Chiny. Historie życia i śmierci w państwie kontroli - Emily Feng


Reflow text when sidebars are open.
Pomieszczenie dla osób zatrzymanych przez służby imigracyjne raczej nie jest przestrzenią inspirującą do pracy twórczej, jednak tamtej październikowej nocy 2019 roku, na lotnisku w Pekinie, miałam głowę pełną pomysłów. Zastanawiałam się, co ze sobą pocznę przez najbliższe miesiące, jeśli nie uzyskam pozwolenia na ponowne przekroczenie granicy kontynentalnych Chin i nie będę mogła wrócić do swojego mieszkania niedaleko pekińskiego parku Chaoyang1. Znalazłabym się wówczas w sytuacji, w której musiałabym opisywać Chiny, przebywając poza ich granicami.
Przez kilka ostatnich miesięcy byłam w ciągłym ruchu, przemieszczając się między Pekinem i Hongkongiem, by na bieżąco zdawać relację z odbywających się tam protestów antyrządowych. Ilekroć przechodziłam kontrolę na największym pekińskim lotnisku, zatrzymywano mnie na dodatkowe przesłuchanie. W drodze powrotnej robiło się jeszcze bardziej nerwowo: zazwyczaj czekające mnie przesłuchanie trwało dwie do trzech godzin, podczas których urzędników interesowało, czym zajmuję się w Pekinie i co porabiałam w Hongkongu. Każdorazowo przeszukiwano też cyfrową zawartość mojego telefonu i laptopa. Tamtej nocy funkcjonariusz lotniskowej policji poinformował mnie, że jeśli nie zgodzę się na kontrolę sprzętu elektronicznego, zostanę deportowana. Jak wyznał, moja dziennikarska profesja sprawia, że służby będą się mną interesować, a przez fakt, iż posługuję się amerykańskim paszportem, system automatycznie oznacza mnie do kontroli za każdym razem, gdy przekraczam chińską granicę.
Bez telefonu, siedząc na niewygodnej metalowej ławce w pokoju kontroli, rozważałam sytuację, w której się znalazłam. Ostatnie trzy miesiące dały mi w kość: cykl życia informacji ma w mediach swoje nieubłagane prawa, którym musiałam się podporządkować, poza tym coraz więcej zdrowia kosztowały mnie nieustanne ataki na mnie i moją działalność reporterską. Miejscowe władze dały mi jasno do zrozumienia, że mimo iż urodziłam się i wychowałam za granicą, to tak naprawdę jestem Chinką i w związku z tym powinnam jako dziennikarka pisząca dla zagranicznej publiki "przedstawiać swoją ojczyznę w korzystnym świetle". W kolejnych latach media państwowe nadały mi etykietę zdrajczyni rasy i oskarżały, że działam w zmowie z "wrogimi obcymi siłami". Zaliczono mnie w poczet tzw. bananów - białych w środku, a żółtych jedynie z wierzchu - i jako taka miałam rzekomo wykorzystywać moje chińskie pochodzenie jako kamuflaż do zbierania informacji, które potem posłużą mi do produkowania moich pisanych w złej wierze relacji. Ataki na mnie, prowadzone zarówno w reżimowej prasie, jak i mediach społecznościowych, przybrały na sile w 2020 roku, gdy Chiny zamknęły granice w związku z wybuchem pandemii koronawirusa. Ale nawet wtedy odczuwałam wielkie pragnienie, by pozostać w Państwie Środka i kontynuować swoją pracę, nawet jeśli miałoby się to wiązać z ciągłymi opóźnieniami na lotnisku i inwigilacją ze strony służb. Co sprawiało, że ten kraj oddziaływał na moje dziennikarskie instynkty z taką nieodpartą siłą? I dlaczego, pomimo wszelkich trudności, uwielbiałam w nim mieszkać?
Udzielenie odpowiedzi na to i mnóstwo innych pytań zasadniczo wymagało zastanowienia się nad kwestiami tożsamości - nie tylko mojej, lecz rozumianej szerzej: jak Chińczycy postrzegają siebie samych i co tak naprawdę znaczy dla nich bycie Chińczykiem. Pomysł na tę książkę zrodził się właśnie tamtej nocy spędzonej na lotnisku. Ostatecznie pozwolono mi przekroczyć granicę i wrócić do Pekinu, skąd mogłam nadal prowadzić działalność reporterską. Trzy lata później, w 2022 roku, nie miałam już tyle szczęścia i władze odmówiły mi prawa powrotu do ojczyzny. I to właśnie wtedy zasiadłam do pisania.
W sercu niniejszej książki znajduje się tożsamość - to, jak państwo kontroluje jej przejawy oraz decyduje o tym, kto ma prawo uważać się za Chińczyka. Dwunastoletnia kadencja Xi Jinpinga na stanowisku sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin upływa pod znakiem realizacji projektu chińskiego odrodzenia, a przy okazji na nowo wyznacza granice chińskiej tożsamości. Xi przedstawił znacznie węższą definicję modelowego chińskiego obywatela: to ktoś należący do narodu Han (to znaczy niebędący przedstawicielem żadnej z pięćdziesięciu pięciu innych grup etnicznych zamieszkujących na terenie Chin), władający językiem mandaryńskim (a nie którymś z setek miejscowych chińskich dialektów i języków mniejszości), jest heteroseksualny i zachowuje lojalność w stosunku do Partii. W ujęciu Xi wzmocnienie państwa wymaga udziału obywateli, a wykształcenie w nich spójnej, jednolitej tożsamości stało się przewodnim celem władz w czasie, gdy pracowałam nad moim reportażem.
Czytelnicy niebędący Chińczykami, tacy, którzy nigdy w Chinach nie mieszkali ani nie należą do wąskiego kręgu "ludzi na bieżąco śledzących wydarzenia w Chinach", być może zadają sobie teraz pytanie: "A co mnie właściwie obchodzi problem tożsamości w Chinach?". Oto moja odpowiedź: uważam, że zrozumienie, w jaki sposób państwo chińskie postrzega siebie i jak chce formować swoich obywateli, jest niezbędne do zrozumienia prowadzonej przez Pekin polityki, która z kolei ma coraz większy wpływ na kształtowanie globalnej polityki gospodarczej, szczególnie w przypadku Stanów Zjednoczonych. Książka, którą trzymacie w rękach, nie jest jednak dziełem historycznym: w swoich rozważaniach skupiam się na ludziach żyjących współcześnie. W sytuacji, gdy obcokrajowcy mają coraz trudniejszy dostęp do Chińskiej Republiki Ludowej i coraz trudniej o zrozumienie, jak wygląda codzienne życie Chińczyków, moją ambicją było skupienie się na zwyczajnych ludziach, którzy z jednej strony tworzą tożsamość, z drugiej podlegają tożsamościowej polityce władz chińskich.
Pragnienie pielęgnowania wspólnej tożsamości i promowania jedności narodowej jest naturalnym odruchem każdego państwa narodowego i Chiny nie stanowią tu wyjątku. Tym, co wydaje mi się uderzające w przypadku tego kraju, jest fakt, że odgórne wysiłki kształtowania tożsamości przez władze nie ograniczają się do sfery wartości, lecz przenikają do tkanki życia codziennego i odciskają się na jego najdrobniejszych szczegółach. Wynika to z obawy, że komunistyczny projekt realizowany przez współczesne Chiny mógłby ostatecznie podzielić los Związku Radzieckiego: długi okres wewnętrznych podziałów, rozwarstwienia społecznego, zwieńczony nagłym upadkiem. W wystąpieniu w 2012 roku Xi stwierdził: "Załamanie się Partii wydarzyło się z dnia na dzień. Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego była proporcjonalnie liczniejsza od naszej, jednak kadrom zabrakło odwagi, by w porę zareagować"2.
Xi nie zamierza popełnić błędu swoich poprzedników w ZSRR. Już w pierwszych latach jego kariery na stanowisku przywódcy Komunistycznej Partii Chin sformułował swoją odpowiedź na te obawy w postaci tzw. Dokumentu nr 9. Kiedy treść Dokumentu wyciekła i dowiedziała się o nim opinia publiczna, byłam jeszcze na studiach. Wcześniej informacje na temat Chin, jakie przenikały do mediów, niezbyt mnie interesowały, ta jednak sprawiła, że po raz pierwszy zrodziła się we mnie myśl: "Współczesne Chiny to fascynujący temat dla dziennikarki". Dokument nr 9 zwiastował otworzenie nowego frontu w walce o kontrolę państwa nad obywatelami: teraz walka przenosiła się na poziom kultury, tożsamości i myślenia. Z notatki tej jasno wynikało, że ów nowy front jest oczkiem w głowie dla Xi i dla aparatu państwowego, który powołał do stoczenia epickiej batalii o serca i umysły 1,3 miliarda obywateli.
Przez kilkadziesiąt lat - grzmiała notatka - Chińczycy byli mamieni przez zachodnie wartości, promujące prawa wyborcze i odpowiedzialność rządu przed wyborcami. Na skutek działań zastępów chińskich pismaków i prężnie rozwijających się platform internetowych opinia publiczna została zainfekowana radykalnymi ideami, niedającymi się pogodzić z ideologią komunistyczną. Xi stwierdza w dokumencie, że jego zadaniem jest "stworzenie sytuacji, w której tego typu niepoprawne myślenie i dysydenckie punkty widzenia stracą prawo bytu". Negując uniwersalność takich idei jak wolna prasa czy prawa człowieka, autorzy Dokumentu nr 9 szli jeszcze dalej: stwierdzali, że istnieje jeden, "chiński" model rządzenia państwem, taki, którego jedynym dysponentem jest Partia.
Wartości promowane w Dokumencie nr 9 nijak się miały do moich doświadczeń pierwszych lat pobytu w Chinach, do których przeniosłam się po ukończeniu studiów. To właśnie wtedy zakochałam się w kraju, którego wielkość i wewnętrzne zróżnicowanie daleko przewyższały wszystko, czego się spodziewałam. Chiny nie są monolitem. Prosty przykład: mieszkając w Pekinie, stale ćwiczyłam swój mandaryński - częściowo sztuczny twór złożony z organicznych dialektów i akcentów, nauczany w Chinach jako język narodowy. Tymczasem język, którym moi rodzice porozumiewali się z naszymi krewnymi z południa kraju, należący do grupy chińskich języków Wu, był dla mnie i moich północnych sąsiadów w Pekinie całkowicie niezrozumiały. Krótka podróż na południe koleją dużych prędkości i nagle przenosimy się do krainy, gdzie dominują warianty kantońskiego, których z kolei nie zrozumie ktoś władający dialektem Wu.
Na studiach, na zajęciach z historii, czytałam o kampanii Mao Zedonga, w której nawoływał "Niechaj rozkwita sto kwiatów, niechaj współzawodniczy sto szkół myśli". W późniejszym czasie wielu z tych, którzy posłuchali apelu Mao i stali się niezależnymi myślicielami, padło ofiarą represji ze strony systemu. Ale bezpośrednio po zamieszkaniu w Pekinie miałam jeszcze okazję doświadczyć małej próbki tego, na co stać chińskie społeczeństwo, gdy pozwoli mu się na intelektualną wolność. Poznałam wówczas chińskich beatników, pisarzy, aktywistów i modeli. Większość z nich urodziła się i wychowała poza Pekinem. To od tych ludzi uczyłam się o rytmach życia i poznawałam lokalne historie poszczególnych prowincji. Dzięki nim trafiłam na wydarzenia poświęcone takim zagadnieniom jak queer, rządy prawa czy związki zawodowe. Po raz pierwszy w życiu stykałam się z ideami i czytałam pisane w języku chińskim eseje, które burzyły moje dotychczasowe wzorce myślenia.
Był to dla mnie zarazem czas nieustannych podróży. Przemierzałam kraj z jednego końca na drugi, odwiedzając społeczności górnicze, miasta fabryczne, sekty i święte miejsca komunizmu. W weekendy robiłam krótkie wypady nad ocean, w góry lub nad potężne rzeki, których sieć przecina terytorium Chin. Mam szczególną słabość do krajobrazów na północnym zachodzie kraju: w prowincjach takich jak Gansu, Ningxia czy Qinghai, które bardziej przypominają pejzaże z powierzchni Marsa niż idylliczne akwarele ze strumieniami i wierzbami, z jakimi stykałam się w dzieciństwie.
Niechętnie musiałam przyznać, że chińskie władze mogą mieć rację: mimo że urodziłam się i wychowałam w USA, nosiłam w sobie częściowo również chińską tożsamość. Kiedy przeglądałam się w całym ogromie tego kraju, czułam, jak porusza on we mnie najczulsze struny i dotyka tego, kim jestem naprawdę, i stąd właśnie brało się moje pragnienie życia w Chinach. Nie byłam jednak Chinką w takim wąskim znaczeniu, jakie nadawały temu pojęciu władze. Zakochanie się w kraju pociągało bowiem za sobą poznanie go w całym jego bogactwie i szybko się zorientowałam, że owa różnorodność pod rządami Xi Jinpinga jest postrzegana jako problem. Na moich oczach kurczyła się przestrzeń, w której mogła się toczyć wolna debata w Internecie. Państwo poddawało swoich krytyków coraz większemu nadzorowi, stopniowo poszerzając definicję dysydenta. Nasilały się prześladowania mniejszości religijnych i etnicznych. Parafrazując slogan z epoki Mao, jeden z moich rozmówców stwierdził przy jakiejś okazji, że obecnie aparat państwowy pozwala, by "zakwitały wyłącznie czerwone kwiaty".
Ja jednak zawsze wolałam chiński idiom baihuiqianpa, ????, oznaczający niezliczoną mnogość roślin i kwiatów, mający wskazywać niepowstrzymanie rozwijającą się różnorodność. To wyrażenie lepiej tłumaczyło, skąd brała się moja potrzeba pisania na temat Chin: była to dla mnie z jednej strony sposobność, by na krótki czas wkroczyć do życia ludzi teoretycznie egzystujących w państwie narodowym, którzy jednakże w praktyce diametralnie różnią się między sobą w tym, jak jedzą, myślą, mówią i się zachowują; z drugiej fascynowała mnie ich niesamowita odporność i umiejętność dochowywania wierności temu, kim naprawdę są, i to nawet w obliczu zastraszania i nacisków, by się podporządkowali. To właśnie te zagadnienia znalazły się w sercu mojej pracy dziennikarskiej, a historie ludzi, których wtedy poznałam, pozostały ze mną długo po moim wyjeździe z Chin.
Książka, którą oddaję do rąk Czytelników, jest zbiorem właśnie takich historii. Najpierw przyglądam się w nich ludziom żyjącym w kontynentalnych Chinach, którzy symbolizują różne polityczne wizje przyszłości kraju. W dalszej części książki przenoszę się do regionów przygranicznych, w przeszłości uznawanych za rubieże cesarstwa chińskiego, to znaczy regionu Sinciang, prowincji Mongolii Wewnętrznej, Ningxia i Gansu, gdzie język, narodowość i religia stanowią kość niezgody w ramach narzucanego przez Pekin projektu chińskiej tożsamości. Następnie porzucimy Chiny kontynentalne i wybierzemy się do Hongkongu, miejsca będącego areną cyklicznych protestów, w których na sztandarach niesione są kwestie tożsamości oraz tego, w jakim kierunku państwo-miasto może się rozwijać w łonie szerszego chińskiego projektu. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych odkryłam, w jaki sposób pytanie o to, co znaczy być Chińczykiem, odcisnęło się na społecznościach imigranckich, w których się wychowałam. Książkę kończy właśnie spojrzenie na te zagadnienia w kontekście amerykańskim.
Większość tekstu powstała na Tajwanie - czyli w samorządnym wyspiarskim państwie rządzonym demokratycznie, do którego Chiny roszczą sobie pretensje i grożą jego zajęciem - tam również książka została zredagowana. Przeniosłam się do Tajwanu na początku 2023 roku, po tym jak władze w Pekinie nie przedłużyły mi zezwolenia na pobyt i cofnęły akredytację dziennikarską. Nieoczekiwanie, z dnia na dzień, zostałam odcięta od życia, jakie sobie stworzyłam w Chinach, i znalazłam się w egzystencjalnej próżni. Pociechy szukałam w zapoznawaniu się z dziejami około miliona obywateli chińskich, którzy ponad siedem dekad wcześniej porzucili rozdartą wojną ojczyznę i uciekli na Tajwan. Niemal wszyscy z tych uchodźców byli przekonani, że ich emigracja jest tylko tymczasowa, i tęsknili za utraconymi domami w Chinach. Większość z nich nigdy jednak nie wróciła do ojczyzny. Nie chciałam podzielić losu tamtej generacji uchodźców, zanurzonych w nieuleczalnej nostalgii i ślepych na piękno Tajwanu. W ciągu kolejnych dwóch lat znalazłam nowy dom, a przy okazji doświadczyłam na własnej skórze, w jaki sposób tożsamość może istnieć poza granicami państwa narodowego i niezależnie od politycznego reżimu.
I to właśnie takie myśli kłębiły mi się w głowie, gdy w grudniu 2023 roku udało mi się namówić do rozmowy tajwańskiego polityka Ma Ying-jeou. Nasze spotkanie miało miejsce zaledwie na kilka tygodni przed kluczowymi dla przyszłości kraju tajwańskimi wyborami prezydenckimi. Podobnie jak ja, Ma urodził się w chińskiej rodzinie. Jego rodzice porzucili ojczyznę niedługo po chińskiej wojnie domowej i wraz z synem przenieśli się do Tajwanu. Ma został prezydentem demokratycznego Tajwanu, i to mimo wpojonej mu przez ojca wiary, że nigdy nie powinien zapominać o swoich chińskich korzeniach. Nieco wcześniej, w 2023 roku Ma odbył swoją pierwszą podróż do Chin, dlatego nie omieszkałam skorzystać z okazji, żeby go o nią spytać. Mój rozmówca wprost nie posiadał się z ekscytacji. Tam, gdzie ja dostrzegałam zamykanie się kraju pod rządami Xi Jinpinga, Ma widział zgoła inny obraz: w jego oczach tłumy entuzjastycznie witających go rodaków świadczyły o liberalizacji, jaka dokonała się w kontynentalnych Chinach. "Kiedy porównasz współczesne Chiny z tymi sprzed trzydziestu lat, w oczy rzuci ci się wiele różnic. Chińczycy dzisiaj doceniają wartość demokracji, mimo że samo pojęcie jest im obce". Na mojej twarzy odmalowało się niedowierzanie, a mężczyzna w odpowiedzi nieznacznie się uśmiechnął. Wszystko wskazywało na to, że zupełnie się nie rozumieliśmy. Miałam wrażenie, jakbyśmy mówili o dwóch całkowicie różnych krajach.
Teraz, z perspektywy czasu, kiedy myślę o tamtej rozmowie, skłonna jestem z większą wyrozumiałością potraktować słowa Ma. W końcu ja też pragnęłam być uważana za Chinkę i również tęskniłam za Chinami. Uświadomiłam sobie jednak, podobnie zresztą jak wielu bohaterów tej książki, że każdy z nas tęskni za innymi Chinami i ścigamy miraże ojczyzny, które od dawna nie mają już nic wspólnego z rzeczywistością, a może nawet nigdy nie miały.
Rozdział 1
Prawniczka
Yang Bin już od najmłodszych lat była ambitna. Rodzice wymarzyli sobie, że córka pójdzie w ich ślady. Sami byli robotnikami fabrycznymi - tego typu praca dawała stałe źródło dochodu, gwarantowała emeryturę i mieszkanie z państwowego przydziału. Oboje pracowali w wytwórni części samochodowych. Przedsiębiorstwo było państwowe i mimo że praktycznie nigdy nie przynosiło dochodu, nie bankrutowało. Ale Yang to nie wystarczyło. Dziewczynę dręczyło poczucie, że jej życie ma jakiś większy cel.
Przy naszym pierwszym spotkaniu od razu zauważyłam, że jest istnym wulkanem energii: towarzyska, o radosnym spojrzeniu, ilekroć się uśmiecha albo wybucha śmiechem (czyli często), w policzkach robią się jej urocze dołeczki, jednak to sposób bycia, którego się nauczyła. Jako młoda dziewczyna była nieśmiała i z byle powodu oblewała się rumieńcem. Urodziła się w samym środku rewolucji kulturalnej - dekady politycznej przemocy, która zaczęła się w latach 60. i pochłonęła życie co najmniej pół miliona ludzi. Yang, dorastając w tak burzliwym okresie, podskórnie chłonęła wartość posłuszeństwa. W późniejszym czasie nieraz słyszała, jak rodzice w ponurym tonie napomykają o innych czystkach prowadzonych przez przewodniczącego Mao Zedonga, który kierował Komunistyczną Partią Chin aż do swojej śmierci w 1976 roku. Z tych opowieści dziewczynka wyniosła prostą lekcję: jeśli się wyróżniasz, możesz mieć pewność, że staniesz się celem podczas następnej politycznej kampanii. Na uniwersytecie wybrała kierunek, który uznała za najmniej ryzykowny: nieistniejące już obecnie studia o nazwie "Budowanie chińskiego socjalizmu", czyli dyscyplinę naukową mającą zgłębiać implikacje słynnego określenia Deng Xiaopinga o budowaniu socjalizmu "o chińskiej specyfice".
Yang dopisało szczęście - w dorosłość wchodziła akurat wtedy, gdy Chiny szukały sposobu na zdefiniowanie siebie na nowo po epoce Mao. Za sprawą gospodarczych i politycznych reform zainicjowanych przez Denga, wysokiego dygnitarza partii, który przeżył dwie czystki za rządów Mao, obywatele - o ile się na to odważyli - mogli teraz próbować swoich sił, zatrudniając się w garstce nowo powstałych prywatnych przedsiębiorstw. I to właśnie takimi, a nie innymi okolicznościami debiutowania na rynku pracy należy tłumaczyć odwagę Yang. Gdy w 1990 roku ukończyła studia, dostała propozycję dołączenia do rodziców w fabryce danwei, czyli partyjnym zakładzie pracy, jednak odrzuciła tę ofertę. Dwadzieścia lat wcześniej takie zachowanie byłoby czymś nie do pomyślenia, ale Yang należała do młodego pokolenia. Jak wyznała w rozmowie ze mną: "Nie chciałam życia, w którym wszystko było zaplanowane od początku do końca". Co prawda nie wiedziała, na jakim życiu jej zależy, ale jedno nie ulegało dla niej wątpliwości: na pewno nie czeka ono na nią w prowincjonalnym państwowym zakładzie pracy w Hunan, gdzie - jak opisywała - "całe życie człowieka, od kołyski po grób, może upłynąć w objęciach zatrudniającej dziesięć tysięcy pracowników fabryki (model tzw. żelaznej miski ryżu, czyli system gwarantowanego przez państwo socjalistyczne zatrudnienia).
Głód przygód zaprowadził ją do nadbrzeżnej prowincji Guangdong, gdzie jakiś czas wcześniej zamieszkał jej brat. Był to brzemienny w skutki wybór. Yang szybko znalazła pracę w nowo powstałej prywatnej fabryce produkującej pestycydy. W latach 90. XX wieku, gdy po blisko czterech dekadach rozwoju w warunkach państwowego zamordyzmu gospodarczego Chiny przeprowadzały liberalne reformy i otwierały się na świat, istniały niesamowite możliwości szybkiego wzbogacenia się. Guangdong, z racji swojego położenia nieopodal Hongkongu, wówczas jeszcze będącego kolonią brytyjską, gdzie prężnie rozwijał się biznes i zbijano kokosy, był wyjątkowo predystynowany, by skorzystać na tej rewolucji. Fakt, że prowincja posiadała olbrzymi port, czynił ją idealnym miejscem do utworzenia jednej z pierwszych chińskich stref pilotażowych, czyli obszarów, gdzie zezwalano na zakładanie prywatnych interesów i prowadzenie handlu zagranicznego, co przyspieszało gospodarcze otwieranie się Chin na świat.
W końcu Yang została wylana z fabryki, a tym samym utraciła prawo do pobytu w prowincji Guangdong. Nie mogła jednak znieść myśli o powrocie do domu. Z pomocą pospieszył jej wówczas jeden z jej przełożonych w fabryce - mężczyzna, którego nadal nazywa swoim aniołem stróżem - wystarał się dla niej o inną pracę, w charakterze kopistki w biurze prokuratora okręgowego. Nie była to dobrze płatna posada, ale teraz Yang przynajmniej pracowała w administracji państwowej, a to oznaczało różnorakie przywileje i stabilność.
Praca kopistki pozwoliła jej na świeży start. W biurze prokuratora nie miało znaczenia, że była córką robotników fabrycznych i że zaledwie parę lat wcześniej kroczyła tą samą ścieżką kariery. W Guangdong nadarzyła się okazja, by się nauczyła, co znaczy pracować w służbie prawa. Na tamtym etapie nie miała pojęcia, z jakimi wyzwaniami przyjdzie jej się mierzyć na przestrzeni następnych czterech dekad. Ale nawet gdyby wiedziała, co ją czeka, i tak nie zmieniłaby swojej decyzji. Kariera, którą właśnie rozpoczynała, miała zaprowadzić ją na pierwszą linię walki o tworzący się chiński system prawny, o to, czyim interesom będzie sprzyjał i jaki rodzaj państwowości będzie faworyzował. Tak, to był szczytny cel, któremu mogła poświęcić życie.
Kiedy Yang stawiała pierwsze kroki na ścieżce kariery w administracji publicznej, chiński system gospodarczy i partyjny, łącznie z wymiarem sprawiedliwości, dojrzał do zasadniczych reform. Chinom zależało na stworzeniu bardziej kosmopolitycznego systemu prawnego - takiego respektującego rządy prawa. W tym duchu znoszono regulacje tłamszące prywatną przedsiębiorczość, a po trzydziestu latach tłumionego popytu nareszcie odnotowano wielki wzrost gospodarczy. Decydenci rozumieli, że eksperyment może się powieść, tylko gdy oprze się na sprawiedliwych sądach i przejrzystych prawach, które będą czuwać nad jego przebiegiem i zapewniać mu niezbędne ramy. Pekin pragnął też w oczach zagranicznych partnerów uchodzić za nowoczesne państwo, w którym można bezpiecznie inwestować. W tym celu musiał powołać do istnienia zbiór przepisów prawnych, mających rozstrzygać ewentualne spory, oraz przeszkolić pracowników administracji pokroju Yang, którzy będą wprowadzać je w życie.
Partia Komunistyczna rozpoczęła ściąganie zagranicznych ekspertów i utalentowanych ludzi, będących źródłem cennej wiedzy specjalistycznej. Jak stwierdził Xiao Yang, prezes chińskiego Sądu Najwyższego: "Osiągnięcia ostatnich czterdziestu lat na polu tworzenia rządów prawa w dużej mierze są owocem przyswojenia sobie doświadczeń lepiej rozwiniętych na tym polu partnerów zagranicznych"3. Xiao posłał ponad dwustu świeżo upieczonych sędziów do Hongkongu, gdzie funkcjonował już całkiem nieźle rozwinięty system prawa precedensowego wzorowany na brytyjskim, aby studiowali prawo międzynarodowe. Niektórzy po powrocie do Chin wyróżniali się w swojej profesji. Największy podziw w chińskich kręgach prawniczych budził jednak amerykański system prawa konstytucyjnego. W pierwszej dekadzie XXI wieku Partia każdego roku wysyłała kilkudziesięciu członków kadr średniego szczebla na Harvard i Duke University, gdzie uczestniczyli w wykładach najwybitniejszych amerykańskich ekspertów w dziedzinie ekonomii politycznej i prawa konstytucyjnego. Zgłębiali zawiłości działających w USA mechanizmów kontroli i równowagi oraz poznawali sposób działania Sądu Najwyższego. Sędzia jednego z wiodących chińskich sądów, He Fan, posunął się wręcz do napisania emocjonalnego wspomnienia po śmierci wybitnego sędziego amerykańskiego Sądu Najwyższego Antonina Scalii4.
Celem chińskich reform sądowniczych było zademonstrowanie światu, że Pekin jest gotowy do przystąpienia do globalnego ładu gospodarczego. W 2001 roku Chiny zostały członkiem Światowej Organizacji Handlu, co było zwieńczeniem wieloletnich wysiłków na drodze do wykazania, że Państwo Środka jest zdolne przestrzegać w handlu międzynarodowym zasad uczciwej konkurencji - i będzie to robić, przynajmniej przez jakiś czas. Tak było na papierze, bo rzeczywistość wyglądała mniej różowo: Chiny zmagały się z plagą kradzieży własności intelektualnej i fałszerstw towarów, co było szczególnie widoczne w prowincji Guangdong, gdzie w tysiącach chińskich fabryk wytwarzana jest większość dóbr konsumpcyjnych trafiających na światowe rynki. Procesy o naruszenie prawa do znaku towarowego wytaczane przez biuro prokuratora, w którym pracowała Yang, stanowiły kroplę w morzu potrzeb.
Prokurator skupiał się na zwalczaniu przestępczości zorganizowanej. Chiński cud gospodarczy miał swoją mroczniejszą stronę: bezprawie5. W latach 90. XX wieku, kiedy masy ludzkie przeniosły się ze wsi do miast, przestępczość wzrosła wykładniczo. W trakcie swojej pracy dla prokuratury Yang zetknęła się ze sprawami, które jeżyły włosy na głowie. W zastraszającym tempie rosła aktywność niestroniących od przemocy gangów. Szerokim echem odbiła się sprawa z nadmorskiej prowincji Fujian, gdzie dwunastu młodych piratów, uzbrojonych w ładunki wybuchowe i noże, napadało na kutry rybackie do momentu, w którym zostali ujęci i straceni6. Władze wpadły na trop syndykatu przestępczego, który przez trzy lata przeszmuglował do Chin ropę i samochody o wartości około 10 miliardów dolarów. Zastępcą sekretarza Partii w tej prowincji był wówczas młody działacz Xi Jinping, który trzynaście lat później miał zostać wybrany na sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin i stanąć na jej czele. Yang uważała, że jedyną receptą na czasy chaosu i niepewności jest surowe egzekwowanie prawa. Do swojej pracy podchodziła z zapałem neofitki, który u jej kolegów biurokratów budził niechęć.
Nie mogła się doczekać, aż zostanie rzucona na głęboką wodę, jednak pierwsze zadania, jakie przydzielono jej w biurze prokuratora, były dość prozaiczne: wypełnianie ton sądowej dokumentacji i sporządzanie zapisów z rozpraw. Ludziom, którzy otaczali ją w pracy, brakowało motywacji. Zdarzało się, że popołudnia upływały im na grze w madżonga7. W 1996 roku sfrustrowana Yang rzuciła pracę i przez krótki czas poświęcała się swojemu wymarzonemu zajęciu, to znaczy dziennikarstwu. Pisywała dla niewielkiej, miejscowej, wydawanej prywatnie gazety. Szybko jednak zrozumiała, że właściciel bardziej dba o dochody z reklam niż rzetelne dziennikarstwo, i pokornie wróciła do biura prokuratora, gdzie wkrótce dała się poznać jako ambitna pracowniczka.
Wkrótce zwrócili na nią uwagę właściwi ludzie. W 1997 roku Yang dostała awans na stanowisko młodszej prokuratorki, a niedługo później została oddelegowana do prokuratury prowincji, gdzie miała się zająć poważnymi przestępstwami i przestępstwami z użyciem przemocy. Wystąpienia publiczne nigdy nie były jej mocną stroną i na pierwszej rozprawie Yang zżerała trema; ręce trzęsły jej się tak bardzo, że nie potrafiła prosto utrzymać kartki, z której czytała. Mimo to satysfakcję sprawiało jej wszczynanie i prowadzenie postępowania, z czasem nauczyła się też doceniać uniesienie, w jakie wprawiało ją występowanie na sali rozpraw.
Wykonywana przez Yang praca dawała poczucie sprawczości: mogła odmienić - albo skończyć - czyjeś życie. Nie opuściła żadnej egzekucji skazanych w sprawach, którymi się zajmowała. Po pięciu latach pracy na stanowisku młodszego prokuratora posłała pierwszego skazanego na śmierć. Była to sprawa o morderstwo: mężczyzna zadźgał drugiego przy pomocy noża do owoców. Yang nakłaniała pozwanego, by okazał skruchę za swój czyn i prosił o wybaczenie.
Niechętnie opowiada o okolicznościach, w których przyjęła wiarę chrześcijańską, jednak nie ulega wątpliwości, że religia była dla niej ważna na przestrzeni całej kariery. Nauczanie Kościoła na temat odkupienia i wybaczenia pomagało jej na co dzień oswajać bezmyślną przemoc, z którą stykała się z racji wykonywanego zawodu. Ale religia wpłynęła na nią również w inny sposób - pod jej wpływem zmieniała się w pozbawioną skrupułów przedstawicielkę prawa. W jednej z prowadzonych przez nią spraw oskarżony nie wykazywał skruchy. Mężczyzna padł na ziemię, objął jej nogi i błagał o złagodzenie kary. Jak wyznała mi Yang, w tamtym momencie jej serce zalała nienawiść w czystej postaci. Jęki oskarżonego napawały ją obrzydzeniem. "Przez tego człowieka przemawiał strach przed śmiercią. Gardzę takimi ludźmi. Jego skrucha była tylko na pokaz". Kiedy sędzia uznał go za winnego morderstwa, Yang domagała się maksymalnego wymiaru kary - śmierci. Była jedynym świadkiem obecnym na jego egzekucji. Skazany wbił w nią spojrzenie, z którego wyzierały furia i nienawiść. "Zapamiętam cię nawet w piekle", wycedził w jej kierunku. "Ja ciebie też będę pamiętać", odparła Yang, spoglądając mu prosto w oczy.
Jakiś czas później sąd przysłał jej zdjęcie zwłok mężczyzny, które miało zostać dołączone do jego akt. Kiedy przypatrywała się fotografii, w uszach dźwięczały jej echem jego ostatnie słowa. Potem przez kilka dni kiepsko spała. W trakcie lektury Nędzników Victora Hugo zafascynowała ją postać biskupa Myriela, który przebacza głównemu bohaterowi kradzież srebrnych świeczników. Powieściowy biskup, podobnie jak Yang, towarzyszy skazanemu w trakcie egzekucji, tyle że Myriel odkrywa w sobie zdolność do współczucia dla złoczyńcy. Powieść ta zrobiła na niej kolosalne wrażenie. Pod jej wpływem zaczęła żałować bezduszności, jaką okazała tamtemu skazańcowi. Mężczyzna, którego posłała na śmierć, był niekochanym dzieckiem, ale zasługiwał na jej współczucie. Sama jako młoda osoba nie umiała się wysłowić i mamrotała pod nosem niezrozumiale, jednak ciężka praca nad sobą uczyniła ją lepszym człowiekiem. Doszła teraz do wniosku, że ludzie, których sprawy prowadziła, zasługiwali na taką samą szansę.
Otwieranie się Chin na świat i reformy, które odcisnęły się na życiu Yang, przynosiły też realne zmiany w rytmie życia mieszkańców terenów wiejskich, którym wolno było teraz żyć i pracować w innych miejscach niż ich hukou, czyli adres zameldowania. W latach 90. co roku około 90 milionów robotników przenosiło się z wiosek i małych miejscowości do znacznie większych ośrodków miejskich, takich jak Pekin, Szanghaj czy Kanton. Ludzie ci przemieszczali się między miastami w zależności od tego, gdzie aktualnie czekała na nich praca8. Wielu z nich harowało w wyjątkowo trudnych warunkach, na długie tury, które wymuszały przebywanie z dala od rodziny i przyjaciół. Robotnicy tacy pracowali na olbrzymi chiński sukces gospodarczy, jednak nagła kumulacja takich mas ludzkich w zaledwie paru wielkich miastach stanowiła gigantyczne obciążenie dla działającego w nich systemu opieki społecznej.
I to właśnie jedna z osób należących do tej olbrzymiej fali emigracji zarobkowej, Zhou Moying, miała wkrótce wystawić na próbę zdolność Yang do współczucia i wybaczania. Zhou pracowała w Kantonie, daleko od swojego miasta rodzinnego. Jej życie nie należało do łatwych. Zhou i jej mąż ledwo wiązali koniec z końcem - utrzymanie pięcioosobowej rodziny, do której należała między innymi chorowita ośmiomiesięczna córeczka, graniczyło z cudem. Mąż Zhou, będący rzadkim gościem w domu, niechętnie angażował się w prace domowe, pomimo apeli kobiety. Pewnego dusznego lipcowego dnia Zhou wstała rano i nakarmiła córkę kleikiem ryżowym, ale dziecko nie przestawało marudzić. Śpiący mąż nie reagował na płacz córki. W poczuciu braku jakiegokolwiek wsparcia, pod wpływem nagłego impulsu kobieta zaniosła dziecko nad rzekę nieopodal i wrzuciła je do wody. Planowała, że sama też się utopi. Powstrzymała ją myśl o tym, co stanie się z dwojgiem starszych dzieci. Dlatego koniec końców zgłosiła się tylko na policję i przyznała do utopienia córki.
Sprawa Zhou trafiła na biurko Yang. Na spotkanie z dzieciobójczynią szła z duszą na ramieniu, jednak przygnębiona kobieta, którą ujrzała w kantońskim areszcie, w niczym nie przypominała potwora w ludzkiej skórze, jakiego spodziewała się spotkać. Łkając, błagała Yang, by skazała ją na śmierć. Zawiodła jako matka, nie zdołała odebrać sobie życia, a teraz oczekiwała od młodej prokuratorki, że ją wyręczy w tym niewdzięcznym zadaniu. Tyle że Yang w pamięci miała skazanego na śmierć mężczyznę, pamiętała bezsensowną nienawiść, jaką w niej budził. Jakiś czas potem napisała, że wprawdzie nigdy nie zdołała zrozumieć czynu Zhou, jednak pojmowała bardziej ogólne, systemowe siły stojące za ubóstwem, które popchnęły nieszczęśliwą matkę do tego czynu. Postanowiła, że tę sprawę potraktuje inaczej. W udzielonym w tamtym czasie wywiadzie Yang stwierdziła: "Nie wolno nam zapominać o ludziach na samym dole drabiny społecznej, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Wymiar sprawiedliwości powinien kierować się nakazami sumienia"9.
Ostatecznie w swoim oświadczeniu prokuratora Yang zawarła bardzo zwięzłą i bezlitosną diagnozę sprawy Zhou: "Impulsywny i głupi akt Zhou Moying był owocem ignorancji, ale przede wszystkim trudności, z jakimi borykała się w życiu, obojętności męża, choroby, problemów finansowych. Nie bez znaczenia był również fakt, że kobieta żyła z dala od domu rodzinnego i krewnych, czuła się samotna i przygnębiona". Yang domagała się dla dzieciobójczyni złagodzenia kary do pięciu lat pozbawienia wolności.
Jej koledzy po fachu byli przeciwni takiej interpretacji. W miarę jak sprawa Zhou stopniowo nabierała rozgłosu, sąd w Kantonie znalazł się pod presją polityczną, by uznać kobietę winną zarzucanego czynu i skazać ją na dłuższą karę więzienia. Bezpośredni przełożony Yang kilkakrotnie wzywał ją na dywanik i rugał za "niewieści sentymentalizm". Ostatecznie sąd skazał Zhou za zabójstwo na jedenaście lat pozbawienia wolności.
Tyle że Yang, zamiast zaakceptować wyrok, postanowiła walczyć. Złożyła apelację, w której dowodziła, że co prawda Zhou rzeczywiście dopuściła się odrażającego moralnie czynu, jednak popchnęły ją do niego trudne okoliczności zewnętrzne, pozostające poza jej kontrolą. Wymiar sprawiedliwości, przekonywała, winien traktować ludzi nie tylko w zgodzie z literą prawa, ale również w sposób humanitarny. W swojej apelacji napisała, że modernizujący się chiński system prawny powinien wyznaczać sobie ambitniejsze cele od samego wymierzania kary.
Argumenty, jakimi się posłużyła, spotkały się z wielkim odzewem opinii publicznej. Taksówkarze i pracownicy biurowi wsłuchiwali się w doniesienia radiowe i zażarcie między sobą dyskutowali. Yang poparła też grupa ambitnych prawników o podobnych poglądach. Wydarzenia te wpisywały się w weiquan, ruch obrony praw człowieka, który na początku pierwszej dekady XXI wieku był już prężnie rozwijającym się zjawiskiem. Stali za nim odważni prawnicy i idealistycznie nastawieni profesorowie prawa, którzy uważali, że prawo może być narzędziem służącym do rozliczania rządu, a nawet zainicjować odśrodkowe reformy systemu komunistycznego. Wielu adwokatów związanych z ruchem weiquan specjalizowało się w prawie spółek, jednak brali też mniejsze sprawy i reprezentowali podmioty, których głos często ginął w dynamicznie rozwijających się Chinach: ludzi wysiedlonych z terenów pod stale rozrastające się miejskie molochy, matki niezgadzające się z narzucanymi odgórnie ograniczeniami dzietności. Wspólnym mianownikiem wielu spraw była również walka o prawa pracownicze robotników z emigracji zarobkowej. Między Yang a tymi prawnikami istniało niepisane porozumienie, że obie strony pracują na rzecz tego samego celu: stworzenia bezstronnego systemu prawnego, który będzie bronił praw jednostki. W debacie telewizyjnej, w której starli się prawnicy, Yang tłumaczyła, że: "Egzekwowanie prawa ma w sobie coś bezdusznego, jednak sama istota prawa jest życzliwa. Potrzeba miłości, by poruszyć czyjąś duszę".
Ostatecznie karę Zhou skrócono i kobieta spędziła za kratami tylko sześć lat. Wbrew obawom Yang, że sprawa Zhou Moying pogrąży jej karierę, stało się coś zgoła innego: zapewniła jej ona rozpoznawalność. Dla przeciętnego Chińczyka Yang stała się twarzą kojarzoną z profesją prawniczą. Jakiś czas później telewizja państwowa pokazała ceremonię uhonorowania jej medalem przyznawanym wybitnym pracownikom wymiaru sprawiedliwości. W wywiadzie udzielonym chińskiej gazecie Yang powiedziała: "Kiedy się zestarzeję, będę pamiętać nie o tym, ilu ludzi posłałam na śmierć, ale ilu ocaliłam"10.
Sprawa Zhou Moying okazała się dla Yang wyzwalająca. Przestała obawiać się działania na przekór obowiązującym zasadom. Od tej pory zawsze już dążyła wyłącznie do tego, by sprawiedliwości stało się zadość, nie zważając na polityczne koszty. W 2010 roku, niedługo przed Bożym Narodzeniem, Zhou wyszła z więzienia. Yang była jedną z pierwszych osób, które odwiedziła na wolności. Fotograf uchwycił moment, gdy obie kobiety padają sobie w objęcia i wybuchają płaczem11.
Sprawa Zhou mogła stać się dla Yang początkiem długiej i znakomitej kariery i uczynić ją jednym z najwybitniejszych prokuratorów w kraju. Zamiast tego bardzo szybko zaczęła odczuwać pierwsze ukłucia rozczarowania. Rządy prawa w Chinach nadal pozostawały jedynie w domenie myślenia życzeniowego. Korupcja była wszechobecna, o czym Yang mogła się przekonać już od pierwszego dnia pracy w prokuraturze. Potrafiła jednak trafnie oceniać sędziów, rozpoznawała, jaką mają osobowość, a potem, gdy przygotowywała swoje wystąpienie na sali rozpraw, kształtowała argumenty pod nich. Po blisko dwudziestu latach takiej akrobatyki czuła, że z wolna traci zapał do pracy. Nadzieje na rychłe reformy, żywe w kręgach prawniczych po sprawie Zhou, z wolna blakły.
Pod koniec 2012 roku stanowisko sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin objął Xi Jinping i stał się de facto przywódcą kraju. Niespełna 60-letni Xi, będący synem legendarnego działacza rewolucyjnego, stał się ulubieńcem w kręgach komunistycznych, jednak pozostawał praktycznie nieznany poza granicami Chin. Zaledwie rok wcześniej ściągnął na siebie uwagę jako czołowy kandydat do najwyższego urzędu w Partii, następnie sprawnie poradził sobie ze swoim głównym rywalem, Bo Xilaiem, byłym członkiem Biura Politycznego Partii i pupilem partyjnych elit, po tym jak okazało się, że żona tego ostatniego jest zamieszana w zamordowanie brytyjskiego biznesmena (w 2013 roku Bo wraz z małżonką zostali uznani za winnych korupcji i skazani na karę dożywotniego więzienia).
Pomimo znakomitego pochodzenia Xi i jego rodzina bardzo ucierpieli w epoce czystek rewolucji kulturalnej. Xi musiał uciekać z Pekinu i na siedem lat przeniósł się do prowincji Shaanxi, gdzie pomieszkiwał m.in. w jaskini w żółtej lessowej skale. Dobitnie zrozumiał, że władza absolutna prowadzi społeczeństwo do paraliżu, niszczy rodziny i tłumi potencjał młodych pokoleń. Analitycy spodziewali się zatem, że Xi da się poznać jako liberalny reformator. Yang oczekiwała, że pod jego rządami Chiny będą przynajmniej kontynuować kierunek zmian wytyczony przez jego poprzednika.
Tymczasem dojście do władzy Xi okazało się momentem zwrotnym, przynoszącym Chinom rewizję wcześniejszych 40 lat, które upłynęły pod znakiem liberalizmu gospodarczego i politycznego otwarcia się na świat. Nowego przywódcę Państwa Środka zajmowały przyczyny, które doprowadziły do upadku ZSRR, i zamierzał za wszelką cenę nie dopuścić do powtórzenia tamtych błędów. Związek Radziecki istniał 69 lat, nim ostatecznie się rozpadł. Komunistyczna Partia Chin wkrótce miała osiągnąć podobny staż. W 2009 roku, jako dyrektor największej szkoły kształcącej partyjne kadry, Xi zlecił przygotowanie analizy historycznej, która przyniosłaby odpowiedź na pytanie, dlaczego ZSRR upadło. Winą obarczył przejawiany przez Sowietów brak kręgosłupa moralnego, który pozwoliłby zdusić głosy partyjnych zdrajców. "Załamanie się Partii wydarzyło się z dnia na dzień. Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego była proporcjonalnie liczniejsza od naszej, jednak kadrom zabrakło odwagi, by w porę zareagować"12.
Pod koniec roku Xi ogłosił rozpoczęcie agresywnej kampanii walki z korupcją. Wielu jego poprzedników postąpiło tak samo, jednak akcja zainicjowana przez Xi wyróżniała się na ich tle szczególną zajadłością: przy okazji rozprawy z wszechobecną korupcją nowy przywódca Chin pozbywał się urzędników powiązanych z jego politycznymi rywalami. Dojście Xi do władzy miało również bezpośredni wpływ na Yang i stronników reform zmierzających w kierunku rządów prawa. Przykładowo aż do początku pierwszej dekady XXI wieku Yang i jej koledzy z "frakcji reform" mogli swobodnie rozwijać koncepty niezawisłości sądowniczej, które przeniknęły do Chin dzięki kontaktom z amerykańskim i brytyjskim systemem prawa. Członkowie frakcji komunikowali się ze sobą na wewnętrznej platformie biura prokuratora o nazwie BBS, stanowiącej coś pomiędzy blogiem a czatem, która cieszyła się popularnością u zarania ery Internetu. Do 2015 roku wszystkie fora prawnicze zostały zamknięte.
Yang traciła satysfakcję z wykonywania zawodu. Jej ambicją było działanie wewnątrz systemu, by zmieniać go od środka i nadawać mu bardziej ludzką twarz. Praktyka ta przysporzyła jej wrogów. W 2011 roku, w tym samym, w którym zdobyła laur najlepszego urzędnika wymiaru sprawiedliwości, przydzielono ją do pracy biurowej, z dala od sali rozpraw. Teoretycznie był to awans, ale tylko na papierze. Yang miała świadomość, że tak naprawdę to ostrzeżenie, by zaniechała swoich działań. Ludzie związani z wymiarem sprawiedliwości zazdrościli jej poparcia i równocześnie obawiali się, że Yang może ją wykorzystać do ujawnienia różnych niewygodnych tematów. Koniec końców, powtarzając swój buntowniczy ruch z lat młodości, postanowiła, że nie przyjmie nowej posady, i porzuciła pracę w służbie cywilnej. Była wówczas u szczytu kariery i popularności. W wywiadzie dla chińskiej gazety tłumaczyła: "Ponieważ odsunięto mnie od sali rozpraw, dalsza praca w prokuraturze straciła dla mnie sens".
W 2015 roku przeszła na drugą stronę barykady. Oznajmiła, że całkowicie rozstaje się z państwowym wymiarem sprawiedliwości i odtąd będzie działać jako adwokatka praw człowieka. Zamiast występować przeciwko tym, którym zarzucane są czyny przestępcze, będzie teraz ich bronić. Miała 45 lat i gotowa była kolejny raz zacząć od nowa. Zdawała sobie sprawę, że ruch weiquan, skupiający prawników-aktywistów oraz obrońców praw człowieka, znajduje się pod coraz silniejszym politycznym ostrzałem. Liczyła jednak, że w przeciwieństwie do prokuratury nadal jest przynajmniej nieuwikłany w politykierstwo i nie podlega odgórnym dyrektywom.
Ta zmiana stron wewnątrz prawniczej profesji umożliwiła jej ponowne odkrycie starej wersji siebie, którą na przestrzeni lat zostawiła z tyłu. Walce o prawa człowieka bliżej było do pierwotnej misji, z którą Yang rozpoczynała swoją karierę w prokuraturze. Nadal mogła walczyć o mądrzejszy wymiar sprawiedliwości, który z kolei prowadził do wykształcenia lepszego, bardziej skorego do ludzkich uczuć społeczeństwa. Utworzyła organizację pomocową i zaczęła świadczyć bezpłatną pomoc prawną politycznym dysydentom i innym potrzebującym, których sprawy dotąd, jako prokuratorka, oceniała zupełnie inaczej. Nowa praca była wyzwalająca, lecz zarazem niebezpieczna. Kiedy Yang opowiadała mi o sprawach, którymi się wtedy zajmowała, w jej głosie słyszałam autentyczną ekscytację.
Jak wyznała, nie obawiała się politycznej zemsty. Spędziła długie lata wewnątrz tego aparatu bezpieczeństwa, który teraz starał się zastraszyć oraz poddać obserwacji zarówno ją, jak i jej klientów. To doświadczenie dawało jej pełną świadomość reperkusji, jakie mogą ją spotkać za zbyt otwartą krytykę tych instytucji. Ale nowa praca, jak sama twierdzi, warta była tego ryzyka. Raz spytała mnie: "Dlaczego ryba pływa? Czy decyduje tu tylko wola przetrwania? Robi to, bo potrzebuje większej przestrzeni. Jeśli zamkniesz ptaka w klatce i dasz mu dużo jedzenia, on i tak skorzysta z pierwszej okazji, by uciec. Ludzie też potrzebują żyć w świecie, który ich nie ogranicza i zapewnia im wolność". Wkrótce życie miało poddać próbie jej przywiązanie do ruchu obrony praw człowieka.
Kiedy na skrzynkę mailową oraz komunikator WeChat prawnika Rena Quanniu zaczęły lawinowo docierać wiadomości, w pierwszym odruchu je zignorował. Jeden z kolegów radził mu: "Natychmiast wyjedź za granicę". Ale Ren niespecjalnie się przejął. Jako adwokat stale żył ze świadomością, że każdego dnia może zostać aresztowany. Był 9 czerwca 2015 roku, a społeczność niezależnych prawników mówiła tylko o jednym: rankiem nagle przepadła bez wieści ich koleżanka po fachu Wang Yu. Po odwiezieniu męża i nastoletniego syna na lotnisko wróciła do swojego mieszkania w Pekinie i odkryła, że nie działa światło: pod jej nieobecność ktoś odłączył prąd i Internet. Niedługo potem jej znajomi zaczęli dostawać od niej wiadomości, z których wynikało, że jacyś nieznani jej mężczyźni próbują wyważyć drzwi i dostać się do mieszkania. Od tamtej pory słuch o niej zaginął.
Jej koledzy, łącznie z Renem, martwili się, ale zarazem mieli świadomość, że Wang liczyła się z tym, iż prędzej czy później może dojść do takiej sytuacji. Społeczność niezależnych prawników walczących o prawa człowieka w Chinach swoim modus operandi uczyniła testowanie, co jest politycznie dopuszczalne, a co nie. Adwokaci skupieni w tej grupie celowo brali na warsztat demonstracyjnie problematyczne sprawy, w których reprezentowali interesy kobiet, przedstawicieli mniejszości etnicznych, religijnych oraz innych grup traktowanych przez rząd chiński po macoszemu. W tę pracę niejako z założenia wpisane było ogromne ryzyko.
Poza tym akurat w dniu zniknięcia Wang Ren myślami był zupełnie gdzie indziej. Przygotowywał się do wystąpienia w obronie dziewięciorga praktyków Falun Gong. Osoby te zostały aresztowane w Cangzhou, mieście w prowincji Hebei na północy kraju. Istniało podejrzenie, że były torturowane. Zarzucano im członkostwo w parareligijnej szkole medytacji, którą władze w Pekinie uznają za groźną sektę. Sąd okręgowy leżącego na wschodzie prowincji Cangzhou od ponad roku zwlekał z procesem, tłumacząc to koniecznością gruntownej weryfikacji życiorysu każdego z dziesięciu adwokatów występujących w sprawie, łącznie z Renem. W lipcu tego roku sąd w końcu zgodził się rozpatrzyć sprawę i wyznaczył datę rozprawy. Ren przygotowywał się mentalnie do zadania: czekały go regularne podróże między Zhengzhou w centralnych Chinach, gdzie mieszkał, a prowincją Hebei.
Ale planowana podróż nigdy nie doszła do skutku. Nazajutrz, około godziny dwudziestej drugiej, Rena obudził telefon. Dzwoniący przedstawiciel urzędu bezpieczeństwa w Zhengzhou zażądał, by Ren niezwłocznie stawił się na rozmowę. Adwokat odpowiedział z wyuczoną nonszalancją: "Czy wam w tych urzędach obce są ludzkie odruchy? Czy nie sypiacie w nocy? Czy ta sprawa naprawdę nie może zaczekać do rana?". Uznał, że skoro ma zostać aresztowany, wolałby się najpierw porządnie wyspać. Ale pracownik urzędu był nieugięty. Po wstaniu z łóżka adwokat sprawdził, czy ktoś jeszcze nie próbował się z nim skontaktować. Ze zdziwieniem odkrył wtedy, że jego komunikator WeChat, cieszący się wielką popularnością w Chinach, dosłownie pęka w szwach od nieodczytanych wiadomości: tej nocy w całym kraju setki adwokatów walczących o prawa człowieka przepadło bez wieści. Służby zatrzymywały jego kolegów po fachu na lotniskach, gdy zamierzali wsiąść do samolotu, wyciągały z pokojów hotelowych, zwabiały na spotkania w kawiarni, gdzie niczego niepodejrzewającemu prawnikowi zarzucano na głowę worek i wywożono w nieznane miejsce. Była to szeroko zakrojona, skoordynowana akcja.
Przesłuchanie Rena na posterunku policji trwało całą noc. Urzędnicy z prowincjonalnego wydziału Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa na przemian krzykiem oskarżali go o zdradę Chińskiej Republiki Ludowej i szpiegowanie dla obcych mocarstw. W pewnym momencie jeden z policjantów rzucił się na Rena z pięściami. Tłukł go i wrzeszczał, że ten zdradził Chiny, dopóki nie powstrzymał go kolega.
Przez cały ten czas Ren zachowywał spokój. Karierę prawniczą zawdzięczał nieustępliwości, a pozycję w społeczności weiquan zapewniło mu właśnie opanowanie, z którego słynął. Jego rodzice, rolnicy, spodziewali się, że zostanie na wsi i całe życie będzie uprawiał ziemię, podobnie jak jego brat. Ale Ren miał buntowniczą naturę. Na początku próbował swoich sił jako śpiewak operowy, ten drobny mężczyzna dysponował bowiem donośnym basem. Zrezygnował z kariery operowej, gdy odkrył, że występy sceniczne budzą w nim przerażenie. W wieku dwudziestu paru lat całkiem przypadkiem zainteresował się prawem: pewnego dnia na chodniku znalazł gazetę z reklamą szkoły prawniczej i pod wpływem impulsu zapisał się na zajęcia. Ponieważ musiał imać się dorywczych prac, żeby mieć z czego opłacić czesne, niewiele czasu zostawało mu na naukę. W rezultacie do egzaminu adwokackiego podchodził trzy razy, ale w końcu się udało. W rozmowie ze mną stwierdził: "Dążę do wolności, a nie wygody". Nie miał złudzeń co do wpływu, jaki na system może wywrzeć działalność weiquan: "Jesteśmy bandą idealistów. Będziemy ciężko pracować na rzecz zbudowania rządów prawa i demokracji. Nawet jeśli nasz wkład będzie niewielki, i tak warto".
Kiedy nazajutrz został zwolniony, zrozumiał skalę tego, co się wydarzyło. Od 9 lipca zatrzymano lub aresztowano ponad trzystu adwokatów, asystentów prawnych oraz członków rodzin prawników. I tak z dnia na dzień ruch obrony praw człowieka, pozbawiony swoich najważniejszych działaczy, de facto przestał istnieć. Adwokaci weiquan zdawali sobie sprawę, że prawo jest bronią, i zależało im na tym, by przedstawiciele najbardziej marginalizowanych grup w chińskim społeczeństwie mogli skutecznie władać tym orężem i domagać się respektowania praw gwarantowanych przez konstytucję. Ostatecznie jednak właśnie to prawo okazało się ich końcem. Rząd w Pekinie skierował ostrze tej samej broni, którą dotychczas tak sprawnie władali, przeciwko nim. Zarzuty, jakie im stawiano, były poważne: między innymi działalność wywrotowa.
Fala aresztowań była pierwszym tak jednoznacznym sygnałem, że nowy przywódca Chin nie jest reformistą. Wydarzenia te, które do historii przeszły pod nazwą Pogromu 709 (w nawiązaniu do daty akcji), oznaczały również, że era, gdy garstka zdeterminowanych naukowców, dziennikarzy, prawników i działaczy walczących o prawa obywatelskie mogła domagać się rządów prawa i odpowiedzialności socjalistycznego rządu chińskiego za wprowadzane przez niego regulacje, dobiegła końca. Tolerancja władz wobec ludzi pokroju Rena, Wang Yu czy Yang Bin się wyczerpała. Wszyscy oni postulowali alternatywną wizję przyszłości dla Chin - taką, która nie kwestionowała przewodniej roli Partii, lecz oczekiwała, że przestrzegać ona będzie zapisów konstytucji i dopuszczać odmienne punkty widzenia i różnorodne tożsamości.
Dopiero teraz Ren w pełni pojął, jak naiwne były te nadzieje. "W tym kraju wszelka niezależność traktowana jest jak przestępstwo. To straszne", powiedział, gdy sześć lat po rozbiciu ruchu weiquan spotkaliśmy się na lunchu. Wybraliśmy bar niedaleko jego kancelarii adwokackiej w Zhengzhou i zamówiliśmy zupę z makaronem. "Rozumie to wielu ludzi w Chinach, ale wolą się nad tym nie zastanawiać, bo na bieżąco stale muszą radzić sobie z wyzwaniami, jakie stawia przed nimi życie. W efekcie nie mają odwagi, albo im się nie chce, zajmować bardziej skomplikowanymi kwestiami". Nawet tym, którzy pracowali w państwowych instytucjach wymiaru sprawiedliwości, jak chociażby Yang Bin, niełatwo było ogarnąć rozumem skalę i znaczenie Pogromu 709.
W tym nowym świecie, po Pogromie, druga kariera Yang Bin, jako adwokatki walczącej o prawa człowieka, nie trwała długo. Minister sprawiedliwości nagle stracił cierpliwość dla jej nieszablonowego stylu pracy. W 2019 roku Yang przyjęła sprawę, w której reprezentować miała mieszkańców wioski w południowo-zachodniej prowincji Yunnan, domagających się od państwa rekompensaty za zajęcie ich ziemi. Ministerstwo sprawiedliwości ostrzegało Yang, by nie zabierała publicznie głosu w tej sprawie. Ona jednak nic sobie z tego nie zrobiła i opublikowała w Internecie tekst w obronie praw własności jej klientów. Zatrudniająca ją kancelaria adwokacka z dnia na dzień rozwiązała z nią umowę. Władze zawiesiły jej prawo do wykonywania zawodu, dopóki nie znajdzie nowego pracodawcy.
Po jakimś czasie angaż zaproponowała jej kancelaria w Pekinie, ale wtedy ministerstwo sprawiedliwości odmówiło spotkania z Yang i odrzuciło jej podanie o przywrócenie prawa do wykonywania zawodu. Drzwi adwokatury pozostały już dla niej na zawsze zamknięte, ale to jej nie powstrzymało. Kiedy spotkałam się z nią po raz pierwszy, była świeżo po wyczerpującej podróży do Kuejczou, prowincji w południowo-zachodnich Chinach, gdzie zabiegała o spotkanie z trojgiem dzieci Wang Zanga, poety przetrzymywanego za publikację niepoprawnych politycznie wierszy. Na spotkanie ze mną przyszła obolała po przesłuchaniu na posterunku policji, gdzie przez siedem godzin siedziała z rękami skutymi na plecach.
Siłę do działania czerpała z nieustępliwości innych prawników walczących o prawa człowieka. Jednym z nich był Xu Zhiyong. Poznali się na bankiecie zorganizowanym w jednej z ambasad na terenie Pekinu. O Xu, wojowniczo nastawionym działaczu politycznym, zrobiło się głośno na całym świecie, gdy w 2010 roku powołał do istnienia luźną koalicję grup aktywistów, której później nadał nazwę Nowy Ruch Obywatelski (New Citizens' Movement). Wśród współzałożycieli byli konstytucjonaliści i prawnicy walczący o prawa człowieka, a w szeregi organizacji wchodzili zarówno aktywiści środowiskowi działający oddolnie na terenach wiejskich, jak i siwowłosi naukowcy. Łączyło ich przekonanie, że każdy obywatel powinien mieć prawo i środki, by domagać się transparentności i sprawiedliwości ze strony rządu.
Yang podziwiała odwagę i nieustępliwość Xu - zwłaszcza w sytuacji, gdy kluczowi członkowie Nowego Ruchu Obywatelskiego byli po kolei wyłapywani przez policję. Wiedziała, ile wysiłku kosztuje buntowanie się rok za rokiem. Jak się okazało, para miała wspólnych znajomych. Xu pracował kiedyś jako obrońca dla Sun Dawu, przedsiębiorcy-idealisty, twórcy wartego miliard dolarów konglomeratu rolniczego13. Sun otwarcie przyznawał się do fascynacji Platonem, szczególnie jego ideą króla-filozofa, a sam siebie uważał za myśliciela, który za dnia zajmuje się uprawą roli, w nocy zaś oddaje się dysputom na temat reform politycznych i wykorzystania obszarów wiejskich. Na początku pierwszej dekady XXI wieku Xu i Yang należeli do grona gości, których Sun zapraszał na mające służyć wymianie myśli spotkania, organizowane od czasu do czasu w jego posiadłości w rolniczej prowincji Hebei, na rogatkach Pekinu.
W 2018 roku Xu kończył 4-letnią odsiadkę za "zakłócanie porządku publicznego". Po wyjściu na wolność momentalnie przystąpił z powrotem do działalności pisarskiej, tym razem za cel biorąc Xi Jinpinga. Wybuch epidemii nieznanego wcześniej koronawirusa, który miał miejsce dwa lata później, dostarczył mu dodatkowego materiału do jadowitej krytyki chińskich elit politycznych. W jednym ze swoich wpisów w Internecie, opublikowanym 4 lutego 2020 roku, Xu skrytykował sposób, w jaki władze reagują na wybuch epidemii, i wezwał przywódcę Chin do ustąpienia: "W czasach kryzysu politycy powinni działać w sposób opanowany, jednak ty swoimi działaniami dowodzisz tylko bezradności. Dokąd zmierzają Chiny pod twoim przewodnictwem? W stronę demokracji czy dyktatury? Modernizacji czy rewolucji kulturalnej?"14.
Xu jako liberalny aktywista zawsze dążył do prowokacji - był impulsywny, wygadany i bezkompromisowy. Yang natomiast cechowały opanowanie, skłonność do działania według długoterminowego planu i cierpliwość, którą wykształciły w niej lata pracy z biurokratami. Krótko mówiąc, było mało prawdopodobne, żeby tych dwoje się zaprzyjaźniło. I właśnie dlatego, gdy policja znów zaczęła deptać Xu po piętach, ten postanowił ukryć się w ostatnim miejscu, w jakim władzom przyjdzie na myśl go szukać: w domu Yang.
Problemy Xu zaczęły się dzień po Bożym Narodzeniu w 2019 roku. Tego dnia on i kilkoro jego towarzyszy ze starej gwardii, ocalałych po rozbiciu przez władze Nowego Ruchu Obywatelskiego, jak wiele razy wcześniej spotkali się na obiedzie w domu przyjaciela z dawnych czasów w portowym mieście Xiamen15. Wznosili toasty za nadchodzący nowy rok i dzielili się opowieściami o trudnościach, z jakimi przyszło im się mierzyć w ostatnich dwunastu miesiącach. Wywiązała się też nieformalna dyskusja na temat przyszłości działalności na rzecz praw człowieka w Chinach. Wnioski nie napawały optymizmem: wszystko wskazywało na to, że szanse na powodzenie takich wysiłków są nikłe. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Parę dni po spotkaniu czworo z jego uczestników zostało aresztowanych: władze potraktowały spotkanie i wspólny posiłek jako naradę, na której aktywiści omawiali strategię działania. Xu siedział w pociągu wiozącym go z powrotem do Pekinu, gdy jego telefon zalały wiadomości o aresztowaniu przyjaciół. Bez wahania wysiadł na najbliższej stacji i rzucił się do ucieczki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Jest to największy park rekreacyjny w Pekinie (przyp. tłum.). [wróć]
Sophie Beach, Leaked Speech Shows Xi Jinping's Opposition to Reform, "China Digital Times" (CDT), January 27, 2013, www.chinadigitaltimes.net/2013/01/leaked-speech-shows-xi-jinpings-opposition-to-reform/. [wróć]
?????????????, ????, April 20, 2019, www.mp.weixin.qq.com/s/jv_sJao09EbkLdvlBIvW7Q. [wróć]
Susan Finder, Farewell to Justice Scalia from the Supreme People's Court, "Supreme People's Court Monitor", February 15, 2016, www.supremepeoplescourtmonitor.com/2016/02/15/farewell-to-justice-scalia-from-the-supreme-peoples-court/. [wróć]
Shenghui Qi and Dietrich Oberwittler, On the Road to the Rule of Law: Crime, Crime Control, and Public Opinion in China, "European Journal on Criminal Policy and Research" 15 (February 2009): 137-157, doi.org/10.1007/s10610-008-9094-3. [wróć]
Nicholas D. Kristof, Beijing Journal; Crime Is Up in China, and so Is the Public's Rage, "New York Times", January 20, 1992, www.nytimes.com/1992/01/20/world/beijing-journal-crime-is-up-in-china-and-so-is-the-public-s-rage.html. [wróć]
Madżong to popularna gra chińska polegająca na układaniu 144 kamieni w nieco podobny sposób jak w dominie (przyp. tłum.). [wróć]
Liang Zai, The Age of Migration in China, "Population and Development Review" 27, no. 3 (September 2001): 499-524. [wróć]
Amy Qin, In China, the Formidable Prosecutor Turned Lonely Rights Defender, "New York Times", October 20, 2020, www.nytimes.com/2020/10/20/world/asia/china-prosecutor-lawyer.html, (dostęp 27.02.2024). [wróć]
Wu Xiuyun, ????'??'??, "The People's Procuratorate of Guangdong", December 27, 2010, www.gd.jcy.gov.cn/xwys/wzxw/201012/t20101227_483573.html. [wróć]
?????????????, CCTV????, October 26, 2011, www.tv.cctv.com/2011/10/26/VIDE1355584166518375.shtml?spm=C55924871139.PT8hUEEDkoTi.0.0. [wróć]
Xi Jinping's speech shows China's Communist Party is still haunted by the fall of the Soviet Union, "South China Morning Post", April 6, 2019, www.scmp.com/week-asia/opinion/article/3004897/xi-jinpings-speech-shows-chinas-communist-party-still-haunted. [wróć]
????????????. , ????, ???????, August 24, 2003, www.voachinese.com/a/a-21-a-2003-08-24-14-1-63342177/987429.html. [wróć]
Emily Feng, Rights Activist Xu Zhiyong Arrested in China amid Crackdown on Dissent, NPR, February 17, 2020, www.npr.org/2020/02/17/806584471/rights-activist-xu-zhiyong-arrested-in-china-amid-crackdown-on-dissent. [wróć]
Josh Chin, Chinese Activists Challenge Beijing by Going to Dinner, "Wall Street Journal", November 6, 2013, www.wsj.com/articles/SB10001424052702304672404579181373425115430, (dostęp: 27.02.2024). [wróć]