Chłopiec na zawsze. Poruszająca opowieść o macierzyństwie, autyzmie i drodze do radości - Kate Swenson

-
Proszę czekać

Wstęp

Od naj­młod­szych lat marzy­łam o byciu matką. Nie­które małe dziew­czynki pra­gną zostać balet­ni­cami albo marzą o karie­rze poli­tycz­nej, a ja po pro­stu chcia­łam mieć rodzinę. Fan­ta­zjo­wa­łam o tym aż do okresu nasto­let­niego i cią­gle bawi­łam się w dom lal­kami boba­sami czy Bar­bie. Kiedy wraz z narze­czo­nym prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do swo­jego pierw­szego domu, mama pod­rzu­ciła mi mnó­stwo pudeł z moimi rze­czami z dzie­ciń­stwa. Wyglą­dało na to, że zacho­wała pra­wie wszyst­kie pamiątki. W pierw­szym pudle zna­la­złam swoje zabawne zdję­cia. Jestem w oku­la­rach z gru­bymi szkłami i mam fry­zurę "na gar­nek". Mama porów­ny­wała mnie do Doro­thy Hamill, ame­ry­kań­skiej zło­tej meda­listki w łyż­wiar­stwie figu­ro­wym, i powta­rzała, że wyglą­dam ślicz­nie... choć nie wyglą­da­łam. Były tam też wybla­kłe wstęgi za zaję­cie dru­giego i trze­ciego miej­sca w zawo­dach lek­ko­atle­tycz­nych w szkole pod­sta­wo­wej, liściki do przy­ja­ciół i nie­zli­czone pamięt­niki z małymi klu­czy­kami, zawie­ra­jące sekrety mojego życia.

Brody i ja zamie­rzamy się pobrać, mieć pię­cioro dzieci, psy i konie. Zamiesz­kamy w dużym, pięk­nym domu. Będziemy mieli trzy córki i dwóch synów. Zostanę wete­ry­na­rzem. On będzie grał zawo­dowo w koszy­kówkę i będziemy w sobie na zawsze zako­chani. Nasze życie będzie ide­alne.

Mia­łam sie­dem lat i wszystko szcze­gó­łowo zapla­no­wane, lecz ani razu nie przy­szło mi do głowy, że jedno z moich dzieci będzie miało zabu­rze­nie, które unie­moż­liwi mu komu­ni­ko­wa­nie nawet naj­prost­szych potrzeb. Albo że jego ciało będzie się roz­wi­jało, ale on nie będzie rozu­miał, czym jest bez­pie­czeń­stwo i nie­za­leż­ność. Nikt prze­cież nie zakłada, że coś takiego przy­da­rzy się jego dziecku. Co by było, gdyby...? - myśli te drę­czyły mnie przez lata po otrzy­ma­niu dia­gnozy. Co by było, gdy­bym wie­działa wcze­śniej? Co by było, gdyby ktoś, kto ma szklaną kulę, wyja­wił mi tajem­nicę mojej przy­szłości, gdy byłam jesz­cze w ciąży? "Rze­czy­wi­stość twoja i two­jego dziecka będzie zupeł­nie inna niż więk­szo­ści ludzi. Dla cie­bie syn będzie po pro­stu Coope­rem, ale dla świata będzie osobą z nie­peł­no­spraw­no­ścią. Na początku będzie ciężko. Doświad­czysz cier­pie­nia, wielu trud­no­ści i smutku, ale w końcu wszystko to prze­zwy­cię­żysz i dostrze­żesz nie­wia­ry­godną radość, jaką Cooper wnosi do two­jego świata. Zro­zu­miesz, że tak naprawdę to ty jesteś szczę­ściarą. Ale cóż, począ­tek pra­wie cię zła­mie".

Czy gdyby mnie ostrze­żono przed tym, że w moim życiu pojawi się autyzm i jak bar­dzo na nie wpły­nie, to czy ucie­kła­bym z pła­czem? Czy może roze­śmia­ła­bym się gło­śno? Ni­gdy się tego nie dowiem. Z pew­no­ścią zupeł­nie nie byłam przy­go­to­wana na to, jak stres i zmar­twie­nia przy­ćmią na wiele lat znaczną część mojego życia. I wąt­pię, że cokol­wiek mogłoby mnie na to przy­go­to­wać. Po pro­stu musia­łam tego doświad­czyć. Po prze­czy­ta­niu pierw­szych roz­dzia­łów tej książki można mieć wra­że­nie, że to smutna histo­ria. Pro­szę, czy­taj dalej, a prze­ko­nasz się, że jest odwrot­nie. Możesz też pomy­śleć, że to opo­wieść o chłopcu w spek­trum. Tak, Cooper jest z pew­no­ścią posta­cią pierw­szo­pla­nową, ale to rów­nież histo­ria o mnie - o matce, która cią­gle uczy się podą­żać nie­prze­wi­dy­walną ścieżką życia z auty­zmem. To histo­ria o błę­dach i zwy­cię­stwach - zwe­ry­fi­ko­wa­nych marze­niach i umie­ra­ją­cej nadziei. Histo­ria mał­żeń­skiego kom­pro­misu, rywa­li­za­cji mię­dzy rodzeń­stwem i zmie­nia­ją­cej się per­spek­tywy w dia­logu ze świa­tem - nie­stru­dze­nie poszu­kuję nowych spo­so­bów, by głos mojego nie­wer­bal­nego syna został usły­szany. Osta­tecz­nie cho­dzi prze­cież o odkry­cie, kim dokład­nie mam być.

A wszystko to zawdzię­czam mojemu synowi.

Jeden

Pozna­łam Jamiego zaraz po ukoń­cze­niu stu­diów, pod­czas stażu w dużym banku. Nie marzyła mi się praca w ban­ko­wo­ści - wręcz prze­ciw­nie - ale chcia­łam zara­biać przy­zwo­ite pie­nią­dze i na począ­tek gdzieś się zatrud­nić. Spę­dza­nie czasu w towa­rzy­stwie pro­fe­sjo­na­li­stów wyda­wało się kolej­nym roz­sąd­nym kro­kiem w stronę doro­sło­ści. Wła­śnie koń­czy­łam poprzedni zwią­zek i tak naprawdę nie szu­ka­łam nowego. Odkąd pamię­tam, zawsze mia­łam jakie­goś chło­paka, więc po raz pierw­szy w życiu mogłam robić to, co chcia­łam i kiedy chcia­łam. Spę­dzi­łam lato, pra­cu­jąc na dwóch eta­tach i dobrze bawiąc się z przy­ja­ciółmi. Wtedy pozna­łam Jamiego. Był pięć lat ode mnie star­szy i jak dla mnie wyda­wał się zde­cy­do­wa­nie zbyt poważny. Pra­co­wał nad awan­sem z urzęd­nika ban­ko­wego na kie­row­nika oddziału i nie miał dla mnie czasu. Wiele lat póź­niej przy­znał mi się, że nazy­wał mnie wtedy "fal­ba­nia­stą sta­żystką w mini­spód­niczce" i doniósł na mnie naszemu sze­fowi dla­tego, że strasz­nie prze­cią­ga­łam prze­rwy na lunch. Byli­śmy na róż­nych eta­pach życia, przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało. Ale w poło­wie lata spo­tka­li­śmy się na tur­nieju soft­bal­lo­wym. Oka­zało się, że reszta naszych współ­pra­cow­ni­ków w ostat­niej chwili odwo­łała spo­tka­nie. Posta­no­wi­li­śmy jak naj­le­piej spę­dzić ten czas i zamó­wi­li­śmy dzba­nek piwa na baro­wym patio.

Mówił o swo­ich pla­nach na przy­szłość. Marzył o małym domku i łodzi rybac­kiej oraz o bli­skich rela­cjach z rodziną. Kiedy po chwili wstał, żeby zagrać dla swo­jej dru­żyny soft­bal­lo­wej, stra­ci­łam dla niego głowę i prze­pa­dłam z kre­te­sem. Nie wiem, czy była to kwe­stia bia­łych obci­słych spodni bejs­bo­lo­wych, czy tego, że Jamie był naprawdę doro­słym męż­czy­zną, innym niż wszy­scy, z któ­rymi się wcze­śniej spo­ty­ka­łam. Być może zadzia­łało połą­cze­nie obu tych czyn­ni­ków. Kolejną noc spę­dzi­łam na marze­niach o przy­szło­ści z Jamiem. Rok póź­niej, w piękną jesienną noc, Jamie uklęk­nął na kolano i mi się oświad­czył. Powie­dzia­łam "tak", zanim zdą­żył dokoń­czyć pyta­nie, czy za niego wyjdę. Kolejny rok minął jak z bicza strze­lił. Kupi­li­śmy dom z dwiema sypial­niami w Two Har­bors w Min­ne­so­cie, małym mia­steczku nad Jezio­rem Gór­nym, gdzie śred­nia tem­pe­ra­tura latem oscy­lo­wała wokół 15°C. Żadne z nas nikogo tam nie znało, ale Jamie awan­so­wał na sta­no­wi­sko kie­row­nika dwóch małych ban­ków na North Shore, więc posta­no­wi­li­śmy stwo­rzyć sobie tam dom. Poże­gna­łam się z karierą w ban­ko­wo­ści, kiedy się prze­ko­na­łam, jak wyma­ga­jąca jest praca w sprze­daży bez­po­śred­niej, i obję­łam sta­no­wi­sko koor­dy­na­tora do spraw mar­ke­tingu w domu opieki. Spę­dza­li­śmy czas, pro­wa­dząc zwy­czajne życie. Dopiero zaczy­na­li­śmy nasze kariery, żadne z nas tak naprawdę dużo nie zara­biało, ale wcho­dzi­li­śmy w praw­dziwe życie i nie mie­li­śmy żad­nego doświad­cze­nia. Kupi­li­śmy starą łódź rybacką, o któ­rej Jamie opo­wia­dał mi na naszej pierw­szej randce, i spę­dza­li­śmy więk­szość czasu na świe­żym powie­trzu, remon­tu­jąc nasz stary dom, i oczy­wi­ście pla­no­wa­li­śmy ślub. Z tam­tego okresu bar­dzo wyraź­nie pamię­tam, jak uczest­ni­czy­li­śmy w week­en­do­wym porad­nic­twie przed­mał­żeń­skim w kościele, który sobie wybra­li­śmy. Zaję­cia kon­cen­tro­wały się wokół pro­ble­mów, z któ­rymi para może się spo­tkać w trak­cie mał­żeń­stwa. Zaję­cia pro­wa­dzili dwaj pasto­rzy: mąż i żona. Pre­lek­cje te wyda­wały nam się zupeł­nie nie­po­trzebne - byli­śmy prze­cież w sobie sza­leń­czo zako­chani. Nasz zwią­zek miał prze­trwać wszyst­kie zawie­ru­chy i na pewno nie potrze­bo­wa­li­śmy pomocy tera­peuty. Sie­dzie­li­śmy przy stole, zaja­da­jąc się cia­stecz­kami i pijąc poncz, pod­czas gdy pasto­rzy przed­sta­wiali nam różne sce­na­riu­sze. Jak pora­dził­byś sobie z part­ne­rem uza­leż­nio­nym? Albo z part­ne­rem, który kła­mie. Albo z part­ne­rem, który upra­wia hazard. Opo­wia­dali histo­rie, które wyda­wały się nie­do­rzeczne. Jedna z nich mówiła o żonie, która w tajem­nicy zadłu­żyła się na setki tysięcy dola­rów na kar­cie kre­dy­to­wej. W innej mąż wypi­jał skrzynkę piwa każ­dego wie­czoru w dro­dze do domu z pracy tylko po to, by wma­wiać żonie, że jest zupeł­nie trzeźwy. Pod­śmie­wa­li­śmy się z nie­któ­rych opo­wie­ści, a inne trak­to­wa­li­śmy z przy­mru­że­niem oka. Zamiast robić notatki bazgra­li­śmy coś na kart­kach i pla­no­wa­li­śmy mie­siąc mio­dowy. Nie cho­dziło o brak dobrych manier z naszej strony. Po pro­stu nie mogli­śmy uwie­rzyć, że kie­dy­kol­wiek tak skoń­czymy. Byli­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, do tego mło­dzi i zako­chani. Mia­łam dwa­dzie­ścia cztery lata, Jamie - dwa­dzie­ścia dzie­więć. Zapla­no­wa­li­śmy nasze wspólne życie i mie­li­śmy dokład­nie te same cele. Dom pełen dzieci, życie na wsi, udaną karierę zawo­dową i w końcu domek nad jezio­rem na eme­ry­tu­rze. Wszystko wyda­wało się pro­ste. Zostało przez nas zapla­no­wane, więc musiało się udać. Ach, ta aro­gan­cja dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ków. Ów dzień cią­gnął się w nie­skoń­czo­ność. Ostat­nie pyta­nie pod koniec sesji brzmiało: "Jak pora­dzi­li­by­ście sobie z dziec­kiem ze spe­cjal­nymi potrze­bami?". Wciąż pamię­tam, jak jeden z pro­wa­dzących zadał to pyta­nie. Mam ten obraz przed oczami - pamię­tam, w co był ubrany, i że wypo­wie­dział te słowa rze­czowo i swo­bod­nie. Jakby to była naj­nor­mal­niej­sza rzecz na świe­cie. Sytu­acja ta wyryła mi się w pamięci. Zapo­wiedź przy­szło­ści, która nie uszła mojej uwagi.

Pamię­tam, że pomy­śla­łam: "Co za głu­pie pyta­nie". Prze­cież nam się to nie przy­trafi. Pastor nad­mie­nił o stre­sie zwią­za­nym z posia­da­niem dzieci i o tym, jak dziecko ze spe­cjal­nymi potrze­bami go potę­guje. Pamię­tam też, że to pyta­nie ani tro­chę mnie nie zanie­po­ko­iło. Byli­śmy zdrowi i nie­zwy­cię­żeni. W naszych rodzi­nach nie było dzieci ze spe­cjal­nymi potrze­bami. Co wię­cej, nawet nie zna­łam takiej osoby. Oczy­wi­ście nie pla­no­wa­łam też brać nar­ko­ty­ków ani pić alko­holu w cza­sie ciąży, więc z góry zało­ży­li­śmy, że nasze dzieci będą zdrowe. Ide­alne.

Z tego, co pamię­tam, zapi­sa­li­śmy na kartce, że będziemy kochać takie dziecko jak każde inne, bo tak wła­śnie powinno się mówić. Prawda? Oboje byli­śmy dobrymi ludźmi o wiel­kich ser­cach. I to by było na tyle. Zaję­cia się skoń­czyły, a my wró­ci­li­śmy do pędu naszego baj­ko­wego życia. Myśl o spe­cjal­nych potrze­bach nie poja­wiła się w naszych gło­wach aż do momentu, który nad­szedł znacz­nie póź­niej. Jamie i ja pobra­li­śmy się 13 wrze­śnia 2008 roku i był to z pew­no­ścią naj­bar­dziej desz­czowy dzień, jaki North Shore kie­dy­kol­wiek widziało. Cere­mo­nia odbyła się w maleń­kim kościółku nad rzeką. O szó­stej rano jesz­cze świe­ciło słońce i zewsząd dobie­gały dźwięki orkie­stry mar­szo­wej. Ani ulewy, ani takiej oprawy muzycz­nej nie mie­li­śmy w pla­nach. Tak się jed­nak zło­żyło, że tego poranka odby­wał się coroczny mara­ton na rol­kach, więc w ryt­mie The Ants Go Mar­ching tanecz­nym kro­kiem dotar­li­śmy na śnia­da­nie i uda­wa­li­śmy, że to wszystko dzieje się spe­cjal­nie dla nas. Kilka godzin póź­niej lunął deszcz. Woda lała się stru­mie­niami, istne obe­rwa­nie chmury. Może pomy­śli­cie, że gdy patrzy­łam przez okno kościoła na naszych gości wbie­ga­ją­cych do środka z gigan­tycz­nymi para­so­lami, byłam zdru­zgo­tana. Nie byłam. W ogóle się tym nie przej­mo­wa­łam. Sku­pia­nie się na dro­bia­zgach, na które nie mamy wpływu, nie leżało w moim cha­rak­te­rze. Nie prze­ję­łam się rów­nież tym, że ktoś z rodziny ukradł pie­nią­dze z koszyka na koperty albo że ktoś z naszego orszaku wesel­nego zemdlał przed koń­cem cere­mo­nii, albo że pan młody wpadł na skunksa w dro­dze do kościoła i tro­chę dziw­nie pach­niał. Zale­żało mi jedy­nie na tym, żeby wyjść za mąż za mojego naj­lep­szego przy­ja­ciela, męż­czy­znę, który roz­śmie­szał mnie jak nikt inny i maso­wał mi stopy, gdy namięt­nie oglą­da­li­śmy kolejne sezony serialu "24 godziny", popi­ja­jąc 7&7, kok­tajl na bazie whi­sky i napoju 7up. Cho­ciaż Jamie i ja bar­dzo się od sie­bie róż­ni­li­śmy, co potwier­dzają wyniki psy­cho­te­stów, mie­li­śmy jedną wspólną cechę - kocha­li­śmy radość i pro­stotę. Nasze wesele oka­zało się ogrom­nym suk­ce­sem. Podo­bał mi się każdy moment. Wraz z przy­ja­ciółmi i rodziną tań­czy­li­śmy do dru­giej w nocy, a potem poszli­śmy spać szczę­śliwi, już jako mąż i żona. Lecz następ­nego ranka, gdy goście wyszli, a my zosta­li­śmy sami w salo­nie, oto­czeni pre­zen­tami, roz­pła­ka­łam się. Mój świeżo poślu­biony mąż nie wie­dział, co robić. Zamiast czuć się szczę­śliwa, poczu­łam przy­gnę­bie­nie. Tyle przy­go­to­wań, tyle spo­tkań i przy­jęć, cią­głe pla­no­wa­nie, a teraz nagle wszystko się skoń­czyło. Jakby zakoń­czył się jakiś etap mojego życia. Przy­po­mnia­łam sobie wtedy święta i moją mamę. To, jak zawsze pła­kała, kiedy się koń­czyły, i to, że ni­gdy nie rozu­mia­łam dla­czego. W tam­tej chwili wszystko stało się dla mnie jasne. Uwiel­biała ocze­ki­wa­nie, pla­no­wa­nie i przy­go­to­wa­nia. Tak jak ja.

Po ślu­bie prze­kie­ro­wa­łam swoją eks­cy­ta­cję na plany macie­rzyń­skie. Mie­siąc wcze­śniej zre­zy­gno­wa­li­śmy z anty­kon­cep­cji. Żadne z nas nie spo­dzie­wało się, że sprawy poto­czą się tak szybko. Zaszłam w ciążę od razu, przy pierw­szej pró­bie, krótko po ślu­bie. Byli­śmy zasko­czeni, jak łatwo to poszło. Zoba­czy­li­śmy bicie serca. To był ósmy tydzień. Deli­katne migo­ta­nie na ekra­nie. Powia­do­mi­li­śmy wszyst­kich zna­jo­mych i natych­miast ogło­si­li­śmy nowiny na Face­bo­oku. W trzy­na­stym tygo­dniu ciąży zaczę­łam czuć, że coś jest nie tak. Było Boże Naro­dze­nie. Nie­dzielę, dzień przed ruty­nową wizytą u leka­rza i kolej­nym bada­niem USG, spę­dzi­li­śmy w domu mojego ojca. Byłam wra­kiem czło­wieka, mia­łam złe prze­czu­cia. Nie potra­fi­łam wska­zać niczego kon­kret­nego, tylko to, że nie czuję się już w ciąży. Przy­ja­ciółka powie­działa mi, że tak bywa i że objawy powinny ustą­pić w dru­gim try­me­strze. Wyszu­ki­warka Google podpowie­działa mi jed­nak, że to nie do końca nor­malne. Poja­wiło się słowo "poro­nie­nie". Ter­min, który wcze­śniej nie przy­szedł mi do głowy. Tego wie­czoru poszli­śmy z Jamiem na spa­cer do lasu z naszymi psami, co było nor­malną wie­czorną roz­rywką naszej małej rodziny. W poło­wie spa­ceru zała­ma­łam się i roz­pła­ka­łam. Powie­dzia­łam mężowi o swo­ich oba­wach. Byłam pra­wie pewna, że z dziec­kiem jest coś nie tak. Odpo­wie­dział mi, że wszystko będzie dobrze. Ale dla Jamiego wszystko zawsze było w porządku. Był wyjąt­kowo opa­no­wany. Następ­nego ranka tło­czy­li­śmy się w maleń­kim gabi­ne­cie położ­nej na ruty­no­wym bada­niu USG, które powinno odbyć się w dwu­na­stym tygo­dniu ciąży. Ja mia­łam tygo­dniowe opóź­nie­nie. To była ważna wizyta i Jamie pierw­szy raz był w gabi­ne­cie USG. Mia­łam na sobie pognie­cioną koszulę zabie­gową, nogi w strze­mio­nach fotela gine­ko­lo­gicz­nego, a Jamie stał obok i trzy­mał mnie za rękę. Tech­nik naj­pierw nało­żyła lepki żel na mój brzuch i powoli, okręż­nymi ruchami prze­su­wała urzą­dze­nie. Po chwili odwró­ciła ekran, prze­pro­siła i wyszła z gabi­netu. Pod jej nie­obec­ność Jamie i ja cze­ka­li­śmy w mil­cze­niu. Wró­ciła kilka minut póź­niej i powie­działa, że zrobi USG prze­zpo­chwowe. Kiedy wycią­gnęła wielką gło­wicę i nakła­dała na nią pre­zer­wa­tywę, Jamie wybuch­nął śmie­chem.

- Dokąd TO zmie­rza?

Byłam mu wdzięczna za poczu­cie humoru. Po chwili znowu wyszła z gabi­netu. Wtedy już wie­dzia­łam. Poprzed­niego wie­czoru naczy­ta­łam się wystar­cza­jąco dużo histo­rii rodem z hor­ro­rów i wie­dzia­łam, co mnie czeka. Wyda­wało mi się, że mija wiecz­ność. W końcu przy­szedł lekarz i powie­dział, że bicie serca ustało. Stra­ci­łam dziecko. Tak po pro­stu. Żad­nych uprzej­mo­ści. Żad­nego wpro­wa­dze­nia. Bez owi­ja­nia w bawełnę. Moje obawy się potwier­dziły. Mia­łam swoją odpo­wiedź. Lekarz rów­nież użył słowa "poro­nie­nie". Powie­dział, że w taki spo­sób orga­nizm odrzuca nie­pra­wi­dłową ciążę, i pró­bo­wał mnie pocie­szyć, mówiąc, że z naszym dziec­kiem było coś nie w porządku i że orga­nizm radzi sobie w taki a nie inny spo­sób.

- Nie jesteś sama. Dzie­sięć do dwu­dzie­stu pro­cent ciąż koń­czy się poro­nie­niem. To dość powszechne.

Być może jego słowa miały spra­wić, że poczuję się lepiej, ale tak się nie stało. Lekarz zaczął coś szki­co­wać na bloczku recept. Po chwili poka­zał nam rysu­nek, ale bar­dziej przy­po­mi­nał bazgroły niż coś kon­kret­nego. Przed­sta­wiał dwa duże okręgi poło­żone obok sie­bie. W środku każ­dego z nich znaj­do­wało się mniej­sze koło, ale były one róż­nej wiel­ko­ści. Jedno małe, a dru­gie wyraź­nie więk­sze. Do dziś roz­ma­wiamy z Jamiem o tym rysunku.

- Popatrz. - Lekarz wska­zał obra­zek. - Twoje dziecko wygląda tak, ale w dwu­na­stym tygo­dniu powinno wyglą­dać w ten spo­sób.

Patrzy­łam na rysu­nek przez łzy. Nie rozu­mia­łam go. Od razu przy­po­mniał mi się odci­nek "Przy­ja­ciół", w któ­rym Jen­ni­fer Ani­ston nie widzi swo­jego dziecka na USG, ale udaje, że tak, i kiwa głową. Lekarz pokle­pał mnie po ramie­niu jak tre­ner kle­pie swo­jego zawod­nika i powie­dział, że możemy spró­bo­wać ponow­nie za kilka mie­sięcy.

Powie­dział nam rów­nież, że możemy zatrzy­mać rysu­nek. Ale to jesz­cze nie jest naj­gor­sze wspo­mnie­nie z tego dnia. Jamie musiał wyjść, by sfi­na­li­zo­wać jakąś umowę kre­dy­tową w jed­nym z ban­ków, któ­rymi zarzą­dzał. Nie mógł tego prze­ło­żyć, i cho­ciaż to nie była jego wina, byłam zdru­zgo­tana. Zosta­łam sama i musia­łam umó­wić się na usu­nię­cie dziecka z mojego ciała. Dziecka, któ­rego tak bar­dzo pra­gnę­łam. Kiedy oma­wia­łam z reje­stra­torką szcze­góły doty­czące zabiegu łyżecz­ko­wa­nia i jego prze­biegu, łzy napły­nęły mi do oczu. Pie­lę­gniarka powie­działa, że muszę zgło­sić się do kli­niki chi­rur­gicz­nej następ­nego dnia o pią­tej rano i że od pół­nocy nie mogę nic jeść. Pod­nio­słam gwał­tow­nie głowę.

- Jak to? Co? Jutro rano? Nie powin­ni­śmy chwilę pocze­kać i zoba­czyć, czy nie zaszła jakaś pomyłka?

Wszystko działo się za szybko. Czy nie powin­nam zasię­gnąć dru­giej opi­nii? A jeśli komuś pomy­liły się daty? Nic nie odpo­wie­działa, tylko wes­tchnęła smutno. Następ­nie podała mi wizy­tówkę z datą i godziną wizyty. Wyraz jej twa­rzy mówił wszystko. Musia­łam sama wró­cić do domu. Szlo­cha­jąc, zosta­wi­łam wia­do­mość sze­fo­wej oraz mojej mamie, a potem wyłą­czy­łam tele­fon. Nie chcia­łam słu­chać o tym, że poro­nie­nia czę­sto się zda­rzają. Nie chcia­łam słu­chać o tym, że możemy spró­bo­wać ponow­nie za kilka mie­sięcy. Chcia­łam być smutna. Resztę dnia spę­dzi­łam, zasta­na­wia­jąc się, jak prze­ka­zać zna­jo­mym, że nie jestem już w ciąży, zła na sie­bie za to, że powie­dzia­łam o tym tak wcze­śnie. Każdy sce­na­riusz wyda­wał się ponury i pozba­wiony sensu. Kiedy Jamie wró­cił wie­czo­rem z pracy, zastał mnie sku­loną na kana­pie. Powtó­rzył to, co powie­dział lekarz.

- Możemy spró­bo­wać jesz­cze raz. To dobrze. Coś musiało być nie tak z naszym dziec­kiem. Następ­nym razem wszystko będzie w porządku.

Następ­nego dnia rano przy­by­li­śmy do szpi­tala. Sam zabieg prze­biegł szybko. Kiedy obu­dzi­łam się wciąż oszo­ło­miona po znie­czu­le­niu, zapy­ta­łam pie­lę­gniarkę, czy nie ma już mojego dziecka. Zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć, znów popa­dłam w otę­pie­nie, ale pamię­tam, jak powie­działa, być może do innej pie­lę­gniarki, że to jedno z naj­smut­niej­szych pytań, jakie kie­dy­kol­wiek sły­szała. Po stra­cie dziecka pła­ka­łam tygo­dniami. Po raz pierw­szy czu­łam tak ogromną utratę kon­troli nad wła­snym życiem. Zaję­łam się dietą, ćwi­cze­niami, bie­ga­niem oraz próbą zro­zu­mie­nia, dla­czego moje ciało mnie zawio­dło. Poświę­ca­łam czas na poszu­ki­wa­nie infor­ma­cji i czy­ta­nie o kobie­tach, które poro­niły. Musia­łam się dokształ­cić, ale przede wszyst­kim potrze­bo­wa­łam kon­taktu z oso­bami, które rozu­miały, przez co prze­cho­dzę. Kobiety, z któ­rymi wtedy nawią­za­łam zna­jo­mość online, zostały moimi przy­ja­ciół­kami na całe życie. Strata nas połą­czyła. Zna­le­zie­nie grupy ludzi, któ­rzy mnie rozu­mieli, odmie­niło moje życie. Jamie nie prze­ży­wał żałoby tak jak ja. Po roz­mo­wach z innymi kobie­tami doszłam do wnio­sku, że u więk­szo­ści mężów jest podob­nie. Moje ciało prze­szło przez coś bar­dzo trud­nego i chcia­łam o tym roz­ma­wiać. Jamie nie miał takiej potrzeby. Byłam zła, bo, według mnie, nie­wy­star­cza­jąco smu­cił się z powodu straty naszego dziecka. Przy­pusz­czam, że powie­działby, iż mój smu­tek wystar­czył. W pierw­szym roku mał­żeń­stwa żyli­śmy w miarę zgod­nie, a naj­więk­szym źró­dłem naszych kon­flik­tów była żałoba. Zaczę­łam się nad­mier­nie kon­cen­tro­wać na ponow­nym zaj­ściu w ciążę, jakby to było jakieś zada­nie do wyko­na­nia. Seks był pla­no­wany i prze­stał spra­wiać przy­jem­ność. Siu­sia­łam na patyczki owu­la­cyjne w służ­bo­wej toa­le­cie i pła­ka­łam, gdy nie poja­wiały się uśmiech­nięte buźki. Kole­żanka z pracy powie­działa mi: "Zacznij­cie podró­żo­wać, ciesz­cie się wspól­nie spę­dza­nym cza­sem. Zanim się obej­rzysz, będziesz miała dzieci". Pew­nie miała rację, ale jej nazbyt bez­po­śred­nie podej­ście ura­ziło mnie. Jakiś czas póź­niej, po tym, jak prze­peł­niona roz­pa­czą, prze­ko­ny­wa­łam sie­bie, że już ni­gdy nie będziemy mieli dzieci, wynik testu cią­żo­wego wyszedł pozy­tywny. Lecz wtedy zamiast rado­ści poczu­łam strach. Bałam się, że poko­cham kolejne dziecko i znów je stracę. Zosta­wi­łam test na umy­walce w łazience i zeszłam do piw­nicy, żeby pobie­gać na bieżni. Chwilę póź­niej Jamie wró­cił do domu i popro­si­łam go, żeby przy­niósł mi gumkę do wło­sów z łazienki. Zszedł na dół z testem w dłoni, z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

- To się dzieje naprawdę? - Był bar­dzo pod­eks­cy­to­wany.

Aż do dwu­dzie­stego tygo­dnia ciąży z nikim nie podzie­li­li­śmy się tą nowiną. Nawet z naszymi rodzi­cami. Mniej wię­cej w szó­stym mie­siącu w końcu się uspo­ko­iłam i zaczę­łam cie­szyć ciążą. Odkry­łam wtedy, że wręcz uwiel­biam być w ciąży. Jamie też się cie­szył. Kupił nawet kij bejs­bo­lowy i ręka­wicę dla swo­jego pierw­szego syna. Kiedy przy­szły pocztą, roz­pła­ka­łam się. Rela­cja Jamiego z jego ojcem była zupeł­nie inna niż wszyst­kie, jakie dotych­czas zna­łam. Byli naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, codzien­nie roz­ma­wiali przez tele­fon. Jego tata przez wiele lat go tre­no­wał i jed­no­cze­śnie był jego naj­więk­szym fanem. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że Jamie będzie miał taką samą rela­cję z naszym synem. Cooper uro­dził się 6 grud­nia. Wyda­wało mi się, że ciąża trwała wieki. Kiedy ma się dziecko z nie­peł­no­spraw­no­ścią, trzeba przy­go­to­wać się na wiele pytań o ciążę i poród. Każdy ośro­dek tera­peu­tyczny, każda szkoła, a nawet lokalne urzędy będą chciały znać szcze­gó­łowy prze­bieg tych dzie­wię­ciu mie­sięcy. Zawsze uwa­ża­łam, że te pro­ce­dury są inwa­zyjne - cią­głe wypeł­nia­nie rubryk w kolej­nym szkol­nym for­mu­la­rzu. Odpo­wie­dzi jed­nak zawsze były takie same. Poza tym, że za dużo przy­ty­łam, moja ciąża prze­biegała ide­al­nie. Żad­nych pro­ble­mów. Począ­tek porodu rów­nież prze­biegał bez pro­ble­mów, choć powoli. Byłam tak pod­eks­cy­to­wana spo­tka­niem z Coope­rem i zosta­niem mamą, że ocze­ki­wa­nie było dla mnie nie­mal nie do znie­sie­nia. Z powodu wiel­ko­ści dziecka i braku ruchów pod koniec czter­dzie­stego tygo­dnia lekarz zale­cił induk­cję porodu. Jamie i ja przy­je­cha­li­śmy do szpi­tala w nie­dzielę wie­czo­rem i zało­żono mi Cervi­dil, żeby wywo­łać poród. Nic się nie wyda­rzyło. Następ­nego ranka podano mi oksy­to­cynę. Na­dal nic. Po kilku godzi­nach cho­dze­nia po kory­ta­rzach w końcu nastą­pił nie­wielki postęp. Nie­stety nie­wy­star­cza­jący. Cho­ciaż my byli­śmy już gotowi na spo­tka­nie z naszym dziec­kiem, ono nie było gotowe na spo­tka­nie z nami. Od samego początku musie­li­śmy dzia­łać według jego har­mo­no­gramu, co według mnie było zna­mienną zapo­wie­dzią tego, co nas czeka w przy­szło­ści. Nie zamie­rzał ustą­pić. W końcu, po dwu­dzie­stu czte­rech godzi­nach w szpi­talu, poja­wiło się par­cie. Poczu­łam falę eks­cy­ta­cji, gdy pie­lę­gniarka prze­sta­wiła łóżko, przy­ciem­niła świa­tła i poka­zała Jamiemu, jak ma przy­trzy­mać moje nogi. Jego twarz pobla­dła, gdy spoj­rzał w dół. Gdyby mógł wtedy uciec, pew­nie by to zro­bił. Nie sądzę, żeby był przy­go­to­wany na tak bez­po­śred­nie doświad­cze­nie. Pod­czas zajęć w szkole rodze­nia naiw­nie zało­ży­łam, że par­cie jest dla kobiety czymś natu­ral­nym. Nawet pod­czas pierw­szego porodu. Jakby instynk­towne. Dla mnie nie było. Czu­łam wstyd i brak kom­fortu. A po nie­przy­jem­nej sytu­acji z wypróż­nie­niem ogar­nęło mnie znie­chę­ce­nie. Mój mąż zapew­niał mnie, że to nic takiego, a i tak potem żar­to­wał z tego przez lata. Dwie godziny póź­niej nastą­pił postęp. Poja­wiła się główka, ale nie­stety dziecko znów utknęło. Byłam wyczer­pana i nie wie­dzia­łam, ile jesz­cze wytrzy­mam. Bałam się, że lekarz wspo­mni o cesar­skim cię­ciu, ale zamiast tego użył słów: nacię­cie kro­cza. Pomo­gło i poczu­łam natych­mia­stową ulgę. Cooper uro­dził się kilka sekund póź­niej. Byłam pewna, że lekarz od razu położy dziecko na mojej piersi i że będę mogła natych­miast nawią­zać z nim więź. Tak jak na fil­mach. Ale on podał je pie­lę­gniarce, nikt nawet na mnie nie spoj­rzał. W kilka sekund wokół Coopera zgro­ma­dziło się wiele osób. Cze­ka­łam, aż zacznie pła­kać. Wszy­scy wspo­mi­nają o pierw­szym krzyku, który prze­szywa salę. Ale w naszej pano­wała cisza, prze­ry­wana jedy­nie szep­tami per­so­nelu, który ota­czał Coopera.

Lekarz powta­rzał: "Nic mu nie jest". Ale ja zasta­na­wia­łam się, skąd on to może wie­dzieć? Prze­cież zaj­mo­wał się mną, zakła­dał szwy. Nawet nie spoj­rzał na dziecko leżące na stole za jego ple­cami. Przy­po­mnia­łam sobie histo­ryjkę o samo­lo­cie i per­so­nelu pokła­do­wym. Kiedy samo­lot wpada w tur­bu­len­cje, nie ma powodu do paniki, dopóki obsługa jest opa­no­wana. Jeśli siada i zapina pasy, no cóż, zacho­waj spo­kój. Lekarz był moim ste­war­dem. Nie pani­ko­wał.

Cią­gle krę­ci­łam się, pró­bu­jąc zoba­czyć, co robią pie­lę­gniarki. Lekarz zabro­nił mi się ruszać, ale trudno mi się było powstrzy­mać. W końcu usły­sza­łam słowa:

- Intu­bo­wać. Nie oddy­cha pra­wi­dłowo. No dalej, maleń­stwo. Oddy­chaj.

Wyda­wało mi się, że mija wiecz­ność. W rze­czy­wi­sto­ści upły­nęło pew­nie parę minut.

- Daj­cie mi moje dziecko. Chcę do mamy. Jamie, zawo­łaj moją mamę.

A potem prze­ni­kliwy, gniewny krzyk wypeł­nił pomiesz­cze­nie. To był Cooper. Był z nami. Tylko tro­chę spóź­nił się na imprezkę. Opa­dłam z powro­tem na łóżko, ręce mia­łam wyczer­pane od pod­trzy­my­wa­nia się i prób prze­do­sta­nia się do mojego dziecka. Wypu­ści­łam powie­trze, które jak się oka­zało, od dłuż­szego czasu wstrzy­my­wa­łam.

Pie­lę­gniarka wło­żyła mi w ramiona zawi­niątko i powie­działa:

- Gra­tu­la­cje, mamo. Jest piękny. I duży! Waży cztery kilo­gramy.

Spoj­rza­łam w dół i w końcu zoba­czy­łam swoje dziecko. Po tych wszyst­kich tru­dach i stra­chu mia­łam go w ramio­nach i nie zamie­rza­łam puścić. Jedna z przy­ja­ció­łek powie­działa mi, że w chwili, gdy trzy­masz dziecko w ramio­nach, ból poro­dowy znika. Opowie­działa mi piękne histo­rie o naro­dzi­nach swo­ich córek, twier­dząc, że nie czuła póź­niej ani odro­biny bólu. Byłam jej prze­ci­wień­stwem. W chwili, gdy uro­dzi­łam Coopera, czu­łam bólu dosłow­nie wszę­dzie. Wyci­snął ze mnie siódme poty. Ale teraz już mnie to nie obcho­dziło. To już nie miało zna­cze­nia. Ni­gdy nie czu­łam więk­szej miło­ści.

Pie­lę­gniarka poin­for­mo­wała nas, że wynik Coopera w skali Apgar jest wyjąt­kowo niski, ale sam Cooper wyda­wał się coraz bar­dziej oży­wiony. Mia­łam nadzieję, że po pro­stu leka­rze będą go uważ­nie obser­wo­wać i nie trzeba będzie prze­no­sić go na oddział inten­syw­nej tera­pii nowo­rod­ków. Wyglą­dał, jakby prze­szedł przez pie­kło. Jego głowa miała kształt stożka i była posi­nia­czona, a blond włosy - poskle­jane krwią. Jed­nak najbar­dziej zapa­mię­ta­łam jego oczy. Zawsze myśla­łam, że nie­mow­lęta są po poro­dzie bar­dzo śpiące. Nie nasz Cooper. Był roz­bu­dzony i roz­glą­dał się po pokoju sze­roko otwar­tymi oczami. Wyda­wały się roz­bie­gane, jakby pró­bo­wał zro­zu­mieć, co się wła­śnie stało. Wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego. Zagu­bio­nego. W końcu sala opu­sto­szała i kiedy pie­lę­gniarka zamknęła za sobą drzwi, usły­sza­łam, jak moja mama pyta:

- Wszystko w porządku?

- Tak, dajmy im chwilę dla sie­bie - odpo­wie­działa pie­lę­gniarka.

Miała rację. Potrze­bo­wa­li­śmy czasu. Cisza wypeł­niła pokój. Jamie i ja w końcu spoj­rze­li­śmy na sie­bie.

- Bałeś się? - zapy­ta­łam. - O mój Boże, ja byłam prze­ra­żona.

- Nie, wie­dzia­łem, że wszystko będzie dobrze - odparł.

Po raz kolejny zadzi­wił mnie jego spo­kój. Wyda­wał się zupeł­nie nie­wzru­szony tym, co się wła­śnie wyda­rzyło. Ja nato­miast wciąż się trzę­słam. Odwi­nę­łam kocyk i spoj­rza­łam ponow­nie na dziecko, które trzy­ma­łam w ramio­nach. Liczy­li­śmy jego palce u rąk i nóg. Uśmiech­nę­łam się, czu­jąc mięk­kość jego skóry. Jamie uklęk­nął przy łóżku i wło­żył palec w rączkę naszego syna.

- Cześć, Cooper, to twoja mama i tata!

Nagle poczu­łam spo­kój. Mia­łam swoje wyma­rzone dziecko. Zako­cha­łam się w nim od razu. Byłam prze­peł­niona miło­ścią. Przed oczami prze­mknęły mi obrazy meczów bejs­bo­lo­wych i małego chłopca łowią­cego swoją pierw­szą rybę. Ludzie czę­sto mnie pytają, kiedy zauwa­ży­łam, że coś jest nie tak. Zazwy­czaj pytają o to matki malu­chów, które mar­twią się o roz­wój swo­jego dziecka i chcą mieć pew­ność, że wszystko jest w porządku. Że to nie autyzm. Przy­po­mi­nam im, że każda histo­ria jest jedyna w swoim rodzaju, że nie ma dwóch takich samych przy­pad­ków.

Nie­któ­rzy rodzice opo­wia­dają o ide­al­nie roz­wi­ja­ją­cym się dziecku, a potem w dwu­na­stym mie­siącu życia nagle coś się prze­łą­cza i jakby świa­tło nagle przy­ga­sło. Albo o tym, że ich maluch mówił peł­nymi zda­niami i pew­nej nocy prze­stał. Udo­stęp­niono mi wiele takich fil­mów... Malu­chy mówią "mama", "cię­ża­rówka", "piłka", a potem rodzi­com pęka serce i opła­kują to, czego już nie ma. Nie­któ­rzy rodzice twier­dzą, że roz­po­znali autyzm pierw­szego dnia, pod­czas gdy inni w ogóle się go nie spo­dzie­wali. Ja nie pamię­tam cza­sów przed auty­zmem. Mogłam jesz­cze nie znać defi­ni­cji tego słowa, może nie rozu­mia­łam powagi dia­gnozy. Lecz wra­ca­jąc do chwili, kiedy pierw­szy raz trzy­ma­łam swoje dziecko w ramio­nach, wie­dzia­łam, że ma autyzm. Po pro­stu był z Coope­rem sple­ciony, owi­jał go niczym misterna koł­dra, któ­rej nie dało się od niego oddzie­lić, cho­ciaż przez kolejne lata roz­pacz­li­wie się o to modli­łam. Pró­bo­wa­łam usta­lić, które czę­ści mojego synka są auty­styczne, a które nie, aż w końcu zda­łam sobie sprawę, że nie da się tego okre­ślić. Pozby­cie się dia­gnozy ozna­cza­łoby pozby­cie się jego w cało­ści. Zaak­cep­to­wa­nie tego faktu zajęło mi lata.

Kie­dyś, w prze­szło­ści, uwa­ża­li­śmy z Jamiem, że sama per­spek­tywa wycho­wy­wa­nia dziecka ze spe­cjal­nymi potrze­bami jest sur­re­ali­styczna - wręcz absur­dalna. A jed­nak życie posta­wiło przed nami wyzwa­nie, na które oboje nie byli­śmy gotowi. Wyzwa­nie, które odmie­niło naszą rela­cję i nasze podej­ście do rodzi­ciel­stwa. Brą­zowe spodnie i dżin­sowa koszula. Tak był ubrany pastor pro­wa­dzący nauki przed­mał­żeń­skie.

Dwa

Cho­ciaż więk­szość rodzi­ców zazwy­czaj modli się o zdrowe dziecko, na mojej dro­dze sta­nęła wspa­niała kobieta i matka, która powie­działa mi, że wraz z mężem modlili się o to, żeby ich syn miał zespół Downa. Pozna­łam ją wiele lat po dia­gno­zie Coopera, którą wtedy jesz­cze nie do końca akcep­to­wa­łam. Pro­mie­niała rado­ścią, a jej ener­gia była wręcz magne­tyczna. Opowie­działam jej histo­rię Coopera, a ona opowie­działa mi o swoim synu. Pod­czas wizyty u gine­ko­loga w trzy­dzie­stym czwar­tym tygo­dniu ciąży lekarz zauwa­żył, że jej brzuch jest zde­cy­do­wa­nie za duży, i natych­miast zle­cił USG. Powie­działa, że gdy ma się czter­dzie­ści lat, bada­nie USG ma słodko-gorzki wymiar. Z jed­nej strony można zoba­czyć długo ocze­ki­wane dziecko, z dru­giej - rośnie nie­po­kój zwią­zany z zaawan­so­wa­nym wie­kiem matki. Lekarz potwier­dził, że to chło­piec, a następ­nie wyja­śnił, że widzi pewne nie­pra­wi­dło­wo­ści. Bar­dziej zaawan­so­wane USG potwier­dziło defor­ma­cję mózgu dziecka. Zacho­dziło duże praw­do­po­do­bień­stwo, że jeśli się uro­dzi, nie będzie mogło cho­dzić, mówić, poru­szać się, a nawet oddy­chać. Ale była też inna moż­li­wość. Lekarz powie­dział im, że dziecko może uro­dzić się z zespo­łem Downa. Nagle dia­gnoza, w któ­rej dziecko mimo wszystko prze­żyje, stała się czymś, czego pra­gnęli naj­bar­dziej na świe­cie. Chło­piec uro­dził się tydzień póź­niej z burzą rudych wło­sów. Miał zespół Downa i kilka innych powi­kłań, ale poza tym był zdrowy. Byli szczę­śliwi. Powie­działa, że natych­miast otrzy­mali wspar­cie od przy­ja­ciół, rodziny, a nawet śro­do­wi­ska medycz­nego. A ponie­waż wie­dzieli o zespole Downa w cza­sie ciąży, byli na to przy­go­to­wani i nie mieli złu­dzeń. W naszym przy­padku było zupeł­nie ina­czej. Poszu­ki­wa­nie odpo­wie­dzi zajęło nam trzy lata, a rze­czy­wi­stość przy­no­siła w zasa­dzie kolejne pyta­nia. Świat począt­kowo nie dostrze­gał opóź­nień i odmien­no­ści Coopera. Cza­sami zasta­na­wiam się, jak poto­czy­łoby się nasze życie, gdy­by­śmy od samego początku wie­dzieli, że nasz syn ma autyzm. Gdyby wszystko od razu było czarno-białe. Osta­teczne. Może, gdyby na USG w dwu­dzie­stym tygo­dniu posta­wiono wła­ściwą dia­gnozę i zna­li­by­śmy ją, kiedy pie­lę­gniarka po raz pierw­szy poło­żyła mi Coopera w ramio­nach, rozu­mie­li­by­śmy, dla­czego od razu po naro­dzi­nach nie rozu­miał świata, w któ­rym przy­szło mu żyć. Ale zdia­gno­zo­wa­nie auty­zmu nie jest takie pro­ste. Nie ma badań krwi. Nie ma jed­no­znacz­nych cech fizycz­nych. Objawy róż­nią się u poszcze­gól­nych osób, mani­fe­stują się w odmienny spo­sób. Dia­gnoza może zająć lata, a potem upływa jesz­cze wię­cej czasu, zanim rodzice i reszta rodziny ją zaak­cep­tują. Jeśli zaś cho­dzi o wspar­cie, o któ­rym wspo­mniała... cóż, nie otrzy­maliśmy go przez wiele kolej­nych lat. Mie­li­śmy dzie­więć mie­sięcy, żeby przy­go­to­wać się na Coopera - nawet dłu­żej, jeśli wziąć pod uwagę, że pla­no­wa­łam bycie matką od dzie­ciń­stwa. Nic jed­nak nie przy­go­to­wało mnie na chaos, który zapa­no­wał w pierw­szym tygo­dniu. Mie­siące poprze­dza­jące jego naro­dziny były pełne eks­cy­ta­cji. Oboje nie mogli­śmy się docze­kać, aż zosta­niemy rodzi­cami, i spę­dzi­li­śmy wiele nocy, wyobra­ża­jąc sobie, kim będzie. Może sta­nie się kre­atywny jak ja? Może będzie wyspor­to­wany jak Jamie? Przycho­dziło nam do głowy tak wiele rze­czy, któ­rych chcie­li­śmy go nauczyć. Łowie­nie ryb, gra w bejs­bol i jazda na rowe­rze - to tylko kilka przy­kła­dów. Jamie nawet odszu­kał zdję­cia ze swo­jego dzie­ciń­stwa i pro­mie­nie­jąc, poka­zał mi foto­gra­fię wyspor­to­wa­nego, blon­d­wło­sego chłopca jadą­cego na rowe­rze. Mia­łam wra­że­nie, że patrzę na mojego przy­szłego syna.

- To mój Schwinn Pre­da­tor, rower kul­to­wej marki w latach osiem­dzie­sią­tych. Boże, uwiel­bia­łem ten rower. Był taki fajny. Roz­ma­wia­łem już z tatą o odno­wie­niu go dla Coopera.

Kiedy zaczął się trzeci try­mestr ciąży, wydru­ko­wa­łam listę ze strony inter­ne­to­wej What to Expect When You're Expec­ting (Czego się spo­dzie­wać, gdy spo­dzie­wasz się dziecka) i upew­ni­łam się, że wypeł­niam wszyst­kie pola. Ude­ko­ro­wa­łam pokój dzie­cięcy nie­bie­skimi żaglów­kami i zaopa­trzy­łam prze­wi­jak w pie­lu­chy i paja­cyki. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy wiele roz­mów z pedia­trami. Odwie­dzi­li­śmy liczne żłobki. Kupi­li­śmy nawet lalkę, żeby pomóc naszym dwóm szcze­nia­kom zaakli­ma­ty­zo­wać się z nowym człon­kiem rodziny. Mie­li­śmy nie jeden, a trzy piękne imprezy baby sho­wer. I cho­dzi­li­śmy do szkoły rodze­nia w szpi­talu, w któ­rym miał odbyć się poród. Zaję­cia skła­dały się z czte­rech godzin­nych sesji raz w tygo­dniu oraz zwie­dza­nia szpi­tala. Dowie­dzie­li­śmy się wielu szcze­gó­łów o prze­biegu porodu, o róż­nicy mię­dzy cesar­skim cię­ciem a poro­dem siłami natury, o moż­li­wych inter­wen­cjach medycz­nych, o tym, jak trudne może być kar­mie­nie pier­sią i jak ważne jest spa­nie, kiedy dziecko śpi. Naj­bar­dziej mar­twi­łam się bólem w cza­sie porodu. Poza tym wcale się nie bałam. Wiele moich przy­ja­ció­łek nie­dawno uro­dziło dzieci i żadna z nich nie miała więk­szych pro­ble­mów z macie­rzyń­stwem. Byłam więc pewna, że i u mnie wszystko będzie w porządku. Po ukoń­cze­niu kursu wrę­czono nam cer­ty­fi­kat, a Jamie nadał sobie ofi­cjalny tytuł Cer­ty­fi­ko­wa­nego Tre­nera do spraw Porodu. Żar­to­wał, że chce koszulkę z takim napi­sem i włoży ją na czas porodu. Albo czapkę. Powie­dzia­łam mu, żeby nie doda­wał tego do swo­jego CV. Zbli­żał się gru­dzień, a my byli­śmy gotowi. Speł­ni­li­śmy wszyst­kie warunki. Wie­rzę, że więk­szość nowo­rod­ków przy­cho­dzi na świat z czymś w rodzaju instynk­tow­nej wie­dzy. Wiem, bo po Coope­rze mam jesz­cze trójkę dzieci, które bez trudu weszły w życie, jakby dosko­nale wie­działy, jak jeść, spać i rosnąć. A mój piękny Cooper wyda­wał się w tym wszyst­kim nieco zagu­biony. Krótko mówiąc, bycie nowo­rod­kiem nie przy­cho­dziło mu natu­ral­nie. Kilka godzin po naro­dzi­nach spró­bo­wa­li­śmy kar­mie­nia pier­sią. Miła star­sza pie­lę­gniarka poka­zała mi, jak ukła­dać Coopera na różne spo­soby, jak trzy­mać bez gar­bie­nia się, jak uło­żyć pierś w kształt litery C i jak deli­kat­nie odcią­gnąć jego dolną wargę, żeby pomóc mu przy­ssać się do piersi. Tyle, że nic nie dzia­łało tak, jak powinno. Jego usta nie współ­pra­co­wały. Moje dziecko nie umiało się przy­ssać. Dzie­siątki razy naci­ska­łam przy­cisk wzy­wa­jący pomoc. Fru­stra­cja nara­stała zarówno we mnie, jak i w nim. W trak­cie pierw­szych kilku dni wypła­ka­łam ocean łez, pró­bu­jąc dowie­dzieć się, jak kar­mić pier­sią moje dziecko. Sta­now­czo odma­wia­łam pod­da­nia się. Nie byłam prze­cież osobą, która kapi­tu­luje. Po trzech wizy­tach u kon­sul­tantki lak­ta­cyj­nej i odkry­ciu, że Cooper schudł ponad pół kilo­grama, zaczę­łam odcią­gać pokarm. Poczu­łam natych­mia­stową ulgę, patrząc, jak wypija całą butelkę mleka. Wie­dzia­łam, że pod­ję­łam wła­ściwą decy­zję. Sen rów­nież nie przy­cho­dził Coope­rowi natu­ral­nie. Nowo­rodki powinny spać osiem­na­ście godzin na dobę. Tak pod­po­wie­dział mi Google. Moja teściowa to potwier­dziła, ale mój nowo­ro­dek spał tylko osiem godzin w ciągu doby. Zda­wało się, że w szpi­talu ode­spał sobie za wszyst­kie czasy i posta­no­wił, że po powro­cie do domu skoń­czy z tymi bzdu­rami. Przez więk­szość doby był roz­bu­dzony, roz­glą­dał się dookoła sze­roko otwar­tymi oczami albo pła­kał. Pró­bo­wa­li­śmy kan­gu­ro­wa­nia, czyli przy­tu­la­nia "skóra do skóry". Pró­bo­wa­li­śmy razem brać cie­płe kąpiele. Wtedy zupeł­nie nie mogłam zro­zu­mieć, dla­czego mój dotyk nie przy­no­sił mu uko­je­nia. Nowo­rodki, z któ­rymi mia­łam wcze­śniej do czy­nie­nia, uwiel­biały wtu­lać się w zgię­cie mojej szyi i cicho postę­ki­wać. Moje dziecko musiało być wypro­sto­wane i zwró­cone twa­rzą do świata. Uwiel­biało świa­tła i ruch w tele­wi­zji. Więk­szość ludzi ma zdję­cia śpią­cych boba­sów... Ja mam zdję­cia Jamiego śpią­cego w fotelu z głową prze­chy­loną na bok i otwartą buzią oraz nie­mow­laka z otwar­tymi oczami, w pełni roz­bu­dzo­nego, uważ­nie wpa­tru­ją­cego się w wen­ty­la­tor sufi­towy. Pod koniec pierw­szego tygo­dnia powie­dzia­łam mężowi, że w szpi­talu pod­mie­nili nam dziecko. Musiało dojść do pomyłki, bo mama powie­działa, że jako nie­mowlę spa­łam bez prze­rwy. Mama Jamiego mówiła to samo o nim. Żar­to­wa­li­śmy, że pój­dziemy do spe­cjal­nego sklepu i popro­simy o wymianę. W pierw­szych dniach czu­łam ogromną pre­sję, by uda­wać, że życie jest ide­alne. Pre­sja wywie­rana na młode mamy to poważna sprawa, nie­za­leż­nie od tego, czy towa­rzy­szy temu autyzm, czy nie. Przed Coope­rem zasłony w moim domu były zawsze odsło­nięte. Uwiel­bia­łam słońce i świa­tło. Uwiel­bia­łam też, jak ota­czały mnie różne dźwięki. Uwiel­bia­łam nasz oso­bliwy stary dom z huczą­cym pie­cem i skrzy­piącą pod­łogą. W tle zawsze grało radio z muzyką coun­try albo leciał kanał HGTV w tele­wi­zji. Mój mąż może potwier­dzić, że byłam gada­tliwa. Mie­li­śmy też czę­sto gości. A to zna­jomi wpa­dali na drinka, a to rodzina przy­je­chała spoza mia­sta. Nasz dom tęt­nił życiem. Wszystko dra­stycz­nie się zmie­niło już w pierw­szym tygo­dniu po naro­dzi­nach Coopera. Zda­li­śmy sobie sprawę, jak cenny jest sen, i naszym jed­nym jedy­nym celem stało się uśpie­nie naszego dziecka. Prze­or­ga­ni­zo­wa­li­śmy szyki. Zasło­ni­li­śmy zasłony w salo­nie, two­rząc w nim cał­ko­witą ciem­ność, nawet w ciągu dnia. Muzykę zastą­piło urzą­dze­nie gene­ru­jąca biały szum. Pod­świe­tlony tele­wi­zor został wyci­szony. Dzwonki w naszych tele­fo­nach zamil­kły. Komu­ni­ko­wa­li­śmy się szep­tem. Życie stra­ciło natu­ralny rytm i nie potra­fi­łam odróż­nić dnia od nocy. Czu­łam się jak zom­bie. Jamie radził sobie z tym wszyst­kim o wiele lepiej niż ja. Było to zaska­ku­jące, bo nie miał żad­nego doświad­cze­nia z dziećmi. Może dla­tego, że potrze­bo­wał tylko sze­ściu godzin snu na dobę, pod­czas gdy ja solid­nych dzie­wię­ciu. Nie musiał też co trzy godziny przy­pi­nać się do lak­ta­tora i nie miał popę­ka­nych sut­ków. Szybko opa­no­wał spo­wi­ja­nie czy cia­sne owi­ja­nie nowo­rodka, zmianę pie­lu­chy, pod­grze­wa­nie butelki i uspo­ka­ja­nie nad­mier­nie emo­cjo­nal­nej Kate. Na zmianę ze mną cho­dził po pokoju lub bujał się w sta­rym, nie­bie­skim fotelu. Przy­kleił nawet taśmę malar­ską na pod­ło­dze, żeby było wia­domo, gdzie skrzypi. Rów­nież goto­wał i sprzą­tał. Wiele lat póź­niej powie­dział mi, że jedy­nym wspo­mnie­niem z tych pierw­szych kilku tygo­dni był czas spę­dzony w piw­nicy i masze­ro­wa­nie w tę i we w tę po zim­nej beto­no­wej pod­ło­dze z Coope­rem zawo­dzą­cym w jego ramio­nach. Po to tylko, żebym mogła zaznać paru chwil cen­nego snu. Bez niego była­bym zgu­biona. Opieka nad Coope­rem to było zaję­cie dla dwóch osób, a Jamie miał wła­śnie wró­cić do pracy. Jego urlop ojcow­ski dobie­gał końca. Byłam prze­ra­żona. W noc przed pla­no­wa­nym powro­tem Jamiego do pracy sie­dzia­łam w kuchni z roz­pię­tym pod­ko­szul­kiem do kar­mie­nia i jedno za dru­gim wpy­cha­łam do ust świą­teczne cia­steczka. Łzy spły­wały mi po twa­rzy, jakby ktoś włą­czył jakiś przy­cisk. Nagle poja­wił się Jamie, spoj­rzał na mnie i powie­dział:

- Myślę, że powin­naś zadzwo­nić do swo­jej mamy. Albo do mojej.

To spra­wiło, że zaczę­łam pła­kać jesz­cze bar­dziej. Nie mogłam prze­stać, co było dziwne, bo przed macie­rzyń­stwem nie byłam spe­cjal­nie płacz­liwa. Aby stłu­mić roz­pacz, mania­kal­nie śmia­łam się z sie­bie, że pła­czę bez powodu.

- Nie jestem smutna, Jamie. Jestem po pro­stu zmę­czona i przy­tło­czona. To róż­nica.

Ni­gdy nie łudzi­łam się, że począ­tek macie­rzyń­stwa będzie łatwy, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że będzie aż tak trudno. Czu­łam, że ponio­słam porażkę na całej linii. Nie wie­dzia­łam, jak pomóc wła­snemu dziecku. Nie tak to sobie wyobra­ża­łam. Jamie wybrał numer i podał mi tele­fon. Sły­sza­łam zmar­twie­nie w gło­sie mamy, kiedy opo­wia­da­łam jej o wnuku. Pod­czas tej roz­mowy po raz pierw­szy wypowie­dzia­łam słowa:

- Chyba coś jest nie tak. - Ale zamiast mówić o moim synu, powie­dzia­łam o sobie. - Nie daję sobie z tym rady, mamo. On pra­wie w ogóle nie śpi.

Odparła, że nic mi nie jest, że to łagodny popo­ro­dowy spa­dek nastroju. Kazała mi oddać dziecko Jamiemu i wziąć cie­płą kąpiel. Odpo­cząć i wylu­zo­wać się. W głębi serca wie­dzia­łam, że ma rację. Tej nocy urzą­dzi­łam sobie małą poga­dankę moty­wa­cyjną. Przy­po­mnia­łam sobie, że to, co czuję, jest cał­ko­wi­cie nor­malne. Że bycie po raz pierw­szy mamą jest trudne, ale nie będzie trwało wiecz­nie. Prze­trwam to. Prze­trwamy to. Następ­nego dnia podzie­li­łam się swo­imi oba­wami z pedia­trą Coopera. Gdy opo­wia­da­łam jej jak mi ciężko, czu­łam się jak zdraj­czyni. Mówi­łam nie­mal szep­tem. Wyja­śni­łam, że Cooper w ogóle nie chce spać. Ale lekarka upie­rała się, że to nor­malne.

- Nie­które nowo­rodki nie śpią, Kate. Nie­które są po pro­stu bar­dziej wyma­ga­jące niż inne. Złosz­czą się i dener­wują, i to jest nor­malne. Nie da się prze­wi­dzieć tego, jak będzie, a tobie, kocha­nie, tra­fił się trudny przy­pa­dek. Nie bądź dla sie­bie zbyt surowa. Jesteś mamą po raz pierw­szy. Dasz sobie radę.

- Ale dla­czego on tyle pła­cze? Po pro­stu cią­gle się wścieka - wyzna­łam.

Powie­działa mi, że to może być kolka i żebym spró­bo­wała wyeli­mi­no­wać z mojej diety pewne pro­dukty. Jest szansa, że to pomoże. Kawę, nabiał, pikantne potrawy i wszystko na bazie pomi­do­rów. Albo mogła­bym prze­sta­wić Coopera na mleko mody­fi­ko­wane. Spy­tała mnie, czy mam wspar­cie i czy mam myśli samo­bój­cze. Odpo­wie­dzia­łam, że tak, mam wspar­cie i nie, nie mam myśli samo­bój­czych, ale że czuję się zdru­zgo­tana. Zupeł­nie nie mogłam się odna­leźć.

- Jest po pro­stu zupeł­nie ina­czej, niż sobie wyobra­ża­łam... - wymam­ro­ta­łam.

Kiedy ja mówi­łam, ona sta­ran­nie obej­rzała Coopera od stóp do głów i stwier­dziła, że jest wręcz ide­alny. Potem przy­tu­liła mnie i szep­nęła:

- Świet­nie sobie radzisz, mamu­siu. Trzy­maj się. - Na odchod­nym dorzu­ciła jesz­cze: - Zabie­raj­cie go na prze­jażdżki samo­cho­dem. To dzia­łało na każde z trójki moich dzieci.

Tydzień póź­niej moja przy­ja­ciółka zapro­siła mnie na zaję­cia dla mam z dziećmi w księ­garni w Duluth. Znaj­do­wała się ona jakieś trzy­dzie­ści minut jazdy samo­cho­dem od naszego domu. Przy­po­mnia­łam sobie, co powie­działa lekarka: "Zabierz go na prze­jażdżkę, to pomo­gło moim dzie­ciom". Szybko więc się zgo­dzi­łam. Poza tym roz­pacz­li­wie wręcz potrze­bo­wa­łam kon­taktu z ludźmi. Gdy tylko zapię­łam Coopera w fote­liku samo­cho­do­wym, zaczął prze­raź­li­wie krzy­czeć i nie prze­stał, dopóki pół godziny póź­niej nie wje­cha­łam na par­king przy cen­trum han­dlo­wym. Byłam wyczer­pana i zestre­so­wana, pro­wa­dząc w takich warun­kach, a moje palce zaci­skały się na kie­row­nicy tak mocno, że aż zbie­lały mi kostki. Jego krzyki tak mnie zanie­po­ko­iły, że w poło­wie drogi zje­cha­łam na pobo­cze i wgra­mo­li­łam się na tylne sie­dze­nie samo­chodu, żeby zoba­czyć, co się dzieje. Pędzące cię­ża­rówki mijały z gwiz­dem moje auto, a ja spraw­dza­łam, czy Cooper nie jest gdzieś przy­szczyp­nięty lub coś go nie przy­gniata. Może było mu za zimno albo za cie­pło. Wyda­wało się, że wszystko jest w porządku, ale mimo to nie dawał się uspo­koić. Pró­bo­wa­łam podać mu butelkę, a potem smo­czek. Nie chciał ani jed­nego, ani dru­giego. Ponie­waż byłam w poło­wie drogi mię­dzy domem a cen­trum han­dlo­wym, mia­łam jesz­cze wybór. Mogłam zawró­cić, ale chcia­łam jechać dalej. Cie­szy­łam się na moje pierw­sze wyj­ście, nawet gdyby miało mnie ono zabić. Kiedy weszłam do księ­garni, poczu­łam się bar­dzo dobrze. Cooper, wyczer­pany pła­czem, spał w wózku, a ja zoba­czy­łam tyle przy­ja­znych twa­rzy. Instruk­torka pole­ciła nam zająć miej­sce na dywa­nie i usiąść z naszymi dziećmi. Nie­które malu­chy były nie­mow­lę­tami, takimi jak Cooper, a nie­które już racz­ko­wały i wier­ciły się. Instruk­torka puściła spo­kojną muzykę i pora­dziła nam, żeby­śmy zamknęły oczy i koły­sały się razem z naszymi dziećmi w rytm muzyki. Waha­łam się, czy obu­dzić śpią­cego synka, ale zde­cy­do­wa­łam się wyko­nać pole­ce­nie. Deli­kat­nie wycią­gnę­łam Coopera z nosi­dełka, usia­dłam i zaczę­łam się koły­sać. Jego oczy otwo­rzyły się gwał­tow­nie, był nie­za­do­wo­lony, poiry­to­wany i roz­bu­dzony. Wie­dzia­łam, że nie zapad­nie znów w sen, jak zro­bi­łaby to więk­szość nowo­rod­ków. Cooper zaczął się mio­tać. Koły­sa­łam się moc­niej, więc on mio­tał się jesz­cze bar­dziej. Poczu­łam, jak pot zaczyna spły­wać mi po ple­cach i karku.

"No dalej, mały, dasz radę", pomy­śla­łam.

Kiedy Cooper i ja byli­śmy jesz­cze w fazie "mie­siąca mio­do­wego", dowie­dzia­łam się o nim wystar­cza­jąco dużo, by mieć pew­ność, że za chwilę zacznie naprawdę krzy­czeć. Zaczęła mnie ogar­niać panika. Nie cho­dziło o to, że któ­raś z kobiet przej­mie się fak­tem, że mam pła­czące dziecko. Po pro­stu czu­łam się jak nie­udacz­nik, bo nie umia­łam roz­gryźć wła­snego syna. Poza tym żadne inne dziecko nie pła­kało. Potem koły­sa­nie prze­szło w masaż nie­mow­lęcy, a Cooper zaczął pła­kać tak bar­dzo, że musia­łam wstać i obejść z nim całą salę. Pró­bo­wa­łam go bujać, kar­mić, odbi­jać - robić wszystko, co powin­nam. Ale on i tak nie prze­sta­wał. Pozo­stałe matki pró­bo­wały mi pomóc, pod­su­wały pomy­sły, jak go uspo­koić, ale nic nie dzia­łało. W końcu wyszłam. Nie podo­bało mi się, że tak bar­dzo tracę kon­trolę nad wła­snym dziec­kiem. Ale jesz­cze bar­dziej nie podo­bało mi się to uczu­cie, że inni ludzie myślą, że coś jest z nim nie tak. Gdy wło­ży­łam Coopera do fote­lika samo­cho­do­wego, natych­miast usnął wyczer­pany naszą przy­godą w wiel­kim świe­cie. Zapię­łam pasy bez­pie­czeń­stwa i w ciszy pozwo­li­łam łzom pły­nąć po policz­kach. W dro­dze do domu pró­bo­wa­łam prze­ko­nać sie­bie, że to, co czuję, to smu­tek popo­ro­dowy i że nie jestem naj­gor­szą matką na świe­cie. Cooper koń­czył pra­wie dwa­na­ście tygo­dni i zbli­żał się czas mojego powrotu do pracy. W pew­nym sen­sie czu­łam ulgę. Urlop macie­rzyń­ski wyglą­dał ina­czej, niż go sobie począt­kowo wyobra­ża­łam. Mia­łam nadzieję, że uda mi się zre­ali­zo­wać kilka pro­jek­tów a la Pin­te­rest, odwie­dzić Jamiego w biu­rze w prze­rwie na lunch lub poje­chać do rodzi­ców czy przy­ja­ciół w Wiscon­sin. Ale nic z tego nie wyszło. Cie­szy­łam się, że prze­trwa­łam dzień, że udało mi się wziąć prysz­nic i przy­go­to­wać obiad przed godziną osiem­na­stą. Cooper i ja ni­gdy nie wypra­co­wa­li­śmy żad­nej rutyny zwią­za­nej ze snem. Więk­szość dzieci w wieku trzech mie­sięcy ma już usta­bi­li­zo­wany har­mo­no­gram drze­mek, Cooper nie­stety nie miał. Na­dal spę­dza­łam dużo czasu, pró­bu­jąc go uśpić i zdrzem­nąć się dłu­żej niż czter­dzie­ści pięć minut jed­nym cią­giem. Przed powro­tem do pracy mia­łam zapla­no­waną kon­trolę popo­ro­dową u gine­ko­loga. Celem wizyty jest upew­nie­nie się, że matka fizycz­nie i emo­cjo­nal­nie oswaja się z obec­no­ścią dziecka w jej życiu. Lekarz zada­wał mi pyta­nia zwią­zane z moim cia­łem. Czy odczu­wam ból? Pytał o moje emo­cje. Czy czuję smu­tek? Jak prze­biega kar­mie­nie pier­sią? Na każde pyta­nie odpo­wia­da­łam szcze­rze i uczci­wie. Kiedy zapy­tał mnie, jaką metodę anty­kon­cep­cji sto­su­jemy, wybuch­nę­łam śmie­chem. "Czy ludzie naprawdę w tym okre­sie już upra­wiają seks?" Byłam w szoku. Nie dość, że na­dal nie chcia­łam być doty­kana, to jesz­cze nie mogłam sobie przy­po­mnieć ani jed­nego razu, kiedy w ciągu ostat­nich trzech mie­sięcy Jamie i ja mogli­by­śmy się w ogóle do sie­bie zbli­żyć. Intym­ność wyma­ga­łaby dziecka, które cza­sem śpi. Po tym, jak lekarz odha­czył wszyst­kie rubryki w for­mu­la­rzu, powie­dział:

- Wszystko w porządku. Widzimy się na kolej­nym prze­glą­dzie.

Chcia­łam, żeby miał rację, ale ja wcale tego nie czu­łam. Cho­ciaż wszystko w moim ciele fizycz­nie się zago­iło, nic nie przy­go­to­wało mnie na to, jak wyczer­pu­jące będą dla mnie początki macie­rzyń­stwa. Czu­łam, że już nie wiem, kim jestem. Rano w dniu, kiedy po macie­rzyń­skim musia­łam iść do pracy, ze zdzi­wie­niem odkry­łam, iż moje spodnie do pracy sprzed ciąży są tak duże, że dosłow­nie ze mnie spa­dają. Wyję­łam wagę. Wska­zy­wała 61 kilo­gra­mów. Nic dziw­nego, że sama sie­bie nie pozna­wa­łam. Nie waży­łam tyle od cza­sów nasto­let­nich. Spoj­rza­łam w lustro, co ostat­nio rzadko robi­łam, i zoba­czy­łam, że mam zapad­nięte policzki i ciemne worki pod oczami. Wyglą­da­łam jak duch. Byłam nie do pozna­nia. Odwo­zi­łam Coopera pierw­szy raz do żłobka i byłam, deli­kat­nie mówiąc, pode­ner­wo­wana. Wybra­li­śmy małą pla­cówkę pro­wa­dzoną przez miłą panią, która miała córkę. Cooper był naj­młod­szy z małej grupki dzieci i mar­twi­łam się, jak wycho­waw­czyni pora­dzi sobie z jego szcze­gól­nymi potrze­bami i szóstką innych dzieci. Nie prze­jęła się tym ani tro­chę i mach­nęła ręką, bym wyszła, zapew­nia­jąc mnie, że cią­gle ma do czy­nie­nia z marud­nymi malu­chami. W dro­dze do pracy zadzwo­ni­łam do mamy zanie­po­ko­jona. "Żło­bek jest świetny dla nie­mow­ląt, Kate. Wpro­wa­dza im har­mo­no­gram. To dobre roz­wią­za­nie". Nie spa­łam od trze­ciej, więc wizja har­mo­no­gramu brzmiała bosko. Bez trudu wró­ci­łam do życia zawo­do­wego. Uwiel­bia­łam swoją pracę i byłam dumna ze sta­no­wi­ska, jakie zaj­mo­wa­łam w dużej orga­ni­za­cji non-pro­fit spe­cja­li­zu­ją­cej się w pomocy rodzi­nom i dzie­ciom. Lubi­łam cho­dzić do biura i czuć się jak doro­sły czło­wiek. Lubi­łam pro­wa­dzić spo­tka­nia i roz­wią­zy­wać pro­blemy. Po pierw­szym dniu byłam tro­chę zmę­czona, ale jed­no­cze­śnie zre­lak­so­wana. Przez cały czas przy­cho­dziły do mnie SMS-y z infor­ma­cjami o szczę­śli­wym Coope­rze cie­szą­cym się pierw­szym dniem w żłobku. Czu­łam lekką dez­orien­ta­cję, ale też dużą ulgę. Kiedy przy­je­cha­łam go ode­brać, prak­tycz­nie wbie­głam, żeby go przy­tu­lić. Bycie z dala przez cały dzień spra­wiło, że czu­łam się wybra­ko­wana. Wycho­waw­czyni powie­działa mi, że Cooper nie­wiele śpi, co mnie roz­ba­wiło, ale widać było, że jest zado­wo­lony i że obser­wuje bawiące się dzieci. Cie­szyła go ta sty­mu­la­cja. Latem zła­pa­li­śmy w końcu z Jamiem jakiś rodzi­ciel­ski rytm. Nie powie­działabym, że Cooper stał się łatwiej­szy. Raczej to my się do niego przy­zwy­cza­ili­śmy. Spa­li­śmy na zmiany. Byli­śmy w cią­głym ruchu, żon­glo­wa­li­śmy obo­wiąz­kami, zmie­nia­li­śmy się. Widzie­li­śmy, że nasze życie z Coope­rem różni się od życia naszych zna­jo­mych, ale byli­śmy prze­ko­nani też, że nie będzie ono wiecz­nie takie trudne. Spę­dza­li­śmy dużo czasu, spa­ce­ru­jąc po oko­licy, wożąc go w wózku. Dopóki się prze­miesz­cza­li­śmy, był szczę­śliwy. Była tylko jedna zasada: nie mogli­śmy prze­stać cho­dzić. Pod wpły­wem impulsu posta­no­wi­li­śmy wysta­wić nasz dom na sprze­daż i poszu­kać działki w Duluth. Kiedy pla­no­wa­li­śmy z Jamiem naszą przy­szłość, roz­mowa zawsze krę­ciła się wokół dzieci bie­ga­ją­cych po lesie, wspi­na­ją­cych się na drzewa i budu­ją­cych forty. My tak dora­sta­li­śmy i chcie­li­śmy tego samego dla naszych dzieci. Poza tym zamie­rza­li­śmy być bli­żej mia­sta, w któ­rym pra­co­wa­łam. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się cztery tygo­dnie póź­niej. Nasz dom sprze­dał się bar­dzo szybko, a jesz­cze nie zna­leź­li­śmy działki do kupie­nia, więc byli­śmy zmu­szeni prze­nieść się do wynaj­mo­wa­nego domu miesz­czą­cego się kilka kilo­me­trów od sta­rego. Jed­no­cze­śnie szu­ka­li­śmy ide­al­nego miej­sca dla naszej rodziny. Kiedy wspo­mi­nam tam­ten czas, nazy­wam go mrocz­nym okre­sem mojego życia. Wynaj­mo­wany dom miał 180 metrów kwa­dra­to­wych i czu­łam się w nim samotna. Robi­łam, co mogłam, ale nie potra­fi­łam się w nim odna­leźć. Jamie pod kątem przy­szłej prze­pro­wadzki wła­śnie prze­niósł swoje banki do Duluth, co ozna­czało dłuż­sze godziny pracy i dłuż­sze dojazdy. Ponie­waż był głów­nym żywi­cie­lem rodziny i pra­co­wał o wiele wię­cej niż ja, więk­szość opieki nad Coope­rem spa­dła na mnie. Nie zna­łam zbyt wielu osób w miej­scu, do któ­rego się prze­pro­wa­dzi­li­śmy. Zna­jomi z pracy znaj­do­wali się daleko, a dora­sta­łam jesz­cze gdzie indziej. Spę­dza­li­śmy więc więk­szość week­en­dów z Coope­rem sami, tylko we dwoje. Bar­dzo chcia­łam gdzieś poje­chać, jak to robili moi zna­jomi ze swo­imi dziećmi - do ogro­dów zoo­lo­gicz­nych, par­ków - ale ni­gdy nam się to nie uda­wało. Każda wycieczka wyda­wała się zbyt przy­tła­cza­jąca dla Coopera i koń­czyła się tym, że szybko wra­ca­li­śmy, czę­sto oboje pła­cząc. Więc więk­szość czasu spę­dza­li­śmy bli­sko domu, cho­dząc po oko­licy, na brzeg Jeziora Gór­nego. Zabie­ra­łam koc i prze­ką­ski i sia­da­li­śmy razem, obser­wu­jąc fale. Sie­dzie­li­śmy tam w ciszy, a fakt, że Cooper w ogóle nie gawo­rzy, zupeł­nie uszedł mojej uwagi. Był zahip­no­ty­zo­wany jaskra­wymi kamie­niami pokry­wa­ją­cymi plażę. Zawsze, po dokład­nym obej­rze­niu, wybie­rał dwa, po jed­nym do każ­dej dłoni, i trzy­mał je w mocno zaci­śnię­tych piąst­kach. Przy­glą­da­łam się, jak wpa­truje się w swoje dło­nie, i zasta­na­wia­łam, o czym myśli. Nic nie było w sta­nie wytrą­cić go ze skupie­nia. Czę­sto zda­rzało się, że inne dzieci pod­bie­gały z łopat­kami do pia­sku i wia­der­kami w dło­niach, nachy­lały się nad nim i zapra­szały do zabawy. Jed­nak on nawet nie spo­glą­dał w ich stronę. Po pro­stu otwie­rał i zamy­kał dło­nie i wpa­try­wał się w wodę. Czę­sto inne rodziny roz­kła­dały koce obok naszego, a ich malu­chy były na tyle bli­sko, że mogłam je obser­wo­wać. Ni­gdy nie zapo­mnę pierw­szych myśli, że z Coope­rem coś jest nie tak. Jak się pod­stęp­nie wkra­dały do mojej świa­do­mo­ści, spra­wia­jąc, że wie­lo­krot­nie ana­li­zo­wa­łam wszyst­kie róż­nice. Porów­ny­wa­łam Coopera do innych dzieci, co prze­cież robi więk­szość rodzi­ców. Obser­wo­wa­łam, jak malu­chy wrzu­cają pia­sek do wia­derka albo roz­jeż­dżają cię­ża­rów­kami babki z pia­sku. Mój umysł to widział, a serce temu zaprze­czało. Cza­sem zbie­ra­łam się do domu wcze­śniej, z ulgą, że mogę uciec od tych róż­nic i zosta­wić je na plaży. Nie­które matki mówią, że zako­chują się w swo­ich dzie­ciach w chwili, gdy pierw­szy raz trzy­mają je w ramio­nach. Inne mówią, że dzieje się to wtedy, gdy widzą pozy­tywny wynik testu cią­żo­wego. Ale jesz­cze inne twier­dzą, że potrzeba czasu, żeby oswoić się z miło­ścią. Jak w przy­padku dwojga ludzi, któ­rzy się poznają. Ja zako­cha­łam się w Coope­rze od razu, gdy go zoba­czy­łam, ale moja miłość zwięk­szyła się o milion razy w ciągu tych pierw­szych, samot­nych, peł­nych reflek­sji dni tylko we dwoje. Wie­dzia­łam, że jest trudny. Wie­dzia­łam, że nie jest jak inne dzieci w jego wieku. Nie byłam ślepa, ale też nie byłam gotowa, żeby przy­znać to na głos. Ale dzięki temu, że tak trudno było mi nawią­zać z nim kon­takt, sta­łam się dla niego lep­szą mamą. Rozu­mia­łam dźwięki, które wyda­wał, jego mimikę i jego płacz. Nie mówił słów i cho­ciaż roz­pacz­li­wie za nimi tęsk­ni­łam, to wła­śnie brak komu­ni­ka­cji wer­bal­nej zbli­żył nas do sie­bie. Sta­łam się "jego czło­wiekiem", a on stał się moim. Po raz pierw­szy usły­sza­łam słowo "autyzm", gdy byłam w pracy. Trwała prze­rwa na lunch, pod­czas któ­rej odby­wała się pre­zen­ta­cja. Jadłam kanapkę z szynką i serem. Cooper miał jede­na­ście mie­sięcy. Pre­le­gentka mówiła o naj­częst­szych obja­wach tego zabu­rze­nia. Opóź­niona komu­ni­ka­cja. Brak uśmie­chu. Powta­rza­jące się zacho­wa­nia. Sztyw­ność. Brak kon­taktu wzro­ko­wego i zabawy sym­bo­licz­nej. Kiedy tak mówiła, poczu­łam, że zaczy­nam opusz­czać swoje ciało. Pomy­śla­łam: "Autyzm?". Chło­piec, któ­rym się opie­ko­wa­łam na stu­diach, miał wszyst­kie wymie­nione objawy. Ale jego rodzice ni­gdy nie wspo­mi­nali o auty­zmie, więc musiał być wtedy nie­zdia­gno­zo­wany. Spę­dza­łam czas, cią­gle go gania­jąc i pró­bu­jąc powstrzy­mać przed zabi­ciem ich psa. Tego lata schu­dłam pra­wie 4 kilo­gramy i o mało nie osi­wia­łam. Ode­tchnę­łam z ulgą, kiedy lato się skoń­czyło. Ale tam­ten chło­piec w niczym nie przy­po­mi­nał mojego Coopera. Kiedy pre­le­gentka mówiła o agre­syw­nych zacho­wa­niach, nagle poczu­łam, że się duszę, że ściany zaczy­nają się kur­czyć. Autyzm, który opi­sy­wała, brzmiał prze­ra­ża­jąco i mrocz­nie. Czy ludzie się na mnie gapili? Czy się domy­ślali? Wsta­łam, ale zrobi­łam to zbyt gwał­tow­nie i moje krze­sło ude­rzyło o ścianę. Wszyst­kie osoby zgro­ma­dzone w sali spoj­rzały na mnie. Po wyj­ściu z sali kon­fe­ren­cyj­nej opar­łam się o chłodną ścianę, żeby się uspo­koić. Wzię­łam kilka głę­bo­kich odde­chów i poszłam do swo­jego gabi­netu. Zamknę­łam drzwi i wpi­sa­łam w Google słowo "autyzm". Resztę popo­łu­dnia spę­dzi­łam, czy­ta­jąc wszystko, co mogłam zna­leźć na temat tego zabu­rze­nia. Wszę­dzie było napi­sane, że do dru­giego roku życia nie ma się czym mar­twić, bo dia­gnoza nie jest sta­wiana czę­sto nawet przed trze­cim rokiem życia. Na kartce naba­zgra­łam różne znaki, a następ­nie obok każ­dego z nich napi­sa­łam "tak" lub "nie". Przed koń­cem pracy byłam już prze­ko­nana, że to nie autyzm. Mój syn nie gawo­rzył, ow­szem, nie dało się temu zaprze­czyć, ale że od razu autyzm - nie ma mowy. Kiedy jecha­łam do żłobka, żeby ode­brać Coopera, byłam pewna, że wszystko będzie dobrze. Wjeż­dża­jąc na pod­jazd, zoba­czy­łam gro­madkę dzieci ska­czą­cych po ster­cie śniegu. Uśmiech­nę­łam się, wie­dząc, jak bar­dzo Cooper kochał śnieg. Tylko że nie dostrze­głam w tej gru­pie jego blond wło­sów ani jaskra­wo­czer­wo­nej cza­peczki. Rozej­rza­łam się po podwórku, szu­ka­jąc mojego synka. Serce mi zamarło, gdy zoba­czy­łam go w odle­głym kącie podwórka, przy pło­cie, wpa­tru­ją­cego się w prze­strzeń. Wyglą­dał jak mały wię­zień pró­bu­jący uciec, z twa­rzą przy­ci­śniętą do meta­lo­wego ogro­dze­nia. Przed­szko­lanka szybko pode­szła i powie­działa mi, że Cooper ma dziś ciężki dzień i nie chce się bawić. Widzia­łam, że jest jej przy­kro. Może nawet dener­wuje się, że mogę być zła. Pró­bo­wa­łam zwró­cić na sie­bie jego uwagę, krzy­cząc jego imię. Ledwo się obej­rzał. Tym­cza­sem przy­byli rodzice innych dzieci, małe dziew­czynki i chłopcy z woła­niem "mamo" i "tato" bie­gli z otwar­tymi ramio­nami do swo­ich rodzi­ców. Prze­szłam na tył podwórka, pod­nio­słam Coopera i zakła­da­jąc moją aż nazbyt dobrze znaną zbroję, osła­nia­łam nasze róż­nice przed ludźmi. W dro­dze do domu zadzwo­ni­łam do mamy.

- Mamo, Cooper powi­nien już wie­dzieć, że jestem jego mamą, prawda? Mam wra­że­nie, że cza­sami nie wie, kim jestem...

- To nie­do­rzeczne, Kate. On wie, że jesteś jego mamą. Wszyst­kie dzieci znają swoje matki.

Zmie­ni­łam temat, nie­mal zawsty­dzona swoją nie­pew­no­ścią.

"Miała rację", pomy­śla­łam. Musiała mieć rację. Ale co, jeśli nie miała? W pew­nym sen­sie wyda­wało mi się, że Cooper jest jak mały duszek. Wie­dzia­łam, że jest, oczy­wi­ście, ale ani mnie nie szu­kał, ani nie wyda­wał się spe­cjal­nie przej­mo­wać tym, czy jestem w pobliżu. Zamiast tego bie­gał z pokoju do pokoju, niby bez­ce­lowo, a jed­nak poru­sza­jąc się po sobie tylko zna­nej tra­jek­to­rii. Widzia­łam go i sły­sza­łam. Ale rzadko mogłam do niego dotrzeć. Szłam za nim, pró­bu­jąc zwró­cić jego uwagę, kra­dłam mu uści­ski i poca­łunki, kiedy tylko mogłam. Roz­pacz­li­wie chcia­łam się z nim bawić. Roz­pacz­li­wie pra­gnę­łam poczuć jego miłość. Ale on był bar­dziej zado­wo­lony, gdy zosta­wia­łam go w spo­koju. Pod­czas wizyty kon­tro­l­nej, gdy Cooper skoń­czył dwa­na­ście mie­sięcy, mia­łam wypeł­nić stan­dar­dowy for­mu­larz oceny. Trzeba było napi­sać, czy w domu są alarmy prze­ciw­po­ża­rowe i broń, czy jest wystar­cza­jąco dużo jedze­nia i czy coś mar­twi rodzi­ców w roz­woju ich dziecka. Wcze­śniej wypeł­nia­łam rubryki pobież­nie, ponie­waż Cooper bez pro­blemu osią­gał wszyst­kie etapy roz­woju fizycz­nego. Prze­wra­cał się na bok, sia­dał, racz­ko­wał i zaczął cho­dzić zgod­nie z pla­nem. Ale teraz mia­łam obawy. Tyle, że tym razem mój synek nie pozwa­lał mi wypeł­niać for­mu­larza.

W pocze­kalni prze­ista­czał się w dia­bła tasmań­skiego. Bie­gał w kółko po sali, rzu­cał kred­kami i wspi­nał się na krze­sła. Cho­dzi­łam za nim, a moim jedy­nym celem było powstrzy­ma­nie go przed wej­ściem za recep­cję oraz przed ucieczką na zewnątrz, co, jak na iro­nię, wyda­wało się jego głów­nym celem. Nie prze­sta­wał się prze­miesz­czać, nawet na sekundę i był po pro­stu nie­sa­mo­wi­cie szybki. Mimo że pano­wała wtedy w Min­ne­so­cie sroga zima, nie wło­ży­łam płasz­cza, naj­czę­ściej wystar­czał mi T-shirt. Zawsze byłam spo­cona od tych pości­gów. Włosy mia­łam zwi­nięte w kok - kla­syczna fry­zura zapra­co­wa­nej mamy. Gdy w końcu dotar­li­śmy do gabi­netu zabie­go­wego, byłam wyczer­pana i zde­ner­wo­wana. Ale i tak powie­dzia­łam pie­lę­gniarce o swo­ich oba­wach, jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się trzy­mać Coopera z dala od kosza na śmieci i powstrzy­mać go przed zerwa­niem ręcz­nika papie­ro­wego z łóżka zabie­go­wego. Kiedy mania­kal­nie włą­czał i wyłą­czał świa­tło, wyja­śnia­łam, że nie gru­cha, nie gawo­rzy, nie wska­zuje pal­cem ani nie macha. Nie naśla­do­wał nas i nie inte­re­so­wały go zabawki. Gdy się zbli­ża­łam do końca mojej listy, szy­ko­wa­łam się na naj­gor­sze. Ale pie­lę­gniarka w ogóle nie prze­jęła się tym, co powie­dzia­łam.

- On świet­nie nawią­zuje kon­takt wzro­kowy, Kate. Zoba­czysz, w końcu zacznie mówić. Chłopcy są leniwi. Pocze­kajmy, aż skoń­czy dwa lata, wtedy zaczniemy się mar­twić.

Byłam w szoku, ale w pew­nym sen­sie poczu­łam ulgę. Dała mi przy­zwo­le­nie, żeby się nie mar­twić. Jed­nak cią­gle nie mogłam prze­stać myśleć o lun­chu i pre­zen­ta­cji o auty­zmie. Musia­łam dopy­tać.

- Myśli pani, że jest z nim coś nie w porządku?

Jej odpo­wiedź wcale nie była taka, jakiej się spo­dzie­wa­łam, i potem prze­śla­do­wała mnie przez lata.

- W tym wieku raczej sku­pi­ła­bym się na ozna­kach upo­śle­dze­nia umy­sło­wego.

Zato­czy­łam się, jakby ktoś wymie­rzył mi poli­czek. Wie­dzia­łam, że miesz­kamy na wsi i praw­do­po­dob­nie jeste­śmy nieco zaco­fani, jeśli cho­dzi o popraw­ność poli­tyczną, ale słowa "upo­śle­dze­nie umy­słowe" zabrzmiały dla mnie nie­zwy­kle nega­tyw­nie. Zanie­mó­wi­łam. Nie zada­wa­łam już wię­cej pytań. Zanim wyszłam, pie­lę­gniarka dała mi listę rze­czy, które dwu­na­sto­mie­sięczne dziecko "powinno" robić. Przej­rza­łam ją i poczu­łam ulgę. Mój syn nie miał aż takich opóź­nień, a nad więk­szo­ścią tych spraw mogłam z nim popra­co­wać. Poczu­łam się zmo­ty­wo­wana. Krótko po wizy­cie pod­ję­łam decy­zję o skró­ce­niu godzin pracy, żeby mieć wię­cej czasu dla Coopera. Była to decy­zja, nad którą długo się zasta­na­wia­łam. Chcia­łam być naj­lep­sza na obu polach: odnieść suk­ces zawo­dowy i zostać matką roku. Jed­nak moja mat­czyna intu­icja pod­po­wia­dała mi, że Cooper bar­dziej mnie potrze­buje. To nie była łatwa decy­zja. Moje dochody były ważną czę­ścią naszego budżetu, ale osta­tecz­nie doszli­śmy do wnio­sku, że jeśli zmie­nimy nasz styl życia, to sobie pora­dzimy. To było naj­lep­sze, co mogłam zro­bić, żeby pomóc naszemu synowi robić dal­sze postępy. Róż­nie w życiu bywa, ale moja toż­sa­mość była ści­śle zwią­zana z pracą i rezy­gna­cja z czę­ści etatu, nawet jeśli była to kwe­stia tylko kilku godzin, spra­wiła, że poczu­łam się tro­chę nie­kom­for­towo. Może nawet byłam nieco roz­ża­lona. W tam­tym wcze­snym okre­sie, zanim pozna­li­śmy wła­ściwe odpo­wie­dzi, nie­ustan­nie dia­gno­zo­wa­łam Coopera w myślach. Obse­syj­nie prze­cze­sy­wa­łam strony inter­ne­towe w wyszu­ki­warce Google i godzi­nami zgłę­bia­łam wie­dzę na temat opóź­nień mowy, opóź­nień roz­wo­jo­wych i auty­zmu. Ana­li­zo­wa­łam objawy i róż­nice. W pew­nym sen­sie pod­li­cza­łam punkty i prze­ko­ny­wa­łam sie­bie, co się zga­dza, a co nie. Byłam wyczer­pana, ale jed­no­cze­śnie zmo­ty­wo­wana. Nasze życie było cią­głym poszu­ki­wa­niem odpo­wie­dzi, ale przez wiele lat zda­wało się, że one po pro­stu nie ist­nieją. Były tylko znaki, które prze­wa­żały szalę to w jedną, to drugą stronę, czy to autyzm, czy jed­nak nie. Jedną z najbar­dziej zna­czą­cych wska­zó­wek był fio­le­towy dino­zaur Bar­ney. Wciąż mam przed oczami Coopera, który odkrył tele­wi­zję. Był nie­sa­mo­wi­cie wcze­sny sobotni pora­nek, dużo przed szó­stą, słońce dopiero wsta­wało. Miesz­ka­li­śmy w tym okrop­nym wyna­ję­tym domu, cze­ka­jąc na sfi­na­li­zo­wa­nie trans­ak­cji, bo wła­śnie kupi­li­śmy farmę hob­by­styczną. Cooper miał na sobie białą, mię­ciutką piżamę w jaskrawe gwiazdki. Jego włosy były dłu­gie, znacz­nie dłuż­sze niż byśmy chcieli. Ale odma­wiał strzy­że­nia, a my nie mie­li­śmy siły, żeby go do tego zmu­sić.

Oglą­da­łam lokalną pro­gnozę pogody i popi­ja­łam kawę - kofe­ina była mi wtedy nie­zbędna do życia. Gdy wybiła szó­sta, tele­wi­zor nagle ożył gło­śnym, zabaw­nym dźwię­kiem, a potem na ekra­nie zatań­czył fio­le­towy dino­zaur. Czę­sto mówimy o prze­ło­mo­wych momen­tach w życiu. To był jeden z nich. Cooper gwał­tow­nie pod­niósł głowę i widać było, że zaszła w nim jakaś nagła prze­miana. Jakby życie nagle nabrało dla niego sensu. Powolny uśmiech roz­pro­mie­niał się na jego twa­rzy, gdy szedł w stronę źró­dła roz­rywki. Pró­bo­wał pod­cią­gnąć się do góry, żeby być jesz­cze bli­żej. Odwró­cił się nawet, by spraw­dzić, czy widzę to samo, co on. Sta­łam z otwar­tymi ustami, obser­wu­jąc, jak chło­nie to wszystko. Pisnął z zachwytu, a nawet kla­snął w dło­nie. To był pierw­szy raz, kiedy widzia­łam mojego syna naprawdę szczę­śli­wego. W pierw­szym okre­sie życia Coopera jego przy­ja­ciele z kre­skó­wek zro­bili dla niego dużo wspa­nia­łych rze­czy. Nauczyli go machać, wska­zy­wać pal­cem i kla­skać. Tań­czył do ich pio­se­nek i nauczył się roz­po­zna­wać cię­ża­rówki, trak­tory i pociągi. Dawali nam też cenne chwile wytchnie­nia. W końcu Cooper miał jakieś zaję­cie i prze­sta­wał ner­wowo krą­żyć po domu, nie wie­dząc, co ze sobą zro­bić. Począt­kowo byli­śmy wdzięczni za jego nowe hobby, dopóki nie prze­ro­dziło się w obse­sję. Szybko zda­li­śmy sobie sprawę, że jego fik­sa­cja na punk­cie seriali to pułapka i że stą­pamy po kru­chym lodzie. Kre­skówki, które lubił, nie były nada­wane jedna po dru­giej i któ­reś z nas musiało sie­dzieć przy tele­wi­zorze, prze­wi­ja­jąc jego ulu­bione pro­gramy do przodu i do tyłu. Jeśli go odcią­ga­li­śmy sprzed ekranu lub wyłą­cza­li­śmy tele­wi­zor, wpa­dał w nie­kon­tro­lo­wany szał. Pró­bo­wa­li­śmy cho­wać piloty, odłą­czać tele­wi­zor od gniazdka, a nawet wyno­si­li­śmy go z pokoju. Choć tech­no­lo­gia oży­wiła Coopera, zda­wała się jed­no­cze­śnie odse­pa­ro­wy­wać go od reszty świata. Przy­znam, że tro­chę wsty­dzi­li­śmy się kon­troli, jaką tele­wi­zor nad nim spra­wo­wał. Przy­ja­ciele i dziad­ko­wie, pełni dobrych inten­cji, dora­dzali nam po pro­stu wyłą­cza­nie tele­wi­zora. Suge­ro­wali, że prze­cież jeste­śmy rodzi­cami i że dziecko nie musi spę­dzać tyle czasu przed ekra­nem. I choć to rozu­mie­li­śmy, a nawet się z tym zga­dza­li­śmy, to nie mie­li­śmy w tej kwe­stii zbyt­niego wyboru. Wyj­ścia na dwór koń­czyły się krzy­kami i wybu­chami zło­ści. Zachę­ca­li­śmy go do pie­szych wędró­wek, pły­wa­nia łódką, a nawet pik­ni­ków - do wszyst­kich aktyw­no­ści, które oboje uwiel­bia­li­śmy. Ale Cooper rzu­cał się i odma­wiał współ­pracy. Jego sztyw­ność - typowy objaw auty­zmu - była widoczna z daleka, cho­ciaż wtedy po pro­stu zakła­da­li­śmy, że jest trud­nym dziec­kiem. Wszyst­kie sygnały były widoczne jak na dłoni, ale nikt nie połą­czył ich w całość i nie dał nam jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi. U więk­szo­ści dzieci autyzm dia­gno­zuje się około trze­ciego roku życia. Ale u nie­któ­rych, jak u Coopera, dia­gnozę można by posta­wić znacz­nie wcze­śniej. Gdy patrzę wstecz, to widzę, że nasza sytu­acja była wręcz czarno-biała. Ale jak to bywa w wielu histo­riach, które sły­szę od innych rodzi­ców, upły­wają lata na wypie­ra­niu, a nawet igno­ro­wa­niu oczy­wi­stych symp­to­mów. Aż nad­cho­dzi moment, kiedy nie da się ich już dłu­żej baga­te­li­zo­wać. Droga do dia­gnozy to kom­pli­ko­wany taniec, robi się parę kro­ków do przodu, potem kilka do tyłu. Osta­tecz­nie zajęło nam to pra­wie cztery lata i moim zda­niem stra­ci­li­śmy dużo cen­nego czasu. Cho­ciaż wiele osób zapewne uważa, że świa­do­mość bywa bole­sna, ja czu­łam coś prze­ciw­nego. Wie­dza i wła­ściwe odpo­wie­dzi przy­nio­sły mi spo­kój. Kiedy już znasz prawdę, możesz zacząć sku­tecz­nie dzia­łać i real­nie pomóc. Możesz roz­po­cząć pro­ces akcep­ta­cji. Nie­wie­dza, stan zawie­sze­nia, obawa, że nie robisz wystar­cza­jąco dużo lub nie robisz tego, co trzeba, są zde­cy­do­wa­nie bar­dziej destruk­cyjne. Dziś pró­buję prze­ko­nać rodzi­ców, żeby sta­rali się jak naj­szyb­ciej uzy­skać wła­ści­wie odpo­wie­dzi, nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi o autyzm, opóź­nie­nie roz­wo­jowe, czy nawet opóź­nie­nie mowy. Pierw­szą odru­chową reak­cją będzie chęć ochrony swo­jego dziecka przed czymś tak kate­go­rycz­nym i nazna­cza­ją­cym całe życie, ale trzeba prze­zwy­cię­żyć to uczu­cie, ponie­waż dia­gnoza ozna­cza pomoc. Ozna­cza dostęp do usług i pro­gra­mów wspar­cia. To eli­tarna prze­pustka. Cią­gle sły­szę o ludziach ucie­ka­ją­cych przed dia­gnozą, nie­odbie­ra­ją­cych tele­fo­nów, a nawet kła­mią­cych na bada­niach okre­so­wych. Dziad­ko­wie, cio­cie i wuj­ko­wie, a nawet przy­ja­ciele kon­tak­to­wali się ze mną w tro­sce o dziecko, które nie otrzy­muje wła­ściwej pomocy. Osoba, która się do mnie zwraca, chce wie­dzieć, czy powinna coś powie­dzieć. Za każ­dym razem mam trud­no­ści z odpo­wie­dzią na to pyta­nie, ponie­waż bar­dzo dobrze pamię­tam swój ból, gdy tkwi­łam w sta­nie zaprze­cze­nia. I co czu­łam, gdy ludzie wspo­mi­nali o odmien­no­ści mojego syna. Dro­dzy rodzice, jeśli wasze dziecko ma autyzm, to on ni­gdy nie znik­nie. Nie­za­leż­nie od tego, co zazna­czy­cie w for­mu­la­rzach. Nie da się tego unik­nąć i nie da się tego ukryć. Autyzm jest wple­ciony w wasze dzieci, jest ich czę­ścią. Uda­wa­nie, kła­ma­nie, uni­ka­nie prawdy, przy­nie­sie ból nie tylko wam, ale też waszym pocie­chom. Pamię­taj­cie, dia­gnoza nie zmieni waszego dziecka ani miło­ści, którą do niego czu­je­cie. Wręcz prze­ciw­nie, w moim przy­padku ją wzmoc­niła. W ramach swo­jej strony inter­ne­to­wej prze­pro­wa­dzi­łam wywiad z doro­słą kobietą, u któ­rej autyzm zdia­gno­zo­wano dopiero po dwu­dzie­stce, zale­d­wie kilka dni przed tym, kiedy pla­no­wała ode­brać sobie życie. Mówiła, że ni­gdy nie została zaak­cep­to­wana przez rodzi­ców ani rówie­śni­ków i przez więk­szość życia czuła się wybra­ko­wana i nie­na­wi­dziła sie­bie za to, że jest inna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki