Chodź ze mną - Łukasz Orbitowski

-
Proszę czekać

O biurku z Ikei

- Two­jego ojca, kocha­nie, pozna­łam na zaba­wie w Gdyni - mówi mama. - Od razu wie­dzia­łam, że będą kło­poty.

Przez czter­dzie­ści trzy lata nie powie­działa o nim słowa, no a teraz gada.

Dzieje się to pod­czas skrę­ca­nia biurka z Ikei.

Po co jej to biurko, doprawdy nie wiem. Prócz niego zamó­wiła też mnó­stwo segre­ga­to­rów, kosz, ska­ner, dru­karkę, mazaki we wszyst­kich kolo­rach tego nie­szczę­snego świata oraz nisz­czarkę do doku­men­tów. Kurier zwa­lił pudła pod bramą i czmych­nął. Wie, bie­da­czyna, z czym musi się mie­rzyć.

Parę lat temu mama sama wytar­ga­łaby ten szajs na pię­tro, ale sia­dło jej bio­dro, więc udaje idiotkę, uważa, że to przej­ściowe osła­bie­nie i pora­dzi­łaby sobie z biur­kiem w każdy inny dzień, tylko nie ten jeden.

Kocham ją naj­bar­dziej na świe­cie. Kocham bez dwóch zdań.

Jeśli o mnie cho­dzi, dał­bym kurie­rowi pół stówki i wytar­ga­li­by­śmy wszystko w mig po tych nie­do­rzecz­nie sta­rych scho­dach.

Mama, też nie naj­młod­sza, odma­wia wstępu obcym za bramkę. Za dzie­ciaka nie mogłem wpusz­czać kole­gów do domu i w kółko kom­bi­no­wa­łem, gdzie by tu wyści­skać dzie­wu­chę. Listo­nosz omija mamę, jakby wła­śnie połknęła bombę, naj­od­waż­niejsi kurie­rzy docie­rają do połowy podwórka, a pewien świa­dek Jehowy, który wylazł aż na pię­tro, spadł po stop­niach, wybił sobie zęby, a na komen­dzie, seple­niąc, bła­gał, by nie wno­szono oskar­że­nia i chyba gro­ził samo­bój­stwem: wolał już sta­nąć przed swoim strasz­nym Bogiem niż ujrzeć Helenę Bar­ską na spra­wie sądo­wej.

Kocham ją nad życie, tak jak mówię. Każda praw­dziwa miłość jest trudna. Moja żona mogłaby coś o tym powie­dzieć.

Więc przy­jeż­dżam do mamy, jak zawsze w nie­do­cza­sie, tar­gam te pudła na górę i tań­czę z wkrę­tarką. Mama zbiera kar­tony, podaje mi poszcze­gólne ele­menty i fan­ta­zjuje nad instruk­cją na temat zasto­so­wań nowego nabytku, nie mówi jed­nak, co zamie­rza tam trzy­mać.

Tak w sumie to lubię skrę­ca­nie mebli, z wyjąt­kiem biu­rek. Biurka są nie­wdzięczne i mono­tonne. Te kru­che dna, te pro­wad­nice w szu­fla­dach.

Mama jest bar­dzo piękna. Nie umiem w niej dostrzec sta­ro­ści. Przy­po­mina połą­cze­nie koali i kobry. Od kilku lat nosi puchate swe­try i ma miękką twarz, w któ­rej płoną mądre, wężowe oczy.

- Tro­chę nam to zaj­mie - dodaje. - Twój tato bar­dzo mnie kochał i gdyby nie ten gość, co zle­ciał z nieba, pewno kochałby i dziś.

Mało, a przy­krę­cił­bym sobie palec do blatu. No nic, mamie cza­sem mie­sza się pod czu­pryną.

Biurko wjeż­dża pod okno, obok drzwi na taras. Matka ma widok na dachy willi, zatokę i statki. Poza tym uwiel­bia gapić się na księ­życ, w ogóle oso­bli­wie kocha niebo. Gdy byłem mały, bawi­li­śmy się w wil­ko­łaki.

- Muszę wresz­cie zro­bić z tym porzą­dek. Porzą­dek jest ważny. Tak sądzę i zda­nia nie zmie­nię - oznaj­mia i dodaje, że histo­rii, którą mi opo­wie, nie spo­sób stre­ścić w paru sło­wach, na jed­nym spo­tka­niu się nie skoń­czy.

To dobrze, bo lubię odwie­dzać mamę. Mar­twię się tylko, że przedaw­ko­wała ten księ­życ.

Po robo­cie sia­damy, a ona papla całą sobą, zmyślna kobra, sta­ruszka gotowa na psoty. Do teraz zacho­dzę w głowę, co o tym wszyst­kim sądzić.

Moje życie jest jasne i pro­ste. Takie chcia­łem, więc takie mam i już. Tylko dwa trudne pyta­nia mącą mój spo­kój.

Jedno mniej, dru­gie bar­dziej.

Pierw­sze pyta­nie brzmi: kim był mój ojciec? Syno­wie mają ojców, tylko ja jeden nie. Do wytrzy­ma­nia. Lepiej uro­dzić się bez ojca niż bez nogi, moim skrom­nym zda­niem. Mama ni­gdy nie powie­działa o nim ani słowa. Jego imię, zawód, dal­sze losy tak długo były tajem­nicą, aż nauczy­łem się z nią żyć. W grun­cie rze­czy mama mogła dać sobie spo­kój z tym tema­tem. Niech jed­nak mówi.

Łaknę odpo­wie­dzi na inne, bar­dziej palące pyta­nie.

Czemu, do kurwy nędzy, mam na imię Dustin?

O Sty­lo­wej

Mój stary nazy­wał się Niko­łaj Sie­mio­no­wicz Naru­mow i był kapi­ta­nem sowiec­kiego nisz­czy­ciela. Rusek, no. Puk­nął mamę, kiedy szko­lił w Gdyni jakichś Indo­ne­zyj­czy­ków, za czar­nej komuny, pod koniec lat pięć­dzie­sią­tych.

Z tym puka­niem może nie­traf­nie się wyra­żam, bo to musiał być grub­szy prze­lot, skoro uro­dzi­łem się w sie­dem­dzie­sią­tym czwar­tym.

A poznali się na zaba­wie w Sty­lo­wej. Taka knajpa była wtedy u nas przy kościele. Scho­dzili się tam stu­denci i inna hołota. Mamę zabrał tam Wacek, jej dawny narze­czony.

Mama wspo­mina, że Wacek kochał ją leni­wie i szcze­rze, nie dość jed­nak, aby przy­je­chać aż na Oksy­wie. Do cen­trum tłu­kła się sama, takim auto­bu­sem ogór­kiem, nabi­tym po dach przez lot­ni­ków i mecha­ni­ków, co wra­cali z lotów ćwi­czeb­nych na Babich Dołach. Byli nie­przy­zwo­icie zalotni, dodaje mama, w odróż­nie­niu od Wacka, który tkwił w listo­pa­do­wej plu­sze, pod gdyń­skim Dwor­cem Głów­nym, zbrojny w para­sol i bied­nego goź­dzika.

Na moje, kobie­cie daje się sto kwia­tów albo ani jed­nego.

No ale było, jak było i poszli do tej Sty­lo­wej, mija­jąc postój tak­só­wek, syreny i citroëny, a mama refe­ruje mi każdy szcze­gół, jakby ten wie­czór wyda­rzył się wczo­raj. Wspo­mina sprze­dawcę balo­nów, urżnię­tego jak gorzel­niany szczur, który dosłow­nie wisiał na swoim dmu­cha­nym dobytku. Zda­niem mamy byłoby pięk­nie, gdyby w cudowny spo­sób te balony unio­sły go w powie­trze. Niech wrzesz­czy i macha nogami w gumo­fil­cach, ucze­piony sznur­ków, aż wresz­cie pochło­nie go niebo.

Gdy­nia była ponoć w tam­tych cza­sach jak ten wła­śnie chłop, pijana i nie­oświe­tlona.

Mama wspo­mina, że miała na sobie swoją naj­lep­szą sukienkę, taką błę­kitną, twe­edową, bez ręka­wów. Do tego perły poży­czone od babci, to zna­czy jej mamy. W szatni zmie­niła buty na gdynki ze świń­skiej skóry, na kli­no­wym obca­sie. A sukienka naj­lep­sza, bo jedyna.

Umy­śliła sobie, ta moja wspa­niała mama, że będzie kró­lową wie­czoru, co oka­zało się nie takie znowu trudne. Ponoć Sty­lową nie­dawno odno­wiono, co smutne, nie odno­wiono ludzi. Balu­jącą mło­dzież zasi­lili mary­na­rze, cink­cia­rze i zło­dzieje zegar­ków, każdy trzy­mał ręce przy kie­szeni. Kró­lem wie­czoru był jakiś rudy gość, co przy­niósł wędzone śle­dzie zawi­nięte w gazetę. Roz­da­wał je dziw­kom i cie­szył się życiem.

Uni­kam dzi­wek, nie żyjemy po to, aby się cie­szyć, za to śle­dzie to coś wspa­nia­łego. No ale nie­ważne - ważne, że swoje ist­nie­nie zawdzię­czam nie­na­wi­ści do tańca, poza tym cią­gle bolą mnie łydki. Zda­niem Klary ten ból dowo­dzi samo­dziel­no­ści moich nóg - one po pro­stu nie słu­chają mnie i się dro­czą, no, chyba że trzeba lecieć do roboty. Ja wiem swoje. A gdyby ten cały Wacek tań­czył, nie byłoby mnie na świe­cie.

Ponoć nie szło go ode­rwać od sto­lika. Zamó­wił kie­li­szek wódki i kawę, moczył w niej kostki cukru, które zaraz zże­rał. Tym­cza­sem zagrała orkie­stra, z kon­tra­ba­sem, pia­ni­nem i trąbką. Mamie zaczęła cho­dzić nóżka. A Wacek nic.

Wtedy wła­śnie podobno wyrósł przed nią mój fan­ta­styczny stary, wielki na dwa metry, do tego w czar­nym mun­du­rze sowiec­kiej mary­narki wojen­nej. Miał uśmiech dobrego łotra, fryz na bry­lan­ty­nie, bursz­ty­nowe oczy i bli­znę przez pół ryja, sło­wem amant po chuju.

Zda­niem mamy, Kola - bo tak na niego mówi - nale­żał do tych tan­ce­rzy, któ­rym zapał wyna­gra­dza brak poczu­cia rytmu. Pytał, gdzie mama mieszka i co stu­diuje, badał, jak nisko może opu­ścić rękę, i przy­się­gał, że choć opły­nął wszyst­kie morza świata, nie spo­tkał takiego cudu jak moja dwu­dzie­sto­let­nia rodzi­cielka. W końcu odsta­wił mamę z powro­tem do Wacka, strze­lił obca­sami i ruszył do baru.

Wtedy wła­śnie wyrósł przed nim, przed sta­rym, ten gość od śle­dzi. Naj­wy­raź­niej już mu się skoń­czyły. Darł się, że Gdy­nia to nie Moskwa, wara od Polek, w ogóle poszoł na chuj, kozioł. Kum­ple go odcią­gali. Stary stał i sobie tego słu­chał. Na to tam­ten plu­nął mu na ofi­cerki i wyszarp­nął nóż. A stary cią­gle nic. No pięk­nie, pomy­ślała mama, za głupi taniec takiego ład­nego kapi­tana ubiją.

Baby się darły, chłopy zro­biły miej­sce, a Wacek pocią­gnął mamę do wyj­ścia. Ten rudy krą­żył wokół sta­rego i dzia­bał powie­trze kozi­kiem. Stary go wycze­kał, kop­nął pod­ku­tym butem w nad­gar­stek, wytrą­ca­jąc nóż, na tym samym pół­ob­ro­cie przy­wa­lił w dzio­baty pysk i posłał na par­kiet już nie­przy­tom­nego. Chłop grzmot­nął zdrowo, obok noża. Nor­mal­nie jak na fil­mie. A może był to tylko film?

Na sam koniec Kola, mój ojciec, wyszu­kał mamę wzro­kiem i uniósł dłoń, jakby uchy­lał czapki. Potem sobie poszli, ona do domu, on na kie­li­cha. Mama była pewna, że już się nie spo­tkają.

Wyszło ina­czej i oto jestem.

O świę­tych

Dziś mama ma osiem­dzie­siątkę, willę na Kamien­nej Górze kupioną za żywy szmal i złote dwu­dzie­sto­do­la­rówki upchane po skar­pe­tach. To mamine upy­cha­nie po skar­pe­tach zmie­nia zda­niem Klary wio­senne porządki w festi­wal nie­spo­dzia­nek.

Nie zawsze było kolo­rowo. W cza­sach, kiedy spik­nęła się ze sta­rym, zaj­mo­wała z dziad­kami kawa­lerkę na Page­dzie. Dziad­ków jesz­cze pamię­tam, ten cały Paged też. Mama z pew­no­ścią nie prze­wi­działa splen­do­rów zło­tej jesieni. Teraz nawet w warzyw­niaku nazy­wają ją "wice­kró­lową", a ona śmieje się i zło­ści, pyta, czemu tylko "wice".

Paged to takie osie­dle jed­no­pię­tro­wych blo­ków na Oksy­wiu. Cał­kiem ładne i zadbane, wtedy też takie było. Rodzice mamy wpro­wa­dzili się tam dzięki przy­jaźni dziadka z nie­ja­kim Gruną. Gruna, stary komuch o dobrym sercu, poma­gał bied­nym ludziom i umac­niał wła­dzę ludową. Za pierw­sze dostał wdzięcz­ność, za dru­gie kulę w serce. Dzia­dek z bab­cią tar­gali meble do nowego miesz­ka­nia, a Gruna wykrwa­wiał się w przed­po­koju klatkę scho­dową dalej. Nikt mi nie wmówi, że życie jest spra­wie­dliwe.

Śmierć Gruny ścią­gnęła na głowę dziadka zamęt escha­to­lo­giczny. Bo tak: Gruna był naj­lep­szym z ludzi, żyją­cym świę­tym, lecz także bez­boż­nym komu­chem. Czy w takim razie trafi do nieba? Ate­iści lądują w zgoła innym miej­scu. Dzia­dek nie potra­fił dojść z tym do ładu i w kółko pytał innych o zda­nie, nawet pija­czynę, który miesz­kał nad nimi i hodo­wał kró­liki. Wresz­cie bab­cia prze­ku­piła księ­dza i ten oświad­czył, że widział, jak czte­rej anieli uno­szą duszę Gruny, a świa­tłość wie­ku­ista try­ska mu z dziur w klatce pier­sio­wej.

Miesz­ka­nie na Page­dzie ucho­dziło za przed­sio­nek raju. Dziad­ko­wie i mama mieli ogrze­wa­nie, wodę, prąd. Nie o każ­dej rodzi­nie w Gdyni dało się tak powie­dzieć.

Przed­sio­nek raju był to jeden pokój prze­dzie­lony kocem zawie­szo­nym na kar­ni­szu. Po jed­nej stro­nie kimali dziad­ko­wie w łóżku, po dru­giej mama na ame­ry­kance. Jak zło­żyła tę ame­ry­kankę, to mogła się uczyć. Poza tym jedli razem i w kółko grali w remika.

Mama wspo­mina, że dzia­dek nikomu nie dał pospać i nawet w nie­dzielę, po zaba­wie, kiedy poznała mojego tatę, zerwał wszyst­kich koło szó­stej - tak się tłukł. Parzył kawę zbo­żową. Ostrzył brzy­twę o pasek ze skóry. Poma­do­wał wąsy. Nakrę­cał liczne zegary ścienne i zło­ścił się na czas, że nie pędzi tak jak on.

Gnało go na mszę u Świę­tego Rocha i modli­twy za Grunę.

Bab­cia dla odmiany odpa­lała alba­trosa od alba­trosa i włą­czała radio na cały regu­la­tor. Mama w tym cza­sie przy­ci­skała sobie poduszkę do ucha.

- Co ty taka dzi­siaj rado­sna? - zapy­tała bab­cia.

Było to w pora­nek po pierw­szym spo­tka­niu z ojcem. Mama wytrzesz­czyła zaspane oczy.

Do kościoła mieli kawa­łek wiej­ską drogą, taką wietrzną, gdzie stały par­te­rowe domki rybac­kie, a psy obszcze­ki­wały młode słupy elek­tryczne. Dzia­dek uwiel­biał nabo­żeń­stwa i wymianę uprzej­mo­ści przed kościo­łem, uwa­żał rów­nież, że ksiądz jest mądry jak arcy­bi­skup i taką też mu wró­żył karierę. Naj­bar­dziej kochał jed­nak figurę świę­tego Rocha, co stała i dalej stoi na rogu Bos­mań­skiej i Dąbka, w cegla­nej kapliczce.

Mama twier­dzi, że dzia­dek bar­dziej niż ludzi miło­wał to stra­szy­dło.

Zapy­tany o zda­nie chęt­nie powiem, że ten cały Roch, za sprawą kape­lu­sza, wygląda raczej jak kow­boj, nie żaden święty. Ści­ska drąg, unosi kieckę, jakby sobie jaja wie­trzył, a u jego stóp waruje kun­del z gipsu. Dzia­dzio padał przed nim na kolana, tak że miał nos naprze­ciwko pyska odra­pa­nego przez mewy.

Usi­ło­wa­łem wycią­gnąć od matki, czemu mi o tym mówi. W końcu miało być o tacie, nie o dziad­kach, któ­rych prze­cież pamię­tam, i jakichś Rochach. Odparła, że każda histo­ria ma swój porzą­dek, a Rochowi zawdzię­czamy wiele. Mia­no­wi­cie oca­lił ją i dziad­ków od wię­zie­nia, wyro­ków śmierci i innych okrop­no­ści.

Nie chciała powie­dzieć dla­czego. Jesz­cze nie. Nazbyt cie­szy ją ta histo­ria. Długo i spo­koj­nie opi­sy­wała dziadka, jak spla­tał dło­nie bez dwóch pal­ców, mru­żył siwe oczy i ruszał wąsem, mam­ro­cząc pacie­rze.

Jej zda­niem modlił się do Rocha, bo nie mógł do Gruny.

O Ricie Hay­worth

Tatko wytro­pił matkę pod uczel­nią. Pewno powie­działa mu na tań­cach, gdzie stu­diuje. Mało, a byłaby z tego awan­tura. Ścię­liby im łby brzy­twą towa­rzy­ską.

Ale po kolei. Mama chęt­nie zba­cza z tematu i nie rozu­mie, że cią­gle się śpie­szę. Sie­dzia­łem u niej. Myśla­łem o rodzi­nie, o pracy, no dobra, głów­nie o pracy, bo ta roz­py­cha się w życiu jak pijak w eska­emce, poza tym nie chcę wszyst­kiego zrzu­cać na Klarę - i tak ma do wiwatu z zarzą­dza­niem Fer­nan­dem, naszą restau­ra­cją.

Tym­cza­sem mama sączy her­batę i refe­ruje wędrówkę z Oksy­wia do Gdań­ska w dzień zaska­ku­ją­cej, nie­bez­piecz­nej randki. Prze­rywa mono­log, bo cią­gnie ją na zewnątrz.

Taras jest wielki i zanie­dbany, mamie bra­kuje już sił na dba­nie o czy­stość. Ponoć sza­leją pta­szy­ska i ona je goni. Praw­dziwy powód, dla któ­rego wycho­dzi, jest inny, dojdę do niego potem.

Więc była późna jesień pięć­dzie­sią­tego ósmego roku i moja pilna matka jak co dzień wypruła na uczel­nię, ledwo wybiła szó­sta rano.

Tego aku­rat chmur­nego poranka zbie­rali złom w całej dziel­nicy. Jeź­dził taki fur­gon, jesz­cze z dziu­rami po kulach, a ludzie wywle­kali przed bramy szmaty, maku­la­turę, zardze­wiałe młoc­kar­nie, suszarki do tyto­niu, koła od trak­to­rów, śruby okrę­towe i wykłó­cali się z kie­rowcą, żeby to poza­bie­rał. Matkę odpro­wa­dzały ryki okur­wień­ców, trzask drzwi i łomot stali ciska­nej na grunt.

Auto­bus wje­chał do cen­trum, aku­rat gdy ruszała kolejka miej­ska, więc mama pognała przez dwo­rzec, ści­ska­jąc w ramio­nach torbę z książ­kami i resztki god­no­ści. Pod­pite chłopy gwiz­dały za nią na pal­cach, a jakiś gość w drzwiach pociągu chwy­cił ją za nad­garstki, wcią­gnął do roz­pę­dza­ją­cego się składu, klep­nął w tyłek i pchnął mię­dzy ludzi. Ormo­wiec na pero­nie klął i łapał oddech.

W dzie­ciń­stwie widy­wa­łem bie­da­ków na wóz­kach, co im nogi odjęła nasza eska­emka. Jeden taki sprze­da­wał por­nosy na gieł­dzie elek­tro­niki w Domu Tech­nika.

- Zawsze mia­łam pod górę - pod­kre­śla mama.

Nie znaj­duję w niej gory­czy ani skargi. Po pro­stu twier­dzi, że życie jest trudne i zawiłe, a tak będzie jej szkoda, gdy przyj­dzie się jej żegnać z tym par­szy­wym świa­tem.

Wysia­dła przy Poli­tech­nice, minęła teatr i pomni­kowy czołg, co nim Gdańsk wyzwa­lali. Na lufie huś­tały się dzieci. Potem, wła­ści­wie pewna hanieb­nego spóź­nie­nia, skró­ciła sobie drogę przez cmen­tarz. Teraz park tam mamy, wtedy mama brnęła przez chasz­cze i strza­skane ponie­miec­kie nagrobki. Wciąż jesz­cze było tro­chę ciemno.

- Bałam się, że wdepnę w trumnę, trumna pęk­nie i trup mi nogę chwyci - mówi i zaraz dodaje, tak nie­zbyt wesoło: - Młoda, to duchów się bałam. Teraz się nie boję, bo o duchach wiem wszystko.

Zaję­cia mieli w Gdań­sku na Orzesz­ko­wej, jesz­cze w bara­kach, a pro­wa­dził je sam pro­fe­sor Scholl, który bre­dził o wkła­dach kom­po­zy­to­wych. Mama i dziś wypo­wiada jego nazwi­sko z dobro­tliwą trwogą. Pan Scholl bił stu­den­tów indek­sami po uszach i serio sądził, że dziew­czyny z ludu, takie jak mama, mogą stu­dio­wać, tylko jeśli awans spo­łeczny nie prze­wróci im w gło­wach. Zresztą den­tystka nie lekarka, mawiał, do grze­ba­nia cham­stwu w dzią­słach aku­rat się nada.

Tu ważna rzecz: pan Scholl był ojcem Wacka, chło­paka mamy.

Przy­szła spóź­niona - ci z Gdyni zawsze przy­cho­dzili póź­niej - zapy­tała, czy może wejść na zaję­cia, i pan Scholl się zgo­dził, co nie było takie znowu czę­ste. Pokorna mama wpły­nęła na salę i usia­dła daleko od Wacka.

Jak znam życie, stary Scholl, gdyby mógł, okła­dałby ją indek­sem po uszach, aż odda­łaby ducha, a potem zna­lazł syn­kowi koc­mo­łu­cha z pro­fe­sor­skiej rodziny. Posze­dłem do zawo­dówki rów­nież po to, żeby nie mieć z takimi jak on do czy­nie­nia. Poro­biłby ciul rok na zmy­waku, od razu nabrałby serca do ludzi.

Po wykła­dzie stu­denci wyle­gli przed barak. Mieli godzinne okienko, więc Wacek, mama i ich kole­żanki zacho­dzili w głowę, co z tym fan­tem zro­bić. Jedni chcieli do Mor­skiej na gorącą cze­ko­ladę, inni na lody do pana Papugi; ci pierwsi tłu­ma­czyli tym dru­gim, że lody w listo­pa­dzie nie mają sensu, ci dru­dzy odpo­wia­dali, że te od Papugi sma­ko­wa­łyby nawet po pasterce, a mama stała w tym wszyst­kim, oto­czona przez roz­sz­cze­bio­tane kum­pele i pół­żywa ze stra­chu, bo pod kasz­ta­now­cem waro­wał mój stary.

Miał płaszcz z czar­nej wełny, głup­ko­waty uśmiech pod futrzaną czapą i bukiet fre­zji wielki jak chwała Armii Czer­wo­nej.

Mama ze wszyst­kich kwia­tów naj­bar­dziej kochała wła­śnie fre­zje. Uda­wała, że sta­rego nie widzi. Jakby Wacek się dowie­dział, byłoby po związku, a pewno i po stu­dio­wa­niu. Pan Scholl ponoć mścił się jak wezyr.

Wresz­cie towa­rzy­stwo poszło na tę cze­ko­ladę, mama nakła­mała, że coś zosta­wiła w sali wykła­do­wej, wró­ciła i wyro­sła przed ojcem, żeby mu nawrzu­cać. Czego, kurde, szuka? Tym­cza­sem stary wło­żył jej te fre­zje w dło­nie, oświad­czył, że w desz­czu wciąż wygląda pięk­niej niż Rita Hay­worth pod słoń­cem Flo­rydy, i zapro­sił na sobotę do Inter-Clubu.

Za młodu rze­czy­wi­ście przy­po­mi­nała Ritę Hay­worth, przy­naj­mniej tak twier­dzi Klara.

- Czy powin­nam odmó­wić? No pew­nie, że tak - wspo­mina. - Ruskich się bano, Ruskich nie­na­wi­dzono. Kola był star­szy o pięt­na­ście lat. Chciał tylko jed­nego. Jesz­cze mnie w jaką kabałę wła­duje, myśla­łam. Do tego mia­łam Wacka. To dobry chło­pak był. Ale chcia­łam tego samego co Kola, nie bałam się w sumie żad­nej kabały i mia­łam dość dobrych chło­paków. No więc powie­dzia­łam, że pójdę z nim do tego Inter-Clubu.

Kwiaty, te fre­zje, mama nosiła cały dzień pod płasz­czem, żeby Wacek nie spy­tał, skąd się wzięły.

O naszej kuchni

Piszę te słowa u nas w kuchni, tylko tu znaj­duję spo­kój.

Mamy dwa pokoje na Wito­mi­nie, jeden zaj­muje Olaf, drugi to salon połą­czony z sypial­nią, gdzie wła­śnie roz­ciąga się Klara. Tak ma, tak musi, i dobrze, co wie­czór roz­kłada matę, wygina się w klucz wio­li­nowy i słu­cha pod­ca­stu o seryj­nych zabój­cach.

Nasza kuch­nia jest długa i wąska, jak to w blo­kach z wiel­kiej płyty, mamy tu podwójny zlew, dłu­gie półki pełne przy­praw w sło­ikach i saszet­kach, żeliw­nych garn­ków i patelni, które mógł­bym wresz­cie zanieść do Fer­nanda, noży­czek do ziół i innych szpe­jów - jak­bym przy­rzą­dzał w domu coś wię­cej poza maka­ro­nem dla żony i kotle­tem dla syna.

Lodówka jest wielka, jak­by­śmy jesz­cze pla­no­wali się mno­żyć, a na mojej wła­snej, oso­bi­stej półeczce cze­kają słoje pełne śle­dzi. Wyj­muję jeden taki, pełen file­tów mary­no­wa­nych bez skóry w zale­wie korzen­nej, i sta­wiam sobie obok kom­pu­tera.

Za mną uchy­lone okno i popiel­niczka, palić mogę tylko na końcu kuchen­nego tunelu, o co Klara i tak się sroży, zresztą jest i ona, w stroju spor­to­wym, z butelką wody i bez­prze­wo­dową słu­chawką w uchu. Brwi pod­no­szą się jej jak ptaki pod­ry­wa­jące się do lotu, co dzieje się zawsze, kiedy ją czymś zadzi­wię.

Pyta, czemu tak sobie zasia­dłem, ze śle­dziami i z kom­pu­te­rem. Mówię prawdę, bo ni­gdy nie okła­mię żony: matka zaczęła opo­wia­dać mi o ojcu, więc pró­buję spi­sać tę histo­rię, nim uleci z głowy. Gadam o biurku z Ikei i dłu­gim mono­logu, potem wspo­mi­nam, kim był mój stary, jak się spo­tkali i tak dalej, paplał­bym jesz­cze, ale wyczu­wam, że Kla­rze nie podoba się ten cały pomysł, więc wstaję od kom­pu­tera, głasz­czę ją po twa­rzy, całuję mądre czoło i mówię, że z jakie­goś powodu to dla mnie ważne. Matka mówi cha­otycz­nie, bo ina­czej nie umie, zawsze taka była, a ja pró­buję jakoś uło­żyć tę histo­rię, ot, wszystko. Wpadnę do niej jesz­cze parę razy, opo­wie mi resztę i będzie po pisa­niu.

- Zostaw prze­szłość w spo­koju - radzi Klara. - Grze­ba­nie w prze­szło­ści jest jak dłu­ba­nie w nosie. Może przy­jemne. Na pewno obrzy­dliwe.

Przy­po­mina, że jutro wstaję do Olafa i mam dwa­na­ście godzin na kuchni. Potem zapa­rza dzba­nek her­baty, który sta­wia na pod­grze­wa­czu, bo wie, jak suszy mnie po śle­dziach, opróż­nia popiel­niczkę i prosi, żebym nie kop­cił jak poje­bany.

- Idę pod prysz­nic i się kładę. Chodź szybko do łóżka - sły­szę.

Wiem, że nie podoba jej się to moje pisa­nie, widzi w tym coś, co jest tylko moje i mogłoby nas roz­dzie­lić. Nie ma racji, bo nie roz­dzieli nas nic, jest dwu­dzie­sta trze­cia, posie­dzę do pół­nocy, pół­to­rej godziny maks, a rano wstanę wypo­częty. Klara nie­po­trzeb­nie się mar­twi.

Prze­cież pisa­nie mnie nie zabije.

O cytru­sach

Kiedy przy­nie­śli cytrusy, matka cisnęła z dziad­kami w remika.

Dziad­ko­wie robili na dwie zmiany. Bab­cia w hotelu robot­ni­czym, dzia­dek w naszej stoczni. Prócz tego zacho­dził do baru Pod Ryj­kiem, gdzie grano w bilard, a szklanki do piwa chło­dziły się w wia­drach z wodą. Pała­szo­wał flaczki, walił kie­li­cha i wra­cał, bo bar­dzo lubił dom. Cza­sem cho­dził na walki bok­ser­skie Floty Gdy­nia, kibi­co­wał Kuj­dzie, Bau­erce, innym daw­nym mistrzom, i nawi­jał o tym, jakie mamy szczę­ście, że Aleksy Ant­kie­wicz, zwy­cięzca z Hel­si­nek, żył u nas na Page­dzie.

Nie ma to jak w domu, powta­rzał i spraw­dzał w "Dzien­niku Bał­tyc­kim", czy nie wygrali w Jan­tara lep­szej cha­łupy. Jan­tar przy­po­mi­nał tro­chę toto­lotka: zakre­ślało się cyfry na takim blan­kie­ciku, jeśli dobrze rozu­miem.

Dzia­dek two­rzył skom­pli­ko­wane ciągi licz­bowe, blan­kiety pako­wał do koperty i posy­łał mamę do kolek­tury. Jak wra­cała, pytał, czy przy­jęli kopertę i pie­nią­dze, w ogóle czy wszystko dobrze poszło, bo szczę­ściu trzeba pomóc.

Bab­cia pota­ki­wała i wra­cała do zapie­prza­nia na fro­terce. Mama zwy­kle chciała jej pomóc, ale bab­cia ani myślała się zgo­dzić.

- Powin­naś się uczyć - mawiała. - Zro­bisz stu­dia jako pierw­sza z Kre­ftów.

Tak to mniej wię­cej szło: mama sie­działa za kocem z nosem w książce, bab­cia ska­kała od szczotki do garn­ków, a dzia­dek nasta­wiał zegary, ana­li­zo­wał roz­grywki w mie­sięcz­niku "Sza­chy" i myślał o nie­bie­skich mig­da­łach, gdy zaś robota babci dobie­gała końca, pod­ry­wał ksią­żęcy zad i obwiesz­czał, że jej pomoże w tych cięż­kich porząd­kach. Ona odma­wiała. Kłó­cili się o to bez zło­ści i bie­gły sobie dni.

Dzia­dek chciał pomóc, bo spie­szył się do remika.

Remik był jak apel w woj­sku, smród w gaciach i kucharz z ner­wicą - po pro­stu nie szło go unik­nąć. Dzia­dek z bisku­pią powagą kre­ślił tabelę i wołał rodzinę do stołu, a karty tań­czyły w jego dło­niach.

Zda­niem mamy remik przy­po­mina życie: drwi ze spra­wie­dli­wo­ści, pre­miuje zwy­cięz­ców. Lubiła tę grę, pewno dla­tego, że dużo gadali. Powie­działa, że bra­kuje jej tych roz­mów, i ja nawet jej wie­rzę.

Tego aku­rat wie­czoru dzia­dek narze­kał, że w robo­cie kazano mu nosić kask. Całe życie pra­co­wał w czapce, a teraz to. Kask uwie­rał, nie szło się sku­pić. Przez te idio­ty­zmy strajk będzie, tak wła­śnie mówił, i dodał jesz­cze, że do roboty sta­wił się ostat­nio Albań­czyk. Niby wal­czył na woj­nie, a mały i śmieszny, kask mu z głowy leci, nie da sobie z nim rady, bez dwóch zdań.

Bab­cia, która kochała słu­chać radia, przy­nio­sła wie­ści z jesz­cze dal­szych świa­tów. Jakiś pro­fe­sor opo­wia­dał, że za pół dekady sko­lo­ni­zu­jemy Marsa, a ludziom będą odra­stały ampu­to­wane ręce i nogi, gnane che­micz­nym postę­pem medy­cyny. Kto wie, może i dziad­kowi wrócą palce, co mu je piła w Rypi­nie wzięła?

Tak gadali, aż zastu­kano do drzwi.

Mama otwo­rzyła. Dzia­dek huk­nął, że kie­dyś ją zabiją jak Grunę.

Na klatce stał ruski mary­narz, piękny jak z defi­lady. W czer­wo­nych dło­niach ści­skał kosz pełen cytryn i poma­rań­czy. Takie cuda sza­bro­wano u nas w por­cie pod osłoną nocy. Mama w życiu nie widziała tylu owo­ców naraz. Rusek wrę­czył te skarby i poszedł.

Dzia­dek zaraz oświad­czył, że nie tknie cytru­sów. Nie wia­domo, kto je przy­niósł i po co, wróg pewno, bo przy­ja­ciel nie działa w ukry­ciu. Należy je zwró­cić albo wyrzu­cić. Tak narze­kał, a bab­cia chwy­ciła nóż i obrała poma­rań­czę.

Mama wspo­mina, jak pała­szo­wała ten wspa­niały owoc, jak roz­sma­ro­wała miąższ na pod­nie­bie­niu, wysy­sała skórki napeł­nione słoń­cem. Nagle jesień zmie­niła się w lato, Paged w plażę. Szu­kała śla­dów soku na war­gach. Czy gwiazdy są słod­kie, spy­tała mnie dzi­siaj, i stwier­dziła, że ow­szem, pró­bu­jąc zaszcze­pić mi część tam­tego zachwytu.

Jestem kucha­rzem, więc nie lubię jeść. To chyba jasne.

Dzia­dek tym­cza­sem doszedł do wnio­sku, że całą rodzinę Kre­ftów czeka kata­strofa. Wąż wrę­czył Ewie owoc i jak to się skoń­czyło?

Bab­cia przy­kryła koszyk ser­wetą i scho­wała za drzwi, na potem. Odtąd gra szła im mar­nie. Mama myślała o poma­rań­czach i o tym, od kogo pocho­dził ten dar, a dzia­dek kle­pał pacie­rze, aż zapadł w płytki sen z Bogiem na ustach.

Nocą mama posły­szała go w ciem­no­ściach. Ścią­gnął kosz z półki i po kry­jomu wpie­przał poma­rań­czę.

O sukience

Mama uważa, że mamy wiel­kie szczę­ście, bo rze­czy są dziś bar­dzo tanie i możemy podró­żo­wać po świe­cie. Jej mło­dość dla odmiany upły­nęła na marze­niach, chciała, żebym miał inne, bogate, wspa­niałe życie, bo tak mnie kocha.

Nie opusz­czała Gdyni, choć chciała zoba­czyć Zako­pane i kom­bi­no­wała, jak by to było poje­chać na wczasy do Jugo­sła­wii. Dzia­dek roz­wa­żał uskła­da­nie na taki wypad, ale doszedł do wnio­sku, że nie miałby sensu, bo na miej­scu, w Trój­mie­ście, mamy lasy i morze, czego chcieć wię­cej.

Cza­sem do świe­tlicy na Page­dzie przy­jeż­dżało kino. Wyświe­tlali głów­nie radziec­kie gnioty o żoł­nier­zach i pio­nie­rach, musi­cale z Nie­miec Wschod­nich, choć tra­fiały się i filmy o poszu­ki­wa­czach złota czy coś takiego.

Poza tym mama patrzyła na statki, zasta­na­wia­jąc się, dokąd płyną, i czy­tała na okrą­gło repor­taże zagra­niczne zamiesz­czane w "Prze­kroju".

Przy­znam, że tro­chę tego nie rozu­miem, bo moim zda­niem, jeśli cze­goś pra­gniesz, po pro­stu o to wal­czysz - nawet jak wiesz, że łatwo nie będzie. Marzy­łem o goto­wa­niu, więc zosta­łem kucha­rzem. Chcia­łem rodziny, no i mam rodzinę. Łak­ną­łem pięk­nej, mądrej żony, więc oto i Klara.

Gdy mówię o tym mamie, śmieje się tak długo, że zaczy­nam się zło­ścić.

Nie jestem jed­nak głupi, wiem, że ni­gdy nie polecę w kosmos ani nie otwo­rzę knajpki na Pią­tej Alei. Niech każdy czło­wiek pozna swój mur, a wtedy może marzyć do woli, w gra­ni­cach roz­sądku. Dla mamy murem stała się sukienka. Ponoć nosiła taką sama Sophia Loren.

Mama wypa­trzyła tę kieckę w domu mody na Czoł­gi­stów, po dro­dze na uczel­nię. Była ponoć jak z bajki, jakże różna od paste­lo­wych swe­trów, kan­cia­stych płasz­czy, psz­czó­łek, sput­ni­ków i innego dzia­do­stwa. Do tego leżała jak druga skóra, perły od babci świet­nie by do niej paso­wały, sło­wem - ten prze­piękny łach pozo­sta­wał wolny od wad poza jedną.

Cho­dzi, rzecz jasna, o cenę.

Dzia­dek, wróg zbyt­ków, pra­co­wałby na tę sukienkę cały mie­siąc. Mama powta­rza, że musia­łaby wygrać w Jan­tara, aby ją sobie kupić. Odra­dza jed­nak wiarę w szczę­śliwe przy­padki. Los, jak mawia, gra zna­czo­nymi kar­tami.

Sta­nęło więc na tym, że mama zacho­dziła na Czoł­gi­stów raz, może dwa razy w tygo­dniu, mie­rzyła sukienkę przed lustrem i robiła głu­pie miny. Postę­po­wała w ten spo­sób, aż sprze­daw­czyni popro­siła ją, by przy­naj­mniej poka­zała forsę. Zapy­ta­łem, po co jej wła­ści­wie to było, takie łaże­nie za sukienką, a mama powie­działa coś takiego:

- Wyobraź sobie, kochany, że nagle w twoim życiu poja­wia się ktoś, kto speł­nia marze­nia, a do tego daje ci cuda, o któ­rych nawet bałeś się pomy­śleć. Sta­jesz bez­bronny w wiel­kim szczę­ściu. Tak jest i zda­nia nie zmie­nię.

O Inter-Clu­bie

Gapię się na zdję­cie mojego taty.

Mama dobyła je z albumu, spo­śród innych nie­zna­nych mi foto­gra­fii. Mię­dzy kart­kami, gdy prze­rzu­cała je w drob­nych pal­cach, mignęły mi zasu­szone kwiaty, liście, wstążka.

Nie pamię­tam tego albumu z dzie­ciń­stwa. Naj­wi­docz­niej mama poro­biła w domu naj­róż­niej­sze schowki.

Tatko ma brwi jak szu­wary, oczy ciemne jak kadzie z piw­skiem, swoją drogą takie same jak moje, i skle­jone wargi, które prze­cina głę­boka bli­zna. Sięga policzka i scho­dzi na pod­bró­dek. Po bokach gęstej czu­pryny ster­czą mał­pie uszy­ska.

Mimo tych uszu przy­stojny chłop, a i ow­szem. Dziś ludzie za gruby hajs robią sobie takie ska­ry­fi­ka­cje.

Podobno bra­ko­wało mu też zębów, czego nie widać na zdję­ciu. Pół szczęki czarne jak grzech.

Tata miał trzy­dzie­ści pięć lat, więc był naj­młod­szym dowódcą nisz­czy­ciela w całych Sowie­tach. Gadano, że prędko zosta­nie admi­ra­łem, może nawet dowódcą całej sowiec­kiej floty. Chyba nie wypa­liło, a ja wiem, kogo winić.

Stoję przed lustrem i zer­kam na fotkę ojca w komórce. Mama w życiu nie dałaby ory­gi­nału. No i nie wiem... Wygląda na to, że odzie­dzi­czy­łem po sta­rym głów­nie oczy i uszy. Dobra, oczy zwłasz­cza. Nic z tego nie wynika. Masa ludzi ma wła­śnie takie oczy, duże i ciemne. A jed­nak się gapię, na sie­bie, na niego. Dosyć. Wra­cam do pisa­nia. Zabie­ram z blatu garść suszo­nych śle­dzi, sojusz­ni­ków wszel­kiego namy­słu.

Z tego, co mówi mama, Inter-Club był tro­chę jak Nowo­so­pocka teraz, tylko bar­dziej, każda dziew­czyna posprzą­ta­łaby pie­kło, byleby tam tra­fić.

W barze lali wódę spro­wa­dzaną z każ­dego kon­ty­nentu, śpie­wały panny ze szkoły muzycz­nej na Szen­walda, a na pię­trze leciały ame­ry­kań­skie filmy o uciecz­kach i strze­la­ni­nach. Myk pole­gał na tym, że wpusz­czali tylko mary­na­rzy, naj­chęt­niej dewi­zo­wych.

Mama okła­mała Wacka, że ma moc nauki, roz­biła trzy jajka, wywa­liła białka na twarz, szczel­nie zasu­nęła koc i zale­gła na ame­ry­kance. Dzia­dek nakryłby się nogami, gdyby zoba­czył, jak jego jedy­naczka robi się na bóstwo. Bab­cia z kolei poże­gnała ją sło­wami:

- Córuś, ale ten Wacek ma szczę­ście.

Mama sta­rym zwy­cza­jem chciała cwa­ło­wać na auto­bus, ale pod blo­kiem cze­kała już czarna war­szawa z włą­czo­nym sil­ni­kiem. Rusek, ten sam, który przy­niósł cytrusy, opie­rał się o dach i kop­cił bie­ło­mora.

Nazy­wał się Pła­ton. Mama wspo­mina o nim z wiel­kim smut­kiem, dosłow­nie dławi się tym nazwi­skiem. Tego jed­nak wie­czoru Pła­ton oka­zał się wesoły i bez­pro­ble­mowy. Mama obo­jęt­nie minęła war­szawę, bo sąsie­dzi gapili się z okien, ten od kró­li­ków na pewno. Pła­ton zgar­nął ją dopiero na Dąbka, więc prócz dobrego humoru miał też rozum.

Przez całą drogę morda mu się nie zamy­kała, chwa­lił dobrego kapi­tana Niko­łaja Sie­mio­no­wi­cza i swój wła­sny los. Dalej żyłby ze świ­niami, gdyby nie mary­narka wojenna. Kto wie, może kie­dyś zamieszka w Moskwie? Czy ist­nieje pięk­niej­sze mia­sto niż Moskwa? - pytał i patrzył na drogę. Mama przy­sięga, że ani razu nie mru­gnął.

Stary cze­kał przed Inter-Clu­bem, w zna­jo­mym już płasz­czu i gar­ni­tu­rze z praw­dzi­wej wełny. Mama mówi o tym, jakby cho­dziło o papie­ską tiarę. Ujął ją pod rękę i popro­wa­dził do środka.

Par­ter wyło­żono maho­niem, na ścia­nie wisiał gło­śnik, Gomułka surowo spo­glą­dał z por­tretu. Ojciec wpi­sał ich do księgi gości, mach­nął ksią­żeczką żeglar­ską i tak weszli dalej.

Kel­nerki w bia­łych czep­kach roz­no­siły wódkę i tale­rze z pla­strami szynki kon­ser­wo­wej, Buł­ga­rzy i Jugole rżnęli w bilard, wszy­scy pili, ale się nie bili, i nawet kurwy były jakieś takie porząd­niej­sze.

Pół knajpy krę­ciło się wokół hra­biny Potoc­kiej z Ame­ryki. Sie­działa w czar­nym kostiu­mie odsła­nia­ją­cym pomarsz­czony dekolt, miała złoty naszyj­nik z rubi­nem, włosy w kok i papie­rosa w lufce. Chłopy łamały nogi, żeby dać jej ognia i wrę­czyć kie­li­szek z szam­pa­nem.

Ponoć przy­cho­dziła tam codzien­nie, chlała na umór i bre­dziła o swo­ich ame­ry­kań­skich milio­nach. Mieli za ten szmal Gdy­nię podźwi­gnąć z ruiny. Na razie mia­sto dało jej hotel i szo­fera, a knajpa - chla­nie na kre­dyt.

- Jacy wy piękni jeste­ście - wybeł­ko­tała hra­bina.

Ojciec pro­wa­dził matkę deli­kat­nie za rękę, gła­skał po twa­rzy i nie nazy­wał ina­czej jak Gwiazdką, moja Zwioz­doczka, tak wła­śnie mówił.

Tego wie­czoru mama zako­chała się w jaz­zie. Gdzie takie dźwięki dla dzie­wu­chy z Pagedu? Swoją drogą, chciał­bym, żeby dzi­siejsi mło­dzi, co mają Spo­tify i słu­chawki za tysiąc dwie­ście, gadali o muzyce tak jak ona.

Mama mówi całą sobą, a jej ręce tań­czą.

Opo­wia­dała o sza­lo­nym pia­ni­nie, zawa­diac­kiej trąbce i pta­kach w brzu­chu, co kłę­biły się i zry­wały do lotu. Dźwięki bie­gały jak chmara dzie­cia­ków, łapały się za ręce i wiro­wały w pęka­ją­cych okrę­gach, mówi moja mama, osza­ła­miały na podo­bień­stwo wio­sen­nych poca­łun­ków, cią­gnęły na łąkę i tur­lały się z zie­lo­nego stoku. Jakaś wol­ność w tym brzmiała, radość życia, co ją łatwo zapo­mnieć, bo praca, nauka i trudy. Tę muzykę chciało się zabrać jak kwiaty, ponio­słaby ją nad morze, na uczel­nię i do rodzi­ców także.

- Myśla­łam, że ni­gdy nie zapo­mnę tego wie­czoru - dodaje. - Ale teraz wszystko się zaciera. Dla­tego, synuś, mówię.

Tatko tań­co­wał z matką i rwał się do cało­wa­nia.

- Ja by tie­bie wies' mir poda­rił, Zwioz­doczka - zapew­niał. - Wsie­len­nuju i grio­ba­nuju Gdy­niju.

Cała twarz mu się śmiała: oczy, kurze łapki, usta i czoło, w ogóle wszystko. Dużo gadał o swoim nisz­czy­cielu, o wypor­no­ści, ste­row­no­ści, o masa­kro­wa­niu okrę­tów pod­wod­nych i tych cho­ler­nych Indo­ne­zyj­czy­kach; mówił o psie z dzie­ciń­stwa i o tym, jak nauczył go sztu­czek; wspo­mi­nał woń drzew powa­lo­nych w tro­pi­kach i chrzest rów­ni­kowy, gdzie oddał duszę Nep­tu­nowi, prócz tego w kółko dole­wał mamie wino i roz­ła­do­wy­wał fur­gony kom­ple­men­tów. Sam grzmo­cił wódkę, ale stał pro­sto i gadał z sen­sem, jak to Ruski.

- Czemu nie widzia­łam tego wcze­śniej? - pyta mama i zaraz dodaje, że nagrzmo­cony tatko za nic nie koja­rzył się z pija­kami, któ­rych znała. Pijacy to byli ci brudni goście, co wyta­czali się z Rybi­twy i Oazy, albo ten chłop, co go tak wyrzu­cali z Tar­go­wej, że bie­da­czy­nie pękła noga. Fra­jer od kró­li­ków z pię­tra wyżej raz bie­gał w deli­rium po całym osie­dlu i bro­dził w bło­cie jak obłą­kany król z Biblii, bo niby pry­snęły mu te bez­cenne zwie­rzęta. No ale tatko był inny, czy­sty, w mun­du­rze, nie plą­tały mu się język ani nogi.

Tak balo­wali do dru­giej, kiedy zamy­kali ten cały Inter-Club. Wtedy nie było zmi­łuj, jak tylko wybiła ostat­nia godzina, won na mróz. Tatko zapro­po­no­wał dal­szą zabawę w pokoju na ostat­nim pię­trze Hotelu Cen­tral­nego. Mama się zgo­dziła.

- Bar­dzo dobrze się stało - mówi - trzeba korzy­stać z życia.

Łatwo zapo­mi­namy, że rodzice też są ludźmi. Pie­przą się, zdra­dzają i tęsk­nią za myśle­niem tylko o sobie.

Cie­kawe, co Olaf myśli o nas, o mnie i Kla­rze.

Mama i tatko ruszyli do wyj­ścia z Inter-Clubu, skle­jeni jedno z dru­gim, i wpa­dli na hra­binę, wal­czącą o utrzy­ma­nie pionu. Weź wymi­jaj ary­sto­kratkę. Potocka omio­tła rodzi­ców nie­przy­tom­nym wzro­kiem, dziab­nęła jego i ją palu­chem cza­row­nicy.

- On dla cie­bie zabije - obwie­ściła. - A ty zabi­jesz dla niego?

Upa­dłaby, lecz stary ją pod­trzy­mał.

O woła­niu mew

W kolej­nych tygo­dniach rodzice zdrowo się szla­jali, a mama kipiała szczę­ściem.

Na przy­kład ojciec wycza­ro­wał bilety do Stoczni Gdań­skiej na kon­cert Kie­pury i jakiejś Marty Eggerth. Takie wie­ści bole­śnie uprzy­tom­niają upływ lat - matka jest tak stara, że słu­chała Kie­pury na żywo.

Tro­chę się o ten kon­cert pożarli, bo mama bała się, że ludzie ją zoba­czą z Ruskiem. Niby włó­czyli się po barach i dan­cin­gach, ale sala kon­certowa to co innego, tam jest jasno i wszy­scy się gapią.

- No, będą się gapić. Na Kie­purę - odparł mój stary, który miał odpo­wiedź chyba na wszystko. Prócz tego zała­twił naj­lep­sze miej­sca, tak że mama dosko­nale widziała złotą czu­prynę tej całej Marty i łysinę sław­nego tenora. W kółko biso­wali, tylko arię zdu­sił gwizd prze­jeż­dża­ją­cej loko­mo­tywy.

Stary się poła­pał, że mama kocha filmy, a zmy­ślone przy­gody otwie­rają jej serce. W grun­cie rze­czy tak jest do teraz i nie wiem, czy ta jej opo­wieść ma cokol­wiek wspól­nego z prawdą. W każ­dym razie ojciec zabrał ją do kina War­szawa, gdzie mieli palar­nię, kawiar­nię, do sali pom­po­wano gorące powie­trze, do tego na sufi­cie błysz­czały obce słońca i dale­kie pla­nety. Tatko wyszu­ki­wał dla mamy nowe gwiaz­do­zbiory, a jego roz­ża­rzony kiep krą­żył w ciem­no­ściach jak sput­nik.

Raz puścili coś takiego jak Kapral z Mada­ga­skaru, ramotę o chwale żoł­nie­rzy niskiej rangi, i mama zapy­tała, czy takie rze­czy jak tam, w tym fil­mie, są w ogóle moż­liwe. Dałoby się tak porwać okręt z nabrzeża i pry­snąć ku przy­go­dzie?

Stary odparł trzeźwo, jak nie on, że w życiu - ustrze­li­liby ich zaraz za Helem.

Pierw­szą praw­dziwą kola­cję zje­dli w sopoc­kim Grand Hotelu. Mama roz­wo­dzi się nad tym, bo ponoć fra­puje mnie jedze­nie. Gówno prawda, w żar­ciu szu­kam spo­koju, a nie sma­ków.

Grand Hotel to roz­le­gły budy­nek nad samym morzem, przy­kryty czer­wo­nym dachem z iglicą pośrodku. Ponoć rezy­do­wał tam Hitler, a gość, co nad­zo­ro­wał powo­jenny remont, powie­sił się i cza­sem w suszarni roz­brzmiewa jego char­kot. Z kolei dyrek­tor, ten sam, który giął się w pas przed moim sta­rym, był sowiec­kim szpie­giem, kutym na cztery nogi. Dostał ten Grand Hotel za suk­cesy ope­ra­cyjne w Niem­czech.

Tatko cze­kał na mamę w zare­zer­wo­wa­nej dla nich sali, pod krysz­ta­ło­wym żyran­do­lem. W kuble mro­ził się szam­pan. Pia­ni­sta, urżnięty w sztok, wygry­wał jakieś wie­deń­skie melo­dyjki, rzu­ca­jąc swe bez­władne ciel­sko na trzesz­czący instru­ment. Uba­wiony tym stary ciskał mu rublówki na spodek po kawie, po czym gapił się w mamę, chwy­tał ją za kolano i sprze­da­wał głodne kawałki.

Wtedy wła­śnie opo­wie­dział jej o har­pu­nach. Z kolei o zębach nie chciał gadać ani wtedy, ani póź­niej, gdy mama go pod­py­tała. Rzu­cił jedy­nie, że po to uma­wia się z den­tystką, żeby skom­ple­to­wać utra­coną kla­wia­turę.

Mama wspo­mina, że ni­gdy wcze­śniej nie widziała, by ktoś wle­wał w sie­bie tyle wódki. Ojciec pił na szklanki, a jed­nak gadał z sen­sem i tylko jaśniały mu oczy. Zawsty­dzona twier­dzi, że impo­no­wał jej jak olbrzym żon­glu­jący pło­ną­cymi kulami.

- Głu­pia byłam - sły­szę.

Prócz tego tatko kupo­wał jej pre­zenty. Prze­cież na cytru­sach się nie skoń­czyło.

Pła­ton przy­niósł na Paged poń­czo­chy, nylo­nowy płaszcz, per­fumy Rap­so­dia, co cała pro­duk­cja szła na Węgry, i wodę kwia­tową w krysz­tale z roz­py­la­czem. Mama skła­do­wała te skarby na dnie szafy, za ame­ry­kanką. Ale mowę jej odjęło dopiero, kiedy dostała sukienkę.

To była ta sukienka ze sklepu na Czoł­gi­stów, gładka i miękka jak plecy Sophii Loren. Skąd stary wie­dział? Matka prze­ra­ziła się, że kazał ją śle­dzić, i wier­ciła mu o to dziurę w brzu­chu, tym­cza­sem ojciec, szcze­rze tym uba­wiony, za każ­dym razem gadał co innego.

Raz stwier­dził, że sukienkę wybrał samo­dziel­nie Pła­ton, co było nie­do­rzeczne: zacny mary­narz nie odróż­niłby wazy chiń­skiej od cho­mąta. Kie­dyś znów zło­żył palce jak do przy­sięgi i rzekł, że sam ją wyszu­kał pod koniec mor­der­czych raj­dów po skle­pach odzie­żo­wych, a był o krok od uru­cho­mie­nia zna­jo­mo­ści w świe­cie mody dale­kiego Lenin­gradu. A innym razem gol­nął setkę czy dwie i wyznał, że mieli cały kon­te­ner takich wła­śnie, czer­wo­nych sukie­nek. Oni lubomu dawali, lisz by nie pro­gnili. Recho­tał jak kumak, a matka chciała go dusić.

Sie­dzimy w kuchni, od mamy bije smu­tek i patrzy na mnie tro­chę tak jak wtedy, gdy powie­dzia­łem jej, że haj­tam się z Klarą.

- Ja przed­tem nie wie­dzia­łam, że można tak kochać - mówi.

Kola, mój ojciec, poja­wiał się w jej myślach zaraz po prze­bu­dze­niu i nie opusz­czał ich do zmroku. Zasta­na­wiała się, co robi, jak się ma, czy spał i co zjadł. Liczyła dni, godziny do spo­tka­nia. Potem wście­kała się na sie­bie, bo prze­cież to nie­do­rzeczne tak kochać, powinna myśleć o czymś poważ­nym, na przy­kład o przy­szło­ści.

Zaci­nał śnieg, wiatr pory­wał czapki, mama wlo­kła się przez mroczny Paged, a pod płasz­czem, pod bluzką, grzały ją powi­doki dotyku dłoni taty. Mewy, ciemne okna, chmury i klak­sony wołały: Kola, Kola, Kola.

Nie była Heleną Kreft, była Zwioz­doczką.

Miłość roz­sa­dzała ją od środka i jak dziecko chciała się wydo­stać na świat - na taką wła­śnie meta­forę pozwala sobie mama. Naj­chęt­niej powie­dzia­łaby o ojcu wszyst­kim: kole­żan­kom z uczelni, któ­rych jesz­cze miała mnó­stwo, dziad­kom, panu Leonowi z warzyw­niaka, samemu Rataj­cza­kowi, co pro­wa­dził skle­pik na Page­dzie, nawet temu pija­nemu fra­je­rowi od kró­li­ków z pię­tra wyżej, i tylko Wacek był wyłą­czony z tego marze­nia.

No ale nie mogła powie­dzieć nikomu.

O har­pu­nach

Tatko zaro­bił bli­znę w poje­dynku na har­puny. Mama prosi, żebym nie pod­nie­cał się tą histo­rią, bo miał pełne kie­sze­nie podob­nych. Czy rzu­cał je, jak drobne pia­ni­ście, każ­dej dziew­czy­nie, którą baje­ro­wał?

Na te har­puny bił się ponoć w szkole mor­skiej gdzieś na pół­nocy. Dora­biali sobie, polu­jąc na wie­lo­ryby. Mieli wyrzut­nię, podobną do armatki, i tro­chę har­pu­nów mio­ta­nych ręcz­nie, kutych jesz­cze za cara. Cóż, każdy napy­cha port­fel jak umie.

Wycho­dzi na to, że stary był raczej obrotny, bo prócz dziu­ra­wie­nia ssa­ków mor­skich szmu­glo­wał peruki, kawę, skóry i kolo­rowe fla­ma­stry. Ponoć peruki i orta­liony scho­dziły jak kon­domy na festi­walu cho­rób wene­rycz­nych.

Do tego całego biz­nesu, do peruk i wie­lo­ry­bów, tatko miał kum­pla, któ­rego imie­nia mama na razie nie chce wypo­wie­dzieć. I raz ten kum­pel, wesoły, fajny facet, wró­cił z roboty i obwie­ścił, że go cap­nęli. Oddał fanty, żeby nie tra­fić do pudła. Oca­lił też ojca, tak mówił.

Po mie­siącu para­do­wał w nowej kurtce, no a stary nie był głupi. Polazł to niego i powie­dział: ty taki owaki, chodź, dawaj drat'sja na gar­pu­nach.

Mama poka­zuje na łyż­kach i cukier­nicy, jak to było.

W odle­gło­ści pół rzutu wyry­so­wali okręgi. W nich sta­nęli. Żaden nie mógł prze­kro­czyć linii okręgu.

Tam­ten kolega mio­tał pierw­szy, no bo wyzwał go mój nie­ustra­szony stary. Wziął więc ten har­pun i pod­rzu­cał sobie weso­lutko, oce­nia­jąc ruchli­wość celu.

Stary tym­cza­sem stał spo­koj­nie. Sły­szał tylko, jak serce woła o życie. Tkwił w miej­scu, bo widział już podobne poje­dynki: jak har­pun leci, nic nie pomoże. Nie­je­den ska­kał w bok i się nadzie­wał na oszczep.

Chłop rzu­cił. Zasty­gło lodo­wate powie­trze czy coś.

Har­pun szarp­nął poli­czek pomni­ko­wego taty.

Stary strzą­snął krew z pod­bródka, schy­lił się po swój har­pun. Tam­tym mio­tało, patrzył, gdzie by tu sko­czyć, palił go grunt w okręgu. Ojciec obser­wo­wał jego ruchy i rzu­cił. Słusz­nie oce­nił kie­ru­nek ucieczki, bo tra­fił chłopa pod lewy bark, i to tak, że har­pun okrę­cił nim i pchnął mię­dzy gapiów.

Ponoć typ, zno­szony z pola walki, pisz­czał, jakby mu jaja pil­ni­kiem rżnęli. Prze­sie­dział kwar­tał w laza­re­cie i ni­gdy nie wró­cił do jed­nostki. Poszedł do wywiadu woj­sko­wego czy coś. Mama robi się bar­dzo tajem­ni­cza, kiedy poru­sza tę sprawę, zazna­cza tylko, że nie­długo dowiem się wię­cej.

Zaju­szo­nego ojca żoł­nie­rze zanie­śli do kan­tyny, wśród braw, gwiz­dów, brzęku szkła i jęku akor­de­onu. Tam nad gorzałką zszył sobie ranę. Puch­nący pysk obło­żył paję­czyną, żeby unik­nąć zaka­że­nia, i pił dalej. Poło­żyli go na pry­czy razem z tym zwy­cię­skim har­pu­nem.

- Mniej wię­cej taki był ten twój ojciec - mówi mama.

O Mumin­kach

Jest trze­cia w nocy, prze­ry­wam pisa­nie. Pójdę po wodę. Może zostały jakieś śle­dzie?

Nic z tego, dalej walę w lap­topa.

Klara ma rację, z pisa­niem mi nie po dro­dze, mówi też, że jestem czło­wie­kiem czynu, wystar­czy dać mi robotę, a będę tyrał do upa­dłego, gdy­bym stru­gał świątki, szybko bra­kłoby drewna i miej­sca w kościo­łach. Za dzie­ciaka pró­bo­wa­łem coś czy­tać, ale matka wypy­chała mnie na podwórko, nad rzeczkę na Kaczych Łęgach, albo łado­wała w malu­cha i wio­zła do Mal­borka, na wydmy przy jezio­rze Łeb­skim, do wia­traka na Kocie­wiu.

Latem pusz­cza­li­śmy latawce i gra­li­śmy w bad­min­tona, przy czym matka była nie do zaje­cha­nia, jakby uro­dziła się z rakietą w dłoni.

Jesie­nią i zimą rżnę­li­śmy w karty przy kuchen­nym stole, w remika, w tysiąca, potem także w pokera i kości. Pamię­tam dłu­gie tabele z wyni­kami zapi­sa­nymi macz­kiem: duży strit, ful, kareta, poker.

Naj­dłuż­szym, co dotąd napi­sa­łem, było poda­nie o roz­ło­że­nie podatku na raty. Jak wysze­dłem od mamy, stwier­dzi­łem, że przy­siądę i zano­tuję, co mówiła, w paru pro­stych sło­wach. Doprawdy, świet­nie mi poszło.

Cho­ciaż nie, było jesz­cze coś, pamię­tam.

Piszę i spo­kój spływa na mnie jak prze­lew natych­mia­stowy na puste konto. Prze­staję, to serce wali, kręci mi się we łbie, lodo­wa­cieją kichy. Ojciec to, ojciec tamto, i tak strasz­li­wie zako­chana mama.

Ma lek­kiego pier­dolca na moim punk­cie, strach pomy­śleć, co się działo, jak była młoda i w jej życie wje­chał mój wielki, mun­du­rowy stary.

Chciał­bym zoba­czyć ją, dwu­dzie­sto­let­nią, jak sie­dzi w knaj­pie nad kie­lisz­kiem, jak tań­czy i śpiewa, ale z ojcem, o dziwo, nie mam żad­nego kło­potu. A prze­cież w grun­cie rze­czy długo nie wie­dzia­łem, co to takiego. Tatko, tatuś, tata, stary - jeśli wypo­wia­da­łem te słowa, to jako doro­sły i mając na myśli sie­bie w odnie­sie­niu do Olafa.

Pierw­sze, co pamię­tam z dzie­ciń­stwa: sto­imy z mamą nad Bał­ty­kiem, ona pła­cze, a ja nie wiem dla­czego.

Dal­sze wspo­mnie­nia to już Wito­mino, ulica Pol­skiego Czer­wo­nego Krzyża: nasze dwa pokoje, widok z okna na Pół­wy­sep Hel­ski, dzwony kościoła bijące w nie­dzielę o świ­cie i śmiet­nik ze skar­bami.

Mama lepiła mi pie­rogi, pulchne uśmie­chy z cien­kiego cia­sta wypeł­nione gorą­cym mię­sem, urzą­dzała teatr cieni, a gdy byłem tro­chę star­szy, zabie­rała do kina na filmy o Rambo i Har­rym Cal­la­ha­nie.

Pro­blem wypły­nął, gdy prze­czy­ta­łem opo­wie­ści o Mumin­kach.

Stary Muminka sie­dział na weran­dzie, walił grog, pozwa­lał dzie­cia­kom wędro­wać do wul­ka­nów, a na sam koniec osza­lał i powiódł rodzinę we wła­sny smu­tek, na jakąś kamienną wyspę, do nie­czyn­nej latarni mor­skiej. Czymś takim jest tata? Ofia­ro­wuje świa­tło, a potem zabiera? Nie mogłem tego zro­zu­mieć, aż w końcu wyro­słem przed mamą, zajętą aku­rat tłu­cze­niem bitek, i spy­ta­łem:

- Czy jak miał­bym tatę, toby mnie skrzyw­dził?

Myśla­łem, że przy­łoży mi tym tłucz­kiem, przy­się­gam.

Zamiast tego uklę­kła i prze­pro­siła. Powie­działa, że ukry­wała przede mną pewne rze­czy z głu­poty i tro­ski, co czę­sto idzie w parze. Potem wyja­śniła, że nie­któ­rzy ojco­wie zni­kają, inni znów nie. Mój aku­rat prze­padł, nim się uro­dzi­łem. Chcia­łem wie­dzieć, kim był, jak wyglą­dał i czy może popły­nął do czar­nych skał, na spo­tka­nie ze ślepą latar­nią. Mama potrzą­snęła mną, wyce­dziła zimno, jak wtedy, gdy ją męczy­łem o psa:

- Nie inte­re­suj się ojcem.

Po tej roz­mo­wie kupiła piłkę do nogi, zachę­cała, żebym strze­lał jej gole, któ­rych bro­niła jak Wło­dek Żemoj­tel. Za to wbi­ja­nie goli szło jej gorzej i pamię­tam nawet, jak sta­łem na pola­nie przy radio­sta­cji, dwa kamie­nie wyzna­czały gra­nice bramki, mama roz­pę­dzała się, jakby leciała z taczką, a piłka fru­nęła w niebo, mię­dzy drzewa, w pole - wszę­dzie, tylko nie do mnie.

Wra­ca­li­śmy spo­ceni, zie­leni jak trolle i mama klęła, że nie dopie­rze ubrań z trawy. Zale­gały potem w misce wody z prosz­kiem do pra­nia, a ona zapo­mi­nała o nich, zawsze zapo­mi­nała, tak wła­śnie było.

Kupiła dwa rowery, mnie wigry, sobie rometa, i zasu­wa­li­śmy na dłu­gie wycieczki, cza­sem i do Rewy.

Od dziadka wydę­biła sprzęt węd­kar­ski. Ja łapa­łem na chleb, mama na muchę i dość powie­dzieć, że gdyby nie facet, co obok łowił prą­dem, wró­ci­li­by­śmy do domu z pustymi rękami.

Ten wielki trud mamy obró­cił się wni­wecz, gdy posze­dłem do szkoły, gdzie sta­wił się cały legion ojców. Poją­łem, że ojciec jest wąsa­tym stwo­rze­niem w swe­trze, skó­rza­nej kurtce bombce, osta­tecz­nie nosi pro­cho­wiec i odpala car­mena w chwili, gdy dzie­ciak pusz­cza jego rękę, by pod­ra­ło­wać na lek­cję.

Ojco­wie byli robot­ni­kami, stocz­niow­cami i tak­sów­ka­rzami. Ja nie mogłem się pochwa­lić nikim podob­nym. I tak mia­łem prze­gwiz­dane ze względu na imię i kom­bi­no­wa­łem, jak by tu unik­nąć kło­po­tów.

Dustin Bar­ski, co to w ogóle ma być? Kto tak się nazywa na Wito­mi­nie?

Kole­dzy pytali mnie cza­sem, co pora­bia mój stary. Działo się to w tych przy­jem­nych momen­tach, kiedy wycią­gnęli już mój łeb z klopa.

Odpo­wia­da­łem zawsze to samo.

Mój tata daw­niej pły­wał na stat­kach, a teraz pisze pamięt­niki. Wyda je i zyska wielką sławę.

Mój tata ma czarny cylin­der, laseczkę i pije wyszu­kane trunki, nie chrzczone piwko jak wasi poje­bani ojco­wie.

Tata przez cały czas sie­dzi w domu, zawsze znaj­duje dla mnie czas i opo­wiada różne fan­ta­styczne histo­rie. Nie krzy­czy i pozwala mi cho­dzić, gdzie tylko chcę, poza tym zabi­jał potwory i kiwał głu­pich mili­cjan­tów, więc weź­mie zemstę na każ­dym, kto spró­buje mnie skrzyw­dzić.

O dobrych butach

Do kuchni zagląda Klara i pyta, co ja wyra­biam o takiej godzi­nie. Całą noc tak sie­dzę? Jesz­cze nie skoń­czy­łem histo­rii Heleny?

- W robo­cie będziesz nie­przy­tomny - ostrzega.

Wiem, o co jej cho­dzi. Boi się, że biorę nar­ko­tyki.

Więk­szość kucha­rzy jedzie na dra­gach, ale nie ja, ja nawet nie piję.

Obie­ca­łem jej. Zawsze dotrzy­muję słowa. No ale muszę jakoś się wytłu­ma­czyć z tej dziw­nej sytu­acji, że sie­dzę, palę fajkę za fajką, żrę śle­dzie i cią­gle coś kle­pię, choć obie­ca­łem, że nie zama­ru­dzę.

- Pró­buję dojść do ładu ze sobą - zdo­by­wam się na takie mgli­ste wyja­śnie­nie.

Klara patrzy na mnie tak, jak może patrzeć tylko ktoś, kto zna cię na wylot, rozu­mie i kocha mimo tej wie­dzy, tego zrozu­mienia.

- Długa droga, skar­bie - sły­szę. - Weź lepiej dobre buty.

O listach

Z tym pisa­niem to tro­chę miną­łem się z prawdą.

Ow­szem, w zawo­dówce z polaka dosta­wa­łem wyłącz­nie trójki na szy­nach, wyjąw­szy jedną piątkę. Dali mi ją po wiel­kich bojach. Baba od pol­skiego prze­czy­tała moje wypra­co­wa­nie, zacią­gnęła mnie do dyrek­tora i we dwoje usi­ło­wali się dowie­dzieć, od kogo ścią­ga­łem. Wście­kłem się, jak tylko może dzie­ciak roz­ju­szony nie­spra­wie­dli­wo­ścią świata i fał­szy­wym oskar­że­niem, i stre­ści­łem wła­sny tekst, doda­jąc dru­gie tyle nowego. Babie w końcu szczęka zje­chała na cycki, no i dosta­łem tę piątkę.

Pisa­łem wtedy o Panu Tade­uszu, o tym, co tam żarli: o wędzo­nych szyn­kach, bulio­nach z kury, o gala­ret­kach mig­da­ło­wych i skrzy­dli­kach ozoru. Naprawdę, gdyby pisa­rze w Pol­sce pochy­lili się nad żar­ciem, znik­nę­łyby pro­blemy z czy­tel­nic­twem.

Ale też pisy­wa­li­śmy z Klarą do sie­bie, jak byli­śmy mło­dzi, o czym przy­po­mi­nam sobie wła­śnie w tej chwili, w środku nocy, kiedy Gdy­nia zawi­sła w zupeł­nej ciszy, a ja sobie sie­dzę, dziw­nie pusty, jakby ktoś obcy i piękny nagle mnie wyca­ło­wał, kie­puję do sło­ika po śle­dziach, bo nie chce mi się odwra­cać do okna, gdzie czeka popiel­niczka, prze­dłu­żam tę chwilę, dodaję słowa do bzdur, nie chcę, żeby noc dobie­gła końca, nawet nie myślę o śnie.

Po stu­diach Klara wyje­chała do Sta­nów, bo w Pol­sce nie było roboty dla socjo­lo­gów. Pracę w korpo zła­pała dopiero jakiś czas póź­niej. Pla­no­wa­li­śmy wspólny wyjazd, ale Klara dostała wizę, ja nie dosta­łem, więc poje­chała sama. Tam sprzą­tała domy boga­tych Ame­ry­ka­nów, ja zaha­czy­łem się w piz­ze­rii w Rumii, no i tęsk­ni­li­śmy za sobą jak papugi o popę­ka­nych ser­cach.

Tele­fony były dro­gie i Klara zaczęła pisać. Pierw­szy list był długi, opo­wia­dała tro­chę o tym, jak jej tam jest, o życiu z bandą współ­lo­ka­to­rek w przy­zie­miu jakie­goś cho­ler­nego kon­do­mi­nium w Jac­ko­wie, o gieł­dzie pracy pod pol­skim kościo­łem, zupach z puszki i kur­cza­kach wiel­kich jak krowy, a tro­chę o tym, jak się ma, co czuje i tak dalej. Zdzi­wi­łem się, bo o wszyst­kim już wie­dzia­łem albo mogłem się domy­ślić, ale te pro­ste rze­czy, te uczu­cia, nazwane i wbite w papier, zyskały siłę, że ja pier­dolę. Aż dziw­nie miękko się zro­biło. Nauczy­łem się tego listu pra­wie na pamięć, jak tych potraw z Pana Tade­usza, chcia­łem zaraz dostać kolejny, pro­blem w tym, że naj­pierw musia­łem napi­sać swój.

Okrut­nie się nad tym bie­dzi­łem. Ja nie zaglą­dam w sie­bie, bo mało co tam jest, więc napi­sa­nie cze­goś o uczu­ciach szło mi słabo. Kocham, tęsk­nię, zerżnął­bym cię - to raczej głu­pio brzmi, zwłasz­cza jeśli ma, spi­sane, prze­fru­nąć ocean. Stre­ści­łem, co robię dzień po dniu, i wyszło, że mało się u mnie dzieje, nic tylko kręcę pizzę i jeż­dżę eska­emką. Po co jej tym głowę zawra­cać.

W końcu posta­no­wi­łem, że nie napi­szę o tym, co jest, ale o tym, co będzie i jakie zda­rzy się nam życie. Jak to ominą nas pijań­stwo i zdrady, jak zamiesz­kamy razem, zro­bimy sobie dziecko, któ­rym się zajmę, bo skoro nie mia­łem ojca, to sam będę naj­lep­szym na świe­cie, no i koniecz­nie otwo­rzymy restau­ra­cję.

Udało się, przy­szedł kolejny list. A dziś mamy wszystko, co sobie wtedy wyma­rzy­łem. Restau­ra­cja, Olaf, dom.

Dopiero teraz, kiedy to piszę, uświa­da­miam sobie, czemu tak naprawdę wysnu­łem ten far­ma­zon. Prze­cież nie mia­łem gro­sza przy duszy, a z tego, co Klara zara­biała na sprzą­ta­niu, nie star­czy­łoby nawet na metr restau­ra­cji. Wcze­śniej nawet nie myśla­łem o dzie­ciach - po pro­stu prze­ra­zi­łem się, że ją stracę, pół­roczna wiza się skoń­czy i Klara zosta­nie w tej Ame­ryce, będzie sprzą­tała cudze domy tak długo, aż kupi sobie wła­sny. Bo co w tej Pol­sce dwa­dzie­ścia lat temu na nią cze­kało? Tylko ja. Myślała o tym, czu­łem mię­dzy sło­wami.

Nie mogłem do niej pole­cieć ani nawet zadzwo­nić, więc wymy­śli­łem nasze marze­nia, żeby tylko wró­ciła.

O burzach na Słońcu

To była dziwna jesień, wspo­mina mama. Morze pociem­niało i stało się nie­prze­nik­nione. Wcze­snym popo­łu­dniem zapa­dał zmrok, na tar­go­wi­sku ginęły pomi­dory i jajka, uwol­nione sza­liki tań­czyły wysoko wśród pta­ków nad Page­dem.

Wszystko było inne, a mama wypie­rała się tej zmiany. Weźmy tego całego Wacka, któ­remu w kółko nawi­jała maka­ron na uszy. Mówiła, że dużo uczy się z kole­żan­kami, że głowa ją boli, sen­ność męczy i tak dalej.

Wacek, idiota, pytał, czym zawi­nił, i przy­się­gał, że zrobi wszystko, aby pomóc. Mama marzyła, żeby znik­nął w obłoku gry­zą­cego dymu. Niech przy­naj­mniej ta sprawa roz­wiąże się bez jej udziału.

Był dobry i bez­bronny, mówi, takich się okła­muje, lecz nie rzuca. Wac­ko­wie tego świata cho­dzą prze­sy­ceni tro­ską, a potem giną od noża w plecy.

Bała się też jego ojca, pana Scholla, tego wam­pira z Orzesz­ko­wej. Wio­sną zda­wała u niego egza­min z pro­te­tyki.

Pod koniec listo­pada aresz­to­wano hra­binę Potocką, tę modną sta­ru­chę z Inter-Clubu. Nazy­wała się zresztą cał­kiem ina­czej, a z ary­sto­kra­cją miała tyle wspól­nego, ile krowa z jazdą na łyż­wach.

Przy­je­chała do Gdyni bez gro­sza przy duszy. Nie chciała pra­co­wać, więc ogło­siła się hra­biną, bre­dziła o tym spadku w Sta­nach, piła szam­pana, żarła małże i robiła długi. Nabrała urzęd­ni­ków, hote­la­rzy, żigo­la­ków i zawo­do­wych oszu­stów. Mili­cjan­tom oświad­czyła, że mogą krop­nąć ją choćby i teraz, wszystko jej już jedno, przy­naj­mniej dwa lata prze­żyła jak trzeba.

Jak ją zamknęli, dzia­dek ucie­szył się i obwie­ścił, że takich jak ona należy wozić w klatce i obrzu­cać bło­tem. Pół Gdyni gło­duje, a ona piła sobie naj­lep­sze wina, rzekł i dodał, że ci, co fun­do­wali jej zbytki, też powinni dostać jakiś wyrok.

Prócz tego przej­mo­wał się swo­imi zega­rami, bo mu nie­równo biły.

Miał trzy duże zegary ścienne i jeden mniej­szy, z dwor­kiem szla­chec­kim wyma­lo­wa­nym na tar­czy. Regu­lo­wał je, spraw­dzał z radiem i ręcz­nym poljo­tem, w końcu pako­wał taki nie­sforny zegar w koc i masze­ro­wał z nim pod pachą przez całe Obłuże, pobo­czem Mar­chlew­skiego, aż do cen­trum, na Por­tową, do zegar­mi­strza.

Ten zegar­mistrz, przed­wo­jenny spec, pytał dziadka, czemu lezie do niego bite dwie godziny, skoro są auto­busy, a dzia­dek odpo­wia­dał, że prze­cież auto­bu­sem zarzuci, ktoś go trąci i będzie po zega­rze.

Z kolei bab­cię mar­twiły burze na Słońcu. Dowie­działa się o nich z radia. Wcze­śniej myślała, że nasza wspa­niała gwiazda trwa w spo­koju. A tu nie. Bab­cia zawę­dro­wała nawet do biblio­teki po jakieś bro­szury na ten temat. Nic nie mieli. Wtedy przy­po­mniała sobie, że jak jest sztorm na Bał­tyku, to spać się nie da, więc z tymi hura­ga­nami na Słońcu pewno jest podob­nie. Kto wie, może wojny i zdrady dzieją się przez gwiazdy?

Bab­cię eks­cy­to­wał też czło­wiek, który bywał na Wenus, legi­ty­mo­wał się kosmicz­nym pasz­por­tem i zapo­wia­dał desant lata­ją­cych spodków na Ber­lin. Przez parę dni radio nada­wało infor­ma­cje głów­nie o nim.

Gość zbie­rał pie­nią­dze na otwar­cie amba­sady dla przy­by­szów z Wenus, aż wresz­cie aresz­to­wali go we Wło­szech. Powie­dział wów­czas, że jest synem Adolfa Hitlera.

- Naprawdę nie wiem, jak mia­łoby mu to pomóc - dzi­wiła się bab­cia nad balią pełną pra­nia.

Raz wzięła mamę na roz­mowę. Dzia­dek był wtedy w pracy. Mama prze­czu­wała, co się święci, i pró­bo­wała unik­nąć całej tej gada­niny. No ale bab­cia ją przy­mu­siła.

- Co ty, córuś, wypra­wiasz? Wszy­scy mówią tylko o tym sowiec­kim kapi­ta­nie.

Mamę cokol­wiek zatkało, bo naprawdę myślała, że ze sta­rym pozo­stają nie­wi­doczni, że chroni ich jakaś nie­prze­pusz­czalna bańka, co obej­muje dan­cingi, restau­ra­cje i pokój w Domu Mary­na­rza.

Odpo­wie­działa głu­pio, że Kola to tylko zna­jomy.

- Kola, no tak. - Bab­cia cmok­nęła i przy­po­mniała, że tacy wła­śnie zna­jomi strze­lali do ludzi w Pozna­niu cał­kiem nie­dawno i nawet zabili jakie­goś chłopca.

Mama się wście­kła, bo mój stary nikogo prze­cież nie mor­do­wał, przy­naj­mniej w Pol­sce, w ogóle nie zro­bił niczego złego, wprost prze­ciw­nie. Panie pokrzy­czały na sie­bie i tyle było z roz­mowy.

Mama bar­dzo się bała. Chciała tylko lep­szego życia, tak wła­śnie mówi.

Gor­sze życie zaczęło się od tego sąsiada, co hodo­wał kró­liki. Nie ukło­nił się dziad­kowi przed mszą świętą i dzia­dek wró­cił do domu zaraz po nabo­żeń­stwie, nie zamie­nił z nikim ani słowa.

Sza­cu­nek dla dziadka był wszyst­kim.

Coraz czę­ściej sie­dział Pod Ryj­kiem, gdzie żalił się kum­plom na swój paskudny los i szu­kał rady tak długo, aż wresz­cie ją zna­lazł.

Cze­kał na mamę do nocy, poważny, jakby cały dzień wstrzy­my­wał oddech. Posa­dził ją przed sobą i rzekł:

- Kapi­tan Naru­mow ma żonę i syna w Lenin­gra­dzie. Wie­dzia­łaś o tym?

No nie wie­działa, skąd mia­łaby wie­dzieć, tak twier­dzi, a ja jej wie­rzę.

Mama przy­jęła rewe­la­cję dziadka spo­koj­nie i pory­czała się dopiero za kocem, na ame­ry­kance.

Następ­nego dnia tatko cze­kał na mamę pod kinem Nep­tun w Orło­wie. Zamiast wejść z nim do środka, mama oddała ojcu sukienkę wraz z radą, aby wrę­czył ją żonie. Potem strze­liła go w mordę i poszła, nie­siona roz­pa­czą i dumą, pewna, że skoń­czyła z tym sukin­sy­nem na zawsze.

O śmierci

Mama opo­wiada mi tę histo­rię, bo umiera. Przy­naj­mniej tak twier­dzi i zaklina, żebym się tym nie przej­mo­wał. Nic prost­szego. Umiera, odkąd pamię­tam.

Zazwy­czaj odwie­dzam ją raz w tygo­dniu, naj­czę­ściej we wtorki, bo początki tygo­dnia mam wolne, w ogóle moje życie wisi do góry kołami: robię do wie­czora, mam luźne poranki, naj­wię­cej zapie­przam w week­endy i święta, za to kocham pierw­szą połowę stycz­nia, gra­do­bi­cia i wichury. Kocham też śmiech mojego syna, dziki jak gwizd pija­nego łotra, niech biega młody i się tłu­cze.

Przy­cho­dzę więc do mamy we wto­rek, jak co tydzień niosę siaty z zaku­pami. Wstaję wcze­śnie i myślę o ojcu. Wszedł mi, Rusek jeden, w łepe­tynę. A jak zacznie mi się myśleć, to nie ma zmi­łuj, muszę te myśli roz­cho­dzić, zadep­tać, żeby wró­cił spo­kój.

Bar­dzo lubię spo­kój. Chcę, żeby zawsze było tak samo, chcę, aby było tak, jak jest.

Mamę zastaję nad biur­kiem, w oku­la­rach i z lupą stu­diuje rachunki, pisma na maszy­nie, odbitki zdjęć i pola­ro­idy. Cho­dzi ska­ner, w nisz­czarce utkwił papier, wcho­dzę, a mama zgar­nia ten kram jak dzie­ciak zła­pany nad por­no­sami taty.

Czy tatko lubił śli­zga­cze? Co naj­chęt­niej oglą­dał w tele­wi­zji? Wsta­wał wcze­śnie czy spał do późna? Darł się na swo­ich żoł­nie­rzy, a może drę­czył ich w ciszy? Upra­wiał sport, a jeśli tak, to jaki? Dłu­bał cza­sem w nosie? Gadał do sie­bie? Nie mam poję­cia o tym wszyst­kim i łapię się na tym, że chciał­bym jed­nak wie­dzieć.

- Opo­wiem ci wszystko, tylko powoli. Mamy jakieś pół roku. Potem, no cóż, potem mnie nie będzie. I dobrze. Ja już się naży­łam. Żal tylko, że już cię nie zoba­czę - obwiesz­cza mama.

Cią­gnę za język, dopy­tuję, czy jest na coś chora. A ona nic. Ot, umrze, a świat będzie krę­cił się dalej.

Z tym jej umie­ra­niem mia­łem sto pociech. Na przy­kład jak koń­czy­łem pod­sta­wówkę, dostała pół­pa­śca. Naj­pierw obsy­pało jej plecy. Wysypka paliła ją jak żarna, więc ści­skała w rękach cho­chlę, ter­mo­for, spla­tała dło­nie jak do modli­twy, wszystko, byleby się nie dra­pać. Raz zła­pa­łem ją, jak drze gazetę na cien­kie, równe paski.

Za wysypką przy­szła gorączka. Mamą trzę­sło. Mówi­łem: idź do przy­chodni, mamo, ale nie chciała o tym sły­szeć. Powie­działa, że sama jest lekarką i świet­nie zna się na takich pro­stych cho­ro­bach. Potem zamknęła się w pokoju i zabro­niła wcho­dzić. Jesz­cze zła­pię ospę i umrę. Sama wolno odcho­dziła w śmierć, nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści. W końcu dla osób w jej wieku pół­pa­siec bywa zabój­czy.

Przez drzwi sły­sza­łem jęki i wes­tchnie­nia. Cały czas powta­rzała, żebym się nie mar­twił, bo tak wła­śnie musi być. Wycho­wała mnie. Wyro­słem na wspa­nia­łego chło­paka i tylko patrzeć, jak dam sobie radę bez żad­nej pomocy.

- Synku, to nawet lepiej - mam­ro­tała. - Ja ni­gdy nie chcia­łam być stara. Los oszczę­dzi mi lum­bago, demen­cji i innych przy­jem­no­ści, padnę, a nie zwiędnę. Nie może mi się zda­rzyć nic lep­szego niż ta śmierć.

Prędko wró­ciła do życia, minęło trzy­dzie­ści lat, nie dostała żad­nego lum­bago, a pamięć ma lep­szą niż del­fin.

Za to gdy dekadę temu przy­plą­tała się jej kata­rakta, upie­rała się, że dosko­nale widzi. Chwa­liła swój sokoli wzrok, by za chwilę przy­rżnąć skro­nią we fra­mugę.

Siłą zawlo­kłem ją na ope­ra­cję. Jesz­cze przed kli­niką zarze­kała się, że nie prze­żyje nar­kozy i bar­dzo dobrze, bo taka spo­kojna śmierć jest łaską.

Jak zmarł mój ojciec?

Z bio­drem temat prze­biegł podob­nie. Wysia­dło trzy lata temu. Wcze­śniej wszę­dzie było mamy pełno, regu­lar­nie odwie­dzała Klub Fil­mowy na Waszyng­tona i ni­gdy nie prze­ga­piła naszego festi­walu fil­mo­wego, prócz tego śmi­gała po warzywa aż do hali tar­go­wej i piła koniak w Szma­rag­do­wej na Kamien­nej Górze albo w jed­nym z tych pawi­lo­nów, co je poro­bili nad morzem. Skoro już przy morzu, dało się ją też spo­tkać przy samym brzegu, z bosymi sto­pami w gorą­cym pia­sku, jak gapi się na wodę.

Bio­dro sia­dło, cho­dziła dalej. Kupi­łem jej kijki do nor­dic wal­king, ale cią­gnęła je za sobą jak poła­mane skrzy­dła bądź wyrzuty sumie­nia. Tych ni­gdy nie miała, no nie.

Wkrótce skoń­czyło się morze, skoń­czyła się Szma­rag­dowa. Odtąd mama kuś­ty­kała po ogródku. O ope­ra­cji nie chciała jed­nak sły­szeć. Bała się, że cał­kiem prze­sta­nie cho­dzić albo leka­rze ją uka­tru­pią.

Dok­to­rzy w Pol­sce, jak wiemy, zaj­mują się głów­nie mor­do­wa­niem den­ty­stek star­szych niż wszech­świat.

- Oj synku, nawet nie wiesz, kogo oni tu zabili - mówiła i tajem­ni­czo zawie­szała głos.

W końcu, gdy nawet droga do furtki zmie­niła się w gol­gotę, mama poczy­niła odpo­wied­nie kroki i pomknę­li­śmy do szpi­tala woj­sko­wego w Redło­wie. Tam przy­jęli ją lepiej niż Buddę w Nepalu, dostała osobną salę i stado pie­lę­gnia­rek, które mogła roz­sta­wiać po kątach.

- Dzię­kuję ci, synku, za wszystko - usły­sza­łem na odchod­nym. - Nie ma co pła­kać nad koń­czą­cym się życiem.

Ope­ra­cja się udała i mama szybko wró­ciła do zdro­wia. Stało się tak jed­nak dzięki nie­na­wi­ści. Mama powta­rza, że prę­dzej wkro­czy do wężo­wi­ska, niż wróci mię­dzy fizjo­te­ra­peu­tów.

Dziś biurka rzecz jasna nie dźwi­gnie, ale z tecz­kami tań­czy po pokoju jak młoda sekre­tarka.

Na mój widok zgar­nia papiery i wpy­cha je do teczek. Obie­cuje, że wszystko pokaże już nie­długo, we wła­ści­wym porządku. Patrzę na nią. Myśla­łem - dalej myślę - że ona ni­gdy nie umrze, bo nie może umrzeć, odpę­dza śmierć tą histe­ryczną gada­niną. Nawet Klara twier­dzi, że mama prze­żyje nas wszyst­kich, i ja jej wie­rzę.

- Rzu­ci­łam go, ale co z tego? - sły­szę. - On nie chciał o tym sły­szeć.

O sie­kie­rze

Sie­kierę mieli od zawsze. Dzia­dek przy­wiózł ją po woj­nie z Rypina. To tam, gdzie piła tar­czowa ścięła mu palce.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki