PROLOG
Waszyngton. Końcówka listopada 1963.
Tylko martwi dochowują tajemnic. Te słowa wybrzmiewały mu w głowie, kiedy skręcał czarnym buickiem rivierą na Rockville Pickle. Samochód odebrał na początku roku za pierwsze większe pieniądze pochodzące z czystego interesu. Pachniał nowością i robił ogromne wrażenie na przechodniach. Uwielbiał go. Włączył radio z muzyką country i rock. Wsłuchał się w słowa piosenki Johnny'ego Casha Ring of fire i zatęsknił za żoną. Chciał jak najszybciej oddać przesyłkę i wrócić do domu. W weekend będzie musiał przystrzyc trawnik, a wieczorem urządzi grilla dla sąsiadów. Coraz częściej myślał o tym, żeby całkowicie rzucić mokrą robotę, ale w tej branży to nie takie proste. Nie zamierzał pytać partnera, co wie na temat zlecenia - chciał tylko otrzymać za nie wynagrodzenie. Chłopak miał okrągłą twarz i zaczesane do tyłu, przylizane czarne włosy. Siedział obok w za dużym szarym garniturze i wyświechtanej skórzanej kurtce. Denerwował go. Nie chciał się zamknąć. Przez cały czas opowiadał o soczystych żeberkach, zimnym burbonie i motelu po drodze do Pittsburga, gdzie pracowała rudowłosa recepcjonistka. Mieli poczekać tam do rana i oddać mocodawcom walizkę odebraną wojskowemu patologowi.
Od kilku minut jechał za nimi zielony pontiac. Gdy tylko w lusterku wstecznym zauważył auto lawirujące pomiędzy wylewającymi się z miasta samochodami, próbował trzymać się na dystans. Komplikacje - nieodłączna część jego pracy. Przez kilkanaście lat w tej branży nauczył się nie ufać nikomu. Stąd dwa przykryte kocem karabiny Thompson 1928A1 leżące na tylnym siedzeniu oraz rewolwer Smith &Wesson w kaburze pod skórzaną kurtką.
- Ktoś nas śledzi. Widzisz ten samochód? - zapytał, nie odrywając rąk od kierownicy.
- Co? - odpowiedział znudzony towarzysz, odkładając kwietniowy numer "Playboya" z czarnowłosym króliczkiem trzymającym tacę z drinkami. Reklamował otwarcie nowego klubu dla dżentelmenów w Nowym Jorku. Planował się tam wybrać jeszcze przed świętami. O tym też mu wspominał. Gość bez pośpiechu sięgnął po leżące w schowku magnum kaliber 44 i zerknął w lusterka.
- Nic nie widzę przez ten pieprzony deszcz - odparł po chwili. - Nie wiem, ilu ich jest. - Wreszcie zaczął mówić, jakby znał się na rzeczy.
- Powiedziałeś komuś o robocie? Może tej rudej cizi z motelu?
- Za kogo mnie masz? - zdenerwował się jego partner. - Nie jestem kretem! Nawet nie wiem, jak się nazywasz. O godzinie akcji dowiedziałem się dziś koło południa. Przecież ty też od kilku dni siedziałeś w hotelu, czekając na telefon. Wiemy tyle samo.
- Może masz rację - mruknął kierowca. - Tylko bez emocji. - dodał, żeby nieco uspokoić sytuację.
Jego towarzysz wzruszył ramionami.
- Za bardzo się przejmujesz - odparł już spokojniej. - Pewnie gość jedzie w tę samą stronę co my, i tyle.
- Możliwe. Ale nie będę tego sprawdzał. Postaram się go zgubić.
Wcisnął pedał gazu.
Samochód z rykiem silnika nabrał prędkości. Wyprzedził ciężarówkę i przechylając się niebezpiecznie, wrócił na prawy pas. Dojeżdżali do zjazdu na autostradę. W ostatniej chwili z piskiem opon skręcili w lewo na rozwidleniu. Auto poślizgnęło się na mokrej nawierzchni, ale ładnie je wyprowadził i przyspieszył na prostej. Zielony samochód zniknął im z pola widzenia. Dochodziła siedemnasta. Ołowiane chmury nabierały coraz głębszej barwy. Deszcz się wzmógł. Zrobiło się ciemno. Po kilkudziesięciu milach prostej drogi skręcili w las, do ustronnego motelu na obrzeżach jakiegoś miasteczka. Według partnera byli na miejscu.
Wyłączył silnik i odetchnął.
- Chyba mamy ich z głowy - powiedział, po czym wyłączył radio i siedział przez kilka minut, patrząc przed siebie na czerwono-ceglany budynek motelu.
Parking był pusty. Krzykliwy neon Blue Motel i jedno zapalone światło w oknie recepcji dawały nadzieję, że obiekt działa i nie będą musieli spędzić tej nocy w samochodzie. Jego towarzysz trzymał dłoń na klamce od drzwi, czekając, aż deszcz ustanie. W końcu stracił cierpliwość i wysiadł.
- Ktoś przyjechał! - Jego krzyk zbiegł się z odgłosem nagłego hamowania.
Z zielonego pontiaca wysiedli dwaj mężczyźni w długich płaszczach. Dojrzał ich w blasku latarni oświetlającej bramę. Zastawili samochodem cały wyjazd. Zobaczył, jak wyjmują zza siebie karabiny. Jego towarzysz nie czekał, aż tamci zaczną pierwsi i wystrzelił z rewolweru, trafiając w brzuch jednego z bandytów. Szczęśliwy strzał, zważywszy na odległość około dwudziestu metrów. Rozległ się krzyk. Kolejny strzał i tamten zamilkł. Po serii kul z karabinu maszynowego roztrzaskało się tylne okno w buicku. Naboje trafiły też w ścianę motelu, aż z cegieł poleciały iskry. Wyskoczył z auta i schował się przed maską, zwrócony plecami do ściany budynku. Wyjął rewolwer, odbezpieczył broń i czekał na odpowiedni moment. Strzeli, kiedy będzie pewien, że każda kula oznaczać będzie śmierć. Grubasek miał niezły fart, trafiając napastnika z tak dużej odległości, do tego w takich warunkach. A może go nie docenił? W końcu odrzut magnum i pewna ręka robiły swoje.
Denerwował się. Zimny pot spłynął mu po czole, ścisnęło go w brzuchu. Starzeję się - pomyślał. - Najwyższy czas już z tym skończyć.
A jednak szybko doszedł do siebie. Kortyzol we krwi ustąpił miejsca adrenalinie. Lata doświadczenia przejęły nad nim kontrolę i zaczął trzeźwiej myśleć. Miał tylko sześć kul, a naładowane thompsony leżały bezczynnie na siedzeniach. Kurwa! Pomogłyby mu wyjaśnić tę sytuację znacznie szybciej.
Strzały nie milkły, pociski przecinały krople deszczu. Było za ciemno i za daleko, żeby dało się precyzyjnie trafić. Jego towarzysz dzielnie odpierał atak napastnika, osłaniając się otwartymi na oścież drzwiami od strony pasażera. Aż dostał, prosto w głowę. Za szybko się wychylił się. Broń wypadła mu z ręki i runął na plecy. Leżał tak, tonąc w kałuży krwi, a jego oczy zastygły wpatrzone w mroczne niebo.
Teraz zostaliśmy jeden na jednego - pomyślał.
O tył samochodu zabębnił grad kul. Wróg trafiał coraz precyzyjnej, zbliżał się. Kiedy pociski przebiły opony po stronie pasażera, auto gwałtownie się przechyliło i drzwi bardziej się otworzyły. Po chwili ciągnącej się w nieskończoność kanonada ustała. Skurwysyn przeładowywał magazynek albo czekał, aż ten wystawi głowę i skończy podobnie jak jego kolega.
Nasłuchiwał kroków, ale przez coraz głośniej padający deszcz nie było to takie łatwe.
Kurwa! Czy zawartość tej walizki jest warta życia aż tylu osób? - zdążył pomyśleć, a potem znowu zaczęło się piekło.