ROZDZIAŁ DRUGI
Max Howard niemal zadławił się gofrem.
- Co niby zamierzacie?!
Powinien zacząć coś podejrzewać, kiedy rodzice zaproponowali drugiego tego dnia gofra. Zeszli właśnie z Grand-Place, rynku w centrum Brukseli, gdzie turyści gapili się na budynki zdobione na złoto. To był ich trzeci dzień w Belgii i mama Maksa chciała zrobić im tu rodzinne zdjęcie. Pewnie zamierzała wrzucić je potem na Facebooka z głupkowatym podpisem w stylu: "Rozpoczynamy nasz ekscytujący rok w Europie!".
Max znalazł się w Europie po raz pierwszy i Grand-Place, podobnie jak wszystko inne, co do tej pory tu zobaczył, wydawał mu się nierzeczywisty. Odchodzące od niego wąskie brukowane uliczki otaczały sklepy z czekoladą, stoiska z goframi i kioski z pamiątkami, w których można było kupić ozdobne kufle do piwa i breloczki z Manneken Pis, rzeźbą przedstawiającą małego siusiającego chłopca, brukselską maskotkę. Ich stolik przed budką z goframi mijali turyści rozmawiający we wszystkich językach świata i chociaż Max miał wrażenie, że nadal jest rano, kelnerzy zaczynali już kredą wypisywać na tablicach menu obiadowe. Nawet przez mgłę jet lagu Max był w stanie zrozumieć, że jego rodzice powiedzieli właśnie coś okropnego.
- Myślałem, że pójdę do amerykańskiej szkoły. Razem z Claire. - Rzucił spojrzenie starszej siostrze, która siedziała po drugiej stronie metalowego stolika. Czy ona też o wszystkim wiedziała? Ale Claire potrząsnęła tylko długimi blond włosami i nadal pisała esemesa do kogoś z miliona przyjaciół, których zostawiła w domu. Max miał ochotę wyrwać jej telefon z ręki i wrzasnąć, że jest zdrajczynią. W Waszyngtonie zawsze mówiła mu o wszystkich planach ich rodziców, a nawet doradzała, jakich strategii może użyć, żeby ich uspokoić, kiedy znowu robili aferę z powodu jego stopni w szkole. Ale gdy ich rodzice oświadczyli, że przeprowadzają się na rok do Brukseli, by ich tata podjął pracę jako konsultant NATO, sojuszu wojskowego, którego celem była obrona Europy przed Rosją, Claire wściekła się bardziej od Maksa. Najwyraźniej chciała mu pokazać, że teraz może liczyć wyłącznie na siebie.
Mama pochyliła się w jego stronę. Była niska, niewiele wyższa od niego, lecz mimo to umiała sprawić, że Max czuł się schwytany w pułapkę.
- Claire jest w liceum. W przeciwieństwie do ciebie nie ma już czasu na przygody.
Ale Max nie dał się zwieść słowu "przygoda". Wiedział, co jego mama tak naprawdę ma na myśli: "Claire jest wzorową uczennicą i ma szanse dostać się na Harvard albo do Yale. Ty natomiast ledwo zdałeś do siódmej klasy i obawiamy się, że resztę życia spędzisz, wegetując w naszej piwnicy".
Max zwrócił się do ojca. Ten popijał malutką, europejską kawę, ale jego opalona twarz, krótkie bojówki i koszulka z maratonu marines jasno wskazywały jego amerykańskie pochodzenie. Poza Grand-Place Max nie widział w Belgii ani jednego mężczyzny w szortach.
- Tato?
Wiedział, że jego rodzice rzadko się ze sobą zgadzali. Ale ojciec tylko się uśmiechnął, jakby przejrzał na wylot sztuczki syna, i potrząsnął głową.
- To dobry pomysł, Max.
Max spojrzał na swoich rodziców z obrzydzeniem. Takie samo spojrzenie posłałby też Claire, gdyby ta łaskawie oderwała wzrok od telefonu.
- Ale wiecie, że nie znam francuskiego?
- Nauczysz się - odpowiedział mu ojciec.
- Pani Krantz mówiła, że masz ucho do języków - dodała matka.
Max miał wrażenie, że jej "wewnętrzna prawniczka" czaiła się z tym materiałem dowodowym już od jakiegoś czasu. Prawie wykrzyknął, że nie dosłyszał, ale byłby to głupi żart i Max czuł się zbyt zdołowany, żeby sobie na niego pozwolić.
Pani Krantz była pedagożką, którą rodzice zatrudnili w Waszyngtonie, gdy Max prawie zawalił wszystkie przedmioty prócz historii. Powiedziała im, że powinien popracować nad umiejętnością systematycznego uczenia się i koncentracją, a zwłaszcza nad kontrolą impulsów. Ale to ostatnie miało zapewne związek z incydentem z rowerem: szurnięty typek z ósmej klasy zabrał rower jego przyjaciela Kevina i Max ruszył za nim w pogoń. Nic wielkiego by się nie stało, gdyby ósmoklasista nie stracił panowania nad kierownicą, gdy Max wreszcie go złapał, i nie przewrócił się, łamiąc sobie rękę. Jego rodzicie obarczyli winą za całe zdarzenie Maksa i nawet Kevin się na niego wściekł, bo po wypadku rower wrócił do niego w opłakanym stanie.
Ale całe tamto zamieszanie było niczym wobec tego, co działo się teraz. Oto stał się rozbitkiem w dziwnym, obcym kraju, gdzie ludzie jedli koninę (mama pokazała mu ją w sklepie, więc wiedział, że to na pewno prawda) i porozumiewali się językiem, który brzmiał jak mokry kaszel, Maksowi zaś odmawiano jego niezbywalnego prawa do nieuważania na lekcji w języku, który rozumiał. Gimnazjum po angielsku było wystarczająco straszne. Wiedział, że mógł zapomnieć o poznaniu nowych przyjaciół. Miał ich kilku w Waszyngtonie, takich jak Kevin i Malik, którzy lubili gry RPG i komiksy, tak jak on. Ale jak niby miał znaleźć sobie nowych znajomych, jeśli nie umiał się z nimi dogadać?
Nawet pogoda jakby sprzysięgła się przeciwko niemu. Kilka minut temu świeciło słońce, ale teraz niebo zasnuły szare chmury.
Czuł nadciągający od strony mamy burzowy front wymuszonego entuzjazmu.
- Będziesz mógł dłużej spać! Szkoła jest tuż za rogiem. Claire będzie musiała wstawać wcześniej, żeby zdążyć na autobus...
- On nie jest zupełnym idiotą - przerwała jej Claire.
Max pomyślałby, że siostra go broni, gdyby nie nacisk, jaki położyła na słowo "zupełnym".
- Słucham? - Matka posłała Claire znaczące spojrzenie.
- Max wie, że to nie zabawa. Wszyscy o tym wiemy.
- Claire - powiedział ojciec ostrzegawczym tonem.
Max ją rozumiał. Była szczęśliwa w Waszyngtonie, otoczona tłumem przyjaciół. Kochała Walls, superekskluzywne liceum, w którym ukończyła właśnie dziewiątą klasę. Ale traktowała Maksa, jakby to z jego winy przeprowadzili się do Europy, co nie było przecież prawdą. Teraz nie umiał jej współczuć. Claire będzie przynajmniej mogła chodzić do szkoły, gdzie uczą po angielsku.
Max odsunął od siebie gofra.
- Nie idę tam.
- Nie masz wyboru, Max - jego matka powiedziała łagodnie, ale stanowczo.
- Jak niby mam zdać do ósmej klasy w szkole, gdzie mówi się tylko po francusku?
Grupa turystów spojrzała w ich stronę. Max zdał sobie sprawę, że krzyczy. Nienawidził tego, że w Brukseli wszyscy chodzili po mieście tak cicho i z tak ponurym wyrazem twarzy, jakby ktoś przed chwilą ich zbeształ. Nawet małe dzieci były spokojniejsze niż w Ameryce.
- I znowu się zaczyna - mruknęła pod nosem Claire.
- Zamknij się - rzucił do niej Max.
- Nie idziesz do siódmej klasy - uświadomiła go Claire, oderwawszy wzrok od telefonu.
Jego rodzice wymienili nerwowo porozumiewawcze spojrzenia i Max natychmiast zrozumiał, że jego siostra nie skłamała.
- Słucham?!
- Uznaliśmy, że łatwiej ci będzie nauczyć się francuskiego, jeśli powtórzysz szóstą klasę - powiedział jego ojciec.
Nie zatrzymali się tu na kawę i gofry. Max zdał sobie sprawę, że rodzice zwabili go w pułapkę. Zerwał się z krzesła.
- Chcecie, żebym powtarzał klasę?
- Pomyśl lepiej, jak płynnie będziesz mówił po francusku, gdy wrócimy do Stanów - rzekła jego mama. - Będziesz najlepszy w klasie!
Wyniki w nauce. Tylko one obchodziły jego rodziców. Podniósł ze stolika rozmiękłe resztki gofra i przecisnął się obok krzesła matki do kosza na śmieci. Wrzucił wszystko do środka.
- Max! - zawołała go matka, ale Max nawet się nie obejrzał. Stał z rękami skrzyżowanymi na piersi. Otarł wierzchem dłoni kroplę wody, która spadła mu na twarz. Fantastycznie. Zaczynało padać. Znalazł się w Brukseli dopiero siedemdziesiąt dwie godziny temu i już miał jej dosyć - małych samochodów, kłębów papierosowego dymu, poprzycinanych, rachitycznych drzew, które wyglądały, jakby amputowano im kończyny, śmierdzących olejem barów z frytkami i kebabami, nieuprzejmych kelnerów, którzy pracowali w żółwim tempie. W ciągu jednego popołudnia prawie przejechał go tramwaj, a potem niemal wdepnął w psią kupę (całe to miasto było jakimś fekalnym torem przeszkód, bo chyba nikt w Brukseli nie sprzątał po swoim psie). Niektóre miejsca wyglądały tu tak, jak Max je sobie wyobraził, z wielkimi oknami, doniczkami pełnymi kwiatów i spadzistymi dachami rodem z bajki, a inne wyglądały inaczej (Max nigdy wcześniej nie widział tylu kobiet w chustach). Ale nigdzie w Brukseli nie czuł się jak w domu.
Ogarnęła go tęsknota. Miał ochotę na prawdziwego hamburgera, a nie na dziwny kawałek na wpół surowej wołowiny, który Belgowie określali mianem "filet américain". Wyobraził sobie, jak Kevin i Malik zajadają tłusty kawał mięsa w barze przy Connecticut Avenue. Czego by nie oddał, by usiąść z nimi przy jednym stoliku, porozmawiać o nowym filmie z Avengersami i planować, u którego z nich zostaną następnym razem na noc. Chciał wysłać im esemesa, ale był zbyt zażenowany, by przyznać się, że rodzice zmuszają go do powtórzenia szóstej klasy. Czy po jego powrocie nadal będą się przyjaźnić, jeśli znajdą się w innych klasach?
Max nigdy nie czuł się tak bardzo samotny.
Usłyszał za sobą kroki i po chwili ktoś ścisnął go za ramię. Jego ojciec nie był szczególnie postawnym mężczyzną, ale miał mocną, stanowczą rękę, wytrenowaną przez lata gry w golfa i uścisków dłoni w Waszyngtonie.
- Wiem, że cię zaskoczyliśmy.
- Co masz na myśli? Przeprowadzkę do Belgii? Francuską szkołę? Czy powtarzanie szóstej klasy?
- Wszystko, co wymieniłeś - przyznał ojciec Maksa. - Ale mama miała rację, kiedy mówiła, że to świetna okazja. I wreszcie będziesz mógł trochę odetchnąć. Musisz tylko nauczyć się francuskiego i...
- Muszę tylko nauczyć się francuskiego? Tylko całego języka. Rany, dziękuję. Naprawdę mi ulżyło.
Ojciec zaśmiał się i Max mimo wszystko poczuł, że opuszcza go gniew. Mężczyzna pochylił się do syna, mrużąc oczy.
- Na razie wystarczy, że zapamiętasz cztery francuskie słowa.
Max nie zamierzał pozwolić ojcu wywinąć się tak łatwo. W milczeniu wpatrywał się w brukowaną ulicę. Na rogu stała kobieta w chuście na głowie, z kubkiem po kawie w dłoni. Max nie rozumiał napisu na kawałku tektury, który miała w drugiej ręce poza słowami faim, "głodny", i réfugié, "uchodźca". Pożałował, że zamówił gofra. Mógłby teraz dać jej te pięć euro.
- Max, proszę cię - powiedział łagodnie jego ojciec. - Przynajmniej spróbuj.
- Nie mam za bardzo wyboru, prawda? - mruknął Max.
- Zuch chłopak! A te cztery słowa... - Jego ojciec rozejrzał się dokoła, jakby chciał się upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje. - O? est la toilette - wyszeptał.
- "Gdzie jest toaleta"? Zwariowałeś? - jęknął Max.
Ojciec wesoło poczochrał jego brązowe kręcone włosy.
- No popatrz. Już wszystko rozumiesz!