Chłopiec z sygnetem - Henryk Palarz

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2018

? Copyright by Henryk Palarz, 2018

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.

 

Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek

Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż

Korekta: Anna Kurzyca

Skład: Wojciech Ławski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

ISBN: 978-83-7856-888-9

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

I. KAMIEŃ MAGICZNY

Facet w czarnej pelerynie przeciwdeszczowej skradał się w pobliżu szkoły podstawowej. Na głowie miał kaptur tak ogromny, aż dziwne, że takie w ogóle szyją, mogło się wydawać, że z powodzeniem zmieszczą się w nim dwie, a nawet trzy głowy, przez co jego twarz była całkiem niewidoczna. Osoba tej postury w zwykły słoneczny dzień przyciągałaby uwagę każdego, a jej sposób stawiania kroków był na granicy pastiszu graniczącego ze złowrogim przeczuciem nadchodzącego nieszczęścia. Nikt normalny nie mógł tak się skradać! Właściwie to należałoby natychmiast zadzwonić na policję, aby wylegitymować dziwaka, zanim dojdzie do nieprzewidzianych wypadków. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na przechodzącego, bo lało jak z cebra. Strużki wody spływały po jego pelerynie z każdej strony, a chyba nie ubrał takiego okrycia po to, żeby nie zmoknąć, ale po to, by być nierozpoznany.

Typek, którego obecności nie dało się wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób, zbliżył się do wejścia do szkoły. Tu stał się ostrożny. Uchylił drzwi i wszedł do przedsionka. Całe litry wody wylały się z zakamarków płaszcza. Woźny zauważył dziwną postać, natychmiast wyszedł ze swojego pomieszczenia i zbliżył się do szklanych drzwi od strony korytarza. Po drugiej stronie tych samych drzwi stanął przybysz. Woźny patrzył na niego, ale nie mógł dojrzeć jego twarzy. Trwało to moment, aż w końcu pracownik szkoły uznał, że pora wyjaśnić, o co właściwie chodzi. Naparł swoim ciężarem na drzwi, ale tamten zrobił dokładnie to samo i obydwaj mężczyźni zaczęli się siłować. Woźny zaśmiał się nerwowo i pchał jeszcze bardziej, ale równie bezskutecznie. Czegoś takiego jeszcze nie było! Wtedy kaptur uniósł się nieco w górę, woźny zdębiał, bo zobaczył długą brodę przybysza i usta szerokie, a z nich wysuwający się... język! Woźny się cofnął i strach go obleciał, bo to jakiś nienormalny był chyba, i już kołatało mu w głowie pytanie, gdzie właściwie należy zadzwonić, aby sprowadzić pomoc. Nieznajomy zauważył przestrach woźnego, zaśmiał się głośno niskim głosem i zaczął swój język pokazywać i chować. Woźnego to rozjuszyło, tamten zagrał na jego honorze, i przede wszystkim na terenie jego szkoły, której pilnował! Nacisnął na drzwi z całej siły, przybysz się cofnął i zaczął się oddalać, jednak nie w stronę ulicy, ale wzdłuż budynku, a za murem skręcił na dziedziniec szkoły. Woźny na pewno odpuściłby pogoń, ale dziwak po prostu chyba zamierzał się dostać do szkoły innym wejściem, a na to pracownik szkoły nie mógł pozwolić. Spojrzał na ulewę, pobiegł po kurtkę do swego pomieszczenia i przytrzymując ją nad głową, szybkim krokiem skierował się na podwórze.

Tam nikogo nie zobaczył. Zauważył otwarte drzwi pomieszczenia gospodarczego. Był pewien, że rano były zamknięte. Podszedł do uchylonych drzwi i ostrożnie popatrzył do środka. Znienacka obleciał go strach, ale wypadało wejść i sprawdzić. Wewnątrz wszystko było poukładane jak zwykle: stół stolarski używany do drobnych napraw, narzędziownia, sterty krzeseł na piknik, stoły... Ulewa powodowała straszny hałas, bębniąc o dach niskiego budynku, nie mógł więc słyszeć cudzych ostrożnych kroków na dworze przybliżających się do drzwi wejściowych, które nagle się zatrzasnęły z hukiem, a czyjeś dłonie zręcznie zamknęły dyndającą na haku otwartą kłódkę. Woźny odwrócił się i stwierdził, że został na mur-beton uwięziony. Będzie musiał się nakrzyczeć, aby ktokolwiek go uwolnił, bo budynek nie miał okien, a drzwi były wyjątkowo solidne.

– Proszę pani, czy mogę wyjść do toalety? – zapytał Karol bawiący się w szkolnej świetlicy już od półtorej godziny. Za oknem potwornie lało, a nieodebrane jeszcze dzieci bawiły się i nie zwracały uwagi na ulewę. Z trwogą za okno patrzyła tylko pilnująca ich nauczycielka, zastanawiając się, czy nie będzie musiała dziś zostać dłużej, jeśli rodzice nie przyjdą na czas.

Karol wyszedł na korytarz, zerknął przez okno, z zaskoczeniem ujrzał niezwykłą postać w czarnej pelerynie przebiegającą przez szkolny dziedziniec. Wydało mu się to na tyle dziwne, że zapomniał o wejściu do toalety, i skierował się do przeszklonych drzwi wejściowych, aby popatrzeć na zewnątrz. Czarna postać zbliżyła się do drzwi wejściowych. Porażająca magia ciemnej sylwetki nieznajomego spowodowała, że chłopiec odruchowo chciał się schować. Mężczyzna pokonał przedsionek kilkoma wielkimi krokami i znalazł się przy drugich drzwiach. Karol w panice pobiegł w prawo, ale nie było tam żadnego schronienia poza piedestałem, na którym stało popiersie Henryka Sienkiewicza. W ostatniej sekundzie przykucnął za patronem szkoły, pozostając niezauważony. Nieznajomy rozejrzał się w prawo i w lewo i podszedł pod drzwi z napisem Sekretariat. Zamiast zapukać, klęknął i próbował zajrzeć do środka przez szparę między drzwiami a podłogą, a że było to chyba niemożliwe, bo szczelina była zbyt wąska, zaczął obcesowo naciskać klamkę, wywołując natychmiast stamtąd osobę samej pani dyrektor.

– Miałeś tu nie przychodzić! – stwierdziła kobieta bez powitania z nieznajomym, rzucając nerwowe spojrzenia na boki. – Nikt cię nie widział? Woźny cię nie zatrzymał?

Tamten się zaśmiał.

– O zgrozo, po coś tutaj przyszedł? – zżymała się. – Chyba że masz to dla mnie? Masz?

Przybysz pokłonił się, a nagle zgarbiona sylwetka była teraz groteskowa, komiczna. Stojąca przed nim na szpilkach czarnowłosa pani dyrektor zdawała się dwukrotnie wyższa. Postać w kapturze sięgnęła do przepastnych pół płaszcza, grzebiąc w środku.

– Masz? – ponaglała dyrektorka. – Zaraz ktoś cię przyuważy, nie możesz tu być!

Nieznajomy znieruchomiał, jakby zaczął się nad czymś zastanawiać, a jego bezczynność rozjuszyła panią dyrektor, która zbliżyła się do mężczyzny i sama zaczęła mu przetrząsać kieszenie w płaszczu.

– Jest! – krzyknęła kobieta i szarpała odzież przybysza, aby coś wysupłać. Wtedy w jej dłoni pojawił się przedmiot, który przebłyskiwał między palcami. Dyrektorka cofnęła się o krok i wpatrywała w przedmiot trzymany teraz na otwartej dłoni. Była zafascynowana. Karol aż wychylił się zza piedestału i zobaczył gładki, błyszczący kamień o trójkątnym kształcie, pewnie taki, jaki można kupić u jubilera. Pani dyrektor lubi błyskotki – pomyślał chłopiec, choć obserwowane spotkanie zdawało mu się co najmniej dziwne.

– Cudowny... – szeptała pani dyrektor, wpatrując się w kamień i jednocześnie zdając się tracić kontakt z rzeczywistością.

Wtedy rozległ się dzwonek. Wzdrygnął się Karol, drgnęli dyrektorka i przybysz, który odruchowo odwrócił się do tyłu, a pani dyrektor wrzasnęła:

– Znikaj stąd!

I wówczas stało się coś najbardziej nieprzewidzianego, bo oto postać w czarnej pelerynie w ułamku sekundy stała się przeźroczysta, a kiedy Karol mrugnął, nie było już śladu po nieznajomym. Jednocześnie pani dyrektor porażona tym samym widokiem zachwiała się w czarnych pantoflach na wysokim obcasie i runęła na podłogę, aż grzmotnęło. Dłoń kobiety uderzyła o betonową posadzkę i otwarła się, kamień potoczył się w kierunku Karola i zatrzymał się dokładnie między jego stopami.

Dzieci tłumnie wychodzące z klas natychmiast zbliżyły się i otoczyły leżącą panią dyrektor. Zaciekawione wlepiły wzrok w kobietę, ktoś nawet próbował podać jej rękę. Podbiegła także nauczycielka i zobaczyła przyczynę zbiegowiska: oto jej szefowa, potłuczona i oszołomiona, próbuje wstać, ale jej się to nie udaje, i tylko szepce:

– Gdzie jest kamień, gdzie jest kamień...?

Słowo "kamień" brzmiało wyraźnie, namiętnie, a głos był pełen pożądania. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi, wszyscy tylko chcieli jakoś pomóc kochanej pani dyrektor, ktoś zadzwonił na 999, a inny dorosły zarządził, by do czasu przyjazdu karetki pogotowia nie przesuwać leżącej. Przyniesiono tylko ze świetlicy pluszowego łosia z rogami i z przyszytym czerwonym sercem i położono pod jej głowę.

 

Marta, starsza siostra Karola, gimnazjalistka, przyszła do świetlicy po brata. Rozpoznała ją jej była nauczycielka.

– Marta, ale urosłaś!

– Pani też! – wyrwało się Marcie, jako że na pierwszy rzut oka jej dawna nauczycielka zmieniła rozmiar z czterdzieści na czterdzieści cztery. Natychmiast ugryzła się w język.

– Naprawdę tak uważasz? – zmartwiła się pani, odruchowo wciągając brzuch pod garsonką.

– Ach nie... – Marta natychmiast zmiękła i mowa jej ciała zdradzała, że nie chciałaby tego tematu drążyć.

– Poczekajcie, dzieci – powiedziała nauczycielka. – A ty chodź ze mną.

Poszły razem do toalety. Pani zaczęła się przeglądać w lustrze.

– Właściwie już dawno wydawało mi się, że przytyłam. A ty pierwsza mi to powiedziałaś, dziękuję ci, wiesz, teraz szczerość jest w cenie. – Nauczycielka wciąż przeglądała się, wciągała brzuch i opuszczała bezwładnie. – Muszę coś z tym zrobić...

Obydwie wróciły do świetlicy.

– A więc przyszłaś po...?

– Po Karola.

– Aha, a możesz go w ogóle odbierać? – zastanawiała się nauczycielka, sięgając po segregator. – Poczekaj, sprawdzę... mam tylko wpisaną mamę, tatę i panią Urszulę – waszą opiekunkę. Ale ciebie nie ma. Nie jesteś jeszcze dorosła.

– Ale mogę odebrać brata.

– Ale nie jesteś upoważniona.

– Właściwie to ja go nie odbieram, tylko mu towarzyszę.

– A jaka to różnica?

– No taka, że Karol może sam iść do domu, a ja po prostu idę z nim.

– Ale nie może iść sam.

– Może.

– Nie może.

– Może. Skończył już dawno siedem lat.

– No i co z tego?

– Może sam chodzić po ulicy, więc może i sam wrócić do domu. Tylko dziecko, które nie ma siedmiu lat, musi być pod opieką osoby, która ma co najmniej dziesięć.

– A skąd to wszystko wiesz?

– Artykuł czterdziesty trzeci ustęp pierwszy prawa o ruchu drogowym. Chyba nie pomyliłam? – Marta się zaśmiała.

Pani podejrzliwie przypatrywała się dziewczynce.

– Zmieniłaś się... Ale w upoważnieniu jest napisane, że tylko te trzy osoby mogą odbierać Karola.

– Ustawa jest ponad upoważnieniami.

– No, nie wiem... – Teraz nauczycielka twierdząca przy każdej okazji na lekcjach, że nie należy zaczynać zdania od "no", sama go użyła. – Masz tatę prawnika, zdaje się?

– Dokładnie – odpowiedziała Marta.

– Skoro tak, to możesz odebrać Karola.

– Ale ja mu tylko towarzyszę, on idzie sam.

– Teraz to przegięłaś! – Nauczycielka się zdenerwowała. – Kpisz sobie ze mnie!

– Ależ skąd.

– Nawet nie wiem właściwie, czy mogę ci oddać brata pod opiekę. Nie mogę nikogo zapytać, bo panią dyrektor zabrało pogotowie.

– Karol, chodź! – ucięła dyskusję Marta.

Chłopiec wziął tornister i podszedł do drzwi. Dwójka dzieci pożegnała się i oddaliła. Pani stała bezradnie w drzwiach.

– Muszę coś ze sobą zrobić. Muszę schudnąć – wyszeptała.

 

Po wyjściu ze świetlicy Marta z Karolem skierowali się do szatni.

– Słyszałeś, podobno panią dyrektor zabrało pogotowie? – zapytała Marta, ponawiając żucie gumy przyklejonej do zębów. Nie chciała żuć przy nauczycielce.

– Słyszałem – odparł Karol, dźwigając swój przeciążony tornister z wizerunkiem Spidermana. – Zosia jest w domu?

– Nie wiem, idę od koleżanki.

– Pani dyrektor kogoś zniknęła.

– Co?

Karol powtórzył.

– Jak to zniknęła?

– Zniknęła jakiegoś dziwnego pana.

– Wiesz co, Karol, może ty za długo siedzisz w tej szkole.

Karol pomyślał, że rzeczywiście nikt mu nie uwierzy. Właściwie jedyną osobą, którą mógłby zapytać, co właściwie się stało, była pani dyrektor, a właśnie jej nie mógł zapytać, bo musiałby się przyznać, że był schowany i ukradkiem obserwował całe zdarzenie.

– Wiesz co, Marta?

– Co?

– Dziękuję, że po mnie przyszłaś.

– Toś mnie rozbawił.

Marta trzymała w dłoni egzemplarz Zemsty Fredry.

– Daj tę książkę, poniosę ci.

– Muszę ją oddać do biblioteki. Przecież masz ciężki tornister.

– Wcale nie, lekki – odparł Karol i delikatnie podrzucił go w górę. W środku było sześć dużych podręczników i tyle samo zeszytów, nie licząc innych drobiazgów.

Karol pomyślał, że uczucie lekkości tornistra to coś nowego. Tornister dotąd był przytłaczający.

– Coś ty nagle stał się taki silny? – zapytała podejrzliwie Marta. – Jak chcesz, to masz. – Podała bratu książkę.

Zeszli do szatni. Na dziecięcym krzesełku siedziała pod murem nowa młodziutka pani pilnująca, aby dzieci sprawnie się przebierały. Karol podszedł do niej.

– Ładnie dziś pani wygląda – stwierdził.

Kobieta miała w ręce komórkę. Podniosła głowę i spojrzała tak, jakby Karol skasował jej wszystkie wiadomości.

– Słu-słucham?

– Co ty, Karol, podrywasz tę panią? – zganiła go Marta.

– A tak, jakbyś zgadła! – odparł, idąc dalej i zostawiając za sobą dwie osoby z otwartymi buziami.

Karol przebrał się. Wyszli ze szkoły. Przestało padać.

– Powiem mamie, co powiedziałeś tej pani.

– Tak? To ja powiem twojej nauczycielce polskiego, że nie dość, że przetrzymałaś lekturę przez dwa miesiące, to jeszcze przeczytałaś ją tylko do połowy.

– Skąd wiesz? – zdziwiła się mocno Marta.

– W książce jest zagięcie strony. Tylko ty tak zaznaczasz.

– Oddaj ją – powiedziała Marta i odebrała książkę. – Zajrzała do środka i stwierdziła, że rzeczywiście, pozostawiła taki ślad.

– Ciekawe, jak to powiesz mojej nauczycielce, skoro chodzę do innej szkoły?

Karol roześmiał się.

Weszli do położonego tuż przy szkole domu kultury. W jednym z pomieszczeń była biblioteka. Marta zaczęła szukać pieniędzy w portmonetce.

– Nie szukaj, tata już za ciebie zapłacił – stwierdził Karol.

– Tak? Skąd wiesz?

– Zapłacił jak byliśmy tu ostatnio.

– To dobrze, kupimy sobie lody.

Marta weszła do biblioteki. Karol pozostał na korytarzu. Kiedy wyszła stamtąd minutę później, brata nie było. Rozglądała się dookoła, sprawdziła w toalecie. Chłopiec zniknął. Drzwi na salę występów były zamknięte na klucz. Mógł jeszcze pójść na górę. Dziewczyna wspięła się na pierwsze piętro. Było tam pełno pozamykanych drzwi, z wyjątkiem jednych, które były półotwarte. Marta podeszła do nich i usłyszała fragment rozmowy:

– Powtarzam, że tylko rodzice mogą cię zapisać na kółko szachowe, a nie ty sam.

– To może zróbmy tak – odezwał się Karol. – Pani mnie zapisze, a rodzice tylko potwierdzą.

– Najpierw muszą rodzice przyjść albo przynajmniej zadzwonić, w ten sposób nie mogę cię przyjąć do grupy. Jeżeli cię zapiszę, a rodzice nie zapłacą, to tylko zostanie zablokowane miejsce.

– A ile kosztują lekcje?

– Siedemdziesiąt złotych za semestr.

Na chwilę rozmowa ucichła, a potem rozległ się tryumfujący głos Karola:

– Proszę.

– Nie mogę przyjąć tych pieniędzy. Skąd tyle masz przy sobie?

– Dlaczego nie może pani przyjąć?

– Bo... – Damski głos się roześmiał. – Sprytny jesteś. Dobrze, wezmę pieniądze i zapiszę cię, zostaw tylko telefon do rodziców.

Karol wyszedł z pokoju.

– Karol, ty dziś jakiś taki inny jesteś – stwierdziła Marta. – Skąd ci przyszło do głowy zapisać się na szachy?

– Zawsze o tym marzyłem – odparł z wyraźną satysfakcją w głosie.

Rodzeństwo wyszło z domu kultury i poszło po lody do sklepu spożywczego. Następnie omijając wysoki budynek siedziby firmy internetowej, której innowacyjność podkreślała zewnętrzna przeszklona winda, weszli w ulicę Skośną. Na placu zabaw pod blokiem znajdował się Daniel, kolega Karola. Chłopiec skręcił na plac, zostawiając Martę, która weszła do bloku. Nie pozwolił sobie odebrać tornistra, co po raz kolejny dziś zdziwiło jego siostrę.

Daniel był starszy o rok od Karola, kiedyś nauczył go, jak się rozbujać na huśtawce. Potrafił także wspaniale się wspinać, trzymając się poprzecznych drążków na drewnianej konstrukcji, i jeszcze nigdy nie spadł. Karol też tak chciałby, ale puszczał się najdalej przy czwartej–piątej poprzeczce z dwunastu. Zaraz znów spróbuje. Od godziny czuł się inaczej. Od chwili, kiedy wyszedł na moment ze świetlicy. Czuł się wspaniale, kiedy podrzucał tornister przy Marcie, i wtedy, gdy nieoczekiwanie ośmielił się pójść zapisać się na szachy, czyli zrealizować swój pomysł. Teraz patrzył na Daniela i chciał dorównać koledze we wspinaczce na konstrukcji, żeby ten uznał, że Karol zrobił postępy i popatrzył na niego z podziwem.

Karol wspiął się i doszedł aż do ósmej poprzeczki, dzięki czemu nie spadł do kałuży. Bardzo się ucieszył, bo ostatnia próba była wczoraj. Wtedy odciągnął Daniela na ławkę i opowiedział mu o tym, jak pani dyrektor "zniknęła" mężczyznę w szkole.

– Jak to zniknął? – powątpiewał Daniel. – Musiał gdzieś pójść. Może nie zauważyłeś.

– Ty też nie wierzysz...

– Tak każdy mógłby powiedzieć, że ktoś tam zniknął, rozumiesz? A nikt nic nie widział.

– Ja widziałem.

– Żeby ktoś nagle stał się przeźroczysty... i zniknął? – rozważał Daniel, uznając opisaną historię za niewiarygodną.

– A jeśli będę mógł ci to udowodnić?

– A jak?

Karol zamilkł na chwilę.

– Może znam sposób, żeby kogoś... zniknąć. Żeby ci to udowodnić, ktoś musiałby naprawdę zniknąć.

– A jak to zrobisz?

– Poczekaj. Nie mogę ci pokazać, bo jak ktoś naprawdę zniknie, to już go nie będzie, rozumiesz? Nie wróci do domu.

Daniel nalegał:

– Ale jak chcesz to zrobić?

Karol rozejrzał się dookoła.

– Może to działa także na zwierzęta.

– Co?

– Znajdźmy jakieś zwierzę.

Daniel rozejrzał się. Spacerował ktoś z psem.

– Tam jest!

– Nie. – Karol pokręcił głową. – Ten pan na nas nakrzyczy. Jakieś inne.

Innego psa bez właściciela nie było w pobliżu.

– To może muchę – zaproponował Daniel. Na placu zabaw ożywiły się muchy po niedawnym ulewnym deszczu.

– Dobra.

Karol ostrożnie wyjął trójkątny kamień z tornistra. Daniel spoglądał na niego ciekawie.

– Co to jest?

Karol zignorował pytanie. Na desce siedziała mucha.

– Uważaj teraz. – Karol ścisnął mocno kamień w dłoni i powiedział: – Zniknij, mucho!

Daniel nachylił się z zaciekawieniem. Mucha stała się niewidzialna, zniknęła.

– Nie ma jej! – krzyczał Daniel. – Nie ma! Nie ma!

– Ciszej – powiedział zafascynowany Karol. – To działa! Widzisz, tak jak mówiłem.

– Potrafisz zrobić tak, że zniknie ktoś!

Daniel był oszołomiony. Karol z kolei zdawał się bardziej przestraszony, niż ucieszony tym, że eksperyment się udał.

– Daj mi ten kamień – powiedział Daniel.

– Nie mogę ci go dać. Muszę go oddać.

– Komu?

– Pani dyrektor.

– Przecież ona miała dziś w szkole jakiś wypadek – stwierdził Daniel, który chodził do tej samej szkoły, lecz o klasę wyżej.

– Nie szkodzi, kamień nie jest mój.

– Nie musisz jej go oddawać. Wie, że go wziąłeś?

– Nie.

– To sam widzisz!

– Ale nie jest mój.

– Możemy zrobić tak, że... – tu Daniel się rozejrzał – że zniknie na przykład twój blok! – Daniel się zaśmiał.

– Właśnie! – odparł Karol. – I gdzie wtedy będę mieszkał?

– Ze mną – odpowiedział Daniel.

– Dzięki. Masz starszych braci i wcale bym się tam nie zmieścił.

Karol nie był ucieszony zniknięciem muchy. Poczuł moc działania kamienia, co on może zrobić, a właściwie zniszczyć. Zastanawiał się nad możliwością ponownego jego użycia.

Z okna sąsiedniego bloku rozległ się głos mamy Daniela wołającej go na obiad.

– Muszę iść. Będziesz tu później? – zapytał przyjaciel.

– Zobaczę – odparł Karol, wziął tornister i poszedł w swoją stronę. Ale jeszcze się odwrócił i krzyknął:

– Nasza tajemnica!

 

Karol poszedł do swego pokoju i otworzył komputer. Wpisał hasło "magiczny kamień". Taki był tytuł filmu animowanego sprzed kilkunastu lat, który można było zresztą zobaczyć online w całości. Następnie wpisał "magiczny trójkąt". Według wolnej encyklopedii Wikipedii było to hasło dotąd nieopisane, można było zamieścić własną definicję. Następnie przejrzał obrazy dla podobnego hasła i uznał, że jego kamień odpowiada wizualnie ostrosłupowi – wielościanowi, którego trzy ściany boczne są trójkątami o wspólnym wierzchołku, a podstawa jest identycznym trójkątem.

Wyjął kamień i obejrzał go dokładnie – był niepodobny do żadnego innego, wewnątrz mieniły się różne jaskrawe kolory, a w samym środku najbardziej intensywna była purpura. Cały był gładki, ale miał zaokrąglone krawędzie.

Karol żałował, że kamień ma wyłącznie moc do tego, żeby ludzie albo przedmioty znikały. Zastanowił się, jaką korzyść można odnieść z przedmiotu, który nagle znalazł się w jego posiadaniu. Mógłby usuwać to, co jest niepotrzebne – na przykład śmieci, całe góry śmieci, niepotrzebne wysypiska.

Westchnął. Postanowił, że nazajutrz odda kamień pani dyrektor. Po południu wróciła ulewa. Karol już nie wychodził z domu.

 

Rano tornister Karola wydawał się lżejszy niż poprzedniego popołudnia, mimo że był równie solidnie naładowany. Okoliczność ta była dla chłopca bardzo zabawna. Już dawniej zgadzał się z opinią tych wszystkich rodziców, którzy twierdzili, że tornistry są przeciążone.

Pod szkołą zobaczył tłum dzieci kłębiących się przy wejściu i niemogących wejść do środka.

Wychowawczyni, pani Sałacka, zobaczyła nadchodzącego Karola i jeszcze inne dziecko z tej samej klasy i zawołała ich do siebie.

– Czekamy, czekamy – uspokajała ich. – Czekamy, aż ktoś otworzy drzwi.

Karol usłyszał nerwowe rozmowy dorosłych prowadzone przez telefony komórkowe. Na szkolne podwórko wjechał czyjś samochód i wysiadła pani pilnująca szatni. Tak szybkimi krokami, na jakie pozwalała jej obcisła spódnica, zbliżyła się do wejścia i zaczęła niezręcznie manipulować przy zamku.

Nauczycielki stwierdziły z ulgą, że nareszcie mogą wejść. Ale to nie wszystko, co było niecodzienne tego poranka, bo z chwilą rozpoczęcia pierwszej lekcji wszystkie dzieci musiały udać się do auli. Każda nauczycielka stanęła przy swojej klasie, z wyjątkiem pani Sałackiej, która stanęła na środku i zaczęła manipulować przy mikrofonie, a kiedy jej się to nie udawało, stuknęła nim o stół tak mocno, że cały z hukiem się rozleciał. Kiedy stało się jasne, że nie będzie mogła z nagłośnienia skorzystać, wszyscy nagle ucichli i wysłuchali następującej mowy:

– Drogie dzieci, szanowne koleżanki i koledzy. Postanowiłam spotkać się dziś z wami wszystkimi z dwóch powodów. Po pierwsze, chciałam wytłumaczyć to zajście, które miało miejsce przed szkołą, kiedy dzieci nie mogły wejść do środka. Otóż, jak już wiedzą wszyscy nauczyciele, wczoraj po południu zaginął... tak, po prostu zaginął nasz woźny...

Karol aż jęknął.

– ...nie wiadomo, jak to się stało, ale zniknął już wczoraj, nie zabrał też telefonu, dlatego nie ma z nim kontaktu, nie wrócił na noc do domu i zostało zgłoszone jego zaginięcie. Jest to o tyle niezwykłe, że ludzie tak po prostu nie znikają bez powodu, a nasz wieloletni pan woźny zawsze bardzo skrupulatnie podchodził do swojej pracy, zawsze nam pomagał, ciągle coś ulepszał, a tymczasem nie wiemy, gdzie jest, co się z nim dzieje. Bardzo martwi się także jego rodzina. Dlatego proszę, abyśmy byli wszyscy czujni, proszę zgłaszać mi wszelkie okoliczności, które mogłyby przyczynić się do wyjaśnienia tego zdarzenia.

Zapadła przeraźliwa cisza.

– Po drugie – kontynuowała pani Sałacka – jak też już większość z was wie, pani dyrektor uległa wczoraj drobnej... kontuzji tutaj w szkole, na korytarzu. Obecnie przebywa w szpitalu, skontaktowałam się z nią już wczoraj i ma się dobrze, ma nadzieję, że niebawem wróci do pracy z jeszcze większym entuzjazmem, ale na razie, w najbliższym czasie, choć nie mogę sprecyzować w jakim, nie może do szkoły oczywiście przychodzić. W związku z tym, powstaje kwestia zastępowania pani dyrektor w czasie jej nieobecności. Ponieważ do końca nie wiadomo, jak długo to potrwa – tu pani Sałacka spojrzała na sekundę na kartkę – zgodnie z artykułem trzydziestym siódmym ustawy o systemie oświaty, pani dyrektor zdecydowała się na powierzenie mi stanowiska wicedyrektora i w tym celu wystosowała jeszcze wczoraj wieczorem zapytanie do organu prowadzącego, rady szkoły oraz rady pedagogicznej, w celu dopełnienia obowiązku zasięgnięcia opinii w tej sprawie.

Zapadła cisza. Po chwili padło zarządzenie zakończenia apelu. Kiedy wszyscy tłoczyli się przy wyjściu z auli, Karol natknął się na Daniela.

– Słyszałeś? Woźnego też zniknęła – wyszeptał Karol z przejęciem.

– Słyszałem.

– Nie mogę jej oddać tego kamienia, bo znowu zrobi to komuś – najpierw zniknął ten dziwny facet, a potem nasz woźny. Wiesz, co może jeszcze się stać? Wszyscy możemy zniknąć! Rozumiesz? Wszyscy, ty, ja, nasza klasa, nasza szkoła. I nikt nic nie zrobi.

– Ale nie wiadomo, czy to ona tego woźnego... może zniknął z innego powodu?

– Jakiego?

– Może uciekł albo coś w tym rodzaju.

– Zrobiła z nim to, co myśmy zrobili z muchą – stwierdził Karol z przekonaniem.

Daniel milczał, rozważając te argumenty.

– Będziesz dziś na placu zabaw? – zapytał Karol.

– Będę – obiecał Daniel. – Wczoraj miałeś przyjść. Czekałem. Zrobimy eksperyment?

– Zrobimy.

Karol przez chwilę pomyślał, że mógłby właściwie zrobić z każdym to, co pani dyrektor zrobiła z woźnym i z tym drugim. Ale nie miał ochoty robić nic złego, rozpierała go siła i poczucie różnych nowych możliwości.

Na lekcjach tego dnia Karol był bardzo aktywny i dostał najwięcej dobrych ocen. Tuż po zakończeniu zajęć pokazał wychowawczyni adnotację w zeszycie, zresztą łatwo uzyskaną jeszcze poprzedniego dnia od mamy, że może już sam wracać do domu.

 

Tuż po obiedzie pobiegł na plac zabaw. Daniel już czekał na niego, ale przebywały tam też inne dzieci.

– Masz to? – zapytał kolega.

– Mam – odparł Karol. – Ale musimy iść gdzieś indziej. Czekaj, przejdę tylko przez drabinkę.

O dziwo, dziś na drewnianej konstrukcji Karol bez trudu pokonał, trzymając się rękami i wisząc w powietrzu, wszystkie dwanaście szczebli, ale przy ostatnim nie zeskoczył, tylko przekręcił się i pokonał jeszcze dwa szczeble w drodze powrotnej. Daniel patrzył na to zdziwiony, kręcąc głową, ale nic nie powiedział.

Pobiegli na inny plac zabaw, przy domu kultury, a dokładniej naprzeciw wejścia do dawnego przedszkola Karola. Tam o tej porze było pusto.

– Pokaż kamień – powiedział Daniel.

– Mam go – zapewnił go Karol, sięgając do kieszeni, aby tego dowieść.

Daniel się rozejrzał. Można było łatwo znaleźć muchę, komara, ale eksperyment miał być poważniejszy.

– Wiem! – zawołał. – Znikniemy kotki!

Wśród mieszkających tu dzieci było powszechnie wiadome, że kotki mieszkają tuż obok w zaroślach pod betonowym murem odgradzającym stację transformatorową. Ktoś dla nich zbudował albo przyniósł drewnianą budę, która zarosła wysokimi pokrzywami stanowiącymi naturalną osłonę, więc rzadko kto do niej zaglądał. Chłopcy przeszli w to miejsce, uważając, by się nie poparzyć. Zajrzeli do środka. Był tam jeden mały kotek, jego mama musiała pójść szukać jedzenia.

– Szkoda go – powiedział Karol. – Jego mama będzie płakać.

– To nic, zróbmy eksperyment.

Karol rozejrzał się wokół za innym stworzeniem. Wysoko na drutach elektrycznych siedziały ptaki. Miał wątpliwości. Dlaczego niby miał spowodować, by jeden z nich zniknął?

Tymczasem Daniel ponaglał:

– Jak nie chcesz tego zrobić, to ja mogę.

Gorączka zrobienia eksperymentu była zbyt silna. Karol położył kamień na dłoni, mocno ją zacisnął i powiedział:

– Chcę, żeby kotek zniknął.

Chłopcy pochylili się z zaciekawieniem. W budzie było ciemnawo, a kotek po prostu rozpłynął się w mroku.

– Wow! – krzyknął Daniel.

Karolowi zrobiło się jednak przykro, tak przykro, że oczy zaszły mu łzami. Odwrócił się i poszedł na ławkę.

– Karol, co jest? Widziałeś? – Daniel się ekscytował.

Karol delikatnie szlochał. Kiedy się uspokoił, rzekł:

– Po co ten kamień w ogóle jest? Żadnego z niego pożytku! – Nagle znieruchomiał. – A może da się przywrócić kotka do życia?

Dla Daniela taka możliwość byłaby równie niezwykła.

– Wiesz, to jest myśl!

Chłopcy podbiegli ponownie pod budę. Była pusta, kotka nie wróciła jeszcze do swojego maleństwa.

Karol wziął kamień do ręki, zacisnął mocno i powiedział:

– Chcę, żeby ten kotek był znowu z powrotem.

W budzie coś się zmieniło, nagły cień poszarzał, przybierając postać ocierającego się o deski kotka, który podniósł ogonek i miauknął.

– Jest, jest, jest! – wołał Karol. – Jest! Wrócił! Kotek wrócił! Kotek wrócił!

Skakał i tańczył, nie mogąc uwierzyć własnemu szczęściu. Przypadkowo wpadł w gęste pokrzywy i zaczął natychmiast krzyczeć, ale już z innego powodu.

– Aua, aua!

– Co tam macie? – rozległ się nagle głos z tyłu.

Chłopcy odwrócili się gwałtownie. Przed nimi stał Kamillo z szóstej, o głowę wyższy od Karola, znany z tego, że dokuczał wszystkim, a to z tego powodu, że nikt go nie lubił, a może odwrotnie, nikt go nie lubił, bo każdemu dokuczał. Znany także z tego, że głównie dłubie w nosie. Że też akurat musiał się pojawić!

– Tylko nie to – jęknął Karol, natychmiast zapominając o poparzeniach.

– Co masz w ręce? – zapytał tamten.

– Nic.

– Pokaż!

– Nie.

Odmowa rozjuszyła Kamilla, ruszył w kierunku Karola, a ten, nie mogąc uciekać w pokrzywy, jedynie schował dłoń za siebie, ale na nic to się zdało, bo tamten, starszy i większy, sięgnął ręką za plecy Karola i szarpnął mu dłoń, ale nie zdołał zabrać kamienia. Karol zaciskał pięść tak mocno, że żadna siła nie potrafiła mu sprostać. Po chwili koleś ustąpił. Spocił się tylko, próbując rozewrzeć palce Karola.

– Silny jesteś – stwierdził, robiąc krok w tył i ocierając dłonią spoconą twarz. – Ale ja jeszcze silniejszy!

– Niech zniknie! – zawołał Daniel gorączkowo.

– Nie mogę – Karol pokręcił głową. – Słuchaj, Kamillo – powiedział Karol nieoczekiwanie dla samego siebie opanowanym tonem. – Chcesz skończyć tę szkołę?

– A co? – Kamillo sprawiał wrażenie zaskoczonego pytaniem.

– To bierz nogi za pas i uciekaj stąd szybciej niż możesz.

– Hę? – Kamillo zaśmiał się cynicznie i natarł na Karola.

Karol błyskawicznie się uchylił i w sekundę znalazł się za Kamillem, a wtedy kopnął go w tyłek i napastnik znalazł się w pokrzywach. Co więcej, nie mógł się stamtąd wygramolić, wplątawszy się w jakieś druty. Wstał z drutami przyczepionymi do nóg, cały czerwony z wściekłości. Nic nie mówił, tylko dyszał ciężko. To już nie były przelewki.

– Zwiewamy stąd! – zawołał Daniel.

– Wcale nie chce mi się uciekać – stwierdził Karol.

– Zaraz cię dopadnę! – odgrażał się Kamillo, próbując się wyplątać.

– Uciekamy! – ponowił apel Daniel i odbiegł na względnie bezpieczną odległość.

– Poczekaj – powiedział Karol spokojnie. – Jeszcze z nim nie skończyłem – dodał, po czym podszedł do Kamilla i popchnął go w pokrzywy. Tamten z powodu splątanych nóg zachwiał się i ponownie upadł, wrzeszcząc wniebogłosy.

– Posłuchaj, Kamillo, nie będziesz nam więcej wchodził w drogę, co? – dopytywał Karol.

– Będę! – wrzasnął tamten.

– Źle postępujesz, Kamillo – powiedział Karol. – Zaczepiaj silniejszych od siebie, rozumiesz? A teraz dam ci nauczkę.

Karol już chciał coś zrobić, ale ktoś głośno kaszlnął. Chłopcy się odwrócili w tamtym kierunku. Ktoś obserwował ich z jednego z balkonów w sąsiednich blokach i celowo głośno zakaszlał.

– Masz szczęście – powiedział Karol.

– Jeszcze się policzymy! – wysapał tamten.

Kamillo gramolił się z ziemi, a chłopcy odeszli. Daniel oglądał się co chwila za siebie, przebierając szybko nogami, ale Kamillo nie zamierzał już ich gonić. Karol nie patrzył w jego kierunku w ogóle.

– Dałeś mu rady, pokonałeś go! – Daniel się gorączkował.

Karol nic nie mówił przez dłuższą chwilę. Zatrzymali się kilkadziesiąt metrów dalej przy nieużywanej konstrukcji do koszykówki. Na ławce obok siedziały dwie matki z dziećmi w wózkach. Dopiero wtedy odwrócił się i zobaczył w oddali Kamilla, który dochodził do siebie. Zauważył, że w spoconej dłoni ciągle ściska mocno kamień.

– Nie wiem, co się ze mną działo – wyznał wreszcie. – Jak mogłem go kopnąć? A potem popchnąć?

Także Daniel nie mógł się uspokoić, był oszołomiony.

– Znikający kot, pojawiający się kot, ja nie mogę...

– Jeszcze nie widziałem czegoś podobnego.

– Normalnie pojawił się znowu!

– Kot, który znika!

– Wszystko może zniknąć!

– Żartujesz!

– Nie żartuję!

Matki dwojga dzieci śpiących w wózkach zaczęły na chłopców intensywnie spoglądać. Ci zamilkli.

– Tu też nie możemy być.

– Chodźmy na plac przy torach kolejowych.

– Ale czad – powiedział Karol. – To wszystko jest nie do wiary. Słyszałeś, co mówiłem do Kamilla?

– No!

– Nie daruje mi tego.

– Ale pokonałeś go!

– Wcale nie. Dałby mi wycisk.

Po chwili chłopcy byli po drugiej stronie głównej, "tramwajowej", ulicy. Tu był zupełnie inny świat – stare kamienice i bloki, rozległy plac zabaw z prostymi urządzeniami. Tu jakby czas zatrzymał się dawno temu.

Karol wyjął kamień i patrzył na niego zafascynowany.

– On potrafi wszystko. Ma magiczną moc.

– Daj potrzymać.

Karol pokręcił głową.

– Nie mogę, rozumiesz?

Daniel się nieco zasmucił. Karol tłumaczył:

– Dwie osoby zniknęły w szkole. To jakby kogoś zabić. Myślałem, że oddam kamień, ale nie mogę, bo zaczną ginąć ludzie i nikt ich nie przywróci.

– Myślisz, że woźnego i tego drugiego można przywrócić, tak jak kotka? – zapytał Daniel.

– Nie wiem – powiedział Karol. – Ale nawet jeśli tak, czy to my możemy to zrobić?

– Możemy spróbować.

– Nie za bardzo, powinna pani dyrektor.

– Jest w szpitalu.

– Musimy poczekać. Ale jak jej powiem, że wziąłem kamień, mnie pierwszego może usunąć. Wiesz, jak wołała: "kamień, kamień"? – zmartwił się Karol.

– No tak – zastanowił się Daniel, po czym dodał: – To będzie nasza tajemnica.

Nastała chwila ciszy.

– Nie lubisz kogoś tak bardzo, że chciałbyś, żeby zniknął? – zapytał Daniel.

– Chyba nie.

– A Kamillo?

– Ten typek mnie denerwuje tylko, ale muszę sobie z nim jakoś poradzić.

– To znaczy jak?

– To znaczy unikać go, chyba że już nie będzie można inaczej.

– A wtedy?

– Wtedy się zobaczy.

– Widziałem, jak nie mógł ci rozewrzeć palców i jak go kopnąłeś.

– Sam się dziwię.

– To jak, robimy eksperyment? – ponaglał Daniel.

– Zaraz – odpowiedział Karol, patrząc na kamień. – A gdyby zamiast powodować zniknięcia, może by coś stworzyć?

– Kamień potrafi przywrócić coś, co znikło, widzieliśmy sami.

– Właśnie, ale czy potrafi stworzyć coś nowego, całkiem nowego?

Daniel szukał wzrokiem jakiegoś punktu zaczepienia.

– Widzisz tamtą dziewczynkę na huśtawce? Gdyby huśtawka zniknęła, ona by spadła na ziemię.

– No tak. – Karol się uśmiechnął. – Ale gdyby stworzyć obok nową, lepszą huśtawkę, na pewno by się przesiadła.

– Ciekawe, co by na to powiedziała jej babcia? – Daniel miał na myśli starszą kobietę siedzącą nieopodal.

– Widzisz tamten spalony plastikowy kosz na śmieci?

– Widzę.

– Spróbuję go usunąć. – Karol powiedział, ściskając kamień: – Chcę, aby tamten kosz na śmieci zniknął.

Na efekt nie trzeba było długo czekać – kosz wtopił się w otoczenie. Daniel wpatrywał się zafascynowany w puste miejsce po koszu.

– Zrobiłeś coś pożytecznego. Kosz był zniszczony, powinni po niego przyjechać i zabrać go stąd.

– Powinienem teraz zastąpić go innym, nowym koszem. Później to zrobię, jak ci ludzie odejdą.

– Kurczę – powiedział Daniel. – A możesz spróbować coś mi wyczarować?

– Co na przykład? – zapytał Karol i nagle zdał sobie sprawę, co usłyszy, bo o tym właśnie chłopcy rozmawiali kilka dni temu. – Mogę spróbować – odrzekł, nie czekając na odpowiedź.

– A skąd wiesz, co chciałem?

– Wiem.

Daniel się zdziwił.

– Pamiętasz?

– Tak.

– To zrób to.

Daniel kilka dni wcześniej wyznał, że jego brat mu powiedział, że w supermarkecie są autka sterowane ludzkim głosem i kiedy Daniel chciał koniecznie takie kupić, brat powiedział: prima aprilis.

– Jakie to ma być autko? – zapytał Karol.

– Małe, żeby nie musiało mieć baterii i żeby wykonywało wszystkie polecenia wydawane głosem.

– Ale nie wiem, czy się uda. Jakie ma być wielkie?

– O takie. – Daniel pokazał palcami.

– Czyli jakieś piętnaście centymetrów?

– Tak.

– A w jakim kolorze?

– Żółte.

– Takie sportowe?

– Tak. Spróbuj.

Karol wyczarował piętnastocentymetrowe żółte sportowe autko, które pojawiło się tuż przed nimi na chodniku. Daniel był zafascynowany. Podniósł je i oglądał ze wszystkich stron. Chciał dać mu zaraz polecenie, a z drugiej strony zwlekał, bo gdyby miało nastąpić rozczarowanie, to jak najpóźniej. Położył wreszcie zabawkę i powiedział:

– Jedź!

Autko ruszyło, po przejechaniu metra wjechało na trawę i utknęło.

– Działa, działa!

Daniel ułożył zabawkę na chodniku na poprzednie miejsce i po starcie poleceniem "w prawo" zapobiegł unieruchomieniu. Autko jechało wzdłuż chodnika. Daniel szedł za autkiem i oddalał się. Zamierzał przemierzyć chodnikiem plac zabaw i wrócić z drugiej strony.

Karol myślał o czymś innym. O całkiem innym pojeździe. O ile uruchamianie samochodziku głosem nie wydawało się czymś specjalnie trudnym technicznie, bez żadnej magii wystarczyło wcześniej nagrać komendy i zaprogramować je tak, aby przypisać do funkcji autka, o tyle "istniał" pewien niezwykły pojazd, który czasem mu się śnił. Śnił z tego powodu, że jego ilustracja – reprodukcja wisiała w pokoju Karola. Wykonanie czegoś takiego byłoby absolutnym szaleństwem, a jednak nic nie stało na przeszkodzie, aby spróbować. Daniel powoli zbliżał się z przeciwnej strony. Zachwalał swój samochodzik. Teraz dopiero pokaże bratu!

Pomysł Karola był tak zuchwały, że wzdragał się przed opowiedzeniem o nim koledze.

– Chciałbym coś stworzyć, ale nie wiem, czy to możliwe...

– Co takiego?

– Samoloto-rekina.

– Co???

– Taki jak z obrazka, który wisi w moim pokoju. Widziałeś.

– Pamiętam.

– Z przodu i z boku wygląda jak samolot, ale z tyłu zamiast metalowego ogona ma ogon rekina, który się porusza i steruje samolotem.

– Pamiętam przecież, dokładnie.

– Chciałbym czymś takim polecieć. Wiesz, jaki to byłby szał?

Daniel zapomniał o swoim samochodziku.

– Masz komórkę przy sobie? – zapytał Karol.

– Mam – odparł Daniel i sięgnął do kieszeni.

– To wpisz w wyszukiwarce: samolot, rekin, Piecha i pokaż, jakie są obrazy.

– Piecha?

– Tak, to ten pan, co namalował obraz, ten malarz.

– Jest! – zawołał Daniel po chwili.

– Tak, to ten – potwierdził Karol, z entuzjazmem spoglądając na ekran smartfonu, na którym wyświetlił się dziób niewielkiego samolotu mającego dwa skrzydła, kilka okienek z boku, pod skrzydła były podpięte dwa silniki, a w dalszej części kadłub kończył się zakrzywionym ogonem rekina. W górę sterczała zakrzywiona płetwa pomalowana na czerwone pasy.

Karol się rozejrzał. Gdyby coś takiego naprawdę miało teraz powstać, należałoby odejść poza zasięg ludzkiego wzroku. Chłopcy pobiegli w kolejne miejsce, kilkaset metrów dalej, gdzie kończyła się zabudowa i przebiegały tory kolejowe. Na wprost prowadziła polna droga, a wokół były nieużytki.

– Tu – powiedział Karol. – Tu jest dobrze albo jeszcze kawałek dalej, za tymi drzewami.

Przenieśli się na optymalne miejsce, gdzie niezauważony z pobliskich okien mógłby powstać tak wielki obiekt latający. Karol popatrzył Danielowi głęboko w oczy.

– Może to niebezpieczne – powątpiewał Daniel. – Zresztą na pewno się nie uda.

– Ale spróbujemy – zapewnił go Karol ciekaw efektu urzeczywistnienia swojego pomysłu i patrzył na pustą przestrzeń, gdzie mógłby za chwilę pojawić się ów twór.

Przez chwilę dyskutowali na temat parametrów samolotu, długości, szybkości, liczby miejsc i sposobu sterowania. Daniel śmiejąc się, dodawał własne brawurowe pomysły, takie jak ekstremalna szybkość i sposób startu. Po konsultacjach Karol powiedział głośno, ściskając kamień:

– Chcę teraz mieć srebrny samolot-rekin, długi na dziesięć metrów, z dwoma skrzydłami, dwoma silnikami, jednymi drzwiami, który mógłby poruszać się cztery razy szybciej od dźwięku, sterowany joystickiem, głosem i automatycznie, w środku mają być cztery fotele, barek zaopatrzony w napoje w puszkach – po cztery wody mineralne, sok pomarańczowy, cztery batoniki toffi, do tego po paczce chrupek kukurydzianych i orzeszków ziemnych i ma wyglądać jak ten na zdjęciu i umieć startować pionowo.

Życzenie spełniło się natychmiast. Z niewyraźnych konturów wyłaniał się dokładnie taki kształt, jak na zdjęciu, samolot-rekin przerażał swoimi rozmiarami, a przede wszystkim tym, że ogon zamachał jak żywy.

– O! Ach! – wrzasnęli jednocześnie Karol i Daniel.

W dziecięcej wyobraźni potrafi się wiele zmieścić, więc chłopcy nie zemdleli, jak zrobiłby to zapewne niejeden dorosły na taki widok. Samolot-rekin stał gotów do startu, groźnie wyglądający zarówno z przodu, jak i z tyłu, z gigantycznym śliskim ogonem mogącym przerazić każdego.

Karol rozejrzał się, czy ktoś nie patrzy, bo na taki widok natychmiast pojawiłoby się tu zbiegowisko.

– Musimy go zobaczyć w środku!

Drzwi były umieszczone tuż przed skrzydłem, ale trudno było je dosięgnąć. Daniel podsadził Karola i ten nacisnął klamkę. Wdrapali się obaj do środka. Wewnątrz był zwykły kokpit, dwa fotele z przodu dla pilotów i za nimi dwa pasażerskie. Z tyłu puste miejsce i szafka z barkiem – w środku okazał się odpowiednio zaopatrzony, zgodnie z życzeniem. Z przodu znajdowały się elektroniczna mapa, drążek kierowania, zmiany kierunku, szybkości i przyciski włączenia, wyłączenia i startu.

– Startujemy! – powiedział zafascynowany Daniel.

Chłopcy usiedli z przodu, Karol jako pierwszy pilot i Daniel obok. Czuli się wspaniale. Karol był szczęśliwy, pocałował kamień. Już miał nacisnąć przycisk startu, gdy pomyślał o pustych fotelach. Już wcześniej dokładnie wiedział, kogo i gdzie chciałby wziąć na wycieczkę. W ferie zimowe przeżył wielkie rozczarowanie, bo tata mu ze smutkiem oświadczył, że zabrakło miejsc w samolocie, a już miał lecieć do pewnego ciepłego kraju. Musi tylko pobiec do domu po swoje siostry.

– Daniel, poczekasz? Lecę po Zosię i Martę.

– To będzie trwało za długo, startujmy od razu!

Blok Karola był całkiem niedaleko, kilka minut pieszo, biegiem dwie. Czuł, że chce i musi je zabrać.

– Pilnuj samolotu, ja zaraz przybiegnę.

– Wracaj zaraz!

Karol biegł jak najprędzej. Po drodze myślał, co będzie musiał powiedzieć, żeby przekonać starsze siostry. Ale trzymał kamień w ręce i czuł tak wielką siłę, że nie miał wątpliwości, że je przekona, żeby poszły z nim, a nie powie dokąd i dlaczego.

 

Daniel oglądał samolot. Maszyna wyglądała perfekcyjnie. Patrzył urzeczony na przyciski, które zachęcały do tego, aby ich użyć i wystartować. Co chwilę niecierpliwie spoglądał przez okienko, czy Karol już nie nadbiega. Wtem usłyszał czyjś głos dochodzący z zewnątrz. Z niepokojem spostrzegł mężczyznę prowadzącego zygzakiem rower i zatrzymującego się. Mężczyzna na niecodzienny widok zdębiał, jego rower się przewrócił, a on sam klęknął i stało się oczywiste, że się modli. Daniel pomyślał, że on z Karolem zareagowali spokojniej na pojawienie się machiny. Może dlatego, że oczekiwali tego i wiedzieli, co za chwilę stworzą. Dopóki rowerzysta klęczał, było bezpiecznie, ale już wstał i zbliżył się do maszyny. Próbował otworzyć drzwi. Daniel rzucił się do wewnętrznej klamki, ale po chwili siłowania tamten zdołał jednak popchnąć drzwi do środka i zobaczył chłopca.

– Matko Boska – jęknął. – Znam cię skądś.

Daniel wyczuł obrzydliwą woń alkoholu i zawołał:

– Zaraz przypłynie prawdziwy rekin!

– To mnie zje, a ja jego – bełkotał tamten.

To nie były żarty, pijak mógł zaraz wejść do środka i włączyć jakiś przycisk, a w końcu nawet wystartować.

– Nie wolno! – krzyczał Daniel.

Facet nie patyczkował się, naprawdę próbował się wdrapać, trzymał się wejścia rękami. Daniel mógł właściwie teraz gwałtownie zatrzasnąć drzwi, a wtedy tamten chyba straciłby palce, ale chłopiec nawet o tym nie pomyślał. Wtedy mężczyzna podskoczył na tyle skutecznie, że miał już łokieć w środku i gramolił się do wewnątrz.

– Karol! – zawołał Daniel.

Kolega już nadbiegał z dwiema dziewczynami. Daniel znał je. Zosię znacznie lepiej, bo przebywali często razem na placu zabaw.

Karol dostrzegł całe zajście: nieproszony gość wisiał na zewnątrz, przebierając nogami, tułów miał już w środku samolotu. Chłopak pokręcił głową z dezaprobatą.

– Proszę pana!

Intruz się odwrócił, ale na widok zbliżających się dzieci w ogóle nie zareagował. Karol podszedł do niego, wprawnym ruchem ściągnął mężczyźnie buty, a potem z niejakim obrzydzeniem także skarpetki i zaczął go gilgotać w stopy znalezionym patyczkiem.

– Ożeż ty! – wrzasnął tamten i spadł, a przewracając się jeszcze, upadł na tyłek.

– Szybciej! – krzyknął Daniel.

– Już wchodzimy!

– Ja nie wejdę! Oszaleliście! – zawołała Marta.

– Nie przesadzaj, nie widzisz, że nie mamy czasu?

– Co to w ogóle jest?

– Nie pytaj, potem wyjaśnię!

– Ja się boję! – wykrzyknęła Zosia, a jej wzrok koncentrował się wyłącznie na ruchomym ogonie.

– Wsiadajcie! – ponaglał Daniel.

Karol musiał coś zrobić, bo mężczyzna znów wstał i chciał wsiadać. Dotknął kieszeni przez materiał spodni – poczuł kształt magicznego kamienia. Wyjął go i zamknął oczy. Miał na myśli pewien żart, ale nie wiedział, czy się uda. Wypowiedział cicho życzenie. Kiedy otworzył oczy, zobaczył coś, czego jeszcze nikt na świecie nie widział – facet znajdował się wewnątrz... leżącej szklanej butelki, na tyle wielkiej, że akurat pomieściła stojącego człowieka. Widać było, że osoba wewnątrz drze się wniebogłosy, ale na zewnątrz odgłosy te były mocno stłumione. Próbował iść w stronę otwartego otworu, ale stawiając bose stopy wewnątrz okrągłego naczynia chwiał się, a butelka zaczęła lekko toczyć się w stronę zarośli.

Zosię zamurowało, stała, patrząc z otwartą buzią, a Marta mrugała na przemian raz lewą, raz prawą powieką.

– Nic mu nie będzie, ma czym oddychać, znajdą go później – stwierdził Karol. – Wsiadamy!

Zszokowane tym widokiem dziewczynki tym razem nie wnosiły sprzeciwu i jedna po drugiej wspięły się do środka samolotu.

– Daniel, co ty tu robisz? – zawołała Zosia zdumiona.

– Aha, nie powiedziałem wam... – tłumaczył Karol. – Daniel jest drugim pilotem. Lecimy do Egiptu.

– Co? – zawołała Marta. – To za daleko! Nie mam klapek ani okularów przeciwsłonecznych!

– Do Egiptu, ja chcę do Egiptu! – zawołała Zosia. Słyszała wiele razy od koleżanek, że jest tam dużo piasku, ciepło i fajnie.

– Do Egiptu? – zapytał Daniel. – A na którą wrócimy?

– Może przed zmrokiem – odparł Karol.

– Przed zmrokiem? Jak chcesz to zrobić? To jest inny kontynent! To Afryka!

– Wszystko zależy od szybkości. Sam przecież mówiłeś.

– Karol, to lata? – powątpiewała Marta, rozglądając się. – Skąd to się wzięło? No i ty chyba nie możesz czymś takim latać. – Spojrzała przez okno. Facet w butelce walczył, aby się wydostać, trzymał w ręce coś twardego i tłukł w szkło. Zosia lustrowała wnętrze – zaglądała do tyłu, na zaplecze, chciała się dowiedzieć, gdzie rozpoczyna się giętki ogon rekina i czy w związku z tym przebywanie w środku samolotu jest bezpieczne. Karol z pozycji zajętej na przednim fotelu obejrzał się do tyłu:

– Nie ma pasów?

Nie dostrzegł pasów, fotele były za to wielkie i bardzo wygodne.

– Są pasy, z boku! – zauważył Daniel.

– Okej, zapnijcie pasy! – zarządził Karol podekscytowany swoją nową rolą. Pamiętał dokładnie, jak wygląda start, bo nieraz leciał prawdziwym samolotem z tatą – wszyscy muszą siedzieć i być przypięci. A ten – nie był prawdziwy? Prawdziwy, tylko inny.

– A dla kogo jest to jedzenie? – zapytała Zosia, otwierając barek.

– Potem będziemy jeść – zapewnił Karol. – Jak tylko wystartujemy. – Spojrzał na mapę elektroniczną i wyznaczył orientacyjny punkt docelowy na wybrzeże północno-wschodniej Afryki.

– Wysokość przelotu? – zapytał Daniela, który był dobry w kwestiach technicznych.

– Byle nie za wysoko, żeby nie odmroził się ogon.

Karol błyskawicznie odwrócił się do kolegi.

– O tym nie pomyślałem. Myślisz, że ogon jest żywy, czy to tylko taka plastikowa atrapa?

– Nie sprawdzałem, ale na wysokości, na jakiej latają samoloty pasażerskie, jest minus pięćdziesiąt stopni – wytłumaczył Daniel.

– Pamiętam. Czyli jakiej wysokości?

– Dziesięć kilometrów.

– Nam wystarczy kilometr.

– Chyba tak, a jak będą góry, będziemy uważać, zresztą samolot powinien sam automatycznie się podnosić.

– Do jakiej wysokości sięgają najwyższe budynki?

– Trzysta metrów ma wieża Eiffla.

– Wyższych nie ma?

– Są, ale w Dubaju.

– Dubaj chyba nie jest po drodze. Dobra, to startujemy.

Karol jeszcze raz się obejrzał – siostry zapięły pasy. Start! Przycisk został wciśnięty – maszyna zadrżała, start odbywał się pionowo, na wysokości kilku pięter narastał strach u wszystkich, potem szybkość wznoszenia się jeszcze wzrosła, kto nie zamknął oczu, mógł zobaczyć dachy okolicznych bloków, a po upływie kilku następnych sekund wszystko to, co w dole wyglądało jak wprawdzie wyraźna, ale mało rozpoznawalna mapa terenu. Samolot-rekin obrócił się w powietrzu, obierając dziobem zaprogramowany kierunek lotu. Na tej wysokości już nic nie było straszne. Karol wychylił się znów do tyłu i przez okienko zobaczył fragment skręcającego ogona – to ogon rekina sterował kierunkiem lotu, szybkość nadawały silniki.

– Ale czad – zdołał wyszeptać i to były jego pierwsze słowa w przestworzach.

Po krótkiej konsultacji z drugim pilotem nacisnął odpowiedni przycisk – samolot ruszył na południe Europy.

– A paszporty? – zapytała z tyłu Marta.

– Ha, ha! – odparł Karol, zwiększając szybkość. – Nie wstawajcie jeszcze, bo będzie szybciej.

– Czemu mamy nie wstawać? – zapytała Zosia.

– Musimy przyspieszyć do czterokrotnej prędkości dźwięku.

– To dużo? – dopytywała Zosia.

– Cztery razy tysiąc dwieście trzydzieści cztery kilometry na godzinę – wyjaśnił Daniel.

– Czekaj – powiedziała Marta. – To znaczy że w Egipcie będziemy za... za... pół godziny?

– Mniej więcej.

– Boję się lądować – stwierdziła Marta, a potem dodała: – Aha, lądujemy też pionowo, to lepiej. Chłopcy, skąd to cudo wytrzasnęliście? – dopytywała.

Karol się uśmiechnął.

– Nie zestrzelą nas na którejś granicy? – zapytał Daniel.

– Przyspieszymy – odparł Karol. – Żadne rakiety nas nie dogonią.

Przesuwał dźwignię szybkości nieustannie w górę. Zrobiło się naprawdę szybko. Po chwili na powierzchni ziemi pojawiły się już góry, w związku z czym samolot-rekin delikatnie się wznosił. Jeszcze minuta i szybkość była już maksymalna. Karol ostrożnie włączył autopilota i odpiął pas.

– Jedzenie i picie! – zawołała Zosia, otwierając barek.

Do barku podszedł też Daniel, otworzył swoją puszkę mineralnej, wypił duszkiem połowę i głośno beknął.

Zosia roześmiała się.

– Mam pomysł – zawołała. – Kto głośniej beknie.

Ale jej się nie udawało.

– Może u dziewczynek są inne gardła – zauważył Daniel.

Karol przeszedł na tył latającej maszyny i wyglądnął przez okienko. Ląd błyskawicznie się przesuwał pod spodem. Taka powinna być prawdziwa szybkość, pomyślał, szkoda, że nie ma takich latających pojazdów – bardzo szybkich i takich cichych.

 

Wylądowali na południowym wschodzie Egiptu. Według mapy na północnym wybrzeżu tego kraju i w jego środkowej części było sporo miejscowości, a wydawało się, że lepiej unikać ludzkich oczu. Procedura lądowania była podobna, jak przy starcie, samolot zwalniał. Przy doskonałej widoczności dzieci wybrały niezamieszkany fragment morskiego wybrzeża. W oddali było widać jednak jakieś budynki. Samolot-rekin wylądował nieco inaczej, nie pionowo, ale ukośnym łukiem, wytracając stopniowo szybkość. Nastąpiło lekkie zderzenie z podłożem i statek powietrzny prawie natychmiast utkwił w miejscu. Na piasku został szeroki ślad hamowania, Dzieci wyskoczyły na zewnątrz.

– Aua! – krzyknęła Zosia, która przewróciła się, bo akurat zeskoczyła na wielką muszlę.

Marta wyskoczyła druga. Rozejrzała się. Pomyślała, że może zdjąć buty.

Potem wyskoczył Daniel. Popatrzył na morze i pomyślał, że szkoda, że nie wziął kąpielówek i sprzętu do nurkowania.

Na końcu zeskoczył Karol. Pomyślał, że nie ma zamknięcia do samolotu i rozejrzał się, ale w zasięgu wzroku nie było żywej duszy.

– Muszla się porusza! – zawołała Marta.

Mogło się wydawać, że jest to jedna z wielu pustych skorup, a tymczasem muszla drgnęła i zaczęła się przemieszczać, nie ujawniając, co to za żyjątko znajduje się w środku. Daniel wykazał się odwagą, podniósł ją i zobaczył w środku skorupiaka, przelęknionego, zastygłego. Zaczął iść, trzymając go w dłoni, wtedy mieszkaniec muszli wysunął szczypce i próbował odnaleźć punkt zaczepienia, aby uciec, ale nie wyszedł poza skorupę, najwyżej do połowy, żeby nie dać się wyjąć i zjeść.

– Tu jest świetnie! – zawołała Zosia.

Marta weszła do wody. Morze było wyjątkowo spokojne. Duże fale rozbijały się o rząd skał ponad sto metrów wcześniej, a na samym brzegu pływy wody były tylko takie, jak w jeziorze. Brzeg był piaszczysty, zaś w wodzie dominowało białe gładkie skalne podłoże, w innych miejscach występowały skaliste platformy z ostrymi krawędziami, na których można było się poślizgnąć. Marta po chwili oddaliła się kilkadziesiąt metrów od brzegu, a woda sięgała jej nie wyżej niż do kolan.

– Uważaj na rekiny! – zawołał Daniel, ale Marta nie słyszała żartu. Daniel wiedział, że są to idealne warunki do płytkiego nurkowania za pomocą rurki.

– Marta, czekaj, idę do ciebie! – zawołała Zosia, zdejmując buciki.

Daniel i Karol pobiegli kilkanaście metrów dalej w przeciwnym kierunku na wzniesienie pierwszej wydmy. Piasek był twardy, szary, leżało sporo średniej wielkości kamyków i dużo ogromnych muszli. Stąd było ledwo widać przebiegającą dalej drogę, a nawet nie tyle drogę, co przejeżdżające przez pustynię ciężarówki. W oddali pustynia zmieniała się w wysokie, surowe i niedostępne góry. Ktoś tu kiedyś był i ułożył napis z muszli. Karol popatrzył na słońce, na góry, na pustynię i na morze.

– Dokąd idziemy? – zapytał kolegę.

Chłopcy popatrzyli na północ i na południe. W grę wchodziło tylko poruszanie się wzdłuż brzegu. Na północ było niekończące się puste wybrzeże. W stronę południową coś było widać, można było ostrożnie podejść do zabudowań. Położenie słońca zapewniało jeszcze kilka godzin dnia. Było gorąco.

Daniel wdrapał się do samolotu po wodę mineralną na drogę. Zosia i Marta wyszły z wody, biegały i śmiały się.

– Chodźcie, zobaczymy, co tam jest dalej – zaproponował Karol, wskazując palcem kierunek.

Cała czwórka, idąc parami, zaczęła się przemieszczać. Po kilku minutach ukazała się zatoczka, gdzie linia lądu skręcała pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. To było najprzyjemniejsze miejsce, wydawało się idealne do opalania i kąpieli. Następnie ląd podobnie zakręcał, tym razem w lewo, a na cyplu sterczała wielka skała. Marta i Zosia ominęły na bosaka skałę brzegiem morskim, zanurzając nogi nieco powyżej kostki, a Karol i Daniel ominęli skałę górą, maszerując po ubitym piachu odsłaniającym skały.

Dalej rozpościerała się znów zwykła, przyjazna plaża i cała czwórka zaczęła biec. Niebawem ujrzeli nieużywane plażowe urządzenia: trzy szare namioty zrobione z liści palm, mające zapewne służyć turystom do ochrony przed słońcem, i czwarty zdemolowany, zatknięte parasole, nikomu teraz niepotrzebne, boisko z dwiema bramkami, z tym, że jedna leżała na ziemi. Stał też opuszczony i częściowo zwalony murowany budynek wartownika. W pobliżu znajdował się okrągły plażowy bar z możliwością obsługi ze wszystkich stron.

Kamienista ścieżka pięła się do góry, po obu jej stronach stały lampy, wszystkie mocno zardzewiałe, niektóre poprzekrzywiane. Tu natknęli się na szeregi budynków. Wzdłuż usytuowane były dwa chodniki, ten zewnętrzny w znacznej części pokrywał od strony pustyni miałki piach. Można pomyśleć, że z czasem piasek zasypie wszystko.

– Wow, opuszczony hotel! – podsumowała Marta.

Domki miały drewniane drzwi i okna. Wszystkie były pozamykane. W jednym z nich wybito szybę górnego okienka. Daniel wspiął się, odsunął kotarę wewnątrz i zajrzał do środka – ukazał się zwykły pokój, dwa łóżka, komoda między nimi, na łóżkach leżały gołe materace, z drugiej strony czarny telewizor, zakurzony telefon, pod spodem mała lodówka, dwa złote kinkiety na ścianach, dwa obrazki, i to wszystko, a w głębi uchylone drzwi do łazienki.

Następnie dzieci poszły w stronę zaplecza nieczynnej kuchni i tu rozdzieliły się: dziewczynki weszły od tyłu, a chłopcy przeskoczyli ladę do wydawania napojów. W kuchni stał stół, a na nim ktoś pozostawił nierozegraną do końca partię szachów. Kolor czarny miał wyraźną przewagę w liczbie figur. Jeszcze dalej znajdowała się zamknięta szczelnie chłodnia. Nikt nie chciałby się w niej znaleźć wbrew swej woli. Po chwili siłowania się z jej zamkiem, chłopcy odpuścili.

Na dziedzińcu opuszczonego hotelu widniał pusty basen i najsmutniejszy plac zabaw na świecie. Mała karuzela złożona była z czterech koników, jeden z nich miał wielkie wybałuszone oczy, jakby stracił wzrok, i odcięte powieki, a szczęki otwarte w sztucznej wesołości. Innemu oderwano nogi. Zosia podeszła do urządzenia, ale zrezygnowała z zajęcia miejsca na koniu – wszystko było zakurzone.

Nagle usłyszeli trzaśnięcie drzwiami. Dzieci się przestraszyły, ale zaraz się wyjaśniło, że to hałasowały wahadłowe drzwi wejściowe do hotelu bezwładnie otwierane i zamykane przez przeciąg. Podeszli bliżej, drzwi były podparte od wewnątrz fotelem. W środku znajdował się okrągły hol z recepcją. Zastygłe na ścianie zegary pokazywały czas w trzech miastach na świecie. Marta weszła za ladę recepcji i otworzyła czerwony segregator.

– Ostatni gość mieszkał tu trzy lata temu – stwierdziła.

Dostęp do holu przez niedomknięte drzwi miały ptaki, zapewne mewy, widać było w niektórych miejscach ich odchody.

Przez przeciwległe drzwi holu wyszli na zewnątrz. Była tu kamienista, na wpół zasypana piaskiem droga, prowadząca od hotelu w stronę autostrady, bez żadnej bramy ani ogrodzenia. Wprost z pustyni można było podjechać pod drzwi wejścia do hotelu. Z boku stał nieduży autobus z odkręconymi kołami, osadzony na kamieniach. Dzieci obeszły go, a stojąc za nim, usłyszały nagle czyjś głos i zatrzymały się mocno zaniepokojone. Rozmowa była prowadzona w obcym języku. Marta znała nieco angielski, ale to musiał być inny język. Przykucnięci, spod podwozia autobusu zauważyli dwie osoby: młodego grubego faceta z plecakiem, mocno opalonego, z ręcznikiem zawiniętym na głowie jako osłoną przeciwsłoneczną, oraz młodą kobietę, bardzo wysoką, w stroju kąpielowym, o silnych i opalonych do czerwoności nogach. Dwójka zachowywała się dość podejrzanie, rozglądali się, spoglądali za witrynę, za którą były wystawione niesprzedane pamiątki. Mężczyzna jednym gwałtownym ruchem oderwał przybitą dyktę. Teraz kobieta weszła do środka, a mężczyzna rozglądał się. Po chwili kobieta zaczęła podawać wspólnikowi z wnętrza różne przedmioty: wazoniki, statuetki, koraliki, a mężczyzna chował je wszystkie w plecaku.

Dzieci usłyszały krzyk dochodzący gdzieś z tyłu. Od strony drogi zbliżali się, a właściwie biegli dwaj mężczyźni, którzy z daleka widzieli, że coś jest nie tak, dostrzegli włamanie. Kobieta i mężczyzna z plecakiem natychmiast zaczęli gwałtownie uciekać w stronę plaży. Nadbiegający mężczyźni zatrzymali się pod sklepikiem i głośno dyskutując, szacowali straty. Uznali widocznie słusznie, że nie mają szans w pościgu, sprawcy byli już paręset metrów dalej.

Jeden z mężczyzn rozglądając się podejrzliwie, dostrzegł dzieci schowane za autobusem. Obydwaj mężczyźni podeszli do nich i krzyczeli coś, ale oczywiście nikt nic nie zrozumiał. Mężczyźni zlustrowali całą czwórkę dokładnie i uznali, że dzieciaki nie mają przy sobie żadnych skradzionych przedmiotów, po czym jeden z nich ruchem ręki i gniewnym głosem kazał się im oddalić. Ale naraz jeszcze raz krzyknął. Zauważył w kieszeni Karola coś lekko wystającego. Nie dało się nic zrobić, Karol musiał natychmiast wyjąć magiczny kamień i przekazać w ręce mężczyzny. Obydwaj oglądali go, ale widać uznali, że nie pochodzi ze sklepiku i oddali go Karolowi.

Dzieci oddaliły się w stronę plaży.

– Uff, już myślałem, że go stracę – wyjąkał Karol.

– Ale miałem stracha – dodał Daniel. – Jak byłem w ubiegłym roku w Egipcie, to słyszałem, że oni umieszczają złodziei w głębokim dole w ziemi na czterdzieści osiem godzin. Pomyślałem, że nas też do takiego wsadzą.

– Ja już mam dość – powiedziała zestresowana Marta.

– Ja też chcę wracać – dodała Zosia i przystanęła, bo zobaczyła przedmiot leżący na piasku i podniosła go.

Była to mała brązowa statuetka, popiersie Nefretete. W pobliżu były ślady stóp.

– To oni, złodzieje, zgubili to, kiedy uciekali – zawyrokował Daniel.

– Jest moja, będę miała pamiątkę z Egiptu – stwierdziła Zosia. Nikt nie zamierzał z nią polemizować. Pozostałe dzieci zaczęły się rozglądać i miały szczęście, bo oto Daniel dostrzegł jeszcze dwie bransoletki na rękę na sznurku, a Marta brązową statuetkę wilka. Marta zamieniła się znaleziskiem z Danielem. Tylko Karol nic nie znalazł i było mu nieco smutno, ale niebawem został nagrodzony, bo ujrzał leżącą w piasku brązową rzeźbę mumii i stojącego przed nią człowieka-wilka. Zgubione przedmioty świadczyły o tym, w jakim pośpiechu tamci uciekali.

Ze strachu nic już nie pozostało, każde z dzieci cieszyło się swoją pamiątką. Niebawem doszły do miejsca, które mogło być połową drogi – do skalistego cypla, zatoczki, a potem zaczęły z coraz większym niepokojem wypatrywać samolotu. Niestety samolot-rekin zniknął.

– To niemożliwe! – rozpaczał Karol.

– To było gdzieś tutaj – wołał Daniel.

– Jak my wrócimy? – martwiła się Zosia.

To niemożliwe, żeby przeoczyć samolot długi na dziesięć metrów i wysoki na dwa i pół. W miejscu, gdzie wylądowali, nie było jakichś wzniesień czy przeszkód, które uniemożliwiłyby dostrzeżenie maszyny z dość daleka. Samolotu jednak nie było. Czwórka dzieci rozproszyła się.

– Coś widzę! – zawołał Daniel.

– Co?

– Ślady po naszym samolocie.

Faktycznie, kiedy Karol podbiegł, zauważył ślady na mokrym piasku. Były to ślady bardzo grubych opon, ślady stóp osób dorosłych w butach oraz ślady dziecięcych stóp – to pewnie ich własne zostawione po przylocie. Najbardziej intrygujący był jednak ciągnący się nieprzerwanie w głąb lądu lej – duże wgłębienie rozpychające piasek na dwie strony.

– Ukradli nam samolot! – krzyknął Karol. – To są ślady ciągnięcia go po piasku.

– Może daleko nie odeszli – jęknął Daniel.

Niestety, dzień powoli się kończył, słońce zmierzało ku horyzontowi, wyraźnie się ochłodziło.

– Jeżeli chcemy odzyskać samolot, musimy pobiec w tym kierunku – stwierdziła Marta.

Natychmiast rzucili się w pogoń za porwanym samolotem. Wszystko zależało od tego, jak dawno ktoś zdołał go odholować z plaży. Po chwili uciążliwego biegu po piachu coś zaczęło się wyłaniać na tle ciemnych gór i trasy, którą z rzadka przejeżdżały samochody, głównie ciężarówki. To mogło być to. Tak, to coś to tył samolotu-rekina zaczepiony do traktora, którym zdołano go tutaj dowlec, dociągnąć do drogi, i widocznie teraz trwało oczekiwanie na dalszy transport. Dzieci dobiegając do tyłu maszyny, dostrzegły mężczyznę palącego papierosa. W każdej chwili mógł ich zobaczyć. Mimo to czwórka dzieci przystanęła niezauważona za rekinim ogonem. Nie można było jednak niepostrzeżenie wejść do samolotu

– Karol, pamiętasz faceta w butelce? – wyszeptał Daniel, który natychmiast znalazł rozwiązanie.

– Pamiętam, właściwie to powinno być łatwe.

Karol wyjął kamień. Jednak w tym samym momencie wyłoniła się ciężarówka bez przyczepy, zatrzymała się i wysiadł z niej kierowca, po czym podszedł do samolotu. Obaj mężczyźni prowadząc ożywioną rozmowę, oglądali go. Podchodzili z lewej strony, a dzieci przesuwały się w prawo, okrążając samolot. Po chwili cała czwórka była przy dziobie, podczas gdy mężczyźni z tyłu oglądali ogon. Kiedy mężczyźni ruszyli dalej, zamierzając obejść samolot z drugiej strony, był to odpowiedni moment, żeby podbiec do drzwi maszyny. Daniel był pierwszy, chwycił drzwi i wdrapał się do środka, podając zaraz Karolowi rękę. Marta pomogła Zosi i cała czwórka była w środku. Karol natychmiast włączył start. Mężczyźni podbiegli do drzwi zaalarmowani rozpoczęciem pracy silników i coś wrzeszczeli.

Samolot zaczął się wznosić w górę i wszystko byłoby w porządku, gdyby nagle nie nastąpiło szarpnięcie. Samolot zawisł nieruchomo w powietrzu na wysokości kilku metrów. To traktor blokował start. Naprężona lina nie pękła, a ciągnik był zbyt ciężki, żeby go podnieść.

– Powinni go odczepić! – zawołał Karol, widząc powód blokady startu, lecz mężczyźni patrzyli tylko w górę i wcale nie chcieli zrezygnować z niecodziennego łupu.

– Nie uda się go podnieść, ale damy radę go pociągnąć – powiedział Daniel, patrząc na konsolę sterowania i wcisnął kierunek poziomy poruszania się samolotu, do tyłu.

Teraz to traktor był ciągnięty przez samolot w stronę plaży, czyli sytuacja się odwróciła. Ciągnik przewrócił się, gubiąc koło, dalej jego kabina zahaczyła o głaz i oderwała się, po chwili odpadło następne koło i silnik, a kiedy pozostałe rupiecie przyczepione do sznura nie stanowiły już przeszkody, samolot-rekin wzniósł się w górę.

Nad morzem – Morzem Czerwonym – czerwona tarcza słońca chowała się poza horyzont.

– A ja myślałam, że wczasy w Egipcie są fajne – podsumowała wyprawę Zosia.

– Są fajne! – stwierdził Karol.

– Jasne! – zgodził się Daniel.

– Mogą być – zgodziła się Marta. – Nie zdążymy przystanąć przy piramidach?

– Zaraz tam będziemy, powinno być jeszcze widno.

Karol zwiększył prędkość, a Daniel obliczył, że przy czterokrotnej szybkości dźwięku powinni tam być za sześć minut. Karol jednak nie wyhamował na czas i tylko błyskawicznie przemknęli w okolicach, gdzie powinny być piramidy.

– Już dobra, innym razem – pogodziła się Marta.

– Może jutro? – zapytał Daniel.

– Czemu nie.

 

Samolot-rekin osiadł w tym samym miejscu, co poprzednio. Kiedy wszyscy wysiedli, nadal jeszcze nie było zmierzchu. Słońce dopiero chowało się za horyzont, tak więc samolot skutecznie przez trzy tysiące kilometrów ciągle doganiał zachód słońca.

– Dziękuję ci, Karol – powiedziała Marta i nawet podała mu dłoń, odchodząc, bo brat nie chciał jeszcze wracać do domu; stwierdził, że musi pogadać z Danielem.

– Zaraz przyjdę do domu.

– Cześć, Daniel – pożegnała się Zosia, trzymając posążek.

Chłopcy porozglądali się wokół, Karola interesowały losy pijaka. Nieco dalej była kupa potłuczonego szkła gigantycznej butelki.

– Zobacz. Facet się uwolnił.

– Albo raczej jego uwolnili – uśmiechnął się Daniel.

– Trzeba by to posprzątać.

Wprawdzie ze "zniknięciem" szkła nie było najmniejszego problemu, była jeszcze jedna kwestia.

– Samolot nie może tu stać. Musi być gdzieś indziej – rzekł Karol, rozglądając się. Popatrzył też na dach pobliskiego bloku. Wszystkie rozwiązania były niepewne.

– Wiem, zrobię go niewidzialnym. Jak się uda. Będzie stał w tym miejscu i zawsze na nas czekał gotowy do startu. Będziemy latać, kiedy i dokąd będziemy mieć ochotę.

– Świetnie!

Oba polecenia się spełniły. Szkło znikło i samolot też pozornie zniknął. Chłopcy oddalili się w stronę swoich bloków. W drodze powrotnej Daniel zapytał:

– A jak pani dyrektor wróci?

– Będziemy utrzymywać tajemnicę. Ona używa kamienia do złych celów. Przez nią dwie osoby zniknęły.

– Tak... – potwierdził Daniel.

 

Następnego dnia rano na wszystkich uczniów i nauczycieli także czekała w szkole niespodzianka. Po wejściu do szkoły okazało się, że po korytarzu kręci się woźny i prawie z wszystkimi przychodzącymi wylewnie się wita, pokazując zęby w uśmiechu, jakby wrócił z podróży dookoła świata.

Nikt nie był bardziej z tego powodu poruszony niż Karol. Patrzył na woźnego jak na zjawę. Daniel, który na woźnego dotąd nie zwracał szczególnej uwagi, też czuł się dziwnie.

– Ona go przywróciła! – szepnął Karol.

– Ale czym, jeśli nie ma kamienia? – powątpiewał Daniel.

– Właśnie! A może już wróciła ze szpitala? – zapytał Karol, po czym podszedł do woźnego.

– Czy pani dyrektor już wróciła?

– Nie, jeszcze nie.

– Słyszałeś? – zwrócił się Karol do Daniela. – Nie wróciła. Nie ma kamienia, nie ma dyrektorki, to by znaczyło, że nie mogła go przywrócić.

– Może istnieje więcej niż jeden kamień?

– Myślisz? A może by zapytać woźnego, co się z nim działo? – zastanawiał się Karol.

– Nie odpowie – powątpiewał Daniel.

– Wiem, kogo zapytam – panią z szatni.

Pani z szatni, widząc Karola, zaczęła się uśmiechać.

– Och, pani jak zwykle śliczna – zaczął nawijać Karol.

– Dziękuję, naprawdę tak uważasz?

– Oczywiście. Nie wie pani przypadkiem, co to się właściwie stało z naszym woźnym?

Dziewczyna się zaśmiała.

– Ktoś go zamknął.

– Jak to zamknął?

– Wyobraź sobie, że w poniedziałek przyszedł jakiś dziwny typ do szkoły i woźny nie chciał go wpuścić, a potem woźny go gonił, a tamten zrobił na niego pułapkę i zamknął go w pomieszczeniu gospodarczym i woźny tam spędził noc, bo nie mógł się uwolnić, a jego wołania nikt nie słyszał. Nikt nawet nie przypuszczał, że tam może być zamknięty.

– A to heca...

Karol podziękował za informację i teraz wszystko układało mu się w logiczną całość – wczoraj zaobserwował przecież na dziedzińcu szkoły dziwnego typa i to zapewne tuż po tym, kiedy ten zamknął woźnego, a następnie ponownie przyszedł do szkoły, aby spotkać się z panią dyrektor. To wywróciło całkiem dotychczasową koncepcję i zdawało się przywracać dobrą wiarę w dyrektorkę. Karol pomyślał, że kiedy tylko wróci ona ze szpitala, będzie musiał oddać jej kamień.

Jednak nie dawało mu spokoju pytanie, po co pani dyrektor był potrzebny magiczny kamień i kim był ten, kto go przyniósł – to pozostawało nadal zagadką.

 

Już na pierwszej lekcji Karol podpadł wychowawczyni, bo nie odrobił zadania domowego.

– Karol, to ci się zdarzyło pierwszy raz w tym roku – powiedziała pani. – Co się stało?

Chłopiec bardzo chciał odpowiedzieć, ale po pierwsze i tak nikt by nie uwierzył, a po drugie – nie miał w zwyczaju kłamać, bo nie chciał być niewolnikiem własnego kłamstwa, więc wstając teraz z ławki, miałby poważną trudność w odpowiedzi na to pytanie. Gdyby pytanie wychowawczyni padło wczoraj, odpowiedziałby po prostu, że zapomniał. Teraz jednak nieoczekiwanie pewna wiązanka słów sama wymknęła mu się z ust, tworząc wypowiedź, jakiej najmniej by się spodziewał po samym sobie.

– Szanowna pani... – chrząknął. – Jest wiele przyczyn, dla których dzieci nie odrabiają zadań domowych – zawinione i niezawinione, pozorne i prawdziwe, chciałem jednak panią zapewnić, że w niniejszym przypadku zadziałały emocje – tak silne, że wszystko inne zeszło na dalszy plan, zapomniałem wczoraj zjeść także obiadu i kolacji.

Wychowawczyni usiadła i prawą dłonią zaczęła szybko nawijać blond loczki na palec wskazujący. Potem kaszlnęła i schyliła się do biurka, sięgając po butelkę wody, odkręciła korek, nalała trochę do szklanki i wypiła. Następnie wstała i zaczęła mówić:

– Różne bajeczki dzieci opowiadają, kiedy nie odrobią zadania domowego, a paluszek i główka jako szkolna wymówka to tylko wierzchołek góry lodowej. Jedno dziecko twierdziło, że nie odrobiło zadania, bo zostało zaatakowane przez wściekłą szczuromałpę w zoo, inne – że nie wyłączyła się karuzela w wesołym miasteczku i musiało jeździć na niej całą noc, jeszcze inne, że kartki zeszytu skleiły się niewidzialnym klejem, albo że babcia schowała zeszyt za obraz. A ja wam powiadam, że ten chłopiec – tu spojrzała na Karola – nas nie oszukał, bo musiał mieć własne ważne powody, dla których nie odrobił zadania, a nie chciał z osobistych pobudek nam ich zdradzać. Ale mimo to nie chcę, ale muszę wpisać ci uwagę do dzienniczka.

Karol podniósł się i pomyślał, że powie, że bardzo by nie chciał, by zbrukano jego dzienniczek złą oceną ani też posuwać się do całkiem przypadkowego wylania tuszu albo wyskrobania tej uwagi, już nie wspominając o zgubieniu dzienniczka, jednak coś nie pozwoliło mu wypowiedzieć tych słów. Usiadł zatem, zastanawiając się, czy pogodzi się z wpisaniem uwagi oraz czy i w jaki sposób pomoże mu w tym kamień w kieszeni, którego kształt czuł na udzie.

– Karol, podaj dzienniczek.

Karol wstał i podał. Pani go otworzyła, ale kiedy chciała coś zapisać, zadrżała jej ręka, wtedy okropnie zaśmiała się, po czym znów skoncentrowała się na mocnym trzymaniu długopisu, ale mimo to nie dała rady niczego napisać. Długopis był silniejszy od niej. Wtedy twarz pani zaczęła się wykrzywiać, oczy się zwęziły, usta wydłużyły, policzki nadęły i nauczycielka się rozpłakała.

– Niech pani nie płacze – pisnęła Zuzia z tyłu.

– Nie, nie! – odezwało się kilkoro dzieci.

Wtedy Karol podszedł do biurka, zabrał dzienniczek i sam wpisał do niego następującą uwagę: "W dniu dzisiejszym Karol przyszedł do szkoły bez zadania domowego. J. Sałacka", po czym oddał pani zeszyt. Nauczycielka przeczytała na głos adnotację i stwierdziła:

– Niby wszystko w porządku, ale to jest twoje pismo, a nie moje i nie mój podpis. – Wahała się co do możliwości uznania wpisu za skutecznie dokonany.

– Może dopiszę "z upoważnienia"? – zaproponował Karol.

– Może być, a ja jeszcze po lekcji spróbuję przybić moją pieczątkę... – Zastanawiała się, a potem spojrzała na swoje dzieci w klasie, popatrzyła im głęboko w oczy, w źrenice, i uznała, że nie czuje zbyt silnie kontaktu z rzeczywistością, ale jednocześnie przeczucie jej podpowiadało, że gdyby wzięła roczny urlop i pojechała do Kenii, nagłe poczucie dziwnego zawieszenia w próżni wcale by nie ustąpiło.

 

Na przerwie Karol chciał wejść do toalety, ale przy drzwiach stał Kamillo i dłubał w zębie. Jakby go tu ominąć – pomyślał chłopiec. Przecież nie może z jego powodu chodzić do toalety na innym piętrze. Kamillo go zobaczył, podniósł głowę do góry, zwęził oczy i patrzył na Karola wyniośle i przeciągle, jak na swoją przyszłą ofiarę, a jego wzrok krzyczał, że porachunki będą długie i bolesne. Karol sięgnął do kieszeni i ścisnął kamień, aby zaraz go użyć.

– Popatrz tam, malutki ptaszek! – zawołał.

– Chyba twój – warknął Kamillo, ale odwrócił się we wskazanym kierunku. Żadnego ptaszka tam nie było, co Kamillo słusznie potraktował jako dodatkową drwinę. Ruszył w kierunku Karola. Nadchodziła jedna z nauczycielek. Kamillo zatrzymał się i wyszczerzył zęby w nieszczerym uśmiechu. Co by tu zrobić, coś dla odwrócenia uwagi... – myślał Karol gorączkowo. Kiedy nauczycielka oddaliła się, a Kamillo już teraz zamierzał wykonać wyrok na młodszym koledze, wtedy przyszły mu na myśl kotki i ich puszyste ogonki. Wypowiedział żądanie, używając kamienia. Natychmiast zdarzyła się rzecz niespotykana. Kamillo nosił na sobie koszulkę z tarczą i ciemne spodnie, ale teraz, poniżej pleców, wyrastał mu puszysty rudy ogon, aż po same kolana.

Kilkoro dzieci na korytarzu wybuchło śmiechem. Można by uznać to za żartobliwą przebierankę, gdyby nie to, że Kamillo nic o ogonie nie wiedział. Po reakcjach innych uczniów odniósł wrażenie, że coś jest nie tak, sięgnął ręką do tyłu i... namacał to. Jednocześnie poczuł, że nie może ogona tak po prostu oderwać, że jest on przyczepiony mocno, więc chciał zobaczyć, o co w ogóle chodzi, a że nie mógł przekręcić całkiem tułowia, zaczął się kręcić w kółko coraz szybciej.

– Kamillo, oszalałeś? – zapytała przechodząca pani Grzybowska.

Mało kto śmiałby się z Kamilla, gdyby nie dokuczał innym, ale teraz sam znalazł się w opłakanej sytuacji. Zaczęło gromadzić się coraz więcej dzieci, otoczyły go wielkim kołem, nadbiegały następne i przepychać się, aby przekonać się, co to za przedstawienie. Kamillo zaś, kiedy uznał, że nie dogoni własnego ogona, poruszając się w lewo, zaczął kręcić się w prawo, ale z podobnym skutkiem, a kiedy już całkiem się "odkręcił", sapiąc, zatrzymał się na mocno rozstawionych nogach, pochylił się gwałtownie, włożył ręce między nogi i próbował uchwycić ogon u jego nasady od spodu. Jego sylwetka stała się przy tym tak komiczna, że wszystkie dzieci zaczęły wyciągać głęboko ukryte w zakamarkach odzieży i tornistrów komórki, smartfony i iPody i robić zdjęcia i nagrania nieudolnych ruchów stanowiących próby pozbycia się nowej, niechcianej części ciała.

– To twoja robota? – szepnął ktoś Karolowi do ucha.

To był Daniel, a pytanie było retoryczne.

– Oj, Kamillo będzie zły – dodał.

– Chyba już wystarczy – odparł Karol, który jako jeden z nielicznych wcale się nie ucieszył z widowiska.

Na kolejnej przerwie zafrasowany Karol od razu poszedł do klasy Daniela, a skoro go tam nie było, odszukał kolegę na korytarzu.

– Wiesz, to nie może być, żeby w naszej szkole działy się takie dziwne rzeczy – jakieś magiczne kamienie, jakieś zaginięcia, co o tym myślisz?

Ale Daniel nie widział sceny, kiedy dziwak zniknął przy czynnym udziale pani dyrektor, był tylko zafascynowany działaniem kamienia. Dlatego nie wydawało mu się, że coś jest nie tak.

– Na pewno są jakieś możliwości wyjaśnienia tej zagadki, może nawet zapytam panią dyrektor – kontynuował Karol.

– Jeśli przyznasz się, że masz kamień, to tak, jakbyś musiał go oddać.

– Nie muszę się na razie przyznawać, ale chciałbym mieć pewność, że dyrektorka nie zrobi z niego niewłaściwego użytku. Właściwie to... nawet moglibyśmy ją odwiedzić w szpitalu.

– Na mnie nie licz! – zaperzył się Daniel.

– Żartowałem. – Po chwili Karol dodał: – To dokąd dziś lecimy?

– Dziś nie mogę, ale jutro... Po tej wczorajszej przygodzie w Egipcie, to chciałbym znów coś przeżyć. Teraz to zwykła plaża mnie już nie pociąga, nuda – odparł Daniel.

Karol się zaśmiał.

– Marta też chce gdzieś polecieć, możemy wypisać propozycje i losować.

– Byle nikt nie wpisał księżyca.

– Księżyca? – zafrasował się Daniel. Z tego, co słyszałem, to zwykły samolot leciałby tam dziewiętnaście dni.

– To nasz tylko pięć.

– To i tak za długo.

– A co tam robić?

– Połazić w skafandrach.

– Niewygodnie.

– To założyć jakieś miasto.

– Tak, miasto widmo!

 

Po zakończeniu wszystkich lekcji, a trwały one tego dnia tylko do trzynastej, pani Sałacka zamówiła taksówkę i pojechała wprost ze szkoły do szpitala. Po drodze zamierzała kupić kwiaty. Z początku przyszły jej na myśl chryzantemy, ale na sam ten pomysł zachichotała tak bardzo, że taksówkarz pomyślał, że pasażerka wcale nie wsiadła do samochodu, żeby gdzieś dojechać, i zaczął się do niej mizdrzyć. A było do kogo – nauczycielka założyła dziś wyjątkowo elegancki żółty kostium i wyglądała znakomicie.

Pani dyrektor, uprzedzona o wizycie, już spacerowała w szlafroku po korytarzu. Na widok koleżanki z pracy bardzo się ucieszyła, zrobiło się w ogóle bardzo serdecznie i zaproponowała, aby mówiły do siebie na "ty".

– Jolu – zaczęła, przechodząc do konkretów – powiedz, co dzisiaj działo się w szkole.

– To, że woźny się odnalazł, to już ci mówiłam przez telefon, a poza tym... cóż, to już drugi dzień bez ciebie, oczywiście wszyscy tęsknimy i czekamy, kiedy do nas wrócisz.

– Wykonali mi tutaj zdjęcia przednio-tylne w rotacji wewnętrznej, a potem jeszcze zdjęcia skośne, które się wykonuje przy niektórych urazach i wygląda na to, że jest to złamanie częściowe – złamana kość nie została przerwana całkowicie.

Pani Sałacka się zadumała.

– A ty co masz właściwie złamane?

Pani dyrektor potarła nos, jakby ją akurat zaswędział, a że właśnie przechodziła pielęgniarka, nachyliła się i wyszeptała odpowiedź do ucha koleżanki.

Mimo makijażu pani Sałacka zaczerwieniła się, poruszyła ramionami, obciągnęła spódnicę i sprawdziła w niej zamek błyskawiczny.

– To chodź na kawę – zaproponowała pani dyrektor, dostrzegając jej zażenowanie. – Mogę już samodzielnie wstawać.

Kobiety wrzuciły monety do automatu stojącego na korytarzu i wzięły kawę w papierowych kubkach. Powoli wróciły do pomieszczenia, w którym przebywała pacjentka.

– Mówisz, że w szkole wszystko normalnie, ale może coś szczególnego się wydarzyło?

– Nic takiego nie przychodzi mi na myśl.

Pani dyrektor wyrażała mową ciała coś, co świadczyło, że ma ochotę zadać jakieś drażliwe pytanie, a z kolei pani Sałacka nie dostrzegła, iż jej rozmówczyni strasznie się kryguje. W końcu pacjentka westchnęła:

– Podczas upadku zgubiłam coś, wszyscy się zlecieli i może ktoś coś znalazł?

– A co masz na myśli?

Pani dyrektor miała przygotowaną odpowiedź.

– Miałam taki nowy naszyjnik, dopiero co go kupiłam i założyłam, a przy upadku musiał wypaść kamień.

– A jaki to kamień?

– Jaspis dalmatyński – wykrztusiła pani dyrektor po paru sekundach.

Pani Sałacka główkowała, jaki to naszyjnik nosiła pani dyrektor w szkole przedwczoraj, ale nie mogła sobie przypomnieć.

– Nikt nic takiego nie zgłaszał.

– Gdyby się odnalazł, to zadzwoń do mnie zaraz.

– Dobrze, a jak wyglądał?

Pani dyrektor opisała go.

– Dobrze, powiem sprzątaczce, żeby pozaglądała do kątów, sama jeszcze sprawdzę przy sekretariacie. – Mówiąc to, pani Sałacka nieco się zadumała, bo taki kamień, jak jaspis dalmatyński, kosztuje kilkanaście złotych. – Na pewno musiał być dla ciebie cenny – dodała.

Pani dyrektor przytaknęła.

– A w twojej klasie wszystko w porządku?

– Tak... choć dziś mnie nieco rozbolała głowa.

– A co takiego się stało?

– Właściwie nic, tylko ten Karol... nie mogę... nie mogę nad nim zapanować.

– Niegrzeczny?

– Skądże, wręcz przeciwnie, tylko chwilami wydaje się... silniejszy ode mnie.

– Jak to silniejszy?

– Tak jakoś... psychicznie. I nagle strasznie wydoroślał.

– Cóż, dzieci się zmieniają.

Pani Sałacka chciała jeszcze coś dodać, ale ugryzła się w język. Nagle pani dyrektor coś skojarzyła.

– Silniejszy od ciebie? Ma jakąś moc?

– Moc? Co przez to rozumiesz?

– No... że potrafi ci się przeciwstawić albo nad tobą zapanować wbrew twojej woli.

Pani Sałacka obawiała się, że właściwie powinna przytaknąć, ale wcale nie chciała, żeby jej przełożona dowiedziała się, że nie może sobie poradzić z jednym z dzieci.

– No gdzie? Takie małe dziecko? – zaprzeczyła pytaniem.

Pani dyrektor popatrzyła przez okno w dal i nagle zażyczyła sobie w myślach tylko jednego: żeby pani Sałacka już sobie poszła, a skoro koleżanka wcale nie zamierzała odejść, sama skarżąc się na zupełnie drobny ból, stwierdziła, że musi się na chwilę położyć, co zakończyło rozmowę. Kobiety się pożegnały. W wazoniku na stoliku przy łóżku pozostały kwiaty w kolorze garsonki odwiedzającej nauczycielki.

Będąc już sama, pani dyrektor wzięła telefon komórkowy i wybrała numer. Kiedy odezwał się głos, powiedziała:

– Szefie, mam pewne podejrzenie, jest taki chłopiec, nazywa się Karol i to on może mieć kamień.

Po chwili milczenia w słuchawce odezwał się męski głos, w który pani dyrektor wsłuchiwała się z najwyższym napięciem, po czym odparła:

– Adres? Zaraz go ustalę i zadzwonię za kilka minut.

Po południu Karol i Daniel udali się razem w stronę swego samolotu-rekina. Daniel podskakiwał radośnie, śpiewając "pa-ta-taj, pa-ta-taj, jaki piękny jest ten kraj". Nie ustalili, dokąd polecą, nie było na to czasu. Z tyłu dobiegały także Marta i Zosia.

Nie zauważyli, że byli obserwowani. Elegancki mężczyzna w letnim beżowym płaszczyku szedł ulicą kilkanaście metrów dalej z głową opuszczoną w dół. Które z dzieci zwróciłoby uwagę na kogoś tak nierzucającego się w oczy. Dzieci przeszły na pasach przez główną ulicę i zbliżyły się już paręset metrów do niewidzialnego samolotu. Mężczyzna dążył za nimi. Tu kończyły się niskie bloki i zaczynały nieużytki porośnięte wysoką trawą. Dalej na wprost były tory, a po lewej dalej drzewa. Gdyby w mieście wypasano jeszcze krowy, o czym wzmiankowały nieaktualne już wpisy w niektórych księgach wieczystych, tutaj byłby dla nich raj. Mężczyźnie było teraz niezręcznie śledzić dzieci, bo zabudowania się skończyły. Stanął przy ostatnim wejściu do klatki schodowej ostatniego bloku i kątem oka spoglądał w ich kierunku, udając, że czyta spis mieszkańców przy domofonie. Chciał odczekać, aż dystans nieco się zwiększy. Zauważył jednak, że i dzieci się zatrzymały. Trwało to dość długo, wydawało się, że zawzięcie o czymś dyskutują.

Mężczyzna wcale się nie niecierpliwił. Lecz stało się coś dla niego zaskakującego. Dzieci w końcu uformowały szyk i jedno z nich, to najmniejsze, ktoś podniósł nieco w górę i zniknęło. Następnie drugie, trzecie i czwarte. Wszystkie po kolei znikały w tej samej pozycji, podnosząc się w górę, jakby były wciągane do niewidocznego pomieszczenia albo tunelu. Po kilku sekundach wahania mężczyzna podbiegł w tamto miejsce, ale nie zauważył żadnego śladu. Stanął skonsternowany w pobliżu miejsca zniknięcia i gorączkowo zastanawiał się, co robić. Otrzymał zadanie, aby nie spuszczać konkretnego chłopca z oczu, a tymczasem on zniknął jakby nigdy nic.

To jednak był początek przykrych niespodzianek. Usłyszał odgłos uruchamianego silnika i nagle poczuł pęd powietrza tak szybki, że trwał tylko ułamek sekundy i rozległo się potężne plaśnięcie czegoś potężnego, miękkiego i mokrego – było to uderzenie w niego samego. Mężczyzna został silnie wyrzucony w powietrze płetwą rekina, przeleciał kilkanaście metrów i spadł w okolice klatki schodowej, gdzie jeszcze przed chwilą stał bezpiecznie, a teraz nie dawał znaku życia.