Rozdział 2
WERONIKA
POCZĄTEK MARCA 2012
Zoran (do jego nowego imienia wciąż nie potrafiłam się przyzwyczaić) czekał na lotnisku w Zagrzebiu. Gdy tylko wpadłam w jego ramiona, wszelkie smutki i wątpliwości związane z zawodem, jaki sprawiłam rodzinie, wyjeżdżając do Chorwacji, zniknęły jak ręką odjął. Liczyła się wyłącznie nasza miłość, co do której nie miałam żadnych wątpliwości. To ona pomogła mi przetrwać niezbyt przyjemne ostatnie spotkanie z Pawłem. W końcu to nic miłego oznajmić, że rozstanie jest nieuniknione.
Może popełniłam błąd, że zaprosiłam go do pobliskiej, swego czasu naszej ulubionej, knajpki? Fałszywie odebrał sygnał i kiedy dotarłam na miejsce, zajmował już stolik pod oknem. W dłoni miał bukiecik białych frezji, których widok zawsze chwytał mnie za serce.
- Jesteś już, kochanie - powiedział. - Przepraszam, że wczoraj nie mogłem uczestniczyć w rodzinnej kolacji...
Przerwałam gestem te tłumaczenia.
- Nie szkodzi. Paweł, musimy porozmawiać.
Mimo że młodzi, oboje byliśmy dorośli i świadomi, w jakich sytuacjach padają podobne słowa. Wytrzymałam jego spojrzenie i by zyskać na czasie, powoli zdjęłam kurtkę. Torebkę zawiesiłam na poręczy krzesła. Kilka dodatkowych minut podarował mi przyjmujący zamówienie kelner.
- Poproszę latte - zdecydowałam, udając, że przeglądam menu.
Nie zauważyłam, co zamówił Paweł.
- Weroniko, wiem, co cię boli - zaczął, kiedy kelner zostawił nas samych. - Rzeczywiście nie zawsze miałem dla ciebie czas, kiedy przyjeżdżałaś. Ale to się zmieni. Ojciec po stanie przedzawałowym doszedł już do siebie, mamie również uświadomiłem, że musi być bardziej samodzielna. Wyprowadzam się z domu. Co byś powiedziała, gdybyśmy zamieszkali razem?
Zmroziło mnie jego pełne nadziei spojrzenie.
Dużo bym dała za to, by nie przynosił tych nieszczęsnych frezji i nie obdarzał mnie maślanym wzrokiem. Wbrew zamierzeniom, zamiast przejść do sedna, zaczęłam pleść od rzeczy.
- Naprawdę musisz wracać do Dubrownika na jeszcze jeden semestr? - dopytywał Paweł, kiedy wreszcie skończyłam bajki o kontynuowaniu studiów w Chorwacji, oczywiście nie wspomniawszy o Zoranie.
Zakończenie znajomości twarzą w twarz okazało się zbyt trudne. Myślałam wyłącznie o przerwaniu spotkania i dokończeniu dzieła przez telefon. Paweł jednak wyczuł pismo nosem.
- Poznałaś kogoś - bardziej stwierdził, niż zapytał.
Przyparta do muru przestałam udawać.
- Tak. Ma na imię Zoran.
- Nie pytam cię, jak ma na imię. Od jak dawna przyprawiasz mi rogi?
- Paweł!
- Ja czekam na ciebie cały semestr, a ty się dobrze bawisz! Super!
- To nie tak...
- A jak?
- Nie chciałam cię skrzywdzić. Nie planowałam...
Przerwał mi.
- Wiesz co? Życzę ci wszystkiego najlepszego. Obyś się nie przejechała na tym swoim Chorwacie! - krzyknął i wyszedł, zostawiwszy na stoliku pięćdziesiątkę akurat w chwili, gdy pojawił się kelner z zamówieniem.
Skinieniem głowy pozwoliłam postawić na stoliku moją latte i jak się okazało, zamówionego przez Pawła kolorowego drinka, który pochłonęłam jednym haustem i do ostatniej kropli. Lekki zawrót głowy pozwolił mi opanować nerwy i zebrać myśli.
Wychodziłam z kawiarni z uczuciem, że zamknęłam za sobą drzwi.
- Wiedziałem, że wrócisz! - oznajmił Zoran, zanim zamknął mi usta pocałunkiem.
Staliśmy pośrodku hali przylotów spokojni, pogrążeni we wzajemnej bliskości, szczęśliwi, że nareszcie jesteśmy razem. Nie przeszkadzały nam ani tłumy podróżnych, ani stukot kółek przy walizkach, ani głośniki, hałaśliwie ogłaszające, że nie należy pozostawiać bagażu bez opieki.
Moja skromna torba znalazła się w silnych rękach ukochanego, a ja, wtulona w jego ramię, pozwoliłam się prowadzić. Z nim choćby na koniec świata!
Nie było potrzeby, by iść aż tak daleko. Po chwili dotarliśmy do parkingu, na którym czekał stary sfatygowany gazik.
- Wiesz, że pamięta czasy, kiedy mój ojciec pisał korespondencje z wojny bałkańskiej? Ale nie bój się, pod maską ma niezły silnik.
Zajęłam miejsce dla pasażera i mimo woli poczułam się jak mama, którą lata temu ojciec Zorana odebrał z lotniska w Zagrzebiu. Wolałam jednak tę refleksję zachować dla siebie. W końcu tamta znajomość przekształciła się w przyjaźń, a nasz związek miał być czymś zupełnie innym. Tyle że podobieństwa narzucały się same.
- Zamilkłaś - usłyszałam. - Nie obawiaj się, stary grat, ale ma całkiem niezłe osiągi. Z zewnątrz muzeum, w środku liceum - zażartował, nacisnął na pedał gazu i ruszył z impetem do Dubrownika.
Mieliśmy do pokonania sześćset kilometrów, czyli około ośmiu godzin jazdy. Pomyślałam o Ninie, z którą przemierzałyśmy tę trasę autobusem, jadąc na Erasmusa pół roku temu. Teraz moja przyjaciółka rozpoczyna kolejny semestr na toruńskiej bałkanistyce, a nasze wynajęte mieszkanko z widokiem na dubrownickie mury i wyspę Lokrum znalazło zapewne nowych lokatorów.
Od naszego ostatniego spotkania upłynęły ponad dwa tygodnie. Napisała mi, że zaliczyła zaległe egzaminy i wróciła do Polski krótko po mnie. Ostatni raz dała znać tuż przed początkiem roku na UMK.
"Cholernie tęsknię za Chorwacją i za Tobą też, chociaż mnie zdradziłaś z Tym swoim Lovrem/Zoranem. Dostałam pokój w akademiku z dziewczyną z pierwszego roku. Tragedia. Werka, wracaj, bo tu zwariuję! Nie mogę zapomnieć widoku z naszego okna na Adriatyk. I w ogóle było fajnie. Szkoda, że muszę pisać o tym w czasie przeszłym. Nina".
Mnie też było tęskno, nawet mimo obecności Zorana, który pewnie i zamaszyście prowadził gazik w stronę Splitu, by zgodnie z marszrutą znaleźć się na Jadranskiej Magistrali, zapewniającej trzysta kilometrów wspaniałych widoków na Adriatyk. Myślałam o Dubrowniku bez Niny - szalonej wariatki, nieposkromionej optymistki, towarzyszki do tańca i do różańca, przyjaciółki, której nie zobaczę nie wiadomo jak długo.
- Zerknij. Na prawo mamy zjazd na Zadar, gdzie mieszka mój ojciec. - Zoran wybudził mnie z zadumy. - Byłaś kiedyś w Zadarze?
- Nie, nie - zaprzeczyłam gwałtownie. Ale moja mama ma stąd mnóstwo wspomnień, dodałam w myśli.
- Musimy kiedyś odwiedzić ojca. Jakiś czas temu zamieszkał w domu dawnych przyjaciół Żeljka i Chesny, ma sporo miejsca dla gości i łódkę. Nie nazywajmy jej może jachtem - roześmiał się. - Pod koniec kwietnia, w maju pokażę ci nasze wybrzeże od strony morza. Blaż to spoko gość - zakończył i zaproponował krótki przystanek.
Zatrzymaliśmy się w pobliżu Szybenika. Wprawdzie marcowa pogoda nie pozwalała na rozkoszowanie się letnimi ogródkami, ale w lekkiej kurtce można było przysiąść na dworze i zjeść, zanim danie zdąży ostygnąć.
Smakowałam świeżą, dobrze doprawioną rybę, patrzyłam na lazurowe morze i w równie niebieskie oczy mojego Zorana. Ale nad szczęściem, którego zażywałam, krążyły niewielkie chmurki niepewności i nieoczekiwana tęsknota za czymś niezdefiniowanym. Myśli o Ninie przywołały te o bliskich. W głowie miałam nieład.
- Niedobra? - Zoran pogłaskał mnie po dłoni z widelcem, która zawisła nad talerzem.
- Bardzo dobra - odparłam trochę zbyt szybko. - Przepraszam, zamyśliłam się.
- Będzie dobrze, moja kochana - powiedział. - Nareszcie jesteś. A w domu mam dla ciebie niespodziankę - dodał czule.
Ta delikatność sprawiła, że skarciłam się w duchu za milczenie w drodze i tęsknoty za życiem, które zostawiłam daleko za sobą.
- Oczywiście, że będzie. Bo ty tu jesteś - potwierdziłam w przypływie miłości do tego siedzącego tuż obok chłopaka.
Gdybym tak nie myślała, nie byłoby mnie przy nim.
Dojechaliśmy do Dubrownika wieczorem. Kiedy zbliżaliśmy się do miasta, słońce zachodziło za góry, rzucając ostatnie promienie na Stari Grad.
Zoran skierował się do bramy Pile i zaparkował w pobliżu mojej dawnej kwatery.
- Chcesz mi przypomnieć, gdzie mieszkałam? - zapytałam, wdzięczna za krajoznawczą wycieczkę.
- Wysiadaj. To właśnie moja niespodzianka.
Kiedy stanęłam w progu pokoju zajmowanego z Niną przez ostatnie pół roku, zrozumiałam. Zoran wynajął go dla nas.
- Jak ci się podoba? - Mój ukochany czekał na oklaski. - Dodatkowo mamy łazienkę i jeszcze mały pokoik z wnęką kuchenną. Przeniosłem już swoje rzeczy z akademika.
Byłam w Dubrowniku. To samo miejsce, ten sam widok, a u boku Zoran. Zadowolony, szczęśliwy i podekscytowany. Nie mogłam mu sprawić zawodu.
- Jestem pod wrażeniem. Będziemy tu szczęśliwi - powiedziałam radośnie, choć widok łóżek, które jeszcze dwa tygodnie temu zajmowałyśmy z Niną, wywoływał nostalgię.
- Lecę po bagaż. - Zoran obdarzył mnie całusem i pognał po schodach.
"Dojechaliśmy. Wszystko w porządku. Kocham Was", napisałam do mamy, korzystając z jego nieobecności.
"Trzymaj się, Nina! Spacyfikujesz młodą. Dobrze nam było w Dubrowniku. Musimy to kiedyś powtórzyć. W.", skreśliłam esemesa do przyjaciółki.
Układałam rzeczy w dobrze mi znanej szafie i pociągałam nosem, jednocześnie w myślach pukając się w czoło.
"Kochanie, nawet nie wiesz, jak będzie mi Ciebie brakowało". Mama odpowiedziała natychmiast, a ja zdołowałam się jeszcze bardziej.
Mnie ciebie też, pomyślałam, dokładając na półkę kolejne swetry.
- Jestem! Czy moja ukochana ma ochotę na kieliszek domaće i wspaniałą kolację? - Głos Zorana zaanonsował nadejście jego właściciela.
Otarłam łzy i wpadłam w jego ramiona. Do końca wieczoru nie musiałam sobie tłumaczyć, dlaczego tu jestem. Zasnęłam w jego ramionach, pełna wiary, że trafiłam na swoje miejsce.