Rozdział 2
Boli mnie, więc jestem
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie daleka znajoma. Poznałyśmy się przed laty w Rzymie i od tamtej pory dowcipnie nazywała mnie Panią Doktor Rzym. Tak też zapisała mnie w swoim smartfonie, gdy wymieniłyśmy się numerami w Wiecznym Mieście. Od czasu tamtych rzymskich wakacji kontaktowałyśmy się okazjonalnie, najczęściej po to, by złożyć sobie życzenia świąteczne. Jej telefon w lutym, w dodatku późnym wieczorem, był więc dla mnie niespodzianką.
Okazało się, że chodziło o teleporadę. Przez ból stawów Basia nie mogła chodzić. Po wykluczeniu chorób reumatycznych na podstawie badań laboratoryjnych i obrazowych zdecydowała się na samoleczenie i sięgnęła po xanax, lek psychotropowy o działaniu uspokajającym, przeciwlękowym i nasennym.
Następnego dnia była już na masażu relaksacyjno-wyciszającym, a kolację popiła lampką francuskiego chardonnay przy dźwiękach tybetańskich mis.
Czy jako lekarz polecam lampkę wina? W przypadku Basi była to próba ucieczki od problemów. Nie mam nic przeciwko alkoholowi spożywanemu w rozsądnych dawkach, o ile nie staje się on jedyną formą rozluźnienia i plastrem na życiowe rany. Gdyby alkohol nie miał w sobie potencjału uzależniającego i nie prowadził do alkoholowego stłuszczenia wątroby, byłby jedną z zalecanych przez lekarzy form wyciszenia. Niejeden z moich pacjentów po stresującym dniu w pracy wracał do domu, otwierał barek i uprzyjemniał sobie wieczór kieliszkiem wina lub szklaneczką whisky.
Wielu przekonałam, że life style zapożyczony z amerykańskich filmów i seriali jest już niemodny. Dzisiaj medycyna stylu życia po pracy zaleca wczesną i lekką kolację, najlepiej w towarzystwie H2O, a na wieczór medytacje, tai-chi, czytanie książek z dziećmi i rozmowę z bliskimi, a nie wymianę komunikatów. Świadomie rozmawiając i uważnie słuchając, wzmacniamy więzi rodzinne i zaspokajamy potrzebę bycia kochanym. Dobre relacje z bliskimi, pełne wzajemnego szacunku i empatii, zapewniają nam poczucie bezpieczeństwa, tożsamości i zakorzenienia, a tym samym chronią nasz układ nerwowy przed ucieczką w psychosomatykę ze stanami lękowymi, paniką i depresją włącznie. Nie bez powodu Marilyn Monroe powiedziała, że kariera to piękna rzecz, ale nie przytulisz się do niej w zimną noc.
Wróćmy jednak do bohaterki rozdziału. Mimo środków zaradczych w postaci psychotropów, procentów i dłoni masażysty Basia ponownie zadzwoniła po kilku tygodniach. Zamiast euforii w słuchawce usłyszałam, że ból stawów nie pozwala jej od trzech dni opuścić łóżka. Ta historia pokazuje, jak trudno pomóc psychosomatykowi, zafiksowanemu na punkcie własnej choroby. Choroby, która staje się dla niego ucieczką od rzeczywistości, a jednocześnie jest wołaniem o miłość i uwagę bliskich.
Przez niemal godzinę Basia nie dopuszczała mnie do głosu. Z wielką dokładnością opowiedziała mi historię swojego życia, która dla mnie, lekarza patrzącego na pacjenta holistycznie, nierzadko jest wskazówką pozwalającą postawić diagnozę. Wszystko zaczęło się od wyjazdu na placówkę z mężem do - jak to określiła - bezdusznego Waszyngtonu. Jej druga połówka pięła się po szczytach kariery, a ona gasła z dnia na dzień. I stało się...W pewien niedzielny poranek nie wstała z łóżka! Winny był silny ból stawów, który uniemożliwił jej swobodne chodzenie. Amerykańscy lekarze rozpoznali rzut choroby reumatycznej, nie podając pacjentce ogniska infekcji, tak zwanego focus of infection.
Takimi ogniskami zapalnymi choroby reumatycznej, podczas której bakterie rozsiewane są do stawów, są najczęściej chore zęby, zatoki, migdałki lub uszy. Starzy interniści twierdzili (i słusznie), że focus of infection liże stawy i kąsa serce. Podane w porę antybiotyki i sterydy zapobiegają zapaleniu mięśnia sercowego, nabytym wadom serca, a nawet śmierci, kiedy choroba reumatyczna atakuje równocześnie stawy i serce.
Na szczęście Basia została zapatrzona przez lekarzy w leki i uniknęła czarnego scenariusza. Mimo to zakodowała sobie, że jest chora na reumatyzm, i przez wiele lat, już po powrocie do Polski, w ramach profilaktyki przyjmowała codziennie niesteroidowe leki przeciwzapalne (NLPZ), a konkretnie diklofenak, pochodną kwasu aminofenylooctowego o silnym działaniu przeciwbólowym, przeciwzapalnym i przeciwgorączkowym. Niestety, jak wielu samodiagnozujących i samoleczących się Polaków, nie wiedziała, że nawet leki bez recepty mają swoją ciemną stronę, zwłaszcza kiedy stają się codziennością. Szkodliwy wpływ NLPZ dotyczy całego przewodu pokarmowego, a ryzyko jego uszkodzenia zwiększa się wraz z czasem stosowania tej terapii, dawką, wiekiem, paleniem tytoniu czy nadużywaniem alkoholu.
W życiu Basi czynników ryzyka było wiele... Dodatkowo, w trakcie samoleczenia pacjentka nie przyjmowała leków osłonowych na żołądek, czyli inhibitorów pompy protonowej, tak zwanych prazoli. W kontekście NLPZ boimy się dwóch rzeczy. Po pierwsze, objawów dyspepsji, takich jak bóle w nadbrzuszu, dyskomfort, zgaga, nudności, które pojawiają się u 10-40 procent chorych stosujących NLPZ. Po drugie, wystąpienia nadżerek błony śluzowej żołądka, wrzodów żołądka oraz ich powikłań (krwawień, perforacji lub niedrożności).
Do niedawna nie było w Polsce badań oceniających, w jakim stopniu pacjenci są świadomi ryzyka powikłań dotyczących przewodu pokarmowego w trakcie stosowania NLPZ i konieczności podejmowania działań profilaktycznych. Dopiero w 2011 roku opublikowano wyniki szeroko zakrojonego badania ankietowego, w którym wzięli udział lekarze rodzinni z całego kraju. Badanie to objęło ponad 38 tysięcy pacjentów, którzy przewlekle stosują NLPZ lub kwas acetylosalicylowy. Okazało się, że 71 procent ankietowanych miało świadomość ryzyka wystąpienia powikłań, a główne źródło informacji stanowili dla nich lekarze podstawowej opieki zdrowotnej. Pomimo wysokiego stopnia świadomości na temat zagrożenia zaledwie 60 procent chorych, u których wystąpiło przynajmniej jedno działanie niepożądane, wiązało jego pojawienie się ze stosowaniem NLPZ. Leczenie osłonowe wprowadzono u 59 procent chorych, przy czym co piąty z nich stosował leki z własnej inicjatywy lub w wyniku porady uzyskanej w aptece.
Basia po leki hamujące wydzielanie kwasu solnego również sięgnęła po namowie farmaceuty, mniej więcej rok temu, kiedy żołądek dawał się jej we znaki. Nie muszę dodawać, że z samoleczenia NLPZ nie zrezygnowała.
- Ewo, to wróciło! - kontynuowała monolog do słuchawki. - Po trzydziestu latach wolnych od bólu. Znowu się zaczęło! Od ponad miesiąca, czyli od naszej ostatniej rozmowy, odczuwam poranną sztywność, nie mogę wykonywać codziennych czynności i jeszcze doszły potworne migreny. Byłam u nowego reumatologa i ortopedy. Przebadali mnie od stóp do głów i niczego nie znaleźli, ale jestem przekonana, że to rzut reumatoidalnego zapalenia stawów. Nie chcę nawet wspominać, ile za to wszystko zapłaciłam.
Badania związane z reumatyzmem, między innymi RF, ASO, CRP czy nawet badanie przeciwciał anty-CCP (antycytrulinowych), podstawowe badanie w diagnozowaniu reumatoidalnego zapalenia stawów (RZS), były negatywne. Przeciwciała anty-CCP odgrywają kluczową rolę w procesie postępowania patologicznego choroby. Mają wysoką czułość (80 procent), znacznie wyższą swoistość (powyżej 95 procent). Oznacza to, że poza dokładnym potwierdzeniem obecności choroby badanie jest jeszcze dokładniejsze w jej wykluczeniu. Negatywny wynik daje aż 95 procent pewności, że choroba nie występuje.
Basia nie mogła jednak wstać z łóżka z powodu rozsianych bólów w stawach i bólów migrenowych głowy, jak je nazywała. Po godzinie udało mi się wreszcie dojść do słowa, chociaż pacjentka już dawno postawiła diagnozę: nowy rzut choroby reumatycznej wraz z RZS i ciężkie migreny. Prawda wyglądała jednak inaczej. Szkoda, że Basia nie chciała słuchać. Odniosłam wrażenie, że autodiagnoza nadała sens jej nowej wizji życia. Dla zrozumienia i leczenia psychosomatyki potrzebne są dwie rzeczy. Empatyczny i cierpliwy lekarz oraz zaangażowany w proces leczenia pacjent. Niestety, Basia nie była zainteresowana zdrowieniem, ale chorowaniem. W mojej ocenie jej bóle miały podłoże psychiczne. Ich źródłem były konflikty rodzinne, brak zainteresowania ze strony bliskich, a przede wszystkim męża zajętego własną karierą. To strach przed starzeniem i brakiem celu w jesieni życia przyczyniły się do podświadomej ucieczki w chorobę.
Tydzień później zadzwoniła ponownie. Jak się okazało, na nowo zaczęła przyjmować sterydy przepisane przez lekarza. Mimo braku zmian w parametrach krwi wmówiła mu, że ma RZS, co było nie lada sztuką! Jak sama przyznała, mimo końskich dawek nie odczuwała żadnej poprawy. Wzięłam ją pod włos.
- To niemożliwe, żeby przy stosowaniu sterydów nie było poprawy w RZS - powiedziałam.
Mojej uwagi nawet nie skomentowała. Kiedy zaproponowałam krótkotrwałe leczenie antydepresantem, kategorycznie odmówiła. Podkreśliła, że boi się uzależnienia i zmiany osobowości. Zastanawiałam się, w jaki sposób zamierzała wyleczyć problem psychosomatyczny lekami na choroby organiczne. Dlaczego bała się pigułek szczęścia, a nie wzbudzała jej obaw długotrwała terapia sterydami?
Basia jest żywym przykładem, jak trudno niektórym pacjentom zaakceptować diagnozę psychosomatyki. Na ogół należą do nich osoby lękowe, nieufne, przekonane o własnej nieomylności. Niestety, to najczęściej panie. Z mojego doświadczenia wynika, że mężczyźni mają większe zaufanie do specjalistów. Po prostu wierzą, że lekarz zna się tak samo na swojej profesji, jak oni na swojej.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
swojej.