Chłopiec którego nikt nie kochał - Casey Watson

Reflow text when sidebars are open.
Zabawne, jakie drobiazgi utkwią człowiekowi w pamięci. Justin - pierwsze dziecko, jakie trafiło do naszego domu - zjawił się w słoneczną, ale chłodną sobotę przed Bożym Narodzeniem. Wracając do tego dnia, zawsze przypominam sobie dwie rzeczy. Pierwsza, to jak rozpaczliwie jego kuratorowi zależało, żebyśmy zgodzili się go przyjąć, a druga, że miałam czarne włosy.
I nie tylko ja. Moja córka Riley - wtedy skończyła już dwadzieścia jeden lat i od pierwszego dnia bardzo się angażowała w to przedsięwzięcie - miała taką samą czarną szopę na głowie. Obydwie odziedziczyłyśmy kruczoczarne loki po mojej matce. A wiedziałam, że Justin - choć naprawdę wiedziałam o nim tak mało - strasznie nie lubi kobiet z czarnymi włosami.
Tego ranka po raz enty wygładzałam na jego łóżku narzutę z angielską drużyną piłkarską i próbowałam myśleć pozytywnie. Przeszłam szkolenie, mówiłam sobie. Mój mąż Mike też. Do tego wiele lat doświadczeń w opiece nad trudnymi dziećmi. A poza tym, to nowe zajęcie, które sama sobie wybrałam, zgadza się?
Ale oprócz niepokoju czułam i dumę. Rozejrzałam się i uśmiechnęłam z satysfakcją. Już lepiej na pewno nie mogłabym wymyślić, jak urządzić jego nową sypialnię. Ponieważ jedną z tych niewielu rzeczy, jakie wiedzieliśmy o Justinie, było to, że lubi piłkę nożną, szybko zdecydowaliśmy się na piłkarski temat przewodni. Pomalowaliśmy wolny pokój na czarno-biało, a jedną ze ścian wykleiliśmy fototapetą tak, że to przypominało tłum na stadionie. Położyliśmy zieloną wykładzinę jako murawę, dodaliśmy lampas na ścianach z piłkarskimi motywami, a potem zaczęłam przeczesywać sklepy z używanymi rzeczami, polując na książki, gry i puzzle, które na pewno spodobałyby się moim dzieciom w jego wieku. Wiedzieliśmy też, że lubi filmy, szczególnie Disneya, więc kupiliśmy mu startowy pakiet kreskówek. Trzęsłam się nad każdym szczegółem, każdą decyzją, każdym przedmiotem, bo szalenie mi zależało, żeby poczuł się u nas jak w domu. Nie wiedziałam tylko, jakiej drużynie kibicuje, więc na razie podwędziłam dla niego starą narzutę swojego syna Kierona. Uznałam, że z angielskim zespołem mam duże szanse trafić w gust każdego jedenastolatka zbzikowanego na punkcie futbolu.
Sprawdziłam godzinę na dużym niebieskim zegarze, który Mike powiesił na ścianie. Prawie jedenasta. Zaraz tu będą, dotarło do mnie. I rzeczywiście, jak za sprawą czarów, usłyszałam wołanie Mike'a z dołu:
- Już idą, kochanie!
Oczywiście poznałam już Justina, w zeszły wtorek. Właściwie to tylko tydzień, od kiedy poproszono nas, żebyśmy zastanowili się nad przyjęciem pierwszego dziecka, i zaledwie osiem dni od kiedy odeszłam z pracy w miejscowym zespole szkół ponadpodstawowych. Zwariowany tydzień; mieliśmy wrażenie, że wszystko dzieje się strasznie szybko, i choć cała sprawa była dla nas czymś zupełnie nowym, oboje z Mikiem czuliśmy ogromny zapał. John Fulshaw, nasz prowadzący z agencji opieki zastępczej, dla której pracowaliśmy, stawiał sprawę jasno: takiej decyzji nie można podejmować pochopnie. Nie mieliśmy wtedy bladego pojęcia, jak bardzo prawdziwe okażą się jego słowa.
Johna przydzielono nam jako prowadzącego, kiedy tylko zgłosiliśmy, że chcemy być opiekunami zastępczymi, i od razu złapaliśmy z nim niezły kontakt. I do tej pory poznaliśmy go już dość dobrze, więc jeśli John był niespokojny, mnie oczywiście udzielił się jego niepokój. Nie żeby nie spodziewali się wyzwań. To na co Mike i ja się pisaliśmy, to nie zwykła rodzina zastępcza. To była specjalistyczna opieka zastępcza, z założenia krótkoterminowa, która wiązała się z wdrożeniem nowego i kompleksowego programu wychowawczego. Wypróbowano go w Stanach i okazał się tam bardzo skuteczny, a od niedawna zaczęły go finansować również niektóre gminy w Wielkiej Brytanii. Przeznaczony był dla dzieci, które uznano za nienadające się do zwykłych rodzin zastępczych - dla takich, które przeszły już przez wszystkie tryby systemu i jedyną realną opcją na przyszłość był dla nich stały pobyt w placówce opiekuńczo-wychowawczej. I to nie w zwykłym domu dziecka - tego zdążyły spróbować - ale niestety w zakładzie zamkniętym, bo wiele z tych dzieci weszło już w konflikt z prawem.
- Problem w tym - powiedział mi John podczas naszej pierwszej rozmowy telefonicznej o Justinie - że bardzo mało wiemy o nim i jego przeszłości. A to, co wiemy, nie jest przyjemną lekturą. Przebywał w różnych ośrodkach społeczno-wychowawczych od piątego roku życia, zaliczył już dwadzieścia placówek i nic z tego nie wyszło. Ma na koncie rodziny zastępcze, domy dziecka i to właściwie jego ostatnia szansa. Więc chciałbym przyjść i przedyskutować to osobiście z wami obojgiem. Jutro, jeśli to nie za szybko.
W domu wszyscy rozmawialiśmy o tym telefonie przez cały wieczór, próbując wyczytać jak najwięcej z tych strzępów informacji, jakie John rzucił nam na temat dziecka, które chciał nam przydzielić. Co takiego mógł zrobić ten chłopiec, że wylali go aż z dwudziestu placówek w ciągu sześciu krótkich lat? To było niewyobrażalne. Czy mógł być aż tak zepsuty i aspołeczny? Ale że nie wiedzieliśmy prawie nic, takie spekulacje były bez sensu. Przecież całkiem niedługo i tak się dowiemy, prawda?
Guzik, następnego ranka pojawiło się więcej niewiadomych. John przyjechał i kiedy tylko zaparzyłam nam wszystkim kawę, od razu przeszedł do rzeczy.
- Po raz pierwszy opiekę społeczną zawiadomiła sąsiadka - wyjaśnił. - Był u niej kilka razy i prosił o jedzenie.
Siedzieliśmy w milczeniu, a John czytał dalej swoje notatki.
- Centrum Pomocy Rodzinie oczywiście zbadało sprawę ze wszystkich stron, ale matka zdołała ich przekonać, że dobrze sobie radzi, że po prostu przechodzi trudny okres. Sam Justin potwierdził jej słowa. Tak czy inaczej, pracownicy uznali, że na razie najlepiej zostawić sprawy własnemu biegowi. A dwa miesiące później sąsiadka wezwała straż pożarną. Wyglądało na to, że chłopak bawił się zapałkami i doszczętnie spalił dom. Matka zostawiła jego i jego dwóch młodszych braci...
- Młodszych braci? Ile mieli lat? - spytałam.
John znów zajrzał w notatki.
- Już patrzę... dwa i trzy, kiedy to się stało. I wszyscy trzej zostali sami w domu, a ona poszła odwiedzić swojego chłopaka. W pożarze zginął też ich pies.
Mike i ja wymieniliśmy spojrzenia, ale żadne się nie odezwało. Oboje czuliśmy, że John nie powiedział jeszcze wszystkiego.
Popatrzył na nas i mówił dalej:
- To po tym matka zgodziła się oddać go pod opiekę placówek społeczno-wychowawczych. Dobrowolnie zrzekła się praw rodzicielskich... wcale nie walczyła, żeby go zatrzymać. Cieszyła się, że go oddaje, i chętnie wzięła zasiłek na tę młodszą dwójkę. Justina umieszczono w domu dziecka w Szkocji i uzgodniono, że kontakt z matką będzie dwa razy w miesiącu. Ale pobył tam rok i koniec. Pracownicy tej placówki stwierdzili, że nic nie mogą dla niego zrobić. Był - John spojrzał w papiery, żeby dokładnie zacytować - pełen złości, agresywny, znęcał się nad kolegami, nie potrafił się z nikim zaprzyjaźnić. Uznali, że należy go umieścić w rodzinie, by mógł zrobić jakiekolwiek postępy.
John odchylił się do tyłu na krześle, a my przyswajaliśmy te rewelacje. Takim językiem można by opisać raczej starsze dziecko - najprędzej jakiegoś zbuntowanego nastolatka - ale pięciolatka? Po prostu szok. Przecież był jeszcze maluchem.
- Ale nie zrobił postępów.
John pokręcił głową.
- To smutne, nie, nie zrobił. Przez swoje zachowanie nigdzie nie zagrzał miejsca dłużej niż kilka miesięcy, w kilku przypadkach ledwie parę tygodni. Niektórych opiekunów atakował fizycznie, innych zwyczajnie wykończył psychicznie. I to tyle. - Zamknął teczkę, wyrównał kartki. - Dwadzieścia placówek, i właściwie skończyły nam się możliwości. - Spojrzał kolejno na nas oboje. - Więc... co wy na to?
I oto stało tutaj, ledwie parę dni przed Bożym Narodzeniem, to dziecko - to "aspołeczne" jedenastoletnie dziecko, które spaliło swój dom w słodkim wieku pięciu lat.
Akurat gdy schodziłam na dół, w szybie frontowych drzwi zobaczyłam zbliżający się cień. Zauważyłam, jak gładko moja dłoń sunie po poręczy, i się uśmiechnęłam. Cały ranek sprzątałam i pucowałam wszystko jak szalona, z zapałem maniaka wymachiwałam szmatką do kurzu tu, tam, wszędzie, przestawiałam różne rzeczy z miejsca na miejsce. Mike, biedaczek, działał mi na nerwy, od kiedy wstaliśmy. W swojej męskiej mądrości zakładał, że skoro jestem tak zestresowana, przysłuży mi się, przewidując każdy mój ruch i wyprzedzając mnie we wszystkim o krok.
- Och, na litość boską - warknęłam na niego niecałe pół godziny wcześniej. - Jak mam tu cokolwiek zrobić, jeśli ciągle plączesz mi się pod nogami?
Wtedy się wyłączył, pewnie wdzięczny, że może zejść mi z drogi. Ale miał rację. Byłam tak zdenerwowana, że aż mnie mdliło. Nigdy, przenigdy nie denerwowałam się tak przez nową pracę. Chyba dlatego, że to nie była wyłącznie praca - to był cały nowy sposób życia. Nie od dziewiątej do piątej, tylko dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Koniec z naszymi przytulnymi wieczorami w domu, na kanapie, tylko we dwoje i koniec z leniwymi weekendami, którymi zaczęliśmy się cieszyć, od kiedy Riley się wyprowadziła, a Kieron skończył osiemnaście lat. Ale nie było już odwrotu. Zgodziłam się. Zobowiązałam. On ma tylko jedenaście lat, powtarzałam sobie surowo. Dużo przeżył. Martwiła mnie tylko ta niewiedza, co konkretnie przeżył.
Dotarłam na dół w chwili, kiedy Mike stanął przy drzwiach. Wzięłam głęboki wdech. Oto chwila prawdy.
- Cześć, Justin! - powiedziałam wesoło, kiedy drzwi otworzyły się i zobaczyłam chłopca w towarzystwie Harrisona Greena, przydzielonego mu pracownika z ośrodka pomocy społecznej, który przyprowadził go również na nasze pierwsze spotkanie w zeszły wtorek.
Kiedy poznałam Harrisona, jakoś nie przekonałam się do niego; wydawał mi się trochę za bardzo niechlujny jak na przedstawiciela pomocy społecznej. Po pięćdziesiątce, z szopą potarganych siwiejących włosów, jakby od dawna nie widziały grzebienia, i ogólnie jakiś taki zaniedbany. Ale może długie lata sprawowania tej funkcji miały taki wpływ na człowieka. O samym Justinie niewiele mogłam powiedzieć po tamtym spotkaniu, oprócz tego że był ponury, czuł się przy nas lekko skrępowany i trochę brakowało mu dobrych manier. Kiedy na przykład poczęstowałam go ciastkiem, rzucił się na cały talerz, chwycił w garść tyle, ile zdołał objąć palcami i połowę natychmiast schował do kieszeni. Ale ten brak ogłady nie dziwił, biorąc pod uwagę sytuację chłopca, więc nie przejmowałam się takimi nieistotnymi detalami. Ani trochę. Takich rzeczy można się nauczyć. Najbardziej martwiły mnie głębsze problemy, urazy psychiczne. Czy przejawów tych urazów da się oduczyć? To była zasadnicza sprawa.
Dowiedzieliśmy się za to kolejnej rzeczy z jego przeszłości, żebyśmy to przetrawili. Tamtego dnia, kiedy Mike oprowadzał Justina po domu, Harrison skorzystał z okazji, żeby podać mi więcej szczegółów.
- Prawda jest taka, że atakował niektórych swoich opiekunów - oznajmił grobowym tonem. - I pięściami, i kuchennymi nożami - urwał na chwilę. - Często groził też, że odbierze sobie życie, a raz naprawdę próbował się powiesić. Na bramce na szkolnym boisku.
Słuchałam zszokowana, zapisując to w pamięci, by móc później przekazać Mike'owi. To wtedy Harrison poinformował mnie również, że Justin wyjątkowo nie lubi kobiet z czarnymi włosami. Ale był też dobrej myśli, że chłopak ma szanse zrobić postępy. Wyglądało na to, że obecnej sytuacji Justina winni są opiekunowie, w takim samym stopniu jak sam Justin. Według Harrisona byli zbyt niedoświadczeni, by poradzić sobie z tym, że Justin przekracza wyznaczone granice. A granic potrzebował bardziej niż czegokolwiek innego.
Harrison chyba tak naprawdę nie wierzył, że my poradzimy sobie lepiej - takie odniosłam wrażenie. Jego przygnębienie sugerowało coś wręcz przeciwnego. Przypomniały mi się słowa Johna o ostatniej szansie. Czy Mike i ja byliśmy ostatnią szansą Justina? Czyżby nasze pierwsze zadanie było z góry skazane na porażkę?
Starałam się pozbyć tej myśli, mówiłam sobie, że jestem niemądra. Przecież byliśmy opiekunami ostatniej szansy - na tym bazował program, który mieliśmy zastosować. Ale teraz, patrząc na Harrisona, czułam, że niewiele się zmieniło. Że Harrison w głębi serca nie ma zbyt wielkiej nadziei. Po prostu musiał gdzieś wcisnąć to dziecko, i to szybko.
- Proszę, proszę - powiedział ciepło Mike, odsuwając się, by ich wpuścić.
Zauważyłam, że Justin wszedł o wiele pewniej niż podczas ostatniej wizyty i pociągnął za sobą Harrisona do salonu.
- Nie ma nic więcej? - spytałam Harrisona, idąc za nimi. Wskazałam jedyną, mocno zniszczoną walizkę Justina. Owszem, była duża, ale mimo wszystko, biorąc pod uwagę sytuację, wydawała się bardzo mała. Czy naprawdę mieścił się w niej cały dobytek chłopca?
- Ehm... no tak - odparł Harrison, lekko zirytowany moim pytaniem. Sprawiał wrażenie, jakby mu się spieszyło.
I rzeczywiście.
- Niestety, mam mało czasu - rzekł. - Załatwmy szybko papierkowe sprawy, bo niedługo muszę być gdzieś indziej... Ale dobrze się tu czujesz - zwrócił się do Justina, który rozsiadł się na kanapie. - Cieszysz się, synku, co?
Justin kiwnął głową i zdobył się na krzywy półuśmiech.
- Mogę włączyć telewizor? - spytał mnie.
- Jasne - odpowiedziałam szczęśliwa, widząc, że naprawdę jest mu tu dobrze. Wydawał się dużo bardziej wyluzowany niż ostatnim razem. Uśmiechnęłam się i poczułam, że i mnie odrobinę odpuszcza stres. - Byle nie za głośno, okej?
Za to Harrison mnie wkurzał.
- Przejdziemy do kuchni wypełnić formularze? - zaproponował, jakby już chciał znaleźć się za drzwiami. Po prostu nie mógł się doczekać.
- Tylko jedna walizka - powtórzyłam uparcie. Zaprowadziłam go do kuchni, a Mike zaczął pokazywać Justinowi, jak obsługiwać piloty. - Sądziłabym, że dziecko, które tak długo było w rodzinach zastępczych, powinno nagromadzić całą masę rzeczy. - Naprawdę byłam zdziwiona i nie wyssałam sobie takiego przekonania z palca. Na szkoleniu omawialiśmy też to zagadnienie: rzeczy posiadane przez dzieci. Dzieciaki przychodzące prosto z patologicznego domu często posiadają bardzo mało. Zaniedbywane i maltretowane, nie mają prawie nic osobistego, a to, co mają, w wielu przypadkach zatrzymuje rodzina. Za to dzieci z rodzin zastępczych mają różne rzeczy, często całe mnóstwo, bo opiekunowie dostają na to pieniądze.
Harrison był coraz bardziej poirytowany, że odciągam go od jego papierków.
- Tak, no cóż - mruknął, przekładając kartki. - Justin po prostu nie dba o swoje rzeczy. Więc nie zgromadził wielkiego majątku. No dobrze. Tu jest plan programu...
Przeszliśmy przez te dokumenty i było prawie tak, jakbyśmy kupowali samochód; Harrison przypominał znudzonego dilera, który wręczył nam książkę serwisową. I interes ubity. Zaproponowałam coś do picia, ale nie, naprawdę musiał już lecieć, i szczerze mówiąc, ucieszyłam się, kiedy wreszcie się wyniósł. Jego podejście do tej całej sprawy, do przekazania nam Justina, drażniło mnie równie mocno, jak jego wymięty garnitur i spleśniały zapaszek.
Justin zjawił się w kuchni, gdy tylko Harrison sobie poszedł. Po raz pierwszy, od kiedy się poznaliśmy, wyglądał na odprężonego. Był dość postawny. I wysoki jak na swój wiek. Ja mam metr pięćdziesiąt trzy wzrostu, a on był ledwie o pół głowy niższy ode mnie. Miał gęste, sztywne, jasne włosy, które rosły mu jakby w górę, zupełnie jak u jakiejś postaci z kreskówki rażonej prądem. I uśmiechał się, co natychmiast zmiękczyło jego kamienne rysy. Kiedy nie był taki spięty, wydawał się nawet całkiem ładny. Pomyślałam, że trzeba popracować nad tym uśmiechem. I miałam nadzieję, że już wkrótce będziemy go widywać częściej.
- Fajnie, że już poszedł - stwierdził rzeczowo. - Kiedy obiad? Niedługo?
Spojrzałam na kuchenny zegar. Dochodziło dopiero wpół do dwunastej.
- No cóż, chyba możemy zjeść wcześniej, jeśli jesteś głodny...
Pokręcił głową.
- A nie, nie jestem. Chcę tylko wiedzieć, o której jemy - odparł tym samym rzeczowym tonem. - I co jemy.
- Co jemy?
Tym razem przytaknął.
- Tak.
- Jeśli wytrzymasz jeszcze trochę, zadzwoniłabym po swoje dzieci, Riley i Kierona. Oboje bardzo chcą cię poznać, Justin. A na obiad będzie zapiekanka makaronowa albo coś takiego.
- To o dwunastej? - Zaczynał się lekko denerwować. - I to będzie zapiekanka makaronowa? Nie coś innego?
- O co chodziło? - spytał Mike, kiedy już zapewniłam chłopca, że owszem, o dwunastej, i że z całą pewnością będzie zapiekanka makaronowa, i wreszcie usatysfakcjonowany wrócił do salonu. Mike się roześmiał. - Dziwię się, że nie podałaś mu karty dań!
Dobrze było usłyszeć uspokajający, znajomy głos męża - głos rozsądku, normalności. Prawdopodobnie właśnie tego potrzebowało to dziecko. Ale na wszelki wypadek i tak zabrałam się do tego niespodziewanie wczesnego obiadu, a Mike poszedł zadzwonić do Kierona i Riley, żeby im powiedzieć, że teren już czysty. Umówiliśmy się, że przyjdą dopiero, kiedy Justin bezpiecznie się u nas zakotwiczy, żeby nie przytłoczyła go taka liczba ludzi.
Siekając cebulę, słyszałam, że Mike w przedpokoju znów się śmieje.
- Tylko nie proście o nic, co nie jest makaronem! - powiedział naszym dzieciom.
Kiedy się prowadzi dom zastępczy - szczególnie taki jak nasz - tylko głupiec pozwoliłby uśpić swoją czujność fałszywemu poczuciu bezpieczeństwa, ale przez minutę czy dwie po tym, jak Mike skończył rozmowę z dzieciakami, byłam pełna nadziei, że wszystko się ułoży. Okej, Justin miał chyba jakieś fobie związane z jedzeniem, ale po tylu latach w systemie opieki zastępczej i przeprowadzkach z miejsca na miejsce byłoby dziwne, gdyby po drodze nie podłapał paru dziwactw. Potrafiłam zrozumieć, że może musiał walczyć o jedzenie w przeróżnych hierarchiach dzieci i nastolatków, istniejących w każdym kolejnym domu dziecka, do którego był posyłany.
Ale to oczywiście niejedyne jego dziwactwo. Zapomniałam o tym, przed którym już mnie ostrzegano.
Moja córka jest cudowna i kocham ją nad życie. Jest ciepła i przyjazna, ma autentycznie pogodną osobowość i nasz pomysł z domem zastępczym przyjęła z wielkim entuzjazmem. Więc gdy zjawili się oboje z Kieronem, tak jak i my chciała zrobić wszystko, by Justin czuł się wśród nas jak członek rodziny. Kiedy już zajęliśmy miejsca i obiecana zapiekanka makaronowa parowała na środku stołu, Riley, siedząca obok Justina, pochyliła się do niego.
- Witaj w wariatkowie - szepnęła konspiracyjnie i wyszczerzyła się w szerokim uśmiechu.
Zrobiła ruch, jakby zamierzała poczochrać mu włosy, ale zanim jeszcze zdążyła opuścić rękę, Justin szarpnął się gwałtownie do tyłu, uderzając plecami o oparcie krzesła, i zmierzył ją kamiennym wzrokiem.
- Wybacz, stary - powiedziała zdziwiona. - Chciałam tylko być miła. - Ale Justin puścił to mimo uszu. Znów pochylił się do przodu i nałożył sobie wielką porcję makaronu.
Zanotowałam sobie w pamięci, że na przyszłość może powinnam porcjować jedzenie osobiście, jeszcze w kuchni.
Przez kilka minut jedliśmy w niezręcznym milczeniu. Widziałam, że córka poczerwieniała na twarzy. Była potwornie zażenowana i zrobiło mi się jej strasznie żal; Mike też to zauważył i spróbował wciągnąć chłopaków w rozmowę o futbolu, żeby rozluźnić atmosferę.
Ale Justina to nie zainteresowało. Jadł dalej w milczeniu, a to milczenie stawało się coraz bardziej głośne i przytłaczające, kiedy tak wszyscy przetrawialiśmy to, co się stało.
- David przyjdzie? - spytałam w końcu Riley.
- Nie. - Pokręciła głową. - Dopiero jutro. Dzisiaj pracuje... - urwała, bo Justin znów się na nią gapił. - David to mój chłopak - wyjaśniła mu. - Mieszkamy tuż za rogiem. On też bardzo chce cię poznać.
Ale Justin znów zachowywał się, jakby Riley była diabłem wcielonym.
- O której podwieczorek, Casey? - spytał mnie, ignorując moją córkę. - I co będziemy jedli?
Poczułam, że Mike zaczyna się jeżyć obok mnie.
- Riley mówiła do ciebie, kolego - powiedział cicho. - A o podwieczorku jeszcze nie myślimy. Jemy dopiero obiad.
- W porządku, tato - wtrąciła się Riley. - Nic się nie stało. Naprawdę. Ja też nie jestem zbyt rozmowna przy ludziach, których nie znam.
Justin posłał jej chmurne spojrzenie i znów zwrócił się do mnie.
- Mogę już zabrać rzeczy do swojego pokoju?
- Jasne - odpowiedział Mike. - Zajrzę do ciebie za jakiś czas.
- Jezu kochany, co za niewychowany dzieciak! - stwierdził Kieron, kiedy już usłyszeliśmy kroki Justina na schodach. Mój uroczy Kieron, który nie potrafi w nikim dostrzec niczego złego. - Chyba cię nie polubił, Riley!
Zmarszczyła brwi.
- To pewnie przez moje czarne włosy.
- Przez czarne włosy? Dlaczego?
Spojrzała na mnie.
- Mama mi powiedziała. On tak ma. Nienawidzi kobiet z czarnymi włosami.
Kieron osłupiały też popatrzył na mnie. Słowo "nienawidzić" dla niego nie istniało.
- No tak! - Zupełnie zapomniałam o tych czarnych włosach. Oczywiście, że to przez to! - Ale nie możemy zapomnieć, że to dla niego pewnie trochę za dużo. Musimy być cierpliwi i dać mu szansę, żeby się zadomowił.
Mike wstał i zaczął zbierać naczynia. Idąc do kuchni, kręcił głową.
Kiedy Mike po męsku zabrał się do zmywania, ja wyszłam z Riley na dwór na papierosa. Próbowałam ograniczyć palenie, żeby przygotować się do rzucania, ale w tej chwili bardzo potrzebowałam szybkiego nikotynowego kopa. Zapewniłam córkę, że teraz może już być tylko lepiej; że to wszystko potrwa, ale kiedy dobrze poznamy Justina, będzie łatwiej i mniej stresująco.
Chyba jej nie przekonałam - Riley lubiła być lubiana i widziałam, że choć rozumiała tę historię z czarnymi włosami, mimo wszystko była zdziwiona i zakłopotana tym, że Justin tak ją odrzucił. Miałam nadzieję, że to, co jej mówię, okaże się prawdą.
Wciąż słyszałam brzęki i stuki dobiegające z kuchni, więc ukradkiem pozwoliłam sobie na drugiego papierosa i poczułam, że napięcie tego przedpołudnia powoli odpuszcza. Jedzeniowymi problemami Justina przynajmniej mogliśmy się zająć od razu, a co do czarnych włosów, to na pewno kiedy nas trochę pozna i przekona się, jacy jesteśmy naprawdę, ten problem też się załagodzi.
Właśnie gasiłam papierosa, kiedy w tylnych drzwiach pokazał się Kieron.
- Mamo! - zawołał zszokowany. - Musisz przyjść!
Drgnęłam.
- Dokąd przyjść? Co się dzieje?
- Tata właśnie poszedł zajrzeć do Justina i... - Dosłownie zabrakło mu słów. - I jego pokój jest... no... - Zmarszczył brwi strasznie przejęty. - Chodź. Po prostu przyjdź na górę i sama zobacz.