Chleb prawie że powszedni. Kronika jednego życia - Zofia Stryjeńska

Kup ebooka

59.50 zł
32.73 zł (45,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I

O pamiętnikach

"Cóż to za pamiętniki?", ktoś może zapytać. Na pierwszy rzut oka - zwyczajne. Są w nich imiona, nazwiska, adresy. Pojawiają się Witkacy, Karol Szymanowski, Jarosław Iwaszkiewicz, rodzina Mortkowiczów, Malczewscy, Jadwiga Beckowa, Ignacy Mościcki, Jan Lechoń, Olga Boznańska, Jan Kiepura, Loda Halama, Józef Czapski. Długo można by wyliczać.

Są kopie listów (sporo się ich zebrało przez te wszystkie lata), bywa, że oryginały, bo Zofia Stryjeńska często prosiła adresatów o zwrot korespondencji. Są też odpowiedzi. Niektóre autorka przepisuje, inne wkleja z kopertą między swoje wspomnienia. Z tego to powodu kartki formatu A4 - bo na takich notuje - przypominają kolaże. Do tego stare bilety, zdjęcia, dokumenty. Pisma od komornika, dowody spłaty długów. Dowody, że zaciąga nowe. Tytuły obejrzanych spektakli, daty wizyty u lekarza. Do jednej z kopert, którą zrobiła z czystej kartki papieru, Stryjeńska włoży pukiel swoich włosów. Tu i tam pojawiają się wycinki z gazet. Są też całe artykuły wrzucone luzem. Na przykład o powstaniu warszawskim, gdzie na zdjęciu strzałką zaznaczyła dwubarwną opaskę i dopisała: "Nasi najmilsi". Jakieś maźnięcie pędzlem. Jakiś rysunek na marginesie. Ważniejsze słowa, niekiedy całe zdania, podkreślone. Często wielokrotnie.

Pismo Zofii Stryjeńskiej, dość wyraźne, nie zmienia się z biegiem lat. Litery są duże, ostre, lekko pochylone, bez wymyślnych zawijasów. Czasem tylko skraca wyrazy, jakby pisała w pośpiechu. Najczęściej używa granatowego atramentu, choć zdarza się, że sięga po zielony. Widać sporo kleksów, nie mniej skreśleń.

Każda kartka ma swój numer. Każdy rozdział pamiętnika - swoją teczkę.

Na pierwszy rzut oka wszystko jest więc uporządkowane, logiczne. Ale wystarczy się przyjrzeć, żeby bezradnie rozłożyć ręce.

Bo: rękopisy pamiętników są dwa (jeden niekompletny), a maszynopisów (też z brakami) - trzy wersje. I jeszcze te osobne kartki, których często do niczego nie można przyporządkować. Różnice, nawet jeśli dotyczą tego samego zdarzenia, bywają znaczące. Stryjeńska skreśla duże fragmenty, przepisuje je na nowo, wycina nożyczkami tylko po to, żeby nakleić w innym miejscu. Dlaczego wycina akurat te? Dlaczego w jednym maszynopisie coś pomija, a w drugim przywraca z naddatkiem? Która wersja była pierwsza? Trudno to rozstrzygnąć.

A co zrobić z diariuszem? Tymi ponad stu osiemdziesięcioma kartkami wyrwanymi z kalendarza, na których Zofia Stryjeńska odnotowała wydatki, kiedy po raz pierwszy próbowała stworzyć dla swoich dzieci dom. Przepisać wszystkie czy tylko ciekawsze? A teczka z artykułami o aferze, gdy za sprawą męża, Karola Stryjeńskiego, Zofia po raz drugi trafia do szpitala psychiatrycznego, tym razem do Batowic pod Krakowem? Są niepełne, nadpalone, naddarte. Uzupełniać, szukając w archiwach? A tytuły rozdziałów? Również tutaj Stryjeńska nie pomaga. Często proponuje ich kilka. Różnice są subtelne: data lub jej brak, podkreślenie. Jeden wyraz mniej. Wybieramy te, które najlepiej korespondują z treścią notatek.

Od początku było jasne, że pamiętniki w naszym opracowaniu mają być wersją najpełniejszą. Przywracamy zatem - za zgodą rodziny artystki - fragmenty w pierwszym wydaniu wykreślone. Jeśli uda się odczytać - także te zamazane. Korygujemy również pomyłki pierwszego wydania i dodajemy wiele wyjaśnień.

Spuścizna Zofii Stryjeńskiej, a wśród niej pamiętnik, trafiła do Biblio­teki Jagiellońskiej w 2014 roku. Całość to ponad cztery tysiące stron. Teczek z pamiętnikiem jest kilka.

Nie jest jasne, kiedy pamiętniki powstały. Wydaje się, że Zofia Stryjeńska na początku nie pisała ich na bieżąco. Gdyby tak było, z pewnością nie myliłaby dat, a takie błędy się zdarzają, szczególnie we wspomnieniach z lat dzieciństwa i młodości. Może też niektóre historie - w rękopisach potraktowane skrótowo - by rozbudowała. Część pamiętników musiała powstać jeszcze w Krakowie, gdzie mieszkała podczas wojny. Część dotyczącą pobytu poza krajem Zofia Stryjeńska napisała zapewne w Genewie i w Paryżu. Pamiętniki kończą się w 1950 roku. Dwadzieścia sześć lat przed jej śmiercią.

Kiedy pod koniec wojny Stryjeńska wyjeżdża z Polski, pakuje wszystkie dokumenty i swoje najważniejsze dzieła do walizki. I od tamtego dnia taszczy je ze sobą w każdą podróż. Z Krakowa do Warszawy, z Warszawy do Paryża, z Paryża do Genewy, do Londynu, do Brukseli. Z powrotem do Krakowa. Czasem zostawiała je w przechowalni na dworcu.

Jej syn Jan wspominał: "Ileż razy jeździłem wykupywać przedawnione walizy, które magazynierzy musieli wyciągać, mrucząc, gdzieś z otchłani składów kolejowych. [...] Mama miała świętości, między innymi płótna Bogów słowiańskich, których nie chciała sprzedać i które zawsze ze sobą woziła. Kiedyś zostawiła je w bufecie na dworcu w Paryżu i nigdy już ich nie odzyskała. Wiele (ile?) waliz zostało po jej śmierci na różnych dworcach".

W liście do dzieci w 1949 roku Stryjeńska pisze: "Walizy zostawiam na Chabrol [przy rue Chabrol w Paryżu znajdował się hotel, w którym mieszkała], zostały przy tym jako zastaw, bo nie wystarczyło już na uregulowanie rachunku noclegowego. Mówię o walizach dlatego, żebyście w razie mej dematerializacji zaopiekowali się tym, zwłaszcza jedną - popielatą, gdzie są różne papirusy i wspomnienia".

"Trzeba ten cały balast dać przepisać na maszynie" - żali się w liście do siostry Jańci pod koniec marca 1961 roku. Sama nie ma sił się tym zająć. To dla niej trudny czas. Umiera Jacek, ukochany syn. Pamiętnikami interesują się wydawcy. Pośredniczyć ma Józef Czapski. "[...] ja rękopisów, gdzie powklejane są fotografie i liczne listy, nie mogę nikomu powierzać, tymczasem strasznie trudno kogoś znaleźć w języku polskim - pisze Zofia. - Ale nie mam zresztą teraz głowy do niczego, tylko do myślenia o Jacku".

Zofia Stryjeńska doskonale wiedziała, jak jej pamiętniki mają wyglądać w druku. Na oddzielnej kartce zostawiała wskazówki (to nic, że często ze sobą sprzeczne).

Po pierwsze: czerwone kreski, które narysowała pod niektórymi akapitami, oznaczają odstępy czterocentymetrowe. Raczej: mają oznaczać, bo w rękopisach kreski się pojawiają, owszem, ale z innym opisem: "przerwa - 2 cm, 4 cm, 6 cm" oraz "bez przerwy".

Po drugie: "Fotosy odnośne do tekstu i wycinki z gazet oraz ważniejsze listy też trzeba wklejać".

"I reprodukcje obrazów" - to po trzecie.

Po czwarte: "Recenzje zostaną włączone do tekstu na osobnych kartach".

Nie wszystkie wymagania mogliśmy spełnić.

"Niedawno wertowałam swe foliały pamiętników i różne archiwa - żali się w latach sześćdziesiątych w liście do siostry Maryli - i przegrafomaniłam się, aż mi niedobrze na widok atramentu".

Grafomania? Nie ma co wierzyć Stryjeńskiej. Tu wszystko skrzy się humorem, celnymi puentami, zdaniami, które natychmiast chce się wynotować.

Stryjeńska mawiała, że były czasy, gdy "cechowało [ją] nieomylne chlaśnięcie pędzlem, psiakref". Trzeba dodać jeszcze: "i językiem".

Czytajcie więc Państwo.

Czytajcie, "psiakref!".

Angelika Kuźniak

Jądro ciemności

Kraków

Jest pewna opowieść Conrada o Afryce pt. Jądro ciemności, co byłoby dobrym określeniem mego życia. Poryk rwącej rzeki nocą wśród puszczy afrykańskiej - opar splątanych roślin - gorycz peyotlu - niepokój i ciemność, do wnętrz której nie przeniknęło długo światło i żarówki Philipsa, symbolu mej epoki.

Genealogia

Brat[1] miał fragmenty papierów herbowych naszych Rodziców[2], które dostał od Taty, ale mu zabrano wszystko podczas okupacji niemieckiej razem z willą, gdzie mieszkał.

Herb Tatusia dosyć dawny, z czasów króla Kazimierza Wielkiego, Grzymała-Lubański z Krasnoboru, złoty rycerz w bramie na błękitnym polu, a herb Skrzyńskich, czyli Mamusi - Zaremba-Skrzyńscy z Bachórza. Tym by trzeba dopiero się zająć i poszukać w jakich archiwach heraldycznych, ale kto by sobie tym teraz głowę zawracał. Z tego jakieś świsteczki ocalałe pożyczył mi raz Tadek do notariusza zrobić odpis - gdy czytając pozostałą po Ojcu kronikę Jego życia[3], powzięłam myśl wrócić na chwilę wspomnieniem w sytuacje oglądane oczami dzieciństwa - wrócić na chwilę w przeszłość i spojrzeć ze wzruszeniem na słoneczny obrazek życia rodzinnego, zanim sceneria zmieniła się w dzikie uroczysko mych dramatów.

Ojciec nie notował kroniki od abece, nie pamiętał swych rodziców, był sierotą z bratem, jeszcze mniejszym od siebie, i wychowała ich macocha, Katarzyna z domu Wojciechowska, pogrążona w ubóstwie. Dopiero Tatuś nasz, po ukończeniu szkoły przemysłowej, założył pracownię białoskórniczą, gdzie na początek wykonywano bandaże przepuklinowe, rękawice do boksu i do fechtunku i maski fechtunkowe otoczone wałem ze skóry irchowej wypchanej włosiem, a potem pracownia rozwinęła się w wytwórnię, gdzie przykrawano i szyto ręcznie kaftany ze skór sarnich i łosiowych, różne futerały skórzane, spodnie do polowania, a wreszcie rękawiczki. Wtedy Tatuś doszedł już trochę do dobrobytu i snuć się zaczęły mu jakieś idee przemysłowe na większą skalę i o podłożu patriotyczno-społecznym w swym skromnym zakresie. Jakieś zakładał garbarnie na Krzemionkach, ufundował szkołę szwaczek rękawicznych ze stypendiami, sprowadzał na swój koszt z Wiednia i z Pragi fachowców, aby kształcili przykrawaczy rękawicznych w kraju, jeździł w sprawach przemysłowych i po różne maszyny, fasony i nawiązywanie kontaktów handlowych do Pragi, Wiednia, Paryża, Triestu i tym podobne rzeczy wyczyniał, dając pracę wielu osobom.

Mamy zaś - Anny Skrzyńskiej - dokumenty też zaginęły, ale opowiadała nieraz zasłyszane od swego ojca przeżycia babki Sebastianowej Skrzyńskiej, która uciekała z dziećmi nocą z płonącego dworu w swych dobrach Bachórz, gdzieś koło Gorlic w Małopolsce Wschodniej, podczas powstań chłopskich. W późniejszych czasach pozostali z tych krewnych tylko jakaś ciotka Józefa Bociówna - nauczycielka ludowa w okolicy Przemyśla, Aleksander Skrzyński i Franciszek Skrzyński. Ta babka dotarła do Wiednia z dziećmi.

Ponieważ dziadek został oficerem armii austriackiej, stacjonował we Wiedniu i tam się ożenił, zaistnieli i tam krewni: Johann von Schieder, jeden z czterech architektów Burgtheatru, Karl von Schieder, tenor w wiedeńskiej Hofoperze, dziedziczka wsi Hinterstoder w Tyrolu Emma Thalhofer, żona prokuratora wiedeńskiego, Moritz von Schieder, również architekt, właściciel znanej stajni wyścigowej i pierwszy mąż babci Francuz Courvoissier, których to krewnych Mama niekiedy w Wiedniu odwiedzała.

[Wycinek]

Proces z powodu budowy teatru

Po czternastu latach zapadł wreszcie wyrok w procesie, który wytoczył skarbowi dworskiemu i funduszowi dla rozszerzenia m. Wiednia budowniczy Teatru Nadwornego (Burgtheater) w Wiedniu Jan Schieder. Po śmierci jego wiedli proces spadkobiercy przez adwokata dra Ruziczkę. Budowniczy Jan Schieder żądał dodatkowej opłaty w sumie 1 072 618 koron i wniósł do sądu skargę w r. 1891, a pretensje swoje uzasadniał tą okolicznością, że budowa Teatru Nadwornego, rozpoczęta w r. 1874, miała zostać ukończoną wedle kontraktu w r. 1882, przeciągnęła się jednakże o 5 lat z winy dworskiego kierownictwa budowy. Budowniczy Schieder przez te pięć lat wydał wymienioną sumę na materiały budowlane, na robotników itp. Zastępca skarbu dworskiego zarzucił, że skarga jest przedawnioną, gdyż minął 3-letni termin, wyznaczony dla skarg o odszkodowania. W r. 1903 sąd krajowy przyznał skarżącemu 423 552 koron z funduszu dla rozszerzenia miasta, orzekłszy, że nie ma przedawnienia. Skarga bowiem jest skargą o wynagrodzenie. Obie strony rekurowały i sąd apelacyjny oddalił spadkobierców Schiedera z wszystkimi pretensjami, uznawszy, że jest przedawnienie. Na rekurs dra Ruziczki najwyższy trybunał sądowy uznał skargę spadkobierców Schiedera za skargę o wynagrodzenie i polecił wyższemu sądowi krajowemu, ażeby oznaczył wysokość sumy, którą spadkobiercy Schiedera mają otrzymać.

Gdy minęły czasy wiedeńskie, dziadek wystąpił z wojska i przeniósł się do Galicji, może w cichej intencji odzyskania coś z dóbr ziemskich posiadanych przez pradziadków oraz kontaktu z polskimi krewnymi, co się nie zrealizowało, i osiadł w Krakowie, gdzie otrzymał stanowisko kontrolera na poczcie głównej, o skromnej stosunkowo pensji, tak się życie ułożyło, że wszystkie dzieci musiały pracować wcześnie, aby przyjść z pomocą rodzicom. Tak więc dziwnym trafem i Mamie mojej, podobnie jak Tacie, los poskąpił wyższych możliwości rozwojowych, do których mieli wszelkie predestynacje, a więził ich w jarzmach ustawicznej pracy wyczerpującej do późnej jesieni żywota. W szesnastym roku życia Mama ukończyła szkołę w klasztorze św. Andrzeja, zdała egzamin pocztowy i dostała posadę na poczcie głównej w urzędzie telegraficznym. Tam pracowała jako telegrafistka i pierwszorzędna siła przy aparacie Morse'a i na aparacie Jusa (m[aszyna] Iliusa, Hughesa[4]) przez 12 lat bez urlopów (!), bez odpoczynku, co dzień od siódmej rano, a często brała i nocne urzędowanie, aby więcej zarobić i oddać wszystko swoim rodzicom na dom.

Z tego domu Mama wyniosła następujące zasady przyjęte w pojęciach oczywiście ówczesnych:

Panna powinna być dziewicą absolutną do dnia ślubu - nie ma mowy o fałszywym opakowaniu, jak panna - to panna. Ślub nie jest igraszką ani interesem, lecz przysięgą przed ołtarzem wzajemnej lojalności i wierności na amen. Kobieta przyzwoita nie maluje się i zachowuje chłodną rezerwę w stosunkach towarzyskich, a o osobistych sprawach i uczuciach nie rozmawia się poza domem.

I zasady te w zupełności Mamusia zachowała. Makijażu i tak Mamusia nie potrzebowała używać, bo miała taką świeżość cery naturalną i taką żywość spojrzenia, i temperament, że wielbicieli nie brakowało, i czy w biurze, czy na tańcówkach w kasynie pocztowo-oficerskim, gdzie bywała z rodzicami, ciągle dostawała kwiatki lub złocone tomiki poezji z dedykacją, jakieś bileciki z przebitymi sercami; jak wtedy było w modzie. Mamusia lubiła tańczyć, śmiać się, flirtować i w tańcu miała szalone powodzenie, ale od zamęścia się wymawiała, przypominając sobie babci ciężkie porody i pomagając przy pielęgnacji rodzących się niemowląt, i praniu ze służącą prześcieradeł po krwotokach babci. Szereg tych porodów i widok cierpiącej położnicy tak jej w pamięci pierwszej młodości się utrwaliły, że bała się ogromnie stanu małżeńskiego. Czuła się bardzo dobrze w domu i w pracy swej biurowej i byłabym się szczęśliwie wcale na ten świat nie zmaterializowała, gdyby nie przypadkowy zbieg okoliczności podstępnie zareżyserowany przez bożka Kupidyna z łukiem. Do sklepu Taty chodziła często ciotka Paulina kupować rękawiczki i sypała tam oko do Taty, a kiedyś raz przyszła z siostrą swą Andzią i wtedy Kupidyn drasnął Tatę śmiertelnie, mało powiedzieć: drasnął - ale przeszył na wylot czterdziestu strzałami, z których każda stanowiła rok szczęścia i trudów wspólnej doli i niedoli.

[Wklejone zdjęcie Zosi (po prawej) z matką i bratem Tadeuszem, 1893 lub 1894 rok. Opis Stryjeńskiej]

Nasza Mamusia najdroższa.

Wspomnienia zamierzchłe

Błoga bliskość Mamy, gdy siedząc przy łóżku, czesała warkocz na noc i nuciła nam piosenki różne - obok braciszek w kołysce otulonej baldachimem - niańka z garnuszkiem rumianku i smoczkiem w ręce - Tatuś w szlafroku czytający gazetę pod żółtym abażurem i oznajmiający Mamusi i nam ważniejsze zdarzenia. Tato martwił się, że ulubione książki z jego zbioru, które dawał nam do czytania w celach oświatowo-pedagogicznych, gdyśmy trochę podrośli, np. o generale Pułaskim - o Staszicu - o powstaniu listopadowym - o Kolumbie - o Edisonie albo dzieje Polski za czasów Władysława Łokietka - opis krajów i ludów Azji - "Zbieracz Literacki"[5] - skąd powstał mur chiński - Napoleon na wyspie Elbie - o wartości higieny - lokomotywa parowa itp., nie miały u nas poszanowania i zrozumienia. Czasopisma, całe tomy, jak "Biesiada Literacka", "Świat", "Interess. Blätter", "Tygodnik Ilustrowany", które Tato abonował poza serią gazet, wertowaliśmy czasem, bo roiły się od obrazków, w encyklopedii poszukiwaliśmy wyjaśnień nieprzyzwoitych terminów, pękając ze śmiechu, ale największym popytem cieszył się Sherlock Holmes albo podkradane kuchtom Wampiry Paryża, Krwawy Bill etc.

Gdy już Rodzice wyczarowali nas na świat pół tuzina[6], bo po mnie[7] i Tadziu zawitały bliźnięta Stefuś i Stefania, on biały z błękitnymi oczami, ona czarna jak diablik, a potem Maryla, a na koniec Janka - dobrobyt Taty przy Jego gorliwej pracy doszedł do zenitu. Miał kilka kamienic, placów i został prezesem Izby Handlowej. Według swego projektu dał wybudować przedziwną kamienicę na jakieś warsztaty na ul. Rakowickiej, gdzie do dzisiaj wmurowana jest tablica z datą i nazwiskiem. Sklep przeniósł Ojciec z placu Dominikańskiego na Rynek Główny do pięknego lokalu. Tłumy gapiów patrzyły, jak na linach wciągano potężny szklany szyld ze złotymi literami. Klientela Ojca była znakomita. W rzeszy stałych odbiorców figurowały tytuły i nazwiska z "hajlajfu" i świata artystycznego. Goście przychodzili poza zakupami też i na przyjacielską pogwarkę do sklepu, bo Ojciec najdroższy znany był w całym mieście i poza jego obrębem nie tylko z rzetelności i z doskonałego gatunku swego towaru - ale przy tym i z poziomu swej niezwykłej inteligencji, z grzeczności i z wrodzonego humoru. Powiedzenia jego kursowały po mieście jako bajkowe anegdoty, a klientki wychodziły zadowolone z komplementów uprzejmego szefa.

Niekiedy oryginalne postacie zdarzały się między gośćmi. Przychodziła jedna starsza hrabina w czarnych koronkach chora na kleptomanię, za nią zawsze stał lokaj w liberii z workiem forsy powierzonym mu przez familię i patrzył, co hrabina bucha po sklepach. Gdy ją odstawił do powozu obwożącego ją po zakupach, wracał zaraz do sklepów i wyrównywał zapłatę za skradziony przedmiot. Co hrabina raczyła buchnąć? Nie rzeczy ważne, o nie - tu chodziło o przeżycie, o silniejsze krążenie krwi, o nabranie apetytu na obiad. Więc: rozciągaczka do rękawiczek, więc puszka z federweisem[8], dwie, trzy pary rękawiczek owszem też, jakaś klamerka - dla emocji.

Przychodził czasem jeden ziemianin z wąsiskami jak wiechcie zamawiać ubiór ze skóry jeleniej, kaftan i spodnie, które sobie ubierał na polowanie pod spód, aby go grzało na stoisku. Te kaftany czy kamizele wykańczał Ojciec sam ręcznie, ścieg po ściegu, w otoczeniu rzemieślników w swojej pracowni i przykrawalni. Ojciec umiał i szyć, i gotować, i wszystko, i w każdej rzeczy najdrobniejszej inicjatywę i zręczność miał niesłychaną. Nocami nieraz majstrował nam czapeczki, kapturki ślicznie obszywane futerkiem. Ten klient, ziemianin, niebezpiecznie był podszyty Potopem Sienkiewicza i jak go prowadzili starsi subiekci do składu za sklepem mierzyć zamówione skórzane portasy, Zagłoba się w nim budził, a w tym składzie między olbrzymimi do sufitu roletowymi szafami pełnymi skór kozłowych, sarnich, duńskich, różnych mocca, pecarów[9], bizonów wisiały na ścianach maski fechtunkowe i rapiery. Ziemianin Zagłoba zawsze zdejmował i przeglądał te rapiery, nagle składał się, przysiadał, subiektowi jeden rapier do ręki wciskał i lu! na niego w pozycji fechtunkowej, ze swoją szablą, "broń się waszmość" i ciach! ciach! ciach! Subiekt przestraszony początkowo robił kilka ruchów, żeby gościa nie zrażać, ale jak go gdzieniegdzie kolnęło, rzucał szablę i wylatywali tak na sklep, gdzie Zagłoba siał popłoch. Pamiętam świetnie pyzatą, purpurową facjatę brzuchatego "mocium panie".

Gosposie wiejskie w krasnych chustach z Rynku wracając, wchodziły do sklepu, oferując jagody, jajka, śmietanę lub otulone liściem kapuścianym masło, bo znały Tatę, że lubił ogromnie lud wiejski, nieraz obdarzył, pożartował, kupował zawsze bez targowania.

Postacią niezwykle oryginalną, którą też sobie przypominam śród gości sklepu, był artysta malarz prof. Jacek Malczewski[10]. Profesor był nerwowy i ponury i czy na ulicy, czy w Akademii, której był rektorem, jak tylko się na niego kto dłużej patrzył, choćby jaka dostojna osobistość, zaraz pokazywał język aż do brody. A przyciągał niestety ogólnie wzrok swym malowniczym a demonicznym wyglądem Mefista: wysoki, w szatach własnego pomysłu, w olbrzymim jak tarcza czarnym filcowym kapeluszu włożonym na tył głowy i w szwedzkich żółtych rękawicach w stylu Ketlinga z mankietami do łokci. Te właśnie rękawice przychodził zamawiać do sklepu i niejednokrotnie zaznałam widoku sławnego języka pod swym adresem, gdyż się na mistrza wygapiałam zza pleców Taty. Bo często się tam w sklepie plątałam koło Ojca i popisywałam się rysowaniem jako "Schnellkünstler"[11], że zaczęto gdzieniegdzie mówić już o tej mojej łatwości i radzono Tacie, żeby mnie zapisał do szkoły malarskiej. Na podstawie tego rozgłosu dostałam wtedy pierwsze w życiu zamówienie na dwa witraże ludowe od Gabriela Żeleńskiego[12] za honorarium 80 koron, a później zostałam zaangażowana przez p. Kopernickiego[13], redaktora "Czasu", do ilustrowania jakiegoś prowincjonalnego pisemka "Głos Ludu" czy coś takiego. Tam co tydzień musiałam przynosić ilustracje na zamówione tematy: wybuch bomby na ulicach Berlina - zderzenie pociągów w Sofii - zamach morderczy na prezydenta Francji - okradzenie banku w Barcelonie itp. scenki rysowane z imaginacji czarnym tuszem, które bez trudu najmniejszego gryzmoliłam po przyjściu ze szkoły, ciesząc się niewymownie i pysząc przed rodzeństwem, że zarabiam.

W tym czasie dały się już uczuć w Krakowie pierwsze powiewy nowej epoki, Paon[14], Zielony Balonik[15], niepokój twórczy bohemy artystycznej życia Krakowa, które kapitalnie opisał Boy-Żeleński w swych książkach. Nie miałam jeszcze wtedy żadnej styczności z tym życiem, gdyż mój świat koncentrował się w szkołach[16] i w domu.

A w domu wrzało wesołością, siarczystą żywością temperamentów, kipiało talentami.

Dzień mniej więcej wyglądał tak: o siódmej rano, zimą czy latem, szedł Ojciec na miasto, niby na spacer, i ja często Tacie towarzyszyłam. Utartą trasą tych wycieczek był, poprzez puste jeszcze ogrody Plant, plac Szczepański (niewyczerpane w typy targowisko jarzyn) - i Rynek Główny krakowski, zawalony powozami ziemian okolicznych, furmankami chłopów i tłumami wieśniaków z różnych wsi podkrakowskich, którzy codziennie znosili i zwozili swoje prowianty na rynek, a którzy w swych kolorowych fantastycznych strojach ludowych robili wrażenie jakiejś zaczarowanej łąki kwietnej o najcudowniejszych barwach. Przeciskaliśmy się między tym tłumem złożonym z postaci ludowych tak niezrównanego piękna, wdzięku, gestu, stylu niespotykanego, że tam, na tym Rynku krakowskim, zakiełkowały mi w myśli pierwsze zarysy postaci bogów słowiańskich i niejasne przeczucie wielkiej kiedyś rezurekcji Słowian, których przodownicą będzie Polska. Całe życie później malowałam ten lud wiejski, tę wizję pierwszej młodości, śród której wzrastałam, szkoda tylko, że interpretacje mych nieudolnych pędzlisków ani się umyły do rzeczywistego czaru, jaki na zawsze zostanie mi w pamięci. Ojciec zwracał mi uwagę na różne typy, sceny, drobiazgi ubiorów nie ze względów malarskich - bo bawiły go wprawdzie moje gryzmoły, ale nie brał ich zbyt serio - tylko że sam się po prostu lubował tym, chodząc między sprzedającymi mleko, drób, zioła. Czego tam nie sprzedawano! Żydki pejsate handlowały skórkami zajęczymi, pod Sukiennicami górale sprzedawali kłódki żelazne, łańcuszki, łapki na myszy, dalej grzyby na sznurkach, wieńce cebuli, z innej strony sprzedawano kapelusze chłopskie ze świecidłami, warząchwie, sita, kołacze ze serem i rodzynkami. Niejeden raz zajeżdżały przed kościół Mariacki huczne wesela chłopskie z muzyką, a w niedzielę przed św. Barbarą[17] ustawiały się procesje z biciem w bębny, kumoszki w krochmalonych spódnicach, bogatych koralach, gufrowanych czepcach, zawodząc litanie, dźwigały majestatycznie złocone feretrony z postaciami świętych, gołębie fruwały, muzyka grzmiała, procesje sunęły od św. Barbary przez Grodzką do dominikanów[18]. Tam były rozkosze! Wieczny odpust, kramy z cudami - raj na ziemi. Pamiętam i uroczyste różne obchody narodowe na Rynku, postacie różnych rajców miejskich, ławników ratuszowych i majstrów cechowych w odświętnych czamarach[19], kontuszach, kitach. Śród tego rażący zgrzyt "Targowicy": zmiana warty austriackiej na odwachu koło ratusza: "Rechts - um! Links - um! Kehrts - um! Ein, zwei! Ein, zwei!"[20]. Ech pobytu im Krakau Kaiser Franza Josepha, gdy z panią Janową Matejkową[21] na balu w Sukiennicach poloneza tańczył. - Za powrotem z takiej porannej wyprawy przynosiliśmy również i łupy bogate: garniec kwaśnej śmietany, fasolę, owoce, bo i na tzw. Mały Rynek od strony św. Barbary Tato nie omieszkał zaglądać, gdzie był kolosalny targ owocowy i stragany z orzechami, figami, daktylami, suszonymi morelami. Tu się nieraz działy przedstawienia pijackie, że do zdechu można się było uśmiać, zwłaszcza jak się panie przekupki pokłóciły. Kiecki fruwały w górę, a grzeszne okrągłości, podobne dyniom, błyskały nago przed amfiteatrem widzów: "A całujże mnie pani!" - I tymi nagimi tyłkami do siebie się wypinały i doskakiwały w akompaniamencie bogatej fonetyki obiecanek wzajemnych.

Lata zmieniały powoli to barwne oblicze Krakowa, furmanki wiejskie przeniesiono na Kleparz[22], przekupki schudły, knajpki otaczające Mały Rynek przemieniały się w sklepy galanteryjne, przyszły czasy Styki[23], [Wojciecha] Kossaka, prezydenta Lea[24] i całej secesji wchłonięte przez satanistów Przybyszewskiego.

Za powrotem kupował Tato gazetę "Nowa Reforma"[25] i bułki na śniadanie. Tych bułek było chyba ze czterdzieści, bo każdemu przypadało ze dwie lub trzy na śniadanie, a dwie do szkoły. A były te bułki rozmaite: z makiem, ze solą, kajzerki, centówki, rogale, sztangle z kminkiem - przeróżne. Tato przesypywał to do koszyka na stole nakrytym już do śniadania i nie zdążywszy jeszcze palta zdjąć, szedł do nas i wołał: "­Hallo! Wstawać! Bułki, świeże bułeczki!".

Na to hasło gromada ludożerców z okrzykiem bojowym wyskakiwała z łóżek i rzucała się na kosz z bułkami, żeby wybrać unikaty. Kotłowanie, wyrywanie sobie, wesołe wrzaski, śmiech, piski nieludzkie działy się przy tych bułkach, aż Mama na to wpadała ze służącą i rozpędzała "lud rzymski" ubierać się i myć. Tato rozśmieszony zasiadał do śniadania i przeglądnięcia gazety, podczas gdy Mama uganiała się za nami na innych odcinkach imperium, w końcu przepytując nas z fragmentów lekcji i pomagając ładować książki do tornistrów. Po śniadaniu nakręcał Ojciec ostentacyjnie zegarek i badał różne zegary w domu, szukał kluczy i wyruszał do sklepu[26]. O pierwszej w południe był obiad temperamentów nieujarzmionych i apetytów wilczych. Mięso czy jarzynę, zupę czy leguminę zmiatało się łygą, wszyscy gadali naraz, o szkole, o tysięcznych sprawach, rozgwar był niemożliwy, niejeden zdzielał drugiego po łbie, dla hecy podkradano sobie kąski z talerza, dorzucano podstępnie bigosu i buraków, w ogóle bachanalie Gargantuy[27]. Kolejno biesiadnicy syci jak pijawki odpadali od stołu, tj. odchodzili do swoich zajęć, całując Mamę i Tatę w rękę i nieodmiennie przyrzekając poprawę obyczajów. Na pobojowisku zostawali sami Rodzice, którym służąca podawała herbatę. Po południu przychodził korepetytor do braci, a do nas nauczycielka fortepianu - potem szło się na spacer albo na dodatkowe lekcje do konserwatorium. Bo Ojciec wiele łożył też na nasze wykształcenie artystyczne, a szczególnie muzyczne. Chodziliśmy wszyscy do konserwatorium na różne lekcje: to skrzypiec, to śpiewu, to fortepianu, fletu, organów, cytry, na wykłady teorii, na lekcje tańców, rytmiki, ciągle chodziliśmy na koncerty najrozmaitsze. Wieczorem, gdy Ojciec wracał ze sklepu, zdarzało się, że robił niespodziankę: przynosił bilet do loży i waliliśmy całą famułą do teatru. Cały dom drgał aż od muzyki. Mieliśmy w domu fortepian, mandoliny, gitarę, skrzypce, altówkę, flet, fagot i moc nut. Fujarki jakieś poniewierały się po kątach, okaryny, nadeptywało się ciągle na kalafonię, potykało o pulpity. Byliśmy zresztą dosyć uzdolnieni muzycznie. Odchodziły sonaty, etiudy, opery całe odgrywaliśmy i to wcale nieźle. Schodzili się koledzy, koleżanki, teatry amatorskie urządzaliśmy raz po raz, przesuwając meble i trzebiąc szafy.

Kolosalne te koszta utrzymania rodziny i wychowania sześciorga, nie powiem luksusowo, ale dostatnio żywionych i odziewanych, byczków dźwigał na swych barach Ojciec najdroższy, żyjąc sam - życiem Cyncynata[28]. Dziś rozmyślając o Ojcu, dębieję wprost, do jakiego stopnia był on abnegatem od wszelkich osobistych satysfakcji życiowych, co prawda - przy naszych figlach i żywiołowej wesołości i czułościach nie dawaliśmy Rodzicom najmniejszej okazji do nudzenia się, a nawet przy tak szczelnie wypełnionym trybie życia nie było czasu na kontakty towarzyskie poza bliską familią i kolegami ze szkół.

[Wspólne j160 dzieci Lubańskich. Opis Stryjeńskiej]

Nasza grupa z czasów zamierzchłych, gdy Jańci jeszcze nie było na świecie. Później Janka zapoczątkowała swym zjawieniem epokę już zupełnie nowoczesną kina, radia, jazzu i dancingów z Anglosasami.

Mama również wyrzekła się doszczętnie swego "ja" na rzecz męża i dzieci. Jej staranność koło nas, zapobiegliwość, pomoc natychmiastowa i serdeczna opieka w razie choroby, śliczne prowadzenie domu, gdzie było przytulnie, ciepło, wszystko na czas zrobione, bielizna zawsze czysta, jedzenie świeże, zdrowe - jest bezprzykładna. A przy tym dbanie o pobożne i dobre nasze wychowanie. A te niezliczone mikołaje, choinki, wyjazdy na wakacje, hojne podarki na imieniny - nie ma co! Takich Rodziców jak byli moi, takiego domu, "domu" w całym znaczeniu najserdeczniejszej miłości, nie znajdzie się prędko na świecie.

Dziwne było także to, że Mama nie stanowiła typu piknijskiej[29] Cybelii[30], przeciwnie, szczupła, nerwowa szalenie i dystyngowana, tęskniła raczej za życiem intelektualnym, za szczytami lodowymi opromienionymi zorzą polarną - mówiąc przenośnie. Gdy Ojciec jako czarnogrzywy pan Franciszek, blady wzruszeniem, oczekiwał na pannę Annę pod urzędem pocztowym, aby mieć szczęście odprowadzić ją okrężną drogą do domu, roili ci młodzi ludzie nieśmiało o egzotycznych podróżach, o pracy społecznej, o wspólnym czytaniu pięknych książek, o unii dusz, dla której materializacja jest tylko etapem, a przypuszczenia współżycia seksualnego i stworzenia kiedyś jednego, najwyżej dwojga potomków leżały w bardzo odległej podświadomości. Mama szczególnie projektowała sobie odpoczynek po tych latach pracy, ciszę, oddech swobody przy boku przyjaciela kochającego - tymczasem zapadła się w gorący krater małżeńskiego życia, w "co rok prorok", w ciężkie porody kleszczowe, w pieluchy, sługi, kuchnię. Lawina tego życia zmyła ostatnie forty marzeń mych Rodziców, emanując u Mamy jeszcze niekiedy nieokreślonym "weltszmercem". Dzisiaj poradnia świadomego macierzyństwa złagodziłaby te niedole, ale jakiż ogromny dzisiaj odskok naprzód w medycynie na ten temat i przede wszystkim w pojęciach, podczas gdy wtedy "inne czasy byli".

Wspomnienia młodości

Tak więc lata minęły, a dzieci rosły. Zastanawiało mnie niemało, skąd brał się u Ojca ten głęboki kult dla Sztuk Pięknych, który stale okazywał, ułatwiając nam wszelkie studia z nim związane. Zamiłowanie Ojca do wiedzy, zainteresowanie życiem otaczającym, subtelność uczuć, jaką zawsze się kierował, niezwykle rozwinięty zmysł estetyczny, uprzejmość i dobroć dla pracowników w swym przedsiębiorstwie, uczciwość nadzwyczajna, gest szlachetny w każdej okazji i w ogóle cała postawa psychiczna Ojca nasuwała przypuszczenie wielce kulturalnego pochodzenia. Dzieci rosły, rosły, ale talenty malały, bo nie było ambicji kończenia studiów w tej atmosferze za wielkiej pobłażliwości, każdy zaczynał coś nowego, co mu się spodobało. Ojciec był entuzjastycznym widzem i hojnym mecenasem tam, gdzie trzeba było trenera z batem, i takie "a nous la liberté"[31] skończyło się tym, że muzy zlekceważone pomału się po kościach rozeszły. Także już nie miał Tato czasu w tym okresie nami się tak bardzo zajmować, bo coś się zaczęło psuć w interesach. Nie wiem, co tam było, jakieś izraelity brodate, jacyś fałszywi doradcy niechętnym okiem patrzący na rozwój i zamożność polskiej firmy kręcili się coraz częściej koło sklepu[32]. Prostoduszna, jakże dramatyczna!, kronika Ojca kochanego, którą przechowuję jako świętość rodzinną, bliżej wyjaśnia, na jakie narażony został przykrości i podstępy ze strony pewnych szachrajów, którzy namówili Tatę na jakieś podpisy na wekslach na obrót niekorzystny domami, placami, na różne zgubne zobowiązania[33]. - Tato myślał o zabezpieczeniu dzieci na przyszłość, chciał zrealizować odłożenie jakiejś forsy w PKO, a sądził ludzi według siebie, że są uczciwi - nie wiem zresztą, jak to w ogóle się pokręciło, dosyć na tym, że tak jak wiele wówczas polskich firm - i Tato też zbankrutował, a wszystko poszło w ręce Żydków. Domy, place, towar ze sklepu zasekwestrowano i roztrwoniono przez sprzedaże licytacyjne za bezcen, wykupione naturalnie przez podstawione harpie czarnogiełdowe. Bardzo mało co ocalało, tyle tylko, że Ojciec mógł utrzymać dalej swą pracownię i niektórych ludzi tam zatrudnionych. Na podtrzymanie tego skromnego źródła dochodu poszły z domu futra, pierścionki, zbędne meble i Ojciec otworzył nowy sklep i pracownię przy ul. św. Anny w niedużym[34] lokalu, a my przenieśliśmy się gdzieś, do czterech pokoi i strasznieśmy się tam gnietli.

Rodzice ukochani! Notując sobie ten reportaż Waszych przeżyć pełnych ustawicznych trosk i pracy, rozmyślam, co Wam dały w zamian dzieci, które wyjadły Wasze spichrze jak szarańcza, które zgasiły Waszą młodość, zagrabiły Wasz czas? Jakiej nagrody doznaliście, niespotykani romantycy, za Wasze wyrzeczenia, za ofiary tysiączne?

Jakiej nagrody? Żadnej. Życie poszło dalszym trybem: Tadek zaczął pomagać Ojcu w sklepie. Stefa dostała posadę w biurze u znajomego adwokata. Stefuś kończył konserwatorium[35] i zaczął zarabiać muzyką, grając w orkiestrze i w chórach kościelnych. Maryla i Janka zostały jeszcze w szkołach, a ja zgoliłam głowę do skóry i w ubraniu męskim Tadzia i za jego papierami pojechałam zapisać się do Akademii Sztuk Pięknych w Monachium[36], gdyż uznawano wtedy tę uczelnię za najtrudniejszą i najlepszą, a maskarada moja o tyle była konieczna, że ani w Akademii monachijskiej, ani w ogóle na wyższych uczelniach kobiet wtedy nie przyjmowano[37].

Po energicznej pracy Tatuś kochany znowu się podźwignął finansowo, trochę przynajmniej zelżał ciężar utrzymania młodzieży domu. Sklep zaczął rozwijać się na nowo. Rodzice przeprowadzili się na ul. Garncarską do obszernego parterowego mieszkania z ogrodem[38], który Tato z lubością w wolnych chwilach pielęgnował. Po półtora roku studiów wróciłam z Monachium. Przyjechała po mnie tam Mama i przebrała mnie znowu w damskie suknie, bo już zaczęli się coś koledzy domyślać, zwłaszcza Francuzi, którzy nosa mają do kobiet, także Amerykanie zaczepiający mnie, żebym na pauzach się z nimi boksował. Akty męskie - modele pozwalali sobie na świniowate gesty, biorąc mnie za hermafrodytę, i nieraz krew mnie zalewała za olbrzymim blejtramem w klasie malarskiej, gdzie smarowało się akademickie akty naturalnej wielkości. Jednak wściekłość na nich dodawała mi tupetu. Przestraszyłam się dopiero, gdy zasłyszałam pokątnie, że koleżki zamierzają rozebrać mnie do naga - bo Akademia była uczelnią niezwykle surową i uroczystą jako ciało profesorskie i nie tyle z mojej nagości, ile z moich fałszowanych papierów mogła być chryja. Napisałam więc do domu o przysłanie mi kiecek, peruki z lokami i mych papierów, bo chcę wracać, z czym Tato Mamusię zaraz wyprawił, bo ogromnie się gorszył tą moją eskapadą, zwłaszcza gdy dowiedział się, żem Tadzia papiery zgrandziła i Tadek też odpowiednią za to dostał pucówkę[39]. Przedtem Ojciec płacił mi krakowskie szkoły malarskie[40] i cieszył się zadawaniem mi tematów, które rysowałam na zawołanie, psy, króliki, osły, koty, chłopów czy grubego kwestarza, gęś, jak łapie pastucha za koszulę, Żydka z pejsami i cycełesem, pijanicę z nosem czerwonym czulącego się do latarni, reklamy dla sklepu, karykatury klientów Taty - i co kto chciał, toteż zabolało Ojca to moje wydarcie się z gleby rodzinnej i później, później zrozumiał, że okres amatorskiego poziomu stał się już dla mnie nieaktualny.

Przebywszy kurs rysunku prof. Hackla[41], malarski prof. Habermanna[42], historii sztuki Fritza Burgera[43] i anatomii malarskiej, wróciłam do Krakowa w najmilszym towarzystwie Mamusi, która ułatwiła mi odzyskanie sympatii Ojca i wasymilowanie się ponowne w rzeczpospolitą rodzinną. Tatę zastałam za tym powrotem już dobrze szpakowatego, ale pełnego jeszcze energii w nowej domenie przy ulicy Garncarskiej 7.

W tym mieszkaniu upłynął nam wszystkim nowy duży okres życia i z tym mieszkaniem związane są równie drogie dla nas, jak i tragiczne chwile.

[Wklejone trzy zdjęcia. Na dwóch ojciec. Opis Stryjeńskiej]

Tatuś w starszym wieku, gdyśmy już dorośli.

[Przy trzecim]

Tatuś, Maryla i Stefan.

Poznałam w tym czasie znanego w Krakowie redaktora i krytyka sztuki p. Jerzego Warchałowskiego[44] i miałam pierwszą wystawę w Krakowskim Towarzystwie Sztuk Pięknych[45].

Znajomość z Warchałowskim, który napisał o mnie dodatnie krytyki, wciągnęła mnie w pewnym stopniu w artystyczne i towarzyskie życie Krakowa. Hr. Tyszkiewicz kupił serię ilustracji do bajek za 3000 koron[46], znaczną wtedy sumkę, zaczęto mnie zapraszać, do nas zaczęli przychodzić Żeleńscy[47], Puszetowie[48], Jachimeccy[49], Starzewscy[50], oprócz tych domów znani artyści, literaci i prasa oglądali me malatury ze świata Słowian starożytnych, które smarowałam w domu. Następnie dostałam pracę malarsko-dekoracyjną w Muzeum Przemysłowym[51], nowo wybudowanym przez architekta Stryjeńskiego[52] pięknym gmachu, gdzie powstały pod przewodnictwem Warchałowskiego Warsztaty Krakowskie[53].

Wszystkie te osobiste przeżycia zbiegły się dziwnie z wielką godziną dziejową. Gazety obwieściły wojnę światową, Tadka i Stefka zabrano do wojska austriackiego. Niespodzianie natomiast zaczęły się w całej Polsce tworzyć Legiony i powiała nadzieja odzyskania niepodległości. Pufcia, zawsze bardzo patriotyczna, porzuciła posadę u swego adwokata i wstąpiła do biura legionowego, gdzie z dużym entuzjazmem zaczęła być czynną i pożyteczną. Tadek i Stefek wykręcili się cudem z armii austriackiej i Tadek zgłosił się do Legionów. Stefek jednak przyjechał tak zrujnowany na zdrowiu, że rozchorował się na serce i leżąc, zapisywał nuty. Nadzieje zmartwychwstania Polski Wolnej!! Po stuletniej niewoli Polski jako niepodległego państwa drżały w powietrzu i o niczym innym się nie mówiło i nie myślało. Niestety - jakżeśmy wszyscy wtedy się łudzili...

Na tle tak różnych nastrojów zaczyna się entrée do Jądra ciemności w mym życiu, zaczyna się coś nieprawdopodobnego, przeszkadzającego w pracy artystycznej, coś niewygodnego, niepotrzebnego, idiotycznego, mianowicie romans, romans miłosny.

Będąc raz w Warsztatach Krakowskich, poznaję młodego architekta Karola Stryjeńskiego[54].

I znowu jak niegdyś Franciszka-Adalberta, mego Ojca, Amor ustrzela mnie do tego pana na całe życie.

A więc wspólne spacery, pierwszy pocałunek, jakieś białe róże od Karola, po czym noce westchnień przy księżycu, wreszcie data ślubu w sekrecie przed światem. Oznaczonego dnia[55] odbył się ślub, ale niecodziennie wyglądał.

W zwykłym ubraniu wyszłam niby na spacer z domu i czekałam chwilę przed karmelitami, aż narzeczony nadjedzie tramwajem, jak to było umówione. W bocznej, pustej o tej porze kaplicy obecny był już Warchałowski i Pufcia, zakonspirowani i uproszeni jako świadkowie[56], poza tym w kącie żebraczka jakaś modliła się. Gdy uklękliśmy z Karolem, ksiądz nad nami zaczął modły odprawiać, nagle Karola i mnie z nerwowości opanował szał śmiechu, istny atak, że zaczęliśmy się trząść, skuczeć, jęczeć, skręcać, wreszcie turlać ze śmiechu. Świadkowie, widząc, co się dzieje, najpierw zdziwieni, potem też jak nie zaczną prychać, a dusić się, a śmiać! - do żywego się spłakali. Ksiądz ślub przestał dawać, zgniewał się i czeka, co z tego będzie. W końcu jakoś przemogliśmy się, obrzęd się dokonał. Osłabli czworo jak łachmany od nieoczekiwanej gimnastyki przepony, każdy, jak mógł, wybalansował się z kościoła na słońce ulicy. Tu poobcieraliśmy nosy i spłakane ze śmiechu oczy i na razie poszłam ze Stefą kupić farby do Reima[57], a Warchałowski z Karolem umówili się na popołudnie na Garncarską i odeszli do Muzeum do Warsztatów Krakowskich.

Ze wzruszeniem dzisiaj sobie przypominam postępowość wyjątkową na owe czasy Mamy i Taty, zżytych z innymi zgoła obyczajami przy takich zdarzeniach familijnych, zwłaszcza Ojciec czuł się dotkniętym[58], uważając taki ślub za ignorancję powagi rodzicielskiej, a dla młodej panny za ubliżający (nie bez słuszności). Ale pod wpływem Mamy machnął ręką i przystąpił do bliższego zaznajomienia się ze swym zięciem. Podano podwieczorek, nadszedł sprawca ślubu ks. kanonik Masny z Karolem, Warchałowski i Jastrzębowski[59]. Zaczęliśmy grać na fortepianie, rodzeństwo zaczęło wypijać z Karolem bruderszafty i błaznować, a ja później wymknęłam się na chwilę cichaczem do Kossaków[60] po pożyczone Madzi przedwczoraj książki i przebyłam tam do kolacji, która odbyła się uroczyście w domu, a w nocy wsiedliśmy z Karolem do pociągu zakopiańskiego. Kraków-Zakopane - ileż tę trasę przebieżałam w życiu!

Skrót

Przyjeżdżamy do Zakopanego, cudna zima, słońce, śniegi po pas - stajemy w pensjonacie Szałas. Gospodarze, sympatyczni państwo Brzozowscy[61], urządzają wieczory muzyczne, na których Egon Petri[62] gra klasyków. Pewnego wieczoru p. Urcia Brzozowska przegrywa kujawiaki ze swoich okolic, z Kujaw, teksty i melodie wywierają na mnie silne wrażenie. Szkicuję pomysły ilustracji do tych melodii, ukrywając się w odległej chacie góralskiej, aby mi nie przeszkadzano. Za powrotem udaję, że byłam na nartach, i przedzierzgam się na nowo w kokieteryjną młodą małżonkę. Niedługo Karol wraca do Krakowa przygotować mieszkanie i rozmówić się ze swym patrem. Pierwsza noc u siebie (mogłabym kiedy o tym napisać), która jest równocześnie pierwszą nocą poślubną, gdyż dotychczas nie mieliśmy odwagi, ani Karol, ani ja, zniżać lotów naszej podniebnej pieśni cherubniczej do spraw zmysłowych, do tego stopnia, że choć przy ludziach byliśmy po ślubie na "ty", gdy zostawaliśmy sam na sam, przemawialiśmy do siebie per "pan" i "pani", unikając z nadmiaru wzajemnego uwielbienia wszelkich przyziemnych tematów. Myśl o kujawiakach nie

[Zdjęcie Karola Stryjeńskiego z ojcem. Opis Stryjeńskiej]

Karol z ojcem.

daje mi spokoju, mam już koncepcję gotową, grają mi w uszach te prymitywne, ach jak piękne, budzące nowe obrazy melodie. Odwiedzają nas przyjaciele Karola: Jastrzębowscy[63], Warchałowski, Czajkowski[64], rodzina Karola[65] i moja, Hubert Rostworowski[66], Puszet, Idalcia Pawlikowska[67], dr Rosner[68], Warsztaty Krakowskie, Zygmunt Dygat[69], Adaś[70], prasa, muzyka, literatura, kawiarnia. Czuję, że nie będę mogła się tu skupić.

Nie mam śmiałości zwierzyć się Karolowi, że potrzebuję samotności, więc ułatwiam rzecz w ten sposób, że znikam. Cichaczem jadę do Zakopanego, najmuję pokój w pensjonacie i dwa tygodnie zamknięta bez przerwy siedzę dnie i noce, i odwalam dwie barwne teki Kujawiaków[71].

Przed trzecią teką[72] Karol mnie odnajduje, lecz nastrój mam już przerwany i nie kończę.

Następny skrót

Przeprowadzka na Salwator[73]. Mamy wspaniały taras z widokiem na Wawel i Wisłę. Jastrzębowski mieszka u nas w gościnie. Ja maluję Paschę słowiańską[74] i przygotowuję projekty polichromii sali w Baszcie Senatorskiej na zamku. Maluję nowe bogi słowiańskie[75].

Jastrzębowski jest pod wpływem mego stylu. Tymczasem coś źle się czułam, prof. Rosner bada mnie i oznajmia, że jestem w ciąży. Szaleję z radości! Zawsze pragnęłam mieć syna, który by wyśpiewywał poezję Słowiańszczyzny. I będzie torował drogę idei słowiańskiej - Odbudujemy gontyny[76] - będziemy wielbić Chrystusa po słowiańsku! Maluję zawzięcie salę na zamku.

Szyszko-Bohusz[77] prowadzący jakieś wojny ze starym Stryjeńskim i niecierpiący Karola ironicznie dla niego usposobionego, żeby im zrobić na złość, zamyka wykończoną salę na kłódkę, nikomu nie pokazując, niszczy kartony i dąży do tego, żeby malowidło zjadła pleśń[78].

Moje fizyczne siły załamują się, poród niedaleki, ale będę mieć syna! Ten zastuka tomahawkiem w zakute łby "konserwatorów"! Ponieważ Karolowi było za daleko chodzić do Muzeum Art et Métier[79], gdzie pracował, przeprowadziliśmy się na Smoleńską. Karol pracuje w Warsztatach z Warchałowskim i pod ich dyrekcją rozwija się szybko to siedlisko sztuki ludowej i w ogóle miejsce zarodowe nowej sztuki w Polsce. Pojawiają się pierwsze wieści o nastaniu pokoju! Zakończenie wojny!! Radość powszechna. Na ulicach ludzie padają sobie w ramiona. Karol projektuje wyjazd do Paryża.

Następny skrót

Lecznica. - Poród. - Rodzi się córka[80] - jestem wściekła. Drwię z powinszowań, kwiatów i odwiedzin. Rysuję doktorów, karmię z niechęcią dziecko. Po powrocie do domu śpi ta ślicznotka różana w koszyczku umieszczonym na mym łóżku. Zabieram się od razu do roboty[81].

Maluję cykl kolęd franciszkańskich i drugi cykl kolęd ludowych[82]. Wreszcie, żeby się czymś zagłuszyć po przeżytym zawodzie, zakładam z gromadą kochanych bohemów Klub Gałki Muszkatołowej[83] w Esplanadzie. Przyjaciel Russella[84], popularny donżuan i filozof Leon Chwistek[85], bawiący się wówczas malarstwem, znakomity wynalazca formizmu[86], zostaje obrany gwiazdorem klubu. Istnienie klubu było krótkie, ale bujne[87]. Składało się z niesłychanej popijawy przy hucznym otwarciu i niesłychanej popijawy przy zamknięciu klubu z trzaskiem. Przy zamknięciu śród szalonej wrzawy, zabawy i ścisku dorwał się do głosu Litwin Albin Herbaczewski[88], satanista z Zielonego Balonika, znana dobrze figura gaudeana[89]. I zaczął bajdury takie prawić zalanym dyszkantem, że Karol na głos krzyknął: "Uwaga! Baczewski przemawia przez Herbaczewskiego". Baczewski jest to znana fabryka wódek, więc taki śmiech zahuczał na ten świetny dowcip, że klub o mało się nie zawalił. Herbaczewskiego ściągnięto ze stołu, a on sam tak się rozwścieklił, że potem długie czasy jak nas na ulicy zobaczył, otwierał parasol i z tą tarczą wzgardy czekał, aż przejdziemy. Niedługo artystów w tej kawiarni Esplanadzie wstrzymano. Odebrano lokal, a gromadne malatury na ścianach: Pronaszki[90], Chwistka, moje, Jaremy[91], Jacka Puszeta[92] i Tytusa Czyżewskiego[93] - zeskrobano i zamalowano wapnem.

Następny skrót

Dziecko zostawiam w rękach Mamy i w drodze do Francji[94] zatrzymujemy się z Karolem w Warszawie, aby przygotować paszporty i być na otwarciu mej wystawy w Zachęcie[95]. Tutaj poznaję trochę świat warszawski. Przegląd elegancji u Lourse'a[96], literaci, krytycy sztuki i różne znane fisze, sławne piękności, aktorzy. Ośrodkiem życia artystycznego są Kresy[97], gdzie często w niezmiernie miłym, wesołym gronie różnorodnych artystów i sympatyków sztuki czas uciekał rozkosznie. Obdarzeni iście diabelskim dowcipem i inteligencją utalentowani ci ludzie młodzi, pełni żywiołu, o których kiedyś opowie historia kultury polskiej, stanowili istotną treść Warszawy, o zupełnie innym zabarwieniu niż Kraków. Poza spokrewnioną sobie rodziną Karszo-Siedlewskich[98] miał Karol w Warszawie ulubionych znajomych państwa Jentysów[99] w Bristolu. Właśnie przebywał u nich pianista Zygmunt Dygat jako narzeczony Dzidzi Jentys i wybierał się też do Paryża, gdyż chciał przeprowadzić wyższe studia pod opieką Paderewskiego. Zygmunt umówił się z nami, że pojedziemy we trójkę razem. Powodzenie mej wystawy w Zachęcie było fenomenalne. Wszystko sprzedałam[100], dostałam Złoty Medal, najwyższą nagrodę Zachęty[101].

Dalszy skrót

Paryż! Zamieszkaliśmy w hoteliku koło Panteonu, a potem przenieśliśmy się bliżej Montparnasse'u, na rue de Rennes. Zygmuś zabrał się do ćwiczeń, a że Paderewski nie wrócił jeszcze z Ameryki, więc na razie miał zamiar dać koncert u Érarda[102] i pozyskać trochę lekcji. Poznaliśmy bardzo grzecznego p. Frenkla[103], u którego zbierało się trochę Francuzów, Olgę Boznańską[104], hr. Łubieńskich, hr. Rzewuskich, trochę malarzy na Montparnassie, państwa Mickiewiczów[105], syna wielkiego Adama, bibliofila starego hr. Zamoyskiego[106], p. Drzewieckiego[107], w którego willi będąc na "fajfie", widzieliśmy niezłą studnię rzeźbiarza Wittiga[108] i słuchaliśmy gry mistrza Busoniego[109]. Dalej poznaliśmy dyrektora Vieux-Colombier, p. Copeau[110], i między jeszcze wieloma nowymi znajomościami jednego bogatego Żyda Löwenfelda[111]. Od ruchu i przepychu życia paryskiego zamąciło mi się w głowie. Któregoś dnia obudziłam się wcześnie, obok mnie na szerokim francuskim łożu chrapał w głębokim śnie Karol - piękny i najdroższy. Patrzyłam na niego z miłością, ale i przerażeniem, że świat może mi go odebrać, a ja będę bezbronna razem ze swą sztuką.

Fragment

Przypomina mi się jedna postać paryska, jakby z nieprawdziwego zdarzenia: Olga Boznańska, ale widziana już w okresie swej starości. Milczące, tajemnicze chucherko bardzo interesujące na tle ogromnego a ponurego atelier[112], zawalonego gratami i płótnami, między którymi przemykały się oswojone białe myszki.

Niedaleko okna stały sztalugi, na których od wielu tygodni Boznańska wykończała jakąś nature morte. W kitlu zapiętym pod szyję, o woskowej cerze, uduchowionych rysach wyglądała niby posąg wyjęty na chwilę z ciemności piramidy. Głęboko zapadłe, silnie zapigmentowane czarne oczy jarzyły się ukrytą satyrą. Wieczny papieros w pasemkach ust, na głowie olbrzymi, sinoczarny wał włosów wysoko w kok zaczesanych. Malowała powoli, z przejęciem, a portrety robiła wprost latami. Model się zestarzał, wyłysiał, ożenił, okocił, schudł, ona jeszcze odnajdywała nowe finezje kolorystyczne, musiał pozować, chciał czy nie chciał, chyba że umarł. Boznańska miała swoją klientelę francuską i wielkie uznanie w Paryżu, gdzie siedziała już ze trzydzieści lat.

Lata całe stała tak całe dnie przy sztaludze z nieodstępnym papierosem w ustach i w nieodmiennej swej postaci. Po południu, gdy już zmierzch zapadał, odkładała wreszcie paletę, ubierała jakąś wypłowiałą mantylę i z dużą banią blaszaną szła na bulwar po naftę, gdzie znano już dobrze jej charakterystyczną postać. Gdy z naftą wróciła, rozbierała lampkę, czyściła, napełniała naftą i zapalała. Potem żywiła myszki i usiadłszy na kanapie, kręciła papierosy. Wtedy dawał się słyszeć w podwójnych drzwiach atelier jakiś szurgot, poszczekiwanie, otrzepywanie się - drzwi się otwierały, a przez nie wstępowała okazała tęga dama o blond loczkach, w kapeluszu utkanym ze sztucznych fiołków. W mufce niosła mopsika, a za nią wślizgiwało się jakieś nerwowe szczypiórko rodzaju żeńskiego, wycierające pilnie przy drzwiach nogi. Uróżowana piękność była to młodsza siostra Olgi Boznańskiej panna Iza[113], a za nią wyłysiała rzeźbiarka p. Konceska[114], uczennica p. Bourdelle'a[115]. Panna Iza uchodziła w rodzinie i w opinii Olgi za heterę. "Izia się źle prowadzi, Izia jest taka lekkomyślna, fe! Vraiment comme une cocotte[116]", wzdychała Boznańska, zapominając, że siostrunia ma już dobre sześćdziesiąt latek. Codziennie nieomylnie około siódmej przynosiła panna Iza pieczołowicie skarb i klejnot rodzinny: mopsa Bibi. Astmatyczny i stary ten złośliwiec poddawany był tam co dzień operacji zapuszczania kropel leczniczych do nosa. Obraz był dosyć makabryczny: w otchłannej grocie atelier przy płomyku trzy kobiece cienie jakby makbetowskich zjaw "pastwiły" się nad warczącym groźnie i szarpiącym się tabu. Po skończeniu hecownego rytuału Olga stawiała na piecyku wodę na herbatę w przedhistorycznym saganie. Schodzili się pomału inni znajomi. Rubinstein, zatrzymując się w Paryżu, też często bywał u Boznańskiej, za nim snuły się zawsze jakieś Amerykanki i biutifule angielskie. Bywało wielu także z Polski artystów, będących na studiach w ville lumi?re[117]. Wychodzić natomiast samej na wizyty zdarzało się p. Oldze bardzo rzadko, może raz na dwa lata. Właśnie jednego wieczora grono jej wielbicieli francuskich wyprawiło dîner solennel[118], na którym obecności swej już nie mogła odmówić, i byłam świadkiem takiej ekspedycji, jak wydobywszy z licznych koszy jakieś odświętne ornaty i riusze[119], zaczęła się wielka artystka przystrajać. W suknię gipiurową z trenem pełnym falban i plis, na co szedł rodzaj alby atłasowej spiętej pod szyją agrafą. Na głowie osiadło jakieś czarne gniazdo z dżetów i flaneli podpięte wysoko z tyłu kwiatami, spod którego spływały czarne strusie pióra. Wykańczała ten pikantny strój pompe fun?bre[120] narzucona mantyla, pompadurka w ręku i parasolka z czasów Dreyfusa[121].

W czarnym stroju, z żółtobladą twarzą i sinymi baczkami koło uszu nie mogę powiedzieć, żeby p. Olga nie była wściekle stylowa - tylko że, psiakość, opóźniła swą aktualność o pół wieku.

Zeszłyśmy na dół. "Może zawołam taksówkę i odwiozę panią?" - zaproponowałam. Ale Olga Boznańska miała swoje obyczaje, a do aut niewielkie zaufanie. Tolerowała tylko autobusy, więc doszłyśmy pod Gare Montparnasse, gdzie właśnie jej autobus ruszał z miejsca. Na rozpaczliwe znaki parasolką konduktor zatrzymał wóz i p. Olga, ująwszy w garść swoje treny, wtarabaniła się przy pomocy licznych widzów.

Nowy fragment

Szczęśliwie się zdarzyło, że jeden znajomy Zygmunta wyjechał na jakiś czas i dał nam do dyspozycji swe skromne mieszkanko na Bd de Versailles. Zygmunt ma tam pianino, daje lekcje, prowadzimy sami menaż[122] domowy, Karol smaży kotlety, Zygmunt zmywa talerze. Karol rozmiłował się w rzeźbieniu drzeworytów. Wynalazł jakiegoś Japończyka, u którego kupuje płytki gruszowe i bukszpanowe i dłutka. Na stole u nas pełno porozkładanych smarów, tamponów, papierów do drzeworytu. Ołóweczki wyostrzone, twarde i miększe, puder, scyzoryk, pędzelki, tektury. Zygmunt z Karolem ogromnie się pokumali. Nie mogą bez siebie chwili wytrzymać. Trawią godziny wieczorem na rozmowie i zwykle zasypiam, nie doczekawszy się Karola.

W ogóle doszłam do podejrzenia, że Karola interesuje u mnie głównie talent[123] i że lepiej dla naszego szczęścia będzie, jak skończę z malarstwem, tą obcą siłą między nami. Malarstwo zresztą bardzo mnie męczy i nie leży w moim temperamencie ten ciągły przymus skupienia, cisza, nieruchome pochylenie nad rajzbretem[124]. Malarstwo nie daje mi satysfakcji i nie daje mi możności wyżycia się, jak by dał śpiew, taniec, scena. Mnie już niedobrze się robi na widok farb, co kradną mi chwile młodości, nie dając w zamian nic prócz trochę pieniędzy i kilku świstków z recenzjami. Hm... A więc finisz z malarstwem!!! Pod wpływem tych gorzkich refleksji lecę do stołu, gdzie leżały między książkami i zaczętymi drzeworytami przywiezione do Paryża oryginały mych prac i szast! szast! szast! - Strzępy rozsypały się po całym pokoju. Było już późno, cisza, więc słysząc odgłosy niesamowite, przybiegł Karol. Przeraził się.

- Przynajmniej teraz będę kochaną dla siebie samej, nie dla pacykarstwa! - zawołałam i podbiegłam do niego radośnie.

- Nie będziesz wcale kochana! - ryknął Karol i odepchnął mnie z wściekłością. Z rozpaczą rzucił się na podłogę i zaczął składać większe strzępki. - Łotrzyce, bestie z Nowej Gwinei - wrzasnął.

Rzuciłam się Karolowi na szyję, ściskałam, całowałam, płakałam, przepraszałam, ale on odepchnął mnie raz jeszcze, porwał poduszkę z naszego łóżka i poleciał do pokoju Zygmunta.

Jeszcze fragment

Trudno jest pominąć nieznaczne nawet epizody wynikające jedne z drugich niby listki z artichaux[125], a potrzebne do notowania powstałego rozdźwięku. Po pożegnaniu się w ten sposób z malarstwem pojechałam do Coty'ego kupić kosmetyków i akcesorii toaletowych, aby podbić Karola jako kobieta.

Ale Karol chodził ciągle zadąsany do tego stopnia, że Zygmunt musiał między nami robić za speakera.

Z podartymi pracami złączone były projekty na Paryż[126] - ponieważ jednak w tym stanie nie można ich było nikomu pokazać, strata dałaby się wynagrodzić zabraniem się do nowej pracy i zgromadzeniem choćby skromnego materiału wystawowego. Mnie jednak ani się śniło wziąć pędzel do ręki. Na tym naelektryzowanym tle zarysowała się na horyzoncie pewna postać. Znany bogacz paryski i mecenas Monsieur Löwenfeld złożył nam wizytę i zaczął interesować się naszymi w Paryżu zamierzeniami. Pewnego dnia Löwenfeld zaprosił mnie samą na śniadanie na Champs Élysées i opowiada o swym doświadczeniu życiowym. Mówi, jakimi drogami trzeba stąpać, aby w Paryżu zdobyć powodzenie i prasę. Gdy zechcę pracować i wystawiać swe obrazy, może mi wszystko ułatwić, mając stosunki i potencję, jaką daje złoto. Tylko trzeba iść za jego radą. Nie zaprzeczam, że miał doświadczenie i że nie byłoby złem skorzystać z takiej ofiarności. Następnie Löwenfeld zaprosił mnie do swego biura w okolicy Madeleine[127]. Pokazał zgromadzone w biurku fotografie nagich dzieł sztuki, które mi się wydały przy naszej rozmowie co najmniej niepotrzebne. Mówił, że pracuje tutaj czasem, z dala od domu i gości. Ma własny teatr w Londynie, który musi mi kiedyś pokazać, przy tym zaangażowany jest bardzo korzystnie w wielu różnych przedsiębiorstwach. Pragnąłby, abym przede wszystkim miała swe atelier, i przyjdzie mi z pomocą finansową. W tym celu ma zamiar zrobić ze mną kontrakt na dwa lata. Za warunek jednak stawia kompletne wykonanie jego programu i rozłączenie się z Karolem. "Jest to - mówi - niepotrzebna dla pani dystrakcja i żadnej przyszłości ten stosunek nie ma. Niech pani mi wierzy, ja znam życie".

Być może ze względu na jego łysą czaszkę, na starą, opasłą postać nie mogłam skorzystać z tej oferty demona złota.

Skrót

Karol nabrał nowych nadziei, że może coś namaluję. Uczynny znajomy Zygmunta p. Frenkel zapoznaje mnie z firmą Hachette[128] i chcąc nie chcąc, wyrzucając najgorsze przekleństwa piekła, robię ilustracje do Anatole'a France'a La Reine Pédauque[129], które p. Hachette kupuje za parę groszy. Pieniążki mi jednak stopniały da capo[130], a Karolowi też już się kończą, więc pisze list do swojego ojca. Kolega Zygmunta wraca, ale jakby na zawołanie malarz Zawadowski[131] jedzie nad morze i odstępuje nam swoje atelier. Słońce praży przez szklany dach, że nie wiadomo, gdzie się schować. Nic nie robię, włóczę się po Paryżu lub siedzimy z bohemą paryską: Louis Gross[132], Terlikowski[133], Basler[134] i Kubin[135]. Angielka w meksykańskim kapeluszu, Foujita[136], Mme Foujita z poduszeczką pod biustem udającą ciążę, Rubczak[137], Xawcio Dunikowski[138], Leopold Zborowski[139], przyjaciel Modiglianiego, Kisling[140], Aisza[141], Markusowie[142], sławna Kiki de Montparnasse[143], p. Potocki[144], cowboy z Biblią i inne charakterystyczne postacie ówczesnego olimpu z Café de la Rotonde[145] czy du Dôme[146] codziennym przez te dni są spotkaniem.

Stosunki między Karolem a mną zupełnie się nie poprawiają. Karol nie może już żyć ze mną. Doznał urazu psychicznego. Powoli spostrzega, że z tej całej eskapady paryskiej nic nie wyjdzie, i zaczyna mnie nienawidzić. Gdy w parę dni potem nadeszły mu pieniądze od ojca, zupełnie rozbity uciekł do Polski.

Było to zerwanie. Tego wieczoru siedziałam w Café de la Rotonde, nie wiedząc, co teraz z życiem zrobić. Chwila ta była jedną z potworniej uwiecznionych w mej pamięci. W dodatku miałam ostatnie pięć franków i nienawiść do świata. Nagle uczułam ze strachem, że mnie ogarnia paraliż z rozdrażnienia. Wysiłkiem woli dowlokłam się do domu. Rzeczywiście przyszedł ostry atak lumbago, przeleżałam dziesięć dni bezwładnie, bo przy najmniejszym ruchu wściekły ból. Miałam czas na kontemplacje. Wreszcie przeszło. Zwlokłam się z łóżka jak z katafalku, wybrałam co lepsze ubrania, aby sprzedać brocanterowi[147] na rue Gaité i zapłacić długi stróżce i w hotelu, po czym napisałam list[148] o pomoc do Rodziców.

Gdybym była wtedy w innym nastroju i nie czuła się tak strasznie beznadziejnie źle, być może, że zebrawszy trochę zdrowego rozsądku i chęci do pracy, nie tylko stworzyłabym sobie egzystencję, lecz również nabrałabym - żeglując po falach tego oceanu - innych nieco poglądów na życie. Lecz trudno - depresja psychiczna połączona z tęsknotą do Karola wyciskała mi dniami i nocami łzy z oczu, że mało nie oślepłam i byłam do niczego. Absolutnie do niczego.

Skrót dalszy

Wróciłam na Garncarską do Rodziców[149]. Oczywiście w społeczeństwie rodzinnym zaszły już dawniej ważne zmiany. Pufcia, która niedługo po moim ślubie również wyszła za mąż za dyrektora banku Adama Dygata, brata Zygmunta, zamieszkała z mężem. Tadek ożenił się i też wypadł z gniazda, pomimo że objął sklep po Ojcu[150]. Marylka zdała maturę, a Janka chodziła do szkoły handlowej, flirtowała i cały dzień jej nie było w domu. Brała udział w pływackich zawodach sportowych, zdobywając nagrody.

Ale ostatnio tragicznym wydarzeniem w rodzinie była śmierć najmilszego, kochanego naszego Stefka[151], muzyka-kompozytora. Po moim powrocie opowiadano mi żałosny przebieg jego strasznej choroby serca, jak wyrywał się do życia, jak strasznie cierpiał. Pozostawił on wiele rozmaitych kompozycji muzycznych, które trzeba będzie kiedyś przeglądnąć. Był to okropny cios dla całej rodziny, zwłaszcza dla Ojca, który najwięcej Stefka właśnie kochał i rozumiał. Tak niedawno jeszcze przed wyjazdem malowałam Stefka grającego na flecie, gdy był na urlopie z wojska. Niebieskie oczy, jasna grzywa, którą ze śmiechem odrzucał poruszeniem głowy. Ojciec też ogromnie po tej śmierci osowiał, zestarzał się i zamknął w sobie. Z powodu choroby Stefka Mama nie bardzo miała głowę zajmować się Magdzią, z czego w zamieszaniu raz skorzystał ojciec Karola, porwał Magdzię i umieścił ją w swoim domu pod posępną opieką swej córki Janetty[152], starej panny. Tak więc Garncarska nie była już tą radosną centralą nadziei i młodości, a nawet wcale nie było tam już i ostoi, bo oprócz wszystkiego Ojcu zdewaluowały się marki, które naskładał, i można powiedzieć, zbankrutował po raz drugi.

Porwanie Magdzi przeprowadzone zostało w sposób despotyczny przez ojca Karola, starego wariata istnego Filipa Hiszpańskiego[153], że między "rodami" zaistniały sympatie Montekich i Kapuletich[154]. Biorąc pod uwagę moje rozstanie z Karolem, utrudniało to bardzo zobaczenie Magdzi[155]. Telefonicznie dowiedziałam się, że jest zdrowa, i oznajmiłam o swym przyjeździe. Fatalna rzecz, że przed wyprawą paryską, myśląc, że zostaniemy już długo za granicą, zlikwidowaliśmy nasze mieszkanie na Smoleńskiej. Meble rozdaliśmy po rodzinie, kilimy do Muzeum Przemysłowego, co było tym przykrzejsze, że w owej porze zaczął się powojenny ruch i pasek[156] mieszkaniowy. Kosztownym absurdem było zdobycie mieszkania tym więcej, że Karol, uznając stosunek nasz za skończony, żadnych zabiegów w tym celu nie czynił, powróciwszy do swego kawalerskiego pokoju u ojca. Nurtowana na nowo najdokuczliwiej smutnymi perspektywami, ukrywałam swe humory przed Rodzicami, żeby im nie przysparzać smutku, udając, że bywam u Karola i Magdzi. Żeby nie być ciężarem w domu, rozglądnęłam się za zarobkiem i przyjęłam od Fukiera[157] z Warszawy zamówienie na 4 obrazy temperą przedstawiające sceny z życia starej Warszawy[158]. Na oknie w pokoju od ogrodu porozkładałam farby, przesunęłam stół i otworzyłam warsztat.

Fragment

Gorycz na milczenie Karola, powrót do przeżytych form sytuacyjnych, a zwłaszcza przymusowy powrót do znienawidzonej teraz pracy malarskiej wzmagały zdenerwowanie moje z dnia na dzień. Zdecydowałam się odszukać Karola i umożliwić sobie odwiedzanie dziecka. Po upokarzających staraniach Karol przyszedł parę razy na Garncarską. Oglądał zaczęte obrazy i zainteresował się trochę. Jednak Rodzice zaczęli wyczuwać jakiś konflikt między nami, widząc mnie coraz bardziej nieopanowaną.

Pewnej niedzieli Karol przyszedł z Magdzią na wizytę. Widok rozkosznego dziecka taki wzbudził we mnie żal za zanikającą nadzieją pogodzenia się i ukazał mi przyszłość z powodu malarstwa w tak ponurym świetle, że zaczęłam błagać w płaczu Karola, żeby mnie nie porzucał, że nie mogę żyć bez niego, i w ten sposób zdemaskowałam sytuację. Zrobił się scandalo grando, dziecko się rozkrzyczało, Rodzice i rodzeństwo zaczęli mnie uspokajać, wreszcie Ojciec odsunął się, aby porozmawiać na uboczu z Karolem, i starał się mu wytłumaczyć, żeby dbał trochę o mnie. W końcu Karol po namyśle podszedł do mnie, przyrzekł znaleźć w najbliższych dniach jakieś wyjście z sytuacji. "A jutro - mówił - kupię bilety, pójdziemy razem do teatru, trzeba się trochę rozerwać, nie żyć tylko tak własnym nieporozumieniem, no... no... wszystko jeszcze będzie dobrze".

Nazajutrz pożyczyłam od Pufci taftową suknię wieczorową z olbrzymią różową zgufrowaną w pasie kokardą, od Maryli bransoletkę i torebkę i o zmierzchu dnia pojechaliśmy z Karolem do teatru, ale naprzód gdzieś daleko na ulicę Kopernika. Karol miał tam w lecznicy Piltza[159] parominutowy interes do dr. [Artwi]ńskiego[160]. Pobiegł gdzieś na piętro, a ja czekałam w hallu. Tymczasem podchodzi do mnie trzech tęgich drabów w białych fartuchach i zabierają mnie w głąb korytarza. Proszę ich o wyjaśnienie, wreszcie wołam Karola - nikt nie nadchodzi. Trzy kamienne oblicza jakieś drzwi otwierają, pakują mnie tam - do piekła!

Drzwi zatrzaśnięto.

Fragment

Milczenie. Serce umarło, otchłań - wstrząs moralny - dojrzałość. Siedzę na pryczy szpitalnej w wieczorowej toalecie, przy mnie pożyczona od Maryli torebka... dziwny koszmar. Dwie służące rozbierają mnie, zamieniając ten strój na szarą koszulę i kaftanik szpitalny. Kładą przymusowo do łóżka. "Kiedy będzie doktor?" - zapytuję. "Jutro rano o siódmej - proszę nie rozmawiać, proszę leżeć spokojnie".

Spokojnie leżę z zaciśniętymi zębami, aby opanować się, ale drżę cała z trwogi wobec piekła dantejskiego, które wokół zieje otwartą paszczą. Rzędy łóżek tłoczą się, na każdym jakaś ludzka nędza. Chore siedzą, leżą, chodzą z rozczochranymi włosami, z gęby niejednej ślina ciecze, płaczą, śmieją się, modlą, jęczą. Oto sala kobiet. Oddział F - furiaci. O niecałe pół metra od mego łóżka za siatkami obiegającymi dookoła siedliska groźnego obłędu wyją w przegrodach. Jedna szarpie siatkę z pasją, grożąc ohydnie światu. Z daleka wybucha co chwila potworny śmiech jakiejś obłąkanej, inna drze wszystko na sobie w strzępy, inna wyje głosem wielkim i woła Boga! Obok mnie za siatką siwa jakaś starowinka przenikliwym do kości głosem skomli. To dzieci chciały się matki pozbyć z domu i pogrzebały za życia. Staruszeczka śpiewa bez przerwy za nich litanie. Jakaś młoda kobieta dzikim wzrokiem rzuca się po klatce w ostatecznej niedoli, lamentuje i płacze, że serce rozrywa... W przeciwnym końcu sali wrzask, zamieszanie. Młoda dziewczyna wpadła w szał, bije służbę, kopie, gryzie, pluje, nakładają jej kaftan bezpieczeństwa, pójdzie za siatkę, to hrabianka Sokołowska od roku wścieka się bezsilnie - pod kuratelą - sprawy majątkowe. Ciężka rzecz, swoją drogą, taka służba sanitarna u obłąkanych. Trzeba siły. Zamykam oczy - staram się zrobić coś z myślami, aby nie krzyczeć. Nie jestem przyzwyczajona jeszcze, dygocę ze strachu. Przechodzi noc przywodząca na myśl inkwizycję hiszpańską pomieszaną z obrazami Goi.

Koło jedenastej rano wizyta doktorów. Lekarz naczelny dr Borain[161] wysłuchał mego sprawozdania i przeniósł mnie do osobnego pokoiku na piętrze. Po dwóch dniach obserwacji pozwolono mi posłać do domu po zaczęte obrazy i farby. Śpieszyło mi się z robotą, która mogła mi dać środki do dalszych poruszeń. Często lekarze przychodzili na pogawędkę. Dr Artwiński przynosił mi pisma do przeglądania. Zwiedziliśmy inne działy kliniki. Szczególnie bolesny był dział żołnierzy z frontów. Przypominam sobie jednego Żyda chorego, któremu ciągle się zdawało, że już idą go wieszać, błagał, piszczał przeraźliwie, nie dał sobie wytłumaczyć. I ilu jeszcze różnych nieszczęśliwych biedaków!

Rodzice, myśląc, że może zostałam u Stryjeńskich, nie przejmowali się parodniową mą nieobecnością. Dopiero gdy doktorzy pozwolili mi napisać o przysłanie zaczętej roboty, zrobił się popłoch w domu i zakład mnie wypuścił. W przeciągu dziesięciu dni wykończyłam obrazy Fukiera i wyjechałam do Warszawy.

Skrót

W pierwszych zaraz dniach pobytu w Warszawie spotkałam przypadkowo poznanego kiedyś architekta Kalinowskiego[162], który przebudowując Kanonię[163], chciał stworzyć sobie siedzibę łączącą zabytki z komfortem nowoczesnym. Zamówił u mnie fryz w sali jadalnej i oddał mi do dyspozycji pokoik na trzecim piętrze w swym domu. Zabrałam się zaraz do pracy i przygotowałam kartony przedstawiające zwyczaje staropolskie w czterech porach roku[164]. Duża praca, ale bardzo dobra, bo i fizyczna.

W Ziemiańskiej[165] odnalazłam moc znajomych. Modą było jadać w Astorii[166] na Nowym Świecie. Królował tam Kornel Makuszyński, bywał tłum ludzi, wszyscy znali się, wprost jedna wielka rodzina. Był Karol Szymanowski, muzycy, aktorzy, literaci, Lechoń, Słonimski, Żyznowscy[167], Adzio Szembek[168], Ostrowscy[169], Gruss[170], Maja[171], Kamil Witkowski[172], Świdwińscy[173], Moryś Potocki[174], Borowscy[175], Junosza Stępowski[176], Węgrzyn[177], Marysia Brydzińska[178], Jaraczowie[179], Nowaczyńscy[180], Kaden-Bandrowski[181], Piotr Choynowski[182], Gebethnery[183], Mortkowicz[184], Szyfman[185], artyści z Qui Pro Quo[186], Zula[187], Ordonka[188], markiz Fabry[189], Mentezufis[190], tout Varsovie[191]. Szczepkowscy[192] urządzali bajeczne przyjęcia w Milanówku. Bywało się u Żeromskich[193], Skoczylasów[194], Reymontów[195], Treterów[196], Szererów[197]. Dobrze dosyć by się żyło i dobrą minę robiłam do ludzi. Wewnątrz jednak - diabli grają swoją sarabandę na temat: requiescat non in pace[198]. Smutek mnie nie opuszczał. Ileż dni, ileż nocy, ileż pełnej goryczy w istotnej samotności!!!

Nowy skrót

Niespodziewanie Karol przyjeżdża do Warszawy[199]. Ludzie w naszą sprawę wmieszali się - godzą nas. Karol wyjaśnia mi, że wszystko było zrobione dla mego dobra, nie chciał mnie pozostawić na Garncarskiej w takim stanie rozdrażnienia, gdzie w dodatku było tak smutno po śmierci Stefka. Liczył na to, że otoczenie światłych lekarzy i jasna lecznica, gdzie będę mogła spokojnie popracować, wpłyną kojąco i korzystnie na mnie. Noc na oddziale F była pomyłką nie z jego winy. Nigdy nie myślał mnie więzić. Ale co wspominać już przeszłość minioną! Najważniejsze, że przyjechał tu z wiadomością, która mnie na pewno ucieszy. Trafia się mianowicie w Krakowie pomieszczenie, w którym możemy rozwinąć życie rodzinne i zapomnieć o wszystkim złym, co było. Jest to wolna pracownia w ogrodzie Puszetów na Wolskiej[200]. Pracownia po panu Ludwiku, który wyjechał[201]. Nie miałam siły odmówić. Rozgrzeszyłam Karola za ten kawał z wariatami. Wróciliśmy razem do Krakowa.

Maluję Koncert Bériota[202], Treny Kochanowskiego[203], Łowy bogów[204], luźne obrazy, cykle ilustracji[205], Siedem Św. Sakramentów[206], i nie pamiętam już co[207]. Robię dużą wystawę w Krakowie[208].

Skrót

Puszety - okres high-life'u, Didur[209], p. Balowa[210], stary Raczyński[211], Mycielscy[212], Zyberk[213], Kossaki. - Karol otrzymuje posadę w szkole drzewnej w Zakopanem[214]. Na razie dojeżdża tam, lecz posada wymaga jego obecności. Przenosi się więc do Zakopanego tymczasem sam. W mieszkaniu na Wolskiej ja zostaję, bo mam pozaczynane duże roboty[215], z których urządzam drugą wystawę i jadę do Warszawy[216].

Zdobywam nazwisko. Z poczuciem powodzenia i pogody jadę odwiedzić Karola i wytchnąć trochę w Zakopanem. Pośród cudownej natury, słońca, okiści śnieżnych mkniemy na nartach. Zapomina człek o jakichkolwiek dysonansach. Amor vincit[217].

Skrót

Sezon zakopiański, ruch sportowy, kwiczoły u Karpia[218], bale w Warszawiance[219], sanna po śnieżnych puchach. Boże kochany! Jakież cuda w tej naszej Polsce. Ilustruję dwie powiastki Tetmajera ze Skalnego Podhala[220].

Wreszcie na nowo trochę wesołości, trochę słońca w życiu! To słońce zakończyło się nową ciążą. Wróciłam do Warszawy już dosyć zaawansowana. Najpierw odjechałam dlatego, żeby nie obrzydzać się Karolowi i znajomym złym wyglądem, potem, że miałam do wykończenia dawno zapłacone roboty. Osiedliłam się tym razem bardzo z daleka od ludzi, z dala od szumnych hoteli, w skromnym pokoiku na Żurawiej, gdyż wstydziłam się mej figury grubiejącej, tego krzywdzącego kobietę dowodu "grzechu", a przy tym miałam bardzo mało pieniędzy. Umyślnie nie pisałam ani nie dawałam adresu, żeby przeczekać sama ze sobą ten okres brzydoty. Żeby trochę zarobić, wykonuję drobne zamówienia na ilustracje do Sieroszewskiego[221], potem na okładki, wreszcie na papiery do opakowań dla Fruzińskiego[222].

Jednak frekwentowanie z deformacją brzucha nawet wobec zupełnie obcych jest krępujące. Staram się unikać świata artystycznego, chodzę kątami nocą. Osamotnienie i zmęczenie. Smutek i brak gniazda.

W końcu Karol dostaje urlop w szkole zakopiańskiej i przybywa do Warszawy. Odnajduje mnie i zabiera ze sobą. Jesteśmy obydwoje młodzi, sympatyczni, śmiejemy się z byle czego. Jedziemy do Krakowa, zatrzymujemy się na Wolskiej, w owej pracowni po p. Ludwiku Puszecie. Jest lato, ogródek kwitnie przy atelier, śniadania campingowe - chleb z masłem i serem, i herbatą - jadamy w ogrodzie śród ćwierkania ptaszków, długa aleja pachnie jaśminem i czeremchą. Sielanka. Rozmawiamy wesoło o osiedleniu się w Zakopanem, o domku góralskim pośród ulów, łanów zboża i łąk, na których barany się pasą...

Ale poród odwleka się nieznośnie, a Karol musi wracać do szkoły w Zakopanem.

Fragment

Przenoszę się więc do Rodziców na Garncarską, aby nie przebywać bez pomocy w olbrzymim, odosobnionym, wilgotnym atelier. Przerobiłam fartuch malarski na kamizelkę ozdobioną guziczkami, aby zakryć olbrzymie brzuszysko. Jak to Janka zobaczyła, o mało nie padła ze śmiechu. Parę dni przeszło na ogólnej wesołości, przygotowaniu z Mamą wyprawki, zamówieniu miejsca w lecznicy i sympatycznym zainteresowaniu się całego rodzeństwa.

Spałam niedaleko Janki w salonie i w nocy czuję naraz, że coś nie bardzo wyraźnie. Wstaję, chcę odszukać kontakt, żeby zaświecić, zaplątuję się w kapę czy w pled na kanapie, gdzie spałam, i gruchnęłam na podłogę. Janka się budzi. "Co to - powiada - trzęsienie ziemi?". I obie w śmiech. Na szczęście nic się nie stało, tylko teraz nie mogę wstać, podnoszę się z jej pomocą. Cicho się ubieramy, żeby nikogo nie zbudzić. Janka bierze klucz, wymykamy się do lecznicy, opowiadając sobie anegdoty o Pantagruelu[223], wśród nocnej ciszy na ulicy.

Świt - trzecia rano. Pierwsze bóle przebiegają ciało lekką falą elektryczną i znikają. Dziwne chwile: niepokoju i skoncentrowania. Bóle jak przypływ Atlantyku. Wzmagają się i odbiegają w niewiadome. O ósmej przynosi pielęgniarka śniadanie, ale nie ma mowy o jedzeniu. Stoję uwieszona u klamki okiennej, którą z bólu skręcam, bo tak lżej. O jedenastej jestem cała w potach, świat za mgłą, siły zanikają, rozpoczyna się poród. Ale dziecko coś się spóźnia, przejeżdżam do sali operacyjnej. Tam pod maską eteru zapadam w sen zimowy. Śni mi się - płynę w błękitach, w zaspach śniegu błękitnego. Patrzę, kościół dominikanów płonie, śnieg skrzy się, migają płomienie niebieskie, kościół, jakiś niebiański gotyk, ale niematerialny, przezroczysty. Widać w głębi kaplicę, złocone wrota żelazne. Światło niebieskie spływa przez okno kopuły. Święty Jacek bieg­nie w dół po marmurowych schodach, nurza rękę w kropielnicy. "Jacku, uciekasz, a mnie zostawiasz płomieniom?" - odzywa się posąg Matki Boskiej z Dzieciątkiem. "Pani Nieba i Ziemi, jakże zdołam podnieść kamienną Twą statuę?" - "Spróbuj ino" - mówi święta Osoba. Cuda! Posąg lekki jak z tektury unosi mnich w niebieski przestwór - chłód - nicość...

Przez ten czas ginekolog ręką poszukiwał w ciepłych wnętrznościach macierzystych, bo przezorni dwaj dostojnicy[224] nie bardzo kwapili się do ziemskiego klimatu. Pierwszy wylądował Kantuś, istna zabaweczka, pół funta kosteczek otulone w listek skóry. Niby wikary, który czeka, aż sam biskup nadjedzie. Po pewnym czasie biskup z wikarym w jednej poduszeczce omotani uzgodnili wspólny program działania i zaczęli kwilić i miauczeć jak dwa kotki.

Zawiadomiony telegraficznie Karol przyjechał ekspresem. Tym razem rozpromieniony, szczęśliwy - ma dwóch synów! Co za sensacja! Moc wizyt, moc depesz, kwiatów, ogólna "radość w Jerozolimie". Przychodzi Magdzia z ciocią, przylatuje Puszetowa, nawet Filip Hiszpański przybywa oglądać wnuki. Słyszę, jak rozmawia z pielęgniarką, ale mam za mało sił do rozmowy, więc udaję, że śpię...

Co za zabawa! W poduszce dwóch miniaturowych dżentelmenów o poważnych minach, obrośniętych czarnymi bakami dawało mi długo złudzenie, że zalałam pałę i widzę podwójnie. Kantuś był taki słabiutki, że byłby może umarł nawet, gdyby nie życiodajny pokarm, jaki przygotowała mu natura w piersiach matki. A piersi ich mamy były zdrowe i jędrne, więc pojadali jeden po drugim jak Bóg przykazał.

Nadszedł czas opuszczenia lecznicy. Karol porozumiał się z panią Lulą Puszetową[225], że tymczasem zajmiemy pokój po jej synu Jacku[226] na trzecim piętrze w jej kamienicy, zanim Karol nie przygotuje mieszkania w Zakopanem. Do pracowni w ogrodzie nie można było dzieci wprowadzać, gdyż piec dymił i wilgoć spływała ze ścian. Pokój Jacka też do połowy był zawalony rzeźbami i zakurzonymi odlewami gipsowymi, bo stały tam jeszcze po Ludwiku Puszecie fragmenty studiów, kopie z Trocadéro, Jowisze, Hermesy, Apollony, ale pół pokoju było słoneczne z widokiem na ogród. Obok, za ścianą pianista Miro Chłapowski[227] trenował swoje preludia, co ogromnie lubiłam. Najgorzej było z wodą do kąpieli dzieci, którą Józefowa musiała z dołu nosić.

Skrót

Jacek Puszet chodzi do Akademii - jego wybryki - ruch w Akademii Sztuk Pięknych, uczniowie jeżdżą po mieście na platformie, na środku ustawione pianino, na którym wali jeden z nich, inni tańczą, inni wrzeszczą przez megafon, rozrzucają ulotki. Z chaosu wyłaniają się ciekawe sylwetki. Anatol Stern[228], Bruno Jasieński[229], Jarema , Tytus Czyżewski, Chwistek, Winiarz[230], Pronaszkowie, Teofil[231], Jachimeccy; Jacek Puszet chodzi po mieście w łachmanach i boso jako jałmużnik, zbiera składki na wódkę. Zakładają klub literacki But w Butonierce[232] o charakterze wywrotowym z jednodniówką dadaistyczną. Obiad z Erenburgiem[233]. Przyjeżdża Witkacy na premierę swego dramatu pt. Tumor Mózgowicz[234]. Gala w teatrze miejskim. Jacek przychodzi do loży w smokingu ze znalezionym na śmietniku starym butem zawieszonym przy dziurce od kwiatka. Sztuka jest sensacją, nowa epoka Krakowa, ogromny prąd ekspresjonizmu. - Urządzam bardzo skromny chrzest bliźniaków w domu. Nie lubię paradnego rozpoczynania życia. Nie wołaj hop, draniu, aż przeskoczysz.

Okres życia towarzyskiego

Lilka[235], Pawlikowscy[236], Magdalena Samozwaniec, Idalcia, Hania[237], Mehofferowie[238], Rostworowscy[239], rodzina Popielów[240], Pusłowscy[241]. Przyjeżdża Lechoń, pojawia się Szukalski[242] w rogatywce z długimi włosami i awanturuje się z Koperą[243] i Bohuszem. Centrum życia artystycznego staje się kawiarnia Grand[244]. W powietrzu jakby zapowiedź nowych ludzi w nowej Polsce. Przedwiośnie.

Skrót dalszy

Na dłuższą metę jednak niehigieniczne warunki w pokoju z rzeźbami nie były dla niemowląt wskazane. Na zaproszenie Filipa Hiszpańskiego i radę Karola przenoszę się z całym kramem na Starowiślną. Niedługo czuję gruby wpadunek. Jestem bardzo chłodno z siostrą Karola, Żańcią, która w ogóle nie lubi mnie jako typu. Źle się czuję w pałacu Filipa i czekam, kiedy Karol osadzi nas na własnych śmieciach. Trudno jednak podobno i w Zakopanem znaleźć mieszkanie. Mijają tygodnie i miesiące. Wreszcie drażni mnie już ta gościna i Karol, dojeżdżając do Krakowa jednego dnia, zmuszony jest coś zdecydować. Jedziemy więc z bliźniakami i niańką do Zakopanego. Magdzia zostaje jeszcze na razie na Starowiślnej.

Nowy skrót

Zajeżdżamy o szóstej rano do "Szałasu". Pokój nieopalony, niewygodny z dziećmi w pensjonacie, wody ciepłej nie ma, mleczko nieprzyniesione, Jacuś wrzeszczy jak najęty, sąsiedzi się budzą. Po paru dniach z pensjonatu grzecznie nas wypraszają. Przenosimy się do innego, do Mieczysławskich. Nowe otoczenie, mam lepszy pokój. Śpię w nim z dziećmi i służącą. Karol umieścił się, z powodu ciasnoty, w kancelarii szkolnej. Szkoła i jej przyszłość bardzo go zajmują, przy tym cała banda miłych znajomych i ciekawych ludzi przewija się w tym czasie przez nasze życie. Gucio Zamoyski[245], Rafałowie Malczewscy[246], Rytardowie[247], Karol Szymanowski, Pawlikowscy z Kozińca[248], Domaniewscy[249], Ziętkiewicze[250], Schielowie[251], Mochnaccy[252], wyznawcy Witkacego, literaci warszawscy, potem p. Fusia Żeleńska[253], mały Boy[254], Ala Gebethner[255], Staś [Mierczyńs]ki[256], asy hokejowe i narciarskie, Polankowa, Krzeptowscy, Marusarze, Słodyczki, Roje, Bachledy, Wawrytki, trudno zliczyć.

Fragmenty

Miłe bardzo wspomnienie stanowi dla mnie ówczesny góralski kwintet wędrowny, grywający na weselach i innych okazyjnych popijawach. Basy, skrzypce, jakieś dudy. Przewodził tej kapeli sławny Bartuś Obrochta[257]. Nieduży, lecz charakterystyczny góral w spatynowanej cusze[258] i okrąg­łym kapelusiku na siwych kudłach, stroił Bartuś sabałowe gęśliki. Jak zaczął rżnąć po tych jelitach baranich, jak zaczęły skrzypieć groźne dysonansowe dźwięki, jak z tych diablich zgrzytów wyklarowała się dzika melodia prymitywna, a sokola - to już jego czary. Siedział Bartuś w chałupie ze swoją kapelą na ławie pod ścianą i przebrzękać, i przepić, przemuzykować potrafił noc niejedną. Muzyka przerywała na moment, gdy podbiegał tancerz i kogucim dyszkantem zawodził przyśpiewkę. Potem Bartuś wpadał w ekstazę. Niebieskie załzawione ślepia przywierał, smyczkiem latał po strunach, płonął. A na grani nosa wahała się mu kropelka potu, zanim opadła przy mocniejszym akordzie. Kiedyś, wracając sam z jakiegoś wesela nad ranem, przygrywał sobie Bartuś po drodze, aż wszedł do lasu. Tam na chwilę usiadł pod smrekiem, żeby odpocząć. I tak umarł. Ze skrzypeczkami - Orfeusz Podhalański.

Skrót

Karol staje się epokowym człowiekiem i ośrodkiem Zakopanego. Buduje skocznię na Krokwi[259] i urządza pierwsze zawody narciarskie na Hali Gąsienicowej, czym rozpoczyna nowoczesny ruch sportowo-turystyczny. Wprowadza świeże tchnienie w zaśniedziałe placówki, jak Muzeum [Tatrzańskie], Towarzystwo Tatrzańskie, różne związki Podhalan, a zwłaszcza powoduje rozkwit szkoły drzewnej. Nowe hale warsztatowe - zaprowadzenie elektryki - rzeźba podhalańska - nowy system szkolny.

Buduje w górach schroniska, stwarza wielką myśl ochrony przyrody, uczynienia rezerwatu z Tatr i zawiązuje komitet Parku Narodowego, poddaje projekt urządzenia lotniska w Nowym Targu, inicjuje koncerty, odczyty, teatr góralski, opiekuje się Harendą[260], stawia grobowiec Kasprowicza[261]. Karolowi też jedynie zawdzięcza Zakopane pierwsze międzynarodowe wyścigi automobilowe, mecze hokejowe, skikjöring[262]. Wszyscy go znają, wszyscy uwielbiają młodego pana dyrektora, tego junaka sympatycznego ze zwichrzoną czupryną, spalonego od słońca i halnego wiatru, w burym swetrze i narciarskich spodniach, co jest wszędzie obecny, wszędzie czynny i wszędzie prawdziwie potrzebny[263].

Coraz jednakże bardziej absorbują Karola różne ważne sprawy, coraz rzadziej zagląda do domu, a wieczorami już wcale go nie ma. Wymuszam na nim wreszcie cudem wynajęcie jakiegoś opustoszałego chwilowo mieszkania, gdzie się przenosimy. Warunki bardzo prymitywne, ale dobre i to. Nadchodzi lato, przyjeżdża Żańcia z Magdzią na wakacje. Nie jest dla mnie miła i na każdym kroku demonstruje mi swoją niechęć. Nieznośna stara panna, posępna i surowa. Co ja się z nią nacierpiałam! Bo też tamta rodzina a moja - to dwa biegunowo różne charaktery i światy, że od razu się pokazało, że nie będzie mowy o zżyciu się.

Fragment

Prototyp starego Stryjeńskiego w oryginalnym egzemplarzu według mnie, Filip Hiszpański, ziejąc fanatyzmem, widocznie nie wygwizdał całej pary z motorka, kiedy echo jeszcze w tak odległym stuleciu i kraju rozdźwięczeć mogło w podobnej sile demonicznej, jaka kazała memu teściowi piać ze złości, kałamarzami, widelcami w domu śmigać lub budując np. lecznicę związkową - gdy w oprawie okien coś mu się nie spodobało - wszystkie szyby na całym piętrze pod rząd laską wymłócić, na murarzy i majstrów ryczeć i rządzić się wszędzie z despotyzmem bezapelacyjnym. Sterroryzowane dzieci, żona, domownicy przemykali na palcach, bojąc się drażnić tygrysa, a podekscytowany był stale, bo przecież w tym łbie kipiało bez przerwy od nadmiaru pomysłów, interesów i projektów jak w diabelskim kraterze. Tempo pracy - energia niedościgła. Od rana latanie po drabinach, rusztowaniach lub przerzucanie się pociągami w różne miejscowości, gdzie budował i to bez przygotowania, tak jak stał: kapelusz w tyle głowy narzucony, szal okręcony koło szyi, cygaro w ustach, laga w ręce. Prowadzenie jednocześnie kilku biur budowlanych, interesowanie się żywe ruchem artystycznym, rozmaite posiedzenia, przewodniczenie wielu instytucjom społecznym mało czasu wolnego zostawiało na sentymenty familijne i nawet na brydż na Wolskiej.

Diabli wmieszali mnie w tę rodzinę właśnie w momencie, gdy śmierć żony[264] osierociła Filipa i dobrze już dojrzałe dzieci. Dwie córki - Żaneta i Leokadia, zastanawiały się właśnie (każda w innym pokoju) - co zrobić ze swym życiem. Młodsza Leokadia, dobroduszna tłuścioszka, poprawiwszy szkła na nosie, spakowała kufer i wyjechała na wieś na praktykę ogrodniczą[265]. Natomiast Żańcia, chuda i surowa jezuitka, zapięta w czarną suknię pod szyję, siedząc na kanapie, skubała chusteczkę i wzrokiem wyblakłym wodziła po złoconych brązach świeczników. Lata jej upłynęły, uśmiech zgasł, niegdyś piękna, dziś zgorzkniała, wyniosła infantka odczuwała swą samotność, pomimo że los teraz postawił ją wobec braci i owdowiałego ojca w użytecznej pozycji pani domu. Domu bezwzględnie o wspaniałych posadzkach i empirach, o bibliotekach gnieżdżących czasopisma historyczne, jak komplety "Revue des deux Mondes"[266], lecz dla niej pozbawionego treści teraz, gdy ostatnie nadzieje zamęścia rozwiewały się w powietrzu jak pyrolin[267] w maneżu.

Filip, będąc półkrwi Francuzem urodzonym w Genewie, miał silne sympatie skierowane w stronę Francji. Zawiązał w tym czasie towarzystwo Les Amis de la France[268], będące w kontakcie z p. Rosą Bailly[269] i innymi sympatykami Polski z Paryża, a na obiadach u niego i herbatach zawsze można było wytropić kilku protegowanych Gallów. Parlowano o amitié franco-polonaise[270], o wstrętnych "salboszach"[271], w ogóle dwaj grenadierzy Heinego[272] nie byli większymi francuzofilami jak mój teść. Przyczyniał się do tego i nastrój dopiero co rozpoczętej wojny światowej, ogólne niesympatie do Austrii, Niemiec, nieśmiałe, a ustawiczne polskie nadzieje patriotyczne.

Na tym tle zamajaczył w domu Stryjeńskich niejaki pan Jaquet, młody Francuz, zajmujący się wykładami języka i literatury francuskiej, zdołał w niedługim czasie tak ująć sobie Filipa Hiszpańskiego, że ten, pomijając przesądy dynastyczne, dopatrzył się w nim zięcia i zaczął go lansować w socjecie, zapraszając na przyjęcia lub wodząc ze sobą po ludziach. W końcu doszło do zaręczyn z Żańcią i p. Jaquet stał się modny. Zaczęto dużo mówić o narzeczonych, a serdeczne przyjaciółki Żańci prędko zaczęły się uczyć u Jaqueta języka francuskiego, chociaż mówiły nim lepiej od samego Berlitza[273]. Najdalej w pilności zabrnęła p. L. P. i gdy pokazała się na wieczorze u Pusłowskich w wybitnie odmiennym stanie, osłonięta w czarne koronki, sto oczów posłało sobie milczące radiodepesze o jakości podręczników gramatycznych używanych przy lekcjach. Wsparta na ramieniu małżonka wykwintnego pana Z., trawiącego czas na rzeźbieniu z gliny kotów, a przebywającego raczej wszędzie, niźli w zasnutej od lat pajęczyną alkowie małżeńskiej, czuła się dumna ze swej owocodajnej jesieni. Owoc ten co prawda cierpkim mógł być dla męża i dorosłych dzieci. Po tym skandalu Jaquet doszedł do słusznego wniosku, że pozostaje mu jedynie wykorzystać otrzymany staraniem radcy Stryjeńskiego paszport i zwrócić pierścień narzeczonej, i tak uczynił. Z Paryża pisał jeszcze kilkakrotnie, później zniknął gdzieś w Belgii. Infantka więc miała powody być skamieniałą.

Skrót

Tak przeminęły wakacje, które nazwać by mi należało raczej torturą. Karol ginął gdzieś w górach i rzadko się pokazywał. Uformowała się wokół niego kompania pijaków i ich powiernic, wszystko weseli ludzie, i wciągnęli go w orbitę swoich zabaw. Ja nie miałam chwilowo humoru, więc zostałam z daleka poza nimi, i nie miałam z kim chodzić w góry. Chodziłam do Staszka Sobczaka[274] patrzeć, jak garnki wypala. Namalowałam u niego w pracowni osiem obrazów Sielanek Szymonowica[275].

Żańcia odjechała z Magdzią do szkoły.

Jądro ciemności

Z Warszawy przybywa polecony list od Warchałowskiego, który w imieniu komitetu wystawy paryskiej[276] proponuje mi wykonanie sześciu dużych panneaux décoratifs[277] do polskiego pawilonu. Jestem z dziećmi i niańką. Teraz nie wiem, co robić. Odpisać odmownie na list Warchałowskiego, czy przeciwnie - jechać do Warszawy, malować, a dzieci przez ten czas oddać pod opiekę ciotki. - Chyba pojadę. Robotę wykończę jak najprędzej, może nawet w kilka tygodni - i dzieci odbiorę. Będę mieć pieniądze, urządzę mieszkanie i już nigdy się nie rozstaniemy z moimi dzieciątkami. Tak, to jedyna okazja do postawienia się raz na nogi. Na drugi dzień odpisuję do Warszawy, że przyjadę, pakuję walizy i toboły. Dzieci i niańkę przygotowuję do odjazdu. Ruszam na dworzec po bilety.

Jeszcze jednak jest za wcześnie. Dopiero czwarta minęła i kasa zamknięta. Po drodze trochę się zastanawiam, czy uczciwym jest odrzucać tak od siebie bezbronne najdroższe istoty mające prawo do miłości i opieki matki, która je na świat wydała. Czy wolno tak odsunąć z drogi brutalną ręką cudowne pąki życia? Czy aby wyrzeczenie się oglądania ich rozkosznych buziaczków i obcowania z ich najsłodszymi duszyczkami, choćby na kilka tygodni, nie będzie stratą, która nie da się powetować? Zawsze tak pragnęłam zrezygnować z malarstwa, teraz mam do tego racjonalny powód. Na cóż czekam jeszcze? Odpiszę p. Jerzemu, że nie podejmuję się tej pracy. Moje miejsce jest przy dzieciach i mężu. Tak! Nie oddam nikomu moich lubych myszek. Niech diabli biorą wszystko! - Wracam do domu i piszę do Warchałowskiego list, że jednak nie będę mogła się podjąć tej pracy.

Dzieci hasają na tapczanie. Niańka zapytuje, czy wyjeżdżamy o 11 czy o 11.50. Oznajmiam jej, że nie kupiłam jeszcze biletów, bo może być, że dziś jeszcze nie wyjedziemy. Dzieci dostają kaszkę, układa się je do snu. Na werandzie zapala się lampę. Jednak - myślę dalej - cóż za przesada właściwie. Dzieci idą w dobre ręce, będą mieć dobrą opiekę niańki i Żańci, do której mogę mieć pełne zaufanie, znając skądinąd jej wprost pedanterię w wypełnianiu obowiązków. Mój Boże, pomimo wszystkich fochów przecież są to dzieci jej brata i opieka nad nimi ułatwi jej nawet wyładowanie uczuć cieplejszych, zamagazynowanych w niebezpiecznej już ilości. A same dzieci? Właściwie cóż takie mikrokosmy mogą rozumieć, czy tam pochyla się nad nimi taka lub inna twarz... Zupełnie niepotrzebnie robię historie dla głupich kilku tygodni, które w pracy szybko miną, robotę odwalę, floty zarobię, a potem wrócę i z dziećmi nigdy się już nie rozstanę. Nie ma co! Lepiej, jak pójdę na stację i uskutecznię wyjazd. Żańcia już uprzedzona listownie, a wczoraj telegramem, będzie czekać w Krakowie. Głupio wyglądają moje wahania! Idę na stację kupić bilety!

Żeby ukrócić sobie wszelkie już niezdecydowanie, wołam górala i zabieram ze sobą na stację spakowane toboły. Niech już będą na dworcu do czasu pociągu, a z dziećmi przyjedziemy o jedenastej wieczór, na ostatni pociąg. Oddałam bagaż do przechowalni, bilety energicznie kupiłam. Oddycham. Wracam ścieżką przez pola. Już noc, ciepła noc, świerszcze bzykają, ziemia pachnie, tak, tak... a moje pisklęta wygnane z domu. Wyrok nad nimi wydany. Matka rodzona na bruk je wyrzuca jak śmieci. Przeszkodą są do sztuki, do pacykarstwa, do zaspokojenia pychy, do nasycenia chciwości. Za srebrniki Judasza sprzedaje matka własne niewinne ofiary. Żywe serduszka podeptane dla szatańskiej ambicji... Nie! - Nie mogę tak postąpić. Nie powinnam znieść ani chwili myśli popełnienia takiego okrucieństwa! Stop! Wracam na dworzec, oddam kasjerowi bilety, odbiorę toboły, zostanę z dziećmi. Szlag by trafił całą sztukę. Szlag by trafił wszystkie problemy!... Moje ślicznotki, moi syneczkowie, sierotki moje biedne... Drę kupione bilety, wracam na stację odebrać toboły.

Chociaż... niedobrze robię, depcząc tak kategorycznie całą przyszłość. Czyż to mało ludzi poświęcało swe osobiste pragnienia w ofierze większemu dziełu? Cóż są dzieci? Pospolita rzecz. Wychowają się, urosną i pójdą w świat, a legenda prasłowiańska o zmierzchłych bogach, która mogła być obwieszczona, zginie razem z moją młodością. O jak źle czynię, sprzedając swoją lutnię za syty spokój mieszczański. Bogowie mszczą się. - Dochodzę na nowo do budynku dworcowego. Na stacyjce cisza, gęsi skubią trawę, jakaś pękata lokomotywa syczy parą, szybują[278] ją na boczny tor. Kasjer w okienku coś liczy, kilku Żydków faktorów[279] prowadzi z góralami układy. Wobec ostatniego przepływu refleksji znów staję niepewnie... Ale najlepiej, jak koniec będzie z tymi urojeniami! Tu chodzi o los żyjących istot. Wracam do nich i kwita. Szlus! Postanawiam pilnie odebrać toboły i skończyć z tym całym wyjazdem.

Nie widać żadnego tragarza. Odbieram więc sama z bagażu toboły i wychodzę. Ani śladu pojazdu. Podnoszę pakuny i ruszam z nimi przez łąki na przełaj. Trwa to długo. Jest już wpół do dwunastej. Z daleka słyszę od stacji, jak szybuje na tor ostatni pociąg. Z odległości widać ruch na gościńcu, światełka dorożek napakowanych podróżnymi, pokrzykiwanie woźniców, potem od dworca dochodzi gwizd odjeżdżającego Krakauer-rapidu, stuk wagonów, miarowe sapania lokomotywy... Od ciężaru ręce mu drętwieją. Stawiam toboły w polu, siadam na nich. Nie biorę udziału w podskórnym dwugłosie zmagającym się w dalszym ciągu w swych racjach. Potwornie znużona siedzę i patrzę na chmury przesuwające się po księżycu. Zrywa się lekki tajfun halny. Widzę, jak żwir i kurz na gościńcu porywa wirowate leje.

Jakieś olbrzymie chłopisko wali przez łąkę. Jeszcze tego trzeba, psiakrew, nadchodzi znajomy malarz Leonhard[280].

- Dobry wieczór, a pani niby co tu robi?

- Aa, to pan Witold, na Olszę[281] pan wraca? Ja na stację szłam - ale już późno.

- Zwariowała pani? Po nocy? - Też pomysł! Jak Boga kocham!

- A właśnie - spóźnienie. Trzeba będzie iść do domu. Ma pan ognia?

- Dobra. Co tu dużo gadać. Niech no pani daje te walizy. Pana Boga żywego! I to pani sama takie cetnary dźwiga? Też pomysły te kobiety mają...

Następnego dnia po męce całonocnej kupiłam nowe bilety, odwiozłam dzieci na Starowiślną, po czym pojechałam do Warszawy służyć słowiańskim bóstwom.

Koniec pieśni

Lot do stratosfery! - głoszą gazety. Rakieta międzyplanetarna! Rozmyślam, jak niebywale szybko "wybuchają" w ostatnich czasach wynalazki. Jak niedawno jeszcze niańka w naszym dziecinnym pokoju zapalała lampę naftową. Chodziło się z Mamusią na lekcje tańców, walca, kadryla, mazura. A potem naraz wojna - Verdun - jazzband - aeroplany - sport - radio - eter przy operacjach - dretnauty[282] - dźwiękowce - telewizja - bolszewizm - gazy trujące - łódź podwodna - witaminy - wszystko w niecałe 25 lat! Jako dziecko szkolne patrzyłam, jak na rogach ulic rozlepiano żółte plakaty z cyfrą "Wiek XX". Tempo! Tempo! Nikt dziś nie chce zestarzeć się, nikt dziś nie rezygnuje. Słońce, sport i witaminy przesunęły milionom organizmów metę uwiądu, lecz ogólnie przesuwa im tę metę duch zbudzony do coraz nowych zdobyczy.

Tylko w kawiarni Ziemiańskiej, gdzie często wieczorem wysiaduję i gdzie domorośli filozofowie i garstka dawnej złotej bohemy zastępuje mi ciepło rodzinne, można odpocząć od galopu wieków. Przyjęto tam pozycje obojętne w stosunku do biegu cywilizacji, rezerwując sobie jedynie rozwiązywanie lokalnych problemów w zakresie płci i forsy. Siwokudły, zapudrowany łupieżem Hieronimko[283] o jednym blado­niebieskim zezowatym oku, czyszcząc swe szkiełka, rzuca niedbałą uwagę: "W Paryżu szalone miałem powodzenie u kobiet. Tam się rozumieją na zaletach mężczyzny. Tutaj ile razy widzę ładną kobietę w towarzystwie młodzika, to zawsze sobie myślę: jaka ona głupia, że mogąc mieć mnie, chodzi z takim bałwanem". Nadchodzi redaktor Hiż[284] na czarną kawę. Trzeba Zoszczenki[285] lub Henry'ego[286], żeby opisał pewne typy z Ziemiańskiej i kapitalne czasem pogwarki starych cyników. Tym razem zanotować sobie tylko chcę postać malarza Leonharda, który wtedy z Zakopanego wyjechał za granicę i wrócił właśnie z Korsyki. Wita się ze wszystkimi, olbrzym wspaniały. Podziwiamy jego fantazyjną koszulę w kratki. "Co dzień zmieniam" - zapewnia. "Eee - wtrąca na to Hiż - to tylko taki gors i mankiety ładnie przypięte, reszta pewnie szare płótno góralskie". Leon­hard zaperzony otwiera surdut, pokazuje jednolitość koszuli, podnosi do łokci rękawy marynarki. Stwierdza niezbicie. "Tak, tak - powiada na to Hieronimko - to do pasa tylko taka przyszyta w kratki, a później nie wiadomo co?!" Leonhard podskakuje, ugodzony śmiertelnie w swej elegancji. "Tak mówicie, kolego?" - rozpina marynarkę, gotów w tej chwili wobec całej kawiarni wyciągnąć koszulę i udowodnić, że jest prawie do kolan jednolita - i cała jedwabna. Naturalnie powstrzymano go od tego zapału.

Jak kto nie uszanował darów, które mu w młodości dało życie, i zagubił je, to ciągle potem musi ponosić przykre tego konsekwencje we wszystkich wymiarach. A raz w życiu każdy, nawet w najgorszych warunkach żyjący człowiek ma taką jedną decydującą chwilę. Jeśli wtedy przegapisz, bratku, głos wewnętrzny, to błądzisz już przez całe życie na amen. W końcu tracisz orientację i robisz klapę na całego. Nic nie pomoże ani złoto, ani władza. Wreszcie pewnej nocy samotnej otwierasz oczy. Mądrzejesz jak sam Salomon, chcesz zacząć dychać świeżym powietrzem, a tu truchła ci się nosem już gwintuje.

Daleka byłam od podobnych refleksji, zapatrzona we force vitalis[287] i młodość. Wyjechałam do Warszawy i zabrałam się z furią do pracy[288]. Robota owych sześciu płócien dekoracyjnych na wystawę paryską nie dała się ująć w kilku tygodniach, jak sobie to projektowałam, lecz trwała długi szereg miesięcy. Roboty nie można było przerwać, termin wystawy się zbliżał. Od rana do zmroku w ciągłym ruchu, to stojąc, to włażąc na drabinę i mając do pomocy przy olbrzymich przepróchach[289] i przygotowaniu farb dwóch uczniów ze Szkoły Sztuk Pięknych, pracowałam dzień w dzień, miotana szałem jak najszybszego wyzbycia się straszliwej przegrody do osobistego szczęścia.

Wreszcie obrazy zostały wykończone i odtransportowane do Paryża[290]. Otrzymałam feuille de route[291] z ministerstwa, gdyż trzeba było na miejscu jeszcze w pawilonie domalować pewne szczegóły[292]. Przez ten czas Karol, pod którego kierunkiem wykonywały się w zakopiańskiej szkole drzewnej pewne zamówienia także złączone z wystawą paryską[293], bywał niekiedy w Warszawie, ale ze mną się nie widywał. Ile razy był, mieszkał w Szkole Sztuk Pięknych u Jastrzębowskich i z nimi wspólnie wyjechał do Paryża. Zimne poty dziś jeszcze mnie oblewają na wspomnienie tych ludzi.

I oto drugi raz byłam w Paryżu. Dziwna rzecz, ludzie przybywają tam, aby bawić się i upijać życiem i cudami kultury skoncentrowanej w tym sercu świata. Ja po raz drugi przywlokłam się tam ze swoją nieuporządkowaną duszą.

Nie bawiły mnie wcale ani prace koło pawilonu, ani szumne otwarcie wystawy, gale, honory, zaszczyty, odznaczenia[294], przyjęcia, bo na tle tych fanfar tryumfalnych przeżyłam najokropniejsze męki moralne, upokorzenia i rany, których do dzisiaj nie mogę zagoić. Tam straciłam kompletnie grunt pod nogami i resztkę wiary w siebie. Ponieważ Karol miał ogromny urok osobisty, ludzie lgnęli do niego, dlatego chodził zawsze w gromadzie przyjaciół i znajomych, podczas gdy ja, ostatnio w ciągłej walce ze swymi problemami, odłączyłam się od pewnego czasu od gromady ludzkiej i włóczyłam się sama w niedopuszczalnym ustawicznym przygnębieniu i smutku.

Na myśli mi było rozmówienie się z Karolem, który mieszkał w jednym hotelu z Jastrzębowskimi i stale im asystował. Jednego dnia, będąc szczególnie zdenerwowaną, szłam aleją wiodącą do pawilonu polskiego. Tą samą drogą przechodzili Jastrzębowscy, oboje wyświeżeni, wysocy, radośni. Przechodząc obok nich, mruknęłam silne przekleństwo i skierowałam dalej swe kroki na plac za pawilonem, gdzie rzemieślnicy wykończali pewne poprawki, a kilku artystów, dziennikarzy i znajomych rozmawiało z właściwym ogólnemu nastrojowi ożywieniem.

Ledwie tam doszłam, przylatuje Jastrzębowski sam, ustawiwszy żonę w bezpiecznym miejscu, i z szalonym wrzaskiem rzuca się na mnie. Warchałowski z Czajkowskim przybiegają między nas, odciągają podbechtanego przez swoją ograniczoną samicę wąsacza. Nadchodzi z bocznych drzwi pawilonu Karol, przeprasza, łagodzi Jastrzębowskiego, pokazuje mu kółko na czole, wskazując na mnie, stojącą opodal z Warchałowskim i Czajkowskim. Karol zmuszony się widzi wybierać między Jastrzębowskimi a mną. Odchodzi z nimi.

I jakąż tu wartość przy takich rozgrywkach mogą mieć złote medale, Legia Honorowa i jakikolwiek honor[295]. Karol oświadcza mi na drugi dzień przy spotkaniu, żebym nie liczyła na dalsze z nim pożycie[296].

Skrót

Wracam chwilowo z Paryża do Warszawy i mieszkam w Bristolu u pp. Jentysów - reżyser Frycz[297]- Sławne szafy Jentysa - Paderewski[298] i Helunia[299]- Ostrowski i jego pomysły polichromii Starego Miasta[300] - Moryś Potocki się żeni[301] - Jabłonna[302] - Książnica Atlas zamawia u mnie ilustracje do Muzyki Podhala[303].

Spotykam raz przypadkowo Karola w Ziemiańskiej. Jest przejazdem w Warszawie. Rozmawiamy jak obojętni znajomi. Ale u mnie obojętność jest sztuczna. Serce mi wali, jakieś absurdalne nadzieje ożywają. Zapytuję o dzieci. "Dzieci dobrze się chowają, owszem - odpowiada - jest obecnie wolne miejsce w dobudówce szkoły drzewnej, Żańcia przyjedzie z dziećmi i zamieszkają tam przez wakacje". Po odjeździe Karola nie daje mi spokoju myśl, że mogłabym za jakiś czas pojechać do Zakopanego. Nie może nikt mi zabronić odwiedzić swoje dzieci. A może - może, może nie wszystko stracone?...

Fragment

Pięknego czerwcowego poranka wysiadłam przed szkołą drzewną i dosyć nieśmiało zapukałam do mieszkania swoich dzieci. Zastałam wszystkich przy śniadaniu w jasnej sali drewnianej oświetlonej słońcem, z widokiem na cudne góry. Dziatwa rzuciła się radośnie ku mnie - Karol i Żańcia, stojąc z niechętnymi minami, nie mogli zapobiec natrętnemu rozlokowaniu się memu w mieszkaniu, bo powinnam była zajechać właściwie do hotelu, ale nie uczyniłam tego celowo. Dzieci znacznie podrosły i były tak kochane i urocze, że jedynie przez nich i z nimi przebywając, doszłam do pewnej równowagi i wesołości. Wodząc się z nimi po spacerach, namyślam się bez przerwy nad całą sytuacją i doszłam do najgłupszego postanowienia przekreślenia całej przeszłości i odzyskania Karola, aby zrealizować wreszcie szczęśliwe, ciche pożycie rodzinne z dzieciakami, kuchtą i żelazkiem do prasowania.

Bo inaczej - jakże to życie będzie wyglądało? Przy nieregularnych moich zarobkach niemożliwym mi jest zabrać dzieci ze sobą. Przy tym - dzieci absorbują i nie będę mogła pracować, aby zdobyć środki utrzymania. Ale gdyby nawet mocą prawnej ugody środki się znalazły i odseparowana od męża stworzyłabym ostatecznie ten sztucznie wdowi dom, to nie wiem, czy to szczęście macierzyńskie, którego nie będę mogła podzielać z Karolem, nie zamieni się w żal i nie wytrąci mnie z równowagi, potrzebnej przy obcowaniu z dziećmi.

Gdybym nawet była usposobieniem pogody i łagodności, w co wątpię w takim stanie rzeczy, to nie mam prawa pozbawiać swych dzieci dobroczynnego fluidu ojca. Karol dzieci bardzo kocha, bawi się z nimi i figluje i jest przecież w najwyższym stopniu im w ogóle potrzebny teraz i w życiu. Doszłam do ostatecznego wniosku, że nie ma innego sposobu na te wszystkie zagadnienia, jak koniecznie i to jak najszybciej odzyskać Karola.

Nie było to wcale łatwe. Karol pod pretekstem zrobienia mi miejsca przeniósł się po moim przyjeździe zaraz do kancelarii szkolnej. Zjawiał się w domu tylko w godzinach posiłku, pobawił się z dziećmi, rozmawiał z siostrą i pro forma parę słów ze mną, potem odchodził do szkoły, a nocami przepadał gdzieś jak zwierz w puszczy. Mimo to czynię starania. Staram się być wesoła, dobrze ubrana, obojętna. A jestem w pełni rozwoju fizycznego. Natura wokoło dyszy miłością. Dziwne, że nigdy nie miałam kochanka. Karol nie żył ze mną wcale już cztery lata. Pomimo stanu wysokiego skupienia, który mi jest konieczny przy pracy, a który wyklucza ekshibicjonizm i kokieterię, nachodziły mnie passy, kiedy czułam się kobietą, tęskniłam do słodkich zwierzęcych igraszek, gorących pocałunków, ale nigdy nie spotykałam w otoczeniu swym mężczyzn, z którymi życzyłabym sobie tego zbliżenia, bo miałam obsesję na Karola. Jeśli zdarzyło się ostatecznie, że mi się ktoś podobał, to był nieosiągalny, bo albo zaręczony, albo żonaty. Nie lubię włazić w cudze życie i powodować dramaty ibsenowskie. W takich sytuacjach odsuwam się natychmiast. W rezultacie z różnych podobnych powodów żyłam ascetycznie. Ascetycznie w mieście żyć nie jest trudno, bo ciągle się jest oszołomionym i czynnym.

Ale śród cudownej natury, szmeru strumieni, ciszy sierpniowych nocy księżycowych, obłoków nad Tatrami odczuwa się dotkliwie brak partnera. Nigdy tak silnie nie dała mi się we znaki przymusowa abstynencja od czułości jak w tym okresie mego pobytu w Zakopanem. Mogę powiedzieć, że mnie to ogromnie spustoszyło na humorze i spokoju wewnętrznym. Wreszcie wakacje się skończyły. Dzieci z ciotką odjechały, bo mieszkanie jest tylko do użytku letniego. Zostaję sama w tym mieszkaniu. Teraz albo nigdy! Zaczyna się u mnie wytwarzać rodzaj "kompleksu".

Noce i dnie były cudne, ale Karola strasznie trudno było spotkać. Zaczęłam się zaczajać na niego. Karol, spostrzegłszy to, zaczął się ukrywać. Ucieka w góry na wielodniowe wycieczki lub ze swoją bandą wyznawców jeździ na wesela góralskie do okolicznych wsi. W tych obecnie pustych jeszcze drewnianych salach szkoły, gdzie można zdechnąć, a nikt by się o człowieka nie zapytał, maluję cykl Piastów[304] i szkice do ilustracji Pana Tadeusza[305]. Karolowi, który miał już od dłuższego czasu stosunek z pewną osobą tutejszą, czego się nie domyślałam, zaczęła dłuższa moja obecność w Zakopanem nie być pożądana. Niejasne wiadomości o jego flirtach z różnymi damami docierały do mnie niejeden raz w okresie małżeństwa, ale nie przywiązywałam do tych plotek znaczenia, tym bardziej że było mi to obojętne, gdyż całymi miesiącami żyłam osobno w innych miastach. Jednakże tym razem kobieta ta należała do wesołej bandy i wytworzyła stronnictwo. Karol przeniósł się do jej domu[306] i zażądał mojego wyjazdu z Zakopanego. Ogłupiała z samotności i półślepa z płaczów całymi nocami zatracam doszczętnie ambicję i błagam Adasiów[307] i Rodziców o interwencję. Porzucam zaczętą pracę, wyglądam jak upiór, ludzie ode mnie uciekają.

Aż dostaję bzika generalnego. Wkradam się do owej pani M., grzmocę ją, ubieram w kilka drapaków na gębie i umykam, ukrywając się w koso­drzewinie (rośnie przed jej willą) jak Indianin. Po chytrym tropieniu odnajduję Karola jednej nocy na polnej ścieżce i napadam na niego z błaganiem, szlochami i jękami o powrócenie do mnie, o stworzenie domu z naszymi dziećmi etc. We łbie mi się przewróciło, godność osobistą rozpuściłam we łzach - nerwy się rozkręciły. A napadało tych łez moich wtedy w Zakopanem z parę ładnych beczułek, bo z nosem w ciągłej pracy i w swoim urojonym świecie żyjąc, nie orientowałam się zupełnie w psychologii męskiej. Naturalnie Karol popierany przez swoją ferajnę ucieka przede mną w góry, znika - ukrywa się po ludziach - ja go gonię. Skandal po skandalu w całym Zakopanem. Jedni pękają ze śmiechu, drudzy gorszą się, ludziska bawią się znakomicie biuletynami mej ofensywy. Wreszcie rzecz jest dłużej nie do pomyślenia. Karol przy pomocy swych kompanów nasyła nocą karetkę z sanitariuszami, którzy porywają mnie znienacka i odwożą do kliniki psychiatrycznej w Batowicach pod Krakowem. Tak drugi raz dostałam się do wariatów - tylko że tym razem słusznie.

[Późniejszy dopisek]

Trzeba być rzeczywiście stukniętą na mózgu, aby upierać się tak przy Karolu, mając potencjalnych i wielce sympatycznych adoratorów w Krakowie i w Warszawie, których niejedne nazwiska znane i fortuny duże, i mając, gdziekolwiek się zjawiłam, niesłychaną popularność i sympatie gorące - dać się tak sponiewierać definitywnie i zdewastować moralnie. Podhale 1930.

Batowice [308]

1927 [Późniejszy dopisek: "Afera"]

"Przegląd Wieczorny", 2 września 1927

Niebywała przygoda wybitnej artystki malarki

Zofia Stryjeńska przemocą wywieziona do sanatorium dla umysłowo chorych

Wczoraj w nocy do mieszkania znanej artystki malarki p. Zofii Stryjeńskiej przybyła nagle policja wraz z lekarzem i jako podejrzaną o obłęd wywiozła p. Stryjeńską z Zakopanego podobno do zamkniętego sanatorium.

Fakt powyższy wywołał w Zakopanem niesłychane oburzenie i zdumienie, albowiem p. Zofia Stryjeńska mimo pewnej ekscentryczności nie zdradzała żadnej choroby umysłowej.

"Kurier Czerwony", 3 września 1927

Z tajemniczych mroków porwania Zofii Stryjeńskiej

Miał go dopuścić się mąż

Całe Zakopane pozostaje pod wrażeniem porwania i uwięzienia znakomitej malarki p. Zofii Stryjeńskiej.

Porwanie to nastąpiło około godz. 10 wieczorem, kiedy p. Stryjeńska zajęta była wykańczaniem kartonów autolitografii Tańce polskie[309].

Do mieszkania artystki przybył lekarz zdrojowy dr Gabryszewski[310] w towarzystwie przedstawicieli władz policyjnych. P. Stryjeńską siłą uprowadzono i wywieziono do sanatorium zamkniętego w Batowicach pod Krakowem.

Opinia miejscowa zgodnie głosi, iż sprawcą porwania jest mąż artystki p. Karol Stryjeński, przeciw któremu wytoczyła ona proces rozwodowy.

Porwanie i osadzenie w sanatorium ma - jak mówią - na celu wytworzenie opinii, iż p. Stryjeńska cierpi na obłęd. Gdyby fakt ten uznano, wówczas dzieci pp. Stryjeńskich pozostałyby przy ojcu.

W Zakopanem zawiązał się specjalny komitet, mający za zadanie obronę p. Stryjeńskiej, a w pierwszym rzędzie - uwolnienie jej z sanatorium.

Na czele komitetu stoi pp. Alicja Reymontowa[311] i Karol Szymanowski.

"ABC. Nowiny Codzienne", 3 września 1927

Ohydna intryga na tle sprawy rozwodowej

Uwięzienie wielkiej artystki w domu dla obłąkanych

D. 31 ub. m. w nocy w mieszkaniu znakomitej malarki p. Zofii Stryjeńskiej w Zakopanem zjawiła się policja wraz z lekarzem i poleciła jej udanie się z sobą jako podejrzanej "o obłęd". Tej samej nocy asysta policyjna i lekarska wywiozła p. Zofię Stryjeńską z Zakopanego, podobno do zamkniętego sanatorium.

Wiadomość o tym niesłychanym fakcie wywołała w Zakopanem ogromne wzburzenie. Stryjeńska była w pełnym rozpędzie pracy artystycznej i właś­nie opracowywała projekt dekoracji do Skałki[312], kiedy zjawiła się komisja policyjno-lekarska. Oświadczyła ona spokojnie asyście, że "nie przypuszczała, aby nikczemność mogła sięgnąć tak daleko".

Podobno niesłychany skandal, na jaki pozwolono sobie względem znakomitej artystki p. Stryjeńskiej, powstał na tle procesu rozwodowego, który artystka prowadzi z b. mężem swym p. Karolem Stryjeńskim. Miły małżonek usiłuje w ten sposób zatrzymać przy sobie dzieci.

Wśród kolonii artystycznej i w szerokich sferach inteligencji wywiezienie p. Stryjeńskiej wywołało głębokie oburzenie.

Najbliższa rodzina i znajomi przedsięwzięli kroki, aby wyzwolić p. Stryjeńską z rąk ohydnej intrygi.

"Kurier Poranny", 3 września 1927

Wywiezienie znanej malarki p. Zofii Stryjeńskiej do sanatorium dla umysłowo chorych

Wczorajszy "Przegląd Wieczorny" donosił o wywiezieniu przemocą znanej artystki malarki p. Zofii Stryjeńskiej do sanatorium dla umysłowo ­chorych.

W sprawie tej dowiadujemy się, co następuje. Onegdajszej nocy do mieszkania p. Zofii Stryjeńskiej w Zakopanem przybyła nagle policja wraz z lekarzem i jako podejrzaną o obłęd wywiozła p. Stryjeńską z Zakopanego do któregoś z sanatoriów.

Fakt powyższy wywołał wśród bliskich znajomych p. Zofii Stryjeńskiej niesłychane oburzenie, bowiem według zeznań tych osób p. Stryjeńska była może zbyt gwałtowną, lecz mimo pewnej ekscentryczności nie zdradzała żadnej choroby umysłowej. Ostatnio nawet dyrektor Teatru Miejskiego w Krakowie dr Nowakowski[313] zaangażował ją do teatru jako dekoratorkę i p. Stryjeńska przygotowała już szereg szkiców dekoracji. Oburzenie jest tym większe, że nie można ustalić, gdzie p. Stryjeńska się znajduje. Poszukiwania po sanatoriach, podjęte ze strony jej bliskich znajomych, nie dały dotychczas rezultatu. Istnieje podejrzenie, że przyczyną porwania przemocą p. Zofii Stryjeńskiej i wywiezienia w niewiadomym kierunku były jej nieporozumienia z męża rodziną.

"Gazeta Warszawska Poranna", 4 września 1927

Porwanie malarki Stryjeńskiej

Ogromne wzburzenie wywołał w Zakopanem fakt wywiezienia znakomitej malarki Zofii Stryjeńskiej do sanatorium dla umysłowo chorych. Dn. 1 bm. przybyła do mieszkania pani Stryjeńskiej policja wraz z lekarzem i przemocą zabrała malarkę do szpitala, twierdząc, że jest obłąkana!

W Zakopanem zawiązał się specjalny komitet, mający za zadanie obronę p. Stryjeńskiej, a w pierwszym rzędzie - uwolnienie jej z sanatorium.

Na czele komitetu stoi pp. Alicja Reymontowa i Karol Szymanowski.

[Brak tytułu], 4 września 1927

Echa wywiezienia Zofii Stryjeńskiej przemocą z Zakopanego

Rodzina p. Stryjeńskiej prosi nas o zaznaczenie, że wbrew doniesieniom jednego z pism wieczornych wczorajszych p. Zofia Stryjeńska nie uległa żadnemu chwilowemu atakowi przy pracy i ani za wiedzą i zgodą swoich rodziców, tj. państwa Lubańskich, nie została "chwilowo" wywiezioną do zakładu dla nerwowo chorych, natomiast ten ze wszech miar godny napiętnowania przeprowadzony zamach na wolność osobistą zainspirował były mąż Karol Stryjeński. Z chwilą gdy to piszemy, może już dzięki interwencji przyjaciół z p. Karolem Szymanowskim na czele u władz prokuratorskich, p. Stryjeńska została już zwolniona z sanatorium dla nerwowo chorych w Batowicach.

Sfery artystyczne Zakopanego postanowiły bojkot towarzyski Karola Stryjeńskiego.

"Kurier Poranny", 5 września 1927

P. Stryjeńska w zakładzie w Batowicach

W sprawie umieszczenia artystki malarki Stryjeńskiej w zakładzie dla nerwowo chorych korespondent Wasz dowiaduje się następujących nowych szczegółów.

Jak już poprzednio było wiadomo, p. Stryjeńska została wywieziona z Zakopanego i umieszczona w sanatorium dra Rogalskiego dla nerwowo chorych w Batowicach pod Krakowem. Tam właśnie odwiedzili ją w sobotę (3 bm.) mąż artystki p. Karol Stryjeński w towarzystwie artysty malarza Witkiewicza i odbyli z nią dłuższą rozmowę. Niedługo po ich wyjeździe p. Stryjeńska zdołała omylić czujność opiekujących się nią sanitariuszy i uciekła do Krakowa. W ślad za nią wyjechał jeden z lekarzy zakładowych, odszukał artystkę w domu i dłuższą perswazją nakłonił ją, by dobrowolnie powróciła do zakładu.

"Kurier Czerwony", 5 września 1927

Prawda o rzekomym porwaniu malarki Zofii Stryjeńskiej

Chora nerwowo artystka w prywatnej lecznicy

Kilka dni temu dotarła do Warszawy wiadomość o przewiezieniu słynnej artystki malarki p. Zofii Stryjeńskiej z Zakopanego do jednego z sanatoriów dla nerwowo chorych. Wraz z wiadomością poczęły po Warszawie krążyć sensacyjne pogłoski i domysły, przedstawiające przewiezienie Stryjeńskiej jako porwanie, dokonane przemocą i niepokojące opinię publiczną.

Według stwierdzonych przez nas bezpośrednio w Zakopanem informacji sprawa przedstawia się następująco:

Świetna artystka od dłuższego czasu zdradzała objawy silnego rozstroju nerwowego, który objawił się w szeregu gwałtownych, a często nawet niebezpiecznych wystąpień.

Ostatnio stan chorej znacznie się pogorszył. Dzieci p. Stryjeńskiej wychowały się u siostry męża artystki.

P. Stryjeńska przebywa obecnie w lecznicy dla chorych nerwowo w Batowicach. Kuracja postępuje normalnie i jest wszelka nadzieja, że znakomita artystka niebawem wróci w pełni sił do pracy.

Pogłoski o porwaniu przemocą znakomitej artystki są pozbawione wszelkich podstaw.

P. Stryjeńska zgodziła się na wyjazd bez sprzeciwu i podróż do Batowic odbyła się w towarzystwie lekarza. Przewiezienia dokonano z polecenia lekarskiego, za wiadomością władz i po spełnieniu wszelkich formalności prawno-lekarskich, wymaganych w takich przypadkach.

Również bezpodstawne są wiadomości o akcji artystów mającej jakoby na celu "zwolnienie" p. Stryjeńskiej. Wszyscy artyści bawiący w Zakopanem, przekonani, że podjęte kroki oddziałują korzystnie na zdrowie i zdolność do pracy świetnej malarki, złożyli na ręce męża jej, znanego architekta p. Karola Stryjeńskiego, oświadczenie, w którym wyrażają ubolewanie, że błędne informacje i pogłoski nadały smutnemu wypadkowi charakter skandalu.

"Kurier Warszawski", 6 września 1927

W sprawie Zofii Stryjeńskiej

Pod tym tytułem ogłasza urzędowa P[olska] A[gencja] T[elegraficzna] co następuje: "Według informacji zaczerpniętych u źródeł urzędowych, w sprawie artystki-malarki p. Zofii Stryjeńskiej dowiadujemy się, że dnia 31 sierpnia p. Stryjeńska z powodu braku na miejscu, w Zakopanem, lekarzy specjalistów wskutek porady przybyłego z Krakowa lekarza wyjechała w towarzystwie tegoż lekarza do prywatnego sanatorium w Batowicach celem uzyskania porady u szeregu wybitnych lekarzy krakowskich. Wywiezienie p. Stryjeńskiej siłą za pośrednictwem organów policji nie miało miejsca i korespondenci dzienników podający ten fakt byli wprowadzeni w błąd przez bezpodstawne, a tendencyjne złośliwe plotki krążące po Zakopanem. Stan zdrowia p. Stryjeńskiej nie budzi żadnych poważnych obaw. Odciągnienie jej od pracy twórczej choćby na krótki czas, aby odpoczęła, daje rękojmię tym intensywniejszej dalszej jej pracy na polu sztuki i było wskazane, co sama artystka zrozumiała. Po wypoczynku, o ile nam wiadomo, p. Stryjeńska ma przystąpić do szeregu prac ilustratorskich oraz z dziedziny dekoracji teatralnej, na które otrzymała zamówienia".

"Ilustrowany Kurier Codzienny", 6 września 1927

P. Zofia Stryjeńska w domu

Koniec średniowiecznego zamachu na wolność osobistą

Dowiadujemy się, że p. Zofia Stryjeńska, znakomita malarka, powróciła z lecznicy w Batowicach do Krakowa i bawi w domu. Komisja sądowo­-lekarska orzekła, iż umieszczenie p. Stryjeńskiej w zakładzie dla nerwowo chorych było zupełnie bezpodstawne. Lekarz gminny dr Gabryszewski ma zostać pociągnięty za to do odpowiedzialności.

"Kurier Czerwony", 7 września 1927

Zofia Stryjeńska powróciła do domu

Znakomita malarka p. Zofia Stryjeńska, przewieziona przed kilku dniami do lecznicy w Batowicach, powróciła do Krakowa i zamieszkała w domu.

"Przegląd Wieczorny", 7 września 1927

Sprawa sądowa za krzywdę p. Zofii Stryjeńskiej

Umieszczenie jej w zakładzie dla nerwowo chorych uznane za bezpodstawne

W dniu wczorajszym p. Zofia Stryjeńska powróciła z lecznicy w Batowicach do Krakowa i zamieszkała w swym mieszkaniu. Komisja sądowo-lekarska orzekła, iż umieszczenie p. Zofii Stryjeńskiej w zakładzie chorych było zupełnie bezpodstawne. Dr Gabryszewski, lekarz miejski Zakopanego, który wydał świadectwo na umieszczenie p. Stryjeńskiej w zakładzie dla nerwowo chorych, ma być pociągnięty do odpowiedzialności sądowej.

"Głos Prawdy", 7 września 1927

Za krzywdę Z. Stryjeńskiej stanie przed sądem dr Gabryszewski

Opinia Krakowa wzburzona bezpodstawnym umieszczeniem jej w zakładzie dla nerwowo chorych

Zofia Stryjeńska po kilkudniowym pobycie w lecznicy dla umysłowo chorych w Batowicach powróciła onegdaj do Krakowa i zamieszkała w domu swych rodziców. Komisja sądowo-lekarska, zawezwana do zakładu dzięki staraniom rodziny, orzekła, iż umieszczenie Zofii Stryjeńskiej w zakładzie dla umysłowo chorych było zupełnie bezpodstawne.

Dr Gabryszewski, lekarz miejski Zakopanego i przyjaciel Karola Stryjeńskiego, który wydał świadectwo na umieszczenie Stryjeńskiej w zakładzie dla nerwowo chorych, zarówno jak i b. mąż artystki K. Stryjeński, zostali pociągnięci do odpowiedzialności sądowej.

Sfery artystyczne Krakowa są wzburzone wypadkiem pani Stryjeńskiej, dlatego tym dziwniejszym wydaje się komunikat w całej tej sprawie podpisany przez szereg wybitnych przedstawicieli sztuki.

"Głos Prawdy", 8 września 1927

Z nieszczęścia nie czynić sensacji

Oświadczenie grupy literatów i artystów

Otrzymaliśmy list następujący[314]:

Wobec pojawienia się w jednym z pism krakowskich wiadomości o "wywiezieniu przemocą" znakomitej malarki p. Zofii Stryjeńskiej "do zamkniętego sanatorium" niżej podpisani, przebywający w Zakopanem, protestują przeciw fałszywemu i krzywdzącemu przedstawieniu wypadku. P. Zofia Stryjeńska od dłuższego czasu chora nerwowo wyjechała na polecenie i pod opieką lekarza do lecznicy dla chorych nerwowo w Batowicach, gdzie znajduje się na kuracji.

Podpisani wyrażają głębokie ubolewanie z powodu wyzyskiwania w celach sensacji nieszczęścia, które powinno być otoczone współczuciem i czcią.

Oświadczenie podpisali m.in. Kazimierz Brzozowski, Piotr Choynowski, Janusz Domaniewski, Ferdynand Goetel[315], Władysław Jarocki[316], Kornel Makuszyński, Rafał Malczewski, Stefan Meyer[317], Kazimierz Mochnacki, Stanisław Sobczak, Mieczysław Szerer, Karol Szymanowski, Kazimierz Wierzyński.

"Gazeta Warszawska Poranna", 8 września 1927

Uwolnienie p. Stryjeńskiej

W głośnej sprawie o wywiezienie z Zakopanego i umieszczenie przemocą w zakładzie dla obłąkanych w Batowicach znanej malarki p. Zofii Stryjeńskiej nastąpił decydujący zwrot.

Wczoraj z rana na skutek orzeczenia ekspertów, a mianowicie dr. Piltza, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, oraz dr. Artwińskiego, powziętego z udziałem delegata Sądu Okręgowego w Krakowie, pani Zofia Stryjeńska została zwolniona z zakładu.

Jak się dowiadujemy, p. Z. Stryjeńska wytacza proces mężowi.

"Kurier Warszawski", 8 września 1927

A więc oburzenie było słuszne...

Pisma krakowskie donoszą, iż znakomita malarka p. Zofia Stryjeńska, która, jak wiadomo, była umieszczona w zakładzie dla nerwowo chorych w Batowicach pod Krakowem, już zakład opuściła i powróciła do domu.

Komisja sądowo-lekarska orzekła, iż umieszczenie p. Stryjeńskiej w zakładzie dla nerwowo chorych było zupełnie bezpodstawne.

"Głos Prawdy", 8 września 1927

Sprostowanie dr. Tadeusza Gabryszewskiego

Otrzymujemy nast. sprostowanie: "Nieprawdą jest, jak w art. z daty 7 bm. podano, że bez badania p. Zofii Stryjeńskiej wystawiłem świadectwo, na mocy którego umieszczono ją w Zakładzie Umysłowo Chorych i że wytoczono mi za to dochodzenie, ale prawdą jest, że na polecenie mej władzy przełożonej, tj. komisarza rządu dla spraw gminy Zakopane, spisałem protokoły z osobami zgłaszającymi zeznanie o stanie umysłowym p. Zofii Stryjeńskiej, a po spisaniu protokołów wydałem orzeczenie, które wraz z protokołami oddałem Urzędowi, który mi tę czynność polecił wykonać. Żadnego jednak dochodzenia nikt mi nie wytaczał, ani nie wytoczył. - Z głębokim poważaniem: dr Tadeusz Gabryszewski, lekarz gminny w Zakopanem".

"Rzeczpospolita", [b.d.]

Echa sprawy p. Z. Stryjeńskiej

W związku ze znaną aferą wywiezienia do zakładu dla umysłowo chorych artystki-malarki Zofii Stryjeńskiej, otrzymał dymisję dr Gabryszewski, lekarz gminny i klimatyczny w Zakopanem.

Również komisarz rządu dla gminy Zakopane, radca Starosolski[318], ma opuścić zajmowane stanowisko. Przewidziane jest mianowanie stałego komisarza gminnego i klimatycznego na przeciąg 5 lat. Kandydaci na te stanowiska nie są dotychczas wymieniani.

"Robotnik", 8 września 1927

Sprawa Zofii Stryjeńskiej

Stryjeńska została bezprawnie umieszczona w zakładzie dla nerwowo chorych

Znakomita malarka polska, p. Zofia Stryjeńska, wywieziona przed paru dniami z Zakopanego do sanatorium dla nerwowo chorych w Batowicach, opuściła onegdaj sanatorium i udała się do Krakowa, komisja sądowo-lekarska orzekła, iż umieszczenie p. Zofii Stryjeńskiej w zakładzie dla nerwowo chorych nie miało żadnych podstaw. Lekarz miejski w Zakopanem, dr Gabryszewski, który wydał świadectwo lekarskie na umieszczenie p. Stryjeńskiej w zakładzie dla nerwowo chorych za to pociągnięty do odpowiedzialności karnej. W ten sposób ta niezwykła a przykra sprawa znajdzie swój epilog w sądzie.

"Express Poranny", 9 września 1927

Znakomita artystka Zofia Stryjeńska cieszy się najlepszym zdrowiem

Dyr. Stryjeński przedstawi sprawę oszczerczej kampanii sądowi obywatelskiemu w Warszawie

Z Zakopanego telefonują nam: Znana artystka malarka Zofia Stryjeńska, po przeprowadzonych badaniach lekarskich opuściła lecznicę dla nerwowo chorych w Batowicach.

Badania lekarskie stwierdziły, że chwilowy rozstrój nerwowy, który wywołał konieczność przybycia p. Stryjeńskiej do lecznicy batowickiej, minął bez śladu.

Pani Stryjeńska przebywa obecnie w Krakowie, gdzie pracuje intensywnie nad zaczętymi dawniej dziełami.

Mąż znakomitej artystki, p. Karol Stryjeński, dyrektor Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem, powołany niedawno na stanowisko profesora Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie, postanowił z powodu fałszywych, oszczerczych i uwłaczających czci wiadomości, skierowanych przeciw niemu, przedstawić całą sprawę sądowi obywatelskiemu w Warszawie.

Kłamliwe wiadomości, jakoby dyr. Stryjeński przez umieszczenie żony w zakładzie dla nerwowo chorych chciał wpłynąć na uzyskanie rozwodu, wywołać muszą najwyższe oburzenie nas wszystkich, którzy kiedykolwiek mieli sposobność zetknąć się z rodziną pp. Stryjeńskich.

"Głos Prawdy", 10 września 1927

Jak było naprawdę

Zamach na wolność Zofii Stryjeńskiej

Poniżej zamieszczamy list otwarty pani Zofii Stryjeńskiej do p. Kornela Makuszyńskiego, który jest odpowiedzią na list podpisany przez kilku przedstawicieli literatury i sztuki, a zamieszczony przed paru dniami w prasie stołecznej. List otwarty pani Stryjeńskiej kładzie jednocześnie kres wszelkim plotkom o przykrej sprawie zamknięcia artystki w zakładzie dla nerwowo chorych w Batowicach.

List otwarty wysłany przez panią Z. S. na ręce p. Kornela Makuszyńskiego dnia 8.9.1927 r.

Do JW. Panów: Kazimierza Brzozowskiego, Piotra Choynowskiego, Janusza Domaniewskiego, Ferdynanda Goetla, Władysława Jarockiego, Jerzego Warchałowskiego, Rafała Malczewskiego, Stefana Meyera, Kazimierza Mochnackiego, Adolfa Nowaczyńskiego, Stanisława Sobczaka, Mieczysława Szerera, Jana Lechonia, Karola Szymanowskiego, Kazimierza Wierzyńskiego, Wojciecha Jastrzębowskiego.

W prasie polskiej rozmaitych odcieni ukazują się sporadycznie wiadomości o mnie nieodpowiadające zupełnie prawdziwemu stanowi rzeczy.

Wyczytałam w pismach warszawskich z dnia 8 września br. artykuł pod tytułem Z nieszczęścia nie czynić sensacji podpisany m.in. i przez Pana, drogi Panie Kornelu.

Ośmieliło mnie to napisania niniejszego listu z prośbą, by Pan raczył o treści tegoż listu powiadomić Panów wyżej wymienionych. Żywię bowiem do Pana pełne zaufanie, że prośbie tej zechce Pan zadość uczynić.

Otóż przystępuję do rzeczy: W dniu 30 br. o godzinie wpół do dwunastej w nocy zjawił się w moim mieszkaniu jakiś lekarz krakowski w towarzystwie sanitariuszy, który pokazując mi rzekome polecenie dra Gabryszewskiego z Zakopanego przewiezienia mnie jako ciężko umysłowo chorej do Batowic, zażądał, bym się zaraz z nim do Batowic udała, grożąc w razie oporu użyciem przemocy.

Będąc w pełni używania rozumu w tej krytycznej chwili i widząc się bezbronną wobec nasłanych na mnie mężczyzn, legitymujących się rzekomym zleceniem dr. Gabryszewskiego, dalej nie chcąc przez swoją zupełnie słuszną obronę spowodować wysłanników krakowskich do użycia wobec mnie przemocy i zdokumentowania wówczas przez nich mojej rzekomej choroby umysłowej, bez oporu, lecz na skutek groźby wsiadłam w ich towarzystwie do samochodu, którym o godzinie czwartej rano dnia 31 sierpnia br. przybyliśmy do Zakładu dla nerwowo chorych w Batowicach.

Znamienną rzeczą dla tej całej sprawy jest, że mnie - rzekomo ciężko chorą umysłowo - oddano do Zakładu w Batowicach, w którym za pobyt znaczne pieniądze ktoś - bliżej mi nieznany - zapłacić będzie musiał, a w którego interesie leżało prawdopodobnie, aby ze mnie pod względem umysłowym zupełnie normalnej zrobić ciężko umysłową chorą i niewłasno­wolną.

Ukrytym pragnieniem na razie nieznanej mi osoby nie stało się zadość, ponieważ Sąd Powiatowy Cywilny dla spraw opiekuńczych w Krakowie, na podstawie orzeczenia zaprzysiężonych znawców sądowych w osobie prof. Piltza i dra Olbrychta[319], uznając mnie pod względem umysłowym za normalną i własnowolną, zarządził zwolnienie mnie z przymusowego pobytu w Zakładzie w Batowicach w dniu 6 września br. o godzinie piątej po południu.

Z przedstawionego powyżej stanu sprawy, który to stan sprawy znajduje potwierdzenie w aktach Sądu Powiatowego Cywilnego dla spraw opiekuńczych w Krakowie, wynika niezbicie: że chorą umysłowo nie byłam, że dopuszczono się na mnie niesłychanego bezprawia, że komuś specjalnie zależało na uzyskaniu orzeczenia, które by mogło być podstawą pozbawienia mnie własnowolności, że sztucznie uknuta intryga w zupełności się nie powiodła.

Jeszcze raz ponawiam moją prośbę gorącą, aby Pan raczył o treści tegoż listu poinformować dokładnie na wstępie wymienionych swych przyjaciół i znając, kochany panie Kornelu, życzliwość Pana serdeczną dla mnie, proszę gorąco pocieszyć to grono osób współczujących i ubolewających nad nieszczęściem, którego z łaski Bożej jakoś nie było.

Zofia Stryjeńska

[Późniejszy dopisek]

Dobre! Co?

Lwów

Październik 1932

Intermedium (1927-1932)

Z Batowic wracam do Warszawy. Płacę rozwód[320] z Karolem w obawie, żeby znowu za podszeptem wesołej kompanii nie urządził mi takich figlów. Nie chciałabym, żeby odium padało na dzieci, że mają matkę umysłowo nienormalną, tym bardziej że w mej rodzinie nie było żadnych chorób na temat Napoleonów, Cezarów, dyktatorów czy markizów de Sade. Mam świadectwa[321] kilku powag psychiatrycznych lekarskich, które zażądałam, aby mi wydano po paru dniach przetrzymania mnie w Batowicach, i mogłabym wytoczyć Karolowi proces, ale daję spokój i robię rozwód.

Rok 1929 - ślub z Arturem[322] na Lesznie[323] (słój z marynowanymi grzybami jako prezent ślubny).

[Tu w rękopisie kartka z nieczytelną czarno-białą reprodukcją jednej z prac Stryjeńskiej i jej dopiskiem]

Księżyca nie widać na tych paskudnych reprodukcjach[324].

Rok 1929 - zgon najdroższego Tatusia, Ojca naszego, Dobrodzieja całożyciowego, Rodzica naszych licznych talentów, opiekuna całej rodziny[325].

Pogrzeb Ojca na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. - Powrót do Warszawy. - Szwagier dziennikarz Jan Maksyś[326] angażuje mi się na sekretarza. Wypisuję mu pełnomocnictwo.

Okres romansu z Arturem[327] - Nicea - Riond-Bosson[328] - Wystawa Kolonialna Paryż[329] - Powrót do kraju - Różne gębobicia - Mam powodzenie u płci brzydkiej - Wystawy w Warszawie - Rok 1930[330] i 1931[331].

Rok 1932 - Wystawa we Lwowie[332] - Pierwszy okres baletów[333] - Achilles Breza[334], Grek spod Troi opatruje swą piętę.

Lwów 1932

Jaki jednak organizm ludzki jest szatańsko wytrzymały, to nie do pojęcia. Dzień w dzień zatruwa się go nikotyną, czarną kawą, którą pije się tak często, nie mówiąc już o alkoholach, a on nic. Maszyneria cudowna! Goetel niedawno wspominał, jak to osiem dni z rzędu pił z przyjaciółmi, gdy dostał nagrodę literacką. Wieniawa[335] np. ciągle podgazowany chodzi. Nie, żeby chętnie pił nawet, ale zmuszony jest uczestniczyć ciągle w obiadach oficjalnych albo bankietach, na których nie pić niepodobna. I zdrów jak rzepa, zgrabny, ubranie na nim dobrze leży. A lotnicy jak piją! Mackiewicz[336] na lotnisku rysował, to z nimi bywał i niejednokrotnie opowiadał o brawurze, jak i szaleństwach, które nie byłyby do pomyślenia na trzeźwo. A tak - Bóg się pijakami opiekuje. Najznakomitszy z pijaków mej epoki, malarz Kamil Witkowski, rzadko teraz bywa w Ziemiańskiej. Sławne oni z karykaturzystą Grusem odrabiali festiwale. Parę lat temu ludzie mieli jeszcze trochę grosza, to fajfy, koktajle, bridże i przyjęcia liczne były po wigwamach prywatnych. W jednym z takich domów, gdzie wspaniałą kolację urządzono, Kamil z Grusem "koncert" tam dali; osób było wiele zaproszonych, a między innymi pyszny Franio Fiszer[337], filozof, epikurejczyk, znany dobrze w Warszawie, umysł szeroki, a równo­cześnie z tym smakosz o pojemności nieludzkiej, którego dewizą było "le pape c'est moi"[338], a którego głos brzmiący jak argafon[339] ogłuszał nas, marnych statystów życia cisnących się do niego, aby się skąpać w słońcu "percepcji empirycznych". Poprawiając binokle, ledwie też raczył nas zauważać w swych dysputach metafizycznych, godnych uchwycenia na płyty, podczas gdy ręka muskała wspaniałą lwią brodę ufarbowaną jodyną, a rozwianą na poplamionej gulaszem kamizeli. - Gdy wszyscy się na tej wizycie popili na całego i andante wieczoru minęło, zamknięto gospodarzy oraz kilka dostojniejszych a wykończonych osób w spiżarni, żeby nie przeszkadzali zabawie. Meble poprzesuwano, pianino napojono winem i zaczęły się duetowe popisy natchnionych amatorów trubadurów, przeplatane "aforyzmami" Kamila. Grus klatkę z kanarkiem pod żyrandolem powiesił i błagał go na klęczkach o pieśń słowiczą. Na tle tego Franio Fiszer zmontował ze szczotki na kiju wędkę i napuściwszy wody w łazience, że na brzeg wanny się przelewała, wygramolił się na rusztowanie z krzeseł i rybki łowił. Jako przynętę przytwierdzał pozostałe na półmiskach półgęski i zimne mięsiwo. Nie zwlekając, wciągnięto do salonu sitzbad, aby nogi umyć w winie i licznych jeszcze resztkach trunków. Kamil z Grusem pozdejmowali buty i zaczęli ryczeć jakieś opętane toasty. Wrzask był niemożliwy, dziwne w ogóle, że policja nie przyszła. Wleźli do tego sitzbadu, ale kąpiel była za zimna, Kamil wrzeszczał, żeby pianino porąbać i pod wanną napalić. Pianino nie - ale krzesła połamano, podłożono ogień, dym zaczął buchać. Goście zalani, padali co słabsi, nieprzytomni, kobiety szalały ze śmiechu i histerii. "Patrzcie - woła Grus - kanarek zemdlał, trzeba mu zrobić sztuczne oddychanie!" Jakim cudem uwolnili się gospodarze i nie doszło do spalenia mieszkania, nie wiem. Bóg opiekuje się pijakami.

Kamil wielkim był przyjacielem zwierząt. Długi czas chodził po Warszawie z żywą kaczką na tasiemce, do której czule przemawiał. Nazywała się Eudoxys[340]. Zamawiając w barze kotlet, pytał: "A ty co zjesz dzisiaj, Eudoxyo?" - podawał jej kartę. W końcu żona Kamila jej kark skręciła. Cała jednakże falanga tych nieokiełznanych temperamentów powoli się z biegiem czasu rozproszyła.

Rozjechali się za granicę, niektórzy się uspokoili, inni znaleźli się w niedoli i ciężko pracują na życie. Kolebką tego okresu złotej bohemy w Warszawie był Pikador[341], klub artystyczny pod ziemią w hotelu Europejskim. Po wygaśnięciu krakowskiej Jamy Michalikowej wielu artystów i literatów przeniosło się do Warszawy i Pikador warszawski stał się centrum, na którego tle zaczęło się tworzyć życie artystyczne Warszawy.

Po zamknięciu Pikadora ogniskiem stała się kawiarnia Mała Ziemiańska. Tylko że dzisiaj bardzo się tu zmieniło. Jeszcze ze dwa lata temu grupował się tu Skamander [342], gdzie spośród młodzieńczych gorących dysput narodził się projekt utworzenia polskiego PEN-Clubu[343], redakcja "Wiadomości Literackich"[344], Jan Lechoń, Goetel, Wierzyński, Iwaszkiewicz, Kornel Makuszyński, Kaden-Bandrowski, Słonimski, Tuwim, Nowaczyński, Winawer[345], Parandowski, Leon Schiller[346], Żeromski, Boy-Żeleński, Morstin[347], Wittlin[348] bywali codziennymi gośćmi.

Bywał codziennie Karol Szymanowski, Jaracz, Junosza-Stępowski, Ordyński[349], wytworny Czermański[350], luby olbrzym Franio Fiszer, kapryśny Osterwa[351], Jerzy Leszczyński[352], no i Wieniawa, czarujący Wieniawa! A ileż pięknych kobiet i znanych artystek, które były wtedy en vogue[353]: Messalka[354], Ćwiklińska[355], Ordonka, Marysia Brydzińska, Modzelewska[356], Smosarska[357], Gorczyńska[358] etc. Zadawały szyku. Moc znanych malarzy, rzeźbiarzy, ludzie piosenki, ludzie humoru, ludzie rewii, wydawcy, recenzenci, krytycy, wszystko przewijało się po tej samorodnej giełdzie talentów. Widziało się interesujące twarze, każdy miał coś do powiedzenia, każdy bogaty był w treść własnych poczynań. Wszystko zbyt szybko sczezło, minęło. Dziś jakby antrakt na widowni. Może gdzieś w głębi przesuwają się dekoracje do nowej odsłony. Azyl niedobitków, którzy przetrwali mocą dawnego przyzwyczajenia przy wystygłej pół czarnej[359]. Wszędzie rozpanoszył się tłum. Tłum bez oblicza. Mamy sobie tu stolik wspólny, ale bez osobliwych założeń: Skoczylas, Szczepkowski, Śleńdziński[360], Tymon[361], Kuna[362], Rzecki[363] ze swoją nieodstępną magnezją[364], Gronowski[365], Kowarski[366], Breyer[367], Czajkowski, Hiż, Franciszek Siedlecki[368] (prawdziwy ciszek), Walter[369] z rewii, Rentgen[370], Lauterbach[371] ze zbiorów państwowych - ach, trudno mi wszystkich reje­strować, zaglądają jeszcze na papierosa i nieśmiertelne pół czarnej.

Ohydny listopad. Ponuro jak diabli. Siedzę w hotelu we Lwowie. Deszcz chlapie. O piątej mam konferencję z adwokatem z Ossolineum i dyr. Bernackim[372]. Wezmę Garlińskiego[373] ze sobą, żeby mi pomagał ubijać punkty ostatecznego paktu ugody między krakowskim Towarzystwem Przyjaciół Sztuk Pięknych - Ossolineum - i mną[374]. Popełniłam lekkomyślność z jednym wydawnictwem, za które drogo bulę. Kosztów narosło do 13 tysięcy złotych. Sprawa ciągnie się pięć lat. Szkoda mi tylko, że za te małe akwarele Tańce polskie muszę oddawać dziesięć wspaniałych Jasełek figuralnych scen, które teraz by mnie postawiły finansowo na nogi.

Niedobre urządzenie właściwie z tym życiem; pierwsze trzydzieści lat zużywa człowiek na dojrzewanie i strzelanie "byków", a drugie trzydzieści na łatanie, zalepianie, naprawianie, zadośćuczynianie, zakopywanie, zadeptywanie, wygładzanie, wywabianie, wreszcie wyłabudywanie się z tychże błędów. Kiedyż właściwie więc czas na życie? Na zastanowienie się nad cudowną astronomią, bakteriologią, fizyką i metafizyką zjawisk? Kiedyż czas na istotne przeżycia, jak sformowanie własnej myśli filozoficznej, rozwój dzieci, na kulturę sztuki, na miłość, na ciekawe podróże i zapoznanie się sympatyczne z naszymi kolorowymi braćmi, na wzniesienie się ponad codzienne, nieznośne, drobne sprawy, na uwielbienie Przyrody?

Cicho i niespodziewanie nadchodzi "60 lat" i zaczyna się nieład i niewiara, gorączka użycia, prędkie przebieganie repertuaru. Postępująca skleroza wywołuje gorycze pesymizmu, trwogę o własną zwiędłą skórę, chciwość, złowrogą zawiść, zachłanność na zaszczyty itp. Mało wspaniałe, a wstrętne stany uczuciowe. Czyż to są grzechy? Nie - tylko rozkład fizjologiczny.

Wspominam, jak kiedyś raz byłam w Krakowie i łaziliśmy we trójkę z Jackiem i Kantusiem po ul. Basztowej. Wlekli za sobą torby z książkami, bo właśnie wyszli ze szkoły, i odbywała się solenna debata, co któremu kupić mam w podarunku z okazji rzadkiej mej wizyty. Jacuś chciał dostać farby i malować. Miał pewne tęsknoty plastyczne. Kantuś na razie nie był zdecydowany, więc pieniądze przeznaczone na podarunek miały mu być w równej wysokości wypłacone w gotówce. Wchodzimy do składu farb, kupiliśmy wszystko, co potrzeba do malowania, a wszystko w najlepszym gatunku, żeby nie było potem wymówek na zły materiał, gdy zapoznanie się z malarstwem nie powiedzie się. Kupiliśmy blok z watmanem[375], porcelanową paletę, tempery Günther-Wagner w tubach, osiem zasadniczych kolorów, biały i czarny, kadmium, cynober, sjena, kraplak, ultramaryna, émeraude[376], trzy angielskie żółte pędzle ze szpicami 5, 7 i 12, dwa kohinory[377] i gumę słoń. Od razu w sklepie objaśniłam Jacusia, jak to się maluje. Dano szklankę wody, pokazałam mu, jak wycisnąć farby kolejno na palecie w gamie. Jak pędzlem mało wody nabierać, kolorów nie mieszać, nie paprać, a czyste żywe tłusto kłaść niby smyczkiem po skrzypcach; cynober G-dur, kadmium - e, zielony - fis, niebieski - d, kraplak - bemol, biały - krzyże w wiolinie, sjena i ochra - basy etc., etc. Powiedziałam mu w ogólnym zarysie, że żółte, czerwone i brązowe tony nazywają się gorące i że z zimnymi się nie lubią, więc fioletu z żółtym nie trzeba łączyć ani zielonej z czerwonym, ani brązowej z niebieskim, bo się pogryzą i będzie źle. Wszystko ślicznie zapakowano. Jacuś gorejący zapałem zakleksowania jak najszybszego watmanów zadowolony. Wychodzimy na ulicę. Czas już na obiad chłopcom, więc przez planty suniemy ku ich domowi, rozprawiając o rzemiośle malarskim. Ptaszki ćwierkają, słońce praży. Zauważyłam jednak od pewnej chwili, że Kantuś jakiś skąpy w mowie. Oczkami po butach wodzi, policzki jak gruszeczki na wierzbie na dół opuścił, zamilkł - cierpi moralnie. Za rączkę go prowadzę i z Jackiem ważne, a żywiołowe wymieniamy zapatrywania. Kantuś coraz smutniejszy. Pytam więc z niepokojem:

- A co ty taki cichy jesteś, mój wróbelku srokaty? Co to za pokutnik klasztorny idzie ze mną zmartwiony z oczkami w ziemię?

Milczenie.

- Jacusiu, o co Kantuś taki smutny, co on chce?

- On chce śrubkę.

- Co za śrubkę?

Wyszło na jaw, że Kantuś pobudował jakieś dynamo, jakieś warsztaty z różnych szczątków znalezionych przygodnie i wszystko to mógłby puścić w ruch z zawrotnie korzystnymi rezultatami. Ale cóż zrobić, gdy przeszkodą do uruchomienia tych doniosłego znaczenia rewelacyjnych zdobyczy technicznych, mogących cały świat (a przynajmniej mieszkanie) przeistoczyć - jest brak jednej malutkiej śrubki metalowej. Niemożność jednak osiągnięcia tajemniczej życiodajnej śrubki stała się otóż właśnie dramatem. Okazało się dalej, że śrubka taka istnieje, a nawet jest do nabycia w sklepie żelaznym przy Floriańskiej. Finansuję śrubkę.

Zaglądam do sakiewki, ale zostało tylko dwa złote. Daję więc dwa złocisze, które mam, a w razie czego obiecuję kupić po południu śrubę taką jak wieża Eiffla. Wobec wyjaśnienia się sytuacji humorek się wypogodził, idziemy przed sklep żelazny, w którym chłopcy znikają, ja czekam na ulicy. Za chwilę wylatują z okrzykami triumfu. Jest śrubka, jest, kosztowała tylko 20 groszy! Wielkie przedsiębiorstwo zostanie uruchomione.

Przypominała mi się scenka z małą śrubką, tak tanią, tak dostępną, a tak niezbędną do szczęścia maleńkiemu inżynierowi, właśnie teraz, gdy siedzę tu w pokoju hotelowym we Lwowie i rozmyślam, jak odmienne było credo życia pięć lat temu. Czy przyszło nowe doświadczenie? - Wiadomo niejedno, ale energia wykonawcza wyparowała coś niecoś. Dojeżdżam do czterdziestki i gdzież te wielkie wyczyny, które się zapowiadały, gdzie słowiańscy bogowie, gdzie kolosalny Witezjon polski[378], przy którym by roje malarzy, rzeźbiarzy, budowniczych i dziesiątki rzemieślników miało na dwadzieścia lat pracę porywającą, gdzie wszechświatowy "Hall zbratania narodów" promieniujący utopią? Gaz powoli ulata z balonika.

Obecnie dalszy ciąg mej codziennej egzystencji i narastający latami scenariusz faktów to tylko już obracanie się ślepego kreta w kółko pod ziemią. Gdybym żyła normalnie, to znaczy, gdybym mogła zasilać czasami swą force vitalis w przeżyciach erotycznych, a nie krzesać ją bez przerwy samorodnie, opierając się jedynie na panteizmie, może zdobyłabym się jeszcze na pewne pogłębienie, może na ciekawszą nową formę w sztuce. I tu, myślę, jak bardzo przydałaby się właśnie taka mała mutereczka do uruchomienia butwiejących zapasów dynamiki. Kosztuje tylko 20 groszy.

Kustosz Muzeum p. Cieśla[379] miał o mnie odczyt, ale bajdurzył od rzeczy. Chciał być oryginalnym i wydobył jakieś z prywatnych gdzieś śmietników drobne knoty sprzed lat, nigdzie niereprodukowane, na których widok nagła krew mnie zalała, zwłaszcza że wyolbrzymił to na lampie projekcyjnej do kilkumetrowych wymiarów. Ani słowa rzeczowej zwięzłej charakterystyki. Ględził, tak ględził, same pochwały, że sraczki można było dostać z nudów, toteż nie czekając końca, poszliśmy z Lillem[380] do Opery, bo Karol Szymanowski przyjechał do Lwowa, by dać tu w tych dniach koncert, i przyrzekłam mu, że się zobaczymy, i pomówimy o Harnasiach[381]. W loży moc osób: Fitelberg[382], Toeplitz[383], Groër[384], Henio Rosen[385], Dołżycki[386], Horzyca[387], jeszcze jacyś muzycy i naturalnie nieodstępny Karolowi Oleś[388]. Karol zaraz zrobił awanturę zazdrości Olesiowi, który mnie emablował. Oleś dostał bólu głowy i powiedział, że odchodzi. Ponieważ akt na scenie się rozpoczął, wynieśli się poza lożę ze swymi humorami. Horzyca i Groër wyszli za nimi w celach łagodzących.

Na scenie wrzał Otello. Dramat kryzysowy. Wielka awantura małżeńska o muszuar[389]. W następnym akcie wrócili rozchmurzeni Karol, Oleś i Groër zza kulis, gdzie winszowali Gruszczyńskiemu[390] i Desdemonie. Po skończonym przedstawieniu dołączyło się jeszcze parę osób i wszyscy poszliśmy na kolację do bardzo miłej antika-lwowskiej knajpki Kozioła. Atmosfera wytworzyła się wyjątkowo sympatyczna. Wszyscy troszkę się podgazowali. P. Toeplitz stawiał wino. Cel pójścia tam był, żeby rozmówić się definitywnie o wystawieniu we Lwowie baletu Karola Harnasie, do których miałam zrobić kostiumy i dekoracje. Omawialiśmy akcję, ilość odsłon, jakość solistów, nastrój potrzebny etc. i lwowski bóg opery p. Groër zaklął mnie, że na styczeń przygotuję wszystkie projekty[391].

Cieszy mnie ten kontakt z teatrem, toteż postanowiłam za powrotem zaraz po skończeniu tablic Strojów ludowych, które mam w robocie dla "Ilustracji Szkolnej", zająć się makietami teatralnymi oraz sylwetkami harnasiów podhalańskich.

Nareszcie z Ossolineum załatwione. - Wystawa ma znaczne powodzenie, a jak na Lwów - rekord[392]. Hartleb[393] ogromnie zadowolony, recenzenci mnie oblegają. Rosen przysłał bukiet przecudnych złotych chryzantem. Włożone do dzbanka rozświetlają jak słońce cały pokój. Poznałam wielu miłych ludzi i zrobiłam kilka wizyt, gdzie było prawdziwie przyjemnie.

Wracając z Ossolineum, zajechałam tramwajem na cmentarz Łyczakowski, którego piękności nie potrafię opisać. Zaskoczył mnie tam zmierzch. Pomimo tego cmentarz otwarty jest długo i można było ciapać po wilgoci do zupełnej ciemności. Będę pamiętać te nierealne wzgórza i doliny elizejskie, omszone kamienne posągi, latarkę zostawioną przez grabarza na ścieżce zasypanej liśćmi, które za każdym razem poszumem wiatru sypały się z drzew. Zapach gorejących świeczek. - Zaduszki - Dżungla mogił - sen wieczny, wieczny...

Ostatni skrót

Warchałowski radcą w MSZ. Warsztaty tkackie Ładu[394], opustoszanie się Krakowa i przeniesienie się życia artystycznego do Warszawy - Donios­łe stanowisko Karola[395] i jego działalność w Warszawie. Karol zakłada IPS[396] - Dyplomatyczne przyjęcia - p. Achilles i pieśń sentymentalna - Pobyt w puszczy Białowieży[397].

Ponownie 1931

Kończę 12 dużych tablic Strojów ludowych. Potem również dla Wydawnictwa Związku Nauczycielstwa Polskiego maluję 50 plansz sławnych Polaków i 40 królów polskich dla Zakładów Straszewiczów[398]. - Choroba Karola[399] - Jubileusz Wyspiańskiego[400] - Harnasie Szymanowskiego mają być grane w operze paryskiej[401]. Odczyt w IPS-ie[402]. - Przewiezienie chorego Karola do Krakowa. Okropna cisza. Straszliwa wieść z Krakowa. Niewypowiedzianie straszliwa wieść - KAROL UMARŁ[403].

Koszmar

Warszawa 1934/1935

Wtorek, 1 stycznia

Wstrętna, ohydna samotność[404]. Gęby ni do kogo otworzyć, nie ma z kim podzielić radości, gdy się stworzy coś dobrego. Nie ma z kim posmucić się, powzdychać. Nie ma z kim iść do kina. Nie ma od kogo pożyczyć floty. Nie ma z kim pobroić i pośmiać się na całe gardło. Nie ma z kim trochę i poświnić dla zdrowia choćby! Nic! Biały całun, martwota, pustka. Wyłazisz z pustego pokoju, wracasz do pustego pokoju. Rano, wieczorem, w południe sama i sama, psiakrew, zatracone takie życie. Czy do teatru, czy po tych dyplomatycznych salonach szwendam się między ludźmi sama, bez celu, jak pies bezpański. Gęba mi się coraz więcej zachmurza.

Środa, 10 stycznia

Psiakrew, gdzie mój mąż, gdzie moje dzieci! Po co te porody były, po co te miłości, po co te męki, płacze, zazdrości, rzucania się. Co ja mam z tego całego życia! Cóż za diabeł wsiadł na sytuację? W głowie pomysłów mi nie brak, a forsy nie mam na farby ani na utrzymanie. Dzieci mam śliczne, grzeczne, mądre, lube - ale gdzieś w dalekim krajobrazie u ciotki; zdrowie mam jak byk andaluzyjski - a fizycznej pracy życie żadnej nie umożliwia. Podłogę czasem wycieram, meble przesuwam dla ruchu - a na wykonanie większych płócien albo na jakieś malarstwo architektoniczne z ekspansją fizyczną okazji najmniejszej nie ma.

Co będzie dalej? Oto rezultat gaf życiowych. We wściekłości miotam się dzień w dzień, wieczór w wieczór, w końcu mnie szlag trafi z tej całej cholery.

Piątek, 12 stycznia

Ukończyłam rysunki postaci Bogów słowiańskich dawno leżące odłogiem. Też bzika trzeba mieć - co komu z tego przyjdzie. Złości tylko biorą na ten widok, bo nie ma floty na farby, a przede wszystkim nie mam czasu, psiakrew, bo muszę gonić za zarobkiem po Żydach i ministerstwach. Włosy z głowy wydzieram za to, żem w dawnych latach nic nie uciułała. Mam teraz za swoje! Mieszkanie zaległe, telefon zamknięty. Boże, Boże Wszechmocny! Wejrzyj, ile dziwek i bab pospolitych ma dobra, bogactwa, klejnoty, potężnych protektorów. Nie wiedzą międzynarodowe damulki, co z pieniędzmi już robić. Duszą się od złota. Nie stać ich móżdżki kurze na wydobycie się poza poziom strojów, zakładów kosmetycznych i "krzątań płóciennych", gdy tymczasem

Sobota, 13 stycznia[405]

dziwnym zrządzeniem losu ja z mym balastem energii życiowej siedzieć muszę i przeklinać nad rajzbretem, potykając się o każde 100 zł, i pacykować sprzedażne obrazki, które w dodatku coraz trudniej jest sprzedać, bo w kraju coraz większe dziadostwo. Ale gdzie tam Bóg może usłyszeć w stratosferze kogo przy tym maczku miliardowym ludności. Wystarczy zobaczyć te stadiony świata i wielkie stolice rojące się od mrowia. A każdy mikrob ma swoje pretensje i "przeżycia". Co to będzie dalej, rany Boga Żywego.

Niedziela, 14 stycznia

Byłam wczoraj u Boyów-Żeleńskich[406]. Jedyny dom, gdzie jeszcze niekiedy bywam, ale nie mogę ich zaprosić do siebie, bo mi komornik fotele zabrał.

Spotkałam Szarfa[407]. Namówił mnie, żeby przyjechać do Krakowa, to wyda mi na pocztówkach szkice kostiumowe Harnasiów. Może się uda zarobić z 500 złotych. Jutro postaram się pojechać. Zobaczę od razu Mamę najdroższą i uściskam dzieci. Ugadam się z Pufcią, Tadziem, pójdę do Kossaków, odwiedzę starego Wojnarę[408] w Akademii, Xawcia [Dunikowskiego] i cały "der alte Krukiew"[409].

Już zbliża się południe. Stróż puka i oznajmia mi, że auto od Potockich z Jabłonny czeka na dole. Nie bardzo chętnie jadę, bo z doświadczenia wiem, że piła damasceńska i obżerando. "Ducha" tam nie spotkam żadnego, ale przynajmniej zapije się przy gramofonie jałowe popołudnie niedzielne.

Poniedziałek, 15 stycznia

Montalk Potocki[410] bajdurzył coś przy telefonie, wreszcie zniecierpliwiona musiałam go zaprosić na przyszły tydzień, bo nic nie mogę zrozumieć, co on gada swym dialektem angielsko-polskim.

Rzeczywiście między kilkunastoma podgazowanymi dostojnikami w Jabłonnie, którym przewodził poczciwy Moryś przy stole, porykując automobilowym dowcipem, nie było, jak zwykle, jednej twarzy, na której by można, psiakrew, wzrok zahaczyć. Doskwierała przy tym wszystkim malarka miniatur Dąbrowska[411] kochająca się beznadziejnie w Osterwie. Ponieważ ktoś tam opowiadał o nowym romansie Osterwy, będącym właśnie dyrektorem teatru w Krakowie, więc zakochane stare czuchro, Boże zmiłuj się, cały obiad przesmarkała i przechlipała, ludziom żyć nie dając i znosząc docinki biesiadników, i spojrzenia obnoszących półmiski lokajów.

Po deserze, jak się wszyscy przeszli nudzić do salonów i puścili patefon, postanowiłam ją zlikwidować i poprosiłam ją, aby pokazała mi swoje najnowsze prace. Zaprowadziła mnie do

Wtorek, 16 stycznia 1934

swego pokoju na piętrze, gdzie ma tę całą aparaturę z powiększającymi szkłami do malowania miniatur, i pokazała mi ostatnie zrobione przez siebie portrety Marysi Potockiej, potem aktorki Majdrowiczówny[412], p. Maurycego, i oczywiście, po rozmowie malarsko-fachowej zaczęła sklamrzyć o boskim swym Juliuszu Osterwie. Chcąc już ją zostawić własnym marzeniom i utrwalić w pokoju na piętrze, załgałam jej kategorycznie: "Niech pani nic nie wierzy tym wszystkim plotkom o romansach Osterwy. Ja go dawno i dobrze znam. To jest człowiek nabożny, pracowity i skromny i nic nie ma wspólnego z opinią, jaka go otacza. Oddany jest cały wychowaniu córki, a przy tym i pracy. Cóż to pani sobie myśli, że to zabawa być aktorem i dyrektorem teatru? Przecież taki człowiek musi być zaharowany od rana do nocy, gdzie on ma czas i zdrowie myśleć o jakich romansach. Tyle tych jego romansów, co kot napłakał. Tylko że aktor musi rozsiewać ciągle koło siebie

Środa, 17 stycznia

atmosferę romantyczną. Niejeden raz siedzi taki człowiek samotny, zgorzkniały i myśli o swej umarłej od wielu lat żonie, którą tak kochał,

Czwartek, 18 stycznia

czuje się smutny i zmęczony życiem, i całym blichtrem, i myśli sobie: czymże jest to życie. - A przed ludźmi musi udawać i grać hulakę, wariata strugać i amanta, boby wyszedł z mody. A pani wie, co to jest dla takiego Osterwy wyjść z mody? To puchy w kasie". Dąbrowska rozmarzona westchnęła nad niezłomnym ascetyzmem Juliusza.

Zjawił się na dole w salonach jakiś gość, starszy facet, który z całego świata opowiadał anegdoty i przeżycia. Był kiedyś jakimś huzarem rosyjskim i przyjacielem syna księcia Buturlina[413]. Wcale zabawny hulaka. Ale pan Herget[414] powiedział o nim, że to jest wyświechtany pieniądz i wstrętny typ.

Środa, 24 stycznia

Ten Szarf przeklęty, żeby go diabli wzięli, ładny początek mi zrobił na Nowy Rok. Sprzedałam Żydówce kilka kiecek za grosze i zaturgałam się do Krakowa. Przychodzę do drukarni - Szarf z Telzem[415] oglądają Harnasiów i powiadają, że to jest rzecz dla znawców, a tak na pocztówki to mu się nie opłaci, bo nie pójdzie. Psiakrew, ładny mi się Nowy Rok zaczyna. Zostałam w Krakowie bez floty. Mieszkam w pensjonatowym pokoiku Mamy u p. Sędzimirowej. Mama płaci moje obiady. Rany Boskie Święte. Przecież tak być nie może! W dodatku dowiaduję się, że Magdzia jest w szpitalu, przebyła szczęśliwie operację ślepej kiszki. Lecę tam zaraz. Już, chwała Bogu, czuje się dobrze, jest wesoła. Bawi całą salę szpitalną swoimi figlami. Spotkałam przy jej łóżku Żańcię. Przywitałyśmy się dyplomatycznie jakby nigdy nic. Jest to pierwsze spotkanie po długim czasie i po śmierci Karola. Oznajmiła mi, że chłopcy pojechali na narty do Poronina[416]. Są zdrowi, tylko Magdzie operacja przeszkodziła w użyciu wakacji. Spotkanie to nie należało do serdecznych. Przychodzę co dzień do szpitala do Magdzi. Magdzia zdrowieje i domaga się lakierków i sukienki, bo chce iść tańczyć. Nieszczęsne dziecko nie przeczuwa mojej bryndzy. Obiecuję jej, oczywiście, niech tylko zdrowieje. W końcu sytuacja staje się nie do zniesienia i muszę uciec z Krakowa. Nie mogę nawet czekać na powrót chłopców, choć z pół roku ich nie widziałam i serce mi kwiczy. Mama pożycza mi na drogę. Ląduję w Warszawie, bo w Warszawie prędzej wytrzasnę skąd pieniędzy i zaraz wrócę. Z Magdzią nawet się nie pożegnałam, bo nie mogłam jej martwić w szpitalu. Ona się tak cieszy z mego pobytu - takie nadzieje przywiązuje do mnie jako do najwyższej potencji. Wszystko resztę, co mam, sprzedam Żydkom i zaraz wrócę z pieniędzmi.

Czwartek, 25 stycznia

Psiakrew, psiakrew, cholera, skąd ja wytrzasnę pieniędzy. Żydy nie chcą kupować moich gratów. Najwięcej boli mnie ta pożyczka od Mamy. Biedna wysypała wszystko, co miała, popłaciła za mnie, na drogę pożyczyła, została formalnie u obcych ludzi bez floty.

Ficio telefonował, że będzie zebranie w Ministerstwie Oświaty. Ma być Karol Szymanowski, on, Zawistowski[417], Mossoczy[418] i Schiller i że będą wystawiać w operze Harnasiów.

Wreszcie zdołałam Żydkom sprzedać futro. Było podniszczone, więc dali grosze. Odesłałam Mamie telegraficznie dług, za resztę wracam jutro do Krakowa.

Zawistowski dał znać, że jutro zebranie w sprawie wystawienia Harnasiów. Muszę odłożyć na pojutrze wyjazd.

Piątek, 26 stycznia

Było zebranie w Oświacie. Wszyscy przyszli, tylko Schiller nie, bo nie ma czasu. Zebranie doszło do konkluzji, że trzeba spektakl odłożyć, gdyż reżyser Schiller jest do końca kwietnia zajęty w Polskim Teatrze, a rzeczywiście nikogo innego na widowni nie ma do tego.

Muszę się zacząć modlić. Jest źle. Jest bardzo źle. Boże, ratuj - wrzeszczę do Ciebie, ratunku! Może zrobić prędko przez dwa dni szkice nowych tańców polskich? Prędko zabieram się, kupiłam za pozostałe 100 zł kartony i farby. Zaczęłam nowy cykl dużych tańców ulepszonych, narodowych. Może znajdę na to wydawcę, który da mi zaliczkę na poczekaniu. Ja muszę wracać lada dzień do Krakowa! Tam Magdzia czeka! Chłopcy przyjadą! Ale nie - nie mogę wytrzymać potworności przymusu takiej pracy. Podarłam wszystko w kawałki. Spaliłam w piecu, aż huczało. Niech diabli porwą. Nie mogę usiedzieć, tak jestem zdenerwowana.

Sfora wierzycieli wyje pod moimi zamkniętymi na klucz drzwiami. Szarpią klamkę coraz nowi interesanci.

Mój powrót do Krakowa odwleka się. W poniedziałek znowuż posiedzenie u Zawistowskiego. Telefonowałam do dyrektora Opery p. Mossoczego, że jak mi nie da z 500 zł a conto szkiców kostiumów i dekoracji, które mam do Harnasiów, to wycofuję się z interesu.

Powzięłam w międzyczasie pewną myśl pracy. Rodzaj modlitwy, która mi ukoi nerwy, mianowicie, żeby zrobić z Paschy słowiańskiej widowisko sceniczne. Kreślę scenariusz do Pieśni Wielkanocnej[419].

Sobota, 27 stycznia

Przyjechał Staś Ostrowski z Paryża. Zbiera podpisy, bo chce zrobić podanie o odnowienie domów polichromowanych na Starym Mieście i polichromowanie ulicy Świętojańskiej.

Obawiam się,

Niedziela, 28 stycznia

że po kilku "aferach Stawiskiego"[420], jakie urządził, nie wyłączając sprawy malowania rynku Starego Miasta, wszystkich tych, co podpiszą podanie wraz z nim, momentalnie wyeksmitują poza granice Rzeczypospolitej oraz Europy.

Staś był dziś u mnie i długo trajlował o nowym znowuż projekcie. Mogą być milionowe zarobki. Ja zarobię na czysto 150 tysięcy - jemu za organizację odstąpię 50 tysięcy. Zgadzam się. Chodzi mianowicie o namalowanie Świętych polskich. Staś mnie zapoznał z klech­-ikonografem, który będzie mi pomocny w korygowaniu akcesoriów wymaganych przez Kościół. Zrobimy wspaniały album. Święty Wojciech, święty Wincenty Kadłubek, święta Kinga, święty Stanisław, święty Kazimierz, święta Bronisława, święty Ładysław z Gielniowa, święty Jacek Dominikanin, święty Jan Kanty przewijać się w nim będą z dalszymi błogosławionymi. Staś zainteresuje tym starą dewotkę Sobańską[421], już on to urządzi. Sama myśl jest niezła. Zgadzam się.

Poniedziałek, 29 stycznia

Było dziś o pierwszej zebranie w Ministerstwie Oświaty. Harnasie nie będą odroczeni. Będzie reżyserował jakiś Wierciński[422]. A pies z nim tańcował. Co mi do tego. Już na końcu posiedzenia zaczęłam się trochę pienić, że grosza z tych Harnasiów nie widzę za to, com się napracowała na zamówienie Karola, i Zawistowski z Ficiem hajda na Mossoczego, że powinien mi właściwie wypłacić jakiś awans. Wreszcie Mossoczy dał mi 500 zł i podpisałam mu kwit. Nabrałam humoru. Poszliśmy na wino.

Więc mam 500 zł! Popłaciłam najgwałtowniejsze zaległości, mianowicie:

Kaczmarczykowej (dom)

67,50

modystce

15,00

ramiarzowi

40,00

gazety i książki

20,00

IPS dług

12,00

papier

3,20

telefon

22,00

179,70

Za resztę jadę do Krakowa, wiwat! Ale przedtem skończę Paschę - Pieśń Wielkanocną, której nie mogę odkładać.

Czwartek, 1 lutego

Ach, do stu tysięcy kwiatów liliowych! Jak mi lekko! Wyładowałam się trochę uczuciowo, a teraz kończę Paschę. Nie może Bóg mnie potępić teraz, gdy stworzyłam tę pieśń, ten poetyczny romans boski. Zaniosłam wieczór do garderoby Jaraczowi scenariusz z rozmieszczeniem sytuacji scenicznej. Mam 28 kartonów kostiumów i szkice dekoracji.

Może Maklakiewicz[423] by opracował chóry i chorały pieśni wielkanocnej. Ach, żeby się udało! Pomówię z nim o tym, ale tymczasem, Boże, Boże, jestem kompletnie znowu "a sec"[424] i myślę sobie, skąd by tu wyrwać tym razem z 1000 zł. Istny absurd dzisiaj, gdzie dziesięciu złotych od nikogo nie można ubłagać. Mam takie dwa płótna na supraporty pendanty[425] - napięte na blejtramy po metr dwadzieścia na osiemdziesiąt. Myślę sobie, zadzwonię do dyr. Michalskiego[426] do Funduszu Kultury. Winna tam jestem w tym Funduszu sprzed roku dwa tysiące i za to miałam dać do Zbiorów Państwowych jakiś obraz. Myślę sobie, umówię się z sekretarzem, żeby powiedział dyrektorowi, że mam takie pendanty po 1500 zł i jak mi dopłaci 1000 złotych, niech je bierze i idzie z Bogiem. Wczoraj sekretarz mi telefonuje, że to jest do zrobienia i że jak panu dyrektorowi się spodobają, może wstawi do budżetu, a żeby je zobaczyć, przybędzie pan dyrektor Funduszu sam osobiście do mej pracowni we wtorek o wpół do drugiej. Proszę bardzo, mówię, bardzo proszę, a aż mi się zimno robi, bo płótniska dopiero naszkicowane, a farb nie mam, grosza jednego nie mam, jakim cudem ja takie dwa pola narciarskie zasmaruję na wtorek. U Wadowskiego[427] mam już straszne długi, ale idę tam z bezczelną miną i powiadam: "A właśnie tu koło pana przechodzę, potrzeba mi kilka farbek i pędzli, to ja teraz wybiorę. Pan zapakuje mi i jutro odeśle koło 11, to wszystko z dawnym wyrównam". Kazałam zapakować kilka pędzli, farby; paczka 50 zł i odesłać do domu na wieczór.

Artur dzwonił. Od dwóch tygodni go nie widziałam. Podobno niedobrze się czuje. Całe dnie, świnia, w kawiarni siedzi. Niczym się nie zajmie, nic mi nie pomoże. Tylko tyle, że do dziwek nie chodzi, bo i nie może z powodu choroby[428].

Jak przyszedł chłopak z tymi farbami od Wadowskiego, farby i rachunek odebrałam i kazałam powiedzieć, że jutro przyjdę zapłacić. Drzwi zatrzasnęłam. Niech leci, niech skarży. Gwiżdżę sobie na wszystko. Mam farby - jazda do roboty.

Był dziś Montalk Potocki ubrany cudnie jak ze sceny w jakiś płaszcz fałdzisty. Zapuścił loki do pasa. Ludzie się za nim oglądają. Przyszedł z tym niby, że przetłumaczył 30 wierszy Tetmajera na angielski. Zapytuje, czy zrobię okładkę do wydania angielskiego. Jak wróci do Londynu, zaraz stamtąd napisze. Trzymał długo moją rękę. Ale ja najmniej do flirtu byłam usposobiona. Forsy dawaj, idioto, albo wynoś się! Kretyn jeden.

Co to będzie, co to będzie dalej. Rany boskie. Wieczór za wieczorem mija. Liść za liściem opada z drzewa życia, a tu znikąd ratunku nie widać.

Piątek, 2 lutego

Powinnam parę słów napisać do Mamy i do dzieci. Ładnie te biedne dzieci o mnie sobie myślą. A cóż będę pisać, cóż będę obiecywać tym nieszczęśliwym dzieciom. Niech cieszą się, że są na opierunku u krewnych, i niech złorzeczą, że są moimi dziećmi. Pewnie myślą, że o nich nie dbam, że tu żyję w Warszawie sławna, wesoła, bogata. Nikt się nie domyśla, jak straszna jest rzeczywistość! Jak łaknę ich obecności. Jakbym chciała im okazać serdeczność. Ale nie mam, nie mam! dostępu do nich, bo z pustymi rękami przyjadę? Jest tama jakaś zaczarowana, odgraniczająca mnie od styczności ze wszystkim, co jest życiem, radością, pięknem, siłą, barwą i ciepłem!

Przyjechała krawcowa Jackowska z Wołomina. Dałam jej do przedłużenia spódnicę. Musiałam od Kaczmarczykowej pożyczyć 2 złote, żeby miała za co wrócić, tak jestem a sec. Przy tym wywlekłam z szafy ostatni "kawałek", czarny kostium popołudniowy jedwabny, i wręczyłam jej, żeby go gdzie sprzedała. Może jej się uda. Jak dostanie za niego 40 złotych, to dam jej 10 złotych za fatygę. Muszę mieć parę złotych dla ramiarza, bo mi teki nie odeśle, a masę pieniędzy jestem mu już winna. Telefonuje i sklamrzy co dzień. Niedługo pewnie i ten telefon mi zamkną.

Co robić, co robić do ciężkiego pioruna!

Sobota, 3 lutego

Napłakałam się i nawściekałam wczoraj w nocy, aż mi oczy spuchły. Wyglądam na zupełnie starą kobietę, pełną zmarszczek. Takiego dostałam z tego wszystkiego lumbago, że palcem ledwie mogę ruszyć i leżę, nawet słuchawkę trudno mi ująć. Zresztą i do kogo mam dzwonić. Może do papieża Borgii, żeby obraz kupił? Najgorsze to, że trzeba na gwałt namalować te płótna - co to będzie za skandal z Michalskim, jak przyjdzie we wtorek - pewnie ze swym sekretarzem Śliwińskim, a ja jeszcze nawet tych ukradzionych Wadowskiemu pędzli nie rozpakowałam.

Nędza - płacz - zgrzytanie zębów. Męczące poczucie własnych błędów, własnej głupoty i złości. Jak tak nocami rozmyślam - to straszne, jak błądziłam! Tylko łeb posypać popiołem i czekać śmierci. Czego ja chcę od życia, czego ja się mogę spodziewać? Z tą ruiną, z tą nędzą, z tą starością! Choćby ta świadomość, że Karol w ziemi gnije, to niby na nerwy nic?

Czarno, czarno, piekielnie czarno. Potworność. Losie litościwy, niech ginę, ale ocal mnie przynajmniej od choroby! Bo kto będzie za to płacił? Och, wtedy to już bez ratunku bruk, nędza - przepaść.

Niedziela, 4 lutego

Lumbago powoli przechodzi. Wstaję z łóżka. Koło dwunastej przyszedł syn krawcowej z wiadomością, że jego mama jutro odeśle pieniądze za kostium, który dałam do sprzedania, ale czy się zgodzę, bo dają tylko 30 zł. "Bardzo dobrze, moje dziecko - powiedziałam - tylko przynoś jutro bez zawodu. Dostaniesz za drogę". Już chciałam wracać z powrotem pod kołdrę, bo nie całkiem dobrze się czuję, ale Irpo[429] wytelefonowała mnie, żeby iść z nią na zagrychę, a po obiedzie pójdziemy na popis panien z arystokracji, który urządzają na dobroczynny cel św. Wincentego a Paulo w Europie[430]. Umówiłam się na trzecią. Ale nie mam ani grosza, a Kaczmarczykowa, stróż i okoliczne kredyty nadwerężone strasznie. W końcu powędrowałam do IPS-u i pożyczyłam od Skoczylasa 5 zł. Siedział tam i Herbaczewski, który się ze światem i ze mną po długich latach niewidzenia przeprosił i stawiał różnym siedzącym tam arystokratom ponure horoskopy z ręki. Siedział i Staś Ostrowski i kilku innych ramolów. Do stolika literatów w głębi, który jest o wiele ciekawszy i obfituje w młodszych ludzi z mego pokolenia, nie mogę podchodzić i czuć się z nimi jak dawniej, bo stale siedzi między nimi narzeczona Słonimskiego, Żydówka Sajdman, używająca pseudonimu Konarska[431], która mi działa na nerwy, oraz dureń Sobański[432], z którym się też nie znam od jakiegoś czasu, bo żeśmy się pokłócili o zagadnienia snobizmu. Czekam więc przy stoliku ramolów, wreszcie przyleciała Irpo w sobolach, wyfiokowana do niemożliwości jak kurtyzana aleksandryjska, i trochę nasz stół rozruszała. "Chodź, ladacznico - mówię jej - bo się spóźnimy na twoje przedstawienie arystokratyczne, a szkoda coś utracić z dobrej bujdy". Ruszyłyśmy do Simona[433], bo Irena chciała tam zadać szyku, i przeżarłyśmy tam każda te trochę złotych, co miała, bo tam drogo. Potem walimy do hallu w Europie, gdzie Irena się odłączyła, bo miała czynności komitetowe i poszła się zanurzyć w heute-high life. Fajf był wspaniały, wszystkie sale oświetlone żyrandolami. Ubrałam się fatalnie.

Poniedziałek, 5 lutego

Kwiat arystokracji przewalał się tłumem i rzeczywiście ładne postacie i głowy można było widzieć. Rasa i forsa to ładna rzecz. Czułam się zupełnie osamotniona i przegrana. Tak już życie wyrzuciło mnie z koła tych ludzi wspaniałych, despotycznych, bogatych i grzecznych, których tak dobrze kiedyś znałam. Jeszcze tak niedawno, gdy szłam między nich z śp. Karolem - każdy starał się być mi przedstawionym, panie dobijały się, żeby mnie uściskać, ogólny szept przyjazny powtarzał moje nazwisko, tak często czytane w pismach. Byłam pewna siebie, dobrze ubrana, pełna temperamentu przy boku ukochanego Karola. Zaledwie minęło parę lat od tego czasu i dzisiaj wszelkie te stosunki towarzyskie bardzo, bardzo się rozluźniły, i to, muszę przyznać, z mojej winy. Obecnie nie mam już tej śmiałości. Kryję się gdzieś na boku i raczej wolę, żeby mnie nie zauważono... Na szczęście w świetnym tłumie, zajętym sobą, nikt nie spostrzega mego psychicznego katzenjammeru, bo nawet taki bankier Rotwand[434], do którego się dawniej plecami odwracałam, nie poznaje mnie. Co to znaczy wyjść z orbity towarzyskiej, słowo daję. Rozumiem rewolucje, których ofiarą pierwsi padali arystokraci i będą padać, dopóki przy swej pięknej i godnej postaci cielesnej będą mieli te łby zakute i dopóki nie przewidzą i nie zrozumieją, że są kwiatem tych właśnie korzeni, co tkwią pod czarną ziemią. Wyszukałam Irenę i poszłyśmy do szatni, gdzie wisiało tyle cudnych futer, że bardzo łatwo było płaszcz wymienić na znacznie lepszy przy zdumiewającej niedołężności krzątających się w okropnym tłumie dwóch numerowanych, ale postanowiłyśmy odłożyć na inny raz tę okazję i Irpo zaprosiła mnie do kina.

Wtorek, 6 lutego

Z Arturem chyba już zakończone zupełnie, bo od kilku tygodni go nie widziałam. Niech go gęś kopnie.

O czwartej przyszedł Zygmunt Trojanowski[435], żeby pomówić o wystawieniu Paschy. Nie wiem już, czy co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję jutro rozmówić się z księdzem Żongołłowiczem[436]. Maklakiewicz zabrał scenariusz i na razie nie daje mi nic znać.

Żyd Hefner[437] robi mi nadzieję wydania pocztówek z moich obrzędów ludowych i pojechał w tej sprawie do Krakowa porozumieć się z centralą. O piątej był prof. Cierniak[438] z Oświaty. Napisał jakiś tekst ludowy pt. Franusiowa dola i chce, żebym dorobiła ozdoby i ilustracje graficzne. Ale wszyscy nie mają pieniędzy, wszyscy jęczą, wszyscy chcą nie płacić.

Boże, Boże, Boże! Żeby ktoś chociaż jakie a conto dał. Przecież mnie z tego mieszkania lada dzień wyrzucą. Już mam taką listę długów niecierpiących zwłoki, że nie wiem, kiedy się z tego wygrzebię.

Środa, 7 lutego

kelnerzy

13,00 (17)

Kaczmarczykowa (dom)

30,00

Kraków[439]

100,00

(3 mies.) mieszkanie

450,00

ramiarz

46,30

mody

15,00

za książki w Logosie[440]

25,00

Wadowski (farby)

140,00

karton

3,00

farby, Chmielna

4,00

szewc

70,00

telefon (luty)

22,00

Skoczylas

5,00

Ale to nic, bo oto lista starych długów z dawnych dobrych czasów, które wloką się za mną jak ciężar nieznośny, urywają telefon, narastają ciągle procentami w astronomiczne sumy za kary i protesty, żyć nie dają:

meblarz

150,00

Abramson

700,00

Ludwika

600,00

Ewelina

300,00

Myszkorowski

500,00

Herse[441]

400,00

książki

450,00

Thones[442]

100,00

podatki

3300,00

7400,00

Cudna, cudna perspektywa!

Czwartek, 8 lutego

Jaracz rozmówił się ze mną, że na drugi rok jest gotów wystawić Paschę, ale teraz jest stanowczo za późno, bo żeby taką pantomimę zharmonizować z muzyką, zmontować chóry i dekoracje, kostiumy etc., musi mieć ze dwa pełne miesiące prób. Przy tym ma nadzieję, że w przyszłym sezonie będzie miał inny wielki teatr do dyspozycji. Wtedy będziemy gadać serio, zwłaszcza gdyby rząd jeszcze np. przyczynił się finansowo do wystawienia.

Warchałowski powiedział, że Beckowie[443] są ewangelicy i nie mogą patronować przedstawieniu religijnemu.

Do Zawistowskiego nie mogę lecieć z tym, bo nie chcę wchodzić w drogę Harnasiom, na które teraz cała uwaga Oświaty jest zwrócona i nad którymi zacznie się praca, jak tylko Ficio z Moskwy, a Karol Szymanowski z Zakopanego wrócą. Rany boskie, już widzę, że trzeba będzie Paschę odłożyć. Znowu zdechł pies z nadziejami i tchnieniem raju.

Ramiarz się upomina. Inni wierzyciele. Tysiące telefonów. Nie mogę tak siedzieć bez pieniędzy! W ostatniej rozpaczy telefonuję do prof. Cierniaka, czyby nie dał zaliczki choćby z 300 zł, to mu zilustruję Franusiową dolę. Ale nie ma. Nie ma. Dałby, ale

Piątek, 9 lutego

ostatnie 200 złotych wysłał wiejskim uniwersytetom ludowym, gdyż panuje tam formalny głód między młodzieżą. Obiecuje, że może później, za miesiąc, dwa. Trudno się napierać wobec tego, chociaż sytuacja jest diabla.

Trojanowski przyszedł na herbatę i odniósł mi egzemplarz Paschy, z tym, że dowiadywał się o salę w Colosseum[444] z organami, ale dochodzi do przekonania, że przecież za późno jest na opracowanie tego już na tę Wielkanoc, a przy tym nie mamy pieniędzy. Z pustego i Salomon nie naleje. Tworzy on teatr dla dzieci z Kaweckim[445], Gorczyńskim[446] i jakimiś żonami ministrów. Dałam mu do przeczytania pięć małych scenariuszów dla teatru dla dzieci, które przypomniałam sobie, że mam od dawna śród szpargałów. Ogromnie się ucieszył, zabrał je. To coś realniejszego. Może na tym co zarobimy.

Namówiłam Żydka Perle, adwokata często przebywającego śród artystów, żeby kupił ode mnie na drodze licytacyjnej dwie głowy kobiece po sto złotych, to trzecią mu na dokładkę daruję. Dał się namówić. Przyszedł na herbatę. Siedział, siedział i zawracał głowę, ale zostawił mi 120 złotych za te rysunki, bo nie chciał dać więcej. Niech tam będzie 120. Wiwat! Lecę zapłacić Kaczmarczykową i ramiarza, i trochę długów w IPS-ie.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

Jądro ciemności

[1] Tadeusz Lubański, 1893-1967.

[2] Ojciec: Franciszek Lubański (1858-1929), matka: Anna ze Skrzyńskich (1861-1948). Stryjeńska zanotowała na osobnej kartce: "Pater Franciszek Grzymała­-Lubański (z Sandomierskiego). Dobra: Strojno, Różyce, Trojanów, Kisielówka. Mater hr. Anna Zaremba­-Skrzyńska, ur. w Wiedniu, zamieszkała w Krakowie. Dobra: Bachórz pod Przemyślem (Małopolska)".

[3] Pamiętnik Franciszka Lubańskiego obejmuje lata 1891-1923 i znajduje się obecnie w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej.

[4] Aparat telegraficzny z klawiaturą opatentowany w 1855 roku przez Davida ­Hughesa. Pierwszy w historii rodzaj telegrafu automatycznie zapisującego treść wiadomości. W przeciwieństwie do wcześniej używanych aparatów przesyłających znaki alfabetu Morse'a, aparat Hughesa wykorzystywał znaki łacińskie.

[5] Czasopismo wydawane w Galicji w latach 1836-1838 pod redakcją Józefa Mączyńskiego. Ukazywało się trzy razy w tygodniu, przeważały w nim artykuły historyczne, opowiadania, notatki z gazet zagranicznych, wiersze i materiały folklorystyczne.

[6] Zofia miała pięcioro rodzeństwa: Tadeusza (1893-1967), bliźnięta - Stefana (1894-1920) i Stefanię, zwaną Pufcią (1894-1952), Marylę (1897-1981) i Janinę, zwaną Jańcią (1900-1980).

[7] Zofia Lubańska urodziła się 13 maja 1891 roku. Później na każdym dokumencie, także na odpisie aktu urodzenia, datę poprawiła na 13 maja 1897. Spowodowało to wiele kłopotów, np. z przyznaniem emerytury.

[8] Federweis - drobno sproszkowany talk używany m.in. do glansowania skóry.

[9] Peccari lub pekari - typ skóry świńskiej pochodzącej z dzikich zwierząt zamieszkujących Amerykę Południową.

[10] Jacek Malczewski, 1854-1929, malarz, jeden z głównych przedstawicieli symbolizmu przełomu XIX i XX wieku. W latach 1895-1900 i 1912-1921 profesor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych; w okresie 1912-1914 był rektorem tej uczelni.

[11] Schnellkünstler (niem.) - artysta tworzący na poczekaniu.

[12] Stanisław Gabriel Żeleński, 1873-1914, architekt, brat Tadeusza Boya, właściciel pracowni witraży S. G. Żeleński od 1906 roku mieszczącej się na rogu ul. Wolskiej i ul. Swoboda (obecnie róg ul. Piłsudskiego i al. Krasińskiego). Dziś w budynku ma siedzibę Muzeum Witrażu w Krakowie.

[13] Stanisław Kopernicki, 1869-1913, redaktor konserwatywnego dziennika "Czas", wydawanego w Krakowie w latach 1848-1934, a także działacz piłkarski.

[14] Kawiarnia artystyczna skupiająca środowisko Młodej Polski założona przez Ferdynanda Turlińskiego przy ul. Szpitalnej 38. Lokal składał się z restauracji na piętrze, kawiarni na parterze i niewielkiej sali stanowiącej rodzaj zamkniętego klubu, w którym Turliński powiesił siedmiometrowe czyste płótno. Z biegiem czasu odwiedzający lokal artyści zostawili na nim rysunki, sentencje, wiersze satyryczne i karykatury. Na zachowanym do dziś płótnie możemy znaleźć prace m.in. Włodzimierza Tetmajera, Stanisława Wyspiańskiego, Ludwika Solskiego, Lucjana Rydla, Stanisława Przybyszewskiego, Józefa Mehoffera, Mariana Trzebińskiego.

[15] Pierwszy polski kabaret literacki, założony w październiku 1905 roku przez krakowskich poetów, pisarzy, plastyków w cukierni Jana Apolinarego Michalika (zwanej Jamą Michalikową) przy ul. Floriańskiej 45. Działał do 1912 roku (przedstawienia wystawiano sporadycznie do 1915). Związani byli z nim: Tadeusz Boy­-Żeleński, Karol Frycz, Julian Fałat, Witold Noskowski, Jan Stanisławski, Fryderyk Hoesik, Feliks Jasieński­-Manggha, Teofil Trzciński, Leon Wyczółkowski i in. W kabarecie wyśmiewano m.in. konserwatywny establishment Krakowa.

[16] Zosia Lubańska uczęszczała między innymi do szkoły robót ręcznych i seminarium nauczycielskiego (patrz Kalendarium).

[17] Kościół św. Barbary między placem Mariackim a Małym Rynkiem.

[18] Kościół św. Trójcy przy ul. Stolarskiej.

[19] Czamara - dawne męskie ubranie wierzchnie, szamerowane, zapinane pod szyję.

[20] Rechts - um!... (niem.) - W prawo zwrot! W lewo zwrot! W tył zwrot! Raz, dwa! Raz, dwa!

[21] Teodora z Giebułtowskich, 1846-1896, żona Jana, malarza.

[22] Stary Kleparz - najstarsze działające nieprzerwanie targowisko Krakowa, założone w połowie XIV wieku. Niegdyś stanowił rynek osobnego miasta - Kleparza - przylegającego do Krakowa od północy.

[23] Jan Styka, 1858-1925, malarz, ilustrator. Malował obrazy batalistyczne, historyczne i religijne. Inicjator i współtwórca Panoramy Racławickiej.

[24] Juliusz Leo, 1862-1918, ekonomista, prawnik i polityk, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezydent Krakowa od roku 1904 aż do śmierci. Zasłużył się zwłaszcza dla rozwoju gospodarczego, kulturalnego i terytorialnego miasta. Poseł do galicyjskiego Sejmu Krajowego, do austriackiej Rady Państwa, pierwszy prezes Naczelnego Komitetu Narodowego i jeden z inicjatorów powstania Legionów Polskich.

[25] Dziennik liberalno­-demokratyczny wydawany w Krakowie w latach 1882-1928. Jego wieloletnim redaktorem naczelnym był Michał Konopiński.

[26] Sklep przy ul. św. Anny 2.

[27] Gargantua - nienasycony żarłok, mityczny król olbrzymów. Jedna z tytułowych postaci powieści François Rabelais'go Gargantua i Pantagruel.

[28] Cyncynat, Lucius Quinctius Cincinnatus (V w. p.n.e.), wódz rzymski, przez starożytnych historyków uważany za wzór cnót obywatelskich. Według legendy posłowie przekazujący mu nominację senatu na dyktatora w wojnie z Ekwami (458 r. p.n.e.) zastali go orzącego pole. Po odniesieniu zwycięstwa nad wrogiem natychmiast złożył urząd i powrócił do pracy na roli.

[29] Tj. o budowie ciała charakterystycznej dla tzw. pyknika: mały lub średni wzrost, silnie rozwinięta tkanka tłuszczowa, krótkie kończyny i szyja, duża głowa i okrągła twarz.

[30] Właśc. Kybele, frygijska bogini płodności, urodzaju, wiosny i miast obronnych, strażniczka zmarłych. Czczona w Małej Azji jako Wielka Macierz; symbol macierzyństwa.

[31] A nous la liberté (fr.) - dla nas wolność.

[32] Ze wspomnień Franciszka Lubańskiego wynika, że w połowie sierpnia 1900 roku Lubański sprzedał jedną z nieruchomości niejakiemu Witkowskiemu. Kamienica była zadłużona na 10 000 koron u lekarza Szymona Halperna, Żyda, ale Witkowski wziął ten dług na siebie. Tyle że pożyczki nie spłacał. Halpern postanowił więc wyegzekwować należność u Lubańskich (Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, Wołowiec 2015, s. 15).

[33] Z pamiętnika Franciszka Lubańskiego, wpis dotyczący 1901 roku: "[...] w dniu 27 stycznia [...] Żyd Halpern [...] zaintabulował się [tj. wpisał do księgi gruntowej lub wieczystej] na wszystkich naszych realnościach, tj. na kamienicy na Groblach (ul. Zygmuntowska), na kamienicach wziętych od Witkowskich i na trzech parcelkach koło tychże. Nadto dnia 4 lutego zajął mi sklep i urządzenia domowe. [...] Licytacja handlu i rzeczy z mieszkania odbyła się między 7-12.03. Tak towary w sklepie, jak i urządzenie domowe nabył przybyły nam z pomocą w tym wypadku pan Tomasz Gramatyka, ślusarz i właściciel realności przy ul. Retoryka 12. Temu to zawdzięczamy, żeśmy jeszcze nie zostali zupełnie zrujnowani i handel nasz pozostał w naszym ręku, który prowadziliśmy pod firmą pani Herminy Myczkowskiej, przyjaciółki p. Gramatyki. Domu na Groblach pozbyliśmy się w drodze zamiany za połowę idealną czterech domów przy ul. Długiej i Krzywej, którą to połowę nabyliśmy na nazwisko siostry Andzi p. Pauliny Dębickiej. Inne nasze realności skutkiem tego Halperna, a głównie z powodu upadku wartości realności przez wysokie podatki domowo­-czynszowe i podatek za przenośne (4%) i braku nabywcy powystawiane zostały na licytację. Trzy parcele [...] zostały sprzedane dnia 26 lipca za 11 400 koron. Kupiła je wierzycielka nasza Leonora Märzowa przez adwokata Horowitza. Dom zaś przy ul. Trzeciego Maja kupił Maximilian Blumenfeld za 30 000 k[oron] dnia 35 czerwca [dopisek Stryjeńskiej z 1953 roku: "Boże miły, Boże, Boże"]. [...] Dnia 27 sierpnia 1900 nabyła Andzia dom w Liszkach, który to dom sprzedaliśmy 2 kwietnia 1901 roku, a uzyskane fundusze z tej sprzedaży były dla nas w tym nieszczęśliwym roku niezmiernie cenną pomocą. W pierwszych dniach lipca przeprowadziliśmy się na plac Szczepański (z ul. Krzywej l[ok]. 3, gdzieśmy mieszkali przez trzy miesiące - niby w swoich domach). Przy placu Szczepańskim wynajęliśmy mieszkanie złożone z trzech pokoi, przedpokoju i kuchni na I piętrze z balkonem, za cenę 450 zł[otych] r[eńskich] rocznie. Płaciliśmy miesięcznie pow. czynsz po 37 zł 50. Z końcem września sprzedano nasz ostatni dom przy ul. Poniatowskiego 6 na sądowej licytacji. Nabył go bank z Białej".

[34] Franciszek Lubański określa lokal przy ul. św. Anny jako piękny i duży. Mniejszy, o którym pisze Stryjeńska, znajdował się przy ul. Brackiej. Z pamiętnika Franciszka Lubańskiego, wpis dotyczący 1907 roku: "Z powodu burzenia domu, w którym mieliśmy handel przy ul. Grodzkiej l[ok]. 26, musieliśmy się oglądać za innym lokalem. Wynająłem więc sklep, jaki mi się trafił, przy ul. Brackiej l[ok]. 3. Z powodu braku ogólnego lokali sklepowych w mieście byłem kontent i z tego, chociaż małego i nieodpowiedniego przy bocznej ulicy. Cena tego sklepiku była 720 k[oron] rocznie. Już miałem w druku adresy do rozdania klientom o przemienieniu na Bracką ul. mego handlu, gdy wtem parę dni przed terminem wyprowadzenia się, tj. w Wielki Wtorek 20 marca, trafił mi się lokal wspaniały, wielki, z wielkimi oknami wystawowymi przy ul. św. Anny l[ok]. 2 w domu hr. Rajala, który zaraz wynająłem [...]. Cena tego sklepu była 1500 zł, czyli 3000 k[oron] rocznie".

[35] Stefan Lubański grał na flecie.

[36] Zosia Lubańska na studia do Monachium wyjechała 1 października 1911. Z pamiętnika Franciszka Lubańskiego z 1911: "Dała sobie obciąć włosy, ubrawszy się w ubranie częścią Tadzia, częścią Stefcia, odziała się w pelerynę Tadzia i tak wyjechała wczesnym rankiem, niepoznana przez nikogo, wziąwszy ze sobą sto kilkadziesiąt marek. Rzeczy inne i prace rysownicze i malarskie zostały naprzód wysłane na poste restante. Po blisko dwóch tygodniach milczenia doniosła nam, że zwalczywszy wszelkie przeszkody, przyjęta została do królewskiej akademii malarskiej [...]. Posługiwała się tam dokumentami brata Tadeusza, przedstawiała się jako Tadeusz Grzymała (Grimala)". Otrzymała legitymację (Legitimations­-Karte) numer 372. Opłaty upoważniały ją do studiów w semestrze zimowym i letnim 1911/1912. Zofia wróciła do Krakowa 24 października 1912 roku.

[37] Do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pierwsze studentki przyjęto dopiero w semestrze zimowym 1920/1921.

[38] W latach 1901-1910 Lubańscy przeprowadzali się co najmniej kilkanaście razy.

[39] Stryjeńska przez lata utrzymywała, że rodzice nie wiedzieli o jej wyprawie. Prawdopodobnie było inaczej. Franciszek nie tylko odnotował w pamiętniku, że "[Zosia] wyjechała wczesnym rankiem, niepoznana przez nikogo", ale podał również nazwisko notariusza, do którego zanieśli dokumenty potrzebne na studia - Klemensiewicz (Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, dz. cyt., s. 39).

[40] W 1908 roku Zosia Lubańska zaczęła uczyć się rysunku w prywatnej szkole artystycznej Leonarda Stroynowskiego, a po jej zamknięciu w 1909 roku uczęszczała do Szkoły Sztuk Pięknych dla Kobiet Marii Niedzielskiej przy ul. Kolejowej 3 (czesne wynosiło 30 koron miesięcznie). W szkole wykładali profesorowie krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, między innymi Józef Pankiewicz, Stanisław Dębicki, Jacek Malczewski, Wojciech Weiss, Leon Wyczółkowski. Zosia dostaje w tym czasie pierwsze poważne zlecenia. Maluje portret "znajomej izraelitki Brachfeldowej" (nie zachował się), a wkrótce Stanisław Gabriel Żeleński (patrz s. 606, przyp. 12) zamawia u niej dwa "witraże ludowe". Za zarobione 80 koron Zofia opłaca dodatkowy kurs w szkole Marii Niedzielskiej oraz kurs sztuki dekoracyjnej u Jana Bukowskiego, malarza, ilustratora i witrażysty.

[41] Gabriel von Hackl, 1843-1926, niemiecko­-austriacki malarz historyczny, w latach 1878-1919 profesor rysunku w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych.

[42] Hugo von Habermann, 1849-1929, niemiecki malarz historyczny i rodzajowy, portrecista.

[43] Fritz Burger, 1877-1916, niemiecki historyk sztuki i artysta, posługiwał się głównie techniką pasteli.

[44] Jerzy Warchałowski, 1874-1939, krytyk sztuki, współzałożyciel i główny teoretyk Towarzystwa Polska Sztuka Stosowana, spółdzielni artystów i rzemieślników Warsztaty Krakowskie, spółdzielni artystycznej "Ład", redaktor miesięcznika "Architekt". Komisarz działu polskiego na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu w 1925, członek założyciel Instytutu Propagandy Sztuki. Autor pierwszej monografii twórczości Zofii Stryjeńskiej (Jerzy Warchałowski, Zofia Stryjeńska, Warszawa 1929).

[45] W grudniu 1912 w pałacu Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie Zosia Lubańska pokazała Polskie bajdy na tle opowieści ludowych. Przedstawiały siedem bajek na 18 kartonach: O kmiotku Roztropku i jego chłopskim rozumie, O Maćku Piecuchu i królewnie Gapiomile, O diable Wódkorobie i chłopie Charłaku, O dwóch braciach Okpile i Biedzile, O Chciwcu z kwiatem paproci, O dziadku kościelnym, o placku i prawdzie, O Twardowskim i jego uczniu. Kompozycje składały się z obrazów ujętych w obramowania ze słownych opowieści. Jerzy Warchałowski w "Czasie" napisał: "Ta pierwsza praca [...] jest więcej niż ujmującą ilustracją, jest osobistym, twórczym przeżyciem na nowo świata bajki, znanego od dziecka [...] oryginalnym wierszem skreślone słowa tekstu uzupełniają obrazki, które choć pełne walorów plastycznych, nie mają, zdaje się, jeszcze żadnych ambicji formalnych, pozbawione są wszelkich śladów rozmyślań na temat sztuki, są po prostu najbliższym artystce środkiem wypowiedzenia się, wyładowaniem doświadczeń i obserwacji, powiedziałbym naiwnym, gdyby nie ujawniona fenomenalna sprawność techniczna i oryginalność malarskiego temperamentu. Całość przepojona poezją, szczegóły zaś przepojone realizmem i humorem" (Jerzy Warchałowski, Bajki w obrazach Zofii Lubańskiej, "Czas" 1913, nr 207 i 209).

[46] Z pamiętnika Franciszka Lubańskiego, wpis z roku 1913: "W końcu kwietnia 1913 odstąpiła Zosia swoje Bajki, 18 sztuk obrazków ze znaczną ilością kartonów z wierszowaną treścią wypisaną ręcznie pismem naśladującym stary druk, hrabiemu Edwardowi Tyszkiewiczowi, zamieszkałemu przy ul. Łobzowskiej 1/22 za 3.000 k[oron], które miały być wypłacone w kilku ratach. Pierwsza rata doszła ją w dniu św. Stanisława, 8 maja, w kwocie 1.000 k[oron]. Z powodu tego cała rodzina była b. uradowana, gdyż stosunki pieniężne były u nas nader skromne. Z tej okazji powodzenia swego Zosia zapragnęła to swoje szczęście dać odczuć swoim najbliższym i postanowiła znaczną część tej kwoty podzielić wspaniałomyślnie między rodziców i swe rodzeństwo, obdarzając każde znaczną kwotą, a mianowicie Mamusi 100 k[oron], Tadkowi posłała do Grenobli 100 franków, Stefcia, Stefcio, Maryla i Janka dostały od niej po 50 k[oron]".

[47] Żeleńscy: Tadeusz Boy, 1874-1941, tłumacz literatury francuskiej, krytyk literacki i teatralny, pisarz, eseista, oraz jego żona Zofia z Pareńskich, 1886-1956.

[48] Puszetowie: Ludwik du Puget, 1877-1942, rzeźbiarz, malarz, historyk sztuki, felietonista, członek Towarzystwa Artystów Polskich "Sztuka", Towarzystwa Polska Sztuka Stosowana, współzałożyciel Towarzystwa "Rzeźba", i jego żona Julia z Kwileckich, 1877-1951, malarka, działaczka społeczna i polityczna.

[49] Jachimeccy: Zdzisław, 1882-1953, historyk muzyki, muzykolog, kompozytor, członek Polskiej Akademii Umiejętności, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, i jego żona Zofia z Godzickich, 1886-1973, tłumaczka literatury francuskiej i włoskiej.

[50] Starzewscy: Rudolf, 1870-1920, dziennikarz "Czasu", publicysta, z wykształcenia prawnik. Pierwowzór postaci Dziennikarza w Weselu Wyspiańskiego. Popełnił samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości do żony Tadeusza Boya­-Żeleńskiego, z którym się przyjaźnił. Jego brat Tadeusz, 1860-1931, notariusz, prezes Izby Notarialnej w Krakowie, szef Departamentu Skarbu Naczelnego Komitetu Narodowego. Jego młodszy syn Jan był pierwszym mężem Magdaleny Samozwaniec.

[51] Właśc. Muzeum Techniczno­-Przemysłowe przy ul. Smoleńsk 9. Powstało w 1868 z inicjatywy Adriana Baranieckiego w celu podniesienia poziomu polskiego rzemiosła oraz promowania rozwoju przemysłu i techniki. Początkowo nosiło nazwę Miejskie Muzeum Techniczno­-Przemysłowe w Krakowie, następnie - od 1920 - Miejskie Muzeum Przemysłowe im. dr. Adriana Baranieckiego w Krakowie, a od 1934 - Muzeum Przemysłu Artystycznego w Krakowie. Zofia wykonała dekorację zdobiącą północną i zachodnią ścianę holu na pierwszym piętrze. Są to freski wykonane w formie skrzynek wmurowanych w ścianę (tzw. murki) przedstawiające siedmiu bogów słowiańskich: Pogodę, Trygława, Boha, Lubina, Swaroga z Radogoszczy, Warwasa z Rugii oraz Lelum. Do tej pory uważano, że "okres bożków" w życiu artystki zaczął się około 1915. W zachowanych strzępach zeszytu Stryjeńskiej z 1913 roku pojawiają się jednak pierwsze zapiski dotyczące tego tematu (m.in. imiona bogów: Dażboh, Miawa, Biruta, Siwa, Homiłło, Łado, Cyca, Żywia i inni).

[52] Tadeusz Stryjeński, 1849-1943, wybitny architekt i konserwator zabytków, przedstawiciel secesji i modernizmu. Studiował na politechnice w Zurychu i Wiedniu oraz w Szkole Sztuk Pięknych w Paryżu. Od 1906 roku był dyrektorem Muzeum Techniczno­-Przemysłowego oraz Instytutu Sztuk i Rzemiosł. Prowadził prace konserwatorskie m.in. w kościele Mariackim, któremu przywrócił pierwotny gotycki charakter, czy kościele św. Krzyża. Zaprojektował wiele gmachów użyteczności publicznej. W latach 1904-1906 wraz ze swoim uczniem Franciszkiem Mączyńskim przebudował fasadę Teatru Starego. Jako pierwszy w Polsce wprowadził do budownictwa technikę żelbetu. Był synem Aleksandra, 1803-1875, oficera piechoty, który skazany na śmierć za udział w powstaniu listopadowym zbiegł do Francji, a następnie osiedlił się w Szwajcarii i ożenił się z Pauline de Lestocq, 1820-1902. Był wybitnym kartografem, uhonorowanym za zasługi obywatelstwem szwajcarskim (prawo do obywatelstwa otrzymała także cała rodzina Stryjeńskich).

[53] Spółdzielnia artystów i rzemieślników działająca od 1913 roku do 1926 przy Muzeum Techniczno­-Przemysłowym w Krakowie. Zrzeszeni w Warsztatach artyści projektowali i wykonywali wraz z rzemieślnikami przedmioty użytkowe, m.in. zabawki, meble, kilimy, przedmioty dekoracyjne. Ich wyroby nawiązują zarówno w treści, formie, jak i zdobieniu do tradycji i folkloru polskiego, szczególnie krakowskiego. Zofia Stryjeńska współpracowała z Warsztatami Krakowskimi od 1916 roku, a w 1918 roku została ich członkinią. Projektowała m.in. drewniane zabawki, malowane lalki, zwierzęta, ptaki, a także klocki oklejane scenami obrzędów polskich (Wianki, Dożynki, Śmigus, Z gwiazdą i turoniem). Nakładem Warsztatów Krakowskich ukazały się także w 1917 roku dwie serie jej pocztówek Z kolęd.

[54] Karol Stryjeński, 1887-1932, syn Tadeusza i Marii z Bobrownickich, 1854-1914, architekt, rzeźbiarz, grafik. W latach 1907-1911 studiował architekturę na politechnice w Zurychu a w latach 1912-1913 rzeźbę w paryskiej Szkole Sztuk Pięknych. Pracował w biurze architektonicznym ojca, w Warsztatach Krakowskich, był dyrektorem Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem, w 1927 roku objął na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych katedrę rzeźby monumentalnej, a w 1932 został dyrektorem Instytutu Propagandy Sztuki.

[55] 4 listopada 1916 roku w kościele karmelitów pod wezwaniem św. Szczepana. Z pamiętnika Franciszka Lubańskiego, wpis z 1916 roku: "Dnia 4 listopada poślubiła Zosia w kościele oo. karmelitów na Piasku Karola Stryjeńskiego, technika [Stryjeńska przekreśliła to słowo i napisała "architekta"] zatrudnionego przy odnowieniu Zamku na Wawelu. Ślubu udzielał ks. Masny, proboszcz parafii św. Szczepana, były katecheta Zosi przez pewien czas, gdy uczęszczała do seminarium nauczycielskiego".

[56] Według zapisu w księdze ślubów świadkami byli "Jerzy Warchałowski, redaktor miesięcznika "Architekt", i Wojciech Jastrzębowski, żołnierz Legionu Polskiego". Z rodziny na ślubie obecna była jedynie Stefania.

[57] Dom towarowy Reim i Spółka, Rynek 37.

[58] Z pamiętnika Franciszka Lubańskiego, wpis z 1916 roku: "Karol jest człowiekiem nie lubiącym w podobnych rzeczach rozgłosu, więc w porozumieniu z Zosią trzymali swe zamiary w tajemnicy, tak że Zosia właściwie prawie dzień przedtem uświadomiła nas, że ślub jej z Karolem w sobotę się odbędzie. A ponieważ się wszystko odbywało rzekomo w sekrecie, więc było ułożone, że nikt z krewnych nie będzie obecny. Więc my, rodzice, nie byliśmy na ślubie własnej córki ani ojciec i krewni z jego strony, co nam było b. przykro i dziwnie".

[59] Wojciech Jastrzębowski, 1884-1963, projektant wnętrz i sztuki użytkowej, grafik, uczeń Józefa Mehoffera, współzałożyciel Warsztatów Krakowskich, Spółdzielni Artystów Plastyków "Ład" oraz Instytutu Propagandy Sztuki. Od 1912 był kierownikiem artystycznym i wykładowcą na Kursach dla Rzemieślników organizowanych w Muzeum Techniczno­-Przemysłowym w Krakowie oraz prowadził zajęcia w Szkole Sztuk Pięknych dla Kobiet Marii Niedzielskiej. W latach 1923-1962 profesor ASP w Warszawie. Zajmował się architekturą wnętrz, sztuką stosowaną (meble, tkaniny) i wystawiennictwem; projektował też witraże, polichromie, sgraffita, a także wzory monet, medale, nagrobki; wykonywał ilustracje książkowe, plakaty itp.; był jednym z głównych twórców polskiego stylu art déco.

[60] Kossakowie: Wojciech (1956-1942) i Maria z Kisielnickich (1864-1943) wspólnie z córkami Marią (Lilką, późniejszą Pawlikowską­-Jasnorzewską, 1891-1945) i Magdaleną (pseud. Samozwaniec, 1894-1972) mieszkali na Kossakówce, neogotyckim dworku przy placu Juliusza Kossaka 4 w Krakowie. Magdalena Samozwaniec wspominała: "Zofia była na Kossakówce bardzo częstym gościem, tym bardziej że Wojciech przepowiadał jej wspaniałą malarską karierę. W ogóle mało było malarzy, którzy by tak się radowali jakimś nowym młodym talentem jak on. Zofia robiła tysiące nietaktów i faux pas, ale bezpośredniością i jakimś swoistym zamorusanym wdziękiem zdobywała każdego. W swoim mężu Karolu Stryjeńskim kochała się dziko, zachłannie i histerycznie. Wszyscy w krakowskim artystycznym światku wiedzieli, że oboje ze sobą "chodzą", ale nikt nie przypuszczał, że te dwa cygany - on pochodził z niezwykle kulturalnego i inteligentnego środowiska, a ona z drobnomieszczańskiego milieu - pobiorą się. Któregoś popołudnia Zosia wpadła na Kossakówkę w białej atłasowej bluzce (która wyjątkowo nie wychodziła z pas­ka), z bukietem białych kwiatów, czerwona, z nienaturalnie błyszczącymi oczami. - Przed chwilą wzięłam ślub z Karolem! - zawołała roztrzęsionym głosem. - I uciekłam mu! - Dlaczegoś mu uciekła? Co się stało? - Chcę, aby mnie szukał. Za chwilę jadę do Zakopanego. Gdyby tu przyszedł, błagam, nie mówcie, że byłam i dotąd pojechałam! Obie siostry, Lilka i Madzia, spojrzały na nią jak na wariatkę: - Ale po coś to zrobiła? Przecież go tak kochasz... - Właśnie dlatego. Chcę, żeby się niepokoił... aby mnie przez to jeszcze więcej kochał. Ach, drogie moje - rzekła, rzucając im się na szyję - wy nie wiecie, jaka jestem szczęśliwa, to jest szczęście ponad siły! - rozpłakała się i uciekła. Trzy dni samotnie włóczyła się po górach, po czym wróciła do męża, który przerażony i zaniepokojony szukał jej po całym Krakowie" (Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena, Kraków 1956, s. 150-151).

[61] Brzozowscy: rodzina Kazimierza Brzozowskiego, 1871-1945, malarza, grafika, projektanta kilimów i mebli, autora pejzaży tatrzańskich oraz portretów, członka Towarzystwa Polska Sztuka Stosowana.

[62] Egon Petri, 1881-1962, niemiecki pianista i pedagog holenderskiego pochodzenia.

[63] Jastrzębowscy: Wojciech (patrz s. 611, przyp. 59) i Maria Halina z Rybickich.

[64] Józef Czajkowski, 1872-1947, malarz, architekt (uczeń Tadeusza Stryjeńskiego), grafik, pedagog. Jeden z założycieli towarzystwa Polska Sztuka Stosowana, członek Warsztatów Krakowskich. W 1919 został profesorem Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, a w 1922 Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie. Przygotował projekt polskiego pawilonu na Międzynarodową Wystawę Sztuki Dekoracyjnej w 1925 roku. Za tę realizację otrzymał złoty medal w dziedzinie architektury.

[65] Oprócz siostry Joanny (patrz s. 620, przyp. 152) Karol Stryjeński miał jeszcze troje rodzeństwa: Pawła (1883-1919), Władysława (1889-1956) i Leokadię (1895-1967).

[66] Karol Hubert Rostworowski, 1877-1938, dramaturg, poeta, publicysta. Sławę przyniosła mu wystawiona w Krakowie w 1913 tragedia psychologiczna Judasz z Kariothu.

[67] Idalia Pawlikowska z Kotarbińskich, 1870?-1937, malarka, literatka, żona Tadeusza, 1861-1915, dyrektora Teatru Miejskiego w Krakowie (później Teatru im. Juliusza Słowackiego) oraz Teatru Miejskiego we Lwowie, reżysera i krytyka teatralnego.

[68] Aleksander Rosner, 1867-1930, ginekolog i położnik, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, dyrektor Kliniki Ginekologii i Położnictwa w Krakowie. W latach 20. jako pierwszy w Polsce podjął próby radioterapii w leczeniu nowotworów.

[69] Zygmunt Dygat, 1894-1977, pianista, kameralista i pedagog. Uczeń m.in. Ignacego Jana Paderewskiego i Jerzego Lelewicza.

[70] Adam Dygat, 1893-? (zmarł podczas wojny w ZSRR, po zesłaniu na Sybir), brat Zygmunta, urzędnik bankowy, mąż (wtedy jeszcze narzeczony) Stefanii Lubańskiej, siostry Zofii.

[71] Teki jako wydawnictwo nie ukazały się, natomiast kompozycje z tego cyklu (24 plansze pięciobarwne 60 × 76 cm) pokazywano na wielu wystawach, niektóre były też reprodukowane, także na pocztówkach, m.in. Taniec babski.

[72] Prawdopodobnie chodzi raczej o planszę.

[73] Krakowskie osiedle willowe z początku XX wieku położone na zachód od centrum miasta na terenie dawnej wsi Zwierzyniec, dziś część dzielnicy Zwierzyniec.

[74] Cykl obrazów wykonanych akwarelami i gwaszem w latach 1917-1918. Składa się z pięciu dzieł: Zmartwychwstanie, Kobiety u grobu, Chrystus i Magdalena (zwany też Ogrodnikiem), Spotkanie z Synem, Ukazanie się apostołom. Pascha (szczególnie Spotkanie z Synem) była prezentowana na licznych wystawach Stryjeńskiej w kraju, a także ekspozycjach sztuki polskiej za granicą. W 1929 roku w oficynie Jakuba Mortkowicza ukazał się także album Pascha. Pieśń o Zmartwychwstaniu Pańskim z reprodukcjami obrazów oraz tekstem i rysunkami artystki.

[75] "Dekoracja składała się z trzech, płynnie przechodzących w siebie, stref: najniższej - ze zwierzętami pośród wybujałej roślinności, wyższej - przedstawiającej różne sceny z życia Słowian, a na sklepieniu widnieli bogowie słowiańscy: Kupało, Pogoda, Dziedzilia­-Flora, Perkunes, Radegast ze Żmudzi, Trygław, Marzanna­-Proserpina, Warwas, Swarog, Lelum, Boh i Weles. Polichromia wykonana farbą o spoiwie kazeinowym na tynku nie ­przetrwała do naszych czasów" (Agnieszka Żuber, Bożki słowiańskie w twórczości Zofii Stryjeńskiej, praca licencjacka, promotor dr hab. Iwona Luba, Uniwersytet Warszawski, Instytut Historii Sztuki, 2015, maszynopis, s. 9).

[76] Gontyna - świątynia pogańska u dawnych Słowian, Prusów i Litwinów.

[77] Adolf Szyszko­-Bohusz, 1883-1948, architekt, konserwator i historyk architektury. Profesor Politechniki Lwowskiej i Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Katedry Architektury Zabytkowej w Akademii Sztuk Pięknych, której następnie był rektorem, kierownik Katedry Projektowania Monumentalnego na Politechnice Warszawskiej. Przeprowadził restaurację Collegium Maius, a następnie zamku wawelskiego.

[78] Do lat 30. przetrwały zaledwie fragmenty polichromii, w 1939 roku udało się je przefotografować Jerzemu Halewiczowi (patrz s. 241 i s. 682, przyp. 42). Niewykluczone, że przyczyną była także stosunkowo wówczas jeszcze niewielka wiedza Stryjeńskiej o technikach malarstwa ściennego.

[79] Właśc. Musée des Arts et Métiers (Muzeum Sztuki i Rzemiosła). Stryjeńska odnosi się do Muzeum Techniczno­-Przemysłowego (patrz s. 610, przyp. 51), nawiązując do nazwy paryskiego muzeum gromadzącego i prezentującego urządzenia, modele i rysunki techniczne.

[80] Magdalena Stryjeńska urodziła się 7 lipca 1918. Zmarła w 1991 roku.

[81] Stryjeńska bierze udział w konkursie na plakat poznańskiej fabryki papierosów Patria, zdobywa pierwszą nagrodę (9 marca 1919), wystawia prace w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie (otwarcie 2 kwietnia 1919) oraz na XII Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Wenecji (9-12 maja 1920) w osobnym pawilonie polskim. Katalog Zachęty odnotowuje 156 jej prac, w tym Romans z życia nieznanego artysty, na który składa się kilkanaście obrazów namalowanych akwarelą i nawiązujących do platonicznej miłości Zofii Lubańskiej do rosyjskiego tancerza, choreografa i malarza Aleksandra Sacharowa poznanego w Monachium. Jerzy Warchałowski w monografii Stryjeńskiej wspomina: "Zostało po nim niestety tylko wspomnienie. Plansze akwarelowe pocięte na kawałki, niektóre zniszczone, inne rozproszone. Przeszła przez nie jakaś burza. W pamięci zachowaliśmy: wielkie przestrzenie, potoki światła, głębokie perspektywy, tłum aktorów jakiegoś dramatu, ktoś wykrada im tajemnicę, demaskuje światową obłudę, zagląda za kulisy życia i teatru. I tu, jak w bajkach, nie można oderwać się od treści, oddzielić formy od akcji i poezji. Romans niedokończony rozgrywa się w ramach czterech pór roku na tle wielkoświatowego życia, teatru, balów, koncertów, podróży. Ale punktem wyjścia zawsze polska wieś i jej bohater pastuszek w zgrzebnej koszulinie, w słomianym kapeluszu, w mroźny dzień, zmierzch styczniowy stąpający bosymi nóżkami po śniegu białym. Przed nim fantastyczne postacie, gnane namiętnościami, pędzą w świat - po miłość i ból" (Jerzy Warchałowski, Zofia Stryjeńska, dz. cyt., s. 19-20; pastuszek to najprawdopodobniej sama Zofia). Warchałowski publikuje trzy karty z tego cyklu: dwie całe i jedną we fragmencie. Kilka lat temu w magazynach Muzeum Teatralnego odnaleziono kolejną planszę, zachowaną prawie w całości. Na rysunku Sacharow tańczy w zwiewnych szatach.

[82] Motywami zaczerpniętymi z kolęd Stryjeńska posługiwała się bardzo często, m.in. w Jasełkach wydanych nakładem Naczelnego Komitetu Narodowego na cele Legionów, Kraków 1916, Pastorałce złożonej z 7 kolęd i dwóch seriach pocztówek Z kolęd wydanych w 1917 roku przez Warsztaty Krakowskie, Kolędach wydanych nakładem Jana Buriana w drukarni Rola w Warszawie w 1926 roku.

[83] Klub futurystów i formistów krakowskich założony w 1921 roku w podziemiach kawiarni Esplanada u zbiegu ul. Krupniczej i Podwale, należącej do Karola Wołkowskiego. Nazwa klubu odnosiła się do półokrągłego kształtu narożnej salki, w której się mieścił. Odbywały się tutaj głośne dyskusje na temat roli współczesnej sztuki oraz huczne spotkania towarzyskie. Do szczególnie aktywnych gości należeli: Tytus Czyżewski, Bruno Jasieński, Stanisław Młodożeniec, bracia Andrzej i Zbigniew Pronaszkowie, Leon Chwistek, Stanisław Ignacy Witkiewicz. Ściany klubu, podobnie jak Jamy Michalikowej - siedziby Zielonego Balonika (patrz s. 606, przyp. 15) - artyści pokryli "jaskrawymi malowidłami przedstawiającymi tłum zdeformowanych figur i twarzy wśród geometrycznych płaszczyzn. Na środku pokoju wisiała niesamowita lampa monstrum - jednym kojarzyła się z apokaliptycznym ptakiem, innym przypominała pająka chodzącego po suficie. Jej autorem był podobno Tytus Czyżewski" (Jerzy Lau, Teatr artystów Cricot, Kraków 1967, s. 30).

[84] Bertrand Arthur William Russell, 1872-1970, brytyjski filozof, logik, matematyk, eseista, laureat literackiej Nagrody Nobla.

[85] Leon Chwistek, 1884-1944, malarz, filozof, matematyk, teoretyk sztuki. Zofia Stryjeńska przyjaźniła się z Chwistkiem i jego żoną Olgą ze Steinhausów, 1892-1962.

[86] Formiści - awangardowe ugrupowanie artystyczne założone w 1917 roku w Krakowie w atmosferze oddziaływania nowych kierunków sztuki europejskiej (ekspresjonizmu, kubizmu, futuryzmu). Jego członków łączyło wspólne stanowisko przyznające formie nadrzędną rolę w dziele sztuki, sprzeciw wobec sztuki naturalistycznej oraz dążenie do logicznie uporządkowanej formy. Ich działalność poza plastyką obejmowała także literaturę. Głównym teoretykiem ugrupowania był Leon Chwistek, ważnymi członkami m.in. Tytus Czyżewski, Zbigniew Pronaszko, Andrzej Pronaszko, Konrad Winkler, Artur Zamoyski, Stanisław Ignacy Witkiewicz. Na początku lat dwudziestych nastąpił powolny rozpad ugrupowania. Zofia Stryjeńska nie była z nim oficjalnie związana, jak pisze Karol Estreicher "współpracowała z formistami dla rozgłosu, lecz nie z powodu przekonań artystycznych" (Karol Estreicher, Leon Chwistek. Biografia artysty, Kraków 1971, s. 359-360). Członków ugrupowania łączyły także więzi towarzyskie: Chwistek namalował w 1921 roku portret Stryjeńskiej (Malarka), gościł artystkę w swoim zakopiańskim domu oraz pochlebnie pisał o jej twórczości, Witkacy zaprojektował dla niej ex libris i zadedykował wiersz Artysta i znawcy.

[87] Klub zamknięto po kilku latach. Właściciel Esplanady, ulegając naciskom konserwatywnej opinii Krakowa, oddzielił salkę od kawiarni i wynajął ją firmie sprzedającej maszyny do pisania.

[88] Józef Albin Herbaczewski, właśc. Juozapas Albinas Herbačiauskas, 1876-1944, poeta litewski piszący po litewsku i po polsku, twórca litewskiego ekspresjonizmu, dramaturg, krytyk literacki, publicysta i tłumacz. Popularna postać Krakowa, częsty gość Zielonego Balonika.

[89] Gaudean (łac.) - tu: wesołek.

[90] Andrzej Pronaszko, 1888-1961, malarz, scenograf, współtwórca formizmu w malarstwie i scenografii, lub jego brat Zbigniew Pronaszko, 1885-1958, malarz, rzeźbiarz, scenograf, współtwórca awangardowego teatru Cricot. Obaj brali udział w zebraniach Gałki Muszkatołowej.

[91] Józef Jarema, 1900-1974, malarz, dramaturg, członek grupy kapistów. W 1933 roku współtworzył teatr Cricot. Po 1945 roku pracował i mieszkał we Włoszech i Francji.

[92] Jacek Puszet, du Puget, 1904-1977, syn Ludwika i Julii z Kwileckich (patrz s. 610, przyp. 48), rzeźbiarz, uczeń Xawerego Dunikowskiego i Émile'a Antoine'a Bourdelle'a, członek Towarzystwa "Rzeźba" i grupy kapistów. Od 1946 roku profesor ASP w Krakowie, projektował także scenografię dla teatru Cricot.

[93] Tytus Czyżewski, 1880-1945, malarz, poeta, krytyk i teoretyk sztuki, współtwórca grupy Formiści (patrz s. 615, przyp. 86), jeden z teoretyków formizmu; brał także udział w pierwszych wystąpieniach polskich futurystów. Współtwórca polskiej awangardy literacko­-artystycznej.

[94] Z pamiętnika Franciszka Lubańskiego, wpis z 1919 roku: "Dnia 8 września [1919] Zosia wyjechała na dłuższy czas w podróż. Najpierw do Warsz[awy], a potem stamtąd ma jechać z Karolem do Paryża, a nawet dalej. Zostawiła 1000 k[oron] na pielęgnowanie Magdzi. Karol wyjechał za nią dnia 12 września, częścią sprzedawszy, częścią pochowawszy swoje meble i rzeczy u znajomych i u nas. [...] Dnia 4 października przyjechała Zosia z Karolem [...]. Karol wyjechał 6­-go, a Zosia 7­-go października do Warszawy. [...] Dnia 16­-go [października] Zosia i Karol wyjechali pociągiem koalicyjnym do Paryża".

[95] Nie udało się znaleźć potwierdzenia, że taka wystawa się odbyła. Być może Stryjeńska myli daty i ma na myśli otwarcie Salonu Wiosennego w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych z 4 marca 1921 roku. Pokazywała wówczas m.in. cykl Stare Miasto (Bitwa na Rynku, Mazur, Zabawa w piwnicy Fukiera, Pan Twardowski).

[96] Wytworna kawiarnia mieszcząca się w Hotelu Europejskim, prowadzona przez następców szwajcarskiego cukiernika Laurentego Lourse'a, który pierwszą cukiernię założył w Warszawie w 1821 roku przy ul. Miodowej.

[97] Restauracja i kawiarnia na rogu ul. Wareckiej i Nowego Światu. Kelnerkami były zubożałe ziemianki z Kresów, a gośćmi artyści, literaci i dziennikarze.

[98] Karszo­-Siedlewscy: Władysław, 1839-1939, i jego żona Aniela z Gordzińskich, ?-1913, właściciele fabryki wódek i likierów Genelli, oraz ich dzieci: Jan, 1891-1955, dyplomata, poseł RP w Teheranie, Bagdadzie i Kabulu, zastępca sekretarza generalnego MSZ, Aniela, 1897-1950, żona Sylwina Strakacza, sekretarza Ignacego Paderewskiego (patrz s. 704, przyp. 5), i Tadeusz, 1893-1939, przemysłowiec i senator. Byli daleko spokrewnieni z rodziną Stryjeńskich.

[99] Jentysowie: Julia z Szumowskich, 1871-1940, i Tadeusz, 1863-1934, współwłaściciel i dyrektor hotelu Bristol w Warszawie, członek Towarzystwa Akcyjnego Budowy i Prowadzenia Hotelów w Warszawie oraz Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości. Długoletni pełnomocnik Ignacego Paderewskiego, członek Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego.

[100] Zdanie wykreślone w rękopisie. Dalsze wykreślenia zaznaczono w ten sam sposób.

[101] Pierwszą nagrodę w dziale malarstwa Stryjeńska otrzymała w 1921 roku po zakończeniu Salonu Wiosennego w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych. Oprócz niej nagrodzeni zostali Wacław Borowski, Konrad Krzyżanowski i Stanisław Czajkowski.

[102] Sala koncertowa w firmie instrumentów muzycznych (przede wszystkim fortepianów) Érarda w Paryżu. Założycielem firmy był Sébastien Érard, 1752-1831.

[103] Stefan Frenkel, 1902-1979, skrzypek, kompozytor. Był koncertmistrzem w filharmonii w Dreźnie, Metropolitan Opera, a także w operach w Rio de Janeiro i Santa Fe.

[104] Olga Boznańska, 1865-1940, malarka, portrecistka. Mieszkała w Paryżu od 1882 roku. Wielokrotnie nagradzana: w 1912 roku otrzymała Legię Honorową, a w 1937 roku Grand Prix na Wystawie Powszechnej w Paryżu.

[105] Mickiewiczowie: Władysław, 1838-1926, syn Adama i Celiny z Szymanowskich, publicysta, literat, tłumacz. W 1864 roku założył Księgarnię Luksemburską, której celem było wydawanie dzieł polskich lub o Polsce w dwóch językach: francuskim i polskim. Założył także Bibliotekę Ludową Polską. Był wydawcą dzieł ojca i jego biografem. Od 1899 - dyrektorem Biblioteki Polskiej w Paryżu. Jego żona Maria z Malewskich, 1840-1932, pomagała mu w sprawach wydawniczych.

[106] Prawdopodobnie mowa o Władysławie Zamoyskim, 1853-1924, działaczu społecznym w Wielkopolsce, na Podhalu i na emigracji we Francji. W 1881 roku objął zapisane mu przez Jana Działyńskiego dobra kórnickie, w tym słynną bibliotekę. W 1889 roku w przekonaniu o konieczności ratowania lasów tatrzańskich nabył obszerne dobra w Zakopanem.

[107] Być może mowa o Stefanie Drzewieckim, 1844-1938, inżynierze, pionierze i teoretyku lotnictwa.

[108] Edward Wittig, 1879-1941, rzeźbiarz, członek grupy artystycznej Rytm i Towarzystwa Artystów Polskich "Sztuka". Kształcił się w Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu oraz w Académie des Beaux­-Arts w Paryżu. Wykładał w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych i na politechnice, od 1937 roku profesor ASP w Krakowie.

[109] Ferruccio Busoni, 1866-1924, włoski kompozytor i pianista, dyrygent.

[110] Jaques Copeau, 1879-1949, francuski reżyser teatralny, krytyk i dramatopisarz. Współzałożyciel "La Nouvelle Revue Française" i Théâtre du Vieux­-Colombier w Paryżu.

[111] Brak dokładniejszych danych. W dalszej części pamiętnika Stryjeńska określa go jako "znanego bogacza paryskiego i mecenasa".

[112] Atelier Boznańskiej mieściło się przy bd Montparnasse 49.

[113] Izabela Boznańska, 1868-1934, siostra Olgi. Uczyła się rysunku wspólnie z siostrą. Jej prace znajdują się w zbiorach Biblioteki Ossolineum we Wrocławiu. Wykazywała wybitne zdolności muzyczne, pochlebnie o jej grze wyrażał się Ignacy Paderewski. Koncertowała, jednak zbyt ostra krytyka zniechęciła ją do kontynuowania kariery. Popełniła samobójstwo.

[114] Właśc. Jadwiga Bohdanowicz­-Konczewska, ?-1943, rzeźbiarka, uczennica Émile'a Antoine'a Bourdelle'a. Około 1934 roku przeniosła się do Rzymu. Była członkinią Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych i Związku Polskich Artystów "Kapitol". Tworzyła głównie portrety i studia postaci kobiecych przeważnie w gipsie, marmurze oraz brązie.

[115] Émile Antoine Bourdelle, 1861-1929, francuski rzeźbiarz i pedagog.

[116] Vraiment comme une cocotte (fr.) - Naprawdę jak kokota.

[117] Ville lumi?re (fr.) - miasto świateł.

[118] Dîner solennel (fr.) - uroczysta kolacja.

[119] Riusza - sztywna, mocno marszczona naszywka jedwabna albo tiulowa na sukni lub kapeluszu.

[120] Pompe fun?bre (fr.) - tu: pogrzebowy.

[121] W 1894 roku Alfred Dreyfus, 1859-1935, francuski oficer artylerii pochodzenia żydowskiego, został na podstawie spreparowanych dowodów oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec. W wyniku głośnego procesu skazany w 1894 roku na dożywotnie wygnanie do Gujany. W 1906 roku zrehabilitowany.

[122] Z fr. ménage - gospodarstwo domowe.

[123] Również Maria Morozowicz­-Szczepkowska (patrz s. 624, przyp. 192) sugeruje, że do ślubu Karola z Zofią doszło, ponieważ "Jerzy Warchałowski, olśniony świeżością talentu Zofii, wraz z Karolem Stryjeńskim, również pełnym podziwu dla malarki, postanowili, że jeden z nich musi się z nią ożenić, aby otoczyć opieką i nie dopuścić do zmarnowania tego niezwykłego talentu" (Maria Morozowicz­-Szczepkowska, Z lotu ptaka, Warszawa 1968, s. 178).

[124] Rajzbret - deska rysunkowa.

[125] Artichaux (fr.) - karczochy.

[126] Prawdopodobnie Stryjeńska planowała zorganizować w Paryżu wystawę swoich prac.

[127] Plac i kościół de la Madeleine w Paryżu.

[128] Groupe Hachette Livre - francuski koncern wydawniczy założony w 1826 roku przez Louise'a Hachette'a, 1800-1864.

[129] Właśc. La Rôtisserie de la reine Pédauque, wydana w 1893 roku powieść historyczna Anatole'a France'a, 1844-1924, poety, powieściopisarza i krytyka, laureat Literackiej Nagrody Nobla za rok 1921.

[130] Da capo (wł.) - od początku.

[131] Jan Wacław Zawadowski, pseud. Zawado, 1891-1982, malarz, tworzył głównie pejzaże i martwe natury.

[132] Być może chodzi o Ludwika Grosa, ok. 1870-1938, malarza i rysownika, członka Polskiego Towarzystwa Artystycznego w Paryżu. Tworzył głównie pastele i akwarele.

[133] Włodzimierz Terlikowski (Vladimir de Terlikowski), 1873-1951, malarz, związany z École de Paris. Malował egzotyczne krajobrazy, widoki miast, portrety, martwe natury i kompozycje kwiatowe. W roku 1920 został odznaczony Legią Honorową.

[134] Adolf Basler, 1878-1949, znany w Paryżu krytyk malarstwa i kolekcjoner polskiego pochodzenia.

[135] Alfred Kubin, 1877-1959, austriacki rysownik, grafik, litograf, malarz, a także pisarz, nazywany "austriackim Goyą". Od 1911 związany z monachijską grupą Der Blaue Reiter. Uważany za jednego z prekursorów surrealizmu.

[136] Tsugouharu Foujita, 1886-1968, japoński malarz i grafik mieszkający w Paryżu. Należał do bohemy artystycznej Montparnasse'u.

[137] Jan Rubczak, 1884-1942, malarz i grafik. Od 1917 do 1923 prowadził w Paryżu szkołę graficzną. Współzałożyciel Cechu Artystów Plastyków "Jednoróg", członek Towarzystwa Artystów Polskich "Sztuka". W jego twórczości można zauważyć wpływy francuskiego postimpresjonizmu.

[138] Xawery Dunikowski, 1875-1964, wybitny rzeźbiarz i pedagog, profesor rzeźby w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie, na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu, członek Towarzystwa "Rzeźba". Po wybuchu I wojny światowej przeniósł się do Francji i po półrocznym pobycie w Legii Cudzoziemskiej osiadł na prawie 10 lat w Paryżu. Laureat licznych nagród i autor wielu znanych pomników i rzeźb portretowych.

[139] Leopold Zborowski, 1889-1932, marszand i poeta. Właściciel galerii malarstwa w Paryżu. Promował w niej twórczość, m.in. Marca Chagalla, Paula Klee, Paula Cézanne'a, Pabla Picasso, André Deraina i malarzy polskich. Zorganizował pierwsze wystawy Modiglianiego w Paryżu.

[140] Mo?se Kisling, właśc. Mojżesz Kisling, 1891-1953, malarz związany ze środowiskiem École de Paris. Tworzył postimpresjonistyczne, później kubizujące portrety, akty, sceny rodzajowe i martwe natury.

[141] Właśc. A?cha Goblet, 1898?-?, ciemnoskóra modelka, tancerka i aktorka, przyjaciółka wielu paryskich malarzy.

[142] Markusowie: Louis Marcoussis (do 1912 roku Ludwik Kazimierz Markus), 1878 lub 1883 - 1941, malarz i grafik, reprezentant nurtu kubistycznego i surrealistycznego. Jego żoną była Alicja Halicka, 1894-1975, malarka i ilustratorka. Oboje związani ze środowiskiem École de Paris.

[143] Kiki de Montparnasse, właśc. Alice Ernestine Prin, 1901-1953, modelka, aktorka, muza i kochanka wielu paryskich artystów, zwana Królową Montparnasse'u. "Z miejscowych kobiet za największą gwiazdę uchodziła Kiki - modelka. Profilem i wymalowaniem twarzy Kiki przypominała niektórym egzotycznego ptaka, ale była to tylko hałaśliwa kawka, choć nie pozbawiona, jak każda Francuzka z ludu, swoistego koloru i "esprit"" (Zdzisław Czermański, Kolorowi ludzie, Warszawa 1992, s. 225).

[144] Prawdopodobnie chodzi o Antoniego Potockiego, 1867-1939, pisarza i krytyka literackiego. Część życia spędził w Paryżu. Był członkiem Ligi Narodowej. W latach 1900-1917 nazywany ambasadorem polskiej kultury we Francji. Był wiceprezesem w Zarządzie Towarzystwa Pracy Społeczno­-Kulturalnej dla Wychodźstwa Polskiego we Francji.

[145] Café de la Rotonde - sławna kawiarnia na Montparnassie, miejsce spotkań malarzy, poetów, pisarzy, muzyków, krytyków sztuki i dziennikarzy.

[146] Café du Dôme - również kawiarnia na Montparnassie. Tutaj także spotykali się artyści, przy stolikach sprzedawali często własne obrazy.

[147] Z fr. brocanteur - handlarz starzyzną.

[148] Wysłała telegram, dotarł do Krakowa 15 listopada 1920 roku. Ojciec nie mógł jej pomóc finansowo.

[149] Do Krakowa Zofia dotarła 6 grudnia 1920.

[150] Franciszek Lubański przepisał sklep trojgu dzieciom w 1918 roku, jak notuje w pamiętniku "do dalszego prowadzenia, zastrzegłszy sobie trzydzieści procent z utargu dziennego i całkowite utrzymanie domu".

[151] Po śmierci brata (2 czerwca 1920) Zofia napisała do rodziców list: "Ze łzami w oczach jestem zdolna napisać tylko kilka słów, że przerażająca wiadomość o śmierci biednego Stefka doszła mnie i uderzyła we mnie jak grom. Afisz żałobny schowam jako jedyną po nim pamiątkę, bo zawsze o nim myśleć będę i trudno mi się pogodzić z myślą straszną, że biedak tak cierpiał i skonał Stefuś kochany, biedaka! Tym więcej przygnębiająca jest dla mnie ta wiadomość, że nawet się z nim nie pożegnałam na wyjezdnym, bo był na próbie w ten wieczór. Czyż wiedziałam, że go już nie zobaczę!? Stefek kochany! Łączę się myślą z nim, a żałobą i boleścią z Wami, moi najdrożsi, za którymi, tak jak i za moją Magdusią, niezmiernie tęsknię. [...] Jestem zrozpaczona i złamana tą niespodzianą wieścią i łączę się z wami w bólu. [...] Karol współczuje ze mną".

[152] Joanna Stryjeńska, zwana Żanetą lub Żańcią, 1881-1967, najstarsza z rodzeństwa, po śmierci matki prowadziła dom ojca Tadeusza Stryjeńskiego. Przez wiele lat opiekowała się dziećmi Zofii i Karola, które mieszkały w domu dziadka przy ul. Starowiślnej 89 w Krakowie. Dzieci mówiły o jej surowości: "Raz zdenerwowana na chłopców "za karę" odkręciła koła od ich roweru i odesłała do Kobierzyna [mieścił się tam szpital psychiatryczny], gdzie dyrektorem był brat Karola, lekarz psychiatra Władysław. Potem krzyczała - jak wspominał Jaś - że jest idiotką, że nas wzięła do siebie. Straszne rzeczy mówiła: "Żeby was matka jak najprędzej zabrała". Do Magdy, gdy była w szkole pod Krakowem, słała listy "przesiąknięte na wylot zgryzotami i troskami". "To okropnie rozstraja - zapisała wtedy dziewczynka w pamiętniku. - Pobeczałam troszeczkę"" (Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, dz. cyt., s. 80-81). Dzieci Stryjeńskich podkreślały jednak, że ciotka bardzo je kochała.

[153] Tak Stryjeńska nazywała swojego teścia Tadeusza Stryjeńskiego. Filip II Habsburg, 1527-1598, król Hiszpanii i Portugalii, dążący do stworzenia monarchii uniwersalnej, utwierdzał katolicyzm i absolutyzm, znany był z despotyzmu i braku pobłażliwości.

[154] Sprawę z między Lubańskimi a Stryjeńskimi stara się wyjaśnić Franciszek Lubański w pamiętniku we wpisie z 1920 roku: "Dnia 16 września przyszła do nas z Madzią panna Stryjeńska. Ponieważ żona zauważyła, że dziecko jest niedomagające, nie może chodzić, straciło humor i jest jakby otumanione, więc oświadczyła pannie Stryjeńskiej, że chce tę małą zatrzymać. Posłyszawszy to, panna Stryjeńska pobiegła cichaczem do telefonu i wezwała ojca, który może za kwadrans przybył wzburzony z tęgą sękatą lagą, dziecko żonie wydarł, zaczął tą lagą wywijać nad głowami żony i córki, usiłując je pobić, używając przy tym obelżywych wyrazów, wykrzykując na całe gardło, wybiegł na ulicę z dzieckiem, odgrażając się jeszcze w bramie i z ulicy od okien, poleciał z dzieckiem jak wariat".

[155] Magda mieszkała z rodziną Stryjeńskich.

[156] Tj. paskarstwo, nieuczciwe wykorzystywanie koniunktury, czerpanie zysków z pośrednictwa.

[157] Henryk Maria Fukier, 1886-1959, przedsiębiorca, właściciel winiarni i składu win w Warszawie przy Rynku Starego Miasta 27.

[158] Nawiązywały do legendy o Panu Twardowskim.

[159] Mieszcząca się przy ul. Botanicznej klinika neuropsychiatryczna założona przez Jana Piltza, 1870-1930, psychiatrę, neurologa, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, pierwszego kierownika Katedry Neurologiczno­-Psychiatrycznej.

[160] Eugeniusz Artwiński, 1892-1944, psychiatra, bliski współpracownik prof. Piltza, od 1924 roku profesor neurologii i psychiatrii na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie.

[161] Brak dokładniejszych danych.

[162] Zdzisław Kalinowski, 1877-1926, studiował w Warszawie i Karlsruhe, jeden z pionierów projektowania miast­-ogrodów. Budował wiele szkół, sierocińców i dworków na prowincji.

[163] Chodzi o przebudowę domów przy ul. Kanonia 18, 20, 22 i 24.

[164] Jerzy Warchałowski napisał o tej pracy: "Umiar w rozmieszczeniu i rytmie scen figuralnych, zrozumienie ściany malowanej w architekturze wnętrza, ukazują nam nowe strony jej talentu, który pomimo rozmachu i fantazji, nie mających zdawałoby się granic, umie trzeźwo spojrzeć na zagadnienie realne i rozwiązać je logicznie" (Jerzy Warchałowski, Zofia Stryjeńska, dz. cyt., s. 22).

[165] Mała Ziemiańska - znana warszawska kawiarnia międzywojnia przy ul. Mazowieckiej 12, założona w 1918 roku. Do bywalców lokalu należeli m.in. Jan Lechoń, Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Julian Tuwim, Bolesław Wieniawa­-Długoszowski, którzy zajmowali na półpiętrze specjalny stolik (stolik literatów), zwany "górką". Malarze również mieli osobne miejsce w Ziemiańskiej. Nad ich stolikiem znajdowało się malowidło przedstawiające filiżankę z przyczepioną prawdziwą łyżeczką.

[166] Restauracja mieszcząca się przy Nowym Świecie 64, naprzeciwko Kresów (patrz s. 616, przyp. 97).

[167] Jan Żyznowski, 1889-1924, krytyk, malarz, powieściopisarz, scenograf. Należał do grupy warszawskich formistów. Prowadził dział krytyki w "Rzeczpospolitej", "Tygodniku Ilustrowanym" i "Pani". Cenił malarstwo Zofii Stryjeńskiej. Po jej wystawie w 1924 roku (Zofię okrzyknięto wtedy "księżniczką malarstwa polskiego") napisał: "Jednostką twórczą, najpotężniej dziś reprezentującą sztukę polską, jest bezsprzecznie Zofia Stryjeńska [...]" (Jan Żyznowski, Wystawa Zofii Stryjeńskiej w Salonie Czesława Garlińskiego, "Wiadomości Literackie" 1924, nr 6).

[168] Adam Szembek, malarz, literat, należał do Cechu Artystów Plastyków "Jednoróg", radca poselstwa polskiego w Paryżu.

[169] Ostrowscy: Bronisława z Brzezickich (pseud. Edma Mierz, Wojciech Chełmski), 1881-1928, poetka Młodej Polski, nowelistka, tłumaczka, autorka książek dla dzieci, i jej mąż Stanisław Kazimierz Ostrowski, 1878-1947, rzeźbiarz, autor m.in. projektu Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie, inicjator wykonania polichromii na frontach kamienic przy Starym Rynku w Warszawie.

[170] Kazimierz Grus (Gruss), 1885-1955, karykaturzysta, rysownik, satyryk, ilustrator książek. Mąż Mai Berezowskiej (patrz niżej).

[171] Maja, właśc. Maria, Berezowska, 1893 lub 1898 - 1978, malarka, graficzka, karykaturzystka i scenografka. Zilustrowała liczne dzieła literatury światowej i polskiej, często podejmowała tematykę obyczajową, zwłaszcza miłosną.

[172] Romuald Kamil Witkowski, 1876-1950, malarz reprezentujący awangardowe ruchy lat 20. i 30. Początkowo malował portrety i martwe natury w stylistyce secesyjnej. Zasadniczą rolę w poszukiwaniu nowych środków ekspresji odegrała w jego rozwoju sztuka Cézanne'a i kubizm. Członek grupy Plastycy Awangardowi i Polskiego Klubu Artystycznego, prezes Klubu Futurystów, współtwórca warszawskiej grupy formistów.

[173] Aleksander Świdwiński, 1887-1952, malarz, karykaturzysta, scenograf. Związany z ruchem formistycznym. W 1918 roku wspólnie z Romualdem Kamilem Witkowskim dekorował otwartą przy Nowym Świecie kawiarnię artystów Pod Picadorem, później Klub Futurystów w podziemiach Hotelu Europejskiego. Po wojnie zajął się również działalnością reżyserską i filmową.

[174] Maurycy Stanisław Potocki, 1894-1949, syn Augusta Potockiego i Eugenii z Wojnicz­-Sianożęckich, oficer I Korpusu Polskiego gen. Józefa Dowbor­-Muśnickiego, podporucznik I Pułku Ułanów Krechowieckich, uczestnik wojny polsko­-bolszewickiej, właściciel Jabłonny. Współtwórca Automobilklubu Polskiego i pionier rajdów samochodowych.

[175] Borowscy: Wanda i Wacław, 1885-1954, malarz, grafik, litograf, scenograf. Współzałożyciel i członek Stowarzyszenia Artystów Polskich "Rytm", Stowarzyszenia Artystów Grafików "Ryt" i Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Przez wiele lat jako scenograf współpracował z warszawskim Teatrem Polskim. Po wojnie projektował banknoty dla Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych.

[176] Kazimierz Junosza­-Stępowski, 1880-1943, aktor teatralny i filmowy.

[177] Józef Węgrzyn, 1884-1952, aktor teatralny i filmowy, reżyser.

[178] Maria Brydzińska z Gąsiorowskich, 1897-1990, aktorka teatralna i filmowa. W 1929 roku wyszła za mąż za hrabiego Maurycego Potockiego i zrezygnowała z aktorstwa.

[179] Jaraczowie: Stefan, 1883-1945, aktor teatralny i filmowy, pisarz, publicysta, założyciel i dyrektor Teatru Ateneum w Warszawie, i jego żona Jadwiga z Daniłowiczów, 1886-1965, aktorka, do wojny występowała pod nazwiskiem panieńskim w sztukach reżyserowanych przez męża.

[180] Nowaczyńscy: Helena z Bonieckich, primo voto Majewska, 1888-1938 i ­Adolf, 1876-1944, pisarz, dramaturg, poeta, eseista, krytyk, działacz polityczny i społeczny. Redaktor naczelny pisma "Liberum veto", w satyrach atakował zarówno kołtunerię mieszczańską, jak i dekadencką pozę cyganerii. W twórczości dramatycznej oprócz tematyki historycznej zajmował się także aktualną problematyką polityczną. W okresie międzywojennym stał się wyrazicielem poglądów nacjonalistycznych i antysemickich.

[181] Juliusz Kaden­-Bandrowski, 1885-1944, prozaik i publicysta, kapitan piechoty Wojska Polskiego, adiutant Józefa Piłsudskiego, kronikarz I Brygady i współtwórca legendy legionowej. Z Arnoldem Szyfmanem (patrz niżej przyp. 185) założył Towarzystwo Krzewienia Kultury Teatralnej, organizacji udzielającej subwencji i sprawującej opiekę nad warszawskimi teatrami. Bardzo cenił Stryjeńską. Z okazji otwarcia jej wystawy (Zofia Stryjeńska nie opisała wycinka, który zachowała w archiwum) pisał: "Chyba od czasów Wyspiańskiego nie było w plastyce naszej świateł o takiej mocy czarującej, jak to, które tworzy Stryjeńska. Światło jej kompozycji to światło ziemi, mocne, proste, tak dokładne, a zarazem posiadające w swym blasku siłę dramatycznej przenośni [...]". Zachował się też w archiwum rodziny Stryjeńskich list Kadena­-Bandrowskiego do Stryjeńskiej: "Droga i Kochana Pani, Nie jestem plastykiem, więc słowa moje nie mają dla Pani żadnego znaczenia. Niech Pani jednak pozwoli powiedzieć szczerze i po prostu. Oglądałem tę wystawę, te obrazy Pani z najgłębszym, doprawdy nieporównanym wzruszeniem. Tj. tak piękne, tak czarujące, co pani tworzy, tak niespodziane, świeże, urocze, a niby w sercu każdego z nas jakby obecne i znów tak lekko, łatwo, a jednak wspaniale przez Panią objawione, że nie wiem, jak Pani wyrazić mój podziw, zachwyt i radość. Ściskam Panią z całego serca, braterską miłością Juliusz Kaden­-Bandrowski 10 XI 1930". Na odwrocie listu Stryjeńska napisała: "Ach - jej - tyle czytania "i po co tyle papieru"".

[182] Piotr Choynowski, 1885-1935, prozaik i tłumacz. Uznany nowelista. Redagował "Tygodnik Ilustrowany", był członkiem Polskiej Akademii Literatury. Przetłumaczył m.in. Cierpienia młodego Wertera J. W. Goethego.

[183] Gebethnerowie: Alicja z Konów, 1905-1981, i Tadeusz Jerzy, 1897-1944, księgarz w firmie Gebethner i Wolff, wnuk jej założyciela, porucznik kawalerii Wojska Polskiego, w młodości piłkarz i współzałożyciel klubu sportowego Polonia Warszawa. Uczestnik kampanii wrześniowej i powstania warszawskiego.

[184] Jakub Mortkowicz, 1876-1931, księgarz i wydawca, właściciel księgarni oraz dwóch drukarń w Warszawie. Wydawał głównie literaturę piękną, książki dla dzieci i młodzieży, publikacje naukowe, filozoficzne, biografie, albumy, teki reprodukcji malarstwa. Stały wydawca m.in. Stefana Żeromskiego, Marii Dąbrowskiej, Bolesława Leśmiana, Janusza Korczaka. Był miłośnikiem twórczości Stryjeńskiej. W kosztownych albumach wydawał barwne reprodukcje jej prac, m.in. Pascha. Pieśń o Zmartwychwstaniu Pańskim (1929), Piastowie (1929), Na góralską nutę (1930), Obrzędy polskie (1931) oraz po francusku Magie Slave (1934). Wiele oryginalnych prac Stryjeńskiej będących własnością Mortkowiczów lub czekających na wydanie spłonęło lub zaginęło w czasie bombardowań Warszawy.

[185] Arnold Szyfman, 1882-1967, reżyser, dramaturg, krytyk teatralny. Założyciel i dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie (1913-1957, z przerwami w czasie wojen 1915-1918 i 1939-1945 oraz w okresie 1949-1955), a także jego filii Teatru Małego i Teatru Kameralnego. Zabiegał, by na scenie prezentowane były różne kierunki i tendencje artystyczne, co przejawiało się w odpowiednio kształtowanym repertuarze oraz wysokim poziomie inscenizacji, scenografii i gry aktorskiej.

[186] Teatrzyk literacko­-rewiowy przy ul. Senatorskiej w Warszawie, przez mieszkańców Warszawy nazywany "kochaną starą budą". Powstał w 1919 roku i działał przez dwanaście lat. Jego kierownikiem artystycznym był Jerzy Boczkowski, dziennikarz i kompozytor, a literackim - Julian Tuwim (swoje skecze, piosenki i libretta podpisywał różnymi pseudonimami). Reżyserem przedstawień i konferansjerem został Fryderyk Járosy. W 1926 roku do teatrzyku dołączył Marian Hemar. Teksty dostarczali też m.in. Antoni Słonimski, Jan Brzechwa, Kazimierz Jurandot. Występowali tu Zula Pogorzelska, Hanka Ordonówna, Mira Zimińska, Adolf Dymsza, Eugeniusz Bodo, Mieczysław Fogg z Chórem Dana. Działalność zakończył z powodu kryzysu ekonomicznego.

[187] Zula, właśc. Zofia, Pogorzelska, 1896 lub 1898 - 1936, piosenkarka, aktorka filmowa, teatralna i tancerka kabaretowa. 2 stycznia 1926 roku w rewii Pod sukienką jako pierwsza w Polsce zaprezentowała charlestona.

[188] Hanka Ordonówna, właśc. Maria Anna Tyszkiewiczowa, 1902-1950, piosenkarka, autorka wierszy i tekstów piosenek, tancerka, aktorka. Występowała w operetkach, wodewilach, komediach teatralnych i filmowych.

[189] Nie udało się ustalić, o kim mowa.

[190] Nie udało się ustalić, o kim mowa.

[191] Tout Varsovie (fr.) - cała Warszawa.

[192] Szczepkowscy: Maria Morozowicz, 1885-1968, aktorka, pisarka, ­autorka scenariuszy teatralnych i filmowych, oraz jej mąż Jan, 1878-1964, rzeźbiarz i malarz, w latach 1925-1939 dyrektor Miejskiej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Malar­stwa w Warszawie, członek Towarzystwa Polska Sztuka Stosowana i Towarzystwa Artystów Polskich "Sztuka" i Stowarzyszenia "Rytm". Uczył się w Szkole Przemysłu Drzewnego w Zakopanem i w krakowskiej ASP, a jego prace inspirowane snycerką góralską były eksponowane m.in. w pawilonie polskim na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu. Mieszkali w Milanówku w willi "Waleria" przy ul. Spacerowej 20/22. Było to miejsce spotkań artystów i pisarzy. Bywała tam również Zofia Stryjeńska. Na jednej z siedmiu pocztówkowych litografii, które zostawiła rzeźbiarzowi, zapisała: "Jasiowi w zastaw za pieniądze pożyczone na zakup futra". Z paragonu wynika, że było to futro z norek z Domu Towarowego Braci Jabłkowskich przy ul. Brackiej w Warszawie.

[193] Żeromscy: Stefan, 1864-1925, jeden z wybitniejszych prozaików, publicysta i dramaturg, nazwany sumieniem polskiej literatury, oraz Anna Zawadzka, 1888-1983, malarka, uznawana przez Żeromskiego za oficjalną żonę, mimo że nigdy nie wzięli ślubu. Zilustrowała m.in. jego dwie powieści: Wierną rzekę i Urodę życia. Mieli córkę Monikę. Mieszkali w willi "Świt" w Konstancinie.

[194] Skoczylasowie: Helena z Osmólskich i Władysław, 1882-1934, malarz i grafik, rzeźbiarz, uważany za twórcę polskiej szkoły nowoczesnego drzeworytu, pedagog, współzałożyciel Stowarzyszenia Artystów Polskich "Rytm", Stowarzyszenia Artystów Grafików "Ryt" oraz Instytutu Propagandy Sztuki. Stryjeńska nie mogła mu darować, że na swoich drzeworytach pozakładał zbójnikom pasy z klamrami na gołe ciało, co - jak twierdziła - "jest nie do pomyślenia na Podhalu".

[195] Reymontowie: Władysław Stanisław, 1867-1925, pisarz, prozaik i nowelista, jeden z głównych przedstawicieli realizmu z elementami naturalizmu, laureat literackiej Nagrody Nobla, i jego żona Aurelia z Szacsznajdrów (lub Schatz­sznejderów), primo voto Szabłowska, 1871-1944.

[196] Treterowie: Mieczysław, 1883-1943, historyk sztuki, estetyk. Wykładał historię sztuki na uniwersytecie w Kijowie, na Politechnice Lwowskiej, Uniwersytecie Lwowskim i Uniwersytecie Warszawskim. Był również kustoszem Muzeum Lubomirskich we Lwowie, dyrektorem Państwowych Zbiorów Sztuki w Warszawie, dyrektorem Towarzystwa Szerzenia Sztuki Polskiej Wśród Obcych, współzałożycielem Instytutu Propagandy Sztuki, autorem prac z zakresu krytyki i teorii sztuki. Żona Ludwika z Reicherów, primo voto Małkowska.

[197] Szererowie: Mieczysław, 1884-1981, prawnik, specjalista z zakresu prawa karnego, socjolog i publicysta, dyrektor departamentu w Ministerstwie Wyznań i Oświecenia Publicznego, po wojnie sędzia Sądu Najwyższego, i jego żona Felicja z Heimanów­-Jareckich, 1885-1956, malarka, od 1908 roku związana z École de Paris.

[198] Requiescat non in pace (łac.) - nie spoczywa w spokoju.

[199] Wiosną 1921 roku.

[200] Kamienica rodziny Pugetów (patrz s. 610, przyp. 48) znajdowała się w Krakowie przy ul. Wolskiej 18, w ogrodzie była pracownia rzeźbiarska.

[201] Ludwik Puget był w tym czasie w Paryżu. Miał tam pracownię. Należał do Société Nationale des Beaux­-Arts.

[202] Gwasz malowany długimi pociągnięciami pędzla. Stryjeńska temat zaczerpnęła z mitologii. "Postać Artemidy, uważanej niekiedy za personifikację księżyca, zdaje się rozświetlać nocną scenę łowów. Dziewicza, wiecznie młoda bogini, półnaga, lecz upiększona różnokolorowymi ozdobami, jedzie na białym jeleniu - zwierzęciu przypisanym jej w mitologii. Tuż za nią biegnie muskularny, czarno­włosy Apollo - brat Artemidy, który często z nią polował. Dzik w opisanym przez Homera micie o łowach kalidońskich został zesłany przez rozgniewaną Artemidę. Wprawdzie zwierzę pokonał Meleager, ale pierwsza raniła je oszczepem Atlanta, w niektórych rejonach Grecji utożsamiana z Artemidą, a więc to ją mogła przedstawić artystka. Meleager, pogromca dzika kalidońskiego, w jednej wersji mitu zostaje przeszyty strzałą przez samego Apolla. Kontrastowo zestawione kolory wzmagają ekspresyjny charakter sceny. Dynamikę przedstawienia artystka osiągnęła, wprowadzając liczne skosy i formy trójkątne. Kompozycja oparta jest na grze linii prostych ukośnie przecinających płaszczyznę obrazu. Rytm został tu również podkreślony przez promienisty układ warkoczy oraz niemal abstrakcyjnie potraktowany "pióropusz" zdobiący głowę mężczyzny. Nadzwyczajna dbałość o szczegóły w żaden sposób nie szkodzi zrównoważeniu tej kompozycji. Drobne kształty, porządkowane na zasadzie podobieństwa, tworzą zgeometryzowane skupiska, zdając się współbrzmieć niczym akordy muzyczne. [...] Warstwa ikonograficzna stanowi kontynuację wątków związanych z postacią greckiej bogini Artemidy, tytuł zaś wskazuje, że treść obrazu jest wynikiem skojarzeń z utworem XIX­-wiecznego belgijskiego kompozytora [...]. Nie wiadomo, który z koncertów Charles'a­-Auguste'a de Bériota (1802-1870) był inspiracją do namalowania tego obrazu. Najpopularniejszy, tzw. militarny koncert skrzypcowy D­-dur, odznacza się zróżnicowaną dynamiką i ciekawą ornamentyką wirtuozowskich partii solowych. Kolejne dziesięć koncertów skrzypcowych, dziś rzadko wykonywanych, jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym cieszyło się wielką popularnością, odgrywane publicznie także w Warszawie" (Agata Małodobry, O "Koncercie Bériota", [w:] Zofia Stryjeńska 1891-1976. Wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie, październik 2008 - styczeń 2009, red. Światosław Lenartowicz, Kraków 2008, s. 240). Jerzy Warchałowski, który jako pierwszy dostrzegł u Stryjeńskiej ambicję oddania muzyki środkami malarskimi, pisał o artystce: "Słucha swych impulsów malarskich z rękami na naciągniętych strunach swego instrumentu, przebiega plamami barwnymi całą jego gamę, zapatrzona, zasłuchana w ideał połączenia muzykalnej gry kolorów z doskonałością plastycznego wyrazu. Wytęża słuch, zaostrza wzrok. Wie dobrze, że dwa te zmysły działają w sztuce społem, wzajemnie się kontrolują" (Jerzy Warchałowski, Zofia Stryjeńska, dz. cyt., s. 16).

[203] Treny Kochanowskiego z barwnymi ilustracjami Stryjeńskiej wydało Ossolineum dla upamiętnienia 400­-lecia urodzin poety (Jan Kochanowski, Treny, w oprac. Henryka Gaertnera i Stanisława Łempickiego, il. Zofii Stryjeńskiej, Lwów 1930).

[204] Łowy bogów I, II, III - trzy duże płótna wystawione m.in. w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, następnie w Salonie Dorocznym Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Nie zachowały się. Antoni Słonimski pisał o nich: "Polowanie bogów - tryptyk Zofii Stryjeńskiej wystawiony niedawno w Krakowie i nadesłany obecnie na Salon Warszawski, jest dziełem o zakroju genialnym. Z polowania bogów zrobiły się zajadłe, rozszalałe łowy, gdzie przed fanfarą barw, jak przed nagonką uciekające, wszystkie dziwy ziemi i morza chwyciły się w twardy potrzask ram obrazu. Wściekłymi rzutami pędzla, jak pękiem strzał, kładzie Stryjeńska broczące karminem bestie, liryzmem muślinowych siatek ściąga z firmamentu wszystkie cuda Zodiaku i ptaki rajskie o ogonach dzwoniących jak liry, linią jędrną, jak sznury skręcone, pęta opasłe cielska antycznych potworów. Nad łupem wspaniałym rozpina potem łagodny przepych nieba i na rozszalałą walkę żywiołów opuszcza srebrną kulę ­melancholii księżyc świecący u jej czoła. Jak Diana - zwycięska łowczyni, z łupów wybiera najwspanialsze trofea i rozrzuca je gestem rozumnym w harmonię doskonałą" (-as- [Antoni Słonimski], Polowanie bogów, "Skamander" 1921, z. 5-6).

[205] Po przyjeździe do Warszawy Karol Stryjeński założył Spółkę Wydawniczą Fala, dla której Zofia wykonała cykle ilustracji do Rymów dziecięcych Kazimiery Iłłakowiczówny, Szesnastu sonetów miłosnych Pierre'a Ronsarda, Jak baba diabła wyonacyła Kazimierza Przerwy­-Tetmajera i Monachomachii, czyli Wojny mnichów Ignacego Krasickiego.

[206] Oficjalny tytuł cyklu siedmiu obrazów powstałych w 1922 roku na zamówienie szwagra Zofii Adama Dygata to Sakramenty. Pokazane zostały na pierwszej wystawie Stowarzyszenia Artystów Polskich "Rytm" w warszawskiej Zachęcie. Zachowały się: Chrzest, Spowiedź, Bierzmowanie, Ostatnie namaszczenie (Wiatyk). Nie wiadomo, co stało się z pozostałymi obrazami należącymi do cyklu: Kapłaństwo, Komunia, Małżeństwo. W 1931 roku na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Religijnej w Padwie Stryjeńska otrzymała za Sakramenty srebrny medal.

[207] We wrześniu 1921 roku Teatr Miejski im. Juliusza Słowackiego wystawił Promienie FF - sztukę opisaną jako "scenariusz kinematograficzny Brunona Winawera z dekoracjami Zofii Stryjeńskiej". Tadeusz Boy­-Żeleński napisał: "Ze wszech miar [...] chwalebnym krokiem było powierzenie dekoracji p. Zofii Stryjeńskiej; ani mi w głowie jednak wdawać się w ocenę tej próby. Po pierwsze mam wrażenie, że niewiele z ducha p. Stryjeńskiej utrzymało się w realizacji jej pomysłów; po wtóre zbyt wiele przestawałem w życiu z malarzami i wiem, że ilekroć literat zapuści się na ich pólko, natychmiast w pracowniach rozlega się zgodny chór: "Czego się ten idiota wyrywa?" I, daję słowo, może i mają rację" (Tadeusz Boy­-Żeleński, Z teatru, "Czas" 1921, nr 228).

[208] Otwarcie Jesiennej Wystawy Obrazów w Pałacu Sztuki w Krakowie odbyło się 30 października 1921. W sali głównej eksponowano obrazy Stryjeńskiej, m.in. Łowy bogów I, II, III.

[209] Adam Didur, 1874-1946, śpiewak (znakomity bas) i pedagog. Solista Opery Warszawskiej, La Scali i nowojorskiej Metropolitan Opera. W 1932 roku na stałe wrócił do Polski, wycofał się ze sceny. We Lwowie został kierownikiem artystycznym opery i prowadził klasę śpiewu w konserwatorium. Był organizatorem i dyrektorem Opery Śląskiej w Bytomiu.

[210] Jadwiga Maria Balowa z Brunickich, 1879-1955, żona starosty Tuligłów Adama Bala, muza Jacka Malczewskiego. Poznała go prawdopodobnie około 1895 roku w Rozdole, majątku swojego przyjaciela Karola Lanckorońskiego. Związali się w 1901 roku. "Złote twe włosy - włosy złote! / Falistą linią wieńczą ci głowę, / Skrętów wężowych mając prostotę / W tonach ku szyi drgają już płowe" - napisał Malczewski w szkicu do jednego ze swych wierszy. Ich romans trwał około 12 lat.

[211] Edward Aleksander Raczyński, 1847-1926, mecenas, kolekcjoner, w swojej rezydencji w Rogalinie stworzył galerię malarstwa, prezes Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie i Krakowskiego Instytutu Sztuk Pięknych.

[212] Mycielscy: Jan Antoni Mycielski, 1858-1926, właściciel dóbr w Wiśniowej, jego żona Maria z Szembeków, 1877-1951, oraz brat Jana - Jerzy, 1856-1928, historyk, historyk sztuki, profesor UJ, kolekcjoner sztuki, mecenas.

[213] Kazimierz Plater­-Zyberk von Broël, 1879 lub 1881 - 1964, malarz, członek monachijskiego Kunstverein, poznańskiej grupy artystów "Świt" i Grupy Artystów Wielkopolskich "Plastyka".

[214] Po wygraniu konkursu na przebudowę i regulację Zakopanego Stryjeński otrzymał propozycję objęcia stanowiska dyrektora w Szkole Przemysłu Drzewnego. Znacznie wpłynął na zmianę programu nauczania, przenosząc ciężar z nauki odtwórczej stolarki i ciesielki na świadome czerpanie z wzorów folkloru podhalańskiego w projektach zdobniczych i architektonicznych.

[215] Prawdopodobnie w tym czasie powstały trzy duże płótna Pochody bogów słowiańskich namalowane temperą. Niewykluczone, że Zofia Stryjeńska zaczęła również malować Świt (Poranek) i Zmierzch (Wieczór).

[216] Udział w dorocznym Salonie Zimowym Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w grudniu 1921 oraz styczniu 1922 przyniósł Stryjeńskiej potwierdzenie nagrody, którą otrzymała wiosną 1921, co równało się przyznaniu jej jakby ponownie. Według regulaminu Zachęty ten sam artysta w jednym roku nie mógł jednak dwukrotnie otrzymać nagrody. Stryjeńska zachowała wycinek dotyczący wystawy, podkreśla zdania: "Roku ubiegłego jako znacznie wyróżniający się wśród innych talentami Wacław Borowski i Zofia Stryjeńska otrzymali dwie pierwsze nagrody. Obecnie Komitet Zachęty uznaje, że nagrody należą się powtórnie ­Borowskiemu i Stryjeńskiej, co stwierdza oficjalnie, lecz nagród zgodnie z uchwałą nie powtarza [...]". Dopisała: "Bęcwały!".

[217] Amor vincit (łac.) - Miłość zwycięża.

[218] Restauracja Przełęcz w Zakopanem należąca do Stanisława Karpowicza (pseud. Karp), 1869-1936, restauratora, hotelarza i działacza społecznego. Ściany restauracji zdobiła seria karykatur pędzla Kazimierza Sichulskiego przedstawiająca znane osoby związane z Zakopanem i Tatrami.

[219] Pensjonat Warszawianka w Zakopanem prowadzony przez doktora Henryka Wilczyńskiego. W latach 20., odbudowana po pożarze, stała się jednym z najbardziej reprezentacyjnych budynków Zakopanego. Bywali tam m.in. Ada Sari, Emil Młynarski, Artur Rubinstein, Jan Kiepura.

[220] O tych ilustracjach pisała Halina Ostrowska­-Grabska, 1902-1990, córka Bronisławy i Stanisława (patrz s. 621, przyp. 169), historyczka sztuki i tłumaczka: "Nigdy nie odżałuję ślicznych prac Stryjeńskiej, spalonych i wyszabrowanych z naszego mieszkania. Należały do jej najlepszych [...] cykl ilustracji do Skalnego Podhala, wysmakowanych zarówno w sensie koloru, co rysunku. Zwarte, na granicy miniatury, lecz szeroko traktowane: skośnie przechylony pijany góral w guni wyciągający ciupagę do księżyca, oświetlającego dal górską błękitnosiną, złożoną z geometrycznych brył, przechylonych w pijackiej wizji, dwa ścigające się weselne wozy pełne bufiastych bab, pędzące w skos obrazu; to częste moje do dziś półsenne majaki" (Bric a brac 1849-1939, Warszawa 1978, s. 393-394).

[221] Wacław Sieroszewski, Bajki, z il. Zofii Stryjeńskiej, Warszawa 1922.

[222] Stryjeńska przygotowywała projekty opakowań dla fabryki czekolady Jana Fruzińskiego.

[223] Pantagruel - syn Gargantui (patrz s. 607, przyp. 27).

[224] Bliźnięta Jan Kanty i Jacek Stryjeńscy urodzili się 21 listopada 1922 roku. W wywiadzie udzielonym wiele lat po ich urodzeniu Stryjeńska nazwała ich swym "dziełem najdoskonalszym" (Romit, W pracowniach znanych artystek: Zofia Stryjeńska, "AS" 1936, nr 45).

[225] Julia z Kwileckich, żona Ludwika (patrz s. 610, przyp. 48).

[226] Jacek Puget regularnie wyjeżdżał do Paryża, po powrocie jako wolny słuchacz uczęszczał na zajęcia w krakowskiej ASP.

[227] Kazimierz Chłapowski, pseud. Miro, 1896-1876, pianista, studiował w konserwatorium w Dreźnie i w Paryżu u Nadii Boulanger. Utalentowany, nie potrafił się wybić, po wojnie zarabiał graniem w lokalach w Krakowie.

[228] Anatol Stern, 1899-1968, poeta, prozaik, krytyk filmowy i literacki, scenarzysta, tłumacz. Współtwórca polskiego futuryzmu, współautor głośnych jednodniówek, m.in. Gga i Nuż w bżuhu.

[229] Bruno Jasieński, właśc. Wiktor Zysman, 1901-1938, poeta, czołowy twórca polskiego futuryzmu, działacz komunistyczny. W 1925 roku wyjechał do Paryża, gdzie pracował jako korespondent polskich gazet i założył z polskimi robotnikami amatorski teatr agitacyjny na Saint Denis.

[230] Jerzy Winiarz, 1894-1928, malarz, rysownik, krytyk sztuki, recenzent. Drukował w krakowskim "Czasie". Stryjeńska napisała nekrolog po jego tragicznej śmierci (zmarł, ratując tonącego znajomego).

[231] Teofil Trzciński, 1878-1952, reżyser teatralny, recenzent, parodysta i piosenkarz w kabarecie Zielony Balonik, długoletni dyrektor Teatru Miejskiego im. Juliusza Słowackiego oraz teatrów we Lwowie, Poznaniu, Warszawie.

[232] Nazwa zaczerpnięta z tytułu tomiku wierszy Brunona Jasieńskiego But w butonierce (1921).

[233] Ilia G. Erenburg, 1891-1967, rosyjski pisarz i publicysta, autor m.in. powieści satyrycznych dotyczących budowy socjalizmu i społeczeństwa Rosji radzieckiej.

[234] Premiera Tumora Mózgowicza odbyła się 30 kwietnia 1921 roku w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie w reżyserii autora.

[235] Maria Pawlikowska­-Jasnorzewska (patrz s. 612, przyp. 60). Jej siostra Magdalena Samozwaniec wspominała, że Lilka i Zofia "były jak siostry syjamskie".

[236] Pawlikowscy: rodzina Jana Gwalberta Henryka Pawlikowskiego, 1891-1962, pisarza, poety, taternika, znawcy historii i folkloru Podhala, męża Marii Pawlikowskiej­-Jasnorzewskiej. Jego bratem był Michał Gwalbert Pawlikowski, 1887-1970, także pisarz, poeta, taternik, wydawca i kolekcjoner, żonaty z córką poetki Maryli Wolskiej. Ich ojciec Jan Gwalbert Pawlikowski, 1860-1939, był ekonomistą, politykiem, historykiem literatury i jednym z pionierów ochrony przyrody. Pawlikowscy przez część roku mieszkali w Kossakówce, rodzinnym domu Marii, a przez część w willi Pod Jedlami w Zakopanem, należącej do rodziny Jana.

[237] Prawdopodobnie chodzi o Annę Pawlikowską, 1889-1962, córkę Idalii i Tadeusza Pawlikowskich (patrz s. 613, przyp. 67). Występowała w amatorskich przedstawieniach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, któremu szefował jej ojciec. Brała także udział w inscenizacji bajki O Maćku Piecuchu i pannie Gapiomile królewnie przygotowanej przez Zofię Stryjeńską (premiera 12 marca 1917 roku).

[238] Mehofferowie: Józef, 1869-1946, wybitny malarz, grafik, witrażysta, i jego żona Jadwiga z Janakowskich, 1871-1956. Zofia Stryjeńska i Karol Stryjeński bywali w domu Mehofferów przy ul. Szczepańskiej. Wspomina o tym i o wyjątkowości tego miejsca Jerzy Fedkowicz: "Bywał tam cały świat "młodej" i "starej" Polski. Jakby na rozdrożu stał ten dom gościnny, często odwiedzany przez artystów, muzyków i literatów, na pół kresowy z tej racji, że żona Józefa Mehoffera pochodziła z kresów. Dyskusje o ludziach, zdarzeniach, sprawach sztuki, literatury lub muzyki wypełniany tok rozmów" (Jerzy Fedkowicz, Cyganeria i polityka, Warszawa 1964, s. 22).

[239] Rostworowscy: Róża z Popielów, 1887-1971, i Karol Hubert (patrz s. 613, przyp. 66).

[240] Rodzina Popielów: polski ród szlachecki, właściciele dóbr w Kurozwękach, Wójczy i Ruszczy.

[241] Prawdopodobnie chodzi o Franciszka Xawerego Pusłowskiego, 1875-1968, tłumacza, poetę, dyplomatę, kolekcjonera. Pomagał gromadzić fundusze na budowę Muzeum Narodowego w Krakowie.

[242] Stanisław Szukalski, pseud. Stach z Warty, 1893-1983, rzeźbiarz, malarz, rysownik. Był niechętny sztuce zachodnioeuropejskiej, marzył o stworzeniu sztuki narodowej wywodzącej się z prasłowiańskich tradycji. W 1925 roku na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczes­nego w Paryżu otrzymał Grand Prix za brązy, Dyplom Honorowy za projekty architektoniczne oraz Złoty Medal za rzeźbę w kamieniu. W 1929 roku Szukalski stworzył grupę artystyczną Szczep Szukalczyków herbu Rogate Serce oraz zaczął publikować na łamach założonego przez siebie czasopis­ma "Krak" swoją filozofię artystyczną i podkreślać rolę polskości sztuki w życiu narodu. Wysoko cenił prace Stryjeńskiej, zwłaszcza te nawiązujące do pradziejów Słowian.

[243] Feliks Kopera, 1871-1952, historyk sztuki, muzealnik, prezes Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, konserwator zabytków, profesor UJ, wieloletni dyrektor krakowskiego Muzeum Narodowego.

[244] Kawiarnia Jana Bisanza w Hotelu Grand w Krakowie, najwytworniejszym hotelu miasta otwartym w 1887 roku przy ul. Sławkowskiej 5-7.

[245] August Zamoyski, 1893-1970, rzeźbiarz, członek ugrupowań Formiści i Bunt. Jego pierwszą żoną była niemiecka tancerka Rita, właśc. Margaritha Sachetto, 1880-1959, prowadząca w Zakopanem szkołę tańca. Znaczną część życia spędził we Francji. Współtwórca i przewodniczący Cercle des Artistes Polonais a Paris.

[246] Malczewscy: Bronisława z Dziadoszów, 1888?-1953, i Rafał, 1892-1965, malarz, rysownik, pisarz i felietonista, taternik. Syn Jacka Malczewskiego i jego żony Marii z Gralewskich. Przyjaciel Karola Stryjeńskiego. W zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie znajdują się dwa obrazy (Kobieta w stroju narciarskim oraz Portret kobiety na tle mostu), na których zdaniem niektórych historyków sztuki jest przedstawiona Zofia Stryjeńska.

[247] Rytardowie: Jerzy Mieczysław, właśc. Mieczysław Kozłowski, 1899-1970, poeta i prozaik, zajmujący się głównie tematyką podhalańską i tatrzańską. W kwietniu 1923 ożenił się z Heleną Rojówną, 1899-1955, góralką, artystką ludową, z którą wspólnie prowadzili amatorski regionalny zespół ludowy. W latach 1922-1923 pracowali razem nad librettem do baletu Harnasie Karola Szymanowskiego, według wcześniejszego pomysłu kompozytora. Wokół autorstwa libretta Harnasiów narosły później nieporozumienia i toczyły się spory: Szymanowski, wprowadziwszy do tekstu zmiany, w pierwszych inscenizacjach baletu - praskiej i paryskiej - pominął nazwiska autorów scenariusza. Stąd w późniejszych polskich powojennych realizacjach scenicznych także nie uwzględniano Rytardów jako twórców libretta. Z kolei Rytard, domagając się w latach 50. uznania swych praw autorskich, przemilczał współautorstwo Heleny, której udział w powstawaniu scenariusza wiarygodni świadkowie - Jarosław Iwaszkiewicz i Leopold Zborowski - uznali za istotny. Zofia Stryjeńska przygotowała kilkakrotnie kostiumy do różnych inscenizacji Harnasiów (patrz s. 647, przyp. 62; s. 651, przyp. 82; s. 678, przyp. 7 i s. 680, przyp. 8).

[248] Patrz s. 629, przyp. 236. Rodzinna willa Pod Jedlami mieściła się na stoku ­Kozińca.

[249] Domaniewscy: Irena z Milewskich i Janusz, 1891-1954, ornitolog, pisarz, popularyzator wiedzy przyrodniczej, kustosz Muzeum Tatrzańskiego i inspektor ochrony Tatr, prezes zakopiańskiego oddziału Towarzystwa Tatrzańskiego. Od 1931 roku kustosz Państwowego Muzeum Zoologicznego w Warszawie, następnie jego dyrektor.

[250] Ziętkiewiczowie: Władysław Jan, 1892-1940, pułkownik piechoty Wojska Polskiego, taternik, działacz narciarski, pionier narciarstwa wysokogórskiego, zginął po bitwie pod Baccarat we Francji, i jego żona Elżbieta z Michalewskich, ok. 1894-?, biegaczka narciarska, skoczkini (skakała jako jedna z pierwszych kobiet), narciarka alpejska, trzecia zawodniczka nieoficjalnego biegu Mistrzostw Świata w Narciarstwie Klasycznym, które odbywały się w 1929 w Zakopanem. Wielokrotna mistrzyni Polski w biegach narciarskich, zbierała także czołowe nagrody w zawodach międzynarodowych i konkursach skoków (często rywalizowała w nich z mężczyznami).

[251] Schielowie: Kazimierz, 1890-1956, taternik, alpinista, narciarz, inżynier mechanik. Należał do Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, był prezesem zakopiańskiej Sekcji Narciarskiej PTT, instruktorem i międzynarodowym sędzią narciarskim. Razem z bratem bliźniakiem Aleksandrem, 1890-1976, także narciarzem, alpinistą, inżynierem i taternikiem, prowadził wytwórnię nart Bracia Schiele i Spółka.

[252] Mochnaccy: Kazimierz, w latach 1924-1929 zarządca dóbr zakopiańskich hrabiego Władysława Zamoyskiego (1853-1924). Żona - brak danych.

[253] Zofia z Pareńskich, żona Tadeusza Boya Żeleńskiego (patrz s. 610, przyp. 47).

[254] Stanisław Żeleński, 1905-1981, syn Zofii i Tadeusza, aktor filmowy i teatralny.

[255] Alicja z Konów, żona Tadeusza Jerzego Gebethnera (patrz s. 623, przyp. 184).

[256] Stanisław Mierczyński, 1894-1952, etnograf muzyczny, kompozytor, skrzypek, taternik. Od 1910 roku zbierał na Podhalu melodie ludowe, które w 1930 roku wydał w opracowaniu Muzyka Podhala (Muzyka Podhala. Musique du Podhale, wybór i oprac. Stanisław Mierczyński, il. Zofia Stryjeńska, przedmowa Karol Szymanowski, Lwów-Warszawa 1930). Nakładem tego samego wydawcy (Książnica Atlas) w 1933 roku ukazała się również osobna teka ilustracji Stryjeńskiej Tatry i górale. 9 ilustracyj z dzieła Mierczyński - Muzyka Podhala.

[257] Bartłomiej Obrochta, 1850-1926, góral, przewodnik tatrzański, muzyk ludowy, skrzypek. Inspirował kompozytorów, muzykologów i etnografów. Jego grą zachwycał się m.in. Karol Szymanowski, który pod wpływem muzyki i tańców góralskich skomponował balet Harnasie. Obrochta z kapelą grali w polskim pawilonie na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu w 1925 roku.

[258] Cucha - kurtka góralska z wełnianego samodziału.

[259] Skocznia narciarska w Zakopanem na północnym stoku góry Krokiew zbudowana według projektu Karola Stryjeńskiego i otwarta 22 marca 1925 roku. Punkt konstrukcyjny wynosi 120 metrów.

[260] Willa Harenda w Zakopanem, przy drodze do Poronina. Dom Jana Kasprowicza. Poeta mieszkał tu przez ostatnie trzy lata życia, do 1926 roku.

[261] Karol Stryjeński zaprojektował granitowe mauzoleum, do którego w 1933 roku przeniesiono prochy Kasprowicza.

[262] Rodzaj sportu zimowego, polega on na wyścigu na śniegu narciarzy ciągniętych przez zwierzęta, zazwyczaj przez pojedynczego konia czy psi zaprzęg.

[263] Magdalena Samozwaniec pisała o nim: "Cóż to za ciekawy typ ten Karol. Rzeźba grecka przerobiona na umorusanego i zaniedbanego andrusa. Włosy niestrzyżone, twarz najczęściej niegolona, portki nigdy nieprasowane. Jego wielkie dwie miłości - to góralszczyzna wraz z jej tańcami, weselami i bójkami pijackimi, oraz żona, sławna wówczas malarka, Zofia. Zosia, również zaniedbana jak on, o wielkiej kudłatej czuprynie, zamęcza go swoją zazdrością" (Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena, dz. cyt., s. 107).

[264] Maria z Bobrownickich Stryjeńska zmarła w 1914 roku, dwa lata przed ślubem Zofii i Karola.

[265] Leokadia Stryjeńska została szarytką i dyrektorką szkoły gospodarczej dla dziewcząt pod Warszawą. Brała udział w obronie Warszawy we wrześniu 1939 roku oraz w powstaniu warszawskim.

[266] Jedno z najstarszych i nadal wydawanych europejskich czasopism. Założone w 1829 roku przez François Buloza z myślą o stworzeniu pomostu kulturalnego, ekonomicznego i politycznego między tytułowymi dwoma światami: Francją i Stanami Zjednoczonymi.

[267] Właśc. pirolina - tani płyn do oświetlania.

[268] Les Amis de la France (fr.) - Przyjaciele Francji.

[269] Rosa Bailly, 1890-1976, francuska poetka, propagatorka literatury, sztuki i kultury polskiej we Francji.

[270] Amitié franco­-polonaise (fr.) - przyjaźń polsko­-francuska.

[271] Z fr. sales boches - cholerne szwaby.

[272] Nawiązanie do wiersza Grenadierzy (1822) Heinricha Heinego. Bohaterowie, dwaj żołnierze wzięci do niewoli podczas kampanii rosyjskiej, wracając do kraju, dowiadują się o obaleniu Napoleona. W patetycznych słowach wyznają swoją miłość do cesarza i ojczystej ziemi.

[273] Maximilian Berlitz, 1852-1921, amerykański lingwista, pedagog, twórca metody nauczania języków obcych polegającej na pokazywaniu przedmiotów oraz czynności i nazywaniu ich w języku nauczanym.

[274] Stanisław Gąsienica Sobczak, 1884-1942, rzeźbiarz i ceramik, miał w Zakopanem pracownię garncarską przy ul. Kościeliskiej 51.

[275] Jerzy Warchałowski w monografii Zofia Stryjeńska z 1929 roku wymienia siedem tytułów tych niezachowanych gwaszów: Żniwo, Udój, U studni, Wjazd, W kąpieli, W stajni, Rozmowa dwóch. W spisie prac przedstawionym w katalogu wystawy w Miejskim Muzeum Przemysłu Artystycznego we Lwowie (30.10-31.11.1932) wymienionych jest sześć prac z tego cyklu: W stajni, Wierzby. Sielanka X, Kołacze. Sielanka XII, W oborze, Przy studni, Żeńcy. Sielanka XVIII. Dopisek Stryjeńskiej: "To były dobre obrazy (wąskie, długie, 90-140). Garliński mi to rozpylił za centy po ludziach i zagranicą".

[276] Międzynarodowa Wystawa Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu odbywała się od 28 kwietnia do końca października 1925. Od jej skróconej francuskiej nazwy (L'Exposition internationale des arts décoratifs et industriels modernes) powstało określenie art déco. Jej celem było zaprezentowanie w pawilonach narodowych wyrobów rzemiosła, przemysłu i sztuk użytkowych poszczególnych krajów. Twórcy ekspozycji polskiej wywodzili się w większości z Towarzystwa Polska Sztuka Stosowana oraz Warsztatów Krakowskich, w związku z czym dominowała idea sztuki rzemieślniczej, inspirowanej folklorem. Pawilon polski zaprojektował Józef Czajkowski. Komisarzem generalnym sekcji polskiej był Jerzy Warchałowski.

[277] Panneau - płaszczyzna ścienna pokryta ozdobnym płótnem, płaskorzeźbą lub malowidłem i obramowana wzorami. Stryjeńska miała trudne zadanie. Jej obrazy musiały być widoczne, ale jednocześ­nie nie mogły zdominować architektury. Projekt pawilonu przewidywał, że wnętrze ośmiobocznego salonu przykrytego szklaną kopułą wspartą na ośmiu dębowych płaskorzeźbionych kolumnach będzie oświetlone rozproszonym światłem, niedocierającym wprost do ścian. Na nich miały zawisnąć panneux Stryjeńskiej. Pod obrazami, przy ścianach miały stanąć przysadziste ławy zaprojektowane przez Karola Stryjeńskiego. Zastosowane w obrazach podziały i drobne elementy kompozycyjne zapobiegły dominacji nad pozostałymi elementami pawilonu pomimo ogromnych formatów płócien. Jaskrawa kolorystyka spowodowała, że obrazy "świeciły" we wnętrzu. W opracowaniu koncepcji tych sześciu obrazów Stryjeńska wykorzystała ulubioną zasadę seryjności: każdy odpowiadał dwóm miesią­com w roku i oprócz scen dekoracyjnych ukazywał także charakterystyczne dla danych miesięcy prace i zajęcia. Z analizy projektów oraz zdjęć archiwalnych wynika, że w Styczniu-lutym umieściła Stryjeńska wóz zaprzężony w dwójkę koni, splecionych w uścisku młodzieńców, siejącego zboże chłopa i myśliwego z łukiem; Marzec-kwiecień ma w górnej partii scenę śmigusa­-dyngusa; Maj-czerwiec to sobótka i wianki; Lipiec-sierpień - żeniec z kosą i myśliwy; Wrzesień-październik to ponownie myśliwy, tym razem ze strzelbą, i mężczyzna prawdopodobnie z bryłą wosku; Listopad-grudzień to znowu myśliwy oraz oracz. Ostateczny wygląd obrazów zmienił się jednak podczas prac w ­pawilonie (patrz s. 634, przyp. 292).

[278] Szybować - tu: przetaczać, kierować.

[279] Faktor (dawn.) - pośrednik.

[280] Witold Leonhard, 1890-1947, malarz, rysownik, projektant tkanin. We współpracy ze Zbigniewem Pronaszką zaprojektował wnętrza kawiarni Ziemiańska w Warszawie. Brał udział w pracach przy polichromiach w Rynku Starego Miasta w 1928 roku, dekorował kabiny transatlantyku Piłsudski, dla pracowni tkackich w Zakopanem projektował kilimy. Jego rysunki satyryczne ukazywały się w "Szpilkach", "Wiadomościach Literackich" i "Kurierze Porannym".

[281] Olsza - dawna wieś w Dolinie Prądnika, około 3 km na północny wschód od centrum Krakowa, obecnie w granicach miasta.

[282] Właśc. drednot - typ pierwszych wielkich okrętów bojowych budowanych od 1906 do 1922 roku. Nazwa pochodzi od nazwy brytyjskiego pancernika HMS Dreadnought, który wszedł do służby w grudniu 1906 roku.

[283] Właśc. Hieronim Kon, 1863-1944, dziennikarz, redaktor "Robotnika", korespondent z Francji.

[284] Tadeusz Hiż, 1883-1945, dziennikarz, poeta i felietonista. Publikował w "Kurierze Porannym", "Głosie Prawdy", a po 1926 roku w "Gazecie Polskiej".

[285] Michaił Zoszczenko, 1894 lub 1895 - 1958, rosyjski pisarz, autor opowiadań satyrycznych, humoresek, felietonów, komedii obyczajowych wyśmiewających drobnomieszczaństwo i filisterstwo.

[286] O. Henry, właśc. William Sydney Porter, 1862-1910, amerykański pisarz, autor opowiadań humorystycznych, których bohaterami byli zwykli ludzie, a które kończyły się zazwyczaj niezwykle zaskakująco.

[287] Stryjeńska łączy francuskie force vitale z łacińskim vis vitalis - siła życiowa.

[288] Ze względu na rozmiary obrazów (310 × 395 cm każdy) wynajęto dla Zofii salę na drugim piętrze Zamku Królewskiego w Warszawie.

[289] Przeprócha - karton z nakłutym wzorem rysunku służący do przeniesienia wzoru przez prószenie proszku węglowego na podłoże, na którym według tak otrzymanych zarysów wykonuje się właściwy rysunek lub malowidło.

[290] Stryjeńska zaprojektowała również dekoracyjny gobelin oraz dwa plakaty. Z transportem dzieł było trochę kłopotu: "Państwo udzieliło wprawdzie na ten cel specjalnych kredytów, ale kolej odmówiła transportu, tłumacząc się brakiem wagonów. Tadeusz Stryjeński, który był doradcą technicznym przy projekcie wystawy, pobiegł do Zarządu Kolei z lagą. Wagony się znalazły" (­Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, dz. cyt., s. 94).

[291] Feuille de route (fr.) - bilet, także: wytyczne działania.

[292] "Badacze twórczości Stryjeńskiej uważają, że Zofia już na miejscu wprowadziła [do panneaux] wiele zmian. Widać to na zdjęciach zrobionych tuż po montażu obrazów w pawilonie. Na niektórych pojawiły się napisy z nazwami miesięcy, na innych podpisy zostały zmienione. Zmienił się też wygląd postaci, przemalowane zostały stroje. Mężczyzna, który na obrazie Wrzesień­-październik trzymał strzelbę, teraz niesie łuk, w Marcu­-kwietniu pojawiły się wiadra. W górnej części ciągle widać scenę śmigusa­-dyngusa, ale zniknął kot u stóp mężczyzny lejącego wodę. Historyk sztuki Światosław Lenartowicz nie wyklucza, że Stryjeńskiej nie było przy montażu obrazów, a kiedy przyjechała do Paryża, okazało się, że jest za późno na ich przewieszenie. Mogła już tylko inaczej je podpisać lub zmienić szczegóły (Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, dz. cyt., s. 97-98).

[293] Uczniowie wykonali m.in. meble projektu Karola Stryjeńskiego, lajkonika zamontowanego na szczycie kiosku z pamiątkami oraz scenę, na której występował zespół góralski Bartka Obrochty, a także własne rzeźby i drzeworyty.

[294] Prace Stryjeńskiej były bardzo chwalone. Recenzję z wystawy napisał między innymi Jarosław Iwaszkiewicz: "Najokazalej i najdoskonalej przedstawia się sala główna: ośmiobok z sześciu wielkimi panneaux Stryjeńskiej. Doskonałe proporcje sali to jej największe ozdoby, ale ścienne malowidła Stryjeńskiej zamieniają ją w prawdziwy klejnot. Cały niezmiernie charakterystyczny zmysł dekoracyjny Stryjeńskiej znalazł tu w pełni swe zastosowanie. [...] Poczucie dekoracyjności linii i barwa u Stryjeńskiej nie mają sobie równych w malarstwie polskim, a kto wie - może i w obcym. Monumentalność tego malarstwa [...] jest czymś tak niezwykłym na tle rynku malarskiego współczesnej Europy, że słuszny wśród obcych ludzi budzi podziw" (Jarosław Iwaszkiewicz, Polska na wystawie sztuki dekoracyjnej w Paryżu, "Wiadomości Literackie" 1925, nr 25). Autor innej recenzji zwracał uwagę na pokrewieństwo panneaux z ilustracjami ksiąg iluminowanych: "Są równie barwne i bogate, równie nieskrępowane żadnymi konwencjonalnymi przepisami. I tu, i tam ludzie i zwierzęta występują w fantastycznych układach, w strojach bajecznych, i tu, i tam kipią szalonym życiem, i tu, jak tam, motywy nie powtarzają się [...]. To jest prawdziwie niedoścignione bogactwo malarskiej wyobraźni. I co za swoboda, lekkość i pewność rysunku! [...] Kultura techniczna Stryjeńskiej ma swe źródło zarówno w J. Kossaku i Wyspiańskim, jak też w ostatnich tendencjach pokubistycznych do uproszczeń rysunku i swobody kolorytu, nieskrępowanych pracownianym realizmem. Wrodzone poczucie miary i właśnie odczucie potrzeby artystycznego realizmu stworzyło wielkiej artystce swobodę w interpretowaniu każdej formy, która jest lapidarna i prosta [...]" (Jan Kleczyński, Dzieła Zofii Stryjeńskiej w "Zachęcie", "Kurier Warszawski" 1926, nr 140).

[295] Z listu Jerzego Warchałowskiego do Zofii Stryjeńskiej, Paryż, 16 listopada 1925: "Mam zaszczyt zawiadomić, że na Wystawie Paryskiej uzyskała Pani następujące nagrody: w klasie 1 - (architektura - dekoracja ścienna) Grand Prix, w klasie 13 - (za gobelin) Grand Prix, w klasie 15 - (ilustracja książek) Grand Prix, w klasie 16 - (zabawki) dyplom honorowy, w klasie 26 - (afisz) Grand Prix". Zofia została również odznaczona Krzyżem Kawalerskim Legii Honorowej.

[296] Stosunki między Zofią Stryjeńską a Karolem opisuje Maria Morozowicz­-Szczepkowska: "[...] kiedy Jerzy Warchałowski urządzał sławną wystawę paryską w 1925 roku i Zofia Stryjeńska wymalowała wspaniałe panneaux dekoracyjne na ścianie głównego pawilonu, Karol Stryjeński, przebywający tu także jako jeden z wystawców i organizatorów wystawy, zagadnął pewnego dnia Jana [mąż Morozowicz]: - Patrz, tam idzie Zosia, jakże bym chętnie podszedł do niej i uścisnął serdecznie, ale cóż... wydrapie mi oczy. Od słowa do słowa, postanowiono wreszcie jeszcze przed otwarciem wystawy urządzić przyjęcie w celu pogodzenia małżonków Stryjeńskich. I rzeczywiście, zebraliśmy się prawie w komplecie - wystawcy i ich żony. Karola i Zosię usadowiliśmy (dla pewności) na dwóch różnych krańcach stołu. W pewnym momencie komisarz wystawy Jerzy Warchałowski wstał, zadzwonił w kieliszek i okrężną drogą, mówiąc o trudach, wysiłku i daj Boże zwycięstwie polskich artystów w tym wielkim międzynarodowym targowisku sztuki, gdzie rywalizuje z sobą tyle narodów, napomknął w bardzo dowcipny sposób o gaździe i gaździnie (Stryjeńscy przed rozejściem się mieszkali w Zakopanem), że - jakże to - oboje zasobni w talenty, oboje jednako pracowici i utrudzeni w sztuce i tak jakoś... Mowę przerywały śmiechy, okrzyki, zachęty, a gdy doszedł do punktu kulminacyjnego: "Pogódźcie się!" - zerwaliśmy się z miejsc, usadowiliśmy skłóconą parę małżeńską obok siebie i zaczęliśmy wiwatować na ich cześć, pić ich zdrowie. Cieszyliśmy się serdecznie, gdy niepotrzebnie rozerwane małżeństwo pocałowało się, a Zosia wstała i powiedziała chyba najdowcipniejszą mowę w życiu. Była w znakomitym humorze, my także. Uszczęśliwieni i weseli wyszliśmy wszyscy razem, aby udać się po tak owocnie spędzonym wieczorze na spoczynek. Szliśmy całą gromadą mniej więcej w tym samym kierunku, śmiejąc się, gaworząc [...]. A padał deszcz, na ulicy kałuże i błoto, my jednak, niefrasobliwi, nic sobie z tego nie robiliśmy. W pewnym momencie słyszę wyraźnie głos Zosi: - Widzisz, Szczepkowski prowadzi żonę pod rękę, a ty... co? Nagle powstaje jakieś zamieszanie, obracamy się i widzimy: Karol Stryjeński leży w rynsztoku, kapelusz jego potoczył się na mokrą jezdnię, a Zosia wykrzykując: "Dureń! Cymbał!" - rwie w siną dal. Nie pomogły nawoływania, roztrącając po drodze wszystkich, zginęła nam z oczu ze słowami pogardy w ustach" (Maria Morozowicz­-Szczepkowska, Z lotu ptaka, dz. cyt., s. 179-180).

[297] Karol Frycz, 1877-1963, malarz, scenograf i reżyser teatralny. Współzałożyciel kabaretu Zielony Balonik, członek Towarzystwa Polska Sztuka Stosowana. Uznawany za twórcę nowoczesnej polskiej scenografii. Był wielkim entuzjastą malarstwa Stryjeńskiej, szczególnie jej dekoracji ściennych.

[298] Chodzi najpewniej o Tadeusza, nie udało się jednak ustalić, o czym mowa.

[299] Helena Maria Paderewska z Rosenów, 1856-1934, primo voto Górska, druga żona kompozytora, działaczka społeczna, przewodnicząca Polskiego Białego Krzyża. Zorganizowała i finansowała nabór ochotniczek do służby pielęgniarskiej, by wysłać je w miejsca, gdzie podczas I wojny walczyli Polacy wcieleni do trzech armii - rosyjskiej, niemieckiej i austriackiej.

[300] Z inicjatywy Stanisława Ostrowskiego (patrz s. 621, przyp. 169) w 1928 roku została podjęta myśl odnowienia i ozdobienia polichromią kamienic Rynku Starego Miasta. Projekt uzyskał aprobatę Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, którego prezes, równocześnie prezydent Warszawy, inżynier Zygmunt Słomiński, ułatwił uzyskanie pożyczek właścicielom kamienic. Renowację prac kamieniarskich wykonał Ostrowski, zaś do prac malarskich zaproszono znanych artystów, m.in.: Wacława Borowskiego, Tadeusza Gronowskiego, Zygmunta Kamińskiego, Feliksa Kowarskiego, Edwarda Okunia, Zbigniewa Pronaszkę, Ludomira Śleńdzińskiego oraz Zofię Stryjeńską. Stryjeńska opracowała szkic projektu, ustaliła zasadnicze barwy wszystkich pierzei i rozkład ornamentacji. Osobiście wykonała też polichromię kamienicy Pod Lwem (numer 13), kamienicy Godswillera (numer 17), kamienicy Gizów (numer 6) oraz kamienicy kleinpoldowskiej (numer 34). Realizacja spotkała się z żywą aprobatą społeczeństwa, ale i krytyką historyków sztuki. Zarzucano jej brak jednolitej koncepcji konserwatorskiej i artystycznej. Mieczysław Wallis napisał: "Stryjeńska jedynie w narożniku Pod Lwem stworzyła rzecz godną siebie, pełną rozmachu i werwy (pyszne postaci dziewcząt z dzbanami i grających pacholąt). W trzech przypadkach pozostałych dała rzeczy oschłe, pozbawione polotu i przykryte w kolorze" (Mieczysław Wallis, Polichromia Starego Miasta, "Wiadomości Literackie" 1929, nr 2). Wacław Husarski zwrócił uwagę, że "udało się poza wszystkim innym osiągnąć rzecz w warunkach naszych wyjątkowo rzadką; po raz pierwszy od lat cała Warszawa bez różnicy stanów i warstw społecznych zainteresowana jest malarstwem, patrzy, zastanawia się i dyskutuje o jego wartości" (Wacław Husarski, Polichromia Starego Miasta, "Wiadomości Literackie" 1929, nr 2). Wojnę przetrwał jedynie fragment dekoracji kamienicy pod numerem 13, na rogu ul. Świętojańskiej.

[301] Maurycy Stanisław Potocki ożenił się w 1929 roku z Marią Brydzińską (patrz s. 622, przyp. 178).

[302] Majątek Potockich w Jabłonnie pod Warszawą. Stryjeńska często była tam zapraszana na spotkania towarzyskie.

[303] Zofia Stryjeńska, Tatry i górale. 9 ilustracyj z dzieła Mierczyński - Muzyka Podhala, Lwów-Warszawa: 1933.

[304] Teka zawiera 22 barwne podobizny Piastów: Piast, Ziemowit, Leszek, Ziemomysł, Mieszko I, Bolesław Chrobry, Mieczysław II, Kazimierz Odnowiciel, Bolesław Śmiały, Władysław Herman, Bolesław Krzywousty, Władysław II, Bole­sław Kędzierzawy, Mieczysław Stary, Kazimierz Sprawiedliwy, Leszek Biały, Władysław Laskonogi, Bolesław Wstydliwy, Leszek Czarny, Przemysław, Władysław Łokietek, Kazimierz Wielki. 14 października 1931 roku Jerzy Warchałowski tak pisał do Stryjeńskiej: "Droga Pani Zofio! Czarodziejko! Nie mogę się uspokoić. KRÓLOWIE prześladują mnie. Ja na ulicę - oni za mną. Ja na obiad - to samo. Ja do domu - znów oni. Położyłem się. Nie ma mowy o spaniu. Jak tu spać, gdy w pokoju pełno Ich Królewskich Mości, i to jakich! [...]. Dziękuję Pani za wzruszenie. Jest Pani Czarodziejką. Byłem stroskany, skłopotany, zniechęcony, stary, zaspany. Znów mnie Pani obudziła. Byłem republikaninem. W pięć minut stałem się monarchistą! [...] To naprawdę podarunek królewski. Wiecznie chciałbym siedzieć w domu, żeby się nie rozstawać z Knigą! Dziękuję z całego serca [...]".

[305] Nie zachowały się ani projekty, ani informacje o nich.

[306] Prawdopodobnie mowa o willi należącej do Zofii Mikuckiej z Jakubowskich, secundo voto Malczewskiej, 1901-1995. Mikucka była córką krakowskiego adwokata Jana Jakubowskiego i Zofii z Dembowskich, córki profesora krakowskiej ASP malarza Leona Dembowskiego. Przez ponad dwadzieścia pięć lat blisko przyjaźniła się ze Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, który wielokrotnie ją portretował. Otrzymała nawet legitymację honorowej klientki Firmy Portretowej "S. I. Witkiewicz". Zachowało się też kilkanaście listów Witkacego do Mikuckiej, w tym oryginalne rysowane kartki pocztowe. Była miłośniczką jazdy na nartach i górskich wycieczek. W 1927 roku miała romans ze Stryjeńskim. Rafała Malczewskiego poznała prawdopodobnie na początku lat trzydziestych i około 1936 roku występowali już oficjalnie jako para. W 1953 roku po śmierci jego pierwszej żony wzięli ślub.

[307] Stefania, siostra Zofii, i jej mąż Adam Dygat.

Batowice

[308] Podkrakowska miejscowość, w której znajdowała się prywatna lecznica dla nerwowo chorych założona z inicjatywy Tadeusza Teodora Rogalskiego (1881-1957), profesora anatomii Uniwersytetu Jagiellońskiego, wcześniej asystenta doktora Jana Piltza (patrz s. 621, przyp. 159). Teczka opisana jako "Batowice" zawiera album z wklejonymi wycinkami z gazet. Niektóre zostały odtworzone podczas prac redakcyjnych, ponieważ były nieczytelne lub zniszczone.

[309] Prawdopodobnie chodzi o tekę, która ukazała się w 1929 roku nakładem Drukarni Narodowej w Krakowie, zawierającej 11 (10 plansz + karta tytułowa) wielobarwnych rotograwiur z tańcami: góralskim, krakowiakiem, kołomyjką, kujawiakiem, mazurem, oberkiem, polką, polonezem, tańcem zbójnickim i żydowskim. Słowo wstępne napisał Artur Schroeder, 1881-1934, pisarz i krytyk artystyczny.

[310] Tadeusz Gabryszewski, 1868-1939, lekarz, działacz społeczny. W 1915 roku osiadł w Zakopanem, gdzie od 1916 do 1929 był lekarzem stacji klimatycznej, a od 1933 lekarzem miejskim.

[311] Pomyłka: chodzi o Aurelię Reymontową, żonę pisarza (patrz s. 624, przyp. 195).

[312] Stryjeńska przygotowywała je dla Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Realizację dramatu zapowiadał Zygmunt Nowakowski (patrz niżej), spektakl jednak nie powstał, a projekty się nie zachowały. "[...] zapisana w utworze Wyspiańskiego wizja wodnego koła, na którego szczycie "jak na tęczy coraz się inny Piast w koronie zjawia", zainspirowała słynny cykl Piastowie, wydany przez Stryjeńską w 1929 roku" (Monika Chudzikowska, Talent stworzony do teatru, [w:] Zofia Stryjeńska 1891-1976, dz. cyt., s. 42).

[313] Zygmunt Nowakowski, właśc. Tempka, 1891-1963, pisarz i publicysta, początkowo aktor i reżyser, w latach 1926-1929 dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. 28 czerwca 1927 roku w związku z uroczystościami sprowadzenia prochów Słowackiego do Polski wystawił Balladynę, do której Stryjeńska przygotowała projekty kostiumów i dekoracji. (Zachowały się cztery: Grabca jako Króla, Lekarza, Popiela i Filona). Jarosław Iwaszkiewicz pisał: "Scenografia zachwyciła zarówno publiczność, jak i krytyków. Prześliczne przedstawienie, najlepsze chyba, jakie oglądały sceny polskie. Złożyły się na to cudowne wprost kostiumy i dekoracje [...]" (Jarosław Iwaszkiewicz, [bez tytułu], "Wiadomości Literackie" 1927, nr 28). Dla teatru Stryjeńska wykonała też wspomniane szkice dekoracji do Skałki (patrz wyżej) oraz do dramatu Żeglarz Jerzego Szaniawskiego. Spektakl w reżyserii Stefana Jaracza miał być wystawiony we Lwowie w sezonie 1927/1928. Nie udało się go zrealizować.

[314] Treść tego listu została opublikowana również w "Expressie Porannym" 7 wrześ­nia 1927 pt. Protest przeciw fałszywemu doniesieniu o "wywiezieniu przemocą" malarki Zofii Stryjeńskiej, oraz w "Epoce" pt. Echa sprawy P. Zofii Stryjeńskiej.

[315] Ferdynand Goetel, 1890-1960, prozaik, dramatopisarz, publicysta, scenarzysta i działacz polityczny. W latach 1926-1933 prezes polskiego PEN Clubu.

[316] Władysław Jarocki, 1879-1965, malarz zajmujący się głównie tematyką huculską, podhalańską i tatrzańską. Prezes Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, członek Towarzystwa Artystów Polskich "Sztuka"; profesor ASP w Krakowie.

[317] Stefan Jan Meyer, 1888-1943, architekt, absolwent zuryskiej politechniki oraz wiedeńskiej i krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W latach 1924-1926 pracował jako inżynier w Szefostwie Budownictwa Wojskowego. W 1927 roku przeniósł się na stałe do Zakopanego, gdzie wraz z Karolem Stryjeńskim i Marianem Wimmerem był współwłaścicielem Biura Projektów Architektonicznych i Nadzoru Budowlanego. Po wyjeździe Stryjeńskiego do Warszawy prowadził samodzielne biuro architektoniczne. Do jego ważniejszych prac należą m.in. pensjonat Biały Dom, willa doktora Nowotnego, willa Proszałowiczów, Kadrówka Młodych Polaków z Zagranicy, willa Szumna, kamienica Anny Augustynkowej, drewniany kościół Matki Boskiej Częstochowskiej w Dzianiszu, kościół parafialny w Białym Dunajcu.

[318] Konstanty Starosolski, komisarz rządowy dla uzdrowiska i gminy Zakopane.

[319] Prawdopodobnie Jan Stanisław Olbrycht, 1886-1968, lekarz, wykładowca uniwersytecki, specjalista medycyny sądowej.

Lwów

[320] Stryjeńska w dalszej partii tekstu (s. 175) i w osobnych notatkach podaje, że przeprowadzenie rozwodu kosztowało 8000 zł, nie informuje jednak o jego dokładnej dacie. W zbiorach rodziny znajduje się kopia aktu separacji z 20 października 1927 roku ("Rozdział od stołu i łoża"). Anna Monika Stryjeńska­-Syrzistie, córka Władysława Stryjeńskiego, brata Karola, podaje, że rozwód nastąpił w 1929 roku (Anna Monika Stryjeńska­-Syrzistie, Opowieści o rodzinie Stryjeńskich, Poronin, 1997-1999, s. 200).

[321] W spuściźnie Stryjeńskiej znajduje się odpis wyroku Sądu Powiatowego w Krakowie: "Zatrzymanie w zamkniętym zakładzie w Batowicach p. Zofii Lubańskiej­-Stryjeńskiej, w ostatnim czasie zamieszkałej w Zakopanem, obecnie w zakładzie leczniczym w Batowicach, jest niedopuszczalne. Koszta postępowania w sprawie zatrzymania w kwocie 315 zł 30 gr ma zwrócić mąż zatrzymanej architekt Karol Stryjeński. Uzasadnienie. Na podstawie wyników oględzin sądowo­-lekarskich i orzeczenia znawców prof. dra Jana Piltza i prof. dr. Jana Olbrychta, stwierdzających, iż badana Zofia Stryjeńska nie jest dotknięta ani chorobą umysłu, ani niedołęstwem umysłu, ani też nie okazuje w żadnej dziedzinie swej psychiki tego rodzaju zaburzeń lub nieprawidłowości, iżby ją można uznać za osobę niepoczytalną lub nierozporządzalną, lub bezwłasnowolną - należało orzec jak wyżej. Koszta nałożono na osobę, która spowodowała postępowanie, tj. na męża badanej. Sąd powiatowy cywilny o. XII Kraków, 6 września 1927 r. Dr Hubiszta".

[322] Artur Socha, 1896-1943, aktor teatralny i filmowy. Zawodu uczył się w Szkole Aplikacyjnej przy Warszawskich Teatrach Rządowych. W 1913 został zaangażowany do Teatru Małego. W 1915 znalazł się w Rosji, służył w armii rosyjskiej. Po rewolucji lutowej zaciągnął się do I Korpusu Polskiego, a po jego rozwiązaniu pozostał w Rosji i walczył w szeregach Dywizji Syberyjskiej aż do jej rozbicia przez oddziały Armii Czerwonej. Dostał się do niewoli, ale uciekł z więzienia. Dotarł do Władywostoku, stamtąd zaś drogą morską przedostał się do Francji. Po krótkim pobycie w Paryżu powrócił do Polski. W sezonie 1922/1923 występował w Teatrze Polskim w Katowicach. W latach 1923-1928 należał do zespołu Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Tam poznał Stryjeńską: on grał hrabiego de Guiche w sztuce Cyrano de Bergerac, ona pracowała nad scenografią i kostiumami do Balladyny. W sezonie 1928/1929 Socha przeniósł się do Teatru Miejskiego w Łodzi. W latach 1930-1939 należał do zespołu Teatru Narodowego w Warszawie, występował także na innych scenach warszawskich. W filmach grywał role drugoplanowe. We wrześniu 1939 przedostał się na Węgry. W lutym 1940 przybył do Francji, skąd ewakuował się do Wielkiej Brytanii. Występował z recytacjami dla żołnierzy polskich. Kilka miesięcy spędził w obozie dla Polaków w Szkocji. Rozwinęła się wówczas u niego gruźlica krtani. Poddał się operacji, ale w jej rezultacie zupełnie stracił głos.

[323] Dokładna data i miejsce ślubu nie są znane. Stryjeńska pisze "kościół ewangelicko­-reformowany na Lesznie", mając na myśli kościół warszawskiej parafii ewangelickiej mieszczący się przy ul. Leszno 16. W dokumentach i materiałach po artystce zachował się list z datą 12 maja 1929 wysłany z Wilna: "Szanowna Pani, do zawarcia ślubu potrzebne są dokumenty następujące: 1) metryki urodzenia obojga stron; 2) akt rozwodowy; 3) dla strony wolnej wyciąg z ksiąg ludności na dowód swego stanu wolnego; 4) mieć z sobą dowody osobiste, jeśli są, by odnotować w nich akt ślubu. Więcej papierów nie trzeba. Ślub może się odbyć w czasie najbliższym. Od zapowiedzi, jeśli tylko papiery są w porządku, można zwolnić. Proszę zawiadomić, którego Szanowni Państwo z dokumentami przyjadą do Wilna na ślub. Proszę przyjąć wyrazy serdecznego pozdrowienia i wyrazy szacunku ks. Michał Jastrzębski, Wilno Zawalna 11 m. 5". Stryjeńska zmieniła wyznanie rzymskokatolickie na ewangelickie. Jest również pewne - co wynika ze wspomnień osób jej współczesnych - że przez pewien czas mieszkała w Wilnie. Zaraz po ślubie Stryjeńska i Socha nie zamieszkali razem, Socha pracował w Łodzi i dopiero jesienią 1929 roku przeniósł się do Warszawy.

[324] W archiwum artystki zachowało się bardzo wiele wycinków i kart z reprodukcjami, które opatrywała oburzonymi komentarzami: "Dlaczego robią takie fatalne reprodukcje? Farby zabrakło czy co?", "Co za krzywdzące reprodukcje. Ach, będziecie wy się w piekle smażyć, durnie jedne, za te wasze odbitki", "Zbóje, bandyty, kretyny! No i co mi zrobili z obrazów (te zamazane smarem drukarskim brudy)". Opisywała też karty z ilustracjami tańców "inspirowanymi" jej rysunkami i stylem: "I wyobrazić sobie, że takie cacko dostaje się jako objaw polskich reprodukcji w ręce cudzoziemców", "Co za krzywda, psiakreff, dla narodu polskiego taki bohomaz bezkarny".

[325] W spuściźnie Zofii Stryjeńskiej zachowały się dwa telegramy od Tadeusza Lubańskiego. Pierwszy z 1 listopada 1929: "Ojciec konający przyjeżdżaj zaraz kraków T." Drugi z 7 listopada 1929: "ojciec południe umarł pogrzeb sobota = tadek". Na odwrocie Stryjeńska dopisała "Boże, Boże, Boże, Boże".

[326] Jan Maksyś, 1894-1939, mąż Maryli Lubańskiej, siostry Stryjeńskiej, dziennikarz. Sekretarz Stryjeńskiej, a także jej pełnomocnik. Współpraca Maksysia ze Stryjeńską nie układała się dobrze. Świadczy o tym list Maryli z 23 stycznia 1932 roku: "Kochana Zocho! Ponieważ nie możemy się jakoś spotkać, a sama nie dajesz znaku życia o sobie, więc niepokoimy się, czy przypadkiem nie jesteś chora, obiecałaś, że zatelefonujesz. Jeżeli czujesz jeszcze urazę do nas, to musimy to wyrównać i Jaś jako winny musi Ci udzielić pełną satysfakcję. Przecież jako rodzina jedyna i bliska, i przyjacielska poza interesami możemy na platformie czysto towarzyskiej i rodzinnej frekwentować. By udowodnić, że się nie gniewasz, to oczekujemy Cię w niedzielę i zapraszamy na ulubioną potrawę przez Ciebie, tj. zająca na dziko. Całuję Cię serdecznie Maryla". Stryjeńska swoim zwyczajem na liście dopisała: "Owszem zająca na dziko lubię (byłam)".

[327] W archiwum rodziny Stryjeńskich zachowały się telegramy od Artura Sochy, na przykład: "Bez ciebie nie zostaję wobec czego przyjeżdżam = artur", "Tęsknię wtorek jestem = artur", "Tęsknię środa jestem".

[328] Willa Ignacego Paderewskiego w okolicach Morges w Szwajcarii. Patrz wpis s. 394.

[329] Międzynarodową Wystawę Kolonialną w Paryżu otwarto 6 maja 1931 roku. Jej celem było pokazanie Francji jako imperium "pokojowego kolonializmu", przysparzającego korzyści zarówno kolonizującym, jak i kolonizowanym. W kilku­nastu pawilonach narodowych prezentowano kulturę, wytwórczość i egzotykę poszczególnych regionów. Odtworzono zabudowę wiosek i charakterystyczne budowle, sprowadzono zwierzęta i mieszkańców podbitych krajów. Specjalną atrakcję stanowiły fontanny i efekty świetlne.

[330] W listopadzie 1930 roku w warszawskim oddziale Polskich Zakładów Philips, tak zwanym salonie Philipsa przy ul. Marszałkowskiej 139, odbyła się wystawa Stryjeńskiej i Henryka Kuny (patrz s. 644, przyp. 43). Stryjeńska pokazała 79 prac, zaprojektowała również wspólny plakat. Katalog wystawy zawierał teksty Jerzego Warchałowskiego i Mieczysława Tretera. Warchałowski napisał: "Stryjeńska jest na wskroś oryginalna, stworzyła własny styl. Ale nie ma hamulca. Przechodzi przez wszystkie uczucia. Jest poetką, czasem trzeźwym obserwatorem [...], gra na wszystkich strunach, ale mocno bije w polski dzwon" (Wystawa prac Zofii Stryjeńskiej, Henryka Kuny. Listopad 1930, Warszawa 1930, s. 8). Mieczysław Treter: "Niezależnie od danego tematu [...] zdaje się Stryjeńska przemawiać do widza polskiego znanym mu dobrze językiem, w rodzimej melodii i rytmice. [...] Oglądamy Babski taniec, a przypomina się nam coś z kipiących werwą i humorem rysunków Aleksandra Orłowskiego, fragment jakiejś nieśmiałej akwareli Michałowskiego czy jakiś wczesny obraz Chełmońskiego, choć w rzeczywistości nie mają nic wspólnego. Wspólna jest tylko twórcza postawa, na pokrewny ton nastawiona dyspozycja psychiczna" (tamże, s. 13).

[331] Między innymi XVIII Międzynarodowe Biennale Sztuki w Wenecji, wystawa sztuki religijnej w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach (pokazywano dzieła ponad 100 autorów), Międzynarodowa Wystawa Sztuki Religijnej w Padwie (Stryjeńska dostała srebrny medal, ex aequo z ośmioma innymi artystkami, Polskę reprezentowało 63 artystów), Międzynarodowa Wystawa Pięknej Książki w Padwie, Salon Jesienny w Paryżu (ekspozycja dorobku w dziedzinie plastyki teatralnej).

[332] Wystawa w Miejskim Muzeum Przemysłu Artystycznego we Lwowie, otwarta 30 października 1932 roku. Stryjeńska pokazała na niej 108 prac, m.in. Paschę, Bożki słowiańskie, Cztery pory roku, Rzemiosła, Gusła Słowian, Zabawy dziecięce, Postacie ze "Skałki" Wyspiańskiego, Tańce narodowe, Obrzędy polskie, Jasełka, Muzykę Podhala, ilustracje do Sielanek Szymonowica oraz panneaux decoratifs z wystawy paryskiej. Jerzy Warchałowski we wstępie do katalogu wystawy pisał: "Zofia Stryjeńska od lat kilkunastu maluje bez przerwy, choć stale grozi, że zrywa ze sztuką. W pracy, jak w życiu, bierze zwykle największe tempo, wszystko chłonie z pasją. Dziesiątki, setki obrazów rozchwytywane są, wydzierane jej spod pędzla, sprzedawane "na pniu". Potrafi pracować kilkanaście godzin dziennie, a w godzinę zrobić więcej niż inni przez całe dnie. Ma rozmach, szybką decyzję, pewną rękę. [...] Tematy swoje traktuje, bawiąc się, lekko, niefrasobliwie, z humorem, to znów głęboko dramatycznie lub nieskończenie rzewnie. Ma wdzięk i rozmach, i delikatność, i furię. Śmieje się do rozpuku, płacze do omdlenia, szaleje bezprzytomnie, rozczula się do łez. Podkreśla, charakteryzuje, przejaskrawia, fantazjuje. Ale mówi prawdę i mówi rzeczy bardzo nam bliskie. I tym wszystkim bierze nas za łeb, potrząsa, budzi, chwyta za serce, podnieca wyobraźnię, sięga do najgłębszych pokładów etnicznego poczucia, łączy dzisiejsze pokolenie, zagrożone narodową bezwyznaniowością w sztuce, z glebą rodzimą" (wstęp do katalogu: Zbiorowa Wystawa Obrazów Zofii Stryjeńskiej 30 X - 30 XI 1932 w Miejskim Muzeum Przemysłu Artystycznego we Lwowie, s. 7).

[333] Zofia Stryjeńska pracowała nad projektami kostiumów do baletu Harnasie Karola Szymanowskiego (patrz m.in. s. 647, przyp. 62 oraz s. 651, przyp. 82).

[334] Achilles Breza, 1903-1965, brat pisarza Tadeusza. Inżynier instalator. Był szefem reklamy w firmie Polski Fiat w Warszawie. "Obdarzony wielką urodą (bardzo wysoki blondyn o niebieskich skośnych oczach), ogromnym czarem osobistym, błyskotliwą inteligencją i talentem towarzyskim, należał do głoś­nych postaci warszawskiego "beau monde'u"" (Zofia Nałkowska, Dzienniki, t. IV, Warszawa 1988, s. 55, przyp. Hanny Kirchner). Zofia pisze o nim więcej w dalszej części pamiętnika.

[335] Bolesław Wieniawa­-Długoszowski, 1881-1942, generał dywizji Wojska Polskiego, dyplomata, legionista, osobisty adiutant Józefa Piłsudskiego. Także poeta, tłumacz wierszy. Popularny w warszawskich kręgach literackich. Znany z umiłowania kobiet, koni i hucznej zabawy.

[336] Kamil Mackiewicz, 1885 lub 1887 - 1931, rysownik, ilustrator, karykaturzysta, pedagog w prywatnej szkole Konrada Krzyżanowskiego w Warszawie. Współpracował z licznymi czasopismami, często podejmował tematykę wojenną i wojskową, ilustrował książki dla dorosłych i dla dzieci.

[337] Franciszek Fiszer, 1860-1937, popularna postać środowiska literacko­-artystycz­nego Warszawy, bywalec salonów i kawiarni, erudyta, gawędziarz, bohater i twórca licznych anegdot i dowcipów.

[338] Le pape c'est moi (fr.) - papież to ja.

[339] Być może zniekształcone słowo "megafon" lub "aerofon" - przyrząd wynaleziony przez Thomasa Edisona służący do wzmacniania głosu i przekazywania go na odległość kilku kilometrów.

[340] W niektórych wspomnieniach z tego okresu podaje się, że kaczka miała na imię Leokadia.

[341] Pod Picadorem - kawiarnia literacka otwarta 29 listopada 1918 roku w mleczarni Życkiego na Nowym Świecie, wkrótce przeniesiona do podziemi Hotelu Europejskiego. Powstała z inicjatywy Tadeusza Raabego i Antoniego Słonimskiego i grupowała środowisko późniejszych skamandrytów (patrz niżej) oraz artystów, literatów i aktorów, m.in. Jerzego Mieczysława Rytarda, Feliksa Przysieckiego, Kamila Witkowskiego, Aleksandra Świdwińskiego, Marię Morską. W kawiarni urządzano wieczory kabaretowe i poetyckie.

[342] Grupa poetycka wywodząca się z kręgu twórców związanych z pismem literackim "Pro Arte et Studio" i kawiarnią literacką Pod Picadorem, uformowana z końcem 1919 roku przez Juliana Tuwima, Antoniego Słonimskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Kazimierza Wierzyńskiego i Jana Lechonia. Członkowie grupy skupiali się wokół miesięcznika "Skamander" wydawanego (nieregularnie) w Warszawie w latach 1920-1928 i 1935-1939, początkowo pod redakcją Władysława Zawistowskiego, a od 1922 roku Mieczysława Grydzewskiego. Współpracowali także z "Wiadomościami Literackimi".

[343] Międzynarodowe stowarzyszenie pisarzy założone w 1922 roku w Londynie. Polski oddział Pen Clubu powstał w 1924 roku z inicjatywy Stefana Żeromskiego, od 1933 roku przewodził mu Jan Parandowski.

[344] Tygodnik literacko­-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924-1939, jedno z głównych czasopism literackich dwudziesto­lecia międzywojennego.

[345] Bruno Winawer, 1883-1944, komediopisarz, prozaik, felietonista, z wykształcenia fizyk. W 1921 roku Stryjeńska wykonała projekt dekoracji do jego scenariusza filmowego Promienie FF.

[346] Leon Schiller, właśc. Leon Jerzy Schiller de Schildenfeld, 1887-1954, reżyser, krytyk i teoretyk teatralny, autor scenariuszy teatralnych i radiowych. Współpracował z teatrami w Warszawie (głównie Teatr Polski, Reduta, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego, Teatr Ateneum), Łodzi i Lwowie. Zasłynął interpretacjami dramatów Adama Mickiewicza. Od 1933 roku kierownik wydziału reżyserskiego Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Po II wojnie światowej rektor PWST w Łodzi i redaktor naczelny pisma "Teatr", twórca pisma "Pamiętnik Teatralny".

[347] Ludwik Hieronim Morstin, 1886-1966, dramatopisarz, poeta, prozaik, tłumacz. Współzałożyciel i współredaktor pisma literackiego "Museion", w latach 1930-1931 redaktor miesięcznika "Pamiętnik Warszawski". Razem z żoną Janiną z Żółtowskich prowadził w Pławowicach niedaleko Krakowa dom otwarty, który pełnił funkcję salonu artystyczno­-literackiego.

[348] Józef Wittlin, 1896-1976, poeta, powieściopisarz, krytyk, tłumacz związany z grupą literacką Zdrój, następnie ze Skamandrem. W latach 1921-1924 kierownik literacki Teatru Miejskiego i pedagog Szkoły Dramatycznej w Łodzi. W 1937 roku za powieść Sól ziemi otrzymał nagrodę Pen Clubu i Złoty Wawrzyn Polskiej Akademii Literatury.

[349] Ryszard Ordyński, 1878-1953, reżyser teatralny i filmowy, scenarzysta, aktor. Pracował w wielu teatrach zagranicznych, m.in. Deutsches Theater w Berlinie, Little Theatre w Los Angeles i Metropolitan Opera House w Nowym Jorku. Od 1934 roku był przewodniczącym Naczelnej Rady Przemysłu Filmowego w Polsce.

[350] Zdzisław Czermański, 1900-1970, grafik karykaturzysta. Od roku 1920 roku publikował karykatury osobistości ze świata polityki w "Szczutku", potem także w "Cyruliku Warszawskim" i "Wiadomościach Literackich". Wśród bohaterów karykatur był Józef Piłsudski.

[351] Juliusz Osterwa, właśc. Julian Andrzej Maluszek, 1885-1947, aktor i reżyser teatralny, reformator teatru. W 1919 roku wraz z Mieczysławem Limanowskim założył teatr­-laboratorium Reduta, dążący do poszukiwania nowych metod pracy aktorskiej i do wychowania aktorów­-społeczników. W latach międzywojennych dyrektor Teatru Rozmaitości w Warszawie i Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

[352] Jerzy Leszczyński, 1884-1959, aktor teatralny. Występował w teatrach krakowskich, warszawskich i łódzkich.

[353] En vogue (fr.) - w modzie.

[354] Lucyna Messal, właśc. Lucyna Mischal­-Sztukowska, 1886-1953, popularna aktorka, sopranistka i tancerka operetkowa, primadonna Operetki Warszawskiej. Występowała na scenach Warszawy, Lublina, Łodzi, Petersburga, Moskwy, Wiednia i Budapesztu.

[355] Mieczysława Ćwiklińska, właśc. Mieczysława Trapszo, 1879-1972, aktorka teatralna i filmowa, śpiewaczka (sopran), uznana za jedną z najlepszych odtwórczyń ról komediowych.

[356] Maria Modzelewska, 1903-1997, wybitna aktorka filmowa i teatralna występująca w Krakowie i Warszawie. Odtwórczyni ról dramatycznych i komediowych.

[357] Jadwiga Smosarska, 1898-1971, aktorka teatralna i filmowa. Zagrała w 26 filmach i 40 sztukach teatralnych. Od 1939 roku z mężem Zygmuntem Protasiewiczem mieszkała w Stanach Zjednoczonych, gdzie m.in. zorganizowała z Ryszardem Ordyńskim Komitet Pomocy Polskim Aktorom na Wygnaniu.

[358] Maria Gorczyńska, 1899-1959, aktorka teatralna i filmowa związana z Warszawą.

[359] W Małej Ziemiańskiej kawę podawano w szklankach: duża kawa - cała szklanka, mała - pół szklanki. Stąd określenie "pół czarnej".

[360] Ludomir Śleńdziński, 1889-1980, malarz, rzeźbiarz, profesor Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i dziekan tej uczelni. Członek Stowarzyszenia Artystów Polskich "Rytm" i współzałożyciel Instytutu Propagandy Sztuki. Po wojnie rektor Politechniki Krakowskiej.

[361] Tymon Niesiołowski, 1882-1965, malarz, grafik, pedagog. Członek Towarzystwa Sztuka Podhalańska, ugrupowań Formiści, Rytm, Grupa Toruńska. W 1926 roku został dyrektorem Szkoły Rzemiosł Artystycznych w Wilnie. Od 1928 roku uczył malarstwa i projektowania tkanin oraz plakatów na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Zajmował się też sztuką użytkową.

[362] Henryk Kuna, 1879-1945, rzeźbiarz i malarz, jeden z założycieli Stowarzyszenia Artystów Polskich "Rytm". W latach 1932-1939 profesor Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu w Wilnie. W latach 30. zajmował się głównie rzeźbą portretową i monumentalną (m.in. pomnik Adama Mickiewicza w Wilnie).

[363] Stanisław Szreniawa­-Rzecki, 1888-1972, rzeźbiarz, malarz, grafik i scenograf. Współzałożyciel Stowarzyszenia Artystów Polskich "Rytm", w latach 1925-1939 dyrektor Instytutu Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1924 projektował okładki dla czasopisma "Pani".

[364] Magnezja - tu: substancja podobna do talku używana m.in. w pracy rzeźbiarskiej.

[365] Tadeusz Gronowski, 1894-1990, grafik, malarz, architekt wnętrz, scenograf. Ilustrator książek, twórca plakatów i ekslibrisów. Jako grafik współpracował m.in. ze "Skamandrem". Członek Stowarzyszenia Artystów Polskich "Rytm", współzałożyciel Koła Artystów Grafików Reklamowych.

[366] Felicjan Szczęsny Kowarski, 1890-1948, malarz, rzeźbiarz, pedagog. Członek ugrupowań Rytm, Pryzmat i Cechu Artystów Plastyków "Jednoróg" (był też jego współzałożycielem). Tworzył wielkie kompozycje figuralne, portrety, pejzaże i martwe natury; zajmował się malarstwem ściennym, a także rzeźbą i grafiką. W 1928 roku uczestniczył w tworzeniu polichromii Rynku Starego Miasta w Warszawie (kamienice Gizów i Dzianotów).

[367] Tadeusz Breyer, 1874-1952, rzeźbiarz, medalier, projektant monet, wieloletni profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Należał do Stowarzyszenia "Rzeźba", spółdzielni "Ład" i grupy Rytm. Na Wystawie Sztuki i Techniki w 1937 roku w Paryżu otrzymał złoty medal za cykl pamiątkowych medali.

[368] Franciszek Siedlecki, 1867-1934, malarz i grafik, autor scenografii teatralnych, krytyk sztuki oraz teatrolog. Uprawiał głównie akwafortę i malarstwo olejne. Wsławił się także jako organizator życia artystycznego w Warszawie, popularyzator grafiki i krytyk teatralny.

[369] Władysław Walter, właśc. Władysław Walterejt, 1887-1959, aktor teatralny i filmowy, artysta kabaretowy i rewiowy śpiewak (bas). Autor felietonów, mono­logów i skeczów. W 1918 roku z aktorem Julianem Krzewińskim założył kabaret artystyczny w restauracji Oaza przy ul. Wierzbowej w Warszawie. Występował też m.in. w operetkowym Teatrze Nowości, Qui Pro Quo, Morskim Oku.

[370] Marian Rentgen­-Günter, 1888-1940, aktor rewiowy i kabaretowy, piosenkarz, porucznik rezerwy służby zdrowia Wojska Polskiego, z wykształcenia farmaceuta. Występował m.in. w Qui Pro Quo. Zginął w Charkowie.

[371] Alfred Lauterbach, 1884 lub 1885 - 1943?, historyk sztuki, konserwator, muzeo­log. W latach 1928-1937 był dyrektorem Państwowych Zbiorów Sztuki z siedzibą na Zamku Królewskim w Warszawie. Zajmował się także varsavianistyką i krytyką artystyczną. Ukrywając się w czasie okupacji, pracował nad planami odbudowy Warszawy. Został zamordowany przez gestapo.

[372] Ludwik Bernacki, 1882-1939, historyk literatury i teatru, edytor, bibliograf i bibliofil, od 1906 roku pracownik Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie, od 1918 roku - jego dyrektor.

[373] Czesław Garliński, 1878-1954, jeden z najbardziej znanych warszawskich antykwariuszy, bibliofil, kolekcjoner, miłośnik sztuki. W 1903 roku otworzył w Warszawie skład papieru i materiałów malarskich z działem sprzedaży obrazów. Z czasem przekształcił go w antykwariat, a ten z kolei w galerię sztuki uważaną za centrum ożywionego ruchu artystycznego w Warszawie. Od 1922 roku wysta­wiał w swoim Salonie Sztuki przy ul. Mazowieckiej w Warszawie dzieła wybitnych artystów dawnych i współczesnych oraz dzieła początkujących malarzy. Cenił prace formistów i członków grupy Rytm. Urządził 252 wystawy indywidualne i 40 ekspozycji różnych ugrupowań artystycznych. W lutym 1924 roku w salonie wystawę miała Zofia Stryjeńska. Pokazała 55 prac, między innymi ilustracje do Trenów Kochanowskiego oraz obrazy wielkoformatowe Świt (Poranek) i Zmierzch (Wieczór). Garliński brał także udział w organizowaniu wystaw poza stolicą, np. w 1932 roku wystawy Stryjeńskiej w Miejskim Muzeum Przemysłu Artystycznego we Lwowie.

[374] Jak wynika z korespondencji, chodziło prawdopodobnie o niedotrzymane umowy wydawnicze. List do nieznanego adresata z 9 maja 1932: "Właśnie wróciłam ze Lwowa. [...] Widziałam się z Bernackim, z Gembarowiczem i innymi. Przez przedawnienie sprawy ogromnie są zaciekli, gdyż chcą wreszcie mieć jakieś definitywne zakończenie tego całego kramu. Wreszcie po wielu przykrościach i długich gadaniach i wzajemnych ich obradach doszliśmy do ostatecznego tego postanowienia: że godzą się przyjąć ekwiwalent w postaci 10 mych obrazów etno­graficznych pt. Stroje ludowe (zawiozłam im fotografie tych obrazów), których prawo reprodukcji posiada MSZ, o czym ich uprzedziłam. Ale godzą się wziąć to bez prawa reprodukcji jako ekwiwalent brakujących 10 tańców do muzeum. Natomiast dział wydawniczy rości sobie pretensje osobne, na których zaspokojenie w zamian za tańce mam im dać ze dwa obrazy jakiekolwiek, oczywiście wartościowe, tj. rujnują mię zupełnie! gdyż tablice etnogr. są dla mnie wartości około 20 000 zł i liczyłam na sprzedanie ich za granicą. Lecz sęk całej sprawy, p. Arturze, nieszczęśliwy leży w tym, że właśnie te 10 obrazów są teraz w reprodukcji w Krakowie i absolutnie MSZ nie wyda je przed ukończeniem reprodukcji ze swych rąk, co zresztą ma sobie zastrzeżone. Jedyne więc, co można zrobić, to pertraktować z Ossolineum, aby zgodzili się na otrzymanie zapewnienia z MSZ, że po skończonym wydawnictwie zostaną im tablice wydane. Oto właśnie teraz staram się, gdyż działem MSZ kieruje P. Warchałowski. W tych dniach ma Tow. Szt. P. otrzymać jakąś [nieczytelne] wiadomość z Ossolin. [...]. Niech mi Pan wierzy, Panie Arturze, że straszne męczarnie moralne przeżyłam po otrzymaniu Pana listów i wszystko, co mogłam, zrobiłam i zrobię, aby Towarzystwo od tej fatalności ocalić, ale mam wrażenie, że Pan ma tam jakiegoś osobistego wroga w tym przeklętym Ossolin.".

[375] Wysokiej jakości papier rysunkowy firmy Whatman.

[376] Kadmium - żółty, cynober - brunatnoczerwony, sjena - żółtobrązowy, kraplak - czerwony, ultramaryna - błękitny, émeraude (fr.) - szmaragdowy.

[377] Ołówki firmy Koh­-i­-noor.

[378] Pomysł stworzenia świątyni bogów słowiańskich Stryjeńska opracowała ostatecznie w 1942 roku. Wykonała 12 kolorowych rysunków zachowanych w archiwum rodziny. Nazwa "witezjon" pochodzi od łacińskiego vita - życie, ""gdyż życie by tam wrzało - notowała. - Olimp bogów słowiańskich". [...]. Jan Stryjeński wspominał: "W swoim zachwycie słowiańszczyzną Mama w czasie wojny zrobiła szkice do świątyni­-muzeum­-teatru słowiańskiego, przypominającego mezopotamskie zigguraty, ale bardziej nowoczesnej. Konstrukcja dolna betonowa, budynek drewniany, zamiast kamiennych stopni pochylnie trawiaste". [...] budynek główny, czyli chram, [ma] mieć charakter prasłowiański. I nie chodzi - jak zapewnia Zofia w notatkach - o sztuczną stylowość, na której widok dostaje "napadu wścieklizny", ani o kopiowanie "starych wzorów z Biskupina". Chram mają otaczać cztery stadiony, połączone autostradą rozbiegającą się we wszystkie strony świata. Przed budynkiem stanie kamienny znicz [...]. Wokół lasy i łąki. Budynku strzegą gontyny druidów. Znajdą się tam oprócz kas, informacji, również biura komitetu administracyjno­-konserwatorskiego. [...] Widzowie z miejsca na miejsce będą się przenosić taśmociągami poziomych chodników. W podziemiach Stryjeńska zaprojektowała biura, archiwa i pomieszczenia techniczne. Będzie też muzeum etnograficzne, zawsze otwarte dla zwiedzających. Pierwsze, co rzuca w oczy na rysunku wnętrza świątyni, to olbrzymia widownia, miejsca siedzące i stojące. Centrum stanowi scena, na niej posąg Światowida wysoki na dwanaście metrów, z cokołem - dwadzieścia. Zamknięty w przeszklonej komorze będzie widoczny również z zewnątrz budowli. Przy bocznych ścianach w szesnastu niszach staną posągi: pokrytego sierścią wilka Lubina, symbolu lutego przednówka, Welesa, Trygława, Dziedzilii, Boha, Swaroga, Marzanny, Pogody, Lelum, Kupały, Cycy symbolizującej fizyczną bujność i dobrobyt, Radegasta, Łady, boga słońca, wojny i prawa, Peruna, Warwasa i Dydka. [...] Brązowe torsy, włosy zielone albo srebrne, twarze - do wyboru: białe, niebieskie. Jak pradawne posągi bóstw słowiańskich, zdobione świecidłami, zbożem, złoconymi skorupami jaj czy sznurami korali. "Za wszelką jednak cenę trzeba unikać naturalizmu - wyjaśnia Stryjeńska. - Żeby z posągów mających wyobrażać cuda nierzeczywiste - nie zrobiło się panopticum". [...] Na pewno pod każdym będzie zapadnia uruchamiana przyciskiem. Trwa wojna [...], trzeba chronić bogów przed zniszczeniem. W razie bombardowań powoli zjadą do podziemi. Tuż nad ich głowami będą sgraffita z obrzędami Słowian. Stryjeńska sama chce nałożyć kolejne warstwy kolorowej gliny i powoli je zeskrobywać, tak by powstał wielobarwny wzór" (Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, dz. cyt., s. 221-224). W Witezjonie miały odbywać się między innymi cztery festiwale: zimowy, wiosenny, lata, jesieni. Składać się miały z koncertu, baletu i obrzędu. Jesienią byłyby to np. dożynki.

[379] Henryk Cieśla, 1895-1968, kustosz Muzeum Lubomirskich wchodzącego w skład Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie.

[380] Ludwik Lille, 1897-1957, malarz, grafik, członek Formistów i Zrzeszenia Plastyków "Artes". Tworzył ekspresyjne, metaforyczne martwe natury, sceny figuralne, autor licznych scenografii, także małych rzeźb glinianych.

[381] Stryjeńska będzie relacjonować w pamiętniku kolejne etapy pracy nad kostiumami do baletu. "Historia realizacji utworu Szymanowskiego oraz projektów Stryjeńskiej jest dość zawikłana. Projekty kostiumów i dekoracje zostały zamówione przez dyrektora opery we Lwowie - Franciszka Groëra. Do premiery nie doszło, gdyż wcześniej w 1932 roku pojawił się plan wystawienia baletu w Operze Paryskiej oraz Teatrze Wielkim w Warszawie. Stryjeńska miała opracować scenografię do obydwu realizacji. W grudniu 1933 roku ustalono warunki wystawienia Harnasiów w Warszawie. [...] Do planowanej na 14 kwietnia 1934 roku premiery nie doszło. Również projekty przygotowane do premiery paryskiej nie zostały zrealizowane na scenie. [...] Spora część projektów została opublikowana w czasopiśmie "Światowid" w styczniu 1935 roku, w artykule na temat paryskiej premiery. "W opracowaniu kostiumów oparła się artystka na hierarchicznym opracowaniu postaci harnasiów, baców, junaków, pasterzy i dziewek góralskich. W kompozycji szczegółów kostiumowych oraz dekoracyjnych zachowała charakter elementów z starego malarstwa na szkle i prymitywnych drzeworytów. [...] W transponowaniu pierwiastków folkloru na artystyczne walory okazała [...] wiele dokładności w opracowaniu szczegółów ornamentalnych, niezbędnych w projektowaniu strojów, tkanin, pasów, haf­tów, czap góralskich, torb i fryzur" (Marian Dienstl­-Dąbrowa, Balet "Harnasie" Szymanowskiego w operze paryskiej, "Światowid" 1935, nr 1). Projekty artystki nie zostały zrealizowane, pokazano je natomiast na wystawie w Société Orbis w pobliżu Opery otwartej 24 kwietnia 1936 roku po próbie generalnej Harnasiów. Oprawę plastyczną spektaklu w Operze Paryskiej ostatecznie wykonano według projektów studentki Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej - ­Ireny Lorentowicz. Premiera baletu Szymanowskiego w scenografii Stryjeńskiej odbyła się dopiero 1 października 1938 roku w Teatrze Wielkim w Warszawie. [...] Stryjeńska jeszcze raz projektowała kostiumy do Harnasiów, tym razem dla Polskiego Baletu Reprezentacyjnego. Spektakl pokazany był 4 marca 1939 roku w Palais des Beaux­-Arts w Brukseli, a następnie powtórzony 19 kwietnia 1939 roku w Teatrze Wielkim w Warszawie w ramach XVII Festiwalu SIMC (Société Internationale pour la Musique Contemporaine) i w czerwcu 1939 roku w Nowym Jorku na Wystawie Światowej" (Monika Chudzikowska, Talent stworzony do teatru, dz. cyt., s. 42-44). "Premiera Harnasiów odbyła się, owszem, ale artyści wystąpili w kostiumach nie Stryjeńskiej, a Ireny Lorentowicz. Zdaniem Jerzego Waldorffa wszystko przez to, że "sprawy jęły trącić skandalem", gdy stało się jasne, iż projekty, które Zofia wysłała kilka lat wcześniej do Paryża, są tylko "namiastkowymi szkicami". Nie do wykorzystania. Prawdziwe sprzedała bowiem wcześniej Teatrowi Wielkiemu w Warszawie. By ratować sytuację, Jan Lechoń ogłosił w 1935 roku konkurs. Zwyciężyła Lorentowicz. Nie wiadomo, czy Zofia w ogóle wiedziała o konkursie. Wiadomo, że postanowiła się zemścić. Zaczęła dybać na Szymanowskiego. Dowiedział się o tym, więc w kwietniu 1935 roku przed powrotem z Rzymu prosił swoją sekretarkę w Warszawie: "Należy o ile możliwości zakonspirować mój krótki pobyt (poza ludźmi, których ewentualnie będę musiał zobaczyć, ale i ich prosić o dyskrecję) - ze względu na ­Stryjeńską, która mię będzie łapać...". Złapała. W hotelu Savoy na rogu Nowego Światu i Ordynackiej jadł akurat kolację z Grzegorzem Fitelbergiem. Podeszła do ich stolika, stłukła trzymany w ręce kieliszek i odłamkiem szkła zadrapała dłoń kompozytora. Szymanowski skwitował to później krótko: "Taka była ostatnia krwawo opłacona z nią rozmowa"" (Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, dz. cyt., s. 163). (Patrz także s. 651, przyp. 82; s. 678, przyp. 7 i s. 680, przyp. 8).

[382] Grzegorz Fitelberg, 1879-1953, dyrygent, kompozytor i skrzypek, przyjaciel Karola Szymanowskiego. Był dyrygentem Baletów Rosyjskich Siergieja Diagilewa. W latach 1924-1934 kierował Filharmonią Warszawską i współpracował z Teatrem Wielkim, gdzie wystawiał opery. Zorganizował i prowadził w latach 1934-1939 Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia, która w 1937 roku na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała złoty medal.

[383] Henryk Toeplitz, lwowski handlowiec i miłośnik sztuki, w jego domu przy ul. Potockiego 94 zatrzymywało się wielu zaprzyjaźnionych artystów, m.in. Karol Szymanowski czy Leopold Staff.

[384] Franciszek Groër, 1887-1965, lekarz pediatra, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i tamtejszego Instytutu Medycznego. Był również przewodniczącym Towarzystwa Przyjaciół Muzyki i Opery we Lwowie oraz dyrektorem administracyjnym Opery Lwowskiej (1931-1933).

[385] Jan Henryk Rosen, 1891-1982, malarz zajmujący się głównie monumentalnym malarstwem ściennym i witrażem. Wykonał m.in. dekorację katedry ormiańskiej we Lwowie, polichromie kaplicy na Kahlenbergu w Wiedniu, dekorację ścian kaplicy w letniej rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo.

[386] Adam Dołżycki, 1886-1972, dyrygent i kompozytor, kierował orkiestrą m.in. Teatru Wielkiego w Warszawie i teatrów operowych w Poznaniu, gdzie wystawił m.in. Widma Stanisława Moniuszki i własną operę Krzyżacy według Henryka Sienkiewicza.

[387] Wilam Horzyca, właśc. Wilhelm Henryk Hořitza, 1889-1959, reżyser, pisarz, krytyk teatralny, współtwórca grupy Skamander, współkierownik eksperymentalnego teatru Elsynor, Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Warszawie, w latach 1931-1937 dyrektor Teatrów Miejskich we Lwowie. Po wojnie dyrektor teatrów w Toruniu, Bydgoszczy, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie i Warszawie.

[388] Prawdopodobnie chodzi o Aleksandra Szymielewicza, 1912-1944, lekarza, jednego z partnerów Karola Szymanowskiego.

[389] Z fr. muchoir - chusteczka. To ona jest w dramacie rzekomym dowodem zdrady małżeńskiej Desdemony.

[390] Jan Gruszczyński, ? - zm. podczas II wojny światowej, aktor, śpiewak. Od 1916 roku występował w Teatrze Polskim w Poznaniu. W 1924 zadebiutował w tamtejszym Teatrze Wielkim. W operze poznańskiej występował z przerwami do 1939. W 1932 roku gościł w Operze Lwowskiej.

[391] Franciszkowi Groërowi bardzo zależało na wystawieniu baletu. W korespondencji Stryjeńskiej znajduje się list Groëra z 22 stycznia 1933: "Łaskawa Pani - jestem niezmiernie zaniepokojony o losy Harnasi. Mamy już 22 stycznia - a o scenariuszu i wyciągu fortepianowym ani słychu. Mówi mi Janio Rosen, że Pani ma już zupełnie gotowe szkice. - Chcielibyśmy jak najprędzej rozpocząć prace we Lwowie - tymczasem Ficio [Fitelberg] jest w Kopenhadze, o ile mi wiadomo, a co dzieje się z Karolem Szymanowskim - nie mam pojęcia. Gdybyśmy mogli otrzymać wyciąg fortepianowy i choć króciutką treść baletu - scenariusz ułożylibyśmy sami - a tymczasem można by malować dekoracje i szyć kostiumy. - Będę Pani niezmiernie zobowiązany za przypilenie Ficia o te rzeczy i wiadomość, kiedy możemy oczekiwać szkiców dekoracji i kostiumów. Ponieważ będę w połowie przyszłego tygodnia w Warszawie, przeto będziemy mogli zawrzeć umowę z łaskawą Panią. Ucałowanie rączek, wyrazy hołdu i gorące prośby o przyspieszenie sprawy łączę, zawsze oddany Franciszek Groër".

[392] W archiwum Stryjeńskiej zachował się plakat z tej wystawy: "SENSACJA WYSTAW! Zbiorowa wystawa obrazów Zofii Stryjeńskiej otwarta codziennie od godz. 9-18­-ej w salach Muzeum Przemysłu Artystycznego, Hetmańska 20. Wstęp: 1 zł, dla młodzieży szkolnej - 50 gr. Dla wycieczek 25 gr". Dopisek Stryjeńskiej: "6000 osób było przez 10 dni, wszystko sprzedane".

[393] Kazimierz Jan Hartleb, 1886-1951, historyk. Od 1929 roku profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, w latach 1932-1936 dyrektor tamtejszego Muzeum Przemysłu Artystycznego.

[394] Spółdzielnia Artystów Plastyków "Ład" powstała w 1926 roku z inicjatywy Józefa Czajkowskiego, Wojciecha Jastrzębowskiego, Karola Stryjeńskiego i Karola Tichego - profesorów Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie, oraz ich uczniów - Lucjana Kintopfa i Eleonory Plutyńskiej. Kontynuowała zainteresowania sztuką dekoracyjną krakowskiego towarzystwa Polska Sztuka Stosowana i Warsztatów Krakowskich. Wkrótce powstały pracownie: kilimów, dywanów i tkanin żakardowych, farbiarska, ceramiczna i meblarska. Ład skupiał projektantów, a także rzemieślników wykonawców, którzy dążyli do wypracowania stylu nowoczes­nego wnętrza, a także sięgali do tradycji polskiej sztuki ludowej, tradycyjnych metod i rodzimych materiałów.

[395] W 1927 roku Stryjeński otrzymał nominację na stanowisko profesora zwyczajnego Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie (objął pracownię rzeźby monumentalnej oraz technik metalowych). Został także kuratorem Towarzystwa Bratniej Pomocy Studentów (zwanego potocznie Bratniakiem), organizacji studenckiej wspierającej niezamożnych studentów i prowadzącej działalność oświatową. Dla absolwentów swoich pracowni Stryjeński zorganizował stowarzyszenie Forma, którego celem było pozyskiwanie zamówień na prace młodych artystów. Był również prezesem Klubu Artystycznego z siedzibą w hotelu Polonia, gdzie - z jego inicjatywy - odbywały się wystawy (m.in. pierwsza kapistów, zbiorowa Stanisława Wyspiańskiego), wieczory autorskie, koncerty. Był aktywnym członkiem Towarzystwa Szerzenia Sztuki Polskiej wśród Obcych i jurorem wielu konkursów.

[396] Instytut Propagandy Sztuki powołano w Warszawie 11 czerwca 1930 roku. Członkami założycielami byli: Władysław Skoczylas, Jerzy Warchałowski, Stanisław Woźnicki, a w skład pierwszej rady weszli także: Karol Stryjeński, Henryk Grombecki, Mieczysław Treter, Michał Boruciński, Tadeusz Pruszkowski i Wojciech Jastrzębowski. Stryjeński był prezesem Instytutu od 1932 roku oraz autorem zwycięskiego projektu jego siedziby przy ul. Królewskiej 13. Instytut prowadził ożywioną działalność w zakresie upowszechniania sztuki, zwłaszcza współczesnej (włącznie z ówczesną sztuką awangardową, w przeciwieństwie do konserwatywnej Zachęty), organizował doroczne salony (przegląd bieżącej plastyki), wystawy zbiorowe i indywidualne, odczyty. Prowadził także działalność na prowincji i organizował wystawy zagranicą. Pełnił również funkcję towarzyską: w jednym z pawilonów wystawienniczych IPS­-u utworzono popularną wśród artystów kawiarnię.

[397] W spuściźnie Zofii Stryjeńskiej znajduje się zaproszenie na tę wycieczkę: "Odjazd z Warszawy nastąpi specjalnym pociągiem wieczorem dn. 19 czerwca, przyjazd na miejsce rano 20 czerwca, pobyt w Białowieży do wieczora 21 czerwca i powrót do Warszawy dn. 22 czerwca rano. Ponieważ pałac Białowieski może pomieścić niewielką ilość osób, zaproszeni będą rozlokowani w pociągu i z tej racji proszeni są o pewną wyrozumiałość na niewygody. Organizatorzy zrobią wszystko, co jest w ich mocy, by zadowolić uczestników wycieczki, czują się jednak w obowiązku uprzedzić, że komfort będzie utrzymany w ramach minimalnych, tzw. "camping expedition". Kostium sportowy lub podróżny wystarczy od rana do wieczora, etykieta nie będzie stosowana. Warunkiem nieodzownym jest zapas dobrego humoru, który trzeba zabrać ze sobą. (Przeciwko niepogodzie - parasol jako środek zapobiegawczy). Jeżeli te warunki W. P. odpowiadają, prosimy uprzejmie o odpowiedź najpóźniej do dn. 14 bm. pod adresem p. J. Beckowej, ul. Piękna 2. Warszawa, dn. 8 VI 1931. Uczestnicy m.in.: Minister Bułgarii, Danii, Jugosławii, Estonii, Norwegii, Portugalii, panna Iłłakowicz, Zofia Nałkowska, Ludwik Puget, p. Parandowski, Jerzy Warchałowski". Zofia Stryjeńska była w Białowieży. Zachowało się wspólne zdjęcie uczestników.

[398] Zakłady Graficzne Straszewiczów prowadzone przez braci Bohdana i Leszka Kazimierza przy ul. Leszno 112 w Warszawie (po śmierci brata Leszek samodzielnie kierował firmą). Drukowali m.in. wydawnictwa artystyczne, mapy, plakaty projektowane przez wybitnych plastyków, a także etykiety i opakowania. W spisie prac Stryjeńskiej znajduje się informacja: "Cykl 50 plansz królów polskich (30 × 50 cm) offset. Wyd. Straszewicza - Warszawa" oraz "48 grafik 3­-kolor. (18 × 27 cm) Wyd. Straszewicza - Warszawa". Prawdopodobnie były przeznaczone dla szkół.

[399] W latach 1927-1931 Stryjeński był trzykrotnie operowany z powodu zapalenia kości i szpiku w lewej nodze. Na początku listopada 1932 roku wystąpiły silne bóle głowy, wylew krwi do mózgu i lewostronny paraliż. Artysta leżał w warszawskim Szpitalu Ewangelickim.

[400] Obchody dwudziestej piątej rocznicy śmierci Stanisława Wyspiańskiego.

[401] Projekt wystawienia Harnasiów w Paryżu powstał przed wrześniem 1932 roku. W piśmie ambasady RP w Paryżu z 10 grudnia tego roku do Wydziału Prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie czytamy: "Ambasada zawiadamia Ministerstwo, iż istnieje możliwość wystawienia przez Operę Paryską baletu Karola Szymanowskiego Harnasie. Szczegółowe pertraktacje w tej sprawie będą się mogły rozpocząć jednak dopiero wtedy, kiedy Ambasada będzie w posiadaniu projektów dekoracji, oddających pojęcie o plastycznych walorach widowiska. W tym celu pan Lechoń w czasie swego pobytu w Warszawie we wrześniu porozumiał się z panią Zofią Stryjeńską i uzyskał od niej obietnicę nadesłania projektów dekoracji w miesiącu grudniu. Ponieważ od szybkiego otrzymania tych rysunków zależy w znacznej mierze los usiłowań mających duże szanse realizacji i mogących przynieść ważny rezultat propagandowy, Ambasada prosi Ministerstwo o wpłynięcie na panią Stryjeńską w kierunku możliwie najszybszego nadesłania obiecanych rysunków. A. Muhlstein, Minister Pełnomocny Charge d'Affaires". Stryjeńska odpisała: "Projekty kostiumów i szkice dekoracji pomyślane przy porozumieniu się z Karolem Szymanowskim mam już w całości gotowe i gdy tylko otrzymam podpisaną przez Szanownego Pana Ministra załączoną tutaj umowę, projekty zostaną natychmiast express przesłane Ambasadzie, a we właściwym czasie, gdy będę w Paryżu, mogę najchętniej jeszcze użyczyć osobistych wskazówek w inscenizacji". Podpisano następującą umowę (zachowała się w spuściźnie Stryjeńskiej): "1. Projekty składające się z 20 plansz barwnych i dwóch makiet dekoracyjnych pozostają własnością p. Zofii Stryjeńskiej i po wykorzystaniu ich w teatrze przez Ambasadę będą jej w stanie niezniszczonym zwrócone. 2. Honorarium 2000 (dwa tysiące zł) zostanie wypłacone przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Warszawie w dwóch częściach: mianowicie 1000 zł przy podpisaniu niniejszej umowy, pozostałe 1000 zł w dziesięć dni po wystawieniu opery [!] Harnasie". Po podpisaniu umowy Stryjeńska wysłała projekty. Z zapłaceniem pierwszej raty były jednak trudności. 18 stycznia 1933 roku Jan Lechoń, ówczesny pracownik ambasady w Paryżu, donosił w liście przesłanym ekspresem: "Droga Pani Zofio! List Pani otrzymałem. Jak tylko kasa będzie mogła - a będzie to, myślę, już, już za 2-3 dni, natychmiast Pani otrzyma pieniądze. Pilnuję tego jak "oka w głowie", niech więc Pani nie psioczy - i ładnie się uśmiechnie do Jana Lechonia". Ponieważ decyzja w sprawie wystawienia baletu i przyjęcia projektów nie nadchodziła, Stryjeńska ponownie poprosiła o wiadomość. 24 maja 1933 otrzymała pismo: "[...] W odpowiedzi na list Pani donoszę Jej, że prace Pani znajdują się w Ambasadzie i otoczone są opieką strzegącą je przed uszkodzeniem. Pertraktacje co do wystawienia Harnasiów są w toku, ale decyzja czynników kompetentnych co do dekoracji Pani może być przewidziana dopiero w momencie omawiania szczegółów realizacji scenicznej, w takim razie zaraz bym decyzję Pani zakomunikował. Za Ambasadora RP A. Muhlstein Minister Pełnomocny". List ten Stryjeńska opatrzyła następującym komentarzem: "Kapitalne! Moje dzieci! Może będziecie kiedyś oglądać ten list. Przypatrzcie się: jest to najwyższy model dyplomatycznego pisma. Jest to wzór klasyczny! (Poprzedza zwykle wielkie rewolucje światowe i rzezie)". Sprawa wystawienia Harnasiów w Paryżu ciągnęła się jeszcze kilka lat.

[402] Odczyt O obrzędach i bożkach słowiańskich odbył się 19 grudnia w siedzibie IPS­-u w Warszawie. Wcześniej, 2 grudnia, Stryjeńska wygłosiła prelekcję na ten sam temat w sali kasyna i koła literacko­-artystycznego we Lwowie.

[403] W zdrowiu Stryjeńskiego nastąpiła najpierw przejściowa poprawa, tak że przewieziono go do Kliniki Uniwersyteckiej w Krakowie. "Podniecona chorobą wyobraźnia pracowała nieustannie, snując dalekie i ambitne plany [...]. Mówił o założeniu w Warszawie instytutu muzycznego, pomyślanego na wielką skalę, i o wystawieniu pomnika Żeromskiemu. W Krakowie chciał stworzyć Muzeum Wyspiańskiego. Wracał parokrotnie do budowy Domu Plastyków na Głodówce i rozwijał ulubioną koncepcję założenia na Podhalu kolonii artystyczno­-gospodarczej. Zamierzał również - gdy wyzdrowieje - zabrać się do reformy szpitalnictwa [...]" (Felicja Lilpop­-Krancowa, Wspomnienie o Karolu Stryjeńskim, "Twórczość" 1977, nr 4). Półtora miesiąca później przyszedł nowy atak. Wywiązało się zapalenie płuc. Zmarł w nocy z 20 na 21 grudnia 1932 roku w obecności siostry Joanny i brata Władysława. Miał 45 lat. Został złożony do grobu rodzinnego w otoczeniu żegnającej go rodziny, delegatów rządu, Akademii Sztuk Pięknych, artystów i przyjaciół, którzy zjechali z całego kraju. Drugi pogrzeb odbył się 29 kwietnia 1933 roku, "gdy ostra zima podhalańska miała się ku końcowi". Wówczas "specjalny pociąg złożony ze studentów i profesorów warszawskiej akademii Sztuk Pięknych zatrzymał się w Krakowie, gdzie dołączono wagon i wsiadła rodzina z jego trumną, i tak odbył się ostatni etap wśród swoich. Na dworcu w Zakopanem oczekiwali uczniowie Szkoły Przemysłu Drzewnego i ochotnicy z Pogotowia Ratunkowego PTT, którzy zaciągnęli honorową wartę. Przewodnicy zakopiańscy złożyli trumnę na rydwanie, przykrytym zielenią i kwiatami, i przy dźwiękach sabałowej nuty kapeli góralskiej orszak, prowadzony przez ks. kanonika Humpolę, z idącymi za trumną trojgiem dzieci, udał się na Stary Cmentarz, gdzie Karol został pochowany obok Chałubińskiego, Witkiewicza i Sabały - tak jak chciał - twarzą zwrócony do gór" (tamże). Mogiłę ozdobił drewniany krzyż wyrzeźbiony przez ulubionego ucznia i wychowanka Antoniego Kenara, późniejszego dyrektora Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem. W 1933 roku z udziałem prezydenta Ignacego Mościckiego uroczyście otwarto Dom Artystów im. Karola Stryjeńskiego, wybudowany przez inżyniera Mariana Wimmera na zakupionej na ten cel jeszcze przez Stryjeńskiego ziemi, przy drodze z Bukowiny Tatrzańskiej do Morskiego Oka. Rok po jego śmierci w "Wiadomościach Literackich" ukazały się o nim obszerne wspomnienia. Karol Szymanowski: "Kto go blisko znał, nie zapomni nigdy niegasnącego zapału i entuzjazmu, a zarazem niechybnej pewności, z jaką w najsurowszym prymitywie umiał odnaleźć jego nieprzemijające i zdolne do dalszego rozwoju wartości. Nie zapomnę i ja tej pieczołowitości, zainteresowania, niemal czułości, jaką Karol otaczał moją pracę. Wreszcie ów wieczór, gdy Grzegorz Fitelberg po raz pierwszy wykonał w Filharmonii Warszawskiej Harnasiów. Z jakimże niepokojem pytałem Karola o zdanie, domagałem się jego aprobaty! [...] Snują mi się tu - jako muzykowi - "muzyczne" wspomnienia o Karolu, i należy je utrwalić, być może bowiem poza najbliższymi mu mało kto wie, jak jego niezmiernie bogata i wrażliwa natura w sposób żywy, twórczy i aktywny reagowała na muzykę. [...] Jego to inicjatywie i niewyczerpanej energii zawdzięczamy - my, muzycy - szereg wieczorów w Instytucie Propagandy Sztuki". Kazimierz Wierzyński: "Umiał kochać, potrafił nienawidzieć; nie było w nim obłudy, fałszu ani załganych snobizmów. Ogarnięty wielką miłością sztuki, chciał jej służyć bez przerwy i gotów był do wszelkich dla niej poświęceń. [...] Gdyby mógł, byłby przebudował całą Polskę jako wzór dla reszty świata [...]. Przestrzeń, którą wypełniał, była za wielka, aby móc ją opuścić i zniknąć. Nie rozejdziemy się chyba nigdy. Odszedł, lecz rozstać się z nami nie zdoła. Porzucił nas, ale przyjaźń, oddanie i miłość, która do niego należała, zaległa w nas tem boleśniej i tem okrutniej będzie nas doświadczała". Józef Czapski: "Jego entuzjazm dla każdego, w kim wyczuł iskrę talentu, ogromny moralny kredyt, którym zaszczycał i obdarzał często dopiero początkujących artystów, to są rzeczy, o których nikt z obdarzonych nie będzie umiał zapomnieć i które każdy zachowa w sercu jak skarb. A że przyjaźń Karola była zawsze czynna, że każdy z nas czuje się wobec niego dłużnikiem, przeto chciałbym, żeby wdzięczność nasza i pamięć o nim były czynne również, przede wszystkim na polu sztuki - żeby pamięć o Karolu pchnęła każdego z nas do rzetelnej, pełnowartościowej pracy, żeby nas broniła przed "pozorem" pracy i "pozorem" sztuki". Jerzy Warchałowski: "Zawsze i wszędzie był idealnym doradcą. Ani cienia egoizmu czy zazdrości. Rozdawał wszystko, co zdobywał. Był dla sztuki, dla kolegów i uczniów, czym drożdże dla chleba. Ale miał gest komendanta, nie szeregowca. [...] ­Liczono się z nim zawsze, nawet tam, gdzie inni mieli ­więcej do ­gadania, więcej praw, pozornie - więcej danych. [...] Z zawodu architekt, całą duszą był malarzem. Miał wielką dobroć. Koił, godził, nie drażnił. W oczach jego można było wyczytać wszystko, prócz gniewu, prócz zapamiętania" (Pamięci Karola Stryjeńskiego, "Wiadomości ­Literackie" 1933, nr 5).

Koszmar

[404] Stryjeńska wynajęła w Warszawie mieszkanie na trzecim piętrze w kamienicy przy ul. Mazowieckiej 10.

[405] W rękopisie daty przerywają tekst główny.

[406] W archiwum Stryjeńskiej zachowało się kilka kart wizytowych Boyów, np.: "Tadeuszowie Żeleńscy proszą bardzo o pamięć w soboty od 5­-8­-mej. Krakowskie Przedmieście 58. 17 X 36, tel.: 250­-51".

[407] Juliusz Scharf, 1892-1970, prawnik, wydawca, księgarz. Od 1924 roku pracował w krakowskiej Drukarni Narodowej Napoleona Telza, swojego teścia, jako kierownik handlowy. Od 1937 roku był jego wspólnikiem.

[408] Jan Wojnarski, 1879-1937, grafik, malarz, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Współpracował ze Stryjeńską przy realizacji jej teki Bożki słowiańskie z 1922 roku. Stryjeńska przygotowała 16 litografii dwu- i trójbarwnych, on wydrukował je na papierze japońskim (Kraków 1922, oficyna Karola Stryjeńskiego Fala, odbito 25 egzemplarzy).

[409] Żartobliwe spolszczenie niem. die alte Kruke - stara kamionka.

[410] Geoffrey Potocki de Montalk, 1903-1997, znany jako Geoffrey Wladislas Vaile Potocki of Montalk, poeta, tłumacz, publicysta, współpracownik miesięcznika "Pologne Littéraire", przełożył na angielski m.in. utwory Tetmajera i Dziady Mickiewicza. Urodził się w Nowej Zelandii, ale podkreślał polskie pochodzenie. Jego pradziadem był powstaniec listopadowy hrabia Józef Franciszek Jan Potocki, on sam przedstawiał się jako "prawnuk księcia Poniatowskiego". Po krótkim pobycie w kraju ogłosił się królem Polski Władysławem V. Zwracał na siebie uwagę ekscentrycznym sposobem zachowania i ubioru: nosił długie włosy i historyczne stroje. Jan Kott w reportażu Spotkałem króla ("Przekrój" 1945, nr 37-38) opisał spotkanie z Potockim, który wręczył mu Odezwę do narodu polskiego wraz ze swoim portretem. Odezwę zamieściły także w grudniowym numerze "Szpilki". Przygody i anegdoty dotyczące Montalka Stryjeńska opisuje także w dalszej części pamiętnika (patrz s. 293-295).

[411] Kazimiera Dąbrowska, 1890-1972, malarka, autorka miniatur portretowych i projektów znaczków. Swoje prace wystawiała m.in. w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych Krakowie i w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych.

[412] Maria Majdrowiczówna, 1900-1984, aktorka teatralna i filmowa. Debiutowała w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Następnie występowała m.in. w Teatrze Polskim i Narodowym w Warszawie.

[413] Dmitrij Buturlin, 1790-1849, rosyjski generał, uczestnik wojen napoleońskich, historyk wojskowości, autor dzieła Histoire militaire de la campagne de Russie en 1812.

[414] Prawdopodobnie Józef Herget, ?-1958, pełnomocnik dóbr Potockich w Jabłonnie.

[415] Napoleon Telz, 1866-1942, właściciel Drukarni Narodowej w Krakowie. Pierwszy w Polsce sprowadził maszynę rotograwiurową do druku czterobarwnego. Współpracował z wieloma artystami, m.in. Stanisławem Wyspiańskim i Jackiem Malczewskim. W jego drukarni ukazało się pierwsze wydanie Elementarza Mariana Falskiego i teka Stryjeńskiej Tańce polskie (1929).

[416] Pod koniec lat 20. Tadeusz Stryjeński wybudował w Poroninie dom zwany Stryjną Podhalańską.

[417] Władysław Zawistowski, 1897-1944, krytyk teatralny i teatrolog. Współpracownik Leona Schillera, redaktor naczelny "Sceny Polskiej", członek Rady Repertuarowej Miejskich Teatrów Dramatycznych w Warszawie. Od 1932 roku naczelnik Wydziału Sztuki w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, współzałożyciel i członek zarządu Krzewienia Kultury Teatralnej. Związany z grupą Skamander.

[418] Zygmunt Mossoczy, 1881-1962, śpiewak (bas), występował w operze lwowskiej i warszawskiej oraz na scenach zagranicznych. W latach 1931-1934 był dyrektorem Opery Warszawskiej.

[419] W spisie prac sporządzonym przez Stryjeńską o tym tytule "5 temper kolor. (1-1,4 m) Zbiory Państwowe Warszawa".

[420] Stryjeńska nawiązuje tu do afery związanej z Serge'em Alexandre'em Staviskym, imigrantem z Ukrainy mieszkającym we Francji, który pod zastaw fałszywej biżuterii zaciągnął ogromne kredyty w banku ­Crédit Municipal. Prasa przekonywała, że nie byłoby to możliwe bez poparcia przedstawicieli kręgów rządowych i finansowych. Stavisky rzeczywiście pozostawał w zażyłych stosunkach m.in. z premierem Camille'em Chautempsem. Gdy w styczniu 1934 roku policjanci wkroczyli do jego domu z nakazem aresztowania, Stavisky popełnił samobójstwo. Prasa opozycyjna oskarżała rządzących, że to oni zastrzelili Stavisky'ego, by zatuszować sprawę. Kryzys doprowadził do dymisji rządu.

[421] Maria Sobańska, 1861-1948, hrabina, działaczka społeczna. Należała do wielu stowarzyszeń społecznych i religijnych. Po śmierci męża prowadziła salon literacki przy ul. Kredytowej 3 w Warszawie, do którego zapraszała również Stryjeńską. Na jednej z kart wizytowych napisała: "Dziś o 6 po południu. Jest to godzina, kiedy i tak pędzle najgorliwsze trzeba odłożyć".

[422] Edmund Wierciński, 1899-1955, aktor, reżyser teatralny, pedagog.

[423] Jan Adam Maklakiewicz, 1899-1954, kompozytor, chórmistrz, pedagog i krytyk muzyczny. Grał na organach, skrzypcach, altówce i fortepianie. W twórczości nawiązywał do sztuki ludowej, a także utworów Karola Szymanowskiego. Po II wojnie światowej był dyrektorem filharmonii w Krakowie i Warszawie.

[424] A sec (fr.) - tu: bez grosza.

[425] Supraporta - panneau umieszczone nad drzwiami, wypełnione dekoracją rzeźbiarską, freskową lub malowaną na płótnie, zwykle ujętą stiukowym lub drewnianym obramieniem. Tu mowa o dwóch takich (pendant) odpowiadających sobie i umieszczonych symetrycznie.

[426] Stanisław Michalski, 1865-1949, działacz oświatowy, organizator bibliotek i czytelni oraz stowarzyszeń edukacyjnych, w latach 1918-1928 kierował Wydziałem Nauki oraz Departamentem Nauki i Szkół Wyższych Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, od 1928 do 1939 był dyrektorem Funduszu Kultury Narodowej powołanego 2 kwietnia 1928 roku, w celu wspierania polskiej twórczości naukowej i artystycznej za pomocą zasiłków i stypendiów oraz dotacji dla wydawnictw i instytucji państwowych.

[427] J. (I.?) Wadowski, właściciel sklepu z papierami, farbami i przyborami artystycznymi w Warszawie przy ul. Marszałkowskiej 121.

[428] Artur był chory na syfilis.

[429] Irena Pokrzywnicka­-Borowska, 1897-1975, malarka. W 1922 roku wstąpiła do Stowarzyszenia Artystów Polskich "Rytm". Była też ilustratorką, projektantką wnętrz i mody, znaną postacią świata warszawskich kawiarni. Namalowała portret Stryjeńskiej Malarka (1932) (patrz także s. 716, przyp. 32).

[430] Kawiarnia w Hotelu Europejskim.

[431] Janina Konarska z Seidemanów (pseudonim przyjęła w 1924 jako nazwisko, potem nazwisko zmieniła również reszta rodziny), 1900-1975, graficzka, malarka i ilustratorka. Była związana z grupą Skamander. W 1934 roku wyszła za Antoniego Słonimskiego. Stryjeńska nie lubiła Konarskiej, bo podejrzewała ją o romans z Karolem. Pisze o tym Irena Krzywicka: "Ta urocza kobieta [Konarska] miała przed małżeństwem jedną wielką, nieszczęśliwą miłość, co było trudne do pojęcia. Kochała Karola Stryjeńskiego, męża malarki Zofii, utalentowanej półwariatki, cieszącej się olbrzymim sukcesem w dwudziestoleciu. Karol Stryjeński był architektem, człowiekiem uroczym, pełnym wewnętrznego ognia, o suchej, trochę indiańskiej twarzy [...]. Mógł się podobać, ale był wierny swojej żonie i nie chciał wykorzystać młodej dziewczyny, jaką była wówczas Janka. Powiedział jej wręcz, że jej nie kocha, że mogłaby być dla niego przelotną przygodą, a na to jest za dobra, za uczciwa, za czysta. I ta biedna śliczna Janeczka została ze swoją nieodwzajemnioną miłością" (Irena Krzywicka, Wyznania gorszycielki, Warszawa 1992, s. 277).

[432] Antoni Sobański, 1898-1941, ziemianin, dziennikarz i literat związany z "Wiadomościami Literackimi", w których ukazywały się m.in. jego reportaże z Niemiec. Opisywał w nich przemiany społeczne po dojściu Hitlera do władzy.

[433] Simon i Stecki - elegancka restauracja przy Krakowskim Przedmieściu 38.

[434] Andrzej Rotwand, 1878-1951, inżynier, bankowiec, przemysłowiec, prezes Banku Zachodniego, członek Rady Banku Polskiego w Warszawie, Rady Giełdy Pieniężnej, Rady Naczelnej Związku Banków w Polsce oraz Rady Centralnego Związku Polskiego Przemysłu, Górnictwa, Handlu i Finansów. Miał znakomitą kolekcję polskiego malarstwa.

[435] Zygmunt Trojanowski, 1883 - po 1945, architekt, absolwent Instytutu Inżynierów Cywilnych w Petersburgu, fotograf amator, kolekcjoner, członek Towarzystwa "Polska Sztuka Stosowana".

[436] Bronisław Żongołłowicz, 1870-1944, ksiądz katolicki, od 1919 roku profesor prawa kanonicznego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, w latach 1930-1936 sekretarz stanu w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.

[437] Kalman Hefner, 1892-1941, wraz z Jakubem Bergerem był właścicielem krakowskich wydawnictw pocztówkowych Galeria Polska i Polonia, których nakładem ukazywały się reprodukcje obrazów znanych malarzy, widoki miast, karty okolicznościowe itd.

[438] Jędrzej Cierniak, 1886-1942, działacz oświatowy, organizator amatorskich teatrów ludowych, autor i inscenizator widowisk ludowych, redaktor "Teatru Ludowego", wizytator oświaty pozaszkolnej w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.

[439] Stryjeńska w miarę możliwości przesyłała matce 100 zł miesięcznie.

[440] Wypożyczalnia książek przy ul. Mazowieckiej 6.

[441] Luksusowy Dom Mody Bogusława Hersego przy ul. Marszałkowskiej 140.

[442] Sklep z konfekcją damską Anny Thones przy ul. Traugutta 6.

[443] Beckowie: Józef, 1894-1944, pułkownik, polityk, bliski współpracownik Piłsudskiego, współorganizator przewrotu majowego, w latach 1932-1939 minister spraw zagranicznych, i jego żona Jadwiga z Sałkowskich, primo voto Burhardt­-Bukacka, 1896-1974, organizatorka życia kulturalnego, znana z zainteresowań artystycznych. Stryjeńska była często zapraszana na podwieczorki i przyjęcia do Becków. W korespondencji Zofii zachowały się ich bilety wizytowe oraz pocztówki.

[444] Kino Colosseum przy ul. Nowy Świat 19, największe kino w przedwojennej Warszawie otwarte w 1916 roku. Mogło pomieścić około 2360 osób.

[445] Prawdopodobnie chodzi o Zygmunta Kaweckiego, 1876-1955, dramatopisarza i prozaika.

[446] Bolesław Gorczyński, 1880-1944, dramatopisarz, publicysta, tłumacz. Był twórcą eksperymentalnej Wolnej Sceny przy Teatrze Małym. Dyrektorem i kierownikiem literackim Teatru Praskiego i Teatru Polskiego w Warszawie oraz kilku teatrów w Łodzi.