Rozmowa 1. Staruszek: człowiek czy świat?
A.M.: "Starość" to słowo, które wywołuje u niektórych dreszczyk grozy, a u innych ciepły uśmiech. Bo w zależności od tego, jak ją nazwiesz, może brzmieć jak wyrok albo jak zasłużony medal za przeżyte życie. "Wiek podeszły", "senior", "nestor" - neutralnie, rzeczowo, jakby ktoś w urzędzie właśnie wypełniał formularz: "Proszę zaznaczyć, do której kategorii wiekowej pan/pani należy". Brzmi sucho, ale przynajmniej nie rani - i pozwala spokojnie stwierdzić fakt: oto człowiek dojrzały, z doświadczeniem.
A potem są określenia jak z poezji: "złoty wiek", "jesień życia", "dojrzałość". Nagle starość staje się czymś w rodzaju wina - które im starsze, tym lepiej smakuje. To język, który zachęca do podziwu, szacunku i może nawet do lekkiej zazdrości.
Współczesny świat zdaje się żyć w nieustannym pośpiechu, uciekając od czasu, który upływa, i od nieuchronnych zmian w ciele i w życiu. Młodość stała się symbolem wartości, efektywności i atrakcyjności, a starość - często przemilczana lub wypierana - jawi się jako etap życia, którego nie chcemy dostrzegać. Tymczasem starość nie jest końcem drogi. Jest jej złotym zachodem, czasem refleksji, doświadczenia i odkrywania głębi, której młodość nie zna.
J.B.: To krótkie słowo w sobie kryje lęki, stereotypy i kulturowe uprzedzenia. Wielu z nas reaguje na nie odruchowo - ucieczką, ironią, czasem nawet drwiną, bo nie potrafimy spojrzeć na starość jak na etap życia pełnoprawny i wartościowy. Chcemy pokazać, że starość ma swoje prawa, swoje bogactwo, swoją wartość i że słowo, które ją przywołuje, można przywrócić do codziennego języka z godnością i spokojem.
A.M.: Współczesność wypiera starość. Media, reklamy, kult ciała i wiecznej młodości sprawiają, że coraz trudniej mówić o przemijaniu bez poczucia winy lub lęku. Ale to właśnie w tym kontekście nasz projekt jest tak potrzebny. Chcemy przywrócić starości język, który nie stygmatyzuje, lecz pozwala patrzeć na nią z szacunkiem i spokojem. Chcemy, by czytelnik mógł spojrzeć na zmarszczki i siwe włosy nie jako na porażkę czasu, lecz jako na świadectwo życia pełnego doświadczeń, uczuć i decyzji.
Porozmawiamy o języku, w jakim ta starość jest wyrażana.
J.K.-P.: Jest to język codzienny, trochę potoczny, trochę żartobliwy: "dziadek", "babcia", "staruszek". Czasem czuły, czasem szorstki - w zależności od tego, czy mówimy o babci z deserem w ręku, czy "jakimś dziadku z targu". Tutaj słowa bawią, oceniają i... przypominają, że starość jest równie różnorodna jak ludzie, którzy ją przeżywają.
A.M.: Nie można zapomnieć o języku medycyny: "gerontologia", "wiek geriatryczny", "proces starzenia". Brzmi poważnie, trochę jak wykład profesora, ale ma swoją wartość - daje nam strukturę i wiedzę, która naprawdę może poprawić życie seniorów. Tu nie ma miejsca na metafory ani żarty - tu liczy się fakt.
J.B.: I wreszcie, smutna część słownikowego świata: "zgrzybiały", "stary piernik", "ramol".
Stary łączy się z przymiotnikami: dawny, sędziwy, siwy, podeszły, zgrzybiały, starożytny, starodawny, staroświecki, odwieczny, przedpotopowy, niepamiętny, przestarzały, zestarzały... Dalej: starzec, staruszek, weteran, dziad.
Nie wiem, czy Państwo zgadną, skąd się wziął "dziad". Otóż od "dziać się". Jeżeli coś się dzieje, to dziad to zrobił.
A.M.: Jest jeszcze dziadek, dziadunio, dziadziuś, dziadeczek.
J.B.: Jest i dziadzisko.
"- Kto tam? Kto?- Przyszedłem tu w poselstwie.- A skądże wy?- Z dalekiej Ukrainy.- A kogo ja tu widzę?...- Ot, dziadzisko z siwą brodą."
To Wesele Stanisława Wyspiańskiego.
A.M.: Jak moje wnuczki mówią do mnie "dziadku" lub "dziadziuś", brzmi miło, ale gdy ktoś obcy, to brzmi lekceważąco, ironicznie.
J.B.: Określenie "dziadziuś" jest słowem nacechowanym emocjonalnie i jego odbiór w dużej mierze zależy od kontekstu, w jakim zostaje użyte. W relacjach rodzinnych funkcjonuje najczęściej jako wyraz czułości i przywiązania, gdy wnuk czy wnuczka zwraca się do swojego dziadka. W takim przypadku jest zdrobnieniem pełnym ciepła, które podkreśla bliskość i serdeczność więzi rodzinnych. Nadaje ton lekki, miły i sentymentalny, sugerując troskę i sympatię wobec starszej osoby.
Jednak w innym kontekście "dziadziuś" może nabrać znaczenia ironicznego lub protekcjonalnego. Użyte wobec dorosłego mężczyzny, szczególnie poza rodziną, może podkreślać jego nieporadność, powolność czy nieaktualność w danej sytuacji. Wówczas staje się słowem lekceważącym, a jego zdrobniała forma może działać umniejszająco, sprowadzając człowieka wyłącznie do jego wieku.
Ostatecznie odbiór tego określenia zależy od intencji mówiącego, relacji między rozmówcami i tonu wypowiedzi. "Dziadziuś" jest więc słowem ambiwalentnym - w zależności od kontekstu może wyrażać zarówno czułość i sympatię, jak i ironię czy protekcjonalną krytykę.
A.M.: Podobnie brzmi "tatuś".
J.B.: Słowa zakończone na -uś w języku polskim mają charakterystyczną, melodyjną wymowę, która od razu nadaje im zdrobnieniowy, czuły lub dziecięcy ton. Końcówka -uś miękko zamyka wyraz, podkreślając jego lekkość i delikatność, często wprowadzając element serdeczności lub pieszczotliwości. Wypowiadane w mowie codziennej brzmią łagodnie, a sama głoska "ś" nadaje im subtelny, niemal "gładki" akcent, który naturalnie kojarzy się z czymś drobnym, miłym lub bliskim.
Ta końcówka jest typowa dla zdrobnień imion, rzeczowników czy określeń osób i zwierząt, np. "dziadziuś", "matuś", "piesuś" czy "kotuś". Dzięki niej wyraz zyskuje emocjonalny wydźwięk, sygnalizując, że mówca odczuwa wobec adresata sympatię, troskę lub czułość. Jednocześnie wymowa z "ś" sprawia, że słowo jest miękkie w artykulacji i często brzmi bardziej intymnie lub poufałe, w odróżnieniu od twardych, neutralnych form podstawowych.
Warto zauważyć, że choć większość słów zakończonych na -uś ma charakter pozytywny i czuły, ich wymowa może też wprowadzać ton lekko ironiczny, jeśli użyta jest w kontekście protekcjonalnym. Mimo to ich główna cecha - melodyjność i miękkość - sprawia, że w polskiej mowie codziennej pełnią funkcję emocjonalnego wzmocnienia wypowiedzi, sygnalizując bliskość, drobnostkowość lub sentyment.
J.K.-P.: Obecnie zawrotną karierę zrobiło słowo "dziaders".
J.B.: Słowo "dziaders" jest ciekawym przykładem językowej ewolucji i zmiany znaczeń w zależności od kontekstu społecznego i pokoleniowego. Pojawiło się w języku polskim stosunkowo niedawno, głównie w mowie potocznej młodszych osób, jako określenie starszego mężczyzny, któremu przypisuje się przestarzałe zwyczaje, konserwatywne poglądy lub niemodny styl życia.
Na początku funkcjonowało przede wszystkim w żartobliwym, lekko ironicznym tonie - służyło do dystansowania się od starszego pokolenia, wyśmiewania jego przyzwyczajeń czy staromodności. W tym sensie jest słowem krytykującym i protekcjonalnym, w przeciwieństwie do czułego "dziadziusia", które wyraża bliskość i sympatię.
Z czasem "dziaders" zaczęło zyskiwać szerszą popularność w mediach społecznościowych i kulturze młodzieżowej, stając się niemal memicznym określeniem typowego przedstawiciela starszego pokolenia - osoby, która nie nadąża za nowinkami technologicznymi, ma konserwatywne poglądy lub dziwi się współczesnym zwyczajom. Warto jednak zauważyć, że słowo jest elastyczne: użyte w żartobliwym kontekście może bawić, a w bardziej krytycznym - pełnić funkcję komentarza społecznego, sygnalizując różnice między pokoleniami.
J.K.-P.: Kariera słowa "dziaders" pokazuje, jak język młodzieżowy potrafi tworzyć nowe określenia, które łączą obserwację rzeczywistości z elementem ironii, a jednocześnie sygnalizują zmieniające się relacje międzypokoleniowe. To kontrast dla tradycyjnych, czułych określeń starszych osób, takich jak "dziadziuś" czy "tatuś", i pokazuje, że język potrafi równocześnie bawić, krytykować i integrować społecznie.
"Dziaders" mi się nie podoba i mówię mu stanowcze "nie"!
J.B.: Mamy tu podwójną liczbę mnogą: "dziader" i jeszcze końcówkę "s" z języka angielskiego.
Takie słowa chwytają naszą uwagę, ale nie w tym pozytywnym sensie, raczej jak przypomnienie, że czas działa bezlitośnie. Tylko po co? Przecież starość nie musi być karą ani powodem do drwin.
Bo w końcu, jak mówi samo życie: starość to nie wyrok. To etap pełen historii, doświadczeń, drobnych zwycięstw i codziennych rytuałów. I choć język bywa zdradliwy - może osłodzić lub zgasić blask - to od nas zależy, które słowa wybierzemy. A jeśli czasem wpadnie nam do ust "stary piernik" w żartobliwym kontekście... cóż, odrobina humoru też jest potrzebna.
Bo starość, wbrew opiniom niektórych, jest warta śmiechu i refleksji - najlepiej jednocześnie.
J.K.-P.: Ze starością kojarzy mi się też niezbyt sympatyczne słowo "zdziadzienie".
A.M.: "Zdziadzienie" to słowo, które w potocznym języku brzmi jak żart albo uszczypliwość, ale w gruncie rzeczy dotyka doświadczenia bardzo poważnego. Nie chodzi w nim po prostu o starość, lecz o moment, w którym człowiek zaczyna wycofywać się z życia - z ciekawości, z relacji, z troski o siebie samego, kiedy przestaje mu zależeć. To proces cichy i powolny, często bardziej bolesny niż śmieszny.
Zwykle zaczyna się od rezygnacji. Człowiek próbuje jeszcze działać tak jak dawniej, ale coraz częściej natrafia na granice: zdrowie słabnie, siły ubywa, świat przyspiesza. Każda drobna trudność - ból, zadyszka, zmęczenie, zależność od innych - podsuwa myśl, że może już nie warto się starać. Z czasem łatwiej przestać próbować niż kolejny raz doświadczyć własnej słabości. Rezygnacja nie przychodzi nagle; osiada powoli jak kurz na meblach.
J.K.-P.: Ciało przestaje być sprzymierzeńcem, kiedy wyjście z domu wymaga wysiłku, spotkania męczą, a choroby narzucają rytm dnia, świat naturalnie się kurczy. Ubywa doświadczeń, nowych bodźców, nowych historii. Człowiek coraz częściej wraca do wspomnień, bo tam był sprawczy i potrzebny. Teraźniejszość staje się uboższa, a przyszłość - krótka i niepewna.
A.M.: Do tego dochodzi samotność, która potrafi zmienić sposób istnienia: ubywa bliskich, rozmów, codziennych kontaktów, znika ktoś, dla kogo warto się ogolić, uczesać, ładniej ubrać. Bez obecności drugiego człowieka słabnie poczucie, że nasze ciało i wygląd mają znaczenie społeczne. I wtedy pojawia się kolejny wymiar "zdziadzienia": zaniedbanie w codzienności. Najpierw drobne - "dziś już nie będę się golił", "po co się przebierać" - potem większe: rzadsza higiena, te same ubrania, brak troski o wygląd czy zdrowie. Nie dlatego, że ktoś nie wie jak, lecz dlatego że przestaje widzieć sens. Dbamy o siebie także po to, by być widzianym; gdy nie ma kto patrzeć, motywacja gaśnie.
Z zewnątrz bywa to odbierane jako niechlujstwo czy "zdziadzienie" w najbardziej dosłownym sensie, ale w środku często jest to znak rezygnacji i opuszczenia. Człowiek przestaje być dla siebie kimś, o kogo warto się zatroszczyć.
J.K.-P.: Dlatego zdziadzienie rzadko jest wyłącznie cechą charakteru. Częściej jest splotem rezygnacji, choroby, samotności i utraty sensu, który kiedyś płynął także z najprostszych rytuałów: umycia się, ubrania, wyjścia do ludzi. A jednak nie jest ono całkowicie nieodwracalne. Czasem wystarczy ktoś, kto zapuka, zaprosi, spojrzy z uwagą, by człowiek znów poczuł, że warto wstać, ogolić się, założyć czystą koszulę. Bo przeciwieństwem "zdziadzienia" nie jest młodość, lecz doświadczenie, że nadal jest się kimś obecnym - także dla siebie samego.
A.M.: Temat starości to wciąż temat tabu.
Pomysł na naszą książkę narodził się z obserwacji zjawiska tak wszechobecnego, że niemal przezroczystego: o starości mówimy niemal codziennie, ale rzadko zadajemy sobie pytanie, jak o niej mówimy. Słowa towarzyszą nam wszędzie - w serwisach informacyjnych ("Problem starzejącego się społeczeństwa narasta"), w reklamach ("Na bóle stawów i trudności w poruszaniu się"), w urzędowych dokumentach ("osoba w wieku poprodukcyjnym"), w rodzinnych rozmowach ("Babcia już niedomaga"), a nawet w literaturze.
Jeśli wsłuchać się uważniej, okazuje się, że język starości jest zadziwiająco jednorodny - i to w skali globalnej. Dominuje w nim słownik chorób, niedoborów i utraty: "niedołężny", "zniedołężniały", "schorowany", "słabowity", "ciężar dla rodziny", "przywiązany do łóżka". Nawet bardziej neutralne określenie, jak "emeryt", niesie ze sobą ładunek, który w podświadomości odbiorcy wiąże się z biernością, zależnością czy brakiem aktywności.
W polszczyźnie można znaleźć dziesiątki idiomów, które utrwalają ten obraz: "starość nie radość", "druga młodość" (powiedziane z przekąsem), "ostatnia prosta", "wiek sędziwy" (co brzmi jak etap po wyroku). W literaturze często mamy do czynienia z postacią "dziadka" lub "babci" sprowadzonych do roli tła - mędrca udzielającego jednej rady, chorego, którym trzeba się zająć, lub figury nostalgii. W mediach z kolei królują nagłówki alarmistyczne: "Kryzys demograficzny - seniorzy zdominują rynek", "Coraz więcej starszych w szpitalach".
Rzadziej słychać głosy, które opowiadają o starości w innym tonie - jako czasie wolności od presji, jako etapie, w którym można odważniej wybierać, pielęgnować relacje, inwestować w pasje, dzielić się doświadczeniem. Takie narracje istnieją, ale są wyspami w oceanie dominujących opowieści o niedołężności i końcu.
J.K.-P.: Spotykamy się, aby podjąć próbę rozłożenia tego języka na czynniki pierwsze. Sprawdźmy, jak dobór słów kształtuje nasze wyobrażenia o starości i w efekcie, jak wpływa na to, w jaki sposób traktujemy osoby starsze. Bo język to nie jest tylko narzędzie opisu - to filtr, przez który patrzymy na rzeczywistość. A filtr może wyostrzać obraz lub go zniekształcać.
A.M.: Język jest żywy, a jego kształt wynika z tego, co myślimy, czujemy i jak postrzegamy świat. Jeśli w zbiorowej wyobraźni starość kojarzy się głównie z utratą - zdrowia, samodzielności, urody - nic dziwnego, że słownictwo, którego używamy, nasycone jest metaforami choroby, przemijania czy schyłku. Ale taki sposób mówienia nie powstał znikąd. U jego źródeł leżą czynniki kulturowe, ekonomiczne, a nawet historyczne - od kultu młodości wzmacnianego przez media, przez przemiany demograficzne, po narracje rodzinne, które powielamy z pokolenia na pokolenie. Zrozumienie, skąd się biorą nasze słowa, to pierwszy krok do zmiany sposobu, w jaki opowiadamy o starości.
J.K.-P.: Słowa działają jak sejsmograf, rejestrując nie tylko zmiany językowe, ale i nastroje społeczne. Kiedy mówimy o starości językiem medycznym, sygnalizujemy, że widzimy ją przede wszystkim jako problem wymagający leczenia. Kiedy sięgamy po określenia pełne ciepła i uznania, pokazujemy, że potrafimy dostrzec w niej wartość i sens. Dlatego analiza języka starości jest analizą nas samych - naszych lęków, nadziei i wyobrażeń o przyszłości. W tym sensie słowa nie tylko opisują rzeczywistość, ale także ją współtworzą. Jeśli więc chcemy zmienić sposób, w jaki społeczeństwo postrzega starość, musimy zacząć od zmiany tego, jak o niej mówimy.
A.M.: Język jest jak lustro - odbija nasze myślenie, lęki i marzenia. To, jak mówimy o starości, nie jest przypadkiem ani chwilową modą. Jest wynikiem długiego procesu, w którym miesza się kult młodości, ekonomiczne realia, medycyna i rodzinne narracje.
J.B.: Przez większą część historii człowiek był ceniony za siłę i sprawność. Starsi, choć często odgrywali rolę strażników tradycji i pamięci, w momentach kryzysu ustępowali miejsca młodszym - tym, którzy mogli pracować w polu, walczyć, rodzić dzieci. W kulturach patriarchalnych starość mężczyzn mogła wiązać się z autorytetem, ale starość kobiet często oznaczała znikanie z przestrzeni publicznej. Ślady tego myślenia wciąż odbijają się w języku: mówimy o "dostojnym starcu" i "babci", ale rzadko o "dostojnej staruszce".
J.K.-P.: XX w. przyniósł rewolucję medyczną i wydłużenie życia, ale także nowy rodzaj presji - presji młodości. Reklamy, media i kultura popularna przez dekady utrwalały przekaz, że młodość jest stanem pożądanym, a starość - etapem, przed którym należy się bronić. Stąd język pełen metafor walki: "pokonać czas", "zatrzymać młodość", "zwalczać oznaki starzenia". Każde takie sformułowanie podskórnie sugeruje, że starość to wróg.
A.M.: Myślę też, że ekonomia również dołożyła tutaj swoją cegiełkę. W dyskusjach o systemie emerytalnym mówi się o "kosztach starzenia się społeczeństwa" czy "obciążeniu dla budżetu państwa". Słowa te, choć techniczne, wnikają w codzienny dyskurs, ustawiając starszych ludzi w roli problemu do rozwiązania. Podobnie w języku medycznym - tam starość często funkcjonuje jako diagnoza sama w sobie, a pacjent senior jest widziany przez pryzmat listy dolegliwości, nie możliwości.
J.K.-P.: Nie bez znaczenia są też rodzinne opowieści. W wielu domach dzieci od małego słyszą: "Babci już nie wypada zawracać głowy", "Dziadek już nic nie może". Choć intencją jest często troska, efekt uboczny to utrwalanie obrazu starości jako stanu nieodwracalnej zależności.
A przecież to właśnie kontakt dzieci z babcią i dziadkiem stanowi swoistą sztafetę pokoleń.
Ten czas spędzony z seniorami jest bezcenny. Jakże zapadają w pamięć ustne przekazy, jak często już w dorosłym życiu wracamy do nich z nostalgią.
Jak ważne pozostaje korzystanie z wiedzy i doświadczenia osób starszych, wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli.
Często słyszę o przepisach, których nikt nie zapisał, i razem z odejściem ukochanej babci utracone zostało dziedzictwo kulinarne.
Podobnie z pieśniami, wierszami, powiedzeniami, z całą, rzec można, kulturą niematerialną.
J.B.: Dlatego mówimy tak, jak mówimy - powtarzamy język, który otrzymaliśmy w spadku. Często bezrefleksyjnie... Ale język można zmieniać. Można przesuwać akcenty, odchodzić od słów niosących strach czy rezygnację, a wprowadzać te, które pozwalają widzieć w starości różne kolory - nie tylko szarość.
A.M.: Język jest barometrem postaw społecznych, a słowa są jak czuły instrument pomiarowy. Reagują na najdrobniejsze zmiany nastrojów społecznych, a przy tym same te nastroje współtworzą. Wystarczy wsłuchać się w język, jakim opisujemy starość, by wyczuć temperaturę społecznej wyobraźni.
Kiedy w debacie publicznej pojawiają się frazy takie jak "problem starzejącego się społeczeństwa" czy "rosnące obciążenie systemu", nie są one tylko opisem demograficznej statystyki. Wypuszczają w świat cichy komunikat: starość jest czymś kłopotliwym, wymagającym zarządzania. Kiedy zaś mówimy o "złotej jesieni życia", kreujemy obraz łagodny i ciepły, choć często przesłodzony, pozbawiony prawdy o trudach, które ten etap także niesie. Oba te obrazy - alarmistyczny i cukierkowy - są uproszczeniami.
J.B.: Metafory, których używamy, mówią o nas więcej niż same definicje. Jeśli mówimy, że ktoś "schodzi na ostatnią prostą", to sugerujemy finisz, kres, koniec gry. Jeśli mówimy, że "rozkwita mimo wieku", zakładamy, że rozkwit w starości to zaskoczenie, wyjątek od normy. Z kolei określenia takie jak "dziarska staruszka" czy "wiekowy pan" noszą w sobie nutę zdziwienia, jakby aktywność czy pewność siebie nie były czymś naturalnym w późnym wieku.
Język bywa więc barometrem, ale też termostatem - potrafi nie tylko pokazać, ale i kształtować klimat społeczny. Jeśli mówimy o starości przede wszystkim w kategoriach choroby i obciążenia, przygotowujemy grunt pod postawy dystansu, litości lub niechęci. Jeśli wprowadzamy do obiegu więcej słów, które mówią o sprawczości, pasjach, więziach i godności, dajemy sobie szansę na zmianę zbiorowej perspektywy.
Analiza języka starości jest więc analizą nas samych - tego, jak myślimy o słabości, przemijaniu i wartości życia. Bo słowa mają pamięć. Niosą ze sobą dawne przekonania, ale mogą też stać się zaczynem nowych idei. A to, jakie wybierzemy, zdecyduje, czy w przyszłości będziemy o starości mówić szeptem pełnym rezygnacji, czy głosem, w którym słychać szacunek i uznanie.
Przez wiele lat starość była tematem tabu, była przemilczana. Choć pierwszy większy tekst o niej, zresztą bardzo pochwalny, napisał już Cyceron - De senectute. Obecnie ludzie lubią tematy, które są drażliwe, a starość jest jednym z takich tematów, zwłaszcza dla ludzi w moim wieku, bo wszyscy tutaj jesteście ode mnie dużo młodsi.
J.K.-P.: Słowo "dużo" jest jednak nieprecyzyjne.
J.B.: Jest rozciągliwe i właśnie dlatego go użyłem.
A.M.: Dlatego, proszę wybaczyć, będę wchodził w słowo - to w naszej rozmowie naturalne.
J.B.: "Wchodzenie w słowo" jest zresztą piękną przenośnią, związaną z chodzeniem, a najczęstsze metafory dotyczą naszych stanów: stania, kładzenia, leżenia, chodzenia.
A.M.: A propos chodzenia, to, jak dowodzą badania, spowalnia ono starzenie. Ruch - zwłaszcza szybki marsz - przeciwdziała biologicznemu procesowi starzenia się.
J.B.: To ciekawe i ma odzwierciedlenie w języku, bo czasownik "stać" stoi u początku słowa "starość". "Stary" to coś, co jest dobrze postawione, ustabilizowane.
A.M.: Ma Pan jakiś przykład?
J.B.: Tak. Mam tu mój ulubiony Słownik synonimów polskich autorstwa biskupa Adama Stanisława Krasińskiego, wydany w 1885 r. Czytamy w nim: "Stary maluje dwa wyobrażenia - jedno przeciwne młodemu, drugie - nowemu".
W pierwszym znaczeniu "stary" oznacza ostatnią epokę życia, zaczynającą się się tam, gdzie kończy się wiek dojrzały - a więc: "stary człowiek", "stara kobieta", "stary wół", "stary orzeł" itp. W drugim znaczeniu "stary" oznacza to, co przetrwało wiele lat, co od długiego czasu się zużyło i nadwątliło albo większej mocy nabrało: "stary dom", "stara suknia", "stara książka", "stare wino", "stary przyjaciel".
A.M.: Albo "starka" - najlepsza wódka świata! "Starka" to rzeczywiście piękne słowo i piękny trunek.
J.B.: Tak, tylko że już właściwie jej nie ma, dzisiejsze starki są sztucznie postarzane. Prawdziwa starka musi leżeć w ziemi, w dębowej beczce, w trocinach zalanych okowitą. Tylko wtedy starzeje się naturalnie. I tu mamy ciekawą rzecz: w alkoholu, w miodach starość jest postrzegana jako zaleta.
W każdym razie będziemy mówić o starości, bo to temat drażliwy, bo nas dotyczy, bo będzie to dla ludzi nie tylko atrakcyjne, ale i pożyteczne.
Możemy powiedzieć, że są dwa podejścia: jeżeli coś nie jest przyjemne albo jest przykre, to o tym nie myślimy, nie mówimy, chowamy głowę w piasek i wypieramy. Drugie podejście to rozgadać ten temat i my właśnie to zrobimy: rozgadamy i oswoimy starość. Wybieramy tę drugą drogę, rozmawiając o tym, jak starość jest pojmowana przez ludzi, a o tym świadczy język, w jakim się o niej mówi i pisze.
A.M.: "Rozgadać" starość?
J.B.: Tak. "Rozgadać", czyli nazwać, opowiedzieć, uczynić mniej straszną.
Będziemy mówić o tym, jak to przedstawia się w języku polskim. Oczywiście możemy sięgać do innych języków, tym bardziej że tam zawsze były wątpliwości. Na przykład w łacinie: określenia takie jak senex czy vetus to słowa obciążone ambiwalencją. Podobnie w polszczyźnie - gdzie starość jest chorobą czy przypadłością, innym razem jest zaś przywilejem.
J.K.-P.: Chorobą?
J.B.: Tak ją postrzegano. W dawnych czasach mówiono o "szpitalach dla starców" - jak o szpitalach dla gruźlików. Samo określenie sugerowało, że starość jest przypadłością, jednostką chorobową. Do dziś mamy lekarzy geriatrów, którzy leczą starców, jakby ich wiek był schorzeniem.
J.K.-P.: Z kolei Biblia postrzega starość nie tylko jako naturalny etap życia, ale przede wszystkim jako czas mądrości, doświadczenia i Bożego błogosławieństwa. Już w Księdze Przysłów czytamy, że "szacunek dla starców jest wyrazem mądrości" - starość nie jest ciężarem, lecz skarbnicą życia pełnego doświadczeń i nauk dla młodszych pokoleń.
Postacie biblijne pokazują różnorodne oblicza starości. Abraham i Sara, którzy w podeszłym wieku stają się rodzicami Izaaka, ukazują, że Boże plany przekraczają ludzkie ograniczenia związane z wiekiem. Ich starość jest nie tylko fizycznym etapem życia, ale także symbolicznym dowodem na Bożą wierność i cudowność Jego obietnic. Z kolei Mojżesz, prowadząc Izraelitów przez pustynię aż do kresu swojego życia, uosabia dojrzałość, mądrość i odpowiedzialność, które przychodzą z upływem lat.
W Biblii starość jawi się jako etap życia pełen mądrości, duchowej głębi i społecznej wartości. To czas, kiedy człowiek, choć słabszy fizycznie, staje się silniejszy w wierze i w roli przewodnika dla młodszych pokoleń. Starość w Biblii nie jest problemem, lecz darem - darem, który uczy szacunku, cierpliwości i spojrzenia na życie z perspektywy Bożej obecności.
J.B.: Starość można też traktować jako przywilej. Pięknie kiedyś powiedziano: "Śmierć jest przeznaczeniem wszystkich, ale starość - przywilejem nielicznych".
A.M.: Będziemy mówili o starości jako o czymś nieuchronnym, ale jednocześnie czymś, czym możemy zarządzać. To teraz modne słowo.
J.B.: Wolałbym go nie używać, tym bardziej że to starość nami zarządza.
A.M.: To zdanie mogłoby być mottem całej książki. Wynika to z tego, że starość wymaga również spojrzenia medycznego.
Decyzja o wydaniu naszej książki wynika więc z przekonania, że warto mówić o starości otwarcie, spokojnie i z szacunkiem. Chcieliśmy, aby stała się przewodnikiem - intelektualnym, językowym i duchowym - dla tych, którzy starość przeżywają, i dla tych, którzy ją obserwują albo są blisko ludzi starych. W świecie, który ucieka przed czasem, chcieliśmy zatrzymać uwagę na tym, co nieuniknione, a jednocześnie piękne. Starość nie jest końcem drogi, lecz jej częścią - etapem życia, który można przyjąć, zrozumieć i pokochać.
J.B.: Tutaj od razu uwaga, która jest związana z wieloma dobrymi rzeczami, bo jak mówimy o dobrych rzeczach, to często zaczynamy przesadzać i kontemplacja szczęścia oddala samo przeżywanie. Starość jest nieuchronna, a jednocześnie daje się przeżywać na różne sposoby. Owszem, jest to dar, ale Pan Bóg mówi: "Bez przesady, kochani! Macie ten dar w pakiecie razem z chorobami, słabością, niedołężnością... Dostajecie to wszystko razem. Bierzecie czy nie?". Większość oczywiście odpowie: "Biorę, nawet w ciemno!".
Te ambiwalencje, które towarzyszą starości, chciałbym, aby na początku naszego spotkania zostały wyartykułowane, bo starość z jednej strony to wiedza, doświadczenie, mądrość, a z drugiej - głupota, czyli starcze otępienie. Z jednej strony to jest władza, z drugiej - bezwładność i zależność od innych. Kojarzy się z jednym i drugim.
Z jednej strony jest błogosławieństwem, bo Pan Bóg dał człowiekowi długie życie, z drugiej - przekleństwem ze względu na niedołężność, choroby, niedogodności. Błogosławieństwo i przekleństwo towarzyszą starości.
A.M.: Mówi się, że nie udała się Panu Bogu starość.
J.B.: Otóż to! Podstawowe pytanie właśnie brzmi: udała się czy nie? Ambiwalencja wpisana jest w każde doświadczenie starzenia się. Z jednej strony wiedza, mądrość, podziw, który wyraża się szacunkiem. Z drugiej, pogarda i lekceważenie.
"Stary" jawi się jako poważny, dostojny, ale też jako śmieszny, wyśmiewany, którego się już nie słucha, bo nie warto. Jak się ludzie wyśmiewają ze starości! Traktują starych jako coś śmiesznego ("śmieszny staruszek").
I dalej, nawet jeśli chodzi o fizykalne, cielesne ujęcie, starość to twardość, suchość, oschłość, a z drugiej strony: co to jest "ramol"? Molis to po łacinie miękki, delikatny, łagodny, czasem też słaby albo uległy. Czyli "ramol" to jest ktoś miękki, rozmiękczony, rozlazły - w ogóle nie twardy, tylko miękki. Dwa przeciwieństwa, które razem składają się na obraz starości.
J.K.-P.: A "sklerotyk" jest twardy, prawda?
J.B.: Tak, "sklerotyk" oznacza: twardy, wyschnięty, zrogowaciały. Od greckiego słowa skl?rós powstał polski rzeczownik "skleroza", pierwotnie: "stwardnienie tkanek". Dalej, potocznie, zaczęto wiązać "sklerozę" z problemami z pamięcią u starszych osób.
A.M.: Zaczyna padać deszczyk. To też ciekawe słowo, które kończy się tak, jak "nieboszczyk".
J.B.: Nieboszczyk to prawdopodobnie ostatnie stadium starości. To już starość bardzo zaawansowana.
Niektórzy uważają, że Bolesław Leśmian traktuje to ostatnie stadium nieboszczyctwa jako najdojrzalszą formę człowieczeństwa. To jest dopiero ostateczna forma! A my tu jeszcze żyjemy.
"Jeszcze" - to jest właśnie to słowo klucz, które przy starości ciągle się pojawia.
Ciekawe jest, jak starość odciska się w języku. Zwróćmy uwagę na małe partykuły - "jeszcze" i "już".