ANNA
25 WRZEŚNIA 1991
Lecę do Zagrzebia! Wprawdzie przez Monachium, bo nie udało się z dnia na dzień zabukować biletu u lotowskiego przewoźnika, ale nieco okrężna droga kosztowała mnie niewiele więcej czasu.
Ostatnie kilka dni poświęciłam na gorączkowe przygotowania do wyjazdu, głównie sprawy rodzinne i towarzyskie. Impreza urodzinowa mamy, spotkanie ze Staszkami, pieczenie mięsa dla Jurka, żeby miał co jeść chociaż przez pierwsze kilka samotnych dni, uzupełnianie kosmetyczki o pastę do zębów i szampon (nie wiedziałam, co zastanę w chorwackich sklepach).
Rodzice na wieść o celowo ukrywanych przeze mnie planach wpadli w podwójną histerię. Próbowali wyperswadować mi ten, ich zdaniem, nieodpowiedzialny krok. Co będzie, jeśli coś mi się stanie? Stracą jedyne dziecko! Zginę bezpotomnie i nawet wnuków nigdy nie zobaczą! Na szczęście byłam na tę lawinę argumentów przygotowana. Nie zmieniłam zdania pod ich ciężarem i natychmiast wystąpiłam ze swoimi. Że dziennikarzy nikt w Chorwacji nie zabija, ale w razie czego będę uważać, by nie pchać się na linię frontu. Że cały świat przygląda się wojnie, a zarówno Chorwatom, jak i Serbom zależy na międzynarodowym image'u. Że Bałkany to nie koniec świata. Że zamieszkują je tacy sami Słowianie jak my, a pra-Chorwaci prawdopodobnie pochodzą z terenów dzisiejszej Polski, a zatem jadę do niemal swoich. Gdy wreszcie rodzicom udało się przerwać mój słowotok, usłyszałam, że nie mam pojęcia, czym jest wojna i jak straszne rzeczy dzieją się na froncie, a oni wiedzą dokładnie, bo w czasie drugiej światowej mieli w końcu po kilka lat.
Kolejne armaty wycelowali w moje uczucia. Jak ja mogę na tak długo zostawiać Jurka, mąż i żona powinni być zawsze razem, bo nigdy nie wiadomo, co z rozstania może wyniknąć... Tę kwestię mama wyszeptała mi wprost do ucha w kuchni, gdzie musiałam się z nią udać pod pretekstem zrobienia kolejnej kawy. Gdy i to nie pomogło, rozpoczął się ostrzał z dział najcięższego kalibru. Co z nimi? Czy nie pomyślałam o swoich biednych starych rodzicach (lekko po pięćdziesiątce) porzucanych właśnie dla kariery?
Spodziewałam się problemów z ich strony, nie zdawałam jednak sobie sprawy, jak ciężką walkę przyjdzie mi stoczyć o swoją suwerenność.
- Jesteście jak ci Serbowie, którzy nie pozwalają innym pójść własną drogą. - Zrobiłam użytek ze świeżo nabytej wiedzy. - Zobaczycie, wyłączę prąd w waszym garnizonie, może wtedy odpuścicie - popisałam się znajomością sposobów walki z okupantem.
- Co ty mówisz? Jaki prąd? W jakim garnizonie? - Tata nie sczaił moich subtelnych odwołań.
- Gdy Serbowie atakują chorwackie wioski, Chorwaci wyłączają im prąd w ich garnizonach, żeby zostawili ich w spokoju.
- A co oni na to?
- Atakują dalej, oblegają i bombardują miasta - wyjaśniłam niepotrzebnie, wywołując kolejne wybuchy.
- To ty nas masz za okupantów? Gdyby nie to, że wyjeżdżasz, powinniśmy z matką chyba się obrazić. - Tata się nadąsał, ale nie podniósł z fotela, by opuścić posiedzenie.
Chwała Bogu, pomyślałam, usłyszawszy słowo "wyjeżdżasz", które świadczyło niezbicie, że rodzice pogodzili się z moją decyzją. Przepełniona wdzięcznością do losu za ten przełom próbowałam tonować nastroje. Obiecałam kontaktować się w miarę możliwości, dbać o siebie i pamiętać o nich. Po kilku godzinach ciężkich bojów dałam im buziaka na pożegnanie.
Stewardesa przypomniała mi o konieczności zapięcia pasów. Samolot przygotowywał się do lądowania w Monachium. W dole zobaczyłam ogromne lotnisko, z którego co chwila startowała kolejna maszyna. Gdyby nie fakt, że miałam mało czasu na przesiadkę, pewnie zjadłby mnie stres. Konieczność szybkiego działania uruchomiła jednak zdolność mobilizacji w trudnych warunkach. Jakimś nieznanym sobie sposobem znalazłam się na pokładzie niemieckiej maszyny i zajęłam miejsce przy oknie. Warszawa stała się odległym punktem na mapie. Za ogonem samolotu pozostali rodzice, doktor Douglas, Jurek, codzienna gonitwa.
- Wunschen Sie ein Glaschen Cognac? - Zobaczywszy w rękach stewardesy tacę z buteleczkami, domyśliłam się, że pyta, czy mam ochotę na kieliszek koniaku.
- Bitte sehr - odpowiedziałam, korzystając ze znajomości niemieckiego nabytej na rodzinnych wczasach w Warnemünde.
Wewnątrz poczułam przyjemne ciepełko, przepływające za oknem chmury kołysały do snu. Przymknęłam oczy, oddając ciało we władanie Morfeusza. Narzucona na ramiona kurtka grzała lekko.
- Hallo! - Ktoś dotknął mojej ręki.
Otworzyłam półsenne oczy.
Młody mężczyzna, który wcisnął mi w dłoń wizytówkę, oddalił się z zawadiackim uśmiechem ku kolejnym pasażerom. Export, import in all goods, przeczytałam tekst nad numerem telefonu.
- Handlarz bronią - uświadomił mnie mężczyzna zajmujący sąsiedni fotel.
- To legalne? - zdumiałam się mimo woli.
- Jedziemy do Zagrzebia, droga pani, a tam teraz wszystko jest legalne. W końcu musimy skądś tę broń brać. Wszystkie państwa udają, że jej nie sprzedają, ale interes kręci się jak cholera. Sam żałuję, że w to nie wszedłem. Byłbym bogaty. Pani pozwoli: Darko Ivanić - przedstawił się. - Od lat mieszkam w Niemczech. Mam tam małą firmę budowlaną, zarabiam na emeryturę. Tego handlarza widziałem już nieraz.
- Anna Jakubiec, jestem z Polski - zrewanżowałam się. - Jadę do... znajomych. - Nie odważyłam się wyjawić prawdy.
Facet rozsiadł się wygodniej w fotelu i przymknął oczy. Zrozumiałam, że rozmowa skończona.
Pożałowałam, bo gdybym pociągnęła gościa za język, być może dowiedziałabym się więcej, choćby o handlu bronią. Swoją drogą to dobry temat na początek, Julek o tym nie pisał, stwierdziłam. Z niepokojem pomyślałam, czy osoba, która ma mnie odebrać z lotniska, będzie czekać. Na wszelki wypadek miałam trochę dinarów, z taksówkarzem się dogadam. Pogratulowałam sobie młodzieńczej pasji, która kazała mi uczyć się egzotycznego języka chorwackiego (wtedy jeszcze ü). Teraz jak znalazł.
Wylądowaliśmy planowo. Ustawiłam się w kolejce po bagaż, cierpliwie czekając na moją czerwoną torbę fuksem zdobytą w sklepie sportowym kilka dni przed wyjazdem. Na wojnę z taką torbą! Bardzo stylowe, pomyślałam ze wstydem. Co było jednak robić, gdy rzucili tylko w kolorze krwistej czerwieni?
Na wszelki wypadek po raz ósmy sprawdziłam adres polskiego konsulatu, w którym miałam spędzić noc przed jutrzejszym wyjazdem do Zadaru. Jeśli wierzyć relacjom, od wczoraj można się było tam dostać bez przeszkód. Chorwacja z Serbią zawarły kolejny rozejm, odstępując od wzajemnych ataków.
W długim korowodzie walizek pojawiła się czerwona. Wyciągnęłam już rękę, by po nią sięgnąć, gdy pochwyciła ją obca dłoń.
- Przepraszam, to moja - wykrztusiłam z nadzieją po chorwacku, łypiąc na intruza próbującego porwać moją cenną własność.
- Blaż Batelić - przedstawił się mężczyzna. - Julek prosił, bym doholował cię do konsulatu. Musiał wyjechać. Nie masz nic przeciwko?
A cóż bym mogła mieć? Z wysokości ponad metra dziewięćdziesięciu centymetrów spoglądał na mnie postawny facet w moro, patrząc zadziornie prosto w moje oczy. Miał długie czarne włosy związane w kitkę. Po jego twarzy plątał się niesforny kosmyk, który wysunął się spod rzemyka.
Pewnie uścisnął moją dłoń. Zanim zdążyłam odpowiedzieć cokolwiek, kontynuował prezentację:
- Jestem dziennikarzem "Zadarskiego Listu", kolegą Julka. Dzisiejszą noc spędzimy w waszym konsulacie, jutro jedziemy do Zadaru. Byłem kilka dni w okolicach Osijeka, ale u nas też robi się gorąco. Muszę wracać. Pojedziemy więc razem. W Zadarze masz zarezerwowany pokój. Na początku będę twoim przewodnikiem, zanim się nie rozeznasz. - Musiałam mieć głupią minę, bo zaczął mnie uspokajać. - To długo nie potrwa. Julek mówił, że szybko sobie poradzisz, więc niebawem się ode mnie uwolnisz.
Czułam, że pora przerwać milczenie i powiedzieć coś sensownego, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Zebrawszy się w sobie, bąknęłam w końcu:
- Przepraszam, ale nie mówię biegle po chorwacku. Dziękuję ci - bez skrępowania przeszłam na ty, skoro zaczął pierwszy - że po mnie przyjechałeś. Przepraszam, możesz chwilkę poczekać? Muszę iść do toalety.
To było wszystko, na co mnie było stać podczas pierwszej rozmowy. Stałam przed lustrem w kibelku, z zażenowaniem kręcąc głową nad własną nieporadnością. Zimna woda pomogła. Przemyłam twarz, przeczesałam włosy, odgarnęłam je z twarzy, musnęłam wargi bezbarwnym błyszczykiem i byłam gotowa.
Mój Chorwat (pomyślałam o nim "mój", też coś!) czekał przy kasach z tandetną czerwoną torbą w ręce. Po chwili wojskowym gazikiem podążaliśmy do polskiego konsulatu w Zagrzebiu.
Blaż prowadził szybko i pewnie. Zastanawiałam się, czy aby na pewno jest dziennikarzem, a nie na przykład żołnierzem. Jakby odgadł moje myśli, bo się odezwał:
- Patrzysz na mój strój? W sklepach coraz większe pustki, a u przemytników najłatwiej dostać mundury. Są zresztą wygodne. - Puścił oko.
- Nie myślałam o twoim stroju - skłamałam - a o temacie na artykuł. Wpadł mi do głowy w samolocie. Jeśli jutro znajdziesz czas, chętnie ci opowiem.
- Jasne. Będziemy mieć go sporo w drodze do Zadaru. Poczekaj. - Zatrzymał auto. - Kupię coś na kolację - wyjaśnił. - W konsulacie nie ma się czego spodziewać. Pozwolisz, że wybiorę?
- Jestem wszystkożerna. - Powoli odzyskiwałam pewność siebie. - Dziękuję za troskę.
- Nie ma za co, Ana. Dla pięknej damy zrobię wszystko. Nie tylko kolację.
No tak, można się było tego spodziewać. Przystojny facet nigdy nie robi niczego za darmo.
Muszę zadzwonić do Jurka, że wylądowałam szczęśliwie, pomyślałam.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI