Chłopcy z miasta - Matt Burczyk

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (47,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Waszyngton. Końcówka listopada 1963.

Tylko martwi dochowują tajemnic. Te słowa wybrzmiewały mu w głowie, kiedy skręcał czarnym buickiem rivierą na Rockville Pickle. Samochód odebrał na początku roku za pierwsze większe pieniądze pochodzące z czystego interesu. Pachniał nowością i robił ogromne wrażenie na przechodniach. Uwielbiał go. Włączył radio z muzyką country i rock. Wsłuchał się w słowa piosenki Johnny'ego Casha Ring of fire i zatęsknił za żoną. Chciał jak najszybciej oddać przesyłkę i wrócić do domu. W weekend będzie musiał przystrzyc trawnik, a wieczorem urządzi grilla dla sąsiadów. Coraz częściej myślał o tym, żeby całkowicie rzucić mokrą robotę, ale w tej branży to nie takie proste. Nie zamierzał pytać partnera, co wie na temat zlecenia - chciał tylko otrzymać za nie wynagrodzenie. Chłopak miał okrągłą twarz i zaczesane do tyłu, przylizane czarne włosy. Siedział obok w za dużym szarym garniturze i wyświechtanej skórzanej kurtce. Denerwował go. Nie chciał się zamknąć. Przez cały czas opowiadał o soczystych żeberkach, zimnym burbonie i motelu po drodze do Pittsburga, gdzie pracowała rudowłosa recepcjonistka. Mieli poczekać tam do rana i oddać mocodawcom walizkę odebraną wojskowemu patologowi.

Od kilku minut jechał za nimi zielony pontiac. Gdy tylko w lusterku wstecznym zauważył auto lawirujące pomiędzy wylewającymi się z miasta samochodami, próbował trzymać się na dystans. Komplikacje - nieodłączna część jego pracy. Przez kilkanaście lat w tej branży nauczył się nie ufać nikomu. Stąd dwa przykryte kocem karabiny Thompson 1928A1 leżące na tylnym siedzeniu oraz rewolwer Smith &Wesson w kaburze pod skórzaną kurtką.

- Ktoś nas śledzi. Widzisz ten samochód? - zapytał, nie odrywając rąk od kierownicy.

- Co? - odpowiedział znudzony towarzysz, odkładając kwietniowy numer "Playboya" z czarnowłosym króliczkiem trzymającym tacę z drinkami. Reklamował otwarcie nowego klubu dla dżentelmenów w Nowym Jorku. Planował się tam wybrać jeszcze przed świętami. O tym też mu wspominał. Gość bez pośpiechu sięgnął po leżące w schowku magnum kaliber 44 i zerknął w lusterka.

- Nic nie widzę przez ten pieprzony deszcz - odparł po chwili. - Nie wiem, ilu ich jest. - Wreszcie zaczął mówić, jakby znał się na rzeczy.

- Powiedziałeś komuś o robocie? Może tej rudej cizi z motelu?

- Za kogo mnie masz? - zdenerwował się jego partner. - Nie jestem kretem! Nawet nie wiem, jak się nazywasz. O godzinie akcji dowiedziałem się dziś koło południa. Przecież ty też od kilku dni siedziałeś w hotelu, czekając na telefon. Wiemy tyle samo.

- Może masz rację - mruknął kierowca. - Tylko bez emocji. - dodał, żeby nieco uspokoić sytuację.

Jego towarzysz wzruszył ramionami.

- Za bardzo się przejmujesz - odparł już spokojniej. - Pewnie gość jedzie w tę samą stronę co my, i tyle.

- Możliwe. Ale nie będę tego sprawdzał. Postaram się go zgubić.

Wcisnął pedał gazu.

Samochód z rykiem silnika nabrał prędkości. Wyprzedził ciężarówkę i przechylając się niebezpiecznie, wrócił na prawy pas. Dojeżdżali do zjazdu na autostradę. W ostatniej chwili z piskiem opon skręcili w lewo na rozwidleniu. Auto poślizgnęło się na mokrej nawierzchni, ale ładnie je wyprowadził i przyspieszył na prostej. Zielony samochód zniknął im z pola widzenia. Dochodziła siedemnasta. Ołowiane chmury nabierały coraz głębszej barwy. Deszcz się wzmógł. Zrobiło się ciemno. Po kilkudziesięciu milach prostej drogi skręcili w las, do ustronnego motelu na obrzeżach jakiegoś miasteczka. Według partnera byli na miejscu.

Wyłączył silnik i odetchnął.

- Chyba mamy ich z głowy - powiedział, po czym wyłączył radio i siedział przez kilka minut, patrząc przed siebie na czerwono-ceglany budynek motelu.

Parking był pusty. Krzykliwy neon Blue Motel i jedno zapalone światło w oknie recepcji dawały nadzieję, że obiekt działa i nie będą musieli spędzić tej nocy w samochodzie. Jego towarzysz trzymał dłoń na klamce od drzwi, czekając, aż deszcz ustanie. W końcu stracił cierpliwość i wysiadł.

- Ktoś przyjechał! - Jego krzyk zbiegł się z odgłosem nagłego hamowania.

Z zielonego pontiaca wysiedli dwaj mężczyźni w długich płaszczach. Dojrzał ich w blasku latarni oświetlającej bramę. Zastawili samochodem cały wyjazd. Zobaczył, jak wyjmują zza siebie karabiny. Jego towarzysz nie czekał, aż tamci zaczną pierwsi i wystrzelił z rewolweru, trafiając w brzuch jednego z bandytów. Szczęśliwy strzał, zważywszy na odległość około dwudziestu metrów. Rozległ się krzyk. Kolejny strzał i tamten zamilkł. Po serii kul z karabinu maszynowego roztrzaskało się tylne okno w buicku. Naboje trafiły też w ścianę motelu, aż z cegieł poleciały iskry. Wyskoczył z auta i schował się przed maską, zwrócony plecami do ściany budynku. Wyjął rewolwer, odbezpieczył broń i czekał na odpowiedni moment. Strzeli, kiedy będzie pewien, że każda kula oznaczać będzie śmierć. Grubasek miał niezły fart, trafiając napastnika z tak dużej odległości, do tego w takich warunkach. A może go nie docenił? W końcu odrzut magnum i pewna ręka robiły swoje.

Denerwował się. Zimny pot spłynął mu po czole, ścisnęło go w brzuchu. Starzeję się - pomyślał. - Najwyższy czas już z tym skończyć.

A jednak szybko doszedł do siebie. Kortyzol we krwi ustąpił miejsca adrenalinie. Lata doświadczenia przejęły nad nim kontrolę i zaczął trzeźwiej myśleć. Miał tylko sześć kul, a naładowane thompsony leżały bezczynnie na siedzeniach. Kurwa! Pomogłyby mu wyjaśnić tę sytuację znacznie szybciej.

Strzały nie milkły, pociski przecinały krople deszczu. Było za ciemno i za daleko, żeby dało się precyzyjnie trafić. Jego towarzysz dzielnie odpierał atak napastnika, osłaniając się otwartymi na oścież drzwiami od strony pasażera. Aż dostał, prosto w głowę. Za szybko się wychylił się. Broń wypadła mu z ręki i runął na plecy. Leżał tak, tonąc w kałuży krwi, a jego oczy zastygły wpatrzone w mroczne niebo.

Teraz zostaliśmy jeden na jednego - pomyślał.

O tył samochodu zabębnił grad kul. Wróg trafiał coraz precyzyjnej, zbliżał się. Kiedy pociski przebiły opony po stronie pasażera, auto gwałtownie się przechyliło i drzwi bardziej się otworzyły. Po chwili ciągnącej się w nieskończoność kanonada ustała. Skurwysyn przeładowywał magazynek albo czekał, aż ten wystawi głowę i skończy podobnie jak jego kolega.

Nasłuchiwał kroków, ale przez coraz głośniej padający deszcz nie było to takie łatwe.

Kurwa! Czy zawartość tej walizki jest warta życia aż tylu osób? - zdążył pomyśleć, a potem znowu zaczęło się piekło.

1

Chicago. Near North Side. Wabash Avenue. Czerwiec 1950.

Kiedy umrę, pójdę do nieba, bo całe życie spędziłem w piekle. Wracałem do domu po dziesięciogodzinnej pracy w rzeźni Union Stock Yard, najpierw na piechotę, a potem metrem. Była sobota. Po drodze ze stacji Grand, znajdującej się kilka minut od naszej kamienicy, zaszedłem do monopolowego po butelkę whisky i papierosy. Mój młodszy brat Frank nie chciał się ze mną napić. Prawie codziennie po robocie grał w karty w podejrzanych melinach zamieszkiwanych przez Polaków, Rosjan czy Żydów. Kumplował się ze wszystkimi na dzielnicy, z którymi mógł się w miarę dogadać. Nie znał za dobrze angielskiego, a na obczyźnie musiał sobie jakoś radzić. Pomimo niewielkiej, bo czteroletniej różnicy wieku nie mogliśmy ostatnio znaleźć wspólnego języka. Być może w przeszłości zbyt wiele razem przeżyliśmy, doświadczyliśmy zbyt wiele zła.

Mieszkaliśmy w obskurnej czynszówce przy Wabash Avenue w dzielnicy Near North Side, robotniczym tyglu Irlandczyków, Polaków, Rosjan, Żydów, Sycylijczyków i Murzynów. Na rogach ulic kręcili się gangsterzy, złodzieje i drobne cwaniaczki czekający na otwarcie pubów albo na okazję, żeby zarobić łatwe pieniądze. Rządziła tutaj przemoc i bezprawie. Na porządku dziennym zdarzały się gwałty, rabunki, opodatkowania lokali, podpalenia i strzelaniny. Policja ani nawet potężniejsza od nich w tamtym okresie włosko-amerykańska mafia nie potrafiły przejąć kontroli nad piekielnym dystryktem. Wszechobecny zapach spalin, swąd kanałów i wyziewy z ustępów przypominały nam, że Bóg potrafi zapomnieć o własnych dzieciach. Przeludnione rudery, slumsy, domy pozbawione podstawowych warunków sanitarnych. Obszar biedy, pijackich burd złodziei i dziwek - jeden z najpodlejszych kwartałów wietrznego miasta, poprzecinany wiaduktami kolejowymi, po których z rykiem jeździło metro.

Pchnąłem drzwi prowadzące do ciemnego korytarza czynszówki. Otworzyły się z piskiem. Musiałem być czujny, nie zwracać na siebie uwagi. Nietrudno było o guza czy nóż w żebra, jeżeli trafiło się na niewłaściwych ludzi, a tu często spotykałem komitet powitalny składający się z chuliganów i narkomanów. Skrzypiącymi schodami, pośród zapachu gotowanej kapusty wydobywającego z mieszkania państwa Kowalskich zalegających tu już kilkanaście lat, tym razem bez przeszkód trafiłem do siebie. Zapaliłem światło i poszedłem się umyć. Później przygotowałem kolację, otworzyłem butelkę i zacząłem zastanawiać się nad sensem mojego życia.

Do Chicago przenieśliśmy się razem z bratem zaraz po drugiej wojnie światowej. Zmęczeni okrutnymi obrazami, ciągłym stresem i koniecznością zabijania, uciekliśmy przed prześladowaniami żołnierzy Armii Krajowej ze strony Rosjan. Na początku miasto wydawało nam się imponujące. Nigdzie indziej nie widzieliśmy tak szerokich ulic, strzelistych i gładkich wielopiętrowych wieżowców ze stali i szkła. Było zupełnie inaczej niż w zrujnowanej wojną Polsce. Tam straciliśmy przyjaciół, rodzinę, znajomych. Niemcy zabrali nam wszystko, zburzyli nasze domy i miasta. Najgorsze jest to, co zrobili z dziewczyną Franka. Zginęła w męczarniach w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Testowali na niej jakieś dziwne leki. Była wpół Żydówką i to wystarczyło tym zwierzętom. Straszna sprawa. O jej śmierci dowiedzieliśmy się dopiero pod koniec wojny. Frank nigdy sobie tego nie wybaczył. Nie wybaczył sobie, że nic nie mógł zrobić, a bezsilność to okropne uczucie. Wojna zostawia nieludzkie rany na psychice człowieka. Czas ich nie goi, bo blizny pozostają w ofiarach na zawsze.

W 1939 roku zawalił mi się świat. Studiowałem na trzecim roku medycyny na Uniwersytecie Warszawskim, miałem leczyć ludzi, a nie ich zabijać. Po wojnie przysiągłem sobie, że już nigdy nie wyrządzę krzywdy drugiemu człowiekowi. W młodości nie garnąłem się do bijatyk i wolałem rozwiązywać konflikty w sposób pokojowy. Podczas okupacji pomagałem przy rannych, brałem udział w akcjach dywersyjnych. Niestety czasem musiałem też uśmiercać wrogów.

Tamtego roku brat uczył się w klasie maturalnej. Nie miał jeszcze żadnych konkretnych planów co do swojej przyszłości, oprócz szybkiego ślubu z Sarą. Najpierw został łącznikiem i przenosił meldunki po targanej wojną Warszawie. Od kamienia do kamienia. Nie wystarczało mu to i po paru miesiącach został egzekutorem podziemia. Jednym z najskuteczniejszych. Zaślepiony nienawiścią do wroga wykonywał wyroki bez mrugnięcia okiem. Od zawsze mi powtarzał, że chce zostać kimś ważnym. Nie został, a z powodu stresu i tych wszystkich egzekucji, które przeprowadził, miewał tylko napady agresji. Relaksu szukał w hazardzie, a po śmierci ukochanej zbliżył się do Boga. Codziennie odmawiał różaniec i nie rezygnował z niedzielnej mszy świętej. Cóż, każdy inaczej radzi sobie z traumą - ja akurat zawsze wolałem alkohol i dziewczyny.

Tak naprawdę w starym kraju nazywaliśmy się inaczej. Zmiana tożsamości pozwoliła nam oddzielić krwawe wydarzenia młodości grubą kreską. Zaczęliśmy wszystko od nowa. Dzięki znajomościom wśród fałszerzy z Polskiego Państwa Podziemnego otrzymaliśmy irlandzkie paszporty na nazwisko Henry i Frank Hardy. Zawsze podobała mi się Irlandia. Kultura piątkowych wycieczek po pubach, whiskey i celtycka muzyka. Zielona wyspa była mi po prostu przeznaczona. W końcu urodziłem się 17 marca, w dzień świętego Patryka. To chyba nie przypadek.

Dobrze znam angielski, dzięki temu załatwiłem nam pracę w tutejszej rzeźni. Miałem szczęście, bo trafiło mi się lżejsze zajęcie niż bratu. Ja pracowałem na magazynie, pakowałem towar do samochodów, wydawałem dokumenty i plomby. Frank trafił gorzej. Z uwagi na jego słabą znajomość języka umieścili go w najgorszym miejscu zakładu - ubój i rozbiórka mięsa. To fucha na pierwszej linii, w oparach krwi i pisku mordowanych zwierząt. Podrzynał im gardła, dławiąc się w smrodzie śmierci. Codziennie brodził w kałużach krwi. W lecie temperatura na jego stanowisku pracy przekraczała 37 stopni Celsjusza.

Tyraliśmy jak to Polacy na emigracji - solidnie i do utraty sił. Żeby przeżyć i utrzymać robotę, braliśmy nadgodziny. Pracowaliśmy poniżej kwalifikacji, ale wtedy nie czekało na nas nic lepszego. Jedyną braterską rozrywkę stanowiły niedzielne wyprawy do irlandzkiego klubu Kerryboy. Tam śledziliśmy amatorską ligę bokserską, a po meczach tańczyliśmy i piliśmy z mieszkańcami dzielnicy. Ring wykorzystywano tam najpierw do krwawych walk, a potem jako scenę - grali tylko mocne rockowe brzmienia z elementami celtyckimi. Po kilku ginach z tonikiem, ewentualnie whisky, i talerzu kiełbasek z purée można było obstawić zakłady sportowe czy zagadać do jakiejś dziewczyny. Uwielbialiśmy tam przesiadywać do białego rana, wśród wszechobecnego pobrzękiwania butelek i szklanek, gwaru rozmów, śmiechów oraz żartów.

Wyjeżdżając do Stanów, chcieliśmy przeżyć słynny amerykański sen. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że przerodzi się on w prawdziwy koszmar.