Chłopiec z Auschwitz - Henry Oster, Dexter Ford

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (23,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy. Mały Niemiec

Roz­dział pierw­szy

Mały Nie­miec

Dawno, dawno temu byłem pię­cio­let­nim nie­miec­kim chłop­cem. Hein­zem Adol­fem Oste­rem.

Wścib­skim, żywym, małym mądralą z szopą czar­nych wło­sów, cie­kaw­skim ponad miarę i nie­zdol­nym ustać spo­koj­nie choćby przez chwilę.

W jed­nym z naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień idziemy z ojcem zadrze­wio­nymi uli­cami Kolo­nii, maje­sta­tycz­nego, zabyt­ko­wego nie­miec­kiego mia­sta, mojego mia­sta rodzin­nego - oddać głos w wybo­rach kra­jo­wych 1933 roku. Wła­śnie tych, które pozwo­liły Adol­fowi Hitle­rowi i jego par­tii naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej - nazi­stom - prze­jąć wła­dzę w Niem­czech.

Nie mia­łem poję­cia, jak ważny to dzień ani do czego dopro­wa­dzą te wybory. Nikt zresztą tego nie wie­dział, zapewne nawet sam Hitler. Pamię­tam za to, że ojciec - Hans Isi­dor Oster - trzy­mał mnie za rękę, kiedy wycho­dzi­li­śmy z domu, a potem na ulicy, w dro­dze do lokalu wybor­czego.

Ojciec był wysoki, szczu­pły, poważny i sza­no­wany. Ludzie na ulicy pozna­wali go, uśmie­chali się, uchy­lali kape­lu­sza. Przy­ja­ciele zatrzy­my­wali się, żeby przyj­rzeć się mnie, jego syn­kowi, ubra­nemu na wyj­ście jak mały lord Faun­tle­roy. Pamię­tam, że ojciec bez prze­rwy palił papie­rosy - może miało mu to doda­wać dosto­jeń­stwa, doj­rza­ło­ści, zna­cze­nia.

Wyjść z tatą, tylko we dwóch, to była rzad­kość. Pro­wa­dził kilka nie­wiel­kich domów han­dlo­wych, co go bar­dzo absor­bo­wało, wię­cej czasu spę­dza­łem więc z matką niż z nim.

Pamię­tam, że kiedy wyszli­śmy z lokalu wybor­czego, zabrał mnie do cukierni na Schlag­sahne - bitą śmie­tanę o smaku wani­lio­wym - tro­chę tak, jak­by­śmy dziś poszli na lody. Roz­pie­rało mnie poczu­cie szczę­ścia. Mia­łem swój wielki dzień.

Byłem tylko dziec­kiem. Miesz­ka­łem z mamą i ojcem w kosmo­po­li­tycz­nym, repre­zen­ta­cyj­nym mie­ście w zachod­nich Niem­czech. Kolo­nia sły­nie z zabyt­ko­wej gotyc­kiej kate­dry o dwóch wie­żach z kamien­nej koronki, strze­la­ją­cych w niebo wysoko ponad mia­stem.

Nie bywa­li­śmy na nabo­żeń­stwach w kate­drze, ale przede wszyst­kim sta­no­wi­li­śmy porządną nie­miecką rodzinę. W żad­nym wypadku nie czu­li­śmy się ani odro­binę mniej nie­mieccy od innych. Ojciec, wete­ran Wehr­machtu, wal­czył w wiel­kiej woj­nie - I woj­nie świa­to­wej - tak samo jak miliony innych Niem­ców. Został ranny, miał bli­znę na policzku od ude­rze­nia odłam­kiem pod­czas ostrzału arty­le­ryj­skiego. Otrzy­mał medal za męstwo. Nie widział powodu, dla któ­rego nie miałby wal­czyć w obro­nie swo­jego kraju, słusz­nej czy nie - za ojczy­znę. Jak każdy dobry Nie­miec.

Róż­niło nas jedy­nie to, że byli­śmy Żydami. Wtedy nie miało to dla mnie więk­szego zna­cze­nia. Cała rzecz spro­wa­dzała się do tego, że cho­dzi­li­śmy do syna­gogi w pią­tek, a nie do kościoła w nie­dzielę, jak inne zna­jome dzieci. Poza tym uczy­łem się w nie­miec­kiej szkole żydow­skiej, gdzie oprócz zwy­kłych przed­mio­tów mie­li­śmy lek­cje hebraj­skiego. Nie odno­si­łem jed­nak wra­że­nia, że jeste­śmy odmienni, lepsi albo gorsi od pierw­szej lep­szej nie­miec­kiej fami­lii.

Pro­wa­dzi­li­śmy zwy­czajne, przy­jemne życie. Byłem ruchli­wym nie­miec­kim dzie­cia­kiem z miłej rodziny w roj­nym nie­miec­kim mie­ście. Jed­nak kiedy do wła­dzy doszedł Hitler i nazi­ści - wła­śnie w cza­sie, kiedy z grub­sza już poj­mo­wa­łem, co się toczy wokół mnie - wszystko zaczęło się psuć.

Pierw­szy sygnał, że dzieje się coś złego, ode­bra­łem pierw­szego dnia szkoły w 1934 roku. Odczu­łem wtedy, też po raz pierw­szy, co to zna­czy odróż­niać się, być innym, doznać prze­śla­do­wa­nia.

Jak każde dziecko, byłem pełen obaw i lekko zanie­po­ko­jony. Skoń­czy­łem już sześć lat i chcąc nie chcąc, wyru­sza­łem, jak ni­gdy dotąd, w nie­znany świat, daleko od mamy i taty.

Rodzice odpro­wa­dzili mnie do szkoły; bar­dzo uro­czy­ście nio­słem mały skó­rzany tor­ni­ster z nie­wielką tabliczką w środku, kawał­kiem kredy na sznurku i gąbką słu­żącą do ście­ra­nia. Mia­łem na sobie spodenki do kolan, poń­czo­chy i coś w rodzaju beretu przy­na­leż­nego uczniowi pierw­szej klasy.

Jak wszyst­kie dzieci, trzy­ma­łem wielką tek­tu­rową tytę, którą dali mi rodzice. Wyglą­dała tro­chę jak tuba albo "ośle uszy" i pełna była wszel­kiego rodzaju cudow­no­ści - sło­dy­czy i zaba­we­czek. Zgod­nie z nie­miecką tra­dy­cją dzieci idące po raz pierw­szy do szkoły dosta­wały takie Zuckertüte czy, jak mówi­li­śmy, rożki cukrowe, na pocie­chę i dla lep­szego samo­po­czu­cia w nowym, obcym świe­cie. Zwią­zane były na górze czer­wo­nym celo­fa­nem, żeby­śmy nie mogli dostać się do środka, bo otwo­rzyć je wolno było dopiero w domu, po powro­cie ze szkoły, nie wcze­śniej. Jakby w nagrodę, na którą trzeba było cier­pli­wie pocze­kać. Moja tyta nie­mal dorów­ny­wała mi wyso­ko­ścią, przy­naj­mniej tak mi się wtedy wyda­wało.

Ale kiedy tam­tego dnia wyszli­śmy ze szkoły, dzier­żąc mocno swoje cenne rożki, zaata­ko­wała nas banda z Hitler­ju­gend - Deut­sches Jun­gvolk i Jungmädel. Wielki, jazgo­tliwy tłum nie­wiele od nas star­szych chłop­ców i dziew­cząt cze­kał na chod­niku. Wszy­scy umun­du­ro­wani i bar­dzo z sie­bie dumni.

Wpa­dli­śmy w śmier­telne prze­ra­że­nie. Nie­któ­rzy chłopcy z mojej klasy pła­kali. Byli­śmy tylko małymi, sze­ścio­let­nimi dziećmi. I teraz, po pierw­szym, peł­nym napię­cia dniu w szkole, nie wia­domo dla­czego rzu­ciła się na nas wrzesz­cząca nazi­stow­ska hała­stra.

Mama i ojciec razem z innymi rodzi­cami żydow­skich dzieci cze­kali pod szkołą, żeby zabrać nas do domów. W żaden spo­sób nie mogli nam pomóc. Ode­pchnęli ich przy­wódcy Hitler­ju­gend, młode, nasto- i dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nie byczki.

Pod­nio­słem wzrok i zoba­czy­łem morze mun­du­rów i wście­kłych twa­rzy. Roz­ju­szone dzie­ciaki w nazi­stow­skich chu­s­tach, wszy­scy z takimi samymi swa­sty­kami na suwa­kach pod szyją. Chłopcy ze szty­le­ci­kami u paska. Dzie­się­cio-, może czter­na­sto­latki, każdy z nożem.

Za mło­dymi stali ze skrzy­żo­wa­nymi ramio­nami orga­ni­za­to­rzy i zado­wo­leni rodzice. Z wyraźną ucie­chą przy­glą­dali się, jak ich dzieci poka­zują małym Żyd­kom, gdzie ich miej­sce.

A tamci rzu­cali w nas kamie­niami. Tłu­kli nas kijami. Musie­li­śmy wszy­scy, ucie­ka­jąc, prze­biec tę ścieżkę zdro­wia, by prze­do­stać się w bez­pieczne miej­sce, do rodzi­ców.

Ci z Hitler­ju­gend szcze­gólną uwagę poświę­cali naszym tyt­kom. Pró­bo­wali wytrą­cić nam je z rąk. A kiedy któ­raś pękła, rzu­cali się na zie­mię i kra­dli sło­dy­cze i zabawki.

Wresz­cie poja­wiło się dwóch funk­cjo­na­riu­szy miej­skiej poli­cji, która wtedy jesz­cze nie była do końca zna­zy­fi­ko­wana. Prze­rwali napaść, mogli­śmy więc całą grupą puścić się pędem do rodzi­ców.

Nikt z nas nie odniósł poważ­niej­szych ran, skoń­czyło się na drob­nych zadra­pa­niach, ska­le­cze­niach i paru kro­plach krwi. Ale szok był powszechny.

Sze­dłem do szkoły tego dnia pod­eks­cy­to­wany, pełen ocze­ki­wań, tro­chę nie­spo­kojny, jak sobie pora­dzę w kla­sie. Kiedy wró­ci­łem po połu­dniu do domu, świat jawił mi się mroczny i groźny. Życie odmie­niło się raz na zawsze.

Rozdział drugi. Naród w poszukiwaniu przywódcy

Roz­dział drugi

Naród w poszu­ki­wa­niu przy­wódcy

W wieku lat sze­ściu nie mia­łem oczy­wi­ście poję­cia o wyda­rze­niach poli­tycz­nych. Ale w Niem­czech w tym cza­sie wrzało. Po prze­gra­nej woj­nie świa­to­wej pań­stwa zwy­cię­skie - przede wszyst­kim Fran­cja i Anglia - ścią­gały repa­ra­cje wojenne, przej­mu­jąc tery­to­rium i ogromne sumy, któ­rych Niemcy rze­czy­wi­ście nie miały.

Był to podob­nie jak w Ame­ryce okres pro­ble­mów finan­so­wych, wiel­kiego kry­zysu. W latach 20. i na początku 30. XX wieku znacz­nie wzro­sło bez­ro­bo­cie. Po uli­cach krą­żyły tysiące obszar­pa­nych ludzi, wśród nich wielu wete­ra­nów wojen­nych, ran­nych i cier­pią­cych na ner­wicę fron­tową. Roboty nie mieli, pozo­sta­wało im tylko narze­kać i knuć.

Wielka wojna była dla żoł­nie­rzy kosz­ma­rem, nie­za­leż­nie od tego, po któ­rej stro­nie wal­czyli; zwłasz­cza wojna pozy­cyjna, w któ­rej tysiące żoł­nie­rzy ginęły po to, by zdo­być - lub stra­cić - kilka jar­dów błota i zasie­ków z drutu kol­cza­stego. We wszyst­kich armiach sze­rzyły się cho­roby. Kara­biny maszy­nowe, arty­le­ria, czołgi, gazy tru­jące i bomby zrzu­cane przez samo­loty i zep­pe­liny zabi­jały miliony ludzi. Ci, co prze­żyli, tak jak i żoł­nie­rze dziś, wycho­dzili oka­le­czeni już na zawsze. Miliony doznały urazu psy­chicz­nego. Pra­wie każdy odniósł ranę na sercu i duszy.

Europa miała już ni­gdy nie być taka sama.

Gospo­darkę Nie­miec dotknęła sza­le­jąca infla­cja; war­tość pie­nią­dza spa­dała z dnia na dzień. Boche­nek chleba kosz­to­wał milion marek, całą taczkę nie­mal nic nie­war­tych bank­no­tów.

Kiedy po wybo­rach 1933 roku i póź­niej­szych zaku­li­so­wych manew­rach Hitler prze­jął wła­dzę, Niemcy skłonni byli pójść za każ­dym przy­wódcą, który zdo­łałby ich prze­ko­nać, że ma pomysł, jak wyjść z tej sytu­acji, jak przy­wró­cić kra­jowi potęgę i bogac­two.

Zwer­bo­wał wszyst­kich wyko­rze­nio­nych i bez­ro­bot­nych, byłych żoł­nie­rzy i wete­ra­nów, i dał im struk­turę, w któ­rej mogli zaist­nieć. Dał im cel. Dostali grupę, do któ­rej mogli wejść, i coś, w co mogli wie­rzyć, jak­kol­wiek obłą­kane i nie­ludz­kie miało się to osta­tecz­nie oka­zać. Hitler zago­spo­da­ro­wy­wał każ­dego, kto chciał go słu­chać. Wypusz­czał z wię­zień zatwar­dzia­łych prze­stęp­ców i nie­do­uczo­nych włó­czę­gów, ludzi z mar­gi­nesu - i nawra­cał ich na nazizm. Dawał im wiarę, że mogą sta­no­wić część cze­goś, co sprawi, że Niemcy znów będą wiel­kie.

O nie­mal wszyst­kie pro­blemy Nie­miec obwi­niał Żydów.

Dyk­ta­to­rzy i inni przy­wódcy czę­sto wyol­brzy­miają swój sta­tus i wła­dzę, wma­wia­jąc spo­łe­czeń­stwom, że są ata­ko­wane przez "innych" - dowolną grupę, która wygląda, zacho­wuje się lub prak­ty­kuje wiarę w odmienny spo­sób.

Tak jest na Bli­skim Wscho­dzie. W Rosji i w Dar­fu­rze. Tak było w Bośni, Korei Pół­noc­nej i Syrii. W Rwan­dzie, gdzie miliony ludzi zarą­bali ich sąsie­dzi, pod­ju­dzeni przez swo­ich lide­rów.

Łatwo zoba­czyć ich w akcji, wystar­czy posłu­chać w ame­ry­kań­skiej tele­wi­zji pra­wi­co­wych mędr­ców. - Wszystko szłoby wspa­niale - suge­rują - gdyby nie "oni". "Oni" mogą ozna­czać każ­dego. Czar­nych. Żydów. Laty­no­sów. Irland­czy­ków. Wło­chów. Muzuł­ma­nów. Imi­gran­tów. Tych, co uczą się w col­lege'ach. Tych, co nie uczą się w col­lege'ach. Eli­ta­ry­stów. Bene­fi­cjen­tów opieki spo­łecz­nej. Gejów. Związ­kow­ców. Nawet kobiety. Wszyst­kich, któ­rzy nie są "nami".

Her­mann Göring, czło­nek nazi­stow­skiej hie­rar­chii i dowódca nie­miec­kiego lot­nic­twa woj­sko­wego, Luft­waffe, powie­dział w Norym­ber­dze w 1946 roku, pod­czas pro­cesu zbrod­nia­rzy wojen­nych, w któ­rym był sądzony:

Ludzi zawsze da się pod­po­rząd­ko­wać życze­niom przy­wód­ców. To nic trud­nego. Trzeba tylko powie­dzieć im, że ktoś ich ata­kuje i oskar­żyć pacy­fi­stów o brak patrio­ty­zmu i nara­ża­nie kraju na nie­bez­pie­czeń­stwo. To działa iden­tycz­nie w każ­dym kraju.

Przez kil­ka­set lat tliła się podejrz­li­wość i nie­na­wiść wobec Żydów, aż wyraź­nie nasi­liła się na początku XX wieku.

Wielu ludzi, wśród nich nawet boha­ter­ski pilot Char­les Lind­bergh i ame­ry­kań­ski prze­my­sło­wiec Henry Ford, wie­rzyło, że Żydzi zawią­zali mię­dzy­na­ro­dowy spi­sek. Podob­nego zda­nia był Hitler. Roił sobie, że sprzy­mie­rzeni z komu­ni­stami, któ­rzy prze­jęli wła­dzę w Rosji, w tajem­nicy pla­nują opa­no­wa­nie naj­więk­szych insty­tu­cji poli­tycz­nych i finan­so­wych, a w końcu samego świata. A także, że jacyś Żydzi powią­zani z komu­ni­stami przy­czy­nili się do klę­ski Nie­miec w ostat­niej woj­nie, pod­bu­rza­jąc do straj­ków, poli­tycz­nej dywer­sji i rewo­lu­cji na tyłach - mit znany pod nazwą Dolch­stos­sle­gende (legenda o cio­sie w plecy).

Roz­po­wszech­niali ją bez­po­śred­nio po wiel­kiej woj­nie nie­mieccy poli­tycy, by zrzu­cić z sie­bie winę za prze­graną. W 1918 roku sojusz­nicy Nie­miec szybko kapi­tu­lo­wali, a woj­sko, któ­remu bra­ko­wało pie­nię­dzy, zaopa­trze­nia i rezerw, sta­wało w obli­czu wciąż rosną­cych sił Fran­cji, Impe­rium Bry­tyj­skiego, Bel­gii i Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Klę­ska była nie­unik­niona. Teo­ria o cio­sie w plecy pozwo­liła jed­nak wielu Niem­com, wśród nich samemu Hitle­rowi, wów­czas ran­nemu i ośle­pio­nemu kapra­lowi, uwie­rzyć, że ich kraj w rze­czy­wi­sto­ści nie uległ; że to tylko ich wysi­łek wojenny został osła­biony od środka. Przez "innych" - Żydów i komu­ni­stów.

Tak jak nacjo­na­li­ści w róż­nych miej­scach globu, tak i Hitler uwa­żał narody swo­ich dwóch ojczy­stych kra­jów - w tym przy­padku Austrii i Nie­miec - za naj­więk­sze na świe­cie.

To dość powszechne prze­ko­na­nie. Nie­zbyt sen­sowne, ale powszechne. Logika jest nastę­pu­jąca: "W zasa­dzie jestem wielki. Kto jest do mnie podobny, też jest wielki.

Wygląda wręcz na to, że im do mnie bar­dziej podobni, tym więksi. Teraz, jak o tym myślę, ci, któ­rzy nie są tacy jak ja, już nie wydają mi się wielcy. Jak to wytłu­ma­czyć? Naj­oczy­wi­ściej są gorsi".

Hitler for­mu­ło­wał swoją ide­olo­gię w cza­sach, kiedy w bia­łych śro­do­wi­skach aka­de­mic­kich i wśród przy­wód­ców na całym świe­cie popu­lar­ność zdo­by­wała euge­nika - pseu­do­nauka zakła­da­jąca, że na nie­mal wszyst­kie ludz­kie zacho­wa­nia wpływ mają czyn­niki gene­tyczne. W wielu kra­jach, w tym w Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych, ruch euge­niczny gło­sił, że rządy mają prawo i obo­wią­zek zapo­bie­gać roz­rod­czo­ści osób "nie­zdat­nych".

Spo­łe­czeń­stwo można "oczy­ścić", unie­moż­li­wia­jąc - w razie potrzeby siłą - "nie­zdat­nym" posia­da­nie potom­stwa, które, gdyby dane mu było żyć, przy­pusz­czal­nie oka­za­łoby się rów­nie "nie­zdatne". Hitler nie był jedyną osobą na świe­cie, która zasta­na­wiała się, czy aby unik­nąć ska­że­nia kon­kret­nego spo­łe­czeń­stwa przez "gor­szych", nie nale­ża­łoby zasto­so­wać wspa­nia­łego pomy­słu, czyli unie­moż­li­wić takim oso­bom pło­dze­nie dzieci. Albo i gorzej.

Nie była to tylko ot, taka sobie, skrajna kon­cep­cja odosob­nio­nych świ­rów, tylko prawo obo­wią­zu­jące w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Ame­ryki. Wyda­jąc w 1927 roku prze­ra­ża­jącą decy­zję w spra­wie Buck vs Bell, Sąd Naj­wyż­szy utrzy­mał w mocy prawo stanu Wir­gi­nia dopusz­cza­jące ste­ry­li­za­cję osób - nawet wbrew ich woli - prze­by­wa­ją­cych w sta­no­wych zakła­dach psy­chia­trycz­nych, a uzna­nych za "upo­śle­dzone umy­słowo", co mogło zna­czyć wszystko.

Car­rie Buck, sie­dem­na­sto­let­nia adop­to­wana dziew­czyna, została zgwał­cona przez sio­strzeńca przy­bra­nej matki i zaszła w ciążę. W oba­wie przed hańbą, jaką spro­wa­dzi­łaby na dom nie­za­mężna, cię­żarna córka, rodzina adop­cyjna oddała ją do sta­no­wego zakładu psy­chia­trycz­nego. Stan Wir­gi­nia dążył do pod­da­nia jej przy­mu­so­wej ste­ry­li­za­cji.

Decy­zję, pod­jętą więk­szo­ścią gło­sów 8 do 1, przed­sta­wił na piśmie sędzia Sądu Naj­wyż­szego Oli­ver Wen­dell Hol­mes jr, jeden z naj­bar­dziej powa­ża­nych sędziów w histo­rii Ame­ryki. Brzmi jak cytat z mani­fe­stu Hitlera Mein Kampf.

Który to mani­fest rze­czy­wi­ście był po czę­ści zain­spi­ro­wany hasłami ame­ry­kań­skiego ruchu euge­nicz­nego.

Pisał sędzia Hol­mes:

Nie­je­den raz widzie­li­śmy, że dobro publiczne wymaga od naj­lep­szych oby­wa­teli poświę­ce­nia mu życia. Byłoby dziwne, gdyby od tych, któ­rzy już i tak uszczu­plają siły pań­stwa, nie mogło ono ocze­ki­wać mniej­szych poświę­ceń. Lepiej jest dla całego świata, gdy zamiast cze­kać, aż zde­ge­ne­ro­wane potom­stwo popełni zbrod­nię i zosta­nie stra­cone albo pozwo­lić mu przy­mie­rać gło­dem z powodu imbe­cy­li­zmu, spo­łe­czeń­stwo może tym, któ­rzy są w oczy­wi­sty spo­sób nie­zdatni, unie­moż­li­wić prze­dłu­ża­nie gatunku. Prawo odno­szące się do obo­wiąz­ko­wych szcze­pień jest wystar­cza­jąco pojemne, by objąć także prze­ci­na­nie jajo­wo­dów. Trzy poko­le­nia imbe­cyli to wystar­czy.

W decy­zji sędziego Hol­mesa mowa jest o "trzech poko­le­niach imbe­cyli", to jest Car­rie Buck, jej nie­dawno uro­dzo­nej córce Vivian i matce Car­rie, Emmie.

W następ­stwie decy­zji Sądu Naj­wyż­szego Car­rie Buck, a także jej sio­stra Doris zostały wbrew ich woli pod­dane ste­ry­li­za­cji. Na mocy podob­nych prze­pi­sów taki sam los spo­tkał co naj­mniej 60 000 Ame­ry­ka­nów; samo prawo stało się póź­niej, w nazi­stow­skich Niem­czech, wzo­rem dla zbli­żo­nych ustaw Erb­ge­sun­dhe­ist­ge­richt, na któ­rych mocy nazi­stow­skie pań­stwo prze­pro­wa­dziło ste­ry­li­za­cję 375 000 osób, w tym wielu tylko głu­chych albo nie­wi­do­mych.

W Niem­czech nie­wiele trzeba było czasu, by ktoś, kto był Romem, homo­sek­su­ali­stą czy Żydem, już tym samym oka­zy­wał się "nie­zdatny", by być Niem­cem. A metody "oczysz­cza­nia" nie­miec­kiego spo­łe­czeń­stwa z takich ludzi szybko eska­lo­wały.

W latach 1933-1939 Niemcy prze­szli od ste­ry­li­za­cji do zwy­kłego mor­do­wa­nia "nie­zdat­nych" set­kami tysięcy. W tym cza­sie lide­rzy ame­ry­kań­skiej euge­niki wspie­rali - nawet finan­sowo - ten ruch w Niem­czech.

Aż do 1939 roku Fun­da­cja Roc­ke­fel­lera - do dziś jedna z naj­waż­niej­szych ame­ry­kań­skich orga­ni­za­cji filan­tro­pij­nych - udzie­lała finan­so­wego wspar­cia inspi­ro­wa­nym przez nazi­stów bada­niom nad wyż­szo­ścią rasową, pro­wa­dzo­nym w Kaiser Wil­helm Insti­tute of Anth­ro­po­logy, Human Here­dity and Euge­nics (Insty­tut Antro­po­lo­gii, Gene­tyki Czło­wieka i Euge­niki im. Cesa­rza Wil­helma), nawet wtedy, kiedy było już jasne, że tę pseu­do­naukę wyko­rzy­stuje się do legi­ty­mi­zo­wa­nia prze­śla­do­wań Żydów i innych wraż­li­wych grup spo­łecz­nych. Jed­nym z naukow­ców, któ­rych prace opła­cała Fun­da­cja Roc­ke­fel­lera, był dr Josef Men­gele. Obłą­kane eks­pe­ry­menty i rola, jaką odgry­wał w Auschwitz przy selek­cjo­no­wa­niu więź­niów prze­zna­czo­nych na śmierć w komo­rach gazo­wych, przy­nio­sły mu miano anioła śmierci.

Na długo przed­tem, nim pierwsi Żydzi zostali zabici w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, pro­gram Aktion T4, opra­co­wany w nazi­stow­skich Niem­czech i reali­zo­wany w latach 1939-1941, naka­zał nie­miec­kim i austriac­kim leka­rzom zamor­do­wa­nie 70 273 osób upo­śle­dzo­nych fizycz­nie lub umy­słowo. Doko­ny­wano tego za pomocą śmier­cio­no­śnych leków, gazów tru­ją­cych lub przez zagło­dze­nie. Pro­gram kon­ty­nu­owano nie­ofi­cjal­nie przez wszyst­kie lata wojny; do 1945 roku liczba jego ofiar prze­kro­czyła 200 000.

A jak uło­żyły się losy Car­rie Buck? Kiedy 56 lat póź­niej Car­rie i jej sio­stra Doris udzie­lały wywiadu pra­so­wego, było jasne, że obie są nor­mal­nie roz­wi­nięte inte­lek­tu­al­nie. Córeczka Car­rie, Vivian, któ­rej naro­dziny tak roz­wście­czyły stan Wir­gi­nia, a także ośmiu sędziów Sądu Naj­wyż­szego USA, w dru­giej kla­sie zna­la­zła się w czo­łówce uczniów.

Hitler, zain­spi­ro­wany euge­nicz­nymi usta­wami Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki, szcze­rze wie­rzył, że wszyst­kie inne narody i rasy są gor­sze od Niem­ców. Szcze­gól­nie oba­wiał się komu­ni­zmu; był prze­ko­nany, nie mając po temu żad­nych dowo­dów, że to pro­dukt zarówno gor­szych genów, jak i ruchu poli­tycz­nego, któ­rego bio­lo­giczną bazę sta­no­wią Żydzi.

Wpraw­dzie kilku naj­wcze­śniej­szych, czo­ło­wych sowiec­kich komu­ni­stów było Żydami - czemu trudno się dzi­wić, zwa­żyw­szy na zaja­dły anty­se­mi­tyzm poprzed­niego, car­skiego rządu w Rosji - Józef Sta­lin, odpo­wied­nik Hitlera i rów­nie jak on okrutny przy­wódca Związku Sowiec­kiego, usu­nął ich z sze­re­gów par­tii komu­ni­stycz­nej na długo przed doj­ściem Führera do wła­dzy w latach 30. XX wieku.

Naj­więk­sza zmora Hitlera, żydow­sko-komu­ni­styczna zmowa nace­lo­wana na opa­no­wa­nie Europy, a potem całego świata, ni­gdy nie ist­niała. Dla przy­wódcy Nie­miec naj­waż­niej­szym natar­ciem w II woj­nie świa­to­wej, zresztą pomy­słem chy­bio­nym, który przy­niósł upa­dek "Tysiąc­let­niej Rze­szy", była samo­bój­cza napaść na Zwią­zek Sowiecki. Napę­dzana, w zasa­dzie bez żad­nych rze­czy­wi­stych pod­staw, jego nie­uza­sad­nioną nie­na­wi­ścią do Żydów, skąd­inąd nie­win­nych zbrodni, o które Hitler i jego naro­do­wo­so­cja­li­styczni kum­ple ich oskar­żali.

W ciągu mie­siąca od prze­ję­cia wła­dzy w roku 1933, na obrze­żach Mona­chium, kolebki rewo­lu­cji nazi­stow­skiej, Hitler zało­żył Dachau, pierw­szy obóz kon­cen­tra­cyjny. Zamie­rzał tam zamy­kać każ­dego, kto odważy się mu sprze­ci­wić.

Wie­dział, że by zbu­do­wać silne, nie­zwy­cię­żone Niemcy, musi zacząć od naj­młod­szych człon­ków spo­łe­czeń­stwa. Dla­tego powo­łał Hitler­ju­gend i inne orga­ni­za­cje wpa­ja­jące wszyst­kim nie­ży­dow­skim dzie­ciom nie­miec­kim jego sza­leń­czy - jed­nak dość powszech­nie uzna­wany - świa­to­po­gląd.

W cza­sie, gdy dzieci rosły, w latach 1933-1939 zdo­łał cały kraj prze­poić tym, czego naj­młod­szych uczył już od początku. Ten kraj poszedł za nim ślepo. I zro­bił rze­czy potworne, nie do opi­sa­nia. O jakie wyobraź­nia ludzka ni­gdy nie posą­dzała czło­wieka.

Rze­czy nie­po­jęte.

A jed­nak się zda­rzyły. Moim sąsia­dom. Mojej rodzi­nie. I mnie.

Rozdział trzeci. Żydzi w Niemczech

Roz­dział trzeci

Żydzi w Niem­czech

Zda­niem histo­ry­ków pierwsi Żydzi, któ­rzy osie­dlili się w Niem­czech, byli przy­pusz­czal­nie emi­gran­tami z Rzymu. Pierw­sza udo­ku­men­to­wana gmina żydow­ska w Niem­czech sięga roku 321 i powstała w Kolo­nii.

Tak się składa, że w moim rodzin­nym mie­ście. Kiedy więc Adolf Hitler (uro­dzony zresztą w Austrii) i jego nazi­stow­scy przy­ja­ciele podej­mo­wali decy­zję, że Żydzi, tacy jak ja, jak moja matka i ojciec, są "nie­zdatni" do życia w "jego" Niem­czech, żyli­śmy tam już od 1600 lat.

Nie­chęć do Żydów była w Euro­pie powszechna od wie­ków. "Getto" to słowo wło­skie, skrót od "bor­ghetto", czyli "małe mia­steczko", "wio­ska". Getto było odgro­dzoną murami czę­ścią mia­sta, prze­zna­czoną dla Żydów; kazano im osie­dlać się tam i tylko tam, oddzie­la­jąc ich od chrze­ści­jan i innych grup. Pierw­sze getta powstały w Wene­cji i Rzy­mie, póź­niej w innych rzym­skich mia­stach.

Fale prze­śla­do­wań - pogro­mów - nad­cho­dziły i odpły­wały przez wieki. Bywały okresy ata­ków, segre­ga­cji i oczer­nia­nia. Kiedy indziej waha­dło szło w drugą stronę i euro­pej­ska spo­łecz­ność była bar­dziej skłonna nas zaak­cep­to­wać.

W Euro­pie i poza nią Żydów, wygodne kozły ofiarne, prze­śla­do­wano przez bli­sko tysiąc lat. W cza­sach pierw­szej wyprawy krzy­żo­wej, która roz­po­częła się w 1096 roku, chrze­ści­jan w Niem­czech zachę­cano, by ata­ko­wali i zabi­jali wszyst­kich nie­wie­rzą­cych. Ofiarą eks­ter­mi­na­cji padały wtedy całe nie­miec­kie gminy żydow­skie. Muzuł­ma­nie, wcale nie bar­dziej lubiani od Żydów, sie­dzieli gdzieś daleko, w Ziemi Świę­tej. Za to my, Żydzi, byli­śmy pod ręką, w mie­ście, i tylko cze­ka­li­śmy, by nas wyrżnąć.

W XIV wieku winą za roz­no­szoną przez szczury czarną śmierć, która zabiła bli­sko połowę miesz­kań­ców wielu dużych miast w środ­ko­wej Euro­pie, obcią­żono Żydów. Jak gło­siły plotki, zaczęło się od tego, że zatruli stud­nie chrze­ści­jan. Wzbu­rzona i ogar­nięta paniką lud­ność roz­pra­wiała się z gmi­nami żydow­skimi okrut­nie.

W get­tach, odizo­lo­wa­nych od reszty mia­sta, zaraza nie sze­rzyła się tak gwał­tow­nie, poza tym Żydzi ówcze­śni utrzy­my­wali na ogół wyż­szy niż inne spo­łecz­no­ści stan­dard higieny, dla­tego zwy­kle znacz­nie mniej było wśród nich przy­pad­ków cho­rób. Budziło to podej­rze­nia kato­li­ków i innych miesz­kań­ców, któ­rzy w odpo­wie­dzi nie­jed­no­kroć wyrzy­nali żydow­skie spo­łecz­no­ści, pusz­czali z dymem ludzi, domy i syna­gogi.

W 1349 roku nastą­piła zagłada żydow­skiej lud­no­ści Kolo­nii. Męż­czy­znom, kobie­tom i dzie­ciom uci­nano głowy, kato­wano ich i palono żyw­cem. Ukra­dziono im domy, roz­gra­biono doby­tek. Do 1351 roku, a więc w ciągu dwóch lat, znisz­czono 60 dużych gmin i 150 mniej­szych.

Zda­rzało się, że gminy wolały same spa­lić swe domy, z rodzi­nami w środku, byle tylko nie wycią­gnęła ich stam­tąd i nie zlin­czo­wała tłusz­cza.

Karol IV, cesarz rzym­ski, posta­no­wił, że wła­sność Żydów w takich przy­pad­kach ulega kon­fi­ska­cie, co siłą rze­czy spo­wo­do­wało, że wła­dze lokalne stra­ciły moty­wa­cje, by zapo­bie­gać maso­wej eks­ter­mi­na­cji.

W końcu Jezus z Naza­retu był Żydem, któ­rego prze­śla­do­wali i zamor­do­wali Rzy­mia­nie.

Wresz­cie, w latach 60. XIX wieku, nie­mieccy Żydzi, a także wyznawcy innych nie­chrze­ści­jań­skich reli­gii, otrzy­mali pełne prawa. Po bli­sko 1500 latach sepa­ra­cji i repre­sji, kiedy w 1867 roku powstał Zwią­zek Pół­noc­no­nie­miecki, Żydom przy­znano wszel­kie przy­wi­leje należne nie­miec­kim oby­wa­te­lom.

Mogli­śmy iść do nie­miec­kich szkół publicz­nych i na uni­wer­sy­tety. Zosta­wać praw­ni­kami, a w końcu nawet sędziami. A z racji po czę­ści dziw­nej zasady obo­wią­zu­ją­cej w chrze­ści­jań­stwie, Żydzi od dawna odno­sili suk­cesy w dzie­dzi­nie, która po upły­wie wie­ków stała się ban­ko­wo­ścią.

Podob­nie jak to u dzi­siej­szych muzuł­ma­nów, wcze­śni chrze­ści­ja­nie, poży­cza­jąc pie­nią­dze współ­wy­znaw­com, nie nali­czali odse­tek. Powstrzy­my­wały ich od tego prze­ko­na­nia, a także sami przy­wódcy reli­gijni. Żydzi nato­miast mogli udzie­lać chrze­ści­ja­nom poży­czek na pro­cent. W rezul­ta­cie byli poszu­ki­wani, ale i pięt­no­wani, bo boga­cili się cza­sem bar­dziej niż ich chrze­ści­jań­scy sąsie­dzi.

Ceni­li­śmy wie­dzę i edu­ka­cję, dla­tego osią­ga­li­śmy suk­cesy w nie­miec­kim spo­łe­czeń­stwie i dali­śmy się zauwa­żyć jako lide­rzy w sfe­rze biz­nesu, prawa i w innych zawo­dach. W pew­nych nieco zaco­fa­nych śro­do­wi­skach budziło to zazdrość, zaja­dłość i nie­chęć.

Przed rokiem 1930 nie­które firmy prze­kształ­ciły się w wiel­kie kon­cerny, w cał­ko­wi­cie legalny spo­sób zdo­mi­no­wane przez Żydów; doty­czyło to ban­ków, prze­my­słu fil­mo­wego, nauk ści­słych, medy­cyny i prawa. Żydami było bar­dzo wielu nie­miec­kich sędziów.

Jako widoczna, prze­śla­do­wana w prze­szło­ści mniej­szość - w kraju liczą­cym 60 milio­nów miesz­kań­ców było około 600 000 Żydów, czyli rap­tem sta­no­wili jeden pro­cent lud­no­ści - Żydzi uznali, że będą akcep­to­wani i tole­ro­wani jedy­nie pod warun­kiem, że zasy­mi­lują się, wto­pią w spo­łe­czeń­stwo i wniosą w nie swój wkład. Dla­tego kiedy tylko uzy­ska­li­śmy swo­bodny dostęp do uni­wer­sy­te­tów, kształ­ci­li­śmy się i ciężko pra­cu­jąc, sta­wa­li­śmy się na różne spo­soby coraz bar­dziej nie­mieccy i coraz mniej żydow­scy. Z kolei jed­nak, odno­sząc suk­cesy na wszyst­kich tych waż­nych polach, wyróż­nia­li­śmy się nieco ponad miarę.

Od lat 60. XIX wieku aż po lata 30. XX więk­szość miej­sco­wych Żydów w ogrom­nym stop­niu wpa­so­wała się w życie w Niem­czech. Dla nie­mal wszyst­kich, tak jak i dla mnie, pierw­szym języ­kiem był nie­miecki, nie jidysz, ina­czej niż w spo­łecz­no­ściach żydow­skich w Euro­pie Wschod­niej. Wielu Żydów w ogóle nie czuło żad­nych związ­ków z reli­gią. Odgry­wali nato­miast zasad­ni­czą rolę w nie­mieckim spo­łe­czeń­stwie, nawet w woj­sku. W cza­sie I wojny świa­to­wej udział pro­cen­towy Żydów wal­czą­cych za swój kraj był więk­szy niż przed­sta­wi­cieli jakiej­kol­wiek innej grupy poli­tycz­nej, reli­gij­nej czy etnicz­nej. Zgi­nęło wtedy około 12 000 nie­mieckich żoł­nie­rzy pocho­dze­nia żydow­skiego; wśród licz­nych ran­nych był i mój ojciec, który otrzy­mał odzna­cze­nie za boha­ter­stwo.

Nie­miec­kim ofi­ce­rem, który w tam­tych dniach przed­sta­wił kaprala Adolfa Hitlera do odzna­cze­nia Krzy­żem Żela­znym I klasy, był porucz­nik Hugo Gut­mann. Tak się zło­żyło, że Żyd.

Rozdział czwarty. Naziści rosną w siłę

Roz­dział czwarty

Nazi­ści rosną w siłę

W 1934 roku mia­łem zale­d­wie sześć lat, ale wie­dzia­łem, że byli­śmy dość zamożną rodziną. Skąd ta wie­dza? Otóż w prze­ci­wień­stwie do wielu naszych zna­jo­mych mie­li­śmy radio. Czu­li­śmy się bar­dzo szczę­śliwi, nowo­cze­śni, wręcz awan­gar­dowi.

Pamię­tam, jak sie­dzia­łem u mamy na kola­nach i w ciem­no­ści słu­cha­łem trans­mi­sji z pogrzebu pre­zy­denta Nie­miec von Hin­den­burga. Było to wyda­rze­nie smutne i poważne, z trzesz­czą­cego radia pły­nęła muzyka ciężka jak ołów. Hitler prze­jął rządy już rok wcze­śniej, po wybo­rach z 1933. A kiedy Hin­den­burg, bar­dzo sędziwy i zmę­czony, osta­tecz­nie odszedł, Hitler mógł swo­bod­nie umoc­nić swoją wła­dzę i ogło­sić się "wodzem i kanc­le­rzem Rze­szy", nie­kwe­stio­no­waną głową pań­stwa.

Nie tra­cąc też czasu, prze­kształ­cił Niemcy w zdobne we flagi i swa­styki, nie­na­wi­dzące Żydów pań­stwo poli­cyjne.

Mie­li­śmy radio, mogli­śmy więc słu­chać licz­nych jego prze­mó­wień. Jako dobry mały Nie­miec, który oczy­wi­ście nie wie­dział nic o toczą­cych się roz­gryw­kach, sie­dzia­łem jak urze­czony. Czy się komu podo­bał, czy nie, mówcą był nie­zwy­kłym. Pamię­tam, jaki dreszcz prze­szy­wał mnie na dźwięk jego wrza­sków pły­ną­cych z gło­śnika i gdzieś w tle tłumu ryczą­cego na jego wezwa­nie: "Heil!". Widzie­li­śmy ten zapał roz­le­wa­jący się po całym mie­ście jak fala krwi. "Heil Hitler" stało się powszech­nym pozdro­wie­niem, na dzień dobry i na do widze­nia. Nazi­ści roz­da­wali za darmo flagi - wiel­kie, krwi­sto­czer­wone, ze swa­styką. Zachę­cali wszyst­kie rodziny, by wywie­szać je przed domami, w spe­cjalny spo­sób, pod wła­ści­wym kątem.

Jeśli ktoś tego nie zro­bił, zaczy­nały się sąsiedz­kie komen­ta­rze: - Widzie­li­ście tych tam na naszej ulicy? Nie mają flagi.

- Może komu­ni­ści? Może Żydzi?

Ulice czer­wie­niły się od flag. Gdzie okiem się­gnąć, ocean szkar­łatu. Mnie, żydow­skiemu dziecku, nie­świa­do­memu niczego, wyda­wało się to piękne. Inspi­ru­jące. Jak­bym zanu­rzał się w tym morzu nie­miec­kiej dumy, gniewu i emo­cji.

Nie trzeba było wiele czasu, by sprawy zaczęły dla naszych przy­ja­ciół, krew­nych i dla naszej rodziny przyj­mo­wać zły obrót. Na początku - wol­niutko. A potem coraz szyb­ciej, niczym głaz toczący się po zbo­czu góry.

Na fron­to­wym oknie firmy będą­cej wła­sno­ścią goja, nie-Żyda, nagle poja­wiała się ogromna nama­lo­wana swa­styka. Żydow­ski kupiec, który przy­cho­dził rano do swo­jego sklepu, naty­kał się na nakre­śloną wielką gwiazdę Dawida i napis obok: "Jeste­śmy Niem­cami. Jeste­śmy dumni. Nie kupuj u Żyda!".

Kilka mie­sięcy póź­niej nazi­stow­skie wła­dze zabro­niły Żydom korzy­stać z trans­portu publicz­nego. W dużych mia­stach, takich jak Kolo­nia, coraz bar­dziej ogra­ni­czano nas w tym, co możemy robić, jaką pracę podej­mo­wać czy jaki zakład posia­dać.

Hitler i jego pachołki, Him­m­ler, Goeb­bels i Göring, wspie­rani auto­ry­te­tem i wize­run­kiem pań­stwa, uży­wali wszel­kich swo­ich talen­tów show­ma­nów i pro­pa­gan­dzi­stów, by wmó­wić całym Niem­com, że Żydzi to pod­lu­dzie. Że jeste­śmy jak szczury. Paso­żyty. Że jeśli nie wie­rzysz swoim przy­wód­com, jesteś podej­rzany. Nie­lo­jalny. Nie jesteś praw­dzi­wym Niem­cem. Jesteś zdrajcą.

Z przy­kro­ścią trzeba powie­dzieć, że więk­szość Niem­ców chęt­nie na to przy­stała. Nauczono ich, że pro­ble­mem są "oni", nie "my". A więc zaata­kujmy "ich". Oszka­lujmy. Nawet zabijmy.

W 1935 roku ogło­szone zostały ustawy norym­ber­skie.

Rozdział piąty. Szykany

Roz­dział piąty

Szy­kany

Na zjeź­dzie par­tii nazi­stow­skiej w Norym­ber­dze w 1935 roku uchwa­lono sze­roko zakro­joną serię ustaw wpro­wa­dza­ją­cych do nie­miec­kiego prawa wiele zasad, które zaczy­nały nisz­czyć nam życie.

Nazi­ści kazali nam oddać wszystko, co posia­da­li­śmy i co miało jaką­kol­wiek war­tość. Zabrali biżu­te­rię matki, sre­bra - cały doby­tek. Któ­re­goś dnia przy­szli po radio. I tak nasz naj­cen­niej­szy skarb opu­ścił dom w rękach bojów­ka­rza ze Stur­mab­te­ilung, SA, czyli "bru­nat­nych koszul".

Ustawy pozba­wiały Żydów oby­wa­tel­stwa nie­miec­kiego. Zabra­niały "Aryj­czy­kom" - Niem­com "czy­stej" krwi nie­miec­kiej - seksu z Żydami. Żydom zamy­kały dostęp do wszel­kich zawo­dów, co ozna­czało, że pracę straci wielu urzęd­ni­ków, praw­ni­ków, leka­rzy i sędziów.

Żydom mają­cym za sobą służbę woj­skową, takim jak mój ojciec, nagle ode­brano świad­cze­nia dla wete­ra­nów. Nazwi­ska Żydów pole­głych w wiel­kiej woj­nie, w wal­kach za Niemcy, wydra­py­wano z gra­ni­to­wych tablic na pomni­kach wojen­nych w mia­stach całego kraju.

Żydowi nie wolno było mieć na wła­sność domu ani samo­chodu, pre­nu­me­ro­wać gazety ani cza­so­pi­sma, wcho­dzić do tram­waju, kina czy teatru, nawet sia­dać na ławce w parku. Napisy "Juden Ver­bo­ten" - "Nie dla Żydów" - poja­wiały się w całym mie­ście.

Co naj­gor­sze, nie wolno było mieć wła­snego przed­się­bior­stwa, w wielu przy­pad­kach firmy utwo­rzo­nej kie­dyś od zera i prze­ka­zy­wa­nej z poko­le­nia na poko­le­nie.

Pew­nego dnia ojciec wszedł do swo­jego biura i zastał przy wła­snym biurku nazi­stow­skiego funk­cjo­na­riu­sza. Ojca wyrzu­cono, zamro­żono jego konto, a firmę zabrano bez odszko­do­wa­nia.

Nie było sędziego ani ławy przy­się­głych. Niczego. Ode­brano mu całe życie i nie mógł z tym nic zro­bić. Sędzio­wie - nie­ży­dow­scy oczy­wi­ście - nagle zaczęli wpi­nać w klapy nazi­stow­skie znaczki. Wszy­scy wstą­pili do NSDAP. Nie było wąt­pli­wo­ści, kto rzą­dzi i jak nie­spra­wie­dliwy stał się nie­miecki wymiar spra­wie­dli­wo­ści.

Żydom nie wolno było się spo­ty­kać ani zbie­rać w gru­pach licz­niej­szych niż trzy lub cztery osoby. Nie mogli­śmy nawet cho­dzić do sie­dziby gminy żydow­skiej.

Stra­ci­li­śmy, oczy­wi­ście, miesz­ka­nie. Jako że ojcu ode­brano też firmę, nie mie­li­śmy docho­dów. Nie wolno nam było posia­dać domu ani wyna­jąć miesz­ka­nia od goja.

Z tru­dem, po wielu sta­ra­niach, udało się rodzi­com zna­leźć jed­no­po­ko­jowy lokal w znacz­nie bied­niej­szej dziel­nicy Kolo­nii. Nasz wła­ściwy, pier­wotny dom miał adres Bra­ban­ter­strasse 12. Musie­li­śmy prze­nieść się na Blu­men­thal­strasse pod numer 15. Z pre­sti­żo­wej ulicy i pięk­nego miesz­ka­nia do cia­snego, nędz­nego pomiesz­cze­nia, skła­da­ją­cego się z pokoju i kuchni.

Nie byli­śmy w sta­nie prze­wi­dzieć, jak straszne rze­czy jesz­cze nas cze­kają. Ale w tam­tych dniach to, co nas spo­tkało, wyda­wało się kosz­ma­rem. W ciągu kilku tygo­dni nasze życie legło w gru­zach.

Cios był potężny. Wyobraź­cie sobie, że któ­re­goś dnia ktoś nagle wali w drzwi, że wpa­dają żoł­dacy i urzęd­nicy i zabie­rają czło­wie­kowi pracę, oby­wa­tel­stwo, doby­tek, a nawet dom.

Zwa­liło się to na nas wszyst­kich jak lawina. Naj­bar­dziej jed­nak dotknęło ojca. Popadł w ciężką depre­sję. Był czło­wie­kiem suk­cesu, dum­nym Niem­cem, boha­te­rem wojen­nym, sza­no­wa­nym człon­kiem spo­łecz­no­ści. Teraz we wła­snych oczach stał się nikim.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki