Chodźmy w Las! Co się kryje między drzewami - Dariusz Dziektarz

Kup ebooka

69.00 zł
58.65 zł (57,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD AUTORA

Fot: Piotr Toł­łoczko

Wyda­wać by się mogło, że doszu­ki­wa­nie się poży­tecz­no­ści u każ­dego stwo­rze­nia to sto­sun­kowo nowy trend. A jed­nak, jak poka­zują przy­to­czone wyżej słowa, już ponad 200 lat temu nie­któ­rzy postrze­gali przy­rodę w zaska­ku­jąco bli­ski nam spo­sób. Dla mnie dużo istot­niej­sza wydaje się przy tym nie­wie­dza, do któ­rej przy­znaje się Kluk, świa­do­mość, że wielu dla nas waż­nych, toczą­cych się w przy­ro­dzie pro­ce­sów po pro­stu nie zdą­ży­li­śmy jesz­cze poznać.

Choć od tego czasu minęły już ponad dwa stu­le­cia, a moż­li­wo­ści badaw­cze posze­rzy­li­śmy w spo­sób, który Klu­kowi i współ­cze­snym mu ludziom trudno byłoby sobie w ogóle wyobra­zić, to wypo­wie­dziane przez niego słowa wcale nie tracą na aktu­al­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie, bo choć z każ­dym kolej­nym odkry­ciem robimy krok do przodu, to jed­no­cze­śnie wciąż otwiera się przed nami jesz­cze szer­szy hory­zont, a przy­roda oka­zuje się dużo bar­dziej skom­pli­ko­wana, niż sądzi­li­śmy.

Zachę­cony cie­płym przy­ję­ciem mojej pierw­szej książki: Rozej­rzyj się! Fascy­nu­jący świat pol­skiej przy­rody, zapra­gną­łem zmie­rzyć się z kolej­nym wyzwa­niem - przy­bli­że­nia Czy­tel­ni­kom naprawdę pokrę­co­nych rela­cji przy­rod­ni­czych kształ­tu­ją­cych świat wokół nas. Ten codzienny, ist­nie­jący po sąsiedzku, a nie odle­gły, nieco abs­trak­cyjny, o któ­rym co jakiś czas sły­szymy w donie­sie­niach pra­so­wych. Oka­zuje się bowiem, że nie­zwy­kłe, czę­sto trudne do uwie­rze­nia przy­padki cho­dzą nie tylko po zwie­rzę­tach, rośli­nach czy grzy­bach z odle­głych Ame­ryk czy Dale­kiego Wschodu, ale także po dosko­nale nam zna­nych opień­kach, bor­su­kach, chra­bąsz­czach czy dębach.

Kluk wie­rzył, że każde stwo­rze­nie jest w jakiś spo­sób poży­teczne dla czło­wieka. I rze­czy­wi­ście, miał rację, bo choć nie na tym polega ich rola, by się przy­słu­żyć czło­wie­kowi, to współ­two­rzą one eko­sys­tem, w któ­rym żyjemy. Każda inge­ren­cja, nawet jeśli doty­czy z pozoru nic nie­zna­czą­cego robaczka, wywo­łuje falę, która zmie­nia nasze oto­cze­nie, a przy­biera ona nie­kiedy zaska­ku­jąco duże, nie­bez­pieczne rów­nież dla nas roz­miary. Któż by się spo­dzie­wał, że cał­ko­wi­cie nowe gatunki obce mogą dosłow­nie powsta­wać na naszych oczach, zagra­ża­jąc trwa­ło­ści bli­skich nam lasów? Że uwię­zione w polo­dow­co­wych pułap­kach, zapo­mniane przez czas rośliny i zwie­rzęta mogą się z nich wydo­stać i nie jest to tylko sce­na­riusz filmu science fic­tion? Że lasami wła­dać mogą ogromne, pra­stare grzyby, a pomię­dzy drze­wami, tuż obok nas, przez runo prze­dzie­rają się gigan­tyczne jed­no­ko­mór­kowce, któ­rym cały ten eko­sys­tem służy jako nośnik dla dys­ku­to­wa­nej, nie­zwy­kłej i enig­ma­tycz­nej "świa­do­mo­ści roz­sze­rzo­nej"? Że rośliny "widzą", "sły­szą" i "czują" oraz że bywają... nie­śmiałe i nie­ko­niecz­nie marzą im się waka­cje w cie­plej­szym kli­ma­cie? Że "upiory" ist­nieją naprawdę, ale stoją po naszej stro­nie?

Tym razem chcia­łem Czy­tel­ni­ków zapro­sić na spa­cer po lesie. Nie bez powodu, bo to wła­śnie tu, jak ni­gdzie indziej w naszej skraj­nie zmie­nio­nej przez ludzi rze­czy­wi­sto­ści, znaj­duje schro­nie­nie dzika przy­roda. W lasach rodzi się jed­nak nie tylko woda, którą pijemy, ale także mity, które od tysięcy lat kształ­to­wały naszą kul­turę. To z lasów przez wieki żyli­śmy i to tylko dzięki nim prze­ży­jemy. Ale to rów­nież wła­śnie na ich przy­kła­dzie naj­le­piej teraz widać, jakie piętno odci­skamy na przy­ro­dzie. Jak inten­syw­nie i nie­prze­wi­dy­wal­nie zmie­nia się świat, w któ­rym przy­szło nam żyć i który mamy moc kształ­to­wać, być może nie­świa­do­mie pod­ci­na­jąc przy oka­zji gałąź, na któ­rej sie­dzimy. Bo choć Kluk miał rację, pisząc, że "cie­ka­wość mądrych" jesz­cze wiele pomoże nam wyja­śnić, to myślę, że nawet on nie zda­wał sobie sprawy, jak skom­pli­ko­wana będzie natura tych odkryć.

W podróż po tych dzi­wacz­nych miej­scach, związ­kach i przy­pad­kach tym razem nie wybie­ramy się sami. Roz­po­czy­na­jąc każdy roz­dział, będący zbli­że­niem na wybrany frag­ment lasu, posta­no­wi­łem oddać głos samemu Janowi Krzysz­to­fowi Klu­kowi. To jeden z naszych naj­bar­dziej zasłu­żo­nych przy­rod­ni­ków, osiem­na­sto­wieczny popu­la­ry­za­tor wie­dzy o przy­ro­dzie i autor pierw­szych, pisa­nych w cało­ści po pol­sku, pod­ręcz­ni­ków z tego zakresu, zarówno dla dzieci, jak i doro­słych. W każ­dym z cyta­tów sta­ra­łem się zawrzeć myśl odno­szącą się do tre­ści poszcze­gól­nych roz­działów - wprost do ich boha­te­rów lub też do prze­ni­ka­ją­cego treść ducha. Słowa Kluka mogą zaska­ki­wać świe­żo­ścią poglą­dów, jakich czę­sto nie spo­dzie­wa­li­by­śmy się po kle­ryku z cza­sów I Rze­czy­po­spo­li­tej, bywa, że roz­ba­wią, nie­kiedy okażą się zaś dawno nie­ak­tu­alne. I całe szczę­ście, bo to naj­lep­szy dowód na to, że w naj­waż­niej­szym miał rację i rze­czy­wi­ście "odkryią czasy, co teraz jest ukry­tego, wyja­sni cie­ka­wość mądrych, o czym teraz nie wiemy".

Książkę pole­cam więc czy­tać na pniaku w lesie, a jeśli w fotelu, to koniecz­nie przed spa­ce­rem mię­dzy drze­wami lub po nim. To wszystko, o czym piszę, nie­ustan­nie dzieje się bowiem wokół nas, a tekst nabiera zupeł­nie innej mocy dla kogoś z oso­bi­stym doświad­cze­niem kon­taktu z lasem. Podróż roz­pocz­niemy więc tam, gdzie wszystko inne rów­nież się zaczyna - od gleby. Spró­bu­jemy ją poczuć, posma­ko­wać i pową­chać, by zro­zu­mieć, że jest ona czymś znacz­nie dziw­niej­szym, niż mogłoby się wyda­wać. Zoba­czymy przy oka­zji, czym może zasko­czyć nas przed­wieczne kró­le­stwo grzy­bów, a idąc dalej przez las, wodząc wzro­kiem coraz wyżej, po runie, pniach i tym, co pomię­dzy nimi, będziemy zgłę­biali tajem­nice zwy­czaj­nych - zda­wa­łoby się - pta­ków, "nie­cie­ka­wych" nor czy zupeł­nie prze­cież pospo­li­tych (a skąd!) suchych liści. Oczy­wi­ście przyj­dzie nam się przy tym odgo­nić od... wła­ści­wie czego? Bąka? Gza? Prze­ko­namy się! Spa­cer zakoń­czymy zaś tam, gdzie pró­buje się dostać każde z drzew, przy­słu­chu­jąc się ich snu­tym wysoko nad zie­mią pla­nom i wsz­czy­na­nym kłót­niom. Dopiero taka wyprawa, pełna uważ­no­ści i doświad­cza­nia, od góry do dołu, wzdłuż i wszerz, pomoże nam dostrzec w lesie deli­katne, magiczne, ale jak naj­bar­dziej nama­calne i przez to podatne na dotyk zja­wi­sko.

Prze­krój gleby bie­li­co­wej

GLEBA

CZYLI O TYM, GDZIE WSZYSTKO SIĘ KOŃCZY I ZACZYNA

Idąc przez las, podzi­wiamy maje­sta­tyczne drzewa, snu­jącą się mię­dzy nimi mgłę, roz­pro­szone przez liście, nie­śmiałe świa­tło, śpiew pta­ków, szum koron, dud­niący galop stada jeleni... zupeł­nie zapo­mi­namy zaś o gle­bie, po któ­rej stą­pamy! A to ona decy­duje o wszyst­kim, na co w tym lesie patrzymy i czego słu­chamy. To wła­śnie tam rodzi się i roz­kwita wszel­kie leśne życie, które zresztą ni­gdy do końca nie umiera, a za pośred­nic­twem ziemi tylko nie­ustan­nie zmie­nia formy. Może więc warto i nad nią zadu­mać się przez chwilę na spa­ce­rze?

CIAŁO TĘGIE, SUCHE I BEZ SMAKU

Czym wła­ści­wie jest gleba? Można oczy­wi­ście szybko się­gnąć po jakąś ency­klo­pe­dyczną defi­ni­cję o trój­fa­zo­wej war­stwie sko­rupy ziem­skiej, ale nawet w przy­bli­że­niu nie odda ona skom­pli­ko­wa­nej natury i zna­cze­nia tego prze­dziw­nego tworu. Jak chyba nad wszyst­kim, z czego ten świat się składa, tak i nad nią zasta­na­wiał się mój ulu­biony pol­ski przy­rod­nik Jan Krzysz­tof Kluk i w 1797 r. opi­sał ją tak:

Przez zie­mię w tym szcze­gól­nym rozu­mie­niu, jak tu biorę, rozu­mieją Mine­ra­lo­gi­sto­wie tęgie, suche i bez smaku ciało, któ­rego czę­ści słabo się ze sobą łączą, tak iż w pal­cach roz­starte, albo przy­naym­niey nożem skro­bane bydź mogą; które samo w żad­ney płyn­ney rze­czy się zupeł­nie nie roz­pływa, ale tylko roz­pusz­cza swe sząstki; które się samo przez się w ogniu nie pali, nie topi; roz­bierzmy to. Nic pew­niey­szego, iako że żadne ciało pod zmy­sły pod­pa­da­jące nie iest bez ziemi, i że zie­mia iest fun­da­men­tem wszyst­kich ciał, oraz przy­czyną ich sucho­ści, tęgo­ści, gęsto­ści, cięż­ko­ści i w ogniu trwa­ło­ści.

Zie­mia Kluka nie jest do końca tym, co nazwa­li­by­śmy dziś glebą. Choćby dla­tego że torfy, czyli orga­niczne pod­łoża set­kami lat budo­wane przez mar­twe szczątki roślin, jak naj­bar­dziej się palą. Przez długi zresztą czas także i w Pol­sce funk­cjo­no­wały kopal­nie torfu, w któ­rych po pro­stu wyci­nano kostki takiej gleby, suszono i wyko­rzy­sty­wano następ­nie jako opał. Na naszych tor­fo­wi­skach do dziś zda­rzają się rów­nież bar­dzo nie­bez­pieczne pod­ziemne pożary, któ­rych wła­ści­wie nie daje się uga­sić. Wal­czący z nimi stra­żacy całymi tygo­dniami cze­kają na ich samo­istne wypa­le­nie, stale jed­nak pil­nu­jąc, by ogień z takiej gore­ją­cej dziury się nie wydo­stał i nie roz­niósł po powierzchni.

Kopal­nia torfu - zie­mia dobrzyń­ska, pocz. XX w.

W XVIII w. nieco ina­czej patrzono na świat i kla­sy­fi­ko­wano go czę­sto przez wzgląd na wła­ści­wo­ści użyt­kowe opi­sy­wa­nej rze­czy, stąd taki, a nie inny podział u Kluka. Sam zresztą wspo­mina dalej o palą­cym się tor­fie, ale zazna­cza przy tym, że to nie pło­nie zie­mia, lecz zawarta w niej "tłu­stość", ewi­dent­nie oddziela więc część mine­ralną i orga­niczną gleby. Mimo wszystko bar­dzo zgrab­nie udało mu się uchwy­cić jej zna­cze­nie, bo w isto­cie jest ona "fun­da­men­tem wszyst­kich ciał". Choć na pierw­szy rzut oka wydaje się cia­łem sta­łym, mie­sza­niną resz­tek roślin­nych i drob­nych czą­stek zwie­trza­łej, głę­biej zale­ga­ją­cej skały macie­rzy­stej, to w rze­czywistości rów­nie ważny jest jej wodny i powietrzny kom­po­nent. Stąd mowa o wspo­mnia­nej wcze­śniej "trój­fa­zo­wo­ści". Do tego docho­dzi jed­nak jesz­cze jeden tajem­ni­czy skład­nik.

GOLEM

Jest coś, co niczym poru­sza­nego magią, fan­ta­stycz­nego golema dosłow­nie wpra­wia glebę w ruch. Naka­zuje jej się mie­szać, wzbo­ga­cać i zmie­niać. Nadaje kształt i wła­ści­wo­ści, któ­rych skalna zwie­trze­lina ni­gdy by sama nie nabrała. Życie.

Wąwóz les­sowy w Kazi­mie­rzu Dol­nym

Każda szczypta ziemi jest nim prze­siąk­nięta. W sze­ro­kiej na cen­ty­metr kosteczce gleby może się kryć nawet 5 miliar­dów bak­te­rii i nie­mal 6 metrów spa­ja­ją­cych ją strzę­pek grzybni. Na każ­dym metrze kwa­dra­to­wym ziemi żyją nie­raz setki tysięcy maleń­kich sko­czo­gon­ków, a pod­łoże ryją dzie­siątki dżdżow­nic. Może się nam wyda­wać, że życie toczy się na powierzchni, ale w rze­czy­wi­sto­ści jest ina­czej. Na każ­dym hek­ta­rze pola, łąki czy lasu w gle­bie znaj­dziemy nawet kil­ka­na­ście ton orga­ni­zmów. Nie­które, jak dżdżow­nice, drążą napo­wie­trza­jące zie­mię kory­ta­rze, do któ­rych nie­kiedy wcią­gają opa­dłe na ściółkę liście. Zda­rza się, że widać, jak takie nie­wiel­kie żagle wystają z zie­lo­nego morza przy­strzy­żo­nej w ogródku trawy. To swego rodzaju spi­żar­nia i jed­no­cze­śnie spo­sób na przy­go­to­wa­nie posiłku - liść w wil­got­nej gle­bie roz­kłada się szyb­ciej, co czyni go zja­dliw­szym dla żyją­cych tam zwie­rząt.

Wazon­ko­wiec biały

Sko­czo­gonki, maleń­kie, przy­po­mi­na­jące owady sta­wo­nogi, więk­szość z nas naj­pew­niej koja­rzy. Bywa, że poja­wiają się w donicz­kach roślin w naszych domach, ale naj­ła­twiej spo­tkać je na wil­got­nej, leśnej ściółce. Ucie­ka­jące przed butami, ska­czące prze­ci­neczki stają się wtedy lepiej widoczne. Gdy robi się sucho, szybko kie­rują się jed­nak w głąb pro­filu gle­bo­wego, a gdy wyczują poprawę warun­ków - wra­cają. Ich podróże spra­wiają, że zie­mia staje się luź­niej­sza, bar­dziej prze­pusz­czalna dla wody i powie­trza. Podobną rolę odgry­wają wazon­kowce, te przy­po­mi­na­jące maleń­kie dżdżow­nice bez­krę­gowce dbają bowiem o odpo­wied­nie sto­sunki hydro­lo­giczne w pod­łożu. W eks­pe­ry­men­tach z cylin­drami, w któ­rych umiesz­czono mie­sza­ninę gleby i ściółki, oka­zało się, że te zasie­dlone dodat­kowo przez wazon­kowce dużo efek­tyw­niej prze­sią­kały wodą. Jesz­cze sil­niej­szy efekt obser­wu­jemy w sąsiedz­twie mro­wisk, wokół któ­rych powstają całe odrębne mikro­sie­dli­ska. Wszyst­kie te żyjątka kształ­tują więc struk­turę gleby, ale jed­no­cze­śnie to gleba sta­nowi nie­zbędną dla nich osłonę. Wodny mikro­film ota­cza­jący jej drobne cząstki pozwala mikro­or­ga­ni­zmom utrzy­my­wać aktyw­ność nawet przy tęgich dwu­cy­fro­wych mro­zach, a prze­strzeń do życia two­rzą wypeł­nione powie­trzem pory.

Sko­czo­go­nek

Cie­niutką war­stwę cze­goś okre­śla się mia­nem filmu. W akwa­riach, na powierzchni wody two­rzy się nie­kiedy tęczowo poły­sku­jąca błona, będąca po pro­stu fil­mem bak­te­ryj­nym, czyli war­stewką utwo­rzoną przez bak­te­rie i białka. Sama woda rów­nież potrafi utwo­rzyć taki film, np. wokół czą­stek gleby.

Tak jak i my mamy swój jeli­towy mikro­biom umoż­li­wia­jący wła­ściwe tra­wie­nie i przy­swa­ja­nie pokarmu, tak i gleby zasie­dlone są przez peł­niące podobne funk­cje kom­pleksy bak­te­rii. Część z nich, zwa­nych azo­to­wymi, czy to w sym­bio­zie z nie­któ­rymi rośli­nami, czy żyjąc wolno w gle­bie, wiąże w ziemi azot atmos­fe­ryczny, dzięki czemu pod­czas wzro­stu mogą go póź­niej wyko­rzy­stać drzewa. Nie bez powodu nie­kiedy gleby pół­na­tu­ral­nie nawozi się, sadząc na nich łubin czy inne rośliny bobo­wate, a rekul­ty­wo­wane wyro­bi­ska bywają obsa­dzane olszami. Zarówno bowiem bobo­wate, jak i olsze współ­żyją z bak­te­riami i tym samym wzbo­ga­cają glebę o ten nie­zbędny do wzro­stu pier­wia­stek.

Mikro­biom - wystę­pu­jący w danym sie­dli­sku zestaw mikro­or­ga­ni­zmów (mikro­biota) wraz z cało­ścią ich aktyw­no­ści. Można wyróż­nić np. mikro­biom jeli­towy, mikro­biom skóry czy gleby. Mikro­biom może odgry­wać klu­czową rolę w funk­cjo­no­wa­niu wielu orga­ni­zmów, umoż­li­wia­jąc tra­wie­nie nie­któ­rych sub­stan­cji czy uczest­ni­cząc w wytwa­rza­niu tok­syn wyko­rzy­sty­wa­nych pod­czas obrony lub zdo­by­wa­nia pokarmu.

Liście klonu jesio­no­list­nego
Łubin

Co cie­kawe, gle­bowy mikro­biom wyraź­nie "uru­cha­mia się" w obec­no­ści żyją­cych tam zwie­rząt. Spo­tka­łem się nawet z okre­śle­niem, że jest jak... Śpiąca Kró­lewna, którą trzeba dopiero obu­dzić. Wyka­zuje przy tym pewne nie do końca zro­zu­miałe wła­ści­wo­ści, wspo­ma­ga­jąc np. inwa­zję gatun­ków obcych! Prze­ba­dano to na klo­nach, z któ­rych jeden, jesio­no­listny, powszech­nie pano­szy się w Euro­pie, a drugi, zwy­czajny, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W obu przy­pad­kach drzewa te rosły lepiej na obcej niż na rodzi­mej gle­bie, co zwią­zane było z obec­no­ścią mikro­bioty cha­rak­te­ry­stycz­nej dla danego obszaru. Nie­które gatunki sko­czo­gon­ków żerują z kolei na okre­ślo­nych gatun­kach grzy­bów, doko­nu­jąc tym samym rów­nież pew­nej selek­cji na dnie lasu, pro­wa­dzą­cej np. do domi­na­cji grzy­bówek mle­cza­jo­wych nad łyso­stop­kami szpil­ko­wymi. O kra­jo­bra­zie lasu decy­duje więc nie tylko mate­ria gleby, zie­mia, o któ­rej pisał Kluk, ale i tkwiący w tym gole­mie orga­niczny żywioł!

ODDECH ZIEMI

Zie­mia sama przez się żad­nego na ięzyku nie czyni smaku; aby smak uczy­niła, musi mieć w sobie obce rze­czy, a oso­bli­wie sol w róż­nym pomie­sza­niu [...] Jako zaś rzadko iest, aby która zie­mia była bez wszel­kiego przy­mie­sza­nia, tak rzadko, aby która wzięta była bez smaku.

Jak słusz­nie, orga­no­lep­tycz­nie, zauwa­żył Kluk, coś tym zie­miom nada­wać musi dodat­kowe wła­ści­wo­ści. Cią­gła współ­praca drob­nych bez­krę­gow­ców, bak­te­rii i grzy­bów gle­bo­wych pro­wa­dzi do powsta­nia tego, czego zarówno my, chcąc upra­wiać ogró­dek czy rolę, jak i rośliny poszu­ku­jemy naj­bar­dziej - boga­tej w związki odżyw­cze próch­nicy. Ta cha­rak­te­ry­styczna, ciemna war­stwa ziemi, to w rze­czy­wi­sto­ści głów­nie... odchody poży­wia­ją­cych się ściółką, nie­wiel­kich zwie­rząt, roz­kła­dane przez mikro­or­ga­ni­zmy, a następ­nie w pro­ce­sie humi­fi­ka­cji zamie­niane przez nie w bogaty zestaw kwa­sów humu­so­wych. To one nadają gle­bie barwę, a czę­ściowo także i smak czy zapach, sama zie­mia zaś dosłow­nie oddy­cha, tak jak i my. Pro­cesy te wyma­gają bowiem pobie­ra­nego przy wde­chu tlenu, skut­kują zaś wydy­cha­nym dwu­tlen­kiem węgla.

Pro­ces roz­kładu mate­rii orga­nicz­nej oraz jej póź­niej­szej, wtór­nej syn­tezy w związki che­miczne okre­śla się mia­nem humi­fi­ka­cji. W efek­cie, przy współ­udziale drob­nych, gle­bo­wych bez­krę­gow­ców i mikro­or­ga­ni­zmów, powstaje humus, czyli próch­nica.

Kojący aro­mat desz­czu, zapach, który wpusz­czamy po ule­wie przez otwarte okno i któ­rym upa­jamy się pod­czas spa­ceru po lesie, rów­nież powstaje w gle­bie. Czę­sto mówi się, że odpo­wiada za niego geo­smina, zwią­zek che­miczny wydzie­lany przez żyjące w ziemi bak­te­rie (np. Strep­to­my­ces sp.), ale w rze­czy­wi­sto­ści jest to zwana petri­cho­rem mie­sza­nina tych wszyst­kich natu­ral­nych, uwię­zio­nych pod nami aro­ma­tów - nie­zli­czo­nych roślin­nych olej­ków ete­rycz­nych, wydzie­lin korzeni i pro­duk­tów prze­miany mate­rii. Uwal­niają je ude­rza­jące w glebę kro­ple desz­czu, spra­wia­jąc tym samym, że nasz zie­mi­sty golem nie tylko się poru­sza i oddy­cha, ale i pach­nie!

Petri­chor - zapach będący mie­sza­niną wielu róż­nych, natu­ral­nych aro­ma­tów, zwią­za­nych m.in. z aktyw­no­ścią mikro­or­ga­ni­zmów gle­bo­wych czy roślin. Staje się wyczu­walny pod­czas desz­czu, który ude­rza­jąc o glebę, uwal­nia z niej pęche­rzyki powie­trza. Choć to geo­sminę czę­sto uważa się za źró­dło spe­cy­ficz­nego zapa­chu desz­czu, to w rze­czy­wi­sto­ści jest ona praw­do­po­dob­nie tylko jed­nym z dzie­sią­tek, jeśli nie setek związ­ków odpo­wie­dzial­nych za jego powsta­wa­nie.

SPRZĘG

Gleba jest cie­ka­wym two­rem. Zaczyna powsta­wać, gdy skała macie­rzy­sta wie­trzeje. Pęka, kru­szy się i mie­sza z dro­bin­kami mate­rii orga­nicz­nej, two­rząc w ten spo­sób ini­cjalne, ubo­gie pod­łoże, które mogą zasie­dlić pierw­sze orga­ni­zmy i na któ­rym wyro­sną mniej wyma­ga­jące rośliny. Z cza­sem gleba przy­ra­sta i zwięk­sza­jąc swą miąż­szość, daje prze­strzeń do roz­woju kolej­nym gatun­kom.

Gleba bie­li­cowa powstała z pia­sku - las sosnowy pod Olku­szem

Widzimy więc, że wła­ści­wo­ści gleby kształ­to­wane są w pierw­szej kolej­no­ści przez rodzaj jej fun­da­mentu, czyli skałę. Inną żyzność uzy­ska na wapie­niach, a inną na pia­skow­cach, na cało­kształt wpły­nie zaś jesz­cze m.in. suma opa­dów czy nachy­le­nie stoku, razem decy­du­jące o dostęp­no­ści wody. To, czy idąc do lasu, wej­dziemy w sośninę, mię­dzy dęby lub pośród buki, zale­żeć będzie więc od ziemi, na któ­rej przy­szło rosnąć drze­wom. Ale nie tylko. Oka­zuje się bowiem, że nie jest to pro­sta jed­no­stronna rela­cja, a światy roślin i gleb są ze sobą sprzę­żone i kształ­tują się wza­jem­nie.

Liście buku

Wspo­mi­na­łem już, że nie­które drzewa żyją w sym­bio­zie z bak­te­riami i wpły­wają tym samym na skład che­miczny pod­łoża. Inne, jak buki, dają obfity opad liści, pro­wa­dząc do wykształ­ce­nia trudno roz­kła­da­ją­cej się, gru­bej ściółki, pod jesio­nami zaś na następny rok znaj­dziemy już tylko ogonki, bo cała reszta w bły­ska­wicz­nym tem­pie gnije i znika w gle­bie. Tym samym zie­mia nabiera cha­rak­te­ry­stycz­nych cech lasu, a las - ziemi. Nie­stety, sto­sun­kowo łatwo można to zmie­nić. W Euro­pie Środ­ko­wej powszechne daw­niej było np. wygra­bia­nie ściółki. Czy­niono to z różną inten­syw­no­ścią, na różne potrzeby i pod­łoże takie wyko­rzy­sty­wano m.in. przy hodowli zwie­rząt gospo­dar­skich. Dzięki współ­cze­snym bada­niom wiemy już jed­nak, że była to prak­tyka mogąca przy­no­sić nie­raz kata­stro­falne skutki. Eks­pe­ry­menty w cze­skich świer­czy­nach wyka­zały bowiem, że pozy­ski­wa­nie ściółki pro­wa­dzi do znacz­nego ubytku wap­nia, potasu i magnezu w gle­bie, porów­ny­wa­nego z tym spo­wo­do­wa­nym w XX w. przez nisz­czy­ciel­skie, kwa­śne desz­cze, które w póź­niej­szym cza­sie były przy­czyną wiel­ko­po­wierzch­nio­wego zamie­ra­nia tych drze­wo­sta­nów.

ZŁE TOWARZYSTWO

Bywa jed­nak odwrot­nie, bo i same świerki czy sosny dopro­wa­dzić mogą do znacz­nego zubo­że­nia gleby, na któ­rej rosną. Nie­stety, pro­ces ten w wielu miej­scach, także w Pol­sce, obser­wu­jemy do dziś. Te szybko przy­ra­sta­jące drzewa igla­ste chęt­nie nie­gdyś sadzono na żyznych sie­dli­skach, pier­wot­nie wykształ­co­nych przy współ­udziale buków, jawo­rów, jodeł, dębów czy gra­bów. Opa­da­jące igli­wie two­rzy jed­nak sil­nie zakwa­sza­jącą ściółkę, która z cza­sem prze­kształca gleby, pro­wa­dząc do cał­ko­wi­tej zmiany składu gatun­ko­wego roślin runa, a tym samym i zwią­za­nych z nimi orga­ni­zmów. Znacz­nie ubywa choćby dżdżow­nic kształ­tu­ją­cych struk­turę gleby i... chęt­nie zja­da­ją­cych pato­ge­niczne dla roślin grzyby, w tym słynne groźne strzęp­niczki paso­żyt­ni­cze (Rhi­zoc­to­nia solani). Sama powierzch­nia ziemi staje się za to mniej prze­pusz­czalna i przy­po­mi­nać zaczyna zjeż­dżal­nię, po któ­rej woda pod­czas ulew szybko spływa, zamiast wsią­kać. Traci też dużo ze swo­jej sta­bil­no­ści. Pła­skie sys­temy korze­niowe świer­ków two­rzą bowiem płytko pod zie­mią ruszt, który uno­szony ruchem koły­sa­nych na wie­trze pni, dosłow­nie dźwiga leśne pod­łoże. Prze­cha­dza­jąc się po takich borach, łatwo to zresztą zaob­ser­wo­wać samemu - tupiąc pod świer­kami poczu­jemy dud­nie­nie, jak­by­śmy bili w wielki leśny bęben. Zie­mia, choć cza­sem zdaje się jakimś nie­na­ru­szal­nym mono­li­tem, sto­sun­kowo łatwo ulega więc nie­ko­rzyst­nym zmia­nom.

Roz­pad świer­czyn w Górach Izer­skich

SCHEDA PO ROLI

Poja­wia się jed­nak jesz­cze inny pro­blem. Nie­kiedy trudno to już dostrzec, ale nie­mal połowa pol­skich lasów jesz­cze 70 lat temu... nie była lasami. Gdy­by­śmy się cof­nęli w cza­sie, zoba­czy­li­by­śmy łąki, pola uprawne i pastwi­ska, któ­rych użyt­ko­wa­nie po II woj­nie świa­to­wej zarzu­cono, czy to na sku­tek samej wojny, czy zacho­dzą­cych w póź­niej­szych latach prze­mian spo­łecz­nych. W połu­dniowo-wschod­niej Pol­sce można mię­dzy drze­wami dostrzec jesz­cze ślady po całych, pochło­nię­tych przez przy­rodę wsiach łem­kow­skich, któ­rych miesz­kań­ców po pro­stu wysie­dlono.

Strzęp­ni­czek paso­żyt­ni­czy ata­kuje kil­ka­set gatun­ków roślin - tu korze­nie fasoli.

Miej­sca takie po woj­nie zale­siano lub też same, zapo­mniane, zamie­niały się z cza­sem w bory i zagaj­niki. Nie ina­czej było w pozo­sta­łych czę­ściach Europy i obec­nie sza­cuje się, że nawet połowa lasów na naszym kon­ty­nen­cie rośnie na grun­tach porol­nych, z czym wiążą się pewne bar­dzo spe­cy­ficzne pro­blemy. Leśnicy szybko zaczęli dostrze­gać je także w Pol­sce, gdy sosny, wybrane ze względu na szyb­kie tempo wzro­stu i dużą świa­tło­żąd­ność, już po kil­ku­na­stu latach zaczy­nały masowo cho­ro­wać i zamie­rać. Oka­zało się, że gleba ukształ­to­wana przez wie­lo­let­nią dzia­łal­ność rol­ni­czą jest lasom zwy­czaj­nie wroga. Dostęp do wody ogra­ni­czała zbita na sku­tek regu­lar­nej orki, nie­prze­pusz­czalna war­stwa, zwana pode­szwą płużną, prze­na­wo­żone pod­łoże sty­mu­lo­wało u drzew bar­dzo szybki wzrost, a pato­ge­niczne grzyby skrzęt­nie to wyko­rzy­sty­wały, łatwiej infe­ku­jąc i zabi­ja­jąc tak prze­ro­śnięte rośliny. W gle­bie roiło się od orga­ni­zmów sosnom wro­gich, bra­ko­wało zaś tych sprzy­ja­ją­cych, jak choćby grzy­bów myko­ry­zo­wych, które do ist­nie­nia wyma­gały jed­nak obec­no­ści lasu.

Jako że nie ma moc­nych na takiego antro­po­ge­nicz­nego, ziem­nego golema, te pierw­sze rosnące na nim drzewa trak­to­wano czę­sto jako przed­plon. Ich zada­nie pole­gało więc na ujarz­mie­niu wro­giej lasom gleby - osło­nię­ciu jej koro­nami od ostrego świa­tła i wia­tru, zatrzy­ma­niu giną­cej w słońcu wil­goci i stwo­rze­niu namiastki panu­ją­cego w lesie łagod­nego mikro­kli­matu. Dopiero wtedy glebę taką mogły bowiem zasie­dlić orga­ni­zmy, które umoż­li­wiają pro­ces jej dal­szej prze­miany - aż znów zacznie sprzy­jać drze­wom, z któ­rymi była zwią­zana, nim poja­wił się czło­wiek.

Choć gleby są fun­da­men­tem, na któ­rym wyra­stają całe eko­sys­temy, to jed­no­cze­śnie same ule­gają powo­do­wa­nym przez nie prze­mia­nom. Dwa, zda­wa­łoby się tak odmienne, żywioły - mar­twy, zie­mi­sty, i żywy, orga­niczny, są ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie sprzę­żone i two­rzą jeden dyna­miczny sys­tem. Nie­stety, bar­dzo łatwo zakłó­cić jego dzia­ła­nie, a przy­wró­ce­nie natu­ral­nej har­mo­nii jest dużo trud­niej­sze niż jej degra­da­cja. Woda, którą pijemy, pokarm, który jemy, i las, który nas chroni, rodzą się jed­nak w gle­bach, warto więc posta­rać się, by golem ten był nam jak naj­bar­dziej przy­chylny!

Sadze­nie drzew w czy­nie spo­łecz­nym - lata sie­dem­dzie­siąte XX w.

Pod­grzy­bek bru­natny

Imle­ria badia

WOOD WIDE WEB?

CZYLI O INTERNECIE, TYLKO Z GRZYBÓW

Choć o myko­ry­zie, czyli sym­bio­zie roślin i grzy­bów, uczymy się już w pod­sta­wówce, to w ostat­nich latach zaczęło być o niej naprawdę gło­śno, co cie­kawe - także poza szkołą. Drzewa połą­czone strzęp­kami grzybni, niczym kom­pu­tery spięte sie­cią kabli, po któ­rych płyną infor­ma­cje o szan­sach i zagro­że­niach, ale nie tylko - miałby to być także jeden wielki targ oraz kanał szyb­kiego reago­wa­nia. Towary sprze­da­wane, kupo­wane, a nie­raz i kra­dzione, woda pom­po­wana, gdy jest jej mało, broń pod­sy­łana, gdy robi się nie­bez­piecz­nie, ale i jad sączony pre­cy­zyj­nie w korze­nie kon­ku­ren­tów, jak roz­sy­łany pocztą wirus kom­pu­te­rowy. Trzeba przy­znać, że wizja takiego lasu działa na wyobraź­nię, pyta­nie tylko, czy rze­czy­wi­ście żyjemy w tej bajce, czy jedy­nie dali­śmy jej się porwać?

SAMOPOMOC CHŁOPSKA

To natu­ralne, że szu­kamy w przy­ro­dzie magii, że z ochotą zoba­czy­li­by­śmy w drze­wach wię­cej niż jedy­nie bio­lo­giczne maszyny, a u zwie­rząt dostrze­gli podobną nam świa­do­mość nie tylko samych sie­bie, ale i świata wokół. A może to w rze­czy­wi­sto­ści my wiemy i rozu­miemy mniej, niż mogłoby się wyda­wać?

Odro­sty po ścię­ciu olszy

Dopiero w ostat­nich latach zaczę­li­śmy odkry­wać, jak zło­żone jest życie w zwy­kłym lesie, na łące albo i nawet na nud­nym - zda­wa­łoby się - polu upraw­nym. Rośliny i zwie­rzęta od zara­nia dzie­jów wymie­niają mię­dzy sobą infor­ma­cje kana­łami, o któ­rych ist­nie­niu jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat temu nawet nie wie­dzie­li­śmy. Wyko­rzy­stują do tego dźwięki, zapa­chy i obrazy, więc dla­czego mia­łyby nie wyko­rzy­stać także grzy­bów, zna­nych już z tego, że potra­fią prze­ka­zy­wać sygnały elek­tryczne, co w tym kon­tek­ście nieco upo­dab­nia­łoby je do naszych neu­ro­nów? Sta­tyczny na pierw­szy rzut oka las miałby więc swoją drugą, ukrytą przed nami, gwarną stronę. Ow­szem, zaglą­damy tam - sły­szymy, czu­jemy zapa­chy, a nie­któ­rzy poznali nawet smaki, ale nie potra­fimy tego intu­icyj­nie zło­żyć w żaden spójny obraz. Tym­cza­sem dużo wię­cej mia­łoby się dziać pod zie­mią, w kró­le­stwie, któ­rego zro­zu­mie­nie przy­cho­dzi nam jesz­cze trud­niej.

Odro­sty topoli wyra­sta­jące z nie­wi­docz­nego korze­nia

Spa­ce­ru­jąc po lesie, być może dostrze­gli­ście, że nie­które ze świeżo ścię­tych pnia­ków jakby pró­bo­wały wró­cić do swo­jego daw­nego życia. Gęsto poja­wiają się na nich pędy odro­ślowe, które usi­łują zastą­pić utra­coną koronę. Nie­stety w więk­szo­ści przy­pad­ków będzie to po pro­stu ostat­nie tchnie­nie przed śmier­cią - to za mało, by utrzy­mać stary, roz­bu­do­wany sys­tem korze­niowy i taka roślina w ciągu kilku lat naj­czę­ściej zamiera. Są jed­nak gatunki, które potra­fią się dźwi­gnąć nawet z tak bez­na­dziej­nego poło­że­nia. Wierzby, olsze czy lipy są zdolne zre­ge­ne­ro­wać cały pień wła­ści­wie od zera, ale w lesie można natknąć się na przy­padki jesz­cze dziw­niej­sze - drzew, które po ścię­ciu już nie odra­stają, a mimo to... żyją.

Młoda jodła pospo­lita w Pie­ni­nach

Dobrze widać to szcze­gól­nie w naszych gór­skich i podgór­skich jedli­nach. Pniaki tych ścię­tych igla­ków czę­sto nie roz­kła­dają się, a zamiast tego zaczy­nają zara­stać, tak jak zara­stają rany, jakby drzewo pró­bo­wało zaskle­pić zwy­kłe dra­śnię­cie czy ślad po wyła­ma­nej gałęzi. Z cza­sem powierzch­nia cię­cia cał­ko­wi­cie chowa się pod tkan­kami, a pie­niek zaczyna przy­po­mi­nać wysta­jący z ziemi, pokryty korą guz. Skąd jed­nak roślina czer­pie ener­gię do wzro­stu i ukoń­cze­nia pro­cesu zara­sta­nia, mogą­cego trwać nawet kil­ka­dzie­siąt lat, skoro nie ma korony zdol­nej do pro­wa­dze­nia foto­syn­tezy? Oka­zuje się, że nie robi tego sama - otrzy­muje pomoc od innych drzew, utrzy­mu­ją­cych ją przy życiu poprzez ich połą­czony sys­tem korze­niowy. Tym samym już na zawsze staje się jego prze­dłu­że­niem, czę­ścią wspól­nej sieci samo­po­mocy.

Pnie i korze­nie grabu

POŁĄCZENI PRZEZ GRZYB

Zro­sty korze­niowe wystę­pują u drzew sto­sun­kowo powszech­nie, łatwo zaob­ser­wo­wać je choćby u gra­bów, któ­rym już w wieku zale­d­wie kilku lat zda­rza się korzy­stać ze wspól­nego korze­nia. Wiążą się z tym co prawda pewne zagro­że­nia, bo tak ści­słe połą­cze­nie wielu roślin uła­twia roz­ma­itym pato­ge­nom roz­prze­strze­nia­nie się pomię­dzy nimi, ale z dru­giej strony - utrzy­muje przy życiu choćby te wspo­mniane wyżej, ska­zane na śmierć jodły. W ostat­nich latach coraz wię­cej mówi się jed­nak o tym, że pomoc pły­nie jesz­cze innym, dużo bar­dziej enig­ma­tycz­nym łączem, two­rzo­nym przez tzw. sieci miko­ry­zowe.

Związki pomię­dzy rośli­nami a grzy­bami kształ­tują się, wła­ści­wie odkąd tylko orga­ni­zmy te wyszły na ląd setki milio­nów lat temu. Efek­tem tej dłu­giej zna­jo­mo­ści jest miko­ryza, czyli ich sym­bio­tyczna rela­cja, w którą wcho­dzi nawet 80-90% gatun­ków roślin na świe­cie. A mowa o rela­cji naprawdę bar­dzo bli­skiej, bo prze­ra­sta­jące glebę strzępki grzybni opla­tają korze­nie i wni­kają w nie mię­dzy­ko­mór­kowo (ektomiko­ryza) lub jesz­cze głę­biej, do ich wnę­trza (endomiko­ryza). Korzy­stają na tym zarówno jedni, jak i dru­dzy, bo grzyb zwie­lo­krot­nia powierzch­nię sys­temu korze­nio­wego drzewa, a drzewo w zamian karmi go cukrami pocho­dzą­cymi z foto­syn­tezy. Poszcze­gólne gatunki czę­sto bar­dzo pre­cy­zyj­nie dobie­rają sobie przy tym part­ne­rów, dzięki czemu wiemy, żeby maśla­ków szu­kać pod sosnami i modrze­wiami, a kozaka np. pod brzozą.

Koź­larz babka

Spójrzmy jed­nak nieco dalej, bo jeśli drzewo może korzy­stać ze strzę­pek miko­ry­zo­wego grzyba jak z sieci do czer­pa­nia sub­stan­cji z gleby, to co się sta­nie, jeśli ten grzyb nie połą­czy się z jedną tylko rośliną, ale z dwiema, pię­cioma czy pięć­dzie­się­cioma? Łatwo wyobra­zić sobie, że powsta­nie zwią­zek swoim zasię­giem i poten­cja­łem znacz­nie wykra­cza­jący poza rela­cję dwóch orga­ni­zmów.

LEŚNY TRANSFER

O ist­nie­niu sieci miko­ry­zo­wych wie­dzie­li­śmy od dawna, ale ze względu na trud­no­ści w bada­niu deli­kat­nych strzę­pek roz­pro­szo­nych pod zie­mią na dużych obsza­rach lasu długo nie rozu­mie­li­śmy, jaka dokład­nie może być ich rola w funk­cjo­no­wa­niu eko­sys­temu. Prze­łom doko­nał się w 1997 r., po opu­bli­ko­wa­niu w cza­so­pi­śmie "Nature" słyn­nej już pracy kana­dyj­skiej badaczki Suzanne Simard i jej zespołu. Dzięki meto­dzie pole­ga­ją­cej na wyko­rzy­sta­niu węgla o odmien­nym skła­dzie izo­to­po­wym niż ten wystę­pu­jący natu­ral­nie w gle­bie udało im się prze­śle­dzić drogę, jaką prze­bywa pier­wia­stek po wpro­wa­dze­niu do rośliny. Rezul­taty oka­zały się nie­zwy­kłe - udo­wod­niono w ten spo­sób, że pomię­dzy bar­dzo odle­gle spo­krew­nio­nymi, igla­stymi dagle­zjami zie­lo­nymi a liścia­stymi brzo­zami papie­ro­wymi rze­czy­wi­ście nastę­puje wymiana sub­stan­cji za pośred­nic­twem sieci miko­ry­zo­wej, czyli kabla, który grzyby roz­cią­gnęły mię­dzy drze­wami.

Kon­cep­cja, wedle któ­rej las prze­staje być tak sta­tyczny, jak się wyda­wało, tylko staje się tęt­nią­cym życiem forum, na któ­rym połą­czone ze sobą rośliny aktyw­nie roz­ma­wiają, han­dlują i poma­gają sobie w potrze­bie, stała się wkrótce potem nie­zwy­kle popu­larna. Od strony nauko­wej temat zgłę­biały kolejne publi­ka­cje, a wizja natu­ral­nego odpo­wied­nika inter­netu, od akro­nimu WWW (World Wide Web), zwa­nego czę­sto "Wood Wide Web" (od wood - las), szybko roz­prze­strze­niła się także w kul­tu­rze popu­lar­nej. I nic dziw­nego, oto bowiem oka­zało się, że być może żyjemy w świe­cie przy­po­mi­na­ją­cym choćby ten z Ava­tara, mimo że do tej pory zwy­czaj­nie nie dostrze­ga­li­śmy jego obec­no­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki