Rozdział pierwszy. Mały Niemiec
Rozdział pierwszy
Mały Niemiec
Dawno, dawno temu byłem pięcioletnim niemieckim chłopcem. Heinzem
Adolfem Osterem.
Wścibskim, żywym, małym mądralą z szopą czarnych włosów, ciekawskim
ponad miarę i niezdolnym ustać spokojnie choćby przez chwilę.
W jednym z najwcześniejszych wspomnień idziemy z ojcem zadrzewionymi
ulicami Kolonii, majestatycznego, zabytkowego niemieckiego miasta,
mojego miasta rodzinnego - oddać głos w wyborach krajowych 1933 roku.
Właśnie tych, które pozwoliły Adolfowi Hitlerowi i jego partii
narodowosocjalistycznej - nazistom - przejąć władzę w Niemczech.
Nie miałem pojęcia, jak ważny to dzień ani do czego doprowadzą te
wybory. Nikt zresztą tego nie wiedział, zapewne nawet sam Hitler.
Pamiętam za to, że ojciec - Hans Isidor Oster - trzymał mnie za rękę,
kiedy wychodziliśmy z domu, a potem na ulicy, w drodze do lokalu
wyborczego.
Ojciec był wysoki, szczupły, poważny i szanowany. Ludzie na ulicy
poznawali go, uśmiechali się, uchylali kapelusza. Przyjaciele
zatrzymywali się, żeby przyjrzeć się mnie, jego synkowi, ubranemu na
wyjście jak mały lord Fauntleroy. Pamiętam, że ojciec bez przerwy palił
papierosy - może miało mu to dodawać dostojeństwa, dojrzałości,
znaczenia.
Wyjść z tatą, tylko we dwóch, to była rzadkość. Prowadził kilka
niewielkich domów handlowych, co go bardzo absorbowało, więcej czasu
spędzałem więc z matką niż z nim.
Pamiętam, że kiedy wyszliśmy z lokalu wyborczego, zabrał mnie do
cukierni na Schlagsahne - bitą śmietanę o smaku waniliowym - trochę
tak, jakbyśmy dziś poszli na lody. Rozpierało mnie poczucie szczęścia.
Miałem swój wielki dzień.
Byłem tylko dzieckiem. Mieszkałem z mamą i ojcem w kosmopolitycznym,
reprezentacyjnym mieście w zachodnich Niemczech. Kolonia słynie z zabytkowej gotyckiej katedry o dwóch wieżach z kamiennej koronki,
strzelających w niebo wysoko ponad miastem.
Nie bywaliśmy na nabożeństwach w katedrze, ale przede wszystkim
stanowiliśmy porządną niemiecką rodzinę. W żadnym wypadku nie czuliśmy
się ani odrobinę mniej niemieccy od innych. Ojciec, weteran Wehrmachtu,
walczył w wielkiej wojnie - I wojnie światowej - tak samo jak miliony
innych Niemców. Został ranny, miał bliznę na policzku od uderzenia
odłamkiem podczas ostrzału artyleryjskiego. Otrzymał medal za męstwo.
Nie widział powodu, dla którego nie miałby walczyć w obronie swojego
kraju, słusznej czy nie - za ojczyznę. Jak każdy dobry Niemiec.
Różniło nas jedynie to, że byliśmy Żydami. Wtedy nie miało to dla mnie
większego znaczenia. Cała rzecz sprowadzała się do tego, że chodziliśmy
do synagogi w piątek, a nie do kościoła w niedzielę, jak inne znajome
dzieci. Poza tym uczyłem się w niemieckiej szkole żydowskiej, gdzie
oprócz zwykłych przedmiotów mieliśmy lekcje hebrajskiego. Nie odnosiłem
jednak wrażenia, że jesteśmy odmienni, lepsi albo gorsi od pierwszej
lepszej niemieckiej familii.
Prowadziliśmy zwyczajne, przyjemne życie. Byłem ruchliwym niemieckim
dzieciakiem z miłej rodziny w rojnym niemieckim mieście. Jednak kiedy do
władzy doszedł Hitler i naziści - właśnie w czasie, kiedy z grubsza już
pojmowałem, co się toczy wokół mnie - wszystko zaczęło się psuć.
Pierwszy sygnał, że dzieje się coś złego, odebrałem pierwszego dnia
szkoły w 1934 roku. Odczułem wtedy, też po raz pierwszy, co to znaczy
odróżniać się, być innym, doznać prześladowania.
Jak każde dziecko, byłem pełen obaw i lekko zaniepokojony. Skończyłem
już sześć lat i chcąc nie chcąc, wyruszałem, jak nigdy dotąd, w nieznany
świat, daleko od mamy i taty.
Rodzice odprowadzili mnie do szkoły; bardzo uroczyście niosłem mały
skórzany tornister z niewielką tabliczką w środku, kawałkiem kredy na
sznurku i gąbką służącą do ścierania. Miałem na sobie spodenki do kolan,
pończochy i coś w rodzaju beretu przynależnego uczniowi pierwszej klasy.
Jak wszystkie dzieci, trzymałem wielką tekturową tytę, którą dali mi
rodzice. Wyglądała trochę jak tuba albo "ośle uszy" i pełna była
wszelkiego rodzaju cudowności - słodyczy i zabaweczek. Zgodnie z niemiecką tradycją dzieci idące po raz pierwszy do szkoły dostawały
takie Zuckertüte czy, jak mówiliśmy, rożki cukrowe, na pociechę i dla
lepszego samopoczucia w nowym, obcym świecie. Związane były na górze
czerwonym celofanem, żebyśmy nie mogli dostać się do środka, bo otworzyć
je wolno było dopiero w domu, po powrocie ze szkoły, nie wcześniej.
Jakby w nagrodę, na którą trzeba było cierpliwie poczekać. Moja tyta
niemal dorównywała mi wysokością, przynajmniej tak mi się wtedy
wydawało.
Ale kiedy tamtego dnia wyszliśmy ze szkoły, dzierżąc mocno swoje cenne
rożki, zaatakowała nas banda z Hitlerjugend - Deutsches Jungvolk i Jungmädel. Wielki, jazgotliwy tłum niewiele od nas starszych chłopców i dziewcząt czekał na chodniku. Wszyscy umundurowani i bardzo z siebie
dumni.
Wpadliśmy w śmiertelne przerażenie. Niektórzy chłopcy z mojej klasy
płakali. Byliśmy tylko małymi, sześcioletnimi dziećmi. I teraz, po
pierwszym, pełnym napięcia dniu w szkole, nie wiadomo dlaczego rzuciła
się na nas wrzeszcząca nazistowska hałastra.
Mama i ojciec razem z innymi rodzicami żydowskich dzieci czekali pod
szkołą, żeby zabrać nas do domów. W żaden sposób nie mogli nam pomóc.
Odepchnęli ich przywódcy Hitlerjugend, młode, nasto- i dwudziestoparoletnie byczki.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem morze mundurów i wściekłych twarzy.
Rozjuszone dzieciaki w nazistowskich chustach, wszyscy z takimi samymi
swastykami na suwakach pod szyją. Chłopcy ze sztylecikami u paska.
Dziesięcio-, może czternastolatki, każdy z nożem.
Za młodymi stali ze skrzyżowanymi ramionami organizatorzy i zadowoleni
rodzice. Z wyraźną uciechą przyglądali się, jak ich dzieci pokazują
małym Żydkom, gdzie ich miejsce.
A tamci rzucali w nas kamieniami. Tłukli nas kijami. Musieliśmy wszyscy,
uciekając, przebiec tę ścieżkę zdrowia, by przedostać się w bezpieczne
miejsce, do rodziców.
Ci z Hitlerjugend szczególną uwagę poświęcali naszym tytkom. Próbowali
wytrącić nam je z rąk. A kiedy któraś pękła, rzucali się na ziemię i kradli słodycze i zabawki.
Wreszcie pojawiło się dwóch funkcjonariuszy miejskiej policji, która
wtedy jeszcze nie była do końca znazyfikowana. Przerwali napaść,
mogliśmy więc całą grupą puścić się pędem do rodziców.
Nikt z nas nie odniósł poważniejszych ran, skończyło się na drobnych
zadrapaniach, skaleczeniach i paru kroplach krwi. Ale szok był
powszechny.
Szedłem do szkoły tego dnia podekscytowany, pełen oczekiwań, trochę
niespokojny, jak sobie poradzę w klasie. Kiedy wróciłem po południu do
domu, świat jawił mi się mroczny i groźny. Życie odmieniło się raz na
zawsze.
Rozdział drugi. Naród w poszukiwaniu przywódcy
Rozdział drugi
Naród w poszukiwaniu przywódcy
W wieku lat sześciu nie miałem oczywiście pojęcia o wydarzeniach
politycznych. Ale w Niemczech w tym czasie wrzało. Po przegranej wojnie
światowej państwa zwycięskie - przede wszystkim Francja i Anglia -
ściągały reparacje wojenne, przejmując terytorium i ogromne sumy,
których Niemcy rzeczywiście nie miały.
Był to podobnie jak w Ameryce okres problemów finansowych, wielkiego
kryzysu. W latach 20. i na początku 30. XX wieku znacznie wzrosło
bezrobocie. Po ulicach krążyły tysiące obszarpanych ludzi, wśród nich
wielu weteranów wojennych, rannych i cierpiących na nerwicę frontową.
Roboty nie mieli, pozostawało im tylko narzekać i knuć.
Wielka wojna była dla żołnierzy koszmarem, niezależnie od tego, po
której stronie walczyli; zwłaszcza wojna pozycyjna, w której tysiące
żołnierzy ginęły po to, by zdobyć - lub stracić - kilka jardów błota i zasieków z drutu kolczastego. We wszystkich armiach szerzyły się
choroby. Karabiny maszynowe, artyleria, czołgi, gazy trujące i bomby
zrzucane przez samoloty i zeppeliny zabijały miliony ludzi. Ci, co
przeżyli, tak jak i żołnierze dziś, wychodzili okaleczeni już na zawsze.
Miliony doznały urazu psychicznego. Prawie każdy odniósł ranę na sercu i duszy.
Europa miała już nigdy nie być taka sama.
Gospodarkę Niemiec dotknęła szalejąca inflacja; wartość pieniądza
spadała z dnia na dzień. Bochenek chleba kosztował milion marek, całą
taczkę niemal nic niewartych banknotów.
Kiedy po wyborach 1933 roku i późniejszych zakulisowych manewrach Hitler
przejął władzę, Niemcy skłonni byli pójść za każdym przywódcą, który
zdołałby ich przekonać, że ma pomysł, jak wyjść z tej sytuacji, jak
przywrócić krajowi potęgę i bogactwo.
Zwerbował wszystkich wykorzenionych i bezrobotnych, byłych żołnierzy i weteranów, i dał im strukturę, w której mogli zaistnieć. Dał im cel.
Dostali grupę, do której mogli wejść, i coś, w co mogli wierzyć,
jakkolwiek obłąkane i nieludzkie miało się to ostatecznie okazać. Hitler
zagospodarowywał każdego, kto chciał go słuchać. Wypuszczał z więzień
zatwardziałych przestępców i niedouczonych włóczęgów, ludzi z marginesu
- i nawracał ich na nazizm. Dawał im wiarę, że mogą stanowić część
czegoś, co sprawi, że Niemcy znów będą wielkie.
O niemal wszystkie problemy Niemiec obwiniał Żydów.
Dyktatorzy i inni przywódcy często wyolbrzymiają swój status i władzę,
wmawiając społeczeństwom, że są atakowane przez "innych" - dowolną
grupę, która wygląda, zachowuje się lub praktykuje wiarę w odmienny
sposób.
Tak jest na Bliskim Wschodzie. W Rosji i w Darfurze. Tak było w Bośni,
Korei Północnej i Syrii. W Rwandzie, gdzie miliony ludzi zarąbali ich
sąsiedzi, podjudzeni przez swoich liderów.
Łatwo zobaczyć ich w akcji, wystarczy posłuchać w amerykańskiej
telewizji prawicowych mędrców. - Wszystko szłoby wspaniale - sugerują -
gdyby nie "oni". "Oni" mogą oznaczać każdego. Czarnych. Żydów.
Latynosów. Irlandczyków. Włochów. Muzułmanów. Imigrantów. Tych, co uczą
się w college'ach. Tych, co nie uczą się w college'ach. Elitarystów.
Beneficjentów opieki społecznej. Gejów. Związkowców. Nawet kobiety.
Wszystkich, którzy nie są "nami".
Hermann Göring, członek nazistowskiej hierarchii i dowódca niemieckiego
lotnictwa wojskowego, Luftwaffe, powiedział w Norymberdze w 1946 roku,
podczas procesu zbrodniarzy wojennych, w którym był sądzony:
Ludzi zawsze da się podporządkować życzeniom przywódców. To nic
trudnego. Trzeba tylko powiedzieć im, że ktoś ich atakuje i oskarżyć
pacyfistów o brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To
działa identycznie w każdym kraju.
Przez kilkaset lat tliła się podejrzliwość i nienawiść wobec Żydów, aż
wyraźnie nasiliła się na początku XX wieku.
Wielu ludzi, wśród nich nawet bohaterski pilot Charles Lindbergh i amerykański przemysłowiec Henry Ford, wierzyło, że Żydzi zawiązali
międzynarodowy spisek. Podobnego zdania był Hitler. Roił sobie, że
sprzymierzeni z komunistami, którzy przejęli władzę w Rosji, w tajemnicy
planują opanowanie największych instytucji politycznych i finansowych, a w końcu samego świata. A także, że jacyś Żydzi powiązani z komunistami
przyczynili się do klęski Niemiec w ostatniej wojnie, podburzając do
strajków, politycznej dywersji i rewolucji na tyłach - mit znany pod
nazwą Dolchstosslegende (legenda o ciosie w plecy).
Rozpowszechniali ją bezpośrednio po wielkiej wojnie niemieccy politycy,
by zrzucić z siebie winę za przegraną. W 1918 roku sojusznicy Niemiec
szybko kapitulowali, a wojsko, któremu brakowało pieniędzy, zaopatrzenia
i rezerw, stawało w obliczu wciąż rosnących sił Francji, Imperium
Brytyjskiego, Belgii i Stanów Zjednoczonych. Klęska była nieunikniona.
Teoria o ciosie w plecy pozwoliła jednak wielu Niemcom, wśród nich
samemu Hitlerowi, wówczas rannemu i oślepionemu kapralowi, uwierzyć, że
ich kraj w rzeczywistości nie uległ; że to tylko ich wysiłek wojenny
został osłabiony od środka. Przez "innych" - Żydów i komunistów.
Tak jak nacjonaliści w różnych miejscach globu, tak i Hitler uważał
narody swoich dwóch ojczystych krajów - w tym przypadku Austrii i Niemiec - za największe na świecie.
To dość powszechne przekonanie. Niezbyt sensowne, ale powszechne. Logika
jest następująca: "W zasadzie jestem wielki. Kto jest do mnie podobny,
też jest wielki.
Wygląda wręcz na to, że im do mnie bardziej podobni, tym więksi. Teraz,
jak o tym myślę, ci, którzy nie są tacy jak ja, już nie wydają mi się
wielcy. Jak to wytłumaczyć? Najoczywiściej są gorsi".
Hitler formułował swoją ideologię w czasach, kiedy w białych
środowiskach akademickich i wśród przywódców na całym świecie
popularność zdobywała eugenika - pseudonauka zakładająca, że na niemal
wszystkie ludzkie zachowania wpływ mają czynniki genetyczne. W wielu
krajach, w tym w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, ruch
eugeniczny głosił, że rządy mają prawo i obowiązek zapobiegać
rozrodczości osób "niezdatnych".
Społeczeństwo można "oczyścić", uniemożliwiając - w razie potrzeby siłą
- "niezdatnym" posiadanie potomstwa, które, gdyby dane mu było żyć,
przypuszczalnie okazałoby się równie "niezdatne". Hitler nie był jedyną
osobą na świecie, która zastanawiała się, czy aby uniknąć skażenia
konkretnego społeczeństwa przez "gorszych", nie należałoby zastosować
wspaniałego pomysłu, czyli uniemożliwić takim osobom płodzenie dzieci.
Albo i gorzej.
Nie była to tylko ot, taka sobie, skrajna koncepcja odosobnionych
świrów, tylko prawo obowiązujące w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Wydając w 1927 roku przerażającą decyzję w sprawie Buck vs Bell, Sąd
Najwyższy utrzymał w mocy prawo stanu Wirginia dopuszczające
sterylizację osób - nawet wbrew ich woli - przebywających w stanowych
zakładach psychiatrycznych, a uznanych za "upośledzone umysłowo", co
mogło znaczyć wszystko.
Carrie Buck, siedemnastoletnia adoptowana dziewczyna, została zgwałcona
przez siostrzeńca przybranej matki i zaszła w ciążę. W obawie przed
hańbą, jaką sprowadziłaby na dom niezamężna, ciężarna córka, rodzina
adopcyjna oddała ją do stanowego zakładu psychiatrycznego. Stan Wirginia
dążył do poddania jej przymusowej sterylizacji.
Decyzję, podjętą większością głosów 8 do 1, przedstawił na piśmie sędzia
Sądu Najwyższego Oliver Wendell Holmes jr, jeden z najbardziej
poważanych sędziów w historii Ameryki. Brzmi jak cytat z manifestu
Hitlera Mein Kampf.
Który to manifest rzeczywiście był po części zainspirowany hasłami
amerykańskiego ruchu eugenicznego.
Pisał sędzia Holmes:
Niejeden raz widzieliśmy, że dobro publiczne wymaga od najlepszych
obywateli poświęcenia mu życia. Byłoby dziwne, gdyby od tych, którzy już
i tak uszczuplają siły państwa, nie mogło ono oczekiwać mniejszych
poświęceń. Lepiej jest dla całego świata, gdy zamiast czekać, aż
zdegenerowane potomstwo popełni zbrodnię i zostanie stracone albo
pozwolić mu przymierać głodem z powodu imbecylizmu, społeczeństwo może
tym, którzy są w oczywisty sposób niezdatni, uniemożliwić przedłużanie
gatunku. Prawo odnoszące się do obowiązkowych szczepień jest
wystarczająco pojemne, by objąć także przecinanie jajowodów. Trzy
pokolenia imbecyli to wystarczy.
W decyzji sędziego Holmesa mowa jest o "trzech pokoleniach imbecyli", to
jest Carrie Buck, jej niedawno urodzonej córce Vivian i matce Carrie,
Emmie.
W następstwie decyzji Sądu Najwyższego Carrie Buck, a także jej siostra
Doris zostały wbrew ich woli poddane sterylizacji. Na mocy podobnych
przepisów taki sam los spotkał co najmniej 60 000 Amerykanów; samo prawo
stało się później, w nazistowskich Niemczech, wzorem dla zbliżonych
ustaw Erbgesundheistgericht, na których mocy nazistowskie państwo
przeprowadziło sterylizację 375 000 osób, w tym wielu tylko głuchych
albo niewidomych.
W Niemczech niewiele trzeba było czasu, by ktoś, kto był Romem,
homoseksualistą czy Żydem, już tym samym okazywał się "niezdatny", by
być Niemcem. A metody "oczyszczania" niemieckiego społeczeństwa z takich
ludzi szybko eskalowały.
W latach 1933-1939 Niemcy przeszli od sterylizacji do zwykłego
mordowania "niezdatnych" setkami tysięcy. W tym czasie liderzy
amerykańskiej eugeniki wspierali - nawet finansowo - ten ruch w Niemczech.
Aż do 1939 roku Fundacja Rockefellera - do dziś jedna z najważniejszych
amerykańskich organizacji filantropijnych - udzielała finansowego
wsparcia inspirowanym przez nazistów badaniom nad wyższością rasową,
prowadzonym w Kaiser Wilhelm Institute of Anthropology, Human Heredity
and Eugenics (Instytut Antropologii, Genetyki Człowieka i Eugeniki im.
Cesarza Wilhelma), nawet wtedy, kiedy było już jasne, że tę pseudonaukę
wykorzystuje się do legitymizowania prześladowań Żydów i innych
wrażliwych grup społecznych. Jednym z naukowców, których prace opłacała
Fundacja Rockefellera, był dr Josef Mengele. Obłąkane eksperymenty i rola, jaką odgrywał w Auschwitz przy selekcjonowaniu więźniów
przeznaczonych na śmierć w komorach gazowych, przyniosły mu miano anioła
śmierci.
Na długo przedtem, nim pierwsi Żydzi zostali zabici w obozach
koncentracyjnych, program Aktion T4, opracowany w nazistowskich
Niemczech i realizowany w latach 1939-1941, nakazał niemieckim i austriackim lekarzom zamordowanie 70 273 osób upośledzonych fizycznie
lub umysłowo. Dokonywano tego za pomocą śmiercionośnych leków, gazów
trujących lub przez zagłodzenie. Program kontynuowano nieoficjalnie
przez wszystkie lata wojny; do 1945 roku liczba jego ofiar przekroczyła
200 000.
A jak ułożyły się losy Carrie Buck? Kiedy 56 lat później Carrie i jej
siostra Doris udzielały wywiadu prasowego, było jasne, że obie są
normalnie rozwinięte intelektualnie. Córeczka Carrie, Vivian, której
narodziny tak rozwścieczyły stan Wirginia, a także ośmiu sędziów Sądu
Najwyższego USA, w drugiej klasie znalazła się w czołówce uczniów.
Hitler, zainspirowany eugenicznymi ustawami Stanów Zjednoczonych
Ameryki, szczerze wierzył, że wszystkie inne narody i rasy są gorsze od
Niemców. Szczególnie obawiał się komunizmu; był przekonany, nie mając po
temu żadnych dowodów, że to produkt zarówno gorszych genów, jak i ruchu
politycznego, którego biologiczną bazę stanowią Żydzi.
Wprawdzie kilku najwcześniejszych, czołowych sowieckich komunistów było
Żydami - czemu trudno się dziwić, zważywszy na zajadły antysemityzm
poprzedniego, carskiego rządu w Rosji - Józef Stalin, odpowiednik
Hitlera i równie jak on okrutny przywódca Związku Sowieckiego, usunął
ich z szeregów partii komunistycznej na długo przed dojściem Führera do
władzy w latach 30. XX wieku.
Największa zmora Hitlera, żydowsko-komunistyczna zmowa nacelowana na
opanowanie Europy, a potem całego świata, nigdy nie istniała. Dla
przywódcy Niemiec najważniejszym natarciem w II wojnie światowej,
zresztą pomysłem chybionym, który przyniósł upadek "Tysiącletniej
Rzeszy", była samobójcza napaść na Związek Sowiecki. Napędzana, w zasadzie bez żadnych rzeczywistych podstaw, jego nieuzasadnioną
nienawiścią do Żydów, skądinąd niewinnych zbrodni, o które Hitler i jego
narodowosocjalistyczni kumple ich oskarżali.
W ciągu miesiąca od przejęcia władzy w roku 1933, na obrzeżach
Monachium, kolebki rewolucji nazistowskiej, Hitler założył Dachau,
pierwszy obóz koncentracyjny. Zamierzał tam zamykać każdego, kto odważy
się mu sprzeciwić.
Wiedział, że by zbudować silne, niezwyciężone Niemcy, musi zacząć od
najmłodszych członków społeczeństwa. Dlatego powołał Hitlerjugend i inne
organizacje wpajające wszystkim nieżydowskim dzieciom niemieckim jego
szaleńczy - jednak dość powszechnie uznawany - światopogląd.
W czasie, gdy dzieci rosły, w latach 1933-1939 zdołał cały kraj przepoić
tym, czego najmłodszych uczył już od początku. Ten kraj poszedł za nim
ślepo. I zrobił rzeczy potworne, nie do opisania. O jakie wyobraźnia
ludzka nigdy nie posądzała człowieka.
Rzeczy niepojęte.
A jednak się zdarzyły. Moim sąsiadom. Mojej rodzinie. I mnie.
Rozdział trzeci. Żydzi w Niemczech
Rozdział trzeci
Żydzi w Niemczech
Zdaniem historyków pierwsi Żydzi, którzy osiedlili się w Niemczech, byli
przypuszczalnie emigrantami z Rzymu. Pierwsza udokumentowana gmina
żydowska w Niemczech sięga roku 321 i powstała w Kolonii.
Tak się składa, że w moim rodzinnym mieście. Kiedy więc Adolf Hitler
(urodzony zresztą w Austrii) i jego nazistowscy przyjaciele podejmowali
decyzję, że Żydzi, tacy jak ja, jak moja matka i ojciec, są "niezdatni"
do życia w "jego" Niemczech, żyliśmy tam już od 1600 lat.
Niechęć do Żydów była w Europie powszechna od wieków. "Getto" to słowo
włoskie, skrót od "borghetto", czyli "małe miasteczko", "wioska". Getto
było odgrodzoną murami częścią miasta, przeznaczoną dla Żydów; kazano im
osiedlać się tam i tylko tam, oddzielając ich od chrześcijan i innych
grup. Pierwsze getta powstały w Wenecji i Rzymie, później w innych
rzymskich miastach.
Fale prześladowań - pogromów - nadchodziły i odpływały przez wieki.
Bywały okresy ataków, segregacji i oczerniania. Kiedy indziej wahadło
szło w drugą stronę i europejska społeczność była bardziej skłonna nas
zaakceptować.
W Europie i poza nią Żydów, wygodne kozły ofiarne, prześladowano przez
blisko tysiąc lat. W czasach pierwszej wyprawy krzyżowej, która
rozpoczęła się w 1096 roku, chrześcijan w Niemczech zachęcano, by
atakowali i zabijali wszystkich niewierzących. Ofiarą eksterminacji
padały wtedy całe niemieckie gminy żydowskie. Muzułmanie, wcale nie
bardziej lubiani od Żydów, siedzieli gdzieś daleko, w Ziemi Świętej. Za
to my, Żydzi, byliśmy pod ręką, w mieście, i tylko czekaliśmy, by nas
wyrżnąć.
W XIV wieku winą za roznoszoną przez szczury czarną śmierć, która zabiła
blisko połowę mieszkańców wielu dużych miast w środkowej Europie,
obciążono Żydów. Jak głosiły plotki, zaczęło się od tego, że zatruli
studnie chrześcijan. Wzburzona i ogarnięta paniką ludność rozprawiała
się z gminami żydowskimi okrutnie.
W gettach, odizolowanych od reszty miasta, zaraza nie szerzyła się tak
gwałtownie, poza tym Żydzi ówcześni utrzymywali na ogół wyższy niż inne
społeczności standard higieny, dlatego zwykle znacznie mniej było wśród
nich przypadków chorób. Budziło to podejrzenia katolików i innych
mieszkańców, którzy w odpowiedzi niejednokroć wyrzynali żydowskie
społeczności, puszczali z dymem ludzi, domy i synagogi.
W 1349 roku nastąpiła zagłada żydowskiej ludności Kolonii. Mężczyznom,
kobietom i dzieciom ucinano głowy, katowano ich i palono żywcem.
Ukradziono im domy, rozgrabiono dobytek. Do 1351 roku, a więc w ciągu
dwóch lat, zniszczono 60 dużych gmin i 150 mniejszych.
Zdarzało się, że gminy wolały same spalić swe domy, z rodzinami w środku, byle tylko nie wyciągnęła ich stamtąd i nie zlinczowała
tłuszcza.
Karol IV, cesarz rzymski, postanowił, że własność Żydów w takich
przypadkach ulega konfiskacie, co siłą rzeczy spowodowało, że władze
lokalne straciły motywacje, by zapobiegać masowej eksterminacji.
W końcu Jezus z Nazaretu był Żydem, którego prześladowali i zamordowali
Rzymianie.
Wreszcie, w latach 60. XIX wieku, niemieccy Żydzi, a także wyznawcy
innych niechrześcijańskich religii, otrzymali pełne prawa. Po blisko
1500 latach separacji i represji, kiedy w 1867 roku powstał Związek
Północnoniemiecki, Żydom przyznano wszelkie przywileje należne
niemieckim obywatelom.
Mogliśmy iść do niemieckich szkół publicznych i na uniwersytety.
Zostawać prawnikami, a w końcu nawet sędziami. A z racji po części
dziwnej zasady obowiązującej w chrześcijaństwie, Żydzi od dawna odnosili
sukcesy w dziedzinie, która po upływie wieków stała się bankowością.
Podobnie jak to u dzisiejszych muzułmanów, wcześni chrześcijanie,
pożyczając pieniądze współwyznawcom, nie naliczali odsetek.
Powstrzymywały ich od tego przekonania, a także sami przywódcy
religijni. Żydzi natomiast mogli udzielać chrześcijanom pożyczek na
procent. W rezultacie byli poszukiwani, ale i piętnowani, bo bogacili
się czasem bardziej niż ich chrześcijańscy sąsiedzi.
Ceniliśmy wiedzę i edukację, dlatego osiągaliśmy sukcesy w niemieckim
społeczeństwie i daliśmy się zauważyć jako liderzy w sferze biznesu,
prawa i w innych zawodach. W pewnych nieco zacofanych środowiskach
budziło to zazdrość, zajadłość i niechęć.
Przed rokiem 1930 niektóre firmy przekształciły się w wielkie koncerny,
w całkowicie legalny sposób zdominowane przez Żydów; dotyczyło to
banków, przemysłu filmowego, nauk ścisłych, medycyny i prawa. Żydami
było bardzo wielu niemieckich sędziów.
Jako widoczna, prześladowana w przeszłości mniejszość - w kraju liczącym
60 milionów mieszkańców było około 600 000 Żydów, czyli raptem stanowili
jeden procent ludności - Żydzi uznali, że będą akceptowani i tolerowani
jedynie pod warunkiem, że zasymilują się, wtopią w społeczeństwo i wniosą w nie swój wkład. Dlatego kiedy tylko uzyskaliśmy swobodny dostęp
do uniwersytetów, kształciliśmy się i ciężko pracując, stawaliśmy się na
różne sposoby coraz bardziej niemieccy i coraz mniej żydowscy. Z kolei
jednak, odnosząc sukcesy na wszystkich tych ważnych polach,
wyróżnialiśmy się nieco ponad miarę.
Od lat 60. XIX wieku aż po lata 30. XX większość miejscowych Żydów w ogromnym stopniu wpasowała się w życie w Niemczech. Dla niemal
wszystkich, tak jak i dla mnie, pierwszym językiem był niemiecki, nie
jidysz, inaczej niż w społecznościach żydowskich w Europie Wschodniej.
Wielu Żydów w ogóle nie czuło żadnych związków z religią. Odgrywali
natomiast zasadniczą rolę w niemieckim społeczeństwie, nawet w wojsku. W czasie I wojny światowej udział procentowy Żydów walczących za swój kraj
był większy niż przedstawicieli jakiejkolwiek innej grupy politycznej,
religijnej czy etnicznej. Zginęło wtedy około 12 000 niemieckich
żołnierzy pochodzenia żydowskiego; wśród licznych rannych był i mój
ojciec, który otrzymał odznaczenie za bohaterstwo.
Niemieckim oficerem, który w tamtych dniach przedstawił kaprala Adolfa
Hitlera do odznaczenia Krzyżem Żelaznym I klasy, był porucznik Hugo
Gutmann. Tak się złożyło, że Żyd.
Rozdział czwarty. Naziści rosną w siłę
Rozdział czwarty
Naziści rosną w siłę
W 1934 roku miałem zaledwie sześć lat, ale wiedziałem, że byliśmy dość
zamożną rodziną. Skąd ta wiedza? Otóż w przeciwieństwie do wielu naszych
znajomych mieliśmy radio. Czuliśmy się bardzo szczęśliwi, nowocześni,
wręcz awangardowi.
Pamiętam, jak siedziałem u mamy na kolanach i w ciemności słuchałem
transmisji z pogrzebu prezydenta Niemiec von Hindenburga. Było to
wydarzenie smutne i poważne, z trzeszczącego radia płynęła muzyka ciężka
jak ołów. Hitler przejął rządy już rok wcześniej, po wyborach z 1933. A kiedy Hindenburg, bardzo sędziwy i zmęczony, ostatecznie odszedł, Hitler
mógł swobodnie umocnić swoją władzę i ogłosić się "wodzem i kanclerzem
Rzeszy", niekwestionowaną głową państwa.
Nie tracąc też czasu, przekształcił Niemcy w zdobne we flagi i swastyki,
nienawidzące Żydów państwo policyjne.
Mieliśmy radio, mogliśmy więc słuchać licznych jego przemówień. Jako
dobry mały Niemiec, który oczywiście nie wiedział nic o toczących się
rozgrywkach, siedziałem jak urzeczony. Czy się komu podobał, czy nie,
mówcą był niezwykłym. Pamiętam, jaki dreszcz przeszywał mnie na dźwięk
jego wrzasków płynących z głośnika i gdzieś w tle tłumu ryczącego na
jego wezwanie: "Heil!". Widzieliśmy ten zapał rozlewający się po całym
mieście jak fala krwi. "Heil Hitler" stało się powszechnym
pozdrowieniem, na dzień dobry i na do widzenia. Naziści rozdawali za
darmo flagi - wielkie, krwistoczerwone, ze swastyką. Zachęcali wszystkie
rodziny, by wywieszać je przed domami, w specjalny sposób, pod właściwym
kątem.
Jeśli ktoś tego nie zrobił, zaczynały się sąsiedzkie komentarze: -
Widzieliście tych tam na naszej ulicy? Nie mają flagi.
- Może komuniści? Może Żydzi?
Ulice czerwieniły się od flag. Gdzie okiem sięgnąć, ocean szkarłatu.
Mnie, żydowskiemu dziecku, nieświadomemu niczego, wydawało się to
piękne. Inspirujące. Jakbym zanurzał się w tym morzu niemieckiej dumy,
gniewu i emocji.
Nie trzeba było wiele czasu, by sprawy zaczęły dla naszych przyjaciół,
krewnych i dla naszej rodziny przyjmować zły obrót. Na początku -
wolniutko. A potem coraz szybciej, niczym głaz toczący się po zboczu
góry.
Na frontowym oknie firmy będącej własnością goja, nie-Żyda, nagle
pojawiała się ogromna namalowana swastyka. Żydowski kupiec, który
przychodził rano do swojego sklepu, natykał się na nakreśloną wielką
gwiazdę Dawida i napis obok: "Jesteśmy Niemcami. Jesteśmy dumni. Nie
kupuj u Żyda!".
Kilka miesięcy później nazistowskie władze zabroniły Żydom korzystać z transportu publicznego. W dużych miastach, takich jak Kolonia, coraz
bardziej ograniczano nas w tym, co możemy robić, jaką pracę podejmować
czy jaki zakład posiadać.
Hitler i jego pachołki, Himmler, Goebbels i Göring, wspierani
autorytetem i wizerunkiem państwa, używali wszelkich swoich talentów
showmanów i propagandzistów, by wmówić całym Niemcom, że Żydzi to
podludzie. Że jesteśmy jak szczury. Pasożyty. Że jeśli nie wierzysz
swoim przywódcom, jesteś podejrzany. Nielojalny. Nie jesteś prawdziwym
Niemcem. Jesteś zdrajcą.
Z przykrością trzeba powiedzieć, że większość Niemców chętnie na to
przystała. Nauczono ich, że problemem są "oni", nie "my". A więc
zaatakujmy "ich". Oszkalujmy. Nawet zabijmy.
W 1935 roku ogłoszone zostały ustawy norymberskie.
Rozdział piąty. Szykany
Rozdział piąty
Szykany
Na zjeździe partii nazistowskiej w Norymberdze w 1935 roku uchwalono
szeroko zakrojoną serię ustaw wprowadzających do niemieckiego prawa
wiele zasad, które zaczynały niszczyć nam życie.
Naziści kazali nam oddać wszystko, co posiadaliśmy i co miało
jakąkolwiek wartość. Zabrali biżuterię matki, srebra - cały dobytek.
Któregoś dnia przyszli po radio. I tak nasz najcenniejszy skarb opuścił
dom w rękach bojówkarza ze Sturmabteilung, SA, czyli "brunatnych
koszul".
Ustawy pozbawiały Żydów obywatelstwa niemieckiego. Zabraniały
"Aryjczykom" - Niemcom "czystej" krwi niemieckiej - seksu z Żydami.
Żydom zamykały dostęp do wszelkich zawodów, co oznaczało, że pracę
straci wielu urzędników, prawników, lekarzy i sędziów.
Żydom mającym za sobą służbę wojskową, takim jak mój ojciec, nagle
odebrano świadczenia dla weteranów. Nazwiska Żydów poległych w wielkiej
wojnie, w walkach za Niemcy, wydrapywano z granitowych tablic na
pomnikach wojennych w miastach całego kraju.
Żydowi nie wolno było mieć na własność domu ani samochodu, prenumerować
gazety ani czasopisma, wchodzić do tramwaju, kina czy teatru, nawet
siadać na ławce w parku. Napisy "Juden Verboten" - "Nie dla Żydów" -
pojawiały się w całym mieście.
Co najgorsze, nie wolno było mieć własnego przedsiębiorstwa, w wielu
przypadkach firmy utworzonej kiedyś od zera i przekazywanej z pokolenia
na pokolenie.
Pewnego dnia ojciec wszedł do swojego biura i zastał przy własnym biurku
nazistowskiego funkcjonariusza. Ojca wyrzucono, zamrożono jego konto, a firmę zabrano bez odszkodowania.
Nie było sędziego ani ławy przysięgłych. Niczego. Odebrano mu całe życie
i nie mógł z tym nic zrobić. Sędziowie - nieżydowscy oczywiście - nagle
zaczęli wpinać w klapy nazistowskie znaczki. Wszyscy wstąpili do NSDAP.
Nie było wątpliwości, kto rządzi i jak niesprawiedliwy stał się
niemiecki wymiar sprawiedliwości.
Żydom nie wolno było się spotykać ani zbierać w grupach liczniejszych
niż trzy lub cztery osoby. Nie mogliśmy nawet chodzić do siedziby gminy
żydowskiej.
Straciliśmy, oczywiście, mieszkanie. Jako że ojcu odebrano też firmę,
nie mieliśmy dochodów. Nie wolno nam było posiadać domu ani wynająć
mieszkania od goja.
Z trudem, po wielu staraniach, udało się rodzicom znaleźć jednopokojowy
lokal w znacznie biedniejszej dzielnicy Kolonii. Nasz właściwy,
pierwotny dom miał adres Brabanterstrasse 12. Musieliśmy przenieść się
na Blumenthalstrasse pod numer 15. Z prestiżowej ulicy i pięknego
mieszkania do ciasnego, nędznego pomieszczenia, składającego się z pokoju i kuchni.
Nie byliśmy w stanie przewidzieć, jak straszne rzeczy jeszcze nas
czekają. Ale w tamtych dniach to, co nas spotkało, wydawało się
koszmarem. W ciągu kilku tygodni nasze życie legło w gruzach.
Cios był potężny. Wyobraźcie sobie, że któregoś dnia ktoś nagle wali w drzwi, że wpadają żołdacy i urzędnicy i zabierają człowiekowi pracę,
obywatelstwo, dobytek, a nawet dom.
Zwaliło się to na nas wszystkich jak lawina. Najbardziej jednak dotknęło
ojca. Popadł w ciężką depresję. Był człowiekiem sukcesu, dumnym Niemcem,
bohaterem wojennym, szanowanym członkiem społeczności. Teraz we własnych
oczach stał się nikim.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki