2
Odczekali dobry kwadrans, raz po raz spoglądając na otwartą śluzę po drugiej stronie pomieszczenia. Z korytarza nie dochodziły żadne dźwięki, a po napastniku nie było śladu. Oświetlenie alarmowe nadal wypełniało wnętrze Accipitera czerwonym blaskiem.
- Trzeba się ruszyć - oznajmił Dija Udin. - Proponuję zacząć od mostka. Ryba zawsze psuje się od głowy, ale w ISS-ach jest odwrotnie. Najdłużej wytrzymuje łeb.
H?kon machinalnie skinął głową. Spojrzał badawczo na nawigatora, starając się ocenić, czy to możliwe, że to on był odpowiedzialny za wymordowanie załogi.
- Idziesz? - zapytał Alhassan.
Lindberg uznał, że to niczym nieuzasadniona hipoteza. Równie dobrze towarzysz mógł się spodziewać, że to on był w jakiś sposób odpowiedzialny za tragedię.
- Idę.
Nawet jeśli jego obawy były uzasadnione, z praktycznego punktu widzenia nie miało to żadnego znaczenia. Prawdopodobnie i tak zginie, zresztą na tym etapie był gotów zrobić wszystko, byleby dowiedzieć się, co wydarzyło się na pokładzie.
Ruszyli w kierunku śluzy, powoli i ostrożnie.
- Skąd w ogóle jesteś? - odezwał się Alhassan.
- Z Europlanet.
- Tyle widzę - odbąknął rozmówca. - Pytam o to, gdzie się urodziłeś, wychowałeś, pierwszy raz zanurzyłeś się w kobiece włości... - urwał i otaksował go. - Albo męskie. Z naukowcami nigdy nie wiadomo.
Wyszli na korytarz. Alhassan rozejrzał się uważnie, trzymając palec na spuście beretty. H?kon miał wrażenie, że w chwilach, gdy oświetlenie gaśnie, coś przemyka między pomieszczeniami. Wzdrygnął się.
- Więc? - ponaglił go Dija Udin. - Gdzie przyszedłeś na świat?
- W Federacji Skandynawskiej.
- Szwecja? Norwegia? - dopytał nawigator, gdy ruszyli w kierunku jednej z wind.
- Federacja.
- Oho, zatwardziały unionista. W porządku, wybacz, że pytałem.
Lindberg zbył tę uwagę milczeniem, nie mając ochoty wdawać się w etnograficzne memłanie. Dla niego liczył się konsensus wypracowywany przez kolejne pokolenia Skandynawów, nie zdanie pojedynczych grup szukających czegoś, na czym można zbudować polityczny byt. Tym bardziej nie miał zamiaru dyskutować o tym z muzułmańskim nawigatorem na statku, gdzie nie było żywej duszy.
W milczeniu mijali całe stosy trupów. Wszystkie leżały w nienaturalnych, wykręconych pozach, z cierpieniem zastygłym na twarzach. Jakby śmierć była niewystarczająca. Jakby ktoś zadbał o pośmiertną udrękę.
- Truchło na truchle - zauważył Alhassan.
- Co?
- Tak tylko mówię. Chcę nawiązać rozmowę. Wymianę myśli.
- Jesteś nienormalny, człowieku? - zapytał astrochemik, patrząc na towarzysza niedoli. Naraz jednak uświadomił sobie, że lepiej będzie, jeśli skupi się na korytarzu i stertach martwych załogantów. Gdzieś pośród nich mógł znajdować się ktoś, kto cudem ocalał.
- Chciałem po prostu pogadać.
- Mhm - mruknął H?kon.
- Poza tym zastanawiam się, co mogło ich tak rozbebeszyć - ciągnął Dija Udin. - Nie wygląda mi to na robotę wykonaną ludzką ręką.
- Wiesz to z doświadczenia?
Alhassan zatrzymał się i obrócił do Skandynawa.
- Rozumiem, że jesteś w szoku - zaczął. - I może ci się wydawać, że jako jedyny ocalały miałem z tym coś wspólnego. Ale ja mogę to samo powiedzieć o tobie.
- Niezupełnie. Ty znalazłeś mnie w komorze.
- Mogłeś do niej wskoczyć zaraz po tym, jak wyrżnąłeś całą załogę.
- Sam otworzyłeś kapsułę. Widziałeś, że byłem w diapauzie.
- Mogłeś udawać.
Przez moment patrzyli sobie prosto w oczy. Żaden z nich nie miał ochoty ciągnąć dalej tej rozmowy, ale H?kon przypuszczał, że jeszcze nieraz do niej wrócą. O ile przeżyją na tyle długo.
Astrochemik odchrząknął i wskazał korytarz prowadzący do windy.
- Idziemy? - zapytał.
Alhassan potwierdził ruchem głowy. Ruszyli, lawirując pomiędzy ciałami. Część była tak zmasakrowana, że nie sposób było rozpoznać twarzy. Ludzkie wnętrzności pokryły ściany, w niektórych miejscach przesłaniając boczne oświetlenie.
- Można się uczyć anatomii - zauważył Dija Udin. - Tam jelita, tu nerka...
H?konowi znów zrobiło się niedobrze. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby ktoś wpuścił na pokład statku wściekłą, głodującą od kilku dni bestię. Nie wyglądało na to, by była w tym jakaś metoda. Agresor zabijał, by zabijać, przyczyna śmierci w każdym przypadku zdawała się inna.
- Dowiemy się wszystkiego na mostku - dodał Dija Udin pokrzepiająco.
Skandynaw nie odpowiedział.
- Słyszałeś?
- Słyszałem.
Znów zaległa cisza. Szli w kierunku niewielkiej, czteroosobowej windy, z niepokojem patrząc na rozpłatane ciała załogantów i czując, że śmierć podąża tuż za nimi. Z oddali zauważyli, że gródź jest odsunięta.
Po chwili weszli do windy i obaj nerwowo się rozejrzeli.
- Będzie działać? - zapytał Alhassan.
- Skąd mam wiedzieć?
- Jesteś naukowcem, prawda?
- Astrochemikiem, nie specjalistą od wind.
- Jeden pies.
H?kon przesunął palcem po wyświetlaczu ściennym. Aktywował się, ale winda ani drgnęła. Na ekranie pojawiła się informacja, że systemy statku przeszły w tryb oszczędzania energii.
- Nie pojedziemy - powiedział cicho Lindberg.
Muzułmanin wycedził coś w swoim języku.
- Dlaczego to ustrojstwo się włączyło? - zapytał, przyglądając się wyświetlaczowi.
- Samo się nie włączyło - odparł H?kon. - W sytuacji zagrożenia aktywuje się szereg systemów, ale nie oszczędzanie energii.
- A jednak coś wiesz. Nie masz całkiem pustego czerepu.
- Poznałem procedury awaryjne, to wszystko.
- Po jaką cholerę?
- To mój pierwszy lot. Wolałem...
- To twój pierwszy raz w przestrzeni? - Alhassan zaniósł się śmiechem, kręcąc głową. - W takim razie gratuluję. Straciłeś dziewictwo z niezłą pompą.
H?kon wyszedł z windy i się rozejrzał. Oczyma wyobraźni zobaczył dowódcę, który pędził tym korytarzem nie dalej jak dwa kwadranse temu. Zaraz za nim musiał biec Dija Udin - wszak od momentu, gdy Lindberg zobaczył zwłoki na komorze, do momentu, gdy uniosła się osłona, minęło ledwie okamgnienie. A droga z windy była tylko jedna.
Alhassan go gonił. Wniosek nasuwał się sam, ale na razie astrochemik postanowił zatrzymać to przemyślenie dla siebie.
- Którędy dotarłeś na ten pokład? - zapytał, gdy Dija Udin wyszedł za nim na korytarz.
- Następną windą - odparł, wskazując kierunek. - Ale co nam po tym? Sytuacja będzie taka sama.
- Mimo wszystko warto spróbować.
Przeszli do drugiej windy, lecz szybko przekonali się, że ona również nie działa. Alhassan zastanawiał się przez chwilę, po czym uniósł wzrok. Przesunął się i zabrał do odmontowywania klapy w suficie. Ta jednak ani drgnęła.
- Nie da rady, siedzi twardo - powiedział. - Konstruktor był zapobiegliwy i nie chciał, żeby królowa obcych dostała się do szybu.
- Co takiego?
- Nic a nic nie znasz się na klasyce fantomantów - ocenił Dija Udin. - I najpewniej nie dane ci już będzie nadrobić braków.
H?kon spuścił na to zasłonę milczenia, patrząc z niepokojem na towarzysza.
- Wcześniej działała - zarzekł się muzułmanin. - Jest inna droga?
- Nie wiem.
- Jako osoba żywo zainteresowana sytuacjami kryzysowymi, powinieneś wiedzieć.
Właściwie było w tym trochę racji, więc Lindberg sięgnął pamięcią do specyfikacji ISS Accipitera. Przed wylotem spędził kilka wieczorów na przeglądaniu planów pokładów, ale nie analizował ich na tyle skrupulatnie, by pamiętać rozkład szybów ratunkowych. Zresztą nie wiedziałby nawet, jak otworzyć jeden z nich.
- Trudno - zawyrokował Alhassan. - Będziemy poruszać się po omacku, póki nie trafimy na występ w ścianie sugerujący, że znaleźliśmy dźwignię.
- Nie trafimy.
Dija Udin się skrzywił.
- Jakoś musi się je otwierać, prawda? - zapytał.
- Tak, ale zaprojektowano je w taki sposób, by nikt niepowołany ich nie znalazł. Posiadają zasuwy, które można otworzyć tylko odpowiednim wzorem na płytce dotykowej. A żeby odnaleźć płytkę, trzeba...
- Dobra, dobra - uciął Alhassan. - W takim razie co proponujesz, naukowcu?
- Myślę, że...
- Niech mnie chuj - przerwał mu Dija Udin. - Która godzina?
H?kon rzucił okiem na pulsujący czerwienią wyświetlacz obok. Po piątej czasu Zulu. Wskazał go kompanowi, a ten natychmiast rozejrzał się, jakby starał się umiejscowić względem jakiegoś abstrakcyjnego punktu.
Zaklął szpetnie pod nosem, a potem uniósł otwarte dłonie na wysokość głowy, jednocześnie ją pochylając.
- Allahu akbar. - Skrzyżował ręce na piersi, a potem znów je uniósł. - Allahu akbar. Allahu akbar. Allahu akbar. Aszhadu an la Ilaha Illal-lah.
H?kon obserwował go z rosnącą konsternacją, podczas gdy towarzysz powtarzał tekst modlitwy. Po chwili padł na ziemię i zaczął wykonywać czołobitne pokłony. Skandynaw rozejrzał się wokół, przełykając ślinę.
- Aszhadu anna Muhammadan Rasulullah.
Lindberg przypuszczał, że nawet jeśli załoga nie zdołała nadać sygnału alarmowego, musiały to zrobić systemy Accipitera. Mimo że znajdowali się wiele parseków od Układu Słonecznego, ansibl działał bez zarzutu. Zresztą to właśnie ta sfera nowych technologii od dekad rozwijała się najlepiej - problemem nie była komunikacja, ale to, jak zamiast danych wysłać w kosmos z podobną prędkością człowieka.
- Allahu akbar. La Ilaha illal-lah.
Podczas gdy Alhassan zawodził w najlepsze, H?kon podjął decyzję. Istniało kilka możliwości działania, mimo to tylko jedna zdawała się dobra. Nie była bezpieczna, ale dzięki niej przynajmniej istniała szansa, by dostać się na mostek.
Czekał, aż muzułmanin zakończy modły, i przyglądał mu się z zaciekawieniem. Po raz pierwszy widział człowieka zmawiającego modlitwę. Takie rzeczy stanowiły tabu - i od kilkudziesięciu lat było nie do pomyślenia, by ktokolwiek spoza wspólnoty obserwował jej praktyki religijne.
W końcu Dija Udin wyrecytował cały tekst i podniósł się z podłogi.
- Koniec? - zapytał Lindberg.
- Wyjątkowo odpuściłem sobie suplikacje. Normalnie odmawiam trzy ostatnie sury i trzy razy astagfirullah. No, ale normalnie też się obmywam, co w tej sytuacji byłoby problematyczne.
Alhassan otrzepał spodnie i omiótł wzrokiem korytarz, jakby coś zgubił. Zbliżył się do niewielkiej torby leżącej pod ścianą, przyjrzał jej się, a potem ostrożnie ją podniósł.
- Trzeba zacząć zbierać zapasy - powiedział, nim upewnił się, że ta jest pusta. - Wpadłeś na to, jak dostać się na mostek i znaleźć odpowiedzi na kilka pytań?
- Mniej więcej.
Dija Udin zerknął na astrochemika pytająco, odrzucając torbę i łowiąc spojrzeniem kolejne znalezisko. Jego wzrok był beznamiętny, niemal obojętny. Lindberg poczuł się nieswojo, widząc, jak muzułmanin metodycznie przetrząsa rozrzucone przedmioty należące niegdyś do załogantów.
- To znaczy? - dopytał Alhassan. - Co wymyśliłeś?
H?kon z oporem nabrał tchu. Miał wrażenie, że wypełnia płuca odorem śmierci.
- Nie znajdziemy żadnego włazu, to jasne - powiedział. - Nie dostaniemy się też do szybów bezpośrednio z wind.
- Ano nie, jak pokazuje praktyka.
- Ale możemy opuścić statek.
- Co? - zapytał nawigator, zrywając podręczną saszetkę z ramienia jednego z poległych. Otworzył ją i przejrzał zawartość. Nie znalazłszy nic cennego, umocował ją sobie na przegubie dłoni. - Chcesz skorzystać z kapsuły ratunkowej?
- Nie.
- Więc o co chodzi? - zapytał Dija Udin.
- Włazy zewnętrzne nie są ani ukryte, ani zaryglowane.
- Jednak jesteś mędrcem.
- Włożymy kombinezony i przejdziemy po poszyciu aż do pokładu, z którego...
- Cofam, co powiedziałem.
H?kon uśmiechnął się blado. Przez moment patrzyli na siebie niepewnie, ale obaj zdawali sobie sprawę, że nie mają innego wyjścia. W końcu muzułmanin skinął głową.
- W porządku - powiedział. - Ale nie będę szabrował sam.
- Słucham?
- Potrzebujemy zapasów, astrochemiku. A ci ludzie dobrowolnie nam ich już nie użyczą.
Lindberg przełknął ślinę i spojrzał na zwłoki leżące przy ścianie w nienaturalnej pozycji. Z trudem zatrzymał na nich wzrok na tyle długo, by się przekonać, że nieszczęśnik nie ma na sobie niczego, co mogłoby się przydać.
Ruszyli w kierunku najbliższego włazu, po drodze przetrząsając wszystkie torby, plecaki i inne podręczne bagaże, na jakie natrafili. Wzbogacili się o parę sztuk broni, ale nic poza tym. Z kilku strzelano - najwyraźniej bez skutku.
W końcu dotarli do włazu, którego ekipy techniczne używały do przeprowadzania awaryjnych napraw poszycia, kiedy automatyczne systemy zawodziły. Przeszli przez gródź i znaleźli się w niewielkim, podłużnym pomieszczeniu. Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, w ścianach ukazały się wnęki mieszczące kilka par kombinezonów.
- A co, jeśli lecimy? - zapytał Alhassan. - Otworzymy właz i zaraz nas wyssie.
- Nie ma znaczenia, czy się poruszamy.
- Nie?
- Nie.
- Kłamiesz, naukowcu. Widzę, że nie masz o tym bladego pojęcia.
- Jestem astrochemikiem. Muszę wiedzieć choć trochę o przestrzeni kosmicznej i próżni. Ty też powinieneś, skoro nosisz oznaczenia nawigatora na mundurze.
- Ja tylko wprowadzam odpowiednie dane.
Dija Udin podszedł do włazu, zmrużył oczy i popukał w niego, jakby miało to pomóc w ustaleniu, czy statek się porusza.
- Poza tym włączyło się oszczędzanie energii - dodał Skandynaw. - Napęd jest jednym z najbardziej energochłonnych elementów, więc...
- Gdybasz sobie, a tu chodzi o nasze życie - uciął tamten.
H?kon spojrzał na towarzysza powątpiewająco, a potem sięgnął po górną partię kombinezonu. Zamknął ją na torsie, po czym włączył osłonę głowy. HUD sam się aktywował i Lindberg zobaczył na wyświetlaczu szereg informacji, które niespecjalnie go interesowały. I bez wbudowanego pulsometru wiedział, że jego tętno przekracza zdroworozsądkowe normy.
- Zaraz będę dekompresować ten luk, więc radzę ci też coś narzucić - oznajmił.
- Widzę, że humor ci wraca razem z kolorami - odparł Alhassan, sięgając po drugi z kombinezonów.
- Po prostu chcę się dowiedzieć, co tu się wydarzyło.
Tak naprawdę wcale nie był tego taki pewien. Czasem niewiedza była błogosławieństwem.