Chiny - Edward Rutherfurd

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD AUTORA

Chiny to przede wszyst­kim powieść, lecz jej akcja roz­grywa się na tle auten­tycz­nych wyda­rzeń.

Ile­kroć w tek­ście wystę­pują postaci histo­ryczne, ich opisy są wyłącz­nie moim dzie­łem i mam nadzieję, że zdo­ła­łem oddać im spra­wie­dli­wość. Jed­nak główni boha­te­ro­wie - han­dlarz, Char­lie Far­ley, bra­cia Odstoc­ko­wie, Nio, Shi-Rong, Mei-Ling, Lako­wany Pazno­kieć, pan Liu, pan Ma, Guanji, ich rodziny i przy­ja­ciele - są wytwo­rem mojej wyobraźni.

Mam ogromny dług wdzięcz­no­ści wobec nastę­pu­ją­cych auto­rów i naukow­ców, z któ­rych badań, doty­czą­cych nie­rzadko tek­stów źró­dło­wych, czer­pa­łem, pisząc tę książkę. Pra­gnę zatem podzię­ko­wać:

OGÓLNE WPRO­WA­DZE­NIE: Joh­nowi Keay­owi za nie­zwy­kle przy­stępne wpro­wa­dze­nie do histo­rii Chin; Caro­line Blun­den i Mar­kowi Elvi­nowi za wspa­niałe kom­pen­dium wie­dzy, jakim są ich Chiny, oraz Mari­nie War­ner za jej bogato ilu­stro­waną bio­gra­fię "Smo­czej Cesa­rzo­wej".

PRACE NAUKOWE: Julii Lovell za histo­rię wojny opiu­mo­wej 1839 r.; Pete­rowi War­dowi Fay­owi za dodat­kowe infor­ma­cje o tej woj­nie i han­dlu opium oraz Zhang Yan­gwen za dane doty­czące sto­so­wa­nia opium w Chi­nach. Realia życia eunu­chów podaję za Jia Yin­ghua, na pod­sta­wie bio­gra­fii Sun Yaotinga, kon­ku­bin i służby - za Hsieh Bao Hua, a życia słu­żą­cego - na pod­sta­wie roz­mów Idy Pru­itt z Ning Lao T'ai-t'ai. W opi­sach krę­po­wa­nia stóp opie­ra­łem się na opra­co­wa­niach Doro­thy Ko. Za wpro­wa­dze­nie w zło­żoną kwe­stię histo­rii Man­dżu­rów dzię­kuję Mar­kowi C. Ellio­towi, a przede wszyst­kim Pameli Kyle Cros­sley, któ­rej sze­roko zakro­jone bada­nia trzech poko­leń jed­nej man­dżur­skiej rodziny pomo­gły mi wykre­ować cał­ko­wi­cie fik­cyjną rodzinę Guan­jiego. Infor­ma­cje o Pałacu Let­nim zaczerp­ną­łem od Guo Daiheng, Young-tsu Wonga, a zwłasz­cza z pracy Lil­lian M. Li poświę­co­nej Yuan­min­gy­uan. W swo­ich opi­sach cesar­skiego wymiaru spra­wie­dli­wo­ści oraz prawa doty­czącego tor­tur pole­ga­łem na zna­ko­mi­tej mono­gra­fii Nancy Park. Za infor­ma­cje na temat feng shui i opisy wsi połu­dnio­wo­chiń­skiej dzię­kuję Xia­oxin He i Junowi Luo, z któ­rych arty­kułu korzy­sta­łem. Pisząc o taj­pin­gach, się­ga­łem do badań Ste­phena R. Platta i Jona­thana Spence'a. Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia należą się Dia­nie Pre­ston za jej chro­no­lo­giczną rela­cję z oblę­że­nia lega­cji pod­czas powsta­nia bok­se­rów, która oka­zała się dla mnie nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem mate­riału.

Pra­gnę szcze­gól­nie podzię­ko­wać Julii Lovell za jej mądre i nie­zwy­kle przy­datne wska­zówki, które pomo­gły mi obrać wła­ściwy kie­ru­nek w mojej pracy; dok­to­rowi Jame­sowi Gre­en­bau­mowi, Tess John­ston i Mai Tsao za poucza­jące roz­mowy; Sing Tsung-Ling i Han­gowi Liu za dokładną lek­turę brud­no­pi­sów mojej powie­ści pod kątem per­spek­tywy kul­tu­ro­wej oraz Lynn Zhao za grun­towną wery­fi­ka­cję całego manu­skryptu pod kątem histo­rycz­nym. Odpo­wie­dzial­ność za ewen­tu­alne błędy spada wyłącz­nie na mnie.

Słowa podzię­ko­wa­nia należą się Rod­ney­owi Paul­lowi, który z nie­zwy­kłą sta­ran­no­ścią i cier­pli­wo­ścią spo­rzą­dził zamiesz­czone tutaj mapy.

Raz jesz­cze dzię­kuję moim redak­to­rom, Wil­lia­mowi Tho­ma­sowi z Double­day i Oli­ve­rowi John­so­nowi z Hod­dera, nie tylko za stwo­rze­nie wspa­nia­łych warun­ków współ­pracy, ale także za ogromną życz­li­wość i cier­pli­wość oka­zy­waną mi pod­czas dłu­go­trwa­łego i tech­nicz­nie skom­pli­ko­wa­nego pro­cesu przy­go­to­wy­wa­nia pierw­szej wer­sji tej książki. Chciał­bym rów­nież podzię­ko­wać Micha­elowi Wind­so­rowi ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Alas­da­irowi Oli­ve­rowi z Wiel­kiej Bry­ta­nii za dwa jakże odmienne, lecz rów­nie zna­ko­mite pro­jekty okładki. Jestem też nie­zmier­nie wdzięczny zespo­łowi z Double­day w skła­dzie Khari Daw­kins, Maria Carella, Rita Madri­gal, Michael Gold­smith, Lau­ren Weber i Kathy Houri­gan.

Jak zawsze bar­dzo dzię­kuję Carze Jones i całej eki­pie z RCW.

Na koniec chciał­bym oczy­wi­ście podzię­ko­wać mojej agentce od trzy­dzie­stu sze­ściu lat, Gill Cole­ridge, wobec któ­rej mam olbrzymi dług wdzięcz­no­ści.

CZERWONE SŁOŃCE, ŻÓŁTA RZEKA

Sty­czeń 1839 roku

Począt­kowo nie sły­szał woła­nia za sobą. Czer­wone słońce pra­żyło mu twarz, gdy pędził przez śro­dek świata.

Czter­dzie­ści mil od świtu, a do prze­je­cha­nia jesz­cze kil­ka­set. I tak mało czasu - a może już wcale go nie miał? Któż to mógł wie­dzieć?

Wkrótce olbrzy­mia kula w kolo­rze fuk­sji skryje się za hory­zon­tem, zapad­nie melan­cho­lijny, liliowy zmierzch i trzeba będzie odpo­cząć. Potem o świ­cie znów ruszy w drogę, gnany tą samą myślą: czy zdoła dotrzeć do ojca, któ­rego tak kochał, i prze­pro­sić go, zanim będzie za późno? List od ciotki nie pozo­sta­wiał żad­nych wąt­pli­wo­ści: ojciec był umie­ra­jący.

- Panie Jiang! - dotarło do niego wresz­cie. - Jiang Shi-Rong! Zacze­kaj­cie!

Odwró­cił głowę. Na gościńcu samotny jeź­dziec poga­niał konia. Ośle­piony sło­necz­nym bla­skiem Jiang dopiero po chwili roz­po­znał w męż­czyź­nie Wonga, sługę pana Wena. O co mogło mu cho­dzić? Ścią­gnął cugle.

Wong - niski, tęgi, łysy czło­wie­czek pocho­dzący z połu­dnia - pro­wa­dził gospo­dar­stwo uczo­nego starca, który darzył go bez­gra­nicz­nym zaufa­niem. Gdy tylko Jiang tam zawi­tał, Wong od razu wziął go pod swoje skrzy­dła. Teraz był cały zlany potem. Musiał gnać niczym cesar­ski posła­niec, żeby mnie dogo­nić - pomy­ślał mło­dzie­niec.

- Coś złego z panem Wenem? - spy­tał zanie­po­ko­jony.

- Nie, nie. Prosi jed­nak, aby­ście natych­miast wra­cali do Pekinu.

- Teraz? - Na twa­rzy Jianga odma­lo­wała się kon­ster­na­cja. - Ale mój ojciec umiera. Muszę do niego jechać.

- Sły­sze­li­ście o szla­chet­nym panu Linie?

- Natu­ral­nie. - Cały Pekin mówił o nie­zna­nym wcze­śniej nikomu skrom­nym urzęd­niku, który zro­bił tak duże wra­że­nie na cesa­rzu, że ten powie­rzył mu misję nie­zwy­kłej wagi.

- Chce was nie­zwłocz­nie widzieć.

- Mnie? - Prze­cież Jiang był nikim, gorzej - był nic nie­zna­czą­cym nie­udacz­ni­kiem.

- Pan Wen napi­sał o was szla­chet­nemu panu Linowi. Znają się, bo stu­dio­wali razem. Pan Wen nic wam nie wspo­mi­nał, żeby nie robić wam nie­po­trzeb­nie nadziei. Szla­chetny pan Lin długo nie odpi­sy­wał... - Wong zro­bił smutną minę. - Lecz dzi­siej­szego ranka, zaraz po waszym wyjeź­dzie, pan Wen otrzy­mał wia­do­mość. Moż­liwe, że szla­chetny pan Lin przyj­mie was na służbę, ale naj­pierw musi się z wami spo­tkać. Pan Wen przy­ka­zał mi gnać na zła­ma­nie karku i was zawró­cić. - Zna­cząco popa­trzył na mło­dzieńca. - To dla was ogromna szansa, Jiang Shi-Rong - dodał cicho. - Jeżeli szla­chet­nemu panu Linowi powie­dzie się jego misja, a wy mu w tym pomo­że­cie, usły­szy o was sam cesarz. For­tuna znowu zacznie wam sprzy­jać. Cie­szę się waszym szczę­ściem. - Skło­nił się lekko dla pod­kre­śle­nia przy­szłego sta­tusu mło­dzieńca.

- Ale mój ojciec...

- Może już nie żyje. Tego nikt nie wie.

- A jeśli żyje? - Mło­dzie­niec odwró­cił wzrok; jego obli­cze wyra­żało czy­stą roz­pacz. - Powi­nie­nem był poje­chać do niego wcze­śniej - wyszep­tał sam do sie­bie. - Ale za bar­dzo się wsty­dzi­łem. - Ponow­nie zwró­cił się do Wonga: - Jeśli teraz zawrócę, stracę trzy dni. Może nawet wię­cej.

- Jeżeli chce­cie coś w życiu osią­gnąć, musi­cie zary­zy­ko­wać. Pan Wen uważa, że wasz ojciec z pew­no­ścią chciałby, aby­ście spo­tkali się ze szla­chet­nym panem Linem. - Posła­niec zawa­hał się. - Pan Wen poin­for­mo­wał go, że mówi­cie po kan­toń­sku. To prze­ma­wia na waszą korzyść ze względu na cha­rak­ter misji.

Shi-Rong nie odpo­wie­dział. Oby­dwaj wie­dzieli, że to wła­śnie Won­gowi zawdzię­cza zna­jo­mość jego ojczy­stego dia­lektu kan­toń­skiego. Począt­kowo mło­dego man­da­ryna bawiło przy­swa­ja­nie sobie od sługi potocz­nych wyra­żeń, wkrótce jed­nak odkrył, że kan­toń­ski to pra­wie inny język. Był bar­dziej tonalny niż man­da­ryń­ski, lecz mło­dzie­niec miał dobre ucho i po upły­wie roku czy dwóch lat, dzięki codzien­nym poga­węd­kom z Won­giem, mówił już na tyle dobrze, aby móc się poro­zu­mieć. Jego ojciec, mający złe zda­nie o ludziach z połu­dnia, uśmiech­nął się iro­nicz­nie na wieść o tym osią­gnię­ciu, po czym przy­znał: "Kto wie, pew­nego dnia to może ci się przy­dać". Pan Wen radził mu jed­nak: "Nie gardź kan­toń­ską mową, chłop­cze. Znaj­dziesz w niej wiele sta­ro­daw­nych słów, od dawna nie­uży­wa­nych w języku man­da­ryń­skim, któ­rym się posłu­gu­jemy".

Wong wpa­try­wał się w niego z napię­ciem.

- Pan Wen mówi, że druga taka oka­zja może się wam nie tra­fić - rzekł.

Jiang Shi-Rong spoj­rzał w czer­wień słońca i zroz­pa­czony pokrę­cił głową.

- Wiem - odparł cicho.

Przez chwilę żaden z nich się nie poru­szył. Potem, z cięż­kim ser­cem, mło­dzie­niec popę­dził konia gościń­cem z powro­tem do Pekinu.

* * *

U schyłku tej samej nocy, pięć­set mil dalej, w przy­brzeż­nej kra­inie na zachód od portu zna­nego wów­czas resz­cie świata jako Kan­ton, znad Morza Połu­dnio­wo­chiń­skiego nad­cią­gnęła mgła, spo­wi­ja­jąc wszystko nie­prze­nik­nioną bielą.

Dziew­czyna pode­szła do furtki pro­wa­dzą­cej na dzie­dzi­niec i sądząc, że jest sama, wyj­rzała na zewnątrz.

Pomimo poran­nej mgły wyczu­wała obec­ność słońca świe­cą­cego gdzieś za tą białą zasłoną, jed­nak wciąż nie mogła dostrzec brzegu stawu odda­lo­nego od niej zale­d­wie o trzy­dzie­ści kro­ków ani roz­chwia­nego drew­nia­nego mostka, z któ­rego jej teść, pan Lung, lubił oglą­dać peł­nię księ­życa i roz­ko­szo­wać się myślą, że jest wła­ści­cie­lem stawu oraz naj­bo­gat­szym miesz­kań­cem w wio­sce.

Dziew­czyna nasłu­chi­wała w wil­got­nym powie­trzu. Cza­sem dobie­gał ją cichy chlu­pot, gdy jedna z kaczek zanu­rzała głowę w wodzie, po czym się otrzą­sała, lecz poza tym pano­wała cisza.

- Mei-Ling. - Po jej pra­wej stro­nie roz­le­gło się syk­nię­cie.

Zmarsz­czyła brwi. Z tru­dem roz­róż­niała zarysy bam­bu­so­wych zaro­śli przy ścieżce. Ostroż­nie zro­biła krok w ich stronę.

- Kto tam jest?

- To ja, Nio. - Obok bam­busa zama­ja­czyła postać i pode­szła do niej.

- Bra­ciszku! - Dziew­czyna się roz­pro­mie­niła. Cho­ciaż wiele lat nie widziała Nio, pozna­łaby go wszę­dzie. Jego nos i poli­czek na­dal zdo­biła ta sama cha­rak­te­ry­styczna bli­zna.

Nie był jej rodzo­nym bra­tem. W zasa­dzie można by powie­dzieć, że żaden z niego krewny; pocho­dził z rodziny jej babki od strony matki, która była z ludu Hakka. Po tym, jak matka i sio­stry Nio umarły pod­czas zarazy, ojciec oddał go na dwa lata pod opiekę rodzi­ców Mei-Ling, a gdy ponow­nie się oże­nił, wziął chło­paka do sie­bie.

W isto­cie nazy­wał się Niu, ale w dia­lek­cie jego rodzin­nej wio­ski brzmiało to bar­dziej jak Niok, cho­ciaż "k" było nie­mal nie­sły­szalne. Mei-Ling wybrała kom­pro­mis: wymy­śliła imię Nio, z krót­kim "o", i tak już zostało.

Na długo przed jego powro­tem do domu ojca Mei-Ling uznała Nio za swo­jego brata i była mu odtąd Star­szą Sio­strą.

- Kiedy przy­je­cha­łeś? - szep­nęła.

- Przed dwoma dniami. Przy­sze­dłem cię odwie­dzić, ale twoja teściowa zabro­niła mi się tu poka­zy­wać. Póź­niej wybrała się jesz­cze do two­ich rodzi­ców i przy­ka­zała im, żeby mnie do cie­bie nie dopusz­czali.

- Dla­czego tak postą­piła?

Choć pięt­na­sto­letni Nio był od niej tylko o rok młod­szy, Mei-Ling uwa­żała, że na­dal wygląda dzie­cin­nie. Przez dłuż­szą chwilę wbi­jał wzrok w zie­mię, po czym w końcu wyznał: - Mogło jej cho­dzić o coś, co powie­dzia­łem.

- Skąd się tu wzią­łeś, bra­ciszku?

- Ucie­kłem. - Uśmiech­nął się, jakby to był powód do dumy.

- Och, Nio... - Zamie­rzała go dokład­nie wypy­tać, lecz gestem dał jej znak, że ktoś ich obser­wuje zza furtki za jej ple­cami.

- Cze­kaj na mnie jutro rano przy wjeź­dzie do wio­ski - rzu­ciła prędko. - Posta­ram się przyjść o świ­cie. Jeżeli mi się nie uda, spró­buję kolej­nego dnia. A teraz zmy­kaj. Szybko!

Odwró­ciła się, dopiero gdy Nio znikł za zaro­ślami bam­busa.

Przy furtce stała młoda kobieta o owal­nej twa­rzy. Wierzba była jej szwa­gierką. Zwra­cały się do sie­bie "sio­stro", lecz na tym koń­czyła się ich zaży­łość.

Nosiła imię na cześć peł­nego gra­cji drzewa, jed­nak bez wyj­ścio­wego stroju i sta­ran­nego maki­jażu ucho­dziła za dość prze­ciętną. Uro­dziła się w sąsied­nim okręgu w rodzi­nie zamoż­nych wie­śnia­ków nazwi­skiem Wan i cho­ciaż poślu­biła star­szego syna pana Lunga, miesz­kańcy osady na­dal tytu­ło­wali ją grzecz­no­ściowo "panią Wan", jak to było w zwy­czaju. Ze względu na wyż­szy sta­tus spo­łeczny rodziny Wan stopy Wierzby były w dzie­ciń­stwie krę­po­wane i teraz cho­dziła ona, mod­nie dro­biąc, co odróż­niało ją od bied­nych wie­śnia­czek pokroju Mei-Ling, któ­rej rodzina ciężko pra­co­wała w polu.

Wierzba była od niej nieco wyż­sza i poru­szała się, jak przy­stało damie, w lek­kim, dys­tyn­go­wa­nym pół­u­kło­nie. Niziutka Mei-Ling cho­dziła wypro­sto­wana na swo­ich nie­zde­for­mo­wa­nych sto­pach, jak wiej­ska dziew­czyna, którą była. Od maleń­ko­ści uwa­żano ją za naj­ład­niej­szą dziew­czynę w osa­dzie; gdyby jej rodzice nie byli tacy biedni, być może rów­nież krę­po­wa­liby jej stopy, ubie­rali ją w piękne stroje, a w końcu sprze­dali kup­cowi z jed­nego z oko­licz­nych mia­ste­czek jako młod­szą żonę albo kon­ku­binę. Lecz pomimo nie­zwy­kłej urody Mei-Ling nikt by się nie spo­dzie­wał, że poślubi syna boga­tego pana Lunga.

Więk­szość ludzi uwa­żała zresztą ich mał­żeń­stwo za skan­dal. Teściowa Mei-Ling była wście­kła.

Te dwie młode kobiety róż­niło coś jesz­cze: Wierzba zdą­żyła dać już swo­jemu mężowi jedno dziecko, choć - ku nie­za­do­wo­le­niu teściów - była to tylko dziew­czynka. Na szczę­ście szwa­gierka znów była w pią­tym mie­siącu ciąży.

W dro­dze powrot­nej na główny dzie­dzi­niec domu Lun­gów Wierzba spoj­rzała prze­cią­gle na Mei-Ling.

- Wiem, kto to był.

- Czyżby?

- Twój kuzyn, Nio. Sły­sza­łam o nim. Nazy­wasz go Bra­cisz­kiem. - Powoli ski­nęła głową. - Wszy­scy w domu wie­dzą, że jest w wio­sce, ale zabro­niono nam ci o tym mówić.

- Mojemu mężowi także?

- Chciał ci powie­dzieć, ale bał się, że zechcesz zoba­czyć się z Nio i będziesz miała z tego powodu kło­poty. Pró­bo­wał cię chro­nić. To wszystko.

- Powiesz matce?

- Możesz mi zaufać, sio­stro.

Na dzie­dzińcu rosło drzewko poma­rań­czowe. Wierzba przy­sta­nęła pod nim.

- Nie pró­buj się z nim spo­tkać, sio­stro. Jeśli matka się dowie, to cię wychłosz­cze. Albo zrobi coś jesz­cze gor­szego.

* * *

W Kal­ku­cie było wcze­sne popo­łu­dnie, gdy wio­ząca dwóch mło­dych Angli­ków jed­no­konna dorożka prze­mie­rzała ele­gancką pod­miej­ską dziel­nicę Chow­rin­ghee. Żalu­zje w oknie pojazdu były opusz­czone dla ochrony przed ostrym świa­tłem; cho­ciaż w Indiach trwała pora chłodna, i tak było tam sło­necz­niej i upal­niej niż przez więk­szość bry­tyj­skiego lata.

Char­lie Far­ley był pogod­nym czło­wie­kiem. Wystar­cza­jąco wysoki, aby jego wzrost budził respekt pod­czas gry w kry­kieta, w któ­rej zresztą bry­lo­wał, miał zaokrą­gloną twarz, która robiła się coraz okrą­glej­sza, w miarę jak jego jasne włosy coraz bar­dziej się prze­rze­dzały. "Jesz­cze cał­kiem nie wyły­sia­łem - zwykł żar­to­wać - ale w porze her­baty będę już łysy jak kolano". Ukryte za oku­la­rami jasno­błę­kitne oczy miały przy­ja­zny, choć w żad­nym wypadku nie naiwny wyraz. W życiu, tak jak w kry­kie­cie, Char­lie zawsze grał fair.

Jego przy­ja­ciel, John Tra­der, był nieco wyż­szy, szczu­pły i cał­kiem przy­stojny, o wło­sach barwy czar­nych oli­wek, lecz w jego kobal­to­wych oczach nie widać było szczę­ścia.

- To naprawdę fatalny pomysł - stwier­dził ponuro.

- Non­sens, John - odparł Char­lie Far­ley. - Powie­dzia­łem puł­kow­ni­kowi, że oca­li­łeś mi życie. Potrak­tuje cię z naj­więk­szą uprzej­mo­ścią. - Kilka minut póź­niej koła dorożki zachrzę­ściły na krót­kim żwi­ro­wym pod­jeź­dzie. - Oddamy jesz­cze te listy mojej ciotce Har­riet i ruszamy w dal­szą drogę. Spró­buj wyglą­dać na zado­wo­lo­nego.

Dom jego ciotki był typo­wym par­te­ro­wym budyn­kiem kolo­nial­nym - z tych porząd­niej­szych - z werandą od frontu i od tyłu oraz sze­ro­kim oka­pem dacho­wym pod­trzy­my­wa­nym przez poma­lo­wane na biało masywne kolumny. Z prze­stron­nego holu głów­nego wcho­dziło się do pro­sto urzą­dzo­nego, acz ele­ganc­kiego salonu oraz jadalni; oba pomiesz­cze­nia ume­blo­wano w stylu angiel­skim. Ledwo dwaj męż­czyźni dotarli do drzwi, jak spod ziemi wyro­śli przed nimi hin­du­scy słu­żący w nie­ska­la­nej bieli.

Ciotka Har­riet musiała sły­szeć nad­jeż­dża­jący powóz, bo cze­kała już na nich w holu. Char­lie szcze­rze ją kochał. Podob­nie jak jej sio­stra, a jego matka, zacho­wała zło­ci­ste mło­dzień­cze loki, miała też nie­bie­skie oczy o szcze­rym wej­rze­niu. Wraz z mężem przyj­mo­wała każ­dego przy­by­sza do bry­tyj­skiej Kal­kuty z nie­wy­mu­szoną gościn­no­ścią, będącą zna­kiem roz­po­znaw­czym kup­ców na stałe miesz­ka­ją­cych w kolo­niach.

- Ty tutaj, Char­lie? - zdu­miała się. - Nie powin­ni­ście być teraz w pracy, dro­dzy chłopcy?

- Pra­co­wa­li­śmy, cio­ciu Har­riet - odparł - ale rano przy­szły listy z Anglii, w tym jeden do cie­bie od matki, więc pomy­śla­łem, że od razu ci go dostar­czę.

Ciotka się uśmiech­nęła.

- Przy­pusz­czam, że chęt­nie byście coś zje­dli?

- Wręcz prze­ciw­nie. Nie możemy zostać dłu­żej. Jemy dziś lunch z puł­kow­ni­kiem Lomon­dem.

- Z puł­kow­ni­kiem Lomon­dem? Co za zaszczyt!

- Tak się składa, że ojciec cho­dził z nim do szkoły - wyja­śnił Char­lie. - Udało mi się zdo­być zapro­sze­nie na lunch z nim w jego klu­bie. Chcia­łem, żeby John zoba­czył to miej­sce i tro­chę się roze­rwał.

- Wobec tego nie zwle­kaj­cie, chłopcy - odrze­kła ciotka. - Puł­kow­nik Lomond nie powi­nien na was cze­kać.

- Już nas nie ma - rzu­cił Char­lie na odchod­nym.

* * *

Przy­szedł czas na męską roz­mowę, a skoro mieli przed sobą jesz­cze dzie­sięć minut jazdy sam na sam w dorożce, Char­lie posta­no­wił sko­rzy­stać z oka­zji.

- Wiesz, na czym polega twój kło­pot, Tra­der?

- Mów. - Tra­der zdo­był się na słaby uśmiech.

- Dobry z cie­bie przy­ja­ciel i powie­rzył­bym ci wła­sne życie, ale jesteś okrop­nie humo­rza­sty. Choćby i dzi­siaj. Wystar­czy, żebyś patrzył i dobrze się bawił.

- Wiem.

- To nie wszystko. Sęk w tym, że ciężko cię zado­wo­lić. Bez względu na to, ile byś miał, zawsze pra­gniesz cze­goś wię­cej.

- Moż­liwe.

- Oczy­wi­ście wiem, że mia­łeś paskud­nego pecha być sie­rotą. Ale to prze­cież nie koniec świata. Skoń­czy­łeś porządną szkołę. Dostał ci się w spadku zacny mają­te­czek. Masz we mnie odda­nego przy­ja­ciela. Pra­cu­jemy razem w Rat­trays, u jed­nego z naj­lep­szych pośred­ni­ków w Indiach. I cho­ciaż ty chyba w to nie wie­rzysz, cał­kiem przy­stojny z cie­bie drań. Połowa pań w Kal­ku­cie się w tobie kocha. Czego chcieć wię­cej?

- Sam nie wiem, Char­lie - odparł jego przy­ja­ciel. - Opo­wiedz mi o tym puł­kow­niku Lomon­dzie, z któ­rym się spo­ty­kamy. Ma jakąś rodzinę?

- Żonę. Zda­rza mi się ją odwie­dzać; uprzej­mość zobo­wią­zuje i tak dalej. Wytworna dama. Ich syn, tro­chę star­szy od nas, służy w armii. Mają też córkę. Raz czy dwa widzia­łem ją u nich w domu. Cał­kiem przy­jemna. - Char­lie się uśmiech­nął. - Ale zacho­wuję sto­sowny dystans. Puł­kow­nik nie byłby zado­wo­lony, gdy­bym zanadto się z nią zaprzy­jaź­nił.

- Bo sam jest ary­sto­kratą.

- Ze sta­rego szkoc­kiego rodu. Star­szy brat włada rodzin­nym zam­kiem. Wiesz, co mam na myśli?

- A my jeste­śmy kup­cami, Char­lie. Han­dla­rzami, nie­god­nymi czy­ścić mu buty.

- Trak­tuje mnie cał­kiem przy­zwo­icie.

- Tylko dla­tego, że cho­dził do szkoły z twoim ojcem. - Ciem­no­włosy mło­dzie­niec zamilkł, a gdy przy­ja­ciel mil­czał, pod­jął: - Wiesz, co mnie iry­tuje, Char­lie?

- Co?

- Że tacy jak Lomond mają nas za nic, bo jeste­śmy przed­się­bior­cami. A czymże jest impe­rium bry­tyj­skie, jeśli nie olbrzy­mim przed­się­bior­stwem han­dlo­wym? Zawsze nim było. Kto rzą­dzi w Indiach? Kom­pa­nia Wschod­nio­in­dyj­ska. Kto włada tam­tej­szą armią? Kom­pa­nia Wschod­nio­in­dyj­ska. Choć nie­ofi­cjal­nie, kom­pa­nia pełni w zasa­dzie funk­cję bry­tyj­skiego rządu, a więk­szość han­dlu jest w rękach nie­za­leż­nych kup­ców, takich jak my. Jed­nak fakty są takie, że głów­nym zada­niem armii, któ­rej ofi­ce­rami są puł­kow­nik Lomond i do niego podobni, głów­nym powo­dem jej ist­nie­nia jest ochrona han­dlu. Czyli cie­bie i mnie. Bez kup­ców nie byłoby woj­ska.

- Chyba mu tego nie powiesz, co? - zanie­po­koił się Char­lie.

- Nie­wy­klu­czone. - Tra­der spoj­rzał na niego ponuro, lecz zaraz się uśmiech­nął. - Nie oba­wiaj się.

Char­lie ścią­gnął wargi, pokrę­cił głową i pod­jął prze­rwany temat.

- Dla­czego nie możesz po pro­stu prze­strze­gać reguł tej gry, John? Zwa­żyw­szy na sytu­ację, obaj mie­li­śmy sporo szczę­ścia. Mój ojciec przez całe życie pra­co­wał dla Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej i na koniec doro­bił się spo­rego majątku. Ma wielki dom w Bath i gene­rała majora za sąsiada. Świetny chłop, grywa z ojcem w karty.

- Los nie do pogar­dze­nia, Char­lie, doprawdy.

- Gdy­bym jed­nak chciał osią­gnąć wię­cej niż on, zasada jest pro­sta: może mi się poszczę­ści w Rat­trays i uzbie­ram dość, żeby zaku­pić posia­dłość, zostać zie­mia­ni­nem i dżen­tel­me­nem. Wielu ludzi tak robi. Mój syn mógłby się dostać do dobrego regi­mentu i zostać ofi­ce­rem rów­nym stop­niem któ­re­muś z Lomon­dów. - Far­ley z powagą spoj­rzał na przy­ja­ciela. - Tak wła­śnie wygląda wspi­naczka po dra­bi­nie spo­łecz­nej, Tra­der, jeśli cię to inte­re­suje.

- Zaj­muje mnó­stwo czasu.

- Zale­d­wie kilka poko­leń. Wiesz, jak mówią... - Char­lie Far­ley odchy­lił się z uśmie­chem na opar­cie sie­dze­nia. - Szla­chec­two to tylko kwe­stia dat.

Prze­kra­cza­jąc surowy por­tal Ben­gal­skiego Klubu Woj­sko­wego, John Tra­der poczuł, że na powrót ogar­nia go przy­gnę­bie­nie. Po pierw­sze, w czar­nym sur­du­cie, odpo­wied­nim raczej na chłod­niej­szy bry­tyj­ski kli­mat, jed­nak wyma­ga­nym jako strój obo­wiąz­kowy w tym klu­bie, było mu nie­zno­śnie gorąco. Po dru­gie, cho­dziło o samo miej­sce; Bry­tyj­czycy ofi­cjal­nie nie rzą­dzili jesz­cze w Indiach, byli jed­nak panami Ben­galu, co było widoczne na każ­dym kroku w naj­więk­szym tutej­szym mie­ście, Kal­ku­cie, na torze wyści­gów kon­nych, polu gol­fo­wym, a naj­bar­dziej na bul­wa­rze, przy któ­rym monu­men­talna, kla­sy­cy­styczna fasada Ben­gal­skiego Klubu Woj­sko­wego w całym swoim kolo­nial­nym maje­sta­cie spo­glą­dała z góry na prze­chod­niów.

Wśród nich byli natu­ral­nie Hin­dusi i Anglo-Indusi, ale także oby­wa­tele bry­tyj­scy: kupcy, han­dla­rze, przed­sta­wi­ciele klasy śred­niej i pra­cu­ją­cej, to jest wszy­scy ci, któ­rzy nie wła­dali, tylko ciężko pra­co­wali.

Człon­ko­wie Ben­gal­skiego Klubu Woj­sko­wego byli bowiem wład­cami. Ofi­ce­rami, sędziami, admi­ni­stra­to­rami impe­rium bry­tyj­skiego, spad­ko­bier­cami cesa­rzy Rzymu - a przy­naj­mniej sami tak sie­bie postrze­gali. Niczym rzym­scy sena­to­ro­wie, będący dla nich nie­do­ści­głym wzo­rem, owi wojow­nicy i posia­da­cze ziem­scy gar­dzili wszyst­kimi żyją­cymi z han­dlu, a zwłasz­cza kup­cami.

Puł­kow­nik Lomond cze­kał już w prze­stron­nym lobby o ścia­nach zawie­szo­nych obra­zami, z któ­rych gene­ra­ło­wie i mężo­wie stanu zda­wali się łypać potę­pia­jąco na Johna. Zaraz też zapro­wa­dzono ich do jadalni.

Biały lniany obrus był wykroch­ma­lony i sztywny jak deska. Geo­r­giań­skie sre­bra, zastawa Wedgwo­oda, cięż­kie krysz­tały, na począ­tek: sherry i zupa. Pomimo mody na fran­cu­ską kuch­nię puł­kow­nik nie był jej ama­to­rem, podano więc porządny kawał woło­winy z kapu­stą i ziem­nia­kami upra­wia­nymi na miej­scu w zakła­da­nych przez Bry­tyj­czy­ków ogro­dach warzyw­nych. Do tego dosko­nałe wino. Krótko mówiąc, można by pomy­śleć, że sie­dzą w klu­bie w samym sercu Lon­dynu.

Puł­kow­nik Lomond wło­żył tego dnia mun­dur, twa­rzową czer­woną kurtkę i czarne spodnie. Wysoki i szczu­pły, miał prze­rze­dzone, lecz wciąż ciemne włosy. Brwi o unie­sio­nych koń­cach nada­wały mu wygląd szla­chet­nego jastrzę­bia; wypisz wyma­luj wódz szkoc­kiego klanu.

Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że bar­dzo się stara oka­zy­wać życz­li­wość mło­demu Far­ley­owi: zwra­cał się do niego "mój chłop­cze", a o miesz­ka­ją­cym obec­nie w Bath panu Far­leyu senio­rze mówił "twój drogi ojciec".

- Otrzy­ma­łem list od twego dro­giego ojca. Pisze w nim, że nie­da­leko mieszka stary gene­rał Fro­bi­sher.

- Zna go pan, sir?

- Ow­szem. Zna­ko­mity myśliwy. Polo­wał na grubą zwie­rzynę.

- Tygrysy?

- Natu­ral­nie. Gdy pierw­szy raz tu przy­je­chał, wypra­wiano się na nie jesz­cze pie­szo. Nie to, co te dzi­siej­sze eska­pady na sło­niach. - Przy­chyl­nie ski­nął Char­liemu głową.

Co takiego miał w sobie Char­lie Far­ley, że puł­kow­nik Lomond darzył go sym­pa­tią? Po czę­ści, podob­nie jak jego ojciec, zawdzię­czał to oczy­wi­ście swo­jej pogod­nej natu­rze. Był szczery, uprzejmy i przy­jemny w oby­ciu. Ale cho­dziło o coś jesz­cze; znał swoje miej­sce w sze­regu i potra­fił się z tego cie­szyć. Char­lie nie prze­kro­czyłby ni­gdy usta­lo­nych gra­nic. Gdy otwar­cie wyznał Lomon­dowi, że jego przy­ja­ciel chęt­nie zoba­czyłby wnę­trze klubu, lecz on sam nie ma szans zaspo­koić tej cie­ka­wo­ści - "Chyba że pan zapro­siłby nas na lunch, sir" - Lomond od razu pospie­szył z zapro­sze­niem. "Zuchwały smar­kacz" - okre­ślił go póź­niej w roz­mo­wie z żoną, z taką samą apro­batą w gło­sie, z jaką wyra­ziłby się o odważ­nym mło­dym ofi­ce­rze. Jed­nak Char­lie Far­ley ni­gdy nie przy­niósłby mu wstydu, pró­bu­jąc wstą­pić w sze­regi człon­ków klubu. Puł­kow­nik Lomond nawet nie­szcze­gól­nie by się temu prze­ciw­sta­wiał; jak każdy z rzą­dzą­cych impe­rium bry­tyj­skim po pro­stu zda­wał sobie sprawę, że w poje­dyn­czym odstęp­stwie od reguły nie ma niczego złego - sęk w tym, do czego by to dopro­wa­dziło.

Myśl ta kazała puł­kow­ni­kowi skie­ro­wać wzrok na Johna Tra­dera.

Coś mu się nie podo­bało w tym mło­dym czło­wieku, lecz nie był pewien, o co wła­ści­wie cho­dzi. Mając do czy­nie­nia z przy­ja­cie­lem Far­leya, natu­ral­nie zamie­rzał trak­to­wać go uprzej­mie, jed­nak lata życia w Indiach i bacz­nej obser­wa­cji innych ludzi wyostrzyły jego szó­sty zmysł. Puł­kow­nik Lomond odczu­wał obec­nie taki sam nie­po­kój jak w dniu, gdy zna­lazł w swoim domu jado­witą kobrę.

- Z jakiego zakątka naszej ojczy­zny pan pocho­dzi? - zagad­nął na począ­tek; to było z reguły bez­pieczne pyta­nie.

- Począt­kowo wycho­wy­wa­łem się w West Coun­try, sir - odparł Tra­der - a potem pod Lon­dy­nem, w Blac­khe­ath.

- W Blac­khe­ath, hę? Czy to nie tam gra­so­wali nie­gdyś przy­drożni rabu­sie? - Uwagę tę puł­kow­nik wygło­sił żar­to­bli­wym tonem, ale czy nie kryła się w niej przy­pad­kiem suge­stia, jakoby sam John Tra­der także był rabu­siem? Nie, na pewno nie! - Ma pan tam rodzinę?

- Nie mam żad­nych żyją­cych krew­nych - odrzekł Tra­der.

- Naprawdę nikogo?

- Przed laty żyli chyba jacyś dalecy krewni mego ojca. Ale po rodzin­nej kłótni doszło do zerwa­nia wszel­kich kon­tak­tów. Nie wiem nawet, jak się nazy­wali ani gdzie ich szu­kać.

- Ach tak. - Puł­kow­nik spró­bo­wał z innej strony. - Pan i Far­ley nie koń­czy­li­ście tej samej szkoły, prawda?

- Nie, sir. Ja uczęsz­cza­łem do Char­ter­ho­use.

- Dobra, stara szkoła. - Puł­kow­nik upił łyk wina. Oczy­wi­ście nie to co Har­row, gdzie uczył się on sam i obaj Far­ley­owie.

- Tra­der oca­lił mi życie - wtrą­cił Char­lie z nadzieją w gło­sie.

Puł­kow­nik obrzu­cił go prze­lot­nym spoj­rze­niem. Obaj wie­dzieli, że Char­lie już mu o tym wspo­mi­nał. Puł­kow­nik nie chciał jed­nak dawać satys­fak­cji ciem­no­wło­semu nie­zna­jo­memu.

- Miło mi to sły­szeć - rzekł z lek­kim ski­nie­niem głowy. - Jeśli kie­dyś zjemy razem obiad - rzu­cił nie­zo­bo­wią­zu­jąco w kie­runku Tra­dera - będzie musiał mi pan wszystko dokład­nie opo­wie­dzieć.

* * *

Przed dese­rem uprząt­nięto obrus, a puł­kow­nik puścił w obieg karafkę porto. Dobrze pod­je­dli. Jeśli nawet pod­czas posiłku puł­kow­nik nie zwra­cał się wprost do Tra­dera, spo­glą­da­jąc przy tym z życz­li­wo­ścią na Char­liego, można to było uznać za objaw roz­tar­gnie­nia. Teraz jed­nak wyglą­dał, jakby coś go gry­zło.

- Powiedz mi, mój chłop­cze, ta wasza agen­cja... Rat­trays... - Nachy­lił się do Char­liego na tyle, żeby dać wyraz swemu zatro­ska­niu. - Są godni zaufa­nia?

- Cał­ko­wi­cie, sir. Pełne bez­pie­czeń­stwo finan­sowe. - Char­lie się uśmiech­nął. - Ojciec zadał mi to samo pyta­nie. Po ostat­nim kra­chu, sir, w Rat­trays sta­wiamy teraz na umiar­ko­wa­nie.

- Zna­ko­mi­cie. - Puł­kow­nik ski­nął głową. Zale­d­wie dwa lata minęły od upadku wiel­kiego domu han­dlo­wego Pal­mers, który stał się ofiarą nad­mier­nej chci­wo­ści i zadłu­że­nia, prze­śla­du­ją­cych okre­sowo każdy rynek na podo­bień­stwo zarazy. Jego ban­kruc­two pocią­gnęło na dno więk­szość pośred­ni­ków w Kal­ku­cie, dopro­wa­dza­jąc do ruiny liczne wdowy i sie­roty. - Oczy­wi­ście - przy­znał nad szkla­neczką porto - w minio­nym wieku część naba­bów z Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej rap­tem w kilka lat doro­biła się olbrzy­mich for­tun. - Jego spoj­rze­nie stało się nie­obecne, suge­ru­jąc, że nawet tak dzielny żoł­nierz jak on nie pogar­dziłby dodat­ko­wym zastrzy­kiem gotówki w postaci stu tysięcy fun­tów, gdyby łaska­wym zrzą­dze­niem losu nada­rzyła się taka oka­zja.

- Obec­nie szansę na szyb­kie wzbo­ga­ce­nie się mają tylko ci, sir - rzekł Char­lie - któ­rzy podró­żują do Kan­tonu i han­dlują z Chiń­czy­kami.

- Tak sły­sza­łem. To chyba dość szem­rane inte­resy - dodał ciszej puł­kow­nik.

- My w każ­dym razie ich nie pro­wa­dzimy - zapew­nił go Char­lie, dzięki czemu zasłu­żył na pełne apro­baty ski­nie­nie.

Mil­czący uprzej­mie od dłuż­szego czasu John Tra­der posta­no­wił wresz­cie prze­mó­wić.

- Żałuję, że nie pochwala pan han­dlu z Chi­nami, sir - ode­zwał się. - Wszak mówimy tu o her­ba­cie, prawda? - Czy w jego gło­sie dało się sły­szeć led­wie wyczu­walną groźbę?

- O her­ba­cie. Natu­ral­nie. - Puł­kow­nik odchrząk­nął.

- Bry­tyj­czycy piją her­batę impor­to­waną z Chin, ponie­waż rośnie ona w zasa­dzie tylko tam. Han­del nią jest opo­dat­ko­wany, a poda­tek her­ba­ciany pokrywa więk­szość bie­żą­cych wydat­ków bry­tyj­skiej mary­narki.

- Nie­wiele wiem na ten temat - mruk­nął puł­kow­nik.

- Zatem to nie her­bata budzi pań­ski sprze­ciw, sir - cią­gnął Tra­der. - Może cho­dzi raczej o opium, które dostar­czamy Chiń­czy­kom w zamian za her­batę?

- Śmiem twier­dzić, że od Chiń­czy­ków zależy, co od nas kupują - oznaj­mił puł­kow­nik Lomond i wymow­nym spoj­rze­niem dał znać Char­liemu, iż ma dość tej roz­mowy.

- Tra­dy­cyjna angiel­ska fili­żanka her­baty - wtrą­cił pogod­nie Char­lie. - Nie do uwie­rze­nia, ile się jej pije. Wszak rzecz nie w tym, że kto­kol­wiek naprawdę potrze­buje her­baty, a jed­nak nie potra­fimy się bez niej obejść i z roku na rok pijemy jej coraz wię­cej. - Posłał Tra­de­rowi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. - W isto­cie pła­cimy za nią sre­brem. - Zwró­cił się do puł­kow­nika. - Oba­wiam się, sir, że na nas już czas. Praca czeka i tak dalej.

- Natu­ral­nie, drogi chłop­cze. Zawsze miło mi cie­bie widzieć - odparł z wdzięcz­no­ścią Lomond.

- Mamy tu do czy­nie­nia z trój­ką­tem han­dlo­wym - cią­gnął Tra­der cicho, lecz nie­ubła­ga­nie. - Opium tra­fia do chiń­skich han­dla­rzy przez naszych pośred­ni­ków w Kan­to­nie. Chiń­czycy płacą za nie w sre­brze. Za to sre­bro pośred­nicy kupują her­batę. Skąd jed­nak pocho­dzi opium? Z Indii, a głów­nie z Ben­galu. Za jego upra­wami stoi Kom­pa­nia Wschod­nio­in­dyj­ska. Czy nie tak, sir?

Puł­kow­nik Lomond nie odpo­wie­dział. Wstał od stołu i ująw­szy Char­liego po przy­ja­ciel­sku za ramię - jed­nak w taki spo­sób, że Tra­der był zmu­szony za nimi podą­żyć - odpro­wa­dził ich do wyj­ścia.

Chwilę póź­niej scho­dzili razem po scho­dach wio­dą­cych do klubu i zapewne roz­sta­liby się na ulicy, gdyby nie prze­szko­dził im w tym okrzyk: "Papo!" - który dobiegł z kry­tego powozu, jadą­cego bul­wa­rem. Podró­żo­wała nim młoda dama z para­solką, cała w jedwa­biach, w towa­rzy­stwie swej matki, słu­żą­cego, woź­nicy oraz fory­siów. Powóz zatrzy­mał się przy nich.

- Dzień dobry, papo - ode­zwała się Agnes Lomond. - Ufam, że lunch się udał.

Puł­kow­nika Lomonda zasko­czyło to nagłe spo­tka­nie, lecz zwró­cił się do córki z uśmie­chem, rzu­ca­jąc zara­zem żonie ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, które owa dama w lot pochwy­ciła.

- Oczy­wi­ście zna­cie obie mło­dego Far­leya - rzekł jowial­nie, gdy kobiety witały się z Char­liem. - To zaś - dodał jakby od nie­chce­nia, wska­zu­jąc Tra­dera ruchem ręki, która opa­dła w pół gestu - jest jego przy­ja­ciel.

- John Tra­der - przed­sta­wił się Tra­der i uśmiech­nął uprzej­mie do pani Lomond, po czym prze­niósł na jej córkę spoj­rze­nie ciem­no­nie­bie­skich oczu. A gdy to zro­bił, już go od niej nie odry­wał.

Agnes Lomond miała dwa­dzie­ścia lat i była damą. Ina­czej nie spo­sób było jej okre­ślić. Szczu­pła jak ojciec i nieco wyż­sza od matki - przy­stoj­nej, postaw­nej matrony - miała twarz o cudow­nej, jasnej, nie­tknię­tej słoń­cem kar­na­cji. Nos, zbyt długi, aby można ją uznać za pięk­ność, pod­kre­ślał jej ary­sto­kra­tyczny wygląd. Innych cech cha­rak­teru nie spo­sób było oce­nić.

Może spra­wiła to jej rezerwa, kasz­ta­nowe włosy albo fakt, że była dla niego nie­osią­galna pod wzglę­dem towa­rzy­skim - a może raczej jej ciem­no­orze­chowe oczy albo głę­bo­kie pra­gnie­nie, aby wykraść ją ojcu - dość, że John Tra­der roz­dzia­wił usta i jak w tran­sie wpa­try­wał się w Agnes Lomond.

Jej matka natych­miast zain­ter­we­nio­wała.

- Zabie­rzesz się z nami? - zwró­ciła się do męża, który czym prę­dzej wsiadł do powozu. - Nie chcemy odcią­gać pana i pań­skiego przy­ja­ciela od pracy, panie Far­ley. - Ski­nęła głową Char­liemu, który odkło­nił się jej, gdy powóz ruszał.

Tra­der zapo­mniał o ukło­nie. Stał tylko i patrzył.

* * *

Czer­wone słońce ponow­nie zbli­żyło się do hory­zontu, gdy Jiang Shi-Rong, wyło­niw­szy się z sosno­wego lasu, przez który biegł stary gości­niec, ujrzał przed sobą mia­sto. Wysoko w górze, niczym żebra jakie­goś olbrzyma, niebo prze­ci­nały ciemne pasma chmur, zabar­wione poma­rań­czową poświatą zacho­dzą­cego słońca. Jak zawsze na widok tych potęż­nych murów, wież i roz­le­głych, zakrzy­wio­nych dachów z poły­skli­wych pły­tek zaparło mu dech w pier­siach.

Pekin. Coś wspa­nia­łego.

Ale czy to naprawdę było jego mia­sto?

Jiang wie­dział, że trzy tysiące lat wcze­śniej ci, któ­rych nazy­wają ludem Hanów - jego ludem - zbu­do­wali w tym miej­scu oko­lone murami mia­sto, lecz przed pię­ciu­set laty Kubi­laj-chan, wnuk Czyn­gis-chana, wiel­kiego mon­gol­skiego zdo­bywcy, obwo­łał się władcą Chin i wznió­sł­szy wśród ste­pów, na swo­ich let­nich tere­nach łowiec­kich, baj­kowe Xanadu, wybrał ową pół­nocną sie­dzibę na swoją chiń­ską sto­licę.

Jed­nak już po nie­spełna stu latach wywo­dząca się z rodzi­mego ludu Hanów czci­godna dyna­stia Ming zdo­łała prze­pę­dzić Mon­go­łów i umoc­nić Wielki Mur, tak aby odstra­szał ewen­tu­al­nych najeźdź­ców. Zacho­wali wszakże dawną sto­licę Kubi­laja i przez trzy stu­le­cia rzą­dzili Chi­nami.

Był to zaiste złoty wiek, w któ­rym kwi­tły lite­ra­tura i sztuka. Chiń­scy uczeni wydru­ko­wali naj­więk­szą ency­klo­pe­dię zio­ło­lecz­nic­twa, jaką widział świat, chiń­ska flota zapusz­czała się na zachód aż do Afryki, a por­ce­lana dyna­stii Ming sta­no­wiła przed­miot zazdro­ści innych naro­dów.

Lecz i ta świa­tła epoka w pew­nym momen­cie dobie­gła końca. Sche­mat był ten sam, co po tyle­kroć wcze­śniej w dzie­jach Chin: stop­niowy upa­dek i osła­bie­nie cesa­rza; bunt wie­śnia­ków; ambitny, żądny wła­dzy gene­rał. W tym kon­kret­nym wypadku doszli jesz­cze potężni najeźdźcy z pół­nocy, Man­dżu­ro­wie - zjed­no­czone klany przy­byłe z nie­prze­bra­nych lasów i roz­le­głych rów­nin na pół­nocny wschód od Wiel­kiego Muru.

W skład ich wojsk wcho­dziły wiel­kie kom­pa­nie zwane cho­rą­gwiami, a każ­dej z nich prze­wo­dził książę lub zaufany wódz. Po tym, jak cesar­stwo Ming upa­dło i zna­la­zło się pod man­dżur­skim jarz­mem, wokół naj­więk­szych miast cesar­stwa wyro­sły koszary, a cho­rą­żo­wie pozo­stali w nich na kolejne stu­le­cia.

Dumny chiń­ski lud Hanów stał się naro­dem pod­da­nym. Jego męż­czyźni zmu­szeni byli nosić się jak Man­dżu­ro­wie: golić włosy nad czo­łem, a resztę zapla­tać w długi, poje­dyn­czy war­kocz - cienki jak mysi ogo­nek - który zwi­sał im aż na plecy.

Chiń­czycy co prawda ule­gli, jed­nak ich kul­tura wciąż żyła. Man­dżu­ro­wie byli oczy­wi­ście dumni ze swo­jej boha­ter­skiej prze­szło­ści, lecz gdy tylko wzięli we wła­da­nie wiel­kie chiń­skie mia­sta, pałace i świą­ty­nie, ich dyna­stia przy­jęła chiń­ską nazwę - Qing, albo Ch'ing - a rządy nie róż­niły się w zasa­dzie od rzą­dów poprzed­nich cesa­rzy. Skła­dali oni rytu­alne ofiary bogom, a nie­któ­rzy stali się wręcz znaw­cami chiń­skiej lite­ra­tury.

Jiang był im winien posłu­szeń­stwo. Mimo to, podob­nie jak wielu chiń­skich Hanów, na­dal czuł, że to on i jego lud są praw­dzi­wymi dzie­dzi­cami tysiąc­let­niej chiń­skiej kul­tury i że powi­nien stać wyżej od tych, któ­rym obec­nie słu­żył.

Potężny zewnętrzny mur mia­sta cią­gnął się na cztery mile ze wschodu na zachód, pośrodku zaś tkwiła wielka brama. Za murem po pra­wej stro­nie, wysoko ponad oko­liczne zabu­do­wa­nia, wzno­siła się przy­po­mi­na­jąca wielki bęben pagoda Świą­tyni Nie­bios, gdzie cesarz odpra­wiał tra­dy­cyjne cere­mo­nie, bła­ga­jąc bogów o pomyślne zbiory. W gasną­cej czer­wieni nieba nie­bie­skie płytki na trzech kon­dy­gna­cjach świą­tyn­nego dachu przy­brały odcień indygo.

Prze­kro­czyw­szy bramę, ruszył wraz z Won­giem drogą bie­gnącą przez kolejne dwie mile gro­blą na pół­noc, w kie­runku jesz­cze bar­dziej impo­nu­ją­cych for­ty­fi­ka­cji Wewnętrz­nego Mia­sta, które zaj­mo­wało powierzch­nię czte­rech mil kwa­dra­to­wych. Chro­nił je wewnętrzny mur na pla­nie zbli­żo­nym do kwa­dratu, z wysoką wieżą straż­ni­czą w każ­dym naroż­niku.

Zmierz­chało, gdy wje­chali do mia­sta, minąw­szy straż­ni­ków cho­rą­gwi w ich man­dżur­skich czap­kach, kafta­nach i wyso­kich butach. Kramy po obu stro­nach sze­ro­kiej ulicy wła­śnie się zamy­kały, sprze­dawcy zdej­mo­wali szyldy na noc. Pochy­leni nad swo­imi szu­flami śmie­cia­rze - kilku w kape­lu­szach z sze­ro­kim ron­dem, więk­szość w ści­śle przy­le­ga­ją­cych do głowy małych, okrą­głych cza­pecz­kach - zgar­niali gnój do wiel­kich gli­nia­nych naczyń. W powie­trzu uno­siła się woń łajna zmie­szana z zapa­chami soi i żeń-sze­nia.

Jed­nak Wewnętrzne Mia­sto nie sta­no­wiło by­naj­mniej serca Pekinu. W jego obrę­bie, za potężną bramą Nie­biań­skiego Spo­koju Tia­nan­men, znaj­do­wała się kolejna oto­czona murami twier­dza, czyli Cesar­skie Mia­sto, gdzie za murami w kolo­rze pur­pury, oddzie­lone fosą i ukryte przed wzro­kiem więk­szo­ści miesz­kań­ców, lśniły złote dachy Zaka­za­nego Mia­sta, naj­święt­szego miej­sca wszyst­kich Chiń­czy­ków. Tam, w roz­le­głym pałacu, miesz­kał sam władca Nie­bios: cesarz.

Tego wie­czoru ich celem była pół­nocno-wschod­nia dziel­nica Wewnętrz­nego Mia­sta, gdzie w cichej uliczce, w przy­jem­nym domu nie­opo­dal małej świą­tyni, miesz­kał uczony pan Wen. Utru­dzony Jiang marzył już tylko o odpo­czynku.

Led­wie jed­nak wje­chali na nie­wielki dzie­dzi­niec, sta­rzec wybiegł im na spo­tka­nie.

- Naresz­cie! - wykrzyk­nął. - Musisz natych­miast udać się do szla­chet­nego pana Lina. Jutro wyru­sza w drogę, lecz jeśli zaraz tam pój­dziesz, zdą­żysz się z nim dziś wie­czo­rem zoba­czyć. Prędko. - Wci­snął Jian­gowi w dłoń wypi­saną prze­pustkę do Cesar­skiego Mia­sta. - Wong cię zapro­wa­dzi - dodał. - Zna drogę.

Poszli pie­szo nie przez Bramę Tia­nan­men, ale mniej­szą furtę we wschod­nim murze i wkrótce dotarli do wystaw­nego cesar­skiego domu gościn­nego o roz­ło­ży­stym dachu, w któ­rym zatrzy­mał się szla­chetny Lin. Kilka minut póź­niej Shi-Rong zna­lazł się w nie­du­żej sali, gdzie na sze­ro­kim, rzeź­bio­nym fotelu z pali­san­dru sie­dział czło­wiek, z któ­rym miał się spo­tkać.

Na pierw­szy rzut oka wyglą­dał zgoła prze­cięt­nie - w tłu­mie krę­pych man­da­ry­nów w śred­nim wieku niczym by się nie wyróż­niał. Miał siwie­jącą, spi­cza­stą bródkę i sze­roko roz­sta­wione oczy. Zwa­żyw­szy na jego osła­wioną sro­gość, Jiang spo­dzie­wał się, że wysoki komi­sarz będzie miał wąskie, zaci­śnięte usta, lecz jego wargi oka­zały się raczej pełne.

Miał w sobie dosto­jeń­stwo i wielki spo­kój; można by go wziąć za opata klasz­toru.

Jiang ukło­nił mu się.

- Wybra­łem już mło­dzieńca, który miał dołą­czyć do mego orszaku jako sekre­tarz - prze­mó­wił cicho szla­chetny Lin bez żad­nych wstę­pów - jed­nakże zacho­ro­wał. Cze­ka­łem, aż wyzdro­wieje, ale pogor­szyło mu się. Tym­cza­sem otrzy­ma­łem list od uczo­nego pana Wena, któ­rego darzę zaufa­niem. Uzna­łem to za znak. Pisze o panu różne rze­czy, jedne pochlebne, inne tro­chę mniej.

- Wysoki komi­sa­rzu, sto­jący tu pokorny sługa poczy­tuje sobie za wielki zaszczyt, że jego nauczy­ciel, pan Wen, o nim pomy­ślał. Nic nie wie­dzia­łem o tym liście - wyznał Jiang - lecz opi­nia pana Wena jest zawsze spra­wie­dliwa.

Lek­kie ski­nie­nie głowy świad­czyło o tym, że jego odpo­wiedź zado­wo­liła roz­mówcę.

- Poin­for­mo­wał mnie rów­nież, że wyru­szył pan w odwie­dziny do swego umie­ra­ją­cego ojca.

- Jak rze­cze Kon­fu­cjusz: "sza­nuj ojca swego", wysoki komi­sa­rzu.

W całych Dia­lo­gach kon­fu­cjań­skich nie było waż­niej­szego prze­sła­nia.

- I ojców ojca twego - dodał cicho pan Lin. - Dla­tego nie śmiał­bym panu prze­szko­dzić w wypeł­nie­niu tego obo­wiązku. Wezwa­łem pana tutaj w waż­nej spra­wie, a moja misja została mi powie­rzona przez samego cesa­rza. - Umilkł. - Naj­pierw muszę jed­nak pana lepiej poznać. - Spoj­rzał surowo na mło­dzieńca. - Imię Shi-Rong ozna­cza "naukowe zaszczyty". Ojciec naj­wy­raź­niej wiąże z panem duże nadzieje. Nie zdał pan jed­nak swo­ich egza­mi­nów.

- Było tak, jak rze­kłeś, panie. - Jiang zwie­sił głowę.

- Dla­czego? Czy przy­kła­dał się pan jak trzeba?

- Tak sądzi­łem. Jest mi bar­dzo wstyd.

- Pań­ski ojciec zdał swój egza­min urzęd­ni­czy za pierw­szym razem. Pra­gnął pan oka­zać się lep­szy od niego?

- Nie, eks­ce­len­cjo. Świad­czy­łoby to o moim braku sza­cunku. Czu­łem jed­nak, że go zawio­dłem, a chcia­łem tylko spra­wić mu radość.

- Jest pan jego jedy­nym synem? - Lin spoj­rzał ostro na Jianga, a gdy młody czło­wiek przy­tak­nął, zauwa­żył: - To cięż­kie brze­mię. Czy egza­miny budziły w panu lęk?

- Tak, wysoki komi­sa­rzu.

Mało powie­dziane: podróż do sto­licy, rząd cia­snych komó­rek, w któ­rych na całe trzy dni trwa­nia egza­minu zamy­kano wszyst­kich kan­dy­da­tów... Mówiło się, że jeśli któ­ryś z nich umarł w trak­cie pisa­nia, zwłoki zawi­jano w całun i zrzu­cano z murów miej­skich.

- Nie­któ­rzy kan­dy­daci prze­my­cają na egza­min doku­menty. Oszu­kują. Pan także?

Jiang drgnął. Zanim zdo­łał się opa­no­wać, na jego twarz wypły­nął rumie­niec gniewu i dumy. Zaraz też schy­lił z sza­cun­kiem głowę i dopiero po chwili odwa­żył się znów pod­nieść wzrok.

- Sługa wasz tak nie uczy­nił, panie.

- Kariera pań­skiego ojca była udana, choć skromna. Nie doro­bił się majątku na sta­rość. - Lin znowu umilkł i przy­glą­dał się Jian­gowi, który nie wie­dział, co ma o tym myśleć. Przy­po­mniaw­szy sobie jed­nak osła­wioną suro­wość wyso­kiego komi­sa­rza i sztywne zasady moral­no­ści, jakimi się kie­ro­wał w swoim postę­po­wa­niu, odparł zgod­nie z prawdą:

- Eks­ce­len­cjo, wie­rzę, że ojciec mój ni­gdy w życiu nie przy­jął łapówki.

- Gdyby przy­jął - odrzekł star­szy męż­czy­zna - nie byłoby pana tutaj. - Znów przyj­rzał mu się z namy­słem. - Miarą naszej war­to­ści są nie tylko nasze zwy­cię­stwa, ale i wytrwa­łość, mło­dzień­cze. Gdy upa­damy, dwa­kroć bar­dziej musimy się sta­rać. Ja także za pierw­szym razem nie zda­łem egza­mi­nów urzęd­ni­czych. Wie­dział pan o tym?

- Nie, panie.

- Zgło­si­łem się do nich ponow­nie i znowu nie zda­łem. Dopiero za trze­cim razem. - Pozwo­lił swoim sło­wom wybrzmieć i pod­jął surowo: - Jeżeli uczy­nię pana swoim sekre­ta­rzem, będzie pan musiał być silny. I ciężko pra­co­wać. Jeżeli ponie­sie pan porażkę, wycią­gnie pan z niej wnio­ski i następ­nym razem lepiej się spi­sze. Ni­gdy się pan nie podda. Zro­zu­miano?

- Tak, eks­ce­len­cjo.

- Według pana Wena za dru­gim podej­ściem zda pan egza­miny. Ale naj­pierw powi­nien pan popra­co­wać dla mnie. Zga­dza się pan na to?

- Tak, eks­ce­len­cjo.

- Dobrze. - Lin ski­nął głową. - Pro­szę mi zatem powie­dzieć, co pan wie na temat opium.

- Ci, któ­rych na nie stać, lubią je palić - odrzekł Jiang. - Szybko się jed­nak uza­leż­niają i tracą cały swój mają­tek. Cho­rują. Decy­zją cesa­rza opium jest nie­le­galne. - Umilkł nie­pewny, czy ośmieli się powie­dzieć prawdę. - Lecz naj­wy­raź­niej wszy­scy mają do niego łatwy dostęp.

- Zga­dza się. W ostat­nim poko­le­niu han­del opium wzrósł dzie­się­cio­krot­nie. Podob­nie jak liczba uza­leż­nio­nych, któ­rzy z powodu swego nałogu stają się bez­u­ży­teczni, sta­czają się w ubó­stwo... Ruj­nują się, giną... To wszystko jest straszne. Ludzie nie są w sta­nie pła­cić podat­ków, a sre­bro wypływa z cesar­stwa sze­ro­kim stru­mie­niem jako zapłata za opium.

- Część opium upra­wia się w Chi­nach, jak sądzę.

- To rów­nież się zga­dza. Prze­wa­ża­jąca więk­szość dociera jed­nak spoza naszych gra­nic. Chiń­scy prze­myt­nicy kupują opium od bar­ba­rzyń­skich pira­tów. Cóż zatem możemy zro­bić?

Czyżby ocze­ki­wał odpo­wie­dzi na swoje pyta­nie?

- Sługa wasz sły­szał, eks­ce­len­cjo, że można ludzi z tego nałogu leczyć.

- Sta­ramy się to czy­nić, ale nie zawsze się udaje. W związku z tym cesarz upo­waż­nił mnie do poczy­nie­nia nie­zbęd­nych kro­ków. Prze­myt­nicy zostaną stra­ceni. Jakie inne pro­blemy pan prze­wi­duje? - Przyj­rzaw­szy się mło­dzień­cowi, dostrzegł jego skrę­po­wa­nie. - Pra­cuje pan teraz dla mnie. Ma pan być ze mną szczery.

Shi-Rong nabrał powie­trza.

- Sły­sza­łem, eks­ce­len­cjo - choć mam nadzieję, że to nie­prawda - że prze­myt­nicy opła­cają miej­scowe wła­dze na wybrzeżu, aby przy­my­kały oko na ich pro­ce­der.

- Wyła­piemy ich i uka­rzemy. Śmier­cią, jeśli to będzie konieczne.

- Ach. - Jiang zaczął prze­czu­wać, że cze­ka­jące go zada­nie nie będzie łatwe. Odmó­wić przyj­mo­wa­nia łapó­wek to jedno, ale nara­zić się na wro­gość połowy urzęd­ni­ków na wybrzeżu to coś zgoła innego. Nie wró­żyło to dobrze jego karie­rze.

- Poza cesa­rzem i mną nie będzie miał pan wielu przy­ja­ciół, mło­dzień­cze.

Shi-Rong zwie­sił głowę. Roz­wa­żał, czy nie mógłby udać nagłej cho­roby - jak zapewne (teraz to do niego dotarło) uczy­nił jego poprzed­nik ubie­ga­jący się o to sta­no­wi­sko. Nie, to raczej wyklu­czone.

- Sługa wasz jest wielce zaszczy­cony. - I cho­ciaż czuł, że ogar­nia go para­li­żu­jący strach, cie­ka­wość kazała mu zadać jesz­cze jedno pyta­nie. - Jak zamier­za­cie roz­pra­wić się z pira­tami, eks­ce­len­cjo? Z zamor­skimi bar­ba­rzyń­cami.

- Jesz­cze nie posta­no­wi­łem. Prze­ko­namy się o tym, gdy dotrzemy na wybrzeże.

Shi-Rong ponow­nie skło­nił głowę.

- Mam jedną prośbę, komi­sa­rzu. Czy mogę zoba­czyć się z ojcem?

- Niech pan zaraz do niego jedzie i pochowa go albo się z nim poże­gna. Na pewno ura­duje go wia­do­mość, że otrzy­mał pan tak zaszczytne sta­no­wi­sko. Ale nie może pan długo tam zaba­wić. Choćby poczu­cie obo­wiązku kazało panu zostać i go opła­ki­wać, ma pan nie­zwłocz­nie udać się na wybrzeże. Pro­szę to potrak­to­wać jak roz­kaz samego cesa­rza.

Gdy wra­cali z Won­giem do domu pana Wena, Shi-Rong nie wie­dział, co ma o tym wszyst­kim sądzić. Jed­nego był pewien: musi się wyspać i o świ­cie znów wyru­szyć w drogę.

Naza­jutrz zdu­miał się, widząc Wonga w sio­dle, goto­wego mu towa­rzy­szyć.

- Poje­dzie z tobą aż do Zheng­zhou - oznaj­mił mu pan Wen. - W dro­dze musisz poćwi­czyć swój kan­toń­ski.

Jego stary nauczy­ciel pomy­ślał o wszyst­kim.

* * *

Wie­czo­rem Mei-Ling cała trzę­sła się ze stra­chu, choć nikt nie powie­dział jej złego słowa - jesz­cze nie. Wyko­nała wszyst­kie pole­ce­nia teścio­wej, a gdy po połu­dniu star­sza kobieta udała się do sąsiadki, Mei-Ling nieco ode­tchnęła. Męż­czyźni spę­dzili ten czas w bam­bu­so­wym zagaj­niku na wzgó­rzu. Wierzba odpo­czy­wała, do czego - zwa­żyw­szy na jej stan i sta­tus rodziny - miała pełne prawo. Mei-Ling została więc sama ze swo­imi myślami.

Czy jej sio­stra Wierzba dotrzy­mała tajem­nicy? A może teściowa już sły­szała o poran­nych odwie­dzi­nach Nio? Zwy­kle wie­działa o wszyst­kim, co się wokół działo. Może szy­ko­wała dla Mei-Ling jakąś karę?

Mar­twiła się także jutrzej­szym dniem i prze­kli­nała wła­sną głu­potę. Dla­czego obie­cała Nio, że się z nim spo­tka? Kochała go, oczy­wi­ście. Był jej Bra­cisz­kiem. Ale co ją opę­tało? Nawet nie omó­wiła tego z mężem - mężem, któ­rego kochała prze­cież bar­dziej niż Bra­ciszka. Lecz nawet on nie obro­niłby jej przed Matką. Żadna Chinka nie ośmie­li­łaby się sprze­ci­wić swo­jej teścio­wej.

Nie powinna ni­gdzie iść. Wie­działa o tym. Nio to zro­zu­mie. Ale prze­cież dała mu słowo. Co prawda była biedna, szczy­ciła się jed­nak tym, że ni­gdy nie zła­mała raz danego słowa. Może wła­śnie dla­tego, że w wio­sce nie liczono się szcze­gól­nie ani z nią, ani z jej rodziną, już jako mała dziew­czynka zawsze sta­wiała sobie za punkt honoru, aby dotrzy­my­wać obiet­nic. To napa­wało ją dumą.

Jak zresztą mia­łaby tego doko­nać? Nawet gdyby wymknęła się nie­po­strze­że­nie, jakie były szanse, że nikt nie zauważy jej nie­obec­no­ści? W naj­lep­szym razie nikłe. I co wtedy? Z pew­no­ścią nie unik­nę­łaby suro­wej kary.

Moż­liwe, że ist­niał pewien spo­sób, ale... Sęk w tym, że nie miała pew­no­ści, czy jej plan się powie­dzie.

Wie­czór był począt­kowo cał­kiem udany. Do rodziny jej męża nale­żały naj­lep­sze gospo­dar­stwa we wsi. Za głów­nym dzie­dziń­cem znaj­do­wało się duże cen­tralne pomiesz­cze­nie, w któ­rym wszy­scy jak co dzień się zgro­ma­dzili.

Naprze­ciwko Mei-Ling, na sze­ro­kiej ławie, sie­działa Wierzba ze swoim mężem, Star­szym Synem. Oboje zda­wali się czuć cał­kiem swo­bod­nie pod spoj­rze­niem teścio­wej. Star­szy Syn - kości­sty, o nie­do­my­tych po pracy rękach, które w zesta­wie­niu z deli­kat­nymi dłońmi Wierzby wyda­wały się sękate i spra­co­wane - spo­koj­nie popi­jał ryżowe wino huan­gjiu, od czasu do czasu wymie­nia­jąc uwagi z żoną. Gdy oczy Wierzby i Mei-Ling się spo­tkały, na twa­rzy szwa­gierki nie dostrze­gła cie­nia poczu­cia winy z powodu tego, że z sobą spi­sko­wały. Szczę­ściara; wycho­wano ją tak, aby nie oka­zy­wała żad­nych emo­cji.

Mei-Ling sie­działa na ławie obok Młod­szego Syna. Sam na sam byli zwy­kle roz­mowni, mieli jed­nak dość roz­sądku, aby teraz mil­czeć. Gdyby zaczęli gawę­dzić, jego matka uci­szy­łaby ich apo­dyk­tycz­nym stwier­dze­niem: "Za dużo roz­ma­wiasz ze swoją żoną, Młod­szy Synu". Z miej­sca, gdzie sie­działa, nie mogła jed­nak dostrzec, że Mei-Ling dys­kret­nie dotyka mężow­skiej dłoni.

W ich rodzi­nie Młod­szy Syn ucho­dził za głupca. Pra­co­wity, niż­szy od star­szego brata i zawsze zado­wo­lony z życia, zasłu­żył na przy­do­mek "Weso­łek", suge­ru­jący pewną pro­sto­dusz­ność. Ale Mei-Ling dobrze go znała. Z pew­no­ścią bra­ko­wało mu ambi­cji i świa­to­wego oby­cia - w prze­ciw­nym razie ni­gdy by się z nią nie oże­nił. Inte­li­gen­cją dorów­ny­wał jed­nak wszyst­kim pozo­sta­łym. Był też dobrym czło­wie­kiem; od ich ślubu upły­nęło zale­d­wie pół roku, a ona już go poko­chała.

Odkąd wró­cił do domu, nie miała oka­zji opo­wie­dzieć mu o odwie­dzi­nach Nio. Była pewna, że mąż bła­gałby ją, aby została w domu i nie nara­żała się rodzi­nie. Cóż więc powinna zro­bić? Wymknąć się o świ­cie, o niczym mu nie mówiąc?

W głębi dużej izby stary pan Lung grał z trzema sąsia­dami w madżonga.

Teścia Mei-Ling cecho­wał niczym nie­zmą­cony spo­kój. Ze swoją siwą bródką, w okrą­głej cza­peczce na gło­wie i z opa­da­ją­cym na plecy dłu­gim, cien­kim war­ko­czem przy­po­mi­nał pogod­nego mędrca. Jako ojciec dwóch doro­słych synów mógł się śmiało wyco­fać z aktyw­nego życia, prze­no­sząc na nich więk­szość naj­cięż­szych obo­wiąz­ków, mimo to wciąż nad­zo­ro­wał pola i oso­bi­ście pobie­rał należne opłaty za dzier­żawę. Obcho­dząc kolejne gospo­dar­stwa, roz­da­wał dzie­ciom sło­dy­cze, ale jeśli ich rodzice byli mu coś dłużni, nie odcho­dził, dopóki nie odzy­skał swo­ich pie­nię­dzy. Nie­wiele mówił, a gdy już się odzy­wał, to zwy­kle po to, aby dać innym do zro­zu­mie­nia, że jest zamoż­niej­szy i mądrzej­szy od swo­ich sąsia­dów.

- Pewien kupiec powie­dział mi kie­dyś - zauwa­żył - że widział kom­plet do gry w madżonga z kamie­niami wyko­na­nymi z kości sło­nio­wej. - Jego zestaw był zro­biony z bam­busa. Bie­dacy grali w madżonga kar­tami.

- Och, panie Lung - ode­zwał się uprzej­mie jeden z sąsia­dów - czy kupi pan taki kom­plet z kości sło­nio­wej? Byłby bar­dzo szy­kowny.

- Moż­liwe. Do tej pory jed­nak ni­gdy takiego nie widzia­łem.

Gra toczyła się dalej. Jego żona obser­wo­wała ich w mil­cze­niu z pobli­skiego krze­sła. Gładko zacze­sane do góry i cia­sno upięte włosy pod­kre­ślały jej wyso­kie kości policz­kowe. Twar­dym spoj­rze­niem śle­dziła roz­grywkę, a wyraz jej twa­rzy zda­wał się mówić, że gdyby to ona grała, szłoby jej znacz­nie lepiej.

Po pew­nym cza­sie zwró­ciła się ku Mei-Ling.

- Widzia­łam dziś na ulicy twoją matkę. - Spoj­rzała wrogo na dziew­czynę. - Był z nią jakiś chło­pak. Z ludu Hakka. - Urwała. - Twoja matka jest Hakka - dodała nie­życz­li­wie.

- To jej matka pocho­dziła z Hakka - odparła Mei-Ling. - Ona jest tylko w poło­wie Hakka.

- Ty zaś jesteś pierw­szą Hakka w naszej rodzi­nie - stwier­dziła lodo­wato teściowa.

Mei-Ling spu­ściła wzrok. Prze­kaz był jasny: teściowa chciała dać jej do zro­zu­mie­nia, że wie o odwie­dzi­nach Nio i czeka, aż Mei-Ling sama się przy­zna. Czy powinna to uczy­nić? Wie­działa, że tak byłoby naj­le­piej. Zapło­nął w niej jed­nak nie­śmiały pło­my­czek buntu, więc upar­cie mil­czała. Teściowa przyj­rzała jej się bacz­nie.

- Na połu­dniu Chin żyje wiele ple­mion - ogło­sił wszem wobec pan Lung, odry­wa­jąc wzrok od gry. - Hano­wie naje­chali je i pod­bili. Lecz Hakka są inni. To odłam Hanów i tak jak oni przy­byli tutaj z pół­nocy. Mają wła­sne oby­czaje, ale dla Hanów są jak kuzyni.

Matka nie odpo­wie­działa. Choć rzą­dziła całym domem, nie mogła się spie­rać z głową rodziny. Przy­naj­mniej nie przy świad­kach.

- Też to sły­sza­łem, panie Lung - przy­kla­snął mu jeden z sąsia­dów.

- Hakka są odważni - cią­gnął pan Lung. - Żyją w dużych, okrą­głych cha­tach. Ludzie mówią, że mie­szali się z ple­mio­nami ze ste­pów poza Wiel­kim Murem, na przy­kład z Man­dżu­rami. Dla­tego nawet bogaci Hakka nie krę­pują stóp swo­ich kobiet.

- Podobno są bar­dzo nie­za­leżni - dodał sąsiad.

- Same z nimi kło­poty! - krzyk­nęła nie­spo­dzie­wa­nie teściowa na Mei-Ling. - Ten Nio, któ­rego nazy­wasz swoim Bra­cisz­kiem, to nic­poń. Prze­stępca. - Prze­rwała dla nabra­nia tchu. - Z rodziny matki two­jej matki. Nawet nie jest twoim krew­nym. - Rze­czy­wi­ście, z per­spek­tywy chiń­skich Hanów, osób spo­krew­nio­nych po kądzieli nie trak­to­wano jak człon­ków rodziny.

- Nio nie zła­mał chyba żad­nego prawa, Matko - ode­zwała się cicho Mei-Ling. Musiała go bro­nić.

Star­sza kobieta nie raczyła jej odpo­wie­dzieć. Zwró­ciła się za to do swego młod­szego syna:

- Widzisz, do czego dopro­wa­dzi­łeś? Mał­żeń­stwo to nie zabawa. Dla­tego to rodzice wybie­rają synowi przy­szłą żonę. Z innej wio­ski, z innego rodu, bogatą dla boga­tego, biedną dla bied­nego. Ina­czej są z tego same kło­poty. Znasz to powie­dze­nie: drzwi w całym domu powinny do sie­bie paso­wać. Ale nie, ty się upar­łeś. Swatka zna­la­zła ci odpo­wied­nią kan­dy­datkę. Nasze rodziny się doga­dały. A wtedy ni z tego, ni z owego sprze­ci­wi­łeś się wła­snemu ojcu. Okry­łeś nas hańbą, oznaj­mia­jąc, że zamie­rzasz poślu­bić tę dziew­czynę. - Obrzu­ciła Mei-Ling wście­kłym spoj­rze­niem. - Tę oto ślicz­notkę.

"Ślicz­notkę"; zabrzmiało to nie­mal jak zarzut. Każda chłop­ska rodzina, nawet tak zna­cząca jak Lun­go­wie, wie­rzyła w stare porze­ka­dło: "Brzydka żona to skarb dla domu". Bogacz mógł sobie wziąć ładną dziew­czynę na kon­ku­binę, ale uczciwy wie­śniak powi­nien pra­gnąć żony, która będzie robotna i zaj­mie się nim oraz jego rodzi­cami. Ślicz­notki były podej­rzane; mogły się oka­zać zbyt próżne, żeby ciężko pra­co­wać, a co gor­sza, mogły się stać obiek­tem pożą­da­nia innych męż­czyzn.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, cała wieś uznała, że postę­pek Młod­szego Syna dowo­dzi jego głu­poty.

- Ona jest z innego rodu - wtrą­cił teraz grzecz­nie.

- Rodu? W tej wsi żyje pięć rodów. Wybra­łeś naj­mniej zna­czącą i naj­bied­niej­szą rodzinę. A jakby tego było mało, jej hak­kań­ska babka była kon­ku­biną kupca. Wyrzu­cił ją, gdy prze­jeż­dżał przez pobli­skie mia­steczko. Zadała się tam z tyn­ka­rzem i mieli szczę­ście, że tra­fił się ubogi wie­śniak, gotów zaofe­ro­wać ich córce dach nad głową. Zresztą ciek­nący. Oto kim są rodzice two­jej żony!

Pod­czas tej tyrady Mei-Ling sie­działa ze spusz­czoną głową. Choć słowa teścio­wej ją zabo­lały, nie odczu­wała wstydu. We wsi nie było tajem­nic. Wszy­scy o wszyst­kim wie­dzieli.

- Teraz zaś - zakoń­czyła teściowa - chce nam spro­wa­dzać do domu prze­stęp­ców. A ty tylko sie­dzisz i się uśmie­chasz. Nie dzi­wota, że ludzie mają cię za dur­nia.

Mei-Ling zer­k­nęła na męża. Sie­dział bez ruchu i mil­czał, a na jego war­gach błą­kał się spo­kojny, szczę­śliwy uśmiech, który tak dobrze znała.

Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych ludzie mieli go za pro­staczka. Uśmiech nie scho­dził z jego ust, gdy rodzice całymi tygo­dniami wście­kali się na niego za odmowę wzię­cia za żonę wybra­nej przez nich panny. Uśmie­chał się nawet wtedy, gdy zagro­zili, że wyrzucą go z domu.

I osta­tecz­nie poko­nał ich, zmę­czył tym uśmie­chem; Mei-Ling nie miała co do tego wąt­pli­wo­ści. Poko­nał ich, bo wbrew wszel­kiemu roz­sąd­kowi zapra­gnął się z nią oże­nić.

- Zaaran­żo­wa­li­ście korzystne mał­żeń­stwo mojemu star­szemu bratu. Powinno wam to wystar­czyć - odparł cicho, ze spo­ko­jem.

Przez chwilę jego matka mil­czała. Wszy­scy wie­dzieli, że zwią­zek Star­szego Syna z Wierzbą będzie ide­alny, jak tylko synowa powije męskiego potomka, ale nie wcze­śniej. Wzrok star­szej kobiety spo­czął na Mei-Ling.

- Pew­nego dnia ten twój Nio zosta­nie stra­cony. Im szyb­ciej, tym lepiej. Nie wolno ci się z nim widy­wać. Zro­zu­mia­łaś?

Wszy­scy patrzyli na Mei-Ling. Nikt nic nie mówił.

- Madżong - oznaj­mił ze spo­ko­jem pan Lung, zgar­nia­jąc pie­nią­dze ze sto­lika.

* * *

To Wierzba pierw­sza spo­strze­gła syl­wetkę przy wej­ściu i dała znak teścio­wej, która natych­miast pode­rwała się na znak sza­cunku, a wraz z nią jej syno­wie z żonami.

Ich gość był star­cem o pocią­głej twa­rzy i dłu­giej, bia­łej jak śnieg bro­dzie. Mru­żył oczy ze sta­ro­ści, a ich skie­ro­wane w dół kąciki spra­wiały, że wyglą­dał, jakby spał. Na­dal jed­nak peł­nił funk­cję star­szego wio­ski.

Pan Lung wyszedł mu na powi­ta­nie.

- To zaszczyt, żeście nas odwie­dzili, panie.

Podano zie­loną her­batę i przez kilka minut męż­czyźni pro­wa­dzili zwy­cza­jową kon­wer­sa­cję. Następ­nie sta­rzec zwró­cił się do gospo­da­rza:

- Chcie­li­ście mi coś poka­zać, panie Lung.

- Istot­nie. - Pan Lung wstał i znik­nął za pro­giem. Na tyłach dużego pomiesz­cze­nia znaj­do­wała się alkowa z roz­le­głą oto­maną, na któ­rej mogły swo­bod­nie wypo­czy­wać dwie osoby. Kobiety usta­wiły przed nią niski sto­lik. Gdy to zro­biły, wró­cił pan Lung, nio­sąc swoje zdo­by­cze, sta­ran­nie zawi­nięte w jedwab. Ostroż­nie odwi­nął pierw­szy przed­miot i podał go star­cowi do obej­rze­nia, pod­czas gdy trzej sąsie­dzi zbli­żyli się, żeby także popa­trzeć.

- Kupi­łem to przed mie­sią­cem w Guang­zhou - pochwa­lił się pan Lung. - W palarni opium mają takie same, zro­bione z bam­busa. Tę jed­nak naby­łem u han­dla­rza.

Była to fajka do pale­nia opium. Długi cybuch wyko­nano z hebanu, a główkę z brązu. Odci­nek poni­żej główki, znany jako kolanko, opa­sy­wała klamra z pięk­nie obro­bio­nego sre­bra, ust­nik zaś był z kości sło­nio­wej. Ciemne drewno lśniło deli­kat­nie. Roz­le­gły się pomruki podziwu.

- Mam nadzieję, że będzie wam odpo­wia­dała, gdy zapa­limy dzi­siaj wie­czo­rem - rzekł pan Lung. - Jest prze­zna­czona dla moich hono­ro­wych gości.

- Zapewne, zapewne - przy­tak­nął sta­rzec.

Pan Lung odpa­ko­wał drugą fajkę i wszy­scy aż zachły­snęli się z zachwytu.

Jej budowa była bar­dziej zło­żona: wewnętrzny bam­bu­sowy cybuch ota­czała mie­dziana rurka, szkli­wiona w stylu kan­toń­skim, poma­lo­wana na zie­lono i ozdo­biona wzo­rami w odcie­niach błę­kitu, bieli i złota. Główkę pokryto czer­woną gla­zurą; wid­niały na niej małe czarne nie­to­pe­rze - chiń­ski sym­bol szczę­ścia. Ust­nik wyko­nano z bia­łego jade­itu.

- Ach... Bar­dzo kosz­towny przed­miot. - Star­szy wio­ski powie­dział gło­śno to, co wszy­scy pomy­śleli.

- Połóż­cie się na oto­ma­nie, a ja przy­go­tuję dla nas fajki - zapro­po­no­wał pan Lung.

Dla sąsia­dów był to wyraźny sygnał do wyj­ścia. Pale­nie opium sta­no­wiło pry­watny rytuał, a zapro­szony do niego był jedy­nie sta­rzec.

Pan Lung przy­niósł tacę pokrytą laką, posta­wił ją na sto­liku i począł roz­kła­dać nie­zbędne akce­so­ria z takim namasz­cze­niem, z jakim kobiety przy­go­to­wują się do cere­mo­nii parze­nia her­baty. Była tam mosiężna lampka oliwna ze szkla­nym klo­szem, poza tym dwie igły, dwie splu­waczki, cera­miczne naczynko w kształ­cie spodka i szklany sło­iczek z opium, obok któ­rego leżała kościana łyżeczka.

Wziąw­szy jedną z igieł, pan Lung prze­tkał nią główki obu fajek, aby upew­nić się, że są zupeł­nie czy­ste. Następ­nie zapa­lił mosiężną lampkę oliwną i ujmu­jąc kościaną łyżeczkę kciu­kiem oraz pal­cem wska­zu­ją­cym, wydo­był ze sło­iczka odro­binę opium i umie­ścił na cera­micz­nym naczynku, po czym, posłu­gu­jąc się łyżeczką oraz igłą, sta­ran­nie uto­czył z niego kulkę wiel­ko­ści ziarna gro­chu.

Teraz nad­szedł czas, aby roz­grzać opium. Wyma­gało to spo­rego wyczu­cia i umie­jęt­no­ści. Pan Lung pod­niósł kulkę czub­kiem igły i ostroż­nie umie­ścił nad lampą. Na oczach star­szego wio­ski zwi­nięte niczym pączek kwiatu opium zaczęło powoli pęcz­nieć, a jego kolor zmie­nił się z ciem­no­brą­zo­wego na bursz­ty­nowy.

Męż­czyźni obser­wo­wali, jak kulka opium zaczyna się zło­cić; wów­czas pan Lung wło­żył ją do główki fajki starca. Ten umo­ścił się na oto­ma­nie tak, aby leżeć z głową nachy­loną nad sto­li­kiem i lampą. Gospo­darz poka­zał mu, jak trzy­mać główkę fajki: bli­sko lampy, aby cie­pło wydo­by­wało opary ze zło­ci­stego opium w środku, ale nie za bli­sko, żeby opium się nie spa­liło. Zacze­kał, aż sta­rzec zrobi co należy, a gdy udało mu się zacią­gnąć, zaczął przy­go­to­wy­wać fajkę dla sie­bie.

- Wie­dzie­li­ście, star­cze, że opium zwięk­sza moż­li­wo­ści sek­su­alne męż­czy­zny? - zagad­nął.

- Ach. To bar­dzo inte­re­su­jące - odparł gość. - Bar­dzo.

- Cho­ciaż wy przed dwoma laty stra­ci­li­ście żonę - zauwa­żył gospo­darz.

- Zawsze mogę sobie zna­leźć nową - odparł star­szy wio­ski. Jego twarz zdą­żyła już przy­brać roz­anie­lony wyraz.

Teściowa i pozo­stali sie­dzieli w mil­cze­niu na dzie­dzińcu. Trudno było orzec, czy star­sza kobieta pochwala pale­nie opium. Musiała je akcep­to­wać jako oznakę sta­tusu swo­jej rodziny; dzięki temu miesz­kańcy wio­ski jesz­cze bar­dziej ją sza­no­wali i jesz­cze bar­dziej jej się bali.

* * *

Tego wie­czoru Młod­szy Syn był bar­dzo zmę­czony. Dopóki się nie ode­zwał, Mei-Ling sądziła, że śpi.

- Wiem, że kochasz Nio. Prze­pra­szam cię za matkę - powie­dział nie­ocze­ki­wa­nie.

Zalała ją fala ulgi i prze­jęta do głębi zaczęła szep­tać:

- Było mi tak ciężko na sercu, bo obie­ca­łam się z nim zoba­czyć, ale teraz chyba nie mogę. Za nic nie chcia­ła­bym cię zde­ner­wo­wać.

- Nie mam nic prze­ciwko two­jemu spo­tka­niu z Nio. To matka jest temu prze­ciwna. - Z oczu Mei-Ling popły­nęły łzy, więc objął ją ramie­niem. Kiedy prze­stała pła­kać, spał już jak zabity.

Ran­kiem wszystko wyda­wało się moż­liwe. Zaraz po prze­bu­dze­niu Mei-Ling wymknęła się na dzie­dzi­niec i na widok poran­nej mgły zro­zu­miała, co powinna zro­bić, albo­wiem to, co ujrzała, zer­ka­jąc przez furtkę w stronę stawu, w niczym nie przy­po­mi­nało wczo­raj­szej mgiełki. Ota­czał ją gęsty, biały obłok. Nie­prze­nik­niony. Wszech­obecny. Jak czapka nie­widka poda­ro­wana jej przez bogów. Był to ten rodzaj mgły, w któ­rej, jeśli ktoś był na tyle głupi, aby się w niej zanu­rzyć, raz-dwa można było stra­cić orien­ta­cję.

Miała zatem gotową wymówkę: wyszła z domu i zgu­biła się. Poszła przed sie­bie ścieżką i nie mogła tra­fić z powro­tem. Kto zdoła dowieść, gdzie naprawdę była? Nikt niczego nie zauważy.

Wró­ciła do izby. Jej kochany mąż na­dal spał. Miała ochotę go poca­ło­wać, lecz nie zro­biła tego z obawy, że go obu­dzi. Pod spód tuniki nacią­gnęła szybko luźne raj­tuzy, wsu­nęła stopy w drew­niaki, chwy­ciła szal i wyśli­znęła się na zewnątrz. Gdy prze­cho­dziła przez dzie­dzi­niec, z oto­many dobie­gło ją chra­pa­nie star­szego wio­ski. Naj­wy­raź­niej został u nich na noc. Drzwi do izby Wierzby były nie­do­mknięte; czyżby szwa­gierka ją pod­glą­dała? Mei-Ling miała nadzieję, że nie. Chwilę póź­niej zna­la­zła się za furtką i spo­wiła ją gęsta mgła.

Na szczę­ście dokład­nie wie­działa, gdzie znaj­duje się mostek, bo ina­czej by go nie dostrze­gła. Maca­jąc przed sobą na oślep, odna­la­zła w końcu poręcz i ruszyła naprzód. Czuła zapach trzcin i mułu. Drew­niane deski skrzy­piały pod jej sto­pami. Czy w domu mogli to usły­szeć?

Wresz­cie zeszła z mostku na ścieżkę i skrę­ciła w prawo. Z obu stron góro­wały nad nią bam­bu­sowe zaro­śla - gęste, zie­lone. Nie widziała ich, lecz kro­ple wil­goci spa­dały miękko z liści na jej głowę, gdy wędro­wała wydep­taną dróżką bie­gnącą skra­jem wio­ski. Poczuła bijący z ziemi ostry, kwa­śnawy zapach i już wie­działa - nie widząc go - że mija nie­wielki gaj bana­now­ców.

W tym samym momen­cie usły­szała za sobą dźwięk: ciche skrzy­pie­nie po prze­ciw­nej stro­nie stawu. Ktoś prze­cho­dził przez mostek. Zmro­ził ją strach; czyżby Wierzba zauwa­żyła, że wycho­dzi, i donio­sła teścio­wej? Przy­spie­szyła, potknęła się o korzeń i nie­omal upa­dła; w ostat­niej chwili zdo­łała odzy­skać rów­no­wagę. Jeżeli dotrze na miej­sce spo­tka­nia, zanim stara ją dogoni, zdąży ukryć się we mgle wraz z Nio. Wytę­żyła słuch. Cisza. Matka musiała się zatrzy­mać albo jest już na ścieżce.

Ta zaś wzno­siła się, aby na szczy­cie nie­du­żego wzgó­rza, przy wjeź­dzie do wio­ski, połą­czyć się z drogą grun­tową. Gdy Mei-Ling zna­la­zła się na głów­nym trak­cie, doj­rzała nie­wy­raźny zarys małej kamien­nej świą­tyni z drew­nianą figurką przed­sta­wia­jącą czło­wieka - choć jej zawsze bar­dziej przy­po­mi­nała pokur­czoną ze sta­ro­ści małpę. Pra­dawny zało­ży­ciel wio­ski wciąż chro­nił swój ród i całą osadę. Popro­siła go w duchu o bło­go­sła­wień­stwo, cho­ciaż wąt­piła, czy je otrzyma.

To tutaj miała się spo­tkać z Nio. Cicho zawo­łała go po imie­niu.

Mgła przy­po­mi­nała gęsty, nisko zawie­szony tuman, pokry­wała pola ryżowe za ple­cami dziew­czyny i stru­myk, gdzie miesz­kały kaczki, kawa­łek dalej na lewo. Mimo to Mei-Ling roz­róż­niała dachy chat przy dro­dze przed sobą, a za nimi łagodne wznie­sie­nie i dwa nie­wiel­kie grzbiety gór­skie - miej­scowi nazy­wali je Nie­bie­skim Smo­kiem i Bia­łym Tygry­sem - które niczym opie­kuń­cze ramiona z obu stron obej­mo­wały wio­skę.

Zwy­kle było to przy­jemne miej­sce. Latem osadę chło­dziła bryza znad morza; zimą niskie słońce ogrze­wało ją łagod­nie. Feng shui wio­ski - wiatr i woda - było dobre, ale jeżeli Matka ją teraz przy­ła­pie, roz­pęta się tu istne pie­kło. Nie­spo­koj­nie pró­bo­wała prze­bić wzro­kiem mgłę. Nie mogła zbyt długo cze­kać.

Raz jesz­cze zawo­łała Nio. Żad­nej odpo­wie­dzi. Jeśli chło­pak wyszedł jej na spo­tka­nie, to nawet w tej mgle na wąskiej dro­dze nie mogłaby się z nim roz­mi­nąć. Mam­ro­cząc prze­kleń­stwa, pospiesz­nie zawró­ciła do wio­ski.

Dom jej rodzi­ców nie pre­zen­to­wał się zbyt oka­zale. W prze­ci­wień­stwie do chat naprze­ciwko nie miał dzie­dzińca z furtką od strony ulicy. Front two­rzyły zbite byle jak deski, w które wsta­wiono, nie cał­kiem pio­nowo, stare drzwi od sąsiada, zabrane przed laty, gdy jego dom był roz­bie­rany. Zamiast otwie­rać się na ciemne wnę­trze głów­nej izby, wyglą­dały one tak, jakby miały lada moment wpaść do środka. Pię­tra wła­ści­wie nie było; rodzice wdra­py­wali się po wewnętrz­nej dra­bi­nie na niski stry­szek, gdzie sypiali.

Mei-Ling dotarła do roz­kle­ko­ta­nych drew­nia­nych drzwi i pchnęła je.

- Nio! - wyszep­tała znie­cier­pli­wiona. - Nio!

Z mroku dobiegł ją naj­pierw sze­lest, a potem jego głos:

- To ty, Star­sza Sio­stro?

- Oczy­wi­ście, że ja. Gdzie się podzie­wa­łeś?

- Nie myśla­łem, że przyj­dziesz.

- Prze­cież ci obie­ca­łam.

- Córko. - U szczytu dra­biny uka­zała się głowa ojca. - Wra­caj do domu. Nie powin­naś tutaj przy­cho­dzić. - Matka zawtó­ro­wała mu zaraz ze stryszku: - Wra­caj do sie­bie. Prędko, pospiesz się.

To prze­wa­żyło szalę.

Mei-Ling zamknęła za sobą drzwi.

- Jeżeli ktoś przyj­dzie, mów­cie, że mnie tu nie ma! - zawo­łała jesz­cze do rodzi­ców.

Na tyłach domu znaj­do­wało się podwórko. Gdy dziew­czyna tam wyszła, Nio wstał i wcią­gnął koszulę. Dołą­czył do niej zaraz, roze­spany, gotów się tłu­ma­czyć.

- Nie sądzi­łem, że uda ci się wydo­stać - powie­dział - a jesz­cze ta mgła...

Mei-Ling spoj­rzała na niego ze smut­kiem poprzez bia­ławe, wil­gotne opary.

- Więc ucie­kłeś z domu. Bli­scy cię nie szu­kają?

- Nie. Powie­dzia­łem ojcu, że chcę się z wami zoba­czyć. Dał mi pie­nią­dze i poda­rek dla two­ich rodzi­ców. Uprze­dzi­łem go, że tro­chę tutaj zostanę.

- Prze­cież nie chcesz wra­cać. Cho­dzi o twoją maco­chę? Źle cię trak­tuje?

- Nie, jest w porządku.

- Podobno masz młod­sze rodzeń­stwo, brata i sio­strę. Lubisz ich?

- Mogą być. - Spe­szył się, po czym wybuch­nął: - Trak­tują mnie jak dziecko.

- Dla rodzi­ców zawsze pozo­sta­jemy dziećmi, Nio - odparła łagod­nie. Wie­działa jed­nak, że go nie prze­kona. Musiało dojść do jakiejś rodzin­nej kłótni, o któ­rej jej nie powie­dział. A może ktoś go upo­ko­rzył? - Dokąd więc poje­dziesz? - spy­tała.

- Do wiel­kiego mia­sta. Do Guang­zhou. - Uśmiech­nął się. - Nauczy­łaś mnie mówić po kan­toń­sku.

Guang­zhou nad Rzeką Per­łową, wielki port zwany przez cudzo­ziem­ców Kan­to­nem. Gdy Nio zja­wił się u nich jako mały chło­piec, znał tylko język ludu Hakka z wio­ski, w któ­rej miesz­kał. Nikt go nie rozu­miał. Wiele mie­sięcy zajęło Mei-Ling naucze­nie go kan­toń­skiego dia­lektu, któ­rym posłu­gi­wano się w ich wio­sce - pro­win­cjo­nal­nej odmiany języka, jakim mówiono w wiel­kim mie­ście, ale przy­naj­mniej zrozu­miałej dla miesz­kań­ców metro­po­lii. Jed­nak myśl o Bra­ciszku błą­ka­ją­cym się samot­nie po wiel­kim por­cie napeł­niła ją trwogą.

- Nikogo tam nie znasz, Nio. Zgu­bisz się. Nie jedź - popro­siła. - Co zresztą miał­byś tam robić?

- Znajdę jakąś pracę. Może zostanę prze­myt­ni­kiem. Zaro­bię dużo pie­nię­dzy.

Na wybrzeżu przy ujściu Rzeki Per­ło­wej kwitł nie­le­galny han­del roz­ma­itym towa­rem. Ale to było nie­bez­pieczne życie.

- Nie znasz żad­nych prze­myt­ni­ków - stwier­dziła sta­now­czo. - Wszy­scy należą do gan­gów. Jeżeli zosta­niesz schwy­tany, grozi ci egze­ku­cja. - Nie wie­działa co prawda zbyt wiele o gan­gach, ale coś nie­coś sły­szała.

- Znam róż­nych ludzi. - Nio uśmiech­nął się pół­gęb­kiem, jakby skry­wał jakąś tajem­nicę.

- Nie­prawda.

Bo niby skąd miałby ich znać? Żach­nęła się na samą myśl, lecz potem coś jej zaświ­tało. Poprzed­niego wie­czoru teściowa nazwała go prze­stępcą. Powie­działa to z wiel­kim prze­ko­na­niem. Nio zapewne roz­po­wia­dał po wsi, że uciekł z domu, co już samo w sobie było wystar­cza­jąco głu­pie, a może wymknęło mu się coś wię­cej - jakaś kom­pro­mi­tu­jąca infor­ma­cja, która dotarła do teścio­wej.

Przyj­rzała się chłopcu. Przy­pusz­czała, że chciał tylko pozo­wać na waż­nego i tajem­ni­czego, ale ta myśl jej nie uspo­ko­iła. Czyżby poznał kogoś, kto trud­nił się prze­my­tem? Moż­liwe. Czy ten ktoś wcią­gnął go do gangu, kusząc obiet­ni­cami bogac­twa i lep­szego życia? Miała okropne prze­czu­cie, że Nio naraża się na wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Przy­znaj się, Nio - ode­zwała się sta­now­czo - mówi­łeś we wsi o czymś, przez co mogłeś się zna­leźć na ludz­kich języ­kach?

Chło­pak zawa­hał się, a jej ści­snęło się serce.

- Wda­łem się w kłót­nię - odparł. - Ale to ja mia­łem rację.

- Z kim?

- Z kil­koma męż­czy­znami.

- O co poszło?

Przez chwilę zwle­kał z odpo­wie­dzią, po czym wybuch­nął:

- Hano­wie nie dorów­nują Hakka odwagą. W prze­ciw­nym razie nie daliby się znie­wo­lić Man­dżu­rom!

- Co ty wyga­du­jesz?

- Man­dżur­scy cesa­rze zmu­szają wszyst­kich do nosze­nia war­ko­czy na znak pod­dań­stwa. Ich rody żyją w dostatku, a Hano­wie muszą na nich haro­wać. To hańba.

Mei-Ling patrzyła na niego prze­ra­żona. Czy chciał wylą­do­wać w wię­zie­niu? Naraz dotarła do niej strasz­liwa prawda.

- Nio, dołą­czy­łeś do Bia­łego Lotosu?

W Chi­nach ist­niało wiele sto­wa­rzy­szeń, któ­rych człon­kami mogli być wyłącz­nie męż­czyźni - od sza­no­wa­nych rad miej­skich po grupy prze­stęp­cze sku­pia­jące wszel­kiej maści zabi­ja­ków. Uczeni zakła­dali towa­rzy­stwa kul­tu­ralne, gdzie recy­to­wano wier­sze w świe­tle księ­życa. Zamożni kupcy two­rzyli w mia­stach gil­die i wzno­sili dla nich sie­dziby podobne do pała­ców. Rze­mieśl­nicy zrze­szali się, żeby nawza­jem się wspie­rać.

Były też tajne sto­wa­rzy­sze­nia, takie jak Biały Lotos, liczące setki tysięcy człon­ków. Nikt ich nie znał i nie wie­dział, co zamie­rzają. Ubogi wie­śniak albo uśmiech­nięty sprze­dawca mógł być za dnia kimś zupeł­nie innym niż po zmroku. Bywało, że bojow­nicy Bia­łego Lotosu pod­pa­lali domy sko­rum­po­wa­nych urzęd­ni­ków. Cza­sami kogoś mor­do­wali. Mei-Ling sły­szała, jak mówiono, że pew­nego dnia Biały Lotos obali man­dżur­skiego cesa­rza.

Czy jej Bra­ci­szek mógł wdać się w kon­szachty z takimi ludźmi? Był taki uparty! W dodatku od dziecka miał wła­sne sza­lone wyobra­że­nie o wymie­rza­niu spra­wie­dli­wo­ści, co zaowo­co­wało bli­zną na jego twa­rzy. Tak, uznała po namy­śle, to cał­kiem moż­liwe.

- Skądże, Star­sza Sio­stro - odparł, po czym wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu: - A gdyby nawet, to prze­cież nic bym ci nie powie­dział.

Z jed­nej strony Mei-Ling miała ochotę nim potrzą­snąć, z dru­giej - pra­gnęła go objąć i mocno przy­tu­lić, uchro­nić od wszel­kiego zła.

- Och, Nio. Jesz­cze o tym poroz­ma­wiamy. - Musiała zna­leźć spo­sób, żeby spę­dzić z nim wię­cej czasu, prze­mó­wić mu do roz­sądku. Nie wie­działa, jak tego dokona, ale nie miała wyj­ścia.

- Dzi­siaj wyjeż­dżam - oznaj­mił jej z nutą prze­kor­nego triumfu.

- Nie możesz! - krzyk­nęła. - Zacze­kaj tro­chę. - Musiała zebrać myśli. - Choć kilka dni. Nie chcesz znowu się ze mną spo­tkać? Pro­szę!

- No dobrze - zgo­dził się nie­chęt­nie. Wyglą­dał, jakby chciał coś jesz­cze powie­dzieć, ale umilkł na widok jej ojca. Na twa­rzy męż­czy­zny malo­wał się strach. - Ktoś przy­szedł - jęk­nął.

- Powiedz­cie, że mnie tutaj nie ma - odszep­nęła. To mogła być tylko matka jej męża. - Szybko - pona­gliła ojca, lecz ten ani drgnął. Podob­nie jak wszy­scy w wio­sce bał się jej teścio­wej. - Pro­szę, ojcze.

Było już jed­nak za późno. Drzwi fron­towe uchy­liły się krzywo, uka­zu­jąc spo­witą mgłą postać, która weszła do środka.

Ku swo­jej rado­ści Mei-Ling roz­po­znała w przy­by­szu męża.

Musiała czym prę­dzej wró­cić z nim do domu.

- Domy­śli­łem się, że tutaj będziesz - rzekł - ale musimy się pospie­szyć.

- Sły­sza­łam twoje kroki na mostku - odpo­wie­działa. - Myśla­łam, że to twoja matka. - Spoj­rzała na niego z nie­po­ko­jem. - Gnie­wasz się na mnie? - Pokrę­cił głową. - Co powiemy Matce, jeśli zauważy naszą nie­obec­ność?

- Wyja­śnię, że zabra­łem cię na prze­chadzkę.

- We mgle?

- Nie dowie­dzie, że było ina­czej. - Uśmiech­nął się. - Nic nam nie zrobi.

- Jesteś dla mnie taki dobry.

Minęli małą świą­ty­nię i skrę­cili na bity trakt.

- Wiesz, dla­czego zmu­si­łem ich, żeby pozwo­lili mi cie­bie poślu­bić, Mei-Ling? - zapy­tał nagle. - Myślisz, że cho­dziło o twoją urodę? O to, że byłaś naj­ład­niej­szą dziew­czyną w wio­sce?

- Nie wiem.

- Dostrze­głem w tobie cha­rak­ter. Two­jego ducha. To on spra­wia, że twoja twarz jest taka piękna. Dla­tego cię poślu­bi­łem. Wie­dzia­łem, że bez względu na cenę, jaką ci przyj­dzie zapła­cić, spró­bu­jesz spo­tkać się ze swoim Młod­szym Bra­tem, bo go kochasz. Bo jesteś dobra. To spra­wia, że jestem szczę­śliwy.

- A ja mam szczę­ście, że mam cie­bie za męża - odparła Mei-Ling. Potem opo­wie­działa mu wszystko o Nio i swo­ich oba­wach.

- Nie­do­brze - przy­znał.

- Jest taki uparty - dodała. - Wiesz, skąd wzięła się bli­zna na jego twa­rzy? Kiedy był mały, jeden ze star­szych chłop­ców we wsi powie­dział coś obraź­li­wego o moim ojcu - że jest biedny i głupi - a potem pod­bu­rzył innych, żeby się z niego wyśmie­wali. Nio rzu­cił się na niego, cho­ciaż tam­ten był od niego dwa razy więk­szy. Powa­lił go, ale wtedy ten chło­pak zła­pał kawa­łek deski i ude­rzył Nio w twarz. Stąd ma tę bli­znę.

- Wyka­zał się odwagą.

- Ow­szem. Sęk w tym, że jeśli uważa, że ma rację, prze­staje roz­sąd­nie myśleć. Ni­gdy nie wiem, co nowego zma­luje.

- Trudno będzie ci znowu się z nim spo­tkać - zauwa­żył Młod­szy Syn. - Chyba nawet ja nie zdo­łam ci tego uła­twić. - Nagle się roz­ch­mu­rzył. - Ale mogę z nim pomó­wić w twoim imie­niu. Nikt mi tego nie zabro­nił. Może mnie posłu­cha.

- Zro­bił­byś to?

- Choćby dziś po połu­dniu, jeśli chcesz.

- Och, mężu. - Zarzu­ciła mu ramiona na szyję. Nie ucho­dziło oka­zy­wać uczuć publicz­nie, ale w tej mgle nikt ich nie mógł zoba­czyć. Ruszyli dalej przed sie­bie. Tuż przed most­kiem Mei-Ling znowu się ode­zwała: - Jest jesz­cze coś, o czym chcę ci powie­dzieć.

- Kolejne złe nowiny?

- Wręcz prze­ciw­nie. To zna­czy nie mam cał­ko­wi­tej pew­no­ści... - Zawa­hała się. - Jesz­cze nie. Ale chyba zosta­niesz ojcem.

Jego twarz się roz­pro­mie­niła.

- Naprawdę?

- Nie mogę obie­cać, że to będzie syn...

- Nie dbam o to, jeżeli córka będzie podobna do cie­bie.

- Dla­czego zawsze jesteś taki dobry, mężu? - Nie uwie­rzyła mu, oczy­wi­ście; żadna chiń­ska rodzina nie pra­gnęła dziew­czy­nek. Gra­tu­lo­wano tym, któ­rym uro­dził się syn. Po naro­dzi­nach dziew­czynki ludzie albo nic nie mówili, albo rzu­cali uwagi w rodzaju: "Oby następ­nym razem wam się poszczę­ściło". Raz sły­szała, jak ktoś powie­dział do ojca nowo naro­dzo­nej dziew­czynki: "Współ­czuję ci. Spo­tkało cię takie nie­szczę­ście!".

- Naprawdę nie miał­bym nic prze­ciwko. Jeżeli nie będą się rodzić dziew­czynki, wkrótce w ogóle prze­staną się rodzić dzieci. To oczy­wi­ste: zabrak­nie nam przy­szłych matek. To głu­pota chcieć mieć samych synów.

Mei-Ling ski­nęła głową.

- Zawsze marzy­łam o córeczce - wyznała. - Ale nikomu tego nie mówi­łam, żeby nie nara­zić się na ludzki gniew.

Weszli na mostek. Mgła powoli rze­dła; widzieli już porę­cze i szarą wodę w dole.

Po wej­ściu do domu zastali tam star­szego wio­ski, który zdą­żył tym­cza­sem tro­chę się roz­bu­dzić: sie­dział teraz na sze­ro­kiej oto­ma­nie i popi­jał her­batę. Matka też tam była. Sto­jąc w przej­ściu, łyp­nęła na nich gniew­nie i zwró­ciła się wprost do Mei-Ling:

- Gdzie byłaś? - Wyglą­dała, jakby miała zaraz wybuch­nąć.

- Spa­ce­ro­wa­łam z mężem, Matko - odparła potul­nie dziew­czyna.

- We mgle? Kła­miesz!

- Mie­li­śmy coś do omó­wie­nia, Matko - wtrą­cił Młod­szy Syn. Zacze­kał, aż wście­kły wzrok kobiety spo­cznie na nim. Nie spie­szył się. - Moja żona spo­dziewa się dziecka.

Zoba­czyli, że stara podejrz­li­wie mruży oczy. Uwie­rzyła im? Jeśli okaże się to nie­prawdą, uzna, że sobie z niej zakpili, a to byłoby bar­dzo nie­bez­pieczne. Jeśli jed­nak dziecko rze­czy­wi­ście jest w dro­dze...

Kobieta znowu utkwiła spoj­rze­nie w Mei-Ling. Kiedy się ode­zwała, jej ton był prze­ra­ża­jąco lodo­waty.

- Oby to był chło­piec, Mei-Ling.

Młod­szy Syn wró­cił dopiero pod wie­czór. Wybrał się w inte­re­sach do sąsied­niej wio­ski. Mgła ustą­piła kilka godzin wcze­śniej i teraz ich osada, pola ryżowe, staw z kacz­kami i przy­ja­zne ramiona gór­skich grzbie­tów ską­pane były w popo­łu­dnio­wym świe­tle.

Twarz męż­czy­zny, ukryta pod sze­ro­kim sło­mia­nym kape­lu­szem, który nosił dla ochrony przed słoń­cem, była uśmiech­nięta. Od mgli­stego poranka wszystko ukła­dało się zna­ko­mi­cie. Miał do zała­twie­nia jesz­cze jedną sprawę, która będzie zwień­cze­niem tego dnia, jed­nego - jak sądził - z naj­lep­szych w jego życiu.

Musiał tylko uszczę­śli­wić żonę i prze­ko­nać nie­roz­waż­nego wyrostka, aby ten nie uciekł do mia­sta, gdzie na pewno napy­tałby sobie biedy. Nie­ła­twe zada­nie, lecz on ni­gdy nie cofał się przed wyzwa­niami. Do tego kon­kret­nego pod­szedł tym bar­dziej gor­li­wie, że wystar­czyło mu wyobra­zić sobie wyraz szczę­ścia, jaki zago­ści na twa­rzy Mei-Ling, jeżeli wykona swą misję. Przez całą drogę powta­rzał w myślach zda­nia pełne roz­ma­itych mądro­ści.

Minąw­szy małą świą­ty­nię na wjeź­dzie do osady, się­gnął do tyłu, aby strzep­nąć kurz z war­ko­cza. Popra­wił też kaftan; nie chciał, aby cokol­wiek psuło wra­że­nie dys­kret­nej powagi i auto­ry­tetu, jakie miał nadzieję dzi­siaj roz­ta­czać. Idąc, witał się uprzej­mie z wie­śnia­kami, bacząc, czy odpo­wia­dają z nale­ży­tym sza­cun­kiem na jego pozdro­wie­nia.

Gdy zna­lazł się przed domem rodzi­ców Mei-Ling, zapu­kał do drzwi, które natych­miast otwo­rzył jej ojciec. Ukło­nił mu się nisko, lękli­wie.

- Przy­cho­dzę pomó­wić z tym mło­dym czło­wie­kiem, Nio - wyja­śnił Młod­szy Syn. - Na prośbę Mei-Ling.

- Och. - Jego teść wyglą­dał na zde­ner­wo­wa­nego. - Naj­moc­niej prze­pra­szam - ponow­nie się ukło­nił - ale Nio już tutaj nie ma.

- Czy prędko wróci?

- Wyje­chał. Jesz­cze przed połu­dniem. - Star­szy czło­wiek pokrę­cił głową. - Ruszył do mia­sta. Już do nas nie wróci. - Ze smut­kiem spoj­rzał na zię­cia. - Być może ni­gdy go nie zoba­czymy.

* * *

Na wie­czor­nym nie­bie wisiało czer­wone słońce. Wsparty na heba­no­wej lasce stary pan Jiang spo­glą­dał ze zbo­cze, gdzie przy­cup­nął jego wie­kowy dom, i na roz­le­głe, pła­skie dno doliny, przez które, niczym stru­mień zło­ci­stej wul­ka­nicz­nej lawy, pły­nęła sze­roka nie­mal na milę Żółta Rzeka.

Żółta Rzeka; u źró­dła jej wody były cał­kiem przej­rzy­ste, póź­niej jed­nak wiła się przez region zawdzię­cza­jący swoją glebę, zwaną les­sową, pia­skom nano­szo­nym przez wieki znad pustyni Gobi. Wiatr odkła­dał je tam, aż powstał olbrzymi, poma­rań­czowo-bru­natny pła­sko­wyż. Rzeka toczyła prze­zeń swe wody, które nabie­rały żół­tej barwy. Tutaj, w pro­win­cji Henan, samym sercu daw­nych Chin, jej nurt na­dal był żółty i pozo­sta­wał taki przez setki mil, dopóki nie złą­czyła się z morzem.

Cztery tysiące lat wcze­śniej legen­darny cesarz Yu nauczył swój lud, jak okieł­znać potężną rzekę, pogłę­biać ją i nawad­niać oko­liczne zie­mie. To był praw­dziwy począ­tek wiel­kich Chin, pomy­ślał sta­rzec.

Oczy­wi­ście, jak we wszyst­kim, tu także nale­żało zacho­wać czuj­ność. Rzeka nio­sła takie ilo­ści mułu, że jej dno stale się pod­no­siło. Gołym okiem można było tego nie zauwa­żyć, ponie­waż wraz z okre­so­wym pod­no­sze­niem się i opa­da­niem wód rzeka rzeź­biła nowe koryto, lecz w isto­cie pły­nęła teraz powy­żej ota­cza­ją­cego ją terenu. Dla­tego co dzie­sięć lat trzeba było ją pogłę­biać i wyko­ny­wać inne nie­zbędne prace. Za rok albo dwa znowu ich to cze­kało.

Tyle że mnie już wtedy nie będzie, pomy­ślał sta­rzec i uśmiech­nął się.

Cie­szył się, że ostatni wie­czór jego życia - przy­naj­mniej w tym wcie­le­niu - jest taki piękny.

Plan był dość pro­sty. Zaczeka do zmierz­chu, aż wszy­scy w domu zasną, a potem zażyje tru­ci­znę ukrytą w sypialni, w szka­tułce, którą tylko on potra­fił otwo­rzyć. Sta­ran­nie ją dobrał, aby jego śmierć wyglą­dała na natu­ralną.

Nie chciał spra­wiać kło­potu sio­strze i swo­jemu synowi, Shi-Ron­gowi.

Pięć­dzie­siąt stóp przed nim wąska brama wio­dąca do rodzin­nego gospo­dar­stwa - któ­rego pokryty płyt­kami roz­ło­ży­sty dach zakrzy­wiał się ele­gancko w naj­lep­szym chiń­skim stylu - zda­wała się zapra­szać nowego pana tych wło­ści na dzie­dzi­niec, który się za nią roz­cią­gał. Wyżej na zbo­czu drew­niane chaty wio­ski obsia­dły szlak bie­gnący w górę wąwo­zem, o ścia­nach podziu­ra­wio­nych otwo­rami jaskiń, z któ­rych część słu­żyła jako spi­chle­rze, a inne jako miesz­ka­nia. Dalej wąwóz prze­cho­dził w stromą ścieżkę, wzno­szącą się na podo­bień­stwo wyku­tych w skale scho­dów na sam szczyt wyso­kiego wznie­sie­nia, gdzie na skal­nym wystę­pie wśród drzew kryła się mała świą­ty­nia bud­dyj­ska.

Kiedy sta­rzec odwró­cił się, żeby raz jesz­cze spoj­rzeć na zachód, na nik­nącą za wzgó­rzami sło­neczną kulę, żało­wał już tylko jed­nego: że nie potrafi latać. Chciał­bym choć raz pofru­nąć, pomy­ślał. Dzi­siaj, tego wie­czoru.

Ponad tysiąc mil dzie­liło go od wiel­kiej Wyżyny Tybe­tań­skiej, roz­le­głego "dachu świata" oto­czo­nego przez Hima­laje, ponad któ­rym zda­wało się w tej chwili zacho­dzić słońce. Przy­pusz­czał, że czło­wiek czuł się tam bli­żej wiecz­nego błę­kitu nie­bios niż w jakim­kol­wiek innym miej­scu na ziemi. Z tych nie­biań­skich wyżyn brały swój począ­tek naj­więk­sze rzeki Azji: Gan­ges, Indus, Ira­wadi, Brah­ma­pu­tra i Mekong, wszyst­kie zmie­rza­jące na połu­dnie; ku wscho­dowi zaś toczyły swe wody dwie potężne chiń­skie rzeki - Jangcy, obej­mu­jąca swoją gigan­tyczną pętlą doliny i pola ryżowe połu­dnio­wych Chin, oraz Żółta Rzeka, która niby olbrzymi wąż sunęła przez obsa­dzone zbo­żem rów­niny cen­tral­nej i pół­noc­nej czę­ści kraju.

Wyżyna Tybe­tań­ska: mil­cząca kra­ina zamar­z­nię­tych jezior i lodow­ców, nie­koń­czący się pła­sko­wyż, miej­sce spo­tka­nia nieba z zie­mią, skąd brało począ­tek wszel­kie życie...

Był tam kie­dyś, za młodu. Ogar­nął go żal, że nie może znów wybrać się na wyżynę, i pozaz­dro­ścił czer­wo­nemu słońcu, które codzien­nie ją oglą­dało. Poki­wał głową. Dziś wie­czo­rem, pomy­ślał, wła­śnie ten widok będzie miał przed oczami, kiedy osu­nie się w obję­cia śmierci.

Jego sio­stra sie­działa przy niskim sto­liku. Posi­wiała, lecz wciąż była piękna; miał szczę­ście, mogąc cie­szyć się jej towa­rzy­stwem, zwłasz­cza że jego wła­sna żona i córka już opu­ściły ten padół.

Na sto­liku zauwa­żył kupki patycz­ków do wró­że­nia z Księgi Prze­mian, I Ching. Nie pod­no­sząc wzroku, powie­działa:

- Wiem o tru­ciź­nie.

Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi.

- Wyrocz­nia I Ching ci powie­działa?

- Nie. Otwo­rzy­łam szka­tułkę.

- Ach. - Zre­zy­gno­wany ski­nął głową. Jego sio­strze ni­gdy nie bra­ko­wało sprytu.

Ich ojciec od razu to zauwa­żył, gdy była jesz­cze małą dziew­czynką. Zatrud­nił nauczy­ciela, żeby udzie­lał lek­cji czy­ta­nia i pisa­nia im obojgu, a także pew­nemu uzdol­nio­nemu chłopcu z wio­ski.

Chło­piec ów sam był teraz sza­no­wa­nym nauczy­cie­lem w mie­ście Zheng­zhou, a jego syn zdał egza­miny urzęd­ni­cze na szcze­blu pro­win­cjo­nal­nym. Szla­chetny sys­tem cesar­skiej edu­ka­cji umoż­li­wiał wie­śnia­kom awans na naj­wyż­sze urzędy - pod warun­kiem, że ktoś im dopo­mógł, opła­ciw­szy naukę. Czy­niąc to, ich ojciec, dobry bud­dy­sta, nie­wąt­pli­wie zaskar­bił sobie nie lada zasługi.

Sio­stra oka­zała się nie­zwy­kle bystra. Gdyby dziew­częta dopusz­czano do egza­mi­nów cesar­skich, pomy­ślał cierpko Jiang, mogłaby je zdać lepiej ode mnie. A tak nale­żała do wąskiego grona wykształ­co­nych kobiet - w całej pro­win­cji mogło ich być nie wię­cej niż pół tuzina - któ­rym nawet uczeni oka­zy­wali naj­wyż­szy sza­cu­nek.

- Od mie­siąca pra­wie nic nie jesz, bra­cie - powie­działa - w dodatku ukry­wasz tru­ci­znę. Powiedz mi, pro­szę, dla­czego.

Zawa­hał się. Nie chciał jej niczego wyja­śniać. Wolałby odejść szybko, bez­bo­le­śnie.

- Pamię­tasz, jak umarł nasz ojciec - rzekł cicho.

- Jak mogła­bym zapo­mnieć?

- Cier­pię na tę samą cho­robę. W ubie­głym mie­siącu, kiedy wybra­łem się do Zheng­zhou, odwie­dzi­łem tam apte­ka­rza. Podobno jest naj­lep­szy. Stwier­dził u mnie duży brak rów­no­wagi qi. Zaor­dy­no­wał aku­punk­turę. Na krótko mi pomo­gło. Ale póź­niej... - Pokrę­cił głową. - Nie chcę cier­pieć tak jak nasz ojciec. Nie chcę też, aby­ście ty albo mój syn musieli na to patrzeć.

- Boisz się śmierci? - zapy­tała.

- Gdy byłem młody, to cho­ciaż bywa­łem w świą­tyni bud­dyj­skiej i stu­dio­wa­łem mędr­ców tao, sta­ra­łem się przede wszyst­kim prze­strze­gać zale­ceń Kon­fu­cju­sza. Na pierw­szym miej­scu sta­wia­łem pracę, obo­wiązki wobec rodziny i dobre uczynki. Z wie­kiem znów odna­la­złem pocie­chę w bud­dy­zmie i zaczą­łem roz­my­ślać o przy­szłej egzy­sten­cji z nadzieją, że dobrze prze­żyte życie zagwa­ran­tuje mi lep­szą rein­kar­na­cję. Ale im jestem star­szy, tym bar­dziej pociąga mnie to, co nie ma swo­jej nazwy, a co zwiemy tao. Drogą. - Zamy­ślony poki­wał głową. - Nie zabie­gam już o to życie ani o kolejne, pra­gnę tylko pły­nąć z prą­dem wszech­rze­czy. - Łagod­nie popa­trzył na sio­strę. - Zresztą - dodał - jak wie każdy nie­pi­śmienny wie­śniak, żyjemy dalej w naszych dzie­ciach.

- Nie zaży­waj na razie tru­ci­zny - popro­siła. - Twój syn może cię jesz­cze odwie­dzić.

- Wyrocz­nia I Ching tak ci powie­działa? - Spoj­rzał na nią podejrz­li­wie. Przy­tak­nęła. Nie dał się zwieść. - Napi­sa­łaś do niego. Wiesz, że tu przy­je­dzie?

- O ile tylko będzie mógł. Zna swoją synow­ską powin­ność.

Sta­rzec ski­nął głową i usiadł. Po kilku minu­tach zamknął oczy. Jego sio­stra nie prze­sta­wała wpa­try­wać się w hek­sa­gramy I Ching na papie­rze przed sobą.

O zmierz­chu ciszę zakłó­cił stary sługa, który wpadł z pośpie­chem do domu, woła­jąc:

- Panie Jiang! Panie Jiang! Wasz syn nad­jeż­dża!

Shi-Rong padł na kolana i dotknął głową ziemi. Pokłon koutou był oznaką sza­cunku należ­nego ojcu jako gło­wie rodziny. Nie mógł uwie­rzyć, jak bar­dzo sta­ru­szek wychudł.

Widok syna i wie­ści, które przy­wiózł, zdały się jed­nak wle­wać nowe życie w pana Jianga. Z oży­wie­niem kiwał głową, gdy Shi-Rong nakre­ślał mu swoje plany na przy­szłość.

- Bar­dzo dobrze - pochwa­lił. - Sły­sza­łem o szla­chet­nym panu Linie. To zacny czło­wiek. Jeden z nie­wielu. - Poki­wał głową. - Oczy­wi­ście powi­nie­neś raz jesz­cze podejść do egza­mi­nów. Ale dobrze robisz, korzy­sta­jąc z takiej oka­zji. Sam cesarz...

- Dam mu się poznać z jak naj­lep­szej strony - obie­cał Shi-Rong.

- Skoro przy­je­cha­łeś, przy­szy­kuję twoje ulu­bione danie - wtrą­ciła z uśmie­chem ciotka. Ze wszyst­kich potraw kuchni pro­win­cji Yu, Shi-Rong od małego naj­wy­żej cenił danie rybne: kar­pia z Żół­tej Rzeki, poda­wa­nego na trzy spo­soby: w zupie, sma­żo­nego i na słodko-kwa­śno. Nikt nie przy­rzą­dzał go lepiej niż ciotka. Potrawa była jed­nak cza­so­chłonna - jej przy­go­to­wa­nie zaj­mo­wało aż trzy dni.

- Rano muszę wra­cać - zmu­szony był wyznać Shi-Rong. Zoba­czył, że ciotka zapada się w sobie jak po ude­rze­niu, a ojciec sztyw­nieje. Cóż jed­nak mógł począć?

- Nie możesz pozwo­lić, żeby szla­chetny Lin na cie­bie cze­kał! - zawo­łał ochry­ple ojciec. Zaraz jed­nak, żeby zatu­szo­wać ten wybuch emo­cji, dodał: - Żałuję tylko, że będziesz musiał obco­wać z ludźmi z połu­dnia, mój synu.

Shi-Rong uśmiech­nął się. Nawet w takiej chwili ojciec trwał w swoim prze­ko­na­niu, że jedy­nymi praw­dzi­wymi Chiń­czy­kami są Hano­wie znad Żół­tej Rzeki i wiel­kich, poro­śnię­tych zbo­żem pół­noc­nych rów­nin.

- Na­dal nie ceni­cie ludzi z pól ryżo­wych, ojcze?

- Myślą wyłącz­nie o pie­nią­dzach - odrzekł z pogardą pan Jiang.

- Mówisz, że szla­chetny pan Lin zamie­rza ukró­cić napady bar­ba­rzyń­skich pira­tów - wtrą­ciła nie­spo­koj­nie ciotka. - Czy to zna­czy, że będziesz musiał wypły­nąć w morze?

- Zrobi to, co mu roz­każe pan Lin - uciął ojciec. - Na pewno jest głodny - dorzu­cił.

Pod­czas gdy ciotka przy­go­to­wy­wała posi­łek, sta­rzec wypy­tał go o szcze­góły jego misji.

- Czy ci piraci, o któ­rych mówisz, to rudo­włosi bar­ba­rzyńcy czy inne bro­date dia­bły? - chciał wie­dzieć.

- Wła­ści­wie to nie wiem - odrzekł Shi-Rong. - Pan Wen sły­szał od szla­chet­nego pana Lina, że nie­gdyś przy­słali tu swo­ich posłów. A także że są bar­dzo owło­sieni i nie zgi­nają nóg, dla­tego czę­sto się prze­wra­cają.

- To brzmi mało praw­do­po­dob­nie - rzekł sta­rzec. - Ale pamię­tam, że gdy byłem młody, na dwór dziadka obec­nego cesa­rza istot­nie przy­było takie posel­stwo. Sły­sza­łem o nim od ludzi będą­cych bli­sko dworu. Bar­ba­rzyńcy przy­pły­nęli stat­kiem z dale­kiego lądu na zacho­dzie. Ich amba­sa­dor przy­wiózł podarki, ale odmó­wił wyko­na­nia koutou przed cesa­rzem, jak tego wyma­gał zwy­czaj. Ni­gdy przed­tem to się nie zda­rzyło. Cesarz rozu­miał, że ma do czy­nie­nia z igno­ran­tem i głup­cem, mimo to obda­ro­wał go wspa­nia­łym nefry­tem - choć ten dureń naj­wy­raź­niej nie poznał się na jego war­to­ści. Potem bar­ba­rzyńcy zapre­zen­to­wali dary ze swo­jego kraju - zegary, tele­skopy i co tam jesz­cze - myśląc, że będziemy pod wra­że­niem. Cesarz wyja­śnił im, że nie potrze­bu­jemy przy­wie­zio­nych przez nich rze­czy, był jed­nak zbyt uprzejmy, aby wytknąć, że są gor­szej jako­ści od tych, które otrzy­mał już w darze od posłów z innych zachod­nich krain. Na koniec bar­ba­rzyńca popro­sił o zgodę na han­del z innymi por­tami niż Guang­zhou - które cał­ko­wi­cie zado­wala pozo­sta­łych cudzo­ziem­skich kup­ców - wysu­nął też wiele innych nie­mą­drych żądań. To było absur­dalne. - Sta­rzec poki­wał głową. - Być może ci opiu­mowi piraci są z tego samego kraju.

- Pra­wie nic nie wiem o dale­kich zamor­skich lądach - przy­znał Shi-Rong.

- Mało kto coś o nich wie - odparł jego ojciec. - Ale nie zawsze tak było - dodał. - Przed czte­ry­stu laty, za cza­sów dyna­stii Ming, mie­li­śmy wielką flotę stat­ków han­dlu­ją­cych z Zacho­dem. Z cza­sem prze­stało to być docho­dowe i teraz to ich statki przy­pły­wają do nas. Cesar­stwo jest takie ogromne... Nie ma rze­czy, któ­rej nie zdo­ła­li­by­śmy sami wytwo­rzyć. Bar­ba­rzyńcy potrze­bują nas, a nie na odwrót.

- Na pewno potrze­bują naszej her­baty - zgo­dził się Shi-Rong. - Sły­sza­łem też, że jeśli bra­kuje im naszego rze­wie­nia, umie­rają.

- Moż­liwe - przy­tak­nął ojciec. - Widzę, że ciotka przy­go­to­wała już dla nas posi­łek.

Zupa, pie­rożki nadzie­wane wie­przo­winą, maka­ron z bara­niną i warzy­wami posy­pany kolen­drą; dopiero czu­jąc bogaty aro­mat potraw, Shi-Rong zdał sobie sprawę, jak bar­dzo był głodny. Ojciec rów­nież zjadł coś dla towa­rzy­stwa, ku wyraź­nej rado­ści ciotki.

Pod­czas kola­cji mło­dzie­niec odwa­żył się zagad­nąć ojca o zdro­wie.

- Sta­rzeję się, mój synu. To natu­ralne. Lecz nawet gdy­bym miał jutro umrzeć - co prze­cież nie nastąpi - odszedł­bym szczę­śliwy, wie­dząc, że mają­tek naszej rodziny przej­dzie na god­nego dzie­dzica.

- Bła­gam was, ojcze, aby­ście żyli jesz­cze przez wiele lat. Chcę, żeby­ście oglą­dali moje suk­cesy, chcę dać wam wnuki. - Zauwa­żył, że na te słowa ciotka ski­nęła głową z apro­batą.

- Posta­ram się - obie­cał z uśmie­chem ojciec.

- Powi­nien wię­cej jeść - powie­działa ciotka, na co Shi-Rong z czu­ło­ścią umie­ścił pie­ro­żek w ojcow­skiej misce.

Pod koniec posiłku, widząc, że sta­rzec wydaje się zmę­czony, Shi-Rong zapy­tał, czy nie chciałby się poło­żyć.

- Kiedy chcesz jutro wyru­szyć? - zapy­tał go ojciec. - O świ­cie?

- Ran­kiem. Ale nie o świ­cie.

- Nie jestem jesz­cze gotów do snu, ale twoja ciotka chce udać się na spo­czy­nek. Życz jej dobrej nocy. Potem jesz­cze poroz­ma­wiamy. Mam ci coś do powie­dze­nia.

Po wyj­ściu ciotki męż­czyźni spę­dzili w mil­cze­niu kilka minut, zanim pan Jiang znów się ode­zwał.

- Twoja ciotka zanadto się o mnie mar­twi. Ale jako że nikt z nas nie wie, kiedy umrze, czas, abym prze­ka­zał ci swoją ostat­nią wolę. - Spoj­rzał z powagą na syna, który skło­nił głowę. - Pierw­sze zale­ce­nie jest dosyć pro­ste: we wszyst­kich dzia­ła­niach kie­ruj się nauką Kon­fu­cju­sza. Sza­nuj swoją rodzinę, cesa­rza, tra­dy­cję. W prze­ciw­nym razie ogar­nie cię chaos.

- Zawsze sta­ram się tak postę­po­wać, ojcze. I nie prze­stanę.

- Ni­gdy w to nie wąt­pi­łem. Ale im będziesz star­szy, a zwłasz­cza im więk­sze suk­cesy osią­gniesz, tym więk­sze pokusy napo­tkasz na swo­jej dro­dze. Będzie cię kusiło, aby przyj­mo­wać łapówki, jak czy­nią to nie­mal wszy­scy urzęd­nicy. Dzięki temu odcho­dzą z urzę­dów z wiel­kim mająt­kiem. Lin nie przyj­muje łapó­wek. Sta­nowi chlubny wyją­tek i rad jestem, że dla niego pra­cu­jesz. Jeżeli jed­nak pojawi się pokusa, nie wolno ci jej ulec. Dzięki uczci­wo­ści i wła­snym suk­ce­som zaro­bisz dość pie­nię­dzy. Obie­cu­jesz?

- Oczy­wi­ście, ojcze. Masz moje słowo.

- Pozo­staje zatem jesz­cze jedna sprawa, a doty­czy ona cesa­rza. - Ojciec się zawa­hał. - Ni­gdy nie zapo­mi­naj, że cesarz Chin zasiada na tro­nie w samym środku świata i ma man­dat Nie­bios, aby nami rzą­dzić. Prawdą jest, że przez tysiąc­le­cia rzą­dzące dyna­stie cza­sami się zmie­niały, lecz gdy nad­cho­dził ów czas, bogo­wie zawsze zsy­łali nam liczne znaki. Na długo przed­tem, zanim przed dwu­stu laty ostatni cesarz z dyna­stii Ming powie­sił się z roz­pa­czy, dla wszyst­kich było jasne, że odpo­wie­dzią na nasze potrzeby są Man­dżu­ro­wie z pół­nocy.

- Nie dla wszyst­kich - musiał zapro­te­sto­wać jego syn.

- Masz na myśli garstkę zwo­len­ni­ków dyna­stii Ming, któ­rzy umknęli na Taj­wan. I paru bun­tow­ni­ków, takich jak ci ban­dyci z Bia­łego Lotosu... - Ojciec wyko­nał lek­ce­wa­żący gest ręką. - Słu­żąc cesa­rzowi, musisz zawsze pamię­tać, że jesteś posłuszny man­da­towi Nie­bios, mój synu. To zaś ma zwią­zek z moją ostat­nią prośbą. Obie­caj mi, że ni­gdy nie okła­miesz cesa­rza.

- Natu­ral­nie, ojcze. Dla­czego miał­bym uczy­nić coś takiego?

- Bo wielu tak robi. Urzęd­ni­kom poleca się postą­pić tak albo ina­czej. Muszą skła­dać raporty. Pra­gną zado­wo­lić cesa­rza i zyskać awans - a przy­naj­mniej unik­nąć kło­po­tów - dla­tego mówią cesa­rzowi to, co ten chce usły­szeć. Kiedy coś pój­dzie nie po ich myśli albo nie zbiorą wyma­ga­nego kon­tyn­gentu, wysy­łają fał­szywe spra­woz­da­nia. To wbrew zasa­dom kon­fu­cjań­skim i jeśli zostaną przy­ła­pani, gniew cesa­rza może być więk­szy, niż gdyby wyznali mu prawdę. Mimo to wielu tak postę­puje. W całym cesar­stwie. - Wes­tchnął. - To nasz kar­dy­nalny grzech.

- Ja nie będę tak robić.

- Bądź uczciwy z miło­ści do prawdy. Będziesz miał czy­ste sumie­nie, a zara­zem to pomoże ci w karie­rze. Jeżeli zyskasz repu­ta­cję praw­do­mów­nego, cesarz będzie wie­dział, że może mieć do cie­bie zaufa­nie, i cię awan­suje.

- Obie­cuję, ojcze.

- W takim razie to już wszystko.

Shi-Rong spoj­rzał na ojca; nic dziw­nego, że sta­rzec tak cenił pana Lina. Obaj byli tak samo zacni, ule­pieni z tej samej gliny. Jeżeli nawet cze­ka­jąca go misja budziła w nim ciche obawy przed wro­gami, jakich mógł sobie naro­bić, w kwe­stii spraw­nego lawi­ro­wa­nia po nie­bez­piecz­nym labi­ryn­cie cesar­skiej biu­ro­kra­cji nie miał co liczyć na poradę ojca. Pod tym wzglę­dem zga­dzali się z panem Linem. Cóż, pozo­sta­wało mu tylko mieć nadzieję na suk­ces i przy­chyl­ność cesa­rza.

Ojciec był już zmę­czony. Nagle wydał się Shi-Ron­gowi nie­zwy­kle słaby. Czy po raz ostatni widział go żywego? Ogar­nęła go fala wdzięcz­no­ści i miło­ści do starca, a także poczu­cie winy. O tyle rze­czy mógł go prze­cież zapy­tać, kiedy miał po temu moż­li­wość.

- Rano znowu poroz­ma­wiamy - obie­cał mu ojciec. - Mam ci coś do poka­za­nia, zanim wyru­szysz w drogę.

Shi-Rong zbu­dził się wcze­śnie. Ojciec jesz­cze spał, lecz ciotka krzą­tała się po kuchni, jak się tego spo­dzie­wał.

- Powiedz mi prawdę, jak miewa się ojciec - popro­sił ją cicho.

- Uważa, że jest chory. Może się mylić, jed­nak szy­kuje się na śmierć. Chce odejść szybko i spo­koj­nie. Nic nie je.

- Co mogę zro­bić?

- Możesz spra­wić, aby znowu zapra­gnął żyć. Nikt inny tego nie dokona.

- Ależ ja chcę, aby żył. Potrze­buję go żywego.

- Wobec tego może ci się udać.

- A ty? Jak ty się masz?

- Jesz­cze długo pożyję - odparła po pro­stu. Nie wyglą­dała wcale na ura­do­waną tą per­spek­tywą.

Dołą­czył do nich ojciec, naj­wy­raź­niej w zna­ko­mi­tym nastroju. Zjadł tro­chę wraz z nimi, po czym, dając znak Shi-Ron­gowi, rzekł:

- Mam dla cie­bie zada­nie.

To była ich tra­dy­cja od wcze­snego dzie­ciń­stwa, odkąd ojciec zaczął mu udzie­lać pierw­szych lek­cji: na koniec zawsze cze­kało chłopca jakieś zada­nie - nie­spo­dzianka dla pobu­dze­nia umy­słu, żeby nauczyć go cze­goś nowego. Mogła to być przy­rod­ni­cza cie­ka­wostka, zawiłe przy­sło­wie albo sta­ro­żytna pieśń. Zwy­kle przy­po­mi­nało to zabawę i żadna wizyta Shi-Ronga w domu nie mogła się bez niej obyć.

Pan Jiang wyjął z szu­flady wore­czek i wysy­pał jego zawar­tość na stół. Roz­legł się grze­chot i Shi-Rong ujrzał kupkę drob­nych odłam­ków kości oraz żół­wiej sko­rupy.

- Mie­siąc temu byłem w Zheng­zhou - wyja­śnił ojciec - i robi­łem zakupy w aptece, gdy jakiś wie­śniak to przy­niósł. - Uśmiech­nął się. - Chciał to sprze­dać apte­ka­rzowi. "Zmie­lisz je - rzekł - a pro­szek sprze­dasz za wysoką cenę. Na pewno jest w nich jakaś magiczna moc". Miał gospo­dar­stwo na pół­noc od rzeki i twier­dził, że zna­lazł kości w ziemi, a w domu ma ich wię­cej. Liczył chyba, że apte­karz z zyskiem sprzeda pro­szek i słono mu zapłaci za kolejną dostawę. Jed­nak apte­karz nie był zain­te­re­so­wany, prze­ko­na­łem go więc, aby sprze­dał je mnie.

- Ale dla­czego je kupi­łeś, ojcze?

- I to jest wła­śnie moja zagadka. Musisz ją roz­wią­zać. Przyj­rzyj się dobrze tym odłam­kom.

Począt­kowo Shi-Rong nie dostrzegł w nich niczego cie­ka­wego. Ot, garść poła­ma­nych kości zabru­dzo­nych zie­mią. Ale dwa kawałki żół­wiej sko­rupy zda­wały się do sie­bie paso­wać i gdy umie­ścił je obok sie­bie, zauwa­żył na ich powierzchni drobne nacię­cia. Przej­rzaw­szy resztę kości, zna­lazł wię­cej takich, któ­rych kra­wę­dzie były zaska­ku­jąco równe.

- Tutaj jest jakieś pismo. Wygląda na pry­mi­tywne.

- Dasz radę je odczy­tać?

- Nie.

- To chiń­skie znaki. Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. Zobacz... - wska­zał mu ojciec - to znak okre­śla­jący "czło­wieka". Ten ozna­cza konia, a ten to może być "woda".

- Chyba macie rację.

- Uwa­żam, że to pra­dawne chiń­skie pismo, wcze­sne formy tych zna­ków, jakie znamy dzi­siaj.

- Zatem muszą być bar­dzo stare.

- Mamy tu przy­kłady w pełni ukształ­to­wa­nego pisma z bar­dzo wcze­snego okresu. Według mnie te kości liczą sobie cztery tysiące lat, może nawet wię­cej.

Shi-Ron­gowi przy­szła do głowy wspa­niała myśl.

- Ojcze, musi­cie zdo­być je wszyst­kie i odczy­tać to pismo. Zyska­cie sławę.

Ojciec zachi­cho­tał.

- Miał­bym więc żyć jesz­cze wiele lat?

- Oczy­wi­ście. Musi­cie zoba­czyć, jak zdo­by­wam przy­chyl­ność cesa­rza, i samemu zdo­być sławę wśród uczo­nych. To wasz obo­wią­zek wzglę­dem rodziny - dodał spryt­nie.

Ojciec spoj­rzał na niego z czu­ło­ścią. Miłość mło­dych zawsze jest tro­chę samo­lubna, ina­czej być nie może, mimo to wzru­szyły go zabiegi syna.

- No cóż - odrzekł bez więk­szego prze­ko­na­nia. - Posta­ram się.

Wie­dział, że teraz muszą się już poże­gnać. Mło­dzieńca cze­kała długa podróż. Shi-Rong miał ruszyć doliną do Kaifengu, a dalej sta­ro­żyt­nym trak­tem aż do potęż­nej rzeki Jangcy, trzy­sta mil na połu­dnie. Stam­tąd od wybrzeża dzie­liło go jesz­cze sie­dem­set mil lądem i rzeką. Będzie miał szczę­ście, jeżeli zdoła dotrzeć na miej­sce w ciągu pięć­dzie­się­ciu dni.

Gdy roz­sta­wali się przy bra­mie wio­dą­cej do domu, Shi-Rong raz jesz­cze bła­gał ojca, by ten dożył jego powrotu, na co sta­rzec pole­cił mu:

- Prze­strze­gaj moich zale­ceń.

Póź­niej wraz z sio­strą patrzyli, jak odjeż­dża, aż znik­nął im z oczu.

Dwie godziny po odjeź­dzie Shi-Ronga jego ciotka usia­dła przy sto­liku do pisa­nia. Brat jej po krót­kiej prze­chadzce poło­żył się, żeby tro­chę odpo­cząć, ona zaś wró­ciła do tego, co zaj­mo­wało jej myśli od kilku dni przed przy­by­ciem bra­tanka.

Na bla­cie przed sobą miała duży arkusz papieru z liniami hek­sa­gra­mów. Ponow­nie spró­bo­wała odszy­fro­wać ich zna­cze­nie, tak jak robiła to już tyle razy wcze­śniej.

Kło­pot z I Ching pole­gał na tym, że wyrocz­nia rzadko dawała jasne odpo­wie­dzi. Zagad­kowe słowa, enig­ma­tyczne pro­roc­twa, zagadki do roz­wi­kła­nia; wszystko zale­żało od tego, kto je inter­pre­to­wał. Cza­sami prze­sła­nie wyda­wało się oczy­wi­ste, naj­czę­ściej nie.

Czy to, co zdo­łała odczy­tać na temat Shi-Ronga, było spójne? Wyda­wało jej się, że tak. Hek­sa­gramy wska­zy­wały na nie­bez­pie­czeń­stwo, ale nie cza­iło się ono bli­sko. Mówiły o śmierci - nie­spo­dzie­wa­nej, ale nie­unik­nio­nej. O śmierci w wodzie.

Wszystko było takie nie­ja­sne.

Nie powie­działa nic swo­jemu bratu. Ani bra­tan­kowi. Co by to dało?

* * *

Przy­ję­cie na cześć Tra­dera udało się wyśmie­ni­cie. Naj­pierw wrę­czono mu pre­zent.

- Z początku nie wie­dzie­li­śmy, co ci poda­ro­wać - wyznali mu przy­ja­ciele. - Potem ktoś zapro­po­no­wał obraz. Ale jaki? Po burz­li­wych dys­ku­sjach uzgod­ni­li­śmy, że skoro natura oka­zała się dla cie­bie ponad miarę łaskawa, obda­rza­jąc cię taką urodą, naj­le­piej zro­bimy, dając ci twój wła­sny por­tret!

- Żebyś miał co wrę­czyć pani swo­jego serca! - zawo­łał któ­ryś.

- Trzeba było od razu zamó­wić ich kilka, dla każ­dej po jed­nym - przy­łą­czył się ktoś inny. - Ale nie było nas stać.

- Więc oto jest! - zakrzyk­nęli trium­fal­nie.

Była to oczy­wi­ście minia­tura; por­trety do zawie­sze­nia na ścia­nie dawano star­szym męż­czy­znom odcho­dzą­cym na zasłu­żony odpo­czy­nek, a nie mło­dzi­kom u progu życia. Mimo to Tra­der mógł być zado­wo­lony: przy­ja­ciele wybrali tra­dy­cyjny owalny kształt, tak lubiany przez damy, olej na kości sło­nio­wej. Podo­bi­znę Tra­dera oddano tak reali­stycz­nie, z takim bogac­twem kolo­rów, jakby wyszła spod pędzla samego Andrew Robert­sona. Nie wyszła, ale mogła; wszy­scy byli zgodni, że ze swym bla­dym, przy­stoj­nym obli­czem, posęp­nym spoj­rze­niem i ciem­nymi lokami Tra­der pre­zen­tuje się na tle innych pośred­ni­ków han­dlu z Chi­nami jak "istny Byron".

- Pamię­tasz tego mala­rza, któ­rego zatrud­ni­li­śmy, żeby zro­bił szkic naszego wspól­nego por­tretu? - prze­krzy­ki­wali się nawza­jem. - To był minia­tu­rzy­sta. Przez cały czas tak naprawdę szki­co­wał cie­bie.

Tra­der uro­czy­ście im podzię­ko­wał i szcze­rze się ucie­szył z pre­zentu. Powie­dział, że zachowa go do końca życia na pamiątkę dni spę­dzo­nych w tak miłej kom­pa­nii. Powie­działby wię­cej, gdyby go nie zakrzy­czeli:

- Dosyć! Wystar­czy! Teraz czas na pio­senkę.

Młody Cros­bie, drobny, pło­wo­włosy Szkot, siadł do pia­nina i na pocze­ka­niu wymy­ślił skoczny kawa­łek, a raczej impro­wi­zo­wał go na bie­żąco z pomocą swych towa­rzy­szy: Gar­stina, Stan­di­sha, Swanna, Gilesa i Hum­ph­reysa, weso­łych chło­pa­ków ze zna­nych przed­sta­wi­cielstw han­dlo­wych. Char­lie Far­ley natu­ral­nie także był obecny.

* * *

Ernest Read uśmiech­nął się i od nie­chce­nia zacią­gnął się cyga­rem. Ten potęż­nie zbu­do­wany Ame­ry­ka­nin o krótko przy­strzy­żo­nych wło­sach, z sumia­stymi brą­zo­wymi wąsami, pomimo swo­ich dwu­dzie­stu ośmiu lat doświad­cze­niem życio­wym dorów­ny­wał czter­dzie­sto­lat­kowi. Dobrze wio­sło­wał i nie stro­nił od typowo męskich roz­ry­wek. Ani od kobiet. Teraz spoj­rzał na Johna Tra­dera.

- Hucz­nie cię żegnają, Tra­der. Kiedy wyjeż­dżasz?

- Za trzy dni.

- Wobec tego nie­wy­klu­czone, że jesz­cze się zoba­czymy. Przed powro­tem do ojczy­zny wybie­ram się do Makau.

- Zawsze się cie­szę z dobrego towa­rzy­stwa - odrzekł John, nie zagad­nął jed­nak Ame­ry­ka­nina o jego inte­resy. Read wyglą­dał na takiego, który infor­muje innych o swo­ich poczy­na­niach, tylko jeśli ma na to ochotę.

- Zatem zamie­rzasz han­dlo­wać z Chiń­czy­kami - cią­gnął Read. - Co myślisz o sprze­daży opium?

- To lek. - Tra­der wzru­szył ramio­nami. - W Anglii podaje się lau­da­num małym dzie­ciom.

- A jeśli ktoś nad­używa tej przy­jem­no­ści... to już jego kło­pot, prawda?

- Tak samo jak z winem i moc­niej­szymi alko­ho­lami. Zaka­zał­byś ich sprze­daży?

- Nie. - Read się zasta­no­wił. - Choć mówią, że opium bar­dziej uza­leż­nia. Fakty są takie, że chiń­ski cesarz jest mu prze­ciwny. Sprze­daż i kon­sump­cja tego arty­kułu są w Chi­nach zaka­zane.

- Szczę­śli­wie nie pod­le­gam prze­pi­som chiń­skiego prawa. - Tra­der obrzu­cił Reada bystrym spoj­rze­niem. - Twoi rodacy także han­dlują opium.

- Ależ oczy­wi­ście. - Read uśmiech­nął się sze­roko. - Rus­sell, Cushing, For­bes, Delano - naj­lep­sze i naj­star­sze nazwi­ska w Bosto­nie. Jed­nak udział Ame­ry­ka­nów w han­dlu z Chi­nami to kro­pla w morzu w porów­na­niu z tym, co robi­cie wy, Bry­tyj­czycy. - Ponow­nie zacią­gnął się cyga­rem. - Podobno wsze­dłeś w spółkę?

- Zga­dza się. Odstock i syno­wie to nie­wielka firma, w zasa­dzie obec­nie już tylko dwaj bra­cia. Jeden mieszka tu, drugi w sta­rym Kan­to­nie.

- Sły­sza­łem o nich - przy­tak­nął Read. - To dobrzy pośred­nicy. Domy­ślam się, że poszczę­ściło ci się na tyle, aby móc coś zain­we­sto­wać.

- Tra­fił mi się mały spa­dek, i tyle.

- A teraz chcesz czym prę­dzej zbić mają­tek.

John Tra­der w zamy­śle­niu poki­wał głową.

- Coś w tym rodzaju - przy­znał cicho.

Naza­jutrz była nie­dziela. Char­lie odwie­dzał wtedy zwy­kle ciotkę. Obiad spo­ży­wano wcze­snym popo­łu­dniem, po czym całe towa­rzy­stwo szło na wspo­ma­ga­jącą tra­wie­nie prze­chadzkę. Na posi­łek czę­sto zapra­szano gości, lecz tego dnia przy stole zasia­dła sama rodzina.

- Opo­wiedz mi o wczo­raj­szym przy­ję­ciu - popro­siła Char­liego ciotka Har­riet.

- Było jak zawsze. Żar­to­wa­li­śmy sobie z Chiń­czy­ków, Cros­bie pró­bo­wał skom­po­no­wać pio­senkę i wszy­scy pod­pusz­czali Johna, mówiąc, jak to się wkrótce wzbo­gaci.

- O ile wiem, już teraz nie jest biedny - zauwa­żyła ciotka.

- Ale potrze­buje wię­cej pie­nię­dzy. - Char­lie rzu­cił jej poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. - Zako­chał się.

- Doprawdy? W kim?

- W Agnes Lomond.

- Opo­wiedz mi zatem o Agnes Lomond. Widzia­łam ją tylko raz.

- Wła­ści­wie to nie ma o czym mówić. Nie wiem, co on w niej widzi.

- Kiedy to się zaczęło?

- W dniu, gdy jedli­śmy lunch z jej ojcem. Zupeł­nie jakby go grom pora­ził! Kilka dni póź­niej odkry­łem, że odwie­dził matkę Agnes. On sam sło­wem mi o tym nie wspo­mniał.

- Puł­kow­nik Lomond go polu­bił?

- Prze­ciw­nie, szcze­rze go nie cierpi. Jed­nak po tam­tej wizy­cie pani Lomond uznała Tra­dera za cza­ru­ją­cego. - Char­lie myślał o czymś przez chwilę. - Przy­pusz­czam, że puł­kow­nik ma twardy orzech do zgry­zie­nia. Agnes niczego nie bra­kuje, ale żadna z niej pięk­ność. Natu­ral­nie to ary­sto­kratka, tyle że nie­za­można, dla­tego nawet ktoś taki jak puł­kow­nik musi postę­po­wać z roz­wagą. Żad­nemu ojcu nie zależy na łatce despoty prze­ga­nia­ją­cego zalot­ni­ków. To znie­chęca poten­cjal­nych kan­dy­da­tów do ręki panny.

- Zatem Tra­der zaleca się do panny Lomond?

- Do tego jesz­cze daleko. Na razie wolno mu odwie­dzać matkę Agnes i wtedy ją widuje. Spo­ty­kają się też przy innych oka­zjach, jak sądzę. Wydaje mi się jed­nak, że chce wzmoc­nić swoją pozy­cję, zanim posu­nie się dalej.

- Dla­tego wyjeż­dża do Chin, gdzie spo­dziewa się szybko zaro­bić for­tunę. A pod­czas jego nie­obec­no­ści...?

- Puł­kow­nik prze­cze­sze całe impe­rium bry­tyj­skie w poszu­ki­wa­niu bar­dziej odpo­wied­niego mło­dzieńca. - Char­lie zachi­cho­tał. - Musiał się nie na żarty prze­stra­szyć, bo spy­tał mnie, czy nie był­bym przy­pad­kiem zain­te­re­so­wany.

- To mnie aku­rat nie dziwi. Przy­jaź­nił się z twoim ojcem. Poza tym cię lubi. Każda dziew­czyna cie­szy­łaby się, mogąc cię poślu­bić. I co, jesteś zain­te­re­so­wany?

- Dziew­czyna nie jest w moim typie.

- Wia­domo, co o tym wszyst­kim myśli sama panna Lomond?

- Nie mam zie­lo­nego poję­cia. - Char­lie wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

OPIUM

Marzec 1838 roku

Morza chiń­skie; cie­pła noc, lekka bryza. Hory­zont zna­czyły ciemne pasma chmur, ponad któ­rymi wśród gwiazd błysz­czał srebrny pół­księ­życ. Morza chiń­skie bywały zdra­dliwe, szcze­gól­nie groźne w porze mon­su­nów, tego wie­czoru jed­nak ich czarne, gład­kie jak ema­lia wody roz­stę­po­wały się łagod­nie przed dzio­bem kli­pra. Ładu­nek, upchnięty pod pokła­dem w pię­ciu­set skrzy­niach z drewna man­gowca - z któ­rych aż sto nale­żało do Tra­dera i sta­no­wiło rów­no­war­tość lwiej czę­ści jego majątku - także miał czarny kolor. Było nim opium.

John Tra­der spo­glą­dał z pokładu na wodę. Twarz miał nie­prze­nik­nioną niczym poke­rzy­sta. Doko­nał wyboru i teraz nie było już odwrotu.

Miał szczę­ście, że Odstoc­ko­wie szu­kali wspól­nika. Młod­szego z braci, Ben­ja­mina, znał już wcze­śniej, zanim zagad­nął go o moż­li­wość przy­stą­pie­nia do spółki. Jak się oka­zało, tra­fił na wła­ściwy moment.

- Mój brat Tully ma pięć­dzie­siątkę na karku - rzekł postawny kupiec. - Od lat sie­dzi w Kan­to­nie i chciałby już wró­cić do Lon­dynu, do naszego ojca. - Uśmiech­nął się. - Ja wręcz prze­ciw­nie. Ojciec to stary, zrzę­dliwy drań. Tak czy ina­czej, Tully szuka kogoś, kto prze­jąłby nasze sprawy w Kan­to­nie. Myśli pan, że temu podoła?

- To brzmi jak praca w sam raz dla mnie - odparł Tra­der.

- Zależy nam na kimś, kto zain­we­sto­wałby w firmę. - Ben­ja­min uważ­nie mu się przyj­rzał.

- Nie­wy­klu­czone, że był­bym zain­te­re­so­wany. Oczy­wi­ście zależy, na jakich warun­kach.

- To nie Kal­kuta - uprze­dził go kupiec. - Towa­rzy­sko mało się tam dzieje. Do samego Kan­tonu wstęp mają wyłącz­nie męż­czyźni. W sezo­nie han­dlo­wym muszą tam tkwić całymi tygo­dniami, pod­czas gdy ich rodziny miesz­kają w Makau. To nie naj­gor­sze miej­sce do życia. Zdrowe. Jak pan wie, rzą­dzą nim Por­tu­gal­czycy, ale jest też spora grupa Angli­ków. Mają swój kościół i tak dalej, a także przed­sta­wi­ciela bry­tyj­skiego rządu, nawia­sem mówiąc. Teraz jest nim nie­jaki kapi­tan Elliot. Porządny gość, moim zda­niem.

- A po latach można się doro­bić majątku - zauwa­żył z uśmie­chem Tra­der. Posta­no­wił chwi­lowo zataić fakt, że miał nadzieję szyb­ciej zdo­być for­tunę.

- Ow­szem, przy odro­bi­nie szczę­ścia. - Ben­ja­min Odstock przy­glą­dał mu się z namy­słem, Tra­der zaś doko­ny­wał inspek­cji plam po tyto­niu na kami­zelce swo­jego star­szego roz­mówcy. - W tym fachu trzeba być przed­się­bior­czym i mieć nerwy ze stali. Ceny szy­bują w górę i w dół. Cza­sami docho­dzi do nasy­ce­nia rynku.

- Cesarz nie sprzyja han­dlowi.

- Tym niech się pan nie mar­twi. Popyt jest ogromny i stale rośnie. - Ben­ja­min Odstock wydął rumiane policzki. - Grunt to nie tra­cić głowy. Nie zdzi­wił­bym się - dodał z zado­wo­le­niem - gdyby han­del opium trwał bez końca.

Odstoc­ko­wie znali się na inte­re­sach. John uznał, że może im zaufać.

Była pół­noc, gdy dostrze­gli przed sobą szku­ner. Trzy­krot­nie roz­bły­sło świa­tło - umó­wiony sygnał. Tra­der wciąż stał na pokła­dzie obok kapi­tana.

- To pew­nie McBride - ode­zwał się męż­czy­zna. - Zwy­kle tutaj odbiera swój towar.

- Dla­czego? - Baza prze­myt­ni­ków znaj­do­wała się na wyspie Lin­tin, w zatoce.

- McBride woli otwarte morze. - Po chwili padł roz­kaz: - Sta­wać w dryf! - Gdy pod­pły­nęli bli­żej, szy­per szku­nera uniósł latar­nię, któ­rej świa­tło padało na jego bro­datą twarz. - To oni - stwier­dził kapi­tan.

Nagle po wodzie poniósł się głos McBride'a.

- W Lin­tin nic nie scho­dzi! Nie ma chęt­nych na towar!

Tra­der poczuł, że bled­nie. Na szczę­ście w ciem­no­ści nikt nie mógł tego zauwa­żyć.

- Może on kła­mie? - zwró­cił się do kapi­tana. - Chce, żebym sprze­dał towar jemu?

- McBride jest uczciwy. Zresztą sam nie kupuje, tylko sprze­daje za pro­cent od zysków.

Moja pierw­sza wyprawa, pomy­ślał John, i nikt nie chce kupić ładunku, w któ­rym uto­pi­łem cały spa­dek. Czyż­bym był zruj­no­wany?

- Spró­buję pohan­dlo­wać dalej na wybrzeżu! - krzyk­nął McBride. - Zmiesz­czę jesz­cze sto skrzyń. Jeste­ście zain­te­re­so­wani?

John przy­po­mniał sobie słowa Ben­ja­mina Odstocka. Nerwy ze stali. Nie tra­cić głowy. Grunt to być przed­się­bior­czym. Mimo to pra­wie się dzi­wił, sły­sząc swój wła­sny głos:

- Tylko pod warun­kiem, że zabie­rze­cie mnie ze sobą i po wszyst­kim odsta­wi­cie do Kan­tonu.

Nastą­piła chwila ciszy.

- Niech tak będzie! - odkrzyk­nął McBride.

Załoga szku­nera liczyła dwu­dzie­stu majt­ków - Angli­ków, Holen­drów, Irland­czy­ków, dwóch Skan­dy­na­wów i kilku laska­rów, indyj­skich mary­na­rzy. Prze­trans­por­to­wa­nie stu skrzyń z kli­pra do sze­ro­kiej ładowni szku­nera zajęło im mniej niż pół godziny.

John zorien­to­wał się tym­cza­sem, że nie jest jedy­nym pasa­że­rem. Ura­do­wał się, widząc, że na pokła­dzie jest jego zna­jomy z Kal­kuty, Read.

- Pły­ną­łem do Makau - wyja­śnił Ame­ry­ka­nin. - Popo­łu­dniem natknę­li­śmy się na McBride'a. Kiedy się dowie­dzia­łem, że zamie­rza spe­ne­tro­wać wybrzeże, zmie­ni­łem sta­tek i zabra­łem się z nim w rejs. - Uśmiech­nął się sze­roko. - Cie­szy mnie twoje towa­rzy­stwo, Tra­der. Powinno być cie­ka­wie. Mamy też na pokła­dzie misjo­na­rza. - Pal­cem wska­zał śpiącą w hamaku postać. - Holen­dra.

Po prze­ła­dunku towaru McBride'owi pilno było ruszać w dal­szą drogę. Załoga szybko się uwi­nęła i wkrótce odpły­nęli.

- Może­cie pano­wie zająć moją kabinę, jeśli chce­cie - oznaj­mił im szy­per. - Chyba że woli­cie spać na gór­nym pokła­dzie, na rufie są koce. Na waszym miej­scu tro­chę bym się zdrzem­nął.

Read wybrał noc­leg pod gwiaz­dami, John rów­nież. Gdyby coś miało się wyda­rzyć, wolał unik­nąć ele­mentu zasko­cze­nia. Prze­szli na dziób statku i umo­ścili się do snu. Więk­szość załogi także tam była: spali albo po pro­stu sie­dzieli w mil­cze­niu. Misjo­narz - duży, zwa­li­sty chłop - ani razu nie wyj­rzał ze swo­jego hamaka. Od czasu do czasu z lek­kim szme­rem wia­tru w oli­no­wa­niu mie­szały się odgłosy jego pochra­py­wa­nia.

John od razu zasnął. Otwo­rzył oczy, dopiero gdy niebo roz­ja­śniła pierw­sza zapo­wiedź świtu. Read już nie spał; zamy­ślony wpa­try­wał się w bled­nące gwiazdy nad głową.

- Dzień dobry - ode­zwał się John cicho. - Od dawna nie śpisz?

- Od jakie­goś czasu. - Ame­ry­ka­nin odwró­cił ku niemu głowę. - Czy ładu­nek, który do nas tra­fił, należy do cie­bie?

- Czę­ściowo. - John usiadł. Kosmyk ciem­nych wło­sów opadł mu na czoło. Odgar­nął go.

- Czyli sporo zależy od tego, czy uda ci się go sprze­dać. Zapo­ży­czy­łeś się?

- Tro­chę.

- Nie bra­kuje ci odwagi. - Read nie kon­ty­nu­ował tematu.

Wstali i dołą­czyli do sto­ją­cego przy ste­rze szy­pra.

- Spo­koj­nie? - zagad­nął go Read.

- Na razie zagra­żają nam tylko piraci - odparł McBride. - Jeśli się na nich natkniemy - dodał - dam panu pisto­let, sir, i popro­szę, żeby pan z niego sko­rzy­stał.

- Nie zawa­ham się strze­lić. - Read wydo­był cygaro.

- Wygląda mi pan na takiego, co sporo pły­wał.

- Bywało się tu i ówdzie.

- Co pana tu spro­wa­dza, jeśli wolno spy­tać?

- Chcia­łem być jak naj­da­lej od żony. - Read zapa­lił cygaro i przez chwilę roz­ko­szo­wał się nim w mil­cze­niu. - Ale to pierw­szy raz, kiedy coś prze­my­cam. - Wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. - Dotych­czas ni­gdy nie zła­ma­łem prawa.

- Tylko chiń­skie - odrzekł McBride. - A to się nie liczy.

- Racja. - Read zer­k­nął na misjo­na­rza, który chra­pał coraz dono­śniej. - Niech mi pan powie, zawsze zabie­ra­cie w rejs misjo­na­rza?

- Z reguły tak, bo znają język. Robią za tłu­ma­czy.

- I nie prze­szka­dza im... to, co robimy?

McBride się uśmiech­nął.

- Sam się pan prze­kona, sir.

Godzinę po wscho­dzie słońca dostrze­gli zarys wybrzeża - nie­wielki cypel na zacho­dzie, który szybko znik­nął im z oczu. Potem przez dłuż­szy czas nic się nie działo, dopiero przed połu­dniem ponow­nie ujrzeli brzeg. Godzinę póź­niej Tra­der wypa­trzył zbli­ża­jące się szybko ku nim żagle. Spoj­rzał na kapi­tana McBride'a.

- Piraci? - spy­tał.

Kapi­tan pokrę­cił głową i na moment prze­ka­zał koło ste­rowe Readowi, sam zaś pod­szedł do misjo­na­rza i potrzą­snął nim, żeby go obu­dzić.

- Pobudka, van Buskirk. Mamy klien­tów.

Tra­der przy­glą­dał się wiel­kiemu Holen­drowi, który - gdy tylko się roz­bu­dził - oka­zał się zaska­ku­jąco żwawy. Wycią­gnął spod zada­sze­nia dwa duże wikli­nowe kosze i otwo­rzył je: jeden zawie­rał książki w mięk­kich opra­wach, drugi był pełen ulo­tek w kolo­ro­wych, papie­ro­wych okład­kach. Męż­czy­zna pod­szedł do nich.

- To Biblie? - zain­te­re­so­wał się Read.

- Nowy Testa­ment, panie Read, i chrze­ści­jań­skie dzieła teo­lo­giczne. Oczy­wi­ście po chiń­sku. Wydru­ko­wane w Makau.

- Żeby nawra­cać pogan?

- Na to liczę.

- Dziwny spo­sób na ewan­ge­li­za­cję, jeśli wolno mi tak powie­dzieć - z pokładu statku szmu­glu­ją­cego opium.

- Gdy­bym mógł gło­sić Słowo na lądzie, sir, bez obaw, że zostanę aresz­to­wany, nie byłoby mnie tutaj - odrzekł zwa­li­sty Holen­der. Spoj­rzał na szy­pra. - Który towar sprze­da­jemy w pierw­szej kolej­no­ści?

McBride wska­zał na Tra­dera. Misjo­narz odwró­cił się ku niemu.

- Mam pań­skie zapew­nie­nie, że towar pocho­dzi wyłącz­nie z Patny i Wara­nasi? Żad­nej drob­nicy z Malwy?

- Wszystko odpo­wied­nio zapa­ko­wane, w zbi­tych kulach - potwier­dził John. - Naj­wyż­szej jako­ści.

- Zdaje się pan na mnie w kwe­stii nego­cja­cji ceny? - chciał wie­dzieć misjo­narz. Waha­nie Johna nie uszło jego uwagi. - Tak będzie naj­le­piej.

Tra­der spoj­rzał na McBride'a, który ski­nął głową.

Dziwny czło­wiek z tego Holen­dra, pomy­ślał John. Zna różne języki, Bóg wie ile lat spę­dził na Wscho­dzie, usi­łu­jąc nawra­cać pogan z kraju, do któ­rego nie miał wstępu.

Wyglą­dało jed­nak na to, że musi zło­żyć swój los w jego rękach.

- Zgoda - rzekł.

Łódź prze­myt­ni­ków była długa, wąska i nie­po­ma­lo­wana. Miała kwa­dra­towe żagle, a przy jej bur­tach sie­działo trzy­dzie­stu albo czter­dzie­stu wio­śla­rzy uzbro­jo­nych w noże i sza­ble abor­da­żowe. Chiń­czycy nazy­wali je "pędzą­cymi smo­kami". Nie­za­leż­nie od tego, skąd wiał wiatr - albo czy w ogóle wiał - taki "pędzący smok" mógł spraw­nie manew­ro­wać i był pra­wie nie­do­ści­gniony.

Led­wie prze­myt­nicy przy­bili do burty kli­pra, poja­wił się niski, umię­śniony, boso­nogi czło­wie­czek z cien­kim war­ko­czem, ubrany w baweł­niane por­tki do kolan i roz­piętą koszulę. Szybko wspiął się na pokład i pod­szedł od razu do van Buskirka.

Nego­cja­cje trwały zadzi­wia­jąco krótko i pro­wa­dzono je w języku kan­toń­skim, któ­rym Holen­der zda­wał się płyn­nie posłu­gi­wać. Po kilku sło­wach prze­myt­nik w ślad za kapi­ta­nem dał nura do ładowni i wybrał skrzy­nię, którą wynio­sło na pokład dwóch majt­ków. Wziąw­szy ostry nóż, roz­ciął ota­cza­jący skrzy­nię jutowy worek i zerwał uszczel­nie­nie ze smoły. Po chwili skrzy­nia była już otwarta, a on pogrze­bał w wypeł­nia­ją­cych ją tro­ci­nach i uniósł sło­mianą ple­cionkę, odsła­nia­jąc wierzch­nią war­stwę dwu­dzie­stu prze­gró­dek, z któ­rych każda zawie­rała, niczym małe poci­ski arty­le­ryj­skie, por­cjo­wane opium cia­sno zawi­nięte w makowe liście.

Wyjąw­szy jedną z takich kul, męż­czy­zna zeskro­bał z niej liść, wytarł nóż w koszulę, po czym wbił jego czu­bek w twardą, ciemną masę pod spodem. Następ­nie wsu­nął ostrze do ust. Na chwilę zamknął oczy, szybko ski­nął głową i zwró­cił się do van Buskirka.

Po trwa­ją­cej mniej niż minutę szyb­kiej wymia­nie zdań dobito targu.

- Pięć­dzie­siąt skrzyń, po sześć­set srebr­nych dola­rów każda - oznaj­mił Holen­der.

- Liczy­łem na tysiąc - odrzekł John.

- Nie w tym roku. Naj­pierw zapro­po­no­wał pięć­set. I tak pan zaro­bił.

Zanim skoń­czyli roz­ma­wiać, część załogi zaczęła pospiesz­nie wyno­sić skrzy­nie na pokład, inni zaś opusz­czali je przez burtę na "pędzą­cego smoka". Jed­no­cze­śnie wcią­gnięto na szku­ner skrzynkę ze sre­brem. Gdy tylko zna­la­zła się na pokła­dzie, chiń­ski prze­myt­nik zaczął odli­czać zapłatę. Obok niego pię­trzyły się worki monet i sztabki sre­bra. Kapi­tan spo­koj­nie się temu przy­glą­dał.

Van Buskirk nato­miast bły­ska­wicz­nie stra­cił zain­te­re­so­wa­nie trans­ak­cją. Pospie­szył do swo­ich koszy, się­gnął do pierw­szego z nich i wydo­był stertę ksią­żek.

- Niech mi pan pomoże, panie Tra­der! - zawo­łał. - Choć tyle mógłby pan zro­bić.

Tra­der się zawa­hał. Na pokła­dzie wciąż rosła kupka sre­bra. Read uprze­dził go; posłusz­nie pod­szedł do dru­giego z koszy, wziął z niego narę­cze pism i przy­trzy­mu­jąc je pod­bród­kiem, pod­szedł do burty statku, po czym wrzu­cił wszystko do prze­myt­ni­czej łodzi poni­żej. Holen­der zro­bił to samo z egzem­pla­rzami Nowego Testa­mentu.

- Prze­czy­taj­cie to - zwró­cił się w dia­lek­cie kan­toń­skim do chiń­skich wio­śla­rzy. - Gło­ście Słowo Boże.

Prze­ła­du­nek opium odby­wał się w zdu­mie­wa­ją­cym tem­pie. Ufor­mo­wano ludzki łań­cuch, tak że cięż­kie skrzy­nie nie­mal fru­nęły z ładowni na pokład i z pokładu do smo­czej łodzi. Zanim van Buskirk i Read upo­rali się z prze­ka­za­niem kolej­nych narę­czy ksią­żek oraz pism, było już po wszyst­kim i chiń­ski prze­myt­nik wła­śnie zamie­rzał opu­ścić ich sta­tek.

- Pro­szę mu powie­dzieć, żeby zacze­kał! - zawo­łał Tra­der do Holen­dra. - Nie prze­li­czy­łem jesz­cze pie­nię­dzy.

Na van Buskirku nie zro­biło to jed­nak więk­szego wra­że­nia i ku roz­pa­czy Tra­dera prze­myt­nik prze­sko­czył przez burtę, a chiń­scy wio­śla­rze wzięli się do roboty. Zauwa­żył, że Read i kapi­tan uśmie­chają się. Van Buskirk spo­koj­nie poza­my­kał swoje kosze i dopiero wów­czas pod­szedł do kupki sre­bra.

- Podej­rzewa pan, że został oszu­kany? - spy­tał i łagod­nie pokrę­cił głową. - Wkrótce się pan prze­kona, młody czło­wieku, że Chiń­czy­kom ni­gdy to się nie zda­rza. Nawet prze­myt­ni­kom. Zapłata się zga­dza co do sztabki, zapew­niam pana.

John prze­ko­nał się o tym, gdy cho­wał sre­bro do skarb­czyka.

Pły­nęli przez kolejne dwie godziny. Dzień był piękny, sło­neczne roz­bły­ski rado­śnie tań­czyły na falach. Read i John Tra­der stali razem przy relingu. Kilka razy widzieli szy­bu­jące nad wodą ławice ryb lata­ją­cych.

Przez jakiś czas napa­wali się tym wido­kiem, po czym Ame­ry­ka­nin ode­zwał się łagod­nie:

- Usi­łuję cię roz­gryźć, Tra­der. Wyda­jesz się porząd­nym czło­wie­kiem.

- Dzię­kuję.

- W tej branży ludzie są zwy­kle twar­dzi. Nie mówię, że nie potra­fił­byś taki być, ale wyda­jesz się tro­chę bar­dziej wyra­fi­no­wany. Dla­tego zasta­na­wiam się, co tobą kie­ruje. Przed czymś ucie­kasz, cze­goś szu­kasz. Dam głowę, że coś cię gry­zie. Zada­łem więc sobie pyta­nie: "Czyżby cho­dziło o kobietę?".

- Nie­wy­klu­czone - odparł John.

- To musi być nie­zwy­kła młoda dama - stwier­dził Read z uśmie­chem - żebyś z jej powodu wplą­ty­wał się w han­del opium.

Godzinę póź­niej kapi­tan McBride zaklął na widok nad­pły­wa­ją­cego powoli statku o krót­kim kadłu­bie, z oża­glo­wa­niem rejo­wym.

- Wojenna dżonka - wyja­śnił. - Sta­tek rzą­dowy z urzęd­ni­kami na pokła­dzie.

- Co z nami zro­bią?

- To zależy. Mogą zająć ładu­nek. - Spoj­rzał na Tra­dera i zoba­czył, że ten zbladł jak ściana. - Możemy się też pod­dać i wra­cać do domu. Możemy ich prze­ści­gnąć. Albo możemy wyjść dalej w morze i spró­bo­wać dru­giego podej­ścia. Tyle że oni będą tu na nas cze­kać.

John mil­czał. Pod­jął decy­zję, żeby dostar­czyć towar; jak wyja­śni swoim nowym wspól­ni­kom utratę pięć­dzie­się­ciu skrzyni opium? Nie mógł sobie pozwo­lić na taką porażkę. Odwró­cił się w stronę Reada. Tym razem na obli­czu ame­ry­kań­skiego obie­ży­świata malo­wało się zwąt­pie­nie.

Ku zasko­cze­niu Tra­dera wyboru doko­nał za nich van Buskirk.

- Płyńmy dalej, pano­wie - rzekł ze spo­ko­jem. Jego nalana twarz nie wyra­żała żad­nych emo­cji. - Zaufaj­cie mi. - Zwró­cił się do szy­pra: - Kiedy się do nich zbli­żymy, McBride, niech pan postawi sta­tek w dryf, żeby urzęd­nik mógł wejść na pokład. Będę też potrze­bo­wał tutaj stołu, dwóch krze­seł i dwóch kie­lisz­ków do wina. Nikt niech się nie odzywa, słu­chaj­cie tylko grzecz­nie, nawet jeśli niczego nie zro­zu­mie­cie. Ja zajmę się resztą.

Tra­der patrzył, jak przy­bija do nich wojenna dżonka. Jej wyso­kie drew­niane burty robiły duże wra­że­nie. Jed­nostka miała wyso­kie maszty i ogromne żagle z bam­bu­so­wej ple­cionki. Masywną rufę poma­lo­wano tak, aby przy­po­mi­nała chiń­ską maskę - po każ­dej stro­nie dziobu wid­niało otwarte oko. Pokład wyglą­dał na zagra­cony, lecz armata była dosko­nale widoczna.

Na kli­per prze­pra­wił się tylko jeden czło­wiek, man­da­ryn. Przy­wie­ziono go małą wio­słową łódką, w któ­rej sie­dział nie­po­ru­szony - męż­czy­zna w śred­nim wieku, z dłu­gimi, obwi­słymi wąsami i w czar­nym kape­lu­szu w kształ­cie cylin­dra na gło­wie. Na przy­ozdo­bio­nej haftem sza­cie miał się­ga­jącą mu za kolana długą nie­bie­ską tunikę bez ręka­wów, z dużym kwa­dra­tem na piersi, który był sym­bo­lem jego rangi. Zna­la­zł­szy się na pokła­dzie, rozej­rzał się ze spo­ko­jem, po czym wydo­był zwój i zaczął z niego czy­tać na głos. Doku­ment spi­sano w urzę­do­wym języku man­da­ryń­skim, który w uszach Tra­dera brzmiał niczym znie­kształ­cone pta­sie trele.

- O co cho­dzi? - szep­nął do van Buskirka.

- Cesarz, mając na uwa­dze zdro­wie i bez­pie­czeń­stwo swo­jego ludu, kate­go­rycz­nie zaka­zuje sprze­daży opium. Jeżeli je posia­damy, ładu­nek zosta­nie skon­fi­sko­wany i nie­zwłocz­nie znisz­czony.

John Tra­der drgnął.

- A więc to koniec.

- Cier­pli­wo­ści - mruk­nął Holen­der.

Gdy man­da­ryn skoń­czył odczy­ty­wać cesar­skie obwiesz­cze­nie, van Buskirk wystą­pił naprzód i nisko mu się pokło­nił. Gestem wska­zu­jąc przy­go­to­wany stół, zapy­tał grzecz­nie, czy man­da­ryn nie zechciałby usiąść i chwilę z nim poroz­ma­wiać. Kiedy obaj usie­dli, wydo­był z kie­szeni płasz­cza srebrną fla­szeczkę i napeł­nił sto­jące przed nimi kie­liszki ciem­no­bru­nat­nym napit­kiem.

- To madera, pano­wie - wyja­śnił na uży­tek patrzą­cych. - Ni­gdy się z nią nie roz­staję.

Następ­nie wzniósł uro­czy­sty toast na cześć man­da­ryna i przez czas jakiś uprzej­mie ze sobą gawę­dzili, sącząc wyborny tru­nek. Tra­der zauwa­żył, że w pew­nym momen­cie obli­cze misjo­na­rza przy­brało zatro­skany wyraz i męż­czy­zna zaczął wypy­ty­wać o coś urzęd­nika. Potem ski­nął na Johna.

- Będę potrze­bo­wał tysiąca srebr­nych dola­rów z pań­skiego skarb­czyka, panie Tra­der - oznaj­mił bez­na­mięt­nie. - McBride odda panu póź­niej swoją część.

- Ale...

- Po pro­stu pro­szę mi dać te pie­nią­dze - pole­cił Holen­der. - W woreczku.

Kilka minut póź­niej Tra­der patrzył, jak misjo­narz z powagą prze­ka­zuje otrzy­many wore­czek sre­bra man­da­ry­nowi, który przy­jął go i nie zni­ża­jąc się do tego, aby prze­li­czyć zapłatę, wstał od stołu.

Młody czło­wiek ode­zwał się dopiero wtedy, gdy Chiń­czyk był już w dro­dze na swoją dżonkę.

- Czyżby prze­ku­pił pan wła­śnie cesar­skiego urzęd­nika?

- To nie była łapówka - stwier­dził Holen­der - jedy­nie poda­rek.

- Co mu pan powie­dział?

- Prawdę, rzecz jasna. Wyja­śni­łem, że gdyby zwró­cił się do pana lub kapi­tana albo nawet Reada z pyta­niem, czy pod pokła­dem znaj­duje się opium, ponad wszelką wąt­pli­wość usły­szałby odpo­wiedź odmowną. On zaś był uprzejmy przy­znać, że w takim ukła­dzie wie­rzy wam na słowo. Wów­czas zapro­po­no­wa­łem mu nie­wielki poda­rek. Mógł zażą­dać wię­cej, lecz tego nie zro­bił.

- Tysiąc dola­rów to ma być nie­wiele?

- Wykpił się pan tanim kosz­tem, Tra­der. Mam go zawró­cić i ponow­nie omó­wić z nim sprawę?

- Ucho­waj Boże!

- W takim razie możemy pły­nąć dalej.

Van Buskirk ski­nął głową kapi­ta­nowi na znak, że sta­tek może ruszać w drogę.

- To tyle, jeśli cho­dzi o chiń­skie zasady moralne - zauwa­żył cierpko Tra­der.

- To pan han­dluje zaka­za­nym nar­ko­ty­kiem, panie Tra­der - przy­po­mniał łagod­nym tonem misjo­narz - nie oni.

Wie­czo­rem dotarli na miej­sce spo­tka­nia - do nie­du­żej wyspy z osło­nię­tym kotwi­co­wi­skiem. Sta­tek, który miał prze­jąć od nich towar, ozna­czony dwiema czer­wo­nymi fla­gami, już na nich cze­kał. Połowa ory­gi­nal­nego ładunku McBride'a została wcze­śniej zakon­trak­to­wana i opła­cona sre­brem w Kan­to­nie, wymie­niono więc odpo­wied­nie listy kre­dy­towe. Na wieść, że mają jesz­cze sto skrzyń - plus pięć­dzie­siąt nale­żą­cych do Tra­dera - chiń­ski kupiec zapła­cił gotówką także i za nie.

O zmroku cel podróży został zre­ali­zo­wany. Oba statki zarzu­ciły kotwice, by o świ­cie odpły­nąć w prze­ciwne strony. Tym­cza­sem chiń­ski kupiec z rado­ścią przy­jął zapro­sze­nie na posi­łek w towa­rzy­stwie nowych przy­ja­ciół z Zachodu.

Kola­cja prze­bie­gła w miłej atmos­fe­rze. Jedze­nie było pro­ste, wino zno­śne, a odro­bina madery od van Buskirka popra­wiła wszyst­kim humor. Misjo­narz i Chiń­czyk roz­ma­wiali głów­nie po kan­toń­sku, reszta zaś gawę­dziła w języku angiel­skim. Praw­dziwa nie­spo­dzianka cze­kała ich jed­nak na sam koniec.

- Pano­wie - ode­zwał się misjo­narz - teraz już nie będę wam potrzebny. Nasz chiń­ski przy­ja­ciel zgo­dził się popły­nąć ze mną dalej wzdłuż wybrzeża, zanim znów tu powróci, żeby spo­tkać się z innym bry­tyj­skim stat­kiem opiu­mo­wym, któ­rym zabiorę się z powro­tem. Nie­wy­klu­czone, że zdo­łam nawet zejść na ląd.

McBride zmarsz­czył brwi.

- To nie­bez­pieczne przed­się­wzię­cie, sir. Z reguły misjo­na­rze nie opusz­czają naszych stat­ków. Jeśli pana schwy­tają, nikt pana nie obroni. Szcze­gól­nie na lądzie.

- Wiem o tym, kapi­ta­nie. - Wielki Holen­der uśmiech­nął się nie­mal prze­pra­sza­jąco. - Nie­mniej jestem misjo­na­rzem. - Wzru­szył ramio­nami. - Pozo­staje mi liczyć na pomoc z góry. - Wska­zał na niebo.

W mil­cze­niu prze­tra­wiali tę nowinę.

- Niech pana Bóg pro­wa­dzi, wie­lebny - rzekł po chwili Read. - Będzie nam pana bra­ko­wać.

- Jesz­cze dziś wie­czo­rem prze­pra­wię się z rze­czami na ich sta­tek - zakoń­czył van Buskirk - żeby rano was nie opóź­niać.

Kwa­drans póź­niej van Buskirk był gotów. Przez ramię prze­rzu­cił skó­rzaną torbę ze skrom­nym dobyt­kiem. Oba wikli­nowe kosze opusz­czono już przez burtę na drugi sta­tek. Przed poże­gna­niem misjo­narz dał jesz­cze znak Tra­de­rowi, a gdy ten pod­szedł, pocią­gnął go do prze­ciw­le­głego relingu, gdzie nikt ich nie mógł pod­słu­chać.

- Panie Tra­der - ode­zwał się, zni­ża­jąc głos - pozwoli pan dać sobie pewną radę?

- Oczy­wi­ście.

- Spę­dzi­łem w tej czę­ści świata wiele dłu­gich lat. Pan jest jesz­cze młody i widzę, że nie jest pan złym czło­wie­kiem. Tym bar­dziej bła­gam, aby porzu­cił pan swoje inte­resy i wró­cił do ojczy­zny, albo przy­naj­mniej do Indii, gdzie będzie pan mógł uczci­wie zara­biać na życie. Jeżeli pozo­sta­nie pan przy han­dlu opium, może pan zaprze­pa­ścić swoje szanse na życie wieczne.

John mil­czał.

- Powi­nien pan wie­dzieć coś jesz­cze - cią­gnął star­szy męż­czy­zna. - Kiedy dzi­siej­szego popo­łu­dnia roz­ma­wia­łem z owym man­da­ry­nem, prze­ka­zał mi pewne infor­ma­cje potwier­dza­jące wcze­śniej­sze pogło­ski. - Zni­żył głos do szeptu. - Zanosi się na kło­poty. Na duże kło­poty. - Powoli ski­nął głową. - Uwa­żam, że jeśli dalej będzie pan han­dlo­wał opium, grozi panu ruina. Dla­tego, jeśli nie dba pan o swoją nie­śmier­telną duszę, radzę panu jak czło­wie­kowi inte­resu: niech pan zabiera to, co już zaro­bił, i się ratuje.

- Ratuje?

- Niech pan ratuje życie.

* * *

Naza­jutrz Mei-Ling przy­da­rzyło się coś nie­ocze­ki­wa­nego. Kazano jej roz­wie­sić pra­nie na dzie­dzińcu i połowa rze­czy już się suszyła. Młod­szy Syn z czu­ło­ścią jej się przy­glą­dał. Dopiero co kupił nowego szcze­niaka i bawił się z nim teraz, sie­dząc na ławie pod drzew­kiem poma­rań­czo­wym rosną­cym na środku podwórka.

Słońce świe­ciło, za murem z pra­wej strony bam­bu­sowe zaro­śla koły­sały się łagod­nie na wie­trze, a ponad wyło­żo­nym płyt­kami dachem po lewej widać było zbo­cze z tara­sami pól ryżo­wych. Z kuchni dola­ty­wał ape­tyczny zapach pie­ką­cych się nad ogniem pod­pło­my­ków.

Naraz Młod­szy Syn ujrzał, że żona chwieje się na nogach, jakby miała upaść. Wstał zanie­po­ko­jony.

Mei-Ling sama nie wie­działa, co się z nią dzieje. Nie­spo­dzie­wa­nie ogar­nęły ją mdło­ści. Pło­sząc kury, dowle­kła się pod drzewko poma­rań­czowe i oparła dło­nią o ławkę, żeby nie stra­cić rów­no­wagi.

Ten wła­śnie moment wybrała sobie teściowa, żeby wyjść na dzie­dzi­niec.

- Ty nie­do­bra dzie­wu­cho! - wrza­snęła. - Dla­czego się lenisz?

Mei-Ling była cał­kiem bez­radna. Zanim mąż zdą­żył ją pod­trzy­mać, zgięła się wpół i zwy­mio­to­wała na zie­mię. Star­sza kobieta pode­szła i przyj­rzała się jej uważ­nie. Następ­nie, ku zdu­mie­niu Mei-Ling, prze­mó­wiła do niej łagod­nie:

- Chodź ze mną.

Ode­pchnęła syna i chwy­ciła Mei-Ling pod rękę.

- Prędko, prędko. - Odpro­wa­dziła dziew­czynę do jej izby. - Usiądź sobie tutaj, w chło­dzie.

Usły­szała, jak mąż pyta, co się stało, a jego matka ostrym tonem każe mu wra­cać do pracy. Dziew­czyna sia­dła na drew­nia­nym krze­śle, nie­pewna, czy znów nie zwy­mio­tuje, teściowa zaś poszła do kuchni, skąd wró­ciła po chwili z kub­kiem naparu imbi­ro­wego.

- Wypij tro­chę tego, a póź­niej coś zjedz.

- Prze­pra­szam - wyszep­tała Mei-Ling. - Nie wiem, co mi się stało.

- Nie wiesz? - Star­sza kobieta była zasko­czona. - To poranne nud­no­ści. Wierzba ma szczę­ście, że ją omi­jają. Mnie doku­czały za każ­dym razem. To nic złego. - Uśmiech­nęła się do Mei-Ling, żeby jej dodać otu­chy. - Uro­dzisz zdro­wego syna.

Następ­nego ranka Mei-Ling znowu zemdliło. I kolej­nego. Gdy zapy­tała teściową, jak długo to potrwa, star­sza kobieta odparła wymi­ja­jąco:

- Pew­nie już nie­długo.

Mei-Ling nie pozo­sta­wało nic innego, jak rado­wać się zmianą, która zaszła w ich wza­jem­nych rela­cjach. Tak jawny dowód na to, że w syno­wej tli się nowe życie, w połą­cze­niu ze wspo­mnie­niami wła­snych udręk zwią­za­nych z poran­nymi nud­no­ściami spra­wiły, że teściowa stała się wobec niej bar­dziej uprzejma. Nale­gała, aby Mei-Ling odpo­czy­wała, ile­kroć zrobi się jej nie­do­brze, i czę­sto przy­sia­dała, żeby z nią poroz­ma­wiać, co dotąd ni­gdy jej się nie zda­rzało. Natu­ral­nie ich poga­wędki na ogół doty­czyły dziecka, które miało się uro­dzić.

- Przyj­dzie na świat w Roku Świni - zauwa­żyła kie­dyś. - A żywio­łem tego roku jest Zie­mia. Rok Ziem­nej Świni to nie naj­gor­szy czas, żeby się uro­dzić.

Zanim skoń­czyła trzy lata, Mei-Ling potra­fiła wyre­cy­to­wać z pamięci znaki chiń­skiego kalen­da­rza, od któ­rych brał nazwę każdy kolejny rok: Smok, Wąż, Koń, Koza... W sumie było ich tuzin, tak więc każde zwie­rzę powta­rzało się co dwa­na­ście lat. Ale to nie wszystko: każ­demu z nich towa­rzy­szył któ­ryś z pię­ciu przy­pi­sa­nych mu żywio­łów: Drewno, Ogień, Zie­mia, Metal i Woda. Dwa­na­ście zwie­rząt, wraz z sym­bo­li­zu­ją­cymi je żywio­łami, two­rzyło zamknięty cykl sześć­dzie­się­ciu lat.

W Chi­nach nawet małe dzieci wie­działy, że natura czło­wieka zależy od tego, pod jakim zna­kiem przy­szedł na świat. Jedne były bar­dziej korzystne, inne mniej.

Ogni­sty Koń był bar­dzo zły. Spro­wa­dzał kło­poty na rodzinę, cza­sami wiel­kie kło­poty. Jeżeli w dodatku cho­dziło o dziew­czynkę uro­dzoną w roku Ogni­stego Konia, nikt nie chciał jej pojąć za żonę. Dla­tego rodzice sta­rali się nie pło­dzić potom­stwa w roku Ogni­stego Konia.

Mei-Ling miała zale­d­wie ogólne poję­cie o tej zło­żo­nej tema­tyce, lecz teściowa oka­zała się praw­dziwą jej znaw­czy­nią.

- Znak Ziemi może wzmoc­nić Świ­nię - wyja­śniła. - Mówi się, że Świ­nia jest gruba i leniwa, ale nie zawsze musi tak być. Ziemna Świ­nia będzie pra­co­wita i dobrze zaopie­kuje się swoją żoną.

- Nie będzie za dużo jadł? - zanie­po­ko­iła się Mei-Ling.

- Ow­szem, ale nie będzie wybrzy­dzał. - Star­sza kobieta się roze­śmiała. - Tym lepiej dla jego żony. Nie będzie musiała dobrze goto­wać. A jeśli popełni błąd, on jej wyba­czy. Ludzie będą go lubili. Będą mu ufali.

- Podobno uro­dzeni w roku Ziem­nej Świni nie są zbyt bystrzy - powie­działa Mei-Ling, odro­binę zasmu­cona.

- Tutaj to i lepiej - zauwa­żyła teściowa. - Tacy ludzie mają jesz­cze jedną cechę - dodała. - Boją się, żeby ktoś ich nie wyśmiał, bo są pro­ści i ufni. Stale trzeba ich zachę­cać do dzia­ła­nia. Dbać o to, żeby byli szczę­śliwi. Wtedy będą dobrze pra­co­wali.

Następ­nego dnia Mei-Ling odwa­żyła się zadać jej pyta­nie:

- A jeśli to będzie dziew­czynka, Matko? Jaka wtedy będzie?

Star­sza kobieta nawet nie brała tego pod uwagę.

- Nie martw się. Byłam u wróż­bity. Naj­pierw uro­dzisz synów. Córkę dopiero póź­niej.

Mei-Ling sama nie wie­działa, czy ma się cie­szyć, czy mar­twić tą wia­do­mo­ścią. Jed­nak przy­pa­tru­jąc się swo­jej szwa­gierce, któ­rej brzuch zda­wał się rosnąć z każ­dym dniem, uświa­do­miła sobie, że jeśli Wierzba zgod­nie z powszech­nym ocze­ki­wa­niem wyda na świat chłopca, ona zaś uro­dzi dziew­czynkę, oka­zy­wana jej teraz przez teściową życz­li­wość może się gwał­tow­nie skoń­czyć.

Zdzi­wiła się, gdy pew­nego dnia oka­zało się, że ma gościa. Jej ojciec nie zbli­żał się zazwy­czaj do domu Lun­gów, lecz gdy słu­żąca przy­szła oznaj­mić, że stoi na zewnątrz i chciałby zamie­nić słowo z córką, teściowa zgo­dziła się, aby Mei-Ling do niego wyszła. Dodała nawet:

- Zaproś go do środka, o ile zechce wejść.

Ojciec cze­kał na nią przy drew­nia­nym mostku. Wyda­wał się zmie­szany. Towa­rzy­szył mu nie­znany Mei-Ling młody czło­wiek.

- To jest przy­ja­ciel naszego Nio - rzekł. - Przy­niósł wia­do­mość od niego, ale nie chciał mi jej prze­ka­zać. Tylko tobie. - Po tych sło­wach wyco­fał się.

Mei-Ling przyj­rzała się mło­dzień­cowi. Mógł mieć dwa­dzie­ścia pięć lat, był szczu­pły i przy­stojny. Uśmie­chał się, miał jed­nak w sobie coś, co jej się nie spodo­bało.

- Kim jesteś? - zapy­tała.

- Mówią na mnie Mor­ski Smok - odparł. - Znam two­jego Młod­szego Brata, a ponie­waż wybie­ra­łem się w te strony, prze­ka­zał mi wia­do­mość dla cie­bie. Chce, abyś wie­działa, że dobrze się miewa.

- Jest w mie­ście? W Guang­zhou?

- Nie­opo­dal.

- Czym się zaj­muje?

- Dobrze zara­bia. Pew­nego dnia może być bogaty. - Mło­dzie­niec znów się uśmiech­nął. - Prosi, żebyś nie nazy­wała go już Bra­cisz­kiem. Odtąd powin­naś go nazy­wać Kuzy­nem z Guang­zhou.

Serce jej się ści­snęło. Czy Bra­ci­szek chciał jej w ten spo­sób prze­ka­zać, że stał się innym czło­wie­kiem? Że dołą­czył do bandy prze­stęp­ców?

- Czy nosi broń? - spy­tała z nie­po­ko­jem.

Męż­czy­zna opacz­nie ją zro­zu­miał.

- Nie martw się, ma za pasem szty­let i krótką sza­blę. Świet­nie włada nożem. - Zaśmiał się.

- Pra­cuje na lądzie czy na morzu?

- Na morzu.

Ojciec zbli­żył się do nich.

- Powin­ni­śmy już iść - rzekł.

Mei-Ling przy­tak­nęła. Wie­działa już wszystko, co musiała wie­dzieć. Nio został prze­myt­ni­kiem albo pira­tem, zresztą wszystko jedno. Ogar­nęło ją strasz­liwe prze­czu­cie, że grozi mu rychła śmierć.

* * *

"Niech pan ratuje życie". John upo­mniał się w duchu; nie wolno mu myśleć o sło­wach misjo­na­rza. To nie miało sensu. Musiał dotrzeć do Kan­tonu i spo­tkać się z Tul­lym Odstoc­kiem. Ten już będzie wie­dział, na co się zanosi i co należy zro­bić.

Stwier­dził, że gdyby mniej ufał bra­ciom Odstoc­kom niż holen­der­skiemu misjo­na­rzowi, w ogóle nie powi­nien robić z nimi inte­re­sów.

Gdyby tylko w uszach nie roz­brzmie­wało mu cią­gle ostrze­że­nie van Buskirka!

Po połu­dniu dotarli do zatoki u wej­ścia do delty Rzeki Per­ło­wej.

- Widzi pan te szczyty? - McBride wska­zał mu dale­kie, ska­li­ste wybrzeże, ledwo maja­czące na hory­zon­cie. - Naj­bli­żej stąd do wyspy Hong­kong. Nic tam nie ma poza cha­tami paru ryba­ków, ale jest gdzie zako­twi­czyć. To dobre schro­nie­nie w cza­sie sztormu.

Read sta­nął obok Tra­dera i przez pewien czas wspól­nie przy­glą­dali się ska­li­stym brze­gom wyspy.

- Podobno Odstoc­kom dobrze się powo­dzi - zauwa­żył Ame­ry­ka­nin. - Mia­łeś oka­zję poznać ich ojca?

- Nie. Na sta­rość wró­cił do Anglii.

- Ponoć solid­nie zapra­co­wał na swoją repu­ta­cję. - Wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. - Ludzie mówią, że to dia­beł wcie­lony. Umysł miał ostry jak brzy­twa.

Tra­der zmarsz­czył brwi. Czyżby Ame­ry­ka­nin chciał go deli­kat­nie prze­strzec przed Odstoc­kami? Trudno powie­dzieć.

- Ben­ja­mina znam od dłuż­szego czasu - rzekł. - To dobry czło­wiek.

- A jego brat w Kan­to­nie?

- Tully Odstock? Jesz­cze się nie spo­tka­li­śmy.

Read wyda­wał się zasko­czony.

- Na twoim miej­scu wolał­bym kogoś dobrze poznać, zanim wszedł­bym z nim w spółkę - stwier­dził.

- Uwa­żasz, że za bar­dzo się pospie­szy­łem?

- Więk­szość zako­cha­nych sądzi, że los im sprzyja. - Ame­ry­ka­nin ze smut­kiem poki­wał głową. - Też taki byłem.

- Ja chyba zdaję się na instynkt - odparł John. - Jeżeli coś wydaje się w porządku... - Wzru­szył ramio­nami. - To tak jak wtedy, gdy dajemy się nieść nur­towi rzeki. Pły­niemy z prą­dem życia.

- Może i tak. - Read zasta­na­wiał się przez moment. - Doświad­cze­nie nauczyło mnie, że życie bar­dziej przy­po­mina ocean. Jest nie­prze­wi­dy­walne, Tra­der. Fala może nadejść z każ­dej strony, a wszyst­kim rzą­dzi przy­pa­dek.

- Cóż, myślę, że jestem na dobrej dro­dze - stwier­dził John.

Póź­nym popo­łu­dniem minęli Hong­kong. Przez kilka kolej­nych godzin sta­tek nawi­go­wał mię­dzy przy­jaź­nie wyglą­da­ją­cymi wysep­kami roz­sia­nymi u wej­ścia do zatoki, aż pod wie­czór ujrzeli Makau.

Wyspa ta bar­dzo róż­niła się od pozo­sta­łych. Od stu­leci zamiesz­ki­wana przez Por­tu­gal­czy­ków, miała płytką zatokę i strome zbo­cza usiane domo­stwami, wil­lami, kościo­łami oraz nie­wiel­kimi for­tami, które w świe­tle zacho­dzą­cego słońca wyglą­dały naprawdę malow­ni­czo.

Zarzu­cili kotwicę na redzie w Makau. Do burty pod­pły­nęła sza­lupa i Read wsiadł do niej, żeby dostać się na ląd.

- Nie wia­domo, czy się jesz­cze kiedy spo­tkamy - rzekł, gdy ści­skali sobie dło­nie z Tra­de­rem. - Tak czy ina­czej, powo­dze­nia.

Podróż z Makau do Kan­tonu roz­po­częła się naza­jutrz o świ­cie i trwała nie­mal trzy dłu­gie dni. McBride nie był zbyt roz­mowny.

Pierw­szego dnia wpły­nęli głę­biej w zatokę. Około połu­dnia Tra­der dostrzegł żagle na hory­zon­cie.

- Wyspa Lin­tin - mruk­nął kapi­tan. - Tam kutry prze­myt­ni­ków wyła­do­wują opium. Poza zasię­giem wzroku chiń­skiego guber­na­tora.

Po połu­dniu, w miarę jak zatoka zaczęła się zwę­żać, Tra­der mógł zauwa­żyć po swo­jej lewej stro­nie nie­koń­czące się, sze­ro­kie rów­nie pły­wowe, a daleko za nimi linię brze­gową i wzno­szące się w niebo gór­skie szczyty. Czy to wyobraź­nia pła­tała mu figle, czy naprawdę miały w sobie coś zło­wro­giego?

Dru­giego dnia zoba­czyli przed sobą kilka cypli.

- To Bogue - wyja­śnił krótko McBride. - Brama do Chin.

Gdy dopły­nęli do Bogue, szku­ner sta­nął w dry­fie obok zacu­mo­wa­nej kawa­łek od brzegu dżonki, z któ­rej pokładu szybko prze­pra­wił się do nich młody chiń­ski urzęd­nik, pobrał od McBride'a opłatę i gestem dał im znać, żeby pły­nęli dalej.

Brama do Chin była naprawdę dobrze strze­żona. Minęli dwa wiel­kie forty, po jed­nym na każ­dym brzegu rzeki, z murami z suszo­nych na słońcu cegieł, gru­bymi na trzy­dzie­ści stóp, i impo­nu­jącą bate­rią armat wyce­lo­wa­nych w wodę. Każdy nie­mile widziany sta­tek w kanale zostałby bez wąt­pie­nia roz­nie­siony w drza­zgi. Wkrótce oczom ich uka­zały się kolejne dwa groźne forty. Potężne cesar­stwo, pomy­ślał John, potężne umoc­nie­nia.

Kanał się zwę­żał i załoga po obu bur­tach son­do­wała dno.

- Mie­li­zny - mruk­nął McBride. - Trzeba uwa­żać.

W miarę jak posu­wali się naprzód, Tra­der mógł oglą­dać pola ryżowe, wio­ski zło­żone z drew­nia­nych chat, pola zbóż, a tu i tam sad albo świą­ty­nię z wygię­tym czte­ro­spa­do­wym dachem. Po płyt­kich wodach niczym skrzy­dlate owady śmi­gały małe dżonki o trój­kąt­nych żaglach roz­pię­tych w bam­bu­so­wych ramach.

A więc tak wyglą­dały Chiny: groźne, uro­kliwe, tajem­ni­cze.

Sam­pany pod­pły­wały na tyle bli­sko, że z góry mógł oglą­dać ich miesz­kań­ców - Chiń­czy­ków z cien­kimi war­ko­czami - któ­rzy omia­tali go obo­jęt­nym wzro­kiem. Uśmie­chał się do nich, a nawet machał, lecz nie reago­wali. Co sobie o nim myśleli? Nie miał poję­cia.

Trze­ciego dnia o poranku poko­nali zakręt rzeki i ujrzeli przed sobą istny las masz­tów.

- Huangpu - oznaj­mił kapi­tan. - Tutaj pan wysiada.

- Myśla­łem, że zawie­zie mnie pan do Kan­tonu.

- Tutaj wszy­scy wyła­do­wują towar. Do Kan­tonu zabie­rze się pan lich­tugą. Przed zmro­kiem będzie pan na miej­scu.

Szku­ner zgrab­nie lawi­ro­wał w olbrzy­mim labi­ryn­cie wyse­pek, kei i kotwi­co­wisk i Tra­der ani się obej­rzał, jak zała­do­wano go - wraz z kuframi i skarb­czy­kiem - do jed­nej z pła­sko­den­nych barek pły­ną­cych w górę rzeki. McBride poże­gnał go uści­skiem dłoni i ponuro brzmią­cym:

- Odtąd jest pan zdany sam na sie­bie, panie Tra­der.

Dwie godziny musiał cze­kać, aż lich­tuga wyru­szy w końcu w rejs. Ostat­nie mile w górę Rzeki Per­ło­wej oka­zały się dla niego nużące. Jako że nie mógł poro­zu­mieć się z żad­nym z sze­ściu Chiń­czy­ków, któ­rzy sta­no­wili załogę barki, został sam na sam ze swo­imi myślami.

Podob­nie jak więk­szość łodzi, rów­nież jego barka miała ode­brać ostatni w tym sezo­nie zbiór her­baty - tej czar­nej, naj­gor­szej jako­ści - zanim cały han­del w Kan­to­nie zamknie się na let­nie mie­siące. Może mu się wyda­wało, lecz odniósł wra­że­nie, że załoga wyka­zuje już typową dla końca sezonu ospa­łość.

Po połu­dniu nad­cią­gnęły chmury. Niebo ciem­niało z minuty na minutę i John zaczął nawet powąt­pie­wać, czy uda im się dotrzeć do Kan­tonu przed zmro­kiem. Gdy już nabrał pew­no­ści, że nie ma na to szans, poko­nali kolejny zakręt i ujrzał przed sobą długi rząd stło­czo­nych łodzi miesz­kal­nych. Wyglą­dało to jak rzeczne slumsy. Za nimi, w pew­nym odda­le­niu, minęli cumu­jący przy nabrzeżu duży, malo­wany sta­tek. Słu­dzy uwi­jali się wła­śnie na jego trzech pokła­dach, zapa­la­jąc latar­nie, w któ­rych świe­tle Tra­der dostrzegł uma­lo­wane twa­rze wychy­lo­nych przez burtę dziew­cząt.

Musiała to być jedna z chiń­skich Łodzi Kwia­tów, pły­wa­ją­cych domów publicz­nych, o któ­rych sły­szał. Załoga nagle się oży­wiła; szcze­rząc zęby, wska­zy­wali mu dziew­czyny, gotowi na jego znak pod­pły­nąć bli­żej. Dziew­częta zachę­cały go macha­niem, lecz Tra­der tylko pokrę­cił głową, z uprzej­mo­ści siląc się na pełen żalu uśmiech.

Po kilku minu­tach, gdy minęli całe zatrzę­sie­nie cumu­ją­cych na rzece dżo­nek, oczom Johna uka­zał się wresz­cie cel jego podróży.

Foto­gra­fie i szkice, które widział, nie kła­mały: wspa­nia­łego portu, który cudzo­ziemcy nazy­wali Kan­to­nem, nie dało się pomy­lić z żad­nym innym miej­scem.

Mówiono mu, że swoją zachod­nią nazwę port zawdzię­cza por­tu­gal­skim kup­com. Sły­sząc, jak Chiń­czycy okre­ślają tę pro­win­cję mia­nem Guang­dong, przy­pusz­czali, że słowo to odnosi się do mia­sta, i wkrótce Guang­dong stało się Kan­to­nem. Zanim świat odkrył, że w isto­cie nosi ono nazwę Guang­zhou - co brzmiało mniej wię­cej jak "Gwung-Jo" - "Kan­ton" zdą­żył się już na tyle zako­rze­nić w świa­do­mo­ści obco­kra­jow­ców, że nikt się tym już nie przej­mo­wał.

Więk­szość zachod­nich podróż­ni­ków nazy­wała zresztą Beijing Peki­nem, w języku angiel­skim Moskwa funk­cjo­no­wała jako Moscow, a München z jakie­goś nie­ja­snego powodu prze­tłu­ma­czono na Munich. Kilku zatwar­dzia­łych lokal­nych bry­tyj­skich patrio­tów okre­ślało nawet fran­cu­ski Lyon swoj­sko brzmią­cym sło­wem Lions.

Nie wia­domo, czy wyni­kało to z aro­gan­cji, igno­ran­cji czy też z leni­stwa - a może z prze­ko­na­nia, że dokład­ność w kwe­stii obcych nazw miej­sco­wych jest oznaką pre­ten­sjo­nal­no­ści, prze­in­te­lek­tu­ali­zo­wa­nia albo czymś wręcz podej­rza­nym. Praw­do­po­dob­nie cho­dziło o wszyst­kie te rze­czy naraz.

Mury sta­ro­żyt­nego mia­sta leżały w pew­nej odle­gło­ści od rzeki. W ich obrę­bie wolno było miesz­kać wyłącz­nie Chiń­czy­kom, jed­nak pomię­dzy murami a rzeką powstała impo­nu­jąca dziel­nica cudzo­ziem­skich kup­ców.

Roz­le­gły, otwarty teren - pusty, jeśli nie liczyć kilku budek cel­ni­ków - cią­gnął się przez ćwierć mili wzdłuż nabrzeża na podo­bień­stwo wiel­kiego placu ape­lo­wego. Za nim na wodę spo­glą­dał śmiało długi rząd ład­nych, bie­lo­nych budyn­ków w kolo­nial­nym stylu króla Jerzego. Wiele z nich miało werandy i roz­pięte nad nimi zie­lone mar­kizy. Mie­ściły się tam biura i maga­zyny cudzo­ziem­skich kup­ców oraz ich kwa­tery miesz­kalne. Każdy budy­nek zaj­mo­wali oby­wa­tele innego pań­stwa, o czym świad­czyła flaga łopo­cząca od frontu na wyso­kim masz­cie. A ponie­waż kup­ców przy­jęło się nazy­wać fak­to­rami, nale­żące do nich wystawne gma­chy otrzy­mały nazwę fak­to­rii. Ponad tuzin z nich two­rzyło pie­rzeję placu: bry­tyj­ska, ame­ry­kań­ska, holen­der­ska, nie­miecka, fran­cu­ska, szwedzka, hisz­pań­ska...

Gdy barka zbli­żyła się do nad­brzeża, Tra­der zauwa­żył chiń­skiego tra­ga­rza, spie­szą­cego do jed­nego z więk­szych budyn­ków. Zanim jego doby­tek zna­lazł się na lądzie, ujrzał kor­pu­lentną postać, która zmie­rzała ku niemu raź­nym kro­kiem. Jej toż­sa­mość nie mogła budzić żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Policzki Tully'ego Odstocka pokry­wały fio­le­towe plamy. Oty­łość spra­wiała, że jego oczy zda­wały się nik­nąć w pulch­nej twa­rzy, a głowę pokry­wały kępki siwych wło­sów. Pierw­sze sko­ja­rze­nie Tra­dera było jed­no­znaczne: z wyglądu przy­po­mi­nał rzepę.

- Pan Tra­der? Tully Odstock. Cie­szę się, że dotarł pan cało. Podobno wypra­wił się pan na pół­noc wzdłuż wybrzeża? Udało się panu sprze­dać tro­chę opium?

- Tak, panie Odstock. Pięć­dzie­siąt skrzyń po sześć­set srebr­nych dola­rów każda.

- Doprawdy? - Zasko­czony Tully poki­wał głową. - Świet­nie się pan spi­sał. Zna­ko­mi­cie. - Jed­nak coś innego zda­wało się zaj­mo­wać jego myśli.

Tra­ga­rze tym­cza­sem prze­nie­śli skarb­czyk i kufry na wózek ręczny i ruszyli z nim w kie­runku bry­tyj­skiej fak­to­rii.

- Sły­sza­łem, że han­del kiep­sko idzie - zagad­nął Tra­der.

Tully obrzu­cił go bystrym spoj­rze­niem.

- Czyli nic pan jesz­cze nie wie? - A na widok skon­ster­no­wa­nej miny Tra­dera dodał: - Zresztą skąd niby miałby pan wie­dzieć. Wie­ści dotarły dopiero dziś rano i oba­wiam się, że nie są naj­lep­sze. - Sap­nął. - Natu­ral­nie, wszystko jak zwy­kle rozej­dzie się po kościach, więc nie ma się czym przej­mo­wać.

- O czym dokład­nie mówimy? - zapy­tał podejrz­li­wie Tra­der.

- Z powodu opium Chiń­czycy zaczęli nam ostat­nio spra­wiać kło­poty. I tyle. Resztę opo­wiem panu przy obie­dzie. Musi pan wie­dzieć, że cał­kiem dobrze tutaj jadamy.

Tra­der się zatrzy­mał.

- Pro­szę powie­dzieć mi wszystko od razu - zażą­dał, zdu­miony wła­sną sta­now­czo­ścią w sto­sunku do star­szego od sie­bie czło­wieka. - Ile możemy stra­cić?

- Trudno oce­nić, ale sądzę, że cał­kiem sporo. Omó­wimy to przy obie­dzie.

- Ile?

- No cóż... - Tully nadął fio­le­towe policzki. - Przy­pusz­czam, że... Rozu­mie pan, oczy­wi­ście czy­sto teo­re­tycz­nie... można by rzec, że... wszystko.

- Mogę stra­cić wszystko?

- Niech mi pan wie­rzy, cała sprawa rozej­dzie się po kościach - powtó­rzył Tully. - A teraz pora coś zjeść.

* * *

Z powodu śniegu zale­ga­ją­cego na prze­łę­czach podróż wydłu­żyła się aż o tydzień. Shi-Rong oba­wiał się, że komi­sarz Lin będzie musiał na niego cze­kać, kiedy więc wresz­cie dotarł do Guang­zhou, z ulgą prze­ko­nał się, że man­da­ryn jesz­cze nie przy­był na miej­sce.

Posta­no­wił dobrze spo­żyt­ko­wać ten czas. Nie­za­leż­nie od zadań, jakie wyzna­czy mu szla­chetny pan Lin, im wię­cej będzie wie­dział o lokal­nych spra­wach, tym lepiej.

Zna­lazł tym­cza­sowe zakwa­te­ro­wa­nie i zaraz wyru­szył na poszu­ki­wa­nie prze­wod­nika, a roz­py­taw­szy się tu i ówdzie, tra­fił dokład­nie na kogoś, kogo potrze­bo­wał: kan­toń­skiego stu­denta przy­go­to­wu­ją­cego się do egza­mi­nów man­da­ryń­skich na szcze­blu pro­win­cjo­nal­nym. Fong był szczu­płym, bystrym mło­dzień­cem, bar­dzo zado­wo­lo­nym z per­spek­tywy zarobku.

Przez trzy dni zwie­dzali tęt­niące życiem mia­sto, przed­mie­ścia i cudzo­ziem­skie fak­to­rie. Młody Fong, oprócz tego, że oka­zał się świet­nie poin­for­mo­wany, był też dobrym nauczy­cie­lem. Pod jego opieką Shi-Rong pod­szli­fo­wał swój kan­toń­ski i wkrótce rozu­miał więk­szość z tego, o czym mówiło się na uli­cach. Ze swo­jej strony, ile­kroć razem jedli, Fong zasy­py­wał go pyta­niami, wielce cie­kaw, co też tak ważny gość sądzi o jego rodzin­nym mie­ście.

- Nie sma­kuje wam kan­toń­ska kuch­nia, panie? - zagad­nął go przy pierw­szym wspól­nym posiłku. - Nie za dużo ryżu?

- Tutej­sze potrawy pachną tyloma przy­pra­wami. I wszystko jest nazbyt słod­kie - poskar­żył się Shi-Rong.

- Słodko-kwa­śne. To typowe dla dań połu­dnio­wo­chiń­skich. Pro­szę spró­bo­wać kro­jo­nego mięsa z kur­czaka. Jest mniej słod­kie. I nale­śni­ków z warzyw­nym nadzie­niem.

Pod koniec dru­giego dnia, gdy pili razem wino ryżowe, Fong zapy­tał go, czy Guang­zhou jest takie, jak się spo­dzie­wał.

- Wie­dzia­łem, że życie pły­nie tutaj szyb­ciej - przy­znał Shi-Rong - ale te tłumy w ulicz­kach i na targu... Trudno się prze­ci­snąć.

- Mamy też ciem­niej­szą skórę. - Młody Fong uśmiech­nął się sze­roko. - I zależy nam tylko na pie­nią­dzach. Tak mówi się o nas w Peki­nie, prawda? - A gdy Shi-Rong nie zaprze­czył, wykrzyk­nął ze śmie­chem: - Ale to wszystko prawda!

- A co ludzie z Guang­zhou mówią o nas? - Shi-Rong posta­no­wił się zre­wan­żo­wać.

- Jeste­ście wyżsi i macie jaśniej­szą skórę. - Fong z oczy­wi­stych wzglę­dów sta­rał się zacho­wy­wać ostroż­ność, lecz Shi-Rong zachę­cił go, żeby mówił otwar­cie. Wów­czas młody kan­toń­czyk przy­znał: - Mówimy, że wie­śniacy z pół­nocy całe dnie spę­dzają w kucki.

Shi-Rong uśmiech­nął się. Rze­czy­wi­ście, wie­śniacy z pół­noc­nych rów­nin czę­sto przyj­mo­wali w gru­pach taką pozy­cję, żeby odpo­cząć od pracy.

- Ale zawsze zbie­rają zboże na czas.

Szcze­gól­nie inte­re­so­wało go zda­nie Fonga na temat prze­mytu opium. Począt­kowo, zna­jąc sta­no­wi­sko gościa, mło­dzie­niec odpo­wia­dał wymi­ja­jąco. Lecz pią­tego dnia zaufał mu na tyle, żeby się zdo­być na szcze­rość.

- Roz­kazy z Pekinu są jasne. Cesarz każe robić naloty na palar­nie opium i aresz­to­wać pala­czy. Pro­wa­dzone są więc obławy, ogar­nia­jące swoim zasię­giem nawet wsie. Mnó­stwo ludzi tra­fia do wię­zień, a mimo to popyt na opium nie maleje. Moim zda­niem to zwy­kła strata czasu. Nawet guber­na­tor tak uważa. Bez względu na ofi­cjalne dzia­ła­nia za rok wszystko wróci do normy.

Komi­sarz Lin przy­był dopiero po upły­wie tygo­dnia. Ucie­szył się, widząc Shi-Ronga na miej­scu, a jesz­cze bar­dziej, gdy młody pomoc­nik wyja­wił mu, jak spę­dził czas ocze­ki­wa­nia.

- Pań­ska gor­li­wość zasłu­guje na pochwałę. Będzie pan moim sekre­ta­rzem, a także oczami i uszami.

Lin natych­miast zare­kwi­ro­wał dom na przed­mie­ściach nie­opo­dal cudzo­ziem­skich fak­to­rii i poin­for­mo­wał Shi-Ronga, że też ma tam zamiesz­kać. Już pierw­szego wie­czoru przed­sta­wił mu swój plan dzia­ła­nia.

- W dro­dze prze­czy­ta­łem wszyst­kie donie­sie­nia z tutej­szej pro­win­cji. W naj­bliż­szym tygo­dniu pomó­wię z guber­na­to­rem, miej­sco­wymi man­da­ry­nami i kup­cami z Guang­zhou - oraz ich słu­gami, od któ­rych naj­wię­cej się dowiemy - żeby móc wyro­bić sobie wła­sne zda­nie na ten temat. Potem znisz­czymy han­del opium. Jak pan sądzi, w kogo naj­pierw powin­ni­śmy ude­rzyć?

Mło­dzie­niec powtó­rzył mu słowa Fonga oraz inne rze­czy, któ­rych sam się dowie­dział, po czym szcze­rze wyznał, że według niego czeka ich długa i nie­wdzięczna praca, jeżeli chcą znie­chę­cić pobra­tym­ców do zaży­wa­nia nar­ko­tyku.

- Spalę im fajki opiu­mowe - oznaj­mił ponuro Lin. - Ale ma pan rację. Jedy­nym spo­so­bem wyko­rze­nie­nia tej tru­ci­zny jest prze­rwa­nie łań­cu­cha dostaw. Kto zatem jest naszym naj­więk­szym wro­giem, młody panie Jiang?

- Fan Kuei, rudo­włose cudzo­ziem­skie dia­bły, które zwożą opium do naszego kró­le­stwa.

- Co o nich wiemy?

- Byłem w ich fak­to­riach. Wygląda na to, że nie wszy­scy są tacy sami. Pocho­dzą z wielu róż­nych krain i tylko nie­któ­rzy mają rude włosy.

- Naj­gor­szymi łotrami są ci z kra­iny zwa­nej Anglią. Naj­wy­raź­niej nikt nie wie, gdzie ona leży. Pan wie?

- Nie, eks­ce­len­cjo. Czy mam się o to roz­py­tać?

- Być może. Choć w zasa­dzie to nie­istotne, gdzie miesz­kają te pry­mi­tywne ludy. Dowie­dzia­łem się jed­nak, że włada nimi kró­lowa. I że przy­słała tu swo­jego urzęd­nika.

- Tak, komi­sa­rzu. Zwie się Elliot i pocho­dzi ze szla­chet­nej rodziny. Obec­nie prze­bywa w Makau.

- Może ta kró­lowa nie wie nawet, co wypra­wiają tu jej piraci. Może ów sługa jej o tym nie doniósł.

- To moż­liwe, komi­sa­rzu.

- Zaczą­łem pisać do tej kró­lo­wej list, który zosta­nie prze­tłu­ma­czony na jej bar­ba­rzyń­ski język. Gdy tylko będzie gotowy, prze­każę go jej słu­dze, aby go dostar­czył. Udzielę jej nagany i wydam sto­sowne instruk­cje. Jeżeli włada spra­wie­dli­wie, bez wąt­pie­nia nakaże temu Ellio­towi zgła­dzić wszyst­kich pira­tów. Naj­gor­szy z nich to nie­jaki Jar­dine. Od niego powinna zacząć. - Umilkł i przyj­rzał się badaw­czo Shi-Ron­gowi. - Ale Fan Kuei są nie­istotni. Nie­biań­skie Cesar­stwo z łatwo­ścią pora­dzi sobie z garstką pira­tów. Ponow­nie więc pytam: kto jest naszym praw­dzi­wym wro­giem, panie Jiang? Wie pan?

- Nie jestem pewien, eks­ce­len­cjo.

- Nasi rodzimi kupcy w tym mie­ście. Kohong, zrze­sze­nie chiń­skich gil­dii kupiec­kich - ci sami ludzie, któ­rych cesarz upo­waż­nił do pro­wa­dze­nia inte­re­sów z cudzo­ziem­skimi przy­by­szami. Ci zdrajcy pozwa­lają bar­ba­rzyń­com han­dlo­wać opium, więc surowo się z nimi roz­pra­wimy.

Kolej­nych kilka dni było bar­dzo pra­co­wi­tych. Nie ujaw­nia­jąc nikomu swo­ich zamia­rów, Lin pro­wa­dził liczne roz­mowy i zbie­rał dowody. Shi-Rong uwi­jał się dzień i noc, spo­rzą­dza­jąc notatki, spi­su­jąc mel­dunki i bie­ga­jąc na posyłki. Po tygo­dniu Lin wyzna­czył mu pro­ste zada­nie: miał pójść do domu jed­nego z kup­ców zrze­szo­nych w kohongu i z nim pomó­wić.

- Tylko niech pan się z niczym nie zdra­dza - pole­cił komi­sarz. - Okaże mu pan życz­li­wość i wypyta go o cudzo­ziem­skich kup­ców oraz ich towary. Dowie się, co ów czło­wiek naprawdę o nich myśli.

Następ­nego popo­łu­dnia Shi-Rong zło­żył mu spra­woz­da­nie.

- Pierw­sze, co odkry­łem, eks­ce­len­cjo, to to, że według niego nikt nie zdoła ukró­cić han­dlu opium. Prze­rwać go na pewien czas, ow­szem, można, sądzi jed­nak, że wyje­dzie­cie stąd, gdy tylko uczy­ni­cie zadość życze­niom cesa­rza, a wów­czas wszystko zacznie się od nowa. I cho­ciaż znana jest mu wasza osła­wiona uczci­wość, naj­wy­raź­niej trudno mu uwie­rzyć, że w prze­ci­wień­stwie do innych urzęd­ni­ków jeste­ście nie­prze­kupni.

- Coś jesz­cze?

- Dwie rze­czy, eks­ce­len­cjo. Ton tego czło­wieka suge­ro­wał, iż bar­ba­rzyń­scy kupcy stali się jego bli­skimi przy­ja­ciółmi. Co wię­cej, od jego sług dowie­dzia­łem się, że poważ­nie zadłu­żył się u jed­nego z nich, nie­ja­kiego Odstocka.

- Dobrze się pan spi­sał. Cesarz słusz­nie uznał, że nie należy dopusz­czać do kon­tak­tów tych Fan Kuei z naszymi ludźmi. Lecz nawet zamknięci w obrę­bie jed­nego portu, poza murami mia­sta, na­dal potra­fią korum­po­wać naszych kup­ców z kohongu, któ­rzy rze­komo są zacnymi ludźmi.

- Istot­nie.

- Wspo­mniał pan o dwóch rze­czach.

- Zapewne nie ma to więk­szego zna­cze­nia, eks­ce­len­cjo, dowie­dzia­łem się jed­nak, że ów kupiec, Odstock, spo­dziewa się na dniach przy­by­cia mło­dego uczo­nego, który ma zostać jego młod­szym wspól­ni­kiem w inte­re­sach. Cho­ciaż to dziwne - dodał - aby czło­wiek uczony parał się han­dlem.

- Z tymi bar­ba­rzyń­cami ni­gdy nic nie wia­domo. Chcę, aby pan się z nim spo­tkał, kiedy już tu przy­bę­dzie. Spraw­dzi pan, czy wie coś, co może być dla nas przy­datne.

- Wedle życze­nia, eks­ce­len­cjo. - Shi-Rong ukło­nił mu się.

- Sądzę - rzekł Lin z posęp­nym uśmie­chem - że jeste­śmy już gotowi. Pro­szę zwo­łać na wie­czór zgro­ma­dze­nie człon­ków kohongu. - Ski­nął szybko głową mło­dzień­cowi. - Dziś jesz­cze ude­rzymy.

* * *

John Tra­der z prze­ra­że­niem wpa­try­wał się w Tully'ego Odstocka. Sie­dzieli w jego nie­wiel­kim biu­rze, któ­rego okno wycho­dziło na wąską uliczkę łączącą angiel­ską fak­to­rię z chiń­ską drogą na tyłach budynku. Żół­tawa poświata dwóch zapa­lo­nych lamp padała na zaj­mo­wane przez nich skó­rzane fotele. Powie­trze było duszne i nagrzane, lecz Joh­nem Tra­derem wstrzą­sały lodo­wate dresz­cze, jakby znaj­do­wał się na pustyni Gobi.

- To się stało wczo­raj wie­czo­rem - opo­wia­dał Tully. - Nie­jaki Lin zwo­łał do sie­bie wszyst­kich kup­ców kohongu. Nazwał ich prze­stęp­cami i zdraj­cami, a potem oznaj­mił, że kupcy z fak­to­rii mają wydać mu swoje zapasy opium i kohong musi to zor­ga­ni­zo­wać - odpo­wia­dają za han­del z innymi kra­jami, rozu­mie pan - jeśli zaś nie wywiążą się z tego obo­wiązku, zostaną stra­ceni. Dał im na to trzy dni. Tym­cza­sem nikomu z nas nie wolno opusz­czać Kan­tonu.

- Mówiąc o całych zapa­sach opium...

- Nie miał na myśli tylko tych nie­du­żych ilo­ści skła­do­wa­nych obec­nie w fak­to­riach, lecz cały towar prze­cho­wy­wany w maga­zy­nach w dole rzeki i w zatoce, a także w ładow­niach stat­ków, które wciąż tu przy­bi­jają. Wszystko, co mamy. Olbrzy­mie ilo­ści opium.

- A co z tym, które kupi­łem i za które sam zapła­ci­łem?

- Oczy­wi­ście rów­nież zosta­nie zare­kwi­ro­wane. - Tully współ­czu­jąco poki­wał głową. - Muszę przy­znać, że ma pan pecha. Jed­nak inwe­stu­jąc wła­sne pie­nią­dze w spółkę, uczy­nił pan z nich kapi­tał Odstoc­ków - oży­wił się. - Ma pan zatem prawo do dzie­się­cio­pro­cen­to­wego udziału w naszych przy­szłych zyskach.

- Jakich zyskach? - Tra­der nawet nie ukry­wał swo­jej gory­czy. Tully mil­czał. - Stra­ci­łem wszystko, co zain­we­sto­wa­łem.

- Tego bym nie powie­dział - odparł Tully. - Według mnie cała ta sprawa szybko przy­schnie.

- Oddamy im opium?

- Poju­trze odbę­dzie się narada w tej spra­wie. Natu­ral­nie jest pan zapro­szony - dodał, jakby to miało cokol­wiek zmie­nić.

Tej nocy John Tra­der wła­ści­wie nie zmru­żył oka. Kwa­tera Odstoc­ków w angiel­skiej fak­to­rii skła­dała się z dwóch cia­snych sypialni. Pokój Tully'ego wycho­dził na boczną uliczkę, a pokój Johna w ogóle nie miał okna. O pół­nocy leżał w swo­jej dusz­nej klitce i słu­chał dobie­ga­ją­cego zza gip­so­wej ściany pochra­py­wa­nia Tully'ego. W końcu się­gnął po mosiężną lampę naf­tową, w któ­rej wciąż tlił się nikły pło­myk, pod­krę­cił knot i wziąw­szy arkusz papieru, ponow­nie wbił wzrok w kolumny cyfr. Nie musiał tego robić - znał je wszyst­kie na pamięć.

Cał­ko­wity wkład. Zadłu­że­nie. Należne odsetki, płatne gotówką. Wpa­tru­jąc się tępo w kartkę, raz jesz­cze doko­nał obli­czeń. Ogra­ni­cza­jąc wydatki do mini­mum, przez rok będzie jesz­cze w sta­nie spła­cać odsetki od pożyczki i jakoś wią­zać koniec z koń­cem - ale nie­wiele dłu­żej. Góra pięt­na­ście mie­sięcy.

Bra­cia Odstoc­ko­wie nie wie­dzieli, że się zapo­ży­czył. Więk­sza zain­we­sto­wana kwota pozwo­liła mu wyne­go­cjo­wać lep­sze warunki przy­stą­pie­nia do spółki. W innych oko­licz­no­ściach uznałby, że zro­bił dosko­nały inte­res, ale teraz? Teraz gro­ziła mu ruina.

I po co to wszystko? Żeby zdo­być Agnes, rzecz jasna. Szybko zbić for­tunę. Dowieść ojcu dziew­czyny, że z cza­sem zdoła uczy­nić z Agnes panią na szkoc­kim zamku. Wie­dział, że może tego doko­nać. Jej twarz sta­nęła mu przed oczami: tak, to wszystko było moż­liwe. Wię­cej - było mu prze­zna­czone. Miał co do tego cał­ko­witą pew­ność, któ­rej w żaden spo­sób nie potra­fiłby racjo­nal­nie wytłu­ma­czyć. Ten los był mu pisany.

Uciekł więc od bez­piecz­nego, prze­cięt­nego życia, jakie wiódł w Kal­ku­cie, aby posta­wić wszystko na jedną kartę w Chi­nach. Rzu­cił się na głę­boką wodę, wie­dząc, że w razie porażki grożą mu sztormy i ostre skały, a nawet śmierć, jak tylu tysiącom poszu­ki­wa­czy przy­gód przed nim. Ale nie było innego wyj­ścia: taką już miał naturę. I nawet teraz, w obli­czu ban­kruc­twa, jakiś gło­sik szep­tał mu, że gdyby znów miał doko­nać wyboru, postą­piłby tak samo.

Mimo wszystko, wpa­tru­jąc się ponuro w środku nocy w swoje wyli­cze­nia, odczu­wał strach. A gdy wresz­cie udało mu się zasnąć, spał nie­spo­koj­nie w ciem­nej izdebce, dopóki odgłosy krzą­ta­niny Tully'ego Odstocka nie uświa­do­miły mu, że nastał pora­nek.

- Naj­wyż­szy czas przed­sta­wić pana kilku oso­bom - rzekł wspól­nik, gdy wyszli z domu po skoń­czo­nym śnia­da­niu. Mówił z oży­wie­niem, jakby nie było żad­nych powo­dów do nie­po­koju.

John na­dal nie wie­dział, co o nim myśleć. Przy­pusz­czał, że podob­nie jak brat jest kup­cem sta­rej daty, kutym na cztery nogi. Jed­nak czy bra­cia nie nazbyt szybko wzięli od niego pie­nią­dze, a jego samego przy­jęli na wspól­nika? Skoro zdo­łał ukryć przed nimi wiel­kość długu, jaki w tym celu zacią­gnął, być może oni także ukryli przed nim to i owo, jeśli cho­dzi o stan swo­ich inte­re­sów?

Czy Tully, twier­dzący, że kło­poty w Kan­to­nie są przej­ściowe, pró­bo­wał go oszu­ki­wać, czy - co byłoby chyba jesz­cze gor­sze - oszu­ki­wał sam sie­bie? Jed­nego John Tra­der był pewien: Tully Odstock się bał. Ten strach dało się nie­mal wyczuć, mimo to nikt poza nim nie wyda­wał się zanie­po­ko­jony. Przed połu­dniem zdą­żyli odwie­dzić wszyst­kie fak­to­rie. Tra­der poznał kup­ców z Fran­cji i Szwe­cji, Duń­czy­ków, Hisz­pa­nów oraz Holen­drów. Nie­mal każdy zga­dzał się, że Lin dopiero zaczyna nego­cja­cje.

- Odmó­wimy mu, a wtedy zacznie się tar­go­wać - mówili.

- Musi się wyka­zać, żeby zro­bić wra­że­nie na cesa­rzu, dostać awans i prze­nieść się gdzie indziej - zapew­nił Johna jeden z holen­der­skich kup­ców. - To gra, w któ­rej biorą udział wszy­scy man­da­ryni.

Dodało mu to otu­chy. Po przy­by­ciu do ame­ry­kań­skiej fak­to­rii usły­szeli dal­sze pokrze­pia­jące słowa.

War­ren Delano miał dopiero trzy­dzie­ści lat. Ten przy­stojny męż­czy­zna z impo­nu­ją­cymi wąsami, boko­bro­dami i życz­li­wym uśmie­chem - cho­ciaż John zwró­cił uwagę na jego zimne jak stal spoj­rze­nie - zdą­żył już zbić spory mają­tek na han­dlu opium. Repre­zen­to­wał sobą wszystko, o czym John marzył. On także lek­ce­wa­że­niem zbył żąda­nie Lina.

- Całe opium, które sprze­daję, wzią­łem w komis - oznaj­mił. - Stoję na sta­no­wi­sku, że nie można wydać Chiń­czy­kom towaru będą­cego cudzą wła­sno­ścią. Po pro­stu nie mam prawa tego zro­bić.

- Pie­kiel­nie dobry argu­ment - pochwa­lił Tully. - Jedna trze­cia naszych zapa­sów też została wzięta w komis. Należy do innych kup­ców, Par­sów z Bom­baju.

- Sam pan widzi - stwier­dził Delano.

Kiedy wyszli, Tra­der odniósł wra­że­nie, że jego tęgi wspól­nik kro­czy z nową pew­no­ścią sie­bie.

- Wró­cimy inną drogą - rzekł, pocią­ga­jąc go za sobą w Old China Street.

Od frontu zabu­do­wa­nia fak­to­rii wycho­dziły na nabrzeże, od tyłu zaś przy­le­gały do nich malut­kie podwórka i liczne schodki, które cią­gnęły się na ponad sto jar­dów, aż do wiel­kiej kan­toń­skiej arte­rii zwa­nej ulicą Trzy­na­stu Fak­to­rii, sta­no­wią­cej gra­nicę pomię­dzy dziel­nicą cudzo­ziem­skich kup­ców a chiń­skimi przed­mie­ściami. Odcho­dziły od niej trzy prze­cznice, bie­gnące przez cały kupiecki kwar­tał, aż do wody: Hog Lane, przy któ­rej mie­ściła się angiel­ska fak­to­ria, Old China Street przy fak­to­rii ame­ry­kań­skiej oraz jesz­cze jedna, pomię­dzy hisz­pań­ską a duń­ską fak­to­rią. Choć prze­ci­nały cudzo­ziem­ską dziel­nicę, zasta­wione były chiń­skimi stra­ga­nami, ofe­ru­ją­cymi wszel­kie przy­smaki i towary codzien­nego użytku, jakie zgod­nie z mnie­ma­niem prze­kup­niów mogłyby zain­te­re­so­wać Fan Kuei.

Minęli owe stra­gany i zna­leźli się na ulicy Trzy­na­stu Fak­to­rii. Tully pogar­dli­wie wska­zał kciu­kiem ładną starą chiń­ską rezy­den­cję, która wzno­siła się nie­opo­dal, po ich lewej stro­nie.

- To tutaj roz­go­ścił się komi­sarz Lin - prych­nął. - Wydaje mu się chyba, że stąd może mieć na nas oko.

Po krót­kim spa­ce­rze ruchliwą ulicą skrę­cili w prawo w Hog Lane. Tully wska­zał Joh­nowi pobli­ską bramę.

- Tu jest nasz szpi­tal, gdyby pan zacho­ro­wał. Mamy świet­nego leka­rza, ame­ry­kań­skiego misjo­na­rza nazwi­skiem Par­ker. Miły gość. - Ski­nął głową. - No dobrze, ma pan już pewną orien­ta­cję w tere­nie. Pora na lunch.

Angiel­ską fak­to­rię zbu­do­wała Kom­pa­nia Wschod­nio­in­dyj­ska w osiem­na­stym stu­le­ciu. Od frontu na pię­trze mie­ściła się prze­stronna jadal­nia, a z boków przy­le­gały do niej biblio­teka i sala bilar­dowa. Okna jadalni wycho­dziły na ogród w stylu angiel­skim, roz­cią­ga­jący się nie­mal aż do samego brzegu i zakoń­czony murem. Obrazy olejne na ścia­nach, wygodne fotele i zastęp zna­ko­mi­cie prze­szko­lo­nych kel­ne­rów spra­wiały, że czuło się tam atmos­ferę kom­fortu i sta­ro­świec­kiej solid­no­ści lon­dyń­skiego klubu.

Nie wszy­scy kupcy z Anglii miesz­kali w fak­to­rii, pomimo jej impo­nu­ją­cych roz­mia­rów. Część zna­la­zła zakwa­te­ro­wa­nie po sąsiedzku, wśród innych nacji, które dys­po­no­wały wol­nymi pomiesz­cze­niami, trak­tu­jąc rodzimą fak­to­rię jako miej­sce przy­jem­nych spo­tkań. Tego dnia na lun­chu zgro­ma­dził się tam ponad tuzin sta­łych bywal­ców. Ponie­waż Jar­dine, naj­więk­szy angiel­ski han­dlarz opium, popły­nął nie­dawno w rejs do ojczy­zny, zebra­nym prze­wod­ni­czył jego wspól­nik, Mathe­son. Kilku męż­czyzn było drob­nymi kup­cami, z któ­rych zwłasz­cza jeden, nie­jaki Dent, wyglą­dał według Tra­dera jak pirat z krwi i kości. Jego cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo sta­no­wił czci­godny dok­tor Par­ker, towa­rzy­szący któ­re­muś z bra­tan­ków Jar­dine'a.

Zarówno misjo­narz, jak i kor­sarz spra­wiali nader sym­pa­tyczne wra­że­nie i gotowi byli słu­żyć cen­nymi radami. Mathe­son wska­zał Tra­de­rowi miej­sce obok sie­bie. Jego twarz o miłym wej­rze­niu, oko­lona sta­ran­nie przy­strzy­żo­nymi boko­bro­dami, przy­wo­dzą­cymi na myśl pod­pórki do ksią­żek, nada­wała mu wygląd głę­boko inte­lek­tu­alny, tak że bar­dziej niż bez­względ­nego han­dla­rza opium przy­po­mi­nał jowial­nego księ­ga­rza.

- Sekre­tem uda­nego życia tutaj, panie Tra­der - rzekł ser­decz­nie - jest posia­da­nie pierw­szo­rzęd­nego pośred­nika han­dlo­wego. Taki kom­pra­dor zała­twia sprawy z miej­sco­wymi, wyszu­kuje dobrych chiń­skich słu­żą­cych, dba o zapasy żyw­no­ści i wszystko, czego pan tylko zapra­gnie. Nasz jest po pro­stu zna­ko­mity.

- Całą służbę sta­no­wią tubylcy?

- W zasa­dzie tak. Nie ma z nimi żad­nych kło­po­tów. Kan­toń­czycy to prak­tyczni ludzie.

- Czy powi­nie­nem nauczyć się chiń­skiej mowy? - spy­tał John.

- Nie radził­bym - odparł gospo­darz. - Wła­dze krzywo na to patrzą. Nie chcą, aby­śmy nawią­zy­wali zbyt bli­skie kon­takty z ich pod­da­nymi. Jak pan zapewne wie, wszy­scy mówią tutaj łama­nym angiel­skim. Kupcy z kohongu, służba, pra­cow­nicy por­towi - z wszyst­kimi się pan dogada. Szybko się pan przy­zwy­czai. - Odwró­cił się w stronę Ame­ry­ka­nina. - Natu­ral­nie dok­tor Par­ker zna język chiń­ski, ale to co innego.

Ame­ry­kań­ski misjo­narz był niskim, gładko ogo­lo­nym męż­czy­zną w oku­la­rach, około trzy­dziestki.

- Widzi pan - wyja­śnił z uśmie­chem - miej­scowi, nie wyłą­cza­jąc man­da­ry­nów, przy­cho­dzą się do mnie leczyć. Z oczy­wi­stych wzglę­dów wolą, aby­śmy się dobrze zro­zu­mieli, zanim ich pokroję!

- Zawsze sły­sza­łem, że Chiń­czycy szczycą się osią­gnię­ciami swo­jej medy­cyny - zauwa­żył Tra­der.

- Ow­szem. Ich aku­punk­tura i leki zio­łowe czę­sto się spraw­dzają. Jed­nak w kwe­stii zabie­gów chi­rur­gicz­nych znacz­nie ich wyprze­dzamy i dobrze o tym wie­dzą. Dla­tego do nas przy­cho­dzą.

- To zwy­kłe kono­wały - wtrą­cił sta­now­czo Tully.

- Nie powin­ni­śmy oka­zy­wać nad­mier­nej pychy - odparł roz­waż­nie Par­ker. - Pro­szę nie zapo­mi­nać, sir, że jesz­cze nie­dawno w Lon­dy­nie chi­rur­gią parał się byle goli­broda.

Tra­der przy­po­mniał sobie van Buskirka roz­da­ją­cego Pismo Święte chiń­skim prze­myt­ni­kom i zagad­nął Par­kera, czy udało mu się nawró­cić kogo­kol­wiek w Kan­to­nie.

- Jesz­cze nie - odparł misjo­narz. - Liczę jed­nak, że z cza­sem zdo­będę taki sza­cu­nek jako lekarz, że zaczną też sza­no­wać moją wiarę. Po pro­stu muszę być cier­pliwy.

- Taka próba wiary, co? - wtrą­cił znowu Tully.

- Można tak powie­dzieć - odrzekł cicho Par­ker. Spoj­rzał życz­li­wie na Tra­dera. - Wiem od pana Odstocka, że skoń­czył pan stu­dia w Oks­for­dzie. Jestem pod wra­że­niem.

- Ach - wes­tchnął John. Zawa­hał się; wie­dział - zadał sobie trud, żeby wcze­śniej to spraw­dzić - że zarówno Mathe­son, jak i Jar­dine stu­dio­wali w Edyn­burgu. Jar­dine skoń­czył medy­cynę, jed­nak dyplom uni­wer­sy­tecki na­dal sta­no­wił rzad­kość wśród kup­ców i przed­się­bior­ców, w woj­sku i mary­narce był nato­miast czymś nie­spo­ty­ka­nym. Ludzie o ambi­cjach inte­lek­tu­al­nych budzili w tych krę­gach podejrz­li­wość.

Ist­niał jed­nak spo­sób, aby będąc stu­den­tem Oks­fordu, prze­ko­nać innych, że jest się przy­zwo­itym czło­wie­kiem, a mia­no­wi­cie ukoń­czyć stu­dia z oceną dosta­teczną.

Mądrzy i pra­co­wici odbie­rali dyplom z wyróż­nie­niem. Porządni ludzie bez wygó­ro­wa­nych aspi­ra­cji inte­lek­tu­al­nych wybie­rali mniej wyma­ga­jące przed­mioty, korzy­stali z uro­ków uni­wer­sy­tec­kiego życia, a gdy przy­szło co do czego, zado­wa­lali się naj­skrom­niej­szym z dyplo­mów, który poświad­czał, że odbyli stu­dia, potra­fią czy­tać oraz pisać i nauczyli się pić jak na dżen­tel­me­nów przy­stało. John oso­bi­ście znał czło­wieka, który zarze­kał się, że spę­dził w Oks­for­dzie trzy lata, nie prze­czy­taw­szy w tym cza­sie ani jed­nej książki.

- Mój opie­kun życzył sobie, abym tam stu­dio­wał - odparł. - Co nieco się nauczy­łem, nie powiem, ale zda­łem tylko pod­sta­wowe egza­miny.

Nie była to prawda; ukoń­czył uni­wer­sy­tet z wyróż­nie­niem, jed­nak w Kal­ku­cie uznał, że roz­sąd­niej się tym nie chwa­lić, i dalej trzy­mał się swo­jej histo­ryjki.

Pod­czas posiłku roz­ma­wiano o ulti­ma­tum chiń­skiego komi­sa­rza. Tully prze­ka­zał wszyst­kim opi­nię pana Delano, co zostało przy­jęte z entu­zja­zmem. Zebrani zgo­dzili się, że lepiej prze­cze­kać tę burzę, a Dent ude­rzył pię­ścią w stół i stwier­dził, że jeśli komi­sarz dalej będzie spra­wiał kło­poty, trzeba go chwy­cić za koł­nierz i wrzu­cić do rzeki. Jako nowo przy­były, Tra­der słu­chał w mil­cze­niu, nie wyra­ża­jąc wła­snego zda­nia.

Gdy tak przy­pa­try­wał się gar­stce kup­ców sto­ją­cych w obli­czu poważ­nych strat, bez­bron­nych na tym skrawku lądu w sercu milio­no­wego cesar­stwa, które - gdyby komuś przy­szła na to ochota - w oka­mgnie­niu mogło ich zmiaż­dżyć, odczu­wał wyłącz­nie głę­boki podziw. Może i byli aro­gan­tami, a już na pewno nie mieli w tym spo­rze moral­nej wyż­szo­ści, lecz mimo wszystko, kiedy tak dys­ku­to­wali spo­koj­nie w swoim klu­bie, wyda­wali mu się ucie­le­śnie­niem bry­tyj­sko­ści.

Przy dese­rze ośmie­lił się jed­nak zadać Mathe­so­nowi pyta­nie.

- Jed­nego nie rozu­miem - wyznał. - Kom­pa­nia Wschod­nio­in­dyj­ska ma wła­sne woj­sko, które broni naszych inte­re­sów. W Chi­nach nie mamy wła­snej armii, cho­ciaż jest tutaj przed­sta­wi­ciel bry­tyj­skiego rządu zwany super­in­ten­den­tem. Zatem skoro Chiń­czycy zagra­żają bry­tyj­skiemu han­dlowi i docho­dom bry­tyj­skich kup­ców, co zamie­rza z tym zro­bić super­in­ten­dent?

- Elliot? - par­sk­nął Tully Odstock. - Nic! Jest do niczego. Pal­cem nie kiw­nie. - Jego wybuch wywo­łał pomruk apro­baty.

- Jak pan widzi - odrzekł ze spo­ko­jem Mathe­son - kapi­tan Elliot nie cie­szy się zbyt­nią popu­lar­no­ścią. Wybrał się nie­dawno do Makau i z pew­no­ścią nie­długo wróci.

- Dla­czego nie jest lubiany? - spy­tał John.

- Po czę­ści chyba z powodu swo­jego ary­sto­kra­tycz­nego pocho­dze­nia - odparł Mathe­son. - Dwóch jego kuzy­nów ma tytuł lorda - jeden to guber­na­tor gene­ralny Indii, drugi zasiada w rzą­dzie. Co naj­mniej jeden czło­nek rodziny Elliota służy w ran­dze admi­rała. My, kupcy, wyraź­nie odczu­wamy jego nie­chęć. A już na pewno nie podoba mu się nasz han­del opium. Nie pochwala go, w związku z czym nam rów­nież nie sprzyja.

- To może ten prze­klęty biu­ro­krata powi­nien pra­co­wać dla chiń­skiego cesa­rza? - wtrą­cił Tully.

- Elliot ma, rzecz jasna, obo­wią­zek bro­nić naszych inte­re­sów - cią­gnął Mathe­son. - Bry­tyj­ski rząd wysoko ceni her­batę, którą impor­tu­jemy z Chin. Rów­nie cenne są zyski z bawełny sprze­da­wa­nej przez nas Chiń­czy­kom - choć mogę pana zapew­nić, że pomimo olbrzy­miej gor­li­wo­ści wła­ści­cieli angiel­skich przę­dzalni chiń­ski rynek ni­gdy nie wchło­nie takich ilo­ści bawełny, aby zrów­no­wa­żyło to koszt her­baty, którą musimy kupo­wać.

- Wszystko to bar­dzo pięk­nie, Mathe­son - rzekł Tully Odstock - ale jeśli sprawy tutaj się skom­pli­kują - a na to wygląda - wolał­bym mieć u boku kogoś, komu mogę zaufać, a nie czło­wieka, który prak­tycz­nie wysłu­guje się Chiń­czy­kom. Jeśli cho­dzi o jego zasady moralne, to gdy zaczyna pra­wić kaza­nia, staje się cał­kiem nie­prze­wi­dy­walny. Możemy przez niego wszystko stra­cić.

- Musimy zacho­wać spo­kój - upo­mniał go Mathe­son.

- Jestem spo­kojny - odburk­nął Tully, poiry­to­wany.

- Myli się pan jed­nak co do Elliota, sądząc, że sprzyja Chi­nom - cią­gnął Mathe­son. - W isto­cie powie­dział­bym, że jest dokład­nie na odwrót.

- A to jakim spo­so­bem?

- Uważ­nie mu się przy­glą­dam. To ary­sto­krata, impe­ria­li­sta, może nawet dyplo­mata. A teraz weźmy Chiny, dumne cesar­stwo, patrzące z góry na inne kraje. Kiedy wypra­wiamy posel­stwo do Chin, dwór cesar­ski widzi w nas pod­da­nych, któ­rzy przy­by­wają zło­żyć mu hołd. Spo­dzie­wają się, że nasz amba­sa­dor będzie kła­niał się w pas i padał na twarz przed cesa­rzem. Kupcy tacy jak my jesz­cze by to prze­łknęli, o ile na­dal wolno nam będzie han­dlo­wać. Ale w oczach Elliota to nie­do­pusz­czalna obraza Korony Bry­tyj­skiej i jego oso­bi­stej god­no­ści. Przy­kłada ogromną wagę do swo­jej pozy­cji.

- Bez han­dlu nie ma pie­nię­dzy. A bez pie­nię­dzy nie ma pozy­cji - rzu­cił gniew­nie Tully.

- Pełna zgoda. Ale nawet w kwe­stii han­dlu Elliot nie może sprzy­jać Chi­nom. Dla­czego? Ponie­waż Chiń­czycy nie pozwolą nam ze sobą han­dlo­wać tak, jak to robimy z innymi nacjami. W całym tym ogrom­nym cesar­stwie wolno nam han­dlo­wać tylko w Kan­to­nie i nie możemy nawet miesz­kać w mie­ście. Gdy­by­śmy mieli swo­bodny dostęp do innych chiń­skich miast, żeby ofe­ro­wać tam nasze towary, to kto wie - być może nie musie­li­by­śmy nawet han­dlo­wać opium. A przy­naj­mniej Elliot mógłby wysu­nąć taki argu­ment. Krótko mówiąc, super­in­ten­dent nie­na­wi­dzi obec­nego sta­tus quo. I dopóki nie­biań­ski cesarz nie uzna impe­rium bry­tyj­skiego za równe sobie i nie włą­czy się w nor­malną wymianę han­dlową opartą na wza­jem­nych sto­sun­kach mię­dzy róż­nymi kra­jami, Elliot będzie mu się zde­cy­do­wa­nie sprze­ci­wiał.

- Masz pan gadane - zauwa­żył nie­chęt­nie Odstock, a zwra­ca­jąc się do Tra­dera, rzekł: - Liczę, że taki oks­ford­czyk jak pan nie pozo­sta­nie dłużny Mathe­so­nowi i nie pozwoli mu się zaga­dać.

Zanim jed­nak Tra­der zdą­żył zare­ago­wać na tę krę­pu­jącą pro­po­zy­cję, roz­mowę prze­rwało wej­ście sługi, który wpadł do jadalni i oznaj­mił:

- Pan Zhou zapra­sza pana Odstocka do swego domu. Pana Tra­dera także. Czym prę­dzej.

Zasko­czony Odstock rozej­rzał się po sali.

- A to dopiero. Zhou jest człon­kiem kohongu - wyja­śnił Tra­de­rowi. - Chiń­skim kup­cem, z któ­rym naj­czę­ściej han­dluję. - Odwró­cił się ku słu­żą­cemu. - W jakim celu?

- Z roz­kazu komi­sa­rza Lina.

- Chce mnie widzieć? - upew­nił się prze­ra­żony John.

Słu­żący przy­tak­nął.

- Bar­dzo dziwne! - wykrzyk­nął Mathe­son. Nawet on wyglą­dał na lekko zanie­po­ko­jo­nego. - No cóż - rzekł po chwili - chyba powinni pano­wie tam pójść.

Gdy Tra­der, Tully Odstock i słu­żący pana Zhou szli w górę Hog Lane, wspól­nik Johna silił się na spo­kój.

- Nazy­wam go Joke­rem - powie­dział - dla­tego że jego imię brzmi tro­chę podob­nie do "Joe". Nie ma nic prze­ciwko temu.

Byli w poło­wie Hog Lane, gdy Tully przy­sta­nął przy sto­isku i kupił dwa cia­steczka mig­da­łowe. Podał jedno Tra­de­rowi i sam zaczął jeść, nie rusza­jąc się z miej­sca.

- Pan Zhou mówi: iść szybko! - zawo­łał nie­spo­koj­nie sługa, lecz kupiec to zigno­ro­wał.

- Ni­gdy nie należy się spie­szyć ani oka­zy­wać zde­ner­wo­wa­nia - mruk­nął do Tra­dera, który w lot pojął, o co cho­dzi: schru­pał swoje ciastko i dopiero wtedy ruszyli dalej. - Nawia­sem mówiąc - cią­gnął Tully - gdy już tam dotrzemy, poroz­ma­wiamy, a za jakiś czas poda­dzą nam her­batę. Gospo­darz będzie ocze­ki­wał, że po jej wypi­ciu wyj­dziemy. Takie są tutaj zwy­czaje.

- Powi­nie­nem wie­dzieć coś jesz­cze? - spy­tał John.

- W tej chwili Joker jest nam winien więk­szą sumę pie­nię­dzy. Ale pro­szę się nie oba­wiać. To porządny czło­wiek. Znam go od lat. Spłaci swój dług. - Poki­wał głową. - W zasa­dzie już pra­wie tydzień go nie widzia­łem. Cie­kawe, co myśli o tych non­sen­sach, które wyga­duje Lin.

Pięć minut póź­niej sta­nęli przed domem pana Zhou. Z obszer­nym dzie­dziń­cem, weran­dami i ład­nym ogro­dem na tyłach robił spore wra­że­nie. Gospo­darz przy­jął ich w pięk­nie ume­blo­wa­nym pomiesz­cze­niu obwie­szo­nym czer­wo­nymi lam­pio­nami.

- Witaj, Joker - ode­zwał się Tully. - Daw­no­śmy się nie widzieli.

- Sześć dni - odparł kupiec z kohongu.

Przy­pa­tru­jąc się panu Zhou, John Tra­der uznał, że jego wspól­nik nie tra­fił z prze­zwi­skiem dla chiń­skiego kupca. Pan Zhou przy­jął ich w fotelu w pozie tak dys­tyn­go­wa­nej, jakby zasia­dał na tro­nie. Jego pocią­głą, kości­stą jak u szkie­letu twarz wień­czyła lśniąca łysina wysoko skle­pio­nej czaszki. Na bogato hafto­waną tunikę miał narzu­cony czarny jedwabny kaftan z sze­ro­kimi ręka­wami, a na szyi długi, podwójny sznur bursz­ty­no­wych kora­li­ków, się­ga­jący mu aż do pasa. Spo­glą­dał na Johna bar­dziej jak cesarz niż dwor­ski bła­zen.

- To jest pan Tra­der - przed­sta­wił go Tully. - Stu­dio­wał na Oks­for­dzie.

Pan Zhou skło­nił lekko głowę i uśmiech­nął się.

- Miło mi pana poznać, panie Zhou - rzekł John uprzej­mie.

- Czy mówi pan po chiń­sku? - spy­tał gospo­darz.

- Jesz­cze nie.

Zhou nie wyglą­dał na zachwy­co­nego.

- Słu­chaj no, Joker - rzu­cił Tully - czego chce ten komi­sarz Lin?

- Całego waszego opium - odparł kupiec.

- Po co mu aż tyle?

- Musi prze­jąć cały towar, ina­czej straci twarz.

- Wyklu­czone - oznaj­mił Tully sta­now­czo. Przyj­rzał się uważ­nie Joke­rowi. W oczach kupca dostrzegł auten­tyczny strach. - Joker pani­kuje - szep­nął do Tra­dera i znów zwró­cił się do kupca z kohongu: - Dla­czego Lin chce widzieć Tra­dera?

Zanim jed­nak zdą­żył usły­szeć odpo­wiedź, roz­le­gły się jakieś głosy i po chwili sługa wpro­wa­dził dwóch nie­zna­jo­mych.

* * *

Jiang Shi-Rong spoj­rzał na trzech męż­czyzn. Zhou już znał i było cał­kiem jasne, kim jest Odstock; zatem ten ciem­no­włosy mło­dzie­niec musiał być uczo­nym.

Myślał, jak zdoła się poro­zu­mieć z Tra­de­rem. Nie chciał korzy­stać z pośred­nic­twa Zhou, któ­remu ani tro­chę nie ufał, dla­tego przy­pro­wa­dził wła­snego tłu­ma­cza.

Dla ści­sło­ści, rze­czony tłu­macz przy­był tu z komi­sa­rzem Linem. Był to dziwny czło­wie­czek - niski, chudy, w nie­okre­ślo­nym wieku. Twier­dził, że liczy sobie czter­dzie­ści lat, choć rów­nie dobrze mógł mieć na karku pięć­dzie­siątkę. Nosił okrą­głe oku­lary o bar­dzo gru­bych, pory­so­wa­nych szkłach, które jed­nak, jak zauwa­żył Shi-Rong, nie powięk­szały mu oczu. Twier­dził też, że potrafi płyn­nie mówić i pisać po angiel­sku, który to język opa­no­wał w domu pew­nego misjo­na­rza w Makau, a następ­nie szli­fo­wał pod­czas swo­jego pobytu w Sin­ga­pu­rze. Ze względu na ten frag­ment życio­rysu znany był wszyst­kim jako pan Sin­ga­pur.

Pan Zhou doko­nał ofi­cjal­nej pre­zen­ta­cji, po czym wspo­mniał Shi-Ron­gowi, że Odstock pytał go wła­śnie, co dokład­nie spro­wa­dza komi­sa­rza do Guang­zhou.

Shi-Rong skło­nił się uprzej­mie i zwró­cił do tłu­ma­cza:

- Pro­szę powie­dzieć bar­ba­rzyń­skiemu kup­cowi, że komi­sarz Lin jest tutaj po to, aby na dobre zakoń­czyć han­del opium. - Słu­chał, jak pan Sin­ga­pur bez więk­szych trud­no­ści prze­ka­zuje cudzo­ziem­com owo jed­no­znaczne sta­no­wi­sko. Zauwa­żył, że mina Odstocka wyraża jed­no­cze­śnie cynizm i wście­kłość, za to młody Tra­der wyda­wał się raczej przy­gnę­biony. - Dla prze­stęp­ców trud­nią­cych się nie­le­gal­nym prze­my­tem nie będzie lito­ści - dodał. - Nie­któ­rzy, w tym pan Zhou, mogą zostać stra­ceni.

Pan Zhou wyglą­dał na zroz­pa­czo­nego.

Odstock odpo­wie­dział, a pan Sin­ga­pur prze­tłu­ma­czył:

- Ten gruby bar­ba­rzyńca pyta, czy Kró­le­stwo Nie­bios chce na­dal sprze­da­wać her­batę.

- Kró­le­stwo Nie­bios nie musi niczego sprze­da­wać - odrzekł Shi-Rong - lecz towary, któ­rymi han­dluje, takie jak her­bata i rze­wień, są zdrowe. Kto ich nie spo­żywa, umiera. - Zauwa­żył, że obaj bar­ba­rzyńcy są zasko­czeni. Naj­wy­raź­niej nie zda­wali sobie sprawy, że wie, w jak wiel­kim stop­niu ich życie zależy od rabar­baru. - Pozwo­limy bar­ba­rzyń­skim kup­com pła­cić za nie sre­brem - zakoń­czył sta­now­czo Shi-Rong. - To wszystko.

Odstock i Zhou mil­czeli. Shi-Rong zain­te­re­so­wał się Tra­de­rem.

- Pro­szę go zapy­tać, dla­czego został pira­tem, skoro jest uczo­nym - pole­cił tłu­ma­czowi.

- Mówi, że nie jest pira­tem, tylko kup­cem.

- Dla­czego zatem, skoro jest uczo­nym, został kup­cem, naj­niż­szą z istot ludz­kich?

- Mówi, że kupiec nie jest naj­niż­szą z istot ludz­kich. Nie w jego kraju.

Shi-Rong odniósł wra­że­nie, że młody bar­ba­rzyńca odpo­wie­dział na jego pyta­nie gniew­nym, wręcz wyzy­wa­ją­cym tonem, jakby jego ojczy­zna mogła się rów­nać z Kró­le­stwem Nie­bios. I to gdy on sam oraz inni Fan Kuei dwo­ili się i tro­ili, żeby dla zysków zatru­wać ziom­ków Shi-Ronga!

- Tutaj uwa­żamy - odparł sta­now­czo - że moral­nym zaję­ciem jest praca wie­śniaka, uczci­wie tru­dzą­cego się w polu. Kupiec, który dla zysku han­dluje owo­cami czy­jejś pracy, z oczy­wi­stych wzglę­dów stoi na niż­szym szcze­blu dra­biny moral­nej i zasłu­guje na pogardę. Pro­szę mu to powtó­rzyć.

Pan Sin­ga­pur miał pewien kło­pot z prze­tłu­ma­cze­niem jego wywodu, lecz osta­tecz­nie mu się to udało. Tra­der nic nie powie­dział.

Shi-Rong pod­jął atak.

- Zresztą jego twier­dze­nie, jakoby nie był pira­tem, to fałsz. Skoro jest uczciwy, dla­czego łamie prawo i sprze­daje opium prze­myt­ni­kom?

- Mówi, że chiń­skie prawo go nie obo­wią­zuje.

- Powi­nien sza­no­wać prawa Kró­le­stwa Nie­bios dla­tego, że tutaj prze­bywa, a one są łaskawe, mądre i spra­wie­dliwe.

Pod­czas gdy pan Sin­ga­pur sta­rał się prze­ka­zać tę wypo­wiedź, Shi-Rong odda­wał się roz­my­śla­niom. Doszedł do wnio­sku, że odpo­wie­dzi Tra­dera nie mają więk­szego sensu.

- Naprawdę jest uczo­nym? - zapy­tał scep­tycz­nie.

- Mówi, że stu­dio­wał na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim.

- Nie wiem, co to. Pro­szę go zapy­tać, gdzie leży jego kraj i czy jest duży.

- Mówi, że leży na wyspie, daleko na zacho­dzie, ale jego impe­rium jest więk­sze od Kró­le­stwa Nie­bios.

Shi-Rong poczuł roz­cza­ro­wa­nie. Naj­wy­raź­niej ów młody czło­wiek był nie tylko aro­gan­tem, ale i kłamcą. Nie­wy­klu­czone, że roz­mowa z nim była stratą czasu. Mimo to spy­tał z kamienną twa­rzą:

- Czy to prawda, że jego kró­le­stwem wła­dają kobiety?

- Mówi, że nie­mal zawsze rzą­dzą tam kró­lo­wie, dopiero od nie­dawna mają młodą kró­lową.

- A czy ta kró­lowa prze­strzega zasad moral­nych czy też jest złą osobą?

- Mówi, że ta kró­lowa nazywa się Wik­to­ria i wyznaje naj­wyż­sze zasady moralne.

- Czemu w takim razie pozwala swoim kup­com han­dlo­wać opium?

- Jego kró­lowa nie uważa opium za zło. Sama je zażywa. Opium jest zdrowe, szko­dzi jedy­nie w nad­mia­rze.

- W tym wła­śnie pro­blem - odparł Shi-Rong - ludzie zaży­wają je w nad­mia­rze. Naj­pierw wypa­lają odro­binę, potem chcą wię­cej i wkrótce nie mogą prze­stać. Wszystko, co mają, wydają na opium. Nie mogą pra­co­wać. Stają się jak chore cie­nie, a w końcu umie­rają. Ta tru­ci­zna nisz­czy miliony ludzi w Kró­le­stwie Nie­bios. Jak on może twier­dzić, że jest czymś zdro­wym?

- Mówi, że każdy odpo­wiada za wła­sne czyny.

- Dobry władca powi­nien chro­nić swój lud. Odpo­wiada zań tak jak ojciec za syna. Czy ten bar­ba­rzyńca zna Kon­fu­cju­sza?

- Sły­szał o nim.

A zatem nie był zupeł­nym igno­ran­tem.

- W takim razie powi­nien wie­dzieć, że wszy­scy ludzie są komuś winni posłu­szeń­stwo: syn powi­nien słu­chać ojca, a ojciec cesa­rza. Gdy cesarz włada mądrze i spra­wie­dli­wie, ta mądrość i spra­wie­dli­wość spływa na cały jego lud. A kiedy łań­cuch wła­ści­wego postę­po­wa­nia zostaje zerwany, zaczy­nają się pano­szyć zło i chaos. W Kró­le­stwie Nie­bios żyją miliony ludzi, wszyst­kich jed­nak łączy posłu­szeń­stwo oraz normy postę­po­wa­nia w służ­bie cesa­rzowi, wła­da­ją­cym nimi spra­wie­dli­wie z Man­datu Nie­bios. Dla­tego ani on, ani żadna bar­ba­rzyń­ska kró­lowa nie będą osą­dzać, co jest dobre, a co złe, bo o tym decy­duje wyłącz­nie cesarz. Nie mam nic wię­cej do doda­nia.

Shi-Rong widział, że pan Sin­ga­pur dłuż­szy czas boryka się z prze­ka­za­niem tego Tra­de­rowi, ale był cier­pliwy. Dopóki ten bar­ba­rzyńca - uczony czy nie - nie poj­mie pod­sta­wo­wych zasad moral­no­ści, nie będą mieli żad­nej płasz­czy­zny poro­zu­mie­nia.

- On mówi, że jego kró­lowa rów­nież została namasz­czona przez Nie­biosa - oznaj­mił wresz­cie pan Sin­ga­pur.

- Wobec tego - odparł trium­fal­nie Shi-Rong - pokażę mu pismo. - Wyjął doku­ment i podał go Tra­de­rowi. - Może mu pan wyja­śnić, że to prze­tłu­ma­czony na jego język szkic pisma, jakie komi­sarz Lin zamie­rza wysłać do jego kró­lo­wej. - Z satys­fak­cją przy­glą­dał się, jak Tra­der bie­rze list i zaczyna go czy­tać.

Pismo było zna­ko­mi­cie sfor­mu­ło­wane, zgod­nie z naj­lep­szymi man­da­ryń­skimi wzor­cami kom­po­zy­cji. Było roz­sądne i uprzejme. Jego autor pod­kre­ślał, że od wie­ków wymiana han­dlowa mię­dzy oby­dwoma kra­jami odby­wała się w pokoju i har­mo­nii, lecz ostat­nio han­del opium przy­brał zastra­sza­jące roz­miary. Komi­sarz z sza­cun­kiem suge­ro­wał, że Droga Nie­bios obo­wią­zuje wszyst­kie kraje, i wyra­żał prze­ko­na­nie, że gdyby ów tru­jący nar­ko­tyk wwo­żono do jej kraju, kró­lowa Wik­to­ria uzna­łaby go za takie samo zło, za jakie uwa­żał go cesarz. Cesarz wie, że opium pocho­dzi tylko z nie­któ­rych krain znaj­du­ją­cych się pod jej wła­da­niem i że han­del nim nie odbywa się na jej pole­ce­nie. Dalej Lin wyja­śniał, że trzeba poło­żyć temu kres, i pro­sił, aby kró­lowa zaka­zała kup­com dal­szej sprze­daży opium. Na koniec znaj­do­wało się zawo­alo­wane ostrze­że­nie, mówiące, że jeśli wład­czyni nie spełni swo­jego moral­nego obo­wiązku, ani cesarz, ani same Nie­biosa nie będą sprzy­jać jej rzą­dom. I odwrot­nie: jeżeli uzna cesar­skie żąda­nia, zaskarbi sobie tysią­czne bło­go­sła­wień­stwa.

W isto­cie jedy­nym, co można było zarzu­cić temu wywo­dowi, było strasz­liwe tłu­ma­cze­nie pana Sin­ga­pura; Tra­der marsz­czył czoło z wysiłku, usi­łu­jąc coś z niego zro­zu­mieć.

Po dłuż­szym cza­sie oddał list.

- Jako uczony powi­nien pan doce­nić wagę tego pisma - rzekł Shi-Rong.

- Mówi, że jest inte­re­su­jące - prze­tłu­ma­czył pan Sin­ga­pur.

- Mam nadzieję, że wasza kró­lowa natych­miast zaprze­sta­nie han­dlu - cią­gnął młody sekre­tarz.

- Nie mogę prze­ma­wiać w imie­niu Jej Wyso­ko­ści, która sama podej­mie decy­zję - stwier­dził ostroż­nie Tra­der.

Wnie­siono her­batę. W roz­mo­wie silono się na uprzej­mość, lecz atmos­fera pozo­sta­wała napięta. Shi-Rong prze­ka­zał wszystko, czego życzył sobie pan Lin, a skoro Tra­der naj­wy­raź­niej nie był żad­nym uczo­nym, nie mógł liczyć, że dowie się od niego cze­goś cie­ka­wego.

Mimo to im dłu­żej przy­glą­dał się twa­rzy ciem­no­wło­sego mło­dzieńca, tym bar­dziej utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że dostrzega w niej jakiś smu­tek. Czyżby zacho­wał jed­nak resztki przy­zwo­ito­ści? Shi-Rong nie miał ochoty na zacie­śnia­nie zna­jo­mo­ści z tym bar­ba­rzyń­skim cudzo­ziem­cem, a jed­nak był go cie­kaw. Dla­tego w pew­nym momen­cie, ku wła­snemu zasko­cze­niu, ode­zwał się:

- Mój ojciec jest dobrym czło­wie­kiem. Każ­dego dnia myślę o tym, czego by ode mnie ocze­ki­wał, i sta­ram się tak postę­po­wać. Czy pań­ski ojciec chciałby, aby han­dlo­wał pan opium?

Gdy pan Sin­ga­pur prze­tłu­ma­czył pyta­nie, Tra­der zwie­sił głowę, jakby w głę­bo­kim namy­śle, po czym odparł:

- Ma pan szczę­ście. Ja w bar­dzo mło­dym wieku stra­ci­łem oboje rodzi­ców. Wycho­wy­wał mnie star­szy krewny. Był moim opie­ku­nem.

- Czy był dobrym czło­wie­kiem?

- Nie jest pewien - prze­tłu­ma­czył pan Sin­ga­pur.

- Sądzę - rzekł deli­kat­nie Shi-Rong - że wie pan, iż nie powi­nien han­dlo­wać opium, i to nie daje panu spo­koju.

John Tra­der nie odpo­wie­dział. Cere­mo­nia picia her­baty dobie­gła końca i nade­szła pora, żeby się poże­gnać.

- Wszystko to jeden wielki stek bzdur - oświad­czył wie­czo­rem Tully Odstock. Sie­dzieli z Tra­de­rem w oto­czo­nym murem ogro­dzie przed angiel­ską fak­to­rią. - Prze­kona się pan, co będzie jutro, kiedy zaczną się praw­dziwe nego­cja­cje.

- Nie jestem wcale taki pewien - odparł Tra­der. - Ten Lin chyba nie żar­tuje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki