Chłopiec na zawsze. Poruszająca opowieść o macierzyństwie, autyzmie i drodze do radości - Kate Swenson


Reflow text when sidebars are open.
Od najmłodszych lat marzyłam o byciu matką. Niektóre małe dziewczynki pragną zostać baletnicami albo marzą o karierze politycznej, a ja po prostu chciałam mieć rodzinę. Fantazjowałam o tym aż do okresu nastoletniego i ciągle bawiłam się w dom lalkami bobasami czy Barbie. Kiedy wraz z narzeczonym przeprowadziliśmy się do swojego pierwszego domu, mama podrzuciła mi mnóstwo pudeł z moimi rzeczami z dzieciństwa. Wyglądało na to, że zachowała prawie wszystkie pamiątki. W pierwszym pudle znalazłam swoje zabawne zdjęcia. Jestem w okularach z grubymi szkłami i mam fryzurę "na garnek". Mama porównywała mnie do Dorothy Hamill, amerykańskiej złotej medalistki w łyżwiarstwie figurowym, i powtarzała, że wyglądam ślicznie... choć nie wyglądałam. Były tam też wyblakłe wstęgi za zajęcie drugiego i trzeciego miejsca w zawodach lekkoatletycznych w szkole podstawowej, liściki do przyjaciół i niezliczone pamiętniki z małymi kluczykami, zawierające sekrety mojego życia.
Brody i ja zamierzamy się pobrać, mieć pięcioro dzieci, psy i konie. Zamieszkamy w dużym, pięknym domu. Będziemy mieli trzy córki i dwóch synów. Zostanę weterynarzem. On będzie grał zawodowo w koszykówkę i będziemy w sobie na zawsze zakochani. Nasze życie będzie idealne.
Miałam siedem lat i wszystko szczegółowo zaplanowane, lecz ani razu nie przyszło mi do głowy, że jedno z moich dzieci będzie miało zaburzenie, które uniemożliwi mu komunikowanie nawet najprostszych potrzeb. Albo że jego ciało będzie się rozwijało, ale on nie będzie rozumiał, czym jest bezpieczeństwo i niezależność. Nikt przecież nie zakłada, że coś takiego przydarzy się jego dziecku. Co by było, gdyby...? - myśli te dręczyły mnie przez lata po otrzymaniu diagnozy. Co by było, gdybym wiedziała wcześniej? Co by było, gdyby ktoś, kto ma szklaną kulę, wyjawił mi tajemnicę mojej przyszłości, gdy byłam jeszcze w ciąży? "Rzeczywistość twoja i twojego dziecka będzie zupełnie inna niż większości ludzi. Dla ciebie syn będzie po prostu Cooperem, ale dla świata będzie osobą z niepełnosprawnością. Na początku będzie ciężko. Doświadczysz cierpienia, wielu trudności i smutku, ale w końcu wszystko to przezwyciężysz i dostrzeżesz niewiarygodną radość, jaką Cooper wnosi do twojego świata. Zrozumiesz, że tak naprawdę to ty jesteś szczęściarą. Ale cóż, początek prawie cię złamie".
Czy gdyby mnie ostrzeżono przed tym, że w moim życiu pojawi się autyzm i jak bardzo na nie wpłynie, to czy uciekłabym z płaczem? Czy może roześmiałabym się głośno? Nigdy się tego nie dowiem. Z pewnością zupełnie nie byłam przygotowana na to, jak stres i zmartwienia przyćmią na wiele lat znaczną część mojego życia. I wątpię, że cokolwiek mogłoby mnie na to przygotować. Po prostu musiałam tego doświadczyć. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów tej książki można mieć wrażenie, że to smutna historia. Proszę, czytaj dalej, a przekonasz się, że jest odwrotnie. Możesz też pomyśleć, że to opowieść o chłopcu w spektrum. Tak, Cooper jest z pewnością postacią pierwszoplanową, ale to również historia o mnie - o matce, która ciągle uczy się podążać nieprzewidywalną ścieżką życia z autyzmem. To historia o błędach i zwycięstwach - zweryfikowanych marzeniach i umierającej nadziei. Historia małżeńskiego kompromisu, rywalizacji między rodzeństwem i zmieniającej się perspektywy w dialogu ze światem - niestrudzenie poszukuję nowych sposobów, by głos mojego niewerbalnego syna został usłyszany. Ostatecznie chodzi przecież o odkrycie, kim dokładnie mam być.
A wszystko to zawdzięczam mojemu synowi.
Poznałam Jamiego zaraz po ukończeniu studiów, podczas stażu w dużym banku. Nie marzyła mi się praca w bankowości - wręcz przeciwnie - ale chciałam zarabiać przyzwoite pieniądze i na początek gdzieś się zatrudnić. Spędzanie czasu w towarzystwie profesjonalistów wydawało się kolejnym rozsądnym krokiem w stronę dorosłości. Właśnie kończyłam poprzedni związek i tak naprawdę nie szukałam nowego. Odkąd pamiętam, zawsze miałam jakiegoś chłopaka, więc po raz pierwszy w życiu mogłam robić to, co chciałam i kiedy chciałam. Spędziłam lato, pracując na dwóch etatach i dobrze bawiąc się z przyjaciółmi. Wtedy poznałam Jamiego. Był pięć lat ode mnie starszy i jak dla mnie wydawał się zdecydowanie zbyt poważny. Pracował nad awansem z urzędnika bankowego na kierownika oddziału i nie miał dla mnie czasu. Wiele lat później przyznał mi się, że nazywał mnie wtedy "falbaniastą stażystką w minispódniczce" i doniósł na mnie naszemu szefowi dlatego, że strasznie przeciągałam przerwy na lunch. Byliśmy na różnych etapach życia, przynajmniej tak mi się wydawało. Ale w połowie lata spotkaliśmy się na turnieju softballowym. Okazało się, że reszta naszych współpracowników w ostatniej chwili odwołała spotkanie. Postanowiliśmy jak najlepiej spędzić ten czas i zamówiliśmy dzbanek piwa na barowym patio.
Mówił o swoich planach na przyszłość. Marzył o małym domku i łodzi rybackiej oraz o bliskich relacjach z rodziną. Kiedy po chwili wstał, żeby zagrać dla swojej drużyny softballowej, straciłam dla niego głowę i przepadłam z kretesem. Nie wiem, czy była to kwestia białych obcisłych spodni bejsbolowych, czy tego, że Jamie był naprawdę dorosłym mężczyzną, innym niż wszyscy, z którymi się wcześniej spotykałam. Być może zadziałało połączenie obu tych czynników. Kolejną noc spędziłam na marzeniach o przyszłości z Jamiem. Rok później, w piękną jesienną noc, Jamie uklęknął na kolano i mi się oświadczył. Powiedziałam "tak", zanim zdążył dokończyć pytanie, czy za niego wyjdę. Kolejny rok minął jak z bicza strzelił. Kupiliśmy dom z dwiema sypialniami w Two Harbors w Minnesocie, małym miasteczku nad Jeziorem Górnym, gdzie średnia temperatura latem oscylowała wokół 15°C. Żadne z nas nikogo tam nie znało, ale Jamie awansował na stanowisko kierownika dwóch małych banków na North Shore, więc postanowiliśmy stworzyć sobie tam dom. Pożegnałam się z karierą w bankowości, kiedy się przekonałam, jak wymagająca jest praca w sprzedaży bezpośredniej, i objęłam stanowisko koordynatora do spraw marketingu w domu opieki. Spędzaliśmy czas, prowadząc zwyczajne życie. Dopiero zaczynaliśmy nasze kariery, żadne z nas tak naprawdę dużo nie zarabiało, ale wchodziliśmy w prawdziwe życie i nie mieliśmy żadnego doświadczenia. Kupiliśmy starą łódź rybacką, o której Jamie opowiadał mi na naszej pierwszej randce, i spędzaliśmy większość czasu na świeżym powietrzu, remontując nasz stary dom, i oczywiście planowaliśmy ślub. Z tamtego okresu bardzo wyraźnie pamiętam, jak uczestniczyliśmy w weekendowym poradnictwie przedmałżeńskim w kościele, który sobie wybraliśmy. Zajęcia koncentrowały się wokół problemów, z którymi para może się spotkać w trakcie małżeństwa. Zajęcia prowadzili dwaj pastorzy: mąż i żona. Prelekcje te wydawały nam się zupełnie niepotrzebne - byliśmy przecież w sobie szaleńczo zakochani. Nasz związek miał przetrwać wszystkie zawieruchy i na pewno nie potrzebowaliśmy pomocy terapeuty. Siedzieliśmy przy stole, zajadając się ciasteczkami i pijąc poncz, podczas gdy pastorzy przedstawiali nam różne scenariusze. Jak poradziłbyś sobie z partnerem uzależnionym? Albo z partnerem, który kłamie. Albo z partnerem, który uprawia hazard. Opowiadali historie, które wydawały się niedorzeczne. Jedna z nich mówiła o żonie, która w tajemnicy zadłużyła się na setki tysięcy dolarów na karcie kredytowej. W innej mąż wypijał skrzynkę piwa każdego wieczoru w drodze do domu z pracy tylko po to, by wmawiać żonie, że jest zupełnie trzeźwy. Podśmiewaliśmy się z niektórych opowieści, a inne traktowaliśmy z przymrużeniem oka. Zamiast robić notatki bazgraliśmy coś na kartkach i planowaliśmy miesiąc miodowy. Nie chodziło o brak dobrych manier z naszej strony. Po prostu nie mogliśmy uwierzyć, że kiedykolwiek tak skończymy. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, do tego młodzi i zakochani. Miałam dwadzieścia cztery lata, Jamie - dwadzieścia dziewięć. Zaplanowaliśmy nasze wspólne życie i mieliśmy dokładnie te same cele. Dom pełen dzieci, życie na wsi, udaną karierę zawodową i w końcu domek nad jeziorem na emeryturze. Wszystko wydawało się proste. Zostało przez nas zaplanowane, więc musiało się udać. Ach, ta arogancja dwudziestoparolatków. Ów dzień ciągnął się w nieskończoność. Ostatnie pytanie pod koniec sesji brzmiało: "Jak poradzilibyście sobie z dzieckiem ze specjalnymi potrzebami?". Wciąż pamiętam, jak jeden z prowadzących zadał to pytanie. Mam ten obraz przed oczami - pamiętam, w co był ubrany, i że wypowiedział te słowa rzeczowo i swobodnie. Jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Sytuacja ta wyryła mi się w pamięci. Zapowiedź przyszłości, która nie uszła mojej uwagi.
Pamiętam, że pomyślałam: "Co za głupie pytanie". Przecież nam się to nie przytrafi. Pastor nadmienił o stresie związanym z posiadaniem dzieci i o tym, jak dziecko ze specjalnymi potrzebami go potęguje. Pamiętam też, że to pytanie ani trochę mnie nie zaniepokoiło. Byliśmy zdrowi i niezwyciężeni. W naszych rodzinach nie było dzieci ze specjalnymi potrzebami. Co więcej, nawet nie znałam takiej osoby. Oczywiście nie planowałam też brać narkotyków ani pić alkoholu w czasie ciąży, więc z góry założyliśmy, że nasze dzieci będą zdrowe. Idealne.
Z tego, co pamiętam, zapisaliśmy na kartce, że będziemy kochać takie dziecko jak każde inne, bo tak właśnie powinno się mówić. Prawda? Oboje byliśmy dobrymi ludźmi o wielkich sercach. I to by było na tyle. Zajęcia się skończyły, a my wróciliśmy do pędu naszego bajkowego życia. Myśl o specjalnych potrzebach nie pojawiła się w naszych głowach aż do momentu, który nadszedł znacznie później. Jamie i ja pobraliśmy się 13 września 2008 roku i był to z pewnością najbardziej deszczowy dzień, jaki North Shore kiedykolwiek widziało. Ceremonia odbyła się w maleńkim kościółku nad rzeką. O szóstej rano jeszcze świeciło słońce i zewsząd dobiegały dźwięki orkiestry marszowej. Ani ulewy, ani takiej oprawy muzycznej nie mieliśmy w planach. Tak się jednak złożyło, że tego poranka odbywał się coroczny maraton na rolkach, więc w rytmie The Ants Go Marching tanecznym krokiem dotarliśmy na śniadanie i udawaliśmy, że to wszystko dzieje się specjalnie dla nas. Kilka godzin później lunął deszcz. Woda lała się strumieniami, istne oberwanie chmury. Może pomyślicie, że gdy patrzyłam przez okno kościoła na naszych gości wbiegających do środka z gigantycznymi parasolami, byłam zdruzgotana. Nie byłam. W ogóle się tym nie przejmowałam. Skupianie się na drobiazgach, na które nie mamy wpływu, nie leżało w moim charakterze. Nie przejęłam się również tym, że ktoś z rodziny ukradł pieniądze z koszyka na koperty albo że ktoś z naszego orszaku weselnego zemdlał przed końcem ceremonii, albo że pan młody wpadł na skunksa w drodze do kościoła i trochę dziwnie pachniał. Zależało mi jedynie na tym, żeby wyjść za mąż za mojego najlepszego przyjaciela, mężczyznę, który rozśmieszał mnie jak nikt inny i masował mi stopy, gdy namiętnie oglądaliśmy kolejne sezony serialu "24 godziny", popijając 7&7, koktajl na bazie whisky i napoju 7up. Chociaż Jamie i ja bardzo się od siebie różniliśmy, co potwierdzają wyniki psychotestów, mieliśmy jedną wspólną cechę - kochaliśmy radość i prostotę. Nasze wesele okazało się ogromnym sukcesem. Podobał mi się każdy moment. Wraz z przyjaciółmi i rodziną tańczyliśmy do drugiej w nocy, a potem poszliśmy spać szczęśliwi, już jako mąż i żona. Lecz następnego ranka, gdy goście wyszli, a my zostaliśmy sami w salonie, otoczeni prezentami, rozpłakałam się. Mój świeżo poślubiony mąż nie wiedział, co robić. Zamiast czuć się szczęśliwa, poczułam przygnębienie. Tyle przygotowań, tyle spotkań i przyjęć, ciągłe planowanie, a teraz nagle wszystko się skończyło. Jakby zakończył się jakiś etap mojego życia. Przypomniałam sobie wtedy święta i moją mamę. To, jak zawsze płakała, kiedy się kończyły, i to, że nigdy nie rozumiałam dlaczego. W tamtej chwili wszystko stało się dla mnie jasne. Uwielbiała oczekiwanie, planowanie i przygotowania. Tak jak ja.
Po ślubie przekierowałam swoją ekscytację na plany macierzyńskie. Miesiąc wcześniej zrezygnowaliśmy z antykoncepcji. Żadne z nas nie spodziewało się, że sprawy potoczą się tak szybko. Zaszłam w ciążę od razu, przy pierwszej próbie, krótko po ślubie. Byliśmy zaskoczeni, jak łatwo to poszło. Zobaczyliśmy bicie serca. To był ósmy tydzień. Delikatne migotanie na ekranie. Powiadomiliśmy wszystkich znajomych i natychmiast ogłosiliśmy nowiny na Facebooku. W trzynastym tygodniu ciąży zaczęłam czuć, że coś jest nie tak. Było Boże Narodzenie. Niedzielę, dzień przed rutynową wizytą u lekarza i kolejnym badaniem USG, spędziliśmy w domu mojego ojca. Byłam wrakiem człowieka, miałam złe przeczucia. Nie potrafiłam wskazać niczego konkretnego, tylko to, że nie czuję się już w ciąży. Przyjaciółka powiedziała mi, że tak bywa i że objawy powinny ustąpić w drugim trymestrze. Wyszukiwarka Google podpowiedziała mi jednak, że to nie do końca normalne. Pojawiło się słowo "poronienie". Termin, który wcześniej nie przyszedł mi do głowy. Tego wieczoru poszliśmy z Jamiem na spacer do lasu z naszymi psami, co było normalną wieczorną rozrywką naszej małej rodziny. W połowie spaceru załamałam się i rozpłakałam. Powiedziałam mężowi o swoich obawach. Byłam prawie pewna, że z dzieckiem jest coś nie tak. Odpowiedział mi, że wszystko będzie dobrze. Ale dla Jamiego wszystko zawsze było w porządku. Był wyjątkowo opanowany. Następnego ranka tłoczyliśmy się w maleńkim gabinecie położnej na rutynowym badaniu USG, które powinno odbyć się w dwunastym tygodniu ciąży. Ja miałam tygodniowe opóźnienie. To była ważna wizyta i Jamie pierwszy raz był w gabinecie USG. Miałam na sobie pogniecioną koszulę zabiegową, nogi w strzemionach fotela ginekologicznego, a Jamie stał obok i trzymał mnie za rękę. Technik najpierw nałożyła lepki żel na mój brzuch i powoli, okrężnymi ruchami przesuwała urządzenie. Po chwili odwróciła ekran, przeprosiła i wyszła z gabinetu. Pod jej nieobecność Jamie i ja czekaliśmy w milczeniu. Wróciła kilka minut później i powiedziała, że zrobi USG przezpochwowe. Kiedy wyciągnęła wielką głowicę i nakładała na nią prezerwatywę, Jamie wybuchnął śmiechem.
- Dokąd TO zmierza?
Byłam mu wdzięczna za poczucie humoru. Po chwili znowu wyszła z gabinetu. Wtedy już wiedziałam. Poprzedniego wieczoru naczytałam się wystarczająco dużo historii rodem z horrorów i wiedziałam, co mnie czeka. Wydawało mi się, że mija wieczność. W końcu przyszedł lekarz i powiedział, że bicie serca ustało. Straciłam dziecko. Tak po prostu. Żadnych uprzejmości. Żadnego wprowadzenia. Bez owijania w bawełnę. Moje obawy się potwierdziły. Miałam swoją odpowiedź. Lekarz również użył słowa "poronienie". Powiedział, że w taki sposób organizm odrzuca nieprawidłową ciążę, i próbował mnie pocieszyć, mówiąc, że z naszym dzieckiem było coś nie w porządku i że organizm radzi sobie w taki a nie inny sposób.
- Nie jesteś sama. Dziesięć do dwudziestu procent ciąż kończy się poronieniem. To dość powszechne.
Być może jego słowa miały sprawić, że poczuję się lepiej, ale tak się nie stało. Lekarz zaczął coś szkicować na bloczku recept. Po chwili pokazał nam rysunek, ale bardziej przypominał bazgroły niż coś konkretnego. Przedstawiał dwa duże okręgi położone obok siebie. W środku każdego z nich znajdowało się mniejsze koło, ale były one różnej wielkości. Jedno małe, a drugie wyraźnie większe. Do dziś rozmawiamy z Jamiem o tym rysunku.
- Popatrz. - Lekarz wskazał obrazek. - Twoje dziecko wygląda tak, ale w dwunastym tygodniu powinno wyglądać w ten sposób.
Patrzyłam na rysunek przez łzy. Nie rozumiałam go. Od razu przypomniał mi się odcinek "Przyjaciół", w którym Jennifer Aniston nie widzi swojego dziecka na USG, ale udaje, że tak, i kiwa głową. Lekarz poklepał mnie po ramieniu jak trener klepie swojego zawodnika i powiedział, że możemy spróbować ponownie za kilka miesięcy.
Powiedział nam również, że możemy zatrzymać rysunek. Ale to jeszcze nie jest najgorsze wspomnienie z tego dnia. Jamie musiał wyjść, by sfinalizować jakąś umowę kredytową w jednym z banków, którymi zarządzał. Nie mógł tego przełożyć, i chociaż to nie była jego wina, byłam zdruzgotana. Zostałam sama i musiałam umówić się na usunięcie dziecka z mojego ciała. Dziecka, którego tak bardzo pragnęłam. Kiedy omawiałam z rejestratorką szczegóły dotyczące zabiegu łyżeczkowania i jego przebiegu, łzy napłynęły mi do oczu. Pielęgniarka powiedziała, że muszę zgłosić się do kliniki chirurgicznej następnego dnia o piątej rano i że od północy nie mogę nic jeść. Podniosłam gwałtownie głowę.
- Jak to? Co? Jutro rano? Nie powinniśmy chwilę poczekać i zobaczyć, czy nie zaszła jakaś pomyłka?
Wszystko działo się za szybko. Czy nie powinnam zasięgnąć drugiej opinii? A jeśli komuś pomyliły się daty? Nic nie odpowiedziała, tylko westchnęła smutno. Następnie podała mi wizytówkę z datą i godziną wizyty. Wyraz jej twarzy mówił wszystko. Musiałam sama wrócić do domu. Szlochając, zostawiłam wiadomość szefowej oraz mojej mamie, a potem wyłączyłam telefon. Nie chciałam słuchać o tym, że poronienia często się zdarzają. Nie chciałam słuchać o tym, że możemy spróbować ponownie za kilka miesięcy. Chciałam być smutna. Resztę dnia spędziłam, zastanawiając się, jak przekazać znajomym, że nie jestem już w ciąży, zła na siebie za to, że powiedziałam o tym tak wcześnie. Każdy scenariusz wydawał się ponury i pozbawiony sensu. Kiedy Jamie wrócił wieczorem z pracy, zastał mnie skuloną na kanapie. Powtórzył to, co powiedział lekarz.
- Możemy spróbować jeszcze raz. To dobrze. Coś musiało być nie tak z naszym dzieckiem. Następnym razem wszystko będzie w porządku.
Następnego dnia rano przybyliśmy do szpitala. Sam zabieg przebiegł szybko. Kiedy obudziłam się wciąż oszołomiona po znieczuleniu, zapytałam pielęgniarkę, czy nie ma już mojego dziecka. Zanim zdążyła odpowiedzieć, znów popadłam w otępienie, ale pamiętam, jak powiedziała, być może do innej pielęgniarki, że to jedno z najsmutniejszych pytań, jakie kiedykolwiek słyszała. Po stracie dziecka płakałam tygodniami. Po raz pierwszy czułam tak ogromną utratę kontroli nad własnym życiem. Zajęłam się dietą, ćwiczeniami, bieganiem oraz próbą zrozumienia, dlaczego moje ciało mnie zawiodło. Poświęcałam czas na poszukiwanie informacji i czytanie o kobietach, które poroniły. Musiałam się dokształcić, ale przede wszystkim potrzebowałam kontaktu z osobami, które rozumiały, przez co przechodzę. Kobiety, z którymi wtedy nawiązałam znajomość online, zostały moimi przyjaciółkami na całe życie. Strata nas połączyła. Znalezienie grupy ludzi, którzy mnie rozumieli, odmieniło moje życie. Jamie nie przeżywał żałoby tak jak ja. Po rozmowach z innymi kobietami doszłam do wniosku, że u większości mężów jest podobnie. Moje ciało przeszło przez coś bardzo trudnego i chciałam o tym rozmawiać. Jamie nie miał takiej potrzeby. Byłam zła, bo, według mnie, niewystarczająco smucił się z powodu straty naszego dziecka. Przypuszczam, że powiedziałby, iż mój smutek wystarczył. W pierwszym roku małżeństwa żyliśmy w miarę zgodnie, a największym źródłem naszych konfliktów była żałoba. Zaczęłam się nadmiernie koncentrować na ponownym zajściu w ciążę, jakby to było jakieś zadanie do wykonania. Seks był planowany i przestał sprawiać przyjemność. Siusiałam na patyczki owulacyjne w służbowej toalecie i płakałam, gdy nie pojawiały się uśmiechnięte buźki. Koleżanka z pracy powiedziała mi: "Zacznijcie podróżować, cieszcie się wspólnie spędzanym czasem. Zanim się obejrzysz, będziesz miała dzieci". Pewnie miała rację, ale jej nazbyt bezpośrednie podejście uraziło mnie. Jakiś czas później, po tym, jak przepełniona rozpaczą, przekonywałam siebie, że już nigdy nie będziemy mieli dzieci, wynik testu ciążowego wyszedł pozytywny. Lecz wtedy zamiast radości poczułam strach. Bałam się, że pokocham kolejne dziecko i znów je stracę. Zostawiłam test na umywalce w łazience i zeszłam do piwnicy, żeby pobiegać na bieżni. Chwilę później Jamie wrócił do domu i poprosiłam go, żeby przyniósł mi gumkę do włosów z łazienki. Zszedł na dół z testem w dłoni, z szerokim uśmiechem na twarzy.
- To się dzieje naprawdę? - Był bardzo podekscytowany.
Aż do dwudziestego tygodnia ciąży z nikim nie podzieliliśmy się tą nowiną. Nawet z naszymi rodzicami. Mniej więcej w szóstym miesiącu w końcu się uspokoiłam i zaczęłam cieszyć ciążą. Odkryłam wtedy, że wręcz uwielbiam być w ciąży. Jamie też się cieszył. Kupił nawet kij bejsbolowy i rękawicę dla swojego pierwszego syna. Kiedy przyszły pocztą, rozpłakałam się. Relacja Jamiego z jego ojcem była zupełnie inna niż wszystkie, jakie dotychczas znałam. Byli najlepszymi przyjaciółmi, codziennie rozmawiali przez telefon. Jego tata przez wiele lat go trenował i jednocześnie był jego największym fanem. Nie miałam wątpliwości, że Jamie będzie miał taką samą relację z naszym synem. Cooper urodził się 6 grudnia. Wydawało mi się, że ciąża trwała wieki. Kiedy ma się dziecko z niepełnosprawnością, trzeba przygotować się na wiele pytań o ciążę i poród. Każdy ośrodek terapeutyczny, każda szkoła, a nawet lokalne urzędy będą chciały znać szczegółowy przebieg tych dziewięciu miesięcy. Zawsze uważałam, że te procedury są inwazyjne - ciągłe wypełnianie rubryk w kolejnym szkolnym formularzu. Odpowiedzi jednak zawsze były takie same. Poza tym, że za dużo przytyłam, moja ciąża przebiegała idealnie. Żadnych problemów. Początek porodu również przebiegał bez problemów, choć powoli. Byłam tak podekscytowana spotkaniem z Cooperem i zostaniem mamą, że oczekiwanie było dla mnie niemal nie do zniesienia. Z powodu wielkości dziecka i braku ruchów pod koniec czterdziestego tygodnia lekarz zalecił indukcję porodu. Jamie i ja przyjechaliśmy do szpitala w niedzielę wieczorem i założono mi Cervidil, żeby wywołać poród. Nic się nie wydarzyło. Następnego ranka podano mi oksytocynę. Nadal nic. Po kilku godzinach chodzenia po korytarzach w końcu nastąpił niewielki postęp. Niestety niewystarczający. Chociaż my byliśmy już gotowi na spotkanie z naszym dzieckiem, ono nie było gotowe na spotkanie z nami. Od samego początku musieliśmy działać według jego harmonogramu, co według mnie było znamienną zapowiedzią tego, co nas czeka w przyszłości. Nie zamierzał ustąpić. W końcu, po dwudziestu czterech godzinach w szpitalu, pojawiło się parcie. Poczułam falę ekscytacji, gdy pielęgniarka przestawiła łóżko, przyciemniła światła i pokazała Jamiemu, jak ma przytrzymać moje nogi. Jego twarz pobladła, gdy spojrzał w dół. Gdyby mógł wtedy uciec, pewnie by to zrobił. Nie sądzę, żeby był przygotowany na tak bezpośrednie doświadczenie. Podczas zajęć w szkole rodzenia naiwnie założyłam, że parcie jest dla kobiety czymś naturalnym. Nawet podczas pierwszego porodu. Jakby instynktowne. Dla mnie nie było. Czułam wstyd i brak komfortu. A po nieprzyjemnej sytuacji z wypróżnieniem ogarnęło mnie zniechęcenie. Mój mąż zapewniał mnie, że to nic takiego, a i tak potem żartował z tego przez lata. Dwie godziny później nastąpił postęp. Pojawiła się główka, ale niestety dziecko znów utknęło. Byłam wyczerpana i nie wiedziałam, ile jeszcze wytrzymam. Bałam się, że lekarz wspomni o cesarskim cięciu, ale zamiast tego użył słów: nacięcie krocza. Pomogło i poczułam natychmiastową ulgę. Cooper urodził się kilka sekund później. Byłam pewna, że lekarz od razu położy dziecko na mojej piersi i że będę mogła natychmiast nawiązać z nim więź. Tak jak na filmach. Ale on podał je pielęgniarce, nikt nawet na mnie nie spojrzał. W kilka sekund wokół Coopera zgromadziło się wiele osób. Czekałam, aż zacznie płakać. Wszyscy wspominają o pierwszym krzyku, który przeszywa salę. Ale w naszej panowała cisza, przerywana jedynie szeptami personelu, który otaczał Coopera.
Lekarz powtarzał: "Nic mu nie jest". Ale ja zastanawiałam się, skąd on to może wiedzieć? Przecież zajmował się mną, zakładał szwy. Nawet nie spojrzał na dziecko leżące na stole za jego plecami. Przypomniałam sobie historyjkę o samolocie i personelu pokładowym. Kiedy samolot wpada w turbulencje, nie ma powodu do paniki, dopóki obsługa jest opanowana. Jeśli siada i zapina pasy, no cóż, zachowaj spokój. Lekarz był moim stewardem. Nie panikował.
Ciągle kręciłam się, próbując zobaczyć, co robią pielęgniarki. Lekarz zabronił mi się ruszać, ale trudno mi się było powstrzymać. W końcu usłyszałam słowa:
- Intubować. Nie oddycha prawidłowo. No dalej, maleństwo. Oddychaj.
Wydawało mi się, że mija wieczność. W rzeczywistości upłynęło pewnie parę minut.
- Dajcie mi moje dziecko. Chcę do mamy. Jamie, zawołaj moją mamę.
A potem przenikliwy, gniewny krzyk wypełnił pomieszczenie. To był Cooper. Był z nami. Tylko trochę spóźnił się na imprezkę. Opadłam z powrotem na łóżko, ręce miałam wyczerpane od podtrzymywania się i prób przedostania się do mojego dziecka. Wypuściłam powietrze, które jak się okazało, od dłuższego czasu wstrzymywałam.
Pielęgniarka włożyła mi w ramiona zawiniątko i powiedziała:
- Gratulacje, mamo. Jest piękny. I duży! Waży cztery kilogramy.
Spojrzałam w dół i w końcu zobaczyłam swoje dziecko. Po tych wszystkich trudach i strachu miałam go w ramionach i nie zamierzałam puścić. Jedna z przyjaciółek powiedziała mi, że w chwili, gdy trzymasz dziecko w ramionach, ból porodowy znika. Opowiedziała mi piękne historie o narodzinach swoich córek, twierdząc, że nie czuła później ani odrobiny bólu. Byłam jej przeciwieństwem. W chwili, gdy urodziłam Coopera, czułam bólu dosłownie wszędzie. Wycisnął ze mnie siódme poty. Ale teraz już mnie to nie obchodziło. To już nie miało znaczenia. Nigdy nie czułam większej miłości.
Pielęgniarka poinformowała nas, że wynik Coopera w skali Apgar jest wyjątkowo niski, ale sam Cooper wydawał się coraz bardziej ożywiony. Miałam nadzieję, że po prostu lekarze będą go uważnie obserwować i nie trzeba będzie przenosić go na oddział intensywnej terapii noworodków. Wyglądał, jakby przeszedł przez piekło. Jego głowa miała kształt stożka i była posiniaczona, a blond włosy - posklejane krwią. Jednak najbardziej zapamiętałam jego oczy. Zawsze myślałam, że niemowlęta są po porodzie bardzo śpiące. Nie nasz Cooper. Był rozbudzony i rozglądał się po pokoju szeroko otwartymi oczami. Wydawały się rozbiegane, jakby próbował zrozumieć, co się właśnie stało. Wyglądał na zdezorientowanego. Zagubionego. W końcu sala opustoszała i kiedy pielęgniarka zamknęła za sobą drzwi, usłyszałam, jak moja mama pyta:
- Wszystko w porządku?
- Tak, dajmy im chwilę dla siebie - odpowiedziała pielęgniarka.
Miała rację. Potrzebowaliśmy czasu. Cisza wypełniła pokój. Jamie i ja w końcu spojrzeliśmy na siebie.
- Bałeś się? - zapytałam. - O mój Boże, ja byłam przerażona.
- Nie, wiedziałem, że wszystko będzie dobrze - odparł.
Po raz kolejny zadziwił mnie jego spokój. Wydawał się zupełnie niewzruszony tym, co się właśnie wydarzyło. Ja natomiast wciąż się trzęsłam. Odwinęłam kocyk i spojrzałam ponownie na dziecko, które trzymałam w ramionach. Liczyliśmy jego palce u rąk i nóg. Uśmiechnęłam się, czując miękkość jego skóry. Jamie uklęknął przy łóżku i włożył palec w rączkę naszego syna.
- Cześć, Cooper, to twoja mama i tata!
Nagle poczułam spokój. Miałam swoje wymarzone dziecko. Zakochałam się w nim od razu. Byłam przepełniona miłością. Przed oczami przemknęły mi obrazy meczów bejsbolowych i małego chłopca łowiącego swoją pierwszą rybę. Ludzie często mnie pytają, kiedy zauważyłam, że coś jest nie tak. Zazwyczaj pytają o to matki maluchów, które martwią się o rozwój swojego dziecka i chcą mieć pewność, że wszystko jest w porządku. Że to nie autyzm. Przypominam im, że każda historia jest jedyna w swoim rodzaju, że nie ma dwóch takich samych przypadków.
Niektórzy rodzice opowiadają o idealnie rozwijającym się dziecku, a potem w dwunastym miesiącu życia nagle coś się przełącza i jakby światło nagle przygasło. Albo o tym, że ich maluch mówił pełnymi zdaniami i pewnej nocy przestał. Udostępniono mi wiele takich filmów... Maluchy mówią "mama", "ciężarówka", "piłka", a potem rodzicom pęka serce i opłakują to, czego już nie ma. Niektórzy rodzice twierdzą, że rozpoznali autyzm pierwszego dnia, podczas gdy inni w ogóle się go nie spodziewali. Ja nie pamiętam czasów przed autyzmem. Mogłam jeszcze nie znać definicji tego słowa, może nie rozumiałam powagi diagnozy. Lecz wracając do chwili, kiedy pierwszy raz trzymałam swoje dziecko w ramionach, wiedziałam, że ma autyzm. Po prostu był z Cooperem spleciony, owijał go niczym misterna kołdra, której nie dało się od niego oddzielić, chociaż przez kolejne lata rozpaczliwie się o to modliłam. Próbowałam ustalić, które części mojego synka są autystyczne, a które nie, aż w końcu zdałam sobie sprawę, że nie da się tego określić. Pozbycie się diagnozy oznaczałoby pozbycie się jego w całości. Zaakceptowanie tego faktu zajęło mi lata.
Kiedyś, w przeszłości, uważaliśmy z Jamiem, że sama perspektywa wychowywania dziecka ze specjalnymi potrzebami jest surrealistyczna - wręcz absurdalna. A jednak życie postawiło przed nami wyzwanie, na które oboje nie byliśmy gotowi. Wyzwanie, które odmieniło naszą relację i nasze podejście do rodzicielstwa. Brązowe spodnie i dżinsowa koszula. Tak był ubrany pastor prowadzący nauki przedmałżeńskie.
Chociaż większość rodziców zazwyczaj modli się o zdrowe dziecko, na mojej drodze stanęła wspaniała kobieta i matka, która powiedziała mi, że wraz z mężem modlili się o to, żeby ich syn miał zespół Downa. Poznałam ją wiele lat po diagnozie Coopera, którą wtedy jeszcze nie do końca akceptowałam. Promieniała radością, a jej energia była wręcz magnetyczna. Opowiedziałam jej historię Coopera, a ona opowiedziała mi o swoim synu. Podczas wizyty u ginekologa w trzydziestym czwartym tygodniu ciąży lekarz zauważył, że jej brzuch jest zdecydowanie za duży, i natychmiast zlecił USG. Powiedziała, że gdy ma się czterdzieści lat, badanie USG ma słodko-gorzki wymiar. Z jednej strony można zobaczyć długo oczekiwane dziecko, z drugiej - rośnie niepokój związany z zaawansowanym wiekiem matki. Lekarz potwierdził, że to chłopiec, a następnie wyjaśnił, że widzi pewne nieprawidłowości. Bardziej zaawansowane USG potwierdziło deformację mózgu dziecka. Zachodziło duże prawdopodobieństwo, że jeśli się urodzi, nie będzie mogło chodzić, mówić, poruszać się, a nawet oddychać. Ale była też inna możliwość. Lekarz powiedział im, że dziecko może urodzić się z zespołem Downa. Nagle diagnoza, w której dziecko mimo wszystko przeżyje, stała się czymś, czego pragnęli najbardziej na świecie. Chłopiec urodził się tydzień później z burzą rudych włosów. Miał zespół Downa i kilka innych powikłań, ale poza tym był zdrowy. Byli szczęśliwi. Powiedziała, że natychmiast otrzymali wsparcie od przyjaciół, rodziny, a nawet środowiska medycznego. A ponieważ wiedzieli o zespole Downa w czasie ciąży, byli na to przygotowani i nie mieli złudzeń. W naszym przypadku było zupełnie inaczej. Poszukiwanie odpowiedzi zajęło nam trzy lata, a rzeczywistość przynosiła w zasadzie kolejne pytania. Świat początkowo nie dostrzegał opóźnień i odmienności Coopera. Czasami zastanawiam się, jak potoczyłoby się nasze życie, gdybyśmy od samego początku wiedzieli, że nasz syn ma autyzm. Gdyby wszystko od razu było czarno-białe. Ostateczne. Może, gdyby na USG w dwudziestym tygodniu postawiono właściwą diagnozę i znalibyśmy ją, kiedy pielęgniarka po raz pierwszy położyła mi Coopera w ramionach, rozumielibyśmy, dlaczego od razu po narodzinach nie rozumiał świata, w którym przyszło mu żyć. Ale zdiagnozowanie autyzmu nie jest takie proste. Nie ma badań krwi. Nie ma jednoznacznych cech fizycznych. Objawy różnią się u poszczególnych osób, manifestują się w odmienny sposób. Diagnoza może zająć lata, a potem upływa jeszcze więcej czasu, zanim rodzice i reszta rodziny ją zaakceptują. Jeśli zaś chodzi o wsparcie, o którym wspomniała... cóż, nie otrzymaliśmy go przez wiele kolejnych lat. Mieliśmy dziewięć miesięcy, żeby przygotować się na Coopera - nawet dłużej, jeśli wziąć pod uwagę, że planowałam bycie matką od dzieciństwa. Nic jednak nie przygotowało mnie na chaos, który zapanował w pierwszym tygodniu. Miesiące poprzedzające jego narodziny były pełne ekscytacji. Oboje nie mogliśmy się doczekać, aż zostaniemy rodzicami, i spędziliśmy wiele nocy, wyobrażając sobie, kim będzie. Może stanie się kreatywny jak ja? Może będzie wysportowany jak Jamie? Przychodziło nam do głowy tak wiele rzeczy, których chcieliśmy go nauczyć. Łowienie ryb, gra w bejsbol i jazda na rowerze - to tylko kilka przykładów. Jamie nawet odszukał zdjęcia ze swojego dzieciństwa i promieniejąc, pokazał mi fotografię wysportowanego, blondwłosego chłopca jadącego na rowerze. Miałam wrażenie, że patrzę na mojego przyszłego syna.
- To mój Schwinn Predator, rower kultowej marki w latach osiemdziesiątych. Boże, uwielbiałem ten rower. Był taki fajny. Rozmawiałem już z tatą o odnowieniu go dla Coopera.
Kiedy zaczął się trzeci trymestr ciąży, wydrukowałam listę ze strony internetowej What to Expect When You're Expecting (Czego się spodziewać, gdy spodziewasz się dziecka) i upewniłam się, że wypełniam wszystkie pola. Udekorowałam pokój dziecięcy niebieskimi żaglówkami i zaopatrzyłam przewijak w pieluchy i pajacyki. Przeprowadziliśmy wiele rozmów z pediatrami. Odwiedziliśmy liczne żłobki. Kupiliśmy nawet lalkę, żeby pomóc naszym dwóm szczeniakom zaaklimatyzować się z nowym członkiem rodziny. Mieliśmy nie jeden, a trzy piękne imprezy baby shower. I chodziliśmy do szkoły rodzenia w szpitalu, w którym miał odbyć się poród. Zajęcia składały się z czterech godzinnych sesji raz w tygodniu oraz zwiedzania szpitala. Dowiedzieliśmy się wielu szczegółów o przebiegu porodu, o różnicy między cesarskim cięciem a porodem siłami natury, o możliwych interwencjach medycznych, o tym, jak trudne może być karmienie piersią i jak ważne jest spanie, kiedy dziecko śpi. Najbardziej martwiłam się bólem w czasie porodu. Poza tym wcale się nie bałam. Wiele moich przyjaciółek niedawno urodziło dzieci i żadna z nich nie miała większych problemów z macierzyństwem. Byłam więc pewna, że i u mnie wszystko będzie w porządku. Po ukończeniu kursu wręczono nam certyfikat, a Jamie nadał sobie oficjalny tytuł Certyfikowanego Trenera do spraw Porodu. Żartował, że chce koszulkę z takim napisem i włoży ją na czas porodu. Albo czapkę. Powiedziałam mu, żeby nie dodawał tego do swojego CV. Zbliżał się grudzień, a my byliśmy gotowi. Spełniliśmy wszystkie warunki. Wierzę, że większość noworodków przychodzi na świat z czymś w rodzaju instynktownej wiedzy. Wiem, bo po Cooperze mam jeszcze trójkę dzieci, które bez trudu weszły w życie, jakby doskonale wiedziały, jak jeść, spać i rosnąć. A mój piękny Cooper wydawał się w tym wszystkim nieco zagubiony. Krótko mówiąc, bycie noworodkiem nie przychodziło mu naturalnie. Kilka godzin po narodzinach spróbowaliśmy karmienia piersią. Miła starsza pielęgniarka pokazała mi, jak układać Coopera na różne sposoby, jak trzymać bez garbienia się, jak ułożyć pierś w kształt litery C i jak delikatnie odciągnąć jego dolną wargę, żeby pomóc mu przyssać się do piersi. Tyle, że nic nie działało tak, jak powinno. Jego usta nie współpracowały. Moje dziecko nie umiało się przyssać. Dziesiątki razy naciskałam przycisk wzywający pomoc. Frustracja narastała zarówno we mnie, jak i w nim. W trakcie pierwszych kilku dni wypłakałam ocean łez, próbując dowiedzieć się, jak karmić piersią moje dziecko. Stanowczo odmawiałam poddania się. Nie byłam przecież osobą, która kapituluje. Po trzech wizytach u konsultantki laktacyjnej i odkryciu, że Cooper schudł ponad pół kilograma, zaczęłam odciągać pokarm. Poczułam natychmiastową ulgę, patrząc, jak wypija całą butelkę mleka. Wiedziałam, że podjęłam właściwą decyzję. Sen również nie przychodził Cooperowi naturalnie. Noworodki powinny spać osiemnaście godzin na dobę. Tak podpowiedział mi Google. Moja teściowa to potwierdziła, ale mój noworodek spał tylko osiem godzin w ciągu doby. Zdawało się, że w szpitalu odespał sobie za wszystkie czasy i postanowił, że po powrocie do domu skończy z tymi bzdurami. Przez większość doby był rozbudzony, rozglądał się dookoła szeroko otwartymi oczami albo płakał. Próbowaliśmy kangurowania, czyli przytulania "skóra do skóry". Próbowaliśmy razem brać ciepłe kąpiele. Wtedy zupełnie nie mogłam zrozumieć, dlaczego mój dotyk nie przynosił mu ukojenia. Noworodki, z którymi miałam wcześniej do czynienia, uwielbiały wtulać się w zgięcie mojej szyi i cicho postękiwać. Moje dziecko musiało być wyprostowane i zwrócone twarzą do świata. Uwielbiało światła i ruch w telewizji. Większość ludzi ma zdjęcia śpiących bobasów... Ja mam zdjęcia Jamiego śpiącego w fotelu z głową przechyloną na bok i otwartą buzią oraz niemowlaka z otwartymi oczami, w pełni rozbudzonego, uważnie wpatrującego się w wentylator sufitowy. Pod koniec pierwszego tygodnia powiedziałam mężowi, że w szpitalu podmienili nam dziecko. Musiało dojść do pomyłki, bo mama powiedziała, że jako niemowlę spałam bez przerwy. Mama Jamiego mówiła to samo o nim. Żartowaliśmy, że pójdziemy do specjalnego sklepu i poprosimy o wymianę. W pierwszych dniach czułam ogromną presję, by udawać, że życie jest idealne. Presja wywierana na młode mamy to poważna sprawa, niezależnie od tego, czy towarzyszy temu autyzm, czy nie. Przed Cooperem zasłony w moim domu były zawsze odsłonięte. Uwielbiałam słońce i światło. Uwielbiałam też, jak otaczały mnie różne dźwięki. Uwielbiałam nasz osobliwy stary dom z huczącym piecem i skrzypiącą podłogą. W tle zawsze grało radio z muzyką country albo leciał kanał HGTV w telewizji. Mój mąż może potwierdzić, że byłam gadatliwa. Mieliśmy też często gości. A to znajomi wpadali na drinka, a to rodzina przyjechała spoza miasta. Nasz dom tętnił życiem. Wszystko drastycznie się zmieniło już w pierwszym tygodniu po narodzinach Coopera. Zdaliśmy sobie sprawę, jak cenny jest sen, i naszym jednym jedynym celem stało się uśpienie naszego dziecka. Przeorganizowaliśmy szyki. Zasłoniliśmy zasłony w salonie, tworząc w nim całkowitą ciemność, nawet w ciągu dnia. Muzykę zastąpiło urządzenie generująca biały szum. Podświetlony telewizor został wyciszony. Dzwonki w naszych telefonach zamilkły. Komunikowaliśmy się szeptem. Życie straciło naturalny rytm i nie potrafiłam odróżnić dnia od nocy. Czułam się jak zombie. Jamie radził sobie z tym wszystkim o wiele lepiej niż ja. Było to zaskakujące, bo nie miał żadnego doświadczenia z dziećmi. Może dlatego, że potrzebował tylko sześciu godzin snu na dobę, podczas gdy ja solidnych dziewięciu. Nie musiał też co trzy godziny przypinać się do laktatora i nie miał popękanych sutków. Szybko opanował spowijanie czy ciasne owijanie noworodka, zmianę pieluchy, podgrzewanie butelki i uspokajanie nadmiernie emocjonalnej Kate. Na zmianę ze mną chodził po pokoju lub bujał się w starym, niebieskim fotelu. Przykleił nawet taśmę malarską na podłodze, żeby było wiadomo, gdzie skrzypi. Również gotował i sprzątał. Wiele lat później powiedział mi, że jedynym wspomnieniem z tych pierwszych kilku tygodni był czas spędzony w piwnicy i maszerowanie w tę i we w tę po zimnej betonowej podłodze z Cooperem zawodzącym w jego ramionach. Po to tylko, żebym mogła zaznać paru chwil cennego snu. Bez niego byłabym zgubiona. Opieka nad Cooperem to było zajęcie dla dwóch osób, a Jamie miał właśnie wrócić do pracy. Jego urlop ojcowski dobiegał końca. Byłam przerażona. W noc przed planowanym powrotem Jamiego do pracy siedziałam w kuchni z rozpiętym podkoszulkiem do karmienia i jedno za drugim wpychałam do ust świąteczne ciasteczka. Łzy spływały mi po twarzy, jakby ktoś włączył jakiś przycisk. Nagle pojawił się Jamie, spojrzał na mnie i powiedział:
- Myślę, że powinnaś zadzwonić do swojej mamy. Albo do mojej.
To sprawiło, że zaczęłam płakać jeszcze bardziej. Nie mogłam przestać, co było dziwne, bo przed macierzyństwem nie byłam specjalnie płaczliwa. Aby stłumić rozpacz, maniakalnie śmiałam się z siebie, że płaczę bez powodu.
- Nie jestem smutna, Jamie. Jestem po prostu zmęczona i przytłoczona. To różnica.
Nigdy nie łudziłam się, że początek macierzyństwa będzie łatwy, ale nie spodziewałam się, że będzie aż tak trudno. Czułam, że poniosłam porażkę na całej linii. Nie wiedziałam, jak pomóc własnemu dziecku. Nie tak to sobie wyobrażałam. Jamie wybrał numer i podał mi telefon. Słyszałam zmartwienie w głosie mamy, kiedy opowiadałam jej o wnuku. Podczas tej rozmowy po raz pierwszy wypowiedziałam słowa:
- Chyba coś jest nie tak. - Ale zamiast mówić o moim synu, powiedziałam o sobie. - Nie daję sobie z tym rady, mamo. On prawie w ogóle nie śpi.
Odparła, że nic mi nie jest, że to łagodny poporodowy spadek nastroju. Kazała mi oddać dziecko Jamiemu i wziąć ciepłą kąpiel. Odpocząć i wyluzować się. W głębi serca wiedziałam, że ma rację. Tej nocy urządziłam sobie małą pogadankę motywacyjną. Przypomniałam sobie, że to, co czuję, jest całkowicie normalne. Że bycie po raz pierwszy mamą jest trudne, ale nie będzie trwało wiecznie. Przetrwam to. Przetrwamy to. Następnego dnia podzieliłam się swoimi obawami z pediatrą Coopera. Gdy opowiadałam jej jak mi ciężko, czułam się jak zdrajczyni. Mówiłam niemal szeptem. Wyjaśniłam, że Cooper w ogóle nie chce spać. Ale lekarka upierała się, że to normalne.
- Niektóre noworodki nie śpią, Kate. Niektóre są po prostu bardziej wymagające niż inne. Złoszczą się i denerwują, i to jest normalne. Nie da się przewidzieć tego, jak będzie, a tobie, kochanie, trafił się trudny przypadek. Nie bądź dla siebie zbyt surowa. Jesteś mamą po raz pierwszy. Dasz sobie radę.
- Ale dlaczego on tyle płacze? Po prostu ciągle się wścieka - wyznałam.
Powiedziała mi, że to może być kolka i żebym spróbowała wyeliminować z mojej diety pewne produkty. Jest szansa, że to pomoże. Kawę, nabiał, pikantne potrawy i wszystko na bazie pomidorów. Albo mogłabym przestawić Coopera na mleko modyfikowane. Spytała mnie, czy mam wsparcie i czy mam myśli samobójcze. Odpowiedziałam, że tak, mam wsparcie i nie, nie mam myśli samobójczych, ale że czuję się zdruzgotana. Zupełnie nie mogłam się odnaleźć.
- Jest po prostu zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam... - wymamrotałam.
Kiedy ja mówiłam, ona starannie obejrzała Coopera od stóp do głów i stwierdziła, że jest wręcz idealny. Potem przytuliła mnie i szepnęła:
- Świetnie sobie radzisz, mamusiu. Trzymaj się. - Na odchodnym dorzuciła jeszcze: - Zabierajcie go na przejażdżki samochodem. To działało na każde z trójki moich dzieci.
Tydzień później moja przyjaciółka zaprosiła mnie na zajęcia dla mam z dziećmi w księgarni w Duluth. Znajdowała się ona jakieś trzydzieści minut jazdy samochodem od naszego domu. Przypomniałam sobie, co powiedziała lekarka: "Zabierz go na przejażdżkę, to pomogło moim dzieciom". Szybko więc się zgodziłam. Poza tym rozpaczliwie wręcz potrzebowałam kontaktu z ludźmi. Gdy tylko zapięłam Coopera w foteliku samochodowym, zaczął przeraźliwie krzyczeć i nie przestał, dopóki pół godziny później nie wjechałam na parking przy centrum handlowym. Byłam wyczerpana i zestresowana, prowadząc w takich warunkach, a moje palce zaciskały się na kierownicy tak mocno, że aż zbielały mi kostki. Jego krzyki tak mnie zaniepokoiły, że w połowie drogi zjechałam na pobocze i wgramoliłam się na tylne siedzenie samochodu, żeby zobaczyć, co się dzieje. Pędzące ciężarówki mijały z gwizdem moje auto, a ja sprawdzałam, czy Cooper nie jest gdzieś przyszczypnięty lub coś go nie przygniata. Może było mu za zimno albo za ciepło. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, ale mimo to nie dawał się uspokoić. Próbowałam podać mu butelkę, a potem smoczek. Nie chciał ani jednego, ani drugiego. Ponieważ byłam w połowie drogi między domem a centrum handlowym, miałam jeszcze wybór. Mogłam zawrócić, ale chciałam jechać dalej. Cieszyłam się na moje pierwsze wyjście, nawet gdyby miało mnie ono zabić. Kiedy weszłam do księgarni, poczułam się bardzo dobrze. Cooper, wyczerpany płaczem, spał w wózku, a ja zobaczyłam tyle przyjaznych twarzy. Instruktorka poleciła nam zająć miejsce na dywanie i usiąść z naszymi dziećmi. Niektóre maluchy były niemowlętami, takimi jak Cooper, a niektóre już raczkowały i wierciły się. Instruktorka puściła spokojną muzykę i poradziła nam, żebyśmy zamknęły oczy i kołysały się razem z naszymi dziećmi w rytm muzyki. Wahałam się, czy obudzić śpiącego synka, ale zdecydowałam się wykonać polecenie. Delikatnie wyciągnęłam Coopera z nosidełka, usiadłam i zaczęłam się kołysać. Jego oczy otworzyły się gwałtownie, był niezadowolony, poirytowany i rozbudzony. Wiedziałam, że nie zapadnie znów w sen, jak zrobiłaby to większość noworodków. Cooper zaczął się miotać. Kołysałam się mocniej, więc on miotał się jeszcze bardziej. Poczułam, jak pot zaczyna spływać mi po plecach i karku.
"No dalej, mały, dasz radę", pomyślałam.
Kiedy Cooper i ja byliśmy jeszcze w fazie "miesiąca miodowego", dowiedziałam się o nim wystarczająco dużo, by mieć pewność, że za chwilę zacznie naprawdę krzyczeć. Zaczęła mnie ogarniać panika. Nie chodziło o to, że któraś z kobiet przejmie się faktem, że mam płaczące dziecko. Po prostu czułam się jak nieudacznik, bo nie umiałam rozgryźć własnego syna. Poza tym żadne inne dziecko nie płakało. Potem kołysanie przeszło w masaż niemowlęcy, a Cooper zaczął płakać tak bardzo, że musiałam wstać i obejść z nim całą salę. Próbowałam go bujać, karmić, odbijać - robić wszystko, co powinnam. Ale on i tak nie przestawał. Pozostałe matki próbowały mi pomóc, podsuwały pomysły, jak go uspokoić, ale nic nie działało. W końcu wyszłam. Nie podobało mi się, że tak bardzo tracę kontrolę nad własnym dzieckiem. Ale jeszcze bardziej nie podobało mi się to uczucie, że inni ludzie myślą, że coś jest z nim nie tak. Gdy włożyłam Coopera do fotelika samochodowego, natychmiast usnął wyczerpany naszą przygodą w wielkim świecie. Zapięłam pasy bezpieczeństwa i w ciszy pozwoliłam łzom płynąć po policzkach. W drodze do domu próbowałam przekonać siebie, że to, co czuję, to smutek poporodowy i że nie jestem najgorszą matką na świecie. Cooper kończył prawie dwanaście tygodni i zbliżał się czas mojego powrotu do pracy. W pewnym sensie czułam ulgę. Urlop macierzyński wyglądał inaczej, niż go sobie początkowo wyobrażałam. Miałam nadzieję, że uda mi się zrealizować kilka projektów a la Pinterest, odwiedzić Jamiego w biurze w przerwie na lunch lub pojechać do rodziców czy przyjaciół w Wisconsin. Ale nic z tego nie wyszło. Cieszyłam się, że przetrwałam dzień, że udało mi się wziąć prysznic i przygotować obiad przed godziną osiemnastą. Cooper i ja nigdy nie wypracowaliśmy żadnej rutyny związanej ze snem. Większość dzieci w wieku trzech miesięcy ma już ustabilizowany harmonogram drzemek, Cooper niestety nie miał. Nadal spędzałam dużo czasu, próbując go uśpić i zdrzemnąć się dłużej niż czterdzieści pięć minut jednym ciągiem. Przed powrotem do pracy miałam zaplanowaną kontrolę poporodową u ginekologa. Celem wizyty jest upewnienie się, że matka fizycznie i emocjonalnie oswaja się z obecnością dziecka w jej życiu. Lekarz zadawał mi pytania związane z moim ciałem. Czy odczuwam ból? Pytał o moje emocje. Czy czuję smutek? Jak przebiega karmienie piersią? Na każde pytanie odpowiadałam szczerze i uczciwie. Kiedy zapytał mnie, jaką metodę antykoncepcji stosujemy, wybuchnęłam śmiechem. "Czy ludzie naprawdę w tym okresie już uprawiają seks?" Byłam w szoku. Nie dość, że nadal nie chciałam być dotykana, to jeszcze nie mogłam sobie przypomnieć ani jednego razu, kiedy w ciągu ostatnich trzech miesięcy Jamie i ja moglibyśmy się w ogóle do siebie zbliżyć. Intymność wymagałaby dziecka, które czasem śpi. Po tym, jak lekarz odhaczył wszystkie rubryki w formularzu, powiedział:
- Wszystko w porządku. Widzimy się na kolejnym przeglądzie.
Chciałam, żeby miał rację, ale ja wcale tego nie czułam. Chociaż wszystko w moim ciele fizycznie się zagoiło, nic nie przygotowało mnie na to, jak wyczerpujące będą dla mnie początki macierzyństwa. Czułam, że już nie wiem, kim jestem. Rano w dniu, kiedy po macierzyńskim musiałam iść do pracy, ze zdziwieniem odkryłam, iż moje spodnie do pracy sprzed ciąży są tak duże, że dosłownie ze mnie spadają. Wyjęłam wagę. Wskazywała 61 kilogramów. Nic dziwnego, że sama siebie nie poznawałam. Nie ważyłam tyle od czasów nastoletnich. Spojrzałam w lustro, co ostatnio rzadko robiłam, i zobaczyłam, że mam zapadnięte policzki i ciemne worki pod oczami. Wyglądałam jak duch. Byłam nie do poznania. Odwoziłam Coopera pierwszy raz do żłobka i byłam, delikatnie mówiąc, podenerwowana. Wybraliśmy małą placówkę prowadzoną przez miłą panią, która miała córkę. Cooper był najmłodszy z małej grupki dzieci i martwiłam się, jak wychowawczyni poradzi sobie z jego szczególnymi potrzebami i szóstką innych dzieci. Nie przejęła się tym ani trochę i machnęła ręką, bym wyszła, zapewniając mnie, że ciągle ma do czynienia z marudnymi maluchami. W drodze do pracy zadzwoniłam do mamy zaniepokojona. "Żłobek jest świetny dla niemowląt, Kate. Wprowadza im harmonogram. To dobre rozwiązanie". Nie spałam od trzeciej, więc wizja harmonogramu brzmiała bosko. Bez trudu wróciłam do życia zawodowego. Uwielbiałam swoją pracę i byłam dumna ze stanowiska, jakie zajmowałam w dużej organizacji non-profit specjalizującej się w pomocy rodzinom i dzieciom. Lubiłam chodzić do biura i czuć się jak dorosły człowiek. Lubiłam prowadzić spotkania i rozwiązywać problemy. Po pierwszym dniu byłam trochę zmęczona, ale jednocześnie zrelaksowana. Przez cały czas przychodziły do mnie SMS-y z informacjami o szczęśliwym Cooperze cieszącym się pierwszym dniem w żłobku. Czułam lekką dezorientację, ale też dużą ulgę. Kiedy przyjechałam go odebrać, praktycznie wbiegłam, żeby go przytulić. Bycie z dala przez cały dzień sprawiło, że czułam się wybrakowana. Wychowawczyni powiedziała mi, że Cooper niewiele śpi, co mnie rozbawiło, ale widać było, że jest zadowolony i że obserwuje bawiące się dzieci. Cieszyła go ta stymulacja. Latem złapaliśmy w końcu z Jamiem jakiś rodzicielski rytm. Nie powiedziałabym, że Cooper stał się łatwiejszy. Raczej to my się do niego przyzwyczailiśmy. Spaliśmy na zmiany. Byliśmy w ciągłym ruchu, żonglowaliśmy obowiązkami, zmienialiśmy się. Widzieliśmy, że nasze życie z Cooperem różni się od życia naszych znajomych, ale byliśmy przekonani też, że nie będzie ono wiecznie takie trudne. Spędzaliśmy dużo czasu, spacerując po okolicy, wożąc go w wózku. Dopóki się przemieszczaliśmy, był szczęśliwy. Była tylko jedna zasada: nie mogliśmy przestać chodzić. Pod wpływem impulsu postanowiliśmy wystawić nasz dom na sprzedaż i poszukać działki w Duluth. Kiedy planowaliśmy z Jamiem naszą przyszłość, rozmowa zawsze kręciła się wokół dzieci biegających po lesie, wspinających się na drzewa i budujących forty. My tak dorastaliśmy i chcieliśmy tego samego dla naszych dzieci. Poza tym zamierzaliśmy być bliżej miasta, w którym pracowałam. Przeprowadziliśmy się cztery tygodnie później. Nasz dom sprzedał się bardzo szybko, a jeszcze nie znaleźliśmy działki do kupienia, więc byliśmy zmuszeni przenieść się do wynajmowanego domu mieszczącego się kilka kilometrów od starego. Jednocześnie szukaliśmy idealnego miejsca dla naszej rodziny. Kiedy wspominam tamten czas, nazywam go mrocznym okresem mojego życia. Wynajmowany dom miał 180 metrów kwadratowych i czułam się w nim samotna. Robiłam, co mogłam, ale nie potrafiłam się w nim odnaleźć. Jamie pod kątem przyszłej przeprowadzki właśnie przeniósł swoje banki do Duluth, co oznaczało dłuższe godziny pracy i dłuższe dojazdy. Ponieważ był głównym żywicielem rodziny i pracował o wiele więcej niż ja, większość opieki nad Cooperem spadła na mnie. Nie znałam zbyt wielu osób w miejscu, do którego się przeprowadziliśmy. Znajomi z pracy znajdowali się daleko, a dorastałam jeszcze gdzie indziej. Spędzaliśmy więc większość weekendów z Cooperem sami, tylko we dwoje. Bardzo chciałam gdzieś pojechać, jak to robili moi znajomi ze swoimi dziećmi - do ogrodów zoologicznych, parków - ale nigdy nam się to nie udawało. Każda wycieczka wydawała się zbyt przytłaczająca dla Coopera i kończyła się tym, że szybko wracaliśmy, często oboje płacząc. Więc większość czasu spędzaliśmy blisko domu, chodząc po okolicy, na brzeg Jeziora Górnego. Zabierałam koc i przekąski i siadaliśmy razem, obserwując fale. Siedzieliśmy tam w ciszy, a fakt, że Cooper w ogóle nie gaworzy, zupełnie uszedł mojej uwagi. Był zahipnotyzowany jaskrawymi kamieniami pokrywającymi plażę. Zawsze, po dokładnym obejrzeniu, wybierał dwa, po jednym do każdej dłoni, i trzymał je w mocno zaciśniętych piąstkach. Przyglądałam się, jak wpatruje się w swoje dłonie, i zastanawiałam, o czym myśli. Nic nie było w stanie wytrącić go ze skupienia. Często zdarzało się, że inne dzieci podbiegały z łopatkami do piasku i wiaderkami w dłoniach, nachylały się nad nim i zapraszały do zabawy. Jednak on nawet nie spoglądał w ich stronę. Po prostu otwierał i zamykał dłonie i wpatrywał się w wodę. Często inne rodziny rozkładały koce obok naszego, a ich maluchy były na tyle blisko, że mogłam je obserwować. Nigdy nie zapomnę pierwszych myśli, że z Cooperem coś jest nie tak. Jak się podstępnie wkradały do mojej świadomości, sprawiając, że wielokrotnie analizowałam wszystkie różnice. Porównywałam Coopera do innych dzieci, co przecież robi większość rodziców. Obserwowałam, jak maluchy wrzucają piasek do wiaderka albo rozjeżdżają ciężarówkami babki z piasku. Mój umysł to widział, a serce temu zaprzeczało. Czasem zbierałam się do domu wcześniej, z ulgą, że mogę uciec od tych różnic i zostawić je na plaży. Niektóre matki mówią, że zakochują się w swoich dzieciach w chwili, gdy pierwszy raz trzymają je w ramionach. Inne mówią, że dzieje się to wtedy, gdy widzą pozytywny wynik testu ciążowego. Ale jeszcze inne twierdzą, że potrzeba czasu, żeby oswoić się z miłością. Jak w przypadku dwojga ludzi, którzy się poznają. Ja zakochałam się w Cooperze od razu, gdy go zobaczyłam, ale moja miłość zwiększyła się o milion razy w ciągu tych pierwszych, samotnych, pełnych refleksji dni tylko we dwoje. Wiedziałam, że jest trudny. Wiedziałam, że nie jest jak inne dzieci w jego wieku. Nie byłam ślepa, ale też nie byłam gotowa, żeby przyznać to na głos. Ale dzięki temu, że tak trudno było mi nawiązać z nim kontakt, stałam się dla niego lepszą mamą. Rozumiałam dźwięki, które wydawał, jego mimikę i jego płacz. Nie mówił słów i chociaż rozpaczliwie za nimi tęskniłam, to właśnie brak komunikacji werbalnej zbliżył nas do siebie. Stałam się "jego człowiekiem", a on stał się moim. Po raz pierwszy usłyszałam słowo "autyzm", gdy byłam w pracy. Trwała przerwa na lunch, podczas której odbywała się prezentacja. Jadłam kanapkę z szynką i serem. Cooper miał jedenaście miesięcy. Prelegentka mówiła o najczęstszych objawach tego zaburzenia. Opóźniona komunikacja. Brak uśmiechu. Powtarzające się zachowania. Sztywność. Brak kontaktu wzrokowego i zabawy symbolicznej. Kiedy tak mówiła, poczułam, że zaczynam opuszczać swoje ciało. Pomyślałam: "Autyzm?". Chłopiec, którym się opiekowałam na studiach, miał wszystkie wymienione objawy. Ale jego rodzice nigdy nie wspominali o autyzmie, więc musiał być wtedy niezdiagnozowany. Spędzałam czas, ciągle go ganiając i próbując powstrzymać przed zabiciem ich psa. Tego lata schudłam prawie 4 kilogramy i o mało nie osiwiałam. Odetchnęłam z ulgą, kiedy lato się skończyło. Ale tamten chłopiec w niczym nie przypominał mojego Coopera. Kiedy prelegentka mówiła o agresywnych zachowaniach, nagle poczułam, że się duszę, że ściany zaczynają się kurczyć. Autyzm, który opisywała, brzmiał przerażająco i mrocznie. Czy ludzie się na mnie gapili? Czy się domyślali? Wstałam, ale zrobiłam to zbyt gwałtownie i moje krzesło uderzyło o ścianę. Wszystkie osoby zgromadzone w sali spojrzały na mnie. Po wyjściu z sali konferencyjnej oparłam się o chłodną ścianę, żeby się uspokoić. Wzięłam kilka głębokich oddechów i poszłam do swojego gabinetu. Zamknęłam drzwi i wpisałam w Google słowo "autyzm". Resztę popołudnia spędziłam, czytając wszystko, co mogłam znaleźć na temat tego zaburzenia. Wszędzie było napisane, że do drugiego roku życia nie ma się czym martwić, bo diagnoza nie jest stawiana często nawet przed trzecim rokiem życia. Na kartce nabazgrałam różne znaki, a następnie obok każdego z nich napisałam "tak" lub "nie". Przed końcem pracy byłam już przekonana, że to nie autyzm. Mój syn nie gaworzył, owszem, nie dało się temu zaprzeczyć, ale że od razu autyzm - nie ma mowy. Kiedy jechałam do żłobka, żeby odebrać Coopera, byłam pewna, że wszystko będzie dobrze. Wjeżdżając na podjazd, zobaczyłam gromadkę dzieci skaczących po stercie śniegu. Uśmiechnęłam się, wiedząc, jak bardzo Cooper kochał śnieg. Tylko że nie dostrzegłam w tej grupie jego blond włosów ani jaskrawoczerwonej czapeczki. Rozejrzałam się po podwórku, szukając mojego synka. Serce mi zamarło, gdy zobaczyłam go w odległym kącie podwórka, przy płocie, wpatrującego się w przestrzeń. Wyglądał jak mały więzień próbujący uciec, z twarzą przyciśniętą do metalowego ogrodzenia. Przedszkolanka szybko podeszła i powiedziała mi, że Cooper ma dziś ciężki dzień i nie chce się bawić. Widziałam, że jest jej przykro. Może nawet denerwuje się, że mogę być zła. Próbowałam zwrócić na siebie jego uwagę, krzycząc jego imię. Ledwo się obejrzał. Tymczasem przybyli rodzice innych dzieci, małe dziewczynki i chłopcy z wołaniem "mamo" i "tato" biegli z otwartymi ramionami do swoich rodziców. Przeszłam na tył podwórka, podniosłam Coopera i zakładając moją aż nazbyt dobrze znaną zbroję, osłaniałam nasze różnice przed ludźmi. W drodze do domu zadzwoniłam do mamy.
- Mamo, Cooper powinien już wiedzieć, że jestem jego mamą, prawda? Mam wrażenie, że czasami nie wie, kim jestem...
- To niedorzeczne, Kate. On wie, że jesteś jego mamą. Wszystkie dzieci znają swoje matki.
Zmieniłam temat, niemal zawstydzona swoją niepewnością.
"Miała rację", pomyślałam. Musiała mieć rację. Ale co, jeśli nie miała? W pewnym sensie wydawało mi się, że Cooper jest jak mały duszek. Wiedziałam, że jest, oczywiście, ale ani mnie nie szukał, ani nie wydawał się specjalnie przejmować tym, czy jestem w pobliżu. Zamiast tego biegał z pokoju do pokoju, niby bezcelowo, a jednak poruszając się po sobie tylko znanej trajektorii. Widziałam go i słyszałam. Ale rzadko mogłam do niego dotrzeć. Szłam za nim, próbując zwrócić jego uwagę, kradłam mu uściski i pocałunki, kiedy tylko mogłam. Rozpaczliwie chciałam się z nim bawić. Rozpaczliwie pragnęłam poczuć jego miłość. Ale on był bardziej zadowolony, gdy zostawiałam go w spokoju. Podczas wizyty kontrolnej, gdy Cooper skończył dwanaście miesięcy, miałam wypełnić standardowy formularz oceny. Trzeba było napisać, czy w domu są alarmy przeciwpożarowe i broń, czy jest wystarczająco dużo jedzenia i czy coś martwi rodziców w rozwoju ich dziecka. Wcześniej wypełniałam rubryki pobieżnie, ponieważ Cooper bez problemu osiągał wszystkie etapy rozwoju fizycznego. Przewracał się na bok, siadał, raczkował i zaczął chodzić zgodnie z planem. Ale teraz miałam obawy. Tyle, że tym razem mój synek nie pozwalał mi wypełniać formularza.
W poczekalni przeistaczał się w diabła tasmańskiego. Biegał w kółko po sali, rzucał kredkami i wspinał się na krzesła. Chodziłam za nim, a moim jedynym celem było powstrzymanie go przed wejściem za recepcję oraz przed ucieczką na zewnątrz, co, jak na ironię, wydawało się jego głównym celem. Nie przestawał się przemieszczać, nawet na sekundę i był po prostu niesamowicie szybki. Mimo że panowała wtedy w Minnesocie sroga zima, nie włożyłam płaszcza, najczęściej wystarczał mi T-shirt. Zawsze byłam spocona od tych pościgów. Włosy miałam zwinięte w kok - klasyczna fryzura zapracowanej mamy. Gdy w końcu dotarliśmy do gabinetu zabiegowego, byłam wyczerpana i zdenerwowana. Ale i tak powiedziałam pielęgniarce o swoich obawach, jednocześnie starając się trzymać Coopera z dala od kosza na śmieci i powstrzymać go przed zerwaniem ręcznika papierowego z łóżka zabiegowego. Kiedy maniakalnie włączał i wyłączał światło, wyjaśniałam, że nie grucha, nie gaworzy, nie wskazuje palcem ani nie macha. Nie naśladował nas i nie interesowały go zabawki. Gdy się zbliżałam do końca mojej listy, szykowałam się na najgorsze. Ale pielęgniarka w ogóle nie przejęła się tym, co powiedziałam.
- On świetnie nawiązuje kontakt wzrokowy, Kate. Zobaczysz, w końcu zacznie mówić. Chłopcy są leniwi. Poczekajmy, aż skończy dwa lata, wtedy zaczniemy się martwić.
Byłam w szoku, ale w pewnym sensie poczułam ulgę. Dała mi przyzwolenie, żeby się nie martwić. Jednak ciągle nie mogłam przestać myśleć o lunchu i prezentacji o autyzmie. Musiałam dopytać.
- Myśli pani, że jest z nim coś nie w porządku?
Jej odpowiedź wcale nie była taka, jakiej się spodziewałam, i potem prześladowała mnie przez lata.
- W tym wieku raczej skupiłabym się na oznakach upośledzenia umysłowego.
Zatoczyłam się, jakby ktoś wymierzył mi policzek. Wiedziałam, że mieszkamy na wsi i prawdopodobnie jesteśmy nieco zacofani, jeśli chodzi o poprawność polityczną, ale słowa "upośledzenie umysłowe" zabrzmiały dla mnie niezwykle negatywnie. Zaniemówiłam. Nie zadawałam już więcej pytań. Zanim wyszłam, pielęgniarka dała mi listę rzeczy, które dwunastomiesięczne dziecko "powinno" robić. Przejrzałam ją i poczułam ulgę. Mój syn nie miał aż takich opóźnień, a nad większością tych spraw mogłam z nim popracować. Poczułam się zmotywowana. Krótko po wizycie podjęłam decyzję o skróceniu godzin pracy, żeby mieć więcej czasu dla Coopera. Była to decyzja, nad którą długo się zastanawiałam. Chciałam być najlepsza na obu polach: odnieść sukces zawodowy i zostać matką roku. Jednak moja matczyna intuicja podpowiadała mi, że Cooper bardziej mnie potrzebuje. To nie była łatwa decyzja. Moje dochody były ważną częścią naszego budżetu, ale ostatecznie doszliśmy do wniosku, że jeśli zmienimy nasz styl życia, to sobie poradzimy. To było najlepsze, co mogłam zrobić, żeby pomóc naszemu synowi robić dalsze postępy. Różnie w życiu bywa, ale moja tożsamość była ściśle związana z pracą i rezygnacja z części etatu, nawet jeśli była to kwestia tylko kilku godzin, sprawiła, że poczułam się trochę niekomfortowo. Może nawet byłam nieco rozżalona. W tamtym wczesnym okresie, zanim poznaliśmy właściwe odpowiedzi, nieustannie diagnozowałam Coopera w myślach. Obsesyjnie przeczesywałam strony internetowe w wyszukiwarce Google i godzinami zgłębiałam wiedzę na temat opóźnień mowy, opóźnień rozwojowych i autyzmu. Analizowałam objawy i różnice. W pewnym sensie podliczałam punkty i przekonywałam siebie, co się zgadza, a co nie. Byłam wyczerpana, ale jednocześnie zmotywowana. Nasze życie było ciągłym poszukiwaniem odpowiedzi, ale przez wiele lat zdawało się, że one po prostu nie istnieją. Były tylko znaki, które przeważały szalę to w jedną, to drugą stronę, czy to autyzm, czy jednak nie. Jedną z najbardziej znaczących wskazówek był fioletowy dinozaur Barney. Wciąż mam przed oczami Coopera, który odkrył telewizję. Był niesamowicie wczesny sobotni poranek, dużo przed szóstą, słońce dopiero wstawało. Mieszkaliśmy w tym okropnym wynajętym domu, czekając na sfinalizowanie transakcji, bo właśnie kupiliśmy farmę hobbystyczną. Cooper miał na sobie białą, mięciutką piżamę w jaskrawe gwiazdki. Jego włosy były długie, znacznie dłuższe niż byśmy chcieli. Ale odmawiał strzyżenia, a my nie mieliśmy siły, żeby go do tego zmusić.
Oglądałam lokalną prognozę pogody i popijałam kawę - kofeina była mi wtedy niezbędna do życia. Gdy wybiła szósta, telewizor nagle ożył głośnym, zabawnym dźwiękiem, a potem na ekranie zatańczył fioletowy dinozaur. Często mówimy o przełomowych momentach w życiu. To był jeden z nich. Cooper gwałtownie podniósł głowę i widać było, że zaszła w nim jakaś nagła przemiana. Jakby życie nagle nabrało dla niego sensu. Powolny uśmiech rozpromieniał się na jego twarzy, gdy szedł w stronę źródła rozrywki. Próbował podciągnąć się do góry, żeby być jeszcze bliżej. Odwrócił się nawet, by sprawdzić, czy widzę to samo, co on. Stałam z otwartymi ustami, obserwując, jak chłonie to wszystko. Pisnął z zachwytu, a nawet klasnął w dłonie. To był pierwszy raz, kiedy widziałam mojego syna naprawdę szczęśliwego. W pierwszym okresie życia Coopera jego przyjaciele z kreskówek zrobili dla niego dużo wspaniałych rzeczy. Nauczyli go machać, wskazywać palcem i klaskać. Tańczył do ich piosenek i nauczył się rozpoznawać ciężarówki, traktory i pociągi. Dawali nam też cenne chwile wytchnienia. W końcu Cooper miał jakieś zajęcie i przestawał nerwowo krążyć po domu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Początkowo byliśmy wdzięczni za jego nowe hobby, dopóki nie przerodziło się w obsesję. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że jego fiksacja na punkcie seriali to pułapka i że stąpamy po kruchym lodzie. Kreskówki, które lubił, nie były nadawane jedna po drugiej i któreś z nas musiało siedzieć przy telewizorze, przewijając jego ulubione programy do przodu i do tyłu. Jeśli go odciągaliśmy sprzed ekranu lub wyłączaliśmy telewizor, wpadał w niekontrolowany szał. Próbowaliśmy chować piloty, odłączać telewizor od gniazdka, a nawet wynosiliśmy go z pokoju. Choć technologia ożywiła Coopera, zdawała się jednocześnie odseparowywać go od reszty świata. Przyznam, że trochę wstydziliśmy się kontroli, jaką telewizor nad nim sprawował. Przyjaciele i dziadkowie, pełni dobrych intencji, doradzali nam po prostu wyłączanie telewizora. Sugerowali, że przecież jesteśmy rodzicami i że dziecko nie musi spędzać tyle czasu przed ekranem. I choć to rozumieliśmy, a nawet się z tym zgadzaliśmy, to nie mieliśmy w tej kwestii zbytniego wyboru. Wyjścia na dwór kończyły się krzykami i wybuchami złości. Zachęcaliśmy go do pieszych wędrówek, pływania łódką, a nawet pikników - do wszystkich aktywności, które oboje uwielbialiśmy. Ale Cooper rzucał się i odmawiał współpracy. Jego sztywność - typowy objaw autyzmu - była widoczna z daleka, chociaż wtedy po prostu zakładaliśmy, że jest trudnym dzieckiem. Wszystkie sygnały były widoczne jak na dłoni, ale nikt nie połączył ich w całość i nie dał nam jednoznacznej odpowiedzi. U większości dzieci autyzm diagnozuje się około trzeciego roku życia. Ale u niektórych, jak u Coopera, diagnozę można by postawić znacznie wcześniej. Gdy patrzę wstecz, to widzę, że nasza sytuacja była wręcz czarno-biała. Ale jak to bywa w wielu historiach, które słyszę od innych rodziców, upływają lata na wypieraniu, a nawet ignorowaniu oczywistych symptomów. Aż nadchodzi moment, kiedy nie da się ich już dłużej bagatelizować. Droga do diagnozy to komplikowany taniec, robi się parę kroków do przodu, potem kilka do tyłu. Ostatecznie zajęło nam to prawie cztery lata i moim zdaniem straciliśmy dużo cennego czasu. Chociaż wiele osób zapewne uważa, że świadomość bywa bolesna, ja czułam coś przeciwnego. Wiedza i właściwe odpowiedzi przyniosły mi spokój. Kiedy już znasz prawdę, możesz zacząć skutecznie działać i realnie pomóc. Możesz rozpocząć proces akceptacji. Niewiedza, stan zawieszenia, obawa, że nie robisz wystarczająco dużo lub nie robisz tego, co trzeba, są zdecydowanie bardziej destrukcyjne. Dziś próbuję przekonać rodziców, żeby starali się jak najszybciej uzyskać właściwie odpowiedzi, niezależnie od tego, czy chodzi o autyzm, opóźnienie rozwojowe, czy nawet opóźnienie mowy. Pierwszą odruchową reakcją będzie chęć ochrony swojego dziecka przed czymś tak kategorycznym i naznaczającym całe życie, ale trzeba przezwyciężyć to uczucie, ponieważ diagnoza oznacza pomoc. Oznacza dostęp do usług i programów wsparcia. To elitarna przepustka. Ciągle słyszę o ludziach uciekających przed diagnozą, nieodbierających telefonów, a nawet kłamiących na badaniach okresowych. Dziadkowie, ciocie i wujkowie, a nawet przyjaciele kontaktowali się ze mną w trosce o dziecko, które nie otrzymuje właściwej pomocy. Osoba, która się do mnie zwraca, chce wiedzieć, czy powinna coś powiedzieć. Za każdym razem mam trudności z odpowiedzią na to pytanie, ponieważ bardzo dobrze pamiętam swój ból, gdy tkwiłam w stanie zaprzeczenia. I co czułam, gdy ludzie wspominali o odmienności mojego syna. Drodzy rodzice, jeśli wasze dziecko ma autyzm, to on nigdy nie zniknie. Niezależnie od tego, co zaznaczycie w formularzach. Nie da się tego uniknąć i nie da się tego ukryć. Autyzm jest wpleciony w wasze dzieci, jest ich częścią. Udawanie, kłamanie, unikanie prawdy, przyniesie ból nie tylko wam, ale też waszym pociechom. Pamiętajcie, diagnoza nie zmieni waszego dziecka ani miłości, którą do niego czujecie. Wręcz przeciwnie, w moim przypadku ją wzmocniła. W ramach swojej strony internetowej przeprowadziłam wywiad z dorosłą kobietą, u której autyzm zdiagnozowano dopiero po dwudziestce, zaledwie kilka dni przed tym, kiedy planowała odebrać sobie życie. Mówiła, że nigdy nie została zaakceptowana przez rodziców ani rówieśników i przez większość życia czuła się wybrakowana i nienawidziła siebie za to, że jest inna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki