Chłopcy z ulicy Pawła - Ferenc Molnár

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

DO­KŁAD­NIE O DWU­NA­STEJ CZTER­DZIE­ŚCI PIĘĆ wśród bez­barw­nych pło­mieni pal­nika Bun­sena bły­snęła prze­piękna szma­rag­dowa wstążka. Była to jakby na­groda za cier­pli­wość, wcze­śniej bo­wiem na­uczy­ciel długo i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał udo­wod­nić, że pe­wien zwią­zek che­miczny barwi ogień na zie­lono. Udało się do­piero te­raz, na­uka od­nio­sła triumf. W tej sa­mej chwili na dzie­dzińcu są­sied­niej ka­mie­nicy roz­le­gła się ka­ta­rynka, któ­rej od­głos na­tych­miast roz­ła­do­wał pod­nio­słą at­mos­ferę. Przez sze­roko otwarte okno pły­nęły do sali dźwięki nie­sione cie­płym mar­co­wym wie­trzy­kiem. Skoczna wę­gier­ska me­lo­dia na ka­ta­rynce brzmiała jesz­cze skocz­niej, cał­kiem jak marsz wie­deń­ski. Klasę opa­no­wała ra­dość, kilku chłop­ców uśmiech­nęło się od ucha do ucha. Na pal­niku we­soło ło­po­tał zie­lony pło­myk, przy­glą­dała mu się już tylko garstka uczniów z pierw­szych ła­wek. Po­zo­stali spo­glą­dali przez okno na da­chy ni­skich do­mów i ja­sną o tej po­rze dnia wieżę ko­ścielną z ze­ga­rem, któ­rego duża wska­zówka opty­mi­stycz­nie zbli­żała się do dwu­nastki. Do­bie­gały stam­tąd różne od­głosy. Dzwo­niły tram­waje konne, gdzieś na po­dwórku śpie­wała słu­żąca, ale nie do wtóru ka­ta­rynki. Chłop­ców roz­pie­rała ener­gia. Prze­kła­dali pod­ręcz­niki, co pil­niejsi wy­cie­rali pióra. Boka za­krę­cał oprawny w czer­woną skórę ka­ła­ma­rzyk, niby szczelny, a jed­nak tak "zmyśl­nie" skon­stru­owany, że prze­cie­kał, gdy tylko tra­fił do kie­szeni. Czele zbie­rał ze stołu to, co za­stę­po­wało mu książki, bo prze­cież on, jak na kla­so­wego ele­ganta przy­stało, nie tasz­czył ze sobą ca­łej bi­blio­teki, tylko no­sił w spodniach kartki ze stro­nami po­trzeb­nymi da­nego dnia. W ostat­niej ławce ni­czym znu­dzony hi­po­po­tam zie­wał Czo­na­kosz. We­iss wy­wró­cił kie­sze­nie i otrze­py­wał je z okrusz­ków po ro­galu, któ­rego sku­bał po ka­wałku od dzie­sią­tej aż do te­raz, do pierw­szej. Ge­reb nie­cier­pli­wie szu­rał no­gami. Ba­ra­basz non­sza­lancko na­krył so­bie ko­lana ce­ratą, uło­żył na niej książki we­dług wiel­ko­ści i za­brał się do wią­za­nia ich pa­skiem. Tak mocno po­cią­gnął, że aż za­skrzy­piała ławka, a on sam ob­lał się ru­mień­cem. Krótko mó­wiąc, wszy­scy pa­lili się do wyj­ścia. Tylko na­uczy­ciel nie zda­wał so­bie sprawy, że za pięć mi­nut skoń­czy się lek­cja. Ła­god­nym spoj­rze­niem prze­mknął po czu­pry­nach uczniów, po czym za­py­tał:

- Co się dzieje?

Za­pa­dła ci­sza, ab­so­lutna ci­sza. Ba­ra­basz po­lu­zo­wał pa­sek, Ge­reb prze­stał prze­bie­rać no­gami, We­iss scho­wał kie­sze­nie w spodnie, Czo­na­kosz za­sło­nił usta dło­nią i do­piero wtedy do­koń­czył zie­wa­nie, Czele odło­żył swoje pa­piery, Boka wsu­nął do kie­szeni ka­ła­ma­rzyk, z któ­rego na­tych­miast wy­są­czyła się strużka nie­bie­skiego atra­mentu.

- Co się dzieje? - po­wtó­rzył na­uczy­ciel, ale wszy­scy już sie­dzieli nie­ru­chomo na swo­ich miej­scach. Pro­fe­sor prze­niósł wzrok tam, skąd do­bie­gały ra­do­sne dźwięki ka­ta­rynki, jakby na prze­kór szkol­nej dys­cy­pli­nie, po czym przy­brał su­rowy wy­raz twa­rzy i po­wie­dział:

- Czen­gei, za­mknij okno!

Czen­gei, pry­mus z po­ważną bu­zią, wstał i bez szem­ra­nia wy­ko­nał po­le­ce­nie.

W tym cza­sie Czo­na­kosz po­chy­lił się do przodu i szep­nął w stronę ja­sno­wło­sego ko­legi:

- Ej, Ne­me­czek!

Blon­dy­nek dys­kret­nie spoj­rzał za sie­bie i za­raz wzrok prze­niósł na pod­łogę. Przy jego krze­śle za­trzy­mała się kulka pa­pieru. Pod­niósł ją, roz­pro­sto­wał i prze­czy­tał:

Po­daj da­lej do Boki!

Wie­dział, że to tylko ad­res, list był na od­wro­cie. A że jako czło­wiek ho­noru nie czy­tał cu­dzej ko­re­spon­den­cji, zmiął strzę­pek w kulkę, wy­cze­kał sto­sow­nej chwili, od­chy­lił się w bok i syk­nął:

- Pssyt!

Te­raz Boka spoj­rzał na pod­łogę bę­dącą dla chłop­ców trasą prze­rzutu wia­do­mo­ści. Kulka do­to­czyła się do jego buta. Na kartce, po tej stro­nie, na którą Ne­me­czek nie zaj­rzał, bo ta­kie miał za­sady, czer­nił się ko­mu­ni­kat:

O trze­ciej po po­łu­dniu ze­bra­nie na Placu.

Wy­bór prze­wod­ni­czą­cego. Ogło­sić!

Boka wci­snął pa­pier do kie­szeni i ostatni raz ścią­gnął pa­skiem spa­ko­wane książki. Wy­biła pierw­sza. Ze­gar elek­tryczny za­ter­ko­tał i te­raz już na­wet na­uczy­ciel mu­siał uznać, że lek­cja się skoń­czyła. Zga­sił pal­nik Bun­sena, za­dał pracę do­mową i znik­nął wśród ga­blot ga­bi­netu przy­rod­ni­czego, który tuż po otwar­ciu drzwi przed­sta­wiał niemy spek­takl wy­pcha­nych oka­zów, głów­nie pta­ków bły­ska­ją­cych z pó­łek głu­pimi szkla­nymi oczami. Tam też w rogu, mil­cząc do­stoj­nie, stał ta­jem­ni­czy upiór nad upio­rami - po­żół­kły ludzki szkie­let.

Sala opu­sto­szała w oka­mgnie­niu. Ucznio­wie chmarą wy­pa­dli na ko­ry­tarz i za­czął się wy­ścig. Gro­mada zwol­niła do­piero przy scho­dach, kiedy zza fi­laru wy­ło­nił się wy­soki na­uczy­ciel. Na chwilę zro­biło się spo­koj­niej, ale gdy tylko bel­fer znikł, chłopcy znów się roz­pę­dzili.

Tłum wy­lał się przez bramę, gdzie roz­dzie­lił się na dwie czę­ści. Jedni ru­szyli w prawo, inni w lewo. Na wi­dok wy­cho­dzą­cych ze szkoły pro­fe­so­rów ucznio­wie uchy­lali cza­pek. Zmę­czeni i głodni, szli po chod­ni­kach lśnią­cych w świe­tle dnia. Jesz­cze szu­miało im w gło­wach, ale pełne wi­goru ulice po­woli przy­wra­cały ich do rze­czy­wi­sto­ści. Jak wy­pusz­czeni na wol­ność mali nie­wol­nicy, po­ty­kali się o plamy słońca i za­chły­sty­wali po­wie­trzem. Dra­ło­wali przez ru­chliwe mia­sto, bę­dące dla nich ni­czym in­nym, tylko ko­tło­wi­skiem fur­ma­nek, tram­wa­jów kon­nych i skle­pów, zlep­kiem ha­ła­sów, wśród któ­rych trzeba uto­ro­wać so­bie drogę do domu.

Czele za­trzy­mał się nie­da­leko szkoły, gdzie w bra­mie urzę­do­wał sprze­dawca sło­dy­czy. Cena chałwy pod­sko­czyła u niego nie­przy­zwo­icie, a prze­cież każde dziecko wie, że ka­wa­łek chałwy za­wsze i wszę­dzie kosz­tuje kraj­cara[1]. Ka­wa­łek, czyli tyle, ile jed­nym cię­ciem ta­saka od­kroi się z bia­łego bloku na­dzie­wa­nego orze­chami. Zresztą w bra­mie wszystko było za kraj­cara: trzy śliwki na pa­tyku, trzy śliwki su­szone, trzy figi, trzy orze­chy ma­czane w cu­krze... Je­den kraj­car to rów­no­war­tość zwoju lu­kre­cji i kostki ra­cha­tłu­kum[2]. Je­den kraj­car to tutka tak zwa­nej mie­szanki uczniow­skiej, sma­ko­wi­tej prze­ką­ski zło­żo­nej z orze­chów la­sko­wych, dwu od­mian ro­dzy­nek, mig­da­łów, zia­ren z chleba świę­to­jań­skiego, szczypty cu­kru wzbo­ga­co­nego ku­rzem oraz much. Palce li­zać! Przy­smak ten był więc ty­leż pro­duk­tem prze­my­słu spo­żyw­czego, ile mie­szanką skład­ni­ków po­cho­dze­nia zwie­rzę­cego i ro­ślin­nego.

Czele się tar­go­wał, co nie­zbi­cie do­wo­dziło, że ceny wzro­sły. Każdy, kto choć tro­chę orien­tuje się w za­sa­dach han­dlu, do­brze wie, że to­war dro­żeje, je­śli in­te­res wiąże się z ry­zy­kiem. Na przy­kład dro­gie są her­baty azja­tyc­kie, po­nie­waż ka­ra­wany trans­por­tują je przez te­reny pełne ra­bu­siów. Za to nie­bez­pie­czeń­stwo pła­cimy my, za­chodni Eu­ro­pej­czycy. Sprze­dawca sło­dy­czy pod­niósł ceny nie bez po­wodu. Wie­dział, co w tra­wie pisz­czy. Miał zo­stać usu­nięty z tego miej­sca bli­sko szkoły. Zda­wał so­bie sprawę, że jak się bel­fer uprze, nie ma na niego moc­nych. Dla­tego, cho­ciaż oto­czony ła­ko­ciami, nie po­tra­fił uśmiech­nąć się do ciała pe­da­go­gicz­nego wy­star­cza­jąco słodko, żeby to ciało zo­sta­wiło go w spo­koju i prze­stało trak­to­wać jak wroga mło­dzieży.

"Dzie­ciaki prze­pusz­czają u tego Wło­cha całe kie­szon­kowe" - skar­żyli się na­uczy­ciele. Włoch czuł, że jego dni w bra­mie przy gim­na­zjum są po­li­czone, po­sta­wił więc wszystko na jedną kartę. Skoro już musi zwi­nąć kra­mik, niech przy­naj­mniej za­robi jesz­cze co nieco.

- Kie­dyś było po kraj­cara, te­raz jest po dwa kraj­cary - po­wie­dział, ka­le­cząc wę­gier­ski. Wy­ma­chi­wał przy tym swoim ta­sa­kiem jak sza­lony.

- Prze­jedź mu czapką po tym stra­ga­nie! - szep­nął Ge­reb.

Cze­lemu bar­dzo się to spodo­bało. Ale by było! Cu­kierki le­cia­łyby na lewo i prawo, a chłopcy mie­liby nie­zły ubaw.

- No, da­lej! Prze­cież to li­chwiarz! - W Ge­reba jakby wcie­lił się sam dia­beł.

Czele zdjął na­kry­cie głowy.

- Tą piękną czapką? - za­py­tał.

Po­mysł oka­zał się chy­biony. Ge­reb tra­fił z pro­po­zy­cją pod zły ad­res. Czele był prze­cież ele­gan­tem, który nie nosi pod­ręcz­ni­ków, tylko lek­kie kartki.

- No! A co? Żal ci czapki?

- Żal - przy­znał. - Ale nie myśl, że tchó­rzę. Szkoda mi jej tylko... Zresztą, że­byś so­bie nie my­ślał, mogę przy­wa­lić twoją. Chcesz?

Ta­kich rze­czy nie po­winno się mó­wić Ge­re­bowi.

- Pa­trz­cie go! - uniósł się. - Li­chwia­rza się boi... Sam to zro­bię, spły­waj.

Wo­jow­ni­czym ge­stem ścią­gnął czapkę i już miał nią ude­rzyć w sto­jący na krzy­ża­kach sto­lik z ła­ko­ciami, gdy na­gle ktoś od tyłu zła­pał go za rękę.

- Ej, co ty wy­pra­wiasz? - za­grzmiał doj­rzały, pra­wie już mę­ski głos.

Ge­reb zer­k­nął za sie­bie.

- Co wy­pra­wiasz? - spy­tał Boka.

Pa­trzył na niego po­waż­nym, choć ła­god­nym wzro­kiem. Ge­reb mruk­nął jak lew pod spoj­rze­niem po­gromcy zwie­rząt. Na­tych­miast spo­kor­niał. Wci­snął czapkę na głowę i wzru­szył ra­mio­nami.

- Daj spo­kój. Ce­nię od­wagę, ale to bez sensu. Chodź!

I wy­cią­gnął do niego rękę - rękę uty­tłaną atra­men­tem, bo jego kie­szeń zdą­żyła już na­są­czyć się ciem­no­nie­bie­ską cie­czą. Obaj jed­nak nie zwra­cali na to uwagi. Boka wy­tarł dłoń o mur (in­nymi słowy: po­bru­dził mur) i tym sa­mym sprawę hi­gieny uznał za za­mkniętą. Zła­pał Ge­reba pod ra­mię i ru­szyli długą ulicą, zo­sta­wia­jąc za sobą Cze­lego, który z re­zy­gna­cją po­ko­na­nego re­wo­lu­cjo­ni­sty mó­wił wła­śnie do Wło­cha:

- W ta­kim ra­zie, skoro od dziś wszystko jest za dwa kraj­cary, to za dwa kraj­cary pro­szę chałwy.

Po czym się­gnął po zie­loną port­mo­netkę. Sprze­dawca uśmiech­nął się chy­trze. Pew­nie cho­dził mu po gło­wie plan, żeby ju­tro pod­nieść cenę do trzech kraj­ca­rów, ale były to tylko spe­ku­la­cje, ma­rze­nia ko­goś, kto wy­obraża so­bie, że je­den fo­rint na­gle kosz­tuje sto fo­rin­tów.

Ta­sak za­nu­rzył się w chał­wie, a po chwili od­kro­jony ka­wa­łek wy­lą­do­wał na pa­pie­rze.

- Daje pan mniej niż zwy­kle - stwier­dził Czele z go­ry­czą.

Włoch, naj­wy­raź­niej roz­zu­chwa­lony dzi­siej­szym utar­giem, wy­szcze­rzył się bez­czel­nie.

- No, te­raz jest dro­żej i mniej.

Za­raz zwró­cił się do na­stęp­nego klienta, mło­dzieńca, który wa­żył w dłoni dwa kraj­cary. Sprze­dawca kroił białą masę za­cie­kłymi ru­chami. Przy­po­mi­nał w tym śre­dnio­wiecz­nego kata z bajki, od­ci­na­ją­cego lu­dzi­kom orzeszki głów. Wy­ży­wał się, go­łym okiem było to wi­dać. Wy­ży­wał się na chał­wie...

- Ohyda! - rzu­cił Czele w stronę mło­dzieńca. - Nie ku­puj od niego. To li­chwiarz.

I we­pchnął so­bie do ust całą por­cję wraz ze strzęp­kiem pa­pieru, który przy­kleił się do chałwy i za nic w świe­cie nie chciał się ode­rwać, więc trzeba było go po­łknąć.

- Po­cze­kaj­cie! - krzyk­nął za Boką i Ge­re­bem. I po­le­ciał za nimi.

Do­go­nił ich na rogu, aku­rat skrę­cali w stronę ulicy So­rok­sári. Zła­pali się pod ręce. W środku szedł Boka i coś tłu­ma­czył ci­cho i po­waż­nie, jak to on. Mimo że miał czter­na­ście lat, wy­glą­dał jesz­cze chło­pięco. Do­piero gdy za­czy­nał mó­wić, przy­by­wało mu lat. Głos miał głę­boki, ła­godny, po­ważny. Umiał pięk­nie mó­wić. Do­bie­rał słowa, nie lu­bił ga­dać na próżno. W spo­rach za­wsze zaj­mo­wał sta­no­wi­sko neu­tralne, a je­śli chłopcy pro­sili, żeby ich roz­są­dził, od­ma­wiał. Wie­dział, że jak­kol­wiek roz­strzy­gnie, jedna strona bę­dzie nie­za­do­wo­lona i to nie­za­do­wo­le­nie za­raz mu okaże. Kiedy jed­nak miara się prze­bie­rała i wy­bu­chała praw­dziwa afera, gro­żąca in­ter­wen­cją na­uczy­ciela, wtedy wkra­czał do ak­cji i go­dził skłó­co­nych ko­le­gów. W ten spo­sób zy­ski­wał ich sza­cu­nek. Jed­nym sło­wem, spra­wiał wra­że­nie mą­drego chłopca, który na­wet je­śli da­leko nie zaj­dzie, to na pewno wy­ro­śnie na uczci­wego, po­rząd­nego czło­wieka.

Aby dojść do domu, mu­sieli z So­rok­sári skrę­cić w Köz­te­lek. Wio­senne słońce grzało ła­god­nie, a fa­bryka ty­to­niu cią­gnąca się wzdłuż ulicy mru­czała ci­cho. W od­dali zo­ba­czyli dwie syl­wetki. Na­prze­ciwko nich w wy­cze­ku­ją­cej po­zie stało dwóch chłop­ców. Jed­nym z nich był silny Czo­na­kosz, a dru­gim drobny blon­dy­nek Ne­me­czek.

Kiedy Czo­na­kosz spo­strzegł trzech trzy­ma­ją­cych się pod ra­mię kum­pli, z ra­do­ści wło­żył dwa palce do ust i gwizd­nął gło­śno jak lo­ko­mo­tywa. Ten gwizd to była jego spe­cjal­ność. Z czwar­to­kla­si­stów nikt tak nie umiał, ba, w ca­łej szkole zna­la­złoby się naj­wy­żej kilku uczniów, któ­rzy po­tra­fili wy­dać z sie­bie rów­nie dzi­kie dźwięki. Na pewno był wśród nich Cin­der, prze­wod­ni­czący kółka sa­mo­kształ­ce­nio­wego, ale on, gdy tylko stał się ważną oso­bi­sto­ścią, ręce od­jął od ust i ze­rwał z gwiz­da­niem. Prze­cież czło­wie­kowi, który co środę po po­łu­dniu zaj­muje miej­sce za ka­te­drą obok na­uczy­ciela ję­zyka wę­gier­skiego, nie przy­stoi ro­bić ta­kich rze­czy.

Czo­na­kosz gwizd­nął więc, a kiedy chłopcy po­de­szli bli­żej i nie roz­dzie­la­jąc się, sta­nęli po­środku ulicy, zwró­cił się do ja­sno­wło­sego Ne­meczka:

- Jesz­cze im nie mó­wi­łeś?

- Nie.

- O co cho­dzi? - za­py­tali chó­rem po­zo­stali.

- Wczo­raj w Chasz­czum znów zro­bili ein­stand - od­po­wie­dział za ma­łego Czo­na­kosz.

- Kto?

- No ci dwaj, bra­cia Pa­sto­ro­wie.

Za­pa­dła głę­boka ci­sza.

Naj­pierw jed­nak warto wy­ja­śnić, czym jest ein­stand. To wy­raz spe­cjalny z żar­gonu pesz­teń­skiej mło­dzieży. Kiedy ja­kiś chło­pak, wi­dząc, że słab­szy od niego gra w bile, szklane kulki czy pestki, chciał mu je za­brać, wtedy mó­wił ein­stand. To brzyd­kie nie­miec­kie słowo nie po­zo­sta­wiało wąt­pli­wo­ści: sil­niej­szy bie­rze łupy, a je­śli mały bę­dzie się sta­wiał, to do­sta­nie po gło­wie. Ein­stand rów­nało się pro­wo­ka­cji, za­po­wia­dało wojnę. Za­wie­rało w so­bie prze­moc, prawo pię­ści i roz­bój w biały dzień.

Czele ode­zwał się pierw­szy. Głos drżał mu z prze­ję­cia.

- Zro­bili ein­stand?

- Tak - po­twier­dził od­waż­niej Ne­me­czek, wi­dząc, ja­kie wra­że­nie wy­warła ta wia­do­mość na chło­pa­kach.

- Tego już za wiele! - Ge­reb uniósł się gnie­wem. - Od dawna po­wta­rzam, że trzeba coś zro­bić, ale Boka kręci no­sem. Je­śli ni­czego nie wy­my­ślimy, po­biją nas wszyst­kich.

Czo­na­kosz już wpy­chał so­bie do ust palce, żeby gwizd­nąć z ra­do­ści. Był chętny na re­wo­lu­cję. Ale Boka go po­wstrzy­mał.

- Ogłuch­niemy! - ostrzegł. I po­waż­nie za­py­tał blon­dynka: - No więc jak to było?

- Ein­stand?

- Tak. Kiedy to się stało?

- Wczo­raj po po­łu­dniu.

- Gdzie?

- W Chasz­czum.

Tak na­zy­wali ogród przy mu­zeum.

- Opo­wiedz, jak było, tylko do­kład­nie. Mu­simy znać całą prawdę, je­śli chcemy do­brać się im do skóry.

Ne­me­czek czuł eks­cy­ta­cję, bo oto zna­lazł się w cen­trum uwagi, co pra­wie ni­gdy mu się nie zda­rzało. Za­zwy­czaj trak­to­wano go jak po­wie­trze. Był ni­czym je­dynka w ma­te­ma­tyce, która czy dzieli, czy mnoży, ni­czego nie zmie­nia. Jako cho­ro­wity chu­der­lak nie bu­dził sza­cunku, może dla­tego tak do­brze nada­wał się na ofiarę. Za­czął opo­wia­dać, a chłopcy zbili się wo­kół niego w cia­sny krąg.

- Było tak: po obie­dzie po­szli­śmy do Chasz­czum, We­iss i ja, Rich­ter, Kol­nai i Ba­ra­basz. Naj­pierw chcie­li­śmy po­grać w pa­lanta na Esz­ter­házy­ego, ale piłka była u chło­pa­ków z ogól­niaka, a oni nie chcieli grać. Wtedy Ba­ra­basz po­wie­dział: "Chodźmy do Chasz­czum na kulki". Po­szli­śmy i za­częła się za­bawa. Po­le­gała na tym, że każdy rzu­cał kulkę i je­śli tra­fił nią w drugą, która już le­żała na ziemi, to zgar­niał obie. Rzu­ca­li­śmy po ko­lei, w końcu pod mu­rem było z pięt­na­ście ku­lek, w tym dwie szklane. Na­gle Rich­ter krzyk­nął: "Pa­sto­ro­wie! Chodu!". Wy­szli zza rogu z rę­kami w kie­sze­niach. Zbli­żali się wol­nym kro­kiem z opusz­czo­nymi gło­wami, na­pę­dzili nam stra­cha. Co z tego, że było nas pię­ciu, oni dwaj da­liby radę dzie­się­ciu. Zresztą, ja­kich pię­ciu! Gdyby zro­biło się go­rąco, Kol­nai pierw­szy dałby nogę, a za nim Ba­ra­basz, więc nie pię­ciu, ale trzech. Może i ja bym zwiał, kto wie, wtedy zo­sta­łoby dwóch. Albo ża­den. Prze­cież wszy­scy mo­gli­śmy ucie­kać, cho­ciaż na nic by to się zdało, bo Pa­sto­ro­wie to naj­lepsi bie­ga­cze. Do­pa­dliby nas.

Oczu nie od­ry­wali od ku­lek. "Ty, wi­dzisz, jak się pa­trzą?", za­py­ta­łem Kol­na­iego. We­iss wy­ka­zał się by­stro­ścią umy­słu, od razu po­wie­dział: "Skra­dają się, skra­dają, a z tego skra­da­nia bę­dzie je­den wielki ein­stand!". Do końca wie­rzy­łem, że jed­nak zo­sta­wią nas w spo­koju, prze­cież ni­gdy im nic nie zro­bi­li­śmy. Rze­czy­wi­ście, na po­czątku tylko stali i ob­ser­wo­wali, jak gramy. "Ej, Ne­me­czek, może już wy­star­czy, co?", szep­nął mi na ucho Kol­nai, a ja na to: "Aku­rat w mo­men­cie, kiedy prze­strze­li­łeś?! Te­raz ja. Je­śli tra­fię, koń­czymy". Tym­cza­sem rzu­cał Rich­ter, ale ze stra­chu tak bar­dzo trzę­sły mu się ręce, a do tego jed­nym okiem ze­zo­wał na in­tru­zów, że oczy­wi­ście chy­bił. A Pa­sto­ro­wie ani drgnęli, stali bez ru­chu, nie wyj­mu­jąc rąk z kie­szeni. Kiedy przy­szła ko­lej na mnie, zło­ży­łem się do rzutu i... tra­fi­łem! Kulki były moje, wszyst­kie, ze trzy­dzie­ści. Kiedy po nie ru­szy­łem, drogę za­gro­dził mi młod­szy z braci. Krzyk­nął: "Ein­stand!". Obej­rza­łem się za sie­bie. Kol­na­iego i Ba­ra­ba­sza już nie było, We­iss zbladł, a Rich­ter jakby się wa­hał, czy ucie­kać te­raz czy za se­kundę. Spró­bo­wa­łem od­wo­łać się do ho­noru. "Prze­pra­szam, nie ma­cie prawa", po­wie­dzia­łem, ale star­szy już upy­chał so­bie kulki po kie­sze­niach. Młody zła­pał mnie za kurtkę i wrza­snął: "Nie sły­sza­łeś?! Ein­stand!". Za­nie­mó­wi­łem. We­iss za­czął pła­kać, Kol­nai i Ba­ra­basz pod­pa­try­wali zza rogu, co się dzieje. A Pa­sto­ro­wie wzięli kulki i so­bie po­szli. Tyle, to wszystko.

- Nie­po­jęte! - obu­rzył się Ge­reb.

- Nor­mal­nie was okra­dli! - za­wo­łał Czele.

Czo­na­kosz gwizd­nął, co ozna­czało, że sy­tu­acja robi się na­pięta. Boka na­my­ślał się w mil­cze­niu. Wszy­scy przy­glą­dali mu się z uwagą, byli cie­kawi, co po­wie o spra­wie, która od mie­sięcy spę­dzała im sen z po­wiek, a któ­rej on do­tąd nie brał na po­waż­nie. Tym ra­zem nie mógł po­zo­stać obo­jętny, stała się jawna nie­spra­wie­dli­wość.

- Naj­pierw obiad - ode­zwał się ci­cho. - Po po­łu­dniu spo­tkamy się na Placu i wszystko omó­wimy. Nie można tego pu­ścić pła­zem!

Spodo­bały im się te słowa. Ta­kiego Bokę lu­bili. Z uzna­niem pa­trzyli na jego mą­drą głowę, na oczy pło­nące żą­dzą czynu. Naj­chęt­niej wy­ca­ło­wa­liby go za to, że w końcu i on uznał, że prze­brała się miarka.

Za­częli roz­cho­dzić się do do­mów. Świe­ciło słońce, wszystko wy­da­wało się piękne i ra­do­sne, gdzieś w dziel­nicy Józ­se­fváros we­soło biły dzwony. Chłop­ców cze­kały wiel­kie chwile. Pa­trzyli w przy­szłość z nie­ukry­waną eks­cy­ta­cją, pa­lili się do przy­gód. Bo skoro Boka po­wie­dział, że bę­dzie się działo, to bę­dzie się działo!

Zmie­rzali w stronę ulicy Ül­lői, Czo­na­kosz z Ne­mecz­kiem zo­stali w tyle. Kiedy Boka się od­wró­cił, zo­ba­czył, że obaj sta­nęli przy piw­nicz­nym okienku fa­bryki ty­to­niu, które po­kry­wała gruba war­stwa żół­tego osadu.

- Ta­baka! - krzyk­nął Czo­na­kosz, gwizd­nął i szczyptę brud­nego pyłu wpa­ko­wał so­bie do nosa.

Ne­me­czek par­sk­nął śmie­chem. Za­raz zresztą sam też za­żył tej "ta­baki", za­cią­gnął się głę­boko. To wpra­wiło ich w świetny hu­mor. Ki­cha­jąc na po­tęgę, po­szli da­lej ulicą Köz­te­lek. Czo­na­kosz był naj­gło­śniej­szy, hu­czał jak ar­mata. Ne­me­czek na­to­miast wy­da­wał dźwięki po­dobne do pry­cha­nia roz­draż­nio­nej świnki mor­skiej. Z re­cho­tem pu­ścili się bie­giem w dal­szą drogę. Czuli się tak wspa­niale, że za­po­mnieli o wiel­kiej nie­spra­wie­dli­wo­ści, którą na­wet Boka - spo­kojny i po­ważny Boka - na­zwał nie­po­jętą.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki