***
W sieni, na wprost wejścia, znajdowały się drzwi do izby jadalnej. Wera ostrożnie je otworzyła i weszła do środka. Oprócz wylegujących się psów ani żywej duszy. Stół po obiedzie z Tomeckimi był już uprzątnięty, krzesła równo ustawione.
Cała izba jak zwykle prezentowała się wspaniale. W jednym rogu stała skrzynia zamknięta na żelazne zamki, w drugim piec z zielonych, polewanych kafli. Dalej kredens, też zielony, z drzwiczkami na zawiasach i z półką, na której stał mosiężny zegar bijący. Najstarszym sprzętem był tu bez wątpienia dębowy stół, długi na cztery i pół łokcia, woskowany, pamiętający uczty pradziadów. Przy ścianach ciągnęły się ławy, a na podłodze leżała niedźwiedzia skóra, przez ojca nazywana po prostu niedźwiedziem.
Kiedy Wera była dzieckiem, w izbie jadalnej ojciec trzymał broń - muszkiety, pistolety, strzelby i fuzje, a nawet zbroję z przyłbicą, lecz potem kazał wszystko przenieść do sieni, gdzie nad drzwiami wymalowany był herb Jazłowskich - w błękitnym polu czarny wilk.
W izbie jadalnej zrobiło się wtedy jaśniej, bo ukazały się białe ściany. Jedynie na suficie czerniała wielka, podtrzymująca strop belka. Podobno wyciosano ją z tego samego dębu, z którego zrobiono stół, ale ważniejszy był łaciński napis na niej wyryty:
Beate vivere est honeste vivere
Żyć szczęśliwie jest żyć uczciwie. Sentencja na belce zawsze Werę dobrze nastrajała. Miło było pomyśleć, że uczciwe życie, jakie pędzili w Jazłowie, jest dla całej rodziny rękojmią szczęścia. Dla Wery też, choć w najbliższym czasie nie czekało ją nic przyjemnego. Ojciec będzie się pieklił za to, że czmychnęła z domu, matka będzie burczała albo biadoliła. Lepiej tego nie odsuwać, co z głowy, to z serca.
Z prawej strony izby jadalnej wchodziło się do alkierza Henryka. Poszła tam, potem przez następne drzwi przeszła do swojego alkierzyka, a stamtąd do alkierza rodziców. Wszędzie cisza i pustka. Nagle przestraszyła się, że Tomeccy zaprosili do siebie rodziców z Henrykiem. Powóz mieli pakowny, wszyscy mogli się nim zabrać do Daniszewa. A Werę zostawili samą w domu. Za karę!
Pędem przez alkierze i jadalną wróciła do sieni i wpadła do kuchni. Nikogo! Kucharz Hubisz mógł pójść już do swojej izdebki w oficynie, przy ciotce Matysowej, ale Magda i Józia spały w izbie czeladnej, za przepierzeniem. Wera przeszła przez kuchnię i zajrzała do czeladnej. Były! Przędły len.
- Gdzie jaśnie pan? - zwróciła się do Magdy, bo ta dłużej służyła i była bardziej pojętna niż Józia.
- Jaśnie pan poszedł do gumna.
- A jaśnie pani?
- Jaśnie panią głowa rozbolała, orzeźwić się wyszła na powietrze.
- Z młodym jaśnie panem?
Magda spuściła oczy ze wstydu, jak zawsze, gdy nie umiała odpowiedzieć.
Wera, trochę uspokojona, odwróciła się na pięcie. Wychodząc z kuchni, trafiła w sieni na Henryka, który z miejsca się nabzdyczył.
- O! Domowe dziwadło się znalazło.
- Henryk, proszę cię...
- Prosisz, prosisz - powtórzył rozdrażniony. - A ja ci mówię, że wstyd mieć siostrę, która przed ludźmi się chowa. Bierz Urszulkę na wzór, ona ma ogładę.
- Ogładę ma, ale oczu widać nie ma, skoro wybrała sobie takiego patafiana jak ty - odcięła się Wera.
- Idę stąd, bo zaraz zaczniesz gryźć.
Henryk odwrócił się, lecz skoczyła przed niego i zmieniła ton.
- No dobrze. Wiem, że paskudnie się zachowałam. Powiedz, ojciec bardzo zły?
- Zły na pewno, ale czy bardzo, tego nie wiem. Jak starczy ci odwagi, to sama go zapytaj.
Nie było okazji ku temu, ponieważ ojciec długo z gumna nie wracał, a matka po przechadzce od razu poszła się położyć. Wera, nie mając co ze sobą zrobić, także zaszyła się w swoim alkierzu. W łóżku nakryła się kołdrą i udając, że śpi, czekała na rodziciela. Chciała się dowiedzieć, czy gniew mu minął. Czuwała tak z godzinę, aż w końcu otworzyły się drzwi. Ojciec cichymi krokami przemierzył alkierz i wszedł do swojego.
Nikt w rodzinie nie wiedział, że Wera ma swój sekretny sposób na odkrywanie myśli rodziciela. Sprawa była nadzwyczaj prosta. Wślizgiwała się pod łóżko, po czym przykładała ucho do tego miejsca nad podłogą, gdzie korniki przeżarły ścianę. Po zgaszeniu świecy rodzice zazwyczaj rozmawiali ze sobą. Tej nocy też. Najpierw o wizycie Tomeckich, nic ciekawego, potem o Werze.
- Martwię się o nią, bo dziwaczeje jak każda stara panna. - Matka westchnęła. - Na dwudziesty trzeci rok jej idzie, trochę dziobata. Męża już nie znajdzie.
- Ech, tych dziobów prawie nie widać, Wera jest na swój sposób ładna. A konkurentów do ręki nie ma, bo narowista, harda i w rozmowie cięta jak osa - stwierdził ojciec.
- Wiem. Tyle razy jej mówiłam, że panna ma być pokorna i milcząca. Jak grochem o ścianę. Może oddamy ją do klasztoru?
U rodziców zaległa cisza. Wera struchlała, wszystko teraz zależało od ojca. Jeśli ojciec powie, że tak, to życie stracone. Wreszcie usłyszała wyraźne słowa:
- Nie, żono. O tym nie waż się myśleć.
Pod łóżkiem było ciemno i ciasno, ale nagle świat Wery pojaśniał. Nim zdążyła otrzeć łzy, doszedł do niej głos matki:
- To co z nią zrobimy?
- Na razie nic. Poczekamy, może jednak trafi jej się mąż. Jeżeli nie, to dam Werze Naprawkę. Taka była wola mojego ojca, świeć Panie nad jego duszą.
- Hmm, szkopuł w tym, że Wera może dostać Naprawkę jedynie w posagu. Inaczej nie. Przepisy...
- Nie gadaj mi o przepisach - przerwał ojciec. - Pamiętaj, że prawo zawsze jest po mojej stronie. Z Naprawką mogę zrobić, co zechcę.
- Tak, ale tylko póki żyjesz. Potem nie wiadomo, co będzie. Henryk może testament zawetować, zabrać Naprawkę, a Werę trzymać na łaskawym chlebie.
- Nigdy! - To słowo ojciec wykrzyknął, lecz zmitygował się i ściszył głos. - Ja to za życia urządzę. Lada rok świadków wezmę, w papierach sprawę darowizny porządnie załatwię. Werę osadzę w Naprawce, będzie panią u siebie. Zasiedziałą! Henryk nic nie zrobi.
- Mój Julianie, jakiś ty mądry...
Łoże rodziców zatrzeszczało. Więcej nie było czego słuchać.
Wera chciała wrócić pod swoją kitajkową kołdrę, lecz ze szczęścia osłabła. By uspokoić pulsującą w żyłach krew, głęboko nabierała tchu, szepcząc do siebie: "Ojciec jest dobry, ojciec jest dobry". Wreszcie wysunęła się spod łóżka i wygodnie ułożyła w pościeli.
Przed zaśnięciem, jak zwykle, zatraciła się w marzeniach. Ostatnio co noc wyobrażała sobie pewną scenę, która dawała jej błogość.
Nieznana izba. Na taborecie stoi miednica z wodą. Do izby wchodzi młody szlachcic z jasnym wąsem i zadziornym spojrzeniem. Odziany jest w biały kontusz z żółtymi wylotami. Zdejmuje kontusz, zdejmuje koszulę i do pasa nagi podchodzi do miednicy. Wpierw ochlapuje się wodą po trosze, delikatnie, później coraz żwawiej i w końcu tak gwałtownie, że woda strugami wylewa się na podłogę. On nie zważa na to, ochlapuje się jak furiat, zaciekle, mocno, mocno.