Chiny - Edward Rutherfurd

Reflow text when sidebars are open.
Chiny to przede wszystkim powieść, lecz jej akcja rozgrywa się na tle autentycznych wydarzeń.
Ilekroć w tekście występują postaci historyczne, ich opisy są wyłącznie moim dziełem i mam nadzieję, że zdołałem oddać im sprawiedliwość. Jednak główni bohaterowie - handlarz, Charlie Farley, bracia Odstockowie, Nio, Shi-Rong, Mei-Ling, Lakowany Paznokieć, pan Liu, pan Ma, Guanji, ich rodziny i przyjaciele - są wytworem mojej wyobraźni.
Mam ogromny dług wdzięczności wobec następujących autorów i naukowców, z których badań, dotyczących nierzadko tekstów źródłowych, czerpałem, pisząc tę książkę. Pragnę zatem podziękować:
OGÓLNE WPROWADZENIE: Johnowi Keayowi za niezwykle przystępne wprowadzenie do historii Chin; Caroline Blunden i Markowi Elvinowi za wspaniałe kompendium wiedzy, jakim są ich Chiny, oraz Marinie Warner za jej bogato ilustrowaną biografię "Smoczej Cesarzowej".
PRACE NAUKOWE: Julii Lovell za historię wojny opiumowej 1839 r.; Peterowi Wardowi Fayowi za dodatkowe informacje o tej wojnie i handlu opium oraz Zhang Yangwen za dane dotyczące stosowania opium w Chinach. Realia życia eunuchów podaję za Jia Yinghua, na podstawie biografii Sun Yaotinga, konkubin i służby - za Hsieh Bao Hua, a życia służącego - na podstawie rozmów Idy Pruitt z Ning Lao T'ai-t'ai. W opisach krępowania stóp opierałem się na opracowaniach Dorothy Ko. Za wprowadzenie w złożoną kwestię historii Mandżurów dziękuję Markowi C. Elliotowi, a przede wszystkim Pameli Kyle Crossley, której szeroko zakrojone badania trzech pokoleń jednej mandżurskiej rodziny pomogły mi wykreować całkowicie fikcyjną rodzinę Guanjiego. Informacje o Pałacu Letnim zaczerpnąłem od Guo Daiheng, Young-tsu Wonga, a zwłaszcza z pracy Lillian M. Li poświęconej Yuanmingyuan. W swoich opisach cesarskiego wymiaru sprawiedliwości oraz prawa dotyczącego tortur polegałem na znakomitej monografii Nancy Park. Za informacje na temat feng shui i opisy wsi południowochińskiej dziękuję Xiaoxin He i Junowi Luo, z których artykułu korzystałem. Pisząc o tajpingach, sięgałem do badań Stephena R. Platta i Jonathana Spence'a. Szczególne podziękowania należą się Dianie Preston za jej chronologiczną relację z oblężenia legacji podczas powstania bokserów, która okazała się dla mnie niewyczerpanym źródłem materiału.
Pragnę szczególnie podziękować Julii Lovell za jej mądre i niezwykle przydatne wskazówki, które pomogły mi obrać właściwy kierunek w mojej pracy; doktorowi Jamesowi Greenbaumowi, Tess Johnston i Mai Tsao za pouczające rozmowy; Sing Tsung-Ling i Hangowi Liu za dokładną lekturę brudnopisów mojej powieści pod kątem perspektywy kulturowej oraz Lynn Zhao za gruntowną weryfikację całego manuskryptu pod kątem historycznym. Odpowiedzialność za ewentualne błędy spada wyłącznie na mnie.
Słowa podziękowania należą się Rodneyowi Paullowi, który z niezwykłą starannością i cierpliwością sporządził zamieszczone tutaj mapy.
Raz jeszcze dziękuję moim redaktorom, Williamowi Thomasowi z Doubleday i Oliverowi Johnsonowi z Hoddera, nie tylko za stworzenie wspaniałych warunków współpracy, ale także za ogromną życzliwość i cierpliwość okazywaną mi podczas długotrwałego i technicznie skomplikowanego procesu przygotowywania pierwszej wersji tej książki. Chciałbym również podziękować Michaelowi Windsorowi ze Stanów Zjednoczonych i Alasdairowi Oliverowi z Wielkiej Brytanii za dwa jakże odmienne, lecz równie znakomite projekty okładki. Jestem też niezmiernie wdzięczny zespołowi z Doubleday w składzie Khari Dawkins, Maria Carella, Rita Madrigal, Michael Goldsmith, Lauren Weber i Kathy Hourigan.
Jak zawsze bardzo dziękuję Carze Jones i całej ekipie z RCW.
Na koniec chciałbym oczywiście podziękować mojej agentce od trzydziestu sześciu lat, Gill Coleridge, wobec której mam olbrzymi dług wdzięczności.
Styczeń 1839 roku
Początkowo nie słyszał wołania za sobą. Czerwone słońce prażyło mu twarz, gdy pędził przez środek świata.
Czterdzieści mil od świtu, a do przejechania jeszcze kilkaset. I tak mało czasu - a może już wcale go nie miał? Któż to mógł wiedzieć?
Wkrótce olbrzymia kula w kolorze fuksji skryje się za horyzontem, zapadnie melancholijny, liliowy zmierzch i trzeba będzie odpocząć. Potem o świcie znów ruszy w drogę, gnany tą samą myślą: czy zdoła dotrzeć do ojca, którego tak kochał, i przeprosić go, zanim będzie za późno? List od ciotki nie pozostawiał żadnych wątpliwości: ojciec był umierający.
- Panie Jiang! - dotarło do niego wreszcie. - Jiang Shi-Rong! Zaczekajcie!
Odwrócił głowę. Na gościńcu samotny jeździec poganiał konia. Oślepiony słonecznym blaskiem Jiang dopiero po chwili rozpoznał w mężczyźnie Wonga, sługę pana Wena. O co mogło mu chodzić? Ściągnął cugle.
Wong - niski, tęgi, łysy człowieczek pochodzący z południa - prowadził gospodarstwo uczonego starca, który darzył go bezgranicznym zaufaniem. Gdy tylko Jiang tam zawitał, Wong od razu wziął go pod swoje skrzydła. Teraz był cały zlany potem. Musiał gnać niczym cesarski posłaniec, żeby mnie dogonić - pomyślał młodzieniec.
- Coś złego z panem Wenem? - spytał zaniepokojony.
- Nie, nie. Prosi jednak, abyście natychmiast wracali do Pekinu.
- Teraz? - Na twarzy Jianga odmalowała się konsternacja. - Ale mój ojciec umiera. Muszę do niego jechać.
- Słyszeliście o szlachetnym panu Linie?
- Naturalnie. - Cały Pekin mówił o nieznanym wcześniej nikomu skromnym urzędniku, który zrobił tak duże wrażenie na cesarzu, że ten powierzył mu misję niezwykłej wagi.
- Chce was niezwłocznie widzieć.
- Mnie? - Przecież Jiang był nikim, gorzej - był nic nieznaczącym nieudacznikiem.
- Pan Wen napisał o was szlachetnemu panu Linowi. Znają się, bo studiowali razem. Pan Wen nic wam nie wspominał, żeby nie robić wam niepotrzebnie nadziei. Szlachetny pan Lin długo nie odpisywał... - Wong zrobił smutną minę. - Lecz dzisiejszego ranka, zaraz po waszym wyjeździe, pan Wen otrzymał wiadomość. Możliwe, że szlachetny pan Lin przyjmie was na służbę, ale najpierw musi się z wami spotkać. Pan Wen przykazał mi gnać na złamanie karku i was zawrócić. - Znacząco popatrzył na młodzieńca. - To dla was ogromna szansa, Jiang Shi-Rong - dodał cicho. - Jeżeli szlachetnemu panu Linowi powiedzie się jego misja, a wy mu w tym pomożecie, usłyszy o was sam cesarz. Fortuna znowu zacznie wam sprzyjać. Cieszę się waszym szczęściem. - Skłonił się lekko dla podkreślenia przyszłego statusu młodzieńca.
- Ale mój ojciec...
- Może już nie żyje. Tego nikt nie wie.
- A jeśli żyje? - Młodzieniec odwrócił wzrok; jego oblicze wyrażało czystą rozpacz. - Powinienem był pojechać do niego wcześniej - wyszeptał sam do siebie. - Ale za bardzo się wstydziłem. - Ponownie zwrócił się do Wonga: - Jeśli teraz zawrócę, stracę trzy dni. Może nawet więcej.
- Jeżeli chcecie coś w życiu osiągnąć, musicie zaryzykować. Pan Wen uważa, że wasz ojciec z pewnością chciałby, abyście spotkali się ze szlachetnym panem Linem. - Posłaniec zawahał się. - Pan Wen poinformował go, że mówicie po kantońsku. To przemawia na waszą korzyść ze względu na charakter misji.
Shi-Rong nie odpowiedział. Obydwaj wiedzieli, że to właśnie Wongowi zawdzięcza znajomość jego ojczystego dialektu kantońskiego. Początkowo młodego mandaryna bawiło przyswajanie sobie od sługi potocznych wyrażeń, wkrótce jednak odkrył, że kantoński to prawie inny język. Był bardziej tonalny niż mandaryński, lecz młodzieniec miał dobre ucho i po upływie roku czy dwóch lat, dzięki codziennym pogawędkom z Wongiem, mówił już na tyle dobrze, aby móc się porozumieć. Jego ojciec, mający złe zdanie o ludziach z południa, uśmiechnął się ironicznie na wieść o tym osiągnięciu, po czym przyznał: "Kto wie, pewnego dnia to może ci się przydać". Pan Wen radził mu jednak: "Nie gardź kantońską mową, chłopcze. Znajdziesz w niej wiele starodawnych słów, od dawna nieużywanych w języku mandaryńskim, którym się posługujemy".
Wong wpatrywał się w niego z napięciem.
- Pan Wen mówi, że druga taka okazja może się wam nie trafić - rzekł.
Jiang Shi-Rong spojrzał w czerwień słońca i zrozpaczony pokręcił głową.
- Wiem - odparł cicho.
Przez chwilę żaden z nich się nie poruszył. Potem, z ciężkim sercem, młodzieniec popędził konia gościńcem z powrotem do Pekinu.
U schyłku tej samej nocy, pięćset mil dalej, w przybrzeżnej krainie na zachód od portu znanego wówczas reszcie świata jako Kanton, znad Morza Południowochińskiego nadciągnęła mgła, spowijając wszystko nieprzeniknioną bielą.
Dziewczyna podeszła do furtki prowadzącej na dziedziniec i sądząc, że jest sama, wyjrzała na zewnątrz.
Pomimo porannej mgły wyczuwała obecność słońca świecącego gdzieś za tą białą zasłoną, jednak wciąż nie mogła dostrzec brzegu stawu oddalonego od niej zaledwie o trzydzieści kroków ani rozchwianego drewnianego mostka, z którego jej teść, pan Lung, lubił oglądać pełnię księżyca i rozkoszować się myślą, że jest właścicielem stawu oraz najbogatszym mieszkańcem w wiosce.
Dziewczyna nasłuchiwała w wilgotnym powietrzu. Czasem dobiegał ją cichy chlupot, gdy jedna z kaczek zanurzała głowę w wodzie, po czym się otrząsała, lecz poza tym panowała cisza.
- Mei-Ling. - Po jej prawej stronie rozległo się syknięcie.
Zmarszczyła brwi. Z trudem rozróżniała zarysy bambusowych zarośli przy ścieżce. Ostrożnie zrobiła krok w ich stronę.
- Kto tam jest?
- To ja, Nio. - Obok bambusa zamajaczyła postać i podeszła do niej.
- Braciszku! - Dziewczyna się rozpromieniła. Chociaż wiele lat nie widziała Nio, poznałaby go wszędzie. Jego nos i policzek nadal zdobiła ta sama charakterystyczna blizna.
Nie był jej rodzonym bratem. W zasadzie można by powiedzieć, że żaden z niego krewny; pochodził z rodziny jej babki od strony matki, która była z ludu Hakka. Po tym, jak matka i siostry Nio umarły podczas zarazy, ojciec oddał go na dwa lata pod opiekę rodziców Mei-Ling, a gdy ponownie się ożenił, wziął chłopaka do siebie.
W istocie nazywał się Niu, ale w dialekcie jego rodzinnej wioski brzmiało to bardziej jak Niok, chociaż "k" było niemal niesłyszalne. Mei-Ling wybrała kompromis: wymyśliła imię Nio, z krótkim "o", i tak już zostało.
Na długo przed jego powrotem do domu ojca Mei-Ling uznała Nio za swojego brata i była mu odtąd Starszą Siostrą.
- Kiedy przyjechałeś? - szepnęła.
- Przed dwoma dniami. Przyszedłem cię odwiedzić, ale twoja teściowa zabroniła mi się tu pokazywać. Później wybrała się jeszcze do twoich rodziców i przykazała im, żeby mnie do ciebie nie dopuszczali.
- Dlaczego tak postąpiła?
Choć piętnastoletni Nio był od niej tylko o rok młodszy, Mei-Ling uważała, że nadal wygląda dziecinnie. Przez dłuższą chwilę wbijał wzrok w ziemię, po czym w końcu wyznał: - Mogło jej chodzić o coś, co powiedziałem.
- Skąd się tu wziąłeś, braciszku?
- Uciekłem. - Uśmiechnął się, jakby to był powód do dumy.
- Och, Nio... - Zamierzała go dokładnie wypytać, lecz gestem dał jej znak, że ktoś ich obserwuje zza furtki za jej plecami.
- Czekaj na mnie jutro rano przy wjeździe do wioski - rzuciła prędko. - Postaram się przyjść o świcie. Jeżeli mi się nie uda, spróbuję kolejnego dnia. A teraz zmykaj. Szybko!
Odwróciła się, dopiero gdy Nio znikł za zaroślami bambusa.
Przy furtce stała młoda kobieta o owalnej twarzy. Wierzba była jej szwagierką. Zwracały się do siebie "siostro", lecz na tym kończyła się ich zażyłość.
Nosiła imię na cześć pełnego gracji drzewa, jednak bez wyjściowego stroju i starannego makijażu uchodziła za dość przeciętną. Urodziła się w sąsiednim okręgu w rodzinie zamożnych wieśniaków nazwiskiem Wan i chociaż poślubiła starszego syna pana Lunga, mieszkańcy osady nadal tytułowali ją grzecznościowo "panią Wan", jak to było w zwyczaju. Ze względu na wyższy status społeczny rodziny Wan stopy Wierzby były w dzieciństwie krępowane i teraz chodziła ona, modnie drobiąc, co odróżniało ją od biednych wieśniaczek pokroju Mei-Ling, której rodzina ciężko pracowała w polu.
Wierzba była od niej nieco wyższa i poruszała się, jak przystało damie, w lekkim, dystyngowanym półukłonie. Niziutka Mei-Ling chodziła wyprostowana na swoich niezdeformowanych stopach, jak wiejska dziewczyna, którą była. Od maleńkości uważano ją za najładniejszą dziewczynę w osadzie; gdyby jej rodzice nie byli tacy biedni, być może również krępowaliby jej stopy, ubierali ją w piękne stroje, a w końcu sprzedali kupcowi z jednego z okolicznych miasteczek jako młodszą żonę albo konkubinę. Lecz pomimo niezwykłej urody Mei-Ling nikt by się nie spodziewał, że poślubi syna bogatego pana Lunga.
Większość ludzi uważała zresztą ich małżeństwo za skandal. Teściowa Mei-Ling była wściekła.
Te dwie młode kobiety różniło coś jeszcze: Wierzba zdążyła dać już swojemu mężowi jedno dziecko, choć - ku niezadowoleniu teściów - była to tylko dziewczynka. Na szczęście szwagierka znów była w piątym miesiącu ciąży.
W drodze powrotnej na główny dziedziniec domu Lungów Wierzba spojrzała przeciągle na Mei-Ling.
- Wiem, kto to był.
- Czyżby?
- Twój kuzyn, Nio. Słyszałam o nim. Nazywasz go Braciszkiem. - Powoli skinęła głową. - Wszyscy w domu wiedzą, że jest w wiosce, ale zabroniono nam ci o tym mówić.
- Mojemu mężowi także?
- Chciał ci powiedzieć, ale bał się, że zechcesz zobaczyć się z Nio i będziesz miała z tego powodu kłopoty. Próbował cię chronić. To wszystko.
- Powiesz matce?
- Możesz mi zaufać, siostro.
Na dziedzińcu rosło drzewko pomarańczowe. Wierzba przystanęła pod nim.
- Nie próbuj się z nim spotkać, siostro. Jeśli matka się dowie, to cię wychłoszcze. Albo zrobi coś jeszcze gorszego.
W Kalkucie było wczesne popołudnie, gdy wioząca dwóch młodych Anglików jednokonna dorożka przemierzała elegancką podmiejską dzielnicę Chowringhee. Żaluzje w oknie pojazdu były opuszczone dla ochrony przed ostrym światłem; chociaż w Indiach trwała pora chłodna, i tak było tam słoneczniej i upalniej niż przez większość brytyjskiego lata.
Charlie Farley był pogodnym człowiekiem. Wystarczająco wysoki, aby jego wzrost budził respekt podczas gry w krykieta, w której zresztą brylował, miał zaokrągloną twarz, która robiła się coraz okrąglejsza, w miarę jak jego jasne włosy coraz bardziej się przerzedzały. "Jeszcze całkiem nie wyłysiałem - zwykł żartować - ale w porze herbaty będę już łysy jak kolano". Ukryte za okularami jasnobłękitne oczy miały przyjazny, choć w żadnym wypadku nie naiwny wyraz. W życiu, tak jak w krykiecie, Charlie zawsze grał fair.
Jego przyjaciel, John Trader, był nieco wyższy, szczupły i całkiem przystojny, o włosach barwy czarnych oliwek, lecz w jego kobaltowych oczach nie widać było szczęścia.
- To naprawdę fatalny pomysł - stwierdził ponuro.
- Nonsens, John - odparł Charlie Farley. - Powiedziałem pułkownikowi, że ocaliłeś mi życie. Potraktuje cię z największą uprzejmością. - Kilka minut później koła dorożki zachrzęściły na krótkim żwirowym podjeździe. - Oddamy jeszcze te listy mojej ciotce Harriet i ruszamy w dalszą drogę. Spróbuj wyglądać na zadowolonego.
Dom jego ciotki był typowym parterowym budynkiem kolonialnym - z tych porządniejszych - z werandą od frontu i od tyłu oraz szerokim okapem dachowym podtrzymywanym przez pomalowane na biało masywne kolumny. Z przestronnego holu głównego wchodziło się do prosto urządzonego, acz eleganckiego salonu oraz jadalni; oba pomieszczenia umeblowano w stylu angielskim. Ledwo dwaj mężczyźni dotarli do drzwi, jak spod ziemi wyrośli przed nimi hinduscy służący w nieskalanej bieli.
Ciotka Harriet musiała słyszeć nadjeżdżający powóz, bo czekała już na nich w holu. Charlie szczerze ją kochał. Podobnie jak jej siostra, a jego matka, zachowała złociste młodzieńcze loki, miała też niebieskie oczy o szczerym wejrzeniu. Wraz z mężem przyjmowała każdego przybysza do brytyjskiej Kalkuty z niewymuszoną gościnnością, będącą znakiem rozpoznawczym kupców na stałe mieszkających w koloniach.
- Ty tutaj, Charlie? - zdumiała się. - Nie powinniście być teraz w pracy, drodzy chłopcy?
- Pracowaliśmy, ciociu Harriet - odparł - ale rano przyszły listy z Anglii, w tym jeden do ciebie od matki, więc pomyślałem, że od razu ci go dostarczę.
Ciotka się uśmiechnęła.
- Przypuszczam, że chętnie byście coś zjedli?
- Wręcz przeciwnie. Nie możemy zostać dłużej. Jemy dziś lunch z pułkownikiem Lomondem.
- Z pułkownikiem Lomondem? Co za zaszczyt!
- Tak się składa, że ojciec chodził z nim do szkoły - wyjaśnił Charlie. - Udało mi się zdobyć zaproszenie na lunch z nim w jego klubie. Chciałem, żeby John zobaczył to miejsce i trochę się rozerwał.
- Wobec tego nie zwlekajcie, chłopcy - odrzekła ciotka. - Pułkownik Lomond nie powinien na was czekać.
- Już nas nie ma - rzucił Charlie na odchodnym.
Przyszedł czas na męską rozmowę, a skoro mieli przed sobą jeszcze dziesięć minut jazdy sam na sam w dorożce, Charlie postanowił skorzystać z okazji.
- Wiesz, na czym polega twój kłopot, Trader?
- Mów. - Trader zdobył się na słaby uśmiech.
- Dobry z ciebie przyjaciel i powierzyłbym ci własne życie, ale jesteś okropnie humorzasty. Choćby i dzisiaj. Wystarczy, żebyś patrzył i dobrze się bawił.
- Wiem.
- To nie wszystko. Sęk w tym, że ciężko cię zadowolić. Bez względu na to, ile byś miał, zawsze pragniesz czegoś więcej.
- Możliwe.
- Oczywiście wiem, że miałeś paskudnego pecha być sierotą. Ale to przecież nie koniec świata. Skończyłeś porządną szkołę. Dostał ci się w spadku zacny mająteczek. Masz we mnie oddanego przyjaciela. Pracujemy razem w Rattrays, u jednego z najlepszych pośredników w Indiach. I chociaż ty chyba w to nie wierzysz, całkiem przystojny z ciebie drań. Połowa pań w Kalkucie się w tobie kocha. Czego chcieć więcej?
- Sam nie wiem, Charlie - odparł jego przyjaciel. - Opowiedz mi o tym pułkowniku Lomondzie, z którym się spotykamy. Ma jakąś rodzinę?
- Żonę. Zdarza mi się ją odwiedzać; uprzejmość zobowiązuje i tak dalej. Wytworna dama. Ich syn, trochę starszy od nas, służy w armii. Mają też córkę. Raz czy dwa widziałem ją u nich w domu. Całkiem przyjemna. - Charlie się uśmiechnął. - Ale zachowuję stosowny dystans. Pułkownik nie byłby zadowolony, gdybym zanadto się z nią zaprzyjaźnił.
- Bo sam jest arystokratą.
- Ze starego szkockiego rodu. Starszy brat włada rodzinnym zamkiem. Wiesz, co mam na myśli?
- A my jesteśmy kupcami, Charlie. Handlarzami, niegodnymi czyścić mu buty.
- Traktuje mnie całkiem przyzwoicie.
- Tylko dlatego, że chodził do szkoły z twoim ojcem. - Ciemnowłosy młodzieniec zamilkł, a gdy przyjaciel milczał, podjął: - Wiesz, co mnie irytuje, Charlie?
- Co?
- Że tacy jak Lomond mają nas za nic, bo jesteśmy przedsiębiorcami. A czymże jest imperium brytyjskie, jeśli nie olbrzymim przedsiębiorstwem handlowym? Zawsze nim było. Kto rządzi w Indiach? Kompania Wschodnioindyjska. Kto włada tamtejszą armią? Kompania Wschodnioindyjska. Choć nieoficjalnie, kompania pełni w zasadzie funkcję brytyjskiego rządu, a większość handlu jest w rękach niezależnych kupców, takich jak my. Jednak fakty są takie, że głównym zadaniem armii, której oficerami są pułkownik Lomond i do niego podobni, głównym powodem jej istnienia jest ochrona handlu. Czyli ciebie i mnie. Bez kupców nie byłoby wojska.
- Chyba mu tego nie powiesz, co? - zaniepokoił się Charlie.
- Niewykluczone. - Trader spojrzał na niego ponuro, lecz zaraz się uśmiechnął. - Nie obawiaj się.
Charlie ściągnął wargi, pokręcił głową i podjął przerwany temat.
- Dlaczego nie możesz po prostu przestrzegać reguł tej gry, John? Zważywszy na sytuację, obaj mieliśmy sporo szczęścia. Mój ojciec przez całe życie pracował dla Kompanii Wschodnioindyjskiej i na koniec dorobił się sporego majątku. Ma wielki dom w Bath i generała majora za sąsiada. Świetny chłop, grywa z ojcem w karty.
- Los nie do pogardzenia, Charlie, doprawdy.
- Gdybym jednak chciał osiągnąć więcej niż on, zasada jest prosta: może mi się poszczęści w Rattrays i uzbieram dość, żeby zakupić posiadłość, zostać ziemianinem i dżentelmenem. Wielu ludzi tak robi. Mój syn mógłby się dostać do dobrego regimentu i zostać oficerem równym stopniem któremuś z Lomondów. - Farley z powagą spojrzał na przyjaciela. - Tak właśnie wygląda wspinaczka po drabinie społecznej, Trader, jeśli cię to interesuje.
- Zajmuje mnóstwo czasu.
- Zaledwie kilka pokoleń. Wiesz, jak mówią... - Charlie Farley odchylił się z uśmiechem na oparcie siedzenia. - Szlachectwo to tylko kwestia dat.
Przekraczając surowy portal Bengalskiego Klubu Wojskowego, John Trader poczuł, że na powrót ogarnia go przygnębienie. Po pierwsze, w czarnym surducie, odpowiednim raczej na chłodniejszy brytyjski klimat, jednak wymaganym jako strój obowiązkowy w tym klubie, było mu nieznośnie gorąco. Po drugie, chodziło o samo miejsce; Brytyjczycy oficjalnie nie rządzili jeszcze w Indiach, byli jednak panami Bengalu, co było widoczne na każdym kroku w największym tutejszym mieście, Kalkucie, na torze wyścigów konnych, polu golfowym, a najbardziej na bulwarze, przy którym monumentalna, klasycystyczna fasada Bengalskiego Klubu Wojskowego w całym swoim kolonialnym majestacie spoglądała z góry na przechodniów.
Wśród nich byli naturalnie Hindusi i Anglo-Indusi, ale także obywatele brytyjscy: kupcy, handlarze, przedstawiciele klasy średniej i pracującej, to jest wszyscy ci, którzy nie władali, tylko ciężko pracowali.
Członkowie Bengalskiego Klubu Wojskowego byli bowiem władcami. Oficerami, sędziami, administratorami imperium brytyjskiego, spadkobiercami cesarzy Rzymu - a przynajmniej sami tak siebie postrzegali. Niczym rzymscy senatorowie, będący dla nich niedościgłym wzorem, owi wojownicy i posiadacze ziemscy gardzili wszystkimi żyjącymi z handlu, a zwłaszcza kupcami.
Pułkownik Lomond czekał już w przestronnym lobby o ścianach zawieszonych obrazami, z których generałowie i mężowie stanu zdawali się łypać potępiająco na Johna. Zaraz też zaprowadzono ich do jadalni.
Biały lniany obrus był wykrochmalony i sztywny jak deska. Georgiańskie srebra, zastawa Wedgwooda, ciężkie kryształy, na początek: sherry i zupa. Pomimo mody na francuską kuchnię pułkownik nie był jej amatorem, podano więc porządny kawał wołowiny z kapustą i ziemniakami uprawianymi na miejscu w zakładanych przez Brytyjczyków ogrodach warzywnych. Do tego doskonałe wino. Krótko mówiąc, można by pomyśleć, że siedzą w klubie w samym sercu Londynu.
Pułkownik Lomond włożył tego dnia mundur, twarzową czerwoną kurtkę i czarne spodnie. Wysoki i szczupły, miał przerzedzone, lecz wciąż ciemne włosy. Brwi o uniesionych końcach nadawały mu wygląd szlachetnego jastrzębia; wypisz wymaluj wódz szkockiego klanu.
Nie ulegało wątpliwości, że bardzo się stara okazywać życzliwość młodemu Farleyowi: zwracał się do niego "mój chłopcze", a o mieszkającym obecnie w Bath panu Farleyu seniorze mówił "twój drogi ojciec".
- Otrzymałem list od twego drogiego ojca. Pisze w nim, że niedaleko mieszka stary generał Frobisher.
- Zna go pan, sir?
- Owszem. Znakomity myśliwy. Polował na grubą zwierzynę.
- Tygrysy?
- Naturalnie. Gdy pierwszy raz tu przyjechał, wyprawiano się na nie jeszcze pieszo. Nie to, co te dzisiejsze eskapady na słoniach. - Przychylnie skinął Charliemu głową.
Co takiego miał w sobie Charlie Farley, że pułkownik Lomond darzył go sympatią? Po części, podobnie jak jego ojciec, zawdzięczał to oczywiście swojej pogodnej naturze. Był szczery, uprzejmy i przyjemny w obyciu. Ale chodziło o coś jeszcze; znał swoje miejsce w szeregu i potrafił się z tego cieszyć. Charlie nie przekroczyłby nigdy ustalonych granic. Gdy otwarcie wyznał Lomondowi, że jego przyjaciel chętnie zobaczyłby wnętrze klubu, lecz on sam nie ma szans zaspokoić tej ciekawości - "Chyba że pan zaprosiłby nas na lunch, sir" - Lomond od razu pospieszył z zaproszeniem. "Zuchwały smarkacz" - określił go później w rozmowie z żoną, z taką samą aprobatą w głosie, z jaką wyraziłby się o odważnym młodym oficerze. Jednak Charlie Farley nigdy nie przyniósłby mu wstydu, próbując wstąpić w szeregi członków klubu. Pułkownik Lomond nawet nieszczególnie by się temu przeciwstawiał; jak każdy z rządzących imperium brytyjskim po prostu zdawał sobie sprawę, że w pojedynczym odstępstwie od reguły nie ma niczego złego - sęk w tym, do czego by to doprowadziło.
Myśl ta kazała pułkownikowi skierować wzrok na Johna Tradera.
Coś mu się nie podobało w tym młodym człowieku, lecz nie był pewien, o co właściwie chodzi. Mając do czynienia z przyjacielem Farleya, naturalnie zamierzał traktować go uprzejmie, jednak lata życia w Indiach i bacznej obserwacji innych ludzi wyostrzyły jego szósty zmysł. Pułkownik Lomond odczuwał obecnie taki sam niepokój jak w dniu, gdy znalazł w swoim domu jadowitą kobrę.
- Z jakiego zakątka naszej ojczyzny pan pochodzi? - zagadnął na początek; to było z reguły bezpieczne pytanie.
- Początkowo wychowywałem się w West Country, sir - odparł Trader - a potem pod Londynem, w Blackheath.
- W Blackheath, hę? Czy to nie tam grasowali niegdyś przydrożni rabusie? - Uwagę tę pułkownik wygłosił żartobliwym tonem, ale czy nie kryła się w niej przypadkiem sugestia, jakoby sam John Trader także był rabusiem? Nie, na pewno nie! - Ma pan tam rodzinę?
- Nie mam żadnych żyjących krewnych - odrzekł Trader.
- Naprawdę nikogo?
- Przed laty żyli chyba jacyś dalecy krewni mego ojca. Ale po rodzinnej kłótni doszło do zerwania wszelkich kontaktów. Nie wiem nawet, jak się nazywali ani gdzie ich szukać.
- Ach tak. - Pułkownik spróbował z innej strony. - Pan i Farley nie kończyliście tej samej szkoły, prawda?
- Nie, sir. Ja uczęszczałem do Charterhouse.
- Dobra, stara szkoła. - Pułkownik upił łyk wina. Oczywiście nie to co Harrow, gdzie uczył się on sam i obaj Farleyowie.
- Trader ocalił mi życie - wtrącił Charlie z nadzieją w głosie.
Pułkownik obrzucił go przelotnym spojrzeniem. Obaj wiedzieli, że Charlie już mu o tym wspominał. Pułkownik nie chciał jednak dawać satysfakcji ciemnowłosemu nieznajomemu.
- Miło mi to słyszeć - rzekł z lekkim skinieniem głowy. - Jeśli kiedyś zjemy razem obiad - rzucił niezobowiązująco w kierunku Tradera - będzie musiał mi pan wszystko dokładnie opowiedzieć.
Przed deserem uprzątnięto obrus, a pułkownik puścił w obieg karafkę porto. Dobrze podjedli. Jeśli nawet podczas posiłku pułkownik nie zwracał się wprost do Tradera, spoglądając przy tym z życzliwością na Charliego, można to było uznać za objaw roztargnienia. Teraz jednak wyglądał, jakby coś go gryzło.
- Powiedz mi, mój chłopcze, ta wasza agencja... Rattrays... - Nachylił się do Charliego na tyle, żeby dać wyraz swemu zatroskaniu. - Są godni zaufania?
- Całkowicie, sir. Pełne bezpieczeństwo finansowe. - Charlie się uśmiechnął. - Ojciec zadał mi to samo pytanie. Po ostatnim krachu, sir, w Rattrays stawiamy teraz na umiarkowanie.
- Znakomicie. - Pułkownik skinął głową. Zaledwie dwa lata minęły od upadku wielkiego domu handlowego Palmers, który stał się ofiarą nadmiernej chciwości i zadłużenia, prześladujących okresowo każdy rynek na podobieństwo zarazy. Jego bankructwo pociągnęło na dno większość pośredników w Kalkucie, doprowadzając do ruiny liczne wdowy i sieroty. - Oczywiście - przyznał nad szklaneczką porto - w minionym wieku część nababów z Kompanii Wschodnioindyjskiej raptem w kilka lat dorobiła się olbrzymich fortun. - Jego spojrzenie stało się nieobecne, sugerując, że nawet tak dzielny żołnierz jak on nie pogardziłby dodatkowym zastrzykiem gotówki w postaci stu tysięcy funtów, gdyby łaskawym zrządzeniem losu nadarzyła się taka okazja.
- Obecnie szansę na szybkie wzbogacenie się mają tylko ci, sir - rzekł Charlie - którzy podróżują do Kantonu i handlują z Chińczykami.
- Tak słyszałem. To chyba dość szemrane interesy - dodał ciszej pułkownik.
- My w każdym razie ich nie prowadzimy - zapewnił go Charlie, dzięki czemu zasłużył na pełne aprobaty skinienie.
Milczący uprzejmie od dłuższego czasu John Trader postanowił wreszcie przemówić.
- Żałuję, że nie pochwala pan handlu z Chinami, sir - odezwał się. - Wszak mówimy tu o herbacie, prawda? - Czy w jego głosie dało się słyszeć ledwie wyczuwalną groźbę?
- O herbacie. Naturalnie. - Pułkownik odchrząknął.
- Brytyjczycy piją herbatę importowaną z Chin, ponieważ rośnie ona w zasadzie tylko tam. Handel nią jest opodatkowany, a podatek herbaciany pokrywa większość bieżących wydatków brytyjskiej marynarki.
- Niewiele wiem na ten temat - mruknął pułkownik.
- Zatem to nie herbata budzi pański sprzeciw, sir - ciągnął Trader. - Może chodzi raczej o opium, które dostarczamy Chińczykom w zamian za herbatę?
- Śmiem twierdzić, że od Chińczyków zależy, co od nas kupują - oznajmił pułkownik Lomond i wymownym spojrzeniem dał znać Charliemu, iż ma dość tej rozmowy.
- Tradycyjna angielska filiżanka herbaty - wtrącił pogodnie Charlie. - Nie do uwierzenia, ile się jej pije. Wszak rzecz nie w tym, że ktokolwiek naprawdę potrzebuje herbaty, a jednak nie potrafimy się bez niej obejść i z roku na rok pijemy jej coraz więcej. - Posłał Traderowi ostrzegawcze spojrzenie. - W istocie płacimy za nią srebrem. - Zwrócił się do pułkownika. - Obawiam się, sir, że na nas już czas. Praca czeka i tak dalej.
- Naturalnie, drogi chłopcze. Zawsze miło mi ciebie widzieć - odparł z wdzięcznością Lomond.
- Mamy tu do czynienia z trójkątem handlowym - ciągnął Trader cicho, lecz nieubłaganie. - Opium trafia do chińskich handlarzy przez naszych pośredników w Kantonie. Chińczycy płacą za nie w srebrze. Za to srebro pośrednicy kupują herbatę. Skąd jednak pochodzi opium? Z Indii, a głównie z Bengalu. Za jego uprawami stoi Kompania Wschodnioindyjska. Czy nie tak, sir?
Pułkownik Lomond nie odpowiedział. Wstał od stołu i ująwszy Charliego po przyjacielsku za ramię - jednak w taki sposób, że Trader był zmuszony za nimi podążyć - odprowadził ich do wyjścia.
Chwilę później schodzili razem po schodach wiodących do klubu i zapewne rozstaliby się na ulicy, gdyby nie przeszkodził im w tym okrzyk: "Papo!" - który dobiegł z krytego powozu, jadącego bulwarem. Podróżowała nim młoda dama z parasolką, cała w jedwabiach, w towarzystwie swej matki, służącego, woźnicy oraz forysiów. Powóz zatrzymał się przy nich.
- Dzień dobry, papo - odezwała się Agnes Lomond. - Ufam, że lunch się udał.
Pułkownika Lomonda zaskoczyło to nagłe spotkanie, lecz zwrócił się do córki z uśmiechem, rzucając zarazem żonie ostrzegawcze spojrzenie, które owa dama w lot pochwyciła.
- Oczywiście znacie obie młodego Farleya - rzekł jowialnie, gdy kobiety witały się z Charliem. - To zaś - dodał jakby od niechcenia, wskazując Tradera ruchem ręki, która opadła w pół gestu - jest jego przyjaciel.
- John Trader - przedstawił się Trader i uśmiechnął uprzejmie do pani Lomond, po czym przeniósł na jej córkę spojrzenie ciemnoniebieskich oczu. A gdy to zrobił, już go od niej nie odrywał.
Agnes Lomond miała dwadzieścia lat i była damą. Inaczej nie sposób było jej określić. Szczupła jak ojciec i nieco wyższa od matki - przystojnej, postawnej matrony - miała twarz o cudownej, jasnej, nietkniętej słońcem karnacji. Nos, zbyt długi, aby można ją uznać za piękność, podkreślał jej arystokratyczny wygląd. Innych cech charakteru nie sposób było ocenić.
Może sprawiła to jej rezerwa, kasztanowe włosy albo fakt, że była dla niego nieosiągalna pod względem towarzyskim - a może raczej jej ciemnoorzechowe oczy albo głębokie pragnienie, aby wykraść ją ojcu - dość, że John Trader rozdziawił usta i jak w transie wpatrywał się w Agnes Lomond.
Jej matka natychmiast zainterweniowała.
- Zabierzesz się z nami? - zwróciła się do męża, który czym prędzej wsiadł do powozu. - Nie chcemy odciągać pana i pańskiego przyjaciela od pracy, panie Farley. - Skinęła głową Charliemu, który odkłonił się jej, gdy powóz ruszał.
Trader zapomniał o ukłonie. Stał tylko i patrzył.
Czerwone słońce ponownie zbliżyło się do horyzontu, gdy Jiang Shi-Rong, wyłoniwszy się z sosnowego lasu, przez który biegł stary gościniec, ujrzał przed sobą miasto. Wysoko w górze, niczym żebra jakiegoś olbrzyma, niebo przecinały ciemne pasma chmur, zabarwione pomarańczową poświatą zachodzącego słońca. Jak zawsze na widok tych potężnych murów, wież i rozległych, zakrzywionych dachów z połyskliwych płytek zaparło mu dech w piersiach.
Pekin. Coś wspaniałego.
Ale czy to naprawdę było jego miasto?
Jiang wiedział, że trzy tysiące lat wcześniej ci, których nazywają ludem Hanów - jego ludem - zbudowali w tym miejscu okolone murami miasto, lecz przed pięciuset laty Kubilaj-chan, wnuk Czyngis-chana, wielkiego mongolskiego zdobywcy, obwołał się władcą Chin i wzniósłszy wśród stepów, na swoich letnich terenach łowieckich, bajkowe Xanadu, wybrał ową północną siedzibę na swoją chińską stolicę.
Jednak już po niespełna stu latach wywodząca się z rodzimego ludu Hanów czcigodna dynastia Ming zdołała przepędzić Mongołów i umocnić Wielki Mur, tak aby odstraszał ewentualnych najeźdźców. Zachowali wszakże dawną stolicę Kubilaja i przez trzy stulecia rządzili Chinami.
Był to zaiste złoty wiek, w którym kwitły literatura i sztuka. Chińscy uczeni wydrukowali największą encyklopedię ziołolecznictwa, jaką widział świat, chińska flota zapuszczała się na zachód aż do Afryki, a porcelana dynastii Ming stanowiła przedmiot zazdrości innych narodów.
Lecz i ta światła epoka w pewnym momencie dobiegła końca. Schemat był ten sam, co po tylekroć wcześniej w dziejach Chin: stopniowy upadek i osłabienie cesarza; bunt wieśniaków; ambitny, żądny władzy generał. W tym konkretnym wypadku doszli jeszcze potężni najeźdźcy z północy, Mandżurowie - zjednoczone klany przybyłe z nieprzebranych lasów i rozległych równin na północny wschód od Wielkiego Muru.
W skład ich wojsk wchodziły wielkie kompanie zwane chorągwiami, a każdej z nich przewodził książę lub zaufany wódz. Po tym, jak cesarstwo Ming upadło i znalazło się pod mandżurskim jarzmem, wokół największych miast cesarstwa wyrosły koszary, a chorążowie pozostali w nich na kolejne stulecia.
Dumny chiński lud Hanów stał się narodem poddanym. Jego mężczyźni zmuszeni byli nosić się jak Mandżurowie: golić włosy nad czołem, a resztę zaplatać w długi, pojedynczy warkocz - cienki jak mysi ogonek - który zwisał im aż na plecy.
Chińczycy co prawda ulegli, jednak ich kultura wciąż żyła. Mandżurowie byli oczywiście dumni ze swojej bohaterskiej przeszłości, lecz gdy tylko wzięli we władanie wielkie chińskie miasta, pałace i świątynie, ich dynastia przyjęła chińską nazwę - Qing, albo Ch'ing - a rządy nie różniły się w zasadzie od rządów poprzednich cesarzy. Składali oni rytualne ofiary bogom, a niektórzy stali się wręcz znawcami chińskiej literatury.
Jiang był im winien posłuszeństwo. Mimo to, podobnie jak wielu chińskich Hanów, nadal czuł, że to on i jego lud są prawdziwymi dziedzicami tysiącletniej chińskiej kultury i że powinien stać wyżej od tych, którym obecnie służył.
Potężny zewnętrzny mur miasta ciągnął się na cztery mile ze wschodu na zachód, pośrodku zaś tkwiła wielka brama. Za murem po prawej stronie, wysoko ponad okoliczne zabudowania, wznosiła się przypominająca wielki bęben pagoda Świątyni Niebios, gdzie cesarz odprawiał tradycyjne ceremonie, błagając bogów o pomyślne zbiory. W gasnącej czerwieni nieba niebieskie płytki na trzech kondygnacjach świątynnego dachu przybrały odcień indygo.
Przekroczywszy bramę, ruszył wraz z Wongiem drogą biegnącą przez kolejne dwie mile groblą na północ, w kierunku jeszcze bardziej imponujących fortyfikacji Wewnętrznego Miasta, które zajmowało powierzchnię czterech mil kwadratowych. Chronił je wewnętrzny mur na planie zbliżonym do kwadratu, z wysoką wieżą strażniczą w każdym narożniku.
Zmierzchało, gdy wjechali do miasta, minąwszy strażników chorągwi w ich mandżurskich czapkach, kaftanach i wysokich butach. Kramy po obu stronach szerokiej ulicy właśnie się zamykały, sprzedawcy zdejmowali szyldy na noc. Pochyleni nad swoimi szuflami śmieciarze - kilku w kapeluszach z szerokim rondem, większość w ściśle przylegających do głowy małych, okrągłych czapeczkach - zgarniali gnój do wielkich glinianych naczyń. W powietrzu unosiła się woń łajna zmieszana z zapachami soi i żeń-szenia.
Jednak Wewnętrzne Miasto nie stanowiło bynajmniej serca Pekinu. W jego obrębie, za potężną bramą Niebiańskiego Spokoju Tiananmen, znajdowała się kolejna otoczona murami twierdza, czyli Cesarskie Miasto, gdzie za murami w kolorze purpury, oddzielone fosą i ukryte przed wzrokiem większości mieszkańców, lśniły złote dachy Zakazanego Miasta, najświętszego miejsca wszystkich Chińczyków. Tam, w rozległym pałacu, mieszkał sam władca Niebios: cesarz.
Tego wieczoru ich celem była północno-wschodnia dzielnica Wewnętrznego Miasta, gdzie w cichej uliczce, w przyjemnym domu nieopodal małej świątyni, mieszkał uczony pan Wen. Utrudzony Jiang marzył już tylko o odpoczynku.
Ledwie jednak wjechali na niewielki dziedziniec, starzec wybiegł im na spotkanie.
- Nareszcie! - wykrzyknął. - Musisz natychmiast udać się do szlachetnego pana Lina. Jutro wyrusza w drogę, lecz jeśli zaraz tam pójdziesz, zdążysz się z nim dziś wieczorem zobaczyć. Prędko. - Wcisnął Jiangowi w dłoń wypisaną przepustkę do Cesarskiego Miasta. - Wong cię zaprowadzi - dodał. - Zna drogę.
Poszli pieszo nie przez Bramę Tiananmen, ale mniejszą furtę we wschodnim murze i wkrótce dotarli do wystawnego cesarskiego domu gościnnego o rozłożystym dachu, w którym zatrzymał się szlachetny Lin. Kilka minut później Shi-Rong znalazł się w niedużej sali, gdzie na szerokim, rzeźbionym fotelu z palisandru siedział człowiek, z którym miał się spotkać.
Na pierwszy rzut oka wyglądał zgoła przeciętnie - w tłumie krępych mandarynów w średnim wieku niczym by się nie wyróżniał. Miał siwiejącą, spiczastą bródkę i szeroko rozstawione oczy. Zważywszy na jego osławioną srogość, Jiang spodziewał się, że wysoki komisarz będzie miał wąskie, zaciśnięte usta, lecz jego wargi okazały się raczej pełne.
Miał w sobie dostojeństwo i wielki spokój; można by go wziąć za opata klasztoru.
Jiang ukłonił mu się.
- Wybrałem już młodzieńca, który miał dołączyć do mego orszaku jako sekretarz - przemówił cicho szlachetny Lin bez żadnych wstępów - jednakże zachorował. Czekałem, aż wyzdrowieje, ale pogorszyło mu się. Tymczasem otrzymałem list od uczonego pana Wena, którego darzę zaufaniem. Uznałem to za znak. Pisze o panu różne rzeczy, jedne pochlebne, inne trochę mniej.
- Wysoki komisarzu, stojący tu pokorny sługa poczytuje sobie za wielki zaszczyt, że jego nauczyciel, pan Wen, o nim pomyślał. Nic nie wiedziałem o tym liście - wyznał Jiang - lecz opinia pana Wena jest zawsze sprawiedliwa.
Lekkie skinienie głowy świadczyło o tym, że jego odpowiedź zadowoliła rozmówcę.
- Poinformował mnie również, że wyruszył pan w odwiedziny do swego umierającego ojca.
- Jak rzecze Konfucjusz: "szanuj ojca swego", wysoki komisarzu.
W całych Dialogach konfucjańskich nie było ważniejszego przesłania.
- I ojców ojca twego - dodał cicho pan Lin. - Dlatego nie śmiałbym panu przeszkodzić w wypełnieniu tego obowiązku. Wezwałem pana tutaj w ważnej sprawie, a moja misja została mi powierzona przez samego cesarza. - Umilkł. - Najpierw muszę jednak pana lepiej poznać. - Spojrzał surowo na młodzieńca. - Imię Shi-Rong oznacza "naukowe zaszczyty". Ojciec najwyraźniej wiąże z panem duże nadzieje. Nie zdał pan jednak swoich egzaminów.
- Było tak, jak rzekłeś, panie. - Jiang zwiesił głowę.
- Dlaczego? Czy przykładał się pan jak trzeba?
- Tak sądziłem. Jest mi bardzo wstyd.
- Pański ojciec zdał swój egzamin urzędniczy za pierwszym razem. Pragnął pan okazać się lepszy od niego?
- Nie, ekscelencjo. Świadczyłoby to o moim braku szacunku. Czułem jednak, że go zawiodłem, a chciałem tylko sprawić mu radość.
- Jest pan jego jedynym synem? - Lin spojrzał ostro na Jianga, a gdy młody człowiek przytaknął, zauważył: - To ciężkie brzemię. Czy egzaminy budziły w panu lęk?
- Tak, wysoki komisarzu.
Mało powiedziane: podróż do stolicy, rząd ciasnych komórek, w których na całe trzy dni trwania egzaminu zamykano wszystkich kandydatów... Mówiło się, że jeśli któryś z nich umarł w trakcie pisania, zwłoki zawijano w całun i zrzucano z murów miejskich.
- Niektórzy kandydaci przemycają na egzamin dokumenty. Oszukują. Pan także?
Jiang drgnął. Zanim zdołał się opanować, na jego twarz wypłynął rumieniec gniewu i dumy. Zaraz też schylił z szacunkiem głowę i dopiero po chwili odważył się znów podnieść wzrok.
- Sługa wasz tak nie uczynił, panie.
- Kariera pańskiego ojca była udana, choć skromna. Nie dorobił się majątku na starość. - Lin znowu umilkł i przyglądał się Jiangowi, który nie wiedział, co ma o tym myśleć. Przypomniawszy sobie jednak osławioną surowość wysokiego komisarza i sztywne zasady moralności, jakimi się kierował w swoim postępowaniu, odparł zgodnie z prawdą:
- Ekscelencjo, wierzę, że ojciec mój nigdy w życiu nie przyjął łapówki.
- Gdyby przyjął - odrzekł starszy mężczyzna - nie byłoby pana tutaj. - Znów przyjrzał mu się z namysłem. - Miarą naszej wartości są nie tylko nasze zwycięstwa, ale i wytrwałość, młodzieńcze. Gdy upadamy, dwakroć bardziej musimy się starać. Ja także za pierwszym razem nie zdałem egzaminów urzędniczych. Wiedział pan o tym?
- Nie, panie.
- Zgłosiłem się do nich ponownie i znowu nie zdałem. Dopiero za trzecim razem. - Pozwolił swoim słowom wybrzmieć i podjął surowo: - Jeżeli uczynię pana swoim sekretarzem, będzie pan musiał być silny. I ciężko pracować. Jeżeli poniesie pan porażkę, wyciągnie pan z niej wnioski i następnym razem lepiej się spisze. Nigdy się pan nie podda. Zrozumiano?
- Tak, ekscelencjo.
- Według pana Wena za drugim podejściem zda pan egzaminy. Ale najpierw powinien pan popracować dla mnie. Zgadza się pan na to?
- Tak, ekscelencjo.
- Dobrze. - Lin skinął głową. - Proszę mi zatem powiedzieć, co pan wie na temat opium.
- Ci, których na nie stać, lubią je palić - odrzekł Jiang. - Szybko się jednak uzależniają i tracą cały swój majątek. Chorują. Decyzją cesarza opium jest nielegalne. - Umilkł niepewny, czy ośmieli się powiedzieć prawdę. - Lecz najwyraźniej wszyscy mają do niego łatwy dostęp.
- Zgadza się. W ostatnim pokoleniu handel opium wzrósł dziesięciokrotnie. Podobnie jak liczba uzależnionych, którzy z powodu swego nałogu stają się bezużyteczni, staczają się w ubóstwo... Rujnują się, giną... To wszystko jest straszne. Ludzie nie są w stanie płacić podatków, a srebro wypływa z cesarstwa szerokim strumieniem jako zapłata za opium.
- Część opium uprawia się w Chinach, jak sądzę.
- To również się zgadza. Przeważająca większość dociera jednak spoza naszych granic. Chińscy przemytnicy kupują opium od barbarzyńskich piratów. Cóż zatem możemy zrobić?
Czyżby oczekiwał odpowiedzi na swoje pytanie?
- Sługa wasz słyszał, ekscelencjo, że można ludzi z tego nałogu leczyć.
- Staramy się to czynić, ale nie zawsze się udaje. W związku z tym cesarz upoważnił mnie do poczynienia niezbędnych kroków. Przemytnicy zostaną straceni. Jakie inne problemy pan przewiduje? - Przyjrzawszy się młodzieńcowi, dostrzegł jego skrępowanie. - Pracuje pan teraz dla mnie. Ma pan być ze mną szczery.
Shi-Rong nabrał powietrza.
- Słyszałem, ekscelencjo - choć mam nadzieję, że to nieprawda - że przemytnicy opłacają miejscowe władze na wybrzeżu, aby przymykały oko na ich proceder.
- Wyłapiemy ich i ukarzemy. Śmiercią, jeśli to będzie konieczne.
- Ach. - Jiang zaczął przeczuwać, że czekające go zadanie nie będzie łatwe. Odmówić przyjmowania łapówek to jedno, ale narazić się na wrogość połowy urzędników na wybrzeżu to coś zgoła innego. Nie wróżyło to dobrze jego karierze.
- Poza cesarzem i mną nie będzie miał pan wielu przyjaciół, młodzieńcze.
Shi-Rong zwiesił głowę. Rozważał, czy nie mógłby udać nagłej choroby - jak zapewne (teraz to do niego dotarło) uczynił jego poprzednik ubiegający się o to stanowisko. Nie, to raczej wykluczone.
- Sługa wasz jest wielce zaszczycony. - I chociaż czuł, że ogarnia go paraliżujący strach, ciekawość kazała mu zadać jeszcze jedno pytanie. - Jak zamierzacie rozprawić się z piratami, ekscelencjo? Z zamorskimi barbarzyńcami.
- Jeszcze nie postanowiłem. Przekonamy się o tym, gdy dotrzemy na wybrzeże.
Shi-Rong ponownie skłonił głowę.
- Mam jedną prośbę, komisarzu. Czy mogę zobaczyć się z ojcem?
- Niech pan zaraz do niego jedzie i pochowa go albo się z nim pożegna. Na pewno uraduje go wiadomość, że otrzymał pan tak zaszczytne stanowisko. Ale nie może pan długo tam zabawić. Choćby poczucie obowiązku kazało panu zostać i go opłakiwać, ma pan niezwłocznie udać się na wybrzeże. Proszę to potraktować jak rozkaz samego cesarza.
Gdy wracali z Wongiem do domu pana Wena, Shi-Rong nie wiedział, co ma o tym wszystkim sądzić. Jednego był pewien: musi się wyspać i o świcie znów wyruszyć w drogę.
Nazajutrz zdumiał się, widząc Wonga w siodle, gotowego mu towarzyszyć.
- Pojedzie z tobą aż do Zhengzhou - oznajmił mu pan Wen. - W drodze musisz poćwiczyć swój kantoński.
Jego stary nauczyciel pomyślał o wszystkim.
Wieczorem Mei-Ling cała trzęsła się ze strachu, choć nikt nie powiedział jej złego słowa - jeszcze nie. Wykonała wszystkie polecenia teściowej, a gdy po południu starsza kobieta udała się do sąsiadki, Mei-Ling nieco odetchnęła. Mężczyźni spędzili ten czas w bambusowym zagajniku na wzgórzu. Wierzba odpoczywała, do czego - zważywszy na jej stan i status rodziny - miała pełne prawo. Mei-Ling została więc sama ze swoimi myślami.
Czy jej siostra Wierzba dotrzymała tajemnicy? A może teściowa już słyszała o porannych odwiedzinach Nio? Zwykle wiedziała o wszystkim, co się wokół działo. Może szykowała dla Mei-Ling jakąś karę?
Martwiła się także jutrzejszym dniem i przeklinała własną głupotę. Dlaczego obiecała Nio, że się z nim spotka? Kochała go, oczywiście. Był jej Braciszkiem. Ale co ją opętało? Nawet nie omówiła tego z mężem - mężem, którego kochała przecież bardziej niż Braciszka. Lecz nawet on nie obroniłby jej przed Matką. Żadna Chinka nie ośmieliłaby się sprzeciwić swojej teściowej.
Nie powinna nigdzie iść. Wiedziała o tym. Nio to zrozumie. Ale przecież dała mu słowo. Co prawda była biedna, szczyciła się jednak tym, że nigdy nie złamała raz danego słowa. Może właśnie dlatego, że w wiosce nie liczono się szczególnie ani z nią, ani z jej rodziną, już jako mała dziewczynka zawsze stawiała sobie za punkt honoru, aby dotrzymywać obietnic. To napawało ją dumą.
Jak zresztą miałaby tego dokonać? Nawet gdyby wymknęła się niepostrzeżenie, jakie były szanse, że nikt nie zauważy jej nieobecności? W najlepszym razie nikłe. I co wtedy? Z pewnością nie uniknęłaby surowej kary.
Możliwe, że istniał pewien sposób, ale... Sęk w tym, że nie miała pewności, czy jej plan się powiedzie.
Wieczór był początkowo całkiem udany. Do rodziny jej męża należały najlepsze gospodarstwa we wsi. Za głównym dziedzińcem znajdowało się duże centralne pomieszczenie, w którym wszyscy jak co dzień się zgromadzili.
Naprzeciwko Mei-Ling, na szerokiej ławie, siedziała Wierzba ze swoim mężem, Starszym Synem. Oboje zdawali się czuć całkiem swobodnie pod spojrzeniem teściowej. Starszy Syn - kościsty, o niedomytych po pracy rękach, które w zestawieniu z delikatnymi dłońmi Wierzby wydawały się sękate i spracowane - spokojnie popijał ryżowe wino huangjiu, od czasu do czasu wymieniając uwagi z żoną. Gdy oczy Wierzby i Mei-Ling się spotkały, na twarzy szwagierki nie dostrzegła cienia poczucia winy z powodu tego, że z sobą spiskowały. Szczęściara; wychowano ją tak, aby nie okazywała żadnych emocji.
Mei-Ling siedziała na ławie obok Młodszego Syna. Sam na sam byli zwykle rozmowni, mieli jednak dość rozsądku, aby teraz milczeć. Gdyby zaczęli gawędzić, jego matka uciszyłaby ich apodyktycznym stwierdzeniem: "Za dużo rozmawiasz ze swoją żoną, Młodszy Synu". Z miejsca, gdzie siedziała, nie mogła jednak dostrzec, że Mei-Ling dyskretnie dotyka mężowskiej dłoni.
W ich rodzinie Młodszy Syn uchodził za głupca. Pracowity, niższy od starszego brata i zawsze zadowolony z życia, zasłużył na przydomek "Wesołek", sugerujący pewną prostoduszność. Ale Mei-Ling dobrze go znała. Z pewnością brakowało mu ambicji i światowego obycia - w przeciwnym razie nigdy by się z nią nie ożenił. Inteligencją dorównywał jednak wszystkim pozostałym. Był też dobrym człowiekiem; od ich ślubu upłynęło zaledwie pół roku, a ona już go pokochała.
Odkąd wrócił do domu, nie miała okazji opowiedzieć mu o odwiedzinach Nio. Była pewna, że mąż błagałby ją, aby została w domu i nie narażała się rodzinie. Cóż więc powinna zrobić? Wymknąć się o świcie, o niczym mu nie mówiąc?
W głębi dużej izby stary pan Lung grał z trzema sąsiadami w madżonga.
Teścia Mei-Ling cechował niczym niezmącony spokój. Ze swoją siwą bródką, w okrągłej czapeczce na głowie i z opadającym na plecy długim, cienkim warkoczem przypominał pogodnego mędrca. Jako ojciec dwóch dorosłych synów mógł się śmiało wycofać z aktywnego życia, przenosząc na nich większość najcięższych obowiązków, mimo to wciąż nadzorował pola i osobiście pobierał należne opłaty za dzierżawę. Obchodząc kolejne gospodarstwa, rozdawał dzieciom słodycze, ale jeśli ich rodzice byli mu coś dłużni, nie odchodził, dopóki nie odzyskał swoich pieniędzy. Niewiele mówił, a gdy już się odzywał, to zwykle po to, aby dać innym do zrozumienia, że jest zamożniejszy i mądrzejszy od swoich sąsiadów.
- Pewien kupiec powiedział mi kiedyś - zauważył - że widział komplet do gry w madżonga z kamieniami wykonanymi z kości słoniowej. - Jego zestaw był zrobiony z bambusa. Biedacy grali w madżonga kartami.
- Och, panie Lung - odezwał się uprzejmie jeden z sąsiadów - czy kupi pan taki komplet z kości słoniowej? Byłby bardzo szykowny.
- Możliwe. Do tej pory jednak nigdy takiego nie widziałem.
Gra toczyła się dalej. Jego żona obserwowała ich w milczeniu z pobliskiego krzesła. Gładko zaczesane do góry i ciasno upięte włosy podkreślały jej wysokie kości policzkowe. Twardym spojrzeniem śledziła rozgrywkę, a wyraz jej twarzy zdawał się mówić, że gdyby to ona grała, szłoby jej znacznie lepiej.
Po pewnym czasie zwróciła się ku Mei-Ling.
- Widziałam dziś na ulicy twoją matkę. - Spojrzała wrogo na dziewczynę. - Był z nią jakiś chłopak. Z ludu Hakka. - Urwała. - Twoja matka jest Hakka - dodała nieżyczliwie.
- To jej matka pochodziła z Hakka - odparła Mei-Ling. - Ona jest tylko w połowie Hakka.
- Ty zaś jesteś pierwszą Hakka w naszej rodzinie - stwierdziła lodowato teściowa.
Mei-Ling spuściła wzrok. Przekaz był jasny: teściowa chciała dać jej do zrozumienia, że wie o odwiedzinach Nio i czeka, aż Mei-Ling sama się przyzna. Czy powinna to uczynić? Wiedziała, że tak byłoby najlepiej. Zapłonął w niej jednak nieśmiały płomyczek buntu, więc uparcie milczała. Teściowa przyjrzała jej się bacznie.
- Na południu Chin żyje wiele plemion - ogłosił wszem wobec pan Lung, odrywając wzrok od gry. - Hanowie najechali je i podbili. Lecz Hakka są inni. To odłam Hanów i tak jak oni przybyli tutaj z północy. Mają własne obyczaje, ale dla Hanów są jak kuzyni.
Matka nie odpowiedziała. Choć rządziła całym domem, nie mogła się spierać z głową rodziny. Przynajmniej nie przy świadkach.
- Też to słyszałem, panie Lung - przyklasnął mu jeden z sąsiadów.
- Hakka są odważni - ciągnął pan Lung. - Żyją w dużych, okrągłych chatach. Ludzie mówią, że mieszali się z plemionami ze stepów poza Wielkim Murem, na przykład z Mandżurami. Dlatego nawet bogaci Hakka nie krępują stóp swoich kobiet.
- Podobno są bardzo niezależni - dodał sąsiad.
- Same z nimi kłopoty! - krzyknęła niespodziewanie teściowa na Mei-Ling. - Ten Nio, którego nazywasz swoim Braciszkiem, to nicpoń. Przestępca. - Przerwała dla nabrania tchu. - Z rodziny matki twojej matki. Nawet nie jest twoim krewnym. - Rzeczywiście, z perspektywy chińskich Hanów, osób spokrewnionych po kądzieli nie traktowano jak członków rodziny.
- Nio nie złamał chyba żadnego prawa, Matko - odezwała się cicho Mei-Ling. Musiała go bronić.
Starsza kobieta nie raczyła jej odpowiedzieć. Zwróciła się za to do swego młodszego syna:
- Widzisz, do czego doprowadziłeś? Małżeństwo to nie zabawa. Dlatego to rodzice wybierają synowi przyszłą żonę. Z innej wioski, z innego rodu, bogatą dla bogatego, biedną dla biednego. Inaczej są z tego same kłopoty. Znasz to powiedzenie: drzwi w całym domu powinny do siebie pasować. Ale nie, ty się uparłeś. Swatka znalazła ci odpowiednią kandydatkę. Nasze rodziny się dogadały. A wtedy ni z tego, ni z owego sprzeciwiłeś się własnemu ojcu. Okryłeś nas hańbą, oznajmiając, że zamierzasz poślubić tę dziewczynę. - Obrzuciła Mei-Ling wściekłym spojrzeniem. - Tę oto ślicznotkę.
"Ślicznotkę"; zabrzmiało to niemal jak zarzut. Każda chłopska rodzina, nawet tak znacząca jak Lungowie, wierzyła w stare porzekadło: "Brzydka żona to skarb dla domu". Bogacz mógł sobie wziąć ładną dziewczynę na konkubinę, ale uczciwy wieśniak powinien pragnąć żony, która będzie robotna i zajmie się nim oraz jego rodzicami. Ślicznotki były podejrzane; mogły się okazać zbyt próżne, żeby ciężko pracować, a co gorsza, mogły się stać obiektem pożądania innych mężczyzn.
Ogólnie rzecz biorąc, cała wieś uznała, że postępek Młodszego Syna dowodzi jego głupoty.
- Ona jest z innego rodu - wtrącił teraz grzecznie.
- Rodu? W tej wsi żyje pięć rodów. Wybrałeś najmniej znaczącą i najbiedniejszą rodzinę. A jakby tego było mało, jej hakkańska babka była konkubiną kupca. Wyrzucił ją, gdy przejeżdżał przez pobliskie miasteczko. Zadała się tam z tynkarzem i mieli szczęście, że trafił się ubogi wieśniak, gotów zaoferować ich córce dach nad głową. Zresztą cieknący. Oto kim są rodzice twojej żony!
Podczas tej tyrady Mei-Ling siedziała ze spuszczoną głową. Choć słowa teściowej ją zabolały, nie odczuwała wstydu. We wsi nie było tajemnic. Wszyscy o wszystkim wiedzieli.
- Teraz zaś - zakończyła teściowa - chce nam sprowadzać do domu przestępców. A ty tylko siedzisz i się uśmiechasz. Nie dziwota, że ludzie mają cię za durnia.
Mei-Ling zerknęła na męża. Siedział bez ruchu i milczał, a na jego wargach błąkał się spokojny, szczęśliwy uśmiech, który tak dobrze znała.
Był to jeden z powodów, dla których ludzie mieli go za prostaczka. Uśmiech nie schodził z jego ust, gdy rodzice całymi tygodniami wściekali się na niego za odmowę wzięcia za żonę wybranej przez nich panny. Uśmiechał się nawet wtedy, gdy zagrozili, że wyrzucą go z domu.
I ostatecznie pokonał ich, zmęczył tym uśmiechem; Mei-Ling nie miała co do tego wątpliwości. Pokonał ich, bo wbrew wszelkiemu rozsądkowi zapragnął się z nią ożenić.
- Zaaranżowaliście korzystne małżeństwo mojemu starszemu bratu. Powinno wam to wystarczyć - odparł cicho, ze spokojem.
Przez chwilę jego matka milczała. Wszyscy wiedzieli, że związek Starszego Syna z Wierzbą będzie idealny, jak tylko synowa powije męskiego potomka, ale nie wcześniej. Wzrok starszej kobiety spoczął na Mei-Ling.
- Pewnego dnia ten twój Nio zostanie stracony. Im szybciej, tym lepiej. Nie wolno ci się z nim widywać. Zrozumiałaś?
Wszyscy patrzyli na Mei-Ling. Nikt nic nie mówił.
- Madżong - oznajmił ze spokojem pan Lung, zgarniając pieniądze ze stolika.
To Wierzba pierwsza spostrzegła sylwetkę przy wejściu i dała znak teściowej, która natychmiast poderwała się na znak szacunku, a wraz z nią jej synowie z żonami.
Ich gość był starcem o pociągłej twarzy i długiej, białej jak śnieg brodzie. Mrużył oczy ze starości, a ich skierowane w dół kąciki sprawiały, że wyglądał, jakby spał. Nadal jednak pełnił funkcję starszego wioski.
Pan Lung wyszedł mu na powitanie.
- To zaszczyt, żeście nas odwiedzili, panie.
Podano zieloną herbatę i przez kilka minut mężczyźni prowadzili zwyczajową konwersację. Następnie starzec zwrócił się do gospodarza:
- Chcieliście mi coś pokazać, panie Lung.
- Istotnie. - Pan Lung wstał i zniknął za progiem. Na tyłach dużego pomieszczenia znajdowała się alkowa z rozległą otomaną, na której mogły swobodnie wypoczywać dwie osoby. Kobiety ustawiły przed nią niski stolik. Gdy to zrobiły, wrócił pan Lung, niosąc swoje zdobycze, starannie zawinięte w jedwab. Ostrożnie odwinął pierwszy przedmiot i podał go starcowi do obejrzenia, podczas gdy trzej sąsiedzi zbliżyli się, żeby także popatrzeć.
- Kupiłem to przed miesiącem w Guangzhou - pochwalił się pan Lung. - W palarni opium mają takie same, zrobione z bambusa. Tę jednak nabyłem u handlarza.
Była to fajka do palenia opium. Długi cybuch wykonano z hebanu, a główkę z brązu. Odcinek poniżej główki, znany jako kolanko, opasywała klamra z pięknie obrobionego srebra, ustnik zaś był z kości słoniowej. Ciemne drewno lśniło delikatnie. Rozległy się pomruki podziwu.
- Mam nadzieję, że będzie wam odpowiadała, gdy zapalimy dzisiaj wieczorem - rzekł pan Lung. - Jest przeznaczona dla moich honorowych gości.
- Zapewne, zapewne - przytaknął starzec.
Pan Lung odpakował drugą fajkę i wszyscy aż zachłysnęli się z zachwytu.
Jej budowa była bardziej złożona: wewnętrzny bambusowy cybuch otaczała miedziana rurka, szkliwiona w stylu kantońskim, pomalowana na zielono i ozdobiona wzorami w odcieniach błękitu, bieli i złota. Główkę pokryto czerwoną glazurą; widniały na niej małe czarne nietoperze - chiński symbol szczęścia. Ustnik wykonano z białego jadeitu.
- Ach... Bardzo kosztowny przedmiot. - Starszy wioski powiedział głośno to, co wszyscy pomyśleli.
- Połóżcie się na otomanie, a ja przygotuję dla nas fajki - zaproponował pan Lung.
Dla sąsiadów był to wyraźny sygnał do wyjścia. Palenie opium stanowiło prywatny rytuał, a zaproszony do niego był jedynie starzec.
Pan Lung przyniósł tacę pokrytą laką, postawił ją na stoliku i począł rozkładać niezbędne akcesoria z takim namaszczeniem, z jakim kobiety przygotowują się do ceremonii parzenia herbaty. Była tam mosiężna lampka oliwna ze szklanym kloszem, poza tym dwie igły, dwie spluwaczki, ceramiczne naczynko w kształcie spodka i szklany słoiczek z opium, obok którego leżała kościana łyżeczka.
Wziąwszy jedną z igieł, pan Lung przetkał nią główki obu fajek, aby upewnić się, że są zupełnie czyste. Następnie zapalił mosiężną lampkę oliwną i ujmując kościaną łyżeczkę kciukiem oraz palcem wskazującym, wydobył ze słoiczka odrobinę opium i umieścił na ceramicznym naczynku, po czym, posługując się łyżeczką oraz igłą, starannie utoczył z niego kulkę wielkości ziarna grochu.
Teraz nadszedł czas, aby rozgrzać opium. Wymagało to sporego wyczucia i umiejętności. Pan Lung podniósł kulkę czubkiem igły i ostrożnie umieścił nad lampą. Na oczach starszego wioski zwinięte niczym pączek kwiatu opium zaczęło powoli pęcznieć, a jego kolor zmienił się z ciemnobrązowego na bursztynowy.
Mężczyźni obserwowali, jak kulka opium zaczyna się złocić; wówczas pan Lung włożył ją do główki fajki starca. Ten umościł się na otomanie tak, aby leżeć z głową nachyloną nad stolikiem i lampą. Gospodarz pokazał mu, jak trzymać główkę fajki: blisko lampy, aby ciepło wydobywało opary ze złocistego opium w środku, ale nie za blisko, żeby opium się nie spaliło. Zaczekał, aż starzec zrobi co należy, a gdy udało mu się zaciągnąć, zaczął przygotowywać fajkę dla siebie.
- Wiedzieliście, starcze, że opium zwiększa możliwości seksualne mężczyzny? - zagadnął.
- Ach. To bardzo interesujące - odparł gość. - Bardzo.
- Chociaż wy przed dwoma laty straciliście żonę - zauważył gospodarz.
- Zawsze mogę sobie znaleźć nową - odparł starszy wioski. Jego twarz zdążyła już przybrać rozanielony wyraz.
Teściowa i pozostali siedzieli w milczeniu na dziedzińcu. Trudno było orzec, czy starsza kobieta pochwala palenie opium. Musiała je akceptować jako oznakę statusu swojej rodziny; dzięki temu mieszkańcy wioski jeszcze bardziej ją szanowali i jeszcze bardziej jej się bali.
Tego wieczoru Młodszy Syn był bardzo zmęczony. Dopóki się nie odezwał, Mei-Ling sądziła, że śpi.
- Wiem, że kochasz Nio. Przepraszam cię za matkę - powiedział nieoczekiwanie.
Zalała ją fala ulgi i przejęta do głębi zaczęła szeptać:
- Było mi tak ciężko na sercu, bo obiecałam się z nim zobaczyć, ale teraz chyba nie mogę. Za nic nie chciałabym cię zdenerwować.
- Nie mam nic przeciwko twojemu spotkaniu z Nio. To matka jest temu przeciwna. - Z oczu Mei-Ling popłynęły łzy, więc objął ją ramieniem. Kiedy przestała płakać, spał już jak zabity.
Rankiem wszystko wydawało się możliwe. Zaraz po przebudzeniu Mei-Ling wymknęła się na dziedziniec i na widok porannej mgły zrozumiała, co powinna zrobić, albowiem to, co ujrzała, zerkając przez furtkę w stronę stawu, w niczym nie przypominało wczorajszej mgiełki. Otaczał ją gęsty, biały obłok. Nieprzenikniony. Wszechobecny. Jak czapka niewidka podarowana jej przez bogów. Był to ten rodzaj mgły, w której, jeśli ktoś był na tyle głupi, aby się w niej zanurzyć, raz-dwa można było stracić orientację.
Miała zatem gotową wymówkę: wyszła z domu i zgubiła się. Poszła przed siebie ścieżką i nie mogła trafić z powrotem. Kto zdoła dowieść, gdzie naprawdę była? Nikt niczego nie zauważy.
Wróciła do izby. Jej kochany mąż nadal spał. Miała ochotę go pocałować, lecz nie zrobiła tego z obawy, że go obudzi. Pod spód tuniki naciągnęła szybko luźne rajtuzy, wsunęła stopy w drewniaki, chwyciła szal i wyśliznęła się na zewnątrz. Gdy przechodziła przez dziedziniec, z otomany dobiegło ją chrapanie starszego wioski. Najwyraźniej został u nich na noc. Drzwi do izby Wierzby były niedomknięte; czyżby szwagierka ją podglądała? Mei-Ling miała nadzieję, że nie. Chwilę później znalazła się za furtką i spowiła ją gęsta mgła.
Na szczęście dokładnie wiedziała, gdzie znajduje się mostek, bo inaczej by go nie dostrzegła. Macając przed sobą na oślep, odnalazła w końcu poręcz i ruszyła naprzód. Czuła zapach trzcin i mułu. Drewniane deski skrzypiały pod jej stopami. Czy w domu mogli to usłyszeć?
Wreszcie zeszła z mostku na ścieżkę i skręciła w prawo. Z obu stron górowały nad nią bambusowe zarośla - gęste, zielone. Nie widziała ich, lecz krople wilgoci spadały miękko z liści na jej głowę, gdy wędrowała wydeptaną dróżką biegnącą skrajem wioski. Poczuła bijący z ziemi ostry, kwaśnawy zapach i już wiedziała - nie widząc go - że mija niewielki gaj bananowców.
W tym samym momencie usłyszała za sobą dźwięk: ciche skrzypienie po przeciwnej stronie stawu. Ktoś przechodził przez mostek. Zmroził ją strach; czyżby Wierzba zauważyła, że wychodzi, i doniosła teściowej? Przyspieszyła, potknęła się o korzeń i nieomal upadła; w ostatniej chwili zdołała odzyskać równowagę. Jeżeli dotrze na miejsce spotkania, zanim stara ją dogoni, zdąży ukryć się we mgle wraz z Nio. Wytężyła słuch. Cisza. Matka musiała się zatrzymać albo jest już na ścieżce.
Ta zaś wznosiła się, aby na szczycie niedużego wzgórza, przy wjeździe do wioski, połączyć się z drogą gruntową. Gdy Mei-Ling znalazła się na głównym trakcie, dojrzała niewyraźny zarys małej kamiennej świątyni z drewnianą figurką przedstawiającą człowieka - choć jej zawsze bardziej przypominała pokurczoną ze starości małpę. Pradawny założyciel wioski wciąż chronił swój ród i całą osadę. Poprosiła go w duchu o błogosławieństwo, chociaż wątpiła, czy je otrzyma.
To tutaj miała się spotkać z Nio. Cicho zawołała go po imieniu.
Mgła przypominała gęsty, nisko zawieszony tuman, pokrywała pola ryżowe za plecami dziewczyny i strumyk, gdzie mieszkały kaczki, kawałek dalej na lewo. Mimo to Mei-Ling rozróżniała dachy chat przy drodze przed sobą, a za nimi łagodne wzniesienie i dwa niewielkie grzbiety górskie - miejscowi nazywali je Niebieskim Smokiem i Białym Tygrysem - które niczym opiekuńcze ramiona z obu stron obejmowały wioskę.
Zwykle było to przyjemne miejsce. Latem osadę chłodziła bryza znad morza; zimą niskie słońce ogrzewało ją łagodnie. Feng shui wioski - wiatr i woda - było dobre, ale jeżeli Matka ją teraz przyłapie, rozpęta się tu istne piekło. Niespokojnie próbowała przebić wzrokiem mgłę. Nie mogła zbyt długo czekać.
Raz jeszcze zawołała Nio. Żadnej odpowiedzi. Jeśli chłopak wyszedł jej na spotkanie, to nawet w tej mgle na wąskiej drodze nie mogłaby się z nim rozminąć. Mamrocząc przekleństwa, pospiesznie zawróciła do wioski.
Dom jej rodziców nie prezentował się zbyt okazale. W przeciwieństwie do chat naprzeciwko nie miał dziedzińca z furtką od strony ulicy. Front tworzyły zbite byle jak deski, w które wstawiono, nie całkiem pionowo, stare drzwi od sąsiada, zabrane przed laty, gdy jego dom był rozbierany. Zamiast otwierać się na ciemne wnętrze głównej izby, wyglądały one tak, jakby miały lada moment wpaść do środka. Piętra właściwie nie było; rodzice wdrapywali się po wewnętrznej drabinie na niski stryszek, gdzie sypiali.
Mei-Ling dotarła do rozklekotanych drewnianych drzwi i pchnęła je.
- Nio! - wyszeptała zniecierpliwiona. - Nio!
Z mroku dobiegł ją najpierw szelest, a potem jego głos:
- To ty, Starsza Siostro?
- Oczywiście, że ja. Gdzie się podziewałeś?
- Nie myślałem, że przyjdziesz.
- Przecież ci obiecałam.
- Córko. - U szczytu drabiny ukazała się głowa ojca. - Wracaj do domu. Nie powinnaś tutaj przychodzić. - Matka zawtórowała mu zaraz ze stryszku: - Wracaj do siebie. Prędko, pospiesz się.
To przeważyło szalę.
Mei-Ling zamknęła za sobą drzwi.
- Jeżeli ktoś przyjdzie, mówcie, że mnie tu nie ma! - zawołała jeszcze do rodziców.
Na tyłach domu znajdowało się podwórko. Gdy dziewczyna tam wyszła, Nio wstał i wciągnął koszulę. Dołączył do niej zaraz, rozespany, gotów się tłumaczyć.
- Nie sądziłem, że uda ci się wydostać - powiedział - a jeszcze ta mgła...
Mei-Ling spojrzała na niego ze smutkiem poprzez białawe, wilgotne opary.
- Więc uciekłeś z domu. Bliscy cię nie szukają?
- Nie. Powiedziałem ojcu, że chcę się z wami zobaczyć. Dał mi pieniądze i podarek dla twoich rodziców. Uprzedziłem go, że trochę tutaj zostanę.
- Przecież nie chcesz wracać. Chodzi o twoją macochę? Źle cię traktuje?
- Nie, jest w porządku.
- Podobno masz młodsze rodzeństwo, brata i siostrę. Lubisz ich?
- Mogą być. - Speszył się, po czym wybuchnął: - Traktują mnie jak dziecko.
- Dla rodziców zawsze pozostajemy dziećmi, Nio - odparła łagodnie. Wiedziała jednak, że go nie przekona. Musiało dojść do jakiejś rodzinnej kłótni, o której jej nie powiedział. A może ktoś go upokorzył? - Dokąd więc pojedziesz? - spytała.
- Do wielkiego miasta. Do Guangzhou. - Uśmiechnął się. - Nauczyłaś mnie mówić po kantońsku.
Guangzhou nad Rzeką Perłową, wielki port zwany przez cudzoziemców Kantonem. Gdy Nio zjawił się u nich jako mały chłopiec, znał tylko język ludu Hakka z wioski, w której mieszkał. Nikt go nie rozumiał. Wiele miesięcy zajęło Mei-Ling nauczenie go kantońskiego dialektu, którym posługiwano się w ich wiosce - prowincjonalnej odmiany języka, jakim mówiono w wielkim mieście, ale przynajmniej zrozumiałej dla mieszkańców metropolii. Jednak myśl o Braciszku błąkającym się samotnie po wielkim porcie napełniła ją trwogą.
- Nikogo tam nie znasz, Nio. Zgubisz się. Nie jedź - poprosiła. - Co zresztą miałbyś tam robić?
- Znajdę jakąś pracę. Może zostanę przemytnikiem. Zarobię dużo pieniędzy.
Na wybrzeżu przy ujściu Rzeki Perłowej kwitł nielegalny handel rozmaitym towarem. Ale to było niebezpieczne życie.
- Nie znasz żadnych przemytników - stwierdziła stanowczo. - Wszyscy należą do gangów. Jeżeli zostaniesz schwytany, grozi ci egzekucja. - Nie wiedziała co prawda zbyt wiele o gangach, ale coś niecoś słyszała.
- Znam różnych ludzi. - Nio uśmiechnął się półgębkiem, jakby skrywał jakąś tajemnicę.
- Nieprawda.
Bo niby skąd miałby ich znać? Żachnęła się na samą myśl, lecz potem coś jej zaświtało. Poprzedniego wieczoru teściowa nazwała go przestępcą. Powiedziała to z wielkim przekonaniem. Nio zapewne rozpowiadał po wsi, że uciekł z domu, co już samo w sobie było wystarczająco głupie, a może wymknęło mu się coś więcej - jakaś kompromitująca informacja, która dotarła do teściowej.
Przyjrzała się chłopcu. Przypuszczała, że chciał tylko pozować na ważnego i tajemniczego, ale ta myśl jej nie uspokoiła. Czyżby poznał kogoś, kto trudnił się przemytem? Możliwe. Czy ten ktoś wciągnął go do gangu, kusząc obietnicami bogactwa i lepszego życia? Miała okropne przeczucie, że Nio naraża się na wielkie niebezpieczeństwo.
- Przyznaj się, Nio - odezwała się stanowczo - mówiłeś we wsi o czymś, przez co mogłeś się znaleźć na ludzkich językach?
Chłopak zawahał się, a jej ścisnęło się serce.
- Wdałem się w kłótnię - odparł. - Ale to ja miałem rację.
- Z kim?
- Z kilkoma mężczyznami.
- O co poszło?
Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią, po czym wybuchnął:
- Hanowie nie dorównują Hakka odwagą. W przeciwnym razie nie daliby się zniewolić Mandżurom!
- Co ty wygadujesz?
- Mandżurscy cesarze zmuszają wszystkich do noszenia warkoczy na znak poddaństwa. Ich rody żyją w dostatku, a Hanowie muszą na nich harować. To hańba.
Mei-Ling patrzyła na niego przerażona. Czy chciał wylądować w więzieniu? Naraz dotarła do niej straszliwa prawda.
- Nio, dołączyłeś do Białego Lotosu?
W Chinach istniało wiele stowarzyszeń, których członkami mogli być wyłącznie mężczyźni - od szanowanych rad miejskich po grupy przestępcze skupiające wszelkiej maści zabijaków. Uczeni zakładali towarzystwa kulturalne, gdzie recytowano wiersze w świetle księżyca. Zamożni kupcy tworzyli w miastach gildie i wznosili dla nich siedziby podobne do pałaców. Rzemieślnicy zrzeszali się, żeby nawzajem się wspierać.
Były też tajne stowarzyszenia, takie jak Biały Lotos, liczące setki tysięcy członków. Nikt ich nie znał i nie wiedział, co zamierzają. Ubogi wieśniak albo uśmiechnięty sprzedawca mógł być za dnia kimś zupełnie innym niż po zmroku. Bywało, że bojownicy Białego Lotosu podpalali domy skorumpowanych urzędników. Czasami kogoś mordowali. Mei-Ling słyszała, jak mówiono, że pewnego dnia Biały Lotos obali mandżurskiego cesarza.
Czy jej Braciszek mógł wdać się w konszachty z takimi ludźmi? Był taki uparty! W dodatku od dziecka miał własne szalone wyobrażenie o wymierzaniu sprawiedliwości, co zaowocowało blizną na jego twarzy. Tak, uznała po namyśle, to całkiem możliwe.
- Skądże, Starsza Siostro - odparł, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu: - A gdyby nawet, to przecież nic bym ci nie powiedział.
Z jednej strony Mei-Ling miała ochotę nim potrząsnąć, z drugiej - pragnęła go objąć i mocno przytulić, uchronić od wszelkiego zła.
- Och, Nio. Jeszcze o tym porozmawiamy. - Musiała znaleźć sposób, żeby spędzić z nim więcej czasu, przemówić mu do rozsądku. Nie wiedziała, jak tego dokona, ale nie miała wyjścia.
- Dzisiaj wyjeżdżam - oznajmił jej z nutą przekornego triumfu.
- Nie możesz! - krzyknęła. - Zaczekaj trochę. - Musiała zebrać myśli. - Choć kilka dni. Nie chcesz znowu się ze mną spotkać? Proszę!
- No dobrze - zgodził się niechętnie. Wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale umilkł na widok jej ojca. Na twarzy mężczyzny malował się strach. - Ktoś przyszedł - jęknął.
- Powiedzcie, że mnie tutaj nie ma - odszepnęła. To mogła być tylko matka jej męża. - Szybko - ponagliła ojca, lecz ten ani drgnął. Podobnie jak wszyscy w wiosce bał się jej teściowej. - Proszę, ojcze.
Było już jednak za późno. Drzwi frontowe uchyliły się krzywo, ukazując spowitą mgłą postać, która weszła do środka.
Ku swojej radości Mei-Ling rozpoznała w przybyszu męża.
Musiała czym prędzej wrócić z nim do domu.
- Domyśliłem się, że tutaj będziesz - rzekł - ale musimy się pospieszyć.
- Słyszałam twoje kroki na mostku - odpowiedziała. - Myślałam, że to twoja matka. - Spojrzała na niego z niepokojem. - Gniewasz się na mnie? - Pokręcił głową. - Co powiemy Matce, jeśli zauważy naszą nieobecność?
- Wyjaśnię, że zabrałem cię na przechadzkę.
- We mgle?
- Nie dowiedzie, że było inaczej. - Uśmiechnął się. - Nic nam nie zrobi.
- Jesteś dla mnie taki dobry.
Minęli małą świątynię i skręcili na bity trakt.
- Wiesz, dlaczego zmusiłem ich, żeby pozwolili mi ciebie poślubić, Mei-Ling? - zapytał nagle. - Myślisz, że chodziło o twoją urodę? O to, że byłaś najładniejszą dziewczyną w wiosce?
- Nie wiem.
- Dostrzegłem w tobie charakter. Twojego ducha. To on sprawia, że twoja twarz jest taka piękna. Dlatego cię poślubiłem. Wiedziałem, że bez względu na cenę, jaką ci przyjdzie zapłacić, spróbujesz spotkać się ze swoim Młodszym Bratem, bo go kochasz. Bo jesteś dobra. To sprawia, że jestem szczęśliwy.
- A ja mam szczęście, że mam ciebie za męża - odparła Mei-Ling. Potem opowiedziała mu wszystko o Nio i swoich obawach.
- Niedobrze - przyznał.
- Jest taki uparty - dodała. - Wiesz, skąd wzięła się blizna na jego twarzy? Kiedy był mały, jeden ze starszych chłopców we wsi powiedział coś obraźliwego o moim ojcu - że jest biedny i głupi - a potem podburzył innych, żeby się z niego wyśmiewali. Nio rzucił się na niego, chociaż tamten był od niego dwa razy większy. Powalił go, ale wtedy ten chłopak złapał kawałek deski i uderzył Nio w twarz. Stąd ma tę bliznę.
- Wykazał się odwagą.
- Owszem. Sęk w tym, że jeśli uważa, że ma rację, przestaje rozsądnie myśleć. Nigdy nie wiem, co nowego zmaluje.
- Trudno będzie ci znowu się z nim spotkać - zauważył Młodszy Syn. - Chyba nawet ja nie zdołam ci tego ułatwić. - Nagle się rozchmurzył. - Ale mogę z nim pomówić w twoim imieniu. Nikt mi tego nie zabronił. Może mnie posłucha.
- Zrobiłbyś to?
- Choćby dziś po południu, jeśli chcesz.
- Och, mężu. - Zarzuciła mu ramiona na szyję. Nie uchodziło okazywać uczuć publicznie, ale w tej mgle nikt ich nie mógł zobaczyć. Ruszyli dalej przed siebie. Tuż przed mostkiem Mei-Ling znowu się odezwała: - Jest jeszcze coś, o czym chcę ci powiedzieć.
- Kolejne złe nowiny?
- Wręcz przeciwnie. To znaczy nie mam całkowitej pewności... - Zawahała się. - Jeszcze nie. Ale chyba zostaniesz ojcem.
Jego twarz się rozpromieniła.
- Naprawdę?
- Nie mogę obiecać, że to będzie syn...
- Nie dbam o to, jeżeli córka będzie podobna do ciebie.
- Dlaczego zawsze jesteś taki dobry, mężu? - Nie uwierzyła mu, oczywiście; żadna chińska rodzina nie pragnęła dziewczynek. Gratulowano tym, którym urodził się syn. Po narodzinach dziewczynki ludzie albo nic nie mówili, albo rzucali uwagi w rodzaju: "Oby następnym razem wam się poszczęściło". Raz słyszała, jak ktoś powiedział do ojca nowo narodzonej dziewczynki: "Współczuję ci. Spotkało cię takie nieszczęście!".
- Naprawdę nie miałbym nic przeciwko. Jeżeli nie będą się rodzić dziewczynki, wkrótce w ogóle przestaną się rodzić dzieci. To oczywiste: zabraknie nam przyszłych matek. To głupota chcieć mieć samych synów.
Mei-Ling skinęła głową.
- Zawsze marzyłam o córeczce - wyznała. - Ale nikomu tego nie mówiłam, żeby nie narazić się na ludzki gniew.
Weszli na mostek. Mgła powoli rzedła; widzieli już poręcze i szarą wodę w dole.
Po wejściu do domu zastali tam starszego wioski, który zdążył tymczasem trochę się rozbudzić: siedział teraz na szerokiej otomanie i popijał herbatę. Matka też tam była. Stojąc w przejściu, łypnęła na nich gniewnie i zwróciła się wprost do Mei-Ling:
- Gdzie byłaś? - Wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć.
- Spacerowałam z mężem, Matko - odparła potulnie dziewczyna.
- We mgle? Kłamiesz!
- Mieliśmy coś do omówienia, Matko - wtrącił Młodszy Syn. Zaczekał, aż wściekły wzrok kobiety spocznie na nim. Nie spieszył się. - Moja żona spodziewa się dziecka.
Zobaczyli, że stara podejrzliwie mruży oczy. Uwierzyła im? Jeśli okaże się to nieprawdą, uzna, że sobie z niej zakpili, a to byłoby bardzo niebezpieczne. Jeśli jednak dziecko rzeczywiście jest w drodze...
Kobieta znowu utkwiła spojrzenie w Mei-Ling. Kiedy się odezwała, jej ton był przerażająco lodowaty.
- Oby to był chłopiec, Mei-Ling.
Młodszy Syn wrócił dopiero pod wieczór. Wybrał się w interesach do sąsiedniej wioski. Mgła ustąpiła kilka godzin wcześniej i teraz ich osada, pola ryżowe, staw z kaczkami i przyjazne ramiona górskich grzbietów skąpane były w popołudniowym świetle.
Twarz mężczyzny, ukryta pod szerokim słomianym kapeluszem, który nosił dla ochrony przed słońcem, była uśmiechnięta. Od mglistego poranka wszystko układało się znakomicie. Miał do załatwienia jeszcze jedną sprawę, która będzie zwieńczeniem tego dnia, jednego - jak sądził - z najlepszych w jego życiu.
Musiał tylko uszczęśliwić żonę i przekonać nierozważnego wyrostka, aby ten nie uciekł do miasta, gdzie na pewno napytałby sobie biedy. Niełatwe zadanie, lecz on nigdy nie cofał się przed wyzwaniami. Do tego konkretnego podszedł tym bardziej gorliwie, że wystarczyło mu wyobrazić sobie wyraz szczęścia, jaki zagości na twarzy Mei-Ling, jeżeli wykona swą misję. Przez całą drogę powtarzał w myślach zdania pełne rozmaitych mądrości.
Minąwszy małą świątynię na wjeździe do osady, sięgnął do tyłu, aby strzepnąć kurz z warkocza. Poprawił też kaftan; nie chciał, aby cokolwiek psuło wrażenie dyskretnej powagi i autorytetu, jakie miał nadzieję dzisiaj roztaczać. Idąc, witał się uprzejmie z wieśniakami, bacząc, czy odpowiadają z należytym szacunkiem na jego pozdrowienia.
Gdy znalazł się przed domem rodziców Mei-Ling, zapukał do drzwi, które natychmiast otworzył jej ojciec. Ukłonił mu się nisko, lękliwie.
- Przychodzę pomówić z tym młodym człowiekiem, Nio - wyjaśnił Młodszy Syn. - Na prośbę Mei-Ling.
- Och. - Jego teść wyglądał na zdenerwowanego. - Najmocniej przepraszam - ponownie się ukłonił - ale Nio już tutaj nie ma.
- Czy prędko wróci?
- Wyjechał. Jeszcze przed południem. - Starszy człowiek pokręcił głową. - Ruszył do miasta. Już do nas nie wróci. - Ze smutkiem spojrzał na zięcia. - Być może nigdy go nie zobaczymy.
Na wieczornym niebie wisiało czerwone słońce. Wsparty na hebanowej lasce stary pan Jiang spoglądał ze zbocze, gdzie przycupnął jego wiekowy dom, i na rozległe, płaskie dno doliny, przez które, niczym strumień złocistej wulkanicznej lawy, płynęła szeroka niemal na milę Żółta Rzeka.
Żółta Rzeka; u źródła jej wody były całkiem przejrzyste, później jednak wiła się przez region zawdzięczający swoją glebę, zwaną lessową, piaskom nanoszonym przez wieki znad pustyni Gobi. Wiatr odkładał je tam, aż powstał olbrzymi, pomarańczowo-brunatny płaskowyż. Rzeka toczyła przezeń swe wody, które nabierały żółtej barwy. Tutaj, w prowincji Henan, samym sercu dawnych Chin, jej nurt nadal był żółty i pozostawał taki przez setki mil, dopóki nie złączyła się z morzem.
Cztery tysiące lat wcześniej legendarny cesarz Yu nauczył swój lud, jak okiełznać potężną rzekę, pogłębiać ją i nawadniać okoliczne ziemie. To był prawdziwy początek wielkich Chin, pomyślał starzec.
Oczywiście, jak we wszystkim, tu także należało zachować czujność. Rzeka niosła takie ilości mułu, że jej dno stale się podnosiło. Gołym okiem można było tego nie zauważyć, ponieważ wraz z okresowym podnoszeniem się i opadaniem wód rzeka rzeźbiła nowe koryto, lecz w istocie płynęła teraz powyżej otaczającego ją terenu. Dlatego co dziesięć lat trzeba było ją pogłębiać i wykonywać inne niezbędne prace. Za rok albo dwa znowu ich to czekało.
Tyle że mnie już wtedy nie będzie, pomyślał starzec i uśmiechnął się.
Cieszył się, że ostatni wieczór jego życia - przynajmniej w tym wcieleniu - jest taki piękny.
Plan był dość prosty. Zaczeka do zmierzchu, aż wszyscy w domu zasną, a potem zażyje truciznę ukrytą w sypialni, w szkatułce, którą tylko on potrafił otworzyć. Starannie ją dobrał, aby jego śmierć wyglądała na naturalną.
Nie chciał sprawiać kłopotu siostrze i swojemu synowi, Shi-Rongowi.
Pięćdziesiąt stóp przed nim wąska brama wiodąca do rodzinnego gospodarstwa - którego pokryty płytkami rozłożysty dach zakrzywiał się elegancko w najlepszym chińskim stylu - zdawała się zapraszać nowego pana tych włości na dziedziniec, który się za nią rozciągał. Wyżej na zboczu drewniane chaty wioski obsiadły szlak biegnący w górę wąwozem, o ścianach podziurawionych otworami jaskiń, z których część służyła jako spichlerze, a inne jako mieszkania. Dalej wąwóz przechodził w stromą ścieżkę, wznoszącą się na podobieństwo wykutych w skale schodów na sam szczyt wysokiego wzniesienia, gdzie na skalnym występie wśród drzew kryła się mała świątynia buddyjska.
Kiedy starzec odwrócił się, żeby raz jeszcze spojrzeć na zachód, na niknącą za wzgórzami słoneczną kulę, żałował już tylko jednego: że nie potrafi latać. Chciałbym choć raz pofrunąć, pomyślał. Dzisiaj, tego wieczoru.
Ponad tysiąc mil dzieliło go od wielkiej Wyżyny Tybetańskiej, rozległego "dachu świata" otoczonego przez Himalaje, ponad którym zdawało się w tej chwili zachodzić słońce. Przypuszczał, że człowiek czuł się tam bliżej wiecznego błękitu niebios niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi. Z tych niebiańskich wyżyn brały swój początek największe rzeki Azji: Ganges, Indus, Irawadi, Brahmaputra i Mekong, wszystkie zmierzające na południe; ku wschodowi zaś toczyły swe wody dwie potężne chińskie rzeki - Jangcy, obejmująca swoją gigantyczną pętlą doliny i pola ryżowe południowych Chin, oraz Żółta Rzeka, która niby olbrzymi wąż sunęła przez obsadzone zbożem równiny centralnej i północnej części kraju.
Wyżyna Tybetańska: milcząca kraina zamarzniętych jezior i lodowców, niekończący się płaskowyż, miejsce spotkania nieba z ziemią, skąd brało początek wszelkie życie...
Był tam kiedyś, za młodu. Ogarnął go żal, że nie może znów wybrać się na wyżynę, i pozazdrościł czerwonemu słońcu, które codziennie ją oglądało. Pokiwał głową. Dziś wieczorem, pomyślał, właśnie ten widok będzie miał przed oczami, kiedy osunie się w objęcia śmierci.
Jego siostra siedziała przy niskim stoliku. Posiwiała, lecz wciąż była piękna; miał szczęście, mogąc cieszyć się jej towarzystwem, zwłaszcza że jego własna żona i córka już opuściły ten padół.
Na stoliku zauważył kupki patyczków do wróżenia z Księgi Przemian, I Ching. Nie podnosząc wzroku, powiedziała:
- Wiem o truciźnie.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
- Wyrocznia I Ching ci powiedziała?
- Nie. Otworzyłam szkatułkę.
- Ach. - Zrezygnowany skinął głową. Jego siostrze nigdy nie brakowało sprytu.
Ich ojciec od razu to zauważył, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Zatrudnił nauczyciela, żeby udzielał lekcji czytania i pisania im obojgu, a także pewnemu uzdolnionemu chłopcu z wioski.
Chłopiec ów sam był teraz szanowanym nauczycielem w mieście Zhengzhou, a jego syn zdał egzaminy urzędnicze na szczeblu prowincjonalnym. Szlachetny system cesarskiej edukacji umożliwiał wieśniakom awans na najwyższe urzędy - pod warunkiem, że ktoś im dopomógł, opłaciwszy naukę. Czyniąc to, ich ojciec, dobry buddysta, niewątpliwie zaskarbił sobie nie lada zasługi.
Siostra okazała się niezwykle bystra. Gdyby dziewczęta dopuszczano do egzaminów cesarskich, pomyślał cierpko Jiang, mogłaby je zdać lepiej ode mnie. A tak należała do wąskiego grona wykształconych kobiet - w całej prowincji mogło ich być nie więcej niż pół tuzina - którym nawet uczeni okazywali najwyższy szacunek.
- Od miesiąca prawie nic nie jesz, bracie - powiedziała - w dodatku ukrywasz truciznę. Powiedz mi, proszę, dlaczego.
Zawahał się. Nie chciał jej niczego wyjaśniać. Wolałby odejść szybko, bezboleśnie.
- Pamiętasz, jak umarł nasz ojciec - rzekł cicho.
- Jak mogłabym zapomnieć?
- Cierpię na tę samą chorobę. W ubiegłym miesiącu, kiedy wybrałem się do Zhengzhou, odwiedziłem tam aptekarza. Podobno jest najlepszy. Stwierdził u mnie duży brak równowagi qi. Zaordynował akupunkturę. Na krótko mi pomogło. Ale później... - Pokręcił głową. - Nie chcę cierpieć tak jak nasz ojciec. Nie chcę też, abyście ty albo mój syn musieli na to patrzeć.
- Boisz się śmierci? - zapytała.
- Gdy byłem młody, to chociaż bywałem w świątyni buddyjskiej i studiowałem mędrców tao, starałem się przede wszystkim przestrzegać zaleceń Konfucjusza. Na pierwszym miejscu stawiałem pracę, obowiązki wobec rodziny i dobre uczynki. Z wiekiem znów odnalazłem pociechę w buddyzmie i zacząłem rozmyślać o przyszłej egzystencji z nadzieją, że dobrze przeżyte życie zagwarantuje mi lepszą reinkarnację. Ale im jestem starszy, tym bardziej pociąga mnie to, co nie ma swojej nazwy, a co zwiemy tao. Drogą. - Zamyślony pokiwał głową. - Nie zabiegam już o to życie ani o kolejne, pragnę tylko płynąć z prądem wszechrzeczy. - Łagodnie popatrzył na siostrę. - Zresztą - dodał - jak wie każdy niepiśmienny wieśniak, żyjemy dalej w naszych dzieciach.
- Nie zażywaj na razie trucizny - poprosiła. - Twój syn może cię jeszcze odwiedzić.
- Wyrocznia I Ching tak ci powiedziała? - Spojrzał na nią podejrzliwie. Przytaknęła. Nie dał się zwieść. - Napisałaś do niego. Wiesz, że tu przyjedzie?
- O ile tylko będzie mógł. Zna swoją synowską powinność.
Starzec skinął głową i usiadł. Po kilku minutach zamknął oczy. Jego siostra nie przestawała wpatrywać się w heksagramy I Ching na papierze przed sobą.
O zmierzchu ciszę zakłócił stary sługa, który wpadł z pośpiechem do domu, wołając:
- Panie Jiang! Panie Jiang! Wasz syn nadjeżdża!
Shi-Rong padł na kolana i dotknął głową ziemi. Pokłon koutou był oznaką szacunku należnego ojcu jako głowie rodziny. Nie mógł uwierzyć, jak bardzo staruszek wychudł.
Widok syna i wieści, które przywiózł, zdały się jednak wlewać nowe życie w pana Jianga. Z ożywieniem kiwał głową, gdy Shi-Rong nakreślał mu swoje plany na przyszłość.
- Bardzo dobrze - pochwalił. - Słyszałem o szlachetnym panu Linie. To zacny człowiek. Jeden z niewielu. - Pokiwał głową. - Oczywiście powinieneś raz jeszcze podejść do egzaminów. Ale dobrze robisz, korzystając z takiej okazji. Sam cesarz...
- Dam mu się poznać z jak najlepszej strony - obiecał Shi-Rong.
- Skoro przyjechałeś, przyszykuję twoje ulubione danie - wtrąciła z uśmiechem ciotka. Ze wszystkich potraw kuchni prowincji Yu, Shi-Rong od małego najwyżej cenił danie rybne: karpia z Żółtej Rzeki, podawanego na trzy sposoby: w zupie, smażonego i na słodko-kwaśno. Nikt nie przyrządzał go lepiej niż ciotka. Potrawa była jednak czasochłonna - jej przygotowanie zajmowało aż trzy dni.
- Rano muszę wracać - zmuszony był wyznać Shi-Rong. Zobaczył, że ciotka zapada się w sobie jak po uderzeniu, a ojciec sztywnieje. Cóż jednak mógł począć?
- Nie możesz pozwolić, żeby szlachetny Lin na ciebie czekał! - zawołał ochryple ojciec. Zaraz jednak, żeby zatuszować ten wybuch emocji, dodał: - Żałuję tylko, że będziesz musiał obcować z ludźmi z południa, mój synu.
Shi-Rong uśmiechnął się. Nawet w takiej chwili ojciec trwał w swoim przekonaniu, że jedynymi prawdziwymi Chińczykami są Hanowie znad Żółtej Rzeki i wielkich, porośniętych zbożem północnych równin.
- Nadal nie cenicie ludzi z pól ryżowych, ojcze?
- Myślą wyłącznie o pieniądzach - odrzekł z pogardą pan Jiang.
- Mówisz, że szlachetny pan Lin zamierza ukrócić napady barbarzyńskich piratów - wtrąciła niespokojnie ciotka. - Czy to znaczy, że będziesz musiał wypłynąć w morze?
- Zrobi to, co mu rozkaże pan Lin - uciął ojciec. - Na pewno jest głodny - dorzucił.
Podczas gdy ciotka przygotowywała posiłek, starzec wypytał go o szczegóły jego misji.
- Czy ci piraci, o których mówisz, to rudowłosi barbarzyńcy czy inne brodate diabły? - chciał wiedzieć.
- Właściwie to nie wiem - odrzekł Shi-Rong. - Pan Wen słyszał od szlachetnego pana Lina, że niegdyś przysłali tu swoich posłów. A także że są bardzo owłosieni i nie zginają nóg, dlatego często się przewracają.
- To brzmi mało prawdopodobnie - rzekł starzec. - Ale pamiętam, że gdy byłem młody, na dwór dziadka obecnego cesarza istotnie przybyło takie poselstwo. Słyszałem o nim od ludzi będących blisko dworu. Barbarzyńcy przypłynęli statkiem z dalekiego lądu na zachodzie. Ich ambasador przywiózł podarki, ale odmówił wykonania koutou przed cesarzem, jak tego wymagał zwyczaj. Nigdy przedtem to się nie zdarzyło. Cesarz rozumiał, że ma do czynienia z ignorantem i głupcem, mimo to obdarował go wspaniałym nefrytem - choć ten dureń najwyraźniej nie poznał się na jego wartości. Potem barbarzyńcy zaprezentowali dary ze swojego kraju - zegary, teleskopy i co tam jeszcze - myśląc, że będziemy pod wrażeniem. Cesarz wyjaśnił im, że nie potrzebujemy przywiezionych przez nich rzeczy, był jednak zbyt uprzejmy, aby wytknąć, że są gorszej jakości od tych, które otrzymał już w darze od posłów z innych zachodnich krain. Na koniec barbarzyńca poprosił o zgodę na handel z innymi portami niż Guangzhou - które całkowicie zadowala pozostałych cudzoziemskich kupców - wysunął też wiele innych niemądrych żądań. To było absurdalne. - Starzec pokiwał głową. - Być może ci opiumowi piraci są z tego samego kraju.
- Prawie nic nie wiem o dalekich zamorskich lądach - przyznał Shi-Rong.
- Mało kto coś o nich wie - odparł jego ojciec. - Ale nie zawsze tak było - dodał. - Przed czterystu laty, za czasów dynastii Ming, mieliśmy wielką flotę statków handlujących z Zachodem. Z czasem przestało to być dochodowe i teraz to ich statki przypływają do nas. Cesarstwo jest takie ogromne... Nie ma rzeczy, której nie zdołalibyśmy sami wytworzyć. Barbarzyńcy potrzebują nas, a nie na odwrót.
- Na pewno potrzebują naszej herbaty - zgodził się Shi-Rong. - Słyszałem też, że jeśli brakuje im naszego rzewienia, umierają.
- Możliwe - przytaknął ojciec. - Widzę, że ciotka przygotowała już dla nas posiłek.
Zupa, pierożki nadziewane wieprzowiną, makaron z baraniną i warzywami posypany kolendrą; dopiero czując bogaty aromat potraw, Shi-Rong zdał sobie sprawę, jak bardzo był głodny. Ojciec również zjadł coś dla towarzystwa, ku wyraźnej radości ciotki.
Podczas kolacji młodzieniec odważył się zagadnąć ojca o zdrowie.
- Starzeję się, mój synu. To naturalne. Lecz nawet gdybym miał jutro umrzeć - co przecież nie nastąpi - odszedłbym szczęśliwy, wiedząc, że majątek naszej rodziny przejdzie na godnego dziedzica.
- Błagam was, ojcze, abyście żyli jeszcze przez wiele lat. Chcę, żebyście oglądali moje sukcesy, chcę dać wam wnuki. - Zauważył, że na te słowa ciotka skinęła głową z aprobatą.
- Postaram się - obiecał z uśmiechem ojciec.
- Powinien więcej jeść - powiedziała ciotka, na co Shi-Rong z czułością umieścił pierożek w ojcowskiej misce.
Pod koniec posiłku, widząc, że starzec wydaje się zmęczony, Shi-Rong zapytał, czy nie chciałby się położyć.
- Kiedy chcesz jutro wyruszyć? - zapytał go ojciec. - O świcie?
- Rankiem. Ale nie o świcie.
- Nie jestem jeszcze gotów do snu, ale twoja ciotka chce udać się na spoczynek. Życz jej dobrej nocy. Potem jeszcze porozmawiamy. Mam ci coś do powiedzenia.
Po wyjściu ciotki mężczyźni spędzili w milczeniu kilka minut, zanim pan Jiang znów się odezwał.
- Twoja ciotka zanadto się o mnie martwi. Ale jako że nikt z nas nie wie, kiedy umrze, czas, abym przekazał ci swoją ostatnią wolę. - Spojrzał z powagą na syna, który skłonił głowę. - Pierwsze zalecenie jest dosyć proste: we wszystkich działaniach kieruj się nauką Konfucjusza. Szanuj swoją rodzinę, cesarza, tradycję. W przeciwnym razie ogarnie cię chaos.
- Zawsze staram się tak postępować, ojcze. I nie przestanę.
- Nigdy w to nie wątpiłem. Ale im będziesz starszy, a zwłaszcza im większe sukcesy osiągniesz, tym większe pokusy napotkasz na swojej drodze. Będzie cię kusiło, aby przyjmować łapówki, jak czynią to niemal wszyscy urzędnicy. Dzięki temu odchodzą z urzędów z wielkim majątkiem. Lin nie przyjmuje łapówek. Stanowi chlubny wyjątek i rad jestem, że dla niego pracujesz. Jeżeli jednak pojawi się pokusa, nie wolno ci jej ulec. Dzięki uczciwości i własnym sukcesom zarobisz dość pieniędzy. Obiecujesz?
- Oczywiście, ojcze. Masz moje słowo.
- Pozostaje zatem jeszcze jedna sprawa, a dotyczy ona cesarza. - Ojciec się zawahał. - Nigdy nie zapominaj, że cesarz Chin zasiada na tronie w samym środku świata i ma mandat Niebios, aby nami rządzić. Prawdą jest, że przez tysiąclecia rządzące dynastie czasami się zmieniały, lecz gdy nadchodził ów czas, bogowie zawsze zsyłali nam liczne znaki. Na długo przedtem, zanim przed dwustu laty ostatni cesarz z dynastii Ming powiesił się z rozpaczy, dla wszystkich było jasne, że odpowiedzią na nasze potrzeby są Mandżurowie z północy.
- Nie dla wszystkich - musiał zaprotestować jego syn.
- Masz na myśli garstkę zwolenników dynastii Ming, którzy umknęli na Tajwan. I paru buntowników, takich jak ci bandyci z Białego Lotosu... - Ojciec wykonał lekceważący gest ręką. - Służąc cesarzowi, musisz zawsze pamiętać, że jesteś posłuszny mandatowi Niebios, mój synu. To zaś ma związek z moją ostatnią prośbą. Obiecaj mi, że nigdy nie okłamiesz cesarza.
- Naturalnie, ojcze. Dlaczego miałbym uczynić coś takiego?
- Bo wielu tak robi. Urzędnikom poleca się postąpić tak albo inaczej. Muszą składać raporty. Pragną zadowolić cesarza i zyskać awans - a przynajmniej uniknąć kłopotów - dlatego mówią cesarzowi to, co ten chce usłyszeć. Kiedy coś pójdzie nie po ich myśli albo nie zbiorą wymaganego kontyngentu, wysyłają fałszywe sprawozdania. To wbrew zasadom konfucjańskim i jeśli zostaną przyłapani, gniew cesarza może być większy, niż gdyby wyznali mu prawdę. Mimo to wielu tak postępuje. W całym cesarstwie. - Westchnął. - To nasz kardynalny grzech.
- Ja nie będę tak robić.
- Bądź uczciwy z miłości do prawdy. Będziesz miał czyste sumienie, a zarazem to pomoże ci w karierze. Jeżeli zyskasz reputację prawdomównego, cesarz będzie wiedział, że może mieć do ciebie zaufanie, i cię awansuje.
- Obiecuję, ojcze.
- W takim razie to już wszystko.
Shi-Rong spojrzał na ojca; nic dziwnego, że starzec tak cenił pana Lina. Obaj byli tak samo zacni, ulepieni z tej samej gliny. Jeżeli nawet czekająca go misja budziła w nim ciche obawy przed wrogami, jakich mógł sobie narobić, w kwestii sprawnego lawirowania po niebezpiecznym labiryncie cesarskiej biurokracji nie miał co liczyć na poradę ojca. Pod tym względem zgadzali się z panem Linem. Cóż, pozostawało mu tylko mieć nadzieję na sukces i przychylność cesarza.
Ojciec był już zmęczony. Nagle wydał się Shi-Rongowi niezwykle słaby. Czy po raz ostatni widział go żywego? Ogarnęła go fala wdzięczności i miłości do starca, a także poczucie winy. O tyle rzeczy mógł go przecież zapytać, kiedy miał po temu możliwość.
- Rano znowu porozmawiamy - obiecał mu ojciec. - Mam ci coś do pokazania, zanim wyruszysz w drogę.
Shi-Rong zbudził się wcześnie. Ojciec jeszcze spał, lecz ciotka krzątała się po kuchni, jak się tego spodziewał.
- Powiedz mi prawdę, jak miewa się ojciec - poprosił ją cicho.
- Uważa, że jest chory. Może się mylić, jednak szykuje się na śmierć. Chce odejść szybko i spokojnie. Nic nie je.
- Co mogę zrobić?
- Możesz sprawić, aby znowu zapragnął żyć. Nikt inny tego nie dokona.
- Ależ ja chcę, aby żył. Potrzebuję go żywego.
- Wobec tego może ci się udać.
- A ty? Jak ty się masz?
- Jeszcze długo pożyję - odparła po prostu. Nie wyglądała wcale na uradowaną tą perspektywą.
Dołączył do nich ojciec, najwyraźniej w znakomitym nastroju. Zjadł trochę wraz z nimi, po czym, dając znak Shi-Rongowi, rzekł:
- Mam dla ciebie zadanie.
To była ich tradycja od wczesnego dzieciństwa, odkąd ojciec zaczął mu udzielać pierwszych lekcji: na koniec zawsze czekało chłopca jakieś zadanie - niespodzianka dla pobudzenia umysłu, żeby nauczyć go czegoś nowego. Mogła to być przyrodnicza ciekawostka, zawiłe przysłowie albo starożytna pieśń. Zwykle przypominało to zabawę i żadna wizyta Shi-Ronga w domu nie mogła się bez niej obyć.
Pan Jiang wyjął z szuflady woreczek i wysypał jego zawartość na stół. Rozległ się grzechot i Shi-Rong ujrzał kupkę drobnych odłamków kości oraz żółwiej skorupy.
- Miesiąc temu byłem w Zhengzhou - wyjaśnił ojciec - i robiłem zakupy w aptece, gdy jakiś wieśniak to przyniósł. - Uśmiechnął się. - Chciał to sprzedać aptekarzowi. "Zmielisz je - rzekł - a proszek sprzedasz za wysoką cenę. Na pewno jest w nich jakaś magiczna moc". Miał gospodarstwo na północ od rzeki i twierdził, że znalazł kości w ziemi, a w domu ma ich więcej. Liczył chyba, że aptekarz z zyskiem sprzeda proszek i słono mu zapłaci za kolejną dostawę. Jednak aptekarz nie był zainteresowany, przekonałem go więc, aby sprzedał je mnie.
- Ale dlaczego je kupiłeś, ojcze?
- I to jest właśnie moja zagadka. Musisz ją rozwiązać. Przyjrzyj się dobrze tym odłamkom.
Początkowo Shi-Rong nie dostrzegł w nich niczego ciekawego. Ot, garść połamanych kości zabrudzonych ziemią. Ale dwa kawałki żółwiej skorupy zdawały się do siebie pasować i gdy umieścił je obok siebie, zauważył na ich powierzchni drobne nacięcia. Przejrzawszy resztę kości, znalazł więcej takich, których krawędzie były zaskakująco równe.
- Tutaj jest jakieś pismo. Wygląda na prymitywne.
- Dasz radę je odczytać?
- Nie.
- To chińskie znaki. Nie mam co do tego wątpliwości. Zobacz... - wskazał mu ojciec - to znak określający "człowieka". Ten oznacza konia, a ten to może być "woda".
- Chyba macie rację.
- Uważam, że to pradawne chińskie pismo, wczesne formy tych znaków, jakie znamy dzisiaj.
- Zatem muszą być bardzo stare.
- Mamy tu przykłady w pełni ukształtowanego pisma z bardzo wczesnego okresu. Według mnie te kości liczą sobie cztery tysiące lat, może nawet więcej.
Shi-Rongowi przyszła do głowy wspaniała myśl.
- Ojcze, musicie zdobyć je wszystkie i odczytać to pismo. Zyskacie sławę.
Ojciec zachichotał.
- Miałbym więc żyć jeszcze wiele lat?
- Oczywiście. Musicie zobaczyć, jak zdobywam przychylność cesarza, i samemu zdobyć sławę wśród uczonych. To wasz obowiązek względem rodziny - dodał sprytnie.
Ojciec spojrzał na niego z czułością. Miłość młodych zawsze jest trochę samolubna, inaczej być nie może, mimo to wzruszyły go zabiegi syna.
- No cóż - odrzekł bez większego przekonania. - Postaram się.
Wiedział, że teraz muszą się już pożegnać. Młodzieńca czekała długa podróż. Shi-Rong miał ruszyć doliną do Kaifengu, a dalej starożytnym traktem aż do potężnej rzeki Jangcy, trzysta mil na południe. Stamtąd od wybrzeża dzieliło go jeszcze siedemset mil lądem i rzeką. Będzie miał szczęście, jeżeli zdoła dotrzeć na miejsce w ciągu pięćdziesięciu dni.
Gdy rozstawali się przy bramie wiodącej do domu, Shi-Rong raz jeszcze błagał ojca, by ten dożył jego powrotu, na co starzec polecił mu:
- Przestrzegaj moich zaleceń.
Później wraz z siostrą patrzyli, jak odjeżdża, aż zniknął im z oczu.
Dwie godziny po odjeździe Shi-Ronga jego ciotka usiadła przy stoliku do pisania. Brat jej po krótkiej przechadzce położył się, żeby trochę odpocząć, ona zaś wróciła do tego, co zajmowało jej myśli od kilku dni przed przybyciem bratanka.
Na blacie przed sobą miała duży arkusz papieru z liniami heksagramów. Ponownie spróbowała odszyfrować ich znaczenie, tak jak robiła to już tyle razy wcześniej.
Kłopot z I Ching polegał na tym, że wyrocznia rzadko dawała jasne odpowiedzi. Zagadkowe słowa, enigmatyczne proroctwa, zagadki do rozwikłania; wszystko zależało od tego, kto je interpretował. Czasami przesłanie wydawało się oczywiste, najczęściej nie.
Czy to, co zdołała odczytać na temat Shi-Ronga, było spójne? Wydawało jej się, że tak. Heksagramy wskazywały na niebezpieczeństwo, ale nie czaiło się ono blisko. Mówiły o śmierci - niespodziewanej, ale nieuniknionej. O śmierci w wodzie.
Wszystko było takie niejasne.
Nie powiedziała nic swojemu bratu. Ani bratankowi. Co by to dało?
Przyjęcie na cześć Tradera udało się wyśmienicie. Najpierw wręczono mu prezent.
- Z początku nie wiedzieliśmy, co ci podarować - wyznali mu przyjaciele. - Potem ktoś zaproponował obraz. Ale jaki? Po burzliwych dyskusjach uzgodniliśmy, że skoro natura okazała się dla ciebie ponad miarę łaskawa, obdarzając cię taką urodą, najlepiej zrobimy, dając ci twój własny portret!
- Żebyś miał co wręczyć pani swojego serca! - zawołał któryś.
- Trzeba było od razu zamówić ich kilka, dla każdej po jednym - przyłączył się ktoś inny. - Ale nie było nas stać.
- Więc oto jest! - zakrzyknęli triumfalnie.
Była to oczywiście miniatura; portrety do zawieszenia na ścianie dawano starszym mężczyznom odchodzącym na zasłużony odpoczynek, a nie młodzikom u progu życia. Mimo to Trader mógł być zadowolony: przyjaciele wybrali tradycyjny owalny kształt, tak lubiany przez damy, olej na kości słoniowej. Podobiznę Tradera oddano tak realistycznie, z takim bogactwem kolorów, jakby wyszła spod pędzla samego Andrew Robertsona. Nie wyszła, ale mogła; wszyscy byli zgodni, że ze swym bladym, przystojnym obliczem, posępnym spojrzeniem i ciemnymi lokami Trader prezentuje się na tle innych pośredników handlu z Chinami jak "istny Byron".
- Pamiętasz tego malarza, którego zatrudniliśmy, żeby zrobił szkic naszego wspólnego portretu? - przekrzykiwali się nawzajem. - To był miniaturzysta. Przez cały czas tak naprawdę szkicował ciebie.
Trader uroczyście im podziękował i szczerze się ucieszył z prezentu. Powiedział, że zachowa go do końca życia na pamiątkę dni spędzonych w tak miłej kompanii. Powiedziałby więcej, gdyby go nie zakrzyczeli:
- Dosyć! Wystarczy! Teraz czas na piosenkę.
Młody Crosbie, drobny, płowowłosy Szkot, siadł do pianina i na poczekaniu wymyślił skoczny kawałek, a raczej improwizował go na bieżąco z pomocą swych towarzyszy: Garstina, Standisha, Swanna, Gilesa i Humphreysa, wesołych chłopaków ze znanych przedstawicielstw handlowych. Charlie Farley naturalnie także był obecny.
Ernest Read uśmiechnął się i od niechcenia zaciągnął się cygarem. Ten potężnie zbudowany Amerykanin o krótko przystrzyżonych włosach, z sumiastymi brązowymi wąsami, pomimo swoich dwudziestu ośmiu lat doświadczeniem życiowym dorównywał czterdziestolatkowi. Dobrze wiosłował i nie stronił od typowo męskich rozrywek. Ani od kobiet. Teraz spojrzał na Johna Tradera.
- Hucznie cię żegnają, Trader. Kiedy wyjeżdżasz?
- Za trzy dni.
- Wobec tego niewykluczone, że jeszcze się zobaczymy. Przed powrotem do ojczyzny wybieram się do Makau.
- Zawsze się cieszę z dobrego towarzystwa - odrzekł John, nie zagadnął jednak Amerykanina o jego interesy. Read wyglądał na takiego, który informuje innych o swoich poczynaniach, tylko jeśli ma na to ochotę.
- Zatem zamierzasz handlować z Chińczykami - ciągnął Read. - Co myślisz o sprzedaży opium?
- To lek. - Trader wzruszył ramionami. - W Anglii podaje się laudanum małym dzieciom.
- A jeśli ktoś nadużywa tej przyjemności... to już jego kłopot, prawda?
- Tak samo jak z winem i mocniejszymi alkoholami. Zakazałbyś ich sprzedaży?
- Nie. - Read się zastanowił. - Choć mówią, że opium bardziej uzależnia. Fakty są takie, że chiński cesarz jest mu przeciwny. Sprzedaż i konsumpcja tego artykułu są w Chinach zakazane.
- Szczęśliwie nie podlegam przepisom chińskiego prawa. - Trader obrzucił Reada bystrym spojrzeniem. - Twoi rodacy także handlują opium.
- Ależ oczywiście. - Read uśmiechnął się szeroko. - Russell, Cushing, Forbes, Delano - najlepsze i najstarsze nazwiska w Bostonie. Jednak udział Amerykanów w handlu z Chinami to kropla w morzu w porównaniu z tym, co robicie wy, Brytyjczycy. - Ponownie zaciągnął się cygarem. - Podobno wszedłeś w spółkę?
- Zgadza się. Odstock i synowie to niewielka firma, w zasadzie obecnie już tylko dwaj bracia. Jeden mieszka tu, drugi w starym Kantonie.
- Słyszałem o nich - przytaknął Read. - To dobrzy pośrednicy. Domyślam się, że poszczęściło ci się na tyle, aby móc coś zainwestować.
- Trafił mi się mały spadek, i tyle.
- A teraz chcesz czym prędzej zbić majątek.
John Trader w zamyśleniu pokiwał głową.
- Coś w tym rodzaju - przyznał cicho.
Nazajutrz była niedziela. Charlie odwiedzał wtedy zwykle ciotkę. Obiad spożywano wczesnym popołudniem, po czym całe towarzystwo szło na wspomagającą trawienie przechadzkę. Na posiłek często zapraszano gości, lecz tego dnia przy stole zasiadła sama rodzina.
- Opowiedz mi o wczorajszym przyjęciu - poprosiła Charliego ciotka Harriet.
- Było jak zawsze. Żartowaliśmy sobie z Chińczyków, Crosbie próbował skomponować piosenkę i wszyscy podpuszczali Johna, mówiąc, jak to się wkrótce wzbogaci.
- O ile wiem, już teraz nie jest biedny - zauważyła ciotka.
- Ale potrzebuje więcej pieniędzy. - Charlie rzucił jej porozumiewawcze spojrzenie. - Zakochał się.
- Doprawdy? W kim?
- W Agnes Lomond.
- Opowiedz mi zatem o Agnes Lomond. Widziałam ją tylko raz.
- Właściwie to nie ma o czym mówić. Nie wiem, co on w niej widzi.
- Kiedy to się zaczęło?
- W dniu, gdy jedliśmy lunch z jej ojcem. Zupełnie jakby go grom poraził! Kilka dni później odkryłem, że odwiedził matkę Agnes. On sam słowem mi o tym nie wspomniał.
- Pułkownik Lomond go polubił?
- Przeciwnie, szczerze go nie cierpi. Jednak po tamtej wizycie pani Lomond uznała Tradera za czarującego. - Charlie myślał o czymś przez chwilę. - Przypuszczam, że pułkownik ma twardy orzech do zgryzienia. Agnes niczego nie brakuje, ale żadna z niej piękność. Naturalnie to arystokratka, tyle że niezamożna, dlatego nawet ktoś taki jak pułkownik musi postępować z rozwagą. Żadnemu ojcu nie zależy na łatce despoty przeganiającego zalotników. To zniechęca potencjalnych kandydatów do ręki panny.
- Zatem Trader zaleca się do panny Lomond?
- Do tego jeszcze daleko. Na razie wolno mu odwiedzać matkę Agnes i wtedy ją widuje. Spotykają się też przy innych okazjach, jak sądzę. Wydaje mi się jednak, że chce wzmocnić swoją pozycję, zanim posunie się dalej.
- Dlatego wyjeżdża do Chin, gdzie spodziewa się szybko zarobić fortunę. A podczas jego nieobecności...?
- Pułkownik przeczesze całe imperium brytyjskie w poszukiwaniu bardziej odpowiedniego młodzieńca. - Charlie zachichotał. - Musiał się nie na żarty przestraszyć, bo spytał mnie, czy nie byłbym przypadkiem zainteresowany.
- To mnie akurat nie dziwi. Przyjaźnił się z twoim ojcem. Poza tym cię lubi. Każda dziewczyna cieszyłaby się, mogąc cię poślubić. I co, jesteś zainteresowany?
- Dziewczyna nie jest w moim typie.
- Wiadomo, co o tym wszystkim myśli sama panna Lomond?
- Nie mam zielonego pojęcia. - Charlie wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Marzec 1838 roku
Morza chińskie; ciepła noc, lekka bryza. Horyzont znaczyły ciemne pasma chmur, ponad którymi wśród gwiazd błyszczał srebrny półksiężyc. Morza chińskie bywały zdradliwe, szczególnie groźne w porze monsunów, tego wieczoru jednak ich czarne, gładkie jak emalia wody rozstępowały się łagodnie przed dziobem klipra. Ładunek, upchnięty pod pokładem w pięciuset skrzyniach z drewna mangowca - z których aż sto należało do Tradera i stanowiło równowartość lwiej części jego majątku - także miał czarny kolor. Było nim opium.
John Trader spoglądał z pokładu na wodę. Twarz miał nieprzeniknioną niczym pokerzysta. Dokonał wyboru i teraz nie było już odwrotu.
Miał szczęście, że Odstockowie szukali wspólnika. Młodszego z braci, Benjamina, znał już wcześniej, zanim zagadnął go o możliwość przystąpienia do spółki. Jak się okazało, trafił na właściwy moment.
- Mój brat Tully ma pięćdziesiątkę na karku - rzekł postawny kupiec. - Od lat siedzi w Kantonie i chciałby już wrócić do Londynu, do naszego ojca. - Uśmiechnął się. - Ja wręcz przeciwnie. Ojciec to stary, zrzędliwy drań. Tak czy inaczej, Tully szuka kogoś, kto przejąłby nasze sprawy w Kantonie. Myśli pan, że temu podoła?
- To brzmi jak praca w sam raz dla mnie - odparł Trader.
- Zależy nam na kimś, kto zainwestowałby w firmę. - Benjamin uważnie mu się przyjrzał.
- Niewykluczone, że byłbym zainteresowany. Oczywiście zależy, na jakich warunkach.
- To nie Kalkuta - uprzedził go kupiec. - Towarzysko mało się tam dzieje. Do samego Kantonu wstęp mają wyłącznie mężczyźni. W sezonie handlowym muszą tam tkwić całymi tygodniami, podczas gdy ich rodziny mieszkają w Makau. To nie najgorsze miejsce do życia. Zdrowe. Jak pan wie, rządzą nim Portugalczycy, ale jest też spora grupa Anglików. Mają swój kościół i tak dalej, a także przedstawiciela brytyjskiego rządu, nawiasem mówiąc. Teraz jest nim niejaki kapitan Elliot. Porządny gość, moim zdaniem.
- A po latach można się dorobić majątku - zauważył z uśmiechem Trader. Postanowił chwilowo zataić fakt, że miał nadzieję szybciej zdobyć fortunę.
- Owszem, przy odrobinie szczęścia. - Benjamin Odstock przyglądał mu się z namysłem, Trader zaś dokonywał inspekcji plam po tytoniu na kamizelce swojego starszego rozmówcy. - W tym fachu trzeba być przedsiębiorczym i mieć nerwy ze stali. Ceny szybują w górę i w dół. Czasami dochodzi do nasycenia rynku.
- Cesarz nie sprzyja handlowi.
- Tym niech się pan nie martwi. Popyt jest ogromny i stale rośnie. - Benjamin Odstock wydął rumiane policzki. - Grunt to nie tracić głowy. Nie zdziwiłbym się - dodał z zadowoleniem - gdyby handel opium trwał bez końca.
Odstockowie znali się na interesach. John uznał, że może im zaufać.
Była północ, gdy dostrzegli przed sobą szkuner. Trzykrotnie rozbłysło światło - umówiony sygnał. Trader wciąż stał na pokładzie obok kapitana.
- To pewnie McBride - odezwał się mężczyzna. - Zwykle tutaj odbiera swój towar.
- Dlaczego? - Baza przemytników znajdowała się na wyspie Lintin, w zatoce.
- McBride woli otwarte morze. - Po chwili padł rozkaz: - Stawać w dryf! - Gdy podpłynęli bliżej, szyper szkunera uniósł latarnię, której światło padało na jego brodatą twarz. - To oni - stwierdził kapitan.
Nagle po wodzie poniósł się głos McBride'a.
- W Lintin nic nie schodzi! Nie ma chętnych na towar!
Trader poczuł, że blednie. Na szczęście w ciemności nikt nie mógł tego zauważyć.
- Może on kłamie? - zwrócił się do kapitana. - Chce, żebym sprzedał towar jemu?
- McBride jest uczciwy. Zresztą sam nie kupuje, tylko sprzedaje za procent od zysków.
Moja pierwsza wyprawa, pomyślał John, i nikt nie chce kupić ładunku, w którym utopiłem cały spadek. Czyżbym był zrujnowany?
- Spróbuję pohandlować dalej na wybrzeżu! - krzyknął McBride. - Zmieszczę jeszcze sto skrzyń. Jesteście zainteresowani?
John przypomniał sobie słowa Benjamina Odstocka. Nerwy ze stali. Nie tracić głowy. Grunt to być przedsiębiorczym. Mimo to prawie się dziwił, słysząc swój własny głos:
- Tylko pod warunkiem, że zabierzecie mnie ze sobą i po wszystkim odstawicie do Kantonu.
Nastąpiła chwila ciszy.
- Niech tak będzie! - odkrzyknął McBride.
Załoga szkunera liczyła dwudziestu majtków - Anglików, Holendrów, Irlandczyków, dwóch Skandynawów i kilku laskarów, indyjskich marynarzy. Przetransportowanie stu skrzyń z klipra do szerokiej ładowni szkunera zajęło im mniej niż pół godziny.
John zorientował się tymczasem, że nie jest jedynym pasażerem. Uradował się, widząc, że na pokładzie jest jego znajomy z Kalkuty, Read.
- Płynąłem do Makau - wyjaśnił Amerykanin. - Popołudniem natknęliśmy się na McBride'a. Kiedy się dowiedziałem, że zamierza spenetrować wybrzeże, zmieniłem statek i zabrałem się z nim w rejs. - Uśmiechnął się szeroko. - Cieszy mnie twoje towarzystwo, Trader. Powinno być ciekawie. Mamy też na pokładzie misjonarza. - Palcem wskazał śpiącą w hamaku postać. - Holendra.
Po przeładunku towaru McBride'owi pilno było ruszać w dalszą drogę. Załoga szybko się uwinęła i wkrótce odpłynęli.
- Możecie panowie zająć moją kabinę, jeśli chcecie - oznajmił im szyper. - Chyba że wolicie spać na górnym pokładzie, na rufie są koce. Na waszym miejscu trochę bym się zdrzemnął.
Read wybrał nocleg pod gwiazdami, John również. Gdyby coś miało się wydarzyć, wolał uniknąć elementu zaskoczenia. Przeszli na dziób statku i umościli się do snu. Większość załogi także tam była: spali albo po prostu siedzieli w milczeniu. Misjonarz - duży, zwalisty chłop - ani razu nie wyjrzał ze swojego hamaka. Od czasu do czasu z lekkim szmerem wiatru w olinowaniu mieszały się odgłosy jego pochrapywania.
John od razu zasnął. Otworzył oczy, dopiero gdy niebo rozjaśniła pierwsza zapowiedź świtu. Read już nie spał; zamyślony wpatrywał się w blednące gwiazdy nad głową.
- Dzień dobry - odezwał się John cicho. - Od dawna nie śpisz?
- Od jakiegoś czasu. - Amerykanin odwrócił ku niemu głowę. - Czy ładunek, który do nas trafił, należy do ciebie?
- Częściowo. - John usiadł. Kosmyk ciemnych włosów opadł mu na czoło. Odgarnął go.
- Czyli sporo zależy od tego, czy uda ci się go sprzedać. Zapożyczyłeś się?
- Trochę.
- Nie brakuje ci odwagi. - Read nie kontynuował tematu.
Wstali i dołączyli do stojącego przy sterze szypra.
- Spokojnie? - zagadnął go Read.
- Na razie zagrażają nam tylko piraci - odparł McBride. - Jeśli się na nich natkniemy - dodał - dam panu pistolet, sir, i poproszę, żeby pan z niego skorzystał.
- Nie zawaham się strzelić. - Read wydobył cygaro.
- Wygląda mi pan na takiego, co sporo pływał.
- Bywało się tu i ówdzie.
- Co pana tu sprowadza, jeśli wolno spytać?
- Chciałem być jak najdalej od żony. - Read zapalił cygaro i przez chwilę rozkoszował się nim w milczeniu. - Ale to pierwszy raz, kiedy coś przemycam. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Dotychczas nigdy nie złamałem prawa.
- Tylko chińskie - odrzekł McBride. - A to się nie liczy.
- Racja. - Read zerknął na misjonarza, który chrapał coraz donośniej. - Niech mi pan powie, zawsze zabieracie w rejs misjonarza?
- Z reguły tak, bo znają język. Robią za tłumaczy.
- I nie przeszkadza im... to, co robimy?
McBride się uśmiechnął.
- Sam się pan przekona, sir.
Godzinę po wschodzie słońca dostrzegli zarys wybrzeża - niewielki cypel na zachodzie, który szybko zniknął im z oczu. Potem przez dłuższy czas nic się nie działo, dopiero przed południem ponownie ujrzeli brzeg. Godzinę później Trader wypatrzył zbliżające się szybko ku nim żagle. Spojrzał na kapitana McBride'a.
- Piraci? - spytał.
Kapitan pokręcił głową i na moment przekazał koło sterowe Readowi, sam zaś podszedł do misjonarza i potrząsnął nim, żeby go obudzić.
- Pobudka, van Buskirk. Mamy klientów.
Trader przyglądał się wielkiemu Holendrowi, który - gdy tylko się rozbudził - okazał się zaskakująco żwawy. Wyciągnął spod zadaszenia dwa duże wiklinowe kosze i otworzył je: jeden zawierał książki w miękkich oprawach, drugi był pełen ulotek w kolorowych, papierowych okładkach. Mężczyzna podszedł do nich.
- To Biblie? - zainteresował się Read.
- Nowy Testament, panie Read, i chrześcijańskie dzieła teologiczne. Oczywiście po chińsku. Wydrukowane w Makau.
- Żeby nawracać pogan?
- Na to liczę.
- Dziwny sposób na ewangelizację, jeśli wolno mi tak powiedzieć - z pokładu statku szmuglującego opium.
- Gdybym mógł głosić Słowo na lądzie, sir, bez obaw, że zostanę aresztowany, nie byłoby mnie tutaj - odrzekł zwalisty Holender. Spojrzał na szypra. - Który towar sprzedajemy w pierwszej kolejności?
McBride wskazał na Tradera. Misjonarz odwrócił się ku niemu.
- Mam pańskie zapewnienie, że towar pochodzi wyłącznie z Patny i Waranasi? Żadnej drobnicy z Malwy?
- Wszystko odpowiednio zapakowane, w zbitych kulach - potwierdził John. - Najwyższej jakości.
- Zdaje się pan na mnie w kwestii negocjacji ceny? - chciał wiedzieć misjonarz. Wahanie Johna nie uszło jego uwagi. - Tak będzie najlepiej.
Trader spojrzał na McBride'a, który skinął głową.
Dziwny człowiek z tego Holendra, pomyślał John. Zna różne języki, Bóg wie ile lat spędził na Wschodzie, usiłując nawracać pogan z kraju, do którego nie miał wstępu.
Wyglądało jednak na to, że musi złożyć swój los w jego rękach.
- Zgoda - rzekł.
Łódź przemytników była długa, wąska i niepomalowana. Miała kwadratowe żagle, a przy jej burtach siedziało trzydziestu albo czterdziestu wioślarzy uzbrojonych w noże i szable abordażowe. Chińczycy nazywali je "pędzącymi smokami". Niezależnie od tego, skąd wiał wiatr - albo czy w ogóle wiał - taki "pędzący smok" mógł sprawnie manewrować i był prawie niedościgniony.
Ledwie przemytnicy przybili do burty klipra, pojawił się niski, umięśniony, bosonogi człowieczek z cienkim warkoczem, ubrany w bawełniane portki do kolan i rozpiętą koszulę. Szybko wspiął się na pokład i podszedł od razu do van Buskirka.
Negocjacje trwały zadziwiająco krótko i prowadzono je w języku kantońskim, którym Holender zdawał się płynnie posługiwać. Po kilku słowach przemytnik w ślad za kapitanem dał nura do ładowni i wybrał skrzynię, którą wyniosło na pokład dwóch majtków. Wziąwszy ostry nóż, rozciął otaczający skrzynię jutowy worek i zerwał uszczelnienie ze smoły. Po chwili skrzynia była już otwarta, a on pogrzebał w wypełniających ją trocinach i uniósł słomianą plecionkę, odsłaniając wierzchnią warstwę dwudziestu przegródek, z których każda zawierała, niczym małe pociski artyleryjskie, porcjowane opium ciasno zawinięte w makowe liście.
Wyjąwszy jedną z takich kul, mężczyzna zeskrobał z niej liść, wytarł nóż w koszulę, po czym wbił jego czubek w twardą, ciemną masę pod spodem. Następnie wsunął ostrze do ust. Na chwilę zamknął oczy, szybko skinął głową i zwrócił się do van Buskirka.
Po trwającej mniej niż minutę szybkiej wymianie zdań dobito targu.
- Pięćdziesiąt skrzyń, po sześćset srebrnych dolarów każda - oznajmił Holender.
- Liczyłem na tysiąc - odrzekł John.
- Nie w tym roku. Najpierw zaproponował pięćset. I tak pan zarobił.
Zanim skończyli rozmawiać, część załogi zaczęła pospiesznie wynosić skrzynie na pokład, inni zaś opuszczali je przez burtę na "pędzącego smoka". Jednocześnie wciągnięto na szkuner skrzynkę ze srebrem. Gdy tylko znalazła się na pokładzie, chiński przemytnik zaczął odliczać zapłatę. Obok niego piętrzyły się worki monet i sztabki srebra. Kapitan spokojnie się temu przyglądał.
Van Buskirk natomiast błyskawicznie stracił zainteresowanie transakcją. Pospieszył do swoich koszy, sięgnął do pierwszego z nich i wydobył stertę książek.
- Niech mi pan pomoże, panie Trader! - zawołał. - Choć tyle mógłby pan zrobić.
Trader się zawahał. Na pokładzie wciąż rosła kupka srebra. Read uprzedził go; posłusznie podszedł do drugiego z koszy, wziął z niego naręcze pism i przytrzymując je podbródkiem, podszedł do burty statku, po czym wrzucił wszystko do przemytniczej łodzi poniżej. Holender zrobił to samo z egzemplarzami Nowego Testamentu.
- Przeczytajcie to - zwrócił się w dialekcie kantońskim do chińskich wioślarzy. - Głoście Słowo Boże.
Przeładunek opium odbywał się w zdumiewającym tempie. Uformowano ludzki łańcuch, tak że ciężkie skrzynie niemal frunęły z ładowni na pokład i z pokładu do smoczej łodzi. Zanim van Buskirk i Read uporali się z przekazaniem kolejnych naręczy książek oraz pism, było już po wszystkim i chiński przemytnik właśnie zamierzał opuścić ich statek.
- Proszę mu powiedzieć, żeby zaczekał! - zawołał Trader do Holendra. - Nie przeliczyłem jeszcze pieniędzy.
Na van Buskirku nie zrobiło to jednak większego wrażenia i ku rozpaczy Tradera przemytnik przeskoczył przez burtę, a chińscy wioślarze wzięli się do roboty. Zauważył, że Read i kapitan uśmiechają się. Van Buskirk spokojnie pozamykał swoje kosze i dopiero wówczas podszedł do kupki srebra.
- Podejrzewa pan, że został oszukany? - spytał i łagodnie pokręcił głową. - Wkrótce się pan przekona, młody człowieku, że Chińczykom nigdy to się nie zdarza. Nawet przemytnikom. Zapłata się zgadza co do sztabki, zapewniam pana.
John przekonał się o tym, gdy chował srebro do skarbczyka.
Płynęli przez kolejne dwie godziny. Dzień był piękny, słoneczne rozbłyski radośnie tańczyły na falach. Read i John Trader stali razem przy relingu. Kilka razy widzieli szybujące nad wodą ławice ryb latających.
Przez jakiś czas napawali się tym widokiem, po czym Amerykanin odezwał się łagodnie:
- Usiłuję cię rozgryźć, Trader. Wydajesz się porządnym człowiekiem.
- Dziękuję.
- W tej branży ludzie są zwykle twardzi. Nie mówię, że nie potrafiłbyś taki być, ale wydajesz się trochę bardziej wyrafinowany. Dlatego zastanawiam się, co tobą kieruje. Przed czymś uciekasz, czegoś szukasz. Dam głowę, że coś cię gryzie. Zadałem więc sobie pytanie: "Czyżby chodziło o kobietę?".
- Niewykluczone - odparł John.
- To musi być niezwykła młoda dama - stwierdził Read z uśmiechem - żebyś z jej powodu wplątywał się w handel opium.
Godzinę później kapitan McBride zaklął na widok nadpływającego powoli statku o krótkim kadłubie, z ożaglowaniem rejowym.
- Wojenna dżonka - wyjaśnił. - Statek rządowy z urzędnikami na pokładzie.
- Co z nami zrobią?
- To zależy. Mogą zająć ładunek. - Spojrzał na Tradera i zobaczył, że ten zbladł jak ściana. - Możemy się też poddać i wracać do domu. Możemy ich prześcignąć. Albo możemy wyjść dalej w morze i spróbować drugiego podejścia. Tyle że oni będą tu na nas czekać.
John milczał. Podjął decyzję, żeby dostarczyć towar; jak wyjaśni swoim nowym wspólnikom utratę pięćdziesięciu skrzyni opium? Nie mógł sobie pozwolić na taką porażkę. Odwrócił się w stronę Reada. Tym razem na obliczu amerykańskiego obieżyświata malowało się zwątpienie.
Ku zaskoczeniu Tradera wyboru dokonał za nich van Buskirk.
- Płyńmy dalej, panowie - rzekł ze spokojem. Jego nalana twarz nie wyrażała żadnych emocji. - Zaufajcie mi. - Zwrócił się do szypra: - Kiedy się do nich zbliżymy, McBride, niech pan postawi statek w dryf, żeby urzędnik mógł wejść na pokład. Będę też potrzebował tutaj stołu, dwóch krzeseł i dwóch kieliszków do wina. Nikt niech się nie odzywa, słuchajcie tylko grzecznie, nawet jeśli niczego nie zrozumiecie. Ja zajmę się resztą.
Trader patrzył, jak przybija do nich wojenna dżonka. Jej wysokie drewniane burty robiły duże wrażenie. Jednostka miała wysokie maszty i ogromne żagle z bambusowej plecionki. Masywną rufę pomalowano tak, aby przypominała chińską maskę - po każdej stronie dziobu widniało otwarte oko. Pokład wyglądał na zagracony, lecz armata była doskonale widoczna.
Na kliper przeprawił się tylko jeden człowiek, mandaryn. Przywieziono go małą wiosłową łódką, w której siedział nieporuszony - mężczyzna w średnim wieku, z długimi, obwisłymi wąsami i w czarnym kapeluszu w kształcie cylindra na głowie. Na przyozdobionej haftem szacie miał sięgającą mu za kolana długą niebieską tunikę bez rękawów, z dużym kwadratem na piersi, który był symbolem jego rangi. Znalazłszy się na pokładzie, rozejrzał się ze spokojem, po czym wydobył zwój i zaczął z niego czytać na głos. Dokument spisano w urzędowym języku mandaryńskim, który w uszach Tradera brzmiał niczym zniekształcone ptasie trele.
- O co chodzi? - szepnął do van Buskirka.
- Cesarz, mając na uwadze zdrowie i bezpieczeństwo swojego ludu, kategorycznie zakazuje sprzedaży opium. Jeżeli je posiadamy, ładunek zostanie skonfiskowany i niezwłocznie zniszczony.
John Trader drgnął.
- A więc to koniec.
- Cierpliwości - mruknął Holender.
Gdy mandaryn skończył odczytywać cesarskie obwieszczenie, van Buskirk wystąpił naprzód i nisko mu się pokłonił. Gestem wskazując przygotowany stół, zapytał grzecznie, czy mandaryn nie zechciałby usiąść i chwilę z nim porozmawiać. Kiedy obaj usiedli, wydobył z kieszeni płaszcza srebrną flaszeczkę i napełnił stojące przed nimi kieliszki ciemnobrunatnym napitkiem.
- To madera, panowie - wyjaśnił na użytek patrzących. - Nigdy się z nią nie rozstaję.
Następnie wzniósł uroczysty toast na cześć mandaryna i przez czas jakiś uprzejmie ze sobą gawędzili, sącząc wyborny trunek. Trader zauważył, że w pewnym momencie oblicze misjonarza przybrało zatroskany wyraz i mężczyzna zaczął wypytywać o coś urzędnika. Potem skinął na Johna.
- Będę potrzebował tysiąca srebrnych dolarów z pańskiego skarbczyka, panie Trader - oznajmił beznamiętnie. - McBride odda panu później swoją część.
- Ale...
- Po prostu proszę mi dać te pieniądze - polecił Holender. - W woreczku.
Kilka minut później Trader patrzył, jak misjonarz z powagą przekazuje otrzymany woreczek srebra mandarynowi, który przyjął go i nie zniżając się do tego, aby przeliczyć zapłatę, wstał od stołu.
Młody człowiek odezwał się dopiero wtedy, gdy Chińczyk był już w drodze na swoją dżonkę.
- Czyżby przekupił pan właśnie cesarskiego urzędnika?
- To nie była łapówka - stwierdził Holender - jedynie podarek.
- Co mu pan powiedział?
- Prawdę, rzecz jasna. Wyjaśniłem, że gdyby zwrócił się do pana lub kapitana albo nawet Reada z pytaniem, czy pod pokładem znajduje się opium, ponad wszelką wątpliwość usłyszałby odpowiedź odmowną. On zaś był uprzejmy przyznać, że w takim układzie wierzy wam na słowo. Wówczas zaproponowałem mu niewielki podarek. Mógł zażądać więcej, lecz tego nie zrobił.
- Tysiąc dolarów to ma być niewiele?
- Wykpił się pan tanim kosztem, Trader. Mam go zawrócić i ponownie omówić z nim sprawę?
- Uchowaj Boże!
- W takim razie możemy płynąć dalej.
Van Buskirk skinął głową kapitanowi na znak, że statek może ruszać w drogę.
- To tyle, jeśli chodzi o chińskie zasady moralne - zauważył cierpko Trader.
- To pan handluje zakazanym narkotykiem, panie Trader - przypomniał łagodnym tonem misjonarz - nie oni.
Wieczorem dotarli na miejsce spotkania - do niedużej wyspy z osłoniętym kotwicowiskiem. Statek, który miał przejąć od nich towar, oznaczony dwiema czerwonymi flagami, już na nich czekał. Połowa oryginalnego ładunku McBride'a została wcześniej zakontraktowana i opłacona srebrem w Kantonie, wymieniono więc odpowiednie listy kredytowe. Na wieść, że mają jeszcze sto skrzyń - plus pięćdziesiąt należących do Tradera - chiński kupiec zapłacił gotówką także i za nie.
O zmroku cel podróży został zrealizowany. Oba statki zarzuciły kotwice, by o świcie odpłynąć w przeciwne strony. Tymczasem chiński kupiec z radością przyjął zaproszenie na posiłek w towarzystwie nowych przyjaciół z Zachodu.
Kolacja przebiegła w miłej atmosferze. Jedzenie było proste, wino znośne, a odrobina madery od van Buskirka poprawiła wszystkim humor. Misjonarz i Chińczyk rozmawiali głównie po kantońsku, reszta zaś gawędziła w języku angielskim. Prawdziwa niespodzianka czekała ich jednak na sam koniec.
- Panowie - odezwał się misjonarz - teraz już nie będę wam potrzebny. Nasz chiński przyjaciel zgodził się popłynąć ze mną dalej wzdłuż wybrzeża, zanim znów tu powróci, żeby spotkać się z innym brytyjskim statkiem opiumowym, którym zabiorę się z powrotem. Niewykluczone, że zdołam nawet zejść na ląd.
McBride zmarszczył brwi.
- To niebezpieczne przedsięwzięcie, sir. Z reguły misjonarze nie opuszczają naszych statków. Jeśli pana schwytają, nikt pana nie obroni. Szczególnie na lądzie.
- Wiem o tym, kapitanie. - Wielki Holender uśmiechnął się niemal przepraszająco. - Niemniej jestem misjonarzem. - Wzruszył ramionami. - Pozostaje mi liczyć na pomoc z góry. - Wskazał na niebo.
W milczeniu przetrawiali tę nowinę.
- Niech pana Bóg prowadzi, wielebny - rzekł po chwili Read. - Będzie nam pana brakować.
- Jeszcze dziś wieczorem przeprawię się z rzeczami na ich statek - zakończył van Buskirk - żeby rano was nie opóźniać.
Kwadrans później van Buskirk był gotów. Przez ramię przerzucił skórzaną torbę ze skromnym dobytkiem. Oba wiklinowe kosze opuszczono już przez burtę na drugi statek. Przed pożegnaniem misjonarz dał jeszcze znak Traderowi, a gdy ten podszedł, pociągnął go do przeciwległego relingu, gdzie nikt ich nie mógł podsłuchać.
- Panie Trader - odezwał się, zniżając głos - pozwoli pan dać sobie pewną radę?
- Oczywiście.
- Spędziłem w tej części świata wiele długich lat. Pan jest jeszcze młody i widzę, że nie jest pan złym człowiekiem. Tym bardziej błagam, aby porzucił pan swoje interesy i wrócił do ojczyzny, albo przynajmniej do Indii, gdzie będzie pan mógł uczciwie zarabiać na życie. Jeżeli pozostanie pan przy handlu opium, może pan zaprzepaścić swoje szanse na życie wieczne.
John milczał.
- Powinien pan wiedzieć coś jeszcze - ciągnął starszy mężczyzna. - Kiedy dzisiejszego popołudnia rozmawiałem z owym mandarynem, przekazał mi pewne informacje potwierdzające wcześniejsze pogłoski. - Zniżył głos do szeptu. - Zanosi się na kłopoty. Na duże kłopoty. - Powoli skinął głową. - Uważam, że jeśli dalej będzie pan handlował opium, grozi panu ruina. Dlatego, jeśli nie dba pan o swoją nieśmiertelną duszę, radzę panu jak człowiekowi interesu: niech pan zabiera to, co już zarobił, i się ratuje.
- Ratuje?
- Niech pan ratuje życie.
Nazajutrz Mei-Ling przydarzyło się coś nieoczekiwanego. Kazano jej rozwiesić pranie na dziedzińcu i połowa rzeczy już się suszyła. Młodszy Syn z czułością jej się przyglądał. Dopiero co kupił nowego szczeniaka i bawił się z nim teraz, siedząc na ławie pod drzewkiem pomarańczowym rosnącym na środku podwórka.
Słońce świeciło, za murem z prawej strony bambusowe zarośla kołysały się łagodnie na wietrze, a ponad wyłożonym płytkami dachem po lewej widać było zbocze z tarasami pól ryżowych. Z kuchni dolatywał apetyczny zapach piekących się nad ogniem podpłomyków.
Naraz Młodszy Syn ujrzał, że żona chwieje się na nogach, jakby miała upaść. Wstał zaniepokojony.
Mei-Ling sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. Niespodziewanie ogarnęły ją mdłości. Płosząc kury, dowlekła się pod drzewko pomarańczowe i oparła dłonią o ławkę, żeby nie stracić równowagi.
Ten właśnie moment wybrała sobie teściowa, żeby wyjść na dziedziniec.
- Ty niedobra dziewucho! - wrzasnęła. - Dlaczego się lenisz?
Mei-Ling była całkiem bezradna. Zanim mąż zdążył ją podtrzymać, zgięła się wpół i zwymiotowała na ziemię. Starsza kobieta podeszła i przyjrzała się jej uważnie. Następnie, ku zdumieniu Mei-Ling, przemówiła do niej łagodnie:
- Chodź ze mną.
Odepchnęła syna i chwyciła Mei-Ling pod rękę.
- Prędko, prędko. - Odprowadziła dziewczynę do jej izby. - Usiądź sobie tutaj, w chłodzie.
Usłyszała, jak mąż pyta, co się stało, a jego matka ostrym tonem każe mu wracać do pracy. Dziewczyna siadła na drewnianym krześle, niepewna, czy znów nie zwymiotuje, teściowa zaś poszła do kuchni, skąd wróciła po chwili z kubkiem naparu imbirowego.
- Wypij trochę tego, a później coś zjedz.
- Przepraszam - wyszeptała Mei-Ling. - Nie wiem, co mi się stało.
- Nie wiesz? - Starsza kobieta była zaskoczona. - To poranne nudności. Wierzba ma szczęście, że ją omijają. Mnie dokuczały za każdym razem. To nic złego. - Uśmiechnęła się do Mei-Ling, żeby jej dodać otuchy. - Urodzisz zdrowego syna.
Następnego ranka Mei-Ling znowu zemdliło. I kolejnego. Gdy zapytała teściową, jak długo to potrwa, starsza kobieta odparła wymijająco:
- Pewnie już niedługo.
Mei-Ling nie pozostawało nic innego, jak radować się zmianą, która zaszła w ich wzajemnych relacjach. Tak jawny dowód na to, że w synowej tli się nowe życie, w połączeniu ze wspomnieniami własnych udręk związanych z porannymi nudnościami sprawiły, że teściowa stała się wobec niej bardziej uprzejma. Nalegała, aby Mei-Ling odpoczywała, ilekroć zrobi się jej niedobrze, i często przysiadała, żeby z nią porozmawiać, co dotąd nigdy jej się nie zdarzało. Naturalnie ich pogawędki na ogół dotyczyły dziecka, które miało się urodzić.
- Przyjdzie na świat w Roku Świni - zauważyła kiedyś. - A żywiołem tego roku jest Ziemia. Rok Ziemnej Świni to nie najgorszy czas, żeby się urodzić.
Zanim skończyła trzy lata, Mei-Ling potrafiła wyrecytować z pamięci znaki chińskiego kalendarza, od których brał nazwę każdy kolejny rok: Smok, Wąż, Koń, Koza... W sumie było ich tuzin, tak więc każde zwierzę powtarzało się co dwanaście lat. Ale to nie wszystko: każdemu z nich towarzyszył któryś z pięciu przypisanych mu żywiołów: Drewno, Ogień, Ziemia, Metal i Woda. Dwanaście zwierząt, wraz z symbolizującymi je żywiołami, tworzyło zamknięty cykl sześćdziesięciu lat.
W Chinach nawet małe dzieci wiedziały, że natura człowieka zależy od tego, pod jakim znakiem przyszedł na świat. Jedne były bardziej korzystne, inne mniej.
Ognisty Koń był bardzo zły. Sprowadzał kłopoty na rodzinę, czasami wielkie kłopoty. Jeżeli w dodatku chodziło o dziewczynkę urodzoną w roku Ognistego Konia, nikt nie chciał jej pojąć za żonę. Dlatego rodzice starali się nie płodzić potomstwa w roku Ognistego Konia.
Mei-Ling miała zaledwie ogólne pojęcie o tej złożonej tematyce, lecz teściowa okazała się prawdziwą jej znawczynią.
- Znak Ziemi może wzmocnić Świnię - wyjaśniła. - Mówi się, że Świnia jest gruba i leniwa, ale nie zawsze musi tak być. Ziemna Świnia będzie pracowita i dobrze zaopiekuje się swoją żoną.
- Nie będzie za dużo jadł? - zaniepokoiła się Mei-Ling.
- Owszem, ale nie będzie wybrzydzał. - Starsza kobieta się roześmiała. - Tym lepiej dla jego żony. Nie będzie musiała dobrze gotować. A jeśli popełni błąd, on jej wybaczy. Ludzie będą go lubili. Będą mu ufali.
- Podobno urodzeni w roku Ziemnej Świni nie są zbyt bystrzy - powiedziała Mei-Ling, odrobinę zasmucona.
- Tutaj to i lepiej - zauważyła teściowa. - Tacy ludzie mają jeszcze jedną cechę - dodała. - Boją się, żeby ktoś ich nie wyśmiał, bo są prości i ufni. Stale trzeba ich zachęcać do działania. Dbać o to, żeby byli szczęśliwi. Wtedy będą dobrze pracowali.
Następnego dnia Mei-Ling odważyła się zadać jej pytanie:
- A jeśli to będzie dziewczynka, Matko? Jaka wtedy będzie?
Starsza kobieta nawet nie brała tego pod uwagę.
- Nie martw się. Byłam u wróżbity. Najpierw urodzisz synów. Córkę dopiero później.
Mei-Ling sama nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy martwić tą wiadomością. Jednak przypatrując się swojej szwagierce, której brzuch zdawał się rosnąć z każdym dniem, uświadomiła sobie, że jeśli Wierzba zgodnie z powszechnym oczekiwaniem wyda na świat chłopca, ona zaś urodzi dziewczynkę, okazywana jej teraz przez teściową życzliwość może się gwałtownie skończyć.
Zdziwiła się, gdy pewnego dnia okazało się, że ma gościa. Jej ojciec nie zbliżał się zazwyczaj do domu Lungów, lecz gdy służąca przyszła oznajmić, że stoi na zewnątrz i chciałby zamienić słowo z córką, teściowa zgodziła się, aby Mei-Ling do niego wyszła. Dodała nawet:
- Zaproś go do środka, o ile zechce wejść.
Ojciec czekał na nią przy drewnianym mostku. Wydawał się zmieszany. Towarzyszył mu nieznany Mei-Ling młody człowiek.
- To jest przyjaciel naszego Nio - rzekł. - Przyniósł wiadomość od niego, ale nie chciał mi jej przekazać. Tylko tobie. - Po tych słowach wycofał się.
Mei-Ling przyjrzała się młodzieńcowi. Mógł mieć dwadzieścia pięć lat, był szczupły i przystojny. Uśmiechał się, miał jednak w sobie coś, co jej się nie spodobało.
- Kim jesteś? - zapytała.
- Mówią na mnie Morski Smok - odparł. - Znam twojego Młodszego Brata, a ponieważ wybierałem się w te strony, przekazał mi wiadomość dla ciebie. Chce, abyś wiedziała, że dobrze się miewa.
- Jest w mieście? W Guangzhou?
- Nieopodal.
- Czym się zajmuje?
- Dobrze zarabia. Pewnego dnia może być bogaty. - Młodzieniec znów się uśmiechnął. - Prosi, żebyś nie nazywała go już Braciszkiem. Odtąd powinnaś go nazywać Kuzynem z Guangzhou.
Serce jej się ścisnęło. Czy Braciszek chciał jej w ten sposób przekazać, że stał się innym człowiekiem? Że dołączył do bandy przestępców?
- Czy nosi broń? - spytała z niepokojem.
Mężczyzna opacznie ją zrozumiał.
- Nie martw się, ma za pasem sztylet i krótką szablę. Świetnie włada nożem. - Zaśmiał się.
- Pracuje na lądzie czy na morzu?
- Na morzu.
Ojciec zbliżył się do nich.
- Powinniśmy już iść - rzekł.
Mei-Ling przytaknęła. Wiedziała już wszystko, co musiała wiedzieć. Nio został przemytnikiem albo piratem, zresztą wszystko jedno. Ogarnęło ją straszliwe przeczucie, że grozi mu rychła śmierć.
"Niech pan ratuje życie". John upomniał się w duchu; nie wolno mu myśleć o słowach misjonarza. To nie miało sensu. Musiał dotrzeć do Kantonu i spotkać się z Tullym Odstockiem. Ten już będzie wiedział, na co się zanosi i co należy zrobić.
Stwierdził, że gdyby mniej ufał braciom Odstockom niż holenderskiemu misjonarzowi, w ogóle nie powinien robić z nimi interesów.
Gdyby tylko w uszach nie rozbrzmiewało mu ciągle ostrzeżenie van Buskirka!
Po południu dotarli do zatoki u wejścia do delty Rzeki Perłowej.
- Widzi pan te szczyty? - McBride wskazał mu dalekie, skaliste wybrzeże, ledwo majaczące na horyzoncie. - Najbliżej stąd do wyspy Hongkong. Nic tam nie ma poza chatami paru rybaków, ale jest gdzie zakotwiczyć. To dobre schronienie w czasie sztormu.
Read stanął obok Tradera i przez pewien czas wspólnie przyglądali się skalistym brzegom wyspy.
- Podobno Odstockom dobrze się powodzi - zauważył Amerykanin. - Miałeś okazję poznać ich ojca?
- Nie. Na starość wrócił do Anglii.
- Ponoć solidnie zapracował na swoją reputację. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Ludzie mówią, że to diabeł wcielony. Umysł miał ostry jak brzytwa.
Trader zmarszczył brwi. Czyżby Amerykanin chciał go delikatnie przestrzec przed Odstockami? Trudno powiedzieć.
- Benjamina znam od dłuższego czasu - rzekł. - To dobry człowiek.
- A jego brat w Kantonie?
- Tully Odstock? Jeszcze się nie spotkaliśmy.
Read wydawał się zaskoczony.
- Na twoim miejscu wolałbym kogoś dobrze poznać, zanim wszedłbym z nim w spółkę - stwierdził.
- Uważasz, że za bardzo się pospieszyłem?
- Większość zakochanych sądzi, że los im sprzyja. - Amerykanin ze smutkiem pokiwał głową. - Też taki byłem.
- Ja chyba zdaję się na instynkt - odparł John. - Jeżeli coś wydaje się w porządku... - Wzruszył ramionami. - To tak jak wtedy, gdy dajemy się nieść nurtowi rzeki. Płyniemy z prądem życia.
- Może i tak. - Read zastanawiał się przez moment. - Doświadczenie nauczyło mnie, że życie bardziej przypomina ocean. Jest nieprzewidywalne, Trader. Fala może nadejść z każdej strony, a wszystkim rządzi przypadek.
- Cóż, myślę, że jestem na dobrej drodze - stwierdził John.
Późnym popołudniem minęli Hongkong. Przez kilka kolejnych godzin statek nawigował między przyjaźnie wyglądającymi wysepkami rozsianymi u wejścia do zatoki, aż pod wieczór ujrzeli Makau.
Wyspa ta bardzo różniła się od pozostałych. Od stuleci zamieszkiwana przez Portugalczyków, miała płytką zatokę i strome zbocza usiane domostwami, willami, kościołami oraz niewielkimi fortami, które w świetle zachodzącego słońca wyglądały naprawdę malowniczo.
Zarzucili kotwicę na redzie w Makau. Do burty podpłynęła szalupa i Read wsiadł do niej, żeby dostać się na ląd.
- Nie wiadomo, czy się jeszcze kiedy spotkamy - rzekł, gdy ściskali sobie dłonie z Traderem. - Tak czy inaczej, powodzenia.
Podróż z Makau do Kantonu rozpoczęła się nazajutrz o świcie i trwała niemal trzy długie dni. McBride nie był zbyt rozmowny.
Pierwszego dnia wpłynęli głębiej w zatokę. Około południa Trader dostrzegł żagle na horyzoncie.
- Wyspa Lintin - mruknął kapitan. - Tam kutry przemytników wyładowują opium. Poza zasięgiem wzroku chińskiego gubernatora.
Po południu, w miarę jak zatoka zaczęła się zwężać, Trader mógł zauważyć po swojej lewej stronie niekończące się, szerokie równie pływowe, a daleko za nimi linię brzegową i wznoszące się w niebo górskie szczyty. Czy to wyobraźnia płatała mu figle, czy naprawdę miały w sobie coś złowrogiego?
Drugiego dnia zobaczyli przed sobą kilka cypli.
- To Bogue - wyjaśnił krótko McBride. - Brama do Chin.
Gdy dopłynęli do Bogue, szkuner stanął w dryfie obok zacumowanej kawałek od brzegu dżonki, z której pokładu szybko przeprawił się do nich młody chiński urzędnik, pobrał od McBride'a opłatę i gestem dał im znać, żeby płynęli dalej.
Brama do Chin była naprawdę dobrze strzeżona. Minęli dwa wielkie forty, po jednym na każdym brzegu rzeki, z murami z suszonych na słońcu cegieł, grubymi na trzydzieści stóp, i imponującą baterią armat wycelowanych w wodę. Każdy niemile widziany statek w kanale zostałby bez wątpienia rozniesiony w drzazgi. Wkrótce oczom ich ukazały się kolejne dwa groźne forty. Potężne cesarstwo, pomyślał John, potężne umocnienia.
Kanał się zwężał i załoga po obu burtach sondowała dno.
- Mielizny - mruknął McBride. - Trzeba uważać.
W miarę jak posuwali się naprzód, Trader mógł oglądać pola ryżowe, wioski złożone z drewnianych chat, pola zbóż, a tu i tam sad albo świątynię z wygiętym czterospadowym dachem. Po płytkich wodach niczym skrzydlate owady śmigały małe dżonki o trójkątnych żaglach rozpiętych w bambusowych ramach.
A więc tak wyglądały Chiny: groźne, urokliwe, tajemnicze.
Sampany podpływały na tyle blisko, że z góry mógł oglądać ich mieszkańców - Chińczyków z cienkimi warkoczami - którzy omiatali go obojętnym wzrokiem. Uśmiechał się do nich, a nawet machał, lecz nie reagowali. Co sobie o nim myśleli? Nie miał pojęcia.
Trzeciego dnia o poranku pokonali zakręt rzeki i ujrzeli przed sobą istny las masztów.
- Huangpu - oznajmił kapitan. - Tutaj pan wysiada.
- Myślałem, że zawiezie mnie pan do Kantonu.
- Tutaj wszyscy wyładowują towar. Do Kantonu zabierze się pan lichtugą. Przed zmrokiem będzie pan na miejscu.
Szkuner zgrabnie lawirował w olbrzymim labiryncie wysepek, kei i kotwicowisk i Trader ani się obejrzał, jak załadowano go - wraz z kuframi i skarbczykiem - do jednej z płaskodennych barek płynących w górę rzeki. McBride pożegnał go uściskiem dłoni i ponuro brzmiącym:
- Odtąd jest pan zdany sam na siebie, panie Trader.
Dwie godziny musiał czekać, aż lichtuga wyruszy w końcu w rejs. Ostatnie mile w górę Rzeki Perłowej okazały się dla niego nużące. Jako że nie mógł porozumieć się z żadnym z sześciu Chińczyków, którzy stanowili załogę barki, został sam na sam ze swoimi myślami.
Podobnie jak większość łodzi, również jego barka miała odebrać ostatni w tym sezonie zbiór herbaty - tej czarnej, najgorszej jakości - zanim cały handel w Kantonie zamknie się na letnie miesiące. Może mu się wydawało, lecz odniósł wrażenie, że załoga wykazuje już typową dla końca sezonu ospałość.
Po południu nadciągnęły chmury. Niebo ciemniało z minuty na minutę i John zaczął nawet powątpiewać, czy uda im się dotrzeć do Kantonu przed zmrokiem. Gdy już nabrał pewności, że nie ma na to szans, pokonali kolejny zakręt i ujrzał przed sobą długi rząd stłoczonych łodzi mieszkalnych. Wyglądało to jak rzeczne slumsy. Za nimi, w pewnym oddaleniu, minęli cumujący przy nabrzeżu duży, malowany statek. Słudzy uwijali się właśnie na jego trzech pokładach, zapalając latarnie, w których świetle Trader dostrzegł umalowane twarze wychylonych przez burtę dziewcząt.
Musiała to być jedna z chińskich Łodzi Kwiatów, pływających domów publicznych, o których słyszał. Załoga nagle się ożywiła; szczerząc zęby, wskazywali mu dziewczyny, gotowi na jego znak podpłynąć bliżej. Dziewczęta zachęcały go machaniem, lecz Trader tylko pokręcił głową, z uprzejmości siląc się na pełen żalu uśmiech.
Po kilku minutach, gdy minęli całe zatrzęsienie cumujących na rzece dżonek, oczom Johna ukazał się wreszcie cel jego podróży.
Fotografie i szkice, które widział, nie kłamały: wspaniałego portu, który cudzoziemcy nazywali Kantonem, nie dało się pomylić z żadnym innym miejscem.
Mówiono mu, że swoją zachodnią nazwę port zawdzięcza portugalskim kupcom. Słysząc, jak Chińczycy określają tę prowincję mianem Guangdong, przypuszczali, że słowo to odnosi się do miasta, i wkrótce Guangdong stało się Kantonem. Zanim świat odkrył, że w istocie nosi ono nazwę Guangzhou - co brzmiało mniej więcej jak "Gwung-Jo" - "Kanton" zdążył się już na tyle zakorzenić w świadomości obcokrajowców, że nikt się tym już nie przejmował.
Większość zachodnich podróżników nazywała zresztą Beijing Pekinem, w języku angielskim Moskwa funkcjonowała jako Moscow, a München z jakiegoś niejasnego powodu przetłumaczono na Munich. Kilku zatwardziałych lokalnych brytyjskich patriotów określało nawet francuski Lyon swojsko brzmiącym słowem Lions.
Nie wiadomo, czy wynikało to z arogancji, ignorancji czy też z lenistwa - a może z przekonania, że dokładność w kwestii obcych nazw miejscowych jest oznaką pretensjonalności, przeintelektualizowania albo czymś wręcz podejrzanym. Prawdopodobnie chodziło o wszystkie te rzeczy naraz.
Mury starożytnego miasta leżały w pewnej odległości od rzeki. W ich obrębie wolno było mieszkać wyłącznie Chińczykom, jednak pomiędzy murami a rzeką powstała imponująca dzielnica cudzoziemskich kupców.
Rozległy, otwarty teren - pusty, jeśli nie liczyć kilku budek celników - ciągnął się przez ćwierć mili wzdłuż nabrzeża na podobieństwo wielkiego placu apelowego. Za nim na wodę spoglądał śmiało długi rząd ładnych, bielonych budynków w kolonialnym stylu króla Jerzego. Wiele z nich miało werandy i rozpięte nad nimi zielone markizy. Mieściły się tam biura i magazyny cudzoziemskich kupców oraz ich kwatery mieszkalne. Każdy budynek zajmowali obywatele innego państwa, o czym świadczyła flaga łopocząca od frontu na wysokim maszcie. A ponieważ kupców przyjęło się nazywać faktorami, należące do nich wystawne gmachy otrzymały nazwę faktorii. Ponad tuzin z nich tworzyło pierzeję placu: brytyjska, amerykańska, holenderska, niemiecka, francuska, szwedzka, hiszpańska...
Gdy barka zbliżyła się do nadbrzeża, Trader zauważył chińskiego tragarza, spieszącego do jednego z większych budynków. Zanim jego dobytek znalazł się na lądzie, ujrzał korpulentną postać, która zmierzała ku niemu raźnym krokiem. Jej tożsamość nie mogła budzić żadnych wątpliwości.
Policzki Tully'ego Odstocka pokrywały fioletowe plamy. Otyłość sprawiała, że jego oczy zdawały się niknąć w pulchnej twarzy, a głowę pokrywały kępki siwych włosów. Pierwsze skojarzenie Tradera było jednoznaczne: z wyglądu przypominał rzepę.
- Pan Trader? Tully Odstock. Cieszę się, że dotarł pan cało. Podobno wyprawił się pan na północ wzdłuż wybrzeża? Udało się panu sprzedać trochę opium?
- Tak, panie Odstock. Pięćdziesiąt skrzyń po sześćset srebrnych dolarów każda.
- Doprawdy? - Zaskoczony Tully pokiwał głową. - Świetnie się pan spisał. Znakomicie. - Jednak coś innego zdawało się zajmować jego myśli.
Tragarze tymczasem przenieśli skarbczyk i kufry na wózek ręczny i ruszyli z nim w kierunku brytyjskiej faktorii.
- Słyszałem, że handel kiepsko idzie - zagadnął Trader.
Tully obrzucił go bystrym spojrzeniem.
- Czyli nic pan jeszcze nie wie? - A na widok skonsternowanej miny Tradera dodał: - Zresztą skąd niby miałby pan wiedzieć. Wieści dotarły dopiero dziś rano i obawiam się, że nie są najlepsze. - Sapnął. - Naturalnie, wszystko jak zwykle rozejdzie się po kościach, więc nie ma się czym przejmować.
- O czym dokładnie mówimy? - zapytał podejrzliwie Trader.
- Z powodu opium Chińczycy zaczęli nam ostatnio sprawiać kłopoty. I tyle. Resztę opowiem panu przy obiedzie. Musi pan wiedzieć, że całkiem dobrze tutaj jadamy.
Trader się zatrzymał.
- Proszę powiedzieć mi wszystko od razu - zażądał, zdumiony własną stanowczością w stosunku do starszego od siebie człowieka. - Ile możemy stracić?
- Trudno ocenić, ale sądzę, że całkiem sporo. Omówimy to przy obiedzie.
- Ile?
- No cóż... - Tully nadął fioletowe policzki. - Przypuszczam, że... Rozumie pan, oczywiście czysto teoretycznie... można by rzec, że... wszystko.
- Mogę stracić wszystko?
- Niech mi pan wierzy, cała sprawa rozejdzie się po kościach - powtórzył Tully. - A teraz pora coś zjeść.
Z powodu śniegu zalegającego na przełęczach podróż wydłużyła się aż o tydzień. Shi-Rong obawiał się, że komisarz Lin będzie musiał na niego czekać, kiedy więc wreszcie dotarł do Guangzhou, z ulgą przekonał się, że mandaryn jeszcze nie przybył na miejsce.
Postanowił dobrze spożytkować ten czas. Niezależnie od zadań, jakie wyznaczy mu szlachetny pan Lin, im więcej będzie wiedział o lokalnych sprawach, tym lepiej.
Znalazł tymczasowe zakwaterowanie i zaraz wyruszył na poszukiwanie przewodnika, a rozpytawszy się tu i ówdzie, trafił dokładnie na kogoś, kogo potrzebował: kantońskiego studenta przygotowującego się do egzaminów mandaryńskich na szczeblu prowincjonalnym. Fong był szczupłym, bystrym młodzieńcem, bardzo zadowolonym z perspektywy zarobku.
Przez trzy dni zwiedzali tętniące życiem miasto, przedmieścia i cudzoziemskie faktorie. Młody Fong, oprócz tego, że okazał się świetnie poinformowany, był też dobrym nauczycielem. Pod jego opieką Shi-Rong podszlifował swój kantoński i wkrótce rozumiał większość z tego, o czym mówiło się na ulicach. Ze swojej strony, ilekroć razem jedli, Fong zasypywał go pytaniami, wielce ciekaw, co też tak ważny gość sądzi o jego rodzinnym mieście.
- Nie smakuje wam kantońska kuchnia, panie? - zagadnął go przy pierwszym wspólnym posiłku. - Nie za dużo ryżu?
- Tutejsze potrawy pachną tyloma przyprawami. I wszystko jest nazbyt słodkie - poskarżył się Shi-Rong.
- Słodko-kwaśne. To typowe dla dań południowochińskich. Proszę spróbować krojonego mięsa z kurczaka. Jest mniej słodkie. I naleśników z warzywnym nadzieniem.
Pod koniec drugiego dnia, gdy pili razem wino ryżowe, Fong zapytał go, czy Guangzhou jest takie, jak się spodziewał.
- Wiedziałem, że życie płynie tutaj szybciej - przyznał Shi-Rong - ale te tłumy w uliczkach i na targu... Trudno się przecisnąć.
- Mamy też ciemniejszą skórę. - Młody Fong uśmiechnął się szeroko. - I zależy nam tylko na pieniądzach. Tak mówi się o nas w Pekinie, prawda? - A gdy Shi-Rong nie zaprzeczył, wykrzyknął ze śmiechem: - Ale to wszystko prawda!
- A co ludzie z Guangzhou mówią o nas? - Shi-Rong postanowił się zrewanżować.
- Jesteście wyżsi i macie jaśniejszą skórę. - Fong z oczywistych względów starał się zachowywać ostrożność, lecz Shi-Rong zachęcił go, żeby mówił otwarcie. Wówczas młody kantończyk przyznał: - Mówimy, że wieśniacy z północy całe dnie spędzają w kucki.
Shi-Rong uśmiechnął się. Rzeczywiście, wieśniacy z północnych równin często przyjmowali w grupach taką pozycję, żeby odpocząć od pracy.
- Ale zawsze zbierają zboże na czas.
Szczególnie interesowało go zdanie Fonga na temat przemytu opium. Początkowo, znając stanowisko gościa, młodzieniec odpowiadał wymijająco. Lecz piątego dnia zaufał mu na tyle, żeby się zdobyć na szczerość.
- Rozkazy z Pekinu są jasne. Cesarz każe robić naloty na palarnie opium i aresztować palaczy. Prowadzone są więc obławy, ogarniające swoim zasięgiem nawet wsie. Mnóstwo ludzi trafia do więzień, a mimo to popyt na opium nie maleje. Moim zdaniem to zwykła strata czasu. Nawet gubernator tak uważa. Bez względu na oficjalne działania za rok wszystko wróci do normy.
Komisarz Lin przybył dopiero po upływie tygodnia. Ucieszył się, widząc Shi-Ronga na miejscu, a jeszcze bardziej, gdy młody pomocnik wyjawił mu, jak spędził czas oczekiwania.
- Pańska gorliwość zasługuje na pochwałę. Będzie pan moim sekretarzem, a także oczami i uszami.
Lin natychmiast zarekwirował dom na przedmieściach nieopodal cudzoziemskich faktorii i poinformował Shi-Ronga, że też ma tam zamieszkać. Już pierwszego wieczoru przedstawił mu swój plan działania.
- W drodze przeczytałem wszystkie doniesienia z tutejszej prowincji. W najbliższym tygodniu pomówię z gubernatorem, miejscowymi mandarynami i kupcami z Guangzhou - oraz ich sługami, od których najwięcej się dowiemy - żeby móc wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. Potem zniszczymy handel opium. Jak pan sądzi, w kogo najpierw powinniśmy uderzyć?
Młodzieniec powtórzył mu słowa Fonga oraz inne rzeczy, których sam się dowiedział, po czym szczerze wyznał, że według niego czeka ich długa i niewdzięczna praca, jeżeli chcą zniechęcić pobratymców do zażywania narkotyku.
- Spalę im fajki opiumowe - oznajmił ponuro Lin. - Ale ma pan rację. Jedynym sposobem wykorzenienia tej trucizny jest przerwanie łańcucha dostaw. Kto zatem jest naszym największym wrogiem, młody panie Jiang?
- Fan Kuei, rudowłose cudzoziemskie diabły, które zwożą opium do naszego królestwa.
- Co o nich wiemy?
- Byłem w ich faktoriach. Wygląda na to, że nie wszyscy są tacy sami. Pochodzą z wielu różnych krain i tylko niektórzy mają rude włosy.
- Najgorszymi łotrami są ci z krainy zwanej Anglią. Najwyraźniej nikt nie wie, gdzie ona leży. Pan wie?
- Nie, ekscelencjo. Czy mam się o to rozpytać?
- Być może. Choć w zasadzie to nieistotne, gdzie mieszkają te prymitywne ludy. Dowiedziałem się jednak, że włada nimi królowa. I że przysłała tu swojego urzędnika.
- Tak, komisarzu. Zwie się Elliot i pochodzi ze szlachetnej rodziny. Obecnie przebywa w Makau.
- Może ta królowa nie wie nawet, co wyprawiają tu jej piraci. Może ów sługa jej o tym nie doniósł.
- To możliwe, komisarzu.
- Zacząłem pisać do tej królowej list, który zostanie przetłumaczony na jej barbarzyński język. Gdy tylko będzie gotowy, przekażę go jej słudze, aby go dostarczył. Udzielę jej nagany i wydam stosowne instrukcje. Jeżeli włada sprawiedliwie, bez wątpienia nakaże temu Elliotowi zgładzić wszystkich piratów. Najgorszy z nich to niejaki Jardine. Od niego powinna zacząć. - Umilkł i przyjrzał się badawczo Shi-Rongowi. - Ale Fan Kuei są nieistotni. Niebiańskie Cesarstwo z łatwością poradzi sobie z garstką piratów. Ponownie więc pytam: kto jest naszym prawdziwym wrogiem, panie Jiang? Wie pan?
- Nie jestem pewien, ekscelencjo.
- Nasi rodzimi kupcy w tym mieście. Kohong, zrzeszenie chińskich gildii kupieckich - ci sami ludzie, których cesarz upoważnił do prowadzenia interesów z cudzoziemskimi przybyszami. Ci zdrajcy pozwalają barbarzyńcom handlować opium, więc surowo się z nimi rozprawimy.
Kolejnych kilka dni było bardzo pracowitych. Nie ujawniając nikomu swoich zamiarów, Lin prowadził liczne rozmowy i zbierał dowody. Shi-Rong uwijał się dzień i noc, sporządzając notatki, spisując meldunki i biegając na posyłki. Po tygodniu Lin wyznaczył mu proste zadanie: miał pójść do domu jednego z kupców zrzeszonych w kohongu i z nim pomówić.
- Tylko niech pan się z niczym nie zdradza - polecił komisarz. - Okaże mu pan życzliwość i wypyta go o cudzoziemskich kupców oraz ich towary. Dowie się, co ów człowiek naprawdę o nich myśli.
Następnego popołudnia Shi-Rong złożył mu sprawozdanie.
- Pierwsze, co odkryłem, ekscelencjo, to to, że według niego nikt nie zdoła ukrócić handlu opium. Przerwać go na pewien czas, owszem, można, sądzi jednak, że wyjedziecie stąd, gdy tylko uczynicie zadość życzeniom cesarza, a wówczas wszystko zacznie się od nowa. I chociaż znana jest mu wasza osławiona uczciwość, najwyraźniej trudno mu uwierzyć, że w przeciwieństwie do innych urzędników jesteście nieprzekupni.
- Coś jeszcze?
- Dwie rzeczy, ekscelencjo. Ton tego człowieka sugerował, iż barbarzyńscy kupcy stali się jego bliskimi przyjaciółmi. Co więcej, od jego sług dowiedziałem się, że poważnie zadłużył się u jednego z nich, niejakiego Odstocka.
- Dobrze się pan spisał. Cesarz słusznie uznał, że nie należy dopuszczać do kontaktów tych Fan Kuei z naszymi ludźmi. Lecz nawet zamknięci w obrębie jednego portu, poza murami miasta, nadal potrafią korumpować naszych kupców z kohongu, którzy rzekomo są zacnymi ludźmi.
- Istotnie.
- Wspomniał pan o dwóch rzeczach.
- Zapewne nie ma to większego znaczenia, ekscelencjo, dowiedziałem się jednak, że ów kupiec, Odstock, spodziewa się na dniach przybycia młodego uczonego, który ma zostać jego młodszym wspólnikiem w interesach. Chociaż to dziwne - dodał - aby człowiek uczony parał się handlem.
- Z tymi barbarzyńcami nigdy nic nie wiadomo. Chcę, aby pan się z nim spotkał, kiedy już tu przybędzie. Sprawdzi pan, czy wie coś, co może być dla nas przydatne.
- Wedle życzenia, ekscelencjo. - Shi-Rong ukłonił mu się.
- Sądzę - rzekł Lin z posępnym uśmiechem - że jesteśmy już gotowi. Proszę zwołać na wieczór zgromadzenie członków kohongu. - Skinął szybko głową młodzieńcowi. - Dziś jeszcze uderzymy.
John Trader z przerażeniem wpatrywał się w Tully'ego Odstocka. Siedzieli w jego niewielkim biurze, którego okno wychodziło na wąską uliczkę łączącą angielską faktorię z chińską drogą na tyłach budynku. Żółtawa poświata dwóch zapalonych lamp padała na zajmowane przez nich skórzane fotele. Powietrze było duszne i nagrzane, lecz Johnem Traderem wstrząsały lodowate dreszcze, jakby znajdował się na pustyni Gobi.
- To się stało wczoraj wieczorem - opowiadał Tully. - Niejaki Lin zwołał do siebie wszystkich kupców kohongu. Nazwał ich przestępcami i zdrajcami, a potem oznajmił, że kupcy z faktorii mają wydać mu swoje zapasy opium i kohong musi to zorganizować - odpowiadają za handel z innymi krajami, rozumie pan - jeśli zaś nie wywiążą się z tego obowiązku, zostaną straceni. Dał im na to trzy dni. Tymczasem nikomu z nas nie wolno opuszczać Kantonu.
- Mówiąc o całych zapasach opium...
- Nie miał na myśli tylko tych niedużych ilości składowanych obecnie w faktoriach, lecz cały towar przechowywany w magazynach w dole rzeki i w zatoce, a także w ładowniach statków, które wciąż tu przybijają. Wszystko, co mamy. Olbrzymie ilości opium.
- A co z tym, które kupiłem i za które sam zapłaciłem?
- Oczywiście również zostanie zarekwirowane. - Tully współczująco pokiwał głową. - Muszę przyznać, że ma pan pecha. Jednak inwestując własne pieniądze w spółkę, uczynił pan z nich kapitał Odstocków - ożywił się. - Ma pan zatem prawo do dziesięcioprocentowego udziału w naszych przyszłych zyskach.
- Jakich zyskach? - Trader nawet nie ukrywał swojej goryczy. Tully milczał. - Straciłem wszystko, co zainwestowałem.
- Tego bym nie powiedział - odparł Tully. - Według mnie cała ta sprawa szybko przyschnie.
- Oddamy im opium?
- Pojutrze odbędzie się narada w tej sprawie. Naturalnie jest pan zaproszony - dodał, jakby to miało cokolwiek zmienić.
Tej nocy John Trader właściwie nie zmrużył oka. Kwatera Odstocków w angielskiej faktorii składała się z dwóch ciasnych sypialni. Pokój Tully'ego wychodził na boczną uliczkę, a pokój Johna w ogóle nie miał okna. O północy leżał w swojej dusznej klitce i słuchał dobiegającego zza gipsowej ściany pochrapywania Tully'ego. W końcu sięgnął po mosiężną lampę naftową, w której wciąż tlił się nikły płomyk, podkręcił knot i wziąwszy arkusz papieru, ponownie wbił wzrok w kolumny cyfr. Nie musiał tego robić - znał je wszystkie na pamięć.
Całkowity wkład. Zadłużenie. Należne odsetki, płatne gotówką. Wpatrując się tępo w kartkę, raz jeszcze dokonał obliczeń. Ograniczając wydatki do minimum, przez rok będzie jeszcze w stanie spłacać odsetki od pożyczki i jakoś wiązać koniec z końcem - ale niewiele dłużej. Góra piętnaście miesięcy.
Bracia Odstockowie nie wiedzieli, że się zapożyczył. Większa zainwestowana kwota pozwoliła mu wynegocjować lepsze warunki przystąpienia do spółki. W innych okolicznościach uznałby, że zrobił doskonały interes, ale teraz? Teraz groziła mu ruina.
I po co to wszystko? Żeby zdobyć Agnes, rzecz jasna. Szybko zbić fortunę. Dowieść ojcu dziewczyny, że z czasem zdoła uczynić z Agnes panią na szkockim zamku. Wiedział, że może tego dokonać. Jej twarz stanęła mu przed oczami: tak, to wszystko było możliwe. Więcej - było mu przeznaczone. Miał co do tego całkowitą pewność, której w żaden sposób nie potrafiłby racjonalnie wytłumaczyć. Ten los był mu pisany.
Uciekł więc od bezpiecznego, przeciętnego życia, jakie wiódł w Kalkucie, aby postawić wszystko na jedną kartę w Chinach. Rzucił się na głęboką wodę, wiedząc, że w razie porażki grożą mu sztormy i ostre skały, a nawet śmierć, jak tylu tysiącom poszukiwaczy przygód przed nim. Ale nie było innego wyjścia: taką już miał naturę. I nawet teraz, w obliczu bankructwa, jakiś głosik szeptał mu, że gdyby znów miał dokonać wyboru, postąpiłby tak samo.
Mimo wszystko, wpatrując się ponuro w środku nocy w swoje wyliczenia, odczuwał strach. A gdy wreszcie udało mu się zasnąć, spał niespokojnie w ciemnej izdebce, dopóki odgłosy krzątaniny Tully'ego Odstocka nie uświadomiły mu, że nastał poranek.
- Najwyższy czas przedstawić pana kilku osobom - rzekł wspólnik, gdy wyszli z domu po skończonym śniadaniu. Mówił z ożywieniem, jakby nie było żadnych powodów do niepokoju.
John nadal nie wiedział, co o nim myśleć. Przypuszczał, że podobnie jak brat jest kupcem starej daty, kutym na cztery nogi. Jednak czy bracia nie nazbyt szybko wzięli od niego pieniądze, a jego samego przyjęli na wspólnika? Skoro zdołał ukryć przed nimi wielkość długu, jaki w tym celu zaciągnął, być może oni także ukryli przed nim to i owo, jeśli chodzi o stan swoich interesów?
Czy Tully, twierdzący, że kłopoty w Kantonie są przejściowe, próbował go oszukiwać, czy - co byłoby chyba jeszcze gorsze - oszukiwał sam siebie? Jednego John Trader był pewien: Tully Odstock się bał. Ten strach dało się niemal wyczuć, mimo to nikt poza nim nie wydawał się zaniepokojony. Przed południem zdążyli odwiedzić wszystkie faktorie. Trader poznał kupców z Francji i Szwecji, Duńczyków, Hiszpanów oraz Holendrów. Niemal każdy zgadzał się, że Lin dopiero zaczyna negocjacje.
- Odmówimy mu, a wtedy zacznie się targować - mówili.
- Musi się wykazać, żeby zrobić wrażenie na cesarzu, dostać awans i przenieść się gdzie indziej - zapewnił Johna jeden z holenderskich kupców. - To gra, w której biorą udział wszyscy mandaryni.
Dodało mu to otuchy. Po przybyciu do amerykańskiej faktorii usłyszeli dalsze pokrzepiające słowa.
Warren Delano miał dopiero trzydzieści lat. Ten przystojny mężczyzna z imponującymi wąsami, bokobrodami i życzliwym uśmiechem - chociaż John zwrócił uwagę na jego zimne jak stal spojrzenie - zdążył już zbić spory majątek na handlu opium. Reprezentował sobą wszystko, o czym John marzył. On także lekceważeniem zbył żądanie Lina.
- Całe opium, które sprzedaję, wziąłem w komis - oznajmił. - Stoję na stanowisku, że nie można wydać Chińczykom towaru będącego cudzą własnością. Po prostu nie mam prawa tego zrobić.
- Piekielnie dobry argument - pochwalił Tully. - Jedna trzecia naszych zapasów też została wzięta w komis. Należy do innych kupców, Parsów z Bombaju.
- Sam pan widzi - stwierdził Delano.
Kiedy wyszli, Trader odniósł wrażenie, że jego tęgi wspólnik kroczy z nową pewnością siebie.
- Wrócimy inną drogą - rzekł, pociągając go za sobą w Old China Street.
Od frontu zabudowania faktorii wychodziły na nabrzeże, od tyłu zaś przylegały do nich malutkie podwórka i liczne schodki, które ciągnęły się na ponad sto jardów, aż do wielkiej kantońskiej arterii zwanej ulicą Trzynastu Faktorii, stanowiącej granicę pomiędzy dzielnicą cudzoziemskich kupców a chińskimi przedmieściami. Odchodziły od niej trzy przecznice, biegnące przez cały kupiecki kwartał, aż do wody: Hog Lane, przy której mieściła się angielska faktoria, Old China Street przy faktorii amerykańskiej oraz jeszcze jedna, pomiędzy hiszpańską a duńską faktorią. Choć przecinały cudzoziemską dzielnicę, zastawione były chińskimi straganami, oferującymi wszelkie przysmaki i towary codziennego użytku, jakie zgodnie z mniemaniem przekupniów mogłyby zainteresować Fan Kuei.
Minęli owe stragany i znaleźli się na ulicy Trzynastu Faktorii. Tully pogardliwie wskazał kciukiem ładną starą chińską rezydencję, która wznosiła się nieopodal, po ich lewej stronie.
- To tutaj rozgościł się komisarz Lin - prychnął. - Wydaje mu się chyba, że stąd może mieć na nas oko.
Po krótkim spacerze ruchliwą ulicą skręcili w prawo w Hog Lane. Tully wskazał Johnowi pobliską bramę.
- Tu jest nasz szpital, gdyby pan zachorował. Mamy świetnego lekarza, amerykańskiego misjonarza nazwiskiem Parker. Miły gość. - Skinął głową. - No dobrze, ma pan już pewną orientację w terenie. Pora na lunch.
Angielską faktorię zbudowała Kompania Wschodnioindyjska w osiemnastym stuleciu. Od frontu na piętrze mieściła się przestronna jadalnia, a z boków przylegały do niej biblioteka i sala bilardowa. Okna jadalni wychodziły na ogród w stylu angielskim, rozciągający się niemal aż do samego brzegu i zakończony murem. Obrazy olejne na ścianach, wygodne fotele i zastęp znakomicie przeszkolonych kelnerów sprawiały, że czuło się tam atmosferę komfortu i staroświeckiej solidności londyńskiego klubu.
Nie wszyscy kupcy z Anglii mieszkali w faktorii, pomimo jej imponujących rozmiarów. Część znalazła zakwaterowanie po sąsiedzku, wśród innych nacji, które dysponowały wolnymi pomieszczeniami, traktując rodzimą faktorię jako miejsce przyjemnych spotkań. Tego dnia na lunchu zgromadził się tam ponad tuzin stałych bywalców. Ponieważ Jardine, największy angielski handlarz opium, popłynął niedawno w rejs do ojczyzny, zebranym przewodniczył jego wspólnik, Matheson. Kilku mężczyzn było drobnymi kupcami, z których zwłaszcza jeden, niejaki Dent, wyglądał według Tradera jak pirat z krwi i kości. Jego całkowite przeciwieństwo stanowił czcigodny doktor Parker, towarzyszący któremuś z bratanków Jardine'a.
Zarówno misjonarz, jak i korsarz sprawiali nader sympatyczne wrażenie i gotowi byli służyć cennymi radami. Matheson wskazał Traderowi miejsce obok siebie. Jego twarz o miłym wejrzeniu, okolona starannie przystrzyżonymi bokobrodami, przywodzącymi na myśl podpórki do książek, nadawała mu wygląd głęboko intelektualny, tak że bardziej niż bezwzględnego handlarza opium przypominał jowialnego księgarza.
- Sekretem udanego życia tutaj, panie Trader - rzekł serdecznie - jest posiadanie pierwszorzędnego pośrednika handlowego. Taki komprador załatwia sprawy z miejscowymi, wyszukuje dobrych chińskich służących, dba o zapasy żywności i wszystko, czego pan tylko zapragnie. Nasz jest po prostu znakomity.
- Całą służbę stanowią tubylcy?
- W zasadzie tak. Nie ma z nimi żadnych kłopotów. Kantończycy to praktyczni ludzie.
- Czy powinienem nauczyć się chińskiej mowy? - spytał John.
- Nie radziłbym - odparł gospodarz. - Władze krzywo na to patrzą. Nie chcą, abyśmy nawiązywali zbyt bliskie kontakty z ich poddanymi. Jak pan zapewne wie, wszyscy mówią tutaj łamanym angielskim. Kupcy z kohongu, służba, pracownicy portowi - z wszystkimi się pan dogada. Szybko się pan przyzwyczai. - Odwrócił się w stronę Amerykanina. - Naturalnie doktor Parker zna język chiński, ale to co innego.
Amerykański misjonarz był niskim, gładko ogolonym mężczyzną w okularach, około trzydziestki.
- Widzi pan - wyjaśnił z uśmiechem - miejscowi, nie wyłączając mandarynów, przychodzą się do mnie leczyć. Z oczywistych względów wolą, abyśmy się dobrze zrozumieli, zanim ich pokroję!
- Zawsze słyszałem, że Chińczycy szczycą się osiągnięciami swojej medycyny - zauważył Trader.
- Owszem. Ich akupunktura i leki ziołowe często się sprawdzają. Jednak w kwestii zabiegów chirurgicznych znacznie ich wyprzedzamy i dobrze o tym wiedzą. Dlatego do nas przychodzą.
- To zwykłe konowały - wtrącił stanowczo Tully.
- Nie powinniśmy okazywać nadmiernej pychy - odparł rozważnie Parker. - Proszę nie zapominać, sir, że jeszcze niedawno w Londynie chirurgią parał się byle golibroda.
Trader przypomniał sobie van Buskirka rozdającego Pismo Święte chińskim przemytnikom i zagadnął Parkera, czy udało mu się nawrócić kogokolwiek w Kantonie.
- Jeszcze nie - odparł misjonarz. - Liczę jednak, że z czasem zdobędę taki szacunek jako lekarz, że zaczną też szanować moją wiarę. Po prostu muszę być cierpliwy.
- Taka próba wiary, co? - wtrącił znowu Tully.
- Można tak powiedzieć - odrzekł cicho Parker. Spojrzał życzliwie na Tradera. - Wiem od pana Odstocka, że skończył pan studia w Oksfordzie. Jestem pod wrażeniem.
- Ach - westchnął John. Zawahał się; wiedział - zadał sobie trud, żeby wcześniej to sprawdzić - że zarówno Matheson, jak i Jardine studiowali w Edynburgu. Jardine skończył medycynę, jednak dyplom uniwersytecki nadal stanowił rzadkość wśród kupców i przedsiębiorców, w wojsku i marynarce był natomiast czymś niespotykanym. Ludzie o ambicjach intelektualnych budzili w tych kręgach podejrzliwość.
Istniał jednak sposób, aby będąc studentem Oksfordu, przekonać innych, że jest się przyzwoitym człowiekiem, a mianowicie ukończyć studia z oceną dostateczną.
Mądrzy i pracowici odbierali dyplom z wyróżnieniem. Porządni ludzie bez wygórowanych aspiracji intelektualnych wybierali mniej wymagające przedmioty, korzystali z uroków uniwersyteckiego życia, a gdy przyszło co do czego, zadowalali się najskromniejszym z dyplomów, który poświadczał, że odbyli studia, potrafią czytać oraz pisać i nauczyli się pić jak na dżentelmenów przystało. John osobiście znał człowieka, który zarzekał się, że spędził w Oksfordzie trzy lata, nie przeczytawszy w tym czasie ani jednej książki.
- Mój opiekun życzył sobie, abym tam studiował - odparł. - Co nieco się nauczyłem, nie powiem, ale zdałem tylko podstawowe egzaminy.
Nie była to prawda; ukończył uniwersytet z wyróżnieniem, jednak w Kalkucie uznał, że rozsądniej się tym nie chwalić, i dalej trzymał się swojej historyjki.
Podczas posiłku rozmawiano o ultimatum chińskiego komisarza. Tully przekazał wszystkim opinię pana Delano, co zostało przyjęte z entuzjazmem. Zebrani zgodzili się, że lepiej przeczekać tę burzę, a Dent uderzył pięścią w stół i stwierdził, że jeśli komisarz dalej będzie sprawiał kłopoty, trzeba go chwycić za kołnierz i wrzucić do rzeki. Jako nowo przybyły, Trader słuchał w milczeniu, nie wyrażając własnego zdania.
Gdy tak przypatrywał się garstce kupców stojących w obliczu poważnych strat, bezbronnych na tym skrawku lądu w sercu milionowego cesarstwa, które - gdyby komuś przyszła na to ochota - w okamgnieniu mogło ich zmiażdżyć, odczuwał wyłącznie głęboki podziw. Może i byli arogantami, a już na pewno nie mieli w tym sporze moralnej wyższości, lecz mimo wszystko, kiedy tak dyskutowali spokojnie w swoim klubie, wydawali mu się ucieleśnieniem brytyjskości.
Przy deserze ośmielił się jednak zadać Mathesonowi pytanie.
- Jednego nie rozumiem - wyznał. - Kompania Wschodnioindyjska ma własne wojsko, które broni naszych interesów. W Chinach nie mamy własnej armii, chociaż jest tutaj przedstawiciel brytyjskiego rządu zwany superintendentem. Zatem skoro Chińczycy zagrażają brytyjskiemu handlowi i dochodom brytyjskich kupców, co zamierza z tym zrobić superintendent?
- Elliot? - parsknął Tully Odstock. - Nic! Jest do niczego. Palcem nie kiwnie. - Jego wybuch wywołał pomruk aprobaty.
- Jak pan widzi - odrzekł ze spokojem Matheson - kapitan Elliot nie cieszy się zbytnią popularnością. Wybrał się niedawno do Makau i z pewnością niedługo wróci.
- Dlaczego nie jest lubiany? - spytał John.
- Po części chyba z powodu swojego arystokratycznego pochodzenia - odparł Matheson. - Dwóch jego kuzynów ma tytuł lorda - jeden to gubernator generalny Indii, drugi zasiada w rządzie. Co najmniej jeden członek rodziny Elliota służy w randze admirała. My, kupcy, wyraźnie odczuwamy jego niechęć. A już na pewno nie podoba mu się nasz handel opium. Nie pochwala go, w związku z czym nam również nie sprzyja.
- To może ten przeklęty biurokrata powinien pracować dla chińskiego cesarza? - wtrącił Tully.
- Elliot ma, rzecz jasna, obowiązek bronić naszych interesów - ciągnął Matheson. - Brytyjski rząd wysoko ceni herbatę, którą importujemy z Chin. Równie cenne są zyski z bawełny sprzedawanej przez nas Chińczykom - choć mogę pana zapewnić, że pomimo olbrzymiej gorliwości właścicieli angielskich przędzalni chiński rynek nigdy nie wchłonie takich ilości bawełny, aby zrównoważyło to koszt herbaty, którą musimy kupować.
- Wszystko to bardzo pięknie, Matheson - rzekł Tully Odstock - ale jeśli sprawy tutaj się skomplikują - a na to wygląda - wolałbym mieć u boku kogoś, komu mogę zaufać, a nie człowieka, który praktycznie wysługuje się Chińczykom. Jeśli chodzi o jego zasady moralne, to gdy zaczyna prawić kazania, staje się całkiem nieprzewidywalny. Możemy przez niego wszystko stracić.
- Musimy zachować spokój - upomniał go Matheson.
- Jestem spokojny - odburknął Tully, poirytowany.
- Myli się pan jednak co do Elliota, sądząc, że sprzyja Chinom - ciągnął Matheson. - W istocie powiedziałbym, że jest dokładnie na odwrót.
- A to jakim sposobem?
- Uważnie mu się przyglądam. To arystokrata, imperialista, może nawet dyplomata. A teraz weźmy Chiny, dumne cesarstwo, patrzące z góry na inne kraje. Kiedy wyprawiamy poselstwo do Chin, dwór cesarski widzi w nas poddanych, którzy przybywają złożyć mu hołd. Spodziewają się, że nasz ambasador będzie kłaniał się w pas i padał na twarz przed cesarzem. Kupcy tacy jak my jeszcze by to przełknęli, o ile nadal wolno nam będzie handlować. Ale w oczach Elliota to niedopuszczalna obraza Korony Brytyjskiej i jego osobistej godności. Przykłada ogromną wagę do swojej pozycji.
- Bez handlu nie ma pieniędzy. A bez pieniędzy nie ma pozycji - rzucił gniewnie Tully.
- Pełna zgoda. Ale nawet w kwestii handlu Elliot nie może sprzyjać Chinom. Dlaczego? Ponieważ Chińczycy nie pozwolą nam ze sobą handlować tak, jak to robimy z innymi nacjami. W całym tym ogromnym cesarstwie wolno nam handlować tylko w Kantonie i nie możemy nawet mieszkać w mieście. Gdybyśmy mieli swobodny dostęp do innych chińskich miast, żeby oferować tam nasze towary, to kto wie - być może nie musielibyśmy nawet handlować opium. A przynajmniej Elliot mógłby wysunąć taki argument. Krótko mówiąc, superintendent nienawidzi obecnego status quo. I dopóki niebiański cesarz nie uzna imperium brytyjskiego za równe sobie i nie włączy się w normalną wymianę handlową opartą na wzajemnych stosunkach między różnymi krajami, Elliot będzie mu się zdecydowanie sprzeciwiał.
- Masz pan gadane - zauważył niechętnie Odstock, a zwracając się do Tradera, rzekł: - Liczę, że taki oksfordczyk jak pan nie pozostanie dłużny Mathesonowi i nie pozwoli mu się zagadać.
Zanim jednak Trader zdążył zareagować na tę krępującą propozycję, rozmowę przerwało wejście sługi, który wpadł do jadalni i oznajmił:
- Pan Zhou zaprasza pana Odstocka do swego domu. Pana Tradera także. Czym prędzej.
Zaskoczony Odstock rozejrzał się po sali.
- A to dopiero. Zhou jest członkiem kohongu - wyjaśnił Traderowi. - Chińskim kupcem, z którym najczęściej handluję. - Odwrócił się ku służącemu. - W jakim celu?
- Z rozkazu komisarza Lina.
- Chce mnie widzieć? - upewnił się przerażony John.
Służący przytaknął.
- Bardzo dziwne! - wykrzyknął Matheson. Nawet on wyglądał na lekko zaniepokojonego. - No cóż - rzekł po chwili - chyba powinni panowie tam pójść.
Gdy Trader, Tully Odstock i służący pana Zhou szli w górę Hog Lane, wspólnik Johna silił się na spokój.
- Nazywam go Jokerem - powiedział - dlatego że jego imię brzmi trochę podobnie do "Joe". Nie ma nic przeciwko temu.
Byli w połowie Hog Lane, gdy Tully przystanął przy stoisku i kupił dwa ciasteczka migdałowe. Podał jedno Traderowi i sam zaczął jeść, nie ruszając się z miejsca.
- Pan Zhou mówi: iść szybko! - zawołał niespokojnie sługa, lecz kupiec to zignorował.
- Nigdy nie należy się spieszyć ani okazywać zdenerwowania - mruknął do Tradera, który w lot pojął, o co chodzi: schrupał swoje ciastko i dopiero wtedy ruszyli dalej. - Nawiasem mówiąc - ciągnął Tully - gdy już tam dotrzemy, porozmawiamy, a za jakiś czas podadzą nam herbatę. Gospodarz będzie oczekiwał, że po jej wypiciu wyjdziemy. Takie są tutaj zwyczaje.
- Powinienem wiedzieć coś jeszcze? - spytał John.
- W tej chwili Joker jest nam winien większą sumę pieniędzy. Ale proszę się nie obawiać. To porządny człowiek. Znam go od lat. Spłaci swój dług. - Pokiwał głową. - W zasadzie już prawie tydzień go nie widziałem. Ciekawe, co myśli o tych nonsensach, które wygaduje Lin.
Pięć minut później stanęli przed domem pana Zhou. Z obszernym dziedzińcem, werandami i ładnym ogrodem na tyłach robił spore wrażenie. Gospodarz przyjął ich w pięknie umeblowanym pomieszczeniu obwieszonym czerwonymi lampionami.
- Witaj, Joker - odezwał się Tully. - Dawnośmy się nie widzieli.
- Sześć dni - odparł kupiec z kohongu.
Przypatrując się panu Zhou, John Trader uznał, że jego wspólnik nie trafił z przezwiskiem dla chińskiego kupca. Pan Zhou przyjął ich w fotelu w pozie tak dystyngowanej, jakby zasiadał na tronie. Jego pociągłą, kościstą jak u szkieletu twarz wieńczyła lśniąca łysina wysoko sklepionej czaszki. Na bogato haftowaną tunikę miał narzucony czarny jedwabny kaftan z szerokimi rękawami, a na szyi długi, podwójny sznur bursztynowych koralików, sięgający mu aż do pasa. Spoglądał na Johna bardziej jak cesarz niż dworski błazen.
- To jest pan Trader - przedstawił go Tully. - Studiował na Oksfordzie.
Pan Zhou skłonił lekko głowę i uśmiechnął się.
- Miło mi pana poznać, panie Zhou - rzekł John uprzejmie.
- Czy mówi pan po chińsku? - spytał gospodarz.
- Jeszcze nie.
Zhou nie wyglądał na zachwyconego.
- Słuchaj no, Joker - rzucił Tully - czego chce ten komisarz Lin?
- Całego waszego opium - odparł kupiec.
- Po co mu aż tyle?
- Musi przejąć cały towar, inaczej straci twarz.
- Wykluczone - oznajmił Tully stanowczo. Przyjrzał się uważnie Jokerowi. W oczach kupca dostrzegł autentyczny strach. - Joker panikuje - szepnął do Tradera i znów zwrócił się do kupca z kohongu: - Dlaczego Lin chce widzieć Tradera?
Zanim jednak zdążył usłyszeć odpowiedź, rozległy się jakieś głosy i po chwili sługa wprowadził dwóch nieznajomych.
Jiang Shi-Rong spojrzał na trzech mężczyzn. Zhou już znał i było całkiem jasne, kim jest Odstock; zatem ten ciemnowłosy młodzieniec musiał być uczonym.
Myślał, jak zdoła się porozumieć z Traderem. Nie chciał korzystać z pośrednictwa Zhou, któremu ani trochę nie ufał, dlatego przyprowadził własnego tłumacza.
Dla ścisłości, rzeczony tłumacz przybył tu z komisarzem Linem. Był to dziwny człowieczek - niski, chudy, w nieokreślonym wieku. Twierdził, że liczy sobie czterdzieści lat, choć równie dobrze mógł mieć na karku pięćdziesiątkę. Nosił okrągłe okulary o bardzo grubych, porysowanych szkłach, które jednak, jak zauważył Shi-Rong, nie powiększały mu oczu. Twierdził też, że potrafi płynnie mówić i pisać po angielsku, który to język opanował w domu pewnego misjonarza w Makau, a następnie szlifował podczas swojego pobytu w Singapurze. Ze względu na ten fragment życiorysu znany był wszystkim jako pan Singapur.
Pan Zhou dokonał oficjalnej prezentacji, po czym wspomniał Shi-Rongowi, że Odstock pytał go właśnie, co dokładnie sprowadza komisarza do Guangzhou.
Shi-Rong skłonił się uprzejmie i zwrócił do tłumacza:
- Proszę powiedzieć barbarzyńskiemu kupcowi, że komisarz Lin jest tutaj po to, aby na dobre zakończyć handel opium. - Słuchał, jak pan Singapur bez większych trudności przekazuje cudzoziemcom owo jednoznaczne stanowisko. Zauważył, że mina Odstocka wyraża jednocześnie cynizm i wściekłość, za to młody Trader wydawał się raczej przygnębiony. - Dla przestępców trudniących się nielegalnym przemytem nie będzie litości - dodał. - Niektórzy, w tym pan Zhou, mogą zostać straceni.
Pan Zhou wyglądał na zrozpaczonego.
Odstock odpowiedział, a pan Singapur przetłumaczył:
- Ten gruby barbarzyńca pyta, czy Królestwo Niebios chce nadal sprzedawać herbatę.
- Królestwo Niebios nie musi niczego sprzedawać - odrzekł Shi-Rong - lecz towary, którymi handluje, takie jak herbata i rzewień, są zdrowe. Kto ich nie spożywa, umiera. - Zauważył, że obaj barbarzyńcy są zaskoczeni. Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, że wie, w jak wielkim stopniu ich życie zależy od rabarbaru. - Pozwolimy barbarzyńskim kupcom płacić za nie srebrem - zakończył stanowczo Shi-Rong. - To wszystko.
Odstock i Zhou milczeli. Shi-Rong zainteresował się Traderem.
- Proszę go zapytać, dlaczego został piratem, skoro jest uczonym - polecił tłumaczowi.
- Mówi, że nie jest piratem, tylko kupcem.
- Dlaczego zatem, skoro jest uczonym, został kupcem, najniższą z istot ludzkich?
- Mówi, że kupiec nie jest najniższą z istot ludzkich. Nie w jego kraju.
Shi-Rong odniósł wrażenie, że młody barbarzyńca odpowiedział na jego pytanie gniewnym, wręcz wyzywającym tonem, jakby jego ojczyzna mogła się równać z Królestwem Niebios. I to gdy on sam oraz inni Fan Kuei dwoili się i troili, żeby dla zysków zatruwać ziomków Shi-Ronga!
- Tutaj uważamy - odparł stanowczo - że moralnym zajęciem jest praca wieśniaka, uczciwie trudzącego się w polu. Kupiec, który dla zysku handluje owocami czyjejś pracy, z oczywistych względów stoi na niższym szczeblu drabiny moralnej i zasługuje na pogardę. Proszę mu to powtórzyć.
Pan Singapur miał pewien kłopot z przetłumaczeniem jego wywodu, lecz ostatecznie mu się to udało. Trader nic nie powiedział.
Shi-Rong podjął atak.
- Zresztą jego twierdzenie, jakoby nie był piratem, to fałsz. Skoro jest uczciwy, dlaczego łamie prawo i sprzedaje opium przemytnikom?
- Mówi, że chińskie prawo go nie obowiązuje.
- Powinien szanować prawa Królestwa Niebios dlatego, że tutaj przebywa, a one są łaskawe, mądre i sprawiedliwe.
Podczas gdy pan Singapur starał się przekazać tę wypowiedź, Shi-Rong oddawał się rozmyślaniom. Doszedł do wniosku, że odpowiedzi Tradera nie mają większego sensu.
- Naprawdę jest uczonym? - zapytał sceptycznie.
- Mówi, że studiował na Uniwersytecie Oksfordzkim.
- Nie wiem, co to. Proszę go zapytać, gdzie leży jego kraj i czy jest duży.
- Mówi, że leży na wyspie, daleko na zachodzie, ale jego imperium jest większe od Królestwa Niebios.
Shi-Rong poczuł rozczarowanie. Najwyraźniej ów młody człowiek był nie tylko arogantem, ale i kłamcą. Niewykluczone, że rozmowa z nim była stratą czasu. Mimo to spytał z kamienną twarzą:
- Czy to prawda, że jego królestwem władają kobiety?
- Mówi, że niemal zawsze rządzą tam królowie, dopiero od niedawna mają młodą królową.
- A czy ta królowa przestrzega zasad moralnych czy też jest złą osobą?
- Mówi, że ta królowa nazywa się Wiktoria i wyznaje najwyższe zasady moralne.
- Czemu w takim razie pozwala swoim kupcom handlować opium?
- Jego królowa nie uważa opium za zło. Sama je zażywa. Opium jest zdrowe, szkodzi jedynie w nadmiarze.
- W tym właśnie problem - odparł Shi-Rong - ludzie zażywają je w nadmiarze. Najpierw wypalają odrobinę, potem chcą więcej i wkrótce nie mogą przestać. Wszystko, co mają, wydają na opium. Nie mogą pracować. Stają się jak chore cienie, a w końcu umierają. Ta trucizna niszczy miliony ludzi w Królestwie Niebios. Jak on może twierdzić, że jest czymś zdrowym?
- Mówi, że każdy odpowiada za własne czyny.
- Dobry władca powinien chronić swój lud. Odpowiada zań tak jak ojciec za syna. Czy ten barbarzyńca zna Konfucjusza?
- Słyszał o nim.
A zatem nie był zupełnym ignorantem.
- W takim razie powinien wiedzieć, że wszyscy ludzie są komuś winni posłuszeństwo: syn powinien słuchać ojca, a ojciec cesarza. Gdy cesarz włada mądrze i sprawiedliwie, ta mądrość i sprawiedliwość spływa na cały jego lud. A kiedy łańcuch właściwego postępowania zostaje zerwany, zaczynają się panoszyć zło i chaos. W Królestwie Niebios żyją miliony ludzi, wszystkich jednak łączy posłuszeństwo oraz normy postępowania w służbie cesarzowi, władającym nimi sprawiedliwie z Mandatu Niebios. Dlatego ani on, ani żadna barbarzyńska królowa nie będą osądzać, co jest dobre, a co złe, bo o tym decyduje wyłącznie cesarz. Nie mam nic więcej do dodania.
Shi-Rong widział, że pan Singapur dłuższy czas boryka się z przekazaniem tego Traderowi, ale był cierpliwy. Dopóki ten barbarzyńca - uczony czy nie - nie pojmie podstawowych zasad moralności, nie będą mieli żadnej płaszczyzny porozumienia.
- On mówi, że jego królowa również została namaszczona przez Niebiosa - oznajmił wreszcie pan Singapur.
- Wobec tego - odparł triumfalnie Shi-Rong - pokażę mu pismo. - Wyjął dokument i podał go Traderowi. - Może mu pan wyjaśnić, że to przetłumaczony na jego język szkic pisma, jakie komisarz Lin zamierza wysłać do jego królowej. - Z satysfakcją przyglądał się, jak Trader bierze list i zaczyna go czytać.
Pismo było znakomicie sformułowane, zgodnie z najlepszymi mandaryńskimi wzorcami kompozycji. Było rozsądne i uprzejme. Jego autor podkreślał, że od wieków wymiana handlowa między obydwoma krajami odbywała się w pokoju i harmonii, lecz ostatnio handel opium przybrał zastraszające rozmiary. Komisarz z szacunkiem sugerował, że Droga Niebios obowiązuje wszystkie kraje, i wyrażał przekonanie, że gdyby ów trujący narkotyk wwożono do jej kraju, królowa Wiktoria uznałaby go za takie samo zło, za jakie uważał go cesarz. Cesarz wie, że opium pochodzi tylko z niektórych krain znajdujących się pod jej władaniem i że handel nim nie odbywa się na jej polecenie. Dalej Lin wyjaśniał, że trzeba położyć temu kres, i prosił, aby królowa zakazała kupcom dalszej sprzedaży opium. Na koniec znajdowało się zawoalowane ostrzeżenie, mówiące, że jeśli władczyni nie spełni swojego moralnego obowiązku, ani cesarz, ani same Niebiosa nie będą sprzyjać jej rządom. I odwrotnie: jeżeli uzna cesarskie żądania, zaskarbi sobie tysiączne błogosławieństwa.
W istocie jedynym, co można było zarzucić temu wywodowi, było straszliwe tłumaczenie pana Singapura; Trader marszczył czoło z wysiłku, usiłując coś z niego zrozumieć.
Po dłuższym czasie oddał list.
- Jako uczony powinien pan docenić wagę tego pisma - rzekł Shi-Rong.
- Mówi, że jest interesujące - przetłumaczył pan Singapur.
- Mam nadzieję, że wasza królowa natychmiast zaprzestanie handlu - ciągnął młody sekretarz.
- Nie mogę przemawiać w imieniu Jej Wysokości, która sama podejmie decyzję - stwierdził ostrożnie Trader.
Wniesiono herbatę. W rozmowie silono się na uprzejmość, lecz atmosfera pozostawała napięta. Shi-Rong przekazał wszystko, czego życzył sobie pan Lin, a skoro Trader najwyraźniej nie był żadnym uczonym, nie mógł liczyć, że dowie się od niego czegoś ciekawego.
Mimo to im dłużej przyglądał się twarzy ciemnowłosego młodzieńca, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że dostrzega w niej jakiś smutek. Czyżby zachował jednak resztki przyzwoitości? Shi-Rong nie miał ochoty na zacieśnianie znajomości z tym barbarzyńskim cudzoziemcem, a jednak był go ciekaw. Dlatego w pewnym momencie, ku własnemu zaskoczeniu, odezwał się:
- Mój ojciec jest dobrym człowiekiem. Każdego dnia myślę o tym, czego by ode mnie oczekiwał, i staram się tak postępować. Czy pański ojciec chciałby, aby handlował pan opium?
Gdy pan Singapur przetłumaczył pytanie, Trader zwiesił głowę, jakby w głębokim namyśle, po czym odparł:
- Ma pan szczęście. Ja w bardzo młodym wieku straciłem oboje rodziców. Wychowywał mnie starszy krewny. Był moim opiekunem.
- Czy był dobrym człowiekiem?
- Nie jest pewien - przetłumaczył pan Singapur.
- Sądzę - rzekł delikatnie Shi-Rong - że wie pan, iż nie powinien handlować opium, i to nie daje panu spokoju.
John Trader nie odpowiedział. Ceremonia picia herbaty dobiegła końca i nadeszła pora, żeby się pożegnać.
- Wszystko to jeden wielki stek bzdur - oświadczył wieczorem Tully Odstock. Siedzieli z Traderem w otoczonym murem ogrodzie przed angielską faktorią. - Przekona się pan, co będzie jutro, kiedy zaczną się prawdziwe negocjacje.
- Nie jestem wcale taki pewien - odparł Trader. - Ten Lin chyba nie żartuje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki