Chiny. Historie życia i śmierci w państwie kontroli - Emily Feng

-
Proszę czekać

Przedmowa

Pomiesz­cze­nie dla osób zatrzy­ma­nych przez służby imi­gra­cyjne raczej nie jest prze­strze­nią inspi­ru­jącą do pracy twór­czej, jed­nak tam­tej paź­dzier­ni­ko­wej nocy 2019 roku, na lot­ni­sku w Peki­nie, mia­łam głowę pełną pomy­słów. Zasta­na­wia­łam się, co ze sobą pocznę przez naj­bliż­sze mie­siące, jeśli nie uzy­skam pozwo­le­nia na ponowne prze­kro­cze­nie gra­nicy kon­ty­nen­tal­nych Chin i nie będę mogła wró­cić do swo­jego miesz­ka­nia nie­da­leko pekiń­skiego parku Cha­oy­ang1. Zna­la­zła­bym się wów­czas w sytu­acji, w któ­rej musia­ła­bym opi­sy­wać Chiny, prze­by­wa­jąc poza ich gra­ni­cami.

Przez kilka ostat­nich mie­sięcy byłam w cią­głym ruchu, prze­miesz­cza­jąc się mię­dzy Peki­nem i Hong­kon­giem, by na bie­żąco zda­wać rela­cję z odby­wa­ją­cych się tam pro­te­stów anty­rzą­do­wych. Ile­kroć prze­cho­dzi­łam kon­trolę na naj­więk­szym pekiń­skim lot­ni­sku, zatrzy­my­wano mnie na dodat­kowe prze­słu­cha­nie. W dro­dze powrot­nej robiło się jesz­cze bar­dziej ner­wowo: zazwy­czaj cze­ka­jące mnie prze­słu­cha­nie trwało dwie do trzech godzin, pod­czas któ­rych urzęd­ni­ków inte­re­so­wało, czym zaj­muję się w Peki­nie i co pora­bia­łam w Hong­kongu. Każ­do­ra­zowo prze­szu­ki­wano też cyfrową zawar­tość mojego tele­fonu i lap­topa. Tam­tej nocy funk­cjo­na­riusz lot­ni­sko­wej poli­cji poin­for­mo­wał mnie, że jeśli nie zgo­dzę się na kon­trolę sprzętu elek­tro­nicz­nego, zostanę depor­to­wana. Jak wyznał, moja dzien­ni­kar­ska pro­fe­sja spra­wia, że służby będą się mną inte­re­so­wać, a przez fakt, iż posłu­guję się ame­ry­kań­skim pasz­por­tem, sys­tem auto­ma­tycz­nie ozna­cza mnie do kon­troli za każ­dym razem, gdy prze­kra­czam chiń­ską gra­nicę.

Bez tele­fonu, sie­dząc na nie­wy­god­nej meta­lo­wej ławce w pokoju kon­troli, roz­wa­ża­łam sytu­ację, w któ­rej się zna­la­złam. Ostat­nie trzy mie­siące dały mi w kość: cykl życia infor­ma­cji ma w mediach swoje nie­ubła­gane prawa, któ­rym musia­łam się pod­po­rząd­ko­wać, poza tym coraz wię­cej zdro­wia kosz­to­wały mnie nie­ustanne ataki na mnie i moją dzia­łal­ność repor­ter­ską. Miej­scowe wła­dze dały mi jasno do zro­zu­mie­nia, że mimo iż uro­dzi­łam się i wycho­wa­łam za gra­nicą, to tak naprawdę jestem Chinką i w związku z tym powin­nam jako dzien­ni­karka pisząca dla zagra­nicz­nej publiki "przed­sta­wiać swoją ojczy­znę w korzyst­nym świe­tle". W kolej­nych latach media pań­stwowe nadały mi ety­kietę zdraj­czyni rasy i oskar­żały, że dzia­łam w zmo­wie z "wro­gimi obcymi siłami". Zali­czono mnie w poczet tzw. bana­nów - bia­łych w środku, a żół­tych jedy­nie z wierz­chu - i jako taka mia­łam rze­komo wyko­rzy­sty­wać moje chiń­skie pocho­dze­nie jako kamu­flaż do zbie­ra­nia infor­ma­cji, które potem posłużą mi do pro­du­ko­wa­nia moich pisa­nych w złej wie­rze rela­cji. Ataki na mnie, pro­wa­dzone zarówno w reżi­mo­wej pra­sie, jak i mediach spo­łecz­no­ścio­wych, przy­brały na sile w 2020 roku, gdy Chiny zamknęły gra­nice w związku z wybu­chem pan­de­mii koro­na­wi­rusa. Ale nawet wtedy odczu­wa­łam wiel­kie pra­gnie­nie, by pozo­stać w Pań­stwie Środka i kon­ty­nu­ować swoją pracę, nawet jeśli mia­łoby się to wią­zać z cią­głymi opóź­nie­niami na lot­ni­sku i inwi­gi­la­cją ze strony służb. Co spra­wiało, że ten kraj oddzia­ły­wał na moje dzien­ni­kar­skie instynkty z taką nie­od­partą siłą? I dla­czego, pomimo wszel­kich trud­no­ści, uwiel­bia­łam w nim miesz­kać?

Udzie­le­nie odpo­wie­dzi na to i mnó­stwo innych pytań zasad­ni­czo wyma­gało zasta­no­wie­nia się nad kwe­stiami toż­sa­mo­ści - nie tylko mojej, lecz rozu­mia­nej sze­rzej: jak Chiń­czycy postrze­gają sie­bie samych i co tak naprawdę zna­czy dla nich bycie Chiń­czy­kiem. Pomysł na tę książkę zro­dził się wła­śnie tam­tej nocy spę­dzo­nej na lot­ni­sku. Osta­tecz­nie pozwo­lono mi prze­kro­czyć gra­nicę i wró­cić do Pekinu, skąd mogłam na­dal pro­wa­dzić dzia­łal­ność repor­ter­ską. Trzy lata póź­niej, w 2022 roku, nie mia­łam już tyle szczę­ścia i wła­dze odmó­wiły mi prawa powrotu do ojczy­zny. I to wła­śnie wtedy zasia­dłam do pisa­nia.

W sercu niniej­szej książki znaj­duje się toż­sa­mość - to, jak pań­stwo kon­tro­luje jej prze­jawy oraz decy­duje o tym, kto ma prawo uwa­żać się za Chiń­czyka. Dwu­na­sto­let­nia kaden­cja Xi Jin­pinga na sta­no­wi­sku sekre­ta­rza gene­ral­nego Komu­ni­stycz­nej Par­tii Chin upływa pod zna­kiem reali­za­cji pro­jektu chiń­skiego odro­dze­nia, a przy oka­zji na nowo wyzna­cza gra­nice chiń­skiej toż­sa­mo­ści. Xi przed­sta­wił znacz­nie węż­szą defi­ni­cję mode­lo­wego chiń­skiego oby­wa­tela: to ktoś nale­żący do narodu Han (to zna­czy nie­bę­dący przed­sta­wi­cie­lem żad­nej z pięć­dzie­się­ciu pię­ciu innych grup etnicz­nych zamiesz­ku­ją­cych na tere­nie Chin), wła­da­jący języ­kiem man­da­ryń­skim (a nie któ­rymś z setek miej­sco­wych chiń­skich dia­lek­tów i języ­ków mniej­szo­ści), jest hete­ro­sek­su­alny i zacho­wuje lojal­ność w sto­sunku do Par­tii. W uję­ciu Xi wzmoc­nie­nie pań­stwa wymaga udziału oby­wa­teli, a wykształ­ce­nie w nich spój­nej, jed­no­li­tej toż­sa­mo­ści stało się prze­wod­nim celem władz w cza­sie, gdy pra­co­wa­łam nad moim repor­ta­żem.

Czy­tel­nicy nie­bę­dący Chiń­czy­kami, tacy, któ­rzy ni­gdy w Chi­nach nie miesz­kali ani nie należą do wąskiego kręgu "ludzi na bie­żąco śle­dzą­cych wyda­rze­nia w Chi­nach", być może zadają sobie teraz pyta­nie: "A co mnie wła­ści­wie obcho­dzi pro­blem toż­sa­mo­ści w Chi­nach?". Oto moja odpo­wiedź: uwa­żam, że zro­zu­mie­nie, w jaki spo­sób pań­stwo chiń­skie postrzega sie­bie i jak chce for­mo­wać swo­ich oby­wa­teli, jest nie­zbędne do zro­zu­mie­nia pro­wa­dzo­nej przez Pekin poli­tyki, która z kolei ma coraz więk­szy wpływ na kształ­to­wa­nie glo­bal­nej poli­tyki gospo­dar­czej, szcze­gól­nie w przy­padku Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Książka, którą trzy­ma­cie w rękach, nie jest jed­nak dzie­łem histo­rycz­nym: w swo­ich roz­wa­ża­niach sku­piam się na ludziach żyją­cych współ­cze­śnie. W sytu­acji, gdy obco­kra­jowcy mają coraz trud­niej­szy dostęp do Chiń­skiej Repu­bliki Ludo­wej i coraz trud­niej o zro­zu­mie­nie, jak wygląda codzienne życie Chiń­czy­ków, moją ambi­cją było sku­pie­nie się na zwy­czaj­nych ludziach, któ­rzy z jed­nej strony two­rzą toż­sa­mość, z dru­giej pod­le­gają toż­sa­mo­ściowej poli­tyce władz chiń­skich.

Pra­gnie­nie pie­lę­gno­wa­nia wspól­nej toż­sa­mo­ści i pro­mo­wa­nia jed­no­ści naro­do­wej jest natu­ral­nym odru­chem każ­dego pań­stwa naro­do­wego i Chiny nie sta­no­wią tu wyjątku. Tym, co wydaje mi się ude­rza­jące w przy­padku tego kraju, jest fakt, że odgórne wysiłki kształ­to­wa­nia toż­sa­mo­ści przez wła­dze nie ogra­ni­czają się do sfery war­to­ści, lecz prze­ni­kają do tkanki życia codzien­nego i odci­skają się na jego naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Wynika to z obawy, że komu­ni­styczny pro­jekt reali­zo­wany przez współ­cze­sne Chiny mógłby osta­tecz­nie podzie­lić los Związku Radziec­kiego: długi okres wewnętrz­nych podzia­łów, roz­war­stwie­nia spo­łecz­nego, zwień­czony nagłym upad­kiem. W wystą­pie­niu w 2012 roku Xi stwier­dził: "Zała­ma­nie się Par­tii wyda­rzyło się z dnia na dzień. Komu­ni­styczna Par­tia Związku Radziec­kiego była pro­por­cjo­nal­nie licz­niej­sza od naszej, jed­nak kadrom zabra­kło odwagi, by w porę zare­ago­wać"2.

Xi nie zamie­rza popeł­nić błędu swo­ich poprzed­ni­ków w ZSRR. Już w pierw­szych latach jego kariery na sta­no­wi­sku przy­wódcy Komu­ni­stycz­nej Par­tii Chin sfor­mu­ło­wał swoją odpo­wiedź na te obawy w postaci tzw. Doku­mentu nr 9. Kiedy treść Doku­mentu wycie­kła i dowie­działa się o nim opi­nia publiczna, byłam jesz­cze na stu­diach. Wcze­śniej infor­ma­cje na temat Chin, jakie prze­ni­kały do mediów, nie­zbyt mnie inte­re­so­wały, ta jed­nak spra­wiła, że po raz pierw­szy zro­dziła się we mnie myśl: "Współ­cze­sne Chiny to fascy­nu­jący temat dla dzien­ni­karki". Doku­ment nr 9 zwia­sto­wał otwo­rze­nie nowego frontu w walce o kon­trolę pań­stwa nad oby­wa­te­lami: teraz walka prze­no­siła się na poziom kul­tury, toż­sa­mo­ści i myśle­nia. Z notatki tej jasno wyni­kało, że ów nowy front jest oczkiem w gło­wie dla Xi i dla apa­ratu pań­stwo­wego, który powo­łał do sto­cze­nia epic­kiej bata­lii o serca i umy­sły 1,3 miliarda oby­wa­teli.

Przez kil­ka­dzie­siąt lat - grzmiała notatka - Chiń­czycy byli mamieni przez zachod­nie war­to­ści, pro­mu­jące prawa wybor­cze i odpo­wie­dzial­ność rządu przed wybor­cami. Na sku­tek dzia­łań zastę­pów chiń­skich pisma­ków i pręż­nie roz­wi­ja­ją­cych się plat­form inter­ne­to­wych opi­nia publiczna została zain­fe­ko­wana rady­kal­nymi ide­ami, nie­da­ją­cymi się pogo­dzić z ide­olo­gią komu­ni­styczną. Xi stwier­dza w doku­men­cie, że jego zada­niem jest "stwo­rze­nie sytu­acji, w któ­rej tego typu nie­po­prawne myśle­nie i dysy­denc­kie punkty widze­nia stracą prawo bytu". Negu­jąc uni­wer­sal­ność takich idei jak wolna prasa czy prawa czło­wieka, auto­rzy Doku­mentu nr 9 szli jesz­cze dalej: stwier­dzali, że ist­nieje jeden, "chiń­ski" model rzą­dze­nia pań­stwem, taki, któ­rego jedy­nym dys­po­nen­tem jest Par­tia.

War­to­ści pro­mo­wane w Doku­men­cie nr 9 nijak się miały do moich doświad­czeń pierw­szych lat pobytu w Chi­nach, do któ­rych prze­nio­słam się po ukoń­cze­niu stu­diów. To wła­śnie wtedy zako­cha­łam się w kraju, któ­rego wiel­kość i wewnętrzne zróż­ni­co­wa­nie daleko prze­wyż­szały wszystko, czego się spo­dzie­wa­łam. Chiny nie są mono­li­tem. Pro­sty przy­kład: miesz­ka­jąc w Peki­nie, stale ćwi­czy­łam swój man­da­ryń­ski - czę­ściowo sztuczny twór zło­żony z orga­nicz­nych dia­lek­tów i akcen­tów, nauczany w Chi­nach jako język naro­dowy. Tym­cza­sem język, któ­rym moi rodzice poro­zu­mie­wali się z naszymi krew­nymi z połu­dnia kraju, nale­żący do grupy chiń­skich języ­ków Wu, był dla mnie i moich pół­noc­nych sąsia­dów w Peki­nie cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­miały. Krótka podróż na połu­dnie koleją dużych pręd­ko­ści i nagle prze­no­simy się do kra­iny, gdzie domi­nują warianty kan­toń­skiego, któ­rych z kolei nie zro­zu­mie ktoś wła­da­jący dia­lek­tem Wu.

Na stu­diach, na zaję­ciach z histo­rii, czy­ta­łam o kam­pa­nii Mao Zedonga, w któ­rej nawo­ły­wał "Nie­chaj roz­kwita sto kwia­tów, nie­chaj współ­za­wod­ni­czy sto szkół myśli". W póź­niej­szym cza­sie wielu z tych, któ­rzy posłu­chali apelu Mao i stali się nie­za­leż­nymi myśli­cie­lami, padło ofiarą repre­sji ze strony sys­temu. Ale bez­po­śred­nio po zamiesz­ka­niu w Peki­nie mia­łam jesz­cze oka­zję doświad­czyć małej próbki tego, na co stać chiń­skie spo­łe­czeń­stwo, gdy pozwoli mu się na inte­lek­tu­alną wol­ność. Pozna­łam wów­czas chiń­skich beat­ni­ków, pisa­rzy, akty­wi­stów i modeli. Więk­szość z nich uro­dziła się i wycho­wała poza Peki­nem. To od tych ludzi uczy­łam się o ryt­mach życia i pozna­wa­łam lokalne histo­rie poszcze­gól­nych pro­win­cji. Dzięki nim tra­fi­łam na wyda­rze­nia poświę­cone takim zagad­nie­niom jak queer, rządy prawa czy związki zawo­dowe. Po raz pierw­szy w życiu sty­ka­łam się z ide­ami i czy­ta­łam pisane w języku chiń­skim eseje, które burzyły moje dotych­cza­sowe wzorce myśle­nia.

Był to dla mnie zara­zem czas nie­ustan­nych podróży. Prze­mie­rza­łam kraj z jed­nego końca na drugi, odwie­dza­jąc spo­łecz­no­ści gór­ni­cze, mia­sta fabryczne, sekty i święte miej­sca komu­ni­zmu. W week­endy robi­łam krót­kie wypady nad ocean, w góry lub nad potężne rzeki, któ­rych sieć prze­cina tery­to­rium Chin. Mam szcze­gólną sła­bość do kra­jo­bra­zów na pół­noc­nym zacho­dzie kraju: w pro­win­cjach takich jak Gansu, Nin­gxia czy Qin­ghai, które bar­dziej przy­po­mi­nają pej­zaże z powierzchni Marsa niż idyl­liczne akwa­rele ze stru­mie­niami i wierz­bami, z jakimi sty­ka­łam się w dzie­ciń­stwie.

Nie­chęt­nie musia­łam przy­znać, że chiń­skie wła­dze mogą mieć rację: mimo że uro­dzi­łam się i wycho­wa­łam w USA, nosi­łam w sobie czę­ściowo rów­nież chiń­ską toż­sa­mość. Kiedy prze­glą­da­łam się w całym ogro­mie tego kraju, czu­łam, jak poru­sza on we mnie naj­czul­sze struny i dotyka tego, kim jestem naprawdę, i stąd wła­śnie brało się moje pra­gnie­nie życia w Chi­nach. Nie byłam jed­nak Chinką w takim wąskim zna­cze­niu, jakie nada­wały temu poję­ciu wła­dze. Zako­cha­nie się w kraju pocią­gało bowiem za sobą pozna­nie go w całym jego bogac­twie i szybko się zorien­to­wa­łam, że owa róż­no­rod­ność pod rzą­dami Xi Jin­pinga jest postrze­gana jako pro­blem. Na moich oczach kur­czyła się prze­strzeń, w któ­rej mogła się toczyć wolna debata w Inter­ne­cie. Pań­stwo pod­da­wało swo­ich kry­ty­ków coraz więk­szemu nad­zo­rowi, stop­niowo posze­rza­jąc defi­ni­cję dysy­denta. Nasi­lały się prze­śla­do­wa­nia mniej­szo­ści reli­gij­nych i etnicz­nych. Para­fra­zu­jąc slo­gan z epoki Mao, jeden z moich roz­mów­ców stwier­dził przy jakiejś oka­zji, że obec­nie apa­rat pań­stwowy pozwala, by "zakwi­tały wyłącz­nie czer­wone kwiaty".

Ja jed­nak zawsze wola­łam chiń­ski idiom baihu­iqianpa, ????, ozna­cza­jący nie­zli­czoną mno­gość roślin i kwia­tów, mający wska­zy­wać nie­po­wstrzy­ma­nie roz­wi­ja­jącą się róż­no­rod­ność. To wyra­że­nie lepiej tłu­ma­czyło, skąd brała się moja potrzeba pisa­nia na temat Chin: była to dla mnie z jed­nej strony spo­sob­ność, by na krótki czas wkro­czyć do życia ludzi teo­re­tycz­nie egzy­stu­ją­cych w pań­stwie naro­do­wym, któ­rzy jed­nakże w prak­tyce dia­me­tral­nie róż­nią się mię­dzy sobą w tym, jak jedzą, myślą, mówią i się zacho­wują; z dru­giej fascy­no­wała mnie ich nie­sa­mo­wita odpor­ność i umie­jęt­ność docho­wy­wa­nia wier­no­ści temu, kim naprawdę są, i to nawet w obli­czu zastra­sza­nia i naci­sków, by się pod­po­rząd­ko­wali. To wła­śnie te zagad­nie­nia zna­la­zły się w sercu mojej pracy dzien­ni­kar­skiej, a histo­rie ludzi, któ­rych wtedy pozna­łam, pozo­stały ze mną długo po moim wyjeź­dzie z Chin.

Książka, którą oddaję do rąk Czy­tel­ni­ków, jest zbio­rem wła­śnie takich histo­rii. Naj­pierw przy­glą­dam się w nich ludziom żyją­cym w kon­ty­nen­tal­nych Chi­nach, któ­rzy sym­bo­li­zują różne poli­tyczne wizje przy­szło­ści kraju. W dal­szej czę­ści książki prze­no­szę się do regio­nów przy­gra­nicz­nych, w prze­szło­ści uzna­wa­nych za rubieże cesar­stwa chiń­skiego, to zna­czy regionu Sin­ciang, pro­win­cji Mon­go­lii Wewnętrz­nej, Nin­gxia i Gansu, gdzie język, naro­do­wość i reli­gia sta­no­wią kość nie­zgody w ramach narzu­ca­nego przez Pekin pro­jektu chiń­skiej toż­sa­mo­ści. Następ­nie porzu­cimy Chiny kon­ty­nen­talne i wybie­rzemy się do Hong­kongu, miej­sca będą­cego areną cyklicz­nych pro­te­stów, w któ­rych na sztan­da­rach nie­sione są kwe­stie toż­sa­mo­ści oraz tego, w jakim kie­runku pań­stwo-mia­sto może się roz­wi­jać w łonie szer­szego chiń­skiego pro­jektu. Po powro­cie do Sta­nów Zjed­no­czo­nych odkry­łam, w jaki spo­sób pyta­nie o to, co zna­czy być Chiń­czy­kiem, odci­snęło się na spo­łecz­no­ściach imi­granc­kich, w któ­rych się wycho­wa­łam. Książkę koń­czy wła­śnie spoj­rze­nie na te zagad­nie­nia w kon­tek­ście ame­ry­kań­skim.

Więk­szość tek­stu powstała na Taj­wa­nie - czyli w samo­rząd­nym wyspiar­skim pań­stwie rzą­dzo­nym demo­kra­tycz­nie, do któ­rego Chiny rosz­czą sobie pre­ten­sje i grożą jego zaję­ciem - tam rów­nież książka została zre­da­go­wana. Prze­nio­słam się do Taj­wanu na początku 2023 roku, po tym jak wła­dze w Peki­nie nie prze­dłu­żyły mi zezwo­le­nia na pobyt i cof­nęły akre­dy­ta­cję dzien­ni­kar­ską. Nie­ocze­ki­wa­nie, z dnia na dzień, zosta­łam odcięta od życia, jakie sobie stwo­rzy­łam w Chi­nach, i zna­la­złam się w egzy­sten­cjal­nej próżni. Pocie­chy szu­ka­łam w zapo­zna­wa­niu się z dzie­jami około miliona oby­wa­teli chiń­skich, któ­rzy ponad sie­dem dekad wcze­śniej porzu­cili roz­dartą wojną ojczy­znę i ucie­kli na Taj­wan. Nie­mal wszy­scy z tych uchodź­ców byli prze­ko­nani, że ich emi­gra­cja jest tylko tym­cza­sowa, i tęsk­nili za utra­co­nymi domami w Chi­nach. Więk­szość z nich ni­gdy jed­nak nie wró­ciła do ojczy­zny. Nie chcia­łam podzie­lić losu tam­tej gene­ra­cji uchodź­ców, zanu­rzo­nych w nie­ule­czal­nej nostal­gii i śle­pych na piękno Taj­wanu. W ciągu kolej­nych dwóch lat zna­la­złam nowy dom, a przy oka­zji doświad­czy­łam na wła­snej skó­rze, w jaki spo­sób toż­sa­mość może ist­nieć poza gra­ni­cami pań­stwa naro­do­wego i nie­za­leż­nie od poli­tycz­nego reżimu.

I to wła­śnie takie myśli kłę­biły mi się w gło­wie, gdy w grud­niu 2023 roku udało mi się namó­wić do roz­mowy taj­wań­skiego poli­tyka Ma Ying-jeou. Nasze spo­tka­nie miało miej­sce zale­d­wie na kilka tygo­dni przed klu­czo­wymi dla przy­szło­ści kraju taj­wań­skimi wybo­rami pre­zy­denc­kimi. Podob­nie jak ja, Ma uro­dził się w chiń­skiej rodzi­nie. Jego rodzice porzu­cili ojczy­znę nie­długo po chiń­skiej woj­nie domo­wej i wraz z synem prze­nie­śli się do Taj­wanu. Ma został pre­zy­den­tem demo­kra­tycz­nego Taj­wanu, i to mimo wpo­jo­nej mu przez ojca wiary, że ni­gdy nie powi­nien zapo­mi­nać o swo­ich chiń­skich korze­niach. Nieco wcze­śniej, w 2023 roku Ma odbył swoją pierw­szą podróż do Chin, dla­tego nie omiesz­ka­łam sko­rzy­stać z oka­zji, żeby go o nią spy­tać. Mój roz­mówca wprost nie posia­dał się z eks­cy­ta­cji. Tam, gdzie ja dostrze­ga­łam zamy­ka­nie się kraju pod rzą­dami Xi Jin­pinga, Ma widział zgoła inny obraz: w jego oczach tłumy entu­zja­stycz­nie wita­ją­cych go roda­ków świad­czyły o libe­ra­li­za­cji, jaka doko­nała się w kon­ty­nen­tal­nych Chi­nach. "Kiedy porów­nasz współ­cze­sne Chiny z tymi sprzed trzy­dzie­stu lat, w oczy rzuci ci się wiele róż­nic. Chiń­czycy dzi­siaj doce­niają war­tość demo­kra­cji, mimo że samo poję­cie jest im obce". Na mojej twa­rzy odma­lo­wało się nie­do­wie­rza­nie, a męż­czy­zna w odpo­wie­dzi nie­znacz­nie się uśmiech­nął. Wszystko wska­zy­wało na to, że zupeł­nie się nie rozu­mie­li­śmy. Mia­łam wra­że­nie, jak­by­śmy mówili o dwóch cał­ko­wi­cie róż­nych kra­jach.

Teraz, z per­spek­tywy czasu, kiedy myślę o tam­tej roz­mo­wie, skłonna jestem z więk­szą wyro­zu­mia­ło­ścią potrak­to­wać słowa Ma. W końcu ja też pra­gnę­łam być uwa­żana za Chinkę i rów­nież tęsk­ni­łam za Chi­nami. Uświa­do­mi­łam sobie jed­nak, podob­nie zresztą jak wielu boha­te­rów tej książki, że każdy z nas tęskni za innymi Chi­nami i ści­gamy miraże ojczy­zny, które od dawna nie mają już nic wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią, a może nawet ni­gdy nie miały.

Rozdział 1. Prawniczka

Roz­dział 1

Praw­niczka

Yang Bin już od naj­młod­szych lat była ambitna. Rodzice wyma­rzyli sobie, że córka pój­dzie w ich ślady. Sami byli robot­ni­kami fabrycz­nymi - tego typu praca dawała stałe źró­dło dochodu, gwa­ran­to­wała eme­ry­turę i miesz­ka­nie z pań­stwo­wego przy­działu. Oboje pra­co­wali w wytwórni czę­ści samo­cho­do­wych. Przed­się­bior­stwo było pań­stwowe i mimo że prak­tycz­nie ni­gdy nie przy­no­siło dochodu, nie ban­kru­to­wało. Ale Yang to nie wystar­czyło. Dziew­czynę drę­czyło poczu­cie, że jej życie ma jakiś więk­szy cel.

Przy naszym pierw­szym spo­tka­niu od razu zauwa­ży­łam, że jest ist­nym wul­ka­nem ener­gii: towa­rzy­ska, o rado­snym spoj­rze­niu, ile­kroć się uśmie­cha albo wybu­cha śmie­chem (czyli czę­sto), w policz­kach robią się jej uro­cze dołeczki, jed­nak to spo­sób bycia, któ­rego się nauczyła. Jako młoda dziew­czyna była nie­śmiała i z byle powodu oble­wała się rumień­cem. Uro­dziła się w samym środku rewo­lu­cji kul­tu­ral­nej - dekady poli­tycz­nej prze­mocy, która zaczęła się w latach 60. i pochło­nęła życie co naj­mniej pół miliona ludzi. Yang, dora­sta­jąc w tak burz­li­wym okre­sie, pod­skór­nie chło­nęła war­tość posłu­szeń­stwa. W póź­niej­szym cza­sie nie­raz sły­szała, jak rodzice w ponu­rym tonie napo­my­kają o innych czyst­kach pro­wa­dzo­nych przez prze­wod­ni­czą­cego Mao Zedonga, który kie­ro­wał Komu­ni­styczną Par­tią Chin aż do swo­jej śmierci w 1976 roku. Z tych opo­wie­ści dziew­czynka wynio­sła pro­stą lek­cję: jeśli się wyróż­niasz, możesz mieć pew­ność, że sta­niesz się celem pod­czas następ­nej poli­tycz­nej kam­pa­nii. Na uni­wer­sy­te­cie wybrała kie­ru­nek, który uznała za naj­mniej ryzy­kowny: nie­ist­nie­jące już obec­nie stu­dia o nazwie "Budo­wa­nie chiń­skiego socja­li­zmu", czyli dys­cy­plinę naukową mającą zgłę­biać impli­ka­cje słyn­nego okre­śle­nia Deng Xia­opinga o budo­wa­niu socja­li­zmu "o chiń­skiej spe­cy­fice".

Yang dopi­sało szczę­ście - w doro­słość wcho­dziła aku­rat wtedy, gdy Chiny szu­kały spo­sobu na zde­fi­nio­wa­nie sie­bie na nowo po epoce Mao. Za sprawą gospo­dar­czych i poli­tycz­nych reform zaini­cjo­wa­nych przez Denga, wyso­kiego dygni­ta­rza par­tii, który prze­żył dwie czystki za rzą­dów Mao, oby­wa­tele - o ile się na to odwa­żyli - mogli teraz pró­bo­wać swo­ich sił, zatrud­nia­jąc się w gar­stce nowo powsta­łych pry­wat­nych przed­się­biorstw. I to wła­śnie takimi, a nie innymi oko­licz­no­ściami debiu­to­wa­nia na rynku pracy należy tłu­ma­czyć odwagę Yang. Gdy w 1990 roku ukoń­czyła stu­dia, dostała pro­po­zy­cję dołą­cze­nia do rodzi­ców w fabryce dan­wei, czyli par­tyj­nym zakła­dzie pracy, jed­nak odrzu­ciła tę ofertę. Dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej takie zacho­wa­nie byłoby czymś nie do pomy­śle­nia, ale Yang nale­żała do mło­dego poko­le­nia. Jak wyznała w roz­mo­wie ze mną: "Nie chcia­łam życia, w któ­rym wszystko było zapla­no­wane od początku do końca". Co prawda nie wie­działa, na jakim życiu jej zależy, ale jedno nie ule­gało dla niej wąt­pli­wo­ści: na pewno nie czeka ono na nią w pro­win­cjo­nal­nym pań­stwo­wym zakła­dzie pracy w Hunan, gdzie - jak opi­sy­wała - "całe życie czło­wieka, od koły­ski po grób, może upły­nąć w obję­ciach zatrud­nia­ją­cej dzie­sięć tysięcy pra­cow­ni­ków fabryki (model tzw. żela­znej miski ryżu, czyli sys­tem gwa­ran­to­wa­nego przez pań­stwo socja­li­styczne zatrud­nie­nia).

Głód przy­gód zapro­wa­dził ją do nad­brzeż­nej pro­win­cji Guang­dong, gdzie jakiś czas wcze­śniej zamiesz­kał jej brat. Był to brze­mienny w skutki wybór. Yang szybko zna­la­zła pracę w nowo powsta­łej pry­wat­nej fabryce pro­du­ku­ją­cej pesty­cydy. W latach 90. XX wieku, gdy po bli­sko czte­rech deka­dach roz­woju w warun­kach pań­stwo­wego zamor­dy­zmu gospo­dar­czego Chiny prze­pro­wa­dzały libe­ralne reformy i otwie­rały się na świat, ist­niały nie­sa­mo­wite moż­li­wo­ści szyb­kiego wzbo­ga­ce­nia się. Guang­dong, z racji swo­jego poło­że­nia nie­opo­dal Hong­kongu, wów­czas jesz­cze będą­cego kolo­nią bry­tyj­ską, gdzie pręż­nie roz­wi­jał się biz­nes i zbi­jano kokosy, był wyjąt­kowo pre­dy­sty­no­wany, by sko­rzy­stać na tej rewo­lu­cji. Fakt, że pro­win­cja posia­dała olbrzymi port, czy­nił ją ide­al­nym miej­scem do utwo­rze­nia jed­nej z pierw­szych chiń­skich stref pilo­ta­żo­wych, czyli obsza­rów, gdzie zezwa­lano na zakła­da­nie pry­wat­nych inte­re­sów i pro­wa­dze­nie han­dlu zagra­nicz­nego, co przy­spie­szało gospo­dar­cze otwie­ra­nie się Chin na świat.

W końcu Yang została wylana z fabryki, a tym samym utra­ciła prawo do pobytu w pro­win­cji Guang­dong. Nie mogła jed­nak znieść myśli o powro­cie do domu. Z pomocą pospie­szył jej wów­czas jeden z jej prze­ło­żo­nych w fabryce - męż­czy­zna, któ­rego na­dal nazywa swoim anio­łem stró­żem - wysta­rał się dla niej o inną pracę, w cha­rak­te­rze kopistki w biu­rze pro­ku­ra­tora okrę­go­wego. Nie była to dobrze płatna posada, ale teraz Yang przy­naj­mniej pra­co­wała w admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej, a to ozna­czało róż­no­ra­kie przy­wi­leje i sta­bil­ność.

Praca kopistki pozwo­liła jej na świeży start. W biu­rze pro­ku­ra­tora nie miało zna­cze­nia, że była córką robot­ni­ków fabrycz­nych i że zale­d­wie parę lat wcze­śniej kro­czyła tą samą ścieżką kariery. W Guang­dong nada­rzyła się oka­zja, by się nauczyła, co zna­czy pra­co­wać w służ­bie prawa. Na tam­tym eta­pie nie miała poję­cia, z jakimi wyzwa­niami przyj­dzie jej się mie­rzyć na prze­strzeni następ­nych czte­rech dekad. Ale nawet gdyby wie­działa, co ją czeka, i tak nie zmie­ni­łaby swo­jej decy­zji. Kariera, którą wła­śnie roz­po­czy­nała, miała zapro­wa­dzić ją na pierw­szą linię walki o two­rzący się chiń­ski sys­tem prawny, o to, czyim inte­re­som będzie sprzy­jał i jaki rodzaj pań­stwo­wo­ści będzie fawo­ry­zo­wał. Tak, to był szczytny cel, któ­remu mogła poświę­cić życie.

Kiedy Yang sta­wiała pierw­sze kroki na ścieżce kariery w admi­ni­stra­cji publicz­nej, chiń­ski sys­tem gospo­dar­czy i par­tyjny, łącz­nie z wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści, doj­rzał do zasad­ni­czych reform. Chi­nom zale­żało na stwo­rze­niu bar­dziej kosmo­po­li­tycz­nego sys­temu praw­nego - takiego respek­tu­ją­cego rządy prawa. W tym duchu zno­szono regu­la­cje tłam­szące pry­watną przed­się­bior­czość, a po trzy­dzie­stu latach tłu­mio­nego popytu naresz­cie odno­to­wano wielki wzrost gospo­dar­czy. Decy­denci rozu­mieli, że eks­pe­ry­ment może się powieść, tylko gdy oprze się na spra­wie­dli­wych sądach i przej­rzy­stych pra­wach, które będą czu­wać nad jego prze­bie­giem i zapew­niać mu nie­zbędne ramy. Pekin pra­gnął też w oczach zagra­nicz­nych part­ne­rów ucho­dzić za nowo­cze­sne pań­stwo, w któ­rym można bez­piecz­nie inwe­sto­wać. W tym celu musiał powo­łać do ist­nie­nia zbiór prze­pi­sów praw­nych, mają­cych roz­strzy­gać ewen­tu­alne spory, oraz prze­szko­lić pra­cow­ni­ków admi­ni­stra­cji pokroju Yang, któ­rzy będą wpro­wa­dzać je w życie.

Par­tia Komu­ni­styczna roz­po­częła ścią­ga­nie zagra­nicz­nych eks­per­tów i uta­len­to­wa­nych ludzi, będą­cych źró­dłem cen­nej wie­dzy spe­cja­li­stycz­nej. Jak stwier­dził Xiao Yang, pre­zes chiń­skiego Sądu Naj­wyż­szego: "Osią­gnię­cia ostat­nich czter­dzie­stu lat na polu two­rze­nia rzą­dów prawa w dużej mie­rze są owo­cem przy­swo­je­nia sobie doświad­czeń lepiej roz­wi­nię­tych na tym polu part­ne­rów zagra­nicz­nych"3. Xiao posłał ponad dwu­stu świeżo upie­czo­nych sędziów do Hong­kongu, gdzie funk­cjo­no­wał już cał­kiem nie­źle roz­wi­nięty sys­tem prawa pre­ce­den­so­wego wzo­ro­wany na bry­tyj­skim, aby stu­dio­wali prawo mię­dzy­na­ro­dowe. Nie­któ­rzy po powro­cie do Chin wyróż­niali się w swo­jej pro­fe­sji. Naj­więk­szy podziw w chiń­skich krę­gach praw­ni­czych budził jed­nak ame­ry­kań­ski sys­tem prawa kon­sty­tu­cyj­nego. W pierw­szej deka­dzie XXI wieku Par­tia każ­dego roku wysy­łała kil­ku­dzie­się­ciu człon­ków kadr śred­niego szcze­bla na Harvard i Duke Uni­ver­sity, gdzie uczest­ni­czyli w wykła­dach naj­wy­bit­niej­szych ame­ry­kań­skich eks­per­tów w dzie­dzi­nie eko­no­mii poli­tycz­nej i prawa kon­sty­tu­cyj­nego. Zgłę­biali zawi­ło­ści dzia­ła­ją­cych w USA mecha­ni­zmów kon­troli i rów­no­wagi oraz pozna­wali spo­sób dzia­ła­nia Sądu Naj­wyż­szego. Sędzia jed­nego z wio­dą­cych chiń­skich sądów, He Fan, posu­nął się wręcz do napi­sa­nia emo­cjo­nal­nego wspo­mnie­nia po śmierci wybit­nego sędziego ame­ry­kań­skiego Sądu Naj­wyż­szego Anto­nina Sca­lii4.

Celem chiń­skich reform sądow­ni­czych było zade­mon­stro­wa­nie światu, że Pekin jest gotowy do przy­stą­pie­nia do glo­bal­nego ładu gospo­dar­czego. W 2001 roku Chiny zostały człon­kiem Świa­to­wej Orga­ni­za­cji Han­dlu, co było zwień­cze­niem wie­lo­let­nich wysił­ków na dro­dze do wyka­za­nia, że Pań­stwo Środka jest zdolne prze­strze­gać w han­dlu mię­dzy­na­ro­do­wym zasad uczci­wej kon­ku­ren­cji - i będzie to robić, przy­naj­mniej przez jakiś czas. Tak było na papie­rze, bo rze­czy­wi­stość wyglą­dała mniej różowo: Chiny zma­gały się z plagą kra­dzieży wła­sno­ści inte­lek­tu­al­nej i fał­szerstw towa­rów, co było szcze­gól­nie widoczne w pro­win­cji Guang­dong, gdzie w tysią­cach chiń­skich fabryk wytwa­rzana jest więk­szość dóbr kon­sump­cyj­nych tra­fia­ją­cych na świa­towe rynki. Pro­cesy o naru­sze­nie prawa do znaku towa­ro­wego wyta­czane przez biuro pro­ku­ra­tora, w któ­rym pra­co­wała Yang, sta­no­wiły kro­plę w morzu potrzeb.

Pro­ku­ra­tor sku­piał się na zwal­cza­niu prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Chiń­ski cud gospo­dar­czy miał swoją mrocz­niej­szą stronę: bez­pra­wie5. W latach 90. XX wieku, kiedy masy ludz­kie prze­nio­sły się ze wsi do miast, prze­stęp­czość wzro­sła wykład­ni­czo. W trak­cie swo­jej pracy dla pro­ku­ra­tury Yang zetknęła się ze spra­wami, które jeżyły włosy na gło­wie. W zastra­sza­ją­cym tem­pie rosła aktyw­ność nie­stro­nią­cych od prze­mocy gan­gów. Sze­ro­kim echem odbiła się sprawa z nad­mor­skiej pro­win­cji Fujian, gdzie dwu­na­stu mło­dych pira­tów, uzbro­jo­nych w ładunki wybu­chowe i noże, napa­dało na kutry rybac­kie do momentu, w któ­rym zostali ujęci i stra­ceni6. Wła­dze wpa­dły na trop syn­dy­katu prze­stęp­czego, który przez trzy lata prze­szmu­glo­wał do Chin ropę i samo­chody o war­to­ści około 10 miliar­dów dola­rów. Zastępcą sekre­ta­rza Par­tii w tej pro­win­cji był wów­czas młody dzia­łacz Xi Jin­ping, który trzy­na­ście lat póź­niej miał zostać wybrany na sekre­ta­rza gene­ral­nego Komu­ni­stycz­nej Par­tii Chin i sta­nąć na jej czele. Yang uwa­żała, że jedyną receptą na czasy cha­osu i nie­pew­no­ści jest surowe egze­kwo­wa­nie prawa. Do swo­jej pracy pod­cho­dziła z zapa­łem neo­fitki, który u jej kole­gów biu­ro­kra­tów budził nie­chęć.

Nie mogła się docze­kać, aż zosta­nie rzu­cona na głę­boką wodę, jed­nak pierw­sze zada­nia, jakie przy­dzie­lono jej w biu­rze pro­ku­ra­tora, były dość pro­za­iczne: wypeł­nia­nie ton sądo­wej doku­men­ta­cji i spo­rzą­dza­nie zapi­sów z roz­praw. Ludziom, któ­rzy ota­czali ją w pracy, bra­ko­wało moty­wa­cji. Zda­rzało się, że popo­łu­dnia upły­wały im na grze w madżonga7. W 1996 roku sfru­stro­wana Yang rzu­ciła pracę i przez krótki czas poświę­cała się swo­jemu wyma­rzo­nemu zaję­ciu, to zna­czy dzien­ni­kar­stwu. Pisy­wała dla nie­wiel­kiej, miej­sco­wej, wyda­wa­nej pry­wat­nie gazety. Szybko jed­nak zro­zu­miała, że wła­ści­ciel bar­dziej dba o dochody z reklam niż rze­telne dzien­ni­kar­stwo, i pokor­nie wró­ciła do biura pro­ku­ra­tora, gdzie wkrótce dała się poznać jako ambitna pra­cow­niczka.

Wkrótce zwró­cili na nią uwagę wła­ściwi ludzie. W 1997 roku Yang dostała awans na sta­no­wi­sko młod­szej pro­ku­ra­torki, a nie­długo póź­niej została odde­le­go­wana do pro­ku­ra­tury pro­win­cji, gdzie miała się zająć poważ­nymi prze­stęp­stwami i prze­stęp­stwami z uży­ciem prze­mocy. Wystą­pie­nia publiczne ni­gdy nie były jej mocną stroną i na pierw­szej roz­pra­wie Yang zże­rała trema; ręce trzę­sły jej się tak bar­dzo, że nie potra­fiła pro­sto utrzy­mać kartki, z któ­rej czy­tała. Mimo to satys­fak­cję spra­wiało jej wsz­czy­na­nie i pro­wa­dze­nie postę­po­wa­nia, z cza­sem nauczyła się też doce­niać unie­sie­nie, w jakie wpra­wiało ją wystę­po­wa­nie na sali roz­praw.

Wyko­ny­wana przez Yang praca dawała poczu­cie spraw­czo­ści: mogła odmie­nić - albo skoń­czyć - czy­jeś życie. Nie opu­ściła żad­nej egze­ku­cji ska­za­nych w spra­wach, któ­rymi się zaj­mo­wała. Po pię­ciu latach pracy na sta­no­wi­sku młod­szego pro­ku­ra­tora posłała pierw­szego ska­za­nego na śmierć. Była to sprawa o mor­der­stwo: męż­czy­zna zadźgał dru­giego przy pomocy noża do owo­ców. Yang nakła­niała pozwa­nego, by oka­zał skru­chę za swój czyn i pro­sił o wyba­cze­nie.

Nie­chęt­nie opo­wiada o oko­licz­no­ściach, w któ­rych przy­jęła wiarę chrze­ści­jań­ską, jed­nak nie ulega wąt­pli­wo­ści, że reli­gia była dla niej ważna na prze­strzeni całej kariery. Naucza­nie Kościoła na temat odku­pie­nia i wyba­cze­nia poma­gało jej na co dzień oswa­jać bez­myślną prze­moc, z którą sty­kała się z racji wyko­ny­wa­nego zawodu. Ale reli­gia wpły­nęła na nią rów­nież w inny spo­sób - pod jej wpły­wem zmie­niała się w pozba­wioną skru­pu­łów przed­sta­wi­cielkę prawa. W jed­nej z pro­wa­dzo­nych przez nią spraw oskar­żony nie wyka­zy­wał skru­chy. Męż­czy­zna padł na zie­mię, objął jej nogi i bła­gał o zła­go­dze­nie kary. Jak wyznała mi Yang, w tam­tym momen­cie jej serce zalała nie­na­wiść w czy­stej postaci. Jęki oskar­żo­nego napa­wały ją obrzy­dze­niem. "Przez tego czło­wieka prze­ma­wiał strach przed śmier­cią. Gar­dzę takimi ludźmi. Jego skru­cha była tylko na pokaz". Kiedy sędzia uznał go za win­nego mor­der­stwa, Yang doma­gała się mak­sy­mal­nego wymiaru kary - śmierci. Była jedy­nym świad­kiem obec­nym na jego egze­ku­cji. Ska­zany wbił w nią spoj­rze­nie, z któ­rego wyzie­rały furia i nie­na­wiść. "Zapa­mię­tam cię nawet w pie­kle", wyce­dził w jej kie­runku. "Ja cie­bie też będę pamię­tać", odparła Yang, spo­glą­da­jąc mu pro­sto w oczy.

Jakiś czas póź­niej sąd przy­słał jej zdję­cie zwłok męż­czy­zny, które miało zostać dołą­czone do jego akt. Kiedy przy­pa­try­wała się foto­gra­fii, w uszach dźwię­czały jej echem jego ostat­nie słowa. Potem przez kilka dni kiep­sko spała. W trak­cie lek­tury Nędz­ni­ków Vic­tora Hugo zafa­scy­no­wała ją postać biskupa Myriela, który prze­ba­cza głów­nemu boha­te­rowi kra­dzież srebr­nych świecz­ni­ków. Powie­ściowy biskup, podob­nie jak Yang, towa­rzy­szy ska­za­nemu w trak­cie egze­ku­cji, tyle że Myriel odkrywa w sobie zdol­ność do współ­czu­cia dla zło­czyńcy. Powieść ta zro­biła na niej kolo­salne wra­że­nie. Pod jej wpły­wem zaczęła żało­wać bez­dusz­no­ści, jaką oka­zała tam­temu ska­zań­cowi. Męż­czy­zna, któ­rego posłała na śmierć, był nie­ko­cha­nym dziec­kiem, ale zasłu­gi­wał na jej współ­czu­cie. Sama jako młoda osoba nie umiała się wysło­wić i mam­ro­tała pod nosem nie­zro­zu­miale, jed­nak ciężka praca nad sobą uczy­niła ją lep­szym czło­wie­kiem. Doszła teraz do wnio­sku, że ludzie, któ­rych sprawy pro­wa­dziła, zasłu­gi­wali na taką samą szansę.

Otwie­ra­nie się Chin na świat i reformy, które odci­snęły się na życiu Yang, przy­no­siły też realne zmiany w ryt­mie życia miesz­kań­ców tere­nów wiej­skich, któ­rym wolno było teraz żyć i pra­co­wać w innych miej­scach niż ich hukou, czyli adres zamel­do­wa­nia. W latach 90. co roku około 90 milio­nów robot­ni­ków prze­no­siło się z wio­sek i małych miej­sco­wo­ści do znacz­nie więk­szych ośrod­ków miej­skich, takich jak Pekin, Szan­ghaj czy Kan­ton. Ludzie ci prze­miesz­czali się mię­dzy mia­stami w zależ­no­ści od tego, gdzie aktu­al­nie cze­kała na nich praca8. Wielu z nich haro­wało w wyjąt­kowo trud­nych warun­kach, na dłu­gie tury, które wymu­szały prze­by­wa­nie z dala od rodziny i przy­ja­ciół. Robot­nicy tacy pra­co­wali na olbrzymi chiń­ski suk­ces gospo­dar­czy, jed­nak nagła kumu­la­cja takich mas ludz­kich w zale­d­wie paru wiel­kich mia­stach sta­no­wiła gigan­tyczne obcią­że­nie dla dzia­ła­ją­cego w nich sys­temu opieki spo­łecz­nej.

I to wła­śnie jedna z osób nale­żą­cych do tej olbrzy­miej fali emi­gra­cji zarob­ko­wej, Zhou Moy­ing, miała wkrótce wysta­wić na próbę zdol­ność Yang do współ­czu­cia i wyba­cza­nia. Zhou pra­co­wała w Kan­to­nie, daleko od swo­jego mia­sta rodzin­nego. Jej życie nie nale­żało do łatwych. Zhou i jej mąż ledwo wią­zali koniec z koń­cem - utrzy­ma­nie pię­cio­oso­bo­wej rodziny, do któ­rej nale­żała mię­dzy innymi cho­ro­wita ośmio­mie­sięczna córeczka, gra­ni­czyło z cudem. Mąż Zhou, będący rzad­kim gościem w domu, nie­chęt­nie anga­żo­wał się w prace domowe, pomimo apeli kobiety. Pew­nego dusz­nego lip­co­wego dnia Zhou wstała rano i nakar­miła córkę kle­ikiem ryżo­wym, ale dziecko nie prze­sta­wało maru­dzić. Śpiący mąż nie reago­wał na płacz córki. W poczu­ciu braku jakie­go­kol­wiek wspar­cia, pod wpły­wem nagłego impulsu kobieta zanio­sła dziecko nad rzekę nie­opo­dal i wrzu­ciła je do wody. Pla­no­wała, że sama też się utopi. Powstrzy­mała ją myśl o tym, co sta­nie się z dwoj­giem star­szych dzieci. Dla­tego koniec koń­ców zgło­siła się tylko na poli­cję i przy­znała do uto­pie­nia córki.

Sprawa Zhou tra­fiła na biurko Yang. Na spo­tka­nie z dzie­cio­bój­czy­nią szła z duszą na ramie­niu, jed­nak przy­gnę­biona kobieta, którą ujrzała w kan­toń­skim aresz­cie, w niczym nie przy­po­mi­nała potwora w ludz­kiej skó­rze, jakiego spo­dzie­wała się spo­tkać. Łka­jąc, bła­gała Yang, by ska­zała ją na śmierć. Zawio­dła jako matka, nie zdo­łała ode­brać sobie życia, a teraz ocze­ki­wała od mło­dej pro­ku­ra­torki, że ją wyrę­czy w tym nie­wdzięcz­nym zada­niu. Tyle że Yang w pamięci miała ska­za­nego na śmierć męż­czy­znę, pamię­tała bez­sen­sowną nie­na­wiść, jaką w niej budził. Jakiś czas potem napi­sała, że wpraw­dzie ni­gdy nie zdo­łała zro­zu­mieć czynu Zhou, jed­nak poj­mo­wała bar­dziej ogólne, sys­te­mowe siły sto­jące za ubó­stwem, które popchnęły nie­szczę­śliwą matkę do tego czynu. Posta­no­wiła, że tę sprawę potrak­tuje ina­czej. W udzie­lo­nym w tam­tym cza­sie wywia­dzie Yang stwier­dziła: "Nie wolno nam zapo­mi­nać o ludziach na samym dole dra­biny spo­łecz­nej, któ­rzy ledwo wiążą koniec z koń­cem. Wymiar spra­wie­dli­wo­ści powi­nien kie­ro­wać się naka­zami sumie­nia"9.

Osta­tecz­nie w swoim oświad­cze­niu pro­ku­ra­tora Yang zawarła bar­dzo zwię­złą i bez­li­to­sną dia­gnozę sprawy Zhou: "Impul­sywny i głupi akt Zhou Moy­ing był owo­cem igno­ran­cji, ale przede wszyst­kim trud­no­ści, z jakimi bory­kała się w życiu, obo­jęt­no­ści męża, cho­roby, pro­ble­mów finan­so­wych. Nie bez zna­cze­nia był rów­nież fakt, że kobieta żyła z dala od domu rodzin­nego i krew­nych, czuła się samotna i przy­gnę­biona". Yang doma­gała się dla dzie­cio­bój­czyni zła­go­dze­nia kary do pię­ciu lat pozba­wie­nia wol­no­ści.

Jej kole­dzy po fachu byli prze­ciwni takiej inter­pre­ta­cji. W miarę jak sprawa Zhou stop­niowo nabie­rała roz­głosu, sąd w Kan­to­nie zna­lazł się pod pre­sją poli­tyczną, by uznać kobietę winną zarzu­ca­nego czynu i ska­zać ją na dłuż­szą karę wię­zie­nia. Bez­po­średni prze­ło­żony Yang kil­ka­krot­nie wzy­wał ją na dywa­nik i rugał za "nie­wie­ści sen­ty­men­ta­lizm". Osta­tecz­nie sąd ska­zał Zhou za zabój­stwo na jede­na­ście lat pozba­wie­nia wol­no­ści.

Tyle że Yang, zamiast zaak­cep­to­wać wyrok, posta­no­wiła wal­czyć. Zło­żyła ape­la­cję, w któ­rej dowo­dziła, że co prawda Zhou rze­czy­wi­ście dopu­ściła się odra­ża­ją­cego moral­nie czynu, jed­nak popchnęły ją do niego trudne oko­licz­no­ści zewnętrzne, pozo­sta­jące poza jej kon­trolą. Wymiar spra­wie­dli­wo­ści, prze­ko­ny­wała, winien trak­to­wać ludzi nie tylko w zgo­dzie z literą prawa, ale rów­nież w spo­sób huma­ni­tarny. W swo­jej ape­la­cji napi­sała, że moder­ni­zu­jący się chiń­ski sys­tem prawny powi­nien wyzna­czać sobie ambit­niej­sze cele od samego wymie­rza­nia kary.

Argu­menty, jakimi się posłu­żyła, spo­tkały się z wiel­kim odze­wem opi­nii publicz­nej. Tak­sów­ka­rze i pra­cow­nicy biu­rowi wsłu­chi­wali się w donie­sie­nia radiowe i zażar­cie mię­dzy sobą dys­ku­to­wali. Yang poparła też grupa ambit­nych praw­ni­ków o podob­nych poglą­dach. Wyda­rze­nia te wpi­sy­wały się w weiquan, ruch obrony praw czło­wieka, który na początku pierw­szej dekady XXI wieku był już pręż­nie roz­wi­ja­ją­cym się zja­wi­skiem. Stali za nim odważni praw­nicy i ide­ali­stycz­nie nasta­wieni pro­fe­so­ro­wie prawa, któ­rzy uwa­żali, że prawo może być narzę­dziem słu­żą­cym do roz­li­cza­nia rządu, a nawet zaini­cjo­wać odśrod­kowe reformy sys­temu komu­ni­stycz­nego. Wielu adwo­ka­tów zwią­za­nych z ruchem weiquan spe­cja­li­zo­wało się w pra­wie spółek, jed­nak brali też mniej­sze sprawy i repre­zen­to­wali pod­mioty, któ­rych głos czę­sto ginął w dyna­micz­nie roz­wi­ja­ją­cych się Chi­nach: ludzi wysie­dlo­nych z tere­nów pod stale roz­ra­sta­jące się miej­skie molo­chy, matki nie­zga­dza­jące się z narzu­ca­nymi odgór­nie ogra­ni­cze­niami dziet­no­ści. Wspól­nym mia­now­ni­kiem wielu spraw była rów­nież walka o prawa pra­cow­ni­cze robot­ni­ków z emi­gra­cji zarob­ko­wej. Mię­dzy Yang a tymi praw­ni­kami ist­niało nie­pi­sane poro­zu­mie­nie, że obie strony pra­cują na rzecz tego samego celu: stwo­rze­nia bez­stron­nego sys­temu praw­nego, który będzie bro­nił praw jed­nostki. W deba­cie tele­wi­zyj­nej, w któ­rej starli się praw­nicy, Yang tłu­ma­czyła, że: "Egze­kwo­wa­nie prawa ma w sobie coś bez­dusz­nego, jed­nak sama istota prawa jest życz­liwa. Potrzeba miło­ści, by poru­szyć czy­jąś duszę".

Osta­tecz­nie karę Zhou skró­cono i kobieta spę­dziła za kra­tami tylko sześć lat. Wbrew oba­wom Yang, że sprawa Zhou Moy­ing pogrąży jej karierę, stało się coś zgoła innego: zapew­niła jej ona roz­po­zna­wal­ność. Dla prze­cięt­nego Chiń­czyka Yang stała się twa­rzą koja­rzoną z pro­fe­sją praw­ni­czą. Jakiś czas póź­niej tele­wi­zja pań­stwowa poka­zała cere­mo­nię uho­no­ro­wa­nia jej meda­lem przy­zna­wa­nym wybit­nym pra­cow­ni­kom wymiaru spra­wie­dli­wo­ści. W wywia­dzie udzie­lo­nym chiń­skiej gaze­cie Yang powie­działa: "Kiedy się zesta­rzeję, będę pamię­tać nie o tym, ilu ludzi posła­łam na śmierć, ale ilu oca­li­łam"10.

Sprawa Zhou Moy­ing oka­zała się dla Yang wyzwa­la­jąca. Prze­stała oba­wiać się dzia­ła­nia na prze­kór obo­wią­zu­ją­cym zasa­dom. Od tej pory zawsze już dążyła wyłącz­nie do tego, by spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość, nie zwa­ża­jąc na poli­tyczne koszty. W 2010 roku, nie­długo przed Bożym Naro­dze­niem, Zhou wyszła z wię­zie­nia. Yang była jedną z pierw­szych osób, które odwie­dziła na wol­no­ści. Foto­graf uchwy­cił moment, gdy obie kobiety padają sobie w obję­cia i wybu­chają pła­czem11.

Sprawa Zhou mogła stać się dla Yang począt­kiem dłu­giej i zna­ko­mi­tej kariery i uczy­nić ją jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych pro­ku­ra­to­rów w kraju. Zamiast tego bar­dzo szybko zaczęła odczu­wać pierw­sze ukłu­cia roz­cza­ro­wa­nia. Rządy prawa w Chi­nach na­dal pozo­sta­wały jedy­nie w dome­nie myśle­nia życze­nio­wego. Korup­cja była wszech­obecna, o czym Yang mogła się prze­ko­nać już od pierw­szego dnia pracy w pro­ku­ra­tu­rze. Potra­fiła jed­nak traf­nie oce­niać sędziów, roz­po­zna­wała, jaką mają oso­bo­wość, a potem, gdy przy­go­to­wy­wała swoje wystą­pie­nie na sali roz­praw, kształ­to­wała argu­menty pod nich. Po bli­sko dwu­dzie­stu latach takiej akro­ba­tyki czuła, że z wolna traci zapał do pracy. Nadzieje na rychłe reformy, żywe w krę­gach praw­ni­czych po spra­wie Zhou, z wolna bla­kły.

Pod koniec 2012 roku sta­no­wi­sko sekre­ta­rza gene­ral­nego Komu­ni­stycz­nej Par­tii Chin objął Xi Jin­ping i stał się de facto przy­wódcą kraju. Nie­spełna 60-letni Xi, będący synem legen­dar­nego dzia­ła­cza rewo­lu­cyj­nego, stał się ulu­bień­cem w krę­gach komu­ni­stycz­nych, jed­nak pozo­sta­wał prak­tycz­nie nie­znany poza gra­ni­cami Chin. Zale­d­wie rok wcze­śniej ścią­gnął na sie­bie uwagę jako czo­łowy kan­dy­dat do naj­wyż­szego urzędu w Par­tii, następ­nie spraw­nie pora­dził sobie ze swoim głów­nym rywa­lem, Bo Xila­iem, byłym człon­kiem Biura Poli­tycz­nego Par­tii i pupi­lem par­tyj­nych elit, po tym jak oka­zało się, że żona tego ostat­niego jest zamie­szana w zamor­do­wa­nie bry­tyj­skiego biz­nes­mena (w 2013 roku Bo wraz z mał­żonką zostali uznani za win­nych korup­cji i ska­zani na karę doży­wot­niego wię­zie­nia).

Pomimo zna­ko­mi­tego pocho­dze­nia Xi i jego rodzina bar­dzo ucier­pieli w epoce czy­stek rewo­lu­cji kul­tu­ral­nej. Xi musiał ucie­kać z Pekinu i na sie­dem lat prze­niósł się do pro­win­cji Sha­anxi, gdzie pomiesz­ki­wał m.in. w jaskini w żół­tej les­so­wej skale. Dobit­nie zro­zu­miał, że wła­dza abso­lutna pro­wa­dzi spo­łe­czeń­stwo do para­liżu, nisz­czy rodziny i tłumi poten­cjał mło­dych poko­leń. Ana­li­tycy spo­dzie­wali się zatem, że Xi da się poznać jako libe­ralny refor­ma­tor. Yang ocze­ki­wała, że pod jego rzą­dami Chiny będą przy­naj­mniej kon­ty­nu­ować kie­ru­nek zmian wyty­czony przez jego poprzed­nika.

Tym­cza­sem doj­ście do wła­dzy Xi oka­zało się momen­tem zwrot­nym, przy­no­szą­cym Chi­nom rewi­zję wcze­śniej­szych 40 lat, które upły­nęły pod zna­kiem libe­ra­li­zmu gospo­dar­czego i poli­tycz­nego otwar­cia się na świat. Nowego przy­wódcę Pań­stwa Środka zaj­mo­wały przy­czyny, które dopro­wa­dziły do upadku ZSRR, i zamie­rzał za wszelką cenę nie dopu­ścić do powtó­rze­nia tam­tych błę­dów. Zwią­zek Radziecki ist­niał 69 lat, nim osta­tecz­nie się roz­padł. Komu­ni­styczna Par­tia Chin wkrótce miała osią­gnąć podobny staż. W 2009 roku, jako dyrek­tor naj­więk­szej szkoły kształ­cą­cej par­tyjne kadry, Xi zle­cił przy­go­to­wa­nie ana­lizy histo­rycz­nej, która przy­nio­słaby odpo­wiedź na pyta­nie, dla­czego ZSRR upa­dło. Winą obar­czył prze­ja­wiany przez Sowie­tów brak krę­go­słupa moral­nego, który pozwo­liłby zdu­sić głosy par­tyj­nych zdraj­ców. "Zała­ma­nie się Par­tii wyda­rzyło się z dnia na dzień. Komu­ni­styczna Par­tia Związku Radziec­kiego była pro­por­cjo­nal­nie licz­niej­sza od naszej, jed­nak kadrom zabra­kło odwagi, by w porę zare­ago­wać"12.

Pod koniec roku Xi ogło­sił roz­po­czę­cie agre­syw­nej kam­pa­nii walki z korup­cją. Wielu jego poprzed­ni­ków postą­piło tak samo, jed­nak akcja zaini­cjo­wana przez Xi wyróż­niała się na ich tle szcze­gólną zaja­dło­ścią: przy oka­zji roz­prawy z wszech­obecną korup­cją nowy przy­wódca Chin pozby­wał się urzęd­ni­ków powią­za­nych z jego poli­tycz­nymi rywa­lami. Doj­ście Xi do wła­dzy miało rów­nież bez­po­średni wpływ na Yang i stron­ni­ków reform zmie­rza­ją­cych w kie­runku rzą­dów prawa. Przy­kła­dowo aż do początku pierw­szej dekady XXI wieku Yang i jej kole­dzy z "frak­cji reform" mogli swo­bod­nie roz­wi­jać kon­cepty nie­za­wi­sło­ści sądow­ni­czej, które prze­nik­nęły do Chin dzięki kon­tak­tom z ame­ry­kań­skim i bry­tyj­skim sys­te­mem prawa. Człon­ko­wie frak­cji komu­ni­ko­wali się ze sobą na wewnętrz­nej plat­for­mie biura pro­ku­ra­tora o nazwie BBS, sta­no­wią­cej coś pomię­dzy blo­giem a cza­tem, która cie­szyła się popu­lar­no­ścią u zara­nia ery Inter­netu. Do 2015 roku wszyst­kie fora praw­ni­cze zostały zamknięte.

Yang tra­ciła satys­fak­cję z wyko­ny­wa­nia zawodu. Jej ambi­cją było dzia­ła­nie wewnątrz sys­temu, by zmie­niać go od środka i nada­wać mu bar­dziej ludzką twarz. Prak­tyka ta przy­spo­rzyła jej wro­gów. W 2011 roku, w tym samym, w któ­rym zdo­była laur naj­lep­szego urzęd­nika wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, przy­dzie­lono ją do pracy biu­ro­wej, z dala od sali roz­praw. Teo­re­tycz­nie był to awans, ale tylko na papie­rze. Yang miała świa­do­mość, że tak naprawdę to ostrze­że­nie, by zanie­chała swo­ich dzia­łań. Ludzie zwią­zani z wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści zazdro­ścili jej popar­cia i rów­no­cze­śnie oba­wiali się, że Yang może ją wyko­rzy­stać do ujaw­nie­nia róż­nych nie­wy­god­nych tema­tów. Koniec koń­ców, powta­rza­jąc swój bun­tow­ni­czy ruch z lat mło­do­ści, posta­no­wiła, że nie przyj­mie nowej posady, i porzu­ciła pracę w służ­bie cywil­nej. Była wów­czas u szczytu kariery i popu­lar­no­ści. W wywia­dzie dla chiń­skiej gazety tłu­ma­czyła: "Ponie­waż odsu­nięto mnie od sali roz­praw, dal­sza praca w pro­ku­ra­tu­rze stra­ciła dla mnie sens".

W 2015 roku prze­szła na drugą stronę bary­kady. Oznaj­miła, że cał­ko­wi­cie roz­staje się z pań­stwo­wym wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści i odtąd będzie dzia­łać jako adwo­katka praw czło­wieka. Zamiast wystę­po­wać prze­ciwko tym, któ­rym zarzu­cane są czyny prze­stęp­cze, będzie teraz ich bro­nić. Miała 45 lat i gotowa była kolejny raz zacząć od nowa. Zda­wała sobie sprawę, że ruch weiquan, sku­pia­jący praw­ni­ków-akty­wi­stów oraz obroń­ców praw czło­wieka, znaj­duje się pod coraz sil­niej­szym poli­tycz­nym ostrza­łem. Liczyła jed­nak, że w prze­ci­wień­stwie do pro­ku­ra­tury na­dal jest przy­naj­mniej nie­uwi­kłany w poli­ty­kier­stwo i nie pod­lega odgór­nym dyrek­ty­wom.

Ta zmiana stron wewnątrz praw­ni­czej pro­fe­sji umoż­li­wiła jej ponowne odkry­cie sta­rej wer­sji sie­bie, którą na prze­strzeni lat zosta­wiła z tyłu. Walce o prawa czło­wieka bli­żej było do pier­wot­nej misji, z którą Yang roz­po­czy­nała swoją karierę w pro­ku­ra­tu­rze. Na­dal mogła wal­czyć o mądrzej­szy wymiar spra­wie­dli­wo­ści, który z kolei pro­wa­dził do wykształ­ce­nia lep­szego, bar­dziej sko­rego do ludz­kich uczuć spo­łe­czeń­stwa. Utwo­rzyła orga­ni­za­cję pomo­cową i zaczęła świad­czyć bez­płatną pomoc prawną poli­tycz­nym dysy­den­tom i innym potrze­bu­ją­cym, któ­rych sprawy dotąd, jako pro­ku­ra­torka, oce­niała zupeł­nie ina­czej. Nowa praca była wyzwa­la­jąca, lecz zara­zem nie­bez­pieczna. Kiedy Yang opo­wia­dała mi o spra­wach, któ­rymi się wtedy zaj­mo­wała, w jej gło­sie sły­sza­łam auten­tyczną eks­cy­ta­cję.

Jak wyznała, nie oba­wiała się poli­tycz­nej zemsty. Spę­dziła dłu­gie lata wewnątrz tego apa­ratu bez­pie­czeń­stwa, który teraz sta­rał się zastra­szyć oraz pod­dać obser­wa­cji zarówno ją, jak i jej klien­tów. To doświad­cze­nie dawało jej pełną świa­do­mość reper­ku­sji, jakie mogą ją spo­tkać za zbyt otwartą kry­tykę tych insty­tu­cji. Ale nowa praca, jak sama twier­dzi, warta była tego ryzyka. Raz spy­tała mnie: "Dla­czego ryba pływa? Czy decy­duje tu tylko wola prze­trwa­nia? Robi to, bo potrze­buje więk­szej prze­strzeni. Jeśli zamkniesz ptaka w klatce i dasz mu dużo jedze­nia, on i tak sko­rzy­sta z pierw­szej oka­zji, by uciec. Ludzie też potrze­bują żyć w świe­cie, który ich nie ogra­ni­cza i zapew­nia im wol­ność". Wkrótce życie miało pod­dać pró­bie jej przy­wią­za­nie do ruchu obrony praw czło­wieka.

Kiedy na skrzynkę mailową oraz komu­ni­ka­tor WeChat praw­nika Rena Quan­niu zaczęły lawi­nowo docie­rać wia­do­mo­ści, w pierw­szym odru­chu je zigno­ro­wał. Jeden z kole­gów radził mu: "Natych­miast wyjedź za gra­nicę". Ale Ren nie­spe­cjal­nie się prze­jął. Jako adwo­kat stale żył ze świa­do­mo­ścią, że każ­dego dnia może zostać aresz­to­wany. Był 9 czerwca 2015 roku, a spo­łecz­ność nie­za­leż­nych praw­ni­ków mówiła tylko o jed­nym: ran­kiem nagle prze­pa­dła bez wie­ści ich kole­żanka po fachu Wang Yu. Po odwie­zie­niu męża i nasto­let­niego syna na lot­ni­sko wró­ciła do swo­jego miesz­ka­nia w Peki­nie i odkryła, że nie działa świa­tło: pod jej nie­obec­ność ktoś odłą­czył prąd i Inter­net. Nie­długo potem jej zna­jomi zaczęli dosta­wać od niej wia­do­mo­ści, z któ­rych wyni­kało, że jacyś nie­znani jej męż­czyźni pró­bują wywa­żyć drzwi i dostać się do miesz­ka­nia. Od tam­tej pory słuch o niej zagi­nął.

Jej kole­dzy, łącz­nie z Renem, mar­twili się, ale zara­zem mieli świa­do­mość, że Wang liczyła się z tym, iż prę­dzej czy póź­niej może dojść do takiej sytu­acji. Spo­łecz­ność nie­za­leż­nych praw­ni­ków wal­czą­cych o prawa czło­wieka w Chi­nach swoim modus ope­randi uczy­niła testo­wa­nie, co jest poli­tycz­nie dopusz­czalne, a co nie. Adwo­kaci sku­pieni w tej gru­pie celowo brali na warsz­tat demon­stra­cyj­nie pro­ble­ma­tyczne sprawy, w któ­rych repre­zen­to­wali inte­resy kobiet, przed­sta­wi­cieli mniej­szo­ści etnicz­nych, reli­gij­nych oraz innych grup trak­to­wa­nych przez rząd chiń­ski po maco­szemu. W tę pracę nie­jako z zało­że­nia wpi­sane było ogromne ryzyko.

Poza tym aku­rat w dniu znik­nię­cia Wang Ren myślami był zupeł­nie gdzie indziej. Przy­go­to­wy­wał się do wystą­pie­nia w obro­nie dzie­wię­ciorga prak­ty­ków Falun Gong. Osoby te zostały aresz­to­wane w Cang­zhou, mie­ście w pro­win­cji Hebei na pół­nocy kraju. Ist­niało podej­rze­nie, że były tor­tu­ro­wane. Zarzu­cano im człon­ko­stwo w para­re­li­gij­nej szkole medy­ta­cji, którą wła­dze w Peki­nie uznają za groźną sektę. Sąd okrę­gowy leżą­cego na wscho­dzie pro­win­cji Cang­zhou od ponad roku zwle­kał z pro­ce­sem, tłu­ma­cząc to koniecz­no­ścią grun­tow­nej wery­fi­ka­cji życio­rysu każ­dego z dzie­się­ciu adwo­ka­tów wystę­pu­ją­cych w spra­wie, łącz­nie z Renem. W lipcu tego roku sąd w końcu zgo­dził się roz­pa­trzyć sprawę i wyzna­czył datę roz­prawy. Ren przy­go­to­wy­wał się men­tal­nie do zada­nia: cze­kały go regu­larne podróże mię­dzy Zheng­zhou w cen­tral­nych Chi­nach, gdzie miesz­kał, a pro­win­cją Hebei.

Ale pla­no­wana podróż ni­gdy nie doszła do skutku. Naza­jutrz, około godziny dwu­dzie­stej dru­giej, Rena obu­dził tele­fon. Dzwo­niący przed­sta­wi­ciel urzędu bez­pie­czeń­stwa w Zheng­zhou zażą­dał, by Ren nie­zwłocz­nie sta­wił się na roz­mowę. Adwo­kat odpo­wie­dział z wyuczoną non­sza­lan­cją: "Czy wam w tych urzę­dach obce są ludz­kie odru­chy? Czy nie sypia­cie w nocy? Czy ta sprawa naprawdę nie może zacze­kać do rana?". Uznał, że skoro ma zostać aresz­to­wany, wolałby się naj­pierw porząd­nie wyspać. Ale pra­cow­nik urzędu był nie­ugięty. Po wsta­niu z łóżka adwo­kat spraw­dził, czy ktoś jesz­cze nie pró­bo­wał się z nim skon­tak­to­wać. Ze zdzi­wie­niem odkrył wtedy, że jego komu­ni­ka­tor WeChat, cie­szący się wielką popu­lar­no­ścią w Chi­nach, dosłow­nie pęka w szwach od nie­od­czy­ta­nych wia­do­mo­ści: tej nocy w całym kraju setki adwo­katów wal­czą­cych o prawa czło­wieka prze­pa­dło bez wie­ści. Służby zatrzy­my­wały jego kole­gów po fachu na lot­ni­skach, gdy zamie­rzali wsiąść do samo­lotu, wycią­gały z poko­jów hote­lo­wych, zwa­biały na spo­tka­nia w kawiarni, gdzie niczego nie­podej­rze­wa­ją­cemu praw­ni­kowi zarzu­cano na głowę worek i wywo­żono w nie­znane miej­sce. Była to sze­roko zakro­jona, sko­or­dy­no­wana akcja.

Prze­słu­cha­nie Rena na poste­runku poli­cji trwało całą noc. Urzęd­nicy z pro­win­cjo­nal­nego wydziału Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwa na prze­mian krzy­kiem oskar­żali go o zdradę Chiń­skiej Repu­bliki Ludo­wej i szpie­go­wa­nie dla obcych mocarstw. W pew­nym momen­cie jeden z poli­cjan­tów rzu­cił się na Rena z pię­ściami. Tłukł go i wrzesz­czał, że ten zdra­dził Chiny, dopóki nie powstrzy­mał go kolega.

Przez cały ten czas Ren zacho­wy­wał spo­kój. Karierę praw­ni­czą zawdzię­czał nie­ustę­pli­wo­ści, a pozy­cję w spo­łecz­no­ści weiquan zapew­niło mu wła­śnie opa­no­wa­nie, z któ­rego sły­nął. Jego rodzice, rol­nicy, spo­dzie­wali się, że zosta­nie na wsi i całe życie będzie upra­wiał zie­mię, podob­nie jak jego brat. Ale Ren miał bun­tow­ni­czą naturę. Na początku pró­bo­wał swo­ich sił jako śpie­wak ope­rowy, ten drobny męż­czy­zna dys­po­no­wał bowiem dono­śnym basem. Zre­zy­gno­wał z kariery ope­ro­wej, gdy odkrył, że występy sce­niczne budzą w nim prze­ra­że­nie. W wieku dwu­dzie­stu paru lat cał­kiem przy­pad­kiem zain­te­re­so­wał się pra­wem: pew­nego dnia na chod­niku zna­lazł gazetę z reklamą szkoły praw­ni­czej i pod wpły­wem impulsu zapi­sał się na zaję­cia. Ponie­waż musiał imać się doryw­czych prac, żeby mieć z czego opła­cić cze­sne, nie­wiele czasu zosta­wało mu na naukę. W rezul­ta­cie do egza­minu adwo­kac­kiego pod­cho­dził trzy razy, ale w końcu się udało. W roz­mo­wie ze mną stwier­dził: "Dążę do wol­no­ści, a nie wygody". Nie miał złu­dzeń co do wpływu, jaki na sys­tem może wywrzeć dzia­łal­ność weiquan: "Jeste­śmy bandą ide­ali­stów. Będziemy ciężko pra­co­wać na rzecz zbu­do­wa­nia rzą­dów prawa i demo­kra­cji. Nawet jeśli nasz wkład będzie nie­wielki, i tak warto".

Kiedy naza­jutrz został zwol­niony, zro­zu­miał skalę tego, co się wyda­rzyło. Od 9 lipca zatrzy­mano lub aresz­to­wano ponad trzy­stu adwo­ka­tów, asy­sten­tów praw­nych oraz człon­ków rodzin praw­ni­ków. I tak z dnia na dzień ruch obrony praw czło­wieka, pozba­wiony swo­ich naj­waż­niej­szych dzia­ła­czy, de facto prze­stał ist­nieć. Adwo­kaci weiquan zda­wali sobie sprawę, że prawo jest bro­nią, i zale­żało im na tym, by przed­sta­wi­ciele naj­bar­dziej mar­gi­na­li­zo­wa­nych grup w chiń­skim spo­łe­czeń­stwie mogli sku­tecz­nie wła­dać tym orę­żem i doma­gać się respek­to­wa­nia praw gwa­ran­to­wa­nych przez kon­sty­tu­cję. Osta­tecz­nie jed­nak wła­śnie to prawo oka­zało się ich koń­cem. Rząd w Peki­nie skie­ro­wał ostrze tej samej broni, którą dotych­czas tak spraw­nie wła­dali, prze­ciwko nim. Zarzuty, jakie im sta­wiano, były poważne: mię­dzy innymi dzia­łal­ność wywro­towa.

Fala aresz­to­wań była pierw­szym tak jed­no­znacz­nym sygna­łem, że nowy przy­wódca Chin nie jest refor­mi­stą. Wyda­rze­nia te, które do histo­rii prze­szły pod nazwą Pogromu 709 (w nawią­za­niu do daty akcji), ozna­czały rów­nież, że era, gdy garstka zde­ter­mi­no­wa­nych naukow­ców, dzien­ni­ka­rzy, praw­ni­ków i dzia­ła­czy wal­czą­cych o prawa oby­wa­tel­skie mogła doma­gać się rzą­dów prawa i odpo­wie­dzial­no­ści socja­li­stycz­nego rządu chiń­skiego za wpro­wa­dzane przez niego regu­la­cje, dobie­gła końca. Tole­ran­cja władz wobec ludzi pokroju Rena, Wang Yu czy Yang Bin się wyczer­pała. Wszy­scy oni postu­lo­wali alter­na­tywną wizję przy­szło­ści dla Chin - taką, która nie kwe­stio­no­wała prze­wod­niej roli Par­tii, lecz ocze­ki­wała, że prze­strze­gać ona będzie zapi­sów kon­sty­tu­cji i dopusz­czać odmienne punkty widze­nia i róż­no­rodne toż­sa­mo­ści.

Dopiero teraz Ren w pełni pojął, jak naiwne były te nadzieje. "W tym kraju wszelka nie­za­leż­ność trak­to­wana jest jak prze­stęp­stwo. To straszne", powie­dział, gdy sześć lat po roz­bi­ciu ruchu weiquan spo­tka­li­śmy się na lun­chu. Wybra­li­śmy bar nie­da­leko jego kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej w Zheng­zhou i zamó­wi­li­śmy zupę z maka­ro­nem. "Rozu­mie to wielu ludzi w Chi­nach, ale wolą się nad tym nie zasta­na­wiać, bo na bie­żąco stale muszą radzić sobie z wyzwa­niami, jakie sta­wia przed nimi życie. W efek­cie nie mają odwagi, albo im się nie chce, zaj­mo­wać bar­dziej skom­pli­ko­wa­nymi kwe­stiami". Nawet tym, któ­rzy pra­co­wali w pań­stwo­wych insty­tu­cjach wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, jak cho­ciażby Yang Bin, nie­ła­two było ogar­nąć rozu­mem skalę i zna­cze­nie Pogromu 709.

W tym nowym świe­cie, po Pogro­mie, druga kariera Yang Bin, jako adwo­katki wal­czą­cej o prawa czło­wieka, nie trwała długo. Mini­ster spra­wie­dli­wo­ści nagle stra­cił cier­pli­wość dla jej nie­sza­blo­no­wego stylu pracy. W 2019 roku Yang przy­jęła sprawę, w któ­rej repre­zen­to­wać miała miesz­kań­ców wio­ski w połu­dniowo-zachod­niej pro­win­cji Yun­nan, doma­ga­ją­cych się od pań­stwa rekom­pen­saty za zaję­cie ich ziemi. Mini­sterstwo spra­wie­dli­wo­ści ostrze­gało Yang, by nie zabie­rała publicz­nie głosu w tej spra­wie. Ona jed­nak nic sobie z tego nie zro­biła i opu­bli­ko­wała w Inter­ne­cie tekst w obro­nie praw wła­sno­ści jej klien­tów. Zatrud­nia­jąca ją kan­ce­la­ria adwo­kacka z dnia na dzień roz­wią­zała z nią umowę. Wła­dze zawie­siły jej prawo do wyko­ny­wa­nia zawodu, dopóki nie znaj­dzie nowego pra­co­dawcy.

Po jakimś cza­sie angaż zapro­po­no­wała jej kan­ce­la­ria w Peki­nie, ale wtedy mini­ster­stwo spra­wie­dli­wo­ści odmó­wiło spo­tka­nia z Yang i odrzu­ciło jej poda­nie o przy­wró­ce­nie prawa do wyko­ny­wa­nia zawodu. Drzwi adwo­ka­tury pozo­stały już dla niej na zawsze zamknięte, ale to jej nie powstrzy­mało. Kiedy spo­tka­łam się z nią po raz pierw­szy, była świeżo po wyczer­pu­ją­cej podróży do Kuej­czou, pro­win­cji w połu­dniowo-zachod­nich Chi­nach, gdzie zabie­gała o spo­tka­nie z troj­giem dzieci Wang Zanga, poety prze­trzy­my­wa­nego za publi­ka­cję nie­po­praw­nych poli­tycz­nie wier­szy. Na spo­tka­nie ze mną przy­szła obo­lała po prze­słu­cha­niu na poste­runku poli­cji, gdzie przez sie­dem godzin sie­działa z rękami sku­tymi na ple­cach.

Siłę do dzia­ła­nia czer­pała z nie­ustę­pli­wo­ści innych praw­ni­ków wal­czą­cych o prawa czło­wieka. Jed­nym z nich był Xu Zhiy­ong. Poznali się na ban­kie­cie zor­ga­ni­zo­wa­nym w jed­nej z amba­sad na tere­nie Pekinu. O Xu, wojow­ni­czo nasta­wio­nym dzia­ła­czu poli­tycz­nym, zro­biło się gło­śno na całym świe­cie, gdy w 2010 roku powo­łał do ist­nie­nia luźną koali­cję grup akty­wi­stów, któ­rej póź­niej nadał nazwę Nowy Ruch Oby­wa­tel­ski (New Citi­zens' Move­ment). Wśród współ­za­ło­ży­cieli byli kon­sty­tu­cjo­na­li­ści i praw­nicy wal­czący o prawa czło­wieka, a w sze­regi orga­ni­za­cji wcho­dzili zarówno akty­wi­ści śro­do­wi­skowi dzia­ła­jący oddol­nie na tere­nach wiej­skich, jak i siwo­włosi naukowcy. Łączyło ich prze­ko­na­nie, że każdy oby­wa­tel powi­nien mieć prawo i środki, by doma­gać się trans­pa­rent­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści ze strony rządu.

Yang podzi­wiała odwagę i nie­ustę­pli­wość Xu - zwłasz­cza w sytu­acji, gdy klu­czowi człon­ko­wie Nowego Ruchu Oby­wa­tel­skiego byli po kolei wyła­py­wani przez poli­cję. Wie­działa, ile wysiłku kosz­tuje bun­to­wa­nie się rok za rokiem. Jak się oka­zało, para miała wspól­nych zna­jo­mych. Xu pra­co­wał kie­dyś jako obrońca dla Sun Dawu, przed­się­biorcy-ide­ali­sty, twórcy war­tego miliard dola­rów kon­glo­me­ratu rol­ni­czego13. Sun otwar­cie przy­zna­wał się do fascy­na­cji Pla­to­nem, szcze­gól­nie jego ideą króla-filo­zofa, a sam sie­bie uwa­żał za myśli­ciela, który za dnia zaj­muje się uprawą roli, w nocy zaś oddaje się dys­pu­tom na temat reform poli­tycz­nych i wyko­rzy­sta­nia obsza­rów wiej­skich. Na początku pierw­szej dekady XXI wieku Xu i Yang nale­żeli do grona gości, któ­rych Sun zapra­szał na mające słu­żyć wymia­nie myśli spo­tka­nia, orga­ni­zo­wane od czasu do czasu w jego posia­dło­ści w rol­ni­czej pro­win­cji Hebei, na rogat­kach Pekinu.

W 2018 roku Xu koń­czył 4-let­nią odsiadkę za "zakłó­ca­nie porządku publicz­nego". Po wyj­ściu na wol­ność momen­tal­nie przy­stą­pił z powro­tem do dzia­łal­no­ści pisar­skiej, tym razem za cel bio­rąc Xi Jin­pinga. Wybuch epi­de­mii nie­zna­nego wcze­śniej koro­na­wi­rusa, który miał miej­sce dwa lata póź­niej, dostar­czył mu dodat­ko­wego mate­riału do jado­wi­tej kry­tyki chiń­skich elit poli­tycz­nych. W jed­nym ze swo­ich wpi­sów w Inter­ne­cie, opu­bli­ko­wa­nym 4 lutego 2020 roku, Xu skry­ty­ko­wał spo­sób, w jaki wła­dze reagują na wybuch epi­de­mii, i wezwał przy­wódcę Chin do ustą­pie­nia: "W cza­sach kry­zysu poli­tycy powinni dzia­łać w spo­sób opa­no­wany, jed­nak ty swo­imi dzia­ła­niami dowo­dzisz tylko bez­rad­no­ści. Dokąd zmie­rzają Chiny pod twoim prze­wod­nic­twem? W stronę demo­kra­cji czy dyk­ta­tury? Moder­ni­za­cji czy rewo­lu­cji kul­tu­ral­nej?"14.

Xu jako libe­ralny akty­wi­sta zawsze dążył do pro­wo­ka­cji - był impul­sywny, wyga­dany i bez­kom­pro­mi­sowy. Yang nato­miast cecho­wały opa­no­wa­nie, skłon­ność do dzia­ła­nia według dłu­go­ter­mi­no­wego planu i cier­pli­wość, którą wykształ­ciły w niej lata pracy z biu­ro­kra­tami. Krótko mówiąc, było mało praw­do­po­dobne, żeby tych dwoje się zaprzy­jaź­niło. I wła­śnie dla­tego, gdy poli­cja znów zaczęła dep­tać Xu po pię­tach, ten posta­no­wił ukryć się w ostat­nim miej­scu, w jakim wła­dzom przyj­dzie na myśl go szu­kać: w domu Yang.

Pro­blemy Xu zaczęły się dzień po Bożym Naro­dze­niu w 2019 roku. Tego dnia on i kil­koro jego towa­rzy­szy ze sta­rej gwar­dii, oca­la­łych po roz­bi­ciu przez wła­dze Nowego Ruchu Oby­wa­tel­skiego, jak wiele razy wcze­śniej spo­tkali się na obie­dzie w domu przy­ja­ciela z daw­nych cza­sów w por­to­wym mie­ście Xia­men15. Wzno­sili toa­sty za nad­cho­dzący nowy rok i dzie­lili się opo­wie­ściami o trud­no­ściach, z jakimi przy­szło im się mie­rzyć w ostat­nich dwu­na­stu mie­sią­cach. Wywią­zała się też nie­for­malna dys­ku­sja na temat przy­szłości dzia­łal­no­ści na rzecz praw czło­wieka w Chi­nach. Wnio­ski nie napa­wały opty­mi­zmem: wszystko wska­zy­wało na to, że szanse na powo­dze­nie takich wysił­ków są nikłe. Ale naj­gor­sze miało dopiero nadejść. Parę dni po spo­tka­niu czworo z jego uczest­ni­ków zostało aresz­to­wa­nych: wła­dze potrak­to­wały spo­tka­nie i wspólny posi­łek jako naradę, na któ­rej akty­wi­ści oma­wiali stra­te­gię dzia­ła­nia. Xu sie­dział w pociągu wio­zą­cym go z powro­tem do Pekinu, gdy jego tele­fon zalały wia­do­mo­ści o aresz­to­wa­niu przy­ja­ciół. Bez waha­nia wysiadł na naj­bliż­szej sta­cji i rzu­cił się do ucieczki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Jest to naj­więk­szy park rekre­acyjny w Peki­nie (przyp. tłum.). [wróć]

Sophie Beach, Leaked Spe­ech Shows Xi Jin­ping's Oppo­si­tion to Reform, "China Digi­tal Times" (CDT), Janu­ary 27, 2013, www.chi­na­di­gi­tal­ti­mes.net/2013/01/leaked-spe­ech-shows-xi-jin­pings-oppo­si­tion-to-reform/. [wróć]

?????????????, ????, April 20, 2019, www.mp.weixin.qq.com/s/jv_sJao09EbkLdvlBIvW7Q. [wróć]

Susan Fin­der, Fare­well to Justice Sca­lia from the Supreme People's Court, "Supreme People's Court Moni­tor", Febru­ary 15, 2016, www.supre­me­pe­ople­sco­urt­mo­ni­tor.com/2016/02/15/fare­well-to-justice-sca­lia-from-the-supreme-peoples-court/. [wróć]

Shen­ghui Qi and Die­trich Obe­rwit­tler, On the Road to the Rule of Law: Crime, Crime Con­trol, and Public Opi­nion in China, "Euro­pean Jour­nal on Cri­mi­nal Policy and Rese­arch" 15 (Febru­ary 2009): 137-157, doi.org/10.1007/s10610-008-9094-3. [wróć]

Nicho­las D. Kri­stof, Beijing Jour­nal; Crime Is Up in China, and so Is the Public's Rage, "New York Times", Janu­ary 20, 1992, www.nyti­mes.com/1992/01/20/world/beijing-jour­nal-crime-is-up-in-china-and-so-is-the-public-s-rage.html. [wróć]

Madżong to popu­larna gra chiń­ska pole­ga­jąca na ukła­da­niu 144 kamieni w nieco podobny spo­sób jak w domi­nie (przyp. tłum.). [wróć]

Liang Zai, The Age of Migra­tion in China, "Popu­la­tion and Deve­lop­ment Review" 27, no. 3 (Sep­tem­ber 2001): 499-524. [wróć]

Amy Qin, In China, the For­mi­da­ble Pro­se­cu­tor Tur­ned Lonely Rights Defen­der, "New York Times", Octo­ber 20, 2020, www.nyti­mes.com/2020/10/20/world/asia/china-pro­se­cu­tor-lawyer.html, (dostęp 27.02.2024). [wróć]

Wu Xiuyun, ????'??'??, "The People's Pro­cu­ra­to­rate of Guang­dong", Decem­ber 27, 2010, www.gd.jcy.gov.cn/xwys/wzxw/201012/t20101227_483573.html. [wróć]

?????????????, CCTV????, Octo­ber 26, 2011, www.tv.cctv.com/2011/10/26/VIDE1355584166518375.shtml?spm=C55924871139.PT8hUEEDkoTi.0.0. [wróć]

Xi Jin­ping's spe­ech shows China's Com­mu­nist Party is still haun­ted by the fall of the Soviet Union, "South China Mor­ning Post", April 6, 2019, www.scmp.com/week-asia/opi­nion/article/3004897/xi-jin­pings-spe­ech-shows-chi­nas-com­mu­nist-party-still-haun­ted. [wróć]

????????????. , ????, ???????, August 24, 2003, www.voachi­nese.com/a/a-21-a-2003-08-24-14-1-63342177/987429.html. [wróć]

Emily Feng, Rights Acti­vist Xu Zhiy­ong Arre­sted in China amid Crack­down on Dis­sent, NPR, Febru­ary 17, 2020, www.npr.org/2020/02/17/806584471/rights-acti­vist-xu-zhiy­ong-arre­sted-in-china-amid-crack­down-on-dis­sent. [wróć]

Josh Chin, Chi­nese Acti­vi­sts Chal­lenge Beijing by Going to Din­ner, "Wall Street Jour­nal", Novem­ber 6, 2013, www.wsj.com/artic­les/SB10001424052702304672404579181373425115430, (dostęp: 27.02.2024). [wróć]