III.
Już świt ubielił dachy i zgrzebną, szarą płachtą przysłonił noc i gwiazdy pobladłe, gdy ruch się uczynił w Borynowem obejściu.
Kuba zwlókł się z wyrka i wyjrzał przed stajnię - szron leżał na ziemi i szaro było jeszcze, ale już zorze rozpalały się na wschodniej stronie i czerwieniły czuby drzew oszroniałych - przeciągnął się z lubością, ziewnął parę razy i poszedł do obory, aby krzyknąć na Witka, że czas wstawać, ale chłopak uniósł nieco senną głowę i szepnął:
- Zaraz Kuba, zaraz! - i przytulał się do legowiska.
- Pośpij se zdziebko biedoto, pośpij! - Przyokrył go kożuchem i pokusztykał, bo, że nogę miał kiedyś przestrzeloną w kolanie, kulał srodze i ciągnął ją za sobą; umył się pod studnią, przygładził dłonią rzadkie, wyleniałe włosy, co mu się były pozwijały w kołtuny, i klęknął na progu stajni odmawiać pacierze.
Gospodarz spali jeszcze, w oknach chałupy zapalały się krwawe brzaski zórz, a gęste, białe mgły zwlekały się zwolna ze stawów, kołysały ciężko i posuwały wgórę podartemi szmatami.
Kuba przesuwał w palcach koronkę i modlił się długo, a biegał oczami po podwórzu, po oknach chałupy, po sadzie omroczonym jeszcze na dole, po jabłonkach, obwieszonych jabłkami niby pięście; rzucił czemciś do budy, co stała zaraz koło drzwi, w biały łeb Łapy, aż pies zawarczał, zwinął się i spał dalej.
- Ale, do samego słońca spał będziesz jucho! - i rzucił w niego raz, drugi, że pies wylazł, przeciągał się, ziewał, machał ogonem, przysiadł wpodle i jął się drapać i czynić zębami w gęstych kudłach porządek.
...I ochfiaruję ten pacierz Tobie i wszystkim świętym. Amen! - Bił się długo w piersi, a powstając, rzekł do Łapy:
- Hale! aligant jucha, wybiera se pchły, kiej baba na wesele!
A że robotny był, to się zajął obrządkiem; wóz wytoczył ze stodoły i nasmarował, napoił konie i przyłożył im siana, aż parskać zaczęły i bić kopytami, a potem przyniósł z sąsieka nieco zgonin, dobrze okraszonych owsem, i wsypał to klaczy do żłobu, bo stała w gródce, osobno.
- Żrej stara, żrej; źróbka mieć będziesz, to ci mocy trza, żrej! - Pogładził ją po nozdrzach, aż klacz położyła mu łeb na ramieniu i pieszczotliwie chwytała wargami za kołtuny.
- ...Ziemniaki do połednia zwieziemy, a pod wieczór do lasu, po ściółkę - nie bój się, ściółka lekka, nie zgonię cię...
- A ty, wałkoniu, batem dostaniesz, widzisz go, owies mu pachnie, próżniakowi - mówił do wałacha, co stał obok i łeb wtykał między deski przegrody, do żłobu klaczy - grzmotnął go pięścią w zad, aż koń uskoczył wbok i zarżał.
- Hale, parob żydowski! Żreć, tobyś choć i czysty owies żarł, a do roboty cię niema, bez bata jucho z miejsca nie ruszysz, co?
Wyminął go i zajrzał do źróbki, co stała przy ścianie samej i już zdaleka wyciągała do niego kasztanowaty łeb ze strzałką białą na czole i rżała cicho.
- Cichoj mała, cichoj! Podjedz se ano, bo pojedziesz z gospodarzem do miasta! - Uwił kłak siana i wyczyścił jej bok zawalany. - Tyla klacz, że już do ogiera czas, a świniaś. Utytlesz się zawdy kiej maciora - pogadywał wciąż i poszedł do chlewów wypuścić świnie, bo kwiczały, a Łapa chodził za nim i zaglądał mu w oczy.
- Zjadłbyś i ty, co? To naści-że chlebaszka, naści! - Wyjął z za pazuchy kawałek i rzucił, pies pochwycił i schował się do budy, bo świnie ano leciały mu wydrzeć.
- Hale, te śwynie, to kiej człowiek niektóry, aby ino chycić cudze i zechlać...
Zajrzał do stodoły i długo patrzył na wiszącą u belki krowę.
- Głupie to jeno bydle a i temu na koniec przyszło. Widzi mi się, co jutro zgotują mięsa... Tyle i z ciebie biedoto, że człek se podje w niedzielę...
Westchnął do tego jadła i powlókł się budzić Witka...
- Słońce ino, ino - zarno się pokaże... Krowy trza wypędzać.
Witek mamrotał coś, bronił się, przykładał do kożucha, ale wkońcu wstać wstał i łaził ociężały i senny po podwórzu.
Gospodarz zaspali dzisiaj, bo słońce już weszło i rozczerwieniło szrony i zapaliło łuny w wodach i szybach, a z chałupy nikt się nie pokazywał...
Witek siedział na progu obory i podrapywał się zajadle i przeziewał, a że wróble poczęły zlatywać z dachów do studni i trzepać się w korycie, to przyniósł drabkę i wlazł pod okap, zajrzeć do gniazd jaskółczych, bo cicho tam jakoś było.
- Pomarzły, czy co?
I jął wyciągać delikatnie pomorzone ptaszki i kłaść je za pazuchę.
- Kuba, wiecie, nie żyją, o! - Pobiegł do parobka i pokazywał sztywne, pogasłe jaskółki.
Ale Kuba wziął ino w rękę, przyłożył do ucha dmuchnął w oczy i rzekł:
- Zdrętwiały, bo przymrozek galanty. Ale że to głupie nie poszły jeszcze do ciepłych krajów, no, no... - i poszedł do swojej roboty.
A Witek siadł pod chałupą, w szczycie, bo słońce już tam dochodziło i oblewało bielone ściany, po których i muchy łazić poczynały; wyciągał z za koszuli te, które, już ogrzane nieco jego ciałem, gmerały się trochę, chuchał na nie, rozdziawiał im dziobki, poił z ust własnych, aż ożywiały się, otwierały oczy i poczynały wydzierać się do ucieczki, wtedy prawą ręką czaił się po ścianie i raz wraz zagarnął jaką muchę, nakarmiał nią i puszczał.
- Lećta se do matuli, lećta - szeptał, patrząc, jak jaskółki siadały na kalenicy obory, czesały się dziobkami i szczebiotały jakby dziękczynienia.
A Łapa siedział przed nim na zadzie i skomlał uciesznie, a co który ptaszek wyfruwał, rzucał się za nim, biegł kilka kroków i zawracał zpowrotem stróżować.
- Ale, złap wiater w polu - mruczał Witek i tak się zatopił w rozgrzewaniu jaskółek, że ani widział, kiedy Boryna wyszedł z za węgła i stanął przed nim.
- Ptaszkami się ścierwo zabawiasz, co?
Porwał się, by uciekać, ale już gospodarz chwycił go krótko za kark i drugą ręką szybko odpasywał szeroki, twardy pas rzemienny.
- Adyć nie bijcie, adyć! - zdążył krzyknąć jeno.
- Takiśto pastuch, co? Tak to pilnujesz, co? Najlepsza krowa się zmarnowała, co... Ty znajdku, ty pokrako warsiaska! ty! - i bił zapamiętale, gdzie popadło, aż rzemień świszczał, a chłopak wił się kiej piskorz i wrzeszczał:
- Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!... O Jezu, ratujta...
Aż Hanka wyjrzała z chałupy, co się dzieje, a Kuba splunął i schował się do stajni.
A Boryna łoił go rzetelnie, wybijał mu na skórze swoją stratę tak zajadle, że Witek miał już gębę posinioną i z nosa puściła mu się krew, krzyczał wniebogłosy i cudem jakimś się wyrwał, chwycił się obu rękami ztyłu za portki i gnał w opłotki.
- Jezu, zabili mę, zabili mę! - ryczał i tak pędził, aż mu reszta jaskółek wylatywała z za pazuchy i rozsypywała się po drodze.
Boryna pogroził jeszcze za nim, opasał się i wrócił do chałupy i zajrzał na Antkową stronę.
- Słońce już na dwa chłopa, a ty się jeszcze wylegujesz! - krzyknął na syna.
- Zmogłem się wczoraj kiej bydlę, to muszę się wywczasować.
- Do sądu pojadę... Zwieź ziemniaki, a jak ludzie skończą kopanie, to zagnać je do grabienia ściółki, a ty mógłbyś kołki pozabijać do ogacenia.
- Ogaćcie se sami chałupę, nama tutaj nie wieje.
- Rzekłeś... to swoją stronę ogacę, a ty marznij, kiejś wałkoń.
Trzasnął drzwiami i poszedł na swoją stronę.
Józka już rozpaliła ogień i szła doić krowy.
- Rychło daj jeść, bo trza mi jechać...
- Przecięch się nie ozedrę, dwóch robót razem nie poradzę - i poszła.
- Spokojnego oczymgnienia niema, ino kłyśnij się ze wszystkimi! - myślał i wziął się do obleczenia, ale zły był i zgryziony. Jakże, ciągła wojna z synem, słowa nie można rzec, bo zaraz do oczów z pazurami skacze, albo rzeknie coś, co jaże we wątpiach poczujesz. Na nikogo się spuścić, ino haruj i haruj!
Złość w nim zbierała, aż poklinał zcicha i rzucał szmatami po izbie a butami.
- Słuchać się powinny, a nie słuchają! Czemu to? - myślał.
- Widzi mi się, co bez kijaszka z nimi obyć się nie obędzie, bez twardego! Dawno się im to należało, zaraz po śmierci nieboszczki, kiej kłyśnić się zaczęły o gronta, ale się jeszcze wagował, żeby zgorszenia we wsi nie czynić. Gospodarz był przeciech nieleda jaki, na trzydziestu morgach i z rodu nie bele chto - Boryna, wiadomo. Ale dobrością z nimi się nie skończy, nie. Tu przyszedł mu na myśl zięć, kowal, któren wszystkich pocichu burzył, a i sam wciąż nastawał, żeby mu sześć morgów odpisać i morgę lasu, a już na resztę chciał poczekać...
- To niby kiej zamrę! Poczekaj jucho, poczekaj - myślał ze złością. - Póki się ino rucham, nie powąchasz ty ani zagona! Widzisz go, mądrala!
Kartofle już mocno perkotały w kominie, gdy Józka przyszła od udoju i wnet narządziła śniadanie.
- Józka! A mięso sama przedawaj. Jutro niedziela, ludzie się już zwiedziały, to się ich tu naleci, ino nie borguj nikomu. Pośladek ostaw la nas; zawoła się Jambroża, to zasoli i przyprawi...
- A dyć i kowal umieją...
- Ale, podzieliłby się kiej wilk z owcą.
- Magdzie będzie markotno, że to nasza krowa a ona nawet nie obaczy.
- To la Magdy wytnij jaką sztuczkę i zanieś, ale kowala nie wołaj.
- Dobryście tatulu, dobry.
- Hale córuchno, hale! Pilnuj tutaj, a już ci bułeczkę przywiezę, abo i co.
Podjadł se niezgorzej, opasał się pasem, przygładził poślinioną dłonią zwichrzone i rzadkie włosy, ujął bat i jeszcze się rozglądał po izbie...
- Bym czego nie przepomniał. - Chciało mu się zajrzeć do komory, ale się powstrzymał, bo Józka patrzała, więc się przeżegnał i ruszył.
A już z wasąga, zbierając w garść parciane lejce, rzekł Józce na ganek:
- Skończą ziemniaki, to zaraz iść grabić ściółkę, kwitek jest za obrazem. A niechta zetną jakiego grabka abo i chojkę - przyda się.
Wóz ruszył i już był w opłotkach, gdy Witek mignął pod jabłoniami.
- Zabaczyłem.... prru... Witek! Prru! Witek, puść krowy na łąki, a pilnuj, bo cię jucho spierę, że popamiętasz!
- Ale, pocałujta mę gdzieś... - odkrzyknął hardo znikając za stodołą.
- Będziesz tu pyskował, jak zlezę, to obaczysz...
Skręcił z opłotków na lewo, na drogę, wiodącą ku kościołowi; podciął batem źróbkę, że podyrdała truchcikiem po wyboistej, pełnej kamieni drodze.
Słońce było już chyla tyla nad chałupami i świeciło coraz cieplej, bo z oszroniałych strzech podnosiły się opary i woda skapywała, tylko w cieniach, pod płotami w sadach, po rowach, leżał jeszcze siwy mróz; po stawie wlekły się ostatnie zrzedłe mgły i woda poczynała z pod bielm wrzeć brzaskami i odbłyskiwać słońce.
We wsi poczynał się już zwykły ruch: poranek był jasny i chłodny, a że zaś przymrozek orzeźwił powietrze, to i raźniej się poruszali i zgiełkliwiej; wychodzili gromadnie na pola, którzy do kopania szli z motyczkami a koszykami na ręku, dojadając śniadań; którzy z pługiem ciągnęli na ścierniska; którzy na wozach brony wieźli a worki pełne ziarna siewnego; którzy znów zasię wykręcali ku lasom z grabiami na ramionach, ściółkę grabić, że ino dudniło po obu stronach stawu i krzyk się wzmagał, bo drogi były zatłoczone bydłem, ciągnącem na paszę, szczekaniem psów, pokrzykami, co wybuchały raz wraz z niskiej, ciężkiej kurzawy, jaka się była wznosiła z orosiałych dróg.
Boryna wymijał trzody ostrożnie, czasem śmignął po wełnie jakie jagniątko głupie, co się nie usuwało przed źrebicą, to cielę jakie, aż i wyminął wszystkich i koło kościoła, który stał osłonięty potężnym wałem lip żółknących i klonów, wjechał na szeroki gościniec, obsadzony z obu stron ogromnemi topolami.
A że w kościele była msza święta, bo sygnaturka przedzwoniła ofiarę i huczały przyciszonym głosem organy, zdjął kapelusz i westchnął pobożnie.
Droga była pusta i zasłana opadłym liściem tak obficie, że wyboje i głęboko powyrzynane koleiny pokryły się rdzawo złocistym kobiercem, pociętym gęstemi pręgami cieniów, jakie rzucały pnie topoli, bo słońce zboku świeciło.
- Wio, maluśka, wio! - Świsnął batem i źrebica przez kilka stajań poszła raźniej, ale potem opadła i wlekła się wolno, bo droga, choć nieznacznie, szła pod wzgórza, na których czerniały lasy.
Boryna, że go ta cisza mroczyła sennością, to poglądał przez kolumnadę topoli na pola, pławiące się w różowem, porankowem świetle, albo myśleć usiłował o sprawie z Jewką, to o granuli, ale nie mógł sobie dać rady, tak go śpik morzył...
Ptaszki ćwierkały w gałęziach, to czasem wiatr przegarnął leciuchnemi palcami po czubach drzew, że ino jaki taki listeczek, kieby motyl złoty, odrywał się od maci, spadał kolisto na drogę abo i na zakurzone osty, co zaognionemi oczami kwiatów hardo patrzyły w słońce - a topole zagwarzyły, poszemrały zcicha gałązkami i pomilkły, kiej te kumy, co na podniesienie oczy podniesą, ręce rozłożą i westchną modlitewnie, a padną wnetki w proch przed majestatem, ukrytym w tej złotej monstrancji, zawisłej nad ziemią świętą, nad rodzoną...
Dopiero pod lasem przecknął na dobre i wstrzymał konia.
- Wschodzi niezgorzej - szepnął, przyjrzawszy się pod światło szarym zagonom, ordzawionym krótką szczotką wschodzącego żyta.
- Kawał pola, a przyległo do mojego, kieby kto z umysłu narządził. Żyto widzi mi się wczoraj posiały. - Ogarnął pożądliwem spojrzeniem zbronowane zagony, westchnął i wjechał w las.
Poganiał często konia, bo droga szła po równem i twardsza była, tylko gęsto przerośnięta korzeniami, na których wóz podskakiwał i turkotał.
Ale już nie drzemał, owiany surowym i chłodnym dechem lasu.
Bór był ogromny, stary - stał zbitą gęstwą w majestacie wieku i siły, drzewo przy drzewie, sama sosna prawie, a często dąb rosochaty i siwy ze starości, a czasem brzozy w białych koszulach, z rozplecionemi warkoczami żółtemi, że to jesień już była. Podlejsze krze jako leszczyna, to karłowata grabina, to osiczyna drżąca tuliły się do czerwonych, potężnych pni tak zwartych koronami i poplątanych gałęziami, że ino gdzie niegdzie przedzierało się słońce i pełzało niby złote pająki po mchach i zielonych paprociach zrudziałych.
- Zawżdy mojego tu - są cztery morgi! - myślał i pożerał oczami las i już na oko wybierał co najlepszy. - Przeciech Pan Jezus nie da nas ukrzywdzić - abo i same się nie damy, nie... Dworowi widzi się dużo, a nam mało. Zarno... moje ze cztery, a Jagusine z morga... cztery i jedna... Wio! głupia, sroków się będzie bojała! - Trzepnął ją batem, bo na suszce, co dźwigała Bożą mękę, kłóciły się sroki tak zajadle, aż źrebica strzygła uszami i przystawała.
- Srokowe wesele - deszczu będzie wiele. - Przypiął parę batów źrebicy i jechał kłusem.
Dobrze było już po ósmej, bo ludzie na polach siadali do śniadaniowych dwojaków, gdy wjeżdżał do Tymowa, na puste uliczki, obstawione pozapadanemi domostwami, co przysiadły niby stare przekupki nad rynsztokami, pełnemi śmieci, kur, żydziąt obdartych i nierogacizny.
Zaraz na wjeździe obstąpili go Żydzi i Żydówki i nuż zaglądać do wasągu, macać pod grochowinami, pod siedzeniem, czy nie wiezie czego na sprzedanie.
- Poszły parchy! - mruknął, wjeżdżając na rynek, pod cień starych, poobdzieranych kasztanów, konających na środku placu, gdzie już stało kilkanaście wozów z wyprzęgniętemi końmi.
I swój wasąg tam umieścił, źrebicę wyłożył łbem do półkoszka, nasuł jej do kobiałki obroku, bat schował na dno, pod siedzenie, otrzepał się ze słomy i ruszył prosto do Mordki, tam gdzie błyszczały trzy mosiężne talerze, aby się nieco przyogolić; wyszedł wkrótce czysto ostrugany i tylko z jednem zacięciem na brodzie, zalepionem papierem, przez który sączyła się krew.
Sądy nie były jeszcze zaczęte.
Ale przed domem sądowym, co stał zaraz w rynku, naprzeciw ogromnego poklasztornego kościoła, czekało już sporo narodu. Siedzieli na wydeptanych stopniach, to kupili się pod oknami i raz wraz zaglądali do środka, kobiety zaś przykucnęły pod bielonemi ścianami, opuściły czerwone zapaski z głów na ramiona i rajcowały.
Boryna, że dojrzał Jewkę z dzieckiem na ręku, stojącą w gromadzie swoich świadków, to się zeźlił zarno, jako że skory był do złości, splunął i wszedł do sieni drugiej, biegnącej naprzestrzał sądowego domostwa.
Po lewej stronie był sąd, a po prawej mieszkał sekretarz, bo jakoż właśnie Jacek wyniósł samowar przed sam próg i tak go rozdmuchiwał cholewą zawzięcie, że dymił niby komin fabryczny, a co chwila ostry, gniewny głos krzyczał z głębi zadymionej sieni:
- Jacek! buciki panienkom!
- Zaraz, zaraz!
Samowar już niby wulkan huczał i buchał płomieniami.
- Jacek! wodę panu do mycia.
- Dyć zara, zrobi się wszyćko, zrobi! - I spocony, nieprzytomny, ganiał po sieni, aż dudniło, powracał, dmuchał i znowu leciał, bo pani krzyczała:
- Jacek! kulfonie jeden, gdzie moje pończochy?!..
- Ale! ścierwa nie samowar!
Trwało to wszystko dobrych parę pacierzy, abo i z koronkę, aż wreszcie drzwi sądowe się otwarły i naród począł napełniać dużą, wybieloną izbę.
Jacek, już teraz jako woźny, boso, w modrych portkach i takimże lejbiku z mosiężnemi guzikami, z czerwoną, spoconą twarzą, którą raz wraz obcierał rękawem, uwijał się za czarnemi kratami, dzielącemi izbę na dwie połowy, i rzucał łbem niby koń, kiej go giez ukąsi, bo płowe włosy spadały mu grzywą na oczy, to zaglądał ostrożnie do sąsiedniej stancji i potem siadał na chwilę pod zielonym piecem.
A narodu się nawaliło, że ani palca wetknąć, i parli się coraz krzepciej na kraty, aż trzeszczały; gwar zrazu cichy podnosił się zwolna, szemrał, przewalał po izbie, huczał czasami, przechodził miejscami w kłótnię, że jakie takie mocne słowo padało coraz gęściej.
Żydzi szwargotali pod oknami, a jakieś baby na głos opowiadały swoje krzywdy i jeszcze głośniej popłakiwały, ale nie można było rozeznać, kto i gdzie, bo ciasnota była i głowa przy głowie, jako ten zagon, pełen maków czerwonych i kłosów żytnich, co go to wiater żenie, a on się zakolebie i gwarzy i szumi, a potem staje równo kłos przy kłosie. To znowuj Jewka, dojrzawszy Borynę, wspartego o kraty, jęła dogadywać i wykrzykiwać na niego, że zelżony odrzekł ostro:
- Zamilknij suko, bo ci gnatki porachuję, że rodzona nie pozna.
A na to Jewka rozsrożona nuż pazury wyciągać i drzeć się do niego przez gęstwę ludzką, aż jej chustka spadła z głowy i dzieciak się rozkrzyczał, że niewiada na czemby się skończyło, gdy naraz Jacek się zerwał, otworzył drzwi i krzyknął:
- Cichojta ścierwy, bo ano sąd idzie!..
Jakoż i sąd wszedł; najpierw gruby, wysoki dziedzic z Raciborowic, a za nim dwóch ławników i sekretarz, który usiadł przy bocznym stoliku pod oknem i rozkładał papiery a patrzył na sędziów, jak stanęli przy wielkim stole, okrytym czerwonem suknem, i nałożyli złote łańcuchy na grube karki...
Cicho się zrobiło, że słychać było tych, co na ulicy, pod oknami gwarzyli.
Dziedzic rozłożył papiery, chrząknął, spojrzał na sekretarza i grubym, donośnym głosem oznajmił, że sądy się rozpoczynają.
Potem sekretarz przeczytał sprawy na dzień dzisiejszy, coś szepnął pierwszemu ławnikowi, ten oddał to sędziemu, który kiwnął głową potakująco.
Sądy się rozpoczęły.
Pierwsza szła sprawa ze skargi strażnika na jakiegoś łyczka o nieporządki w podwórzu.
Skazany zaocznie.
Potem o pobicie chłopaka za wypasanie końmi koniczyny.
Pogodzili się. Matka dostała pięć rubli, a chłopak nowe portki i lejbik.
Sprawa o woranie się.
Odłożona z braku dowodów.
Sprawa o kradzież leśną, w borze sędziego; stawał rządca - oskarżeni chłopi z Rokicin.
Skazani na kary pieniężne lub odsiedzenie w areszcie po dwa tygodnie.
Nie przyjęli wyroku, pójdą do apelacji.
I tak głośno zaczęli wykrzykiwać na niesprawiedliwość, bo las był wspólny, serwitutowy, aż sędzia skinął na Jacka, i ten zagrzmiał:
- Cichojta, cichojta, bo tu sąd nie karczma.
I tak szła sprawa za sprawą, kieby skiba za skibą, równo i dość spokojnie, czasem tylko podnosiły się skargi, abo chlipanie, abo i przekleństwo, ale te Jacek wnet przyciszał.
Z izby ubyło nieco ludzi, ale w ich miejsce przybyło tyle nowych, że stali zbici kieby w snop, że nikto poruszyć się nie mógł i zrobił się taki gorąc, iż ani odetchnąć, aż sędzia polecił otworzyć okna.
Teraz szła sprawa Bartka Kozła z Lipiec o kradzież świni u Marcjanny Antonówny Pacześ. Świadkowie: taż Marcjanna, syn jej Szymon, Barbara Piesek i t. d.
- Świadkowie czy są? - zapytał ławnik.
- Jesteśmy! - zawołali chórem.
Boryna, który dotąd samotnie a cierpliwie stał przy kracie, przysunął się nieco do Paczesiowej przywitać, boć to była Dominikowa, matka Jagny.
- Oskarżony, Bartek Kozioł, bliżej, za kratę.
Niski chłop przepychał się ze środka tak gwałtownie, aż kląć poczęli, że depcze po kulasach i przyodziewek ozdziera.
- Cichojta ścierwy, bo prześwietny sąd mówi! - krzyknął Jacek, wpuszczając go.
- Wy Bartłomiej Kozioł?
Chłop drapał się frasobliwie po gęstych, równo obciętych włosach; głupowaty uśmiech skrzywił mu suchą, wygoloną twarz, a małe rudawe oczki chytrze skakały po sędziach niby wiewiórki.
- Wy Bartłomiej Kozioł? - zapytał znowu sędzia, bo chłop milczał.
- Dyć juści, onci Bartłomiej Kozioł, dopraszam się łaski prześwietnego sądu! - piszczała ogromna kobieta, wpychając się siłą za kraty.
- A wy czego?
- Dopraszam się łaski, a dyć ja żona tego chudziaka, Bartka Kozła - i kłaniała się ręką do ziemi, aż wyrurkowanym czepcem zawadzała o stół sędziowski.
- Świadkujecie?
- Niby to za świadka? ni, jeno dopraszam się...
- Woźny, wyrzuć ją za kratę.
- Wychodźta kobieto, bo nie la was tu miejsce... - Chwycił ją za ramiona i pchał zadem.
- Dopraszam się prześwietnego sądu, kiej mój ano nie dosłyszy na ten przykład... - krzyczała.
- Wychodźta, póki po dobremu - i aż jęknęła, tak ją ciepnął na kratę, bo ani kroku po dobroci ustąpić nie chciała.
- Wyjdźcie, będziemy głośno mówili, to choć on Kozioł a usłyszy!
Zaczęło się wreszcie badanie.
- Jak się nazywacie?
- Hę?.. a, przezywam?.. Przeciech wołali mę, to niby wiedzieć wiedzą...
- Głupiś. Jak się nazywacie? - indagował nieubłaganie sędzia.
- Bartek Kozioł, prześwietny sądzie - rzuciła żona.
- Ile lat?
- Hę?.. a, lat?.. bo ja to pomnę! Matka, wiele to ja mam roków?..
- Pięćdziesiąt i dwa, widzi mi się, będzie na zwiesnę.
- Gospodarz?..
- I... trzy morgi piachu i ten jeden krowi ogon... sielny gospodarz.
- Był już karany?
- Hę?.. karany?..
- Czy siedzieliście w kozie?
- To niby w kreminale?.. karany?.. Matka, byłem to w kreminale, hę?..
- A byłeś Bartku, byłeś, a to cię te ścierwy dworskie o to zdechłe jagniątko...
- Juści, juści... na paśniku znalazłem zdechłe jagnię... wzionem, co miały psy rozwłócyć... poskarżyły, przysięgły, com ukradł, sąd przysądził... wsadziły mę i siedziałem... Niesprawiedliwość jest ino, niesprawiedliwość... - mówił głucho i obzierał się nieznacznie na żonę.
- Oskarżeni jesteście o kradzież maciory Marcjannie Pacześ! Wzięliście ją z pola, zagnali do domu, zarznęli i zjedli! Co macie na swoją obronę?..
- Hę? Zjadłem! Żebym tak Boga przy skonaniu nie oglądał, że nie zjadłem... Moiściewy, zjadłem!.. o świecie, świecie rodzony, ja zjadłem - wołał żałośnie.
- Cóż macie na swoją obronę?
- Obronę?.. miałem to co rzec, matka?.. Juści, baczę; niewinowatym, świni nie zjadłem, a Marcjanna Dominikowa, na ten przykład, szczeka bele co kiej ten pies, że ino chycić za ten paskudny pysk a sprać... a...
- O ludzie, ludzie!.. - jęknęła Dominikowa.
- To już sobie później zrobicie, a teraz mówcie, jakim sposobem świnia Paczesiowej znalazła się u was?..
- Świnia Paczesiowa... u mnie?.. Matka, co to wielmożny dziedzic rzekli?..
- A dyć Bartku, to o tym prosiaku, co to za tobą przylazł do chałupy...
- Baczę, juści że baczę, bo prosiak to był a nie świnia żadna; dopraszam się łaski wielmożnego sądu, niech słyszą, com ano rzekł, i przywtórzę; prosiak to był a nie świnia; białny prosiak a kiele ogona abo i zdziebko poniżej, czarnołaciaty.
- Dobrze, ale skąd się wziął u was?
- Niby u mnie?.. Zarno wszyćko dokumentnie rzeknę, z czego się pokaże la prześwietnego sądu i la zgromadzonego narodu, co jestem niewinowaty a Dominikowa cygan jest baba, pleciuch i ozornica zapowietrzona!
- Ja cyganię! A dyć tej Najświętszej Panienki uproszę, żeby was pierun, bez świętej spowiedzi, nie trzasnął! - rzekła cicho, z westchnieniem ciężkiem do obrazu Matki Boskiej, wiszącego w rogu izby, Dominikowa, a potem, że to już ścierpieć nie mogła, wyciągnęła zwiniętą, chudą pięść do niego i syknęła:
- Ty złodzieju świński! ty zbóju! ty!.. - i rozczapierzyła palce, jakby go chycić chciała.
Ale Bartkowa rzuciła się do niej z krzykiem.
- Co, biłabyś go, suko jedna, biłabyś, czarownico, kacie synowski, ty!
- Uciszyć się - zawołał sędzia.
- Stulta pyski, kiej sąd mówi, bo waju wyciepnę na osobność! - poparł Jacek, podciągając parcianki, bo mu się był obertelek oberwał.
Uciszyło się zaraz, a baby, że to blisko było do chwycenia się za łby, stały już cicho, ino się oczami jadły a wzdychały ze złości...
- Mówcie Bartłomieju, mówcie wszystko a prawdę.
- Prawdę?.. Samą czystą kiej szkło prawdę rzeknę, rzetelnie powiem, kiej na spowiedzi, kiej gospodarz do gospodarzy, kiej swój do swojaków, bom gospodarz z dziada pradziada, a nie komornik, nie prefesjant jaki abo i jenszy miescki zdzier.
To tak było.
- Patrz dobrze w głowę, byś czegój nie przepomniał - radziła.
- Nie przepomnę, Magduś, nie. To było tak. Szedłem se... a baczę, że to rychtyk zwiesna była... i za wilczym dołem, wedle Borynowej koniczyny... idę se i mówię pacierz, bo, na ten przykład, przedzwonili już na Anioł Pański... nocka też szła... idę se... jaż tu słyszę: głos nie głos?.. Loboga, myślę se: chrząka i nie chrząka?.. Oglądnąłem za się - niczegój nie widno, cicho całkiem.
Złe mę kusi czy co?... Idę dalej i, że mę zdziebko mrówki oblazły ze strachu, mówię se pozdrowienie anielskie. Chrząka znowu! Cie! myślę sobie, nic jeno swynia to abo i zasie prosiak. Zlazłem zdziebko wbok, w koniczynę i obejrzałem się... juści że cosik lizie za mną, przystanąłem ja - przystanęło i to, a białne, niskie i długie... a ślepie świeciły kiej u źbika abo zgoła u złego... Przeżegnałem się, a że i skóra mi ścierpła, tom ruszył lepszym krokiem - jakże, abo to wiadomo, co się po nocach tłucze?.. A wszyscy w Lipcach wiedzą, co na wilczych dołach straszy.
- Juści, że prawda, bo łoni, kiej Sikora przechodził tam nocą, to go ułapiło za grdykę i rzuciło o ziemię, i tak zbiło, że chłop chorzał dwie niedziele - objaśniała żona.
- Cichoj, Magduś, cichoj! Idę, idę, idę... a to fort lezie za mną i chrząka!
A że to był rychtyk miesiączek wylazł se na niebo, to patrzę, a to ino prosiak, nie złe. Ozgniewałem się, bo co se ten głupi myśli - straszyć, tom rzucił nań patykiem i idę ku domowi. Szedłem miedzą, między Michałowemi burakami a pszenicą Borynową, a potem między jarką Tomka a owsem tego Jaśka, co go łoni do wojska wzieni, a którego to kobieta akuratnie wczoraj zległa... Prosiak fort za mną kiej pies, to se idzie obok, to wlazł w kartofle Dominikowej i tu pysknie i tam pysknie, i chrząknie i kwiknie, a nie ostaje, ino za mną...
Skręciłem na ścieżkę, co bieży naprzełaj - ona za mną. Gorąco mi się zrobiło, bo laboga, taka świnia, co może nie świnia! Skręciłem na drogę wedle figury, prosiak za mną... Widziałem, białny był, a kiele ogona, poniżej ździebko, czarno łaciaty! Ja bez rów - ona za mną; ja na te mogiłki, co za figurą są - ona za mną, ja na kamionki, a ona kiej mi się nie rzuci pod kulasy - rymnąłem kiej długi. Opętana, czy co?.. Ledwiem się pozbierał, a ona kiej nie zadrze ogona i wskok przede mną! A lećże se zapowietrzona, pomyślałem. Ale nie uciekła, ino wciąż przede mną, aż do samej chałupy - aż do samej chałupy, prześwietny sądzie, w ogrodzenie weszła, aż do sieni wlazła, a że drzwi do izby były wywarte, to i do izby poszła... Tak mi Panie Boże dopomóż. Amen!
- A potem zarznęliście i zjedli, prawda? - rzekł sędzia rozbawiony.
- He! Zarznęli i zjedli?.. A cośwa zrobić mieli? Przeszedł dzień - prosiak nie odchodzi; przeszedł tydzień - jest, ani jej wygonić, bo z kwikiem wraca!.. Moja podtykała jej, co mogła, bo jakże głodem morzyć, Boże stworzenie też... Prześwietny sąd jest mądry, to sprawiedliwie se wymiarkuje, że com z nią biedny sierota miał zrobić? Niktoj po nią nie przychodzi, a w domu bieda - a żarła, że i dwie drugie tyle nie zechlają... Jeszcze z miesiąc, toby nas zeżarła i z bebechami... Co było radzić? miała ona nas - tośwa my ją zjadły, a i to niecałą, bo na wsi się zwiedziały, a Dominikowa poskarżyła, przyszła ze sołtysem i zabrała wszyćko...
- Wszystko?.. a cały zad to gdzie?.. - syknęła złowrogo Dominikowa.
- Gdzie? Spytajta się Kruczka i drugich piesków. Wynieśliśmy na noc do stodółki. Psy, że to czujne psie pary, a wrota były dziurawe - wyciągnęły i bal se sprawiły moją krwawicą, że chodziły obżarte, kiej te dziedzice.
- Hale, świnia sama poszła za nim, głupi uwierzy, ale nie sąd. Złodziej jucha, a barana młynarzowi, a gęś Dobrodziejowi - to kto pokradł, co?...
- Widziałaś, co? Widziałaś! - wrzasnęła Kozłowa, przyskakując z pazurami.
- A kartofle z organistowego dołu, to kto?... A cięgiem cosik komuś we wsi ginie, to gąska, to kury, to sprzęt jaki - ciągnęła nieubłaganie.
- Ty ścierwo! Coś ty robiła za młodu, a i co twoja Jagna teraz wyprawia z parobkami, to ci tego nikt nie wypowiada, a ty kiej ten pies...
- Wara ci od Jagny! Wara, bo ci ten pysk tak spierę, że... Wara!... - ryknęła wielkim głosem, ugodzona jak w żywe mięso.
- Cichojta pyskacze, bo za drzwi wyciepnę! - uciszał Jacek, podciągając parcianek.
Zaczęło się przesłuchiwanie świadków.
Najpierw świadczyła poszkodowana, Dominikowa - a zeznawała cichym, nabożnym głosem i przysięgała co chwila przed tą Częstochowską, jako świnia jej, i żegnała się i biła w piersi, że prawda jest, jako ją ukradł z pastwiska Kozioł, i nie żądała od prześwietnego sądu kary na niego, niech mu już tam Jezusiczek czyśca za to nie pożałuje, ale domagała się wielkim głosem sądu i kary zato, że tak spostponował ją i Jagnę wobec całego narodu.
Świadczył potem Szymek, syn Dominikowej, czapkę powiesił na rękach, złożonych jak do pacierza, oczów nie spuścił z sędziego i jękliwym, nieprzytomnym głosem zeznawał, że świnia była matczyna, że białna była cała, a ino kiele ogona czarną łatę miała, a ucho rozerwane, bo ją był Łapa Borynowy chycił na zwiesnę, a tak kwiczała, że chociaż w stodółce był - usłyszał...
Potem zawezwano Marcjannę Piesek i innych.
Świadczyli pokolei i przysięgali, a Szymek wciąż stał z czapką na rękach, wpatrzony pobożnie w sędziego, a Kozłowa darła się za kratę z krzykiem zaprzeczań i złorzeczeń, a Dominikowa ino wzdychała do obrazu, a poglądała na Kozła, który skakał oczami, nasłuchiwał, a obzierał się na swoją Magdusię.
Naród słuchał uważnie, i raz wraz szmer, to uwagi złośliwe albo śmiech się rozległ głuchy pod powałą, aż Jacek musiał przyciszać groźbą.
Sprawa ciągnęła się długo, aż do przerwy, w której sąd poszedł do sąsiedniej izby na naradę, a naród wysypał się do sieni i przed dom odetchnąć nieco; kto pojeść zdziebko, kto ze swoimi świadkami się zmówić, kto wywodzić krzywdy swoje, a jenszy znowuj wyrzekać na niesprawiedliwość, a pomstować - jak to zwyczajnie bywa na rokach.
Po przerwie i odczytaniu wyroków, przyszła na stół sprawa Boryny.
Jewka stanęła przed sądem i, pohuśtując dziecko, obwinięte w zapaskę, jęła płaczliwie wywodzić krzywdy swoje i żale; jako służyła u Boryny i pracowała, jaże jej kulasy ustawały, a nigdy dobrego słowa nie usłyszała, kąta nie miała na spanie, ani jadła dość, że się u sąsiadów pożywiać musiała, a potem zasług nie zapłacił i z jego własnem dzieckiem wygnał ją w cały świat... buchnęła wkońcu ogromnym płaczem i rzuciła się na kolana przed sędziami z krzykiem:
- Krzywda to moja, krzywda! a dzieciak jego, prześwietny sądzie!
- Cygani jak ten pies - mruknął Boryna ze zgrozą.
- Ja cyganię?! A dyć wszystkie, a dyć całe Lipce wiedzą, że...
- Żeś suka i latawiec...
- Wielmożny sądzie, a przódzi to mi ino mówili: Jewka, Jewuś, i jeszcze słodziej, a to mi paciorki przywieźli, a to często gęsto bułkę z miasta i mówili: naści Jewuś, naści, boś mi najmilejsza... a teraz, o mój Jezu, mój Jezu!... - poczęła ryczeć.
- Cygan jucha, możem cię jeszcze pierzyną przyodział i mówił: śpij se, Jewuś, śpij!...
Izba zatrzęsła się śmiechem.
- Abo nie, co? Abośta nie skamłali, jako ten pies przed drzwiami, abośta mało obiecowali, co?
- Loboga ludzie, że to pierun nie zabije taką pokrakę? - zakrzyknął zdumiony.
- Wielmożny sądzie, cały świat wiedział, jak to było, całe Lipce mogą poświadczyć, co prawdę mówię. Służyłam u nich, to mi cięgiem spokoju nie dawał. O biedna ja sierota, biedna... O dola moja nieszczęśliwa... A botom się mogła obronić przed tylim chłopem?... Krzyczałam, to mę sprał i zrobił, co chciał... A gdzież ja się podzieję z tem dzieciąteczkiem, gdzie?... Świadki powiedzą i przyświadczą! - wołała wśród płaczu i krzyków.
Ale świadkowie w rzeczywistości nic nie zeznali, prócz plotek i domysłów, więc znowu jęła dowodzić i przekonywać, aż wkońcu, jako ostatni dowód, rozpowiła dziecko i położyła je przed sędziami; dziecko wierzgało nagiemi nóżkami i krzyczało wniebogłosy.
- Wielmożny sąd sam obaczy, czyje ono; o ten ci sam nos kiej kartofel, te same bure ślepie i kaprawe... Kropla w kroplę nikt jenszy, jeno Boryna!... - wołała.
Ale już i sąd nie mógł powstrzymać się od śmiechu, a naród aż huczał z uciechy, przyglądali się dziecku, to Borynie i raz wraz ktoś powiedział:
- To ci pannica, kiej ten pies odarty ze skóry!
- Boryna wdowiec, ożeniłby się z nią, a chłopak zdałby się do pasionki...
- Lenieje ci ona, kiej krowa na zwiesnę.
- A urodna! jeno grochowinami przytrząść i w proso wsadzić - wszystkie gapy uciekną...
- Już i tak psy uciekają, kiej Jewusia bez wieś idzie!...
- A gębusię ci ma, kiej pomyjami wymalowana...
- Bo gospodarna, raz w rok się myje, coby na mydło nie wydawać...
- Żydom w piecach pali, czasu nie ma, to i nie dziwota!.
Dogadywali coraz złośliwiej i okrutniej, a ona zmilkła i nieprzytomnemi oczami psa zgonionego patrzyła po ludziach i ważyła coś w sobie...
- Cichojta! To grzych tak się naśmiewać nad biedotą! - krzyknęła Dominikowa tak mocno, aż pomilkli i jaki taki drapał się po łbie ze wstydu.
Sprawa skończyła się na niczem.
Boryna poczuł niezmierną ulgę, bo chociaż nie był winien, ale zawżdy bojał się ludzkiego obmówiska, no i tego, że przysądzić mogą, by płacił - bo prawo juści jest ci takie, że nikiej niewiada, kogo za łeb chyci, winowatego czy sprawiedliwego. Bywało już tak nie raz, nie dwa, nie dziesięć... bywało.
Wyszedł zaraz ze sądu i, czekając na Dominikową, jął medytować i rozważać w sobie całą tę sprawę. Nie mógł zrozumieć poco i dlaczego skarżyła?
- Ni, to nie jej rozum i głowa, to jenszy, ktoś drugi przez nią sięga, ale kto?..
Poszli z Dominikową i z Szymkiem do karczmy, napić się i przegryźć coś niecoś, bo było już dobrze po południu, i chociaż mu Dominikowa napomykała zlekka, że cała ta Jewczyna sprawa, to musi być robota kowala, zięcia jego, nie mógł uwierzyć.
- Coby mu z tego przyszło?
- Tyla, żeby was pokłyśnić, a podać na pośmiewisko i umartwienie. Drugi człowiek jest taki, że z jenszego la samej uciechy pasyby darł.
- Dziwno mi tej zawziętości Jewczynej! Bom nie ukrzywdził w niczem, a jeszczem za chrzest tego jej bękarta dał dobrodziejowi worek owsa...
- Służy ona u młynarza, a ten w kompanji z kowalem chodzi... miarkujcie!..
- Miarkuję, ino że nic rozeznać nie mogę! Napijwa się jeszcze!
- Bóg zapłać, pijcie przódzi, Macieju!
Napili się raz i drugi, zjedli drugi funt kiełbasy z pół bochenkiem chleba, stary kupił rządek bułek dla Józi i zabierali się do powrotu.
- Siadajcie Dominikowa ze mną, ckno samemu, pogwarzym...
- A dobrze, ino skoczę jeszcze do klasztoru zmówić pacierz.
Poszła, ale w dobre dwa pacierze już była zpowrotem, i zaraz pojechali.
Szymek wlókł się za nimi wolno, bo w jedną szkapę i piachy były srogie, ale rozebrało go nieco, że to nie był zwyczajny picia i oszołomiony sądem, to się ino kiwał sennie w półkoszkach i, raz wraz przecykając, zdzierał czapkę ze łba, żegnał się nabożnie i, wpatrzony nieprzytomnie w ogon szkapy, jakoby w dziedzicową twarz na sądzie, mamrotał: ...świnia matczyna, białna cała, a ino kiele ogona czarną łatę miała...
Słońce się już było przetaczało ku zachodowi, gdy wjechali w las.
Mało wiele pogadywali, choć siedzieli wpodle siebie na przedniem siedzeniu.
Czasem któreś zagadnęło jakiemś słowem, że to nieobycznie siedzieć jak te mruki, ale ino tyla tego było, żeby śpik nie morzył i język nie zasechł...
Boryna poganiał źróbkę, bo wolniła, że to już do pół boków spotniała z umęczenia i gorąca, czasem pogwizdał a milczał, i coś żuł, coś ważył w sobie, coś kalkulował i często a niewidnie poglądał na starą, na jej suchą kieby z blichowanego wosku twarz, całą w podłużnych brózdach zastygłą - poruszała bezzębnemi wargami, jakby się modliła pocichu; czasem pociągała czerwoną zapaskę barzej na czoło, bo słońce świeciło prosto w oczy, i siedziała nieruchomo, ino jej bure oczy gorzały.
- Wykopaliście ta już co? - zagadnął wreszcie.
- A juści. Obrodziły latoś niezgorzej.
- Przychować będzie wama łacniej.
- Wsadziłam też wieprzka do karmika, bo w zapusty może się zdać...
- Pewnie, pewnie... - mówiły, że Walek Rafałów przysyłał z wódką?...
- Nie on jeden, nie... ale po próżnicy ino grosz tracą... nie la takich Jaguś moja, nie.
Podniosła głowę i jastrzębiemi oczami wpiła się w niego, ale Boryna, że człek był w latach, nie wicher żaden, to twarz pokazał zimną i spokojną nie do rozeznania. Długo nie rzekli ni słowa, jakby się tą niemotą mocując ze sobą.
Borynie nijako było zaczynać pierwszemu, bo jakże, w latach już był i gospodarz na całe Lipce pierwszy; no i mógł to zasię tak prosto rzec, co mu się Jaguś udała... Honor przeciech swój miał i pomyślenie - ale, że krwie gorącej był z przyrodzenia, to aże go złość porywała, że musi tak baczyć na siebie, tak kołować a zabiegać.
Dominikowa przezierała go coś niecoś i miarkowała zasię, co go tak markoci i rozbiera, ale ni słówkiem nie pomogła, ino raz wraz poglądała nań, to w ten świat i te dalekości niebieskie, aż i rzekła niechcący:
- Gorąc ci taki, kieby we żniwa.
- Rzekliście.
Jakoż i tak było, bo drogę otaczały potężne ściany boru, że żaden wiater ni przewiew nijaki nie przedzierał się z pól, a słońce wisiało prosto nad głowami i tak dogrzewało, że rozprażone drzewa stały bez ruchu i omdlałe czuby pochylały nad drogą i tylko raz wraz puszczały bursztynowe igliwo, co kołujący spływało na drogę. Grzybny zapach bajorów i liścia dębowego aż wiercił w nozdrzach.
- Wiecie, dziwno to mnie a i drugim, że taki gospodarz, co to i pomyślenie niebele jakie ma i grontu tela i posłuch u narodu - kiej wy na ten przykład, a do urzędu ambitu nie macie...
- Utrafiliście, że ambitu nijakiego nie mam. Co mi po tem? Sołtysem byłem bez trzy roki - tom dopłacił gotowym groszem. A com namarnował siebie i konisków! com się nakłyśnił i nabiegał - że i ten pies polowy niewięcej... A upadek w gospodarstwie był i marnacja, że jaże mi moja nie dała dobrego słowa...
- Miała i ona swój rozum. Urzędnikiem być zawżdy to i honor jest i profit.
- Bóg zapłać. Strażnikowi się kłaniaj, pisarza obłapiaj za nogi i bele ciaracha, co z urzędu - też... Wielgi mi honor! Nie płacą podatków, most się popsowa, wścieknie się pies, który weźmie kłonicą po łbie - kto winowaty?... Sołtys winowaty, do śtrafu sołtysa ciągają! Hale jest profit! Dosyć ja pisarzowi i do powiatu nanosił i kur, i jajków, i gąskę niektórą...
- Prawdę mówicie, ale Pietrkowi wójtostwo do grdyki nie wraca, nie; grontu już dokupił i stodółkę dostawił i konie ma kiej te hamany!...
- Juści, ino niewiada, co mu z tego ostanie, kiej się urząd skończy...
- Myślicie...
- Oczy swoje mam i miarkuję se zdziebko...
- Dufny ci on w siebie i z dobrodziejem koty drze.
- A że mu się darzy, to ino bez kobietę; on se wójtuje, a ona w garści wszystko dzierży.
Milczeli znowu z pacierz dobry.
- A wy to nie poślecie z wódką do której?.. - zapytała ostrożnie.
- I... nie bierą mę już ciągotki do kobiet, za starym...
- Nie powiadajcie po próżnicy! Ino ten stary, co się ruchać nie może, łyżki sam do gęby nie doniesie i na przypiecku se dochodzi... Widziałam, kiejście worek żyta nieśli.
- Juści, żem w sobie krzepki jeszcze, ale któraby ta poszła za mnie?...
- Któren nie probant - co wie? Obaczycie!
- Starym, dzieci dorastają... a pierwszej z brzegu nie wezmę...
- Zróbcie ino zapis a i co najpierwsze się wama nie sprzeciwią...
- La zapisu! Kiej te świnie! Za tę morgę, to i młódka najczystsza a pójdzie, choćby za dziada z pod kościoła...
- A chłopy to za wianem nie patrzą, co?
Nie odrzekł już, jeno skropił batem źrebicę, że ruszyła z miejsca galopem.
Milczeli długo.
Dopiero gdy wyjechali z lasu na pola, między przydrożne topole, Boryna, który cały ten czas burzył się w sobie i przegryzał, wybuchnął:
- Na psy takie urządzenie we świecie! Za wszystko płać, choćby i za to dobre słowo! Źle jest, że i gorzej być nie było. Już nawet dzieci na ojców nastają, posłuchu niema nijakiego, a wszystkie się źrą ze sobą kiej psy.
- Bo głupie, nie baczą, że wszystkich jednako ta święta ziemia pokryje.
- Leda jeden abo drugi od ziemi odrósł, a już do ojców z pyskiem, coby mu jego część dawali. Ze starszych się ino prześmiewają! Ścierwy, we wsi im ciasno, porządki stare im złe, ubieru nawet wstydzą się niektórzy!
- To wszystko bez to, że Boga się nie boją...
- Bez to i nie bez to, a źle jest.
- Nie idzie na lepsze, nie.
- Ma iść, kto ich to zniewoli?
- Kara Boska! Bo przyjdzie ta godzina sądu Panajezusowego, przyjdzie.
- Ale co się przódzi narodu namarnuje, tego nikt nie odbierze.
- Czasy takie, że lepiej, coby mór przyszedł.
- Czasy! Juści, ale i ludzie są winne. A kowal to co? A wójt? Z dobrodziejem się drą, ludzi buntują a tumanią, a głupie wierzą.
- Ten kowal, to moja trucizna, chociaż i zięć też...
I tak se już społecznie wyrzekali na ten świat, poglądając na wieś, co była już coraz bliżej widna, przez topole.
Pod smętarzem czerwienił się już zdala rząd kobiet pochylonych i zasnutych delikatną mgłą dymów, a wkrótce i głuchy, monotonny trzepot miądlic jął raz wraz dopływać z powiewem, co się był podnosił z nizinnych łąk.
- Dobry czas na miądlenie. Zlezę przy nich, bo jest tam i Jaguś moja.
- Nic mi z drogi, to was podwiezę...
- Dobrzyście, Macieju, że jaże mi dziwno... - uśmiechnęła się chytrze.
Skręcił z topolowej na polną dróżkę, co biegła do smętarnych wrótni, i podwiózł pod smętarz, gdzie pod kamiennym szarym płotem, w cieniu brzóz, klonów i tych krzyżów, co się z mogiłek pochylały ku polom, kilkanaście kobiet miądliło zawzięcie suchy len, aż mgła pyłów wisiała nad niemi i długie włókna czepiały się żółtych listków brzóz i wisiały u czarnych ramion krzyżów; wpodle, na prętach rozpiętych, nad dołami, w których paliły się ognie, przesuszano len mokrawy jeszcze.
Miądlice ostro kłapały, aż cały rząd kobiet pochylał się ciągle w krótkich a prędkich drganiach i tylko coraz któraś się prostowała, roztrzepywała przygarść lnu z ostatnich paździerzy, zwijała ją w kulkę libo w chochoła i rzucała na rozpostartą płachtę przed siebie.
Słońce, że się już było przetoczyło nad lasy, świeciło im prosto w twarze, ale nic to - robota, śmiechy, wesołe słowa nie ustawały ani na to oczymgnienie.
- Szczęść Boże na robotę! - zawołał Boryna do Jagny, która miądliła skraja zarno; w koszuli była ino, a w czerwonym wełniaku i w chustce na głowie od kurzu.
- Bóg zapłać! - odrzuciła wesoło i modre, ogromne oczy podniosła na niego, i uśmiech przeleciał przez jej urodną, opaloną twarz.
- Suchy, córuchno, co? - pytała stara, obmacując obmiądlone garście.
- Suchy kiej pieprz, jaże się łamie... - Znowu spojrzała na starego z uśmiechem, aż ciarki przeszły po nim, że świsnął batem i odjechał, ale raz wraz się obracał za nią, choć już widna nie była, bo mu jak żywa stała w oczach...
- Dzieucha kiej łania... W sam raz - rozmyślał.
II.
Na Borynowym podwórcu, obstawionym z trzech stron budowlami gospodarskiemi, a z czwartej sadem, który go oddzielał od drogi, już się zebrało dość narodu; kilka kobiet radziło i wydziwiało nad ogromną i czerwono-białą krową, leżącą przed oborą, na kupie nawozu.
Stary pies, kulawy nieco i z oblazłą na bokach sierścią, oganiał graniastą, obwąchiwał ją, szczekał, to wypadał w opłotki i gnał dzieci na drogę, co się były wlewały na płotach i zazierały ciekawie w obejście, albo docierał do maciory, co legła pod chałupą i rozwalona jęczała cicho, bo ssały ją białe, młode prosięta.
Hanka nadbiegła właśnie zziajana, przypadła do krowy i jęła ją głaskać po gębuli i łbie.
- Granula, biedoto, granula! - wołała łzawo, aż buchnęła płaczem i lamentem serdecznym.
A kobiety radziły raz wraz nowe ratowanie chorej; to sól rozpuszczoną wlewali jej w gardło, to topiony z poświęcanej gromnicy wosk z mlekiem; radził ktosik mydła z serwatką - insza znowu wołała, żeby krew puścić - ale krowie nic nie pomagało, wyciągała się coraz dłużej, niekiedy podnosiła łeb i porykiwała długo, jakby o ratunek, boleśnie, aż jej piękne oczy o białkach różowych mętniały mgłą i ciężki, rogaty łeb opadał z wysilenia, że ino wysuwała ozór i polizywała ręce Hanki.
- A możeby Ambroży co poradził? - zaproponowała któraś.
- Prawda, na chorobach on jest znający - zawtórowali.
- Bieżyjno Józia. Na Anioł Pański dzwonili, to musi jeszcze być przy kościele. Laboga, a jak ociec nadjadą, będzie to pomstowanie, będzie. - A przeciech my niczego niewinowate! - narzekała płaczliwie.
A potem siadła na progu obory, wsadziła chłopakowi w usta, bo popłakiwał, białą, pełną pierś i z trwogą niezmierną spoglądała na krowę rzężącą, to przez opłotki na drogę i nasłuchiwała.
W pacierz abo i dwa wpadła Józia z krzykiem, że Jambroży już idą.
Jakoż i przyszedł zaraz dziad może stuletni, prosty jak świeca, choć o nodze drewnianej i o kiju, twarz miał suchą, pomarszczoną jak kartofel na zwiesnę i szarą takoż, wygoloną i pociętą szramami, włosy białe jak mleko kosmykami opadały mu na czoło i kark, bo był z gołą głową.
Poszedł prosto do krowy i dokumentnie ją obejrzał.
- Oho, widzę, że świeże mięso jedli będzieta.
- A dyć jej pomóżcie co, wylekujcie, a toć krowa ze trzysta złotych warta - i dopiero po cielęciu, a dyć pomóżcie! O mój Jezu, mój Jezu! - zawołała Józia.
Ambroży wyjął z kieszeni puszczadło, powecował je po cholewie, przyjrzał się pod zorzę ostrzu i przeciął granuli arterje pod brzuchem - ale krew nie trysnęła, a ciekła wolno, czarna, spieniona.
Stali wszyscy dokoła pochyleni i patrzyli bez oddechu.
- Za późno! Oho, bydlątko ostatnią parę puszcza - rzekł uroczyście Ambroży. - Nic to, ino paskudnik albo i co innego... trza było zaraz, kiej zachorzała... ale te baby, to ino juchy do płakania są mądre, a jak trza radzić, to w bek kiej owce. - Splunął pogardliwie, obszedł krowę, zajrzał jej w oczy, przyjrzał się ozorowi, obtarł zakrwawione ręce o jej miękką, lśniącą skórę i zabierał się do odejścia.
- Na ten pochowek dzwonił nie będę; zadzwonita w garki sami.
- Ociec z Antkiem! - krzyknęła Józka i wybiegła na drogę, naprzeciw, bo głuchy, ciężki turkot rozległ się z drugiej strony stawu, gdzie w rozczerwienionej zorzami zachodu kurzawie czerniał długi wóz i konie.
- Tatulu, a to... graniasta już zdycha - wołała, dobiegając do ojca, który skręcał właśnie na tę stronę stawu. Antek szedł w końcu i podtrzymywał, bo wieźli długą sosnę.
- Nie pleć byle czego po próżnicy - mruknął, podcinając konie.
- Jambroży puszczali krew i nic... i wosk topiony lali jej w gardziel i nic... i sól... i nic... pewnie paskudnik... Witek pedał, co borowy wygnał ich z zagajów i co granula zara się pokładała i stękała, jaże ją i przygnał...
- Graniasta, najlepsza krowa, ażeby was, ścierwy, pokręciło, kiej tak pilnujecie - rzucił lejce synowi i z batem w garści pobiegł przodem.
Baby się rozstąpiły, a Witek, który cały czas coś najspokojniej majstrował pod chałupą, skoczył w ogród i przepadł ze strachu, nawet Hanka podniosła się naprogu i stała bezradna, strwożona.
- Zmarnowali mi bydlę!.. - wykrzyknął wreszcie stary, obejrzawszy krowę. - Trzysta złotych jak w błoto! Do miski to ścierwów aż gęsto, a przypilnować niema kto. Taka krowa, taka krowa! A to człowiek ruszyć się z domu nie może, bo zaraz szkoda i upadek...
- Dyć ja od połednia samego byłam przy kopaniu - tłumaczyła się cicho Hanka.
- A bo ty co kiej widzisz! - krzyknął z wściekłością. - A bo ty stoisz o moje!
- Taka krowa, taki haman, że i drugiej nie w każdym dworzeby znalazł!
Wyrzekał coraz żałośniej i obchodził ją, próbował podnieść, ciągał za ogon, zaglądał w zęby, ale krowa dyszała chrapliwie i coraz ciężej, krew przestała płynąć, tylko krzepła w czarne, spieczone żużle - wyraźnie już zdychała.
- Niema co, ino ją trza dorznąć, choć tyla się wróci! - rzekł wkońcu, przyniósł kosę ze stodoły, poostrzył ją nieco na taczalniku, co stał pod okapem obory, rozdział się ze spencerka, zawinął rękawy koszuli i zabrał się do zarzynania...
Hanka z Józią buchnęły płaczem, bo granula, jakby czując śmierć, uniosła z trudem łeb, zaryczała głucho i... padła z przerzniętem gardłem, grzebiąc ino nogami...
Pies zlizywał krzepnącą na powietrzu krew, a potem skoczył na doły od kartofli i szczekał na konie, stojące z wozem w opłotkach, bo tam je zostawił Antek, a sam spokojnie przyglądał się jatce.
- Nie bucz głupia! Ojcowa krowa, to nie nasza strata! - powiedział ze złością do żony i zabrał się do wyprzęgania i rozbierania koni, które już Witek ciągnął za grzywy do stajni.
- Ziemniaków w polu dużo? - zagadnął Boryna, myjąc pod studnią ręce.
- A bogać tam mało, będzie ze dwadzieścia worków.
- Trzeba dzisiaj zwieźć.
- Hale, zwoźcie se sami, ja już kulasów nie czuję ni krzyża... a i licowy kuleje na przednią.
- Józka, zwołaj no Kubę od kopania, niech źróbkę założy za licowego i trza dzisiaj zwieźć. - Deszcz ano być może.
Ale wrzał złością i zmartwieniem, bo coraz to przystawał przed krową i klął siarczyście, a potem łaził po podwórzu i zaglądał to do obory, to do stodoły, to pod szopą i sam nie wiedział, czego szuka, żarła go ano taka strata.
- Witek! Witek! - jął wołać i odpinał szeroki rzemień z bioder, ale chłopak się nie pokazał.
Ludzie się porozchodzili, bo rozumieli, że taka szkoda i taka markotność musi się skończyć bitką, jako że do niej Boryna był skory zazwyczaj, ale stary klął tylko dzisiaj i poszedł do izby.
- Hanka, a dajno jeść! - krzyknął na synową w otwarte okno i poszedł na swoją stronę.
Dom był zwykły, kmiecy - przedzielony naprzestrzał sienią ogromną; szczytem wychodził na podwórze, a frontem czterookiennym na sad i na drogę.
Jedną połowę od ogrodu zajmował Boryna z Józią, a na drugiej siedzieli Antkowie. Parobek z pastuchem sypiali przy koniach.
W izbie było już czarniawo, bo przez małe okienka, przysłonięte okapem i zagajone drzewami, mało przeciskało się światła, a i mroczało już na świecie, że tylko połyskiwały szkła obrazów świętych, co rzędem czerniły się na bielonych ścianach; izba była duża, ale przygnieciona czarnym pułapem i ogromnemi belkami pod nim, i tak zastawiona różnym sprzętem, że tylko koło wielkiego komina z okapem, co stał przy siennej ścianie, było niecoś swobodnego miejsca.
Boryna się rozzuł i poszedł do ciemnego alkierza, zamykając drzwi za sobą, odsunął z małej szybki deskę, że zachodnie światło krwawym brzaskiem zalało alkierz.
Izdebka pełna była różnych rupieci i statków gospodarskich, na drążkach, wpoprzek przewieszonych, wisiały kożuchy, czerwone pasiaste wełniaki, białe sukmany, to całe pęki motków szarej przędzy i zwinięte w kłęby brudne runa owiec i worki z pierzem. Wyciągnął białą sukmanę i pas czerwony, a potem długo czegoś szukał w beczkach, napełnionych zbożem, to w kącie pod stosem starych rzemieni i żelastwa, aż usłyszawszy Hankę w pierwszej izbie, zaciągnął deskę na okienko i znowu coś długo grzebał w zbożu.
A na ławie pod oknem już się dymiło jadło; od ogromnego tygla z kapustą rozchodził się zapach słoniny, jak i od jajecznicy, której niezgorsza miseczka stała obok.
- Gdzie Witek pasł krowy? - zapytał, krając potężny glon chleba z bochna, jak przetak wielkiego.
- Na dworskich zagajach, i borowy go stamtąd wygonił.
- Ścierwy, zmarnowali mi bydlę.
- Przecięch, tylo krowa, to się i zlachała w tem gonieniu, że się w niej cosik zapaliło.
- Dziadaki psiekrwie. Paśniki są nasze, w tabeli stoi kiej wół, a one cięgiem wyganiają i pedają, co ich.
- Drugich też powyganiali, a chłopaka Walkowego tak zbił, tak zbił...
- Ha! do sądu trza abo i do komisarza. Trzysta złotych warta, jak nic.
- Pewnie, pewnie - przytakiwała rada niezmiernie, że ociec się udobruchali.
- Powiedzcie Antkowi, że skoro ziemniaki zwiezą, to niech się wezmą do krowy, trza ją obłupić i poćwiertować. Przyndę od wójta, to wama pomogę. W sąsieku u belki ją powiesić - będzie przespiecznie ode psów lebo jenszej gadziny...
Skończył wrychle jeść i wstał, bych się nieco przyogarnąć, ale takie ociążenie poczuł w sobie, takie ciągotki w kościach, taką senność, że, jak stał, rzucił się na łóżko, by się z pacierz przedrzymać.
Hanka poszła na swoją stronę i krzątała się po izbie i coraz to wychylała się przez okno spojrzeć na Antka, który pożywiał się na ganku, przed domem; odsadził się od miski obyczajnie i zwolna ciągnął łyżkę za łyżką, skrzybiąc mocno o wręby i spozierając czasami przed się na staw - bo zachód już był, i na wodzie czyniły się złoto-purpurowe tęcze i płomienne koliska, przez które, niby białe chmurki, przepływały z gęgotem gęsi, rozlewając dziobami sznury krwawych pereł.
Wieś zaczynała się mrowić i wrzeć ruchem; na drodze, z obu stron stawu, ciągle podnosiły się kurzawy i turkoty wozów i porykiwania krów, które wchodziły do stawu po kolana, piły wolno i podnosiły ciężkie łby, aż cienkie strugi wody, niby bicze opali, opadały im z szerokich gembul.
Gdzieś, od drugiego końca stawu, słychać było trzask kijanek bab piorących i głuchy, monotonny łopot cepów w jakiejś stodole.
- Antek, urąb no pieńków, bo sama nie poradzę - prosiła nieśmiało i z obawą, bo nic to nie było u niego kląć abo i zbić z leda powodu.
Nie odrzekł nawet, jakby nie słyszał, że ona nie śmiała powtórzyć i już sama poszła udziabywać trzaski z pni - i milczał zły, zmęczony całodzienną pracą srodze, i patrzył teraz na staw, na drugą stronę, w duży dom, świecący białemi ścianami i szybami okien, bo zachód bił w niego. Pęki czerwonych georginij wychylały się z za kamiennego płotu i paliły jaskrawo na tle ścian, a przed chałupą, w sadzie, to między opłotkami uwijała się wysoka postać - ale twarzy rozeznać nie można było, bo co chwila ginęła w sieni - to pod drzewami.
- Śpią se kiej dziedzic, a ty parobku rób - mruknął ze złością, bo ojcowe chrapanie rozlegało się aż na ganku.
Poszedł na podwórze i raz jeszcze przyjrzał się krowie.
- Juścik ojcowa krowa, ale i nasza strata - rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza.
- Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko.
- Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził.
- Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki - szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły narozcież.
- Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry - rzucił Antek.
I już nie mówili, słychać było tylko, grochot zsypywanych na klepisko ziemniaków.
Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i ostygłego złota i posypywały na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i szmerem sennym.
Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora. Chałupy malały, jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do płotów szarych.
Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsadzały żarłoczne ryje do cebrotek, gdzie stało picie dla bydląt.
To krowy wydoić, bo właśnie Witek przygnał resztę z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokojniej stały przy dojeniu.
Jakoż Józia zabrała się doić pierwszą z brzegu, gdy Witek wylazł od żłobów i spytał cicho, trwożnie:
- Józia, a gospodarz źli?..
- O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą... tak pomstowali - odpowiedziała, wytykając ku światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much.
- Ale... bom to winowaty... ale... borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom uciekł... a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał...
Zamilkł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem.
- Witek... a nie bucz kiej ciele, bo ci to pierwszyzna, że cię ociec spierą?...
- Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam... bo nijakiej wytrzymałości na bicie nie mam...
- Głupiś, parobek tyli a boja się... już ja przełożę tatusiowi...
- Przełożysz, Józia? - zawołał radośnie - bo to borowy mię wygnał z krowami, bo...
- Przełożę Witek, ino się już nie bojaj!..
- Kiej tak... to naści tego ptaka! - szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. - Obacz ino, jak się sam rucha.
Postawił go na progu obory, nakręcił, i ptak zaczął się kiwać, podnosić nogi długie i spacerować...
- Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! - zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła.
- Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co?
- A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie - o... - odwrócił go, i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję, podnosił nogi i szedł.
Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami, tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka - podziw w nich był a zdumienie.
- Józia! - rozległ się głos Boryny z przed chałupy.
- A czegoj?... - odkrzyknęła.
- Chodzi ino.
- Kiej dojem krowy.
- Pilnuj tu, bo idę do wójta - powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory - niema tutaj tego znajdka, co?
- Witka?... ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urznąć sieczki dla koni... - odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu.
- Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę - mruczał, powracając do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czarnemi tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł drogą nad stawem ku młynowi.
- Roboty jeszcze tyla... zwózka drzewa... siew nieskończony... kapusta w polu... ściółka niewygrabiona... podoraćby trza na kartofle... dobrzeby i pod owsy... a tu jedź na sądy... Laboga, że to człek nigdy obrobić się nie obrobi, ino cięgiem jak ten wół w jarzmie... że i wyspać się nie ma czasu ni odpocząć... - rozmyślał. - A tu i ten sąd... Tłumok ścierwa, hale, ja z nią sipiałem... żebyś ozór straciła... lakudro jakaś... suka... splunął ze złością, nabił fajeczkę machorką i długo pocierał zwilgotniałe zapałki o portki, nim zapalił.
Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości, i żale za krową raz wraz go markociły i rozbierały.
A tu ani odbić się na kiem, ani wyżalić, nic... sam jak ten kołek; sam o wszystkiem myśl, sam deliberuj łbem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies... a do nikogój słowa przemówić, i rady znikąd, ni pomocy - a ino strata i upadek... a wszystkie, to kiej te wilki za owcą... a ino skubią, a patrzą, kiedy ozerwą w kawały...
Ciemnawo już było we wsi, przez przywierane drzwi i okna, że to wieczór był ciepły, buchały smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniaków i żuru ze skwarkami; gdzie niegdzie jedli w sieniach albo i zgoła przed domami, że ino skrzybot łyżek słychać było a pogadywania.
Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nieboszczki, co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę...
- Ho! ho!... przy niej, co ją wspominam wieczorem w dobry sposób, nie przygodziłoby się tak granuli... gospodyni to była, gospodyni!... Juści, że i mamrot i przeklętnica też, że i dobrego słowa nikomu dać nie dała i cięgiem się z babami za łby wodziła... ale zawżdy żona i gospodyni! - Tu westchnął pobożnie na jej intencję, i żal go jeszcze większy dusił, bo przypomniał, jak to bywało...
Przyszedł z roboty, spracowany - to i jeść tłusto dała i często gęsto kiełbasy podtykała kryjomo przed dzieciskami... A jak się wszystko darzyło!... i cielaki, i gąski, i prosiaki... że co jarmarek było z czem jeździć do miasta, i grosz był zawsze gotowy, na zakład z samego przychówku... A już co kapusty z grochem, to już jensza zgoła tak nie potrafi...
- A teraz co?...
Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok idzie... Hanka kiej ta ćma łazi, a choruje jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze...
Toć i marnuje wszystko... granule trza było dorznąć... we żniwa wieprzek zdechł... wrony gąski tak przebrały, że z połowa ostała!... Tyle marnacji, tyle upadku!... Przez sito wszyćko leci, przez sito...
- Ale nie dam! - wykrzyknął prawie głośno - póki rucham temi kulasami, to ani jednej morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę...
Ino Grzela z wojska do dom powróci, to niechta se Antek na żoniną gospodarkę wróci... nie dam...
- Niech będzie pochwalony zabrzmiał jakiś głos.
- Na wieki... - odrzucił machinalnie i skręcił z drogi w szerokie i długie opłotki, bo wójtowa osada leżała trochę w głębi.
W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły.
Wszedł prosto do świetlicy.
- Wójt doma? - zapytał tłustej kobiety, klęczącej przy kołysce i karmiącej dziecko.
- Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie Macieju, a dyć i ci też czekają na niego - wskazała ruchem brody dziada, siedzącego przy kominie; był to ten stary ślepiec, wodzony przez psa; czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygoloną twarz, łysą czaszkę i szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruchomo tkwiące pod siwemi, krzaczastemi brwiami...
- Skąd to Pan Bóg prowadzi? - zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia.
- Ze świata, a skądżeby gospodarzu - odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę.
- Zażyjcie gospodarzu.
Maciej zażył rzetelnie i kichnął raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły.
- Tęga jucha! - i rękawem tarł załzawione oczy.
- Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy.
- Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie.
- Bóg zapłać... Boryna, widzi mi się, co?..
- A juści, żeście to rozeznali?.. no, no.
- Po głosie ino, po gadaniu.
- Cóżta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem.
- Moiściewy, a cóżby! A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają.
- Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest.
- Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie.
- A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni - zapytała wójtowa.
- Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki... Miałem coś grosza od ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Częstochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał i poszedł we świat! Cichoj Burek! bo to pewnikiem wójt! - pociągnął sznurkiem, i pies warczeć przestał.
Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał:
- Żono jeść, bom głodny kiej wilk - jak się macie Macieju, a wy czego dziadu?..
- Ja do was wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro.
- Ja zaś se poczekam, panie wójcie. Każecie w sieniach - dobrze i tam będzie, a ostawicie przy ogniu, że to stary jestem, ostanę, a dacie tę miseczkę ziemniaków abo i chleba skibkę - to pacierz za was zmówię jeden abo i drugi... jakbyście dali gotowy grosz abo i dziesiątkę...
- Siedźcie se, dostaniecie i kolację, a chcecie, to zanocujcie...
I wójt siadł do miski, okrytej parą świeżo utłuczonych ziemniaków i polanych obficie skwarkami, w drugiej donicy stało zsiadłe mleko.
- Siadajcie Macieju z nami, zjecie co jest - zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę.
- Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł...
- Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie...
- Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł - rzucił dziad.
Boryna wzdragał się, ale wkońcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał zwolna, delikatnie, jak obyczaj kazał.
A wójtowa raz wraz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała.
Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła.
- Cichoj Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... - uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu.
- To Jewka was podobno zaskarżyła - zaczął wójt, podjadłszy nieco.
- A ona ci! żem to jej zasług nie wypłacił. Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i jeszczem ponadto, z dobrego serca księdzu za chrzciny dał worek owsa...
- Ona powieda, że ten dzieciak to...
- W imię ojca i syna. Wściekła się, czy co?
- Ho, ho! stary z was, a jeszcze majster! - Wójtowie poczęli się śmiać.
- Staremu prędzej się przytrafi, bo praktyk ci jest i znający! - szeptał dziad.
- Cygani jak ten pies, anim ją tknął. Jeszczeby taki tłumok... taka pode płotem zdychała, a skamlała, coby ją za samą warzę, a kąt do spania, wziąć, bo na zimę szło. Nie chciałem, ale nieboszka peda: - weźmiem, przyda się w domu, co mamy przynajmować... będzie swoja pod ręką... - Nie chciałem ja, jako że zimą roboty nijakiej, a jedna gęba więcej do miski. - Ale nieboszka peda: - nie turbuj się, umie pono wełniaki i płótno tkać, zasadzę ją i niechta se ścibie, zawżdy coś uścibie. - No i ostała, odpasła się ino i zarno się postarała o przychówek... A kto w spółce, to już różnie gadali..
- Ona skarży na was.
- Zakatrupię ścierwę, cygana pieskiego!
- Ale do sądu trza wam iść.
- Pójdę. Bóg zapłać, żeście mi powiedzieli, bo wiedziałem ino, że o zasługi - ale zapłaciłem, na co świadków mam! A pyskacz zapowietrzony, a dziadówka. Laboga, tyle umartwienia, że jaż chyba udzierżyć nie udzierżę - a to mi i krowa padła, że dorznąć musiałem, roboty niepokończone, a tu człowiek sam kiej ten palec.
- U wdowca, to kiej między wilkami owca - powiedział znowu dziad.
- O krowiem słyszał, mówili mi już na polu...
- To dworska sprawa, bo pono borowy wygnał z zagajów. Najlepsza krowa! Ze trzysta złotych wartała, zegnała się, bo ciężka była, zapaliły się w niej wątpia, żem dorznąć musiał... Ale dworowi tego nie daruję... Podam do sądu.
Ale wójt zaczął mu tłumaczyć i przekładać, żeby się wstrzymał, jako w pierwszej złości zawsze się źle radzi, bo stał za dworem, a wkońcu, żeby zwrócić rozmowę w inną stronę, mrugnął na żonę i powiedział:
- Bobyście się Macieju ożenili i miałby kto gospodarstwa pilnować.
- Kpicie czy co?... A dyć na Zielną skończyłem pięćdziesiąt i osiem roków. Co wama też w głowie, jeszcze tamta dobrze nie ostygła...
- Weźcie kobitę do swego wieku, a zaraz się wam zgoi wszystko - dodała wójtowa i jęła sprzątać ze stołu.
- Dobra żona głowy mężowej korona - dorzucił dziad, obmacując miski, które przed nim postawiła wójtowa.
Żachnął się Boryna, ale zamedytował głęboko, że mu to samemu do głowy nie przyszło. Boć jaka się tam kobieta nadarzy, a zawżdy z nią lepiej, niźli samemu biedować...
- Która i głupia i niemrawa, która znów kłótnica, która do chłopskich kołtunów sięgająca, która paparuch a latawiec po muzykach i karczmach, a zawżdy chłopu z nią lepiej i wygoda - ciągnął dziad, pojadając.
- Dopieroby na wsi wydziwiali - powiedział Boryna.
- Hale - ludzie wama zwrócą krowę abo i co poradzą, abo i kiele gospodarstwa chodzić będą, abo się nad wami użalą - zagadała gorąco wójtowa.
- Albo i ciepłą pierzynę narządzą - zaśmiał się wójt. - A we wsi tyle jest dziewuch, że jak się idzie między chałupami, to bucha kiej z pieca...
- Ale, widzisz go, rozpustnik... czego mu się zachciewa...
- A Zośka Grzegorzowa na ten przykład, śmigła, piękna i wiano niezgorsze.
- A cóżto Maciejowi potrza wiana, nie gospodarz to pierwszy we wsi.
- Ktoby ta miał dobra i grontu dosyć - zaoponował dziad.
- Ni, Grzegorzowa nie la nich - podjął wójt - za mdła i młódka to jeszcze.
- A Jędrkowa Kasia - wyliczała dalej wójtowa.
- Zmówiona. Wczoraj Rochów Adam posyłał z wódką.
- Jest ci jeszcze Stachowa Weronka.
- Mamrot, latawiec i jedno biedro ma grubsze.
- A wdowa po Tomku, jakże to jej... całkiem jeszcze do żeniaczki...
- Troje dzieci, cztery morgi, dwa krowie ogony i stary kożuch po nieboszczyku.
- A Ulisia tego Wojtka, co to za kościołem siedzi?..
- I... to la kawalera... z przychowkiem, chłopak mógłby już być do pasionki, ale Maciejowi tego nie potrza, ma już pastucha swojego.
- Jestci jeszcze, jest tego nasienia pannowego, ale ino wybieram takie, coby pasowały la Macieja.
- A zabaczyłaś o jednej, coby była la nich w sam raz.
- Którna?..
- A Jagna Dominikowa?
- Prawda, całkiem o niej przepomniałam.
- Sielna dziewucha, a rosła, że bez płot nie przejdzie, bo żerdki pod nią pękają... a piękna, biała na gembie, a urodna kiej jałowica.
- Jagna - powtórzył Boryna słuchający w milczeniu wyliczania - a to powiedają o niej, że łasa na chłopaków.
- Ale, był to kto przy tem, to wie! Pleciuchy pletą byle pleść, a wszystko ino przez zazdrość - broniła mocno wójtowa.
- Ja też nie powiedam sam z siebie, ino tak pogadują. - Ale trza mi iść - poprawił pasa, wraził węgielek we fajkę i pyknął parę razy.
- Na którą to w sądzie? - zapytał spokojnie.
- Na dziewiątą napisane w powiestce. Musicie do dnia wstać, jeśli na piechty.
- I... źróbką se wolno pojadę. Ostańcie z Bogiem, dziękuję wama za pożywienie i somsiedzką radę.
- Idźcie z Bogiem, a pomyślcie, cośwa wama raili... Powiecie, to z wódką pójdę do pani matki, i jeszcze przed Godami sprawim wesele...
Boryna nie odrzekł nic, łypnął ino oczami i wyszedł.
- Jak stary młódkę bierze, djabeł się cieszy, bo profit z tego miał będzie - rzekł dziad poważnie, skrobiąc głośno po dnie miski.
Boryna wolno wracał i żuł w sobie rozważnie, co mu raili. Nie dał poznać po sobie, tam u wójtów, że mu się ta myśl strasznie udała, bo jakże, gospodarz był a nie żaden chłopak, co to ma jeszcze mleko pod nosem, a na wspominek o żeniaczce aże kwiczy i z nogi na nogę przedeptuje.
Noc już ogarnęła ziemię, gwiazdy srebrną rosą pobłyskiwały z ciemnych, głuchych głębin, cicho było we wsi, psy tylko niekiedy poszczekiwały, a tu i owdzie, z poza drzew, mżyły się słabe światełka... czasem wilgotny podmuch zawiał z łąk, że drzewa poczęły się lekko chybotać i zcicha poszemrywać listkami.
Boryna nie wrócił drogą, jaką był przyszedł, a tylko puścił się wdół, przeszedł most, pod którym woda z bełkotem przelewała się do rzeki i waliła głucho na młyn, i nawrócił na drugą stronę stawu. Wody leżały ciche i lśniły się czarniawo, pobrzeżne drzewa rzucały na taflę czarne cienie i jakby ramą obejmowały brzegi, a w pośrodku stawu, gdzie jaśniej było, odbijały się gwiazdy niby w zwierciadle stalowem.
Maciej sam nie wiedział, dlaczego nie poszedł prosto do domu, a wybrał dłuższą drogę, może, aby przejść koło domu Jagny, a może, aby zebrać nieco myśli i pomedytować.
- Juści, że byłoby niezgorzej! juści! A co tam o niej mówią, to taka prawda. - Splunął. - Sielna kobieta! - Dreszcz nim wstrząsnął, bo i chłód wilgotny szedł od stawów, a u wójtów gorąc był silny.
- A bez kobiety trza zmarnieć abo dzieciom gospodarkę odpisać - myślał - a duża jucha i kiej malowana. - A krowa najlepsza padła, a kto wie jutra?... Może to i trza poszukać żony? Tyle obleczenia po nieboszce jest - przygodziłoby się. Ale stara Dominikowa to pies... a cóż, mają chałupę i gront, toby na swojem ostała. Troje ich a mają piętnaście morgów, bo niby na Jagnę pięć i spłata za chałupę i lewentarz! Pięć morgów, to rychtyk te pola za mojem kartofliskiem, żyto widzi mi się posiały latoś, tak... Pięć morgów do moich to... trzydzieści i pięć bezmała! Karwas pola!..
Zatarł ręce i poprawił pasa. - To ino młynarz ma więcej... złodziej, krzywdą ludzką a precentami, a oszukaństwem tyla nabrał... A na bezrok podwiózłbym gnoju a uprawił i pszenicy posiał na całym kawale; koniaby trzeba przykupić a i po granuli krowinę jaką... Prawda, krowęby dostać dostała...
I tak rozmyślał, liczył, rozmarzał się gospodarsko, aż czasem i przystawał z ciężkiej deliberacji. A że mądry chłop był, to wszystko zasię zbierał w sobie i głęboko w głowę patrzył, coby czego nie prześlepić i nie przepomnieć.
- Wrzeszczałyby juchy, wrzeszczały! - pomyślał o dzieciach, ale wnet fala mocy i pewności zalała mu serce i skrzepiła głuche jeszcze, wahające postanowienia.
- Gront mój, wara komu drugiemu do niego. A nie chceta, to... - nie skończył, bo stanął przed chałupą Jagny.
Świeciło się u nich jeszcze i przez otwarte okno padała szeroka smuga światła i szła przez kierz georginjowy i niskie drzewa śliwkowe aż na płot i drogę.
Boryna stanął w cieniu i zapuścił wzrok w izbę.
Lampka tliła się nad okapem, ale w kominie musiał się buzować tęgi ogień, bo słychać było trzask świerczyny i czerwonawe światło zapełniało ogromną, mroczną po kątach izbę; stara, skulona przed kominem, czytała cosik głośno, a Jagna przeciw niej twarzą do okna siedziała; w koszuli była tylko i z podwiniętemi do ramion rękawami - podskubywała gęś.
- Urodna jucha, to urodna! - myślał.
Podnosiła czasem głowę, nasłuchiwała matki, wzdychała ciężko, to znowu brała się skubać pióra, aż gęś zagęgała boleśnie i rwać się poczęła z krzykiem z jej rąk, i bić skrzydłami, że puch się rozwiał po izbie białym tumanem. Uspokoiła ją rychło i mocno ściskała kolanami, że gęś jeno pogęgiwała zcicha a boleśnie, i odpowiadały jej inne gdzieś z sieni czy z podwórza.
- Piękna kobieta - pomyślał i odszedł śpiesznie, bo mu uderzyło do głowy, aż się podrapał, zapiął pętlę i pasa przyciągnął.
Już był w swoich wrotach i wchodził w opłotki, gdy się obejrzał na jej dom, bo rychtyk stał naprzeciw, tylo, że po tamtej stronie wody. Ktoś akuratnie wychodził, bo przez drzwi uchylone lunęła struga światła i jak błyskawica zamigotała i padła aż na staw, potem czyjeś mocne stąpania zadudniły i rozległ się chlupot wody nabieranej, a wkońcu, wskroś ciemni i mgieł, co się były zwlekały z łąk, śpiew się ozwał przyciszony:
Ja za wodą, ty za wodą,
Jakże ja ci buzi podom?..
Podam ci ją na listeczku,
A naści-że kochaneczku...
Słuchał długo, ale głos rychło przepadł i światła wkrótce pogasły.
Na niebo wtaczał się z za lasów księżyc w pełni i rozsrebrzał czuby drzew i siał przez gałęzie światło na staw i zaglądał w okna chat, co mu były naprzeciw. Psi nawet pomilkli, cichość niezgłębiona objęła wieś całą i stworzenie wszelkie.
Boryna obszedł podwórze, zajrzał do koni, parskały i gryzły obroki; wsadził głowę do obory, bo drzwi dla gorąca stały otworem. Krowy leżały, przeżuwając a postękując, jako to jest zwyczajnie u bydlątek. Przywarł wrota do stodoły.
Zdjąwszy kapelusz, szedł do izby i mówił pół głosem pacierz.
A że spali już wszyscy, rozzuł się pocichu i zaraz legł spać.
Ale zasnąć nie mógł, to pierzyna go parzyła, że nogi z pod niej wysuwał, to mu po głowie chodziły sprawy różne, a turbacje, a pomyślenia... to mu brzuch ano ciężył srodze, że postękiwał i mruczał.
- Zawżdy mówię, że zsiadłe mleko ino rozpiera brzucha, coby na noc nie dawać...
A potem jął myśleć o Jagnie; jakby to dobrze było, bo i urodna i gospodarna i tyle pola... To znowu przypominał sobie dzieci, to te gadania na Jagnę, że mąciło się w nim wszelakie rozeznanie, i już nie wiedział, co począć, że uniósł się nieco i, jakto było zwyczajnie, chciało mu się do drugiego łóżka zawołać i poradzić.
- Maryś! Żenić się, czy to się nie żenić z Jagną?...
Ale wczas sobie przypomniał, że Maryś już od zwiesny na cmentarzu, a tam se śpi Józka i chrapie, a on jest sierotą, która poradzić się nikogo nie ma, to ino westchnął ciężko, przeżegnał się i jął mówić Zdrowaśki za nieboszczkę i wszytkie dusze w czyścu ostające.
IV.
Była niedziela - cichy, opajęczony i przesłoneczniony dzień wrześniowy.
Na ściernisku, tuż za stodołami, pasł się dzisiaj cały inwentarz Borynowy, a pod brogiem wysokim i pękatym, okrążonym zieloną szczotką żyta, wykruszonego przy układaniu, leżał Kuba, dawał baczenie na inwentarz i uczył pacierza Witka; często pokrzykiwał na niego albo i zasie szturchał biczyskiem, bo chłopak mylił się i latał oczami po sadach.
- Bacz, coć rzekłem, bo to pacierz - upominał poważnie.
- Dyć baczę, Kuba, baczę.
- To czegój ślepiasz po sadach?
- Widzi mi się, co są jeszcze jabłka u Kłębów...
- Zjadłbyś! a sadziłeś je to, co? Powtórz "Wierzę".
- Wyście też nie wywiedli kuropatwów, a wzieniście całe stado.
- Głupiś! Jabłka są Kłąbowe, a ptaszki Panajezusowe, rozumiesz!
- Aleście je wzieni z dziedzicowego pola...
- I pole jest Panajezusowe. Hale, jaki mądrala, powtórz "Wierzę".
Powtarzał prędko, bo go już kolana bolały od klęczenia, ale nie ścierpiał...
- Widzi mi się, co źróbka idzie w Michałową koniczynę - krzyknął gotowy do biegnięcia.
- Nie bój się o źróbkę a patrz pacierza...
Kończył wreszcie, ale już nie mógł wytrzymać, przysiadał na piętach, wykręcał się na wszystkie strony, a zoczywszy bandę wróbli na śliwkach, śmignął w nie grudką ziemi i śpiesznie bił się w piersi.
- A ochfiarowanie to zjadłeś kiej ulęgałkę, co?
Powiedział ochfiarowanie i z wielką ulgą wziął się do śpiącego Łapy i jął z nim baraszkować.
- Ale, gził się cięgiem będzie, kiej ten cielak głupi.
- Poniesiecie dobrodziejowi ptaszki?
- Poniesę...
- Spieklibym w polu.
- Spiecz se ziemniaków. Co mu się zachciewa!
- Idą już do kościoła - zawołał Witek, spostrzegając przez płoty i drzewa migające czerwone zapaski na drodze.
Słońce przygrzewało niezgorzej, że wszystkie okna i drzwi chałup powywierano naprzestrzał; gdzie niegdzie, pod przyzbami, myto się jeszcze, gdzie znowu czesano i zapletano warkocze, gdzie wytrzepywano świąteczne szmaty, zmięte całotygodniowem leżeniem w skrzyniach, gdzie już wychodzono na drogę, że raz wraz niby maki czerwone, niby georginje żółte, co dokwitały pod ścianami, libo te nagietki i nasturcje - tak szły kobiety strojne, szły dziewczyny, szli parobcy, szły dzieci, szli gospodarze w białych kapotach, podobni do ogromnych żytnich snopów, a wszyscy dążyli wolno ku kościołowi, drogami nad stawem, któren niby misa złota odbijał w sobie słońce, aż oczy raziło.
A dzwony wciąż biły radosnym głosem niedzieli, odpocznienia, modlitwy.
Kuba czekał, aż przedzwonią, ale że nie mógł się doczekać, schował pęk ptaków pod kapotę i rzekł:
- Witek, jak wydzwonią, spędź bydło do obór i przychodź do kościoła.
Ruszył ile mógł rychło, bo kulał srodze, dróżką biegnącą pod ogrodami, a tak zasłaną żółtym liściem topoli, że szedł kieby po szafranowym kilimie.
Plebanja stała naprost kościoła, przedzielona tylko odeń drogą, w głębi wielkiego ogrodu, pełnego jeszcze gruszek zielonych i jabłek rumianych.
Przed gankiem, obrośniętym w poczerwieniałe wino, Kuba się zatrzymał bezradnie, spozierając nieśmiało w okna i w sień, powywierane naoścież; a że wejść nie śmiał, cofnął się pod wielki klomb, pełen róż, lewkonii i astrów, od których bił słodki, upajający zapach; stado białych gołębi łaziło po zielonym, omszonym dachu i sfruwało na ganek.
Ksiądz chodził po ogrodzie z brewjarzem w ręku, ale raz wraz potrząsał gruszą to jabłonką, że słychać było ciężkie pacanie owoców o ziemię, pozbierał je w połę sutanny i niósł do domu.
Kuba zastąpił mu drogę i pokornie podjął za kolana.
- Cóż to powiecie? Aha... Kuba Borynowy.
- Juści... dyć parę kuropatków dobrodziejowi przyniosłem.
- Bóg ci zapłać. Chodź za mną.
Kuba wszedł ino do sieni i ostał przy progu, bo nijak nie śmiał wejść na pokoje, poglądał tyla co przez drzwi otwarte na obrazy wiszące po ścianach i przeżegnał się pobożnie i westchnął, a tak się czuł olśniony temi ślicznościami, że aże łzy miał w oczach i koniecznie chciało mu się zmówić pacierz, jeno że się bojał klęknąć na błyszczącej, śliskiej posadzce, żeby jej nie powalać.
Ale i ksiądz zaraz wyszedł z pokojów, dał mu złotówkę i rzekł:
- Bóg ci zapłać, Kuba, dobry z ciebie człowiek i pobożny, bo co niedziela chodzisz do kościoła.
Kuba podjął go za nogi, ale był tak ogłuszony radością, że ani wiedział, kiedy znalazł się na drodze...
- Cie, za te parę ptaszków a tylachna pieniędzy! Dobrodziej kochany! - szeptał, przyglądając się pieniądzowi. Nieraz ci on nosił dobrodziejowi różne ptaszki, to zajączka, to grzybków, ale nigdy jeszcze tyla nie dostał; co najwyżej to dziesiątkę abo i to dobre słowo... A dzisiaj... Jezu mój kochany! Całą złotówkę i na pokoje go wołał i tyla dobrości mu powiedział... Jezus! Aże za grdykę go coś ułapiło i łzy same leciały mu z oczów, a w sercu poczuł taką gorącość, jakby mu kto zarzewia nasuł za pazuchę...
- Ino jeden ksiądz uszanuje człowieka, ino on jeden!.. Niech ci Bóg da zdrowie i ta Panienka Częstochowska... Dobry z ciebie pan, dobry!... Boć cała wieś i parobki i gospodarze i wszystkie, to ino go kulasem przezywali, a niezgółą, a darmozjadem, a nikto dobrego słowa nigdy nie dał, nikto nie pożałował - chyba ino te koniska abo i te pieski... a przecież rodowy był... gospodarski syn... nie znajda żaden... nie obieżyświat a chrześcijan prawy, katolik...
Podnosił głowę coraz wyżej i coraz bardziej, prostował się, jak mógł, i zgóry, wyzywająco prawie patrzał na świat, na ludzi wchodzących na smętarz i na te konie, co stały pod murem przy wozach; nadział czapę na skołtunioną głowę i wolno, godnie ruszył do kościoła, jak gospodarz jaki, zatykając ręce za pas i tak zamiatając krzywą nogą, że kurzawa za nim wstawała.
Nie, nie ostał dzisiaj w kruchcie jak zawdy, jak przystało la niego, jeno się mocno jął przepychać przez ciżbę i parł prosto aż przed wielki ołtarz, aż tam, gdzie stawały same gospodarze, gdzie stojał Boryna i wójt sam; kaj stawały te, co nosiły baldach nad dobrodziejem, abo i te, co ze świecami kiej kłonice trzymali straż przy ołtarzu w czas podniesienia.
Patrzyli na niego ze zdumieniem i zgrozą, a często gęsto usłyszał przykre słowo i odebrał takie spojrzenie, jako ten pies, któren się tam ciśnie, gdzie go nie wołają. Ale Kuba nic sobie z tego dzisiaj nie robił; ściskał w garści pieniądz a duszę miał pełną słodkości i dobroci, jakoby po spowiedzi się czuł abo zasie i lepiej.
Zaczęło się nabożeństwo.
Uklęknął przy samej kracie i śpiewał z innymi, zapatrzony pobożnie w ołtarz, gdzie u góry był Bóg Ociec, siwy Pan i srogi, rychtyk podobny do dziedzica z Drzazgowej Woli, a w pośrodku sama Częstochowska w złocistem obleczeniu patrzyła na niego... a wszędy lśniła się pozłota, jarzyły się świece i stały bukiety papierowych czerwonych kwiatów... a ze ścian i z okien kolorowych wychylały się złote obręcze i święte, surowe twarze, i smugi złota, purpury, fioletu niby tęcza padały na jego twarz i głowę, całkiem jakby się unurzał w stawie przed zachodem, kiedy słońce bije w wodę. I poczuł się jakoby w niebie w tych ślicznościach, że ruchać się nie śmiał, ino klęczał wpatrzony w czarniawą, słodką, matczyną twarz Częstochowskiej, ino mówił pacierz za pacierzem spieczonemi wargami, a potem ino śpiewał tak żarliwie, tak ze wszystkich sił duszy wierzącej, tak sercem pełnem ekstazy, że jego zaschły, skrzypiący głos rozlegał się najdonośniej.
- Beczycie, Kuba, kiej ta koza żydowska! - szepnął mu ktoś zboku.
- La Pana Jezusa i tej Panienki... - mruknął, przerywając, bo się kościół uciszył. Ksiądz wszedł na ambonę, i wszyscy zadarli głowy i wpatrywali się w dobrodzieja, któren w białej komży pochylił się nad narodem i czytał ewangelję - a światła i farby biły na niego z okien, że widział się wszystkim, jako ten anioł, płynący na tęczy... Ksiądz mówił długo i tak mocno, że jaki taki westchnął skruszonem sercem, niejednemu łzy pociekły, a któren znów zasie spuszczał oczy i kajał się w sumieniu - i obiecywał poprawę... A Kuba patrzył w dobrodzieja, jak w obraz święty, i aż mu dziwno było, że to ten sam dobry pan, co mówił do niego i dał mu złotówkę - bo teraz wyglądał jak archanioł na ognistym wozie brzasków, twarz mu pobladła, oczy ciskały błyskawice, gdy zaczął podnosić głos i wypominać narodowi grzechy wszelkie, a skąpstwo, a pijaństwo, a rozpustę, a czynienie szkód, nieszanowanie starszych, bezbożność! I wołał wielkim głosem o upamiętanie się, błagał, zaklinał, prosił - aż Kuba nie wytrzymał i jął się trząść w sobie z winy tych wszystkich grzechów, z żalów, ze skruchy i ryknął głośnym płaczem a za nim naród cały: kobiety, gospodarze nawet, że płacz się uczynił w kościele, chlipanie, wycieranie nosów, a gdy ksiądz z pokutną modlitwą zwrócił się do ołtarza i padł na kolana. I jęk przeleciał kościół, i naród, jak las przygięty wichurą, runął twarzami na podłogę, aż kurz się podniósł i niby obłokiem osłonił te serca skruszone i łzami, westchnieniami, krzykiem wołające do Pana o zmiłowanie.
A potem cichość zapadła, cichość rozmodlenia i serdecznej rozmowy z Panem, bo zaczęła się suma; organy huczały zgłuszonym, pokornym a głębokim głosem, aż dusza Kuby zamierała z lubości i szczęścia nieopowiedzianego...
A potem głos księdza podnosił się znagła od ołtarza i płynął nad pochylonemi głowami strugą brzmień przenikających i świętych; to dzwonki krótką salwą dźwięczały, to dymy kadzideł biły pachnącemi słupami i niby obłokiem pokrywały klęczących i rozmodlonych, a Kubę napełniały taką rozkoszą, aż wzdychał ino, rozkładał ręce, bił się w piersi i zamierał z tej słodkiej niemocy, a szmery modlitw, westchnienia, nagłe wykrzyki i jęki gdzie niegdzie, gorące oddechy, światła, dymy, głos organów - zatapiały go jakoby w świętym śnie, jakoby w zapamiętaniu.
- Jezus! Jezus mój kochany! - szeptał olśniony i nieprzytomny, a złotówkę mocno dzierżył w garści, bo gdy po podniesieniu Jambroży zaczął obchodzić z tacką i pobrzękiwać, by słyszeli, że zbiera na światło, Kuba powstał, rzucił mocno pieniądz i długo, jako że tak czynili gospodarze, wybierał sobie reszty dwadzieścia i sześć groszy.
- Bóg zapłać - usłyszał z lubością.
I kiedy roznosili świece, bo nabożeństwo było z wystawieniem i procesją, Kuba wyciągnął śmiało rękę i, chociaż okrutnie chciało mu się wziąć całą - wzion jednako najmniejszą, ogarek prawie, bo spotkał się z surowym, karcącym wzrokiem Dominikowej, co stała wpodle niego z Jagusią - zapalił ją wnet, bo już i ksiądz ujął monstrancję, obrócił się z nią do ludu, że padli na twarz. Zaintonował pieśń i schodził wolno po stopniach ołtarza w ulicę znagła uczynioną z głów rozśpiewanych, świateł płonących, barw ostrych i głosów jękliwych; procesja ruszyła, organy huknęły potężnie, dzwonki poczęły rytmicznie dzwonić, lud pochwycił wtór i śpiewał jednym ogromnym głosem wiary; a przodem ciżby, w skrętach rozchwianych świateł, migotał srebrny krzyż, kołysały się niesione feretrony całe w tiulach, a kwiatach i koronach szychowych, a już we drzwiach wielkich, któremi przez obłoki dymów kadzielnych buchało słońce, rozwijały się na wietrze pochylone chorągwie i, niby ptaki purpurowe i zielone, łopotały skrzydłami.
Procesja obchodziła kościół.
Kuba osłaniał dłonią świecę i trzymał się uparcie tuż przy księdzu, nad którym Boryna, i kowal, i wójt, i Tomek Kłąb nieśli czerwony baldachim, a z pod niego promieniała monstrancja złota i tak była cała w ogniach słońca, że przez środek szklany widać było bladą, przezroczystą Hostję świętą.
Tak był nieprzytomny, że raz wraz się potykał i nadeptywał drugim na nogi.
- Uważaj, niedojdo!
- Pokraka, kulas jeden! - rzucali mu, poszturchując nierzadko.
Nie słyszał nic z tego; śpiew ludu brzmiał potężnym głosem, podnosił się jak słup, jak fala zda się płynął i bił w słońce blade; dzwony huczały nieustannie śpiżowemi ustami, aż trzęsły się lipy i klony, i raz wraz jakiś czerwony liść odrywał się i niby ptak spłoszony, spadał na głowy, a wysoko, wysoko nad procesją, nad czubami drzew pochylonych, nad wieżą kościoła krążyło stado gołębi zestraszonych...
..................................................................................................................
..................................................................................................................
..................................................................................................................
A po nabożeństwie naród wysypał się na smętarz przykościelny; wyszedł i z innymi Kuba, ale się dzisiaj nie śpieszył do domu, chociaż wiedział, że będzie na obiad mięso z tej dorzniętej krowy - nie, postawał, pogadywał ze znajomkami a przysuwał się do swoich gospodarzy, bo i Antek z żoną stojali w kupie z drugimi i poredzali, jak to w niedzielę po sumie zwyczajnie.
A w drugiej gromadzie, co się już była skupiła za wrotniami na drodze, rej wodził kowal, duży chłop, ubrany już całkiem z miejska, bo w czarnej kapocie, pokapanej woskiem na plecach, i w granatowym kaszkiecie, spodnie miał na buty i srebrną dewizkę na kamizelce; twarz miał czerwoną i rude wąsy i włosy pokręcone; rajcował donośnie a pośmiewał się, że aż rechotał, bo wykpis to był na całą wieś, że niech Bóg broni dostać mu się na jęzór. Boryna ino strzygł oczami ku niemu, a nadsłuchiwał, bo się bojał jego gadania, że to nawet rodzonemu kowal nie przepuścił, a cóż dopiero teści, z którym był w wojnie o wiano żonine - ale nie wymiarkował, bo mu się nawinęły pod oczy Dominikowa z Jagną, wychodzące z kościoła. Szły wolno, jako że i gęsto było narodu na smętarzu, i że się witały to z tym, to z owym i pogadywały słowem niektórem, bo chociaż wszystkie były sobie znajome a pokumane i powinowate i z wsie jednej, że często ino bez płot libo o miedzę siedzieli - a zawżdy pogwarzyć przed kościołem miło jest i potrzeba... Dominikowa rozwodziła się cichym, nabożnym głosem o dobrodzieju, a Jagna rozglądała się po ludziach, jako że wzrostem równa była i chłopom najroślejszym, a strojna dzisiaj była, że aż oczy rwała parobków, co się w kupę zbili przed wrótniami, na drodze, kurzyli papierosy i szczerzyli do niej zęby. Bo i urodna była i strojna i takiej postury, że i drugiej dziedzicównie z nią się nie mierzyć.
Dziewuchy ano i kobiety żeniate, przechodzące mimo, spozierały na nią z zazdrością, abo i zgoła przystawały wpodle, aby nasycić oczy tym jej wełniakiem pasiastym i sutym, co jak tęczą mazurską mienił się na niej, to na jej czarne trzewiki wysokie, zasznurowane, aż po białą pończochę, czerwonemi sznurowadłami, to na gorset z zielonego aksamitu tak wyszyty złotem, że aż się w oczach mieniło, to na sznury bursztynów i korali, co otaczały jej białą, pełną szyję; pęk różnobarwnych wstążek zwieszał się od nich na plecach i, gdy szła, wił się za nią niby tęcza.
Ale Jagna nie widziała zazdrosnych spojrzeń, błądziła modremi oczami po głowach i, natknąwszy się na wlepione w siebie oczy Antka, oblała się rumieńcem i, pociągnąwszy matkę za rękaw, ruszyła przodem, nie czekając.
- Jagna, poczekaj - krzyknęła za nią matka, witając się z Boryną.
Zatrzymała się na drodze, bo i parobcy hurmem ją otoczyli i poczęli witać a przymawiać złośliwie Kubie, któren szedł za nią, wpatrzon kieby w obraz.
Splunął jeno i powlókł się do domu, bo i gospodarze już ciągnęli, i trza było zajrzeć do koni.
- Całkiem kiej na tym obrazie! - zawołał bezwiednie, siedząc już w ganku.
- Kto, Kuba? - pytała Józia, szykująca obiad...
Spuścił oczy, bo wstyd mu się zrobiło i strach, żeby nie poznali.
Ale że obiad był syty a długi, to i wrychle zapomniał; bo mięso było, była i kapusta z grochem, był i rosół z ziemniakami, a na amen postawili niezgorszą miseczkę kaszy jęczmiennej, uprażonej ze słoniną.
Jedli wolno, poważnie i w milczeniu, dopiero kiej nasycili pierwszy głód, jęli pogadywać i smakować w jadle...
Józia, że to ona dzisiaj była za gospodynią, to ino przysiadała czasami na kraju ławki, pojadała śpiesznie a pilnie baczyła, czy warza nie schodzi, by przynieść z izby garnki i dołożyć, by nie powiedzieli, że w misce dnieje.
A obiadowali na ganku, że to czas był cichy i ciepły.
Łapa kręcił się i skamlał, to obcierał się o nogi jedzących, zazierał do misek, aż mu raz wraz ktoś rzucił kostkę jaką, z którą uciekał pod przyźbę, abo zasię, ucieszon obecnością gospodarzy i że wspominano jego imię, szczekał radośnie i gonił za wróblami, co się były wieszały po płotach, oczekując na okruszyny.
A drogą często ktoś przechodził i pozdrawiał jedzących, że hurmem odpowiadali.
- Pono ptaszki nosiłeś dobrodziejowi? - zagadnął Boryna.
- Nosiłem, nosiłem! - Położył znagła łyżkę i jął opowiadać, jako go to ksiądz wezwał na pokoje, jako tam pięknie, że tyla księgów.
- Kiedy to on wszystkie przeczyta? - ozwała się Józia.
- Kiedy? A wieczorami! Chodzi se po pokojach, popija arbatę i cięgiem czyta.
- Musi być... nabożne wszyćkie - wtrącił Kuba.
- Przeciech nie lementarze.
- A gazety to co dnia stójka przynosi - dorzuciła Hanka.
- Bo w gazetach piszą, co się dzieje we świecie... - ozwał się Antek.
- I kowal z młynarzem trzymają gazetę.
- I... to i taka kowalowa gazeta! - rzekł urągliwie Boryna.
- Takutka sama kiej księża - powiedział ostro Antek.
- Czytałeś? wiesz?
- Czytałem i wiem, a bo raz!
- I nie zmądrzałeś nic z tego, że się zadajesz z kowalem.
- La ojca to ino ten mądry, co chocia z półwłóczek ma abo i ogonów krowich z mendel.
- Zawrzyj gębę, pókim dobry! A to ino okazji szuka, żeby się kłyśnić! Chleb cię to rozpiera widzę... mój chleb...
- Ością mi on już stoi w grdyce, ością...
- Szukaj se lepszego, na Hanczynych trzech morgach będziesz jadł bułki.
- Będę żarł ziemniaki, ale mi ich niktój nie wymówi.
- Nie wymawiam ci i ja...
- Ino kto drugi?... Haruj jak ten wół, jeszcze ci słowa dobrego nie dadzą...
- We świecie jest lekciej, nie trza robić, a dadzą wszystko...
- Pewnie, że jest lepiej.
- To se idź i posmakuj.
- Z gołemi rękami nie pójdę.
- Kijek ci dam, cobyś się miał czem od piesków oganiać.
- Ociec! - wrzasnął Antek, zrywając się z ławki, ale opadł zaraz, bo Hanka ujęła go wpół, a stary popatrzył groźnie, przeżegnał się, jako że już było po obiedzie i, odchodząc do izby, rzekł twardo:
- Na wycug do ciebie nie pójdę, nie!
Porozchodzili się zaraz, ino Antek ostał na ganku i medytował, a Kuba wyprowadził konie na koniczysko za stodoły, uwalił się pod brogiem, aby się przespać, ale spać nie mógł, ciężyło mu w żywocie jedzenie a i ta myśl, że gdyby miał jaką strzelbę, toby mógł tyle ustrzelać ptaszków abo i zajączka niektórego, że co niedzielę nosiłby dobrodziejowi.
Kowalby strzelbę zrobił, jako to i borowemu zmajstrował taką, że jak strzeli w lesie, to aż we wsi się rozlega!
- Mechanik jucha! Ale pięć rubli trza mu za taką zapłacić! - rozmyślał. - Hale skąd wziąć?.. na zimę idzie, kożuch trza kupić, buty też dłużej jak do godów nie wydzierżą... Juści, winne mi są jeszcze dziesięć rubli i dwoje szmat, portki i koszulę... Kożuch choćby i z pięć... Krótki będzie... buciska ze trzy... a to i czapkaby się zdała... a rubla trza zanieść dobrodziejowi na wotywę za ojców... Ścierwa... że i nic nie ostanie!.. - Splunął i zaczął z kieszeni w lejbiku wybierać okruchy tytoniowe i natrafił na ten pieniądz, o którym był zapomniał w czasie obiadu...
- Jest ci gotowy grosz, jest! - Odechciało mu się spać nagle; od karczmy rozlegał się daleki, przecedzony głos muzyki i jakby echa pokrzyków.
- Tańcują se juchy i gorzałę piją i papirosy kurzą! - westchnął i legł znowu na brzuchu i patrzył na spętane konie, że zbiły się w kupę i gryzły po karkach, a rozmyślał, że wieczorem musi i on zajść do karczmy i kupić sobie tytoniu i chociaż popatrzeć na balujących.
Raz wraz oglądał pieniądz i spoglądał na słońce, wysoko było jeszcze i szło dzisiaj tak wolno ku zachodowi, jakby se też krzynkę odpoczywało niedzielnie... A rwało go tak do karczmy, że wydzierżeć nie mógł, przekładał się ino z boku na bok i postękiwał z tęskności, ale nie poszedł zaraz, bo akuratnie z za stodoły wyszedł Antek z Hanką i szli miedzą w pola.
Antek szedł przodem a Hanka z chłopakiem na ręku za nim, czasem coś rzekli i szli wolno, a coraz to Antek pochylał się nad rolą i dotykał ręką wschodzących ździebeł.
- Idzie... gęste kiej szczotka... - mruknął i obejmował oczami te morgi, które obsiewał za odrobek ojcu.
- Gęste, ale ojcowe lepsze, idzie kiej bór! - mówiła Hanka, patrząc na sąsiednie zagony.
- Bo rola lepiej doprawiona.
- Mieć ze trzy krowy - toby i ziemia się pożywiła.
- I konia swojego.
- I przychować co na sprzedaż. A tak, co? każdą plewę, każdą obierzynę ociec rachują i mają za wielgie rzeczy.
- I wszystko wypomina!..
Zamilkli nagle, bo uczucie krzywdy zalało im serca żalem, gniewem i głuchym, szarpiącym buntem.
- Ino osiem morgów by wypadło - wykrzyknął bezwiednie.
- Juści, że nie więcej. Przecież to i Józka i kowalowa, i Grzela, i my - wyliczała.
- Kowaloweby spłacić i ostać przy chałupie i półwłóczku...
- A masz to czem?.. - jęknęła aże w tem uczuciu bezsilności tak silnem, że łzy jej pociekły po twarzy, gdy ogarnęła oczami te pola ojcowe, tę ziemię jak złoto czyste, gdzie i pszenica, i żyto, i jęczmień, i buraki od skiby do skiby siać było można... Tyle dobra, a to wszystko cudze... nie ich...
- Nie bucz głupia, zawżdy z tego osiem morgów nasze...
- Żeby chociaż z połowa z chałupą i z tem kapuściskiem! - wskazała na lewo, w łąki, gdzie modrzały długie zagony kapusty; skręcili ku nim.
Siedli na kraju łąk pod krzami, Hanka pokarmiała dziecko, bo płakać poczęło, a Antek skręcił papierosa, zapalił i ponuro patrzył przed się...
Nie mówił on żonie, co go żarło we wątpiach, ni co mu leżało na sercu niby węgiel rozżarzony, bo aniby mógł wypowiedzieć, ni zrozumiałaby go dobrze...
Zwyczajnie, jak kobieta, co ni pomyślenia nie ma, ni niczego nie wymiarkuje sama, ino żyje se jako ten cień padający człowieka...
- A gospodarstwo, a dzieci, a kumy - to i cały świat la niej. Każda kobieta taka, każda... - rozmyślał gorzko i aż go ścisnęło za serce... - Ten ptak, co polatuje nad łęgami, ma lepiej niźli człowiek drugi... Co mu tam za kłopoty! polatuje se, pośpiewuje, a Pan Jezus obsiewa la niego pola, że ino mu zbierać a pożywiać się...
- A bo to i gotowych pieniędzy ociec mieć nie ma? - zaczęła Hanka.
- Przeciech!...
- A Józce to kupił korale takie, że i krowęby kupił za nie, a Grzeli to cięgiem do wójta śle pieniądze.
- Słać śle... - odpowiadał, myśląc o czem innem.
- A przeciech to ukrzywdzenie wszystkich! A szmaty po matce, to dusi w skrzyni i nawet na oczy nie pokaże... A wełniaki takie, a chusty, a czepki, a paciorki... - jęła długo wyliczać dobro wszelkie i krzywdy, i żale, i nadzieje, a Antek milczał zawzięcie, aż zniecierpliwiona szturchnęła go w ramię.
- Śpisz to?...
- Słucham, gadaj se, gadaj, to ci ulży! A jak skończysz, to mi powiedz...
Hanka, że to płaksiwa była, a i zebrało się jej dużo w duszy, buchnęła płaczem i jęła mu wyrzucać, że mówi do niej jak do dziewki jakiej, że nie dba o nią, ani o dzieci.
Aż Antek zerwał się na równe nogi i zawołał urągliwie:
- Wykrzykuj sobie, te gapy ano cię usłyszą i pożalą się nad tobą! - wskazał oczami na wrony, lecące mimo nad łąkami, nacisnął czapkę i wielkiemi krokami poszedł ku wsi...
- Antek! Antek! - wołała za nim żałośnie, ale ani się odwrócił.
Obwinęła chłopaka i, popłakując, szła miedzami zpowrotem do domu; ciężko jej było na sercu: ani pogadać, ani wyżalić się przed kim na dolę swoją. A to człowiek żyje cięgiem jak ten samson, że nawet do sąsiadów pójść nie pójdzie i pogadaniem serca nie ucieszy. Dałby jej Antek kumy! Nic, ino siedź w chałupie a haruj, a zabiegaj, a jeszcze słowa dobrego nie usłyszysz! Inne do karczmów chodzą a na wesela... a ten Antek... bo to mu dogodzić można?... Czasem taki, że i do rany przyłóż... to znowu całe tygodnie ledwie bąknie jakie słowo i ani spojrzy... nic, jeno medytuje a medytuje... Prawda, że ma i o czem! Bo i ten ociec nie mógłby to już gront im odpisać, nie czas to staremu iść na wycug... A dyć dogadzałaby mu, że i rodzonemu nie byłoby u niej lepiej...
Chciała przysiąść do Kuby, ale przypiął się plecami do brogu i udawał, że śpi, choć mu słońce świeciło prosto w oczy, dopiero gdy zniknęła za węgłem stodoły, podniósł się, otrzepał ze słomy i wolno jął się przebierać pod sadami ku karczmie... paliła go ano ta złotówka...
A karczma stała na końcu wsi, za plebanją, na początku topolowej drogi.
Ludzi było mało co; muzyka czasem pobrzękiwała, ale nikto nie tańcował jeszcze, za rano było i młodzi woleli gzić się w sadzie albo wystawać na podjeździe i pod ścianami, gdzie na świeżych, żółtych jeszcze belkach siedziało sporo dziewczyn i kobiet, a w wielgiej izbie z czarnym, okopconym pułapem pusto prawie było, małe przepalone szybki przesiewały czerwone przedzachodnie światło tak słabo, że ino smuga leżała na powybijanej podłodze, a w kątach mrok zalegał. Jakieś ludzie siedzieli za stołami pod ścianą, ale rozeznać nie rozeznał, kto taki?
Jeden Jambroży z brackim od światła stojał pod oknem z buteleczką w garści; przepijali gęsto do siebie i pogadywali...
- Tańcują, kiej muchy w smole! Jewka a ruchajże się. Ganiała gdziesik po nocy, a teraz śpi w tańcu! Tomek! a prędzej! a to ci tak cięży ta ćwiartka, coś ją Janklowi sprzedał, co?... Nie bój się, ociec jeszcze nie wiedzą! Marysia! zadawaj się z rekrutami, zadawaj, a proś mę z miejsca na kumę...
I tak Jagustynka dogryzała pokolei tanecznikom; niepomiarkowana była i zła na wszystkich, że to dzieci ją skrzywdziły, a ona na starość na wyrobek chodzić musiała, ale że nikto nie odpowiadał, wykrzyczała się i poszła do alkierza, gdzie siedział kowal z Antkiem i kilku młodszych gospodarzy.
Lampa wisiała u czarnego pułapu i mdłem żółtawem światłem rozjaśniała jasne, powichrzone głowy; siedzieli dokoła stołu, wsparli się mocno na rękach i wszyscy oczy utkwili w kowala, któren pochylony nad stołem, czerwony, rozkładał szeroko ręce, czasem bił pięścią i gadał zcicha.
Basy buczały jako ten bąk, kiej się wedrze do izby ze dworu i lecący huczy... a czasem skrzypka znagła zapiskała ciężko, jakoby ptaszek wabiący abo i bębenek zahurkotał i pobrzękiwał... ale wnet cichość zalegała.
Kuba poszedł prosto do szynkwasu, za którym siedział Jankiel w jarmułce i w koszuli tylko, bo ciepło było, pogłaskiwał siwą brodę, kiwał się i wyczytywał w książce, przykładając oczy prawie do samych kart.
Kuba się namyślał, przestępował z nogi na nogę, przeliczał pieniądze, podrapywał się po kołtunach i stał tak długo, aż Jankiel spozierał na niego i, nie przestając się kiwać i modlić, brzęknął raz i drugi kieliszkami...
- Półkwaterek ino krzepkiej! - zarządził wreszcie.
Jankiel w milczeniu nalewał i lewą rękę wyciągał po pieniądze...
- W szkło? - zapytał, zgarnąwszy do opałki zaśniedziałe miedziaki.
- Juści że nie w but!..
Usunął się na sam koniec szynkwasu, wypił pierwszy kieliszek, splunął i jął poglądać po karczmie; wypił drugi, przyjrzał się buteleczce pod światło, stuknął nią mocno.
- Dajcie-no drugi i machorki! - rzekł śmielej, bo błoga ciepłość go przejęła po gorzałce i dziwna moc rozlała mu się po kościach.
- Zasługi dzisiaj Kuba odebrał?
- Gdzieby... nowy Rok to?...
- Może dolać araku?
- Ale... nie chwaci... - Przeliczył pieniądze i żałośnie spojrzał na flaszkę araku.
- Poborguję, albo ja to Kuby nie znam!..
- Nie trzeba... chto borguje, ten się z butów zzuje... - powiedział ostro.
Mimo to Jankiel postawił przed nim flaszeczkę araku.
Opierał się, już nawet brał się wyjść, ale jucha harak tak zapachniał, że jaże w nosie wierciło, więc się i nie zmagał dłużej, jeno wypił, nie medytując.
- Zarobiliście w lesie?... - pytał Jankiel cierpliwie.
- Nie w lesie... - ptaszków, com je w sidła chycił, zaniesłem dobrodziejowi sześć i dali mi złotówkę...
- Złotówkę za sześć! Jabym za każdego dał Kubie dziesiątkę.
- Jakże, przeciech kuropatwy to koszerne?.. - zdumiał się.
- Niech Kubę głowa o to nie boli... niech tylko przyniesie dużo, a za każdą dostanie zaraz, do ręki po dziesiątce. Asencję postawię na zgodę, co?
- I po całym dziesiątku Jankiel zapłaci!..
- Moje słowo, nie ten wiatr. A za te sześć... to Kuba miałby nie dwa półkwaterki czystej, a cztery z arakiem, i śledzia, i bułkę, i paczkę machorki... rozumie Kuba?..
- Juści... cztery półkwaterki z arakiem, i śledzia... i... juści, nie bydlem przeciech, to miarkuję... rychtyk prawda! Cztery półkwaterki z harakiem... i machorka i bułków... i całego śledzia... - Mroczyła go już wódka i nieco rozbierała.
- Przyniesie Kuba?..
- Cztery półkwaterki... i śledź... i... Przyniesę... Cie, żebym to miał strzelbę... - ozwał się przytomniej i jął znowu obliczać - kożuch na ten przykład z pięć rubli... butyby się zdały... ze trzy ruble... ni, nie chwaci... a kowalby chcieli z pięć rubli za fuzję... tyla co od Rafała... ni... - myślał głośno.
Jankiel zrobił szybkie obliczenie kredą i szepnął mu cicho do ucha.
- Zastrzeliłby Kuba sarnę?..
- Ale, z pięści nie zastrzeli, a z fuzji tobym juchę ustrzelił...
- Kuba umie strzelić?..
- Jankiel jest Żyd, to i nie wie, a we wsi wiedzą wszystkie, że chodziłem z dziedzicami do boru, że mi ten kulas przestrzelili... to umieć umiem...
- Ja dam strzelbę, dam proch, dam, co potrzeba... a Kuba, co ustrzeli, przyniesie do mnie! Za sarnę dam całego rubla... słyszy?.. całego rubla! Za proch Kuba zapłaci piętnaście kopiejek od sztuki, odtrącę... A zato, co się fuzja będzie psuć, to Kuba przyniesie ćwiartkę owsa...
- Rubla za sarnę... a niby ja za proch piętnaście... całego rubla! niby jakto!..
Jankiel znowu wyliczał mu szczegółowo...
- Owsa?.. Przeciech koniom od pyska nie odejmę... - to jedno zrozumiał.
- Poco brać koniom! U Boryny jest i gdzie indziej...
- To niby... - wytrzeszczał oczy i kalkulował.
- Wszystkie tak robią! A Kuba myślał, skąd parobcy mają pieniądze?.. każdemu trzeba machorki, a kieliszka wódki, a potańcować w niedzielę!.. To skąd wziąć?..
- Jakże... złodziej to jestem, parchu jeden, czy co?.. - zagrzmiał nagle, bijąc pięścią w stół, aż kieliszki podskoczyły.
- Co się Kuba rzuci! Niech Kuba płaci i idzie sobie do djabła!..
Ale Kuba nie zapłacił i nie poszedł, nie miał już pieniędzy i winien był żydowi... to się ino sparł ciężko o szynkwas i jął sennie obliczać, a Jankiel udobruchał się i raz jeszcze nalał mu, ale już czystego araku... i nic nie mówił...
Tymczasem do karczmy napływało coraz więcej ludzi, bo już mrok gęstniał, zapalili światło, muzyka raźniej się ozwała i gwar się podnosił; naród kupił się przy szynkwasie, pod ścianami albo i zgoła w pośrodku izby i raił, pogadywał, użalał się, a kto niekto i przepijał z drugimi, ale zrzadka, bo nie na pijaństwo przyszli, jeno tak sobie po sąsiedzku postać, pogwarzyć, skrzypic posłuchać abo i basów; coś niecoś posłyszeć nowego; - niedziela przeciech - to odpocząć, ni folgę dać ciekawości nie grzech, a choćby i ten kieliszek wypić z kumami... byle przystojnie i bez obrazy boskiej się obyć obyło, to i sam dobrodziej nie bronił... Jakże, i bydlę na ten przykład, po pracy odpocząć rade i musi. A zaś przy stole zasiedli gospodarze starsi i kobiety niektóre, przyodziane w czerwone wełniaki i chusty, że widziały się, jako te malwy rozkwitłe, a że razem wszyscy mówili, to ino szum szedł po karczmie, kiejby w boru, i tupot nóg, jakoby bicie cepami w klepisko, i głos tych skrzypic, co cięgiem śpiewały figlujący.
- "A chto będzie za mną gonił... za mną gonił..."
- "Oto ja... oto ja... oto ja..." - odbąkiwały stękające basy, a bębenek trząsł się ino, a chichotał, a baraszkował i wrzawę czynił brzękadłami.
Niewiela ludzi tańcowało, ale tak ostro przytupywali, aże dyle podłogi skrzypiały i stół dygotał, że raz wraz flaszki pobrzękiwały i wywracały się kieliszki...
Ale ochoty wielgiej nie było, bo i okazji, jako to przy weselach bywa abo zrękowinach, nie było. Tańcowali ot tak sobie, la uciechy jednej abo dla wyprostowania nóg i grzbietów, tylko chłopaki, co mieli późną jesienią do wojska stawać, zabawiali się mocniej i pili na frasunek, co i nie dziwota, bo mieli ich w tyli świat pognać, do obcych.
A wójtów brat najgłośniej wykrzykiwał, a po nim Marcin Białek, Tomek Sikora i Paweł Boryna, stryjeczny Antka, któren i sam przyszedł do karczmy o zmroku, tylko że nie tańcował dzisiaj, a siedział w alkierzu z kowalem i z drugimi, i Franek Młynarczyk, niski, krępy i kędzierzawy, ten ci gadatywus był największy, i zbereźnik, i kpiarz i na dzieuchy tak łakomy, że często gęsto pysk miał zbity i podrapany. Ale że dzisiaj ochlał się zaraz z miejsca, jak to nieboskie stworzenie, to ino stał przy szynkwasie, z grubą Magdą od organisty, która była już w szóstym miesiącu.
Dobrodziej już to wypominał na ambonie i naganiał go do ożenku, ale Franek słuchać nie chciał, że to do wojska stawać miał jesienią, to co mu ta po babie...
Magdusia właśnie ciągnęła go w kąt, do nalepy i cosik mu mówiła płaczącym głosem, a on jej na to raz wraz powiadał:
- Głupiaś! Nie latałem za tobą... Chrzciny zapłacę i z rubla rzucę, jak mi się spodoba!.. - Nieprzytomny był i pchnął ją, aż przysiadła na nalepie komina, wpodle Kuby, któren już spał w popiele, a z nogami na izbie; chlipała tam sobie cicho, a Franek poszedł znowu pić i brać dziewczyny do tańca; gospodarskie nie chciały, bo młynarczyk, cóżto? Parobek prawie. A proste dziewki też, bo pijany był i w tańcu zbereżeństwa czynił, to ino splunął i wziął się z Jambrożym całować i z gospodarzami, którzy, że mieli w młynie zboże, stawiali swoje...
- Wypijcie Franek, a zmielcie rychlej, bo już mi baba głowę kołacze, że na kluski niema i ździebka mąki.
- A moja o kaszę cięgiem mi turkocze...
- Że to i ospa la karmika potrzebna... - mówił trzeci.
Franek pił, obiecywał i przechwalał się głośno, że we młynie wszystko idzie jego głową, że młynarz słuchać go musi, bo jakby nie... to on zna takie sztuki, że robaki zalęgną się w skrzyniach... woda wyschnie... ryby wyzdychają, skoro jeno chuchnie na staw... mąka się tak zwarzy, że i placka z niej nie upiecze...
- Oskubałabym ci ten łeb barani, żebyś mnie tak zrobił! - wykrzyknęła Jagustynka, która zawsze bywała tam, gdzie i wszyscy, bo chociaż nie pijała, że to mało kiedy był ten grosz gotowy, ale zdarzyć się mogło, co kum postawił półkwaterkę jaką, abo powinowaty drugą, bo się jej ostrego języka bali. Toć i Franek, choć był pijany, a zląkł się jej i zamilknął, bo wiedziała o nim różne różności, jakto we młynie gospodarzy, a ona, że to już była podpita nieco, ujęła się pod boki, przytupywała w takt i nuż wykrzykiwać:
- Prawdę mówię, bo tak stoi w gazecie wypisane, wyraźnie jak wół... Nie tak ludzie żyją we świecie jak u nas, nie. - Co jest? Dziedzic ci panuje, ksiądz ci panuje, urzędnik ci panuje - a ty ino rób a z głodu zdychaj i każdemu się nisko kłaniaj, żebyś po łbie nie oberwał...
- A grontu mało, że niedługo to i po zagonie na człowieka nie starczy!
- A dziedzic ma sam więcej niż dwie wsie razem...
- Powiadali wczoraj na sądach, że nadawać będą nowe grunta.
- Jakie?
- Czyjeżby - a dworskie!
- Ale! daliśta dziedzicom, to odbierać będzieta! Ale, cudzem już się rządzą - krzyknęła Jagustynka, nachylając się do nich ze śmiechem.
- ...I sami się rządzą - ciągnął dalej kowal, nie zważając na babie powiedzenie nic - a wszyscy we szkołach się uczą, we dworach mieszkają i panami są...
- Gdzie to tak? - zapytała Antka, któren zaraz skraju siedział.
- W ciepłych krajach! - odrzucił.
- To kiej tak dobrze, czemużto kowal tam nie pojechał, co?... Smoluch jucha, łże jak ten pies i tumani, a wy głupie wierzyta! - zawołała namiętnie.
- Mówię po dobremu: idźcie sobie, Jagustynko, skądżeście przyszli...
- A nie pójdę! Karczma la wszystkich, a ja taka dobra za swoje trzy grosze, jak i ty! Ale, nauczyciel jaki, Żydom się wysługuje, z urzędnikami trzyma, o staję czapkę przed dziedzicem zdejmuje, a te mu wierzą!.. Pyskacz jeden!.. Wiem ja... - ale już nie skończyła, bo ją kowal krzepko ujął pod żebra, nogą otworzył drzwi i wyrzucił do wielkiej izby, że padła jak długa w pośrodku.
Nie pomstowała nawet, tylko, powstawszy, rzekła wesoło:
- Krzepki jucha kiej koń, zdałby mi się taki na chłopa...
Naród gruchnął śmiechem, a ona wyszła zaraz, pomstując zcicha.
Ale już i karczma pustoszała, muzyka zmilkła, ludzie się rozchodzili do domów, to stawali kupkami przed karczmą, bo to i wieczór był ciepły i jasny, księżyc świecił, tylko rekruci jeszcze ostali i pili naumór i wykrzykiwali, a Jambroży, spity jako bydlę, wylazł na środek drogi i wyśpiewywał, taczając się ze strony na stronę.
A i ci z alkierza, z kowalem na czele, wyszli.
Potem, kiedy już Jankiel począł gasić światła, rekruci się wytoczyli, ujęli się mocno pod ręce i szli całą drogą śpiewający z gardła wszystkiego, aże psy ujadały, i jaki taki z chałupy wyjrzał...
Kuba tylko spał wciąż w popiele tak krzepko, aż go Jankiel budzić musiał, ale parobek wstać nie chciał, kopał, to grzmocił w powietrze i mruczał:
- Póki życie, jak chcę, tak spał będę... gospodarz jestem, to wolę swoją mam, a tyś żółtek i parch!..
Wiadro wody pomogło, że wstał i wytrzeźwiał nieco, jeno ze strachem a zdumieniem słuchał, jako całego rubla przepił - którego winien jest...
- Jakże?... dwa półkwaterki z harakiem... całego śledzia... machorki... i jeszcze dwa półkwaterki... to już cały rubel?... Jakże?... dwa... - majaczyło mu się.
Jankiel przekonał go wkońcu, i porozumieli się co do strzelby, którą Żyd miał mu przywieźć z jarmarku, a na zgodę postawił esencji ze spirytusem...
Tylko owsa stanowczo Kuba przynosić nie obiecywał.
- Ociec Kubów złodziej nie był - to i syn jego złodziej nie jest.
- Idźcie już sobie, czas spać... a ja mam jeszcze pacierze odmawiać...
- Cie!.. spekulant jaki! Do złodziejstwa namawia a pacierze mówił będzie... - mruczał, idąc ku domowi, i jął sobie przypominać i kalkulować, bo nijak nie chciało mu się w głowie pomieścić, że całego rubla przepił... ale że jeszcze nie wytrzeźwiał i powietrze go rozebrało, to potaczał się ździebko a i raz wraz właził na płoty, to na budulec, leżący gdzie niegdzie przed chałupami, i klął...
- Żeby was juchy pokręciło!.. Łajdusy jedne... żeby tak drogę pozastawiać!.. nic jeno się pochlały zbereźniki... a dobrodziej na darmo wypomina...a dobrodziej... - tu się zastanowił długo i miarkował, aż i wreszcie chyciło się go rozeznanie i żałość taka, aż przystanął, oglądał się dookoła, pochylał, szukając czegoby twardego do ręki... ale zapomniał wnet i chwycił się za kudły i jął się prać po pysku kułakiem i wykrzykiwać:
- Pijanica jesteś i świnia zapowietrzona! Do dobrodzieja cię zawlekę, niech cię wypomni przed całym narodem, żeś pies i pijanica... żeś dwa po dwa półkwaterki... żeś całego rubla przepił... żeś jako to bydlę abo i gorszy!.. żeś...
I żałość z nagła go objęła nad sobą, że przysiadł na drodze i buchnął płaczem.
Jasny, ogromny księżyc płynął w przestrzeniach ciemnych, a gdzie niegdzie, zrzadka kieby srebrne gwoździe, gwiazdy błyskały; mgły szarą, nikłą przędzą miotały się nad wsią i przesłoną powlekały nad wodami. Niezgłębiona cichość nocy jesiennej przejmowała świat, tylko gdzie niegdzie wyrywały się śpiewy wracających z karczmy albo ujadania psów.
A na drodze przed karczmą Jambroży taczał się ze strony na stronę i śpiewał wciąż, nieustannie, aż do wytrzeźwienia:
Da Maryś moja, Maryś!
Da komu piwo warzysz?
Da komu piwo warzysz!..
Da Maryś moja, Maryś!..
JESIEŃ.
I.
.................................................................................................................
...Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków, moja Agato, a dokąd to wędrujecie, co?
- We świat, do ludzi, dobrodzieju kochany - w tyli świat!... - zakreśliła kijaszkiem łuk od wschodu do zachodu.
Ksiądz spojrzał bezwiednie w tę dal i rychło przywarł oczy, bo nad zachodem wisiało oślepiające słońce; a potem spytał ciszej, lękliwiej jakby...
- Wypędzili was Kłębowie, co? A może to ino niezgoda?.. może...
Nie zaraz odrzekła, wyprostowała się nieco, powlekła ciężko starymi wypełzłemi oczami po polach ojesieniałych, pustych i po dachach wsi, zanurzonej w sadach.
- I... nie wypędzali... jakżeby... dobre są ludzie-krewniaki. Niezgody też nijakiej być nie było. - Samam ino zmiarkowała, że trza mi w świat. - Z cudzego woza to złaź choć i w pół morza.
Trza było... roboty już la mnie nie miały... na zimę idzie, to jakże - darmo mi to dadzą warzę, abo i ten kąt do spania?...
A że, rychtyk, i ciołka odsadzili od maci... a i gąski, bo to już zimne nocki, trza zagnać pod strzechę - tom i zrobiła miejsce... jakże, bydlątek szkoda, Boże stworzenie też... A ludzie dobre, bo mię choć latem przytulą, kąta ani tej łyżki strawy nie żałują - że se człowiek, kiej jaka gospodyni paraduje...
A na zimę we świat, po proszonem.
Niewiela mi potrza, to se u dobrych ludzi uproszę i do wiesny z Panajezusową łaską przechyrlam, a jeszcze się coś niecoś grosza uścibi - to rychtyk la nich na przednowek... krewniaki przeciech...
A jużta Jezusiczek przenajsłodszy biedoty opuścić nie opuści.
- Nie opuści, nie - zawołał gorąco i wstydliwie wsadził jej w garść złotówkę.
- Dobrodzieju nasz serdeczny, dobrodzieju!
Przypadła mu do kolan roztrzęsioną głową, a łzy jak groch posypały się po jej twarzy szarej i zradlonej, jak te jesienne podorówki.
- Idźcie z Bogiem - idźcie - szeptał zakłopotany, podnosząc ją z ziemi.
Zebrała drżącemi rękami torby i kijaszek z jeżem na końcu, przeżegnała się i poszła szeroką, wyboistą drogą ku lasom; raz wraz tylko odwracała się ku wsi, ku polom, na których kopano kartofle, i na te dymy pastusich ognisk, co się snuły nisko nad ścierniskami, poglądała żałośnie, aż i zniknęła za przydrożnemi krzami.
A ksiądz usiadł zpowrotem na kółkach od pługa, zażył tabaki i rozłożył brewjarz, ale oczy ześlizgiwały mu się z czerwonych liter i leciały po ogromnych, w jesiennej zadumie pogrążonych ziemiach, to po bladem niebie błądziły, lub zatrzymywały się na parobku, pochylonym nad pługiem.
- Walek... brózda krzywa... te.... - zawołał, unosząc się nieco, i chodził już oczami, krok za krokiem za parą tłustych siwków, ciągnących pług ze skrzypem.
Zaczął znowu bezwiednie przebierać czerwone litery brewjarza i poruszać ustami, ale co chwila gonił oczami siwki, to stadko wron, które ostrożnie, z wyciągniętemi dzióbami podskakiwały w bróździe i raz wraz, za każdym świstem bata, za każdym nawrotem pługa, podrywały się ciężko, padały zaraz na zorane zagony i ostrzyły dzióby o twarde, zeschłe skiby.
- Walek! a śmignij no prawą po portkach, bo zostaje!
Uśmiechnął się, bo jakoż po bacie prawa już równo ciągnęła, a gdy konie doszły do drogi, uniósł się żywo, poklepał je przyjaźnie po karkach, aż wyciągały do niego nozdrza i przyjacielsko obwąchiwały twarz.
- Heeet-aa! - wołał śpiewnie Walek, wyciągał błyszczący jakby ze srebra pług, uniósł go lekko, pociągnął konie lejcami, że zatoczyły krótki łuk, wraził krój błyszczący w rżysko, śmignął batem, konie pociągły z miejsca, aż zgrzytnęły orczyki - i orał dalej wielki łan ziemi, co pod prostym kątem spadał od drogi po pochyłości i niby długi wątek zgrzebnych skib rozciągał się aż ku wsi, leżącej nisko i jakby zatopionej w czerwonawych i żółtawych sadach.
Cicho było, ciepło i nieco sennie.
Słońce, chociaż to był już koniec września, przygrzewało jeszcze niezgorzej - wisiało w połowie drogi między południem a zachodem, nad lasami, że już krze, i kamionki, i grusze po polach, a nawet zeschłe twarde skiby kładły zasię cienie nocne i chłodne.
Cisza była na polach opustoszałych i upajająca słodkość w powietrzu, przymglonem kurzawą słoneczną; na wysokim, bladym błękicie leżały gdzie niegdzie bezładnie porozrzucane ogromne białe chmury, niby zwały śniegów, nawiane przez wichry i postrzępione.
A pod niemi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola, niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów - misa, przez którą jak srebrne przędziwo, rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka z pod olch i łozin nadbrzeżnych. Wzbierała w pośrodku wsi w ogromny podłużny staw i uciekała na północ wyrwą wśród pagórków; na dnie kotliny, dokoła stawu leżała wieś i grała w słońcu jesiennemi barwami sadów - niby czerwono-żółta liszka, zwinięta na szarym liściu łopianu, od której do lasów wyciągało się długie, splątane nieco przędziwo zagonów, płachty pól szarych, sznury miedz, pełnych kamionek i tarnin - tylko gdzie niegdzie w tej srebrnawej szarości rozlewały się strugi złota - łubiny żółciły się kwiatem pachnącym, to bielały omdlałe, wyschłe łożyska strumieni, albo leżały piaszczyste senne drogi i nad niemi rzędy potężnych topoli zwolna wspinały się na wzgórza i pochylały ku lasom.
Ksiądz ocknął się z zapatrzenia, bo długi, żałosny ryk rozległ się gdzieś niedaleko, aż wrony poderwały się z krzykiem i skośnym rzutem leciały na kopaniska - a czarny migocący cień biegł za niemi dołem po rżyskach i podorówkach.
Przysłonił ręką oczy i patrzył pod słońce - drogą od lasów szła jakaś dziewczyna i ciągnęła za sobą na postronku dużą, czerwoną krowę; gdy przechodziła obok, pochwaliła Boga i chciała skręcić, aby księdza pocałować w rękę, ale krowa szarpnęła ją wbok i znowu ryczeć zaczęła.
- Na sprzedanie prowadzisz, co?
- Ni... ino do młynarzowego bysia... a stójże zapowietrzona... Wściekłaś się, czy co! - wołała zadyszana, usiłując powstrzymać, ale krowa ją pociągnęła, że już obie gnały w dyrdy, aż kurz je zakrył obłokiem.
A potem wlókł się ciężko po piaszczystej drodze żyd szmaciarz, pchał przed sobą taczki dobrze naładowane, bo raz w raz przysiadał i ciężko dyszał.
- Co tam słychać, Moszku?
- Co słychać?.. Komu dobrze, to i dobrze słychać... Kartofle chwała Bogu obrodziły, żyto sypie, kapusta będzie. Kto ma kartofle, kto ma żyto, kto ma kapustę - temu dobrze słychać! - Pocałował księdza w rękaw, założył na bok pas od taczek i pchał dalej, lżej już, bo zaczynał się spadek łagodny.
A potem szedł środkiem drogi, w kurzawie, bo zamiatał nogami, ślepy dziad, prowadzony przez tłustego kundla na sznurku.
A potem leciał od lasu chłopak z butelką, ale ten, ujrzawszy księdza przy drodze, okrążył go zdala i biegł naprzełaj pól do karczmy.
To znowu chłop z sąsiedniej wsi wiózł zboże do młyna, albo żydówka pędziła stado kupionych gęsi.
A każdy pochwalił Boga, zamienił słów parę i szedł w swoją drogę, odprowadzony życzliwem słowem i spojrzeniem księdza, któren, że już słońce było coraz niżej, powstał i krzyknął do Walka:
- Doórz do brzózek i do domu... na nic się konie zmachają.
I poszedł wolno miedzami, odmawiał półgłosem modlitwy i jasnem, pełnem kochania spojrzeniem ogarniał pola...
...Rzędy kobiet czerwieniły się na kopaniskach... rozlegał się grochot zsypywanych do wozów kartofli... miejscami orano jeszcze pod siew... stada krów srokatych pasły się na ugorach... długie popielate zagony rdzawiły się młodą szczotką zbóż wschodzących... to gęsi, niby płaty śniegów, bieliły się na wytartych, zrudziałych łąkach... krowa gdzieś zaryczała... ogniska się paliły i długie, niebieskie warkocze dymów ciągnęły się nad zagonami... Wóz zaturkotał albo pług zgrzytnął o kamienie... to cisza znowu obejmowała ziemię na chwilę, że słychać było głuchy bełkot rzeki i turkot młyna, schowanego za wsią, w zbitym gąszczu drzew pożółkłych... to znowu śpiewka się zerwała lub krzyk, niewiadomo skąd powstały, leciał nisko, tłukł się po brózdach i dołach i tonął bez echa w jesiennej szarości, na ścierniskach oprzędzonych srebrnemi pajęczynami, w pustych sennych drogach, nad któremi pochylały się jarzębiny o krwawych, ciężkich głowach... to włóczono rolę, i tuman szarego, przesłonecznionego kurzu podnosił się za bronami, wydłużał i pełzał aż na wzgórze i opadał, a z pod niego, niby z obłoku, wychylał się bosy chłop, z gołą głową, przewiązany płachtą - szedł wolno, nabierał ziarna z płachty i siał ruchem monotonnym, nabożnym i błogosławiącym ziemi, dochodził do końca zagonów, nabierał z worka zboża, nawracał i zwolna podchodził pod wzgórze, że najpierw głowa rozczochrana, potem ramiona, a wkońcu już był cały widny na tle słońca z tym samym błogosławiącym ruchem siejby; z tym samym świętym rzutem rozrzucał zboże, co jak złoty pył kolistym wirem padało na ziemię.
Ksiądz szedł coraz wolniej, czasem przystawał, aby odetchnąć, to znowu obejrzał się na swoje siwki, to przyglądał się chłopakom, obtłukującym kamieniami ogromną gruszę, aż hurmem przybiegli do niego i, chowając ręce za siebie, całowali w rękaw sutanny.
Pogładził ich po głowach i rzekł upominająco:
- Nie łamcie ino gałęzi, bo na bezrok gruszek mieć nie będziecie.
- My nie rzucalim na gruszki, ino że tam jest gapie gniazdo - ozwał się śmielszy.
Ksiądz się uśmiechnął dobrotliwie i zaraz znowu przystanął przy kopaczach.
- Szczęść Boże w robocie!
- Boże zapłać, dziękujemy! - odpowiedzieli razem, prostując się, i ruszyli wszyscy do ucałowania rąk dobrodzieja kochanego.
- Pan Bóg dał latoś urodzaj na kartofle, co? - mówił, wyciągając otwartą tabakierkę do mężczyzn. Brali sumiennie i z szacunkiem w szczypty, nie śmiejąc przy nim zażywać.
- Juści kartofle kiej kocie łby i dużo pod krzami.
- Ha, to świnie zdrożeją, bo jaki taki chciał będzie wsadzać do karmika.
- Już i tak drogie; na zarazę latem wyginęły, a i do Prus kupują.
- Prawda, prawda. A czyje to ziemniaki kopiecie?
- A Borynowe.
- Gospodarza nie widzę, tom i rozeznać nie rozeznał.
- Ociec pojechali z moim ano do boru.
- A to wy Anna, jakże się macie? - zwrócił się do młodej, przystojnej kobiety w czerwonej chustce na głowie, która, że ręce miała uwalane ziemią, przez zapaskę ujęła jego rękę i pocałowała.
- Jakże się ma ten wasz chłopak, com go to we żniwa chrzcił?
- Bóg zapłać dobrodziejowi, zdrów się chowa i coś niecoś bałykuje.
- No, zostańcie z Bogiem.
- Panu Bogu oddajem.
I ksiądz skręcił na prawo, ku cmentarzowi, który leżał z tej strony wsi przy topolami wysadzonej drodze.
Długo za nim spoglądali w milczeniu, na jego smukłą, pochyloną nieco postać, dopiero gdy przeszedł niskie kamienne ogrodzenie cmentarza i szedł między mogiłami ku kaplicy, co stała wpośród pożółkłych brzóz i klonów czerwonych, rozwiązały się im języki.
- Lepszego to na całym świecie nie znaleźć - zaczęła któraś z kobiet.
- Juści, chciały go też zabrać do miasta... żeby ociec z wójtem nie jeździli prosić biskupa, tobyśwa go i nie mieli... Kopta no, ludzie, kopta, bo do wieczora mało daleko, a ziemniaków mało wiele! - mówiła Anna, wysypując swój kosz na kupę żółcącą się na rozkopanej ziemi, pełnej zeschłych łęcin.
Wzięli się chyżo za robotę i w cichości, że ino słychać było dziabanie motyczek o twardą ziemię, a czasem suchy dźwięk żelaza o kamień. Czasami ktoś niektoś wyprostował zgięty i zbolały grzbiet, odetchnął głęboko, popatrzył bezmyślnie na siejącego przed nimi i znowu kopał, wybierał z szarej ziemi żółte ziemniaki i rzucał do kosza, przed się stojącego.
Ludzi było kilkanaścioro, przeważnie starych kobiet i komorników, a za nimi bieliły się dwa krzyżaki, u których w płachtach leżały dzieci, raz wraz popłakując.
- A tak i stara poszła we świat - zaczęła Jagustynka.
- Kto? - spytała Anna, podnosząc się.
- A stara Agata.
- Na żebry...
- Juści że na żebry! Hale! nie na słodkości, ino na żebry. Obrobiła krewniaków, wysłużyła się im bez lato, to już ją puściły na wolny dech.
- Wróci na zwiesnę, to im naznosi w torebeczkach, a to i cukru, a to i harbaty, a to i grosza coś niecoś - zaraz ją będą miłowały, każą spać w łóżku, pod pierzyną, robić nie dadzą, coby se wypoczena... A wujna, a ciotka jej mówią, póki tego ostatniego szelążka od niej nie wyciągną... A jesienią to już la niej miejsca niema w sieni, ani we chliwie. Ścierwy, psie krewniaki i zapowietrzone - wybuchała Jagustynka, i taki gniew ją przejął, że stara jej twarz posiniała.
- Biednemu to zawsze, na ten przykład, wiatr w oczy - dorzucił jeden z komorników, stary, wynędzniały chłop z krzywą gębą.
- Kopta no, ludzie, kopta - popędzała Anna nierada tokowi rozmowy.
Jagustynka, że to długo nie mogła bez gadania, to spojrzała na stojącego i rzekła:
- Te Paczesie, to stare chłopy, że jaże im już kłaki na łbach puszczają...
- Ale, kawalery zawdy - rzekła insza kobieta.
- A tyle dziewuch się starzeje, albo i służby szukać idzie...
- Przeciech, a one mają cały półwłóczek i jeszcze łączkę za młynem.
- Juści, abo to im matka da się żenić... abo to im popuści...
- A ktoby krowy doił, ktoby opierał, ktoby kole gospodarstwa abo i śwyń chodził...
- Obrządzają se matula i Jagusię - bo jakże, Jagna kiej pani jaka, kiej i druga dziedziczka, ino się stroi... a myje, a w lusterku przegląda, a warkocze zaplata.
- I patrzy ino kogoby puścić pod pierzynę, któren aby mocny! - dorzuciła znowu ze złym uśmiechem Jagustynka.
- Józek Banachów posyłał z wódką - nie chciała.
- Cie... dziedziczka zapowietrzona.
- A stara ino w kościele siaduje, a na książce się modli, a na odpusty chodzi!
- Prawda, ale czarownica to też jest; a Wawrzonowym krowom, to chto mleko odebrał, co? A jak na Jadamowego chłopaka, co jej śliwki w sadku obrywał, jakieś złe słowo powiedziała, to mu się zaraz taki kołtun zbił i tak go pokręciło, Jezus!
- I ma tu błogosławieństwo Boże być nad narodem, kiej takie we wsi siedzą...
- A drzewiej, kiej jeszcze krowy pasałam tatusiowe, to baczę, że takie ze wsi wyganiali - dodała znowu Jagustynka.
- Tym się krzywda nie stanie, bo ma ją kto strzec... - i, zniżając głos do szeptu, a patrząc zukosa na Annę, co kopała na przedzie pierwszą z kraja redlinę, szeptała Jagustynka sąsiadkom:
- A pono pierwszy do obrony, to ano chłop Hanki... cieka się on za Jagną kiej ten pies...
- Laboga... moiściewy... cudeńka prawicie... Hale! toby już grzech i obraza boska była... - szeptały do siebie, kopiąc i nie podnosząc głów.
A bo to on jeden... a to jak za suką, tak chłopaki za nią ganiają.
- A bo też urodę ma, to ma; wypasiona kiej jałowica, biała na gembie, a ślepie to ma rychtyk jak te lnowe kwiatki... a mocna, że i niejeden chłop jej nie uradzi...
- A bo to co robi, ino żre, a wysypia się, to nie ma urodna być...
Milczały długą chwilę, bo trzeba było kartofle wysypywać na kupę.
A potem już zrzadka pogadywały to o tem, to o owem, aż i zamilkły, bo któraś dojrzała, że od wsi rżyskiem, bieży Józka Borynianka.
Jakoż i ta nadbiegła zziajana i już zdaleka krzyczała:
- Hanka, a chodźcie ino do chałupy, bo krowie się cosik stało.
- Jezus Marja, a której?..
- A to ci graniastej... a to ci... tchu złapać nie mogę...
- Loboga, aże mnie zatknęło, myślałam, że mojej... - zawołała z ulgą Anna.
- Witek ją co dopiero przygnał, bo gajowy ich wypędził z zagajów. Krowa się zlachała, bo taka śpaśna... i zaraz przed oborą upadła... i ani pić nie pije, ani żreć nie żre, ino się tarza a ryczy, że loboga!
- Ojca to niema?
- Ni, tatulo jeszcze nie przyjechali. O Jezus, mój Jezus, taka krowa, co naraz dobrze i garniec mleka dawała. A chodźcież rychło.
- Duchem ci lecę, w to oczymgnienie.
Jakoż i wyjęła dziecko z płachty, nadziała mu czapeczkę z kutasikami, okręciła zapaską i poszła żywo, a taka była strwożona wieścią, że nawet nie opuściła wełniaka, zapomniała docna, aż jej odsłonięte do kolan nogi bieliły się po roli. Józka biegła przodem.
A kopacze, każdy okrakiem nad swoją redliną, posuwali się zwolna, kopiąc leniwiej, jako że nikt nie pilił i nie poganiał.
Słońce już się przetaczało na zachód i, jakby rozżarzone biegiem szalonym, czerwieniło się kołem ogromnem i zsuwało za czarne, wysokie lasy. Mrok gęstniał i pełzał już po polach; sunął brózdami, czaił się po rowach, wzbierał w gąszczach i zwolna rozlewał się po ziemi, przygaszał, ogarniał i tłumił barwy, że tylko czuby drzew, wieże i dachy kościoła gorzały płomieniami. A niektórzy ściągali już z pól do domów.
Głosy ludzkie, rżenia, porykiwania, turkoty wozów coraz ostrzej brzmiały w cichem omroczonem powietrzu.
Sygnaturka na kościele zaczęła dzwonić Anioł Pański śpiżowym świegotem, że ludzie przystawali i szept pacierzów, niby szemranie opadających listków, padał w mroki.
Ze śpiewami a pokrzykami wesołemi, spędzano bydło z pastwisk, co ciżbą szło drogami w tumanach kurzawy, że tylko raz wraz wychylały się z niej głowy potężne i rogi krzaczaste.
Owce pobekiwały tu i owdzie, to gęsi zerwały się z pastwisk i stadami leciały, całe w zorzach zachodu zatopione, że tylko krzyk przenikliwy znaczył je w powietrzu.
- Ale szkoda, ta graniasta to cielna krowa.
- I... nie na biedaka trafiło.
- A tak i bydlątka żal, co się zmarnuje.
- Gospodyni Boryna nie ma, to wszystko leci kiej przez sito.
- A bo to Hanka nie gospodyni.
- La siebie... jakby na komornem u ojca siedzą, to juści patrzą, aby ino na swoją stronę coś niecoś urwać, a ojcowego niechta pies pilnuje.
- A Józka, że to jeszcze skrzat głupi, to i cóż poradzi.
- Hale, albo to Boryna nie mógłby grunt oddać Antkowi, co?
- A sam pójdzie do nich na wycug, co?... Starzyście, Wawrzku, a docna jeszcze głupi - zaczęła żywo Jagustynka. - Ho, ho, Boryna jeszcze krzepki, może się ożenić, a głupiby był, żeby dzieciom zapisywał.
- Hale, krzepki to juści że jest, ale już ma ze sześćdziesiąt roków.
- Nie bój się, Wawrzku, każda młódka pójdzie za niego, niechby tylko rzekł.
- Już dwie żony pochował.
- Niech se pochowa i trzecią. Panie Boże mu pomóż, a niech dzieciom póki żyw nie daje ni staja, ni liszki jednej, ni tyle, co trepem przydepnie. - Ścierwy, wyrychtowałyby go, kiej moje mnie. Dałyby mu wycug! że na wyrobekby chodził, z głoduby zdychał abo i na żebry po proszonem szedł. Oddaj ino co masz dzieciom - to ci oddadzą, rychtyk ci tego starczy na sznureczek, abo i na ten kamień do szyi...
- Ludzie, a to czas do domu, mroczeje.
- Czas, czas! słońce już zaszło.
Pozbierali prędko motyczki, koszyki, to dwojaki od obiadów i szli wolno gęsiego, miedzą, pogadując coś niecoś, a tylko stara Jagustynka wykrzykiwała wciąż namiętnie na dzieci własne, a potem już i na wszystkich pomstowała.
A równo z niemi jakaś dziewczyna gnała maciorę z prosiętami i śpiewała cienkim głosikiem:
Aj, nie chodź kiele woza -
Aj, nie trzymaj się osi,
Aj, nie daj chłopu gęby,
Aj, choć cię pięknie prosi.
- Cie, głupia, wrzeszczy, kieby ją kto ze skóry obdzierał.