3 Młodociany wojownik
Patriotyzm psuje historię.
JOHANN WOLFGANG GOETHE
Ojciec urodził się w Berlinie, ale dorastał w Borówkach, gdzie żył właściwie pod kloszem. Zabawiał się wędrówkami po okolicy i obserwowaniem bogactwa otaczającej go przyrody. Zbierał owady, zwłaszcza barwne motyle i chrząszcze. Jego wymarzonymi prezentami na urodziny i Gwiazdkę były okazy egzotycznych chrząszczy tropikalnych, zwłaszcza wielkich "rogatych" jelonków i mieniących się olśniewającymi barwami kruszczyc, które żywią się kwiatami i owocami. Rodzice w istocie kupowali mu te prezenty, płacąc od dziesięciu do dwudziestu złotych marek, czyli od stu pięćdziesięciu do trzystu dzisiejszych dolarów za sztukę. Chrząszcz goliat, którego papa szczególnie pragnął włączyć do swojego zbioru, kosztował więcej. Papa uczył się grać na skrzypcach i opowiadał mi, że kiedy miał dziesięć lat, wpadł na pomysł zorganizowania koncertu, który obwieści na afiszach i na który wstęp będzie płatny. Nie powiedział, kto przyszedł ani ile zarobił, ale na afiszu, który niedawno oglądałem, podano datę, 30 sierpnia 1905 roku, i ceny biletów, miejsca pierwszej klasy po trzy marki, miejsca drugiej klasy po marce i miejsca stojące po dwadzieścia pięć fenigów. O ile wiem, był to jedyny popis muzyczny papy.
W dzieciństwie, kiedy po wojnie mieszkaliśmy w lesie, ja też kolekcjonowałem owady, z tym że z powodu niemożliwości kupowania egzotycznych chrząszczy tropikalnych zbierałem tylko okazy miejscowe. Pamiętam zwłaszcza wielką rozmaitość biegaczowatych. Do dzisiaj przechowuję rysunek przedstawiający jelonka rogacza, który zrobiłem dla papy, kiedy miałem siedem czy osiem lat. Jak papa śnił o chrząszczach tropikalnych, tak ja marzyłem właśnie o jelonku rogaczu, ponieważ nigdy go nie widziałem w naturze. Zapragnąłem go mieć zapewne wtedy, gdy ujrzałem jego wizerunek w książce o chrząszczach, którą podarował mi ojciec.
W swoich młodych latach papa założył jeszcze zielnik i zbierał preparowane okazy małych ptaków i ssaków. Kolekcjonował nawet muchy i tasiemce, które fascynowały go z powodu złożonej biologii. Ojciec papy Hermann, który był lekarzem, umożliwił mu zebranie kilku rzadkich okazów. Niepewny, dokąd go zaprowadzi pasja zbieracka, papa w wieku lat piętnastu zapukał do drzwi profesora Heymonsa, kustosza oddziału entomologicznego Museum für Naturkunde w Berlinie. Zapytał go, która grupa owadów jest najmniej zbadana, a Heymons zasugerował błonkoskrzydłe (rośliniarki i trzonkówki). Gąsieniczniki, czyli słabo podówczas znana - a i dzisiaj kryjąca wiele tajemnic - rodzina trzonkówek, zauroczyły papę. Jak pisał w niepublikowanym pamiętniku: "odtąd już zawsze rozporządzały moim czasem i siłami, wyjąwszy okresy wojen, rewolucji, inwazji, wygnania, głodu i emigracji". Wprowadziłbym tylko jedną poprawkę do tego oświadczenia, a mianowicie wyrażenie "wyjąwszy okresy" zastąpiłbym wyrażeniem "nawet w okresach". Papa sprzedał cały zbiór ptaków i myszy, a rodzice kupili mu szafę kolekcjonerską o siedemdziesięciu pięciu szufladach, która, pełna gąsieniczników zebranych przez papę, nadal jest używana w Muzeum i Instytucie Zoologii PAN w Warszawie. Z "szerszym światem" papa zetknął się pierwszy raz w 1906 roku, gdy wyjechał z Borówek do Berlina, żeby się uczyć w Askanisches Gymnasium. Był chłopcem o rozbudzonym talencie do badań biologicznych, który posiadł już niemałą wiedzę w tej dziedzinie, ale przekonał się, że niewielu kolegów szkolnych podzielało tę pasję. W pamiętniku pisał, że "ich oblicza nie zdradzały żądzy wiedzy ani nawet chęci do nauki". Program zawierał zaledwie podstawy przyrodoznawstwa, a ogniskował się wokół nauki greki i łaciny, a także literatury niemieckiej, francuskiej, angielskiej i rosyjskiej. W szkole obowiązywały surowe zasady konkurencji i nawet w klasach miejsca były ponumerowane, tak żeby uczniowie zajmowali je zgodnie z pozycją w klasyfikacji. Jako nowicjusz papa zaczął od miejsca osiemdziesiątego dziewiątego, ostatniego w swoim roczniku. Po dwóch semestrach był już trzeci, a po następnym semestrze został prymusem.
Przypuszczam, że ze względu na swoją namiętność do badań przyrodniczych papa czuł się wyobcowany wśród kolegów. Zapewne uzmysławiał sobie boleśnie, że jest w pewnym sensie jednowymiarowy i zanadto pochłonięty pracą umysłową. Został wprawdzie prymusem, ale w sporcie, który bardzo się liczył w szkole, zajmował ostatnie miejsce, piastował tytuł "najgorszego gimnastyka w klasie". Był gruby, rozlazły i to musiało się zmienić. Z samozaparciem, które nazwał "istnym fanatyzmem", pracował nad sobą, by w końcu zostać najlepszym gimnastykiem i niezrównanym biegaczem. Papa powiedział mi, że tę przemianę uważa za jedno z osiągnięć, z których jest najbardziej dumny, i że bez niej bodajby nie przetrwał prób, którym los poddał go później.
W pamiętniku papa pisał, że spośród profesorów, uczonych i badaczy, z którymi się zetknął w szkole, tylko jednego mógłby uznać za uosobienie idealnego mężczyzny czy też za wzór do naśladowania. Opowiedział mi o pewnym incydencie, który wydarzył się w szkole i ukonstytuował go pod względem moralnym. Otóż jeden z uczniów wysmarował fotel nauczyciela kredą, wskutek czego gdy profesor wstał i odwrócił się, żeby zacząć pisać na tablicy, zaświecił białym tyłkiem. Klasa ryknęła śmiechem. Nauczyciel uznał ten figiel za wcale nie zabawny i zażądał, żeby dowcipniś się ujawnił. Nikt się nie odezwał. Nauczyciel zwrócił się do papy i zapytał:
- Wiesz, kto to zrobił?
Papa niestety wiedział, więc odpowiedź nie mogła być inna niż:
- Tak, wiem.
- A zatem kto?
- Solidarność uczniowska zabrania mi donoszenia na kolegów - odparł papa. - Winowajca powinien odpowiadać za siebie.
Nauczyciel miał inną opinię w tej sprawie i nakazał papie stawienie się następnego dnia w gabinecie dyrektora. Papa opowiedział o wszystkim matce, która towarzyszyła mu i broniła go podczas rozmowy z dyrektorem. Dyrektor również uznał racje papy. Po tym incydencie sprawca figla, Martin Ernst Karl Dammholz, zwany Mekiem, został dozgonnym przyjacielem papy.
Owym nauczycielem, który wywarł wpływ moralny na papę, był profesor Dahms, według opisu papy podówczas osiemdziesięcioletni malutki garbus o śnieżnobiałych włosach, który ledwie wystawał zza biurka, gdy przy nim stał. Kiedy Dahms odchodził na emeryturę, pięciuset uczniów szkoły zebrało się w audytorium, żeby wysłuchać jego pożegnalnego przemówienia, które zakończył następująco: "W tym dniu pozwolę sobie dać wam ostatnią radę. Pamiętajcie, że najistotniejsze nie jest to, jaki zawód obierzecie. Żaden nie jest zły, jeżeli człowiek wykonuje go sumiennie i w sposób prawy. Naprawdę ważne jest tylko to, abyście dali z siebie wszystko najlepsze, na co was stać".
Papa wyznał mi, że obraz tego staruszka, brzmienie łamiącego się głosu i owo doniosłe przesłanie wryły mu się w pamięć. Wracały potem często w trudnych momentach późniejszego życia, poczynając od 1914 roku, kiedy papa nawet nie ukończył jeszcze gimnazjum.
Wydarzenia owego roku wspominał ze szczegółami. Jadąc berlińskim metrem do dzielnicy Dahlem na trening hokejowy, spotkał kolegę z drużyny, nazwiskiem von Wickede, który spojrzał na niego znad czytanej gazety i rzekł:
- Wojna!
- Jak to? - zdziwił się papa.
- Następca tronu Austrii arcyksiążę Ferdynand został zamordowany.
Papa nie pojął związku, który tak przenikliwie uchwycił von Wickede. Nazajutrz wyjechał do Borówek, gdzie dni upływały mu na zbieraniu owadów i uczestnictwie w zawodach kosiarzy, które rokrocznie urządzano podczas zbiorów żyta. Pomimo treningów lekkoatletycznych papa nadal uważał koszenie zboża od świtu do zmierzchu za "najbardziej wymagający sport na świecie".
Pewnego sierpniowego dnia, gdy papa i inni utrudzeni i głodni żniwiarze wracali z pól, na ścianie stodoły zobaczyli czerwony plakat, który obwieszczał, że wypowiedziano wojnę Rosji i wszyscy zdolni do służby Niemcy mają natychmiast się stawić na posterunkach poborowych.
Mając siedemnaście lat, papa nie był pewny, czy należy do kategorii "zdolnych do służby", więc został, podczas gdy inni wyruszyli spełnić obowiązek. Ale już nazajutrz stało się jasne, że jego dzieciństwo dobiegło końca. Listonosz, który przychodził pieszo z odległego o pięć kilometrów Przepałkowa, przyniósł telegram adresowany do papy. Uczniowie, którzy chcą wstąpić do wojska, mogą zdać przyspieszony egzamin maturalny. Papa wiedział, że nocny pociąg dojedzie do Berlina tuż przed rozpoczęciem tego egzaminu. Niewykluczone, że zdąży. Zawrócił konie, przebrał się i pojechał na stację kolejową.
Pisemną część egzaminu papa zdał cum laude, wobec czego nie musiał podchodzić do egzaminu ustnego i mógł skrócić zdawanie o dzień. Dzięki temu zyskał czas na odwiedzenie ojca w Berlinie i powrót na chwilę do Borówek, żeby pożegnać się z matką przed wyjazdem do wojska. Pragnął zaciągnąć się do kawalerii, ułanów, elitarnej konnicy, która uzbrojona w szable i lance jawiła się jako ostatni spadkobierca średniowiecznych rycerzy. Obowiązek walki za ojczyznę uważano wtedy za święty, więc wszyscy koledzy z rocznika papy pragnęli wstąpić do wojska, a ze względu na wielką liczbę chętnych nie zawsze trafiało się do upatrzonej jednostki. Na szczęście ojciec papy, który karierę medyczną zaczynał jako lekarz wojskowy, miał wśród pacjentów pewnego oficera wysokiej rangi, który pomógł umieścić papę w doborowym oddziale sześćdziesięciu kawalerzystów w 4 Pułku Ułanów imienia von Schmidta w Toruniu.
Nazajutrz papa pojechał pociągiem do Torunia, gdzie udał się do koszar i zaczął żywot żołnierza. Przydzielono mu konia, mundur, Tschapkę, jak nazywano czarne nakrycie głowy ułanów pruskich będące połączeniem pikielhauby z rogatywką, siodło i uzdę, sakwę na prowiant, przybory do gotowania, żelazne racje żywności, ciężką derkę na konia, szablę, lancę i karabin z amunicją.
Od razu zaczęła się musztra. Od rekrutów, których większość tak jak papa pochodziła ze wsi i nawykła do koni, wymagano pokonania na oklep "wyciągniętym galopem" toru przeszkód, na którym należało przeskakiwać przez żywopłoty, rowy i pryzmy kamieni. Przy jednej z przeszkód stanął wachmistrz, który w chwili, gdy rekrut szybował nad przeszkodą, wykrzykiwał takie lub inne pytanie, a jeździec miał odpowiedzieć, zanim koń wyląduje na ziemi. Większość chłopaków ze wsi bez trudu zaliczała tę próbę, ale jeden poborowy, chłopak nazwiskiem Bayer, nigdy przedtem nie jeździł konno. Nie dano mu taryfy ulgowej, oczywiście spadł z konia i trzeba go było umieścić w szpitalu. Do kolegów dołączył dopiero po kilku miesiącach, kiedy pułk walczył z piechotą rosyjską w opuszczonej posiadłości wiejskiej. Papa, gdy mi o tym opowiadał, rzekł: "Zobaczyłem, że Bayer biegnie przez podwórze ku okopom naszych, i w chwili, kiedy go rozpoznałem, zaraz za nim wybuchł granat. Mały Bayer zginął na miejscu".
Na początku wojny obroną wschodniej granicy Prus dowodził generał Maximilian von Prittwitz, zwany Dicke, czyli Grubym. Starł się z armią rosyjską dowodzoną przez Pawła von Rennenkampfa (Niemca, który w wieku osiemnastu lat wstąpił do armii carskiej, a potem odmówił przejścia do Armii Czerwonej i został zgładzony przez bolszewików). Von Prittwitz wkrótce poniósł klęskę i zarządził odwrót. Cesarz Wilhelm II natychmiast go zdymisjonował, powołując na jego miejsce generała Paula von Hindenburga. Pod jego dowództwem wojska niemieckie natarły na Rosjan z wielką siłą, a żołnierze bili się dzielnie, ponieważ wiedzieli, że teraz już walczą w istocie o rodziny, domy i życie. Doszło do bitwy pod Tannenbergiem, która rozegrała się od 26 do 30 sierpnia 1914 roku. Kiedy papę po krótkim przeszkoleniu posłano na front, bitwa już trwała.
Pod koniec sierpnia w obozie szkoleniowym 4 Pułku Ułanów w asyście dwóch kawalerzystów zjawił się porucznik przybyły z misją zebrania posiłków, ponieważ pułk poniósł znaczne straty. Papa pisał: "Patrzyłem z trwogą na lancę jednego z tych ułanów, na której było widać dwa zadrapania od kul". Szkolenie rekrutów nadzorował starszy wachmistrz Mantheu, "zwalisty mężczyzna o czerwonych policzkach, okrągłym brzuchu i starannie przyciętym wąsie". Zarządził zbiórkę i stanąwszy przed ustawionymi w trzech rzędach rekrutami, powiedział:
- Pułk potrzebuje uzupełnień. Sześciu ochotników wyruszy pojutrze na front. Chętni wystąp!
Na sekundę lub dwie zaległa cisza, po czym rozległo się głośne szast, gdy wszyscy rekruci uczynili krok w przód. Według papy wszyscy wystąpili mężnie, ale kto wie, czy niektórymi nie powodował strach, że przypną im łatkę tchórza.
- Doskonale, wobec tego sam muszę wybrać - stwierdził starszy wachmistrz Mantheu i wyliczył wybrańców: - Udo Roth, Otto Roth, Hans Wiebe, Georg Feld, Szczyglowski, Gerd Heinrich.
Nazajutrz rano papa wraz z pięcioma pozostałymi wybrańcami, wyprostowany w siodle jak struna niczym stary ułan, pojechał na stację kolejową. Dziewczęta rzucały kwiaty, gdy przyszli bohaterowie wsiadali do pociągu. Parowóz zagwizdał, wypuścił kłąb czarnego dymu i ruszył. Papa zapamiętał piękne słońce i błękitne niebo, po którym płynęły białe cumulusy. Jak wspomniałem, miał siedemnaście lat.
Kiedy pociąg się zatrzymał i żołnierze wysiedli, usłyszeli niosący się od wschodu "nieprzerwany, złowrogi odgłos przypominający przetaczające się w oddali gromy". Tak grała artyleria w bitwie pod Tannenbergiem. Ułani dosiedli koni i pojechali w stronę tego dudnienia. Jedno za drugim mijali opuszczone miasta, wszystkie zniszczone. "Ani jeden dom nie ostał się nieuszkodzony. Na ulicach walały się truchła zwierząt, pogruchotane meble i sprzęty, pozostałości po bezładnej i niszczycielskiej ucieczce przerażonego i rozbestwionego tłumu", pisał papa. "W rowie po prawej stronie drogi zobaczyłem pierwszego trupa, niemieckiego żołnierza. Miał rudą brodę, otwarte usta, a oczy i czoło zmiażdżone przez szrapnel".
Pod wieczór dotarli do opuszczonego gospodarstwa, gdzie zatrzymali się na noc. Koledzy ulokowali się w domu i stodole, a papa, uwiązawszy konia do płotu, postanowił przespać się w stogu siana. Wyczerpany zapadł w głęboki sen.
Kiedy się obudził i wygrzebał z siana, słońce dawno już wzeszło. Był sam, nikogo jak okiem sięgnąć. Koń zniknął. Skradziono "racje żelazne". Zniknął też karabin, zamiast którego zostawiono jakiś śmieć. Wygłodniały papa ruszył przed siebie i w końcu spotkał ułanów z innego pułku, którzy zawieźli go na zaplecze frontu, gdzie dołączył do kolegów. Właśnie oni zabrali jego konia i sprzęt, sądząc, że zdezerterował, skoro rano nigdzie go nie mogli znaleźć.
Wkrótce potem wygłodniały papa zobaczył oficera, który ukradkiem odkroił kawał salami, zjadł, po czym ukrył resztę. Papa nie miał niczego w ustach od czterdziestu godzin i kiedy mi o tym opowiadał, rzekł: "W ciągu tych kilku dni zrozumiałem, że przepadnę, jeżeli nie nauczę się dbać tylko o siebie tak samo jak inni, a przecież oficer nie powinien jeść, póki jego ludzie są głodni". Przypomniał sobie słowa Goethego: Allen Gewalten zum Trotz sich erhalten, czyli: "Wbrew wszystkiemu zachowuj siebie"[3]. Pokrzepiony tą racjonalizacją papa z czystym sumieniem ukradł i pożarł resztę salami. Wyobrażał sobie, że wstąpił do heroicznej formacji przenikniętej duchem braterstwa. "Jakże inna okazała się rzeczywistość", zanotował. Tymczasem armia von Rennenkampfa poniosła klęskę pod Tannenbergiem i uciekała do Rosji. Ułani ścigali Rosjan, pokonując osiemdziesiąt kilometrów dziennie. Nie napotykali większego oporu, ale gdy wycofujący się Rosjanie stawiali czoło, ułani zwierali szyk, padał rozkaz: "Do ataku, szykuj lance, ruszaj!", po czym szarżowali w pełnym galopie. Wszelki opór ustał. Armia niemiecka parła niepowstrzymanie. Prawie sto czterdzieści tysięcy rosyjskich żołnierzy było zabitych bądź rannych. Walka zamieniła się w rzeź. Hindenburg został bohaterem ludowym, a rosyjski generał Samsonow po przegranej bitwie popełnił samobójstwo. Ale pamięć o tej masakrze będzie jątrzącą się raną w duszy zarówno Niemców, jak i Rosjan i dziesiątki lat później ściągnie straszliwą pomstę na Niemców.
Nadeszła jesień, potem zima 1915 roku, a ułani nadal podążali w głąb Rosji. Chłopi rosyjscy zapraszali ich do domów i gościli, bo wojna nie miała dla tych ludzi znaczenia. Ale w końcu, forsując jakąś rzekę, ułani zetknęli się z siłą o wiele potężniejszą od jeźdźców uzbrojonych w lance. Z zarośli wierzbowych na brzegu bluznął zmasowany ogień nowo wynalezionych karabinów maszynowych i na oczach papy w krótkim czasie skosił połowę oddziału.
Ułani przestali być niezwyciężeni, oddziały uzbrojonej w lance kawalerii nie mogły już odgrywać roli strategicznej w bitwach i jesienią 1916 roku zostały wycofane. Wojna, która ułanom wydawała się kwestią jednej lub dwóch zwycięskich bitew, ciągnęła się drugi rok. Papa, często wysyłany na rozpoznanie jako samotny zwiadowca, awansował do stopnia kaprala i został odznaczony za odwagę Krzyżem Żelaznym. Na jego kurtce pojawiło się jeszcze inne odznaczenie, a mianowicie biegnące przez całą pierś poziome rozdarcie od kuli.
Dowodził teraz ośmioma żołnierzami i odkomenderowano go na posterunek obserwacyjny na brzegu Bałtyku, opodal łotewskiej wioski rybackiej Kilzeem nad Zatoką Ryską. Wewnątrz wydmy zbudowali ciepły schron z małym oknem wychodzącym na morze. Ściany zrobili z sosnowych bali, które przywlekli z lasu okalającego pobliskie jezioro Engure. Wkrótce przysypał ich śnieg, a morze przy brzegu skuł lód. Jeden żołnierz trzymał wartę, a reszta siedziała w ciepłym schronie.
Życie we wnętrzu nadmorskiej wydmy okazało się wygodne, ale niemal nieznośnie nudne, zwłaszcza dla papy, który nigdy w życiu nie grał w karty. W sennym pejzażu zimowym nie działo się nic, tylko na morzu dryfowały kry, i papa żartował, że powinni iść popływać. Jednemu z kolegów, wachmistrzowi Spikermannowi, zaproponował zakład o pięć marek, że pobiegnie goły do morza i na całą minutę zanurzy się wśród brył lodu. Spikermann uznał, że chce to zobaczyć. Papa rozebrał się i wskoczył do wody. Spikermann uśmiechał się pewny swego, ale papa wytrzymał, po czym wachmistrz wręczył mu pięć marek.
Kilka dni później pojawiły się jakieś morskie ptaki, a Spikermann, który był w ich gronie najlepszym snajperem, ustrzelił jednego. Ptak spadł do morza. Papa, który łaknął świeżego mięsa, postanowił po niego popłynąć. Zdumiał się, jak szybko ciało w lodowatej wodzie robiło się jak gdyby ołowiane, i ledwo zdołał wrócić. Prawie że utonął, a koledzy musieli się napracować, by jakoś go rozgrzać.
Pewnego dnia wartownik zameldował, że w dali dostrzegł coś dziwnego na krze. Za pomocą lornetki ustalono, że to foka. Uczta! Wachmistrz Spikermann znowu popisał się celnym okiem, trafiona foka zsunęła się kry i pływała bezwładnie wśród brył lodu. Papę zwierzę interesowało nie tylko z powodu mięsa, lecz również jako kolekcjonera ssaków. Zapragnął zdobyć jej skórę.
- Powiedzcie, Spikermann, jeżeli ściągnę tę fokę, będzie moja?
- Jasne! - bez namysłu odparł wachmistrz.
Papa miał plan. W wiosce kupił drewnianą balię, do której z dwóch stron przybił długie sosnowe żerdzie jako pływaki. Tym razem się nie rozebrał, co okazało się mądrym posunięciem, ponieważ wkrótce po wypłynięciu fale wypełniły wodą prowizoryczną łódź, tak że gdyby papa w niej został, byłaby całkiem niesterowna. Musiał więc płynąć, ale dzięki ubraniu wychładzał się wolniej i zdołał dotrzeć do foki, załadować ją i wrócić. Pisał potem: "Ostatnia iskierka energii zgasła, gdy wypełzłem na brzeg w końskie derki, które przygotowali moi żołnierze. Zanieśli mnie do bunkra, po czym nacierali tak długo, aż wróciłem do życia. Zaiste o włos uniknąłem śmierci, ale mogłem wysłać do domu wymarzoną foczą skórę, pamiątkę ze służby wartowniczej nad Zatoką Ryską".
W Wigilię przy schronie zjawiło się dwóch jeźdźców. Przybyli z rozkazem, że papa ma się natychmiast zameldować w kwaterze dowództwa w Balgale, około trzydziestu kilometrów stamtąd. Słońce już zaszło, ale księżyc rozjaśniał śnieżny pejzaż i papa postanowił pojechać na skróty przez jezioro Engure. Zamarznięta powierzchnia była ciemna i błyszcząca. Koń i jeździec wkroczyli na lód i wszystko wydawało się w porządku, lecz gdy oddalili się od brzegu "czarnego, bezkresnego i widmowego" jeziora, lód jął wydawać trzaski niczym wystrzały karabinowe i pod stopami otwierały się pęknięcia. Papa skierował konia w stronę światełka na drugim brzegu i dotarli do tego miejsca. Stała tam samotna chata, a gdy papa zajrzał przez okno do wnętrza, zobaczył dwoje staruszków pijących piwo. Zapukał do drzwi i zapytał o drogę do Balgale. Staruszkowie najpierw zaprosili papę na piwo, a gdy odmówił, bo, jak mi opowiadał, nigdy nie pił alkoholu, powiedzieli, którędy ma jechać dalej.
Papa dotarł do kwatery dowództwa o zmierzchu, nakarmił i zostawił w stajni konia, po czym zameldował się u adiutanta. Polecono mu: "Najpierw idźcie na górę młyna, gdzie przygotowano dla was pokój. Wyśpijcie się po długiej jeździe".
Kiedy papa wszedł do pokoju we młynie, zastał tam, o dziwo, matkę, Margarethe! Rzecz absolutnie nieoczekiwana, niewiarygodna! Cud!
Matka długo opowiadała synowi, jak jej się udało sprawić taką niespodziankę. Otóż papa podał jej adres poczty, przez którą mogła wysłać mu życzenia świąteczne, i napisał, że odbierze je wachmistrz Knoll. Margarethe pod wpływem szalonego porywu serca postanowiła jednak osobiście złożyć życzenia synowi. Spotkała się z wachmistrzem Knollem, który pojechał na granicę niemiecką po wóz siana dla koni. Knoll urządził w sianie kryjówkę, którą zaopatrzył w prowiant i napoje na kilka dni, tak aby Margarethe mogła pojechać z nim na front. Przez dwie doby skutecznie ukrywała się w sianie, ale potem, mniej więcej w połowie drogi, Knoll zrobił postój, a ona wyszła z kryjówki, żeby pospacerować po pewnym mieście. Wkrótce zatrzymali ją żandarmi patrolujący ulice i poprosili o okazanie przepustki. Oczywiście jej nie miała, więc zabrano ją na posterunek. W nocy zjawił się tam Knoll, szeptem powiedział, żeby się zbierała, po czym przekradli się pod nosem śpiących albo udających sen żandarmów. Udało im się odjechać i po następnych dwóch dniach podróży przybyli do kwatery dowództwa szwadronu w Balgale. Opowieść o podróży Margarethe wywarła wielkie wrażenie na żołnierzach frontowych, którzy ugościli ją chlebem i salami.
Zanim wyruszyła w drogę powrotną do domu w Borówkach, nawet dowództwo włączyło się w tę awanturę, polecając papie odwiezienie matki do granicy niemieckiej. Oficjalnie papa wyjeżdżał, "aby kupić szpicrutę". Przebycie odkrytym wozem zaprzężonym w konie trzystu kilometrów do granicy zajęło tydzień. Papa, Margarethe i Knoll nocowali w chłopskich chatach, śpiąc na górze wielkiego kamiennego pieca, który zajmował środek izby.
Na granicy Knoll ruszył na wybrzeże Bałtyku, a papa miał odwieźć matkę do domu pociągiem. Na dworcu kolejowym każdy musiał przejść przez posterunek, na którym sprawdzano przepustki. Margarethe nie miała żadnych dokumentów i pierwszy raz w trakcie tej eskapady straciła wiarę, załamała się i rozpłakała. Papa wziął na stronę żandarma sprawdzającego papiery.
- Kolego, ta kobieta jest moją matką. Odwiedziła mnie na froncie i oczywiście miała przepustkę z dowództwa, ale rosyjska artyleria zbombardowała nasze koszary, które zostały zniszczone. Wiozę teraz matkę do Tylży, bądź łaskaw ją przepuścić!
- Jeżeli to zrobię, to i tak nie przejdzie jeszcze bardziej sumiennej kontroli w Kłajpedzie, gdzie na pewno ją zatrzymają.
- Kommt Zeit, kommt Rat - rzekł papa, czyli: "Jak przyjdzie pora, znajdzie się rada". - Przepuśćcie nas!
Pozwolono im wsiąść do pociągu, a w nocy podczas postoju w Kłajpedzie wsiadł żandarm, który przemierzał wagon, sprawdzając przepustki. Kiedy wszakże wszedł do przedziału, w którym siedział papa z matką, nagle nie wiedzieć czemu zgasło światło i żandarm ich pominął.
Z dzieciństwa pamiętam, że papa mawiał nieraz: "Der Mensch muss Glück haben" ("W życiu trzeba mieć szczęście"), jak gdyby szczęście można przywołać. Oczywiście nie da się tego zrobić, ale ci, co nigdy nie potrzebowali szczęścia, nie mają o nim pojęcia. A ci, co szczęścia nie mieli, przepadli i nic nie mogą o nim powiedzieć.
Wróciwszy nad Zatokę Ryską, papa stacjonował tam ze swoim pułkiem do marca 1916 roku. Potem odesłano go do 28 Pułku Rezerwy Piechoty, który okopał się na mokradłach Tirelu na południe od Rygi. Rosjanie zajęli pozycje w lasach i zabezpieczyli je zasiekami z drutu kolczastego, a piechota niemiecka zbudowała umocnienia na otwartym terenie podmokłym. Fortyfikacje te wzniesiono w ciągu jednej nocy, korzystając z wcześniej przygotowanych dróg z bali, które ściągnięto końmi i ułożono na grząskim gruncie. Papa pisał: "Po skończonej budowie mieszkaliśmy w wygodnych ziemiankach za solidnymi wałami ziemi, jakieś pół kilometra od pozycji Rosjan w lesie".
Dla obydwu stron informacje były na wagę złota. Rosjanie się wycofali, przez co postawili Niemców w trudnej sytuacji, ci bowiem tam ugrzęźli, dosłownie zakopani w błocie. Na tyłach nękali ich partyzanci. Kim byli ci ludzie? Co zrobią jutro i gdzie uderzą? Nie wiadomo, bo byli wręcz niewidzialni, kryli się w podziemnych schronach w lesie i wśród ludności cywilnej. Nieraz rekrutowali się spośród miejscowych, którzy początkowo byli nastawieni przychylnie do Niemców, ale z czasem narastała w nich wrogość. Siłą rzeczy wzajemne oskarżenia i ataki ze strony ludzi, którzy nie nosili mundurów, żeby ukryć swoją tożsamość, sprawiały, że każdy wydawał się wrogiem, i pogłębiały podejrzliwość i nienawiść. W ten sposób narastała wzajemna niechęć Niemców i Rosjan.
Pewnego dnia dowództwo przysłało do oddziału papy dwóch "szpiegów", nakazując ich rozstrzelanie. Ciągnięto losy i papa, podówczas dziewiętnastoletni, wylosował krótką zapałkę, czyli feralny los. W opublikowanej w 1937 roku książce von den Fronten des Krieges und der Wissenschaft pisał:
Kiedy musiałem zabijać w walce, nie czułem najmniejszych wyrzutów sumienia, ponieważ ja i wróg mieliśmy równe szanse. Ale zabijanie bezbronnych ludzi, nawet jeżeli zasłużyli na śmierć, napawało mnie wstrętem. Wszystko w środku się buntowało... lecz dyscyplina wojskowa nie zna litości. Wiedziałem, że muszę się podporządkować i że mam obowiązek wypełnić rozkaz. Zostawało tylko uczynić to szybko i skutecznie.
W tym samym miejscu papa opisał skazańców. Jeden był barczystym brunetem, drugi młodzieńcem w jasnej czapce. Kiedy odczytano im wyrok, uścisnęli się i rosyjskim zwyczajem pocałowali w usta na pożegnanie, a gdy jak jeden strzał gruchnęła salwa z szesnastu karabinów plutonu egzekucyjnego, który sformował papa, młodzieniec podrzucił czapkę do góry. Papa pisał potem: "Ów pokaz niezwykłej siły woli, która okiełznała przyrodzony strach przed śmiercią i pozwoliła tym ludziom bez zmrużenia oka przyjąć tragiczny los, był jedynym promieniem światła w tym ponurym dniu".
Nie wiem, co bym zrobił jako nastolatek, gdyby mi rozkazano zabić z bliska dwóch bezbronnych ludzi. Papa był wszakże wytworem kontekstu historycznego, w którym posłuszeństwo wobec autorytetu stawiano na samym szczycie hierarchii cnót. Jak zauważył choćby Bertrand Russell, Niemcy w epoce przed Hitlerem "wyjątkowo poważnie traktowali obowiązki publiczne [...], a służbę państwu uważali za oczywisty ideał moralny"[4]. Niemniej opowieść papy o tej egzekucji przeraziła mnie. Czułem, że chce mi pokazać, jak stłumił w sobie wtedy słabość, aby stać się lepszym człowiekiem. Po cóż by opowiadał o tym publicznie, gdyby nie sądził, że przynosi mu to chlubę? Dopiero długo po jego śmierci zacząłem podejrzewać, że być może w rzeczywistości chodziło mu o ukazanie bestialstwa i okropności wojny. Najnowsze wynalazki techniczne umożliwiają nam zabijanie wielkiej liczby ludzi na odległość, bez oglądania wprost tego, co czynimy. Zastanawiam się jednak, czy ktokolwiek użyłby tych przemysłowych narzędzi mordu, gdyby ofiary stały przed nami w rzędzie i musielibyśmy patrzeć im w oczy. Byłoby to możliwe tylko za sprawą mechanizmu nienawiści - nienawiści i danej nam nadzwyczajnej zdolności do oszukiwania się. Te zdolności są częścią dziedzictwa biologicznego, które ułatwia nam usprawiedliwianie naszych czynów i ocalanie tym samym zdrowia psychicznego, chociaż niekiedy popycha nawet do wniosku, że za straszne czyny, których się dopuszczamy, należą się nam medale.
Wkrótce po straceniu dwóch Rosjan papa poprosił o miesięczny urlop, który otrzymał. Jadąc do Borówek przez Berlin, odnalazł Meka, przyjaciela z gimnazjum, który wracał w domu do zdrowia, po tym jak odłamek pocisku artyleryjskiego zgruchotał mu ramię. Natychmiast urządzono przyjęcie, gdzie papa spotkał Elly Below, koleżankę szkolną, w której się durzył. Pisał potem:
Stara miłość odżyła, skoro tylko się ujrzeliśmy. Przetańczyłem z nią całą noc i zaprosiłem do Borówek, abyśmy spędzili z sobą czas mojego urlopu. Zgodziła się i nazajutrz rano razem wyjechaliśmy z Berlina. Matka przyjęła ją bardzo serdecznie. Pokazałem Elly mój raj, lasy, pola i łąki. Chodziliśmy na długie spacery po okolicy. Był maj i piękno Borówek zapierało dech w piersi. Kwitły drzewa owocowe, pysznie zieleniły się rozległe pola zbóż, ponad którymi na niebie tańczyły skowronki, śpiewając swój nieprzerwany hymn radości.
Pod koniec miesiąca Elly towarzyszyła papie w podróży do Berlina, gdzie wsiadł do pociągu wojskowego, który codziennie z dworca Zoologischer Garten wyruszał na front rosyjski. Znalazłszy się w wagonie, papa otworzył okno. Kiedy pociąg ruszył, Elly szła równo z nim po peronie, coraz szybciej, aż zaczęła biec, żeby nie zostać z tyłu. W końcu wskoczyła na stopień, a papa otwarł drzwi i wciągnął ją do wagonu. Wysiedli w Królewcu i dorożką pojechali nad Bałtyk, gdzie wynajęli domek blisko plaży. "Właśnie tam pierwszy raz w młodym życiu doświadczyłem słodyczy i głębi ostatecznej kapitulacji dwojga kochanków", pisał papa, po czym dodawał: "Urodziłem się w XIX wieku i zostałem wychowany w poszanowaniu surowych zasad moralnych tamtej epoki. Uważałem za oczywiste, że... muszę poślubić Elly".
Wróciwszy w okopy na błotach Tirelu, papa napisał do Elly list, w którym prosił ją o rękę. Odpowiedziała odmownie, wyjaśniając, że ma narzeczonego, który stacjonuje w okopach pod Verdun, i że gdyby przyznała się, że go zdradziła, z rozpaczy mógłby pójść na pewną śmierć. Papa również był zrozpaczony. Być może przeczuwał rzeź, która na polach Francji pochłonie pół miliona ofiar po każdej ze stron, a może sam też pragnął umrzeć. Tak czy inaczej, wystąpił o przeniesienie w szeregi Luftstreitkräfte, czyli nowo tworzonego lotnictwa bojowego. Samoloty, które dotychczas wykorzystywano do obserwacji rozlokowania i ruchów wojsk, zamieniały się w broń. Wyposażano je w karabiny maszynowe, chociaż nie w spadochrony.
Papę skierowano do szkoły pilotów przy fabryce junkersów w Koszalinie, gdzie został jednym z trzydziestu adeptów. Instruktor papy, nazwiskiem Stockhausen, używał samolotu szkoleniowego wyposażonego w dwa drążki sterownicze. Jeden drążek służył do prowadzenia samolotu, a drugi przeznaczony był dla adepta, który naśladował ruchy instruktora, aż w końcu sam potrafił sterować samolotem. W tamtym czasie junkersy to były dygoczące ustrojstwa do latania, które szyderczo nazywano Kisten, czyli "gruchotami". Miały opinię "ciężkogłowych", to znaczy przejawiały tendencję do spadania dziobem w dół, w związku z czym mówiono o nich również: "latające trumny".
Po zaliczeniu próby terenowej - w trakcie której pilot musiał utrzymać maszynę w powietrzu przez co najmniej pół godziny, wznieść się na wysokość dwóch kilometrów i na koniec miękko wylądować - papę wysłano do jednostki wspierającej wojska walczące z Włochami w bitwie nad Soczą. Papa zameldował się w bazie lotniczej, gdzie kojarzono tak zwane Fligerehe, czyli latające małżeństwa. Załoga samolotu bojowego składała się z pilota, zwanego Emilem, i ze strzelca-nawigatora, zwanego Franzem. Emil mógł strzelać na wprost, "przez" śmigło, z karabinu zsynchronizowanego w taki sposób, że pociski omijały łopatki. Franz siedział za Emilem i był oczyma załogi, wypatrywał jednomiejscowych myśliwców wroga i obsługiwał karabin, który mógł kierować na boki lub do tyłu. Właściwy dobór "latającego małżonka" był więc sprawą życia i śmierci.
Papa przyjrzał się potencjalnym partnerom podczas przyjęcia dla pilotów i nawigatorów, na którym zadzierzgały się "latające małżeństwa", i wykluczył "wszystkich, którzy ochoczo się zajmowali piciem alkoholu". W ten sposób wypatrzył tylko jednego kandydata. Ostatni etap tworzenia załóg polegał na tym, że piloci demonstrowali przed nawigatorami swoje umiejętności. Kiedy papa wykonał swój lot, podszedł do niego właśnie ów abstynent, Walter Grotrian, i zapytał:
- Chcesz ze mną latać?
- Abgemacht! - zawołał papa, "załatwione". - Sam chciałem ciebie o to prosić.
To "małżeństwo" trwało znacznie dłużej niż pierwsze prawdziwe małżeństwo papy, które zawarł nieco wcześniej. W okresie nauki w szkole pilotów papa chadzał do teatru, gdzie spotkał młodą kobietę, a skoro tylko spojrzeli sobie w oczy, papa zakochał się "od pierwszego wejrzenia". Drugi raz. Tym samym wyleczył się z miłości do Elly, której wszakże nigdy nie zapomniał. Ale wszelkie świadectwa, a także zapiski w jego pamiętniku wskazują, że papa wkrótce doszedł do przekonania, że jego wybranka jest kobietą "zepsutą" z powodu niezależnych poglądów. Szybko się rozwiedli. Papa zanotował: "Wojna i jej skutki zaszczepiły mi nienasycony głód wolności, który czynił ze mnie osobę absolutnie niezdatną do "jarzma małżeńskiego"".
Wkrótce po znacznie szczęśliwszych "zaślubinach" z Walterem Grotrianem załoga Heinrich-Grotrian została odkomenderowana na lotnisko polowe w Istrago, dokąd poleciała nad doliną Padu. Papa pisał: "Podczas tego lotu wzdłuż linii frontu pierwszy raz widzieliśmy walkę powietrzną. Niemiecki myśliwiec zestrzelił dwa duże samoloty włoskie, które w płomieniach runęły na ziemię. Dało nam to pewne wyobrażenie o tym, czego możemy się spodziewać".
Na lotnisku w Istrago sprężystym krokiem podszedł do nich drobny, dziarski oficer z Krzyżem Żelaznym na piersi, który przedstawił się jako "porucznik Hirsch, adiutant dowódcy Feldflieger Abteilung 17", czyli eskadry liniowej numer 17, do której zostali przydzieleni. Potem poznali dowódcę jednostki, kapitana Grauerta.
W chwili przybycia papy w skład eskadry numer 17 wchodziło dwóch pilotów, a mianowicie sierżanci Noeding i Ricker, oraz trzech nawigatorów: podporucznicy Briese, Moesnew i Hemprich. Wszyscy potem zostali zestrzeleni i zginęli we Francji. Brüggendiek, który dołączył później, stracił ramię w kraksie, a Walter Grotrian dostał postrzał w płuco, ale przeżył, żeby znowu dołączyć do papy. Papa jako jedyny lotnik tej jednostki nigdy nie został ranny, chociaż dwukrotnie go zestrzelono.
Pewnego razu, gdy papa sprawdzał silnik przed startem, jego nawigator, którego nazwiska już nie pamiętał, kiedy opisywał to zdarzenie, wykrzyknął:
- Gerd, na pewno wygramy tę wojnę!
- Skąd ta pewność? - zapytał papa.
- Bo walczymy w słusznej sprawie. Walczymy o dobro i sprawiedliwość, a nie o ziemię i pieniądze, jak większość naszych wrogów.
- W tym świecie jest tylko jedno dobro i jedna sprawiedliwość, a mianowicie "przetrwanie najlepiej przystosowanych" - rzekł papa, na pozór bez związku.
Kiedy pierwszy raz opowiedział mi tę historię, owa sentencja wydała mi się głęboka. Nie rozumiałem jej. Ale gdy powtórzył ją kilkadziesiąt lat później, a byłem już zawodowym biologiem, zabrzmiała fałszywie i pusto. Przejmowała też zgrozą, ponieważ kojarzyła się z tego rodzaju darwinizmem społecznym, jaki szerzyła propaganda narodowych socjalistów.
Niemcy krok po kroku przesuwali linię frontu w dół pogórza alpejskiego na niziny północnych Włoch, docierając pod ufortyfikowaną Monte Grappa, której broniła piechota włoska. Niemiecki sztab generalny nakazał szturmowanie fortecy, a eskadra siedemnasta miała wspierać atak z powietrza. Po latach papa pierwszy rajd nad Monte Grappa wspominał następująco:
Byłem zdumiony urwistością tej góry. [...] Tam i sam widziałem oddziały piechoty niemieckiej, które usiłowały wspinać się po zabójczych ścianach pod ogniem włoskich dział i karabinów maszynowych rozlokowanych na szczycie. Gardło miałem ściśnięte współczuciem dla chłopaków, którym wyznaczono to beznadziejne zadanie. [...] Wzbiłem się nad szczyt i zaatakowałem, strzelając z naszych karabinów maszynowych, ale jeden z ich strzelców wziął nas na cel i bluznął serią w sam środek samolotu. Kilka kul podziurawiło bak, który znajdował się za moimi plecami. W ciągu paru sekund mój kombinezon przesiąkł benzyną. W każdej chwili mogliśmy eksplodować i runąć w płomieniach na ziemię.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.