Kościół
Dorothy wyczekuje następnego dnia, kiedy pójdzie do kościoła. Pod
wezwaniem Świętego Piotra, patrona rybaków, może to jedyne miejsce,
gdzie Dorothy bez cienia wątpliwości wie, kim jest i gdzie przynależy.
Zauważa z aprobatą, że dziedziniec jest schludny, rezultat pracy wielu
rąk, a sama świątynia z wieżą zwieńczoną krenelażem prosta, bez
dekoracji czy ornamentów innych niż śliczne łukowe okna wpuszczające do
wnętrza słońce. Gromadzą się ludzie i Dorothy usiłuje wypatrzeć dzieci,
które będzie uczyła, w wyobraźni widząc, jak wita je w progu klasy,
gdzie wszystkie ustawią się w równy szereg, a potem każde znajdzie swoje
miejsce z elementarzem, tabliczką i kredą.
W drzwiach pastor wita wiernych. Na widok Dorothy podnosi rękę.
-?Panna Aitken, doskonale! Proszę wejść i poznać mieszkańców.
Serce jej wali, ale Dorothy przygładza suknię w talii, w ten sposób
zwykle zbiera się w sobie, po czym dołącza do niego, układając usta w uprzejmy uśmiech. Kiedy staje obok pastora, ten wymienia imiona ludzi
wchodzących do kościoła oraz podaje informacje o nich.
-?To Norah i Ailsa -?a na boku dodaje: -?Norah należy do naszych
najlepszych dziewiarek, a wypieki Ailsy... cóż, sama się pani przekona. -
Dorothy rozpoznaje obie kobiety z wczorajszego spotkania w sklepie i żołądek trochę się jej ściska. -?A to pani Brown. -?Dorothy zauważa
oficjalną formę użytą przez pastora oraz chłodne, oceniające spojrzenie
kobiety, gdy ta koło nich przechodzi. Jej dziwny strój zaskakuje
nauczycielkę. Luźna suknia ze sznurkiem zamiast paska i... przecież to
chyba nie są męskie buty? A pastor mówi dalej: -?Pani Brown wie wszystko
i zna wszystkich, więc jeśli czegoś będzie pani potrzebowała, do niej
należy się zwrócić. Szybko się tego nauczyłem. Ach, a to Jane i William.
Smutna historia, opowiem ją pani kiedy indziej.
Kobieta jest starsza od mężczyzny, który pomimo wysokiego wzrostu ma w sobie coś z chłopca. Zatrzymują się i wymieniają z nią uściski dłoni.
Kobieta, Jane, stoi blisko swego towarzysza i Dorothy nie potrafi
stwierdzić, czy są rodzeństwem, czy małżeństwem. William uśmiecha się i mruży oczy przed słońcem.
-?Dzień dobry, panno Aitken. Miło widzieć nową twarz w wiosce -?mówi,
ale Jane go odciąga, szczypiąc w policzek i dodając:
-?Tak, istotnie.
Więc żona.
Dorothy poznaje cieśli, sieciarzy, farmerów i właścicieli małych
gospodarstw, bednarzy i rybaków. Kobiety przędą, tkają, oprawiają i wędzą ryby, jedna jest krawcową -?Dorothy notuje to myślach -?i jest tak
wiele dzieci, czepiających się spódnic matek lub trzymających je za
ręce. Wkrótce Dorothy gubi się w gąszczu imion, tyle ich jest, i pragnie
uciec przed badawczymi spojrzeniami, przed niekończącymi się
komentarzami pastora w chłodnym mroku kościoła.
Wszyscy już siedzą, kiedy Dorothy wchodzi i zajmuje miejsce w ławce z tyłu koło jakiegoś starca, wdzięczna za ciszę zapadającą w świątyni, gdy
pastor odczytuje ogłoszenia: wieczory robótek ręcznych, grafik prac na
rzecz kościoła, datki na biednych. Jego twarz traci kontury, kiedy
Dorothy rozgląda się po zebranych, po wiercących się, szturchających
dzieciach, po rodzinach i parach, wszystkich tych ludziach, z którymi
będzie musiała nauczyć się żyć, mówiąc sobie przy tym, że nie szuka
konkretnej osoby, rybaka osłaniającego jedną dłonią oczy, drugą
podnoszącą się w pozdrowieniu, przez chwilę na Piaskach byli tylko oni i nikt więcej.
Nie ma go tutaj.
Agnes
Problem z Josephem -?myśli Agnes, nastawiając wodę do zagrzania i już
teraz odwijając mydło z papierka -?polega na tym, że jest inny. Inny niż
jej ojciec, inny niż pozostali chłopcy. Och, z tamtymi może się pośmiać,
przyjemnie z nimi flirtować, słuchać sprośnych żartów, szelmowskich
aluzji, ale Agnes wie, o co w tym chodzi i do czego prowadzi. Dzisiaj
rano siniak rozkwitał na policzku mamy, twarz puchła, zamykając oko do
połowy.
Pośpieszne małżeństwo z niewłaściwym mężczyzną.
Joseph przyjdzie później, w piątki zawsze jest u nich na kolacji,
czasami przynosi wybornego kraba albo koszyk raków złapanych w sadzyki.
Woda jest prawie dobra, a ponieważ maluchy są w szkole, starsi pracują,
a Jeanie nie wróciła jeszcze z targu rybnego, Agnes rozbiera się i kładzie na podorędziu flanelę i ręcznik. Sęk w tym, co powinna zrobić,
żeby zobaczył, że Agnes dorasta, przestaje być jak młodsza siostrzyczka?
Może i jest pięć lat od niego młodsza, ale są dziewczęta, które w wieku
osiemnastu lat wyszły za mąż i już urodziły dzieci. Wzdycha.
Przyjaciółka powiedziała jej, że dobrze jest wykąpać się w lawendzie,
więc Agnes kruszy główki do miski i zalewa wodą. W pokoju unosi się
ziemisty zapach. Agnes szoruje twarz, myje piersi i pachy, wygrzebuje
brud zza paznokci i dokładnie je szczotkuje. Myje się między nogami,
wreszcie stawia miskę na podłodze i szoruje stopy. Energicznie się
wyciera, wkłada pończochy i suknię, ta na dni robocze czeka z ubraniami
reszty rodziny na poranne pranie. Szczotkuje włosy, odliczając -?ta sama
przyjaciółka poradziła, żeby szczotkować je sto razy, wtedy będą lśniły.
Agnes dochodzi do dwudziestu trzech, kiedy ze wzgórza dobiega słaby
odgłos dzwonka kończącego lekcje.
Biegnie z miską do ogrodu i wylewa mętną zawartość w kącie koło chlewu,
potem pośpiesznie wraca do domu pokroić cebulę na kolację, jakby wcale
specjalnie się nie przygotowała na wizytę Josepha.
Popołudniowe światło rzuca refleksy z jej paznokci na nóż, a ona
rozkoszuje się doznaniami wywoływanymi przez młode ciało, czyste i świeże w nowo zacerowanej sukni. Pewnego dnia brzemienna będzie gotowała
kolację dla męża, może też z kilkulatkiem przy spódnicy, krzepkim
chłopczykiem, i stworzy dobrą rodzinę, w której nikt nie będzie się bał
ani nie śpiewał kołysanek, żeby zagłuszyć odgłosy z kuchni, gdzie ojciec
tłucze matkę.
A może, myśli Agnes, gdy cebula zaczyna skwierczeć i dorzuca do niej
skrawki mięsa od rzeźnika, może właśnie dzisiaj wieczorem Joseph w końcu
ją zauważy.
Dorothy
Nie słyszała pukania, ale widzi list wsunięty pod drzwi i fragment
swojego nazwiska na kopercie. Panna Aitken.
Serce jej mocniej bije, gdy podnosi kopertę i przez jedną szaloną
sekundę myśli, że to znowu ten rybak.
Panno Aitken,
zapraszamy Panią na spotkania dziewiarskie pań w Sklepie Spożywczym i Cukierniczym w czwartkowe wieczory.
Pani Brown
Dorothy wzdycha.
Panna Aitken, nie Dorothy.
Pani Brown.
Z trudem przełyka ślinę. To uszczypliwe echo jej oficjalnego tonu i ironicznej reakcji kobiet w sklepie sprawia, że policzki jej płoną.
Siada w kuchni i ponownie czyta list. Może się pomyliła.
Panie.
Wielmożna Pani Nadęta.
Przypomina sobie grupki dziewcząt na placu zabaw, swoją sztywną
oddzielność. Tak jak matka stojąca z dala od rodzin przy szkolnej bramie
na koniec dnia. Dorothy szła, mierzona jej zimnym spojrzeniem, podczas
gdy inne dzieci biegły. Mama nie lubiła biegania. Ani zabawy. Ani
podniesionych głosów. Uszczypnięcie w delikatne miejsce na ramieniu
okazywało się skutecznym nauczycielem, kiedy Dorothy się zapominała.
W dzieciństwie zawsze się wstydziła łatwo płynących łez, tej potrzeby,
by okazywano jej miłość, by samej ku niej biec. Minęło wiele czasu, nim
zdała sobie sprawę z satysfakcji matki, kiedy tak się zachowywała, z tego, jak łatwo manipulowała uczuciami córki, z władzy, którą dzięki
temu zyskiwała.
Wzór zawsze był taki sam. Wzbierająca cisza powoli wypełniała dom,
Dorothy trudniej było oddychać lub wykonać jakiś ruch, zamartwiała się o to, co zrobiła, że zasłużyła na tę zamkniętą twarz, nastrój
rozczarowania, usta ściągnięte kurczowo jak sakiewka.
Próby udobruchania matki drobnymi gestami -?podawała jej herbatę, którą
ona piła z poczuciem zdystansowanego przekonania o własnej słuszności -
sprawiały, że Dorothy słabła, niemal mdlała od rosnącego zdenerwowania.
Kiedy matka wreszcie decydowała się wybaczyć, rozpościerała ręce na
znak, że kara dobiegła końca. Dla Dorothy był to także znak, by płakać z wdzięczności i żalu za grzech, o którego istnieniu nie miała nawet
pojęcia, dopóki go nie popełniła. W rewanżu matka ją przytulała. Dorothy
nienawidziła siebie za uległość, za obdarzenie matki tą władzą.
Dzień, w którym się nie rozpłakała, zmienił wszystko.
To był dzień, gdy ukradła cukrową laskę. Jej wzrok zawsze przyciągały
słodycze w sklepie na rogu ich ulicy w Edynburgu. W drodze do szkoły
przystawała przed witryną i wbijała spojrzenie w połyskujące w słojach
cukierki, miętówki w lśniące biało-czarne pasy, jaskrawe landrynki i lizaki, cukrowe laski -?już same te nazwy smakowały przepysznie w jej
ustach. W czasie przerwy dziewczęta zaglądały jedna drugiej do
szeleszczących papierowych torebek, które ze sobą przynosiły, potem z policzkiem wypchanym cukierkiem, z ustami ściągniętymi podczas ssania
jak u ryby wymieniały się słodyczami, a ona pragnęła mieć coś, czym
mogłaby się podzielić, albo coś, co mogłaby wymienić, i nie chodziło jej
wcale o cukier ani o smak, tylko tak bardzo chciałaby z nimi być, brać
udział w rozmowie, rywalizować w grze, jak włożyć trzy cukierki do ust,
po jednym pod każdy policzek, a gdzie trzeci? Zamiast tego stała osobno
i bawiła się w kocią kołyskę, udając, że ją to pochłania, rzucając
spojrzenia z ukosa.
A potem nadszedł dzień, kiedy poszła do sklepu po herbatę i na ladzie
leżała nowa dostawa cukrowych lasek. Nie włożono ich jeszcze do słoja,
który także tam stał z dnem pokrytym cukrowym pyłem, i nie było nikogo,
w każdym razie przy kontuarze, ani klienta, ani sklepikarza. Nigdy w życiu niczego takiego nie zrobiła, ta Dorothy, która znała wersety z Biblii, wypełniała kościelne obowiązki i zawsze uczęszczała do szkółki
niedzielnej, ale teraz wzięła laskę, schowała ją do kieszeni płaszcza,
wybiegła ze sklepu i popędziła do domu, gdzie ukryła zdobycz, kiedy
matka nie patrzyła. Przez całą noc nie zmrużyła oka, martwiąc się
popełnionym grzechem i zastanawiając nad karą, chociaż te myśli mieszały
się także z wyobrażaniem sobie przerwy w szkole, kiedy będzie mogła
wyjąć słodki przysmak.
Podczas porannych lekcji jej dłoń raz po raz wędrowała do kieszeni
fartuszka, palce przesuwały się po lasce, do której teraz przykleiły się
kłaczki. Pierwsza przerwa minęła, ale Dorothy stała na dziedzińcu, a laska w kieszeni wydawała się ogromna.
Na następnej przerwie stała w tym samym miejscu, ręce trzymając poza
kieszeniami, by nie zwracać na nie uwagi.
-?Dobrze się czujesz, Dorothy? -?Nauczycielka patrzyła na nią ze
zmarszczonym czołem i Dorothy przerażona kiwnęła głową.
Po lekcjach niektóre dziewczęta jak zwykle pobiegły do domu w uroczej,
śmiejącej się, gawędzącej gromadce, na inne czekały uśmiechnięte matki.
Jej matka stała osobno i Dorothy od razu dostrzegła, że wie. Oddech
uwiązł jej w gardle. Sklepikarz musiał jej powiedzieć i teraz było już
za późno, nie miała nawet czasu na pozbycie się laski. Droga do matki
się zwęziła, Dorothy doświadczyła niezwykle dziwnego wrażenia, że sama z każdym krokiem się kurczy, tak że w chwili, gdy stanęła przed surowym
obliczem matki, była maleńka.
Uszczypnięcie bardzo bolało. Ostre paznokcie matki pozostawiły
półksiężyce przeciętej skóry.
Do domu szły w milczeniu, cukrowa laska obijała się ciężko o udo Dorothy
osłabłej ze strachu. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, myślała, że chyba
zemdleje, ale matka bez słowa ją zostawiła.
I wzór znowu się powtórzył: wzbierające milczenie, aura rozczarowania. A dla Dorothy poszukiwanie na twarzy matki oznak łagodnienia, zaparzenie
herbaty, pytanie, jak matce minął dzień, zduszone pragnienie, by się
przyznać, i rozpaczliwa potrzeba ostatecznego wybaczenia, która niemal
ją dławiła, ponieważ tym razem naprawdę zrobiła coś złego.
W końcu matka przyszła do jej pokoju. Stanęła w progu, przekrzywiając
głowę, z półuśmiechem anielskiej cierpliwości na twarzy.
-?Teraz będziemy już pamiętać, by następnym razem pościelić łóżko,
prawda, Dorothy? Nie jesteś zbyt wielmożną panią do takich zajęć, co?
W uszach Dorothy dudniła krew, stała jak skamieniała. Jej łóżko. Dłoń
powędrowała do rany na ramieniu. Obrazy innych dziewcząt ze szkoły
biegnących po lekcjach do uśmiechniętych matek, obojętność jej matki.
Dlatego zburzyła wzór.
-?Dorothy?
Matka weszła do pokoju z rozpostartymi rękami, chociaż jej brwi
ściągnęły się w wyrazie zdumienia.
Minęła chwila, nim Dorothy była w stanie przemówić, ale wytrzymała
spojrzenie matki i siłą woli nakazała sobie nie płakać, mieć suche oczy.
-?Tak, mamo? -?odparła, szczypiąc się w zranione miejsce, by powstrzymać
się od łez. Uniosła brwi, jakby zadawała sobie pytanie, dlaczego matka
wypowiada jej imię, po czym z ustami wygiętymi w zimny uśmieszek złapała
miotłę i wróciła do zamiatania, już na nią nie patrząc.
Tym razem to matka się kurczyła, gdy niepewnie stała na środku pokoju.
Potem wyszła i zostawiła córkę samą.
Dorothy, trzęsąc się na całym ciele, padła na łóżko.
Nazajutrz w drodze do szkoły rozgniotła obcasem cukrową laskę i na
każdej przerwie stała sama ze sznurkiem między palcami, nigdy nie
zerkając w kierunku dziewcząt i ich paplaniny, szeleszczących torebek,
słodyczy, od których robiło się jej niedobrze.
Wielmożna Pani Nadęta.
Siedząc w kuchni tyle lat później, pośpiesznie mruga. Jaką głupotą było
myśleć, że tutaj sprawy ułożą się inaczej. Nie czytając listu ponownie,
gniecie go i rzuca na zimne palenisko.
Agnes
W tamten piątek Joseph przynosi kwiaty, wrzośce, bodziszki i żarnowce,
które Agnes wkłada do słoja i stawia na stole. Matka próbuje ukryć
siniak pod odrobiną pudru, a Agnes niespokojnie nasłuchuje kroków ojca
na ścieżce i liczy, że nie będzie awantury.
Stawia garnek ze szkockim krupnikiem na stole, pochylając się nad
Josephem w nadziei, że ten wyczuje lawendę, w której się wykąpała.
-?Co to za smród? -?Jej brat marszczy nos, gdy Agnes nalewa zupę do jego
talerza. Chłopiec udaje, że wymiotuje, i pozostali się śmieją. Serce
Agnes na moment przestaje bić. Dodała za dużo lawendy do wody? Siada na
stołku i z pochyloną głową zaczyna jeść.
-?Jak połowy w tym tygodniu, Joe? -?Jeanie jako jedyna zdrabnia imię
Josepha, roszcząc sobie prawo do bliskości, bo jego matka, zanim umarła
na raka, była jej najlepszą przyjaciółką.
-?Dobre, Jeanie. -?Joseph uśmiecha się w ten swój swobodny sposób. -
Smaczna zupa, Agnes. -?Unosi łyżkę do toastu. -?Pewnego dnia dasz
szczęście mężowi.
Później ledwo drzwi się za nim zamykają, Agnes odwraca się do matki.
-?Słyszałaś, co powiedział?
Jej siostra szeroko otwiera oczy.
-?Co? Co takiego powiedział? -?I zaraz dodaje: -?Nic nie słyszałam!
Agnes wygania rodzeństwo z kuchni.
-?Umyjcie buzie i ręce, potem do łóżka.
Wie, że pobiegną prosto do ogrodu bawić się i skorzystać z wygódki,
odkładając pójście spać do ostatniej chwili, może więc będzie miała
kilka minut sam na sam z mamą.
-?Słyszałaś go, prawda? Co powiedział? -?Agnes rozpaczliwie wpatruje się
w matkę.
-?Słyszałam. Mówiłam ci, Agnes, Joe już należy do tej rodziny. Jest dla
mnie jak syn. Tylko krok dzieli go, by został nim także w oczach Boga. -
Jeanie się uśmiecha, choć ze znużeniem, i krzywi się, podając Agnes
talerz do wytarcia.
W ciszy sprzątają, przygotowują pranie na rano, zalewają płatki,
wykonują wszystkie obowiązki, z których składa się ich długi, wypełniony
zajęciami dzień.
-?Lepiej zaprowadź dzieci na piętro, ojciec wraca.
Agnes przerywa pracę, dostrzega rozszerzone oczy matki, jej wstrzymany
oddech, gdy obie nasłuchują ciężkich kroków ojca. Dzień blaknie w sińcach stłumionego błękitu i żółci. Dzieci się nie umyły, ale teraz
jest na to za późno.
-?Szybko, do łóżka. Tata wrócił. -?Agnes moczy fartuch w beczce z wodą i wyciera im buzie i dłonie, gdy maluchy mijają ją, biegnąc na piętro. -
Zaraz do was przyjdę, bądźcie cicho.
Agnes wchodzi do kuchni przywitać się z ojcem, a matka o ułamek sekundy
za późno posyła jej ostrzegawczy grymas. Ojciec spycha córkę z drogi i siada, kołysząc się w milczeniu na stołku, podczas gdy Jeanie zdejmuje
mu buty. Agnes bierze słój z kwiatami. Postawi go w pokoju, który dzieli
z siostrami i bratem, a w drodze na piętro zanurza twarz w delikatnym
aromacie dzikich kwiatów i ma nadzieję, że Joseph zerwał je dla niej.
Prolog
Dorothy
Śpiesząc się do czekających w domu palenisk i garnków, kobiety
niecierpliwie krążą po sklepie pani Brown, przez szparę pod drzwiami do
środka wsącza się brudna breja z wiatrem wciąż dokuczliwym po sztormie.
Dorothy jak zwykle ignoruje głosy podnoszące się i cichnące przy ladzie.
Ona zwraca uwagę wyłącznie na ciszę. Koszyk niemal pusty, kilka
ziemniaków, jakieś cebule -?widzi, jak klientki gromadzą się przy oknie,
i ogarnia ją przedziwne wrażenie. Skóra na jej ramionach się napina,
zimny dreszcz wędruje tam i z powrotem po karku, więc odstawia koszyk i także podchodzi do okna. Ściera mgiełkę z szyby i wygląda. Pomiędzy
kocimi łbami osiada mokry śnieg, niebo jest ołowiane. Patrzy w górę
zbocza i widzi skulonych mieszkańców wioski ze spuszczonymi głowami, z zaciśniętymi powiekami, z trudem wspinających się po wąskiej uliczce,
potem spogląda w dół na Piaski i wtedy właśnie go dostrzega.
Joseph.
Idzie środkiem drogi. Kiedy do niej dociera, co Joseph niesie, z jej
piersi wyrywa się krzyk, ostry zwierzęcy lament. Jego twarz jest tak
zszokowana jak pewnie jej własna: biała, z szeroko otwartymi oczami.
Włosy dziecka, które niesie na rękach, przybrały barwę ciemnego srebra
od morskiej wody, połyskują na nich krople, ciało jest bezwładne, skóra
sina, ubranie przemoczone. I wtedy słyszy westchnienia kobiet, czuje, że
wszystkie na nią patrzą. Pani Brown kładzie czerwoną, spracowaną dłoń na
jej ramieniu i Dorothy się odwraca, rozumie, że sklepikarka wypowiada
jej imię, chociaż w uszach jej dzwoni, bo już to widziała...
Jedna drobna stopa w brązowym trzewiku się kołysze, druga zwisa sina,
zmarznięta i goła.
* * *
Jak we śnie wychodzi ze sklepu. Wszystkie kobiety podążają za nią, jedne
obserwują ją, inne mężczyznę z dzieckiem. Dorothy jest jak prująca się
robótka, bo z pewnością zobaczyła ducha. Rusza ku nim i wyciąga rękę,
ale Joseph się nie zatrzymuje, idzie w górę brukowanej ulicy, a kobiety
ze sklepu kroczą za nim niczym orszak pogrzebowy. Na rogu odwraca się ku
nim i kręci głową, by je powstrzymać, i wtedy wszystkie to widzą -?naga
stopa się kurczy, bezwładna ręka sztywnieje i nagle dziecko wydaje z siebie zdławiony kaszel, a Joseph zrywa się do biegu tak szybko, jak
potrafi w marznącym deszczu, i znika im z oczu, skręcając za róg do domu
pastora.
Dorothy się nie poruszyła. Usiłuje oddzielić wtedy od teraz, ale to zbyt
trudne. Niemal idzie z nimi, niemal wierzy, że to on, zamiast tego
jednak wlecze się do domu, z trudem pokonuje schody, nie zamknąwszy
nawet frontowych drzwi, jej ciało jest zbyt ciężkie lub zbyt lekkie, nie
jest pewna jakie. Ledwo rozpoznaje swoją sypialnię, przechodząc obok
szafy, której nigdy nie otwiera, i niepewnie zbliża się do komody.
Śnieg z deszczem, nawiewany z ukosa od morza, dudni i grzechocze oknami,
wiatr z jękiem wpada przez drzwi, pędzi w górę po schodach i znajduje ją
klęczącą na podłodze, otwierającą dolną szufladę. Dorothy wsuwa dłonie
między wełniane kamizelki i bieliznę, aż opuszki jej palców to
odnajdują. Przez moment szokuje ją, że ta rzecz nie jest mokra. Dotyka
znajomych załamań skóry, potem wyjmuje przedmiot i kładzie w kołysce
swojego fartucha, oburącz delikatnie go obejmując. Zamyka oczy, opiera
czoło o komodę, wdycha zapach małego brązowego trzewika, w którym nadal,
po tylu latach, obecna jest nuta słonej wody.
W sklepie pani Brown bierze koszyk Dorothy, z powrotem wkłada do niego
cebule i ziemniaki, a potem pomimo wczesnej godziny odwraca w stronę
ulicy tabliczkę informującą o zamknięciu.
* * *
Tej nocy po raz pierwszy od lat śni o Mosesie. Chłopiec bawi się w płytkich falach przy brzegu. Dorothy oparta o skałę czuje jej ciepło
przez cienką bawełnę sukni, pozwala mu się wsączyć w skórę na łopatkach.
Obserwuje chłopca, srebrne włosy oświetlone słońcem, mieniącym się
światłem z morza, wszystkimi odcieniami, które podsuwa pamięć. We śnie
Dorothy zasypia, a kiedy się budzi, jest zima, ciemne niebo wisi nisko,
szaleje sztorm. Fale są ogromne i Dorothy biegnie brzegiem, wołając go,
ale wiatr porywa jej głos i rzuca nim pod niebo. I kiedy już myśli, że
go straciła, odnajduje go, przeciągniętego przez nurt wzdłuż plaży,
stojącego jak przedtem, a nad nim raz po raz rozbijają się fale. Odwraca
się i spokojnie uśmiecha, oczy ma zielone i zmienne jak morze.
-?Mama?
Kiedy Dorothy się budzi, naprawdę się budzi, na dworze lamentuje wiatr,
a poduszka zaciśnięta w jej lodowatej pięści jest mokra.
Pora otwarcia
Nazajutrz cała wieś chce o tym rozmawiać, chociaż wszyscy udają, że z czystej przyzwoitości tego nie robią. Kobiety starają się przyśpieszyć
kroku na oblodzonych kocich łbach, idąc do sklepu pani Brown po kilka
rzeczy, których nie potrzebują, zanim drogi prowadzące do wioski
zamarzną i odetną je jak każdej zimy.
Kładą to i owo do koszyków, potem ustawiają się w kolejce, by zapłacić,
i czekają, aż pani Brown, jak to ma w zwyczaju, przejmie inicjatywę,
jedną rękę kładąc na ladzie, drugą spinając ołówkiem luźne kosmyki
siwych włosów za uchem. Jednak dzisiaj jest dziwnie cicha i gdy podlicza
sumy, z jej oczu nic się nie da wyczytać.
-?Och, na litość boską, nikt tego nie powie? -?To Norah, w swej chudości
i ostrości rysów stanowiąca przeciwieństwo pani Brown. Pozostałe kobiety
odprężają się i odstawiają koszyki, zadowolone, że ktoś ośmielił się
powiedzieć na głos to, o czym wszystkie myślą. -?Niech Bóg ma nas w opiece, myślałam, że zobaczyłam ducha! -?Zamyka oczy, po czym
pośpiesznie je otwiera, by się upewnić, że na nią patrzą. -?Ten chłopiec
wyglądał wypisz wymaluj jak... to znaczy, myślałam, że to... ale sobie
uświadomiłam, że przecież jest w takim samym wieku. Ile to lat minęło?
Piętnaście? Dwadzieścia?
-?Gdzie go znalazł?
-?Morze w czasie sztormu wyrzuciło go na plażę, tak powiedział pastor...
-?Ale żywego, to się w głowie nie mieści!
-?Słyszałam, że im powiedział...
-?Och, ucisz się, byłam tam dzisiaj rano. Nie powiedział ani słowa!
-?Więc go widziałaś?
-?No nie, ale Martha mówiła...
Kobiety wymieniają spojrzenia, z których jasno wynika, co sądzą o tej
informacji.
-?To coś znaczy, jestem tego pewna -?mówi Norah cicho, tajemniczo. -
Nawet ten trzewik...
Po tych słowach zapada milczenie, cała ta sytuacja jest zbyt
niesamowita, zbyt podobna. Nawet pani Brown przerywa rachunki z cebulą w jednej dłoni, ołówkiem w drugiej, przytłoczona dziwnością tego
wszystkiego.
Norah nadal bada grunt.
-?Cóż, zawsze mówiłam, że to dziecko...
W końcu pani Brown przerywa milczenie.
-?Dość tego paplania. Nie macie litości? Nie wiem jak wy, ale ja nie
mogę cały dzień gadać. Będzie padał śnieg i chcę wrócić do domu przed
zachodem słońca, dziękuję bardzo.
Monety niechętnie brzęczą na ladzie, gdy kobiety płacą, biorą koszyki i wychodzą, obrażone i właściwie zaskoczone. Bo jeśli w wiosce jest ktoś,
kto przez te lata nie okazywał Dorothy Gray zbyt wielkiej litości, to z całą pewnością była to pani Brown.
Joseph
-?Jak się miewa chłopak? -?Joseph stoi w progu, mnąc czapkę w dłoniach.
Jenny, żona pastora, cofa się przed lodowatym powiewem, który gość ze
sobą przyniósł, jej wzrok skacze po jego twarzy i przenosi się na ulicę.
Wzdycha.
-?Lepiej wejdź, zamknij drzwi, bo zimno.
Joseph przekracza próg domu pastora po raz drugi w tym tygodniu. Za
pierwszym razem szok wywołany znalezieniem dziecka odebrał mu zmysł
obserwacji, teraz zauważa, jak blisko rozwiązania musi być Jenny, jej
brzuch się obniżył i jest wydęty, widzi w holu przygotowany już wózek
dziecięcy i to, że prowadząc go do środka, Jenny okazuje jedynie ślad
niechęci. Służąca Martha podnosi wzrok znad wyrabianego ciasta i kiwa
głową.
-?Poczekaj tutaj, Josephie, pójdę po męża -?mówi Jenny.
Żar pieca sprawia, że dłonie boleśnie go kłują, ale przysuwa się bliżej,
wdzięczny za ciepło. W chwili gdy Jenny zamyka drzwi i jej kroki cichną,
Martha wyciera pokryte mąką ręce w fartuch.
-?Pewnie chcesz czegoś gorącego do picia, Josephie? Wyglądasz, jakbyś do
połowy zamarzł. -?Teraz uśmiecha się bardziej naturalnie.
-?Nie, zaraz wracam do własnego pieca. -?Joseph patrzy na zamknięte
drzwi, nasłuchuje ciszy na korytarzu. -?A ten chłopak, jak on się czuje?
Martha zerka nerwowo na drzwi i pośpiesznie odpowiada:
-?Nie powiedział ani słowa. Głównie śpi. Ugotowałam mu bulion wołowy,
karmię go i pilnuję, żeby ogień nie zgasł.
-?Więc żyje? Nie umrze z zimna ani... -?Joseph z trudem przełyka ślinę.
Na korytarzu rozlegają się kroki, Martha wraca do wyrabiania ciasta.
Joseph wyciąga ręce nad piecem i Jenny sprawia wrażenie zadowolonej, że
znajduje oboje w tych samych pozycjach, Joseph nadal ma płaszcz na
sobie, nie siedzi, nie zaczyna się czuć tutaj jak u siebie.
-?Pastor teraz pracuje -?mówi Jenny szorstko i patrzy znacząco na
roztapiający się lód, który kapie na podłogę jej kuchni. -?Chłopiec
będzie żył, Josephie, postąpiłeś słusznie, przynosząc go do nas. Jak
tylko jego stan się poprawi, a pogoda na to pozwoli, zabiorą go do
szpitala w głębi lądu, potem zaś, jak Bóg da, wróci do domu. -?Odwraca
się ku drzwiom. -?Jak widzisz, jesteśmy zajęci, więc...
Joseph dziękuje skinieniem głowy i wychodzi na śnieg. Jest pewien, że
wcześniej o nim rozmawiano, jakby to, co stało się tamtej nocy dawno
temu, w jakiś sposób miało z nim coś wspólnego. Teraz znowu będą gadać.
Można by pomyśleć, że się uodpornił, ale to nieprawda, i wychodząc,
kopie w kamienny stopień domu pastora.
W dole na Piaskach rzuca się w wir pracy, którą musi wykonać przy swojej
łodzi, wyrywa zgniłe deski z pokładu, szczękę ma zaciśniętą, dłonie
ledwo ciepłe dzięki niewielkiemu płomieniowi w misie z żarem.
A potem widzi Dorothy, która stoi na dole Stopni i patrzy na morze.
Jeszcze go nie zauważyła, więc Joseph wykorzystuje okazję, żeby się jej
przyjrzeć.
Dorothy nie jest już tą chłodną młodą kobietą, która dawno temu
przyjechała do wsi, której spojrzenie było ostre jak nóż, a każda mina
rzucała wyzwanie. Joseph pamięta szybsze bicie serca i oddech więznący w gardle, kiedy po raz pierwszy zobaczył ją stojącą w tym samym miejscu co
teraz, z dłonią uniesioną do włosów. Zawsze tak bardzo różniła się od
dziewcząt ze Skerry, od ich skłonności do flirtowania z nim, chichotów i płochego usposobienia.
Kiedy zaczęła wyglądać tak staro?
Przez lata obserwował ją w kościele, zawsze była pierwsza, zawsze
zostawała, gdy wszyscy wyszli, wypełniała swoje obowiązki, zanosiła
paczki żywnościowe do przytułków dla ubogich, do Jeanie w jej chatce na
klifie. Joseph wie, że nadal uczy w szkole i dzierga dla rybaków,
chociaż on nie zna nikogo, kto nosiłby jej swetry. Jak wiele razy
wcześniej zadaje sobie pytanie, dlaczego pozostała w Skerry, skoro jej
mąż nie wrócił i straciła Mosesa.
Wraca myślami do teraźniejszości.
Coś jeszcze wydaje się w niej inne. Joseph znowu kuca i mruży oczy.
Dorothy nie ma na sobie porządnych butów, a jej płaszcz -?mężczyzna
przymyka powieki i dla pewności przygląda się ponownie -?jest krzywo
zapięty, jedna poła zwisa niżej niż druga. Dorothy nie idzie tak typowym
dla siebie energicznym krokiem. Prawdę mówiąc, chyba nie ma pojęcia,
dokąd zmierza, co chwila przystaje i patrzy w morze. Jest blada, ma
ściągnięte usta, plecy już nie są proste, wąska talia, którą dawniej w wyobraźni obejmował dłońmi, pogrubiała, rude włosy zmatowiały i są
poprzetykane siwizną.
Joseph odwraca się i wyrywa z pokładu kolejne zbutwiałe deski. To przez
nią uciekła mu miłość. Podane rano śniadanie, ogień witający po powrocie
do domu, kolacja na stole, ciepłe ciało obejmowane we śnie -?cała ta
domowa przytulność, której może oczekiwać mężczyzna, wszystko to go
ominęło.
Dorothy nie patrzy w jego kierunku, nigdy tego nie robiła od odejścia
Mosesa, i to Josephowi odpowiadało, ale nadchodzi pora, gdy zostanie
zmuszona, by raz jeszcze spojrzeć mu w oczy.
Ponieważ nie zapomniał tamtej kłótni i zła, jakie mu wyrządzono. Wie, że
ona także o tym nie zapomniała.
Dorothy
Nie potrafi nic na to poradzić, musi zobaczyć. W głębi duszy wie, że to
nie on. Wielkie nieba, jest nauczycielką. W życiu kieruje się logiką. A dziecko nie może -?jej serce odwraca się od okrutnego słowa potrzebnego
w tej chwili -?nie może być zaginione i po tak długim czasie wrócić,
mając tyle samo lat co wtedy. Wie o tym. Tak, wie, myśli, z ulgą
oddychając i kładąc dłoń na drewnianym stole, jego solidność nadaje
ciężar myślom. Ale przed oczami staje jej buzia dziecka, kiedy Joseph
niósł je Copse Cross Street, i przez moment Dorothy nie potrafi złapać
powietrza.
Zanim zdąży zmienić zdanie, łapie płaszcz, wkłada buty i otwiera
frontowe drzwi. Domy stojące przy ulicy i sama ulica niemal zniknęły pod
ciężkim woalem śniegu, niebo nadal jest od niego posępne, ale Dorothy
biegnie w górę ulicy. Nie zagląda do wnętrza sklepu pani Brown, nie chce
zobaczyć ich wszystkich przy ladzie i tej kobiety gapiącej się na nią,
chociaż przez sekundę czuje znowu jej dłoń na ramieniu, a razem z tym
coś na kształt gniewnej dezorientacji. Trochę za późno na dobroć -?myśli
i w wyobraźni strząsa dłoń z ramienia.
Kiedy dociera do domu pastora, puka do drzwi, dygocząc na całym ciele. W kuchni Martha nuci coś niemelodyjnie. Dorothy nie słyszy słów, ale przy
akompaniamencie szczękających garnków piosenka tworzy atmosferę prostego
domowego życia. Puka ponownie, tym razem głośniej, jakby kazali jej
czekać.
Otwiera zakłopotana Martha.
-?Pani Gray, no nie, jest pani dzisiaj drugim gościem. Przed chwilą był
tu Joseph.
Serce Dorothy się ściska.
Kiedy do kuchni wchodzi Jenny i widzi Dorothy, jej dłonie instynktownie
wędrują do zaokrąglonego brzucha, jakby chciała ochronić dziecko w swoim
łonie przed długim cieniem straty poniesionej przez tamtą, przed rzeczą
niewyobrażalną.
-?Pani Gray. Czego pani sobie życzy?
-?Byłabym wdzięczna, gdybym... Czy zgodziłaby się pani, żebym zobaczyła
dziecko?
Nie potrafi się zmusić do błagania i stoi sztywno w tej kuchni, gdzie
brzemienna kobieta obejmuje swoje nienarodzone dziecko, służąca miesza w garnku na piecu, a ciepły aromat gulaszu unosi się w powietrzu.
Otwierają się drzwi i wchodzi pastor. Na widok Dorothy staje jak wryty.
-?Chce zobaczyć chłopca -?mówi jego żona, patrząc na niego znacząco.
Pastor przez moment sprawia wrażenie, jakby nie wiedział, co zrobić, ale
zaraz przelotny błysk zrozumienia przemyka mu po twarzy. Kiwa głową.
-?W takim razie chodź ze mną, Dorothy.
Na dźwięk swojego imienia kobieta czuje pieczenie pod powiekami i pośpiesznie mruga, podąża za pastorem wyłożonym kamieniem korytarzem i wchodzi po schodach. W końcu stają przed drzwiami, za którymi, jak
dobrze wie, jest chłopiec. Przez chwilę jest tak, jakby drzwi miały się
otworzyć na jej pokoik z małym drewnianym łóżkiem pod oknem, a ona,
przekraczając próg, wróciłaby w przeszłość.
Ale to oczywiście niemożliwe. W tym pokoju płomień olejowej lampy
migocze na nocnym stoliku i w kominku trzaska ogień. Zasłony są
zaciągnięte, dzięki czemu jest tu ciepło i przytulnie, na ścianach igra
żółte światło.
Oczy Dorothy dostosowują się dopiero po chwili i wtedy widzi, że
chłopiec śpi. Znowu odczuwa szok na widok jego srebrnych włosów na
poduszce. Bierze w dłonie jego policzki, refleksy światła lśnią na
miękkim dziecięcym puszku. Chłopiec otwiera oczy. Są zielone. Brakuje
jej tchu.
Uśmiecha się nieznacznie i spokojnie, oczy są zielone i zmienne jak
morze. Mama?
Chłopiec wpatruje się w nią pustym wzrokiem, oddech mu przyśpiesza.
-?To nie on, Dorothy. Przecież widzisz. -?Dłoń pastora spoczywa
delikatnie na jej ramieniu i nagle ogarnia ją wstyd. Ona, dorosła
kobieta, myśli o takich bzdurach, ale czuje pustkę w brzuchu, kiwając
głową.
-?Oczywiście, wiedziałam.
Pastor ściska jej ramię.
-?To było straszne, Dorothy. -?Kobieta czuje na sobie jego wzrok, sama
jednak patrzy przed siebie. -?Nigdy się nie dowiedzieć, nie być w stanie...
-?Tak, no cóż, dziękuję, pastorze. Naprawdę. Chłopak wygląda na
otoczonego troskliwą opieką. Sama nie wiem, dlaczego tu przyszłam. -
Śmieje się ostro i odwraca. Śpiesząc na dół po schodach do holu i wyjścia, odwraca się, by się pożegnać, i widzi wyraz twarzy pastora,
jest skonfundowany i lekko wstrząśnięty. A za nim koło wózka na podłodze
porzucony brązowy trzewik. Wypada na dwór, gdzie śnieg teraz zamarza i w jej oddechu połyskuje lód.
Zimne powietrze jest szokiem, Dorothy myśli, że zachoruje.
* * *
Zbliżając się do domu, zaczyna biec, a kiedy jest w środku, z trzaskiem
zamyka drzwi i opiera się o nie plecami z dłonią na walącym sercu, z trudem łapiąc powietrze.
W progu wyczuwa przeszłość usiłującą wedrzeć się do środka i kurczowo
zaciska powieki, by jej nie wpuścić.
Kiedy tamtej nocy się obudziła, od razu wiedziała -?tak jak pukając do
drzwi, już wiesz, że nikogo nie ma w domu -
Mosesa nie było. Sztorm szalał, dom był jak statek zerwany z cumy, wiatr
napierał na każde okno, każde drzwi. Nie miała pojęcia, skąd brała się
ta pewność, ale gorączkowy rzut oka do jego pokoju ją potwierdził.
Nie dzisiaj w nocy, nie dzisiaj. Nie w tym sztormie.
Z oczami szeroko otwartymi z przerażenia przebiegła przez dwa pokoje na
parterze.
Dalej nie potrafi się posunąć, nigdy nie potrafiła. Oddycha głęboko,
powoli i czeka, aż jej serce wróci do regularnego rytmu. Mija jakiś czas
i wreszcie wie, że znowu jest sobą, więc dokłada drewna do pieca i stawia na nim zupę do podgrzania. Nie, przeszłość może i jest u drzwi,
ale minęło zbyt wiele czasu, by ją wpuścić. Pewnie nie będzie w stanie
ignorować strasznych podobieństw, ale nie ma potrzeby, najmniejszej
potrzeby, by znowu to wszystko wywlekać.
Joseph
Joseph mógłby napić się w domu, ale dzisiaj wieczorem ciągnie go do
tawerny w wiosce, do przypływów i odpływów ludzkich głosów. Śnieg
zmienił się w śnieg z deszczem. Jest gęsty i mokry, Joseph mocniej otula
się płaszczem. Spadnie więcej śniegu -?myśli.
Drzwi skrzypią przy otwieraniu, wiatr zatrzaskuje je za nim. Płomienie w kominku migoczą na twarzach rybaków, którzy się odwracają, by na niego
spojrzeć. Joseph wkracza w zaduch stęchłego piwa, dymu papierosowego i ciepła.
Po zaskoczeniu trwającym odrobinę za długo ktoś woła:
-?Hej, Joseph, chłopie, szmat czasu!
Agnes przerywa wycieranie kontuaru, nieruchomieje i patrzy na niego,
potem wraca do rzeczywistości.
-?Czego się napijesz?
Joseph podchodzi do stołu, przy którym pośród innych mężczyzn siedzi
kilku z jego załogi. Jest miejsce, ale Scott, mąż Agnes, rozpiera się i wypełnia przestrzeń.
-?Trochę tu ciasno -?mówi.
Spojrzenia innych zamykają mu usta, ktoś przynosi stołek. Joseph siada,
mężczyźni się przesuwają. Przez chwilę wpatrują się w swoje kufle i popatrują z ukosa jeden na drugiego. Ktoś odchrząka.
-?Jak się miewasz?
-?Dobrze -?odpowiada Joseph. -?Zimno. Napada więcej śniegu.
-?Okropny sztorm -?dodaje jeden z mężczyzn, pozostali mruczą na zgodę i pochylają się nad stołem, skoro teraz już o tym wspomniano.
-?Więc po prostu tam był, na Piaskach?
Joseph spija pianę i kiwa głową.
-?Ale gdzie?
-?Przy Skałach?
Dzikość tamtego sztormu sprzed lat powraca z rykiem i Joseph przelotnie
zamyka oczy.
-?Dziwne, że to ty...
-?Zaraz, zaraz, to mógł być każdy z nas.
-?Owszem, ale nie był...
-?Słyszałem, że dobrze sobie radzi. Widziałeś go, Josephie?
Joseph przekazuje im tylko część tego, co chcą usłyszeć.
-?Poszedłem do pastorówki. Spał. Jenny mówi, że będzie żył.
-?Uważaj, bracie -?mówi ktoś cicho i Joseph mocniej chwyta kufel,
podczas gdy Scott odpycha stołek i wpada na Josepha w drodze do
kontuaru. To jeden z powodów, dla których Joseph unika tawerny.
Pije, udając tak niezainteresowanego jak to możliwe, i rozmowa schodzi
na inne tematy, poczynione szkody, dachy, które trzeba naprawić,
niezwykły sposób, w jaki sztorm wywiewa piasek z plaży, odsłaniając
leżący pod nim pradawny krajobraz z bryłami skamieniałego lasu
przedzierającego się na powierzchnię, zakłócającego kształt brzegu.
Kiedy drzwi znowu skrzypią i Joseph wychodzi, także do niego przeszłość
podkradła się bliżej.
* * *
-?To była dziwna sprawa, nie? -?Pytanie jest na tyle niejednoznaczne, że
mężczyzna może mówić o chłopcu wtedy lub chłopcu teraz.
-?Nigdy potem już nie był taki sam.
-?Joseph to dobry człowiek, cichy i nie ma w tym nic złego. To rybak, na
którym można polegać.
-?Wiadomo że to powiesz, pracujesz z nim.
-?Tak, i jestem z tego dumny. -?Mężczyzna kiwa głową, jakby to kończyło
sprawę.
Ale oczywiście nie kończy. Nigdy nie kończy, jeśli obecny jest Scott.
Nie zamierza porzucić tematu.
-?Powiedz mi w takim razie, skąd wiedział, gdzie to było? To znaczy but
chłopaka?
Agnes wzdycha i opiera się przedramionami na kontuarze.
-?Naprawdę? Nie możemy porozmawiać dzisiaj o czymś innym?
Zapada niemiła cisza. Kilka prób nawiązania pogawędki pada w próżnię.
Scott idzie do kontuaru, stawia kufel z większą siłą niż trzeba i wyciera pianę z ust.
-?Rzecz w tym, że my wciąż nie wiemy, co się stało, no nie? To jest
prawdą teraz i było prawdą wtedy. Wszyscy wiemy, co Joseph myślał o Dorothy, a zazdrość skłania mężczyznę do desperackich czynów. Może i jest dobrym rybakiem, ale niektórzy z nas chcą wiedzieć.
Rozlegają się pomruki, jedne na zgodę, inne -?i tych jest więcej -
wyrażają rozdrażnienie. Agnes sięga po dzwonek.
-?Zamykamy -?mówi, chociaż to jeszcze nie jest pora zamknięcia, i mężczyźni wkładają płaszcze, naciągają czapki na głowy, bo oczywiście
deszcz ze śniegiem zmienił się w śnieg, płatki jaśnieją na tle czarnego
nieba, i wszyscy wychodzą w wirującą noc.
Wreszcie sama, Agnes bezwładnie opiera się o kontuar. Nie znowu, nie po
tych wszystkich latach. Może i niektórzy chcą się dowiedzieć, co wtedy
się stało, ale czy ona nie dość wycierpiała?
To właśnie wiedza była powodem udręki.
Wtedy
Dorothy
Pastor spotyka się z Dorothy na stacji i niesie jej walizkę; gdy
pokonują ostatnią milę do Skerry, droga łagodnie opada, w oddali morze
błyszczy od słońca. Zapach kolcolistów unosi się w powietrzu, a kiedy
droga skręca w prawo i w dół, w zasięgu wzroku pojawia się wioska. Więc
wreszcie jest tutaj, w swym pierwszym miejscu z dala od domu. Przed
oczami staje jej samotny pogrzeb matki w Edynburgu, żałobnicy, którzy
przyszli z obowiązku, zimny kościół, ale to życie pozostawiła już za
sobą.
Dorothy nabiera powietrza w płuca. Mijają pastorówkę i rząd przytułków,
potem sam kościół, zbudowany w pewnej odległości od drogi, wreszcie
sąsiadującą z nim szkołę, w której pastor jest zarówno dyrektorem, jak i nauczycielem. Najpierw pastor chce jej pokazać domek przypisany posadzie
i wszystko wygląda tak, jak miała nadzieję: domek jest czysty i schludny, świeżo pomalowany, w kuchni są nawet podstawowe sprzęty.
Dorothy jest podekscytowana, ale też zmęczona po długiej podróży, z wyczerpania bolą ją kości. Po wielu uprzejmych pożegnaniach i naleganiach, by wieczorem zjadła kolację z pastorem i jego nowo
poślubioną żoną Jenny, mężczyzna wychodzi, a Dorothy siada na krześle
przy małym stole w kuchni i głęboko wzdycha.
I jest tak, że kiedy kładzie się do łóżka w nieznajomym pokoju, chłód i spokój nocy otulają dom, a ona słyszy szum morza, którego jeszcze nie
widziała. Wyobraża je sobie -?jest czarne pod nocnym niebem, w falach
odbijają się gwiazdy, aż wreszcie Dorothy zapada w głęboki sen.
* * *
W pierwszy sobotni poranek zaczyna urządzać salę lekcyjną tak, jak chce
ją mieć w poniedziałek, pamiętając dewizę wpojoną jej w college'u -
"porządek i dyscyplina, przestrzegane przez nauczyciela i uczniów,
panujące w klasie" -?te same idee matka wbijała jej do głowy przez całe
dzieciństwo. Ustawia książki według wysokości, czyści tabliczki,
wyrównuje ławki, wygładza suknię, podniecenie i zdenerwowanie sprawiają,
że co rusz przerywa, spogląda na wzór tworzony przez ławki, na wioskę
widoczną za czystym oknem i wdycha zapach niedawno umytych ścian. Kręci
globusem i sprawdza, czy dzwonek lśni, gotowy wezwać uczniów pierwszego
dnia, wciąga w płuca świeże, czyste powietrze nowego życia, chociaż głos
matki zawsze jest przy niej: "Skerry, gdzie leży Skerry? Nie dziwota, że
nigdy tej nazwy nie słyszałam -?taka mała wioska! To na pewno będzie
raczej pilnowanie dzieci niż ich uczenie, chociaż może to dla ciebie
najlepsze wyjście", aż w desperacji Dorothy pragnie natychmiast opuścić
klasę.
Kiedy wychodzi na lunch, ma czas na zrobienie tego, o czym myśli od
przyjazdu. Czuła zapach, widziała je w oddali, nawet słyszała w swoim
domku -?swoim domku! -?na szczycie wzgórza, jednak dotąd nie postawiła
stopy na plaży. Piaski Skerry.
Ruszając w dół zbocza, jest świadoma wzroku ludzi skupionego na niej,
niektórzy mężczyźni dotykają czapek, kobiety patrzą, potem nachylają
się, by powiedzieć coś przyjaciółkom lub mężom. Wszyscy z pewnością
wiedzą, kim jest, i oczywiście są ciekawi, dlatego Dorothy układa rysy w wyraz zdystansowanej uprzejmości, stosownej dla jej profesji, i idzie,
czując ich oczy na plecach. Po prawej stronie widzi Sklep Spożywczy i Cukierniczy pani Brown, witryny są czyste i zastawione znajomymi
produktami -?herbatą Liptona, musztardą Colmana, płatkami Quaker -?więc
bez namysłu wchodzi do środka, by sprawdzić, co jeszcze mają. Może kupi
coś na lunch. Wyobraża sobie, jak siedzi na plaży, je ciasto, obserwuje
łodzie, ale zaraz odsuwa tę myśl od siebie. Jeść na dworze? Sama? Co za
pomysł, mówi sobie, otwierając drzwi. Brzęczy dzwonek, a ona czeka, aż
wzrok jej przywyknie do półmroku.
Przy ladzie po prawej stronie stoi kilka młodych kobiet, smuga
słonecznych promieni pada na ich zwrócone ku niej twarze. Dorothy
uśmiecha się i kiwa głową, czuje ich wzrok na swojej nowej sukni,
szerokim koronkowym kołnierzu, wyglansowanych butach, i widzi, jak
wymieniają spojrzenia.
-?Więc jest pani nową nauczycielką, tak? -?Kobieta składa się z samych
płaszczyzn i kątów, Dorothy nie potrafi w jej głosie wyczytać śladu
życzliwości.
-?Tak, jestem panna Aitken, Dorothy Aitken. -?Robi krok do przodu z wyciągniętą ręką.
Ktoś prycha, potem kaszle i znowu ta wymiana spojrzeń. Więc to tak -
myśli Dorothy -?dokładnie jak mówiła matka: trzymaj się z dala od
plotek, musisz myśleć o swojej pozycji -
uśmiech sztywnieje jej na wargach, brwi unoszą się akurat tyle, ile
trzeba.
Kobieta za ladą wymienia nazwiska obecnych:
-?Panna Bell, Ailsa Bell, panna Barclay, Norah Barclay.
Do Dorothy po chwili dociera, że łagodnie z niej kpi. Cóż, tylko tego
może się spodziewać, więc każdą z kobiet po kolei pozdrawia, po czym
wolno wędruje po sklepie, podnosząc opakowania i czytając, co na nich
napisano, by pokazać, że nie wytrąciły jej z równowagi. W końcu wybiera
coś, czego nie potrzebuje, kakao Cadbury, i przystaje, aż wreszcie
kobiety przepuszczają ją do lady, na której kładzie monety, a sztywny
uśmiech ani na sekundę nie znika z jej twarzy. Czuje ulgę, że wygrała tę
drobną potyczkę, taktykę poznała już na placu zabaw, sztuka polega na
tym, by pośród chytrych odzywek i spojrzeń utrzymać uśmiech i lekko
uniesione brwi, przez co oceniający wzrok spływa po tobie, jakby nic cię
to nie obchodziło. Kiedy jednak wychodzi i zamyka za sobą drzwi,
podążają za nią słowa: "A niech to, ale szczęściary z nas, że odwiedziła
nas Wielmożna Pani Nadęta" i wybuch śmiechu. Wychodzi na słońce i po
sekundzie rusza energicznym krokiem.
U stóp wzgórza droga zakręca wzdłuż klifu i nagle Dorothy stoi na
szczycie stromych kamiennych schodów prowadzących na plażę, a przed nią
rozciąga się połyskliwe, cętkowane od słońca morze, świeży wiatr niesie
zapach soli i ryb, w oddali widać łodzie, słychać krzyki kołujących i nurkujących mew.
Ma zupełnie nieodpowiednie buty i liczy, że nikt nie zobaczy, jak
ostrożnie schodzi po kamiennych stopniach z koszykiem w ręce, aż
wreszcie staje na piasku. Wpatruje się w tę ogromną ruchliwą rzecz, we
wzbierające i opadające fale, i nie wie, co zrobić z dziwnym dreszczem,
który ją przechodzi. Na jednej z łodzi podnosi się mężczyzna i osłania
oczy przed słońcem, by lepiej widzieć. Dorothy łapie się na tym, że
odwzajemnia spojrzenie i stoją tak, przyglądając się sobie. Mężczyzna
unosi dłoń i nagle Dorothy się reflektuje. Co powiedziałaby matka?
Spuszczając oczy, dostrzega zdartą skórę trzewików i oblepiony piaskiem
wilgotny rąbek sukni. Nie oglądając się za siebie, odwraca się i śpiesznie wchodzi po schodach.