wciąż wydawała się sobie dziecinna. Wszyscy oni byli od niej zdecydowanie bardziej doświadczeni, a ona wciąż mogła się od nich bardzo wiele nauczyć. Ale gdy teraz o tym myślała, to rzeczywiście w ostatnich latach zaczęli ją traktować bardziej jak równą sobie niż jak dziecko. Przynajmniej czasami. Treningi z Angie nie polegały już na powtarzaniu w nieskończoność podstawowych ruchów i chwytów, a stały się realistycznym odtwarzaniem scenariuszy możliwych wydarzeń, w których Pandora mogła wykorzystać to, czego się nauczyła. To samo tata. Kiedyś zawsze razem polowali albo zakładali pułapki. Tymczasem teraz pułapki właściwie zawsze rozstawiała sama. Wydawało jej się to naturalną koleją rzeczy i potwierdzeniem, że dobrze się spisuje.
Może Alexander miał rację. Może powinni trzymać się razem. Z początku, gdy zamieszkali w Burzochronie, brakowało jej beztroskich zabaw z nim. Ale tamta tęsknota szybko zeszła na dalszy plan, bo spadło na nią mnóstwo nowych obowiązków. A kiedy minęła najgorsza rozpacz po śmierci mamy, Pandora stwierdziła, że właściwie lubi pomagać tacie. On z kolei potrafił sprawić, że czuła się doceniona, i przekonywał, że tylko dzięki jej pomocy byli w stanie całkiem sami przeżyć tak wysoko w górach. Ani przez moment się nie zastanawiała, czy nie brakuje jej towarzystwa rówieśników. Tak naprawdę najlepiej się czuła, kiedy była w górach całkiem sama. Uwielbiała dziką przyrodę i otwarte przestrzenie.
Obiecała Alexandrowi, że go jutro odwiedzi, i zamierzała dotrzymać obietnicy. Nagle poczuła przez to tremę, jak przed spróbowaniem czegoś nowego po raz pierwszy.