Wstęp
Dwa i pół roku temu agenci CBA weszli do
Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Zainteresował ich biznesmen
prowadzący sklep odzieżowy "Red is Bad", który dostawał od rządu
gigantyczne zamówienia. Wtedy Polska po raz pierwszy usłyszała o Pawle
Szopie, który jakiś czas potem został aresztowany. Okazało się, że od
wielu lat olbrzymie zakupy związane z katastrofami - z pandemią i wojną
na Ukrainie - rząd kierował do tego niszowego przedsiębiorcy, mającego
doświadczenie wyłącznie w sprzedawaniu koszulek z narodową i antykomunistyczną symboliką. Teraz został głównym dostawcą
strategicznych dla państwa towarów, kupował dla rządu maseczki,
rękawice, prądnice. Stał się jednym z najważniejszych prywatnych
współpracowników polskiego państwa.
Agentów CBA zastanowiło nie to, że Paweł Szopa współpracuje z polskim
rządem, ale to, że polski rząd współpracuje z nim wbrew elementarnej
logice. Porównano faktury, na przykład Szopa kupował agregaty
prądotwórcze w Chinach za sześćdziesiąt dziewięć milionów, a rząd płacił
mu za to trzysta pięćdziesiąt milionów. Szopa zarabiał więc na czysto
dwieście osiemdziesiąt jeden milionów, a polski budżet tracił dwieście
osiemdziesiąt jeden milionów, bo rząd mógł kupić ten towar bezpośrednio
od chińskiej fabryki. Zamiast wspierać polską służbę zdrowia czy
Ukraińców, większość pieniędzy przekazywał do kieszeni prywatnego
przedsiębiorcy. Gdyby nie zlecał Szopie, mógłby kupić towaru
wielokrotnie więcej. Mało tego, mógłby kupić towar dobrej jakości,
tymczasem Szopa w dużej mierze kupował szmelc, niedziałający złom. Rząd
to wiedział, niemniej nadal zamawiał u Szopy. Wciąż przepłacając
cztero-, pięciokrotnie.
Paweł Szopa został aresztowany, zaproponowano mu małego świadka
koronnego, więc zaczął szeroko zeznawać. Prokuratorów zaskoczyło to, że
Szopa tych pieniędzy nie ma. Najprawdopodobniej nie ukradł ich dla
siebie, wziął najwyżej kilkadziesiąt milionów, a zatem setki milionów
złotych, które były zyskiem z kolejnych transakcji, nie trafiły do jego
kieszeni. Nie on był więc szefem operacji, był tylko słupem, który dawał
swoją twarz, nazwisko oraz brał na siebie główne ryzyko. Pieniądze zaś
trafiały do realnego szefa tej operacji. Do kogo? Do dziś nie wiadomo.
Prokuratura zainteresowała się również prezesem Rządowej Agencji Rezerw
Strategicznych, Michałem Kuczmierowskim. To on przez lata zlecał Szopie
zakupy, jego urzędniczka, która również zdecydowała się na współpracę z prokuraturą, zeznała, że to na osobiste polecenie szefa wszystkie
największe zakupy agencji kierowane były do Szopy. Zarówno ona, jak i jej poprzednik opowiedzieli szczegółowo historie kolejnych zamówień i stosowanej przez Kuczmierowskiego konspiracji. Na przykład taką: pewnego
dnia urzędnik stawił się w pokoju szefa i spytał, do kogo idzie
dzisiejsze zamówienie. Kuczmierowski uśmiechnął się, napisał na
karteczce "Żelazowa Wola". Urzędnik nie zrozumiał. - Z czym ci się
kojarzy Żelazowa Wola? - podpowiada szef. - Z Szopenem. - A Szopen z czym? - Z Szopą...
W trakcie śledztwa okazało się, że jest jeszcze jeden słup, który
dostawał wielkie zamówienia, Dominik Basior. Co nie znaczy, że
pomniejsze zlecenia kierowane były w sposób uczciwy. Wszystkie szły
wyłącznie do ludzi zaprzyjaźnionych z Kuczmierowskim, do firm jego
kolegów.
Prokuratura chciała przedstawić zarzuty Kuczmierowskiemu, ale nie
zdążyła, bo uciekł do Londynu, co poważnie wstrząsnęło politycznym
światem. Kuczmierowski był bowiem jednym z najbliższych współpracowników
premiera Morawieckiego. Z czasem sprawa przycichła i choć prokuratura i służby cały czas nad nią pracują, powoli odchodzi ona do historii jako
wielka afera mało ważnych ludzi. Nieznanego biznesmena i mało znanego
urzędnika rządowego.
Tak się złożyło, że to ja byłem autorem pierwszych informacji o tej
aferze, na łamach Onetu opisywałem kolejne jej rozdziały. Z początku
najbardziej zdumiewające były dla mnie kwoty, polscy politycy nigdy nie
ukradli tak wielkich pieniędzy. Nawet w aferze FOZZ. W innej sławnej
aferze Lew Rywin w imieniu "grupy trzymającej władzę" chciał od Agory
siedemnaście i pół miliona dolarów łapówki, czyli sześćdziesiąt trzy
miliony złotych. W przypadku RARS "grupa trzymająca zamówienia" zagrała
o stawkę prawie dziesięć razy większą. I w przeciwieństwie do afery
Rywina, gdzie do łapówki nie doszło, swoje pieniądze dostała i sprawiedliwości na razie się wywinęła. Przed prokuraturą, na razie,
zeznają płotki. Potem uderzyło mnie coś ważniejszego. Że na początku
nikt, ja również, nie zrozumiał, z jak wielką sprawą mamy do czynienia.
Sądziliśmy, że mamy do czynienia z aferą jakiegoś Szopy, biznesmena
awanturnika okradającego polskie państwo. Potem spojrzeliśmy szerzej i zrozumieliśmy, że jest to afera dużo poważniejszego kalibru, afera
Kuczmierowskiego, czyli wysokiego państwowego urzędnika, który - jak się
zdaje - jedynie wykorzystał Szopę, aby samemu dokonać kradzieży. I na
tej drugiej diagnozie poprzestaliśmy. Oto skorumpowany urzędnik,
jednostkowy przypadek, czarna owca w stadzie.
Kłopot w tym, że ludzie, którzy prowadzili akcję CBA, jak też ci, którzy
prowadzą śledztwo, zgodnie mówią, że ci dwaj panowie stanowili
wierzchołek góry lodowej, mniej ważny fragment zorganizowanej grupy
przestępczej, której szefem był ktoś dużo ważniejszy od
Kuczmierowskiego. Kto? Nie wiadomo. Może sam premier? Jeden z prokuratorów pytany przeze mnie o to, dlaczego nie przesłuchał jeszcze
Morawieckiego, odpowiada: "Bo nie wiem, w jakim charakterze go wezwać.
Świadka czy podejrzanego".
Poszedłem tym tropem - i o tym właśnie jest ta książka. Zacząłem
sprawdzać fakty i hipotezy na temat tej sprawy. Znalazłem serię
niezwykłych zbiegów okoliczności. Kuczmierowski był jednym z najbardziej
zaufanych ludzi Mateusza Morawieckiego, obok Michała Dworczyka i Mariusza Chłopika. Mieli ze sobą stały kontakt, pracowali ze sobą od
wielu lat, kumplowali się prywatnie. Rządowa Agencja Rezerw
Strategicznych, czyli miejsce, w którym afera się rozgrywa, była
dzieckiem Morawieckiego, została stworzona w 2020 roku, w początkach
pandemii, z przekształcenia z wcześniejszej, nieznanej nikomu Agencji
Rezerw Materiałowych, niedługo przed tym, gdy Szopa na zlecenie agencji
dokona pierwszych zakupów. Została powołana osobistą decyzją premiera i podlegała osobiście jemu. Dalej. To premier mianował Kuczmierowskiego
prezesem agencji. A cała agencja od początku została obsadzona zaufanymi
ludźmi Morawieckiego, środowiskiem tak zwanych harcerzy. Instytucję
przejęła jedna, zgrana, lojalna, szczelna grupa. I natychmiast zaczęła
aferalne praktyki.
Morawiecki współpracował z harcerzami od dawna, przez dwie dekady był
ich politycznym liderem oraz biznesowym pracodawcą. Spędzał z nimi czas,
przyjeżdżał na ich obozy, był z nimi na "ty". Kiedy został prezesem BZ
WBK, jednego z największych banków w Polsce, harcerzami obsadził istotne
stanowiska, on też pozwolił im zarobić pierwsze duże pieniądze. Kiedy
został wicepremierem, pociągnął harcerzy za sobą, obsadził nimi
strategiczne stanowiska. Gdy dwa lata później został premierem,
pociągnął ich jeszcze wyżej. Stale pozwalał im zarabiać coraz większe
pieniądze. Sami harcerze dzisiaj opowiadają, że Morawiecki ich
zorganizował, ale też skorumpował. Dbał, aby środowisko było lojalne
wobec niego nie tylko z powodów politycznych, ale też prozaicznych.
Dzięki Morawieckiemu kupowali sobie luksusowe domy, mieszkania na
wynajem, drogie samochody.
Kolejny ważny fakt. W czasie kilku lat trwania afery RARS Kuczmierowski
był nie tylko bezpośrednim podwładnym premiera, ale jednym z najbliższych współpracowników, z którym premier miał stały kontakt.
Również Paweł Szopa był w kręgu ludzi Morawieckiego, premier go znał,
spotykał się z nim. Jest jedno spotkanie, które daje pole dla
najbardziej śmiałych hipotez - w grudniu 2023 roku, trzy lata po tym,
jak Szopa zaczął okradać polskie państwo, o czym rząd od dawna wiedział,
bo był ostrzegany przez CBA, w gabinecie premiera spotkali się
Morawiecki, Kuczmierowski i Szopa. Rozmawiali o tym, co można jeszcze
pospiesznie kupić, zanim Morawiecki za kilka dni odda stanowisko po
przegranych przez PiS wyborach.
To tłumaczy pytanie, nad którym zastanawia się prokuratura - czy premier
jest w tej sprawie świadkiem, czy powinien zostać podejrzanym. Czy to
możliwe, że szefem operacji, na której Skarb Państwa stracił, lekko
licząc, od pół miliarda do nawet siedmiuset milionów złotych, a ktoś te
pieniądze zarobił, był polski premier? Zrobiłem dziennikarskie śledztwo,
którego wyniki Czytelnik znajdzie poniżej. Na temat historii
Morawieckiego. Oraz historii harcerzy.
Przyjrzałem się biografii Morawieckiego. Od młodości robił wielkie
pieniądze w niejasnych okolicznościach. Wchodząc do polityki, starannie
ukrył swój majątek. Dwukrotnie dokonał jego podziału, gros przepisując
na żonę. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ukrył majątek przed
publicznością nie tylko ze względu na jego wielkość, lecz jego
pochodzenie.
Przyjrzałem się też biografiom harcerzy. Od samego początku współpracy z Morawieckim zaczynają się gwałtownie bogacić. Dwudziestka czołowych
postaci tego środowiska najpierw zarabiała na współpracy z BZ WBK, potem
na współpracy z państwem. Ich firmy, zarejestrowane czasem na własne
nazwiska, czasem na rodzinę czy znajomych, zajmowały się wszystkim - od
piaru, organizowania publicznych spotkań, handlu... Jedno było stałe -
pieniądze płynęły z miejsc, które nadzorował Morawiecki. To były ogromne
kwoty, idące w setki tysięcy i miliony złotych.
Świadkowie i podejrzani przesłuchani przez prokuraturę otwarcie mówią,
że Kuczmierowski nie był szefem operacji. Nie on podejmował decyzje, był
postacią zbyt niesamodzielną, że dostawał rozkazy od kogoś wyżej. Od
kogo - nie wiedzą. Spekulują, że było to wąskie, kilkuosobowe grono
czołowych harcerzy albo osobiście Morawiecki.
Ale najbardziej intrygujące jest pytanie, na co te pieniądze były
przeznaczone. Przeprowadziłem wiele rozmów zarówno z harcerzami
Morawieckiego, jak też z politykami PiS. Okazuje się, że hipotez jest
kilka. Po pierwsze - kradli dla siebie. Po drugie, nie kradli, ale - jak
to się mówi - "robili politykę". Morawiecki miał wielkie ambicje, ale
słabą pozycję w PiS, więc zbierał środki na finansowanie swojej
działalności. Tak jak Zbigniew Ziobro oparł finansowanie swojej partii
na Funduszu Sprawiedliwości, tak Morawiecki na RARS. Jest wreszcie
hipoteza trzecia - Morawiecki zbierał pieniądze nie tylko dla siebie,
ale dla całego PiS. Dlatego premier przez trzy lata miał nad sobą
parasol ochronny. Raczej jednak nie ze strony nieznoszącego go szefa
służb Mariusza Kamińskiego, a samego Jarosława Kaczyńskiego. Jest
wreszcie hipoteza czwarta, która mówi, że prawdziwe są wszystkie trzy
powyższe.
Kwota, jaka została wyprowadzona, jest ogromna, to w sumie co najmniej
siedemset milionów złotych. Roczna dotacja dla partii, jaką dostaje na
przykład Platforma Obywatelska, to około dwudziestu pięciu milionów.
Czyli pieniędzy z RARS wystarczy na działalność wielkiej partii przez co
najmniej dwadzieścia lat. Taką kwotą można obdzielić wszystkich.
Wystarczy i na osobiste potrzeby, na domy i samochody, i na polityczną
karierę grupy Morawieckiego albo na hojne finansowanie PiS.
Chcę być wobec Czytelnika szczery: prawdy nie zdołałem poznać. Zebrałem
dostępne fakty oraz wiarygodne spekulacje, które padały z ust ludzi
dobrze znających środowisko Morawieckiego. Po wielu miesiącach pracy
wiem jedno: jeśli nawet Mateusz Morawiecki jest niewinny w sensie
karnym, czyli nie przywłaszczył sobie ani jednej złotówki - co
dopuszczam - to jest odpowiedzialny za stworzenie środowiska, które
zostało wychowane, wyćwiczone oraz zorganizowane w taki sposób, że już
tylko jeden krok dzielił go od tego, aby stać się zorganizowaną grupą
przestępczą.
Ta historia wciąż czeka na swoje zakończenie. Czy prowadzącym śledztwo
prokuratorom starczy jednak odwagi, by oskarżyć najbliższych
współpracowników byłego premiera z obozu, który już szykuje się na
powrót do władzy?
Rozdział I. Działka
Rozdział I
Działka
Dziewiąty marca 2006 roku. Tuż przed
godziną 11 na parkingu przed okazałym budynkiem Prokuratury Okręgowej we
Wrocławiu przy ul. Podwale 30, mieszczącej się w neogotyckiej
poniemieckiej twierdzy, parkuje ciemna limuzyna. Z tylnego siedzenia
wychodzi wysoki, ubrany w garnitur mężczyzna w okularach. Choć już
dziewięć lat później jego nazwisko znać będzie każdy Polak, wówczas jego
obecność w prokuraturze nie budzi większej sensacji.
Członka Zarządu banku BZ WBK Mateusza Morawieckiego kojarzy wówczas
niewielu. Nawet w świecie wielkiej finansjery nie uchodzi wtedy za
rekina. Bankowi, w którego Zarządzie znalazł się trochę przypadkiem, a trochę dzięki nazwisku i historii ojca, legendarnego twórcy Solidarności
Walczącej, daleko do największych.
- W szkole byliśmy zaskoczeni, że Mateusz skończył ostatecznie jako
bankowiec - opowiada Izabela Koziej. Wówczas uczyła Morawieckiego
historii w IX LO we Wrocławiu, a dziś jest dyrektorką tej szkoły. - Był
bowiem wybitny z historii, jako olimpijczyk zwolniony z tego przedmiotu
na maturze. Jego późniejsze studia historyczne na Uniwersytecie
Wrocławskim były wręcz oczywistością. W przeciwieństwie do tego, że
został ostatecznie prezesem banku.
Mimo że jest niechętna polityce Prawa i Sprawiedliwości, swojego
wychowanka sprzed lat wspomina z rozrzewnieniem: - Poważny, nieco
wyciszony, taki powiedziałabym akuratny.
Jako "akuratnego" zapamiętał też Morawieckiego - w rozmowie ze mną używa
tego samego określenia - czekający w gabinecie przy Podwalu prokurator
Piotr Kaleciński, prowadzący wówczas ogromne śledztwo dotyczące
nieprawidłowości w Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Choć sprawa
nie przebija się wtedy na czołówki gazet i serwisów informacyjnych,
jest, jak mawiają dziennikarze, "niezwykle smaczna". Dotyczy bowiem
przekazywania przez Skarb Państwa, a konkretnie AWRSP, gruntów
dolnośląskim kościołom na mocy Ustawy o stosunku Państwa do Kościoła
Katolickiego z 1989 roku. Każdej z blisko trzystu dolnośląskich parafii
przysługiwało prawo do uzyskania piętnastu hektarów ziemi rolnej.
Wszystkie sprzedawały później te grunty osobom i instytucjom prywatnym,
zasilając kościelne, a czasem prywatne budżety duchownych.
Kaleciński zaprasza Morawieckiego, bo jest on wówczas właścicielem
jednej z takich działek - piętnastu hektarów ziemi rolnej położonych
przy ul. Mokronoskiej na wrocławskim osiedlu Oporów.
Dziś to prężnie rozwijający się przemysłowy rejon miasta. W sąsiedztwie
rosną kolejne zakłady produkcyjne, hale montażowe, swoją lokalizację
znalazło nawet miejskie krematorium. A wzdłuż samej Mokronoskiej roi się
od straganów, których klienci gęsto parkują swoje auta na poboczach.
Zanim te piętnaście hektarów trafi do majątku rodziny Morawieckich,
działka ma swoją historię. A ta interesuje prokuratora bardziej niż
późniejsze okoliczności jej nabycia przez jego rozmówcę. Owszem, pyta o to, ale zeznań nie weryfikuje i pozostawia bez dalszego biegu. Choć
udaje mu się nawet ustalić, że Morawiecki kupił grunt za siedemset
tysięcy złotych, czyli po cenie mocno zaniżonej. A to nawet w roku 2006
powinno być obiektem osobnego postępowania.
Podczas trwającego raptem dwadzieścia pięć minut przesłuchania
Kaleciński wypytuje Morawieckiego o okoliczności nabycia gruntu, o to,
od kogo dowiedział się o możliwości zainwestowania w ziemię oraz
dlaczego jego wybór padł właśnie na Oporów i ziemię przy ul.
Mokronoskiej.
Świadek nie jest zbyt rozmowny. Motywy swojej decyzji sprzed czterech
lat wydaje się pamiętać jednak doskonale. "O możliwości nabycia działek
na Oporowie od Kurii Metropolitalnej dowiedziałem się od Księdza
Kardynała Henryka Gulbinowicza" - zeznaje Mateusz Morawiecki. -
"Nadmieniam, że moja rodzina od wielu lat dobrze zna Księdza Kardynała i z tego powodu ja czasami bywam u niego w gościnie".
- Na przesłuchaniu był bardzo spokojny. Nie buńczuczny, ale i nie
przestraszony - wspomina prokurator Kaleciński. - Odniosłem jednak
wrażenie, że był trochę zdziwiony. Biło od niego przekonanie, że ta
ziemia jego rodzinie się po prostu należała. Za te wszystkie lata, gdy
jego ojciec Kornel musiał ukrywać się przed SB, wypędzano go z kraju, a pan Mateusz z tego powodu miał rozbitą rodzinę i zepsute dzieciństwo. W samej sprawie niewiele miał jednak do powiedzenia. Prócz tej formułki o rzekomo doskonałych relacjach łączących jego rodzinę z ówczesnym
kardynałem Gulbinowiczem i że o możliwości zakupu działki dowiedział się
właśnie od niego.
Opowieść Morawieckiego podważa profesor Andrzej Wiszniewski, przyjaciel
Kornela Morawieckiego, dawny współpracownik Solidarności Walczącej, a w latach dziewięćdziesiątych minister nauki w rządzie Jerzego Buzka.
- Opowieść o tym, że rodzina Mateusza Morawieckiego była blisko związana
z księdzem kardynałem, że odwiedzali w pałacu kardynała i stąd Mateusz
miałby mieć wiedzę o możliwości zainwestowania w grunty kościelne,
zwyczajnie nie trzyma się kupy - mówi profesor. - Po pierwsze, bo
kardynał zawsze z dużą rezerwą traktował Solidarność Walczącą. We
Wrocławiu śmiano się, że kocha Władka Frasyniuka, a Kornel to dla niego
niebezpieczny rewolucjonista, który zresztą dystansował się od Kościoła.
Mateusza to nawet nie wiem, czy kardynał kiedykolwiek poznał. Po drugie,
na początku lat dwutysięcznych byłem bardzo blisko z kardynałem. Bywało,
że odwiedzałem go niemal codziennie. Nigdy nie tylko nie widziałem tam
żadnego z Morawieckich, ale i nie słyszałem, by ksiądz kardynał
wspominał o jakiejkolwiek relacji z tą rodziną. Tego rodzaju relacja z pewnością nie umknęłaby mojej uwadze. To zwyczajnie niemożliwe.
To samo słyszę od innych wrocławian z opozycyjną historią, między innymi
Władysława Frasyniuka i Aleksandra Gleichgewichta, byłego
przewodniczącego wrocławskiej Gminy Żydowskiej, którego z Mateuszem
Morawieckim los zetknął ponownie w pierwszej dekadzie XXI wieku, gdy ich
dzieci uczęszczały razem do żydowskiej szkoły Lauder Etz Chaim.
- Nic mi nie wiadomo o jakiejś szczególnej bliskości Solidarności
Walczącej i rodziny Morawieckich z Kościołem, często zresztą
krytykowanym przez to środowisko za rzekomą spolegliwość wobec władzy -
opowiada Gleichgewicht. - Sceptyczny wobec Solidarności Walczącej
Kościół , w tym kardynał Gulbinowicz, współpracował z główną
Solidarnością, nie tą Kornela.
Skoro, jak mówi profesor Wiszniewski, jest niemożliwe, żeby Morawiecki
kupił działkę z polecenia kardynała Gulbinowicza, przyjrzyjmy się, co
zatem było wówczas możliwe dla Mateusza Morawieckiego?
Ziemię kupił od parafii garnizonowej pw. św. Elżbiety we Wrocławiu.
Funkcję jej proboszcza pełnił ksiądz Stanisław Żarski, postać szemrana,
były agent oraz podejrzany biznesmen, którego CBA zatrzymało nie tak
dawno za łapówki przy handlu bronią. To właśnie ksiądz Żarski zawiera
transakcję z Mateuszem Morawieckim. 2 września 2002 roku w kancelarii
notarialnej we Wrocławiu przy ul. Świebodzkiej Żarski podpisuje z Morawieckim umowę sprzedaży piętnastohektarowej działki za siedemset
tysięcy złotych. Morawiecki płaci gotówką, jak zezna "z majątku
dorobkowego z żoną Iwoną Morawiecką".
Piętnaście hektarów za siedemset tysięcy złotych? Poproszona przez
prokuratora Kalecińskiego biegła sądowa stwierdza, że już w momencie
przekazania jej Kościołowi działka ta warta była dokładnie 3 890 932
złote. Niemal pięć i pół razy więcej niż cena, za jaką trzy lata później
kupił ją Mateusz Morawiecki. A w roku 2019 ziemia warta była
sześćdziesiąt milionów złotych według wyliczeń biegłych, opartych o ceny
sprzedaży działek położonych w bezpośrednim sąsiedztwie.
Co ciekawe, Żarski nie starał się o cenę wyższą. Ofertę otrzymała tylko
jedna osoba: Mateusz Morawiecki.
- Kościół nigdzie nie ogłaszał wówczas, że chce się tej ziemi pozbyć.
Nie było oferty ani w ogłoszeniach, ani na stronie kurii - mówi
wrocławski ekspert w obrocie nieruchomościami z dwudziestoletnim stażem.
Rozdział II. Nieruchomości na słupy
Rozdział II
Nieruchomości na słupy
Dziwnych niedomówień i białych plam w historii majątku Mateusza Morawieckiego jest więcej. Na przykład jako
prezes BZ WBK wszedł we współpracę z grupą skupioną wokół Pawła
Marchewki, mieszkającego we Wrocławiu jednego z najbogatszych Polaków. W grupie znajomych Marchewki są koleżanka Iwony Morawieckiej ze wspólnych
studiów w Dolnośląskiej Szkole Wyższej, Edyta Kowalczykowska, jej mąż
Andrzej i jego brat Waldemar.
Po przejęciu przez Hiszpanów BZ WBK, przemianowany teraz na Santander
Bank Polska, zaczyna sprzedawać swoje budynki. A są tam perełki, jak na
przykład kamienica przy pl. Wolności we Wrocławiu. Dziś działa w niej
jeden z najbardziej luksusowych hoteli w mieście. Te nieruchomości bank
sprzedaje spółkom braci Kowalczykowskich, których pełnomocnikiem
każdorazowo był Jerzy Paskart. Kupują od banku kolejne kamienice - we
Wrocławiu, w Poznaniu, Katowicach, Opolu, Lesznie, Kaliszu i kilku
pomniejszych miastach - a następnie udziały w nich odsprzedają spółkom
Pawła Marchewki. Co ciekawe, w większości sprzedawanych przez bank
budynkach wciąż funkcjonują oddziały dzisiejszego banku Santander.
Wygląda na to, że kupujący zrobili świetny interes: kupili nieruchomości
z doskonałym najemcą - zagranicznym bankiem, który płaci im co miesiąc
czynsz za rozległe powierzchnie.
Ciekawy jest mechanizm sprzedaży, czyli zacieranie śladów tego, kto ma
być docelowym właścicielem. A zatem sprzedawanie, jak mówi się w biznesowym slangu, na słupy. Ta kwestia pojawiła się potem w sławnej
aferze taśmowej. W połowie 2014 roku tygodnik "Wprost" zaczyna
publikować taśmy z nielegalnego podsłuchu polityków i biznesmenów
stołujących się w warszawskiej restauracji "Sowa i Przyjaciele". Wybucha
skandal, który ostatecznie kosztuje rządzącą wówczas Platformę
Obywatelską oddanie władzy w odbywających się rok później wyborach.
Wówczas nikt jeszcze nie snuje opowieści o tym, że Morawiecki może w ogóle planować zamianę fotela prezesa banku na miejsce w rządzie.
Polityków nagrywają zatrudnieni w restauracji kelnerzy. Na początku roku
2015, gdy prowadzone w tej sprawie śledztwo wchodzi w decydującą fazę,
jeden z kelnerów składa zeznania w Prokuraturze Okręgowej
Warszawa-Praga. Protokół jego zeznań opisali trzy lata później
dziennikarze z Onetu. Ujawnili między innymi fakt, że istniała taśma z nagranym Mateuszem Morawieckim.
Nagranie dotyczyło zawierania pożyczek i kredytów na tak zwane słupy i późniejszego kupowania z tych pieniędzy nieruchomości. Ale, jak zeznał
kelner, jakość nagrania była słaba. "Ja je odsłuchiwałem, to było
nagranie Morawieckiego z jakimś mężczyzną. Ja nie znam tego mężczyzny, w tej rozmowie brało udział tylko tych dwóch mężczyzn. Morawiecki jest z banku BZ WBK. Z tego, co pamiętam, to rozmawiali o jakichś budynkach,
tamten drugi człowiek, którego nie znam, powiedział, że jakaś osoba się
obawia i chce się wycofać z tego interesu. Rozmawiali o zakupie budynków
pod inwestycje... Rozmawiali, że dokumenty mają być sporządzone na jakąś
osobę (...) że będą kupować nieruchomości na podstawione osoby". Inny
kelner, który brał udział w podsłuchiwaniu gości, zeznał to samo. Mówił,
że jakieś osoby zaciągały kredyty na słupy i w ten sposób działały na
szkodę banku. Zeznający kelnerzy nie precyzują, jaki to był bank. Pada
jednak data: 2013 rok, a właśnie w 2013 roku Santander zaczął sprzedawać
nieruchomości.
Taśma z tamtą rozmową, w przeciwieństwie do innych z udziałem Mateusza
Morawieckiego, nigdy nie ujrzała światła dziennego. Słyszałem wiele
legend na temat jej losu, ale nie ma żadnych dowodów, by którakolwiek z nich była prawdziwa, więc nie ma sensu ich przytaczać. W aktach sprawy
nie ma też żadnych śladów działań prokuratury, policji czy służb
mających na celu choćby zweryfikowanie słów kelnera o procederze
omawianym rzekomo przez Morawieckiego i nieustalonego do dzisiaj
mężczyznę.
Kim był? Czy Morawiecki faktycznie rozmawiał z kimkolwiek o kupowaniu
nieruchomości na słupy? Zapytali go o to dziennikarze Onetu. Morawiecki
był już wówczas premierem. Pytania zignorował. Ze mną, pracującym
wówczas jeszcze w "Gazecie Wyborczej", też nie chciał na ten temat
rozmawiać.
Niemniej natura interesów z Marchewką, a zwłaszcza fakt ich ukrywania,
rodzi podejrzenia. Ale opowiem jeszcze jedną historią, naprawdę
zadziwiającą. Kiedy opisałem sprawę działki na Oporowie, grunt zmienił
właściciela. Wygląda na to, jakby Morawieccy chcieli dowieść, że działka
jest dużo mniej warta, niż piszą media. Więc za cenę zaledwie piętnastu
milionów złotych, w czasie, gdy fachowcy wyceniali ją na co najmniej
sześćdziesiąt milionów, Iwona Morawiecka sprzedała działkę spółce dwóch
dolnośląskich prawników, z których jednym był znany już nam Jerzy
Paskart. A właściwie spółce założonej przez nich kilka miesięcy
wcześniej z kapitałem założycielskim dziesięć tysięcy złotych. Skąd więc
mieli pieniądze na zapłacenie piętnastu milionów Iwonie Morawieckiej?
Otóż całą kwotę na sfinansowanie transakcji pożyczył im Paweł Marchewka.
Wszystko w tej sprawie jest tak dziwne, że rodzą się dwa zasadnicze
pytania. Czemu żona premiera sprzedała działkę za jedną czwartą ceny? I czy naprawdę sprzedała ją za cenę, która figuruje na umowie?
- Ta sprawa z miejsca powinna zostać zbadana przez lokalny organ
Krajowej Administracji Skarbowej, służby powołanej właśnie do tego, by
kontrolować tego typu podejrzane transakcje - ocenia jedna z wysoko
postawionych urzędniczek KAS. - Zwykły Kowalski, kiedy zostanie
przyłapany na sprzedaży mieszkania o pięćdziesiąt tysięcy złotych
poniżej jego rynkowej wartości, wzywany jest do złożenia wyjaśnień i obarczony koniecznością zapłacenia tak zwanego podatku domiarowego.
Czyli urząd szacuje rynkową wartość nieruchomości, a następnie kwotę
podatku, jaka faktycznie powinna zostać od takiej transakcji
odprowadzona. Jeśli nawet w momencie sprzedaży nie wychwycono zaniżenia
wartości tego gruntu, to urząd powinien wszcząć kontrolę po opisaniu
sprawy przez media.
Pytam, dlaczego jej zdaniem tak się nie stało. - KAS, niestety, tak jak
i inne instytucje tego typu, jest zależna od polityków i mogło zdarzyć
się tak, że nie znalazł się nikt odważny, kto chciałby kontrolować
nieruchomość żony urzędującego premiera - mówi.
W życiu Morawieckiego pełno jest cudów. Albo kupuje wielki majątek za
małe pieniądze. Albo sprzedaje wielki majątek za małe.
Rozdział III. Ukrywanie majątku
Rozdział III
Ukrywanie majątku
Kiedy w roku 2019 opisałem sprawę działki,
dla ówczesnego premiera była to historia niezwykle niewygodna. Nie tylko
dlatego że zbliżały się wybory, w których PiS walczyć miał o utrzymanie
się u władzy, a on sam w fotelu premiera.
Do czasu publikacji, a więc przez cztery lata, które minęły, od kiedy
zdecydował się zamienić krzesło prezesa banku na fotel premiera,
Morawieckiemu, który na dodatek wcześniej był gospodarczym doradcą
Tuska, jakimś cudem udało wpisać się w obóz PiS. Partii de facto
socjalnej, kierującej swój przekaz w stronę elektoratu w gorszej
sytuacji materialnej, niechętnej ludziom z ogromnymi majątkami, takim
jak on "banksterom" zarabiającym miesięcznie kwoty, których spora część
elektoratu nie jest w stanie zarobić przez kilka lat. Ewidentnie do nich
nie pasował. Zdołał jednak przekonać sympatyków PiS, że jest jednym z nich.
Kiedy więc tekst został opublikowany, zawrzało. Do ludzi dotarło, że
mają do czynienia z człowiekiem, który robi interesy w sposób jeśli
nawet nie podejrzany, to na pewno nie transparentny. Na dodatek jak
udało mi się ustalić, Morawiecki ukrył przed opinią publiczną sporą
część majątku. Zrobił to w sposób legalny, ale jednak budzący
wątpliwości - dwukrotnie dzielił swój majątek, sporą część, w tym całą
masę atrakcyjnych, inwestycyjnych nieruchomości, przepisując na żonę
Iwonę. W związku z tym nie musiał pokazywać rzeczywistego stanu
posiadania w składanym jako urzędnik państwowy oświadczeniu majątkowym.
Wyraźnie było widać, że ma problem z jawnością.
Nawet najbliżsi współpracownicy ówczesnego premiera namawiali go do
tego, by pokazał całość swojego majątku, uwzględniając dobra przepisane
na żonę. Ale Morawiecki ich zbywał. Kiedy naciskać na premiera próbował
jego rzecznik Piotr Müller, Morawiecki odpisał mu krótko i oschle:
"Oświadczenie mojej żony publikuje moja żona, w związku z tym niech
pytają ją. Bo ja nie mam tutaj więcej już nic w tej kwestii do dodania.
O ile wiem, moja małżonka jest gotowa to opublikować w każdej chwili".
Pytałem wielokrotnie, pytania do małżonki premiera wysyłałem nawet
listami poleconymi za potwierdzeniem odbioru. Zostałem zignorowany. A Iwona Morawiecka nigdy swojej rzekomej "gotowości" nie wprowadziła w życie.
Sam zaś Mateusz Morawiecki w sprawie majątku kluczył od początku swojej
obecności w polityce. Kiedy po wyborach 2015 roku został wicepremierem w rządzie Beaty Szydło, co prawda złożył oświadczenie majątkowe, ale
zastrzegł jego publikację. Czyli oświadczenie było de facto tajne. To
wywołało burzę. Uległ dopiero po naciskach nie tylko opozycji, ale i coraz bardziej zniesmaczonej jego postawą opinii publicznej, dla której
jawność majątków najważniejszych osób w państwie - przed laty jeden z kluczowych postulatów Prawa i Sprawiedliwości - wydaje się sprawą
oczywistą.
Kiedy wreszcie oświadczenie ówczesnego wicepremiera zostaje opublikowane
na stronach rządowych, szybko okazuje się, że coś się w nim nie zgadza.
Jak to możliwe, że ktoś, kto przez lata pracy w bankowej korporacji
zarobił w sumie około czterdziestu milionów złotych (przyzna to później
sam Morawiecki) dorobił się raptem kilku, wcale nie zapierających dech w piersiach nieruchomości (nie podaje ich wartości) i zaoszczędził tylko
około trzech milionów w gotówce, a kolejne kilka milionów ma w papierach
wartościowych?
Dokument wydaje się jednak sporządzony skrupulatnie. Wicepremier ujmuje
w nim nawet meble i zabudowę kuchenną. Ta skrupulatność niechcący
pokazuje jednak pewną nieładną stronę natury Morawieckiego. Otóż w zeznaniu wpisuje trzysta tysięcy złotych pożyczki udzielonej siostrze.
Niektórzy, znający kontekst, komentują to z niesmakiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki