Chodząc w Tatry
Gdy staję u bram Tatrzańskiego Parku Narodowego, nie kupuję biletu jak większość. Mówię tylko: "Jestem stąd". Ta sezamowa formuła pozwala mi otworzyć drzwi tatrzańskiego skarbca. Prezentuje lakonicznie mój sposób bycia, wskazuje na moją relację z tatrzańską przestrzenią. Nadaje mi i innym tutejszym pewną swoistość.
Jesteśmy inni. Mieszkamy pod Tatrami i bliskość gór nas wyróżnia. Zapewne większość żyje tutaj nieświadoma swej tatrzańskości, jednakże nawet oni jej ulegają. Wszyscy dzielą szczególny klimat, zapach pór roku, rytm pracy kreowany przez turystyczny sezon.
W globalnym świecie internet i elektroniczne media pozwalają na jakąś formę współuczestnictwa w rzeczywistościach najodleglejszych i najbardziej niezwykłych. Cywilizacja ponowoczesna sprawiła, że obywatele Europy, świata, użytkownicy samochodu, samolotu, sieci tworzą społeczność, której nie dzieli już przestrzeń. Mobilni, elastyczni, gotowi na zmianę. Zamieszkują nie tyle w konkretnym miejscu, zawsze jakoś ograniczonym, ile w trwale otwartej możliwości. Są awangardą, twórcami nowego jutra, nomadami współczesności. Naznacza ich czas, a nie miejsce. Ale lokalność, chociaż wlecze się w ogonie ponowoczesności, nie całkiem przepadła i wciąż ma siłę i powab. Chodzimy w Tatry, drogie jest nam Podtatrze z tego także powodu.
Tatrzańskość nieświadoma nie zbliży nas do zrozumienia fenomenu tutejszości. Ci, którzy mogliby mieszkać w każdym innym miejscu, dla których Tatry nad głową nic nie znaczą, są tutaj na wygnaniu. To przecież peryferie, prowincja, gdzie nie robi się prawdziwych karier i nie odnosi znaczących zwycięstw, być może ledwie etap w podróży, w żadnym wypadku stacja końcowa. Sensownie, prawdziwie tutejsi są ci tylko, którzy dokonali świadomego wyboru i są gotowi ponieść jego konsekwencje. Wiele ich różni - płeć, wiek, wykształcenie, zasobność czy profesja. Łączy jedno: Tatry to ich świat, osobisty, bliski, chciałoby się powiedzieć - domowy. Każdy z nich ma własny obraz tego domu skryty pod powiekami. Zawierają się w nim doskonałość kształtu skalnych grani widzianych letnim porankiem z Polany pod Wysoką, moc emanująca z surowych urwisk Galerii Gankowej, świetlistość sierpniowego popołudnia zalewająca górne piętra Jaworowej.
W te pejzaże wpisane są emocje. Radość ruchu w pionowych rozgrzanych skałach, przemoknięta złość odwrotów, udręka i ekstaza narciarskich wypraw. Jest tam ból kontuzji, przygnębienie porażki, entuzjazm zwycięstwa. Brzmi huk zadymki, cisza zimowego dnia, szelest traw jesieni. Są twarze tych, co się minęli, słowa ważne i błahe, są wreszcie nadzieje, plany.
Na "tutejszość" składają się obrazy "stąd" i przekonania, jak właśnie "tu" być należy. Nasze góry, nasz większy dom, wymagają i zobowiązują. Wędrowanie, wspinanie, foczenie, wspominanie i kontemplacja są właściwymi dla tego mieszkania formami bycia. Ponury widok popadających w ruinę pustostanów czy opuszczonych domów, porzuconych fabryk, magazynów, ziemi, którą przestano uprawiać, ukazuje, jak brak aktywności spycha do nieistnienia, do ontologicznej czarnej dziury. Przede wszystkim więc w Tatrach trzeba się krzątać. Czynimy naszą powinność w odpowiedni dla natury tutejszej sposób - na piechotę, niespiesznie. To mały świat, a jakże duży argument za tezą, że małe jest piękne. Ledwo pięćdziesiąt cztery kilometry grani w linii prostej, około ośmiuset kilometrów kwadratowych powierzchni, a tyle nauki i wiedzy. Poznajemy ten świat, dotykając go stopą czy dłonią, przez skórę spoconą lub zmarzniętą, przez zapach, słuch, intuicję. Doceniamy wagę uważności. Inaczej patrzymy, słuchamy, oddychamy.
Kto stracił orientację podczas zadymki śnieżnej w miejscu, które zdawało mu się znane jak własna kieszeń, ten, kto przeżył grozę burz pod granią, złowieszczy trzask ruszającej lawiny, taki ktoś wie, że nie jesteśmy bogami. Choć odczuwamy euforię, kiedy po licznych próbach pokonujemy, zdawałoby się, nieprzebyty odcinek w skałach albo przemykamy w kilku skrętach żleb budzący w nas poprzednio strach, moc tego doświadczenia może być z nami tylko razem z wielką pracą i z niezachwianą wolą. Nieodkrywcze to poglądy, istnieją tu jednak w osobliwy sposób, w skalny sposób, twardy i jednoznaczny. Nie zamieszkujemy krainy łagodności. Nasze słabości fizyczne i duchowe w spotkaniu z surową i wymagającą naturą szybko wychodzą na jaw. Potrafisz albo nie, dyskusja z granitem czy lodem jest absurdalna. Zasłony ze słów i zasług, pancerze stroju i sprzętu spadają przy próbach, których nie sposób uniknąć, ponieważ są wpisane w "tutejszość". Mieszkańcy Tatr są nadzy jak król w znanej bajce. "Tutejszość" jest legendarnym światem pełnym przeszkód, czarownic i księżniczek uwięzionych na szklanych górach. Nawet bohaterowie bajek przebywają tam tylko chwilowo i całkiem gdzie indziej żyją długo i szczęśliwie. Gdzież nam, tubylcom, do bajkowych herosów!
Tatrzańskość jest - niestety - tylko częścią naszego istnienia. Chcemy czy nie, wpisani jesteśmy i w inne egzystencje. Odwrotnie jednak niż ma w zwyczaju ten trzeci, najgłupszy bajkowy bohater pożyjemy chwilę gdzie indziej i wracamy. Tutaj tylko jesteśmy prawdziwie u siebie. Czy rozumiemy, skąd to przyciąganie? Nie całkiem chyba. To czary, magia, tym kamieniom nie można nie ulec. Jaka to piękna porażka.