OD AUTORA
Wydawać by się mogło, że doszukiwanie się pożyteczności u każdego
stworzenia to stosunkowo nowy trend. A jednak, jak pokazują przytoczone
wyżej słowa, już ponad 200 lat temu niektórzy postrzegali przyrodę w zaskakująco bliski nam sposób. Dla mnie dużo istotniejsza wydaje się
przy tym niewiedza, do której przyznaje się Kluk, świadomość, że wielu
dla nas ważnych, toczących się w przyrodzie procesów po prostu nie
zdążyliśmy jeszcze poznać.
Choć od tego czasu minęły już ponad dwa stulecia, a możliwości badawcze
poszerzyliśmy w sposób, który Klukowi i współczesnym mu ludziom trudno
byłoby sobie w ogóle wyobrazić, to wypowiedziane przez niego słowa wcale
nie tracą na aktualności. Wręcz przeciwnie, bo choć z każdym kolejnym
odkryciem robimy krok do przodu, to jednocześnie wciąż otwiera się przed
nami jeszcze szerszy horyzont, a przyroda okazuje się dużo bardziej
skomplikowana, niż sądziliśmy.
Zachęcony ciepłym przyjęciem mojej pierwszej książki: Rozejrzyj się!
Fascynujący świat polskiej przyrody, zapragnąłem zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem - przybliżenia Czytelnikom naprawdę pokręconych
relacji przyrodniczych kształtujących świat wokół nas. Ten codzienny,
istniejący po sąsiedzku, a nie odległy, nieco abstrakcyjny, o którym co
jakiś czas słyszymy w doniesieniach prasowych. Okazuje się bowiem, że
niezwykłe, często trudne do uwierzenia przypadki chodzą nie tylko po
zwierzętach, roślinach czy grzybach z odległych Ameryk czy Dalekiego
Wschodu, ale także po doskonale nam znanych opieńkach, borsukach,
chrabąszczach czy dębach.
Kluk wierzył, że każde stworzenie jest w jakiś sposób pożyteczne dla
człowieka. I rzeczywiście, miał rację, bo choć nie na tym polega ich
rola, by się przysłużyć człowiekowi, to współtworzą one ekosystem, w którym żyjemy. Każda ingerencja, nawet jeśli dotyczy z pozoru nic
nieznaczącego robaczka, wywołuje falę, która zmienia nasze otoczenie, a przybiera ona niekiedy zaskakująco duże, niebezpieczne również dla nas
rozmiary. Któż by się spodziewał, że całkowicie nowe gatunki obce mogą
dosłownie powstawać na naszych oczach, zagrażając trwałości bliskich nam
lasów? Że uwięzione w polodowcowych pułapkach, zapomniane przez czas
rośliny i zwierzęta mogą się z nich wydostać i nie jest to tylko
scenariusz filmu science fiction? Że lasami władać mogą ogromne,
prastare grzyby, a pomiędzy drzewami, tuż obok nas, przez runo
przedzierają się gigantyczne jednokomórkowce, którym cały ten ekosystem
służy jako nośnik dla dyskutowanej, niezwykłej i enigmatycznej
"świadomości rozszerzonej"? Że rośliny "widzą", "słyszą" i "czują" oraz
że bywają... nieśmiałe i niekoniecznie marzą im się wakacje w cieplejszym
klimacie? Że "upiory" istnieją naprawdę, ale stoją po naszej stronie?
Tym razem chciałem Czytelników zaprosić na spacer po lesie. Nie bez
powodu, bo to właśnie tu, jak nigdzie indziej w naszej skrajnie
zmienionej przez ludzi rzeczywistości, znajduje schronienie dzika
przyroda. W lasach rodzi się jednak nie tylko woda, którą pijemy, ale
także mity, które od tysięcy lat kształtowały naszą kulturę. To z lasów
przez wieki żyliśmy i to tylko dzięki nim przeżyjemy. Ale to również
właśnie na ich przykładzie najlepiej teraz widać, jakie piętno odciskamy
na przyrodzie. Jak intensywnie i nieprzewidywalnie zmienia się świat, w którym przyszło nam żyć i który mamy moc kształtować, być może
nieświadomie podcinając przy okazji gałąź, na której siedzimy. Bo choć
Kluk miał rację, pisząc, że "ciekawość mądrych" jeszcze wiele pomoże nam
wyjaśnić, to myślę, że nawet on nie zdawał sobie sprawy, jak
skomplikowana będzie natura tych odkryć.
W podróż po tych dziwacznych miejscach, związkach i przypadkach tym
razem nie wybieramy się sami. Rozpoczynając każdy rozdział, będący
zbliżeniem na wybrany fragment lasu, postanowiłem oddać głos samemu
Janowi Krzysztofowi Klukowi. To jeden z naszych najbardziej zasłużonych
przyrodników, osiemnastowieczny popularyzator wiedzy o przyrodzie i autor pierwszych, pisanych w całości po polsku, podręczników z tego
zakresu, zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. W każdym z cytatów
starałem się zawrzeć myśl odnoszącą się do treści poszczególnych
rozdziałów - wprost do ich bohaterów lub też do przenikającego treść
ducha. Słowa Kluka mogą zaskakiwać świeżością poglądów, jakich często
nie spodziewalibyśmy się po kleryku z czasów I Rzeczypospolitej, bywa,
że rozbawią, niekiedy okażą się zaś dawno nieaktualne. I całe szczęście,
bo to najlepszy dowód na to, że w najważniejszym miał rację i rzeczywiście "odkryią czasy, co teraz jest ukrytego, wyjasni ciekawość
mądrych, o czym teraz nie wiemy".
Książkę polecam więc czytać na pniaku w lesie, a jeśli w fotelu, to
koniecznie przed spacerem między drzewami lub po nim. To wszystko, o czym piszę, nieustannie dzieje się bowiem wokół nas, a tekst nabiera
zupełnie innej mocy dla kogoś z osobistym doświadczeniem kontaktu z lasem. Podróż rozpoczniemy więc tam, gdzie wszystko inne również się
zaczyna - od gleby. Spróbujemy ją poczuć, posmakować i powąchać, by
zrozumieć, że jest ona czymś znacznie dziwniejszym, niż mogłoby się
wydawać. Zobaczymy przy okazji, czym może zaskoczyć nas przedwieczne
królestwo grzybów, a idąc dalej przez las, wodząc wzrokiem coraz wyżej,
po runie, pniach i tym, co pomiędzy nimi, będziemy zgłębiali tajemnice
zwyczajnych - zdawałoby się - ptaków, "nieciekawych" nor czy zupełnie
przecież pospolitych (a skąd!) suchych liści. Oczywiście przyjdzie nam
się przy tym odgonić od... właściwie czego? Bąka? Gza? Przekonamy się!
Spacer zakończymy zaś tam, gdzie próbuje się dostać każde z drzew,
przysłuchując się ich snutym wysoko nad ziemią planom i wszczynanym
kłótniom. Dopiero taka wyprawa, pełna uważności i doświadczania, od góry
do dołu, wzdłuż i wszerz, pomoże nam dostrzec w lesie delikatne,
magiczne, ale jak najbardziej namacalne i przez to podatne na dotyk
zjawisko.
Przekrój gleby bielicowej
GLEBA
CZYLI O TYM, GDZIE WSZYSTKO SIĘ KOŃCZY I ZACZYNA
Idąc przez las, podziwiamy majestatyczne drzewa, snującą się między nimi
mgłę, rozproszone przez liście, nieśmiałe światło, śpiew ptaków, szum
koron, dudniący galop stada jeleni... zupełnie zapominamy zaś o glebie, po
której stąpamy! A to ona decyduje o wszystkim, na co w tym lesie
patrzymy i czego słuchamy. To właśnie tam rodzi się i rozkwita wszelkie
leśne życie, które zresztą nigdy do końca nie umiera, a za pośrednictwem
ziemi tylko nieustannie zmienia formy. Może więc warto i nad nią zadumać
się przez chwilę na spacerze?
CIAŁO TĘGIE, SUCHE I BEZ SMAKU
Czym właściwie jest gleba? Można oczywiście szybko sięgnąć po jakąś
encyklopedyczną definicję o trójfazowej warstwie skorupy ziemskiej, ale
nawet w przybliżeniu nie odda ona skomplikowanej natury i znaczenia tego
przedziwnego tworu. Jak chyba nad wszystkim, z czego ten świat się
składa, tak i nad nią zastanawiał się mój ulubiony polski przyrodnik Jan
Krzysztof Kluk i w 1797 r. opisał ją tak:
Przez ziemię w tym szczególnym rozumieniu, jak tu biorę, rozumieją Mineralogistowie tęgie, suche i bez smaku ciało, którego części słabo się ze sobą łączą, tak iż w palcach rozstarte, albo przynaymniey nożem skrobane bydź mogą; które samo w żadney płynney rzeczy się zupełnie nie rozpływa, ale tylko rozpuszcza swe sząstki; które się samo przez się w ogniu nie pali, nie topi; rozbierzmy to. Nic pewnieyszego, iako że żadne ciało pod zmysły podpadające nie iest bez ziemi, i że ziemia iest fundamentem wszystkich ciał, oraz przyczyną ich suchości, tęgości, gęstości, ciężkości i w ogniu trwałości.
Ziemia Kluka nie jest do końca tym, co nazwalibyśmy dziś glebą. Choćby
dlatego że torfy, czyli organiczne podłoża setkami lat budowane przez
martwe szczątki roślin, jak najbardziej się palą. Przez długi zresztą
czas także i w Polsce funkcjonowały kopalnie torfu, w których po prostu
wycinano kostki takiej gleby, suszono i wykorzystywano następnie jako
opał. Na naszych torfowiskach do dziś zdarzają się również bardzo
niebezpieczne podziemne pożary, których właściwie nie daje się ugasić.
Walczący z nimi strażacy całymi tygodniami czekają na ich samoistne
wypalenie, stale jednak pilnując, by ogień z takiej gorejącej dziury się
nie wydostał i nie rozniósł po powierzchni.
Kopalnia torfu - ziemia dobrzyńska, pocz. XX w.
W XVIII w. nieco inaczej patrzono na świat i klasyfikowano go często
przez wzgląd na właściwości użytkowe opisywanej rzeczy, stąd taki, a nie
inny podział u Kluka. Sam zresztą wspomina dalej o palącym się torfie,
ale zaznacza przy tym, że to nie płonie ziemia, lecz zawarta w niej
"tłustość", ewidentnie oddziela więc część mineralną i organiczną gleby.
Mimo wszystko bardzo zgrabnie udało mu się uchwycić jej znaczenie, bo w istocie jest ona "fundamentem wszystkich ciał". Choć na pierwszy rzut
oka wydaje się ciałem stałym, mieszaniną resztek roślinnych i drobnych
cząstek zwietrzałej, głębiej zalegającej skały macierzystej, to w rzeczywistości równie ważny jest jej wodny i powietrzny komponent. Stąd
mowa o wspomnianej wcześniej "trójfazowości". Do tego dochodzi jednak
jeszcze jeden tajemniczy składnik.
GOLEM
Jest coś, co niczym poruszanego magią, fantastycznego golema dosłownie
wprawia glebę w ruch. Nakazuje jej się mieszać, wzbogacać i zmieniać.
Nadaje kształt i właściwości, których skalna zwietrzelina nigdy by sama
nie nabrała. Życie.
Wąwóz lessowy w Kazimierzu Dolnym
Każda szczypta ziemi jest nim przesiąknięta. W szerokiej na centymetr
kosteczce gleby może się kryć nawet 5 miliardów bakterii i niemal 6
metrów spajających ją strzępek grzybni. Na każdym metrze kwadratowym
ziemi żyją nieraz setki tysięcy maleńkich skoczogonków, a podłoże ryją
dziesiątki dżdżownic. Może się nam wydawać, że życie toczy się na
powierzchni, ale w rzeczywistości jest inaczej. Na każdym hektarze pola,
łąki czy lasu w glebie znajdziemy nawet kilkanaście ton organizmów.
Niektóre, jak dżdżownice, drążą napowietrzające ziemię korytarze, do
których niekiedy wciągają opadłe na ściółkę liście. Zdarza się, że
widać, jak takie niewielkie żagle wystają z zielonego morza
przystrzyżonej w ogródku trawy. To swego rodzaju spiżarnia i jednocześnie sposób na przygotowanie posiłku - liść w wilgotnej glebie
rozkłada się szybciej, co czyni go zjadliwszym dla żyjących tam
zwierząt.
Skoczogonki, maleńkie, przypominające owady stawonogi, większość z nas
najpewniej kojarzy. Bywa, że pojawiają się w doniczkach roślin w naszych
domach, ale najłatwiej spotkać je na wilgotnej, leśnej ściółce.
Uciekające przed butami, skaczące przecineczki stają się wtedy lepiej
widoczne. Gdy robi się sucho, szybko kierują się jednak w głąb profilu
glebowego, a gdy wyczują poprawę warunków - wracają. Ich podróże
sprawiają, że ziemia staje się luźniejsza, bardziej przepuszczalna dla
wody i powietrza. Podobną rolę odgrywają wazonkowce, te przypominające
maleńkie dżdżownice bezkręgowce dbają bowiem o odpowiednie stosunki
hydrologiczne w podłożu. W eksperymentach z cylindrami, w których
umieszczono mieszaninę gleby i ściółki, okazało się, że te zasiedlone
dodatkowo przez wazonkowce dużo efektywniej przesiąkały wodą. Jeszcze
silniejszy efekt obserwujemy w sąsiedztwie mrowisk, wokół których
powstają całe odrębne mikrosiedliska. Wszystkie te żyjątka kształtują
więc strukturę gleby, ale jednocześnie to gleba stanowi niezbędną dla
nich osłonę. Wodny mikrofilm otaczający jej drobne cząstki pozwala
mikroorganizmom utrzymywać aktywność nawet przy tęgich dwucyfrowych
mrozach, a przestrzeń do życia tworzą wypełnione powietrzem pory.
Cieniutką warstwę czegoś określa się mianem filmu. W akwariach, na
powierzchni wody tworzy się niekiedy tęczowo połyskująca błona, będąca
po prostu filmem bakteryjnym, czyli warstewką utworzoną przez
bakterie i białka. Sama woda również potrafi utworzyć taki film, np.
wokół cząstek gleby.
Tak jak i my mamy swój jelitowy mikrobiom umożliwiający właściwe
trawienie i przyswajanie pokarmu, tak i gleby zasiedlone są przez
pełniące podobne funkcje kompleksy bakterii. Część z nich, zwanych
azotowymi, czy to w symbiozie z niektórymi roślinami, czy żyjąc wolno w glebie, wiąże w ziemi azot atmosferyczny, dzięki czemu podczas wzrostu
mogą go później wykorzystać drzewa. Nie bez powodu niekiedy gleby
półnaturalnie nawozi się, sadząc na nich łubin czy inne rośliny
bobowate, a rekultywowane wyrobiska bywają obsadzane olszami. Zarówno
bowiem bobowate, jak i olsze współżyją z bakteriami i tym samym
wzbogacają glebę o ten niezbędny do wzrostu pierwiastek.
Mikrobiom - występujący w danym siedlisku zestaw mikroorganizmów
(mikrobiota) wraz z całością ich aktywności. Można wyróżnić np.
mikrobiom jelitowy, mikrobiom skóry czy gleby. Mikrobiom
może odgrywać kluczową rolę w funkcjonowaniu wielu organizmów,
umożliwiając trawienie niektórych substancji czy uczestnicząc w wytwarzaniu toksyn wykorzystywanych podczas obrony lub zdobywania
pokarmu.
Liście klonu jesionolistnego
Co ciekawe, glebowy mikrobiom wyraźnie "uruchamia się" w obecności
żyjących tam zwierząt. Spotkałem się nawet z określeniem, że jest jak...
Śpiąca Królewna, którą trzeba dopiero obudzić. Wykazuje przy tym pewne
nie do końca zrozumiałe właściwości, wspomagając np. inwazję gatunków
obcych! Przebadano to na klonach, z których jeden, jesionolistny,
powszechnie panoszy się w Europie, a drugi, zwyczajny, w Stanach
Zjednoczonych. W obu przypadkach drzewa te rosły lepiej na obcej niż na
rodzimej glebie, co związane było z obecnością mikrobioty
charakterystycznej dla danego obszaru. Niektóre gatunki skoczogonków
żerują z kolei na określonych gatunkach grzybów, dokonując tym samym
również pewnej selekcji na dnie lasu, prowadzącej np. do dominacji
grzybówek mleczajowych nad łysostopkami szpilkowymi. O krajobrazie lasu
decyduje więc nie tylko materia gleby, ziemia, o której pisał Kluk, ale
i tkwiący w tym golemie organiczny żywioł!
ODDECH ZIEMI
Ziemia sama przez się żadnego na ięzyku nie czyni smaku; aby smak uczyniła, musi mieć w sobie obce rzeczy, a osobliwie sol w różnym pomieszaniu [...] Jako zaś rzadko iest, aby która ziemia była bez wszelkiego przymieszania, tak rzadko, aby która wzięta była bez smaku.
Jak słusznie, organoleptycznie, zauważył Kluk, coś tym ziemiom nadawać
musi dodatkowe właściwości. Ciągła współpraca drobnych bezkręgowców,
bakterii i grzybów glebowych prowadzi do powstania tego, czego zarówno
my, chcąc uprawiać ogródek czy rolę, jak i rośliny poszukujemy
najbardziej - bogatej w związki odżywcze próchnicy. Ta
charakterystyczna, ciemna warstwa ziemi, to w rzeczywistości głównie...
odchody pożywiających się ściółką, niewielkich zwierząt, rozkładane
przez mikroorganizmy, a następnie w procesie humifikacji zamieniane
przez nie w bogaty zestaw kwasów humusowych. To one nadają glebie barwę,
a częściowo także i smak czy zapach, sama ziemia zaś dosłownie oddycha,
tak jak i my. Procesy te wymagają bowiem pobieranego przy wdechu tlenu,
skutkują zaś wydychanym dwutlenkiem węgla.
Proces rozkładu materii organicznej oraz jej późniejszej, wtórnej
syntezy w związki chemiczne określa się mianem humifikacji. W efekcie, przy współudziale drobnych, glebowych bezkręgowców i mikroorganizmów, powstaje humus, czyli próchnica.
Kojący aromat deszczu, zapach, który wpuszczamy po ulewie przez otwarte
okno i którym upajamy się podczas spaceru po lesie, również powstaje w glebie. Często mówi się, że odpowiada za niego geosmina, związek
chemiczny wydzielany przez żyjące w ziemi bakterie (np. Streptomyces
sp.), ale w rzeczywistości jest to zwana petrichorem mieszanina tych
wszystkich naturalnych, uwięzionych pod nami aromatów - niezliczonych
roślinnych olejków eterycznych, wydzielin korzeni i produktów przemiany
materii. Uwalniają je uderzające w glebę krople deszczu, sprawiając tym
samym, że nasz ziemisty golem nie tylko się porusza i oddycha, ale i pachnie!
Petrichor - zapach będący mieszaniną wielu różnych, naturalnych
aromatów, związanych m.in. z aktywnością mikroorganizmów glebowych czy
roślin. Staje się wyczuwalny podczas deszczu, który uderzając o glebę,
uwalnia z niej pęcherzyki powietrza. Choć to geosminę często uważa
się za źródło specyficznego zapachu deszczu, to w rzeczywistości jest
ona prawdopodobnie tylko jednym z dziesiątek, jeśli nie setek związków
odpowiedzialnych za jego powstawanie.
SPRZĘG
Gleba jest ciekawym tworem. Zaczyna powstawać, gdy skała macierzysta
wietrzeje. Pęka, kruszy się i miesza z drobinkami materii organicznej,
tworząc w ten sposób inicjalne, ubogie podłoże, które mogą zasiedlić
pierwsze organizmy i na którym wyrosną mniej wymagające rośliny. Z czasem gleba przyrasta i zwiększając swą miąższość, daje przestrzeń do
rozwoju kolejnym gatunkom.
Gleba bielicowa powstała z piasku - las sosnowy pod Olkuszem
Widzimy więc, że właściwości gleby kształtowane są w pierwszej
kolejności przez rodzaj jej fundamentu, czyli skałę. Inną żyzność uzyska
na wapieniach, a inną na piaskowcach, na całokształt wpłynie zaś jeszcze
m.in. suma opadów czy nachylenie stoku, razem decydujące o dostępności
wody. To, czy idąc do lasu, wejdziemy w sośninę, między dęby lub pośród
buki, zależeć będzie więc od ziemi, na której przyszło rosnąć drzewom.
Ale nie tylko. Okazuje się bowiem, że nie jest to prosta jednostronna
relacja, a światy roślin i gleb są ze sobą sprzężone i kształtują się
wzajemnie.
Wspominałem już, że niektóre drzewa żyją w symbiozie z bakteriami i wpływają tym samym na skład chemiczny podłoża. Inne, jak buki, dają
obfity opad liści, prowadząc do wykształcenia trudno rozkładającej się,
grubej ściółki, pod jesionami zaś na następny rok znajdziemy już tylko
ogonki, bo cała reszta w błyskawicznym tempie gnije i znika w glebie.
Tym samym ziemia nabiera charakterystycznych cech lasu, a las - ziemi.
Niestety, stosunkowo łatwo można to zmienić. W Europie Środkowej
powszechne dawniej było np. wygrabianie ściółki. Czyniono to z różną
intensywnością, na różne potrzeby i podłoże takie wykorzystywano m.in.
przy hodowli zwierząt gospodarskich. Dzięki współczesnym badaniom wiemy
już jednak, że była to praktyka mogąca przynosić nieraz katastrofalne
skutki. Eksperymenty w czeskich świerczynach wykazały bowiem, że
pozyskiwanie ściółki prowadzi do znacznego ubytku wapnia, potasu i magnezu w glebie, porównywanego z tym spowodowanym w XX w. przez
niszczycielskie, kwaśne deszcze, które w późniejszym czasie były
przyczyną wielkopowierzchniowego zamierania tych drzewostanów.
ZŁE TOWARZYSTWO
Bywa jednak odwrotnie, bo i same świerki czy sosny doprowadzić mogą do
znacznego zubożenia gleby, na której rosną. Niestety, proces ten w wielu
miejscach, także w Polsce, obserwujemy do dziś. Te szybko przyrastające
drzewa iglaste chętnie niegdyś sadzono na żyznych siedliskach,
pierwotnie wykształconych przy współudziale buków, jaworów, jodeł, dębów
czy grabów. Opadające igliwie tworzy jednak silnie zakwaszającą ściółkę,
która z czasem przekształca gleby, prowadząc do całkowitej zmiany składu
gatunkowego roślin runa, a tym samym i związanych z nimi organizmów.
Znacznie ubywa choćby dżdżownic kształtujących strukturę gleby i...
chętnie zjadających patogeniczne dla roślin grzyby, w tym słynne groźne
strzępniczki pasożytnicze (Rhizoctonia solani). Sama powierzchnia
ziemi staje się za to mniej przepuszczalna i przypominać zaczyna
zjeżdżalnię, po której woda podczas ulew szybko spływa, zamiast wsiąkać.
Traci też dużo ze swojej stabilności. Płaskie systemy korzeniowe
świerków tworzą bowiem płytko pod ziemią ruszt, który unoszony ruchem
kołysanych na wietrze pni, dosłownie dźwiga leśne podłoże. Przechadzając
się po takich borach, łatwo to zresztą zaobserwować samemu - tupiąc pod
świerkami poczujemy dudnienie, jakbyśmy bili w wielki leśny bęben.
Ziemia, choć czasem zdaje się jakimś nienaruszalnym monolitem,
stosunkowo łatwo ulega więc niekorzystnym zmianom.
Rozpad świerczyn w Górach Izerskich
SCHEDA PO ROLI
Pojawia się jednak jeszcze inny problem. Niekiedy trudno to już
dostrzec, ale niemal połowa polskich lasów jeszcze 70 lat temu... nie była
lasami. Gdybyśmy się cofnęli w czasie, zobaczylibyśmy łąki, pola uprawne
i pastwiska, których użytkowanie po II wojnie światowej zarzucono, czy
to na skutek samej wojny, czy zachodzących w późniejszych latach
przemian społecznych. W południowo-wschodniej Polsce można między
drzewami dostrzec jeszcze ślady po całych, pochłoniętych przez przyrodę
wsiach łemkowskich, których mieszkańców po prostu wysiedlono.
Strzępniczek pasożytniczy atakuje kilkaset gatunków roślin - tu korzenie fasoli.
Miejsca takie po wojnie zalesiano lub też same, zapomniane, zamieniały
się z czasem w bory i zagajniki. Nie inaczej było w pozostałych
częściach Europy i obecnie szacuje się, że nawet połowa lasów na naszym
kontynencie rośnie na gruntach porolnych, z czym wiążą się pewne bardzo
specyficzne problemy. Leśnicy szybko zaczęli dostrzegać je także w Polsce, gdy sosny, wybrane ze względu na szybkie tempo wzrostu i dużą
światłożądność, już po kilkunastu latach zaczynały masowo chorować i zamierać. Okazało się, że gleba ukształtowana przez wieloletnią
działalność rolniczą jest lasom zwyczajnie wroga. Dostęp do wody
ograniczała zbita na skutek regularnej orki, nieprzepuszczalna warstwa,
zwana podeszwą płużną, przenawożone podłoże stymulowało u drzew bardzo
szybki wzrost, a patogeniczne grzyby skrzętnie to wykorzystywały,
łatwiej infekując i zabijając tak przerośnięte rośliny. W glebie roiło
się od organizmów sosnom wrogich, brakowało zaś tych sprzyjających, jak
choćby grzybów mykoryzowych, które do istnienia wymagały jednak
obecności lasu.
Jako że nie ma mocnych na takiego antropogenicznego, ziemnego golema, te
pierwsze rosnące na nim drzewa traktowano często jako przedplon. Ich
zadanie polegało więc na ujarzmieniu wrogiej lasom gleby - osłonięciu
jej koronami od ostrego światła i wiatru, zatrzymaniu ginącej w słońcu
wilgoci i stworzeniu namiastki panującego w lesie łagodnego
mikroklimatu. Dopiero wtedy glebę taką mogły bowiem zasiedlić organizmy,
które umożliwiają proces jej dalszej przemiany - aż znów zacznie
sprzyjać drzewom, z którymi była związana, nim pojawił się człowiek.
Choć gleby są fundamentem, na którym wyrastają całe ekosystemy, to
jednocześnie same ulegają powodowanym przez nie przemianom. Dwa,
zdawałoby się tak odmienne, żywioły - martwy, ziemisty, i żywy,
organiczny, są ze sobą nierozerwalnie sprzężone i tworzą jeden
dynamiczny system. Niestety, bardzo łatwo zakłócić jego działanie, a przywrócenie naturalnej harmonii jest dużo trudniejsze niż jej
degradacja. Woda, którą pijemy, pokarm, który jemy, i las, który nas
chroni, rodzą się jednak w glebach, warto więc postarać się, by golem
ten był nam jak najbardziej przychylny!
Sadzenie drzew w czynie społecznym - lata siedemdziesiąte XX w.
Podgrzybek brunatny
Imleria badia
WOOD WIDE WEB?
CZYLI O INTERNECIE, TYLKO Z GRZYBÓW
Choć o mykoryzie, czyli symbiozie roślin i grzybów, uczymy się już w podstawówce, to w ostatnich latach zaczęło być o niej naprawdę głośno,
co ciekawe - także poza szkołą. Drzewa połączone strzępkami grzybni,
niczym komputery spięte siecią kabli, po których płyną informacje o szansach i zagrożeniach, ale nie tylko - miałby to być także jeden
wielki targ oraz kanał szybkiego reagowania. Towary sprzedawane,
kupowane, a nieraz i kradzione, woda pompowana, gdy jest jej mało, broń
podsyłana, gdy robi się niebezpiecznie, ale i jad sączony precyzyjnie w korzenie konkurentów, jak rozsyłany pocztą wirus komputerowy. Trzeba
przyznać, że wizja takiego lasu działa na wyobraźnię, pytanie tylko, czy
rzeczywiście żyjemy w tej bajce, czy jedynie daliśmy jej się porwać?
SAMOPOMOC CHŁOPSKA
To naturalne, że szukamy w przyrodzie magii, że z ochotą zobaczylibyśmy
w drzewach więcej niż jedynie biologiczne maszyny, a u zwierząt
dostrzegli podobną nam świadomość nie tylko samych siebie, ale i świata
wokół. A może to w rzeczywistości my wiemy i rozumiemy mniej, niż
mogłoby się wydawać?
Odrosty po ścięciu olszy
Dopiero w ostatnich latach zaczęliśmy odkrywać, jak złożone jest życie w zwykłym lesie, na łące albo i nawet na nudnym - zdawałoby się - polu
uprawnym. Rośliny i zwierzęta od zarania dziejów wymieniają między sobą
informacje kanałami, o których istnieniu jeszcze kilkadziesiąt lat temu
nawet nie wiedzieliśmy. Wykorzystują do tego dźwięki, zapachy i obrazy,
więc dlaczego miałyby nie wykorzystać także grzybów, znanych już z tego,
że potrafią przekazywać sygnały elektryczne, co w tym kontekście nieco
upodabniałoby je do naszych neuronów? Statyczny na pierwszy rzut oka las
miałby więc swoją drugą, ukrytą przed nami, gwarną stronę. Owszem,
zaglądamy tam - słyszymy, czujemy zapachy, a niektórzy poznali nawet
smaki, ale nie potrafimy tego intuicyjnie złożyć w żaden spójny obraz.
Tymczasem dużo więcej miałoby się dziać pod ziemią, w królestwie,
którego zrozumienie przychodzi nam jeszcze trudniej.
Odrosty topoli wyrastające z niewidocznego korzenia
Spacerując po lesie, być może dostrzegliście, że niektóre ze świeżo
ściętych pniaków jakby próbowały wrócić do swojego dawnego życia. Gęsto
pojawiają się na nich pędy odroślowe, które usiłują zastąpić utraconą
koronę. Niestety w większości przypadków będzie to po prostu ostatnie
tchnienie przed śmiercią - to za mało, by utrzymać stary, rozbudowany
system korzeniowy i taka roślina w ciągu kilku lat najczęściej zamiera.
Są jednak gatunki, które potrafią się dźwignąć nawet z tak
beznadziejnego położenia. Wierzby, olsze czy lipy są zdolne zregenerować
cały pień właściwie od zera, ale w lesie można natknąć się na przypadki
jeszcze dziwniejsze - drzew, które po ścięciu już nie odrastają, a mimo
to... żyją.
Młoda jodła pospolita w Pieninach
Dobrze widać to szczególnie w naszych górskich i podgórskich jedlinach.
Pniaki tych ściętych iglaków często nie rozkładają się, a zamiast tego
zaczynają zarastać, tak jak zarastają rany, jakby drzewo próbowało
zasklepić zwykłe draśnięcie czy ślad po wyłamanej gałęzi. Z czasem
powierzchnia cięcia całkowicie chowa się pod tkankami, a pieniek zaczyna
przypominać wystający z ziemi, pokryty korą guz. Skąd jednak roślina
czerpie energię do wzrostu i ukończenia procesu zarastania, mogącego
trwać nawet kilkadziesiąt lat, skoro nie ma korony zdolnej do
prowadzenia fotosyntezy? Okazuje się, że nie robi tego sama - otrzymuje
pomoc od innych drzew, utrzymujących ją przy życiu poprzez ich połączony
system korzeniowy. Tym samym już na zawsze staje się jego przedłużeniem,
częścią wspólnej sieci samopomocy.
POŁĄCZENI PRZEZ GRZYB
Zrosty korzeniowe występują u drzew stosunkowo powszechnie, łatwo
zaobserwować je choćby u grabów, którym już w wieku zaledwie kilku lat
zdarza się korzystać ze wspólnego korzenia. Wiążą się z tym co prawda
pewne zagrożenia, bo tak ścisłe połączenie wielu roślin ułatwia
rozmaitym patogenom rozprzestrzenianie się pomiędzy nimi, ale z drugiej
strony - utrzymuje przy życiu choćby te wspomniane wyżej, skazane na
śmierć jodły. W ostatnich latach coraz więcej mówi się jednak o tym, że
pomoc płynie jeszcze innym, dużo bardziej enigmatycznym łączem,
tworzonym przez tzw. sieci mikoryzowe.
Związki pomiędzy roślinami a grzybami kształtują się, właściwie odkąd
tylko organizmy te wyszły na ląd setki milionów lat temu. Efektem tej
długiej znajomości jest mikoryza, czyli ich symbiotyczna relacja, w którą wchodzi nawet 80-90% gatunków roślin na świecie. A mowa o relacji
naprawdę bardzo bliskiej, bo przerastające glebę strzępki grzybni
oplatają korzenie i wnikają w nie międzykomórkowo (ektomikoryza) lub
jeszcze głębiej, do ich wnętrza (endomikoryza). Korzystają na tym
zarówno jedni, jak i drudzy, bo grzyb zwielokrotnia powierzchnię systemu
korzeniowego drzewa, a drzewo w zamian karmi go cukrami pochodzącymi z fotosyntezy. Poszczególne gatunki często bardzo precyzyjnie dobierają
sobie przy tym partnerów, dzięki czemu wiemy, żeby maślaków szukać pod
sosnami i modrzewiami, a kozaka np. pod brzozą.
Spójrzmy jednak nieco dalej, bo jeśli drzewo może korzystać ze strzępek
mikoryzowego grzyba jak z sieci do czerpania substancji z gleby, to co
się stanie, jeśli ten grzyb nie połączy się z jedną tylko rośliną, ale z dwiema, pięcioma czy pięćdziesięcioma? Łatwo wyobrazić sobie, że
powstanie związek swoim zasięgiem i potencjałem znacznie wykraczający
poza relację dwóch organizmów.
LEŚNY TRANSFER
O istnieniu sieci mikoryzowych wiedzieliśmy od dawna, ale ze względu na
trudności w badaniu delikatnych strzępek rozproszonych pod ziemią na
dużych obszarach lasu długo nie rozumieliśmy, jaka dokładnie może być
ich rola w funkcjonowaniu ekosystemu. Przełom dokonał się w 1997 r., po
opublikowaniu w czasopiśmie "Nature" słynnej już pracy kanadyjskiej
badaczki Suzanne Simard i jej zespołu. Dzięki metodzie polegającej na
wykorzystaniu węgla o odmiennym składzie izotopowym niż ten występujący
naturalnie w glebie udało im się prześledzić drogę, jaką przebywa
pierwiastek po wprowadzeniu do rośliny. Rezultaty okazały się niezwykłe
- udowodniono w ten sposób, że pomiędzy bardzo odlegle spokrewnionymi,
iglastymi daglezjami zielonymi a liściastymi brzozami papierowymi
rzeczywiście następuje wymiana substancji za pośrednictwem sieci
mikoryzowej, czyli kabla, który grzyby rozciągnęły między drzewami.
Koncepcja, wedle której las przestaje być tak statyczny, jak się
wydawało, tylko staje się tętniącym życiem forum, na którym połączone ze
sobą rośliny aktywnie rozmawiają, handlują i pomagają sobie w potrzebie,
stała się wkrótce potem niezwykle popularna. Od strony naukowej temat
zgłębiały kolejne publikacje, a wizja naturalnego odpowiednika
internetu, od akronimu WWW (World Wide Web), zwanego często "Wood Wide
Web" (od wood - las), szybko rozprzestrzeniła się także w kulturze
popularnej. I nic dziwnego, oto bowiem okazało się, że być może żyjemy w świecie przypominającym choćby ten z Avatara, mimo że do tej pory
zwyczajnie nie dostrzegaliśmy jego obecności.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki