Chorwacja. Ciemniejsza strona słońca - Patrycja Chajęcka

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wiemy, że wiele po­dróży za­czyna się w domu, w za­ci­szu wy­god­nego fo­tela z książką w dłoni. Dla­tego stwo­rzy­li­śmy se­rię po­dróż­ni­czą, w któ­rej dzie­limy się oso­bi­stymi opo­wie­ściami o miej­scach bli­skich i da­le­kich. Wy­da­jemy książki pełne lo­kal­nych sma­ków i nie­za­po­mnia­nych za­pa­chów. Przy­bli­żamy kul­turę, ję­zyk i hi­sto­rię da­nego kraju. Po­ru­szamy te­maty za­an­ga­żo­wane spo­łecz­nie i po­li­tycz­nie, a jed­no­cze­śnie po­ka­zu­jemy co­dzienne ży­cie miesz­kań­ców oraz nie­zwy­kłe miej­sca, któ­rych nie znaj­dzie­cie w prze­wod­ni­kach.

Dzięki na­szym książ­kom każdy dzień jest po­dróżą.

W SE­RII PO­DRÓŻ­NI­CZEJ WY­DAW­NIC­TWA PO­ZNAŃ­SKIEGO DO­TYCH­CZAS UKA­ZAŁY SIĘ:

Na­ta­lia Ko­ła­czek I cóż, że o Szwe­cji

Anna Ku­rek Szczę­śliwy jak ło­soś. O Nor­we­gii i Nor­we­gach

Ma­ciej Brencz Fa­rer­skie ka­dry. Wy­spy, gdzie owce mó­wią do­bra­noc

Mag­da­lena Ge­now Buł­ga­ria. Złoto i ra­kija

Alek­san­dra Michta-Jun­tu­nen Fin­lan­dia. Sisu, sauna i sal­miakki

Mi­ko­łaj Bu­czak So­bre­mesa. Spo­tkajmy się w Hisz­pa­nii

Agnieszka Ka­miń­ska Szwaj­ca­ria. Po­dróż przez raj wy­my­ślony

Agnieszka Kraw­czyk Ru­mu­nia. Al­ba­stru, ciorba i wino

Da­mian Ha­daś Ala­ska. Przy­sta­nek na krańcu świata

Ka­ta­rzyna Łoza, Ukra­ina. So­roczka i ki­szone ar­buzy

Iza­bela No­wek, Al­ba­nia. W szpo­nach czar­nego orła

Syl­wia Iza­bela Schab, Da­nia. Tu mieszka spo­kój

Zu­zanna Ci­chocka, Sło­we­nia. Mały kraj wiel­kich od­le­gło­ści

Łu­kasz Grze­si­czak, Sło­wa­cja. Apa­cze, ko­smos i ha­luszki

Ca­thy Yan­dell, Fran­cja. Ra­dość ży­cia, prze­ło­żyła Do­rota Ma­lina

Ju­styna Mle­czak, Ma­ce­do­nia Pół­nocna. W ryt­mie oro

Kinga Pio­tro­wiak-Jun­kiert, Wę­gry. W ob­ję­ciach Du­naju

Marta Dziok-Ka­czyń­ska, An­glia. Czas na her­batę

WY­SPY

Róż­no­rod­ność

Każda wy­spa ma do opo­wie­dze­nia inną hi­sto­rię. Pag, któ­rego kra­jo­braz w du­żej czę­ści przy­po­mina po­wierzch­nię Księ­życa, opo­wiada o do­sko­na­łych se­rach owczych i soli mor­skiej, a także, choć nie­chęt­nie, o pie­kle, ja­kie zgo­to­wali Ser­bom, Ży­dom i chor­wac­kim an­ty­fa­szy­stom usta­sze w znaj­du­ją­cych się na jego ob­sza­rze obo­zach Slana i Me­tajna. O okrut­nej prze­szło­ści przy­po­mina rów­nież po­zba­wiony ro­ślin­no­ści Goli otok (dosł. Naga Wy­spa), na który Jo­sip Broz Tito zsy­łał więź­niów po­li­tycz­nych, a po­tem kry­mi­na­li­stów. Snutą przez wy­spę opo­wieść wy­peł­nia ciężka praca w ka­mie­nio­ło­mach. Chcia­ła­bym, żeby mó­wiła także o tym, jak to jest, gdy pie­kło za­mie­nia się w atrak­cję tu­ry­styczną. Wy­spa Ga­le­šn­jak wnosi nieco mi­ło­ści i na­dziei w tę po­nurą rze­czy­wi­stość - w końcu kształt serca, jaki przy­brała, do cze­goś zo­bo­wią­zuje. Brač opo­wiada o swo­jej naj­pięk­niej­szej plaży Zlatni rat, któ­rej uło­że­nie zmie­nia się w za­leż­no­ści od kie­runku wia­tru i prą­dów mor­skich, oraz chwali się, że bez niego znaj­du­jący się w Spli­cie pa­łac Dio­kle­cjana ni­gdy by nie po­wstał, po­nie­waż to on za­pew­nił bu­dow­ni­czym biały ka­mień wa­pienny. Cres mówi o je­zio­rze Vran­sko, za­opa­tru­ją­cym w wodę pitną rów­nież miesz­kań­ców po­bli­skiej wy­spy Lo­šinj. Daje też schro­nie­nie wielu ry­bom i pta­kom, mię­dzy in­nymi sę­powi pło­wemu. Wy­spy Brioń­skie przy­wo­łują te­mat Tity, który miał tam swoją let­nią re­zy­den­cję i chęt­nie za­pra­szał do niej kró­lów, pre­zy­den­tów oraz hol­ly­wo­odz­kie gwiazdy. Mljet i La­stovo szu­mią drze­wami, jak przy­stało na naj­bar­dziej za­le­sione chor­wac­kie wy­spy.

Hi­sto­rii jest wię­cej, bo Chor­wa­cja ma 78 wysp, 524 wy­sepki i 642 wy­sta­jące z mo­rza skały. Nie wszyst­kie wy­spy są za­miesz­kane. Naj­bar­dziej za­lud­niony jest Krk, który z lą­dem łą­czy żel­be­towy most, kie­dyś no­szący imię Jo­sipa Broza Tity. Jed­no­cze­śnie Krk zaj­muje pierw­sze miej­sce pod wzglę­dem wiel­ko­ści, ale dzie­lić je musi z Cre­sem. Naj­mniej­szą za­miesz­kaną wy­spą jest Kra­panj[1*], sły­nący z tra­dy­cji po­łowu gą­bek. Nie tylko zresztą naj­mniej­szą, bo także naj­niż­szą i znaj­du­jącą się naj­bli­żej lądu. Wy­spę dzieli od kopna, jak Chor­waci na­zy­wają ląd, je­dy­nie trzy­sta me­trów. Można wsko­czyć do wody i sa­memu prze­pły­nąć tę od­le­głość, ale je­śli nie ma się na to ochoty, co go­dzinę pływa sta­te­czek. Cała po­dróż zaj­muje dzie­sięć mi­nut i w se­zo­nie 2025 kosz­to­wać po­winna pół­tora euro. Naj­mniej­szą wy­spą w ogóle jest Smo­kvica Vela, le­żąca w Parku Na­ro­do­wym Kor­nati. Mimo że jest mała i bez­ludna, ma sporo do za­ofe­ro­wa­nia. W jej pół­noc­nej czę­ści znaj­duje się la­tar­nia mor­ska, a w po­łu­dnio­wej za­toka Lo­jena z kil­koma do­mami oraz obiek­tami ga­stro­no­micz­nymi. Na­wia­sem mó­wiąc, Kor­nati - ar­chi­pe­lag po­ło­żony na po­łu­dnie od Za­daru - oprócz ład­nych wi­do­ków ofe­ruje także ję­zy­kowe przy­jem­no­ści, bo jak nie uśmiech­nąć się pod no­sem na wieść, że jedna z jego wy­se­pek nosi na­zwę Ba­bina Gu­zica (dosł. Bab­cina Pupa), a nieco da­lej leżą Prduša Vela i Prduša Mala[2*], a także Svršata Vela i Svršata Mala[3*]? Ję­zy­ko­wych ra­do­ści Chor­wa­cja do­star­cza zresztą o wiele wię­cej.

Krk, Cres, Brač, Hvar, Pag, Ko­rčula, Dugi otok, Mljet, Rab, Vis, Lo­šinj, Pa­šman, Šolta, Ugl­jan, La­stovo to tylko kilka świa­tów do od­kry­cia. Kusi mnie cza­sem, żeby ska­kać z wy­spy na wy­spę, nie oglą­da­jąc się na ląd, lecz uważ­nie ob­ser­wu­jąc niebo.

Pola pach­nące la­wendą

Do po­ło­żo­nego na wy­spie Hvar mia­steczka Stari Grad przy­pły­nę­łam w po­ło­wie kwiet­nia. Plan był pro­sty: tro­chę po­pra­co­wać, ale i po­krę­cić się po oko­licy. Zde­cy­do­wa­łam się zo­stać dwa ty­go­dnie, uzna­jąc, że to wy­star­cza­jąco długo, by cze­goś się o wy­spie do­wie­dzieć, a przy tym na tyle krótko, by nie prze­sa­dzić, zo­sta­wić so­bie parę miejsc do od­kry­cia i py­tań do za­da­nia na ko­lejną po­dróż. W ciągu pierw­szego po­po­łu­dnia w Sta­rim Gra­dzie zo­ba­czy­łam nie­mal wszystko, co prze­ciętna tu­rystka zo­ba­czyć za­pewne po­winna. Nie­które miej­sca, ta­kie jak zbu­do­wany w XVI wieku pa­łac letni Pe­tara Hek­to­ro­vi­cia, były jesz­cze za­mknięte, na­le­żało się odro­binę po­sta­rać, aby do nich wejść. Wła­ści­cielka po­koju, w któ­rym się za­trzy­ma­łam, po­ra­dziła, żeby w ogóle się tym nie mar­twić.

- Za­dzwoń na po­dany na ta­bliczce nu­mer albo po­wiedz, gdzie chcesz wejść, a coś po­ra­dzimy - stwier­dziła.

Dzwo­ni­łam. Na ogół po­ma­gało.

Droga od portu do cen­trum Sta­riego Gradu to pół go­dziny spo­koj­nego spa­ceru. Pro­wa­dzi wśród drzew i krza­ków, zza któ­rych wy­ła­nia się mo­rze. Nie wiem, jak bar­dzo trzeba być opor­nym na piękno przy­rody, żeby się nie za­ko­chać. Zwłasz­cza gdy szu­mią drzewa, z boku wtó­ruje im mo­rze, a w po­wie­trzu unosi się sza­lona mie­szanka za­pa­chów. O słońcu ogrze­wa­ją­cym twarz na­wet nie wspo­mnę. Mnie wy­star­czył je­den krótki spa­cer, by po­my­śleć, że nie ma wspa­nial­szego miej­sca na Ziemi. Za­czę­łam się na­wet za­sta­na­wiać, jak ko­muś może w ogóle przyjść do głowy, by stąd ucie­kać. Moja chwi­lowa na­iw­ność, pod­szyta ocza­ro­wa­niem wi­do­kami, przy­po­mniała mi frag­ment Prze­wod­nika po wy­spie Senka Ka­ruzy: "Wy­obraźmy so­bie, że je­ste­śmy tu­ry­stami i przy­je­cha­li­śmy na urlop, pro­simy na­szego go­spo­da­rza, by wsiadł z nami do sa­mo­chodu i po­ka­zał nam wnę­trze wy­spy [...] Zo­sta­wiamy sa­mo­chód na po­czątku opu­sto­sza­łej wsi z ka­mien­nymi do­mami, wła­zimy na czwo­ra­kach to tu, to tam i nie ro­zu­miemy, że nie­ocze­ki­wany za­chwyt i lek­kość, ja­kie od­czu­wamy, spra­wiły za­pa­chy roz­ma­rynu i la­wendy, dzi­wimy się, że zie­mia pach­nie ina­czej niż mo­rze, roz­gar­niamy rę­koma ma­kię i prze­dzie­ramy się do pierw­szych do­mów. Na rynku we wsi od­kry­wamy, że tak na­prawdę to było tu mia­sto, przez głowę za­czy­nają nam prze­la­ty­wać nie­wia­ry­godne ob­razy i, o ile nie je­ste­śmy po­etami, na pewno nie opusz­cza nas myśl, że to wła­śnie tu po­win­ni­śmy so­bie ku­pić dom, a może na­wet całą wieś. Wszy­scy, któ­rzy stąd ode­szli, z pew­no­ścią zro­bili to przez po­myłkę, bez wąt­pie­nia błę­dem jest opusz­cze­nie tego ja­snego i czy­stego ka­wałka raju [...] Je­śli rze­czy­wi­ście na­le­gamy i upar­cie po­wta­rzamy py­ta­nie, znów otrzeźwi nas od­po­wiedź: jak mi Bóg miły, a toć lu­dzie ko­chane po­szły tam, gdzie im le­piej bę­dzie"[1].

Ka­ruza pi­sał o Vi­sie, ale te­mat wy­lud­nie­nia do­ty­czy tak na­prawdę każ­dej z wysp, a także cho­ciażby wio­sek po­ło­żo­nych w Sla­wo­nii, czyli we wschod­niej czę­ści Chor­wa­cji. Lu­dzie od stu­leci wy­jeż­dżali z tych te­re­nów w po­szu­ki­wa­niu lep­szych wa­run­ków do ży­cia. Na Hva­rze sym­bo­lem ma­so­wej emi­gra­cji stały się dwie miej­sco­wo­ści - Malo Gra­blje oraz Velo Gra­blje. Pierw­sza z nich, zwana wio­ską du­chów, ukryta jest u pod­nóża ska­li­stego wzgó­rza i oto­czona bujną ro­ślin­no­ścią, która po­chła­nia to miej­sce od kil­ku­dzie­się­ciu lat. Ostatni miesz­kańcy opu­ścili wieś w la­tach sześć­dzie­sią­tych. We­dług da­nych Pań­stwo­wego Urzędu Sta­ty­stycz­nego w 1961 roku miesz­kało tam już tylko sześć osób. Dzie­sięć lat póź­niej nie było ni­kogo. Nie­któ­rzy z miesz­kań­ców prze­nie­śli się ni­żej, do po­ło­żo­nej w za­toce miej­sco­wo­ści Milna. Za­brali ze sobą na­wet zmar­łych i po­cho­wali ich na no­wym cmen­ta­rzu, o czym in­for­muje ta­bliczka znaj­du­jąca się na sta­rym miej­scu po­chów­ków. W tam­tym cza­sie roz­wi­jała się tu­ry­styka, a nad­mor­ska Milna po­zwa­lała wy­ko­rzy­stać ko­niunk­turę. Byli też tacy, któ­rzy zde­cy­do­wali się cał­kiem po­rzu­cić ro­dzinne strony i wy­je­chać za gra­nicę. Przez kil­ka­dzie­siąt lat w wio­sce nie miesz­kał nikt. Do­piero spis lud­no­ści z 2021 roku mówi o trzech oso­bach[2]. Miej­sco­wość wbrew po­zo­rom nie wy­marła jed­nak zu­peł­nie. La­tem działa tu ta­werna Stori Ko­min, którą pro­wa­dzi Berti Tu­dor. A je­śli ktoś dys­po­nuje spo­rym bu­dże­tem, może za­trzy­mać się w nie­dawno otwar­tej luk­su­so­wej Villi Ful­min. Nie wiem, czy warto, bo to zde­cy­do­wa­nie za wy­so­kie progi na moje moż­li­wo­ści, a po­trzeby mam ra­czej ade­kwatne do za­rob­ków, ale nie ukry­wam, że nie­szcze­gól­nie po­zy­tyw­nie na­straja mnie myśl, iż miej­sce, z któ­rego kie­dyś lu­dzie ucie­kali za chle­bem, stało się atrak­cją dla bo­ga­tych.

Gdy zo­sta­wimy Malo Gra­blje z na­szej le­wej strony i pój­dziemy (albo też po­je­dziemy) da­lej w kie­runku Sta­riego Gradu, do­trzemy do wio­ski - Velo Gra­blje, skąd na prze­ło­mie lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych rów­nież wy­je­chało wiele osób, ale miej­sco­wość ta ni­gdy nie opu­sto­szała cał­ko­wi­cie. We­dług spisu z 2021 roku mieszka tu dwa­dzie­ścia osób[3]. O trzy­na­ście wię­cej niż dzie­sięć lat wcze­śniej oraz nie­mal tyle samo co dwa­dzie­ścia lat temu. Ma­sowe mi­gra­cje, za­równo w pierw­szej, jak i dru­giej wio­sce, swój po­czą­tek miały jed­nak o wiele wcze­śniej, już w la­tach dwu­dzie­stych po­przed­niego wieku. Około 1928 roku do ich na­si­le­nia przy­czy­niła się mszyca zwana fi­lok­serą, która znisz­czyła win­nice bę­dące wów­czas pod­stawą eg­zy­sten­cji miesz­kań­ców obu miej­sco­wo­ści. To wtedy na­stą­piła pierw­sza ma­sowa emi­gra­cja. Do ko­lej­nej, tej z prze­łomu lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych, do­pro­wa­dziły wła­dze ko­mu­ni­styczne oraz spa­dek cen la­wendy, na któ­rej uprawę prze­rzu­cili się miesz­kańcy, gdy fi­lok­sera znisz­czyła im wi­no­ro­śle. Reszty do­ko­nały po­żary.

Miej­scowi, gdy za­py­tać ich, dla­czego domy stoją pu­ste, naj­czę­ściej opo­wia­dają w za­my­śle­niu o cięż­kich wa­run­kach pa­nu­ją­cych na wy­spach. O tru­dach ży­cia miesz­kań­ców Dal­ma­cji nie po­zwala za­po­mnieć także po­mnik osła[4*] znaj­du­jący się w nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści Jelsa. Na tego wier­nego, cier­pli­wego i wszystko zno­szą­cego druha woła się tu to­vor lub to­var, a w stan­dar­do­wym ję­zyku chor­wac­kim na­zywa sie go ma­ga­rac. Zwie­rzę stało się sym­bo­lem daw­nego spo­sobu ży­cia. Wszak we­dług opo­wie­ści ostatni miesz­ka­niec wio­ski Malo Gra­blje opu­ścił ro­dzinne strony wła­śnie na ośle.

Dziś lu­dzie wy­jeż­dżają z wysp ze względu na edu­ka­cję oraz pracę. Wy­spy, zwłasz­cza te mniej­sze, nie za­wsze ofe­rują coś wię­cej poza szkołą pod­sta­wową, a cza­sem i ta jest za­mknięta, bo od lat nie ma dzieci. Nic więc dziw­nego, że gdy ja­kaś się otwiera, wszy­scy o tym pi­szą. We wrze­śniu 2024 roku me­dia obie­gła in­for­ma­cja o wzno­wie­niu dzia­łal­no­ści szkoły na wy­spie Ka­prije, po­ło­żo­nej nie­da­leko Szy­be­nika i sły­ną­cej z braku sa­mo­cho­dów - po pięć­dzie­się­ciu la­tach prze­rwy! Pla­cówkę re­ak­ty­wo­wano z po­wodu jed­nego pierw­szo­kla­si­sty, któ­rego ro­dzi­com bar­dzo za­le­żało, by po­bie­rał na­uki w miej­scu za­miesz­ka­nia. Na­uczy­cielka zaś co­dzien­nie przy­pływa z Szy­be­nika.

Stari Grad to naj­star­sze mia­sto na wy­spie Hvar

Ko­lej­nym po­wo­dem emi­gra­cji jest chęć zna­le­zie­nia lep­szej pracy. Wy­spy ofe­rują głów­nie tę w tu­ry­styce, a prze­cież nie wszy­scy chcą lub mogą wy­naj­mo­wać po­koje, być kel­ne­rami, prze­wod­ni­kami, ku­cha­rzami lub sprze­daw­cami la­wendy i pa­mią­tek. Poza tym to w więk­szo­ści za­ję­cia se­zo­nowe. Warto być może do­dać, że tu­ry­styka na Hva­rze, a do­kład­niej w no­szą­cym tę samą na­zwę co wy­spa mia­steczku Hvar, ma bar­dzo długą tra­dy­cję. Jej po­cząt­ków na­leży szu­kać w 1868 roku, kiedy to za­ło­żone zo­stało To­wa­rzy­stwo Hi­gie­niczne Hvar. Ba­da­nia wy­ka­zały, że pa­nu­jący na wy­spie kli­mat sprzyja le­cze­niu cho­rób układu od­de­cho­wego, więc po­sta­no­wiono to wy­ko­rzy­stać. Pierw­szy ho­tel prze­zna­czony dla ku­ra­cju­szy mie­ścił się w wy­na­ję­tym domu i li­czył za­le­d­wie trzy­na­ście po­koi. To­wa­rzy­stwo długo sta­rało się o otwar­cie więk­szego ośrodka, ale z po­wo­dów fi­nan­so­wych udało się to do­piero w 1899 roku. Nowy ho­tel w pełni funk­cjo­nalny był cztery lata póź­niej. Po wy­koń­cze­niu obiekt li­czył dwa­dzie­ścia sześć po­koi, dzia­łała w nim na­wet ka­wiar­nia, w któ­rej go­ście mo­gli po­czy­tać ga­zety (także za­gra­niczne ty­tuły), po­grać w karty i modny wów­czas bi­lard lub - je­śli zdro­wie po­zwa­lało - wpaść na tańce czy kon­cert. W tam­tych cza­sach przy­jeż­dżali głów­nie Au­striacy, Wę­grzy i Czesi. Po pierw­szej woj­nie świa­to­wej To­wa­rzy­stwo po­pa­dło w długi, sprze­dało więc ho­tel, a po kilku la­tach ogło­siło ko­niec dzia­łal­no­ści. Tu­ry­styka zdro­wotna prze­kształ­ciła się w ty­powo re­kre­acyjną. W la­tach dwu­dzie­stych po­przed­niego wieku stwo­rzono parki, za­pro­jek­to­wano wy­brzeża i ką­pie­li­ska, a dwa nowe ho­tele otwo­rzyły swoje po­dwoje przed go­śćmi[4]. Po­tem po­wstała Ma­gi­strala Ad­ria­tycka i wszystko ru­szyło z ko­pyta. Dziś tu­ry­ści przy­by­wają na wy­spę Hvar za­chę­cani za­pa­chem la­wendy, liczbą sło­necz­nych dni, ar­chi­tek­turą i być może także in­for­ma­cjami o tym, ja­kie gwiazdy już się sku­siły, by od­wie­dzić "la­wen­dowy raj"; są wśród nich mię­dzy in­nymi: Brad Pitt, Geo­rge Clo­oney, Da­vid Bec­kham, Bey­once, Pa­ris Hil­ton oraz Bill Ga­tes.

Mnie do od­wie­dze­nia wy­spy Hvar przy­cią­gnęła przy­roda, tro­chę też zmu­siła książka. W nie­dzielę wy­bra­łam się do wsi Vrbo­ska. Pie­szo, bo wę­drówka przez rów­ninę mię­dzy nią a Sta­rim Gra­dem brzmiała za­chę­ca­jąco, poza tym to tylko sześć ki­lo­me­trów w jedną stronę. Mię­dzy po­ło­żo­nymi na Hva­rze miej­sco­wo­ściami kur­suje, co prawda, au­to­bus, ale nie jeź­dzi czę­sto, przy­naj­mniej poza se­zo­nem. Naj­trud­niej do­stać się z jed­nego końca wy­spy na drugi, czyli z Hvaru do Su­ću­raju i z po­wro­tem. Rów­nina, o któ­rej wspo­mnia­łam, w ję­zyku chor­wac­kim na­zy­wana Sta­ro­grad­sko po­lje. To rol­ni­czy kra­jo­braz kul­tu­rowy z za­cho­wa­nymi po­dzia­łami grun­tów z czasu ko­lo­ni­za­cji wy­spy przez Gre­ków i za­ra­zem naj­le­piej za­cho­wany sta­ro­żytny grecki ka­ta­ster na Mo­rzu Śród­ziem­nym, dla­tego w 2008 roku wpi­sany zo­stał na li­stę świa­to­wego dzie­dzic­twa UNE­SCO.

Grecy z Pa­ros opa­no­wali część wy­spy Hvar w IV wieku p.n.e. Za­ło­żyli tu­taj swoją ko­lo­nię, którą na­zwali Fa­ros. Dziś na jej miej­scu znaj­duje się Stari Grad, naj­star­sze mia­sto na wy­spie. Po­ło­żone wo­kół niego te­reny rolne ko­lo­ni­za­to­rzy po­dzie­lili na sie­dem­dzie­siąt pięć rów­nych par­celi o po­wierzchni li­czą­cej nie­wiele po­nad szes­na­ście hek­ta­rów. Te z ko­lei po­dzie­lili na mniej­sze kwa­dra­towe działki. Gra­nice po­mię­dzy nimi wy­zna­czały ka­mienne mury uło­żone bez za­prawy mu­rar­skiej, znane jako su­chy mur (su­ho­zid). Bar­dzo po­pu­larny jest on także na Vi­sie, a naj­pięk­niej­szy jego przy­kład zna­leźć można w Ko­mižy. Grecy wy­bu­do­wali na rów­ni­nie także liczne ka­mienne chaty, trimi, które także zo­stały wznie­sione z su­chego ka­mie­nia bez uży­cia ma­te­riału wią­żą­cego. Peł­niły one funk­cję schro­nie­nia w cza­sie nie­po­gody; przede wszyst­kim dla lu­dzi, rza­dziej dla zwie­rząt go­spo­dar­skich. Prze­cho­wy­wano w nich też na­rzę­dzia.

Pod­czas po­bytu w Sta­rim Gra­dzie warto prze­spa­ce­ro­wać się wzdłuż ma­low­ni­czej Rivy

Do Vrbo­skiej do­tar­łam po nie­ca­łych dwóch go­dzi­nach, wzbo­ga­ca­jąc przy oka­zji swoją ko­lek­cję zdjęć przed­sta­wia­ją­cych po­rzu­cone w dziw­nych miej­scach przed­mioty. Pod­czas tej wy­prawy sfo­to­gra­fo­wa­łam mię­dzy in­nymi bia­łego mi­sia Ledo[5*], re­kla­mu­ją­cego w szcze­rym polu lody, oraz wielką sza­chow­nicę. Tę na­wet chcia­łam za­brać do Za­grze­bia, by ni­czym tro­feum zdo­byte pod­czas wy­prawy wrę­czyć gra­ją­cemu na­mięt­nie w sza­chy kum­plowi, ale po­ję­cia nie mia­łam, jak bym się za­brała z tym gra­tem. Poza tym, kto wie, może sza­chy cze­kały na ko­goś po­śród oliw­nego gaju. Vrbo­ska na­zy­wana bywa "małą We­ne­cją" ze względu na wą­skie ka­nały i ka­mienne mo­sty. Prze­sadne jest to po­rów­na­nie, ale miej­sco­wo­ści nie spo­sób od­mó­wić uroku, zwłasz­cza je­śli lubi się nie­wiel­kie wio­ski. W cie­pły nie­dzielny po­ra­nek Vrbo­ska przy­wi­tała mnie pustką, re­mon­tami i bi­ciem dzwo­nów. Nie­spiesz­nie włó­czy­łam się po­mię­dzy ka­mien­nymi do­mami, uwiecz­nia­jąc na zdję­ciach te, które czymś zwra­cały moją uwagę. W końcu na dłuż­szą chwilę scho­wa­łam się w cie­niu ko­ścioła po­świę­co­nego Ma­ryi, na­zy­wa­nego też twier­dzą, bo miał bro­nić miesz­kań­ców. Z jego mu­rów obron­nych po­dobno roz­ta­cza się pa­no­rama na oko­licę, ale nie było mi dane tego do­świad­czyć, przy­naj­mniej nie tym ra­zem. Słońce świe­ciło zbyt mocno, by pró­bo­wać. Wieś oży­wiła się w oko­li­cach je­de­na­stej, a ja - jak się po­tem oka­zało - tra­fi­łam na stra­te­giczną ka­wiar­nię (choć wy­bór tak na­prawdę był nie­mal ża­den), po­nie­waż za­sie­dli w niej miej­scowi po wyj­ściu z ko­ścioła. Ob­ser­wo­wa­łam roz­pa­da­jącą się dawną fa­brykę sar­dy­nek po dru­giej stro­nie ulicy i słu­cha­łam dys­ku­sji o zbli­ża­ją­cych się wy­bo­rach par­la­men­tar­nych. Gdy miesz­kańcy za­częli się roz­cho­dzić, ja także po­sta­no­wi­łam się ze­brać, ale za­miast wró­cić do Sta­riego Gradu, po­ma­sze­ro­wa­łam w kie­runku Jelsy. Po­dzi­wia­łam mo­rze, stąd wi­dok jest na­prawdę obłędny, i jed­no­cze­śnie z prze­ra­że­niem spo­glą­da­łam na apar­ta­men­towce, wille i ho­te­li­ska. Po­tem zna­la­złam piasz­czy­stą plażę, którą mia­łam tylko dla sie­bie, choć tu­ry­stów już tu tro­chę było. Wciąż jed­nak do­mi­no­wał chor­wacki prze­pla­tany fran­cu­skim, nie­miec­kim i wło­skim, a przy­jezdni spra­wiali wra­że­nie, jakby od­wie­dzali te strony od lat.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WSTĘP. PO­CHWAŁA PRZY­PADKU

Chor­wa­cja przy­da­rzyła mi się przy­pad­kiem. Kiedy już dawno nie po­win­nam była stu­dio­wać, bo roz­są­dek pod­po­wia­dał, że nie mam na to czasu, po­sta­no­wi­łam na prze­kór wszyst­kiemu skoń­czyć trzeci kie­ru­nek. I jakby to samo w so­bie nie dość kom­pli­ko­wało moje ży­cie, zde­cy­do­wa­łam się na ostat­nim roku wy­je­chać na Era­smusa. Miała być Lu­blana. Zie­lona, nie­wielka i cza­ru­jąca. W przy­dziale przy­padł mi jed­nak Za­grzeb. Szary, po­nury i kom­plet­nie nie­cie­kawy. Na­wet przez chwilę się za­sta­na­wia­łam, czy w ogóle je­chać.

Po raz pierw­szy tra­fi­łam tam późną zimą 2016 roku na mniej wię­cej pięć mie­sięcy. Było sło­necz­nie i w po­rów­na­niu z Pol­ską przy­jem­nie cie­pło. Po­woli za­czy­na­łam się prze­ko­ny­wać, że wy­jazd nie był złym po­my­słem. Osta­tecz­nie po­trze­bo­wa­łam dwóch, może trzech ty­go­dni, żeby po­lu­bić Za­grzeb. Nie­długo po pierw­szej wi­zy­cie przy­je­cha­łam na trzy dni, ale nie­chcący zo­sta­łam dwa ty­go­dnie, bez­wstyd­nie igno­ru­jąc py­ta­nia mo­ich bli­skich o datę po­wrotu. Po­tem było jesz­cze jedno pół­roczne sty­pen­dium i jedno roczne na stu­diach dok­to­ranc­kich, aż w końcu po­sta­no­wi­łam pi­sać dok­to­rat o Za­grze­biu, za­po­mi­na­jąc, że po­win­nam skoń­czyć ten, który już dużo wcze­śniej za­czę­łam. Od tam­tej pory czę­ściej je­stem w sto­licy Chor­wa­cji niż w Pol­sce, w czym po­mo­gła mi pan­de­mia, prze­no­sząc ży­cie za­wo­dowe do świata wir­tu­al­nego i udo­wad­nia­jąc, jak wiele można zro­bić on­line.

Re­la­cja łą­cząca mnie z Za­grze­biem i Chor­wa­cją nie­wiele ma wspól­nego z mi­ło­ścią od pierw­szego wej­rze­nia. Chor­wa­cja nie jest kra­jem, który ła­two ko­chać. Bez trudu można się nim za­uro­czyć, bo Ad­ria­tyk po­trafi uwieść nie­mal każ­dego, ale piękne wi­doki to tro­chę za mało, żeby chcieć zo­stać na dłu­żej. Zwłasz­cza gdy od mo­rza dzielą cię co naj­mniej dwie go­dziny drogi. Uczu­cie, ja­kim da­rzę dziś Chor­wa­cję, nie jest bez­gra­niczne i ślepe. Ten drugi dom boli i cza­sem uwiera tak samo jak pierw­szy. Choć tak na­prawdę tro­chę już nie wiem, który jest pierw­szym, a który dru­gim.

Moja cier­pli­wość do Za­grze­bia i Chor­wa­cji koń­czy się w tram­wa­jach, które śli­ma­czą się nie­moż­li­wie, więc bar­dziej opłaca się iść, niż cze­kać, aż któ­ryś ła­ska­wie do­peł­znie do celu. Koń­czy się na świa­tłach na ulicy Vu­ko­var­skiej, gdzie sto­jąc, pew­nie zdą­ży­ła­bym od­mó­wić dzie­sięć zdro­wa­siek, gdyby tylko wcho­dziło to w za­kres mo­ich za­in­te­re­so­wań. Koń­czy się w skle­po­wych ko­lej­kach lub w urzę­dach. Moja sym­pa­tia koń­czy się też po spo­tka­niu z kie­row­cami, któ­rzy spra­wiają wra­że­nie, jakby chcieli za­bić każ­dego ro­we­rzy­stę (pie­szego, który ma czel­ność prze­cho­dzić na ich zie­lo­nym wa­run­ko­wym, zresztą też). Koń­czy się na wi­dok cen ksią­żek, któ­rych już na­wet nie prze­li­czam na zło­tówki, bo ode­zwałby się wtedy roz­są­dek, na­ka­zu­jący le­piej się za­sta­no­wić, czy dany ty­tuł jest mi nie­zbędny do ży­cia. Dwa­dzie­ścia euro za po­wieść brzmi le­piej niż osiem­dzie­siąt parę zło­tych, ale i tak ozna­cza, że obiadku nie bę­dzie. Koń­czy się w ze­tknię­ciu z moim ulu­bio­nym te­ma­tem, czyli za­grzeb­skimi kło­po­tami z od­pa­dami ko­mu­nal­nymi. Na­bie­ram głę­bo­kiego prze­ko­na­nia, że Za­grzeb kie­dyś za­sy­pią śmieci. Zresztą już pra­wie za­sy­pały, gdy na po­czątku 2023 roku za­straj­ko­wały służby ko­mu­nalne. Wy­cho­dzi więc na to, że Edo Po­po­vić - chor­wacki pi­sarz, je­den z za­ło­ży­cieli po­pu­lar­nego pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych pi­sma li­te­rac­kiego "Qu­orum" - miał ra­cję w swo­ich pro­za­tor­skich wi­zjach przy­szło­ści sto­licy. Nic dziw­nego, że li­te­rat po­słał mia­sto do dia­bła i za­miesz­kał na wsi. Moja cier­pli­wość koń­czy się wresz­cie, gdy słu­cham An­dreja Plen­ko­vi­cia, pre­miera Chor­wa­cji, lub gdy uświa­da­miam so­bie, że kraj ten w kwe­stiach zwią­za­nych z abor­cją zmie­rza w kie­runku Pol­ski. Tę zresztą sta­wiają so­bie za wzór klę­czący raz w mie­siącu na za­grzeb­skim placu Bana Jo­sipa Je­la­či­cia męż­czyźni, któ­rzy - jak dum­nie twier­dzą - mo­dlą się o god­ność ko­biet. Wła­śnie w imię tej god­no­ści po­pie­rają za­kaz abor­cji i ogra­ni­czają rolę ko­biety do by­cia matką oraz żoną.

Trudno po­zo­stać obo­jęt­nym wo­bec piękna chor­wac­kich wysp

Sło­neczny dzień w Za­grze­biu

Mimo wszystko jed­nak nie bar­dzo umiem so­bie wy­obra­zić ży­cie bez Chor­wa­cji, bez nie­dziel­nych wi­zyt na pchlim targu na Bri­tancu albo na Hre­li­ciu, spa­ce­rów na Do­lac lub Tre­šn­je­vkę po świeże owoce i wa­rzywa, smaku cze­ko­lady Do­riny i wma­wia­nia so­bie, że Ce­de­vita, uwiel­biany przez Chor­wa­tów na­pój w proszku, za­wiera nie tylko ogromne ilo­ści cu­kru, lecz także wi­ta­miny, więc na pewno jest zdrowy. Bez tego po­czu­cia, że nie mu­szę pla­no­wać kawy ze zna­jo­mymi z mie­sięcz­nym wy­prze­dze­niem, bo tu ja­koś się udaje pie­lę­gno­wać spon­ta­nicz­ność. Bez per­spek­tywy, że mo­rze, choć tro­chę da­leko, wciąż jest bli­sko, a góry wi­dzę w za­sa­dzie z okna miesz­ka­nia. Po­goda też robi swoje. Na­wet w Za­grze­biu, w li­sto­pa­dzie i grud­niu, z re­guły po­nu­rych oraz mgli­stych, słońce świeci czę­ściej niż w Pol­sce.

Książka jest moim spoj­rze­niem na nie­które te­maty zwią­zane z Chor­wa­cją. Oczy­wi­ście nie wszyst­kie ważne kwe­stie udało mi się w niej po­ru­szyć, ale może jesz­cze kie­dyś bę­dzie ku temu oka­zja.