Christian Engkilde - Wulkaniczna zima

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

20 lat po erup­cji

Krew bar­wiła śnieg na czer­wono.

- Bo­lało ją? - spy­tała Pan­dora. Gła­skała szorstką sierść sarny, jakby chciała ją uspo­koić, cho­ciaż zwie­rzę było mar­twe. Bar­dziej chyba pró­bo­wała uspo­koić samą sie­bie.

- Nie. Kula tra­fiła w serce. Wtedy zwie­rzę umiera od razu - za­pew­nił ją Tri­stan i uśmiech­nął się do córki.

Po­dał jej sznur, a ona roz­wi­nęła go ostroż­nie, żeby się nie splą­tał. Uwiel­biała swo­jego tatę i to­wa­rzy­szyła mu we wszyst­kim, ale na po­lo­wa­niu była po raz pierw­szy.

- I tak mi jej żal.

Tri­stan wy­jął nóż my­śliw­ski i sta­ran­nie roz­ciął brzuch zwie­rzę­cia, żeby wy­jąć wnętrz­no­ści.

- Przy­roda nas karmi i cho­ciaż sarna jest śliczna z tymi wiel­kimi, ciem­nymi oczami, to ona też jest czę­ścią przy­rody. Za­bi­li­śmy ją tylko dla­tego, że po­trze­bu­jemy jej mięsa i skóry. Bez mięsa, które daje siłę, i skór, które chro­nią przed zim­nem, sami umrzemy.

Pan­dora po­ki­wała głową i ziew­nęła. Wstali przed świ­tem, a po­tem długo wę­dro­wali po gó­rach, za­nim zna­leźli od­po­wied­nie miej­sce, żeby się za­czaić. Za­szli tak wy­soko, że choć była wio­sna, mu­sieli brnąć przez za­spy.

- Świet­nie się dziś spi­sa­łaś - po­chwa­lił ją Tri­stan, my­jąc w śniegu brudne od krwi palce. - Kiedy się za­sa­dza­li­śmy, na­wet nie pi­snę­łaś, cho­ciaż ra­nek był mroźny. A gdy mia­łem strze­lać, za­cho­wy­wa­łaś się ci­szej od my­szy. Po­lo­wa­nie wy­maga cier­pli­wo­ści i ty się nią wy­ka­za­łaś. Zresztą co ja mó­wię, masz sześć lat, je­steś już dużą dziew­czynką.

- Sie­dem! - za­pro­te­sto­wała Pan­dora. - Tato, dziś są moje uro­dziny!

- Dziś? Na­prawdę? Rany, cał­kiem za­po­mnia­łem. - Tri­stan te­atral­nie klep­nął się w czoło. I za­raz się uśmiech­nął. - I co? Do­sta­łaś ja­kieś pre­zenty?

- Nie-e. Tato, prze­cież wiesz. - Uwiel­biała, kiedy się z nią dro­czył. - Do­stanę, do­piero kiedy spo­tkamy się z mamą. Sama tak wczo­raj po­wie­działa.

- Ach tak. Czyli nie chcesz do­stać pre­zentu już te­raz?

- A mama? - Pan­do­rze nie po­do­bało się, że mia­łaby zro­bić ina­czej, niż uma­wiała się z mamą.

- Po­wiedzmy, że to taki mały nie­za­po­wie­dziany do­dat­kowy pre­zent za to, że tak dziel­nie mi dziś po­ma­ga­łaś - wy­ja­śnił Tri­stan i wy­jął po­da­ru­nek z torby my­śliw­skiej. Był to po­dłużny przed­miot za­pa­ko­wany w starą, po­żół­kłą ga­zetę prze­wią­zaną cien­kim rze­my­kiem.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego, Pando.

Pan­dora zro­biła wiel­kie oczy, przy­jęła pre­zent i ostroż­nie od­pa­ko­wała. Nóż my­śliw­ski, tak samo duży jak nóż taty. Tylko cał­kiem nowy. Na lśnią­cym ostrzu nie dało się za­uwa­żyć żad­nej rysy, a drew­niany trzo­nek był ide­al­nie gładki. Do tego wy­ko­nana ze skóry li­co­wej po­chwa, którą można było przy­piąć do pa­ska.

Od razu było wi­dać, że ten nóż wy­ko­nano w daw­nym świe­cie, przed ka­ta­kli­zmem.

Wcze­śniej Pan­dora tylko raz do­stała coś no­wego, co po­cho­dziło z daw­nego świata. Była to lalka w wy­bla­kłym ró­żo­wym pu­dełku z okien­kiem z prze­zro­czy­stego pla­stiku z przodu. Otrzy­mała ją cztery lata temu i wów­czas jesz­cze nie ro­zu­miała, ja­kie to wy­jąt­kowe do­stać coś no­wego. Cho­ciaż bar­dzo o nią dbała, lalka szybko stra­ciła włosy. Po tym, jak Toba roz­siała po świe­cie śmierć i znisz­cze­nie, za­cho­wały się nie­liczne rze­czy.

- Dzię­kuję. - Przy­mo­co­wała so­bie nóż do pa­ska i po­pa­trzyła na niego z dumą. Mocno przy­tu­liła tatę. Po­czuła jego siwy za­rost na po­liczku, a w no­sie przy­jemną woń dymu z ogni­ska i potu, któ­rymi za­wsze pach­niały jego ubra­nia i włosy. To już były naj­lep­sze uro­dziny w jej ży­ciu.

Kiedy szy­ko­wali się do drogi, za­bie­ra­jąc zdo­bycz, słońce wresz­cie wy­ło­niło się znad gór po prze­ciw­le­głej stro­nie do­liny. Pan­dora naj­chęt­niej tro­chę by się tu po­krę­ciła, po­szu­kała ja­kiejś ga­łęzi, którą mo­głaby po­na­ci­nać no­wym no­żem, ale wie­działa, że nie ma na to czasu. Za­miast tego po­ma­gała ojcu na tyle, na ile umiała.

Mar­twe zwie­rzę owi­nęli w starą kro­wią skórę, którą Tri­stan zwią­zał sznu­rem, żeby móc ją za sobą cią­gnąć po śniegu. Drugą, krót­szą linę przy­wią­zał do tłu­moka spe­cjal­nie dla Pan­dory, żeby po­mo­gła trans­por­to­wać sarnę.

- Wra­camy do domu? - spy­tała, kiedy wy­ru­szyli.

- Nie. Z mamą spo­tkamy się przy szklar­niach. Po­do­bno wy­ro­sło sporo pysz­nych wa­rzyw, z któ­rych bę­dziemy mo­gli ci przy­go­to­wać wy­jąt­kową ko­la­cję uro­dzi­nową.

- Zjemy po­trawkę z kró­lika?

- Tak, to twoje ulu­bione da­nie, prawda?

- Prawda! I pier­nik!

- Wła­śnie, pier­nik - przy­tak­nął tata i aż się ob­li­zał.

Wlo­kąc za sobą sarnę, nie szli już tak szybko jak wcze­śniej. Ścieżkę scho­dzącą z góry Pan­dora znała świet­nie. Szklar­nie znaj­do­wały się na zbo­czu, ka­wa­łek wy­żej niż nie­wiel­kie mia­sto, Citta Bianca, w któ­rym miesz­kali.

Przez dłuż­szy czas szli czymś, co kie­dyś było drogą, a te­raz przy­po­mi­nało ko­le­inę bie­gnącą przez las. W wielu miej­scach była za­ro­śnięta krza­kami i drze­wami, a cza­sem zu­peł­nie przy­sła­niały ją po­wa­lone drzewa. Mu­sieli wów­czas ob­cho­dzić prze­szkody i nad­kła­dać drogi, za­nim mo­gli wró­cić na szklak.

Po go­dzi­nie do­tarli do szer­szego traktu. Tri­stan po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Pan­dory. Dziew­czynka uklę­kła i za­cze­kała obok sarny, a jej oj­ciec wy­szedł na śro­dek za­śnie­żo­nego szlaku.

- To ślady sku­tera śnież­nego - oznaj­mił.

- Świeże?

- Z wczo­raj. W kie­runku do­liny. I nie ma śla­dów po­wrot­nych.

- To może po pro­stu przej­dziemy przez drogę i bę­dziemy scho­dzić da­lej zbo­czem? - za­pro­po­no­wała Pan­dora.

- Do­bry po­mysł. - Oj­ciec po­kle­pał ją po ple­cach. Zmu­sił się do uśmie­chu, ale po zmarszcz­kach na jego czole dziew­czynka zo­rien­to­wała się, że nie jest tak spo­kojny, ja­kiego pró­buje uda­wać.

Chciała za­py­tać, kto mógł tędy je­chać sku­te­rem, ale tego nie zro­biła. Wcze­śniej tylko dwa razy wi­działa sku­ter śnieżny, a w ich mie­ście nikt ta­kiego nie miał.

Szli da­lej przez ja­kąś go­dzinę. Tri­stan przy­śpie­szył i jego córka co ja­kiś czas mu­siała pod­biec, żeby za nim na­dą­żyć. Za­czy­nały ją bo­leć nogi, ale się nie skar­żyła.

Do­cho­dziło po­łu­dnie, kiedy zgrzani i zmę­czeni do­tarli do szklarni. Tu czuła się jak w domu. Do szklarni za­glą­dali co naj­mniej raz w ty­go­dniu. Mama po­wie­działa, że kie­dyś było tu cen­trum ogrod­ni­cze, gdzie upra­wiano ro­śliny o prze­pięk­nych kwia­tach. Pan­dora nie bar­dzo wie­działa, na co komu ro­śliny, któ­rych nie można jeść. Nie ro­zu­miała wielu spraw daw­nego świata. Te­raz więk­szość szyb w szklar­niach była strza­skana, ale jej ro­dzice wraz z czę­ścią po­zo­sta­łych miesz­kań­ców mia­sta z tych szyb, które oca­lały, wspól­nymi si­łami zbu­do­wali jedną szklar­nię. Dzięki temu, choć w tej oko­licy przez pół roku le­żał śnieg, mo­gli upra­wiać po­mi­dory, ogórki, ka­pu­stę, pa­prykę, wi­no­grona i ziem­niaki.

- W su­mie nie mu­simy jej cią­gnąć całą drogę, skoro i tak bę­dziemy tędy wra­cać - za­uwa­żył Tri­stan i wska­zał je­den z roz­wa­la­ją­cych się do­mów, które mi­jali po dro­dze. Dom miał jesz­cze dach i drzwi, za to wszyst­kie okna były po­wy­bi­jane, a ściany od ze­wnątrz po­ra­stały pną­cza. Tak wy­glą­dała więk­szość bu­dyn­ków, które Pan­dora wi­dy­wała w ich stro­nach: jak bez­u­ży­teczne ru­iny, dawno po­ko­nane przez ży­wioły. Tri­stan po­woli otwo­rzył drzwi i wcią­gnął zwie­rzę do miej­sca, które daw­niej było kuch­nią. Zo­sta­wił je tam na pod­ło­dze.

- Po­szu­kajmy mamy - za­pro­po­no­wał. - Po­winna być w szklarni.

Pan­dora rzu­ciła się bie­giem w tam­tym kie­runku, po­chwa z no­wym no­żem obi­jała jej się o udo. Po­bie­gła przez ru­iny mia­steczka i skie­ro­wała się w górę wą­ską, krętą ścieżką do szklarni po­ło­żo­nych ka­wa­łek wy­żej. Cał­kiem za­po­mniała, że bo­lały ją nogi. Chciała jak naj­prę­dzej po­ka­zać ma­mie nie­za­po­wie­dziany pre­zent-na­grodę.

Do­tarła do du­żej szopy i sta­nęła jak wryta. Przy szklarni stało dwóch męż­czyzn. Byli ubrani na czarno i mieli ciemne oku­lary. Z całą pew­no­ścią ni­gdy wcze­śniej ich nie wi­działa. W ich mie­ście nikt się tak nie ubie­rał. Gdy po­de­szła bli­żej, do­strze­gła trze­ciego męż­czy­znę, klę­czą­cego mię­dzy tam­tymi dwoma. Miał na so­bie czarną skó­rzaną kurtkę. Pan­dora za­pa­mię­tała, że kurtka miała lśniące me­ta­lowe gu­ziki wzdłuż szwów. To były ubra­nia z daw­nego świata. Na ple­cach było jesz­cze wię­cej ta­kich gu­zi­ków. Męż­czy­zna się po­ru­szył i wtedy się oka­zało, że gu­ziki ukła­dają się w kształt tru­piej czaszki. A spodnie miał zdjęte do po­łowy? Pan­dora już miała po­biec z po­wro­tem do taty, gdy usły­szała prze­ra­żony krzyk mamy. Po­de­szła bli­żej.

Mama le­żała na ziemi pod męż­czy­zną z czaszką. Tamci ją przy­trzy­my­wali i roz­szar­pali jej ubra­nie.

Na­raz Pan­dora usły­szała ryk wście­kło­ści. Prze­stra­szona, od­wró­ciła się i uj­rzała tatę. Ni­gdy nie sły­szała w jego gło­sie ta­kiego gniewu.

Męż­czyźni na­tych­miast od­wró­cili się w ich stronę.

- Anna! - krzyk­nął Tri­stan w pa­nice i rzu­cił się w stronę męż­czyzn, ale na­gle za­marł. Cof­nął się kilka kro­ków w stronę Pan­dory, klęk­nął przed nią i przy­cią­gnął ją do sie­bie. Po­wie­dział coś, czego nie zro­zu­miała.

Po­nad ra­mie­niem taty dziew­czynka wi­działa, jak tam­ten z czaszką krzyk­nął coś do po­zo­sta­łych i ma­chał rę­kami w stronę Pan­dory i jej taty. Ale głów­nie pa­trzyła na mamę. Na jej twa­rzy ma­lo­wał się strach. Na­wet z ta­kiej od­le­gło­ści było wi­dać, że po­liczki mamy są mo­kre od łez.

Kiedy męż­czy­zna z czaszką pa­trzył w ich stronę, mama Pan­dory wy­jęła z cho­lewki buta nie­wielki nóż. W tej sa­mej chwili męż­czy­zna po­now­nie od­wró­cił głowę w jej stronę. Ona za­mach­nęła się no­żem i na twa­rzy męż­czy­zny, od oka aż do ust, po­ja­wiła się czer­wona li­nia.

- Pan­doro, słu­chasz mnie? - tata lekko nią po­trzą­sał.

Wszystko działo się tak szybko. Chciała spro­wa­dzić po­moc, ostrzec tatę, żeby tam nie szedł, ale nie zdo­łała po­wie­dzieć ani słowa.

- Scho­waj się w tam­tym domu. Ucie­kaj, Pan­doro, ucie­kaj!

Pan­dora bie­gła naj­szyb­ciej, jak umiała. Gdy do­tarła do szopy, obej­rzała się za sie­bie.

Męż­czy­zna z czaszką i czer­woną kre­ską na twa­rzy z nie­by­wałą pręd­ko­ścią ma­chał no­żem w górę i w dół. Za każ­dym ra­zem, gdy uno­sił ostrze, ka­pały z niego czer­wone kro­ple. Ciało mamy już było nie­ru­chome. Jak ciało sarny tra­fio­nej pro­sto w serce.

Pan­dora po­czuła pustkę, jakby to jej roz­cięto brzuch i wy­jęto z niego wnętrz­no­ści. Nic już nie bę­dzie jak daw­niej. Mama nie żyje. Na­gle przy­po­mniała so­bie, co po­wie­dział tata.

Po­bie­gła da­lej.

10 lat póź­niej (30 lat po erup­cji)

- Kur­czę - mruk­nęła Pan­dora. Pu­łapka była za­trza­śnięta, ale pu­sta. To mo­gło ozna­czać, że albo za­trza­snęła się sa­mo­czyn­nie, albo coś ukra­dło przy­nętę. Coś lub ktoś. Po­zo­stało li­czyć, że na­stępna pu­łapka oka­zała się sku­teczna, bo wkrótce za­cznie się zima i bę­dzie na­prawdę trudno zdo­być mięso.

Pan­dora ze­rwała się na równe nogi i po­bie­gła da­lej przez las. Za­sta­wiona pu­łapka na zwie­rzynę ozna­czała, że ktoś wróci w to miej­sce, żeby ją spraw­dzić. Już jej się zda­rzyło, że zo­stała na­pad­nięta od tyłu, gdy za­bie­rała zdo­bycz, i nie skoń­czyło się to naj­le­piej.

Bie­gnąc, tak na­prawdę wy­ko­ny­wała se­rię krót­kich sko­ków z szyb­kimi zmia­nami kie­runku i zwin­nymi wy­my­kami, jakby była ucie­ka­ją­cym je­le­niem. Pa­trzyła cały czas przed sie­bie, żeby wi­dzieć, gdzie sta­wia stopy i w ten spo­sób unik­nąć skrę­ce­nia kostki albo po­tknię­cia się o ko­nar, ale pró­bo­wała jed­no­cze­śnie pa­trzeć nieco da­lej w przód. Cho­ciaż lasy po­ra­sta­jące zbo­cza gór wy­da­wały się nie­prze­byte, ona wie­działa, że nie jest tu sama. W ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat bo­le­śnie się prze­ko­nała, że musi stale mieć się na bacz­no­ści.

Utrzy­my­wała szyb­kie tempo, ale pil­no­wała, żeby nie do­stać za­dy­szki. Gdy zna­la­zła się już bli­sko na­stęp­nej pu­łapki, zwol­niła i po­de­szła do niej nie­mal na pal­cach. Dłoń in­stynk­tow­nie po­wę­dro­wała do noża my­śliw­skiego przy pa­sku. Z dru­giej strony Pan­dora miała mały to­po­rek do nieco więk­szych za­dań. Przy­tro­czyła też do pa­ska sa­kiewkę z naj­po­trzeb­niej­szymi rze­czami: osełką, róż­nymi sznur­kami, krze­si­wem i ma­łym ze­sta­wem pierw­szej po­mocy.

W le­sie pa­no­wała ci­sza. Nie­ko­niecz­nie było to do­brym zna­kiem.

Pan­dora naj­czę­ściej po­lo­wała, za­sta­wia­jąc pu­łapki. Ta była cał­kiem pro­sta, skła­dała się z du­żego pła­skiego ka­mie­nia wspar­tego na kilku pa­ty­kach. Gdy zwie­rzę do­tknęło przy­nęty na jed­nym z pa­ty­ków, ka­mień się prze­wra­cał i je przy­gnia­tał.

Pu­łapka była za­mknięta.

Ro­zej­rzała się po raz ostatni, za­nim do niej pod­bie­gła. Pod ka­mie­niem le­żał za­jąc. Miał mięk­kie fu­tro, by­łoby do­brze, gdyby ka­mień nie uszko­dził skóry. Mocno przy­trzy­mu­jąc zwie­rzę jedną ręką, drugą nie­znacz­nie unio­sła ka­mień i wy­jęła spod niego za­jąca. Jesz­cze żył, więc szyb­kim ru­chem skrę­ciła mu kark, żeby dłu­żej nie cier­piał.

Daw­niej, gdy była mała, na samą myśl o śmierci ma­łego bia­łego za­jączka mia­łaby łzy w oczach. Wy­da­wało jej się, że to było wieki temu. W ja­kimś in­nym ży­ciu, ta­kim, w któ­rym tylko włó­czyła się za swoim tatą i nie miała żad­nych zmar­twień. Dziś śmierć sta­no­wiła dla niej na­tu­ralną część ży­cia. Za­jąc umarł, żeby ona mo­gła prze­trwać.

Za­brała zwie­rzę i bie­giem od­da­liła się od pu­łapki. Z sa­kiewki wy­jęła ple­ciony sznur i owi­nęła nim zdo­bycz. Za­rzu­ciła ją so­bie na plecy, żeby zy­skać swo­bodę ru­chów. Młoda ko­bieta ze świe­żym po­ży­wie­niem wciąż była ła­twym ce­lem.

Pora wra­cać do domu.

Citta Bianca, mia­steczko w do­li­nie, le­żało cał­kiem bli­sko, ale Pan­dora już dawno tam nie miesz­kała. Za­miast w dół skie­ro­wała się ku gó­rze, gdzie na zbo­czu stało nie­wiel­kie sku­pi­sko opusz­czo­nych do­mów.

Po­cząt­kowo droga pro­wa­dziła przez gę­sty las. Na­le­żało iść ścież­kami wy­dep­ta­nymi przez zwie­rzęta i zrę­bami wy­ko­na­nymi w daw­nych cza­sach na po­trzeby sieci elek­trycz­nej. Po­tem Pan­dora wy­szła z lasu na te­ren usiany ska­łami, gdzie zdo­łały wy­ro­snąć tylko nie­liczne drzewa. Za­trzy­mała się na chwilę przy stru­mie­niu i uga­siła pra­gnie­nie. Spry­skała twarz zimną wodą i za­sta­no­wiła się, jaką trasą po­ko­nać ostatni frag­ment. Znała tę górę jak wła­sną kie­szeń. Każdy wy­stęp skalny, każdą szcze­linę i każdy za­gaj­nik. Zde­cy­do­wała się na bez­pieczną drogę przez las.

Po ko­lej­nych pięt­na­stu mi­nu­tach biegu zna­la­zła się na miej­scu.

Kie­dyś była to uro­kliwa osada z za­pie­ra­ją­cym dech w pier­siach wi­do­kiem na góry. Obec­nie domy były w mniej­szym lub więk­szym stop­niu znisz­czone przez śnie­życe i bu­rze, które prze­cho­dziły tędy rok w rok.

Na krę­tej dro­dze bie­gną­cej przez śro­dek za­bu­do­wań Pan­dora czuła się zbyt wi­do­czna i bar­dziej na­ra­żona na atak. Lu­biła mieć prze­wagę po­zo­sta­wa­nia nie­zau­wa­żoną i dla­tego za­wsze wy­bie­rała inną trasę. Domy o mniej­szej eks­po­zy­cji, po­ło­żone bar­dziej w głębi, były w lep­szym sta­nie, a ona znała ścieżkę, która mię­dzy nimi pro­wa­dziła.

Z za­ją­cem na ple­cach wbie­gła po kilku stop­niach i bez­sze­lest­nie znik­nęła w pierw­szym z do­mów. W środku ko­lejne schody pro­wa­dziły na pię­tro. Wy­mi­nęła je, prze­bie­gła przez sa­lon i wy­szła oknem. Na­tych­miast uklę­kła i na­słu­chi­wała w bez­ru­chu. Nic. Prze­szła przez mur, który był pra­wie tak wy­soki jak ona. Miała silne ra­miona, bez trudu się pod­cią­gnęła i prze­rzu­ciła nogi na drugą stronę. Żeby wejść do na­stęp­nego domu, mu­siała wsko­czyć na me­ta­lową beczkę i wejść przez wy­soko po­ło­żone okno. Zna­la­zła się w kuchni. Krze­sła le­żały na pod­ło­dze, a jedna noga stołu była pęk­nięta. W tych szaf­kach, które jesz­cze się nie roz­pa­dły, na­dal stały ta­le­rze i fi­li­żanki. Na ścia­nie wi­siały wy­bla­kłe zdję­cia lu­dzi, o któ­rych Pan­dora nic nie wie­działa i któ­rzy naj­praw­do­po­dob­niej od dawna nie żyli. Po­bie­gła da­lej, do drzwi i do na­stęp­nego domu.

We­szła do środka i znie­ru­cho­miała. Co to było? Coś skrzyp­nęło? Może to tylko wiatr?

Po­woli prze­szła ko­ry­ta­rzy­kiem do du­żego po­miesz­cze­nia, które zaj­mo­wało nie­mal cały par­ter domu. Za oknem wi­działa las.

Le­d­wie ru­szyła z miej­sca, kiedy ką­tem oka do­strze­gła ja­kąś po­stać. Ktoś rzu­cił się na nią ze scho­dów i po­wa­lił ją na pod­łogę.

Prze­wró­ciła się na plecy i mocno ude­rzyła na­past­nika łok­ciem. Usły­szała ci­chy jęk i jed­no­cze­śnie po­czuła, jak roz­luź­nia się ręka, która trzy­mała ją za ubra­nie. Pan­dora po­tur­lała się ka­wa­łek i sko­czyła na nogi, usta­wia­jąc się w pół­przy­sia­dzie, przo­dem do na­past­nika. Ręce trzy­mała w po­zy­cji obron­nej, go­towa ode­przeć nie­uchronny atak.

Przed nią stała szczu­pła ko­bieta w wy­tar­tych skó­rza­nych spodniach i spra­nej blu­zie. Szybko schy­liła się po długi kij, który naj­wy­raź­niej upu­ściła pod­czas ataku. Sta­nęła z jedną nogą wy­su­niętą do przodu, ni­sko na ko­la­nach i z ki­jem wy­cią­gnię­tym w stronę Pan­dory.

- An­gie, to mój za­jąc, nie od­dam ci go - po­wie­działa Pan­dora sta­now­czo i po­woli się wy­pro­sto­wała, nie od­ry­wa­jąc oczu od kija.

- Wiem, dzi­ku­sko. Sama go so­bie we­zmę.

Pan­dora miała pełną świa­do­mość, że za­równo siwe włosy, jak i nie­po­zorna po­stura ko­biety były zwod­ni­cze. An­gie była szybka i twarda.

- Tylko spró...

Tyle zdą­żyła po­wie­dzieć, za­nim na­stą­pił nie­ludzko szybki atak. Ko­bieta za­mach­nęła się ki­jem i Pan­dora zdo­łała tylko czę­ściowo spa­ro­wać ude­rze­nie, za­nim obe­rwała w prawe udo. Kiedy stra­ciła rów­no­wagę, padł ko­lejny cios. Tym ra­zem Pan­dora do­stała w ra­mię i się za­chwiała. Cof­nęła się, ale An­gie kon­tro­lo­wała sy­tu­ację i zro­biła krok w przód. Za trze­cim ra­zem znów ude­rzyła od le­wej, tym ra­zem w ko­lano Pan­dory, żeby ją prze­wró­cić. Dziew­czyna od­sko­czyła w ostat­niej chwili. Mocno ude­rzyła w ścianę, ale unik­nęła ciosu.

Nie miała żad­nej drogi ucieczki.

- Od­daj mi tego za­jąca albo cię stłukę na kwa­śne jabłko. Znowu. - An­gie groź­nie wy­ma­chi­wała ki­jem przed twa­rzą Pan­dory.

Dziew­czyna wes­tchnęła i po­woli opu­ściła gardę. Zła­pała za sznu­rek, na któ­rym wi­siała zwie­rzyna, i zdjęła go przez głowę. Nie za­mie­rzała od­da­wać zdo­by­czy. Je­śli An­gie chce za­jąca, to niech go so­bie ła­pie. Rzu­cone przez Pan­dorę zwie­rzę prze­le­ciało ła­god­nym łu­kiem po­nad głową ko­biety, a gdy ta mi­mo­wol­nie po­wio­dła za nim wzro­kiem, Pan­dora od­su­nęła kij i z ca­łej siły kop­nęła An­gie w bark, od­py­cha­jąc ją na bok. Bły­ska­wicz­nie od­wró­ciła tu­łów i wy­ko­nała ko­lejny kop­niak z pół­ob­rotu, tym ra­zem w bio­dro. An­gie upa­dła i upu­ściła kij. Pan­dora kop­nęła go da­lej i przy­gwoź­dziła ko­bietę do pod­łogi, jedną ręką mocno przy­trzy­mu­jąc jej nad­garstki, a ko­la­nem do­ci­ska­jąc klatkę pier­siową. Wolną ręką wy­jęła nóż my­śliw­ski i po­pa­trzyła na­past­niczce pro­sto w oczy. Bez trudu mo­gła te­raz prze­ciąć jej tęt­nicę szyjną. An­gie szybko by ze­mdlała i w kilka mi­nut umar­łaby w ka­łuży wła­snej krwi.

- To mój za­jąc - po­wie­działa i scho­wała nóż z po­wro­tem do po­chwy. Ze­rwała się, zła­pała za­jąca i wy­sko­czyła przez naj­bliż­sze okno. Nie oglą­da­jąc się za sie­bie, po­gnała w las i po kil­ku­set me­trach do­tarła do sta­rej sto­doły. Za­trzy­mała się na jej ty­łach i usia­dła na po­wa­lo­nym drze­wie. Wy­pu­ściła wstrzy­my­wane w płu­cach po­wie­trze i spraw­dziła, czy nie ma na ciele ran albo za­dra­pań. Nie chciała na­ba­wić się za­ka­że­nia z po­wodu głu­piego za­jąca.

- Nie­źle mi do­wa­li­łaś - oznaj­miła An­gie i rzu­ciła kij na zie­mię. Usia­dła obok Pan­dory i ma­so­wała bio­dro. To wy­zna­nie mu­siało ją sporo kosz­to­wać, bo An­gie była naj­więk­szą twar­dzielką, jaką Pan­dora znała. Taką, która ni­gdy się nie skar­żyła, na­wet po naj­cięż­szym tre­ningu. Choć już dawno skoń­czyła pięć­dzie­siąt lat, a jej włosy w ostat­nich la­tach zmie­niły ko­lor z brą­zo­wego na siwy, na­dal była silna i szybka.

Pan­dora kiw­nęła głową i z lek­kim uśmie­chem wrę­czyła jej za­jąca.

- Ale naj­pierw ty do­wa­li­łaś mnie. Nie są­dzi­łam, że bę­dziesz miała kij. My­śla­łam, że to zwy­kła walka bez broni.

- Panda, ile razy mam ci to po­wta­rzać? Nie ma cze­goś ta­kiego jak zwy­kła walka. Gdy ktoś cię ata­kuje, to ni­gdy nie jest fair i ni­gdy nie wiesz, jaką bro­nią dys­po­nuje albo ja­kie nie­czy­ste za­gra­nia wy­my­śli.

Tak, Pan­dora zda­wała so­bie z tego sprawę. An­gie po­wta­rzała to w za­sa­dzie przy każ­dym tre­ningu. Bądź go­towa na nie­spo­dzianki. Atak może być naj­lep­szą obroną. Obez­wład­nij wroga i ucie­kaj. Ucie­kaj, je­śli tylko mo­żesz unik­nąć walki. Oceń swoje szanse i miej za­wsze go­towy plan B. Walcz tym, czym dys­po­nu­jesz. Bro­nią może być wszystko. Twoje ciało jest bro­nią. Tre­nuj, żeby było mocne. Tre­nuj, żeby było zwinne. Tre­nuj, żeby było szyb­kie. Pan­dora oczy­wi­ście wszystko to sły­szała, ale nie­ła­two było o tym pa­mię­tać, kiedy na do­bre się roz­krę­ciły.

- Na­bra­łam cię z tym za­ją­cem - za­uwa­żyła Pan­dora i roz­cią­gnęła zmę­czone mię­śnie ud.

- Tak, to była do­bra zmyłka - przy­znała An­gie. - I pod ko­niec by­łaś szybka z tym no­żem. Ba­łam się, że za­po­mnisz, że to tylko ja.

- No coś ty! - za­pro­te­sto­wała Pan­dora. - Nie wiem na­wet, czy umia­ła­bym go użyć, gdy­byś była praw­dzi­wym wro­giem.

To była prawda. Pan­dora za­biła nim i roz­człon­ko­wała setki zwie­rząt, ale gdyby cho­dziło o czło­wieka? Z An­gie tre­no­wała od dzie­się­ciu lat, ale przez cały ten czas ni­gdy nie zna­la­zła się w sy­tu­acji, w któ­rej na­prawdę mu­sia­łaby się bro­nić.

Może po pro­stu miała szczę­ście - a może dla­tego, że miesz­kała w naj­bar­dziej od­izo­lo­wa­nym za­kątku świata, ni­gdy nie wpa­dła w praw­dziwe kło­poty. Co nie zmie­niało faktu, że zbójcy, podli ban­dyci, któ­rzy dzie­sięć lat temu zgwał­cili i za­mor­do­wali jej mamę w dniu siód­mych uro­dzin Pan­dory, wciąż gdzieś tam byli. Bali się ich wszy­scy. Na ich te­mat krą­żyło mnó­stwo plo­tek, choć ona sama nie wie­działa, ile z nich było prawdą. Wie­działa je­dy­nie, że okra­dali uczci­wych lu­dzi z je­dze­nia i in­nych rze­czy.

Tylko co by się stało, gdyby się na nich na­tknęła? Czy po­tra­fi­łaby po­ko­nać trzech zbój­ców no­żem czy ja­ką­kol­wiek inną bro­nią, którą mia­łaby w za­sięgu ręki? Wąt­pliwe. Prze­cież na­wet na tre­nin­gach nie­raz ob­ry­wała.

- Do­bra. Chodźmy do mnie i zjedzmy coś, za­nim wró­cisz do domu - po­sta­no­wiła An­gie i wstała.

Chatka An­gie stała w głębi gę­stego lasu po­ra­sta­ją­cego zbo­cza góry, nie­da­leko szklarni i pół­to­rej go­dziny mar­szu od Citta Bianca, a ona miesz­kała w niej sama, od­kąd Pan­dora się­gała pa­mię­cią.

An­gie roz­pa­liła w ma­łym pie­cyku i kuch­nię szybko wy­peł­nił aro­mat ze sto­ją­cego na nim garnka. Na łóżku Pan­dora zo­sta­wiła cie­płe ubra­nia, które zdjęła przed tre­nin­giem, ale za­mie­rzała je za­ło­żyć do­piero przed wyj­ściem.

Przy­ja­ciółka i men­torka pod­su­nęła Pan­do­rze dużą por­cję po­trawki. So­bie przy­go­to­wała nieco mniej­szą. Po­dzie­liły się piętką chleba i piły wodę ze sta­rych bu­te­lek po wi­nie. Je­dząc, da­lej oma­wiały tre­ning. Pan­dora jak za­wsze mu­siała zdać re­la­cję z ćwi­czeń, ja­kie wy­ko­ny­wała w mi­nio­nym ty­go­dniu, a An­gie tłu­ma­czyła, na któ­rych czę­ściach ciała musi się sku­pić w naj­bliż­szych dniach. Tre­no­wały ra­zem przez trzy go­dziny raz w ty­go­dniu. Dziś tro­chę po­bie­gały i zro­biły se­rię ćwi­czeń si­ło­wych, za­nim An­gie wy­słała Pan­dorę na bieg prze­ła­jowy, pod­czas któ­rego dziew­czyna miała opróż­nić obie pu­łapki. Przy oka­zji tych bie­gów An­gie za­wsze wy­my­ślała dla Pan­dory ja­kieś nie­spo­dzianki.

- Szy­ku­je­cie się już do zimy? - spy­tała, gdy po je­dze­niu piły her­batę.

- Wo­le­li­by­śmy, żeby zima za­cze­kała jesz­cze chwilę. Tata dziś robi sa­lami, a chcie­li­by­śmy też zgro­ma­dzić ja­kieś za­pasy mięsa, za­nim spad­nie śnieg.

- Och, jego sa­lami to coś wspa­nia­łego.

- Na­stęp­nym ra­zem przy­niosę ci pięć tych du­żych - obie­cała Pan­dora z uśmie­chem.

Choć An­gie czę­sto sta­wiała jej na­prawdę wy­so­kie wy­ma­ga­nia, Pan­dora ją lu­biła za to, że na­zy­wała rze­czy po imie­niu. I cza­sem była dla niej jak matka, cho­ciaż już dawno wy­raź­nie za­strze­gła, że nie jest za­in­te­re­so­wana tą rolą.

Pan­dora wie­działa, że An­gie od po­czątku była pra­wie cał­kiem sama. Tri­stan po­wie­dział, że po­cho­dziła z miej­sca o na­zwie Au­stra­lia i w chwili wy­bu­chu Toby miała dwa­dzie­ścia kilka lat. Po­dró­żo­wała aku­rat z ple­ca­kiem po Eu­ro­pie ra­zem z przy­ja­ciółką i tylko dla­tego prze­żyły ka­ta­strofę. Przy­ja­ciółkę rok póź­niej za­mor­do­wano w obo­zie dla uchodź­ców. Po­do­bno po­kłó­ciła się z ja­kimś męż­czy­zną o puszkę po­mi­do­rów. Po tym An­gie wy­ru­szyła na pół­noc i za­trzy­mała się, do­piero gdy wy­so­kie góry i po­tężne ilo­ści śniegu nie po­zwo­liły jej iść da­lej.

Przed śmier­cią mamy Pan­dora znała An­gie tylko jako tę ta­jem­ni­czą ko­bietę, która mieszka wy­soko na zbo­czu góry. Wtedy się dzi­wiła, że An­gie nie chce miesz­kać w mie­ście ra­zem z in­nymi. Mama Pan­dory i An­gie były ró­wie­śnicz­kami i Pan­dora czę­sto wi­dy­wała, jak ze sobą roz­ma­wiały, pie­lę­gnu­jąc ro­śliny w szklarni.

Po tym, jak za­mor­do­wano mamę, wszystko się zmie­niło.

- Pando, zna­la­złem dla nas chatę wy­soko na gó­rze - oświad­czył tata kilka ty­go­dni póź­niej.

Pan­dora nie miała ochoty się wy­pro­wa­dzać, ale Tri­stan uwa­żał, że tak bę­dzie naj­bez­piecz­niej.

Ko­lejną wielką zmianą były tre­ningi z An­gie. Gdy za­do­mo­wili się już w cha­cie na gó­rze, Tri­stan za­pro­wa­dził Pan­dorę do domu An­gie. Po dro­dze pró­bo­wał jej wy­tłu­ma­czyć, jak te­raz bę­dzie.

- Pan­doro, obojgu nam bra­kuje mamy. Od te­raz je­ste­śmy dla sie­bie wszyst­kim i zro­bię, co w mo­jej mocy, żeby cię ochro­nić. Ale masz już sie­dem lat i pora, że­byś na­uczyła się sama o sie­bie dbać. Masz całe ży­cie przed sobą i ważne, że­byś po­tra­fiła so­bie ra­dzić w róż­nych sy­tu­acjach. Mogę cię na­uczyć, jak zdo­by­wać je­dze­nie i prze­trwać w dzi­czy. Nie umiem jed­nak po­ka­zać ci, jak się bro­nić. Za to An­gie zna się na tym jak nikt.

An­gie przy­jęła ich u sie­bie i na­tych­miast za­częła tre­no­wać Pan­dorę, któ­rej ani tro­chę się to nie po­do­bało. Była zmę­czona po dłu­giej wę­drówce przez las, a pod­czas wy­czer­pu­ją­cego tre­ningu bo­le­śnie ude­rzyła się w ko­lano.

- Słu­chaj. Mogę ci opa­trzyć to ko­lano, bo wi­dzę, że leci ci krew. Ale je­śli chcesz, żeby cię przy­tu­lać i po­cie­szać, to idź do taty. On sie­dzi na ze­wnątrz i spra­wia skóry - oznaj­miła.

Pan­dora wy­tarła oczy i po­sta­no­wiła nie prze­szka­dzać ta­cie.

Przez kilka pierw­szych lat tre­no­wały parę razy w ty­go­dniu i Pan­dora wkrótce po­znała An­gie bli­żej. Szybko też się zo­rien­to­wała, że jej in­struk­torka była su­rowa, tylko gdy cho­dziło o tre­ning. W tej spra­wie nie ak­cep­to­wała żad­nych skarg ani la­men­tów. Nie­ważne, czy bo­lało albo było ciężko. Za­wsze po­wta­rzała: "Ży­cie jest bo­le­sne i cięż­kie, więc się przy­zwy­cza­jaj".

- Gdzie się na­uczy­łaś tak do­brze wal­czyć? - spy­tała ją Pan­dora, gdy tro­chę pod­ro­sła.

- To kwe­stia tre­ningu. Przez całe ży­cie prak­tycz­nie miesz­ka­łam w sali tre­nin­go­wej, za­nim Toba wy­sa­dziła wszystko w cho­lerę. Ale to, w czym te­raz się ćwi­czymy, to coś in­nego. Nam nie cho­dzi o mi­strzo­stwo świata. Nam cho­dzi wy­łącz­nie o prze­trwa­nie, na wy­pa­dek gdy­byś spo­tkała ja­kie­goś po­nu­rego typa.

- Ale my­ślisz, że po­ra­dzi­ła­bym so­bie na mi­strzo­stwach świata? - drą­żyła Pan­dora, cho­ciaż nie bar­dzo wie­działa, co to były te mi­strzo­stwa.

- Moja ko­chana Pando, roz­ło­ży­ła­byś wszyst­kich na ło­patki w try miga. Je­steś lep­sza, niż ja by­łam w twoim wieku. Tylko mu­sisz tro­chę bar­dziej w sie­bie wie­rzyć.

Do­piły her­batę, Pan­dora za­ło­żyła cie­płe okry­cie i szy­ko­wała się do wyj­ścia. Chciała wró­cić do domu, za­nim się ściemni. Jej ko­zaki miały po­de­szwy z moc­nej, gru­bej skóry i ko­żu­chowe cho­lewki. Po­przed­niego wie­czoru na­sma­ro­wała je tłusz­czem, więc stały się nie­prze­ma­kalne. Miała na so­bie rów­nież spodnie z koź­lę­cej skóry, a na gó­rze bluzę z mięk­kiej skóry ja­gnię­cej. Na wierzch za­ło­żyła fu­tro z cięż­kim kap­tu­rem, który spraw­dzał się na­wet przy gwał­tow­nej gór­skiej po­go­dzie.

Je­śli pój­dzie w miarę szybko, za go­dzinę bę­dzie w domu.

- Weź tro­chę wa­rzyw. - An­gie po­sta­wiła na stole mały kosz. - Po­mi­dory są na­prawdę pyszne.

- Dzię­kuję. - Pan­dora za­pa­ko­wała je do ple­caka. Zwy­kle miała dla An­gie mięso. Dziś przy­nio­sła też dwa noże i to­po­rek, które dla niej na­ostrzyła.

- Jesz­cze jedna rzecz, za­nim pój­dziesz - ode­zwała się An­gie.

Pan­dorę tak za­sko­czyła po­waga w jej gło­sie, że odło­żyła ple­cak na pod­łogę.

- Wczo­raj roz­ma­wia­łam z Tho­mas­so­nem. Do­szło do na­pa­ści.

- Co? - wy­pa­liła Pan­dora. - Co się stało?

- Pa­weł i Ma­rek wra­cali do domu z czte­rema no­wymi owcami, po które po­szli do Wil­czo­grodu. We­szli już spory ka­wa­łek w głąb do­liny, gdy ich na­pad­nięto. Le­d­wie dzień drogi od domu. Moż­liwe, że ban­dyci szli za nimi aż od mia­sta. Na dro­dze każdy jest na­ra­żony, ale co mieli zro­bić? Owce nie są w sta­nie cho­dzić zbyt da­leko, więc mu­sieli je za­ła­do­wać na mały wó­zek.

- Coś im się stało?

- Tho­mas­son po­wie­dział, że obaj wy­ma­gają opieki le­ka­rza. Stwier­dził wręcz, że mieli szczę­ście, że uszli z ży­ciem. Naj­go­rzej jest po­noć z Mar­kiem. Do­znał urazu głowy i nie­wy­klu­czone, że ma zła­maną rękę. Mu­sieli wsko­czyć do szcze­liny, żeby się ra­to­wać, i upa­da­jąc do­znali ob­ra­żeń. Choć oczy­wi­ście gdyby nie sko­czyli, by­łoby znacz­nie go­rzej.

- To byli zbójcy? - do­cie­kała Pan­dora.

- Moż­liwe. Po świe­cie krąży wielu zde­spe­ro­wa­nych lu­dzi, ale Pa­weł uważa, że to byli oni, bo byli ubrani w czarną skórę i wy­dali mu się dość nie­chlujni.

- Prze­klęci zbójcy - po­wie­działa ci­cho Pan­dora. - Po­mó­wię o tym z tatą.

Na­cią­gnęła na głowę fu­trzany kap­tur i ru­szyła przed sie­bie. Chmury wi­siały ni­sko mię­dzy gó­rami i za­czął pa­dać śnieg.

Je­śli zbójcy znów za­pu­ścili się tak da­leko w głąb do­liny, to bar­dzo zły znak.

Za­nim Pan­dora zo­sta­wiła za sobą las, zro­biło się cał­kiem ciemno. "Bu­rzo­chron", jak jej tata na­zwał ich chatkę, wta­piał się w pa­nu­jący wo­kół mrok i wi­dać było tylko cie­płe świa­tło, które wy­le­wało się z ma­łych okien, przy­po­mi­na­jąc je­den z gwiaz­do­zbio­rów na noc­nym nie­bie. Cał­kiem jakby chatka wo­łała do niej: "Wi­taj w domu, moja droga!". Pan­dora za­wsze już z da­leka roz­po­zna­wała za­pach pyr­ka­ją­cego w garnku je­dze­nia, su­chego drewna i dymu.

Bu­rzo­chron stał tro­chę po­wy­żej chatki An­gie, na sa­mym skraju lasu, w miej­scu, gdzie góra się wy­płasz­czała, by po­tem znów piąć się stromo pa­rę­set me­trów od ich domu. Każ­dego roku na kilka let­nich mie­sięcy śnieg na rów­ni­nie top­niał i ustę­po­wał miej­sca tra­wie i po­lnym kwia­tom. Te­raz nie było po nich śladu. Duże płatki śniegu, które miękko kła­dły się na tra­wie, i ra­chi­tyczne krzaczki za­po­wia­dały, że je­sień wkrótce przej­dzie w zimę, a góra sta­nie się nie­przy­stępna, ukryta pod grubą war­stwą śniegu.

Chatka była zbu­do­wana z po­tęż­nych drew­nia­nych bali, miała szpro­sowe okna, za­da­szoną we­randę i dach po­ro­śnięty trawą. Tata po­wie­dział, że Bu­rzo­chron li­czy so­bie co naj­mniej sto pięć­dzie­siąt lat i dla­tego jest o wiele so­lid­niej­szy niż szmelc, jaki wzno­szono póź­niej. Obok stała duża sto­doła, zbu­do­wana z drewna na fun­da­men­tach z du­żych ka­mieni. Peł­niła funk­cję warsz­tatu i spi­żarni.

Tri­stan wy­brał to miej­sce na dom dla nich, po­nie­waż było ukryte, póki się nie we­szło na rów­ninę, oraz dla­tego, że góry, które wzno­siły się za do­mem, były nie­do­stępne przez okrą­gły rok. Miesz­kali do­słow­nie na końcu świata.

Pan­dora na we­ran­dzie strzep­nęła śnieg z bu­tów i we­szła do cie­płego domu.

- Cześć, tato. - Zrzu­ciła z sie­bie cie­płe okry­cie i zo­sta­wiła na pod­ło­dze. Póź­niej je roz­wiesi, żeby wy­schło.

- Wi­taj w domu, Pando. Jak po­szło?

Tri­stan odło­żył rę­ka­wicę, którą szył, i wstał z fo­tela przy ko­minku, żeby przy­wi­tać się z córką. Do­bie­ga­jący z pa­le­ni­ska ogień wy­peł­niał sa­lon przy­tul­nym cie­płem i świa­tłem.

Tri­stan był wy­soki, miał pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, więc Pan­dora, choć była wyż­sza od wielu męż­czyzn z mia­steczka, przy ojcu czuła się mała. Ob­jęła go i przy­tu­liła się do jego piersi, a on zło­żył na jej czole długi po­ca­łu­nek.

- To był do­bry tre­ning. Przy­nio­słam świeże po­mi­dory. Są też cu­ki­nia, mar­chew i ka­pu­sta.

- Brzmi nie­źle. Wie­czo­rem mo­żemy zjeść tro­chę po­mi­do­rów. Rano upie­kłem dwa chleby. Zo­stało też tro­chę mięsa z wczo­raj. Daj, za­niosę wa­rzywa do sto­doły.

- Tylko za­łóż kurtkę. Strasz­nie wieje i za­czął pa­dać śnieg. - Pan­dora wrę­czyła ta­cie torbę.

Tri­stan uśmiech­nął się tak sze­roko, że na jego twa­rzy po­ja­wiły się zmarszczki.

- Te­raz ty mnie bę­dziesz wy­cho­wy­wać? - prze­ko­ma­rzał się, za­kła­da­jąc kurtkę.

Pan­dora przy­trzy­mała mu drzwi i pa­trzyła, jak znika w ciem­no­ści, idąc w stronę sto­doły, gdzie trzy­mali za­pasy. An­gie czę­sto po­wta­rzała, że Pan­dora jest po­do­bna do swo­jego ojca, a ona nie miała nic prze­ciwko temu. Uwa­żała to za kom­ple­ment. Tata był silny i wy­spor­to­wany. Dawno już skoń­czył sześć­dzie­siąt lat i gór­skie ży­cie od­ci­snęło na nim swoje piętno. Jego gę­ste włosy zmie­niły ko­lor na po­do­bny od­cień sza­ro­ści co włosy An­gie, a na twa­rzy z każ­dym ro­kiem przy­by­wało mu zmarsz­czek. Wciąż jed­nak po­lo­wał kilka razy w ty­go­dniu, rą­bał drewno w le­sie, gar­bo­wał skóry i re­gu­lar­nie wę­dro­wał w górę i dół zbo­cza. Jego broda była nie­mal cał­kiem biała. Co ty­dzień ob­ci­nał ją no­życz­kami moż­li­wie naj­kró­cej.

- Nie chcę wy­glą­dać jak Święty Mi­ko­łaj - mó­wił za każ­dym ra­zem.

Pan­dora zwy­kle od­po­wia­dała, że Mi­ko­łaj przy­nosi pre­zenty, więc ona nie mia­łaby nic prze­ciwko temu.

Za­nim po­szła do swo­jego po­koju, do­rzu­ciła do ogni­ska kilka po­lan i po­wie­siła mo­kre ubra­nia na krze­śle przy ko­minku. W nie­wiel­kiej chatce były tylko trzy izby. Z we­randy wcho­dziło się do naj­więk­szej, która była jed­no­cze­śnie kuch­nią, ja­dal­nią i sa­lo­nem. Duży ka­mienny ko­mi­nek stał w cen­tral­nym punk­cie chatki. Je­śli pa­liło się w nim przez cały dzień, ka­mie­nie były cie­płe na­wet na­stęp­nego ranka, mimo że ogień dawno wy­gasł. U sie­bie Pan­dora zdjęła resztę ubrań i prze­brała się w luźne spodnie z mięk­kiej owczej wełny i żółty swe­ter w li­ście brzozy, który sama zro­biła na dru­tach. To był jej strój po domu. Za­kła­dała go, gdy nic już nie mu­siała ro­bić da­nego dnia.

Kiedy ra­zem z tatą szy­ko­wali ko­la­cję, Pan­dora po­wtó­rzyła mu nie­mal słowo w słowo to, co An­gie opo­wie­działa o na­pa­ści na Pawła i Marka. Tri­stan wy­słu­chał jej z uwagą.

- To nie­do­brze - skwi­to­wał. Po­kroił po­mi­dory w ćwiartki i roz­dzie­lił na dwa ta­le­rze. - Trzeba prze­ło­żyć na­sze ju­trzej­sze po­lo­wa­nie. Mu­szę zejść do Citta Bianca, żeby do nich zaj­rzeć.

Jego wzrok stał się nie­obecny, jakby już ob­my­ślał, ile ban­daży, ma­ści, szyn i na­rzę­dzi po­wi­nien ze sobą ju­tro za­brać.

- Je­śli będę miał przy so­bie torbę le­kar­ską, to nie dam rady za­nieść skór do Tho­mas­sona - do­dał po chwili.

- Ju­tro trzeba spraw­dzić pu­łapki - przy­po­mniała mu Pan­dora. - Ale prze­cież mogę to zro­bić sama, kiedy ty bę­dziesz w mie­ście. Zresztą może wcale nie jest z nimi tak źle i już ju­tro wie­czo­rem bę­dziesz z po­wro­tem. A je­śli nie wró­cisz, to po­ju­trze sama zniosę skóry do mia­sta i wró­cimy do domu ra­zem.

- Tak, to roz­sądny plan. Tak zro­bimy. Pójdź trasą od za­chodu, że­by­śmy się nie roz­mi­nęli, je­śli też będę wra­cał.

- An­gie po­wie­działa, że cho­dzi tylko o kilka si­nia­ków i zła­maną rękę. To na pewno nic po­waż­nego.

Po­sta­wiła je­dze­nie na stole i usie­dli do ko­la­cji.

- Dawno już nie wi­dzie­li­śmy zbój­ców tak da­leko w do­li­nie. To rów­nie do­brze mo­gli być miej­scowi. Albo ktoś z Wil­czo­grodu - za­sta­na­wiał się Tri­stan. Pan­dora wie­działa dla­czego. Tata pró­bo­wał ją uspo­koić. Zwłasz­cza w pierw­szych la­tach po śmierci mamy czę­sto miała kosz­mary o męż­czyź­nie z roz­ciętą twa­rzą. Oj­ciec sta­rał się ją chro­nić naj­le­piej jak umiał. Prze­pro­wa­dzili się moż­li­wie naj­da­lej od mia­sta, a An­gie za­częła ją uczyć sa­mo­obrony.

- Tato, nie martw się o mnie - za­pew­niła go. - Już nie je­stem małą dziew­czynką. Nie boję się roz­ma­wiać o zbój­cach.

- Tak, wiem. Ale to nie zmie­nia faktu, że tylko ty mi zo­sta­łaś. Dla­tego dla mnie cały czas je­steś moją małą có­reczką i będę cię chro­nił z na­ra­że­niem ży­cia, je­śli bę­dzie trzeba.

- Oj, tatku, to ra­czej ja po­win­nam chro­nić cie­bie. An­gie ci nie mó­wiła, ja­kie po­stępy ostat­nio zro­bi­łam? Dziś po­ko­na­łam na­wet ją, cho­ciaż mnie za­ata­ko­wała od tyłu, i to z ki­jem.

- Ow­szem, An­gie uważa, że na tre­nin­gach je­steś świetna. Ale co, je­śli zda­rzy się coś, czego nie prze­ćwi­czy­ły­ście?

- Nie mogę prze­cież zo­stać tu, w gó­rach, do końca ży­cia. Ni­gdy nie wi­dzia­łam rów­niny, która leży na po­łu­dnie od gór. Ani mo­rza. Wi­dzia­łam tylko jego zdję­cia w ja­kichś sta­rych książ­kach. - Po­sy­pała solą po­mi­dora, za­nim wsu­nęła go so­bie do ust. Sól była jed­nym z pro­duk­tów, w które Citta Bianca mu­siało się za­opa­try­wać w Wil­czo­gro­dzie, cho­ciaż na tyle, na ile to było moż­liwe, mia­sto sta­rało się być sa­mo­wy­star­czalne.

- To prawda. Za to ci, któ­rzy miesz­kają na wy­brzeżu, ni­gdy nie wi­dzieli za­śnie­żo­nych gór­skich szczy­tów ani la­sów tak wiel­kich, że można po nich wę­dro­wać ca­łymi dniami - przy­tak­nął Tri­stan. - Ale po po­łu­dnio­wej stro­nie gór mieszka wielu lu­dzi i kilku z nich na­pa­dło na Pawła i Marka.

- Prze­cież wszy­scy nie mogą tacy być - za­uwa­żyła Pan­dora.

- Oczy­wi­ście, że nie. Ale w lu­dziach ży­ją­cych w cią­głym stra­chu o wła­sne ży­cie coś się zmie­nia. Stają się jak za­jące, które wię­cej czasu po­świę­cają na wy­pa­try­wa­nie za­gro­że­nia niż szu­ka­nie po­karmu. My na szczę­ście już się tego stra­chu po­zby­li­śmy.

Pan­dora uśmiech­nęła się do niego i po­ki­wała głową. Cza­sem za­po­mi­nała, że tata nie prze­żył ca­łego ży­cia wy­soko w gó­rach. Że za­nim ona się uro­dziła, zwie­dził spory ka­wa­łek świata.

Opo­wieść Tri­stana

O wul­ka­nie Toba, który był winny wszyst­kich moż­li­wych nie­szczęść, Pan­dora sły­szała, od­kąd się­gała pa­mię­cią. Za­wsze jed­nak trudno jej było so­bie wy­obra­zić, co tak na­prawdę się stało. Je­dy­nym świa­dec­twem po­tęż­nego ka­ta­kli­zmu, ja­kie wi­działa, były opusz­czone domy, za­rdze­wiałe sa­mo­chody i prze­wró­cone słupy elek­tryczne roz­rzu­cone po zbo­czach góry. Do­ro­śli opo­wia­dali o daw­nym świe­cie rzadko i za­wsze tak, jakby był zmy­śloną kra­iną pełną nie­sa­mo­wi­tych przed­mio­tów, któ­rych nie umiała so­bie na­wet wy­obra­zić.

Kiedy była mała, cza­sem pro­siła ro­dzi­ców, żeby opo­wie­dzieli jej coś o daw­nym świe­cie, ale za­wsze od­ma­wiali. Inni do­ro­śli z Citta Bianca zresztą też opo­wia­dali o nim nie­chęt­nie, zwłasz­cza w obec­no­ści dzieci. Pan­dora nie ro­zu­miała, dla­czego to taka ta­jem­nica. I oczy­wi­ście nie prze­sta­wała py­tać.

- Tato, a nie ba­łeś się, kiedy Toba nisz­czyła te wszyst­kie domy i sa­mo­chody? - py­tała daw­niej, a on za­wsze mó­wił, że jest za mała, aby zro­zu­mieć, co się wtedy stało. Tam­tego dnia jed­nak, ku jej wiel­kiemu za­sko­cze­niu, tata zła­pał ją za rękę i gdy wspi­nali się na zbo­cze, za­czął opo­wia­dać:

- Do­brze, Pando. Je­steś już chyba do­sta­tecz­nie duża, żeby po­znać moją hi­sto­rię. Pew­nie spo­rej czę­ści nie zro­zu­miesz, bo dawny świat był pe­łen rze­czy, któ­rych dziś nie mamy. Ale za­cznijmy od po­czątku. A po­tem mo­żemy omó­wić to, co bę­dzie dla cie­bie nie­ja­sne. Je­steś go­towa?

Kiw­nęła głową i w na­pię­ciu przy­gry­zła wargę. Miała wtedy dzie­sięć lat i czuła się bar­dziej niż dość duża, żeby po­znać hi­sto­rię taty.

- Za­tem za­czy­namy. To był cał­kiem zwy­czajny wto­rek, śro­dek lata. Sie­dzia­łem w biu­rze i pra­co­wa­łem, gdy je­den z asy­sten­tów wsu­nął głowę przez drzwi i po­wie­dział, że gdzieś na Wscho­dzie do­szło do erup­cji wul­kanu. To było do­kład­nie po dru­giej stro­nie globu. Mia­łem trzy­dzie­ści pięć lat i miesz­ka­łem w kraju, który na­zy­wał się Da­nia. Ty­siąc ki­lo­me­trów na pół­noc stąd. Był to kraj spo­kojny, pe­łen zie­lo­nych pól, la­sów i życz­li­wych lu­dzi. Bar­dzo bez­pieczne miej­sce do ży­cia, gdzie wła­ści­wie ni­gdy nie działo się nic po­waż­nego. Dziś Da­nia znaj­duje się w stre­fie ark­tycz­nej, skuta grubą war­stwą lodu i śniegu, które ni­gdy nie top­nieją.

Pra­co­wa­łem w pew­nym in­sty­tu­cie, gdzie zaj­mo­wa­li­śmy się opra­co­wy­wa­niem szcze­pio­nek. Pi­sa­łem wła­śnie ważny ra­port, dla­tego do­piero po go­dzi­nie mo­głem otwo­rzyć wia­do­mo­ści na kom­pu­te­rze i prze­czy­tać o wy­bu­chu wul­kanu. Na­główki krzy­czały: "Wielka erup­cja Toby. Co naj­mniej ty­siąc ofiar śmier­tel­nych". Wcze­śniej nie wie­dzia­łem na­wet, że wul­kan o ta­kiej na­zwie ist­niał, a na­gle cały świat mó­wił tylko o nim. Po­ka­zy­wano na­gra­nia z sa­mo­lo­tów prze­la­tu­ją­cych da­leko od wul­kanu. Nie było na nich wi­dać ognia ani roz­ża­rzo­nej lawy. Je­dyne, co można było zo­ba­czyć, to ol­brzy­mia, więk­sza niż wszyst­kie góry szara chmura, która prze­ta­czała się nad kra­jo­bra­zem i stale ro­sła. Pa­mię­tam film, na któ­rym wi­dać, jak w kilka se­kund po­chło­nęła całą wio­skę. Naj­więk­szą grozę bu­dziły jed­nak na­gra­nia wy­ko­nane z ziemi. Było na nich wi­dać nad­cią­ga­jący ob­łok po­piołu i lu­dzi pierz­cha­ją­cych w pa­nice i szu­ka­ją­cych schro­nie­nia. Ale nie było się gdzie ukryć. Wszy­scy, któ­rzy miesz­kali w pro­mie­niu ty­siąca ki­lo­me­trów od Toby, zgi­nęli w krót­kim cza­sie od po­czątku erup­cji.

Po­tem, z go­dziny na go­dzinę, liczba ofiar ro­sła w za­stra­sza­ją­cym tem­pie. Po­cząt­kowy ty­siąc szybko zmie­nił się w sto ty­sięcy, a do końca dnia, gdy chmura do­tarła do du­żych miast, ta­kich jak Ku­ala Lum­pur, Sin­ga­pur, Dża­karta i Bang­kok, mó­wiono już o mi­lio­nach za­bi­tych. W hi­sto­rii ludz­ko­ści nie zda­rzyła się wcze­śniej ka­ta­strofa, która by po­chło­nęła tyle ofiar w tak krót­kim cza­sie. Dla mnie nie­po­jęte było, że coś ta­kiego działo się w tym sa­mym cza­sie, gdy ja sie­dzia­łem w biu­rze i pa­trzy­łem w ekran kom­pu­tera. Za oknem na­dal śpie­wały ptaki, świe­ciło słońce, a ruch na uli­cach był taki jak zwy­kle we wtor­kowe po­po­łu­dnie. Więk­szość lu­dzi w Da­nii uwa­żała, że to po­tworne nie­szczę­ście, ale że ich ono nie do­ty­czy.

W in­sty­tu­cie wszy­scy prze­rwali pracę, jed­nak zo­stali na miej­scu do końca czasu pracy. Lu­dzie nie mó­wili o ni­czym in­nym i byli prze­ra­żeni. Tam­tej nocy nie mo­głem spać. Sie­dzia­łem do późna, słu­cha­jąc ra­dia i czy­ta­jąc na bie­żąco wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie, a w tle cały czas grał te­le­wi­zor. Nie można się było zbli­żyć do sa­mego wul­kanu, ale na zdję­ciach sa­te­li­tar­nych było wi­dać, że erup­cja trwała z nie­słab­nącą siłą. Jed­no­cze­śnie w te­le­wi­zji po­ka­zy­wano, jak chmura po­piołu obej­muje swoim za­się­giem co­raz więk­szy ob­szar.

Pro­wa­dzono dłu­gie wy­wody na te­mat wa­run­ków po­go­do­wych i pro­gno­zo­wano, w ja­kim kie­runku chmura bę­dzie się prze­miesz­czać w ko­lej­nych go­dzi­nach i dniach. A po­tem było cię­cie i łą­czono się z re­por­te­rem znaj­du­ją­cym się w któ­rymś z miejsc, do któ­rych po­piół jesz­cze nie do­tarł, ale miał do­trzeć w ciągu dwu­na­stu go­dzin. I wszę­dzie w Azji wy­glą­dało to tak samo: lu­dzie w pa­nice pró­bo­wali chro­nić się naj­le­piej, jak po­tra­fili. Ba­ry­ka­do­wali drzwi i okna, ob­kła­dali domy mo­krymi ko­cami i pró­bo­wali gro­ma­dzić je­dze­nie, żeby prze­trwać ka­ta­strofę.

W któ­rymś mo­men­cie za­sną­łem wy­czer­pany. Kiedy się obu­dzi­łem, do­cho­dziło po­łu­dnie. Gdy spa­łem, erup­cja nie ustała, prze­ciw­nie, przy­brała na sile i Toba za­częła wy­rzu­cać po­piół i gazy na jesz­cze więk­szą od­le­głość. Jakby kula ziem­ska otwarła ol­brzy­mie usta i po­wstała dziura pro­wa­dząca wprost do roz­ża­rzo­nego ją­dra pla­nety.

Wzią­łem prysz­nic, wy­pra­so­wa­łem ko­szulę i się ubra­łem. Zro­bi­łem so­bie grzanki i wy­pi­łem zimny sok, cze­ka­jąc, aż kawa w eks­pre­sie się za­pa­rzy. Po­tem wsia­dłem do sa­mo­chodu i po­je­cha­łem do pracy. Moje ży­cie to­czyło się pra­wie tak samo jak co dzień, pod­czas gdy po dru­giej stro­nie kuli ziem­skiej świat po­woli się koń­czył. Te­raz dziw­nie się czuję, gdy o tym po­my­ślę. Cho­ciaż apo­ka­lipsa trwała w naj­lep­sze, więk­szość z nas ro­biła to, co zwy­kle. Lu­dzie za­wo­zili dzieci do przed­szkoli i szkół, a po­tem je­chali do pracy. Sta­wali na czer­wo­nym świe­tle, szli na si­łow­nię, ro­bili za­kupy. W każ­dym ra­zie w pierw­szym dniu po erup­cji tak to wy­glą­dało.

W pracy pró­bo­wa­łem da­lej pi­sać swój ra­port, ale nie umia­łem się sku­pić. Wszy­scy by­li­śmy w sta­nie roz­ma­wiać wy­łącz­nie o znisz­cze­niach wy­wo­ła­nych erup­cją Toby i o tym, co to w przy­szło­ści może dla nas ozna­czać. By­li­śmy zgodni, że ta ka­ta­strofa za­pro­wa­dzi nowy po­rzą­dek w świe­cie. Od po­czątku erup­cji nie mi­nęła doba, a wiele z waż­nych wschod­nich ośrod­ków han­dlo­wych i pro­duk­cyj­nych było przy­sy­pa­nych kil­ku­na­sto­cen­ty­me­trową war­stwą po­piołu. I ten po­piół nie prze­sta­wał opa­dać. Nie mie­li­śmy wąt­pli­wo­ści, że to w taki czy inny spo­sób do­tknie rów­nież na­szą część świata. Ro­zu­mie­li­śmy, że je­śli te czą­steczki do­trą do nas, to bę­dzie ko­niec z la­ta­niem i po­dró­żo­wa­niem sa­mo­cho­dami, bo po­piół do­sta­nie się do sil­ni­ków i wy­woła ich sa­mo­za­płon. Ale poza tym są­dzi­li­śmy, że so­bie po­ra­dzimy.

Nie wszy­scy jed­nak byli ta­kimi opty­mi­stami. Wie­czo­rem w te­le­wi­zji wy­po­wie­dział się pe­wien pro­fe­sor geo­lo­gii i stwier­dził, że to ko­niec na­szej cy­wi­li­za­cji i lu­dzie praw­do­po­dob­nie wy­giną, po­dob­nie jak di­no­za­ury sześć­dzie­siąt mi­lio­nów lat temu.

Pan­dora się za­trzy­mała. Z tego, co po­wie­dział tata, zro­zu­miała może po­łowę.

- Ale jed­nak lu­dzie nie wy­gi­nęli, prawda?

Tri­stan kuc­nął, żeby zrów­nać się z nią wzro­kiem.

- Ja w każ­dym ra­zie prze­ży­łem i wszy­scy, któ­rych znasz, i któ­rzy mają wię­cej niż dwa­dzie­ścia trzy lata, rów­nież prze­żyli. Bar­dzo się jed­nak my­li­li­śmy, są­dząc, że so­bie po­ra­dzimy. Erup­cja Toby była po­twor­nym ka­ta­kli­zmem, ale tym, co znisz­czyło na­szą cy­wi­li­za­cję, oka­zało się coś zu­peł­nie in­nego.

Pan­dora nie zo­rien­to­wała się, kiedy ciemna po­stać się nad nią po­chy­liła. A po­tem po­czuła na czole su­chy po­ca­łu­nek.

- Pan­doro, mu­szę już iść. Uwa­żaj na sie­bie.

- Do­brze, tato. Ty też uwa­żaj - wy­mam­ro­tała, na wpół śpiąc.

Usły­szała, jak oj­ciec wy­cho­dzi, i zrzu­ciła z sie­bie weł­niane koce, żeby z po­wro­tem nie za­snąć. Wi­działa, jak za oknem za­czyna się świt. Wy­glą­dało na to, że śnie­życa mi­nęła i może na­wet w któ­rymś mo­men­cie po­każe się słońce.

Pan­dora za­grzała wodę i umyła się szybko w mied­nicy w kuchni. Na ścia­nie wi­siało małe lu­sterko.

- Z każ­dym dniem sta­jesz się co­raz bar­dziej po­do­bna do mamy - ma­wiał tata. - A ona była naj­pięk­niej­szą ko­bietą, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tka­łem, więc po­win­naś się z tego cie­szyć.

Sama nie­zbyt do­brze pa­mię­tała mamę, ale wie­działa w każ­dym ra­zie, że nie wy­gląda jak po­zo­stali miesz­kańcy Citta Bianca.

- Masz ty­powo skan­dy­naw­ską urodę - po­wie­dział Tri­stan, jakby to było coś do­brego.

Pan­dora uwa­żała, że jest zbyt blada. Jej skóra i włosy są zbyt ja­sne, a oczy mają ko­lor so­pli lodu na wio­snę. Wo­la­łaby mieć gę­ste czarne loki i cie­płe brą­zowe oczy jak więk­szość ko­biet z mia­steczka.

Wy­szczot­ko­wała i jak za­wsze za­plo­tła w war­kocz się­ga­jące po­łowy ple­ców włosy. Po­tem zro­biła her­batę i zja­dła przy ko­minku dużą mi­skę do­mo­wego mu­sli. Po śnia­da­niu ubrała się w strój my­śliw­ski. Żeby nie zmar­z­nąć, pod ja­sno­brą­zowe spodnie z ko­ziej skóry za­ło­żyła dłu­gie weł­niane ge­try. Na górę wło­żyła weł­niany pod­ko­szu­lek z dłu­gimi rę­ka­wami, który od­cią­gał pot z ciała, na to skó­rzaną bluzę, ka­mi­ze­lkę z ko­żu­cha i na wierzch długi płaszcz uszyty z uło­żo­nych na­prze­mien­nie pa­sów brą­zo­wej skóry ko­zicy gór­skiej i nie­mal bia­łej skóry kozy do­mo­wej.

Gdy wy­cho­dziła z chaty, było cał­kiem ja­sno. Po raz ostatni spraw­dziła, czy ma w ple­caku wszystko, co po­trzebne. Coś do je­dze­nia, wodę, przy­nętę i do­dat­kowe sznurki do pu­ła­pek oraz mały szpa­del. Przy pa­sku jak za­wsze miała nóż my­śliw­ski, to­po­rek i sa­kiewkę. Wszystko na swoim miej­scu. Wy­ru­szyła.

Śnieg, który spadł nocą, po­krył nie­równy otwarty kra­jo­braz miękką pie­rzyną krysz­tał­ków lodu mie­nią­cych się w po­ran­nym słońcu jak dia­menty. Było tak pięk­nie, że co chwila przy­sta­wała, żeby na­cie­szyć oczy wi­do­kiem po­tęż­nej przy­rody. Świat wy­glą­dał, jakby uro­dził się na nowo.

Za­uwa­żyła ślady lisa. Gdyby był z nią tata, mo­gliby pójść za tro­pem i spró­bo­wać go ustrze­lić, ale sama strze­lać nie lu­biła. Tata co ja­kiś czas po­zwa­lał jej spró­bo­wać, jed­nak Pan­do­rze da­leko było do jego cel­no­ści. A zwie­rzę cier­piało, je­śli nie tra­fiło się go pra­wi­dłowo, więc strzelbę bez żalu od­dała ta­cie. Wy­spe­cja­li­zo­wała się za to w za­sta­wia­niu pu­ła­pek. Bu­do­wała naj­róż­niej­sze, w za­leż­no­ści od miej­sca, w któ­rym miały sta­nąć, i tego, co chciała w nie zła­pać. Czę­sto ła­pała wię­cej zwie­rzyny, niż tata po­tra­fił ustrze­lić. On mógł za to po­lo­wać na zwie­rzęta więk­sze, ta­kie jak sarny, ko­zice gór­skie, lisy, a zda­rzało mu się na­wet ustrze­lić wilka.

Aż do po­łu­dnia Pan­dora wę­dro­wała od pu­łapki do pu­łapki. W la­sach na wschód od Bu­rzo­chronu zbu­do­wała ich osiem. Tyle samo usta­wiła po stro­nie za­chod­niej, ale do nich bę­dzie mu­siała zaj­rzeć do­piero za parę dni. Je­śli w pu­łapkę zła­pało się ja­kieś zwie­rzę albo je­śli pu­łapka się za­mknęła, choć w środku była pu­sta, sta­wiała ją po­now­nie i umiesz­czała nową przy­nętę. Dziś były nią świeże li­ście sa­łaty od An­gie, ale uży­wała też ja­błek albo ku­le­czek ze smalcu ob­to­czo­nych w ziar­nach.

Pan­dora przy­po­mniała so­bie o tre­nin­gach i o tym, ile czasu za­ję­łoby spraw­dza­nie pu­ła­pek, gdyby przez cały czas mu­siała uwa­żać, czy An­gie nie wy­sko­czy za­raz z ja­kimś ki­jem. Choć wę­dru­jąc po la­sach oraz po­ło­żo­nych wy­żej pa­stwi­skach, i tak za­wsze za­cho­wy­wała czuj­ność. Nie mo­gła się po­zbyć my­śli, że w ich do­li­nie gra­so­wali zbójcy, cho­ciaż tu, z dala od dróg, po­winna być bez­pieczna. Więk­szym za­gro­że­niem były wilki i niedź­wie­dzie, cho­ciaż one za­raz ucie­kały, kiedy się na nie krzyk­nęło.

Skoń­czyła, gdy słońce stało w ze­ni­cie. Na dzi­siej­szy łów skła­dały się za­jąc, ba­żant i świ­stak, na­prawdę nie­źle. Zja­dła chleb po­sma­ro­wany ka­czym smal­cem i pół kieł­basy. Gdyby było zim­niej, roz­pa­li­łaby ogni­sko i za­pa­rzyła her­batę, ale dziś świe­ciło słońce i pra­wie nie wiało. Dla­tego wy­star­czyła jej zimna woda z ma­nie­rki.

Moż­liwe, że to był ostatni sło­neczny i bez­wietrzny dzień przed zimą, kiedy słońce nie­czę­sto bę­dzie się wy­ła­niać znad gór. Było jesz­cze wcze­śnie, do zmroku zo­stało wiele go­dzin, dla­tego za­miast wra­cać pro­sto do domu, ru­szyła wzdłuż war­stwicy na za­chód zbo­cza. Jej ce­lem było małe gór­skie je­zioro.

Idąc, za­sta­na­wiała się, jak po­szło ta­cie w Citta Bianca. Miała na­dzieję, że był już w dro­dze po­wrot­nej i za­sta­nie go w domu po po­wro­cie. Pan­dora miesz­kała w mia­steczku przez pierw­szych sie­dem lat swo­jego ży­cia. Wciąż pa­mię­tała do­mek w ko­lo­rze gliny, który zaj­mo­wali. An­gie po­wta­rzała, że wielu lu­dzi chcia­łoby, aby Tri­stan i Pan­dora wró­cili do mia­sta, ale on od­ma­wiał za każ­dym ra­zem, gdy Tho­mas­son mu to pro­po­no­wał.

Pan­dora wie­działa jed­nak, że nie mogą zo­stać w le­śnej cha­cie na za­wsze. Kie­dyś, gdy tata nie bę­dzie już w sta­nie znieść tru­dów ży­cia wy­soko w gó­rach, będą mu­sieli się prze­nieść z po­wro­tem do do­liny. Tam ła­twiej bę­dzie się nim opie­ko­wać. Bo prze­cież taka była ko­lej rze­czy. On się nią opie­ko­wał, kiedy była mała, a ona za­trosz­czy się o niego, gdy oj­ciec się ze­sta­rzeje. Ale to na szczę­ście do­piero za wiele lat.

Po go­dzi­nie pra­wie do­tarła na miej­sce. Je­zioro le­żało na ma­łej rów­ni­nie, przez więk­szość dnia ską­pa­nej w słońcu, dla­tego woda była w nim nieco cie­plej­sza niż w in­nych gór­skich je­zio­rach. Miało pra­wie sto me­trów śred­nicy, a w jego po­bliżu żyło mnó­stwo zwie­rząt. W tam­tej­szym le­sie Pan­dora też za­sta­wiła kilka pu­ła­pek i za­mie­rzała do nich zaj­rzeć po dro­dze do domu. Było cał­kiem bez­wietrz­nie, słońce mu­skało ją cie­płymi pro­mie­niami. Ide­alny dzień, żeby się prze­pły­nąć, a przy oka­zji zmyć z sie­bie pot i brud. Po­ło­żyła ple­cak i dzi­siej­szą zdo­bycz na ka­mien­nym bloku. Szybko zdjęła buty oraz całe ubra­nie i naga we­szła do chłod­nej wody. Za­nur­ko­wała i mocno ma­cha­jąc rę­kami, po­pły­nęła na śro­dek je­ziora.

Uwiel­biała pły­wać, cho­ciaż nie­czę­sto miała oka­zję. Mama ją tego na­uczyła, a po­tem rów­nież An­gie ją tu przy­pro­wa­dzała. "To do­bry tre­ning", mó­wiła i ka­zała Pan­do­rze prze­pły­nąć pięć razy tam i z po­wro­tem, za­nim prze­cho­dziły do ćwi­czeń z sa­mo­obrony mię­dzy skal­nymi blo­kami na brzegu je­ziora. Zwy­kle koń­czyły tre­ning, ska­cząc na główkę ze skal­nego wy­stępu i chla­piąc się wodą, do­póki nie zro­biło im się zimno.

Pan­dora pły­wała od brzegu do brzegu, na­prze­mien­nie krau­lem, żabką i sty­lem grzbie­to­wym, żeby roz­ru­szać wszyst­kie grupy mię­śni. Nie oszczę­dzała się, utrzy­my­wała pod­wyż­szony puls. Gdyby so­bie od­pu­ściła, jej ciało szybko ule­głoby wy­chło­dze­niu, a to by­łoby śmier­tel­nie nie­bez­pieczne, skoro znaj­do­wała się tak da­leko od cie­pła ko­minka w ich cha­cie. Do­piero gdy po­czuła, że mię­śnie się za­kwa­szają, zwol­niła i już spo­koj­nym tem­pem po­pły­nęła z po­wro­tem do brzegu.

Na wy­gię­tym od wia­tru krzaku sie­działo stado wró­bli i pod­nio­sło ra­ban, kiedy Pan­dora się zbli­żyła. Wcze­śniej były ci­cho. Coś mu­siało je prze­stra­szyć. Po­de­szła do swo­ich rze­czy, zo­sta­wia­jąc mo­kre ślady na ska­łach. Jedną ręką wy­jęła z ple­caka małą bu­telkę z na­pa­rem z my­dl­nicy i kwia­tów ru­mianku, a w dru­giej ukryła nóż my­śliw­ski, ostrze do­ci­ska­jąc pła­sko do nad­garstka. Wciąż naga, wró­ciła do je­ziora i usia­dła na okrą­głym ka­mie­niu w miej­scu, gdzie woda była płytka. Nóż opu­ściła na dno i po­sta­wiła stopę na rę­ko­je­ści, żeby nie od­pły­nął.

Sie­dząc na ka­mie­niu, za­częła na­my­dlać ra­miona, nogi i tu­łów, a po­tem spłu­kała ciało. Wró­ble nie prze­sta­wały ćwier­kać za­afe­ro­wane, ale Pan­dora ce­lowo nie pa­trzyła w tamtą stronę. Gdyby na­gle coś się po­ru­szyło, do­strze­głaby to ką­tem oka i miała dość czasu, żeby zła­pać nóż. Po­chy­liła się i po­le­wała włosy za­czerp­niętą dłońmi wodą. Zo­stała tak chwilę z dłu­gimi mo­krymi wło­sami wi­szą­cymi przed twa­rzą jak za­słona. Po­pa­trzyła w bok mię­dzy ko­smy­kami i do­strze­gła ciemną czu­prynę i dwoje oczu wy­sta­jące zza bloku skal­nego. Uśmiech­nęła się do sie­bie. Roz­po­znała te włosy i krza­cza­ste brwi nad cie­kaw­skimi oczami. Jego wró­ble nie mu­siały się oba­wiać.

Umyła włosy i do­kład­nie spłu­kała, żeby nie swę­działa jej głowa. Gdy skoń­czyła, po­ło­żyła na ka­mie­niu bu­telkę z my­dłem oraz nóż i znów we­szła do wody. Za­czy­nało jej być zimno, więc zro­biła szybką rundkę, żeby po­now­nie się roz­grzać. Gdy pod­pły­nęła z po­wro­tem do pła­skiego głazu, po­zo­stała w wo­dzie.

- To jak, Sa­la­man­der? - za­wo­łała. - Wska­ku­jesz czy bę­dziesz się tam cho­wał cały dzień?

- Yyy, co? - Zza ka­mie­nia do­biegł za­lęk­niony głos. Ale­xan­der wy­sta­wił głowę i po­pa­trzył na nią. Był od niej pół roku star­szy i bli­sko się przy­jaź­nili, kiedy jesz­cze miesz­kała w Citta Bianca.

- Py­tam, czy idziesz po­pły­wać, czy mam wy­cho­dzić. Bo robi się zimno.

- Yyy... to zna­czy... Nie, za­cze­kam tu, aż wyj­dziesz - od­parł wresz­cie.

- Jak so­bie chcesz. Woda jest bo­ska. - Pan­dora wy­szła na brzeg i wy­krę­ciła mo­kre włosy. - Ani się obej­rzymy, a je­zioro za­mar­z­nie.

Ale­xan­der już nie wy­sta­wiał głowy, tylko cał­kiem się scho­wał za ka­mień.

Pan­dora wy­jęła z ple­caka szmatkę, którą za­wsze w nim no­siła, wy­tarła się i szybko ubrała.

- Już je­stem ubrana - ogło­siła.

Ale­xan­der wstał zza ka­mie­nia i do niej pod­szedł.

A ona za­marła w po­ło­wie ru­chu. Spo­dzie­wała się zo­ba­czyć chłopca o kę­dzie­rza­wych wło­sach i nie­po­rad­nych ru­chach, a tym­cza­sem uj­rzała przed sobą mło­dego męż­czy­znę. Chło­pięca twarz miała te­raz mocno za­ry­so­wany pod­bró­dek i ko­ści po­licz­kowe. Ale­xan­drowi przy­było też co naj­mniej dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów wzro­stu, od­kąd go ostat­nio wi­działa. Za­wsze była od niego wyż­sza. Te­raz trudno było w to uwie­rzyć. Na­wet włosy mu uro­sły. Za­ło­żył je za uszy, żeby nie opa­dały na oczy.

Ostatni raz wi­dzieli się dwa lata temu. Ro­dzina Ale­xan­dra za­pro­siła ją i Tri­stana do sie­bie na ko­la­cję. Pa­mię­tała, że wie­czór nie­zno­śnie jej się dłu­żył, bo zu­peł­nie nie wie­działa, o czym ma z nim roz­ma­wiać. Jako dzieci mieli mnó­stwo wspól­nych ta­jem­nic. Eks­plo­ro­wali za­ka­zane miej­sca, ro­bili wy­prawy do lasu wo­kół mia­sta albo sie­dzieli w po­koju Ale­xan­dra i czy­tali książki z daw­nego świata. Ale wszystko się zmie­niło, kiedy za­mor­do­wano mamę Pan­dory. Ra­zem z tatą wy­pro­wa­dzili się do Bu­rzo­chronu i tylko z rzadka za­cho­dzili do mia­sta.

Wtedy, na tam­tej ko­la­cji, Ale­xan­der wciąż wy­glą­dał jak chło­piec, za to Pan­dora czuła się nie­sa­mo­wi­cie do­ro­sła przez to, że w ko­lej­nych la­tach oj­ciec prze­ka­zy­wał jej co­raz wię­cej obo­wiąz­ków. Po­tem, na szczę­ście, wię­cej pro­szo­nych ko­la­cji nie było, a te­raz on na­gle wy­rósł przed nią ze strzelbą na ra­mie­niu i wyż­szy od niej pra­wie o głowę. Wcale nie przy­po­mi­nał chłopca. Wy­glą­dał jak młody męż­czy­zna.

- Po­szczę­ściło ci się z pu­łap­kami. - Kiw­nął głową w stronę le­żą­cych na skale zwie­rząt. - Sam mia­łem na­dzieję przy­nieść do domu kilka ka­czek.

Po­pa­trzył na je­zioro, jakby wy­pa­try­wał kaczki, którą bę­dzie mógł ustrze­lić od razu. Pan­dora na­to­miast była nie­mal pewna, że głów­nie szu­kał pre­tek­stu, aby nie pa­trzeć na nią.

- Tak zrób. Ja też już mu­szę wra­cać. - Za­częła zbie­rać swoje rze­czy. Na­gle bar­dzo jej się śpie­szyło do domu. Co jej strze­liło do głowy, żeby się tak krę­cić przed nim na go­lasa? Ow­szem, gdy byli mali, czę­sto ką­pali się nago w rzece, ale prze­cież ona też nie jest już dziec­kiem. Po­my­ślał pew­nie, że do reszty jej od­biło od tego miesz­ka­nia na od­lu­dziu.

- Jak to, już idziesz? - spy­tał za­sko­czony i od­wró­cił się do niej.

- Tak po­my­śla­łam. Że­byś mógł po­strze­lać w spo­koju.

- Hm, no do­brze... A poza tym do­brze wam się wie­dzie tam, na gó­rze?

- Tak, my­ślę, że tak - od­po­wie­działa krótko.

- I nie czu­jesz się tro­chę sa­motna?

- Sa­motna? Coś ty. Mam prze­cież tatę i An­gie. Poza tym tu jest za­wsze tyle do zro­bie­nia, że nie mam czasu na sa­mot­ność. Te pu­łapki same się nie opróż­nią.

- Tak, wiem. Ale nie bra­kuje ci ko­goś, kto byłby... No, tro­chę młod­szy?

Pan­dora za­ło­żyła ple­cak.

- Nie mam czasu się nad tym za­sta­na­wiać. A An­gie nie jest taka znów stara - za­pro­te­sto­wała.

- Jest co naj­mniej trzy razy star­sza od sie­bie - wy­pa­lił Ale­xan­der i roz­ło­żył ręce.

- No tak.

- Mo­gła­byś przy­naj­mniej wpaść cza­sem z wi­zytą. Nie pa­mię­tam, kiedy cię ostatni raz wi­dzia­łem.

- Z wi­zytą? - Pan­dora przy­po­mniała so­bie tamtą mil­czącą ko­la­cję.

- Czemu nie? Ra­czej trudno po­wie­dzieć, że są mi­liony lu­dzi, z któ­rymi da się po­roz­ma­wiać. Zwłasz­cza w na­szym wieku. A my, mło­dzi, po­win­ni­śmy się trzy­mać ra­zem. Wiesz, co mówi mój tata?

Po­trzą­snęła głową, za­rzu­ca­jąc so­bie na plecy zdo­bycz.

- On mówi, że do nas na­leży Zie­mia!

Ale­xan­der za­milkł, jakby to było ja­kieś nie­sa­mo­wi­cie ważne stwier­dze­nie.

- Do ja­kich "nas"? Do cie­bie i do mnie? - drą­żyła Pan­dora.

- Do na­szego po­ko­le­nia. Do nas, uro­dzo­nych po wy­bu­chu Toby. Lu­dzi, któ­rzy ni­gdy nie żyli w daw­nym świe­cie.

Pan­dora wzru­szyła obo­jęt­nie ra­mio­nami i od­pa­ro­wała:

- Z tego, co sły­sza­łam, po­sia­da­nie Ziemi ta­kiej, jak ona te­raz wy­gląda, to nie jest ja­kiś wielki po­wód do ra­do­ści.

- Za­wsze mo­głoby być go­rzej. A te­raz to my mamy za­pew­nić ludz­ko­ści prze­trwa­nie.

- Wolę się chyba sku­pić na wła­snym prze­trwa­niu, za­nim za­cznę się mar­twić o resztę ludz­ko­ści. I to­bie ra­dzę to samo. My­śla­łam, że chcesz ustrze­lić ja­kieś ptaki.

- Uwa­żam tylko, że mo­gła­byś przy­naj­mniej cza­sem do nas zaj­rzeć.

- Za­glą­dam. Tak na­prawdę co chwila je­stem w mie­ście.

- Ja cię nie wi­dzia­łem - za­uwa­żył ci­cho.

- Przy­no­szę Tho­mas­so­nowi na­sze mięso i skóry, że­by­ście nie zo­stali z pu­stymi rę­kami, gdy tamci z Wil­czo­grodu przy­jeż­dżają na han­del.

- Han­del to tro­chę za dużo po­wie­dziane. - W jego gło­sie na­gle za­brzmiał gniew. - Może kie­dyś tak to wy­glą­dało, ale te­raz oni biorą so­bie, co tylko ze­chcą.

Pan­dora za­trzy­mała się w pół kroku i od­wró­ciła do niego.

- Jak to? My­śla­łam, że mamy z Wil­czo­gro­dem do­bre re­la­cje.

Ni­gdy tam nie była, ale wie­działa, że to naj­bliż­sze duże mia­sto. Od­le­głe o cztery albo pięć dni mar­szu, je­śli ktoś się od­wa­żył iść głów­nym trak­tem. Mia­sto le­żało u pod­nóża wy­so­kich gór na gra­nicy ni­zin cią­gną­cych się na po­łu­dnie. W Citta Bianca miesz­kało tylko dwa­dzie­ścia osób, za to Wil­czo­gród był praw­dziwą me­tro­po­lią li­czącą po­nad ty­siąc miesz­kań­ców. Tak przy­naj­mniej sły­szała, choć nie umiała so­bie na­wet wy­obra­zić ta­kiej rze­szy lu­dzi na­raz.

- Jesz­cze kilka lat temu było znacz­nie le­piej. Wtedy przy­by­wały do nas nie­wiel­kie grupki miesz­kań­ców i rze­czy­wi­ście przy­wo­zili to­wary na wy­mianę. My im da­wa­li­śmy mięso, kieł­basy i złom. A od nich do­sta­wa­li­śmy ziem­niaki, zboże, olej, ubra­nia, na­rzę­dzia i inne ta­kie. Ale te czasy mi­nęły. Te­raz przy­sy­łają do nas na elek­trycz­nych qu­adach swo­ich przed­sta­wi­cieli, któ­rzy przy­wożą worki na wpół zgni­łych ziem­nia­ków i żą­dają w za­mian co naj­mniej dwu­dzie­stu sztuk dzi­czy­zny. I dają nam ja­sno do zro­zu­mie­nia, że mu­simy się na to go­dzić, je­śli chcemy żyć. Cho­dzą po mia­steczku i wy­ma­chują bro­nią, jakby byli u sie­bie.

Pan­dora była wstrzą­śnięta. Dla­czego nic o tym nie sły­szała? Od­po­wiedź wy­da­wała się oczy­wi­sta. Tri­stan i An­gie ukry­wali to przed nią, żeby jej nie mar­twić. Jakby na­dal była dziec­kiem.

- Na­zy­wają sie­bie Wil­czą Gwar­dią. Na ple­cach kur­tek mają na­szytą dużą li­terę W, żeby było wi­dać, skąd po­cho­dzą. Sam już nie wiem, czy bar­dziej na­leży się oba­wiać ich czy zbój­ców - cią­gnął Ale­xan­der, co­raz bar­dziej wzbu­rzony.

- Wi­dzia­łeś w mie­ście mo­jego tatę? - Pan­dora na­gle za­częła się o niego bać.

- Nie wi­dzia­łem, ale mama po­wie­działa, że jest w mie­ście i stara się ura­to­wać Mar­kowi ży­cie. Dała mu cały sprzęt le­kar­ski, jaki mie­li­śmy na sta­nie.

- Czyli on da­lej tam jest?

- O tak, na pewno. Je­śli Mar­kowi się po­prawi, to może ju­tro bę­dzie mógł wró­cić do domu.

- A mo­żesz mu po­wie­dzieć, żeby tam na mnie za­cze­kał? Ju­tro rano zejdę do mia­sta.

- Na­prawdę? - Ale­xan­der się roz­pro­mie­nił.

Naj­wy­raź­niej aż tak go nie spło­szyła. Wy­dał jej się te­raz do­kład­nie taki jak w dzie­ciń­stwie. W jed­nej chwili za­my­ślony i po­ważny, a za­raz po­tem we­soły jak szczy­gieł.

- Wy­ru­szę wcze­snym ran­kiem. Bę­dziesz w domu, je­śli do was zaj­rzę?

- Ja­sne, że będę! I prze­każę mu wia­do­mość.

- No to do ju­tra. I uda­nego po­lo­wa­nia!

Po­ma­chała mu i ru­szyła do domu. Nie obej­rzała się za sie­bie, ale czuła, że Ale­xan­der od­pro­wa­dzał ją wzro­kiem, do­póki nie znik­nęła w le­sie.

Nie­sa­mo­wite, jak bar­dzo się zmie­nił. Cie­kawe, czy ona też. W po­rów­na­niu z tatą, An­gie i Tho­mas­so­nem z mia­steczka wciąż wy­da­wała się so­bie dzie­cinna. Wszy­scy oni byli od niej zde­cy­do­wa­nie bar­dziej do­świad­czeni, a ona wciąż mo­gła się od nich bar­dzo wiele na­uczyć. Ale gdy te­raz o tym my­ślała, to rze­czy­wi­ście w ostat­nich la­tach za­częli ją trak­to­wać bar­dziej jak równą so­bie niż jak dziecko. Przy­naj­mniej cza­sami. Tre­ningi z An­gie nie po­le­gały już na po­wta­rza­niu w nie­skoń­czo­ność pod­sta­wo­wych ru­chów i chwy­tów, a stały się re­ali­stycz­nym od­twa­rza­niem sce­na­riu­szy moż­li­wych wy­da­rzeń, w któ­rych Pan­dora mo­gła wy­ko­rzy­stać to, czego się na­uczyła. To samo tata. Kie­dyś za­wsze ra­zem po­lo­wali albo za­kła­dali pu­łapki. Tym­cza­sem te­raz pu­łapki wła­ści­wie za­wsze roz­sta­wiała sama. Wy­da­wało jej się to na­tu­ralną ko­leją rze­czy i po­twier­dze­niem, że do­brze się spi­suje.

Może Ale­xan­der miał ra­cję. Może po­winni trzy­mać się ra­zem. Z po­czątku, gdy za­miesz­kali w Bu­rzo­chro­nie, bra­ko­wało jej bez­tro­skich za­baw z nim. Ale tamta tę­sk­nota szybko ze­szła na dal­szy plan, bo spa­dło na nią mnó­stwo no­wych obo­wiąz­ków. A kiedy mi­nęła naj­gor­sza roz­pacz po śmierci mamy, Pan­dora stwier­dziła, że wła­ści­wie lubi po­ma­gać ta­cie. On z ko­lei po­tra­fił spra­wić, że czuła się do­ce­niona, i prze­ko­ny­wał, że tylko dzięki jej po­mocy byli w sta­nie cał­kiem sami prze­żyć tak wy­soko w gó­rach. Ani przez mo­ment się nie za­sta­na­wiała, czy nie bra­kuje jej to­wa­rzy­stwa ró­wie­śni­ków. Tak na­prawdę naj­le­piej się czuła, kiedy była w gó­rach cał­kiem sama. Uwiel­biała dziką przy­rodę i otwarte prze­strze­nie.

Obie­cała Ale­xan­drowi, że go ju­tro od­wie­dzi, i za­mie­rzała do­trzy­mać obiet­nicy. Na­gle po­czuła przez to tremę, jak przed spró­bo­wa­niem cze­goś no­wego po raz pierw­szy.

Dźwięk do­tarł do niej jak mgła roz­cią­ga­jąca się mię­dzy drze­wami. Pan­dora przy­sta­nęła i za­cze­kała, aż puls jej się uspo­koi, a od­dech prze­sta­nie za­głu­szać nie­ty­powy po­mruk.

Nie był to ża­den z od­gło­sów na­tury. Przy­po­mi­nał bu­cze­nie szer­sze­nia, ale do­cho­dził z da­leka, z miej­sca po­ło­żo­nego znacz­nie ni­żej. Żadne zwie­rzę ani wiatr w ko­ro­nach drzew nie mo­gły wy­da­wać dźwięku tak sil­nego, cią­głego, nie­mal mo­no­ton­nego.

Miała wra­że­nie, że się na­si­lał, jakby się zbli­żał.

Nie­da­leko miej­sca, w któ­rym stała, nie­wielki po­tok pły­nął w dół za­le­sio­nego zbo­cza. Pod­bie­gła do niego i za­trzy­mała się przy drze­wie o ni­sko wi­szą­cych ga­łę­ziach. Zdjęła ciężki ple­cak i po­ło­żyła na wy­so­kim ko­na­rze, żeby nie do­stały się do niego małe, głodne zwie­rzęta. W ple­caku były bo­wiem mięso, sa­lami i skóry, które nio­sła do Citta Bianca. Ro­zej­rzała się i za­pa­mię­tała kilka cha­rak­te­ry­stycz­nych de­tali tego miej­sca, żeby móc je od­na­leźć, gdy wróci po ple­cak. I rzu­ciła się bie­giem w dół po­toku. Stru­myk z ko­lei wkrótce wpa­dał do wą­wozu, do któ­rego ona też by wpa­dła, gdyby da­lej gnała przed sie­bie. Od­głos stał się wy­raź­niej­szy i do­cho­dził z le­wej strony. Po­bie­gła w prawo, skra­jem wą­wozu, i przez kilka mi­nut utrzy­my­wała szyb­sze tempo. Wą­wóz za­czął się wy­płasz­czać, a ona bie­gła da­lej w dół góry.

Od­głos był te­raz cał­kiem bli­sko. Jakby cały rój ol­brzy­mich owa­dów le­ciał wprost na nią.

Las się przed nią otwie­rał. Była nie­opo­dal as­fal­to­wej szosy prze­ci­na­ją­cej do­linę i Citta Bianca i zni­ka­ją­cej da­lej w za­spach wiecz­nego śniegu. Pan­dora trzy­mała się w pew­nej od­le­gło­ści od drogi, ale bie­gła rów­no­le­gle do niej, aż zna­la­zła się obok wy­so­kiej skały, która wy­ra­stała na końcu traktu. Wspięła się na nią i po­ło­żyła na brzu­chu. Wi­działa stąd spory od­ci­nek szosy po obu stro­nach skały.

Chwilę póź­niej ich zo­ba­czyła. Zza za­krętu wy­pa­dły cztery roz­pę­dzone qu­ady, wzbi­ja­jąc tu­many ku­rzu i li­ści. Na każ­dym po­jeź­dzie sie­dział czło­wiek. Wi­działa wcze­śniej zdję­cia tych ma­szyn, ale i tak za­sko­czył ją ich wi­dok. Nie poj­mo­wała, że można było zbu­do­wać urzą­dze­nie, które umiało się po­ru­szać z taką pręd­ko­ścią. Pan­dora miała wra­że­nie, że w daw­nym świe­cie każdy po­sia­dał ja­kiś po­jazd, ale te­raz, trzy­dzie­ści lat po ka­ta­stro­fie, wi­dok spraw­nego sa­mo­chodu czy qu­ada na­le­żał do rzad­ko­ści. Czę­ści za­pa­so­wych bra­ko­wało, przez co były dro­gie. Zresztą ma­szyny, które wła­śnie oglą­dała, też wy­glą­dały na wie­lo­krot­nie prze­bu­do­wy­wane i na­pra­wiane.

Qu­ady mi­nęły ją i je­chały da­lej w kie­runku mia­steczka. Wszy­scy kie­rowcy mieli duże mo­to­cy­klowe go­gle i czarne li­tery W na ple­cach. Wil­cza Gwar­dia, o któ­rej opo­wia­dał Ale­xan­der.

Pan­dora le­żała nie­ru­chomo, do­póki nie stra­ciła ich z oczu. Ile czasu zaj­mie im do­tar­cie do Citta Bianca w tym tem­pie? Pew­nie nie wię­cej niż pięć mi­nut. Naj­chęt­niej zbie­głaby do drogi i po­gnała jak naj­prę­dzej do mia­steczka, do taty. Wie­działa jed­nak, że to był dzie­cinny po­mysł. Że ślepe po­dą­ża­nie za in­stynk­tami było przy­wi­le­jem dzie­ciń­stwa. Je­dze­nia, które miała w ple­caku, wy­star­czy­łoby dla wielu osób na wiele dni. Gdyby zja­wiła się w mie­ście z pu­stymi rę­kami, Tri­stan byłby roz­cza­ro­wany. Tak na­prawdę pew­nie wo­lałby, żeby w ogóle nie było jej w Citta Bianca, kiedy roz­pa­no­szą się tam ci czte­rej z Wil­czo­grodu. Pan­dora wstała, wes­tchnęła i ru­szyła z po­wro­tem pod górę po ple­cak. Miała przed sobą co naj­mniej go­dzinę mar­szu.

Kiedy póź­niej za­trzy­mała się na obrze­żach mia­steczka, pot aż z niej ka­pał. Całą drogę bie­gła co sił w no­gach z cięż­kim ła­dun­kiem na ple­cach. Wo­kół niej cią­gnęły się po­letka, z któ­rych dawno już ze­brano żniwo, i ogro­dzone pa­stwi­ska z owcami i nie­licz­nymi kro­wami.

Citta Bianca było osadą zło­żoną z czter­na­stu do­mów sto­ją­cych w od­le­gło­ści kilku me­trów od sie­bie po obu stro­nach głów­nej drogi i mniej­szej prze­cznicy. W cen­trum znaj­do­wał się nie­wielki ry­nek, któ­rego boczne uliczki sty­kały się z drogą główną. Więk­szość do­mów miała dwa po­ziomy, a zbu­do­wano je z ce­gieł albo be­tonu. Po­je­dyn­cze nie­dawno po­ma­lo­wano na biało lub żółto, ale więk­szość był szara, brą­zowa lub w ko­lo­rze ochry. Wszyst­kie da­chy po­kryto czer­woną da­chówką, która po la­tach od­dzia­ły­wa­nia desz­czu, śniegu, mrozu i sil­nego wia­tru w wielu miej­scach się wy­brzu­szyła albo za­pa­dła. Na da­chach zwró­co­nych na po­łu­dnie i za­chód za­mon­to­wano pa­nele fo­to­wol­ta­iczne, które wy­twa­rzały prąd, i ko­lek­tory sło­neczne za­opa­tru­jące domy w cie­płą wodę. Mię­dzy bu­dyn­kami miesz­kal­nymi stały pro­wi­zo­ryczne szopy i wiaty wy­ko­nane z prze­róż­nych ma­te­ria­łów. Po każ­dej wi­chu­rze albo wy­jąt­kowo cięż­kiej zi­mie ła­tano je pły­tami i de­skami, czym­kol­wiek, co udało się zna­leźć.

Z miej­sca, w któ­rym Pan­dora stała, mia­sto wy­glą­dało na opu­sto­szałe, nie było w nim wi­dać żad­nego ru­chu i nie do­cho­dził z niego ża­den dźwięk. Znów zna­la­zła drzewo, na któ­rym mo­gła prze­cho­wać ple­cak, i sze­ro­kim łu­kiem za­kra­dła się bli­żej. Mia­sto le­żało na nie­wiel­kim zbo­czu, a ona zbli­żyła się do niego od dołu. Ktoś mógłby ją zo­ba­czyć, gdyby spoj­rzał przez okno na do­linę. Po­śpiesz­nie scho­wała się za ży­wo­pło­tem ota­cza­ją­cym pa­stwi­sko i idąc wzdłuż niego, do­tarła do pierw­szych za­bu­do­wań. Te­raz sły­szała głosy na placu po dru­giej stro­nie do­mów.

Uklę­kła i na czwo­ra­kach, trzy­ma­jąc się bli­sko muru, po­ko­nu­jąc chasz­cze i wy­soką trawę, do­tarła do dre­wutni mię­dzy dwoma do­mami, uwa­ża­jąc, żeby cze­goś nie strą­cić i nie na­ro­bić ha­łasu. Ukryła się za sto­sem drew i spo­glą­da­jąc po­nad nim, mo­gła ob­ser­wo­wać więk­szą część placu.

- Aż tyle nie mo­żemy wam dać. Gdy­by­ście przy­naj­mniej przy­wieźli coś na wy­mianę, da­łoby się to na­zwać bar­te­rem, ale tym ra­zem zu­peł­nie nic dla nas nie ma­cie.

To był głos Char­lesa Tho­mas­sona. Zła­pał się za ły­sie­jącą głowę, nie poj­mu­jąc, co się dzieje, a po­tem chwilę za­ma­szy­ście ge­sty­ku­lo­wał, jak za­wsze kiedy coś mó­wił. Był prze­wod­ni­czą­cym rady mia­sta i to on po­dej­mo­wał osta­teczną de­cy­zję, gdy każdy z miesz­kań­ców wy­ra­ził swoje zda­nie. Był kilka lat star­szy od jej taty i Pan­dora wie­działa, że obaj da­rzyli się wiel­kim sza­cun­kiem. Ona też lu­biła Tho­mas­sona. Za­wsze był dla niej miły, kiedy za­cho­dzili z tatą do mia­sta. Przy roz­dzie­la­niu żyw­no­ści mię­dzy miesz­kań­ców czę­sto do­cho­dziło do kon­flik­tów i Pan­dora po­dzi­wiała go za to, że ja­kimś spo­so­bem za każ­dym ra­zem uda­wało mu się zna­leźć roz­wią­za­nie.

- Po pro­stu nam to za­pa­kuj i już. Cza­sem Wil­czo­gród daje wam wię­cej, a cza­sem mniej - od­parł ni­ski, krępy męż­czy­zna z wło­sami ob­cię­tymi tuż przy skó­rze i długą brodą z si­wymi pa­smami. Cały czas trzy­mał w ręce go­gle, jakby nie za­mie­rzał długo tu za­ba­wić.

Pan­dora pró­bo­wała oce­nić sy­tu­ację. Za Tho­mas­so­nem w zwar­tej gru­pie stało sied­mioro miesz­kań­ców mia­steczka. Mię­dzy nimi le­żała skrzynka z upo­lo­waną drobną zwie­rzyną. Pew­nie tę skrzynkę chcieli za­brać lu­dzie z Wil­czo­grodu. Obok męż­czy­zny z go­glami w ręce stał drugi z przy­jezd­nych. Był nad­zwy­czaj wy­soki, miał sze­roki kark i wzrok roz­złosz­czo­nego zwie­rzę­cia. Dłoń trzy­mał na pa­sku, zza któ­rego wy­sta­wał pi­sto­let. Po­zo­stali dwaj przy­by­sze z Wil­czo­grodu byli cał­kiem mło­dzi, góra parę lat starsi od Pan­dory. Oni też byli uzbro­jeni. Prze­cha­dzali się po­woli po placu i ły­pali na boki, jakby się bali tego, co się mo­gło kryć za oknami do­mów.

Cztery stare qu­ady stały je­den obok dru­giego przy szo­pie na dru­gim końcu placu. W bu­dynku znaj­do­wał się miej­ski aku­mu­la­tor, w któ­rym ma­ga­zy­no­wano prąd wy­pro­du­ko­wany przez pa­nele sło­neczne i trzy małe wia­traki na obrze­żach mia­sta, żeby było czym oświe­tlać domy wie­czo­rem, na­pę­dzać pompę wodną i ła­do­wać na­rzę­dzia elek­tryczne i inne sprzęty wy­ma­ga­jące za­si­la­nia. Te­raz qu­ady po­żrą pew­nie więk­szość zgro­ma­dzo­nej w aku­mu­la­to­rach ener­gii i przez kilka ko­lej­nych dni w mie­ście nie bę­dzie prądu.

Pan­dora ni­g­dzie nie wi­działa taty, co tro­chę ją uspo­ka­jało. Tho­mas­son na­dal pró­bo­wał ne­go­cjo­wać.

- Gdyby cho­ciaż Wil­czo­gród chro­nił nas przed zbój­cami. Mi­guel, pa­mię­tasz prze­cież umowę, jaką za­war­li­śmy przed laty, kiedy po­sta­no­wi­li­śmy tu osiąść. "Uczciwy han­del w za­mian za ochronę ze strony Wil­czo­grodu". I co się stało z tą ochroną? Wła­śnie stra­ci­li­śmy cztery owce, a je­den z męż­czyzn le­d­wie uszedł z ży­ciem. A te­raz jesz­cze żą­dasz masy to­wa­rów, nie da­jąc w za­mian zu­peł­nie nic.

- Tho­mas­son, czasy się zmie­niają. - Mi­guel nie­znacz­nie wzru­szył sze­ro­kimi bar­kami, jakby cho­dziło o coś, na co nie ma wpływu. - Wil­czo­gród ma te­raz sporo wła­snych pro­ble­mów z En­klawą.

- En­klawa nie jest na­szym pro­ble­mem. Jak my­ślisz, dla­czego po­sta­no­wi­li­śmy za­miesz­kać aż tu­taj?

- My­lisz się. En­klawa to pro­blem nas wszyst­kich. Je­śli na­strę­cza trud­no­ści nam, to wam rów­nież.

- Słu­chaj, nie bę­dziemy to­le­ro­wać... - wy­pa­lił Tho­mas­son i już za­czął wy­ma­chi­wać rę­kami, ale tam­ten za­raz mu prze­rwał.

- Bo co zro­bisz?! - wrza­snął Mi­guel. - Za­łożę się, że gdy­by­śmy się prze­szli po wa­szych do­mach, to zna­leź­li­by­śmy sporo świe­żego mięsa i in­nych sma­ko­ły­ków. Chcesz, że­by­śmy to zro­bili? Chcesz uda­wać twar­dziela i zruj­no­wać za­ufa­nie, któ­rym was da­rzymy?

- Je­śli to zro­bi­cie, to nie bę­dzie­cie lepsi od zbój­ców. A gdy my w zi­mie po­mrzemy z głodu, kto wam do­star­czy mięso na wio­snę?

- Dość ga­da­nia, Tho­mas­son. Ła­du­je­cie to mięso czy mam was zmu­sić? - Mi­guel po­kle­pał ka­burę.

Tho­mas­son długo pa­trzył na niego z prze­korą, ale osta­tecz­nie od­wró­cił się do sto­ją­cych za sobą lu­dzi i kiw­nął głową. Dwaj męż­czyźni pod­nie­śli skrzynkę sto­jącą obok szopy, gdzie ukry­wała się Pan­dora, i ru­szyli z ła­dun­kiem w stronę qu­adów.

Pan­dora wy­chy­liła głowę, żeby le­piej wi­dzieć, co się dzieje na placu. Męż­czyźni po­sta­wili skrzynkę obok po­jaz­dów i za­częli przy­wią­zy­wać zwie­rzynę do kra­tek za­mon­to­wa­nych z tyłu. Po­ma­gał im je­den z młod­szych człon­ków Wil­czej Gwar­dii. Dru­giego nie wi­działa. Na­raz usły­szała coś zza ple­ców. Na­tych­miast się od­wró­ciła, lewą rękę od­ru­chowo pod­nio­sła się na wy­so­kość twa­rzy, a prawą zła­pała nóż my­śliw­ski. Nim go wy­jęła, zo­rien­to­wała się, kto wszedł do szopy.

- Co tu ro­bisz? - syk­nęła.

Ale­xan­der pod­szedł do niej na czwo­ra­kach i usiadł obok. Miał na so­bie kurtkę z daw­nego świata z zie­lon­ka­wym ka­mu­fla­żem. Jakby dzięki niej był sta­wał się nie­wi­do­czny.

- Ciii - szep­nął. - Je­den z nich wła­śnie po­szedł za domy się wy­si­kać. Chyba mnie nie wi­dział.

- Jak mnie zna­la­złeś? - spy­tała rów­nież szep­tem. Skoro Ale­xan­der ją za­uwa­żył, to tamci pew­nie też mo­gli.

- Od­kąd przy­je­chali, ob­ser­wo­wa­łem drogę z na­szego domu. Po­my­śla­łem, że przyj­dziesz od wschodu. Wi­dzia­łem, jak się skra­da­łaś.

Pan­dora miała ochotę go po­pro­sić, żeby so­bie po­szedł, za­nim przez niego oboje zo­staną poj­mani, ale pew­nie na­ro­biłby wię­cej ha­łasu, niż zo­sta­jąc. Przy­tknęła pa­lec do warg, żeby go uci­szyć, i ręką po­ka­zała mu, żeby schy­lił głowę. Zsu­nął się ni­żej i wtedy po­now­nie od­wró­ciła się w stronę placu.

Zo­ba­czyła, jak tam­ten byk z Wil­czej Gwar­dii szep­cze coś Mi­gu­elowi do ucha.

- Tho­mas­son, jest jesz­cze jedna sprawa - za­brzmiał ni­ski głos Mi­gu­ela.

Tho­mas­son z re­zy­gna­cją od­da­lił się od grupki miesz­kań­ców szep­czą­cych o czymś za­wzię­cie.

- Le­karz - oznaj­mił krótko wy­słan­nik Wil­czo­grodu.

Pan­dora stru­chlała za sto­sem drew. Ale­xan­der po­ło­żył jej dłoń na ra­mie­niu.

- Jaki le­karz? - Tho­mas­son wy­glą­dał na szcze­rze za­sko­czo­nego.

- Gdzieś w do­li­nie mieszka po­noć le­karz. Jest nam po­trzebny.

- Pierw­sze sły­szę - od­burk­nął Tho­mas­son.

- Po­trze­bu­jemy le­ka­rza i wiem, że wy go ma­cie. Który to? - Mach­nął go­glami w stronę grupki miesz­kań­ców.

- Od ja­kichś dzie­się­ciu lat nie mieszka tu ża­den le­karz. Nie wiem, co się z nim stało. Poza tym ma­cie w Wil­czo­gro­dzie le­ka­rza. Od lat do­star­czamy mu złom.

Pan­dora mocno za­ci­skała wargi. Tho­mas­son na­prawdę ro­bił, co mógł, żeby nie zdra­dzić jej ojca.

- Tam­ten umarł. - Mi­guel po­wie­dział to chłodno, jakby mó­wił o bez­pań­skim psie. - Wio­sną na coś za­cho­ro­wał i umarł. Wi­docz­nie nie był zbyt do­brym le­ka­rzem.

- Przy­kro mi, ale nie mogę po­móc. Za­bra­li­ście nam mięso, to musi wy­star­czyć - od­parł sta­now­czo Tho­mas­son.

Mi­guel za­mie­rzał po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale do roz­mowy ostrym to­nem włą­czył się byk.

- A jak się czuje ten, o któ­rym mó­wi­łeś? Ten, który le­d­wie uszedł z ży­ciem po spo­tka­niu ze zbój­cami?

Tho­mas­son pa­trzył zmie­szany to na Mi­gu­ela, to na byka.

- My­ślimy, że się wy­liże. Zaj­mu­jemy się nim na tyle, na ile je­ste­śmy w sta­nie.

- Ja­kie od­niósł ob­ra­że­nia? - drą­żył męż­czy­zna i pod­szedł cał­kiem bli­sko Tho­mas­sona. Był od niego o głowę wyż­szy i znacz­nie młod­szy.

- Ma zła­maną rękę i skrę­cony nad­gar­stek w dru­giej ręce. Ude­rzył się też mocno w głowę, pew­nie ma wstrzą­śnie­nie mó­zgu. - Tho­mas­son mó­wił tak ci­cho, że Pan­dora z tru­dem roz­róż­niała słowa.

- Chcie­li­by­śmy zo­ba­czyć pa­cjenta. Je­śli po­tra­fi­cie po­móc jemu, to nam też bę­dzie­cie umieli. Do­my­ślam się, że ta­kie zła­ma­nie ręki może na­sta­wić tylko le­karz.

- Ale on... śpi.

- Gdzie on jest?! - wrza­snął tam­ten. Bły­ska­wicz­nie wy­jął pi­sto­let i wy­ce­lo­wał nim w głowę Tho­mas­sona, który cof­nął się prze­ra­żony i uniósł ręce.

- Tylko spo­koj­nie - ode­zwał się nowy głos. Na­le­żał do Jo­hana Han­gela miesz­ka­ją­cego sa­mot­nie w Citta Bianca.

Pan­dora ni­gdy za nim nie prze­pa­dała. Z dzie­ciń­stwa za­pa­mię­tała go jako wiecz­nie roz­gnie­wa­nego. Tylko jej mama umiała spra­wić, że się uśmie­chał. "To wina two­jego ojca, że twoja matka nie żyje. Po­wi­nien był bar­dziej na nią uwa­żać", po­wie­dział jej kie­dyś. I choć wie­działa, że to nie była prawda, i tak zro­biło jej się przy­kro.

Han­gel wy­stą­pił z grupy i sta­nął obok Tho­mas­sona.

- Może się do­ga­damy.

- Ale o czym tu ga­dać? Po­wiedz mi po pro­stu, gdzie leży wasz pa­cjent - za­pro­te­sto­wał byk i prze­kie­ro­wał lufę na Han­gela.

Ten zu­peł­nie to zi­gno­ro­wał i wy­ja­śnił:

- O le­ka­rzu. Po­roz­ma­wiajmy o le­ka­rzu.

Pan­dora po­czuła, jak puls jej przy­śpie­sza, a od­dech staje się płytki. Była zła i prze­stra­szona jed­no­cze­śnie. Co on wy­pra­wiał?

- Więc ga­daj o le­ka­rzu - za­ko­men­de­ro­wał Mi­guel.

- Wi­dzę, że bar­dzo wam za­leży na zna­le­zie­niu le­ka­rza. Może bar­dziej niż na mię­sie?

- Do rze­czy, star­cze - nie­cier­pli­wił się byk.

- Mó­wię tylko, że mo­żemy za­wrzeć nową umowę, dzięki któ­rej każdy do­sta­nie to, czego chce. Je­śli uda nam się za­ła­twić wam le­ka­rza, to może wy w przy­szło­ści bę­dzie­cie w sta­nie za­ofe­ro­wać nam roz­sąd­niej­szy bar­ter za na­sze mięso i skóry?

Han­gel uśmiech­nął się zna­cząco do obu przy­by­szów.

- Jo­han, nie mo­żesz za­wrzeć ta­kiej umowy! - za­pro­te­sto­wał Tho­mas­son.

- Dla­czego nie? - wark­nął Han­gel. - Na co nam le­karz, je­śli Wil­czo­gród i tak nie daje nam żyć? Nie niszczmy do­brych re­la­cji z mia­stem z po­wodu bła­hostki.

Tho­mas­son zła­pał się za głowę zroz­pa­czony, a miesz­kańcy za jego ple­cami za­częli po­mru­ki­wać mię­dzy sobą.

- Czyli ma­cie le­ka­rza - stwier­dził byk.

- Nie­wy­klu­czone, że zna­la­złby się ja­kiś, o ile doj­dziemy do po­ro­zu­mie­nia co do no­wej umowy. My­ślę, że od­tąd po­win­ni­śmy...

Jo­han Han­gel tak się za­pa­mię­tał w wy­kła­da­niu swo­jej pro­po­zy­cji, że nie zdą­żył za­re­ago­wać, gdy byk ude­rzył go w bok głowy rę­ko­je­ścią pi­sto­letu.

- Daj nam le­ka­rza, a my oce­nimy, ile jest dla nas wart. Ja­sne? Gdzie on jest?

Han­gel się za­to­czył. Trzy­mał się za głowę. Jego pew­ność sie­bie znik­nęła, kiedy zro­zu­miał, że lu­dzie z Wil­czo­grodu nie za­mie­rzali ne­go­cjo­wać. Było jed­nak za późno. Pa­trząc w lufę pi­sto­letu, drżącą ręką wska­zał na odra­pany dom z wy­bla­kłymi zie­lo­nymi oknami i drzwiami. Byk z Wil­czej Gwar­dii udał się w tamtą stronę, a Mi­guel zo­stał, żeby przy­pil­no­wać, aby nikt z po­zo­sta­łych miesz­kań­ców się nie ru­szył.

Chwilę póź­niej tam­ten wy­szedł z domu Marka. Po­py­chał przed sobą ojca Pan­dory i wy­ma­chi­wał pi­sto­le­tem, żeby nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, kto tu rzą­dzi.

Na wi­dok ojca Pan­dora ze­rwała się na równe nogi. Roz­po­znała re­zy­gna­cję na jego twa­rzy. Przez kilka lat po śmierci mamy czę­sto wi­dy­wała go w ta­kim sta­nie, choć on my­ślał, że uda­wało mu się to przed nią ukryć. Po­tem jed­nak tata już nie­mal za­wsze try­skał hu­mo­rem i ener­gią, przez co te­raz kon­trast był jesz­cze bar­dziej bo­le­sny.

Gdyby Ale­xan­der nie ob­jął jej i nie po­cią­gnął na trawę za szopą, na pewno by ją za­uwa­żyli.

- Zo­staw. Te­raz i tak nic nie mo­żesz zro­bić - szep­nął jej do ucha.

- Pusz­czaj! Za­bie­rają mo­jego tatę. - Pró­bo­wała mu się wy­rwać.

- Uspo­kój się! W ni­czym mu nie po­mo­żesz, wy­bie­ga­jąc te­raz na śro­dek placu.

Po­woli rze­czy­wi­ście udało jej się uspo­koić, a on roz­luź­nił uścisk. Le­żeli obok sie­bie w wy­so­kiej tra­wie.

- Nie znasz tych lu­dzi tak, jak ja ich znam. Wil­cza Gwar­dia bie­rze, co chce, i je­śli chcą le­ka­rza, to biorą le­ka­rza - tłu­ma­czył szep­tem Ale­xan­der.

- Ale dla­czego aku­rat tatę? Nie mogą wziąć ko­goś in­nego?

- Nie ma zbyt wielu in­nych. Może w En­kla­wie, ale nie tu­taj. Od trzy­dzie­stu lat nie szkoli się no­wych le­ka­rzy i więk­szość ich wie­dzy prze­pa­dła. Zna­cho­rów nie bra­kuje, ale le­ka­rzy ow­szem.

Usie­dli i znowu po­pa­trzyli na plac. Byk z Mi­gu­elem pro­wa­dzili Tri­stana w stronę qu­adów i prze­szli tuż obok ich dre­wutni.

- Wilk na­le­gał, że­by­śmy zna­leźli praw­dzi­wego le­ka­rza. Ni­komu in­nemu nie po­zwala się zbli­żać do swo­jej córki. Od wielu dni boli ją brzuch i ma wy­soką go­rączkę, a jej stan się po­gar­sza - wy­ja­śnił Mi­guel Tri­sta­nowi, który nie sta­wiał oporu, lecz szedł do­bro­wol­nie.

- To może być za­pa­le­nie wy­rostka ro­bacz­ko­wego. Po­win­ni­ście mieć na miej­scu ko­goś, kto umiałby się tym za­jąć.

- Skoro Wilk chce le­ka­rza, to tak ma być. Zrób, co do cie­bie na­leży, i za­nim się obej­rzysz, bę­dziesz mógł wró­cić do domu - za­pew­nił go Mi­guel i wska­zał na qu­ada. - Usią­dziesz z tyłu.

- A na­rzę­dzia? Daj mi chwilę, że­bym mógł się spa­ko­wać i za­brać za­pas ubrań. Chciał­bym się też po­że­gnać z... z Tho­mas­so­nem i po­zo­sta­łymi.

- Po­że­gnasz się, gdy wró­cisz. Vla­di­mir do­pil­nuje, żeby twoje rze­czy do­je­chały, ale te­raz mu­simy ru­szać. I tak za dużo czasu stra­ci­li­śmy w tej dziu­rze.

Tri­stan ro­zej­rzał się zroz­pa­czony. Pan­dora znów po­czuła prze­możną chęć, żeby pod­biec do niego, ob­jąć go i ni­gdy nie wy­pu­ścić z ra­mion, ale tym ra­zem sama zdo­łała ją stłu­mić.

Tri­stan wsiadł na qu­ada za jed­nym z mło­dych męż­czyzn.

- Trzy­maj się mocno, drogi są dziu­rawe - uprze­dził chło­pak i uru­cho­mił ma­szynę.

Mi­guel wy­mie­nił po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie z by­kiem, który naj­wy­raź­niej miał na imię Vla­di­mir, i ru­szył za Tri­sta­nem. Pan­dora ze szkli­stym wzro­kiem słu­chała sil­ni­ków obu po­jaz­dów, aż od­da­liły się na tyle, że w do­li­nie znów za­pa­dła ci­sza.

W ogóle nie za­uwa­żyła, że Ale­xan­der trzy­mał ją za rękę, do­póki lekko jej nie ści­snął.

- Tylko spo­koj­nie, Pan­doro. On so­bie po­ra­dzi. Za parę dni wróci.

Pan­dora i Ale­xan­der da­lej sie­dzieli w szo­pie, kiedy Vla­di­mir i drugi z mło­dych męż­czyzn szy­ko­wali swoje qu­ady. Dziew­czyna pa­trzyła pu­stym wzro­kiem na góry. W jej twa­rzy nie drgnął ża­den mię­sień. Te góry były je­dy­nym świa­tem, jaki znała. Były jej do­mem. A te­raz za­brano jej ojca i na­gle po­czuła się, jakby nie miała już domu. Jesz­cze przed chwilą Wil­czo­gród był po pro­stu miej­scem da­leko stąd. Zu­peł­nie jej obo­jęt­nym. A te­raz to miej­sce cał­kiem wy­peł­niło jej my­śli.

- Hej, Tho­mas­son. Weź skocz po rze­czy tego le­ka­rza. Za­wie­ziemy mu je - ryk­nął Vla­di­mir przez całą dłu­gość placu.

To­wa­rzy­szący mu chło­pak się wy­szcze­rzył. Zwi­jał wła­śnie ka­ble, któ­rymi na­ła­do­wali swoje qu­ady.

- Mam na­dzieję, że Wilk do­brze nas wy­na­gro­dzi za zna­le­zie­nie le­ka­rza - wy­znał.

- Na to bym nie li­czył. I na twoim miej­scu za bar­dzo bym się nie przy­zna­wał do tego, że bra­łeś udział w jego spro­wa­dza­niu.

- Niby czemu? - zdzi­wił się chło­pak. - My­śla­łem, że Wilk bę­dzie za­chwy­cony.

Vla­di­mir oparł się o qu­ada i po­jazd za­ko­ły­sał się na re­so­rach pod jego cię­ża­rem.

- Wilk bę­dzie za­chwy­cony, je­śli Mo­nica wy­zdro­wieje. Ale je­śli umrze, to trzeba bę­dzie wska­zać win­nego.

- Winny bę­dzie chyba le­karz?

Vla­di­mir przy­tak­nął.

- Le­karz jako pierw­szy wy­lą­duje w rzece z kulką w gło­wie. Ale z Wil­kiem ni­gdy nic nie wia­domo. Moż­liwe, że głów po­leci wię­cej.

- Sche­isse, o tym nie po­my­śla­łem - mruk­nął chło­pak.

Usły­szeli kroki na placu i Pan­dora roz­po­znała głos Tho­mas­sona:

- To jest torba le­ka­rza. Bądź tak miły i mu ją prze­każ. Jak my­ślisz, kiedy z nim wró­ci­cie? Mo­żemy wy­słać w góry wię­cej lu­dzi i zdo­być dla was mięso. Może za ty­dzień?

- Tak, pew­nie z ty­dzień zej­dzie. Trzy­maj­cie po pro­stu to mięso w go­to­wo­ści - od­parł chłodno Vla­di­mir.

- No tak, do­brze, to dzię­kuję - mruk­nął Tho­mas­son wy­raź­nie stre­mo­wany i za­raz się od­da­lił. Kiedy tylko so­bie po­szedł, chło­pak sko­men­to­wał sła­bym to­nem:

- Po­zo­staje mieć na­dzieję, że uda mu się wy­le­czyć tę małą. Ina­czej prze­cież nie wróci.

Vla­di­mir, który przy­wią­zy­wał torbę, skwi­to­wał wes­tchnie­niem na­iw­ność mło­dego czło­wieka:

- On nie wróci tak czy siak. Praw­dziwy le­karz jest dziś bez­cenny. Je­śli wy­le­czy Mo­nicę, to Wilk pew­nie otwo­rzy wła­sną kli­nikę. Lu­dzie będą pła­cili kro­cie, żeby ich zba­dał praw­dziwy le­karz.

- Ale tylko je­śli rze­czy­wi­ście ją wy­le­czy. Do­bra, mo­żemy już je­chać? W tych gó­rach za­wsze do­staję pa­ra­noi.

Uru­cho­mili sil­niki i wy­je­chali z mia­sta.

Pan­dora pa­trzyła na biały por­ce­la­nowy ta­lerz przed sobą. Le­żały na nim dwie kromki chleba z sa­lami, jabłko i po­mi­dor. Po co ją kar­mili? Prze­cież to nie zwróci jej ojca.

Ale­xan­der za­cią­gnął ją na plac do po­zo­sta­łych krótko po tym, jak tamci od­je­chali. Wszy­scy miesz­kańcy mia­steczka z wy­jąt­kiem Marka po­wy­cho­dzili z do­mów i roz­ma­wiali pod­nie­sio­nymi gło­sami, aż do­strze­gli Pan­dorę. Wtedy roz­mowy po­woli uci­chły.

Zo­ba­czyła, że Jo­han Han­gel trzy­mał się na ubo­czu. Na­tych­miast wez­brała w niej złość i miała ochotę rzu­cić się na niego tak, jak ją na­uczyła An­gie. Ko­pać go w głowę, wy­bić mu bark ze stawu i dźgać go no­żem, aż się wy­krwawi. Lecz nie zro­biła nic. Gniew po­woli z niej spły­nął, a ona czuła, jakby wraz z nim opu­ściła ją cała ener­gia.

To Tho­mas­son i ro­dzice Ale­xan­dra po­de­szli do niej i za­pro­wa­dzili ją do domu, gdzie po­sa­dzili ją przy stole. Ro­dzice Ale­xan­dra, Ulrich i Be­ate, szybko przy­go­to­wali coś do je­dze­nia i po­sta­wili przed nią ta­lerz, a Lola, jego młod­sza sio­stra, ga­piła się na Pan­dorę wiel­kimi oczami, do­póki Ulrich nie ka­zał jej iść na pię­tro. Cały dom był jak mu­zeum daw­nego świata. Na pół­kach stały pu­dełka z bez­u­ży­tecz­nymi na pierw­szy rzut oka ar­te­fak­tami, które oni jed­nak pie­czo­ło­wi­cie myli, kon­ser­wo­wali i na­pra­wiali, żeby znów mo­gły im słu­żyć.

Byli zło­mia­rzami. Ich praca po­le­gała na wę­dro­wa­niu po opusz­czo­nych mia­stach i osa­dach i szu­ka­niu w nich po­zo­sta­ło­ści daw­nego świata, które jesz­cze mogą się do cze­goś przy­dać. Bar­dzo po­pu­lar­nym to­wa­rem były oku­lary. Pa­nele sło­neczne, aku­mu­la­tory z sa­mo­cho­dów elek­trycz­nych, ka­ble i czę­ści za­pa­sowe do tur­bin wia­tro­wych rów­nież ce­niono w han­dlu wy­mien­nym, cho­ciaż co­raz trud­niej było je zna­leźć. Prze­waż­nie zwo­zili na­rzę­dzia, sprzęt ku­chenny, książki, ubra­nia i buty, bo na nie było naj­więk­sze za­po­trze­bo­wa­nie. Część z tych rze­czy zo­sta­wała w mia­steczku, ale więk­szość wy­mie­niali w Wil­czo­gro­dzie na je­dze­nie albo inne to­wary.

- Na drze­wie pod mia­stem zo­sta­wi­łam ple­cak. Jest w nim mięso dla was - Pan­dora zwró­ciła się do Tho­mas­sona i wska­zała kie­ru­nek.

Sym­pa­tyczny star­szy pan sie­dział na wprost niej.

- Ale­xan­drze, pój­dziesz po niego?

Wi­dać było, że chło­pak nie ma ochoty opusz­czać kuchni zaj­mu­ją­cej cały par­ter domu, ale po­słu­chał prośby prze­wod­ni­czą­cego rady.

Be­ate przy­nio­sła im wszyst­kim her­batę i usie­dli wo­kół stołu. Tego sa­mego, przy któ­rym Pan­dora i Tri­stan sie­dzieli dwa lata temu na pa­mięt­nej ko­la­cji. Wtedy do­ro­śli roz­ma­wiali, a ona i Ale­xan­der nie­po­rad­nie ucie­kali przed swoim spoj­rze­niem. Te­raz tylko ona uni­kała kon­taktu wzro­ko­wego. Nie mo­gła znieść ich współ­czu­cia, które czuła na so­bie, na­wet na nich nie pa­trząc.

- Nie trać du­cha - po­cie­szał ją Tho­mas­son. - Tri­stan jest mą­dry i na pewno wróci.

- Nie, nie wróci. - Znów się w niej za­go­to­wało. Naj­wy­raź­niej nie zda­wali so­bie sprawy z po­wagi sy­tu­acji.

- To świetny le­karz, na pewno ura­tuje to dziecko - włą­czyła się matka Ale­xan­dra.

- Czy wy na­prawdę nie ro­zu­mie­cie?! - Pan­dora krzyk­nęła i ude­rzyła w stół, aż ta­lerz pod­sko­czył, a her­bata wy­lała się z kubka. - On nie wróci! Kła­mali, gdy obie­cali, że nie­długo przy­wiozą go z po­wro­tem. Sły­sza­łam, co po­wie­dzieli, za­nim od­je­chali. Mój tata nie wróci, bo dla­czego mie­liby się po­zby­wać le­ka­rza, skoro pra­wie ża­den już nie zo­stał? Za­drwili z cie­bie, Tho­mas­son!

Nikt się nie ode­zwał. Jakby po­trze­bo­wali czasu, żeby po­jąć to, co po­wie­działa. Pan­dora zja­dła kilka kę­sów ka­na­pki, nie czu­jąc smaku.

W końcu Tho­mas­son prze­rwał ci­szę. Jego dło­nie, jak ni­gdy, po pro­stu le­żały na stole.

- Być może masz ra­cję, Pan­doro. Może do­bro­wol­nie nie po­zwolą mu wró­cić. Ale nie lek­ce­waż wa­lecz­no­ści swo­jego ojca. By­wał już w gor­szych opa­łach i po­trafi so­bie ra­dzić w tym dzi­kim świe­cie. Mu­simy tylko uzbroić się w cier­pli­wość. I po­stę­po­wać z roz­wagą. Nie po­win­ni­śmy do reszty psuć na­szych re­la­cji z Wil­czo­gro­dem, na­wet je­śli obec­nie nie są naj­lep­sze.

Pan­dora wie­działa, że Tho­mas­son ma ra­cję. Jej oj­ciec był naj­od­waż­niej­szym czło­wie­kiem, ja­kiego znała, i wy­cho­dził ze znacz­nie więk­szych ta­ra­pa­tów. Ale to było dawno temu, kiedy był młod­szy. I za­nim zo­stał oj­cem. Te­raz był jej tatą i bez względu na to, co mó­wił prze­wod­ni­czący rady, Pan­dora nie umiała wy­rzu­cić z głowy słów Vla­di­mira, że "le­karz jako pierw­szy wy­lą­duje w rzece z kulką w gło­wie".

- Wilk zdo­był za dużą wła­dzę - po­wie­dział ci­cho Ulrich. - Od kilku lat miesz­kańcy Wil­czo­grodu co­raz bar­dziej boją się ro­bić z nami in­te­resy. Wilk stwo­rzył na wła­sny uży­tek cał­kiem sprawną małą ar­mię, którą na­zywa gwar­dią i która re­kwi­ruje sporą część to­wa­rów tra­fia­ją­cych do mia­sta. Wy­gląda na to, że te­raz ude­rzają rów­nież w nas.

Ale­xan­der wró­cił zdy­szany, bo całą drogę biegł. Wrę­czył ple­cak Pan­dory ma­mie, a ta za­częła wyj­mo­wać z niego mięso.

Tho­mas­son po­ki­wał głową.

- Na miesz­kań­ców Wil­czo­grodu nie mo­żemy już li­czyć. Po­win­ni­śmy się ra­czej za­sta­no­wić, jak so­bie po­ra­dzimy bez to­wa­rów, które do­tąd od nich do­sta­wa­li­śmy. Moż­liwe, że w naj­gor­szym ra­zie przyj­dzie nam opu­ścić mia­sto, je­śli oni nie prze­staną kraść na­szych za­pa­sów mięsa. Wy naj­le­piej ze wszyst­kich zna­cie oko­liczne lasy. Są w nich ja­kieś miej­sca, które nada­wa­łyby się do za­sie­dle­nia?

- Nie wie­rzę! - wy­pa­lił Ale­xan­der. - Chce­cie po pro­stu uciec? Nie mo­żemy się im ja­koś prze­ciw­sta­wić?

- Nie, nie mo­żemy się prze­ciw­sta­wić - wes­tchnął jego oj­ciec. - Jest nas dwa­dzie­ścioro i pra­wie nie mamy broni. Jak mie­li­by­śmy się prze­ciw­sta­wić gang­ste­rom z Wil­czej Gwar­dii? Je­śli spró­bu­jemy, roz­niosą nas w pył.

- Ale to na­sze mia­sto. Nie wolno nam tak po pro­stu dać się stąd wy­go­nić.

Oj­ciec wes­tchnął.

- Ale­xan­drze, na­czy­ta­łeś się ksią­żek z daw­nego świata. Dzi­siaj nikt już ni­czego nie po­siada, a sil­niej­szy ma za­wsze ra­cję. Je­śli skon­flik­tu­jemy się z Wil­kiem, to bę­dziemy mieli wy­bór mię­dzy ucieczką a śmier­cią.

Pan­dora do­koń­czyła je­dze­nie i wstała.

- Będę się zbie­rać - oznaj­miła i wy­jęła z ple­caka ma­nie­rkę, żeby na­lać do niej wody. - Tu­taj nie cho­dzi o was. Tu cho­dzi wy­łącz­nie o mnie i mo­jego tatę. My na­wet nie miesz­kamy w Citta Bianca.

Tho­mas­son rów­nież wstał i po­ło­żył dło­nie na jej ra­mio­nach.

- Ależ tu cho­dzi o nas wszyst­kich, Pan­doro. Nie miesz­ka­cie w mie­ście, ale je­ste­ście czę­ścią wspól­noty. Stra­ci­łaś już matkę, nie po­zwo­limy, abyś stra­ciła rów­nież ojca! Obie­cuję, że zro­bimy, co w na­szej mocy, aby za­wrzeć z Wil­czo­gro­dem umowę, gdy na­stęp­nym ra­zem przy­jadą tu przed­sta­wi­ciele gwar­dii. Bę­dziemy mu­sieli zna­leźć roz­wią­za­nie, na­wet je­śli okaże się dla nas kosz­towne.

Pan­dora strą­ciła dło­nie Tho­mas­sona i za­ło­żyła kurtkę.

- Do­kąd chcesz iść? - Ale­xan­der pró­bo­wał ją za­trzy­mać. - Nie wo­lisz za­cze­kać tu­taj, aż do­wiemy się cze­goś o twoim ta­cie? Nie mo­żesz prze­cież miesz­kać tak wy­soko cał­kiem sama.

- Idę za nim. Pójdę do Wil­czo­grodu i go znajdę.

Wszy­scy czworo za­częli te­raz je­den przez dru­giego prze­ko­ny­wać ją, jak zły jest ten po­mysł, ale ucięła wszel­kie dys­ku­sje:

- Wiem, że to mój dom, miesz­ka­łam tu całe ży­cie, ale ja­kie to ma zna­cze­nie, kiedy nie ma taty? Tylko on mi zo­stał. Pew­nie wie­dział, że tak się sta­nie. Że któ­re­goś dnia zo­stanę cał­kiem sama. Wła­śnie na to przy­go­to­wy­wał mnie przez te wszyst­kie lata, od­kąd za­mor­do­wano mamę. Tylko że on jesz­cze nie umarł. Jest w Wil­czo­gro­dzie, a ja nie je­stem go­towa po­rzu­cić na­dziei, że go od­zy­skam. Jesz­cze nie.

Za­rzu­ciła so­bie ple­cak na ra­mię i po­de­szła do drzwi. Im szyb­ciej wy­ru­szy w drogę, tym le­piej.

- Za­cze­kaj, Pan­doro! Idę z tobą - po­sta­no­wił Ale­xan­der.

- Ni­g­dzie nie idziesz! - za­pro­te­sto­wała jego mama.

Pan­dora od­wró­ciła się w progu i po­pa­trzyła na niego. Nie da­lej jak wczo­raj roz­ma­wiali ze sobą po raz pierw­szy od dwóch lat, a te­raz on jej pro­po­nuje, że wy­ru­szy z nią na wy­prawę, któ­rej cel dla niej sa­mej był nie­wia­domą.

- Dzięki, Sa­la­man­drze, ale nie mo­żesz ze mną iść. Twoja ro­dzina jest tu­taj i po­wi­nie­neś się z tego cie­szyć.

- Znam świat le­piej od cie­bie. Tak wielu rze­czy nie wiesz, Pan­doro!

Uśmiech­nęła się do niego z wdzięcz­no­ścią i za­mknęła za sobą drzwi.

- W ta­kim ra­zie będę mu­siała się ich do­wie­dzieć - po­wie­działa do sie­bie.

Opo­wieść Tri­stana

- Nikt nie wie, jak długo trwała erup­cja Toby. Ale świat, który ludz­kość bu­do­wała przez ty­siąc­le­cia, zo­stał w krót­kim cza­sie sku­tecz­nie uni­ce­stwiony. Wszystko, co uwa­ża­li­śmy za oczy­wi­ste, roz­pa­dło się na na­szych oczach.

Pan­dora zo­sta­wiła za sobą za­bu­do­wa­nia Citta Bianca. Przy­po­mniała so­bie, jak tata opo­wia­dał o cza­sach, gdy cały świat mu się za­wa­lił. Te­raz czuła się, jakby jej wła­sny świat po­woli ob­ra­cał się w pył. Może tata w pierw­szych dniach po wy­bu­chu czuł taką samą trwogę, jaka prze­peł­niała ją te­raz. Może on też miał wra­że­nie, że je­śli wy­daje się, że zni­kąd nie ma ra­tunku, to tym bar­dziej na­leży kur­czowo trzy­mać się każ­dego, na­wet naj­mniej­szego okru­cha na­dziei.

Jego opo­wieść o upadku świata mocno od­ci­snęła się w pa­mięci Pan­dory, choć tak wielu rze­czy z niej nie ro­zu­miała.

- Trze­ciego dnia erup­cji, za­miast je­chać do pracy, zo­sta­łem w domu. Pa­mię­tam, że pa­no­wał wtedy chaos, bo lu­dzie wresz­cie zro­zu­mieli, że ich ży­cie musi się zmie­nić. Ale jak? Co wła­ści­wie na­leży zro­bić, kiedy Zie­mię spo­tkała tak wielka ka­ta­strofa? Nikt nas na to nie przy­go­to­wał. W wia­do­mo­ściach po­wta­rzali, że trzeba za­cho­wać spo­kój i cze­kać na in­struk­cje od wła­ści­wych służb. Tylko że żadne in­struk­cje nie nad­cho­dziły. Wy­daje mi się, że tam­tego dnia wielu lu­dzi uświa­do­miło so­bie, że sprawy mogą przy­brać fa­talny ob­rót.

Na­stęp­stwa wy­bu­chu Toby roz­cho­dziły się po azja­tyc­kich kra­jach jak kręgi na wo­dzie. Wszy­scy byli w szoku. Ci, któ­rzy miesz­kali w Azji, my­śleli tylko o tym, jak się schro­nić przed chmurą, która wkrótce do nich do­trze. Ci, któ­rzy miesz­kali da­lej od Toby, za­sta­na­wiali się, jak bar­dzo ten pył może się roz­prze­strze­nić. Czy może ude­rzyć w wiel­kie kraje, ta­kie jak In­die, Chiny czy Au­stra­lia? A co z Ro­sją i miej­scami jesz­cze bar­dziej od­da­lo­nymi, obiema Ame­ry­kami czy na­wet Eu­ropą, która znaj­do­wała się naj­da­lej od wul­kanu?

Kraje po­ło­żone naj­bli­żej Toby za­my­kały się je­den po dru­gim i nie było o nich żad­nych wie­ści. Ale tym, co lu­dzi mar­twiło naj­bar­dziej, było to, jak sami so­bie po­ra­dzą. Wszystko po­woli prze­sta­wało dzia­łać, po­nie­waż co­raz wię­cej osób prze­sta­wało przy­cho­dzić do pracy. Po­za­my­kano szkoły, z czego dzieci pew­nie się cie­szyły. W in­nych ob­sza­rach kon­se­kwen­cje były po­waż­niej­sze. Na wsiach rol­nicy mu­sieli wy­le­wać mleko na pola, bo mle­czar­nie prze­stały je od nich od­bie­rać. Za­my­kano sklepy z po­wodu braku no­wych to­wa­rów oraz nie­obec­no­ści pra­cow­ni­ków. Prze­stały kur­so­wać po­ciągi i au­to­busy.

Pod ko­niec trze­ciego dnia chcia­łem ku­pić parę rze­czy w lo­kal­nym skle­piku. Już wtedy bra­ko­wało wielu pro­duk­tów. Kon­serwy, ryż, ma­ka­ron, mąkę i inną żyw­ność o dłu­gim ter­mi­nie waż­no­ści do­słow­nie wy­mio­tło z pó­łek. A kiedy chcia­łem za­pła­cić kartą, nie dzia­łała. Na­gle nikt nie był w sta­nie za­pła­cić za za­kupy. Oczy­wi­ście wy­wo­ły­wało to mnó­stwo na­pięć, bo różne rze­czy były lu­dziom po­trzebne, a sprze­dawcy nie zga­dzali się, żeby klienci po pro­stu je so­bie brali. Grupa mło­dzieży tak wła­śnie zro­biła - wzięła pro­dukty z pó­łek i wy­szła bez pła­ce­nia. Sprze­dawca wpadł w amok. Pró­bo­wał ich po­wstrzy­mać, ale dzie­ciaki ode­pchnęły go i prze­wró­ciły na pod­łogę. Po­tem męż­czy­zna mniej wię­cej w moim wieku rów­nież wy­biegł z siatką pełną za­ku­pów i wkrótce wszy­scy tak zro­bili. Sprze­dawca wstał i pa­trzył onie­miały, jak cał­kiem zwy­kli lu­dzie okra­dali jego sklep.

Chwilę z nim po­sta­łem. Upa­da­jąc, roz­ciął skórę nad okiem, opa­trzy­łem mu ranę i spró­bo­wa­łem go uspo­koić. Ten czło­wiek nie wie­dział, co po­cząć. Ta­kim kra­dzie­żom nie dało się za­po­biec. Chciał za­mknąć drzwi, ale lu­dzie cały czas wpy­chali się do środka, więc nie było na to szans. Osta­tecz­nie od­piął iden­ty­fi­ka­tor z kie­szeni na piersi i po pro­stu wy­szedł. Ja za­bra­łem swoje za­kupy i też wy­sze­dłem bez pła­ce­nia.

Po po­wro­cie do domu do­wie­dzia­łem się, że wszyst­kie świa­towe banki i giełdy zo­stały za­mknięte do od­wo­ła­nia z obawy przed cał­ko­wi­tym za­ła­ma­niem glo­bal­nej go­spo­darki. To ozna­czało, że nikt już nie mógł uży­wać pie­nię­dzy jako środka płat­ni­czego.

Czwar­tego dnia za­częły się prze­rwy w do­sta­wach prądu, a dzień póź­niej wy­łą­czono prąd w ca­łym kraju. I już go nie włą­czono. Na­stała ciem­ność. Kom­pu­tery, te­le­wi­zory, te­le­fony, cała elek­tro­nika, od któ­rej tak się uza­leż­ni­li­śmy, prze­stała dzia­łać. Bez prądu je­dze­nie w lo­dów­kach i za­mra­żar­kach sta­wało się nie­zdatne do spo­ży­cia. Nie mo­gli­śmy też przy­go­to­wy­wać po­sił­ków w kuch­niach, bo wszyst­kie sprzęty były na prąd. Woda prze­stała le­cieć z kra­nów, a ka­lo­ry­fery zro­biły się zimne.

Na ko­niec opu­sto­szały ulice, bo nikt nie miał ochoty wy­cho­dzić z domu. To­talne za­ła­ma­nie sys­temu do­tarło do Da­nii.

Jedną z ostat­nich rze­czy, ja­kie usły­sza­łem, za­nim od­cięto prąd, była in­for­ma­cja, że erup­cja Toby trwa w naj­lep­sze i nic nie wska­zuje na to, aby miała się wy­ci­szać. Nie wiem, ile się to cią­gnęło, ale są­dzę, że długo.

- A ty? Jak udało ci się prze­trwać? - spy­tała Pan­dora z obawą w gło­sie.

Tri­stan z bo­le­sną szcze­ro­ścią opo­wie­dział córce o swo­ich przej­ściach:

- Na reszt­kach prądu, ja­kie mi zo­stały w sa­mo­cho­dzie, do­je­cha­łem do domu ro­dzi­ców. Wielu tak wtedy ro­biło. Za­miast sie­dzieć w sa­mot­no­ści, lu­dzie wo­leli być ra­zem i więk­szość chciała spę­dzić ten czas z bli­skimi.

Moi ro­dzice, czyli twoja bab­cia i twój dzia­dek, miesz­kali na wsi. Mieli owce, kury i nie­wielki las. Sami upra­wiali wa­rzywa i owoce, zbie­rali ja­gody, a mój tata po­lo­wał. Z za­wodu był le­ka­rzem, tak jak ja, ale wtedy prze­szedł już na eme­ry­turę. Mama na­dal pra­co­wała jako księ­gowa w ma­łej fir­mie. Ża­łuję, że ich nie po­zna­łaś. Nie­stety, oboje zmarli krótko po wy­bu­chu. Po­ko­cha­ła­byś ich, a oni po­ko­cha­liby cie­bie.

Oczy­wi­ście nie wszy­scy wra­cali na łono ro­dziny. Nie­któ­rzy spo­ty­kali się w gro­nie przy­ja­ciół albo po są­siedzku. A byli i tacy, któ­rzy łą­czyli się w gangi. Już w pierw­szym ty­go­dniu od wy­bu­chu lu­dzie za­częli opo­wia­dać o ban­dach, prze­waż­nie mło­dych męż­czyzn, które gra­so­wały po oko­licy jak dzi­kie zwie­rzęta. Po­li­cja nie re­ago­wała, więc ro­bili, co chcieli. Kra­dli, co się dało, ale głów­nie je­dze­nie, broń i to, co war­to­ściowe. Jeź­dzili od mia­sta do mia­sta skra­dzio­nymi sa­mo­cho­dami i brali, co chcieli. Prze­mocą, je­śli lu­dzie nie zdą­żyli się ukryć.

By­łem u ro­dzi­ców od kilku dni, kiedy sta­rym dżi­pem wje­chali na ich po­dwórko. Ro­bi­li­śmy wła­śnie za­pasy żyw­no­ści, bo stało się dla nas ja­sne, że mi­nie sporo czasu, za­nim wszystko wróci do normy. Wy­szli­śmy z tatą przed dom zo­ba­czyć, kto przy­je­chał. Zda­rzało się, że któ­ryś z są­sia­dów przy­cho­dził po­dzie­lić się naj­now­szymi plot­kami. Ale to nie był nikt zna­jomy. Z sa­mo­chodu wy­siadł młody czło­wiek o za­cię­tej twa­rzy i ze strzelbą my­śliw­ską w ręce. Kiedy zaj­rza­łem do jego sa­mo­chodu, zo­ba­czy­łem w nim skrzynki pełne je­dze­nia i ka­ni­stry z ben­zyną. On nie przy­je­chał na po­ga­wędkę, ale żeby za­brać na­sze je­dze­nie.

Pró­bo­wa­li­śmy z nim roz­ma­wiać, ale w kółko po­wta­rzał tylko, że mamy mu przy­nieść mięso. Stał ze strzelbą na ra­mie­niu i ka­zał so­bie pa­ko­wać rze­czy, jakby przy­szedł do sklepu mię­snego na za­kupy. Oczy­wi­ście nie chcie­li­śmy mu ni­czego da­wać, ale gdy ktoś ma broń, to czło­wiek robi to, co ten ktoś każe. Strzelba mo­jego taty stała za­mknięta w sej­fie w sy­pialni, a amu­ni­cja le­żała w szu­fla­dzie w sa­lo­nie, więc by­li­śmy bez­bronni. Tata wy­tłu­ma­czył tam­temu czło­wie­kowi, że je­dyne mięso, ja­kie mamy, le­żało w za­mra­żarce, która od wielu dni nie była pod­łą­czona do prądu, ale je­śli chce, to niech je so­bie weź­mie. Tyle że bar­dzo szybko się ze­psuje. Lecz tam­ten męż­czy­zna chciał do­stać jedną z na­szych owiec. Po­wie­dział, że ma dość miej­sca w sa­mo­cho­dzie.

Osta­tecz­nie nie było wyj­ścia, mu­sie­li­śmy zro­bić, co ka­zał. Tata szedł przo­dem, ja za nim, a na końcu tam­ten, ze strzelbą. Szli­śmy w stronę obory i za­grody za do­mem. Le­d­wie prze­szli­śmy przez drzwi mię­dzy warsz­ta­tem a oborą, w któ­rej no­co­wały owce, kiedy usły­sza­łem nie­przy­jemny, głu­chy dźwięk. Od­wró­ci­łem się, aku­rat żeby zo­ba­czyć, jak męż­czy­zna osuwa się na pod­łogę, wy­wra­ca­jąc oczy biał­kami na wierzch. Mama przy­cza­iła się za drzwiami i te­raz stała, na­dal trzy­ma­jąc obu­rącz ciężką że­liwną pa­tel­nię. Wy­glą­dała, jakby była go­towa ude­rzyć po­now­nie, je­śli tam­ten da naj­mniej­szy znak ży­cia. Nie dał. Zmarł na miej­scu od ciosu za­da­nego przez moją mamę, która nie chciała się zgo­dzić, aby ktoś okra­dał nas z je­dze­nia.

Mnie za­raz ob­le­ciał strach, bo jak­kol­wiek by pa­trzeć, za­bi­li­śmy czło­wieka, ale ro­dzice byli w pełni opa­no­wani. Tata po­pro­sił, że­bym mu po­mógł za­brać zwłoki. Za­ko­pa­li­śmy je w le­sie. Po­tem wy­pa­ko­wa­li­śmy wszystko, co było w sa­mo­cho­dzie, a auto za­par­ko­wa­li­śmy w sto­dole są­sied­niego go­spo­dar­stwa, z któ­rego już i tak wszy­scy wy­je­chali.

To, że za­bi­li­śmy tam­tego męż­czy­znę, było oczy­wi­ście straszne, na­wet je­śli był po­spo­li­tym zło­dzie­jem. Ale tamto zda­rze­nie otwo­rzyło mi oczy. Do­piero wtedy tak na­prawdę do mnie do­tarło, wo­bec ja­kich wy­zwań sto­imy, je­śli chcemy prze­żyć. Nie cho­dziło tylko o to, że trzeba się za­bez­pie­czyć przed po­pio­łem i ciem­no­ścią. Ale rów­nież o to, że cała pro­duk­cja żyw­no­ści się za­trzy­mała i wkrótce jej za­brak­nie.

Ale­xan­der stał na skraju mia­sta i pa­trzył za Pan­dorą, jakby do końca li­czył na to, że dziew­czyna zmieni zda­nie i wróci, żeby za­miesz­kać z nim i jego ro­dziną.

A Pan­dora szła swoim zwy­kłym żwa­wym tem­pem przez otwarte pola na dnie do­liny, aż do­tarła do lasu, gdzie za­czy­nała się wspi­na­czka. Od tej chwili Ale­xan­der nie mógł jej wi­dzieć i na­gle po­czuła się strasz­li­wie sa­motna. Zwy­kle bez trudu utrzy­my­wała równe, szyb­kie tempo, także wspi­na­jąc się na pal­cach, czuj­nie ob­ser­wu­jąc oto­cze­nie i wy­szu­ku­jąc naj­do­god­niej­sze ścieżki. Te­raz góra wy­dała jej się pio­nową ścianą. Nogi zro­biły się cięż­kie jak po wie­lo­go­dzin­nym biegu i co chwila po­ty­kała się o ka­mie­nie i ko­nary.

Była cał­kiem sama.

Jej mamę za­mor­do­wano, gdy Pan­dora była mała, a te­raz tata stał się nie­wol­ni­kiem władcy Wil­czo­grodu. Tamci dwaj z Wil­czej Gwar­dii mó­wili, że Wilk za­bije Tri­stana, je­śli nie uda mu się wy­le­czyć jego córki. A Pan­dora, na­wet nie bę­dąc le­karką, wie­działa, że gdy ktoś cho­ruje, to ist­nieje spore ry­zyko, że umrze, po­nie­waż nie było już tego, co na­zy­wano szpi­ta­lami czy przy­chod­niami. Co, je­śli córce Wilka do­lega coś, co po pro­stu jest nie­ule­czalne?

Ro­dzi­com Ale­xan­dra i Tho­mas­so­nowi po­wie­działa, że wy­ru­sza za oj­cem. Że chce go zna­leźć i spro­wa­dzić do domu. I na­prawdę chciała to zro­bić, ale czy nie prze­ma­wiała przez nią po pro­stu mała, zbun­to­wana dziew­czynka? Czy nie był to tylko dzie­cinny, nie­prze­my­ślany wy­buch emo­cji?

Nie za­uwa­żyła ga­łęzi, która ude­rzyła ją w po­li­czek, aż za­pie­kło. Miała ochotę usiąść na ziemi i wy­krzy­czeć fru­stra­cję, ale stłu­miła to w so­bie i sku­piła się na sta­wia­niu kroku za kro­kiem.

Jak wła­ści­wie mia­łaby zna­leźć tatę? Czę­sto wę­dro­wali ra­zem, no­co­wali w głu­szy i wra­cali do domu na­stęp­nego dnia. Wspól­nie od­kry­wali ota­cza­jące ich góry i w tej chwili znała każdy skra­wek lasu w pro­mie­niu jed­nego dnia wę­drówki od ich chatki. Ale Wil­czo­gród le­żał nie­skoń­cze­nie da­lej, niż Pan­dora kie­dy­kol­wiek się za­pu­ściła. Czy w ogóle trafi do mia­sta? Czy wcze­śniej sto razy nie zgubi się w gó­rach? A je­śli w końcu tam do­trze, to jak wśród ty­siąca miesz­kań­ców od­naj­dzie tatę?

Wszystko wy­da­wało się bez­na­dziejne i przy­tła­cza­jące. Ale­xan­der się nie my­lił. Nie miała po­ję­cia, jak wy­gląda świat i jacy lu­dzie w nim żyją.

Czy na to wła­śnie tata przy­go­to­wy­wał ją przez więk­szość jej ży­cia? Czy od po­czątku prze­wi­dział, że któ­re­goś dnia zo­sta­nie sama i bę­dzie mu­siała so­bie ra­dzić? Moż­liwe, ale jed­nak za­wsze przy niej był i za­wsze mo­gła go za­py­tać, co i jak po­winna zro­bić. Ra­zem wszystko pla­no­wali i tata po­ma­gał jej po­ko­ny­wać wszel­kie prze­szkody. Nie, ab­so­lut­nie nie była go­towa do­kąd­kol­wiek wę­dro­wać na wła­sną rękę.

A co, je­śli po dro­dze ko­goś spo­tka? Co so­bie ten ktoś po­my­śli o dziew­czy­nie, która po­szła w świat cał­kiem sama? Czy po­winna w ogóle ufać lu­dziom, któ­rych nie zna? Może wszy­scy są tacy jak Jo­han Han­gel, który my­ślał tylko o so­bie i był go­tów za­ry­zy­ko­wać ży­cie dru­giego czło­wieka, byle tylko do­bić targu?

Albo je­śli się na­tknie na zbój­ców? Ow­szem, in­ten­syw­nie tre­no­wała sa­mo­obronę, ale co in­nego tre­ning z An­gie, a co in­nego star­cie z grupą zbój­ców. Po­tężne, umię­śnione byczki kon­tra sa­motna młoda ko­bieta. Może skoń­czy tak jak mama, za­nim w ogóle się zbliży do Wil­czo­grodu. Bę­dzie le­żała na ziemi, bez­rad­nie pró­bu­jąc się bro­nić, za­nim ban­dyci z zimną krwią tak po pro­stu ją za­biją.

Pan­dora z cięż­kim ser­cem brnęła na­przód. Gdy się ro­zej­rzała, stwier­dziła za­sko­czona, że wcale nie idzie do domu. Że ob­rała kie­ru­nek na szklar­nie, salę spor­tową i chatkę An­gie.

Za­stała ją w szklarni, gdzie ko­bieta pod­le­wała ro­śliny.

- Cześć, Panda. Nie spo­dzie­wa­łam się cie­bie dzi­siaj. Przy­szłaś po po­mi­dory czy chcesz so­bie zro­bić do­dat­kowy tre­ning? - An­gie od­sta­wiła ko­newkę.

Pan­dora nie ru­szyła się z miej­sca. Pa­trzyła w zie­mię przed czub­kami swo­ich bu­tów, a jej ra­miona wi­siały bez­wład­nie wzdłuż zre­zy­gno­wa­nego ciała.

- Boże, co się stało? - An­gie za­raz do niej po­de­szła.

Pan­dora chciała coś od­po­wie­dzieć, na­wet otwo­rzyła usta, ale nie do­był się z nich ża­den dźwięk. Za to po po­licz­kach po­pły­nęły jej łzy, a ciało za­częło drżeć jak osika, gdy pró­bo­wała po­wstrzy­mać gło­śny szloch. Nie­udol­nie sta­rała się nie pła­kać. Wie­działa, że An­gie nie ma ochoty wy­słu­chi­wać jej la­men­tów.

- Ależ Pan­doro!

Zdu­miała się, gdy An­gie ob­jęła ją i mocno przy­tu­liła. Spra­wiło to je­dy­nie, że łzy po­pły­nęły jesz­cze ob­fi­ciej i Pan­dora jesz­cze moc­niej po­cią­gała no­sem. Nie ro­zu­miała, skąd wez­brały w niej tak silne emo­cje. Na­wet śmierć mamy nie wy­wo­łała tak gwał­tow­nej re­ak­cji. Do­brze jed­nak było po­czuć wo­kół sie­bie ra­miona An­gie.

- Chodź, usią­dziemy. - An­gie wy­jęła skła­dane krze­sło i po­sa­dziła na nim Pan­dorę, jakby była sta­ruszką. Za­raz przy­nio­sła też dru­gie krze­sło i usia­dła obok.

- Wy­bacz, że pła­czę - udało się Pan­do­rze wy­chli­pać. Wciąż po­cią­gała no­sem, a rę­ka­wem ko­żu­cha stale wy­cie­rała łzy, ale one nie prze­sta­wały pły­nąć.

- Nie masz za co prze­pra­szać. Po­wiedz, co się stało. - An­gie wzięła jej dło­nie w swoje i po­ło­żyła so­bie na ko­la­nach.

- An­gie, oni wzięli tatę! Za­brali tatę!

Twarz ko­biety po­ciem­niała.

- Opo­wiedz mi wszystko od po­czątku i ra­zem się za­sta­no­wimy, co ro­bić. Na pewno znaj­dziemy ja­kieś roz­wią­za­nie.

Pan­dora wzięła się w garść. Po­cią­gnęła no­sem jesz­cze dwa razy i opo­wie­działa po ko­lei, co się stało po tym, jak tata do­wie­dział się o na­pa­dzie na Pawła i Marka przed dwoma dniami.

- I co ja mam te­raz zro­bić? - spy­tała na ko­niec. Na­dal miała czer­wone oczy, ale już nie pła­kała.

- Przede wszyst­kim mu­sisz pa­mię­tać, że twój tata jest wy­jąt­ko­wym czło­wie­kiem. Znam Tri­stana wy­star­cza­jąco długo, aby wie­dzieć, że on nie ugina po­kor­nie karku i nie po­zwala in­nym sobą rzą­dzić. W tej chwili je­dyne, o czym my­śli, to jak wró­cić do domu i do cie­bie. Pan­doro, ty je­steś świa­tłem, które roz­ja­śnia jego mrok. Ale on jest rów­nież bar­dzo cier­pliwy i na pewno nie bę­dzie dzia­łał po­chop­nie. Za­czeka na od­po­wiedni mo­ment.

- Ale prze­cież on nie wie tego, co ja wiem. On my­śli, że ma tylko po­móc tej dziew­czy­nie, a po­tem po­zwolą mu wró­cić. Co, je­śli nie bę­dzie mógł jej ura­to­wać i go za­biją?

- Nie wiem, co się sta­nie, je­śli dziew­czyna umrze. Zresztą na to nie­wiele mo­żemy po­ra­dzić. Mo­żemy tylko mieć na­dzieję, że ta­cie jed­nak się uda. A tym­cza­sem uwa­żam, że po­win­naś za­miesz­kać u mnie. Ro­zu­miem, że nie chcesz się prze­nieść do mia­sta, ale je­śli zo­sta­niesz u mnie, bę­dziemy mo­gły kon­ty­nu­ować tre­ningi, a ty na­dal bę­dziesz na tyle bli­sko, żeby opróż­niać pu­łapki i do­glą­dać wa­szego domu.

- Dzię­kuję - po­wie­działa Pan­dora i za­mil­kła, roz­wa­ża­jąc pro­po­zy­cję An­gie. Za­miesz­kać z nią by­łoby cu­dow­nie. Ale nie, nie mo­gła. - Dzię­kuję, ale nie mogę. Nie mogę tu zo­stać. Ani w Citta Bianca, ani u cie­bie, ani u nas w domu, kiedy tata jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Mu­szę za nim pójść. Ni­gdy bym so­bie nie da­ro­wała, gdyby go za­bito, a ja na­wet bym nie spró­bo­wała go ostrzec.

Ko­bieta po­ki­wała głową. Pan­do­rze się zdało, że do­strze­gła wo­kół jej ust cień uśmie­chu, jakby An­gie spo­dzie­wała się po niej wła­śnie ta­kiej od­po­wie­dzi.

- Więc chcesz wy­ru­szyć do Wil­czo­grodu i ostrzec tatę?

Pan­dora kiw­nęła głową.

- Sama?

Znów przy­tak­nęła.

- Chyba że chcesz iść ze mną.

- Pando, na­wet nie wiesz, jak bar­dzo cię ko­cham. To, że cię po­zna­łam, jest chyba naj­lep­szą rze­czą, jaka mi się przy­tra­fiła w moim po­krę­co­nym, po­kie­re­szo­wa­nym ży­ciu. I chyba ni­gdy nie by­łam szczę­śliw­sza niż wtedy, kiedy je­stem z tobą. Ale nie mogę iść z tobą do Wil­czo­grodu. Je­stem re­lik­tem daw­nego świata, pró­buję tylko jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać resztkę czasu, który mi zo­stał na tej ziemi. Tu­taj jest moje miej­sce i ni­g­dzie in­dziej. Ale ty nie bę­dziesz całe ży­cie miesz­kała w do­li­nie. Pora, że­byś wy­szła do świata, zo­ba­czyła coś wię­cej. Ta wy­prawa to do­bry po­czą­tek.

- Ale... co, je­śli ko­goś spo­tkam? Albo nie będę umiała zna­leźć drogi?

Pan­dora tak na­prawdę nie ocze­ki­wała, że An­gie ze­chce jej to­wa­rzy­szyć, po pro­stu na­gle znów prze­ra­ziło ją to, jak wielu rze­czy nie wie.

- Je­śli ko­goś spo­tkasz, to albo z tym kimś po­roz­ma­wiasz, albo się przed nim scho­wasz, w za­leż­no­ści od tego, co wyda ci się wła­ściw­sze. Wiem, że so­bie po­ra­dzisz w świe­cie, bo wi­dzia­łam, jak ra­dzisz so­bie tu­taj. Do­sko­nale umiesz się po­ru­szać w le­sie i znaj­do­wać drogę. Czy zda­rzyło ci się kie­dy­kol­wiek zgu­bić? Świat jest wielki, ale je­śli umiesz prze­trwać w tych zim­nych, su­ro­wych gó­rach, to wszę­dzie dasz so­bie radę. Mu­sisz tylko w sie­bie uwie­rzyć!

Pan­dora słu­chała krze­pią­cych słów An­gie i nie wie­rzyła w ani jedno z nich. Lecz je­śli miała po­móc ta­cie, to bę­dzie mu­siała się prze­ła­mać i pod­jąć wy­zwa­nie.

An­gie za­pro­wa­dziła ją do swo­jego domu i wrę­czyła jej mapę oko­licy. Mapa była stara i znisz­czona, ale było na niej wi­dać pro­fil ich góry, a także rzeki i drogi jesz­cze z daw­nego świata. An­gie za­kre­śliła mia­sto, które obec­nie na­zy­wało się Wil­czo­gród.

- Za­sady znasz. Trzy­maj się z dala od głów­nych trak­tów. Do tej rzeki po­win­naś do­trzeć po jed­nym dniu wę­drówki. Gdzieś tu­taj jest do­bre miej­sce, żeby ją prze­kro­czyć, mimo że bę­dziesz mu­siała się zbli­żyć do głów­nej drogi. Pa­mię­taj tylko, żeby nie pod­cho­dzić do drogi za bli­sko, po­dob­nie do mo­stu, bo to naj­bar­dziej oczy­wi­ste miej­sca, w któ­rych mogą czy­hać zbójcy i inni ban­dyci. Cho­ciaż i tak nie są­dzę, że­byś ja­kichś spo­tkała tak da­leko w głębi do­liny.

Pan­dora za­pa­mię­tała wska­zane miej­sce i przez chwilę stu­dio­wała mapę. Góry, które miała po­ko­nać, i te le­żące ka­wa­łek da­lej do złu­dze­nia przy­po­mi­nały jej wła­sną do­linę. Scho­wała mapę do ple­caka, jakby ten skra­wek pa­pieru był cen­nym skar­bem. Miała wra­że­nie, jakby dzięki ma­pie część An­gie wy­ru­szała ra­zem z nią.

A po­tem się po­że­gnały. Krót­kim uści­skiem. Żadna z nich nie miała ochoty na łzawe sceny. Ale kiedy Pan­dora się od­wró­ciła, za­nim we­szła w las, An­gie na­dal stała w drzwiach i pa­trzyła za nią, do­kład­nie tak, jak wcze­śniej Ale­xan­der.

Było szaro i wiał zimny wiatr.

Przed Pan­dorą jak okiem się­gnąć cią­gnęła się ząb­ko­wana li­nia gór. Szła tuż nad li­nią lasu, bo tak ła­twiej jej było orien­to­wać się w te­re­nie. Gdyby ze­szła ni­żej, pew­nie by­łoby cie­plej i mia­łaby więk­szą osłonę przed wia­trem, ale rów­nież ła­twiej by­łoby jej zgu­bić drogę.

Jej tata gdzieś tam był.

Wczo­raj wie­czo­rem znów uważ­nie prze­czy­tała mapę, którą do­stała od An­gie. Ra­zem z tatą czę­sto oglą­dali mapę ich oko­licy, kiedy pla­no­wali po­lo­wa­nie albo szu­kali naj­lep­szych miejsc do zbie­ra­nia ja­gód, ma­lin, śli­wek czy ja­błek. Ale mapę przed­sta­wia­jącą więk­szy ob­szar Pan­dora miała przed sobą po raz pierw­szy. Ob­li­czyła, że z Bu­rzo­chronu do Wil­czo­grodu jest sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów, gdyby mo­gła le­cieć jak ptak po­nad gó­rami. Ona jed­nak mu­siała nad­ło­żyć spory ka­wa­łek. Góry były zbyt wy­so­kie, żeby iść w li­nii pro­stej. Wy­zna­czyła so­bie drogę bie­gnącą nie­mal cały czas z dala od do­liny, gdzie ry­zyko spo­tka­nia in­nych lu­dzi było naj­więk­sze. Jej trasa pro­wa­dziła rów­no­le­gle do rzeki przez ja­kieś trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów do miej­sca, gdzie rzeka łą­czyła się z więk­szą rzeką. Po­tem ko­lej­nych czter­dzie­ści ki­lo­me­trów za­mie­rzała iść wzdłuż tej więk­szej rzeki, aż do sa­mego mia­sta. Przy odro­bi­nie szczę­ścia po­ko­na­nie ca­ło­ści po­winno jej za­jąć cztery dni.

Sam Wil­czo­gród był dla niej tylko kół­kiem na ma­pie. Wciąż nie wie­działa, co zrobi, kiedy tam do­trze. Jak od­naj­dzie tatę wśród tylu do­mów i lu­dzi? Nie li­czyła, że po­zwa­lali mu spa­ce­ro­wać swo­bod­nie po uli­cach. Ra­czej trzy­mali go gdzieś w za­mknię­ciu.

Wy­rzu­ciła z głowy ten ob­raz i sku­piła się na gó­rach, które przed nią wy­ra­stały. Pró­bo­wała zo­ba­czyć w nich trasę, którą miała po­ko­nać. Cały czas pod górę. Mu­siała też brać pod uwagę ukształ­to­wa­nie gór­skich zbo­czy i pa­mię­tać, że nie jest gór­ską ko­zicą. Pla­no­wała stale trzy­mać się gra­nicy lasu, aby nie spo­wal­niały jej gę­ste za­ro­śla.

Szła już od paru go­dzin i na ra­zie tempo miała nie­złe. Na­dal znaj­do­wała się jed­nak w oko­licy, w któ­rej każdą ścieżkę znała na pa­mięć. To wkrótce się skoń­czy i bę­dzie po­trze­bo­wała wię­cej czasu na orien­to­wa­nie się w te­re­nie. "Śpiesz się po­woli", po­wta­rzał za­wsze tata. Cho­ciaż w tej chwili miała ochotę śpie­szyć się jak naj­prę­dzej. Żal jej było każ­dej go­dziny, kiedy byli z oj­cem roz­dzie­leni. Jed­no­cze­śnie wie­działa, że je­śli bę­dzie szła za szybko, to wkrótce straci jesz­cze wię­cej cen­nego czasu, bo zgubi drogę albo, co gor­sza, coś so­bie zrobi przez nie­uwagę.

- Cier­pli­wo­ści! - po­wie­działa na głos i ru­szyła da­lej.

Od­kąd wczo­raj po­że­gnała się z An­gie, bar­dzo się sta­rała sku­pić na przy­go­to­wa­niach do drogi. Pod wie­loma wzglę­dami było tak, jakby wy­bie­rała się ra­zem z tatą w jedną z tych wy­praw, pod­czas któ­rych mieli dzień albo dwa no­co­wać w na­tu­rze. Za­ło­żyła swój naj­lep­szy strój do wę­dró­wek, przej­rzała sprzęt, który za­mie­rzała za­brać, i za­pa­ko­wała pro­wiant. Obo­wią­zy­wały za­sady ta­kie jak za­wsze. Ubra­nie mu­siało być od­porne na znisz­cze­nia, cie­płe i nie­prze­pusz­cza­jące wia­tru ani wody. Pan­dora miała na so­bie kilka warstw, żeby móc re­gu­lo­wać tem­pe­ra­turę, kiedy się roz­grzeje pod­czas mar­szu. Za­brała na­rzę­dzia do bu­do­wa­nia pro­stych pu­ła­pek, na wy­pa­dek, gdyby po­trze­bo­wała wię­cej je­dze­nia, i oczy­wi­ście pa­sek z no­żem my­śliw­skim, to­por­kiem i sa­kiewką.

Do­piero gdy za­pa­dła noc, znów za­częły ją na­wie­dzać złe my­śli, a ona ni­gdy jesz­cze nie czuła się w Bu­rzo­chro­nie tak sa­motna. Spała nie­spo­koj­nie i śniło jej się, że wi­dzi tatę, bar­dzo da­leko, za­mknię­tego w du­żym czar­nym domu. Wo­łał o po­moc, a ona pró­bo­wała do niego biec, ale miała wra­że­nie, jakby bro­dziła w wo­dzie po pa­chy i nie była w sta­nie się do niego zbli­żyć. Wstała o świ­cie i od razu wy­ru­szyła. Już miała po­czu­cie, że stra­ciła za dużo czasu na sen.

Zro­biła przy­sta­nek, kiedy po­czuła, że słońce ukryte za wi­szą­cymi ni­sko chmu­rami stoi w ze­ni­cie. Usia­dła przy ma­łym po­toku, na­piła się zim­nej wody i zja­dła tro­chę chleba i sera. W wy­so­kiej tra­wie bez­tro­sko ki­cało kilka za­jęcy, ale nie chciała tra­cić czasu na po­lo­wa­nie. Na ra­zie je­dze­nia jej nie bra­ko­wało.

Z go­dziny na go­dzinę góry sta­wały się co­raz bar­dziej obce. Ze­szłej wio­sny Pan­dora co prawda wę­dro­wała po tej oko­licy, ale pra­wie tego nie pa­mię­tała. Ude­rzyło ją, jak bar­dzo jej ży­cie róż­niło się od ży­cia taty i An­gie. Oni oboje prze­mie­rzyli ty­siące ki­lo­me­trów i wi­dzieli nie­sa­mo­wite rze­czy. A ona tylko z rzadka za­pusz­czała się da­lej niż dzie­sięć ki­lo­me­trów od domu. Ni­gdy nie wi­działa rów­niny, która cią­gnęła się za gó­rami na po­łu­dnie, chyba że na zdję­ciach w wy­bla­kłych ga­ze­tach. Ni­gdy też nie wi­działa mo­rza. Czy­tała, że cza­sem bywa cał­kiem nie­ru­chome i gład­kie jak gór­skie je­zioro, ale prze­waż­nie jest w cią­głym ru­chu, prze­ta­czają się po nim wy­so­kie fale i ude­rzają o brzeg. Czy kie­dy­kol­wiek zo­ba­czy je na wła­sne oczy?

An­gie tak samo jak Tri­sta­nowi nie po­do­bał się świat po dru­giej stro­nie gór. Już nie. Nie po tym, jak Toba wszystko zmie­niła. Czy na­prawdę było tak źle, jak mó­wili? Ro­dzina Ale­xan­dra żyła prze­cież jako zło­mia­rze. Szu­ka­jąc przed­mio­tów na han­del, czę­sto za­pusz­czali się da­leko od do­liny. To była jedna z rze­czy, które Pan­dora za­pa­mię­tała naj­le­piej z ich wspól­nego dzie­ciń­stwa - to, jak Ale­xan­der przy­no­sił z domu prze­dziwne przed­mioty i pró­bo­wał jej tłu­ma­czyć, do czego słu­żyły. Ona prze­waż­nie tylko ki­wała głową i do dziś nie poj­mo­wała, na co ko­muś były ja­kaś "de­sko­rolka", "iPad" czy "te­le­wi­zor". Dawny świat brzmiał jak cza­ro­dziej­ska kra­ina.

Któ­rej już nie ma. W jej miej­sce po­wstał świat nowy, zbu­do­wany na ru­in­ach daw­nego. Świat, przed któ­rym Tri­stan pró­bo­wał Pan­dorę chro­nić. I do któ­rego wła­śnie szła cał­kiem sama.

Opo­wieść Tri­stana

Mi­nęła kilka prze­wró­co­nych słu­pów, które w daw­nym świe­cie pod­trzy­my­wały grube ka­ble elek­tryczne. Cie­kawe, skąd wtedy brano prąd.

Kiedy była młod­sza, czę­sto się za­sta­na­wiała, jak wy­glą­dał świat, za­nim Toba w ciągu kilku ty­go­dni wła­ści­wie do­szczęt­nie go znisz­czyła. Od czasu do czasu py­tała tatę o rze­czy, któ­rych nie ro­zu­miała, na przy­kład "do czego słu­żył kom­pu­ter?" albo "jak uda­wało się wy­kar­mić tych wszyst­kich lu­dzi, któ­rzy miesz­kali na Ziemi?". A oj­ciec cier­pli­wie jej to wszystko tłu­ma­czył.

Tym jed­nak, co in­te­re­so­wało ją naj­bar­dziej, było to, jak jej tata prze­żył, skoro nie­mal cała lud­ność Ziemi zgi­nęła. Czę­sto sły­szała, jak do­ro­śli mó­wili, że szare lata były naj­gor­szym okre­sem po wy­bu­chu Toby, ale ni­gdy nie ro­zu­miała, czym te lata były.

- Tato, a kiedy za­częły się szare lata? Co w nich było sza­rego? I co się stało z bab­cią i dziad­kiem? - spy­tała, bo chciała, żeby mó­wił da­lej.

Sie­dzieli przed ko­min­kiem w Bu­rzo­chro­nie. Tri­stan na­lał im obojgu her­baty i kon­ty­nu­ował swoją opo­wieść:

- W pierw­szym ty­go­dniu erup­cji by­li­śmy bez ustanku bom­bar­do­wani in­for­ma­cjami, choć na­wet bez nich czu­li­śmy, że sy­tu­acja stale się po­gar­sza. Całe spo­łe­czeń­stwo się za­ła­mało, nie było prądu, nic nie dzia­łało, a moja mama za­biła czło­wieka. Moż­liwe, że zgi­nęły już mi­liardy lu­dzi, a po­zo­stali żyli w cią­głej nie­pew­no­ści, czy prze­trwają. Ale na tym by­naj­mniej nie koń­czyły się skutki Toby.

Wy­buch wul­kanu sam w so­bie nie był ni­czym nie­zwy­kłym. Toba za­li­czała się jed­nak do su­per­wul­ka­nów i jej erup­cja była o wiele po­tęż­niej­sza niż inne w hi­sto­rii. Je­śli wy­buch zwy­kłego wul­kanu po­rów­namy do upusz­cze­nia so­bie na stopę groszku, to Toba była jak upusz­cze­nie głazu. Taki wy­buch wy­wo­ły­wał wiele skut­ków, z któ­rych każdy był prze­ra­ża­jący. W po­bliżu wul­kanu po­ja­wiła się pło­nąca lawa, a w po­wie­trze wy­rzu­cane były nie­po­jęte ilo­ści po­piołu i wul­ka­nicz­nych ga­zów z wnę­trza Ziemi. Dla nas, miesz­ka­ją­cych po dru­giej stro­nie globu, te gazy oka­zały się naj­gor­sze. Erup­cja Toby była tak silna, że gazy zo­stały wy­pchnięte aż do stra­tos­fery, znaj­du­ją­cej się sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów nad Zie­mią. I tam za­częły krą­żyć wo­kół pla­nety, aż utwo­rzyły wo­kół niej nie­prze­pusz­czalną po­włokę. Pro­blem z ga­zami wul­ka­nicz­nymi jest taki, że od­bi­jają świa­tło sło­neczne.

Niebo z każ­dym dniem wy­glą­dało co­raz dziw­niej. Jego błę­kit na­brał cho­ro­bli­wie sza­rego od­cie­nia i ten od­cień stop­niowo ciem­niał. Na ko­niec w ogóle już nie wi­dzie­li­śmy słońca i przez cały czas było ciemno. Śro­dek dnia stał się czarny jak naj­czar­niej­sza noc. Póź­niej ten czas, w któ­rym by­li­śmy po­zba­wieni świa­tła sło­necz­nego, za­czę­li­śmy na­zy­wać sza­rymi la­tami, ale on za­czął się już wtedy, krótko po wy­bu­chu.

Do Eu­ropy praw­dziwy po­piół ni­gdy nie do­tarł. Tro­chę się go uno­siło w po­wie­trzu, ale nie spo­sób tego po­rów­nać do zdjęć z Azji, bli­sko Toby, które wi­dzia­łem. Tam, gdzie miesz­ka­łem, spa­dło za­le­d­wie kilka mi­li­me­trów po­piołu, a już to ozna­czało, że na ze­wnątrz trzeba było no­sić ma­seczkę, aby do płuc nie do­stał się po­piół, któ­rego czą­steczki uno­siły się w po­wie­trzu. Naj­le­piej było to wi­dać, gdy pa­dało, bo deszcz był pra­wie czarny.

Moi ro­dzice i ja więk­szość czasu spę­dza­li­śmy w domu. Wy­cho­dzi­li­śmy tylko po wodę albo na­kar­mić zwie­rzęta. Je zresztą też trzy­ma­li­śmy w obo­rze, a część za­rżnę­li­śmy, żeby mieć świeże mięso.

Mama nie czuła się naj­le­piej po tym, jak pa­tel­nią za­biła czło­wieka, a kiedy Zie­mię spo­wił wieczny mrok, jej stan psy­chiczny jesz­cze się po­gor­szył. Na ogół nie za­sta­na­wiamy się nad tym, jak ważne jest dla czło­wieka świa­tło sło­neczne, do­póki ono nie znik­nie. Mama nie­mal cały czas sie­działa w fo­telu w sa­lo­nie i pła­kała. Zda­rzało się, że przy świeczce prze­glą­dała stare al­bumy ze zdję­ciami, ale prze­waż­nie tylko sie­działa nie­ru­chomo i pu­sty wzrok wbi­jała w ja­kiś punkt przed sobą. Kiedy świeczka się do­pa­lała, mama sie­działa da­lej, tylko w ciem­no­ści. Prze­stała jeść i bar­dzo schu­dła.

Z tatą było le­piej. Wspól­nymi si­łami gro­ma­dzi­li­śmy je­dze­nie i pi­cie, że­by­śmy mieli ja­kieś za­bez­pie­cze­nie do czasu, gdy sy­tu­acja się po­prawi. Bo prze­cież wciąż mie­li­śmy na­dzieję, że wszystko od­mieni się na lep­sze, że znowu wyj­dzie słońce. Nie mo­gli­śmy wie­dzieć, że na­sze po­ło­że­nie było cał­ko­wi­cie bez­na­dziejne.

Li­czy­li­śmy się jed­nak z tym, że jesz­cze długo przyj­dzie nam tak we­ge­to­wać, i w ciągu paru ty­go­dni zgro­ma­dzi­li­śmy pro­wiant na co naj­mniej pół roku. Dzięki temu mie­li­śmy za­ję­cie, a przy oka­zji cie­szy­li­śmy się, że mo­żemy spę­dzać ra­zem tyle czasu.

Lecz je­śli nam się wy­da­wało, że bę­dziemy mu­sieli je­dy­nie sie­dzieć w domu i cze­kać na lep­sze czasy, to bar­dzo się po­my­li­li­śmy. Są­dzi­li­śmy, że gdy tylko erup­cja Toby się za­koń­czy, wszystko po­woli wróci do normy. Boże, ale by­li­śmy na­iwni. Nikt wtedy nie po­my­ślał o zmia­nach kli­matu, ja­kie spo­wo­duje tak długi i gwał­towny wy­buch. Po­piół i ciem­ność oka­zały się naj­mniej­szymi z na­szych pro­ble­mów. W Eu­ro­pie naj­więk­szym za­bójcą oka­zała się po­goda.

Naj­pierw zro­biło się zimno. O tam­tej po­rze roku po­winno być około pięt­na­stu stopni cie­pła, tym­cza­sem kiedy niebo po­ciem­niało, tem­pe­ra­tura szybko spa­dła i każdy dzień był zim­niej­szy od po­przed­niego. Któ­re­goś ranka za oknami zo­ba­czy­li­śmy śnieg, a przy­mrozki wy­stę­po­wały każ­dej nocy, cho­ciaż był ko­niec lata. Ubie­ra­li­śmy się grubo, jak w zi­mie.

Po­tem za­częły się bu­rze. Pierw­sza przy­szła po trzech ty­go­dniach i trwała nie­prze­rwa­nie przez dwa dni. Wi­chura prze­wró­ciła mnó­stwo drzew wo­kół domu mo­ich ro­dzi­ców. Nie dało się wyjść na ze­wnątrz, po­nie­waż po­wie­trze było zbyt gę­ste od pyłu po­de­rwa­nego z ziemi. Opusz­cza­łem bu­dy­nek tylko wtedy, gdy trzeba było zaj­rzeć do zwie­rząt, i za­kła­da­łem wszyst­kie naj­grub­sze ubra­nia, a oczy chro­ni­łem sta­rymi go­glami nar­ciar­skimi, które zna­la­złem w pu­dle z ubra­niami na narty na stry­chu ro­dzi­ców.

Po bu­rzy, przez kilka dni, zu­ży­wa­jąc resztkę ben­zyny, która nam zo­stała, po­cię­li­śmy z tatą po­wa­lone drzewa, żeby mieć opał w ten zimny czas. Te­raz mie­li­śmy je­dze­nie, wodę i mo­gli­śmy się ogrzać, więc w końcu uwie­rzy­li­śmy, że so­bie po­ra­dzimy. Mi­nął bo­daj ty­dzień albo dwa, za­nim po­goda znów się ze­psuła. Tym ra­zem nie była to zwy­kła wi­chura. Ni­gdy jesz­cze nie prze­ży­łem hu­ra­ganu tak sil­nego jak ten, który prze­szedł nad na­szym do­mem. Nie było wąt­pli­wo­ści, że to przez na­gły spa­dek tem­pe­ra­tury po­goda zwa­rio­wała. Przez całą dobę wiatr stale się wzma­gał. Dom trzesz­czał gło­śno, a wi­chura wy­ry­wała drzewa z ko­rze­niami jak za­pałki. W po­wie­trzu fru­wały ko­nary, płyty da­chowe i inne ru­pie­cie. W oknach po­wy­bi­jało mnó­stwo szyb, a my mu­sie­li­śmy się za­ba­ry­ka­do­wać wo­kół pieca, żeby nie za­mar­z­nąć. Ciem­ność spra­wiała, że trudno było oce­nić za­sięg szkód, ale by­łem pe­wien, że przy tak sil­nym wie­trze cały kraj roz­pa­dał się na ka­wałki.

W pew­nym mo­men­cie jedno z za­bu­do­wań go­spo­dar­czych nie wy­trzy­mało - silny po­dmuch ze­rwał dach. W tam­tej obo­rze były zwie­rzęta, więc po­mimo nie­bez­pie­czeń­stwa wy­sze­dłem na ze­wnątrz. Chcia­łem spraw­dzić, czy zwie­rzęta prze­żyły, i je­śli tak, to mu­sia­łem wy­pu­ścić je z bu­dynku, za­nim się na nie za­wali. Czoł­ga­łem się przez po­dwórko, bo nie spo­sób było iść wy­pro­sto­wa­nym, zwłasz­cza w tylu war­stwach zi­mo­wej odzieży i go­glach. Na ko­niec mu­sia­łem po­ko­nać gruzy, ja­kie zo­stały ze ścian obory. Zgi­nęły wszyst­kie zwie­rzęta z wy­jąt­kiem dwóch owiec. Z tru­dem je wy­cią­gną­łem, a one same zna­la­zły schro­nie­nie pod ka­wał­kiem kro­kwi i tam się po­ło­żyły.

Na­gle roz­legł się ko­lejny huk, jakby zie­mia się pod nami roz­stę­po­wała.

Wy­sze­dłem zza ruin obory i zmro­ziło mnie, gdy zo­ba­czy­łem, że za­wa­lił się nasz dom, gdzie przy piecu zo­stali ro­dzice. Więk­szość da­chu le­żała w ogro­dzie, a nie­mal wszyst­kie ściany były zbu­rzone. Chcia­łem na­tych­miast po­szu­kać ro­dzi­ców w gru­zach, ale mu­siało mnie ude­rzyć coś cięż­kiego, co aku­rat prze­la­ty­wało, bo na­gle zo­rien­to­wa­łem się, że leżę na ziemi z po­twor­nym bó­lem głowy i po­czu­łem, że krew pły­nie mi po twa­rzy. Mu­sia­łem być nie­przy­tomny przez ja­kiś czas, a gdy się ock­ną­łem, po­my­śla­łem, że za mo­ment znowu ze­mdleję. Ostat­nimi si­łami do­czoł­ga­łem się do tam­tych dwóch owiec, które się schro­niły za resztką ściany i kro­kwią. Przy­tu­li­łem się do nich. Wie­dzia­łem, że mu­szę za­ta­mo­wać krwo­tok z rany na gło­wie, ale stra­ci­łem przy­tom­ność, za­nim zdą­ży­łem to zro­bić.