CZERWONE SŁOŃCE, ŻÓŁTA RZEKA
Styczeń 1839 roku
Początkowo nie słyszał wołania za sobą. Czerwone
słońce prażyło mu twarz, gdy pędził przez środek świata.
Czterdzieści mil od świtu, a do przejechania jeszcze kilkaset. I tak
mało czasu - a może już wcale go nie miał? Któż to mógł wiedzieć?
Wkrótce olbrzymia kula w kolorze fuksji skryje się za horyzontem,
zapadnie melancholijny, liliowy zmierzch i trzeba będzie odpocząć. Potem
o świcie znów ruszy w drogę, gnany tą samą myślą: czy zdoła dotrzeć do
ojca, którego tak kochał, i przeprosić go, zanim będzie za późno? List
od ciotki nie pozostawiał żadnych wątpliwości: ojciec był umierający.
- Panie Jiang! - dotarło do niego wreszcie. - Jiang Shi-Rong!
Zaczekajcie!
Odwrócił głowę. Na gościńcu samotny jeździec poganiał konia. Oślepiony
słonecznym blaskiem Jiang dopiero po chwili rozpoznał w mężczyźnie
Wonga, sługę pana Wena. O co mogło mu chodzić? Ściągnął cugle.
Wong - niski, tęgi, łysy człowieczek pochodzący z południa - prowadził
gospodarstwo uczonego starca, który darzył go bezgranicznym zaufaniem.
Gdy tylko Jiang tam zawitał, Wong od razu wziął go pod swoje skrzydła.
Teraz był cały zlany potem. Musiał gnać niczym cesarski posłaniec, żeby
mnie dogonić - pomyślał młodzieniec.
- Coś złego z panem Wenem? - spytał zaniepokojony.
- Nie, nie. Prosi jednak, abyście natychmiast wracali do Pekinu.
- Teraz? - Na twarzy Jianga odmalowała się konsternacja. - Ale mój
ojciec umiera. Muszę do niego jechać.
- Słyszeliście o szlachetnym panu Linie?
- Naturalnie. - Cały Pekin mówił o nieznanym wcześniej nikomu skromnym
urzędniku, który zrobił tak duże wrażenie na cesarzu, że ten powierzył
mu misję niezwykłej wagi.
- Chce was niezwłocznie widzieć.
- Mnie? - Przecież Jiang był nikim, gorzej - był nic nieznaczącym
nieudacznikiem.
- Pan Wen napisał o was szlachetnemu panu Linowi. Znają się, bo
studiowali razem. Pan Wen nic wam nie wspominał, żeby nie robić wam
niepotrzebnie nadziei. Szlachetny pan Lin długo nie odpisywał... - Wong
zrobił smutną minę. - Lecz dzisiejszego ranka, zaraz po waszym
wyjeździe, pan Wen otrzymał wiadomość. Możliwe, że szlachetny pan Lin
przyjmie was na służbę, ale najpierw musi się z wami spotkać. Pan Wen
przykazał mi gnać na złamanie karku i was zawrócić. - Znacząco popatrzył
na młodzieńca. - To dla was ogromna szansa, Jiang Shi-Rong - dodał
cicho. - Jeżeli szlachetnemu panu Linowi powiedzie się jego misja, a wy
mu w tym pomożecie, usłyszy o was sam cesarz. Fortuna znowu zacznie wam
sprzyjać. Cieszę się waszym szczęściem. - Skłonił się lekko dla
podkreślenia przyszłego statusu młodzieńca.
- Ale mój ojciec...
- Może już nie żyje. Tego nikt nie wie.
- A jeśli żyje? - Młodzieniec odwrócił wzrok; jego oblicze wyrażało
czystą rozpacz. - Powinienem był pojechać do niego wcześniej - wyszeptał
sam do siebie. - Ale za bardzo się wstydziłem. - Ponownie zwrócił się do
Wonga: - Jeśli teraz zawrócę, stracę trzy dni. Może nawet więcej.
- Jeżeli chcecie coś w życiu osiągnąć, musicie zaryzykować. Pan Wen
uważa, że wasz ojciec z pewnością chciałby, abyście spotkali się ze
szlachetnym panem Linem. - Posłaniec zawahał się. - Pan Wen poinformował
go, że mówicie po kantońsku. To przemawia na waszą korzyść ze względu na
charakter misji.
Shi-Rong nie odpowiedział. Obydwaj wiedzieli, że to właśnie Wongowi
zawdzięcza znajomość jego ojczystego dialektu kantońskiego. Początkowo
młodego mandaryna bawiło przyswajanie sobie od sługi potocznych wyrażeń,
wkrótce jednak odkrył, że kantoński to prawie inny język. Był bardziej
tonalny niż mandaryński, lecz młodzieniec miał dobre ucho i po upływie
roku czy dwóch lat, dzięki codziennym pogawędkom z Wongiem, mówił już na
tyle dobrze, aby móc się porozumieć. Jego ojciec, mający złe zdanie o ludziach z południa, uśmiechnął się ironicznie na wieść o tym
osiągnięciu, po czym przyznał: "Kto wie, pewnego dnia to może ci się
przydać". Pan Wen radził mu jednak: "Nie gardź kantońską mową, chłopcze.
Znajdziesz w niej wiele starodawnych słów, od dawna nieużywanych w języku mandaryńskim, którym się posługujemy".
Wong wpatrywał się w niego z napięciem.
- Pan Wen mówi, że druga taka okazja może się wam nie trafić - rzekł.
Jiang Shi-Rong spojrzał w czerwień słońca i zrozpaczony pokręcił głową.
- Wiem - odparł cicho.
Przez chwilę żaden z nich się nie poruszył. Potem, z ciężkim sercem,
młodzieniec popędził konia gościńcem z powrotem do Pekinu.
* * *
U schyłku tej samej nocy, pięćset mil dalej, w przybrzeżnej krainie na
zachód od portu znanego wówczas reszcie świata jako Kanton, znad Morza
Południowochińskiego nadciągnęła mgła, spowijając wszystko
nieprzeniknioną bielą.
Dziewczyna podeszła do furtki prowadzącej na dziedziniec i sądząc, że
jest sama, wyjrzała na zewnątrz.
Pomimo porannej mgły wyczuwała obecność słońca świecącego gdzieś za tą
białą zasłoną, jednak wciąż nie mogła dostrzec brzegu stawu oddalonego
od niej zaledwie o trzydzieści kroków ani rozchwianego drewnianego
mostka, z którego jej teść, pan Lung, lubił oglądać pełnię księżyca i rozkoszować się myślą, że jest właścicielem stawu oraz najbogatszym
mieszkańcem w wiosce.
Dziewczyna nasłuchiwała w wilgotnym powietrzu. Czasem dobiegał ją cichy
chlupot, gdy jedna z kaczek zanurzała głowę w wodzie, po czym się
otrząsała, lecz poza tym panowała cisza.
- Mei-Ling. - Po jej prawej stronie rozległo się syknięcie.
Zmarszczyła brwi. Z trudem rozróżniała zarysy bambusowych zarośli przy
ścieżce. Ostrożnie zrobiła krok w ich stronę.
- Kto tam jest?
- To ja, Nio. - Obok bambusa zamajaczyła postać i podeszła do niej.
- Braciszku! - Dziewczyna się rozpromieniła. Chociaż wiele lat nie
widziała Nio, poznałaby go wszędzie. Jego nos i policzek nadal zdobiła
ta sama charakterystyczna blizna.
Nie był jej rodzonym bratem. W zasadzie można by powiedzieć, że żaden z niego krewny; pochodził z rodziny jej babki od strony matki, która była
z ludu Hakka. Po tym, jak matka i siostry Nio umarły podczas zarazy,
ojciec oddał go na dwa lata pod opiekę rodziców Mei-Ling, a gdy ponownie
się ożenił, wziął chłopaka do siebie.
W istocie nazywał się Niu, ale w dialekcie jego rodzinnej wioski
brzmiało to bardziej jak Niok, chociaż "k" było niemal niesłyszalne.
Mei-Ling wybrała kompromis: wymyśliła imię Nio, z krótkim "o", i tak już
zostało.
Na długo przed jego powrotem do domu ojca Mei-Ling uznała Nio za swojego
brata i była mu odtąd Starszą Siostrą.
- Kiedy przyjechałeś? - szepnęła.
- Przed dwoma dniami. Przyszedłem cię odwiedzić, ale twoja teściowa
zabroniła mi się tu pokazywać. Później wybrała się jeszcze do twoich
rodziców i przykazała im, żeby mnie do ciebie nie dopuszczali.
- Dlaczego tak postąpiła?
Choć piętnastoletni Nio był od niej tylko o rok młodszy, Mei-Ling
uważała, że nadal wygląda dziecinnie. Przez dłuższą chwilę wbijał wzrok
w ziemię, po czym w końcu wyznał: - Mogło jej chodzić o coś, co
powiedziałem.
- Skąd się tu wziąłeś, braciszku?
- Uciekłem. - Uśmiechnął się, jakby to był powód do dumy.
- Och, Nio... - Zamierzała go dokładnie wypytać, lecz gestem dał jej znak,
że ktoś ich obserwuje zza furtki za jej plecami.
- Czekaj na mnie jutro rano przy wjeździe do wioski - rzuciła prędko. -
Postaram się przyjść o świcie. Jeżeli mi się nie uda, spróbuję kolejnego
dnia. A teraz zmykaj. Szybko!
Odwróciła się, dopiero gdy Nio znikł za zaroślami bambusa.
Przy furtce stała młoda kobieta o owalnej twarzy. Wierzba była jej
szwagierką. Zwracały się do siebie "siostro", lecz na tym kończyła się
ich zażyłość.
Nosiła imię na cześć pełnego gracji drzewa, jednak bez wyjściowego
stroju i starannego makijażu uchodziła za dość przeciętną. Urodziła się
w sąsiednim okręgu w rodzinie zamożnych wieśniaków nazwiskiem Wan i chociaż poślubiła starszego syna pana Lunga, mieszkańcy osady nadal
tytułowali ją grzecznościowo "panią Wan", jak to było w zwyczaju. Ze
względu na wyższy status społeczny rodziny Wan stopy Wierzby były w dzieciństwie krępowane i teraz chodziła ona, modnie drobiąc, co
odróżniało ją od biednych wieśniaczek pokroju Mei-Ling, której rodzina
ciężko pracowała w polu.
Wierzba była od niej nieco wyższa i poruszała się, jak przystało damie,
w lekkim, dystyngowanym półukłonie. Niziutka Mei-Ling chodziła
wyprostowana na swoich niezdeformowanych stopach, jak wiejska
dziewczyna, którą była. Od maleńkości uważano ją za najładniejszą
dziewczynę w osadzie; gdyby jej rodzice nie byli tacy biedni, być może
również krępowaliby jej stopy, ubierali ją w piękne stroje, a w końcu
sprzedali kupcowi z jednego z okolicznych miasteczek jako młodszą żonę
albo konkubinę. Lecz pomimo niezwykłej urody Mei-Ling nikt by się nie
spodziewał, że poślubi syna bogatego pana Lunga.
Większość ludzi uważała zresztą ich małżeństwo za skandal. Teściowa
Mei-Ling była wściekła.
Te dwie młode kobiety różniło coś jeszcze: Wierzba zdążyła dać już
swojemu mężowi jedno dziecko, choć - ku niezadowoleniu teściów - była to
tylko dziewczynka. Na szczęście szwagierka znów była w piątym miesiącu
ciąży.
W drodze powrotnej na główny dziedziniec domu Lungów Wierzba spojrzała
przeciągle na Mei-Ling.
- Wiem, kto to był.
- Czyżby?
- Twój kuzyn, Nio. Słyszałam o nim. Nazywasz go Braciszkiem. - Powoli
skinęła głową. - Wszyscy w domu wiedzą, że jest w wiosce, ale zabroniono
nam ci o tym mówić.
- Mojemu mężowi także?
- Chciał ci powiedzieć, ale bał się, że zechcesz zobaczyć się z Nio i będziesz miała z tego powodu kłopoty. Próbował cię chronić. To wszystko.
- Powiesz matce?
- Możesz mi zaufać, siostro.
Na dziedzińcu rosło drzewko pomarańczowe. Wierzba przystanęła pod nim.
- Nie próbuj się z nim spotkać, siostro. Jeśli matka się dowie, to cię
wychłoszcze. Albo zrobi coś jeszcze gorszego.
* * *
W Kalkucie było wczesne popołudnie, gdy wioząca dwóch młodych Anglików
jednokonna dorożka przemierzała elegancką podmiejską dzielnicę
Chowringhee. Żaluzje w oknie pojazdu były opuszczone dla ochrony przed
ostrym światłem; chociaż w Indiach trwała pora chłodna, i tak było tam
słoneczniej i upalniej niż przez większość brytyjskiego lata.
Charlie Farley był pogodnym człowiekiem. Wystarczająco wysoki, aby jego
wzrost budził respekt podczas gry w krykieta, w której zresztą brylował,
miał zaokrągloną twarz, która robiła się coraz okrąglejsza, w miarę jak
jego jasne włosy coraz bardziej się przerzedzały. "Jeszcze całkiem nie
wyłysiałem - zwykł żartować - ale w porze herbaty będę już łysy jak
kolano". Ukryte za okularami jasnobłękitne oczy miały przyjazny, choć w żadnym wypadku nie naiwny wyraz. W życiu, tak jak w krykiecie, Charlie
zawsze grał fair.
Jego przyjaciel, John Trader, był nieco wyższy, szczupły i całkiem
przystojny, o włosach barwy czarnych oliwek, lecz w jego kobaltowych
oczach nie widać było szczęścia.
- To naprawdę fatalny pomysł - stwierdził ponuro.
- Nonsens, John - odparł Charlie Farley. - Powiedziałem pułkownikowi, że
ocaliłeś mi życie. Potraktuje cię z największą uprzejmością. - Kilka
minut później koła dorożki zachrzęściły na krótkim żwirowym podjeździe.
- Oddamy jeszcze te listy mojej ciotce Harriet i ruszamy w dalszą drogę.
Spróbuj wyglądać na zadowolonego.
Dom jego ciotki był typowym parterowym budynkiem kolonialnym - z tych
porządniejszych - z werandą od frontu i od tyłu oraz szerokim okapem
dachowym podtrzymywanym przez pomalowane na biało masywne kolumny. Z przestronnego holu głównego wchodziło się do prosto urządzonego, acz
eleganckiego salonu oraz jadalni; oba pomieszczenia umeblowano w stylu
angielskim. Ledwo dwaj mężczyźni dotarli do drzwi, jak spod ziemi
wyrośli przed nimi hinduscy służący w nieskalanej bieli.
Ciotka Harriet musiała słyszeć nadjeżdżający powóz, bo czekała już na
nich w holu. Charlie szczerze ją kochał. Podobnie jak jej siostra, a jego matka, zachowała złociste młodzieńcze loki, miała też niebieskie
oczy o szczerym wejrzeniu. Wraz z mężem przyjmowała każdego przybysza do
brytyjskiej Kalkuty z niewymuszoną gościnnością, będącą znakiem
rozpoznawczym kupców na stałe mieszkających w koloniach.
- Ty tutaj, Charlie? - zdumiała się. - Nie powinniście być teraz w pracy, drodzy chłopcy?
- Pracowaliśmy, ciociu Harriet - odparł - ale rano przyszły listy z Anglii, w tym jeden do ciebie od matki, więc pomyślałem, że od razu ci
go dostarczę.
Ciotka się uśmiechnęła.
- Przypuszczam, że chętnie byście coś zjedli?
- Wręcz przeciwnie. Nie możemy zostać dłużej. Jemy dziś lunch z pułkownikiem Lomondem.
- Z pułkownikiem Lomondem? Co za zaszczyt!
- Tak się składa, że ojciec chodził z nim do szkoły - wyjaśnił Charlie.
- Udało mi się zdobyć zaproszenie na lunch z nim w jego klubie.
Chciałem, żeby John zobaczył to miejsce i trochę się rozerwał.
- Wobec tego nie zwlekajcie, chłopcy - odrzekła ciotka. - Pułkownik
Lomond nie powinien na was czekać.
- Już nas nie ma - rzucił Charlie na odchodnym.
* * *
Przyszedł czas na męską rozmowę, a skoro mieli przed sobą jeszcze
dziesięć minut jazdy sam na sam w dorożce, Charlie postanowił skorzystać
z okazji.
- Wiesz, na czym polega twój kłopot, Trader?
- Mów. - Trader zdobył się na słaby uśmiech.
- Dobry z ciebie przyjaciel i powierzyłbym ci własne życie, ale jesteś
okropnie humorzasty. Choćby i dzisiaj. Wystarczy, żebyś patrzył i dobrze
się bawił.
- Wiem.
- To nie wszystko. Sęk w tym, że ciężko cię zadowolić. Bez względu na
to, ile byś miał, zawsze pragniesz czegoś więcej.
- Możliwe.
- Oczywiście wiem, że miałeś paskudnego pecha być sierotą. Ale to
przecież nie koniec świata. Skończyłeś porządną szkołę. Dostał ci się w spadku zacny mająteczek. Masz we mnie oddanego przyjaciela. Pracujemy
razem w Rattrays, u jednego z najlepszych pośredników w Indiach. I chociaż ty chyba w to nie wierzysz, całkiem przystojny z ciebie drań.
Połowa pań w Kalkucie się w tobie kocha. Czego chcieć więcej?
- Sam nie wiem, Charlie - odparł jego przyjaciel. - Opowiedz mi o tym
pułkowniku Lomondzie, z którym się spotykamy. Ma jakąś rodzinę?
- Żonę. Zdarza mi się ją odwiedzać; uprzejmość zobowiązuje i tak dalej.
Wytworna dama. Ich syn, trochę starszy od nas, służy w armii. Mają też
córkę. Raz czy dwa widziałem ją u nich w domu. Całkiem przyjemna. -
Charlie się uśmiechnął. - Ale zachowuję stosowny dystans. Pułkownik nie
byłby zadowolony, gdybym zanadto się z nią zaprzyjaźnił.
- Bo sam jest arystokratą.
- Ze starego szkockiego rodu. Starszy brat włada rodzinnym zamkiem.
Wiesz, co mam na myśli?
- A my jesteśmy kupcami, Charlie. Handlarzami, niegodnymi czyścić mu
buty.
- Traktuje mnie całkiem przyzwoicie.
- Tylko dlatego, że chodził do szkoły z twoim ojcem. - Ciemnowłosy
młodzieniec zamilkł, a gdy przyjaciel milczał, podjął: - Wiesz, co mnie
irytuje, Charlie?
- Co?
- Że tacy jak Lomond mają nas za nic, bo jesteśmy przedsiębiorcami. A czymże jest imperium brytyjskie, jeśli nie olbrzymim przedsiębiorstwem
handlowym? Zawsze nim było. Kto rządzi w Indiach? Kompania
Wschodnioindyjska. Kto włada tamtejszą armią? Kompania
Wschodnioindyjska. Choć nieoficjalnie, kompania pełni w zasadzie funkcję
brytyjskiego rządu, a większość handlu jest w rękach niezależnych
kupców, takich jak my. Jednak fakty są takie, że głównym zadaniem armii,
której oficerami są pułkownik Lomond i do niego podobni, głównym powodem
jej istnienia jest ochrona handlu. Czyli ciebie i mnie. Bez kupców nie
byłoby wojska.
- Chyba mu tego nie powiesz, co? - zaniepokoił się Charlie.
- Niewykluczone. - Trader spojrzał na niego ponuro, lecz zaraz się
uśmiechnął. - Nie obawiaj się.
Charlie ściągnął wargi, pokręcił głową i podjął przerwany temat.
- Dlaczego nie możesz po prostu przestrzegać reguł tej gry, John?
Zważywszy na sytuację, obaj mieliśmy sporo szczęścia. Mój ojciec przez
całe życie pracował dla Kompanii Wschodnioindyjskiej i na koniec dorobił
się sporego majątku. Ma wielki dom w Bath i generała majora za sąsiada.
Świetny chłop, grywa z ojcem w karty.
- Los nie do pogardzenia, Charlie, doprawdy.
- Gdybym jednak chciał osiągnąć więcej niż on, zasada jest prosta: może
mi się poszczęści w Rattrays i uzbieram dość, żeby zakupić posiadłość,
zostać ziemianinem i dżentelmenem. Wielu ludzi tak robi. Mój syn mógłby
się dostać do dobrego regimentu i zostać oficerem równym stopniem
któremuś z Lomondów. - Farley z powagą spojrzał na przyjaciela. - Tak
właśnie wygląda wspinaczka po drabinie społecznej, Trader, jeśli cię to
interesuje.
- Zajmuje mnóstwo czasu.
- Zaledwie kilka pokoleń. Wiesz, jak mówią... - Charlie Farley odchylił
się z uśmiechem na oparcie siedzenia. - Szlachectwo to tylko kwestia
dat.
Przekraczając surowy portal Bengalskiego Klubu Wojskowego, John Trader
poczuł, że na powrót ogarnia go przygnębienie. Po pierwsze, w czarnym
surducie, odpowiednim raczej na chłodniejszy brytyjski klimat, jednak
wymaganym jako strój obowiązkowy w tym klubie, było mu nieznośnie
gorąco. Po drugie, chodziło o samo miejsce; Brytyjczycy oficjalnie nie
rządzili jeszcze w Indiach, byli jednak panami Bengalu, co było widoczne
na każdym kroku w największym tutejszym mieście, Kalkucie, na torze
wyścigów konnych, polu golfowym, a najbardziej na bulwarze, przy którym
monumentalna, klasycystyczna fasada Bengalskiego Klubu Wojskowego w całym swoim kolonialnym majestacie spoglądała z góry na przechodniów.
Wśród nich byli naturalnie Hindusi i Anglo-Indusi, ale także obywatele
brytyjscy: kupcy, handlarze, przedstawiciele klasy średniej i pracującej, to jest wszyscy ci, którzy nie władali, tylko ciężko
pracowali.
Członkowie Bengalskiego Klubu Wojskowego byli bowiem władcami.
Oficerami, sędziami, administratorami imperium brytyjskiego,
spadkobiercami cesarzy Rzymu - a przynajmniej sami tak siebie
postrzegali. Niczym rzymscy senatorowie, będący dla nich niedościgłym
wzorem, owi wojownicy i posiadacze ziemscy gardzili wszystkimi żyjącymi
z handlu, a zwłaszcza kupcami.
Pułkownik Lomond czekał już w przestronnym lobby o ścianach zawieszonych
obrazami, z których generałowie i mężowie stanu zdawali się łypać
potępiająco na Johna. Zaraz też zaprowadzono ich do jadalni.
Biały lniany obrus był wykrochmalony i sztywny jak deska. Georgiańskie
srebra, zastawa Wedgwooda, ciężkie kryształy, na początek: sherry i zupa. Pomimo mody na francuską kuchnię pułkownik nie był jej amatorem,
podano więc porządny kawał wołowiny z kapustą i ziemniakami uprawianymi
na miejscu w zakładanych przez Brytyjczyków ogrodach warzywnych. Do tego
doskonałe wino. Krótko mówiąc, można by pomyśleć, że siedzą w klubie w samym sercu Londynu.
Pułkownik Lomond włożył tego dnia mundur, twarzową czerwoną kurtkę i czarne spodnie. Wysoki i szczupły, miał przerzedzone, lecz wciąż ciemne
włosy. Brwi o uniesionych końcach nadawały mu wygląd szlachetnego
jastrzębia; wypisz wymaluj wódz szkockiego klanu.
Nie ulegało wątpliwości, że bardzo się stara okazywać życzliwość młodemu
Farleyowi: zwracał się do niego "mój chłopcze", a o mieszkającym obecnie
w Bath panu Farleyu seniorze mówił "twój drogi ojciec".
- Otrzymałem list od twego drogiego ojca. Pisze w nim, że niedaleko
mieszka stary generał Frobisher.
- Zna go pan, sir?
- Owszem. Znakomity myśliwy. Polował na grubą zwierzynę.
- Tygrysy?
- Naturalnie. Gdy pierwszy raz tu przyjechał, wyprawiano się na nie
jeszcze pieszo. Nie to, co te dzisiejsze eskapady na słoniach. -
Przychylnie skinął Charliemu głową.
Co takiego miał w sobie Charlie Farley, że pułkownik Lomond darzył go
sympatią? Po części, podobnie jak jego ojciec, zawdzięczał to oczywiście
swojej pogodnej naturze. Był szczery, uprzejmy i przyjemny w obyciu. Ale
chodziło o coś jeszcze; znał swoje miejsce w szeregu i potrafił się z tego cieszyć. Charlie nie przekroczyłby nigdy ustalonych granic. Gdy
otwarcie wyznał Lomondowi, że jego przyjaciel chętnie zobaczyłby wnętrze
klubu, lecz on sam nie ma szans zaspokoić tej ciekawości - "Chyba że pan
zaprosiłby nas na lunch, sir" - Lomond od razu pospieszył z zaproszeniem. "Zuchwały smarkacz" - określił go później w rozmowie z żoną, z taką samą aprobatą w głosie, z jaką wyraziłby się o odważnym
młodym oficerze. Jednak Charlie Farley nigdy nie przyniósłby mu wstydu,
próbując wstąpić w szeregi członków klubu. Pułkownik Lomond nawet
nieszczególnie by się temu przeciwstawiał; jak każdy z rządzących
imperium brytyjskim po prostu zdawał sobie sprawę, że w pojedynczym
odstępstwie od reguły nie ma niczego złego - sęk w tym, do czego by to
doprowadziło.
Myśl ta kazała pułkownikowi skierować wzrok na Johna Tradera.
Coś mu się nie podobało w tym młodym człowieku, lecz nie był pewien, o co właściwie chodzi. Mając do czynienia z przyjacielem Farleya,
naturalnie zamierzał traktować go uprzejmie, jednak lata życia w Indiach
i bacznej obserwacji innych ludzi wyostrzyły jego szósty zmysł.
Pułkownik Lomond odczuwał obecnie taki sam niepokój jak w dniu, gdy
znalazł w swoim domu jadowitą kobrę.
- Z jakiego zakątka naszej ojczyzny pan pochodzi? - zagadnął na
początek; to było z reguły bezpieczne pytanie.
- Początkowo wychowywałem się w West Country, sir - odparł Trader - a potem pod Londynem, w Blackheath.
- W Blackheath, hę? Czy to nie tam grasowali niegdyś przydrożni rabusie?
- Uwagę tę pułkownik wygłosił żartobliwym tonem, ale czy nie kryła się w niej przypadkiem sugestia, jakoby sam John Trader także był rabusiem?
Nie, na pewno nie! - Ma pan tam rodzinę?
- Nie mam żadnych żyjących krewnych - odrzekł Trader.
- Naprawdę nikogo?
- Przed laty żyli chyba jacyś dalecy krewni mego ojca. Ale po rodzinnej
kłótni doszło do zerwania wszelkich kontaktów. Nie wiem nawet, jak się
nazywali ani gdzie ich szukać.
- Ach tak. - Pułkownik spróbował z innej strony. - Pan i Farley nie
kończyliście tej samej szkoły, prawda?
- Nie, sir. Ja uczęszczałem do Charterhouse.
- Dobra, stara szkoła. - Pułkownik upił łyk wina. Oczywiście nie to co
Harrow, gdzie uczył się on sam i obaj Farleyowie.
- Trader ocalił mi życie - wtrącił Charlie z nadzieją w głosie.
Pułkownik obrzucił go przelotnym spojrzeniem. Obaj wiedzieli, że Charlie
już mu o tym wspominał. Pułkownik nie chciał jednak dawać satysfakcji
ciemnowłosemu nieznajomemu.
- Miło mi to słyszeć - rzekł z lekkim skinieniem głowy. - Jeśli kiedyś
zjemy razem obiad - rzucił niezobowiązująco w kierunku Tradera - będzie
musiał mi pan wszystko dokładnie opowiedzieć.
* * *
Przed deserem uprzątnięto obrus, a pułkownik puścił w obieg karafkę
porto. Dobrze podjedli. Jeśli nawet podczas posiłku pułkownik nie
zwracał się wprost do Tradera, spoglądając przy tym z życzliwością na
Charliego, można to było uznać za objaw roztargnienia. Teraz jednak
wyglądał, jakby coś go gryzło.
- Powiedz mi, mój chłopcze, ta wasza agencja... Rattrays... - Nachylił się
do Charliego na tyle, żeby dać wyraz swemu zatroskaniu. - Są godni
zaufania?
- Całkowicie, sir. Pełne bezpieczeństwo finansowe. - Charlie się
uśmiechnął. - Ojciec zadał mi to samo pytanie. Po ostatnim krachu, sir,
w Rattrays stawiamy teraz na umiarkowanie.
- Znakomicie. - Pułkownik skinął głową. Zaledwie dwa lata minęły od
upadku wielkiego domu handlowego Palmers, który stał się ofiarą
nadmiernej chciwości i zadłużenia, prześladujących okresowo każdy rynek
na podobieństwo zarazy. Jego bankructwo pociągnęło na dno większość
pośredników w Kalkucie, doprowadzając do ruiny liczne wdowy i sieroty. -
Oczywiście - przyznał nad szklaneczką porto - w minionym wieku część
nababów z Kompanii Wschodnioindyjskiej raptem w kilka lat dorobiła się
olbrzymich fortun. - Jego spojrzenie stało się nieobecne, sugerując, że
nawet tak dzielny żołnierz jak on nie pogardziłby dodatkowym zastrzykiem
gotówki w postaci stu tysięcy funtów, gdyby łaskawym zrządzeniem losu
nadarzyła się taka okazja.
- Obecnie szansę na szybkie wzbogacenie się mają tylko ci, sir - rzekł
Charlie - którzy podróżują do Kantonu i handlują z Chińczykami.
- Tak słyszałem. To chyba dość szemrane interesy - dodał ciszej
pułkownik.
- My w każdym razie ich nie prowadzimy - zapewnił go Charlie, dzięki
czemu zasłużył na pełne aprobaty skinienie.
Milczący uprzejmie od dłuższego czasu John Trader postanowił wreszcie
przemówić.
- Żałuję, że nie pochwala pan handlu z Chinami, sir - odezwał się. -
Wszak mówimy tu o herbacie, prawda? - Czy w jego głosie dało się słyszeć
ledwie wyczuwalną groźbę?
- O herbacie. Naturalnie. - Pułkownik odchrząknął.
- Brytyjczycy piją herbatę importowaną z Chin, ponieważ rośnie ona w zasadzie tylko tam. Handel nią jest opodatkowany, a podatek herbaciany
pokrywa większość bieżących wydatków brytyjskiej marynarki.
- Niewiele wiem na ten temat - mruknął pułkownik.
- Zatem to nie herbata budzi pański sprzeciw, sir - ciągnął Trader. -
Może chodzi raczej o opium, które dostarczamy Chińczykom w zamian za
herbatę?
- Śmiem twierdzić, że od Chińczyków zależy, co od nas kupują - oznajmił
pułkownik Lomond i wymownym spojrzeniem dał znać Charliemu, iż ma dość
tej rozmowy.
- Tradycyjna angielska filiżanka herbaty - wtrącił pogodnie Charlie. -
Nie do uwierzenia, ile się jej pije. Wszak rzecz nie w tym, że
ktokolwiek naprawdę potrzebuje herbaty, a jednak nie potrafimy się bez
niej obejść i z roku na rok pijemy jej coraz więcej. - Posłał Traderowi
ostrzegawcze spojrzenie. - W istocie płacimy za nią srebrem. - Zwrócił
się do pułkownika. - Obawiam się, sir, że na nas już czas. Praca czeka i tak dalej.
- Naturalnie, drogi chłopcze. Zawsze miło mi ciebie widzieć - odparł z wdzięcznością Lomond.
- Mamy tu do czynienia z trójkątem handlowym - ciągnął Trader cicho,
lecz nieubłaganie. - Opium trafia do chińskich handlarzy przez naszych
pośredników w Kantonie. Chińczycy płacą za nie w srebrze. Za to srebro
pośrednicy kupują herbatę. Skąd jednak pochodzi opium? Z Indii, a głównie z Bengalu. Za jego uprawami stoi Kompania Wschodnioindyjska. Czy
nie tak, sir?
Pułkownik Lomond nie odpowiedział. Wstał od stołu i ująwszy Charliego po
przyjacielsku za ramię - jednak w taki sposób, że Trader był zmuszony za
nimi podążyć - odprowadził ich do wyjścia.
Chwilę później schodzili razem po schodach wiodących do klubu i zapewne
rozstaliby się na ulicy, gdyby nie przeszkodził im w tym okrzyk: "Papo!"
- który dobiegł z krytego powozu, jadącego bulwarem. Podróżowała nim
młoda dama z parasolką, cała w jedwabiach, w towarzystwie swej matki,
służącego, woźnicy oraz forysiów. Powóz zatrzymał się przy nich.
- Dzień dobry, papo - odezwała się Agnes Lomond. - Ufam, że lunch się
udał.
Pułkownika Lomonda zaskoczyło to nagłe spotkanie, lecz zwrócił się do
córki z uśmiechem, rzucając zarazem żonie ostrzegawcze spojrzenie, które
owa dama w lot pochwyciła.
- Oczywiście znacie obie młodego Farleya - rzekł jowialnie, gdy kobiety
witały się z Charliem. - To zaś - dodał jakby od niechcenia, wskazując
Tradera ruchem ręki, która opadła w pół gestu - jest jego przyjaciel.
- John Trader - przedstawił się Trader i uśmiechnął uprzejmie do pani
Lomond, po czym przeniósł na jej córkę spojrzenie ciemnoniebieskich
oczu. A gdy to zrobił, już go od niej nie odrywał.
Agnes Lomond miała dwadzieścia lat i była damą. Inaczej nie sposób było
jej określić. Szczupła jak ojciec i nieco wyższa od matki - przystojnej,
postawnej matrony - miała twarz o cudownej, jasnej, nietkniętej słońcem
karnacji. Nos, zbyt długi, aby można ją uznać za piękność, podkreślał
jej arystokratyczny wygląd. Innych cech charakteru nie sposób było
ocenić.
Może sprawiła to jej rezerwa, kasztanowe włosy albo fakt, że była dla
niego nieosiągalna pod względem towarzyskim - a może raczej jej
ciemnoorzechowe oczy albo głębokie pragnienie, aby wykraść ją ojcu -
dość, że John Trader rozdziawił usta i jak w transie wpatrywał się w Agnes Lomond.
Jej matka natychmiast zainterweniowała.
- Zabierzesz się z nami? - zwróciła się do męża, który czym prędzej
wsiadł do powozu. - Nie chcemy odciągać pana i pańskiego przyjaciela od
pracy, panie Farley. - Skinęła głową Charliemu, który odkłonił się jej,
gdy powóz ruszał.
Trader zapomniał o ukłonie. Stał tylko i patrzył.
* * *
Czerwone słońce ponownie zbliżyło się do horyzontu, gdy Jiang Shi-Rong,
wyłoniwszy się z sosnowego lasu, przez który biegł stary gościniec,
ujrzał przed sobą miasto. Wysoko w górze, niczym żebra jakiegoś
olbrzyma, niebo przecinały ciemne pasma chmur, zabarwione pomarańczową
poświatą zachodzącego słońca. Jak zawsze na widok tych potężnych murów,
wież i rozległych, zakrzywionych dachów z połyskliwych płytek zaparło mu
dech w piersiach.
Pekin. Coś wspaniałego.
Ale czy to naprawdę było jego miasto?
Jiang wiedział, że trzy tysiące lat wcześniej ci, których nazywają ludem
Hanów - jego ludem - zbudowali w tym miejscu okolone murami miasto, lecz
przed pięciuset laty Kubilaj-chan, wnuk Czyngis-chana, wielkiego
mongolskiego zdobywcy, obwołał się władcą Chin i wzniósłszy wśród
stepów, na swoich letnich terenach łowieckich, bajkowe Xanadu, wybrał
ową północną siedzibę na swoją chińską stolicę.
Jednak już po niespełna stu latach wywodząca się z rodzimego ludu Hanów
czcigodna dynastia Ming zdołała przepędzić Mongołów i umocnić Wielki
Mur, tak aby odstraszał ewentualnych najeźdźców. Zachowali wszakże dawną
stolicę Kubilaja i przez trzy stulecia rządzili Chinami.
Był to zaiste złoty wiek, w którym kwitły literatura i sztuka. Chińscy
uczeni wydrukowali największą encyklopedię ziołolecznictwa, jaką widział
świat, chińska flota zapuszczała się na zachód aż do Afryki, a porcelana
dynastii Ming stanowiła przedmiot zazdrości innych narodów.
Lecz i ta światła epoka w pewnym momencie dobiegła końca. Schemat był
ten sam, co po tylekroć wcześniej w dziejach Chin: stopniowy upadek i osłabienie cesarza; bunt wieśniaków; ambitny, żądny władzy generał. W tym konkretnym wypadku doszli jeszcze potężni najeźdźcy z północy,
Mandżurowie - zjednoczone klany przybyłe z nieprzebranych lasów i rozległych równin na północny wschód od Wielkiego Muru.
W skład ich wojsk wchodziły wielkie kompanie zwane chorągwiami, a każdej
z nich przewodził książę lub zaufany wódz. Po tym, jak cesarstwo Ming
upadło i znalazło się pod mandżurskim jarzmem, wokół największych miast
cesarstwa wyrosły koszary, a chorążowie pozostali w nich na kolejne
stulecia.
Dumny chiński lud Hanów stał się narodem poddanym. Jego mężczyźni
zmuszeni byli nosić się jak Mandżurowie: golić włosy nad czołem, a resztę zaplatać w długi, pojedynczy warkocz - cienki jak mysi ogonek -
który zwisał im aż na plecy.
Chińczycy co prawda ulegli, jednak ich kultura wciąż żyła. Mandżurowie
byli oczywiście dumni ze swojej bohaterskiej przeszłości, lecz gdy tylko
wzięli we władanie wielkie chińskie miasta, pałace i świątynie, ich
dynastia przyjęła chińską nazwę - Qing, albo Ch'ing - a rządy nie
różniły się w zasadzie od rządów poprzednich cesarzy. Składali oni
rytualne ofiary bogom, a niektórzy stali się wręcz znawcami chińskiej
literatury.
Jiang był im winien posłuszeństwo. Mimo to, podobnie jak wielu chińskich
Hanów, nadal czuł, że to on i jego lud są prawdziwymi dziedzicami
tysiącletniej chińskiej kultury i że powinien stać wyżej od tych, którym
obecnie służył.
Potężny zewnętrzny mur miasta ciągnął się na cztery mile ze wschodu na
zachód, pośrodku zaś tkwiła wielka brama. Za murem po prawej stronie,
wysoko ponad okoliczne zabudowania, wznosiła się przypominająca wielki
bęben pagoda Świątyni Niebios, gdzie cesarz odprawiał tradycyjne
ceremonie, błagając bogów o pomyślne zbiory. W gasnącej czerwieni nieba
niebieskie płytki na trzech kondygnacjach świątynnego dachu przybrały
odcień indygo.
Przekroczywszy bramę, ruszył wraz z Wongiem drogą biegnącą przez kolejne
dwie mile groblą na północ, w kierunku jeszcze bardziej imponujących
fortyfikacji Wewnętrznego Miasta, które zajmowało powierzchnię czterech
mil kwadratowych. Chronił je wewnętrzny mur na planie zbliżonym do
kwadratu, z wysoką wieżą strażniczą w każdym narożniku.
Zmierzchało, gdy wjechali do miasta, minąwszy strażników chorągwi w ich
mandżurskich czapkach, kaftanach i wysokich butach. Kramy po obu
stronach szerokiej ulicy właśnie się zamykały, sprzedawcy zdejmowali
szyldy na noc. Pochyleni nad swoimi szuflami śmieciarze - kilku w kapeluszach z szerokim rondem, większość w ściśle przylegających do
głowy małych, okrągłych czapeczkach - zgarniali gnój do wielkich
glinianych naczyń. W powietrzu unosiła się woń łajna zmieszana z zapachami soi i żeń-szenia.
Jednak Wewnętrzne Miasto nie stanowiło bynajmniej serca Pekinu. W jego
obrębie, za potężną bramą Niebiańskiego Spokoju Tiananmen, znajdowała
się kolejna otoczona murami twierdza, czyli Cesarskie Miasto, gdzie za
murami w kolorze purpury, oddzielone fosą i ukryte przed wzrokiem
większości mieszkańców, lśniły złote dachy Zakazanego Miasta,
najświętszego miejsca wszystkich Chińczyków. Tam, w rozległym pałacu,
mieszkał sam władca Niebios: cesarz.
Tego wieczoru ich celem była północno-wschodnia dzielnica Wewnętrznego
Miasta, gdzie w cichej uliczce, w przyjemnym domu nieopodal małej
świątyni, mieszkał uczony pan Wen. Utrudzony Jiang marzył już tylko o odpoczynku.
Ledwie jednak wjechali na niewielki dziedziniec, starzec wybiegł im na
spotkanie.
- Nareszcie! - wykrzyknął. - Musisz natychmiast udać się do szlachetnego
pana Lina. Jutro wyrusza w drogę, lecz jeśli zaraz tam pójdziesz,
zdążysz się z nim dziś wieczorem zobaczyć. Prędko. - Wcisnął Jiangowi w dłoń wypisaną przepustkę do Cesarskiego Miasta. - Wong cię zaprowadzi -
dodał. - Zna drogę.
Poszli pieszo nie przez Bramę Tiananmen, ale mniejszą furtę we wschodnim
murze i wkrótce dotarli do wystawnego cesarskiego domu gościnnego o rozłożystym dachu, w którym zatrzymał się szlachetny Lin. Kilka minut
później Shi-Rong znalazł się w niedużej sali, gdzie na szerokim,
rzeźbionym fotelu z palisandru siedział człowiek, z którym miał się
spotkać.
Na pierwszy rzut oka wyglądał zgoła przeciętnie - w tłumie krępych
mandarynów w średnim wieku niczym by się nie wyróżniał. Miał siwiejącą,
spiczastą bródkę i szeroko rozstawione oczy. Zważywszy na jego osławioną
srogość, Jiang spodziewał się, że wysoki komisarz będzie miał wąskie,
zaciśnięte usta, lecz jego wargi okazały się raczej pełne.
Miał w sobie dostojeństwo i wielki spokój; można by go wziąć za opata
klasztoru.
Jiang ukłonił mu się.
- Wybrałem już młodzieńca, który miał dołączyć do mego orszaku jako
sekretarz - przemówił cicho szlachetny Lin bez żadnych wstępów -
jednakże zachorował. Czekałem, aż wyzdrowieje, ale pogorszyło mu się.
Tymczasem otrzymałem list od uczonego pana Wena, którego darzę
zaufaniem. Uznałem to za znak. Pisze o panu różne rzeczy, jedne
pochlebne, inne trochę mniej.
- Wysoki komisarzu, stojący tu pokorny sługa poczytuje sobie za wielki
zaszczyt, że jego nauczyciel, pan Wen, o nim pomyślał. Nic nie
wiedziałem o tym liście - wyznał Jiang - lecz opinia pana Wena jest
zawsze sprawiedliwa.
Lekkie skinienie głowy świadczyło o tym, że jego odpowiedź zadowoliła
rozmówcę.
- Poinformował mnie również, że wyruszył pan w odwiedziny do swego
umierającego ojca.
- Jak rzecze Konfucjusz: "szanuj ojca swego", wysoki komisarzu.
W całych Dialogach konfucjańskich nie było ważniejszego przesłania.
- I ojców ojca twego - dodał cicho pan Lin. - Dlatego nie śmiałbym panu
przeszkodzić w wypełnieniu tego obowiązku. Wezwałem pana tutaj w ważnej
sprawie, a moja misja została mi powierzona przez samego cesarza. -
Umilkł. - Najpierw muszę jednak pana lepiej poznać. - Spojrzał surowo na
młodzieńca. - Imię Shi-Rong oznacza "naukowe zaszczyty". Ojciec
najwyraźniej wiąże z panem duże nadzieje. Nie zdał pan jednak swoich
egzaminów.
- Było tak, jak rzekłeś, panie. - Jiang zwiesił głowę.
- Dlaczego? Czy przykładał się pan jak trzeba?
- Tak sądziłem. Jest mi bardzo wstyd.
- Pański ojciec zdał swój egzamin urzędniczy za pierwszym razem. Pragnął
pan okazać się lepszy od niego?
- Nie, ekscelencjo. Świadczyłoby to o moim braku szacunku. Czułem
jednak, że go zawiodłem, a chciałem tylko sprawić mu radość.
- Jest pan jego jedynym synem? - Lin spojrzał ostro na Jianga, a gdy
młody człowiek przytaknął, zauważył: - To ciężkie brzemię. Czy egzaminy
budziły w panu lęk?
- Tak, wysoki komisarzu.
Mało powiedziane: podróż do stolicy, rząd ciasnych komórek, w których na
całe trzy dni trwania egzaminu zamykano wszystkich kandydatów... Mówiło
się, że jeśli któryś z nich umarł w trakcie pisania, zwłoki zawijano w całun i zrzucano z murów miejskich.
- Niektórzy kandydaci przemycają na egzamin dokumenty. Oszukują. Pan
także?
Jiang drgnął. Zanim zdołał się opanować, na jego twarz wypłynął
rumieniec gniewu i dumy. Zaraz też schylił z szacunkiem głowę i dopiero
po chwili odważył się znów podnieść wzrok.
- Sługa wasz tak nie uczynił, panie.
- Kariera pańskiego ojca była udana, choć skromna. Nie dorobił się
majątku na starość. - Lin znowu umilkł i przyglądał się Jiangowi, który
nie wiedział, co ma o tym myśleć. Przypomniawszy sobie jednak osławioną
surowość wysokiego komisarza i sztywne zasady moralności, jakimi się
kierował w swoim postępowaniu, odparł zgodnie z prawdą:
- Ekscelencjo, wierzę, że ojciec mój nigdy w życiu nie przyjął łapówki.
- Gdyby przyjął - odrzekł starszy mężczyzna - nie byłoby pana tutaj. -
Znów przyjrzał mu się z namysłem. - Miarą naszej wartości są nie tylko
nasze zwycięstwa, ale i wytrwałość, młodzieńcze. Gdy upadamy, dwakroć
bardziej musimy się starać. Ja także za pierwszym razem nie zdałem
egzaminów urzędniczych. Wiedział pan o tym?
- Nie, panie.
- Zgłosiłem się do nich ponownie i znowu nie zdałem. Dopiero za trzecim
razem. - Pozwolił swoim słowom wybrzmieć i podjął surowo: - Jeżeli
uczynię pana swoim sekretarzem, będzie pan musiał być silny. I ciężko
pracować. Jeżeli poniesie pan porażkę, wyciągnie pan z niej wnioski i następnym razem lepiej się spisze. Nigdy się pan nie podda. Zrozumiano?
- Tak, ekscelencjo.
- Według pana Wena za drugim podejściem zda pan egzaminy. Ale najpierw
powinien pan popracować dla mnie. Zgadza się pan na to?
- Tak, ekscelencjo.
- Dobrze. - Lin skinął głową. - Proszę mi zatem powiedzieć, co pan wie
na temat opium.
- Ci, których na nie stać, lubią je palić - odrzekł Jiang. - Szybko się
jednak uzależniają i tracą cały swój majątek. Chorują. Decyzją cesarza
opium jest nielegalne. - Umilkł niepewny, czy ośmieli się powiedzieć
prawdę. - Lecz najwyraźniej wszyscy mają do niego łatwy dostęp.
- Zgadza się. W ostatnim pokoleniu handel opium wzrósł
dziesięciokrotnie. Podobnie jak liczba uzależnionych, którzy z powodu
swego nałogu stają się bezużyteczni, staczają się w ubóstwo... Rujnują
się, giną... To wszystko jest straszne. Ludzie nie są w stanie płacić
podatków, a srebro wypływa z cesarstwa szerokim strumieniem jako zapłata
za opium.
- Część opium uprawia się w Chinach, jak sądzę.
- To również się zgadza. Przeważająca większość dociera jednak spoza
naszych granic. Chińscy przemytnicy kupują opium od barbarzyńskich
piratów. Cóż zatem możemy zrobić?
Czyżby oczekiwał odpowiedzi na swoje pytanie?
- Sługa wasz słyszał, ekscelencjo, że można ludzi z tego nałogu leczyć.
- Staramy się to czynić, ale nie zawsze się udaje. W związku z tym
cesarz upoważnił mnie do poczynienia niezbędnych kroków. Przemytnicy
zostaną straceni. Jakie inne problemy pan przewiduje? - Przyjrzawszy się
młodzieńcowi, dostrzegł jego skrępowanie. - Pracuje pan teraz dla mnie.
Ma pan być ze mną szczery.
Shi-Rong nabrał powietrza.
- Słyszałem, ekscelencjo - choć mam nadzieję, że to nieprawda - że
przemytnicy opłacają miejscowe władze na wybrzeżu, aby przymykały oko na
ich proceder.
- Wyłapiemy ich i ukarzemy. Śmiercią, jeśli to będzie konieczne.
- Ach. - Jiang zaczął przeczuwać, że czekające go zadanie nie będzie
łatwe. Odmówić przyjmowania łapówek to jedno, ale narazić się na wrogość
połowy urzędników na wybrzeżu to coś zgoła innego. Nie wróżyło to dobrze
jego karierze.
- Poza cesarzem i mną nie będzie miał pan wielu przyjaciół, młodzieńcze.
Shi-Rong zwiesił głowę. Rozważał, czy nie mógłby udać nagłej choroby -
jak zapewne (teraz to do niego dotarło) uczynił jego poprzednik
ubiegający się o to stanowisko. Nie, to raczej wykluczone.
- Sługa wasz jest wielce zaszczycony. - I chociaż czuł, że ogarnia go
paraliżujący strach, ciekawość kazała mu zadać jeszcze jedno pytanie. -
Jak zamierzacie rozprawić się z piratami, ekscelencjo? Z zamorskimi
barbarzyńcami.
- Jeszcze nie postanowiłem. Przekonamy się o tym, gdy dotrzemy na
wybrzeże.
Shi-Rong ponownie skłonił głowę.
- Mam jedną prośbę, komisarzu. Czy mogę zobaczyć się z ojcem?
- Niech pan zaraz do niego jedzie i pochowa go albo się z nim pożegna.
Na pewno uraduje go wiadomość, że otrzymał pan tak zaszczytne
stanowisko. Ale nie może pan długo tam zabawić. Choćby poczucie
obowiązku kazało panu zostać i go opłakiwać, ma pan niezwłocznie udać
się na wybrzeże. Proszę to potraktować jak rozkaz samego cesarza.
Gdy wracali z Wongiem do domu pana Wena, Shi-Rong nie wiedział, co ma o tym wszystkim sądzić. Jednego był pewien: musi się wyspać i o świcie
znów wyruszyć w drogę.
Nazajutrz zdumiał się, widząc Wonga w siodle, gotowego mu towarzyszyć.
- Pojedzie z tobą aż do Zhengzhou - oznajmił mu pan Wen. - W drodze
musisz poćwiczyć swój kantoński.
Jego stary nauczyciel pomyślał o wszystkim.
* * *
Wieczorem Mei-Ling cała trzęsła się ze strachu, choć nikt nie powiedział
jej złego słowa - jeszcze nie. Wykonała wszystkie polecenia teściowej, a gdy po południu starsza kobieta udała się do sąsiadki, Mei-Ling nieco
odetchnęła. Mężczyźni spędzili ten czas w bambusowym zagajniku na
wzgórzu. Wierzba odpoczywała, do czego - zważywszy na jej stan i status
rodziny - miała pełne prawo. Mei-Ling została więc sama ze swoimi
myślami.
Czy jej siostra Wierzba dotrzymała tajemnicy? A może teściowa już
słyszała o porannych odwiedzinach Nio? Zwykle wiedziała o wszystkim, co
się wokół działo. Może szykowała dla Mei-Ling jakąś karę?
Martwiła się także jutrzejszym dniem i przeklinała własną głupotę.
Dlaczego obiecała Nio, że się z nim spotka? Kochała go, oczywiście. Był
jej Braciszkiem. Ale co ją opętało? Nawet nie omówiła tego z mężem -
mężem, którego kochała przecież bardziej niż Braciszka. Lecz nawet on
nie obroniłby jej przed Matką. Żadna Chinka nie ośmieliłaby się
sprzeciwić swojej teściowej.
Nie powinna nigdzie iść. Wiedziała o tym. Nio to zrozumie. Ale przecież
dała mu słowo. Co prawda była biedna, szczyciła się jednak tym, że nigdy
nie złamała raz danego słowa. Może właśnie dlatego, że w wiosce nie
liczono się szczególnie ani z nią, ani z jej rodziną, już jako mała
dziewczynka zawsze stawiała sobie za punkt honoru, aby dotrzymywać
obietnic. To napawało ją dumą.
Jak zresztą miałaby tego dokonać? Nawet gdyby wymknęła się
niepostrzeżenie, jakie były szanse, że nikt nie zauważy jej
nieobecności? W najlepszym razie nikłe. I co wtedy? Z pewnością nie
uniknęłaby surowej kary.
Możliwe, że istniał pewien sposób, ale... Sęk w tym, że nie miała
pewności, czy jej plan się powiedzie.
Wieczór był początkowo całkiem udany. Do rodziny jej męża należały
najlepsze gospodarstwa we wsi. Za głównym dziedzińcem znajdowało się
duże centralne pomieszczenie, w którym wszyscy jak co dzień się
zgromadzili.
Naprzeciwko Mei-Ling, na szerokiej ławie, siedziała Wierzba ze swoim
mężem, Starszym Synem. Oboje zdawali się czuć całkiem swobodnie pod
spojrzeniem teściowej. Starszy Syn - kościsty, o niedomytych po pracy
rękach, które w zestawieniu z delikatnymi dłońmi Wierzby wydawały się
sękate i spracowane - spokojnie popijał ryżowe wino huangjiu, od czasu
do czasu wymieniając uwagi z żoną. Gdy oczy Wierzby i Mei-Ling się
spotkały, na twarzy szwagierki nie dostrzegła cienia poczucia winy z powodu tego, że z sobą spiskowały. Szczęściara; wychowano ją tak, aby
nie okazywała żadnych emocji.
Mei-Ling siedziała na ławie obok Młodszego Syna. Sam na sam byli zwykle
rozmowni, mieli jednak dość rozsądku, aby teraz milczeć. Gdyby zaczęli
gawędzić, jego matka uciszyłaby ich apodyktycznym stwierdzeniem: "Za
dużo rozmawiasz ze swoją żoną, Młodszy Synu". Z miejsca, gdzie
siedziała, nie mogła jednak dostrzec, że Mei-Ling dyskretnie dotyka
mężowskiej dłoni.
W ich rodzinie Młodszy Syn uchodził za głupca. Pracowity, niższy od
starszego brata i zawsze zadowolony z życia, zasłużył na przydomek
"Wesołek", sugerujący pewną prostoduszność. Ale Mei-Ling dobrze go
znała. Z pewnością brakowało mu ambicji i światowego obycia - w przeciwnym razie nigdy by się z nią nie ożenił. Inteligencją dorównywał
jednak wszystkim pozostałym. Był też dobrym człowiekiem; od ich ślubu
upłynęło zaledwie pół roku, a ona już go pokochała.
Odkąd wrócił do domu, nie miała okazji opowiedzieć mu o odwiedzinach
Nio. Była pewna, że mąż błagałby ją, aby została w domu i nie narażała
się rodzinie. Cóż więc powinna zrobić? Wymknąć się o świcie, o niczym mu
nie mówiąc?
W głębi dużej izby stary pan Lung grał z trzema sąsiadami w madżonga.
Teścia Mei-Ling cechował niczym niezmącony spokój. Ze swoją siwą bródką,
w okrągłej czapeczce na głowie i z opadającym na plecy długim, cienkim
warkoczem przypominał pogodnego mędrca. Jako ojciec dwóch dorosłych
synów mógł się śmiało wycofać z aktywnego życia, przenosząc na nich
większość najcięższych obowiązków, mimo to wciąż nadzorował pola i osobiście pobierał należne opłaty za dzierżawę. Obchodząc kolejne
gospodarstwa, rozdawał dzieciom słodycze, ale jeśli ich rodzice byli mu
coś dłużni, nie odchodził, dopóki nie odzyskał swoich pieniędzy.
Niewiele mówił, a gdy już się odzywał, to zwykle po to, aby dać innym do
zrozumienia, że jest zamożniejszy i mądrzejszy od swoich sąsiadów.
- Pewien kupiec powiedział mi kiedyś - zauważył - że widział komplet do
gry w madżonga z kamieniami wykonanymi z kości słoniowej. - Jego zestaw
był zrobiony z bambusa. Biedacy grali w madżonga kartami.
- Och, panie Lung - odezwał się uprzejmie jeden z sąsiadów - czy kupi
pan taki komplet z kości słoniowej? Byłby bardzo szykowny.
- Możliwe. Do tej pory jednak nigdy takiego nie widziałem.
Gra toczyła się dalej. Jego żona obserwowała ich w milczeniu z pobliskiego krzesła. Gładko zaczesane do góry i ciasno upięte włosy
podkreślały jej wysokie kości policzkowe. Twardym spojrzeniem śledziła
rozgrywkę, a wyraz jej twarzy zdawał się mówić, że gdyby to ona grała,
szłoby jej znacznie lepiej.
Po pewnym czasie zwróciła się ku Mei-Ling.
- Widziałam dziś na ulicy twoją matkę. - Spojrzała wrogo na dziewczynę.
- Był z nią jakiś chłopak. Z ludu Hakka. - Urwała. - Twoja matka jest
Hakka - dodała nieżyczliwie.
- To jej matka pochodziła z Hakka - odparła Mei-Ling. - Ona jest tylko w połowie Hakka.
- Ty zaś jesteś pierwszą Hakka w naszej rodzinie - stwierdziła lodowato
teściowa.
Mei-Ling spuściła wzrok. Przekaz był jasny: teściowa chciała dać jej do
zrozumienia, że wie o odwiedzinach Nio i czeka, aż Mei-Ling sama się
przyzna. Czy powinna to uczynić? Wiedziała, że tak byłoby najlepiej.
Zapłonął w niej jednak nieśmiały płomyczek buntu, więc uparcie milczała.
Teściowa przyjrzała jej się bacznie.
- Na południu Chin żyje wiele plemion - ogłosił wszem wobec pan Lung,
odrywając wzrok od gry. - Hanowie najechali je i podbili. Lecz Hakka są
inni. To odłam Hanów i tak jak oni przybyli tutaj z północy. Mają własne
obyczaje, ale dla Hanów są jak kuzyni.
Matka nie odpowiedziała. Choć rządziła całym domem, nie mogła się
spierać z głową rodziny. Przynajmniej nie przy świadkach.
- Też to słyszałem, panie Lung - przyklasnął mu jeden z sąsiadów.
- Hakka są odważni - ciągnął pan Lung. - Żyją w dużych, okrągłych
chatach. Ludzie mówią, że mieszali się z plemionami ze stepów poza
Wielkim Murem, na przykład z Mandżurami. Dlatego nawet bogaci Hakka nie
krępują stóp swoich kobiet.
- Podobno są bardzo niezależni - dodał sąsiad.
- Same z nimi kłopoty! - krzyknęła niespodziewanie teściowa na Mei-Ling.
- Ten Nio, którego nazywasz swoim Braciszkiem, to nicpoń. Przestępca. -
Przerwała dla nabrania tchu. - Z rodziny matki twojej matki. Nawet nie
jest twoim krewnym. - Rzeczywiście, z perspektywy chińskich Hanów, osób
spokrewnionych po kądzieli nie traktowano jak członków rodziny.
- Nio nie złamał chyba żadnego prawa, Matko - odezwała się cicho
Mei-Ling. Musiała go bronić.
Starsza kobieta nie raczyła jej odpowiedzieć. Zwróciła się za to do
swego młodszego syna:
- Widzisz, do czego doprowadziłeś? Małżeństwo to nie zabawa. Dlatego to
rodzice wybierają synowi przyszłą żonę. Z innej wioski, z innego rodu,
bogatą dla bogatego, biedną dla biednego. Inaczej są z tego same
kłopoty. Znasz to powiedzenie: drzwi w całym domu powinny do siebie
pasować. Ale nie, ty się uparłeś. Swatka znalazła ci odpowiednią
kandydatkę. Nasze rodziny się dogadały. A wtedy ni z tego, ni z owego
sprzeciwiłeś się własnemu ojcu. Okryłeś nas hańbą, oznajmiając, że
zamierzasz poślubić tę dziewczynę. - Obrzuciła Mei-Ling wściekłym
spojrzeniem. - Tę oto ślicznotkę.
"Ślicznotkę"; zabrzmiało to niemal jak zarzut. Każda chłopska rodzina,
nawet tak znacząca jak Lungowie, wierzyła w stare porzekadło: "Brzydka
żona to skarb dla domu". Bogacz mógł sobie wziąć ładną dziewczynę na
konkubinę, ale uczciwy wieśniak powinien pragnąć żony, która będzie
robotna i zajmie się nim oraz jego rodzicami. Ślicznotki były
podejrzane; mogły się okazać zbyt próżne, żeby ciężko pracować, a co
gorsza, mogły się stać obiektem pożądania innych mężczyzn.
Ogólnie rzecz biorąc, cała wieś uznała, że postępek Młodszego Syna
dowodzi jego głupoty.
- Ona jest z innego rodu - wtrącił teraz grzecznie.
- Rodu? W tej wsi żyje pięć rodów. Wybrałeś najmniej znaczącą i najbiedniejszą rodzinę. A jakby tego było mało, jej hakkańska babka była
konkubiną kupca. Wyrzucił ją, gdy przejeżdżał przez pobliskie
miasteczko. Zadała się tam z tynkarzem i mieli szczęście, że trafił się
ubogi wieśniak, gotów zaoferować ich córce dach nad głową. Zresztą
cieknący. Oto kim są rodzice twojej żony!
Podczas tej tyrady Mei-Ling siedziała ze spuszczoną głową. Choć słowa
teściowej ją zabolały, nie odczuwała wstydu. We wsi nie było tajemnic.
Wszyscy o wszystkim wiedzieli.
- Teraz zaś - zakończyła teściowa - chce nam sprowadzać do domu
przestępców. A ty tylko siedzisz i się uśmiechasz. Nie dziwota, że
ludzie mają cię za durnia.
Mei-Ling zerknęła na męża. Siedział bez ruchu i milczał, a na jego
wargach błąkał się spokojny, szczęśliwy uśmiech, który tak dobrze znała.
Był to jeden z powodów, dla których ludzie mieli go za prostaczka.
Uśmiech nie schodził z jego ust, gdy rodzice całymi tygodniami wściekali
się na niego za odmowę wzięcia za żonę wybranej przez nich panny.
Uśmiechał się nawet wtedy, gdy zagrozili, że wyrzucą go z domu.
I ostatecznie pokonał ich, zmęczył tym uśmiechem; Mei-Ling nie miała co
do tego wątpliwości. Pokonał ich, bo wbrew wszelkiemu rozsądkowi
zapragnął się z nią ożenić.
- Zaaranżowaliście korzystne małżeństwo mojemu starszemu bratu. Powinno
wam to wystarczyć - odparł cicho, ze spokojem.
Przez chwilę jego matka milczała. Wszyscy wiedzieli, że związek
Starszego Syna z Wierzbą będzie idealny, jak tylko synowa powije
męskiego potomka, ale nie wcześniej. Wzrok starszej kobiety spoczął na
Mei-Ling.
- Pewnego dnia ten twój Nio zostanie stracony. Im szybciej, tym lepiej.
Nie wolno ci się z nim widywać. Zrozumiałaś?
Wszyscy patrzyli na Mei-Ling. Nikt nic nie mówił.
- Madżong - oznajmił ze spokojem pan Lung, zgarniając pieniądze ze
stolika.
* * *
To Wierzba pierwsza spostrzegła sylwetkę przy wejściu i dała znak
teściowej, która natychmiast poderwała się na znak szacunku, a wraz z nią jej synowie z żonami.
Ich gość był starcem o pociągłej twarzy i długiej, białej jak śnieg
brodzie. Mrużył oczy ze starości, a ich skierowane w dół kąciki
sprawiały, że wyglądał, jakby spał. Nadal jednak pełnił funkcję
starszego wioski.
Pan Lung wyszedł mu na powitanie.
- To zaszczyt, żeście nas odwiedzili, panie.
Podano zieloną herbatę i przez kilka minut mężczyźni prowadzili
zwyczajową konwersację. Następnie starzec zwrócił się do gospodarza:
- Chcieliście mi coś pokazać, panie Lung.
- Istotnie. - Pan Lung wstał i zniknął za progiem. Na tyłach dużego
pomieszczenia znajdowała się alkowa z rozległą otomaną, na której mogły
swobodnie wypoczywać dwie osoby. Kobiety ustawiły przed nią niski
stolik. Gdy to zrobiły, wrócił pan Lung, niosąc swoje zdobycze,
starannie zawinięte w jedwab. Ostrożnie odwinął pierwszy przedmiot i podał go starcowi do obejrzenia, podczas gdy trzej sąsiedzi zbliżyli
się, żeby także popatrzeć.
- Kupiłem to przed miesiącem w Guangzhou - pochwalił się pan Lung. - W palarni opium mają takie same, zrobione z bambusa. Tę jednak nabyłem u handlarza.
Była to fajka do palenia opium. Długi cybuch wykonano z hebanu, a główkę
z brązu. Odcinek poniżej główki, znany jako kolanko, opasywała klamra z pięknie obrobionego srebra, ustnik zaś był z kości słoniowej. Ciemne
drewno lśniło delikatnie. Rozległy się pomruki podziwu.
- Mam nadzieję, że będzie wam odpowiadała, gdy zapalimy dzisiaj
wieczorem - rzekł pan Lung. - Jest przeznaczona dla moich honorowych
gości.
- Zapewne, zapewne - przytaknął starzec.
Pan Lung odpakował drugą fajkę i wszyscy aż zachłysnęli się z zachwytu.
Jej budowa była bardziej złożona: wewnętrzny bambusowy cybuch otaczała
miedziana rurka, szkliwiona w stylu kantońskim, pomalowana na zielono i ozdobiona wzorami w odcieniach błękitu, bieli i złota. Główkę pokryto
czerwoną glazurą; widniały na niej małe czarne nietoperze - chiński
symbol szczęścia. Ustnik wykonano z białego jadeitu.
- Ach... Bardzo kosztowny przedmiot. - Starszy wioski powiedział głośno
to, co wszyscy pomyśleli.
- Połóżcie się na otomanie, a ja przygotuję dla nas fajki - zaproponował
pan Lung.
Dla sąsiadów był to wyraźny sygnał do wyjścia. Palenie opium stanowiło
prywatny rytuał, a zaproszony do niego był jedynie starzec.
Pan Lung przyniósł tacę pokrytą laką, postawił ją na stoliku i począł
rozkładać niezbędne akcesoria z takim namaszczeniem, z jakim kobiety
przygotowują się do ceremonii parzenia herbaty. Była tam mosiężna lampka
oliwna ze szklanym kloszem, poza tym dwie igły, dwie spluwaczki,
ceramiczne naczynko w kształcie spodka i szklany słoiczek z opium, obok
którego leżała kościana łyżeczka.
Wziąwszy jedną z igieł, pan Lung przetkał nią główki obu fajek, aby
upewnić się, że są zupełnie czyste. Następnie zapalił mosiężną lampkę
oliwną i ujmując kościaną łyżeczkę kciukiem oraz palcem wskazującym,
wydobył ze słoiczka odrobinę opium i umieścił na ceramicznym naczynku,
po czym, posługując się łyżeczką oraz igłą, starannie utoczył z niego
kulkę wielkości ziarna grochu.
Teraz nadszedł czas, aby rozgrzać opium. Wymagało to sporego wyczucia i umiejętności. Pan Lung podniósł kulkę czubkiem igły i ostrożnie umieścił
nad lampą. Na oczach starszego wioski zwinięte niczym pączek kwiatu
opium zaczęło powoli pęcznieć, a jego kolor zmienił się z ciemnobrązowego na bursztynowy.
Mężczyźni obserwowali, jak kulka opium zaczyna się złocić; wówczas pan
Lung włożył ją do główki fajki starca. Ten umościł się na otomanie tak,
aby leżeć z głową nachyloną nad stolikiem i lampą. Gospodarz pokazał mu,
jak trzymać główkę fajki: blisko lampy, aby ciepło wydobywało opary ze
złocistego opium w środku, ale nie za blisko, żeby opium się nie
spaliło. Zaczekał, aż starzec zrobi co należy, a gdy udało mu się
zaciągnąć, zaczął przygotowywać fajkę dla siebie.
- Wiedzieliście, starcze, że opium zwiększa możliwości seksualne
mężczyzny? - zagadnął.
- Ach. To bardzo interesujące - odparł gość. - Bardzo.
- Chociaż wy przed dwoma laty straciliście żonę - zauważył gospodarz.
- Zawsze mogę sobie znaleźć nową - odparł starszy wioski. Jego twarz
zdążyła już przybrać rozanielony wyraz.
Teściowa i pozostali siedzieli w milczeniu na dziedzińcu. Trudno było
orzec, czy starsza kobieta pochwala palenie opium. Musiała je akceptować
jako oznakę statusu swojej rodziny; dzięki temu mieszkańcy wioski
jeszcze bardziej ją szanowali i jeszcze bardziej jej się bali.
* * *
Tego wieczoru Młodszy Syn był bardzo zmęczony. Dopóki się nie odezwał,
Mei-Ling sądziła, że śpi.
- Wiem, że kochasz Nio. Przepraszam cię za matkę - powiedział
nieoczekiwanie.
Zalała ją fala ulgi i przejęta do głębi zaczęła szeptać:
- Było mi tak ciężko na sercu, bo obiecałam się z nim zobaczyć, ale
teraz chyba nie mogę. Za nic nie chciałabym cię zdenerwować.
- Nie mam nic przeciwko twojemu spotkaniu z Nio. To matka jest temu
przeciwna. - Z oczu Mei-Ling popłynęły łzy, więc objął ją ramieniem.
Kiedy przestała płakać, spał już jak zabity.
Rankiem wszystko wydawało się możliwe. Zaraz po przebudzeniu Mei-Ling
wymknęła się na dziedziniec i na widok porannej mgły zrozumiała, co
powinna zrobić, albowiem to, co ujrzała, zerkając przez furtkę w stronę
stawu, w niczym nie przypominało wczorajszej mgiełki. Otaczał ją gęsty,
biały obłok. Nieprzenikniony. Wszechobecny. Jak czapka niewidka
podarowana jej przez bogów. Był to ten rodzaj mgły, w której, jeśli ktoś
był na tyle głupi, aby się w niej zanurzyć, raz-dwa można było stracić
orientację.
Miała zatem gotową wymówkę: wyszła z domu i zgubiła się. Poszła przed
siebie ścieżką i nie mogła trafić z powrotem. Kto zdoła dowieść, gdzie
naprawdę była? Nikt niczego nie zauważy.
Wróciła do izby. Jej kochany mąż nadal spał. Miała ochotę go pocałować,
lecz nie zrobiła tego z obawy, że go obudzi. Pod spód tuniki naciągnęła
szybko luźne rajtuzy, wsunęła stopy w drewniaki, chwyciła szal i wyśliznęła się na zewnątrz. Gdy przechodziła przez dziedziniec, z otomany dobiegło ją chrapanie starszego wioski. Najwyraźniej został u nich na noc. Drzwi do izby Wierzby były niedomknięte; czyżby szwagierka
ją podglądała? Mei-Ling miała nadzieję, że nie. Chwilę później znalazła
się za furtką i spowiła ją gęsta mgła.
Na szczęście dokładnie wiedziała, gdzie znajduje się mostek, bo inaczej
by go nie dostrzegła. Macając przed sobą na oślep, odnalazła w końcu
poręcz i ruszyła naprzód. Czuła zapach trzcin i mułu. Drewniane deski
skrzypiały pod jej stopami. Czy w domu mogli to usłyszeć?
Wreszcie zeszła z mostku na ścieżkę i skręciła w prawo. Z obu stron
górowały nad nią bambusowe zarośla - gęste, zielone. Nie widziała ich,
lecz krople wilgoci spadały miękko z liści na jej głowę, gdy wędrowała
wydeptaną dróżką biegnącą skrajem wioski. Poczuła bijący z ziemi ostry,
kwaśnawy zapach i już wiedziała - nie widząc go - że mija niewielki gaj
bananowców.
W tym samym momencie usłyszała za sobą dźwięk: ciche skrzypienie po
przeciwnej stronie stawu. Ktoś przechodził przez mostek. Zmroził ją
strach; czyżby Wierzba zauważyła, że wychodzi, i doniosła teściowej?
Przyspieszyła, potknęła się o korzeń i nieomal upadła; w ostatniej
chwili zdołała odzyskać równowagę. Jeżeli dotrze na miejsce spotkania,
zanim stara ją dogoni, zdąży ukryć się we mgle wraz z Nio. Wytężyła
słuch. Cisza. Matka musiała się zatrzymać albo jest już na ścieżce.
Ta zaś wznosiła się, aby na szczycie niedużego wzgórza, przy wjeździe do
wioski, połączyć się z drogą gruntową. Gdy Mei-Ling znalazła się na
głównym trakcie, dojrzała niewyraźny zarys małej kamiennej świątyni z drewnianą figurką przedstawiającą człowieka - choć jej zawsze bardziej
przypominała pokurczoną ze starości małpę. Pradawny założyciel wioski
wciąż chronił swój ród i całą osadę. Poprosiła go w duchu o błogosławieństwo, chociaż wątpiła, czy je otrzyma.
To tutaj miała się spotkać z Nio. Cicho zawołała go po imieniu.
Mgła przypominała gęsty, nisko zawieszony tuman, pokrywała pola ryżowe
za plecami dziewczyny i strumyk, gdzie mieszkały kaczki, kawałek dalej
na lewo. Mimo to Mei-Ling rozróżniała dachy chat przy drodze przed sobą,
a za nimi łagodne wzniesienie i dwa niewielkie grzbiety górskie -
miejscowi nazywali je Niebieskim Smokiem i Białym Tygrysem - które
niczym opiekuńcze ramiona z obu stron obejmowały wioskę.
Zwykle było to przyjemne miejsce. Latem osadę chłodziła bryza znad
morza; zimą niskie słońce ogrzewało ją łagodnie. Feng shui wioski -
wiatr i woda - było dobre, ale jeżeli Matka ją teraz przyłapie, rozpęta
się tu istne piekło. Niespokojnie próbowała przebić wzrokiem mgłę. Nie
mogła zbyt długo czekać.
Raz jeszcze zawołała Nio. Żadnej odpowiedzi. Jeśli chłopak wyszedł jej
na spotkanie, to nawet w tej mgle na wąskiej drodze nie mogłaby się z nim rozminąć. Mamrocząc przekleństwa, pospiesznie zawróciła do wioski.
Dom jej rodziców nie prezentował się zbyt okazale. W przeciwieństwie do
chat naprzeciwko nie miał dziedzińca z furtką od strony ulicy. Front
tworzyły zbite byle jak deski, w które wstawiono, nie całkiem pionowo,
stare drzwi od sąsiada, zabrane przed laty, gdy jego dom był rozbierany.
Zamiast otwierać się na ciemne wnętrze głównej izby, wyglądały one tak,
jakby miały lada moment wpaść do środka. Piętra właściwie nie było;
rodzice wdrapywali się po wewnętrznej drabinie na niski stryszek, gdzie
sypiali.
Mei-Ling dotarła do rozklekotanych drewnianych drzwi i pchnęła je.
- Nio! - wyszeptała zniecierpliwiona. - Nio!
Z mroku dobiegł ją najpierw szelest, a potem jego głos:
- To ty, Starsza Siostro?
- Oczywiście, że ja. Gdzie się podziewałeś?
- Nie myślałem, że przyjdziesz.
- Przecież ci obiecałam.
- Córko. - U szczytu drabiny ukazała się głowa ojca. - Wracaj do domu.
Nie powinnaś tutaj przychodzić. - Matka zawtórowała mu zaraz ze
stryszku: - Wracaj do siebie. Prędko, pospiesz się.
To przeważyło szalę.
Mei-Ling zamknęła za sobą drzwi.
- Jeżeli ktoś przyjdzie, mówcie, że mnie tu nie ma! - zawołała jeszcze
do rodziców.
Na tyłach domu znajdowało się podwórko. Gdy dziewczyna tam wyszła, Nio
wstał i wciągnął koszulę. Dołączył do niej zaraz, rozespany, gotów się
tłumaczyć.
- Nie sądziłem, że uda ci się wydostać - powiedział - a jeszcze ta mgła...
Mei-Ling spojrzała na niego ze smutkiem poprzez białawe, wilgotne opary.
- Więc uciekłeś z domu. Bliscy cię nie szukają?
- Nie. Powiedziałem ojcu, że chcę się z wami zobaczyć. Dał mi pieniądze
i podarek dla twoich rodziców. Uprzedziłem go, że trochę tutaj zostanę.
- Przecież nie chcesz wracać. Chodzi o twoją macochę? Źle cię traktuje?
- Nie, jest w porządku.
- Podobno masz młodsze rodzeństwo, brata i siostrę. Lubisz ich?
- Mogą być. - Speszył się, po czym wybuchnął: - Traktują mnie jak
dziecko.
- Dla rodziców zawsze pozostajemy dziećmi, Nio - odparła łagodnie.
Wiedziała jednak, że go nie przekona. Musiało dojść do jakiejś rodzinnej
kłótni, o której jej nie powiedział. A może ktoś go upokorzył? - Dokąd
więc pojedziesz? - spytała.
- Do wielkiego miasta. Do Guangzhou. - Uśmiechnął się. - Nauczyłaś mnie
mówić po kantońsku.
Guangzhou nad Rzeką Perłową, wielki port zwany przez cudzoziemców
Kantonem. Gdy Nio zjawił się u nich jako mały chłopiec, znał tylko język
ludu Hakka z wioski, w której mieszkał. Nikt go nie rozumiał. Wiele
miesięcy zajęło Mei-Ling nauczenie go kantońskiego dialektu, którym
posługiwano się w ich wiosce - prowincjonalnej odmiany języka, jakim
mówiono w wielkim mieście, ale przynajmniej zrozumiałej dla mieszkańców
metropolii. Jednak myśl o Braciszku błąkającym się samotnie po wielkim
porcie napełniła ją trwogą.
- Nikogo tam nie znasz, Nio. Zgubisz się. Nie jedź - poprosiła. - Co
zresztą miałbyś tam robić?
- Znajdę jakąś pracę. Może zostanę przemytnikiem. Zarobię dużo
pieniędzy.
Na wybrzeżu przy ujściu Rzeki Perłowej kwitł nielegalny handel rozmaitym
towarem. Ale to było niebezpieczne życie.
- Nie znasz żadnych przemytników - stwierdziła stanowczo. - Wszyscy
należą do gangów. Jeżeli zostaniesz schwytany, grozi ci egzekucja. - Nie
wiedziała co prawda zbyt wiele o gangach, ale coś niecoś słyszała.
- Znam różnych ludzi. - Nio uśmiechnął się półgębkiem, jakby skrywał
jakąś tajemnicę.
- Nieprawda.
Bo niby skąd miałby ich znać? Żachnęła się na samą myśl, lecz potem coś
jej zaświtało. Poprzedniego wieczoru teściowa nazwała go przestępcą.
Powiedziała to z wielkim przekonaniem. Nio zapewne rozpowiadał po wsi,
że uciekł z domu, co już samo w sobie było wystarczająco głupie, a może
wymknęło mu się coś więcej - jakaś kompromitująca informacja, która
dotarła do teściowej.
Przyjrzała się chłopcu. Przypuszczała, że chciał tylko pozować na
ważnego i tajemniczego, ale ta myśl jej nie uspokoiła. Czyżby poznał
kogoś, kto trudnił się przemytem? Możliwe. Czy ten ktoś wciągnął go do
gangu, kusząc obietnicami bogactwa i lepszego życia? Miała okropne
przeczucie, że Nio naraża się na wielkie niebezpieczeństwo.
- Przyznaj się, Nio - odezwała się stanowczo - mówiłeś we wsi o czymś,
przez co mogłeś się znaleźć na ludzkich językach?
Chłopak zawahał się, a jej ścisnęło się serce.
- Wdałem się w kłótnię - odparł. - Ale to ja miałem rację.
- Z kim?
- Z kilkoma mężczyznami.
- O co poszło?
Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią, po czym wybuchnął:
- Hanowie nie dorównują Hakka odwagą. W przeciwnym razie nie daliby się
zniewolić Mandżurom!
- Co ty wygadujesz?
- Mandżurscy cesarze zmuszają wszystkich do noszenia warkoczy na znak
poddaństwa. Ich rody żyją w dostatku, a Hanowie muszą na nich harować.
To hańba.
Mei-Ling patrzyła na niego przerażona. Czy chciał wylądować w więzieniu?
Naraz dotarła do niej straszliwa prawda.
- Nio, dołączyłeś do Białego Lotosu?
W Chinach istniało wiele stowarzyszeń, których członkami mogli być
wyłącznie mężczyźni - od szanowanych rad miejskich po grupy przestępcze
skupiające wszelkiej maści zabijaków. Uczeni zakładali towarzystwa
kulturalne, gdzie recytowano wiersze w świetle księżyca. Zamożni kupcy
tworzyli w miastach gildie i wznosili dla nich siedziby podobne do
pałaców. Rzemieślnicy zrzeszali się, żeby nawzajem się wspierać.
Były też tajne stowarzyszenia, takie jak Biały Lotos, liczące setki
tysięcy członków. Nikt ich nie znał i nie wiedział, co zamierzają. Ubogi
wieśniak albo uśmiechnięty sprzedawca mógł być za dnia kimś zupełnie
innym niż po zmroku. Bywało, że bojownicy Białego Lotosu podpalali domy
skorumpowanych urzędników. Czasami kogoś mordowali. Mei-Ling słyszała,
jak mówiono, że pewnego dnia Biały Lotos obali mandżurskiego cesarza.
Czy jej Braciszek mógł wdać się w konszachty z takimi ludźmi? Był taki
uparty! W dodatku od dziecka miał własne szalone wyobrażenie o wymierzaniu sprawiedliwości, co zaowocowało blizną na jego twarzy. Tak,
uznała po namyśle, to całkiem możliwe.
- Skądże, Starsza Siostro - odparł, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu:
- A gdyby nawet, to przecież nic bym ci nie powiedział.
Z jednej strony Mei-Ling miała ochotę nim potrząsnąć, z drugiej -
pragnęła go objąć i mocno przytulić, uchronić od wszelkiego zła.
- Och, Nio. Jeszcze o tym porozmawiamy. - Musiała znaleźć sposób, żeby
spędzić z nim więcej czasu, przemówić mu do rozsądku. Nie wiedziała, jak
tego dokona, ale nie miała wyjścia.
- Dzisiaj wyjeżdżam - oznajmił jej z nutą przekornego triumfu.
- Nie możesz! - krzyknęła. - Zaczekaj trochę. - Musiała zebrać myśli. -
Choć kilka dni. Nie chcesz znowu się ze mną spotkać? Proszę!
- No dobrze - zgodził się niechętnie. Wyglądał, jakby chciał coś jeszcze
powiedzieć, ale umilkł na widok jej ojca. Na twarzy mężczyzny malował
się strach. - Ktoś przyszedł - jęknął.
- Powiedzcie, że mnie tutaj nie ma - odszepnęła. To mogła być tylko
matka jej męża. - Szybko - ponagliła ojca, lecz ten ani drgnął. Podobnie
jak wszyscy w wiosce bał się jej teściowej. - Proszę, ojcze.
Było już jednak za późno. Drzwi frontowe uchyliły się krzywo, ukazując
spowitą mgłą postać, która weszła do środka.
Ku swojej radości Mei-Ling rozpoznała w przybyszu męża.
Musiała czym prędzej wrócić z nim do domu.
- Domyśliłem się, że tutaj będziesz - rzekł - ale musimy się pospieszyć.
- Słyszałam twoje kroki na mostku - odpowiedziała. - Myślałam, że to
twoja matka. - Spojrzała na niego z niepokojem. - Gniewasz się na mnie?
- Pokręcił głową. - Co powiemy Matce, jeśli zauważy naszą nieobecność?
- Wyjaśnię, że zabrałem cię na przechadzkę.
- We mgle?
- Nie dowiedzie, że było inaczej. - Uśmiechnął się. - Nic nam nie zrobi.
- Jesteś dla mnie taki dobry.
Minęli małą świątynię i skręcili na bity trakt.
- Wiesz, dlaczego zmusiłem ich, żeby pozwolili mi ciebie poślubić,
Mei-Ling? - zapytał nagle. - Myślisz, że chodziło o twoją urodę? O to,
że byłaś najładniejszą dziewczyną w wiosce?
- Nie wiem.
- Dostrzegłem w tobie charakter. Twojego ducha. To on sprawia, że twoja
twarz jest taka piękna. Dlatego cię poślubiłem. Wiedziałem, że bez
względu na cenę, jaką ci przyjdzie zapłacić, spróbujesz spotkać się ze
swoim Młodszym Bratem, bo go kochasz. Bo jesteś dobra. To sprawia, że
jestem szczęśliwy.
- A ja mam szczęście, że mam ciebie za męża - odparła Mei-Ling. Potem
opowiedziała mu wszystko o Nio i swoich obawach.
- Niedobrze - przyznał.
- Jest taki uparty - dodała. - Wiesz, skąd wzięła się blizna na jego
twarzy? Kiedy był mały, jeden ze starszych chłopców we wsi powiedział
coś obraźliwego o moim ojcu - że jest biedny i głupi - a potem podburzył
innych, żeby się z niego wyśmiewali. Nio rzucił się na niego, chociaż
tamten był od niego dwa razy większy. Powalił go, ale wtedy ten chłopak
złapał kawałek deski i uderzył Nio w twarz. Stąd ma tę bliznę.
- Wykazał się odwagą.
- Owszem. Sęk w tym, że jeśli uważa, że ma rację, przestaje rozsądnie
myśleć. Nigdy nie wiem, co nowego zmaluje.
- Trudno będzie ci znowu się z nim spotkać - zauważył Młodszy Syn. -
Chyba nawet ja nie zdołam ci tego ułatwić. - Nagle się rozchmurzył. -
Ale mogę z nim pomówić w twoim imieniu. Nikt mi tego nie zabronił. Może
mnie posłucha.
- Zrobiłbyś to?
- Choćby dziś po południu, jeśli chcesz.
- Och, mężu. - Zarzuciła mu ramiona na szyję. Nie uchodziło okazywać
uczuć publicznie, ale w tej mgle nikt ich nie mógł zobaczyć. Ruszyli
dalej przed siebie. Tuż przed mostkiem Mei-Ling znowu się odezwała: -
Jest jeszcze coś, o czym chcę ci powiedzieć.
- Kolejne złe nowiny?
- Wręcz przeciwnie. To znaczy nie mam całkowitej pewności... - Zawahała
się. - Jeszcze nie. Ale chyba zostaniesz ojcem.
Jego twarz się rozpromieniła.
- Naprawdę?
- Nie mogę obiecać, że to będzie syn...
- Nie dbam o to, jeżeli córka będzie podobna do ciebie.
- Dlaczego zawsze jesteś taki dobry, mężu? - Nie uwierzyła mu,
oczywiście; żadna chińska rodzina nie pragnęła dziewczynek. Gratulowano
tym, którym urodził się syn. Po narodzinach dziewczynki ludzie albo nic
nie mówili, albo rzucali uwagi w rodzaju: "Oby następnym razem wam się
poszczęściło". Raz słyszała, jak ktoś powiedział do ojca nowo narodzonej
dziewczynki: "Współczuję ci. Spotkało cię takie nieszczęście!".
- Naprawdę nie miałbym nic przeciwko. Jeżeli nie będą się rodzić
dziewczynki, wkrótce w ogóle przestaną się rodzić dzieci. To oczywiste:
zabraknie nam przyszłych matek. To głupota chcieć mieć samych synów.
Mei-Ling skinęła głową.
- Zawsze marzyłam o córeczce - wyznała. - Ale nikomu tego nie mówiłam,
żeby nie narazić się na ludzki gniew.
Weszli na mostek. Mgła powoli rzedła; widzieli już poręcze i szarą wodę
w dole.
Po wejściu do domu zastali tam starszego wioski, który zdążył tymczasem
trochę się rozbudzić: siedział teraz na szerokiej otomanie i popijał
herbatę. Matka też tam była. Stojąc w przejściu, łypnęła na nich
gniewnie i zwróciła się wprost do Mei-Ling:
- Gdzie byłaś? - Wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć.
- Spacerowałam z mężem, Matko - odparła potulnie dziewczyna.
- We mgle? Kłamiesz!
- Mieliśmy coś do omówienia, Matko - wtrącił Młodszy Syn. Zaczekał, aż
wściekły wzrok kobiety spocznie na nim. Nie spieszył się. - Moja żona
spodziewa się dziecka.
Zobaczyli, że stara podejrzliwie mruży oczy. Uwierzyła im? Jeśli okaże
się to nieprawdą, uzna, że sobie z niej zakpili, a to byłoby bardzo
niebezpieczne. Jeśli jednak dziecko rzeczywiście jest w drodze...
Kobieta znowu utkwiła spojrzenie w Mei-Ling. Kiedy się odezwała, jej ton
był przerażająco lodowaty.
- Oby to był chłopiec, Mei-Ling.
Młodszy Syn wrócił dopiero pod wieczór. Wybrał się w interesach do
sąsiedniej wioski. Mgła ustąpiła kilka godzin wcześniej i teraz ich
osada, pola ryżowe, staw z kaczkami i przyjazne ramiona górskich
grzbietów skąpane były w popołudniowym świetle.
Twarz mężczyzny, ukryta pod szerokim słomianym kapeluszem, który nosił
dla ochrony przed słońcem, była uśmiechnięta. Od mglistego poranka
wszystko układało się znakomicie. Miał do załatwienia jeszcze jedną
sprawę, która będzie zwieńczeniem tego dnia, jednego - jak sądził - z najlepszych w jego życiu.
Musiał tylko uszczęśliwić żonę i przekonać nierozważnego wyrostka, aby
ten nie uciekł do miasta, gdzie na pewno napytałby sobie biedy. Niełatwe
zadanie, lecz on nigdy nie cofał się przed wyzwaniami. Do tego
konkretnego podszedł tym bardziej gorliwie, że wystarczyło mu wyobrazić
sobie wyraz szczęścia, jaki zagości na twarzy Mei-Ling, jeżeli wykona
swą misję. Przez całą drogę powtarzał w myślach zdania pełne rozmaitych
mądrości.
Minąwszy małą świątynię na wjeździe do osady, sięgnął do tyłu, aby
strzepnąć kurz z warkocza. Poprawił też kaftan; nie chciał, aby
cokolwiek psuło wrażenie dyskretnej powagi i autorytetu, jakie miał
nadzieję dzisiaj roztaczać. Idąc, witał się uprzejmie z wieśniakami,
bacząc, czy odpowiadają z należytym szacunkiem na jego pozdrowienia.
Gdy znalazł się przed domem rodziców Mei-Ling, zapukał do drzwi, które
natychmiast otworzył jej ojciec. Ukłonił mu się nisko, lękliwie.
- Przychodzę pomówić z tym młodym człowiekiem, Nio - wyjaśnił Młodszy
Syn. - Na prośbę Mei-Ling.
- Och. - Jego teść wyglądał na zdenerwowanego. - Najmocniej przepraszam
- ponownie się ukłonił - ale Nio już tutaj nie ma.
- Czy prędko wróci?
- Wyjechał. Jeszcze przed południem. - Starszy człowiek pokręcił głową.
- Ruszył do miasta. Już do nas nie wróci. - Ze smutkiem spojrzał na
zięcia. - Być może nigdy go nie zobaczymy.
* * *
Na wieczornym niebie wisiało czerwone słońce. Wsparty na hebanowej lasce
stary pan Jiang spoglądał ze zbocze, gdzie przycupnął jego wiekowy dom,
i na rozległe, płaskie dno doliny, przez które, niczym strumień
złocistej wulkanicznej lawy, płynęła szeroka niemal na milę Żółta Rzeka.
Żółta Rzeka; u źródła jej wody były całkiem przejrzyste, później jednak
wiła się przez region zawdzięczający swoją glebę, zwaną lessową, piaskom
nanoszonym przez wieki znad pustyni Gobi. Wiatr odkładał je tam, aż
powstał olbrzymi, pomarańczowo-brunatny płaskowyż. Rzeka toczyła przezeń
swe wody, które nabierały żółtej barwy. Tutaj, w prowincji Henan, samym
sercu dawnych Chin, jej nurt nadal był żółty i pozostawał taki przez
setki mil, dopóki nie złączyła się z morzem.
Cztery tysiące lat wcześniej legendarny cesarz Yu nauczył swój lud, jak
okiełznać potężną rzekę, pogłębiać ją i nawadniać okoliczne ziemie. To
był prawdziwy początek wielkich Chin, pomyślał starzec.
Oczywiście, jak we wszystkim, tu także należało zachować czujność. Rzeka
niosła takie ilości mułu, że jej dno stale się podnosiło. Gołym okiem
można było tego nie zauważyć, ponieważ wraz z okresowym podnoszeniem się
i opadaniem wód rzeka rzeźbiła nowe koryto, lecz w istocie płynęła teraz
powyżej otaczającego ją terenu. Dlatego co dziesięć lat trzeba było ją
pogłębiać i wykonywać inne niezbędne prace. Za rok albo dwa znowu ich to
czekało.
Tyle że mnie już wtedy nie będzie, pomyślał starzec i uśmiechnął się.
Cieszył się, że ostatni wieczór jego życia - przynajmniej w tym
wcieleniu - jest taki piękny.
Plan był dość prosty. Zaczeka do zmierzchu, aż wszyscy w domu zasną, a potem zażyje truciznę ukrytą w sypialni, w szkatułce, którą tylko on
potrafił otworzyć. Starannie ją dobrał, aby jego śmierć wyglądała na
naturalną.
Nie chciał sprawiać kłopotu siostrze i swojemu synowi, Shi-Rongowi.
Pięćdziesiąt stóp przed nim wąska brama wiodąca do rodzinnego
gospodarstwa - którego pokryty płytkami rozłożysty dach zakrzywiał się
elegancko w najlepszym chińskim stylu - zdawała się zapraszać nowego
pana tych włości na dziedziniec, który się za nią rozciągał. Wyżej na
zboczu drewniane chaty wioski obsiadły szlak biegnący w górę wąwozem, o ścianach podziurawionych otworami jaskiń, z których część służyła jako
spichlerze, a inne jako mieszkania. Dalej wąwóz przechodził w stromą
ścieżkę, wznoszącą się na podobieństwo wykutych w skale schodów na sam
szczyt wysokiego wzniesienia, gdzie na skalnym występie wśród drzew
kryła się mała świątynia buddyjska.
Kiedy starzec odwrócił się, żeby raz jeszcze spojrzeć na zachód, na
niknącą za wzgórzami słoneczną kulę, żałował już tylko jednego: że nie
potrafi latać. Chciałbym choć raz pofrunąć, pomyślał. Dzisiaj, tego
wieczoru.
Ponad tysiąc mil dzieliło go od wielkiej Wyżyny Tybetańskiej, rozległego
"dachu świata" otoczonego przez Himalaje, ponad którym zdawało się w tej
chwili zachodzić słońce. Przypuszczał, że człowiek czuł się tam bliżej
wiecznego błękitu niebios niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi. Z tych niebiańskich wyżyn brały swój początek największe rzeki Azji:
Ganges, Indus, Irawadi, Brahmaputra i Mekong, wszystkie zmierzające na
południe; ku wschodowi zaś toczyły swe wody dwie potężne chińskie rzeki
- Jangcy, obejmująca swoją gigantyczną pętlą doliny i pola ryżowe
południowych Chin, oraz Żółta Rzeka, która niby olbrzymi wąż sunęła
przez obsadzone zbożem równiny centralnej i północnej części kraju.
Wyżyna Tybetańska: milcząca kraina zamarzniętych jezior i lodowców,
niekończący się płaskowyż, miejsce spotkania nieba z ziemią, skąd brało
początek wszelkie życie...
Był tam kiedyś, za młodu. Ogarnął go żal, że nie może znów wybrać się na
wyżynę, i pozazdrościł czerwonemu słońcu, które codziennie ją oglądało.
Pokiwał głową. Dziś wieczorem, pomyślał, właśnie ten widok będzie miał
przed oczami, kiedy osunie się w objęcia śmierci.
Jego siostra siedziała przy niskim stoliku. Posiwiała, lecz wciąż była
piękna; miał szczęście, mogąc cieszyć się jej towarzystwem, zwłaszcza że
jego własna żona i córka już opuściły ten padół.
Na stoliku zauważył kupki patyczków do wróżenia z Księgi Przemian, I Ching. Nie podnosząc wzroku, powiedziała:
- Wiem o truciźnie.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
- Wyrocznia I Ching ci powiedziała?
- Nie. Otworzyłam szkatułkę.
- Ach. - Zrezygnowany skinął głową. Jego siostrze nigdy nie brakowało
sprytu.
Ich ojciec od razu to zauważył, gdy była jeszcze małą dziewczynką.
Zatrudnił nauczyciela, żeby udzielał lekcji czytania i pisania im
obojgu, a także pewnemu uzdolnionemu chłopcu z wioski.
Chłopiec ów sam był teraz szanowanym nauczycielem w mieście Zhengzhou, a jego syn zdał egzaminy urzędnicze na szczeblu prowincjonalnym.
Szlachetny system cesarskiej edukacji umożliwiał wieśniakom awans na
najwyższe urzędy - pod warunkiem, że ktoś im dopomógł, opłaciwszy naukę.
Czyniąc to, ich ojciec, dobry buddysta, niewątpliwie zaskarbił sobie nie
lada zasługi.
Siostra okazała się niezwykle bystra. Gdyby dziewczęta dopuszczano do
egzaminów cesarskich, pomyślał cierpko Jiang, mogłaby je zdać lepiej ode
mnie. A tak należała do wąskiego grona wykształconych kobiet - w całej
prowincji mogło ich być nie więcej niż pół tuzina - którym nawet uczeni
okazywali najwyższy szacunek.
- Od miesiąca prawie nic nie jesz, bracie - powiedziała - w dodatku
ukrywasz truciznę. Powiedz mi, proszę, dlaczego.
Zawahał się. Nie chciał jej niczego wyjaśniać. Wolałby odejść szybko,
bezboleśnie.
- Pamiętasz, jak umarł nasz ojciec - rzekł cicho.
- Jak mogłabym zapomnieć?
- Cierpię na tę samą chorobę. W ubiegłym miesiącu, kiedy wybrałem się do
Zhengzhou, odwiedziłem tam aptekarza. Podobno jest najlepszy. Stwierdził
u mnie duży brak równowagi qi. Zaordynował akupunkturę. Na krótko mi
pomogło. Ale później... - Pokręcił głową. - Nie chcę cierpieć tak jak nasz
ojciec. Nie chcę też, abyście ty albo mój syn musieli na to patrzeć.
- Boisz się śmierci? - zapytała.
- Gdy byłem młody, to chociaż bywałem w świątyni buddyjskiej i studiowałem mędrców tao, starałem się przede wszystkim przestrzegać
zaleceń Konfucjusza. Na pierwszym miejscu stawiałem pracę, obowiązki
wobec rodziny i dobre uczynki. Z wiekiem znów odnalazłem pociechę w buddyzmie i zacząłem rozmyślać o przyszłej egzystencji z nadzieją, że
dobrze przeżyte życie zagwarantuje mi lepszą reinkarnację. Ale im jestem
starszy, tym bardziej pociąga mnie to, co nie ma swojej nazwy, a co
zwiemy tao. Drogą. - Zamyślony pokiwał głową. - Nie zabiegam już o to
życie ani o kolejne, pragnę tylko płynąć z prądem wszechrzeczy. -
Łagodnie popatrzył na siostrę. - Zresztą - dodał - jak wie każdy
niepiśmienny wieśniak, żyjemy dalej w naszych dzieciach.
- Nie zażywaj na razie trucizny - poprosiła. - Twój syn może cię jeszcze
odwiedzić.
- Wyrocznia I Ching tak ci powiedziała? - Spojrzał na nią podejrzliwie.
Przytaknęła. Nie dał się zwieść. - Napisałaś do niego. Wiesz, że tu
przyjedzie?
- O ile tylko będzie mógł. Zna swoją synowską powinność.
Starzec skinął głową i usiadł. Po kilku minutach zamknął oczy. Jego
siostra nie przestawała wpatrywać się w heksagramy I Ching na papierze
przed sobą.
O zmierzchu ciszę zakłócił stary sługa, który wpadł z pośpiechem do
domu, wołając:
- Panie Jiang! Panie Jiang! Wasz syn nadjeżdża!
Shi-Rong padł na kolana i dotknął głową ziemi. Pokłon koutou był oznaką
szacunku należnego ojcu jako głowie rodziny. Nie mógł uwierzyć, jak
bardzo staruszek wychudł.
Widok syna i wieści, które przywiózł, zdały się jednak wlewać nowe życie
w pana Jianga. Z ożywieniem kiwał głową, gdy Shi-Rong nakreślał mu swoje
plany na przyszłość.
- Bardzo dobrze - pochwalił. - Słyszałem o szlachetnym panu Linie. To
zacny człowiek. Jeden z niewielu. - Pokiwał głową. - Oczywiście
powinieneś raz jeszcze podejść do egzaminów. Ale dobrze robisz,
korzystając z takiej okazji. Sam cesarz...
- Dam mu się poznać z jak najlepszej strony - obiecał Shi-Rong.
- Skoro przyjechałeś, przyszykuję twoje ulubione danie - wtrąciła z uśmiechem ciotka. Ze wszystkich potraw kuchni prowincji Yu, Shi-Rong od
małego najwyżej cenił danie rybne: karpia z Żółtej Rzeki, podawanego na
trzy sposoby: w zupie, smażonego i na słodko-kwaśno. Nikt nie
przyrządzał go lepiej niż ciotka. Potrawa była jednak czasochłonna - jej
przygotowanie zajmowało aż trzy dni.
- Rano muszę wracać - zmuszony był wyznać Shi-Rong. Zobaczył, że ciotka
zapada się w sobie jak po uderzeniu, a ojciec sztywnieje. Cóż jednak
mógł począć?
- Nie możesz pozwolić, żeby szlachetny Lin na ciebie czekał! - zawołał
ochryple ojciec. Zaraz jednak, żeby zatuszować ten wybuch emocji, dodał:
- Żałuję tylko, że będziesz musiał obcować z ludźmi z południa, mój
synu.
Shi-Rong uśmiechnął się. Nawet w takiej chwili ojciec trwał w swoim
przekonaniu, że jedynymi prawdziwymi Chińczykami są Hanowie znad Żółtej
Rzeki i wielkich, porośniętych zbożem północnych równin.
- Nadal nie cenicie ludzi z pól ryżowych, ojcze?
- Myślą wyłącznie o pieniądzach - odrzekł z pogardą pan Jiang.
- Mówisz, że szlachetny pan Lin zamierza ukrócić napady barbarzyńskich
piratów - wtrąciła niespokojnie ciotka. - Czy to znaczy, że będziesz
musiał wypłynąć w morze?
- Zrobi to, co mu rozkaże pan Lin - uciął ojciec. - Na pewno jest głodny
- dorzucił.
Podczas gdy ciotka przygotowywała posiłek, starzec wypytał go o szczegóły jego misji.
- Czy ci piraci, o których mówisz, to rudowłosi barbarzyńcy czy inne
brodate diabły? - chciał wiedzieć.
- Właściwie to nie wiem - odrzekł Shi-Rong. - Pan Wen słyszał od
szlachetnego pana Lina, że niegdyś przysłali tu swoich posłów. A także
że są bardzo owłosieni i nie zginają nóg, dlatego często się
przewracają.
- To brzmi mało prawdopodobnie - rzekł starzec. - Ale pamiętam, że gdy
byłem młody, na dwór dziadka obecnego cesarza istotnie przybyło takie
poselstwo. Słyszałem o nim od ludzi będących blisko dworu. Barbarzyńcy
przypłynęli statkiem z dalekiego lądu na zachodzie. Ich ambasador
przywiózł podarki, ale odmówił wykonania koutou przed cesarzem, jak tego
wymagał zwyczaj. Nigdy przedtem to się nie zdarzyło. Cesarz rozumiał, że
ma do czynienia z ignorantem i głupcem, mimo to obdarował go wspaniałym
nefrytem - choć ten dureń najwyraźniej nie poznał się na jego wartości.
Potem barbarzyńcy zaprezentowali dary ze swojego kraju - zegary,
teleskopy i co tam jeszcze - myśląc, że będziemy pod wrażeniem. Cesarz
wyjaśnił im, że nie potrzebujemy przywiezionych przez nich rzeczy, był
jednak zbyt uprzejmy, aby wytknąć, że są gorszej jakości od tych, które
otrzymał już w darze od posłów z innych zachodnich krain. Na koniec
barbarzyńca poprosił o zgodę na handel z innymi portami niż Guangzhou -
które całkowicie zadowala pozostałych cudzoziemskich kupców - wysunął
też wiele innych niemądrych żądań. To było absurdalne. - Starzec pokiwał
głową. - Być może ci opiumowi piraci są z tego samego kraju.
- Prawie nic nie wiem o dalekich zamorskich lądach - przyznał Shi-Rong.
- Mało kto coś o nich wie - odparł jego ojciec. - Ale nie zawsze tak
było - dodał. - Przed czterystu laty, za czasów dynastii Ming, mieliśmy
wielką flotę statków handlujących z Zachodem. Z czasem przestało to być
dochodowe i teraz to ich statki przypływają do nas. Cesarstwo jest takie
ogromne... Nie ma rzeczy, której nie zdołalibyśmy sami wytworzyć.
Barbarzyńcy potrzebują nas, a nie na odwrót.
- Na pewno potrzebują naszej herbaty - zgodził się Shi-Rong. - Słyszałem
też, że jeśli brakuje im naszego rzewienia, umierają.
- Możliwe - przytaknął ojciec. - Widzę, że ciotka przygotowała już dla
nas posiłek.
Zupa, pierożki nadziewane wieprzowiną, makaron z baraniną i warzywami
posypany kolendrą; dopiero czując bogaty aromat potraw, Shi-Rong zdał
sobie sprawę, jak bardzo był głodny. Ojciec również zjadł coś dla
towarzystwa, ku wyraźnej radości ciotki.
Podczas kolacji młodzieniec odważył się zagadnąć ojca o zdrowie.
- Starzeję się, mój synu. To naturalne. Lecz nawet gdybym miał jutro
umrzeć - co przecież nie nastąpi - odszedłbym szczęśliwy, wiedząc, że
majątek naszej rodziny przejdzie na godnego dziedzica.
- Błagam was, ojcze, abyście żyli jeszcze przez wiele lat. Chcę,
żebyście oglądali moje sukcesy, chcę dać wam wnuki. - Zauważył, że na te
słowa ciotka skinęła głową z aprobatą.
- Postaram się - obiecał z uśmiechem ojciec.
- Powinien więcej jeść - powiedziała ciotka, na co Shi-Rong z czułością
umieścił pierożek w ojcowskiej misce.
Pod koniec posiłku, widząc, że starzec wydaje się zmęczony, Shi-Rong
zapytał, czy nie chciałby się położyć.
- Kiedy chcesz jutro wyruszyć? - zapytał go ojciec. - O świcie?
- Rankiem. Ale nie o świcie.
- Nie jestem jeszcze gotów do snu, ale twoja ciotka chce udać się na
spoczynek. Życz jej dobrej nocy. Potem jeszcze porozmawiamy. Mam ci coś
do powiedzenia.
Po wyjściu ciotki mężczyźni spędzili w milczeniu kilka minut, zanim pan
Jiang znów się odezwał.
- Twoja ciotka zanadto się o mnie martwi. Ale jako że nikt z nas nie
wie, kiedy umrze, czas, abym przekazał ci swoją ostatnią wolę. -
Spojrzał z powagą na syna, który skłonił głowę. - Pierwsze zalecenie
jest dosyć proste: we wszystkich działaniach kieruj się nauką
Konfucjusza. Szanuj swoją rodzinę, cesarza, tradycję. W przeciwnym razie
ogarnie cię chaos.
- Zawsze staram się tak postępować, ojcze. I nie przestanę.
- Nigdy w to nie wątpiłem. Ale im będziesz starszy, a zwłaszcza im
większe sukcesy osiągniesz, tym większe pokusy napotkasz na swojej
drodze. Będzie cię kusiło, aby przyjmować łapówki, jak czynią to niemal
wszyscy urzędnicy. Dzięki temu odchodzą z urzędów z wielkim majątkiem.
Lin nie przyjmuje łapówek. Stanowi chlubny wyjątek i rad jestem, że dla
niego pracujesz. Jeżeli jednak pojawi się pokusa, nie wolno ci jej ulec.
Dzięki uczciwości i własnym sukcesom zarobisz dość pieniędzy.
Obiecujesz?
- Oczywiście, ojcze. Masz moje słowo.
- Pozostaje zatem jeszcze jedna sprawa, a dotyczy ona cesarza. - Ojciec
się zawahał. - Nigdy nie zapominaj, że cesarz Chin zasiada na tronie w samym środku świata i ma mandat Niebios, aby nami rządzić. Prawdą jest,
że przez tysiąclecia rządzące dynastie czasami się zmieniały, lecz gdy
nadchodził ów czas, bogowie zawsze zsyłali nam liczne znaki. Na długo
przedtem, zanim przed dwustu laty ostatni cesarz z dynastii Ming
powiesił się z rozpaczy, dla wszystkich było jasne, że odpowiedzią na
nasze potrzeby są Mandżurowie z północy.
- Nie dla wszystkich - musiał zaprotestować jego syn.
- Masz na myśli garstkę zwolenników dynastii Ming, którzy umknęli na
Tajwan. I paru buntowników, takich jak ci bandyci z Białego Lotosu... -
Ojciec wykonał lekceważący gest ręką. - Służąc cesarzowi, musisz zawsze
pamiętać, że jesteś posłuszny mandatowi Niebios, mój synu. To zaś ma
związek z moją ostatnią prośbą. Obiecaj mi, że nigdy nie okłamiesz
cesarza.
- Naturalnie, ojcze. Dlaczego miałbym uczynić coś takiego?
- Bo wielu tak robi. Urzędnikom poleca się postąpić tak albo inaczej.
Muszą składać raporty. Pragną zadowolić cesarza i zyskać awans - a przynajmniej uniknąć kłopotów - dlatego mówią cesarzowi to, co ten chce
usłyszeć. Kiedy coś pójdzie nie po ich myśli albo nie zbiorą wymaganego
kontyngentu, wysyłają fałszywe sprawozdania. To wbrew zasadom
konfucjańskim i jeśli zostaną przyłapani, gniew cesarza może być
większy, niż gdyby wyznali mu prawdę. Mimo to wielu tak postępuje. W całym cesarstwie. - Westchnął. - To nasz kardynalny grzech.
- Ja nie będę tak robić.
- Bądź uczciwy z miłości do prawdy. Będziesz miał czyste sumienie, a zarazem to pomoże ci w karierze. Jeżeli zyskasz reputację prawdomównego,
cesarz będzie wiedział, że może mieć do ciebie zaufanie, i cię awansuje.
- Obiecuję, ojcze.
- W takim razie to już wszystko.
Shi-Rong spojrzał na ojca; nic dziwnego, że starzec tak cenił pana Lina.
Obaj byli tak samo zacni, ulepieni z tej samej gliny. Jeżeli nawet
czekająca go misja budziła w nim ciche obawy przed wrogami, jakich mógł
sobie narobić, w kwestii sprawnego lawirowania po niebezpiecznym
labiryncie cesarskiej biurokracji nie miał co liczyć na poradę ojca. Pod
tym względem zgadzali się z panem Linem. Cóż, pozostawało mu tylko mieć
nadzieję na sukces i przychylność cesarza.
Ojciec był już zmęczony. Nagle wydał się Shi-Rongowi niezwykle słaby.
Czy po raz ostatni widział go żywego? Ogarnęła go fala wdzięczności i miłości do starca, a także poczucie winy. O tyle rzeczy mógł go przecież
zapytać, kiedy miał po temu możliwość.
- Rano znowu porozmawiamy - obiecał mu ojciec. - Mam ci coś do
pokazania, zanim wyruszysz w drogę.
Shi-Rong zbudził się wcześnie. Ojciec jeszcze spał, lecz ciotka krzątała
się po kuchni, jak się tego spodziewał.
- Powiedz mi prawdę, jak miewa się ojciec - poprosił ją cicho.
- Uważa, że jest chory. Może się mylić, jednak szykuje się na śmierć.
Chce odejść szybko i spokojnie. Nic nie je.
- Co mogę zrobić?
- Możesz sprawić, aby znowu zapragnął żyć. Nikt inny tego nie dokona.
- Ależ ja chcę, aby żył. Potrzebuję go żywego.
- Wobec tego może ci się udać.
- A ty? Jak ty się masz?
- Jeszcze długo pożyję - odparła po prostu. Nie wyglądała wcale na
uradowaną tą perspektywą.
Dołączył do nich ojciec, najwyraźniej w znakomitym nastroju. Zjadł
trochę wraz z nimi, po czym, dając znak Shi-Rongowi, rzekł:
- Mam dla ciebie zadanie.
To była ich tradycja od wczesnego dzieciństwa, odkąd ojciec zaczął mu
udzielać pierwszych lekcji: na koniec zawsze czekało chłopca jakieś
zadanie - niespodzianka dla pobudzenia umysłu, żeby nauczyć go czegoś
nowego. Mogła to być przyrodnicza ciekawostka, zawiłe przysłowie albo
starożytna pieśń. Zwykle przypominało to zabawę i żadna wizyta Shi-Ronga
w domu nie mogła się bez niej obyć.
Pan Jiang wyjął z szuflady woreczek i wysypał jego zawartość na stół.
Rozległ się grzechot i Shi-Rong ujrzał kupkę drobnych odłamków kości
oraz żółwiej skorupy.
- Miesiąc temu byłem w Zhengzhou - wyjaśnił ojciec - i robiłem zakupy w aptece, gdy jakiś wieśniak to przyniósł. - Uśmiechnął się. - Chciał to
sprzedać aptekarzowi. "Zmielisz je - rzekł - a proszek sprzedasz za
wysoką cenę. Na pewno jest w nich jakaś magiczna moc". Miał gospodarstwo
na północ od rzeki i twierdził, że znalazł kości w ziemi, a w domu ma
ich więcej. Liczył chyba, że aptekarz z zyskiem sprzeda proszek i słono
mu zapłaci za kolejną dostawę. Jednak aptekarz nie był zainteresowany,
przekonałem go więc, aby sprzedał je mnie.
- Ale dlaczego je kupiłeś, ojcze?
- I to jest właśnie moja zagadka. Musisz ją rozwiązać. Przyjrzyj się
dobrze tym odłamkom.
Początkowo Shi-Rong nie dostrzegł w nich niczego ciekawego. Ot, garść
połamanych kości zabrudzonych ziemią. Ale dwa kawałki żółwiej skorupy
zdawały się do siebie pasować i gdy umieścił je obok siebie, zauważył na
ich powierzchni drobne nacięcia. Przejrzawszy resztę kości, znalazł
więcej takich, których krawędzie były zaskakująco równe.
- Tutaj jest jakieś pismo. Wygląda na prymitywne.
- Dasz radę je odczytać?
- Nie.
- To chińskie znaki. Nie mam co do tego wątpliwości. Zobacz... - wskazał
mu ojciec - to znak określający "człowieka". Ten oznacza konia, a ten to
może być "woda".
- Chyba macie rację.
- Uważam, że to pradawne chińskie pismo, wczesne formy tych znaków,
jakie znamy dzisiaj.
- Zatem muszą być bardzo stare.
- Mamy tu przykłady w pełni ukształtowanego pisma z bardzo wczesnego
okresu. Według mnie te kości liczą sobie cztery tysiące lat, może nawet
więcej.
Shi-Rongowi przyszła do głowy wspaniała myśl.
- Ojcze, musicie zdobyć je wszystkie i odczytać to pismo. Zyskacie
sławę.
Ojciec zachichotał.
- Miałbym więc żyć jeszcze wiele lat?
- Oczywiście. Musicie zobaczyć, jak zdobywam przychylność cesarza, i samemu zdobyć sławę wśród uczonych. To wasz obowiązek względem rodziny -
dodał sprytnie.
Ojciec spojrzał na niego z czułością. Miłość młodych zawsze jest trochę
samolubna, inaczej być nie może, mimo to wzruszyły go zabiegi syna.
- No cóż - odrzekł bez większego przekonania. - Postaram się.
Wiedział, że teraz muszą się już pożegnać. Młodzieńca czekała długa
podróż. Shi-Rong miał ruszyć doliną do Kaifengu, a dalej starożytnym
traktem aż do potężnej rzeki Jangcy, trzysta mil na południe. Stamtąd od
wybrzeża dzieliło go jeszcze siedemset mil lądem i rzeką. Będzie miał
szczęście, jeżeli zdoła dotrzeć na miejsce w ciągu pięćdziesięciu dni.
Gdy rozstawali się przy bramie wiodącej do domu, Shi-Rong raz jeszcze
błagał ojca, by ten dożył jego powrotu, na co starzec polecił mu:
- Przestrzegaj moich zaleceń.
Później wraz z siostrą patrzyli, jak odjeżdża, aż zniknął im z oczu.
Dwie godziny po odjeździe Shi-Ronga jego ciotka usiadła przy stoliku do
pisania. Brat jej po krótkiej przechadzce położył się, żeby trochę
odpocząć, ona zaś wróciła do tego, co zajmowało jej myśli od kilku dni
przed przybyciem bratanka.
Na blacie przed sobą miała duży arkusz papieru z liniami heksagramów.
Ponownie spróbowała odszyfrować ich znaczenie, tak jak robiła to już
tyle razy wcześniej.
Kłopot z I Ching polegał na tym, że wyrocznia rzadko dawała jasne
odpowiedzi. Zagadkowe słowa, enigmatyczne proroctwa, zagadki do
rozwikłania; wszystko zależało od tego, kto je interpretował. Czasami
przesłanie wydawało się oczywiste, najczęściej nie.
Czy to, co zdołała odczytać na temat Shi-Ronga, było spójne? Wydawało
jej się, że tak. Heksagramy wskazywały na niebezpieczeństwo, ale nie
czaiło się ono blisko. Mówiły o śmierci - niespodziewanej, ale
nieuniknionej. O śmierci w wodzie.
Wszystko było takie niejasne.
Nie powiedziała nic swojemu bratu. Ani bratankowi. Co by to dało?
* * *
Przyjęcie na cześć Tradera udało się wyśmienicie. Najpierw wręczono mu
prezent.
- Z początku nie wiedzieliśmy, co ci podarować - wyznali mu przyjaciele.
- Potem ktoś zaproponował obraz. Ale jaki? Po burzliwych dyskusjach
uzgodniliśmy, że skoro natura okazała się dla ciebie ponad miarę
łaskawa, obdarzając cię taką urodą, najlepiej zrobimy, dając ci twój
własny portret!
- Żebyś miał co wręczyć pani swojego serca! - zawołał któryś.
- Trzeba było od razu zamówić ich kilka, dla każdej po jednym -
przyłączył się ktoś inny. - Ale nie było nas stać.
- Więc oto jest! - zakrzyknęli triumfalnie.
Była to oczywiście miniatura; portrety do zawieszenia na ścianie dawano
starszym mężczyznom odchodzącym na zasłużony odpoczynek, a nie młodzikom
u progu życia. Mimo to Trader mógł być zadowolony: przyjaciele wybrali
tradycyjny owalny kształt, tak lubiany przez damy, olej na kości
słoniowej. Podobiznę Tradera oddano tak realistycznie, z takim bogactwem
kolorów, jakby wyszła spod pędzla samego Andrew Robertsona. Nie wyszła,
ale mogła; wszyscy byli zgodni, że ze swym bladym, przystojnym obliczem,
posępnym spojrzeniem i ciemnymi lokami Trader prezentuje się na tle
innych pośredników handlu z Chinami jak "istny Byron".
- Pamiętasz tego malarza, którego zatrudniliśmy, żeby zrobił szkic
naszego wspólnego portretu? - przekrzykiwali się nawzajem. - To był
miniaturzysta. Przez cały czas tak naprawdę szkicował ciebie.
Trader uroczyście im podziękował i szczerze się ucieszył z prezentu.
Powiedział, że zachowa go do końca życia na pamiątkę dni spędzonych w tak miłej kompanii. Powiedziałby więcej, gdyby go nie zakrzyczeli:
- Dosyć! Wystarczy! Teraz czas na piosenkę.
Młody Crosbie, drobny, płowowłosy Szkot, siadł do pianina i na
poczekaniu wymyślił skoczny kawałek, a raczej improwizował go na bieżąco
z pomocą swych towarzyszy: Garstina, Standisha, Swanna, Gilesa i Humphreysa, wesołych chłopaków ze znanych przedstawicielstw handlowych.
Charlie Farley naturalnie także był obecny.
* * *
Ernest Read uśmiechnął się i od niechcenia zaciągnął się cygarem. Ten
potężnie zbudowany Amerykanin o krótko przystrzyżonych włosach, z sumiastymi brązowymi wąsami, pomimo swoich dwudziestu ośmiu lat
doświadczeniem życiowym dorównywał czterdziestolatkowi. Dobrze wiosłował
i nie stronił od typowo męskich rozrywek. Ani od kobiet. Teraz spojrzał
na Johna Tradera.
- Hucznie cię żegnają, Trader. Kiedy wyjeżdżasz?
- Za trzy dni.
- Wobec tego niewykluczone, że jeszcze się zobaczymy. Przed powrotem do
ojczyzny wybieram się do Makau.
- Zawsze się cieszę z dobrego towarzystwa - odrzekł John, nie zagadnął
jednak Amerykanina o jego interesy. Read wyglądał na takiego, który
informuje innych o swoich poczynaniach, tylko jeśli ma na to ochotę.
- Zatem zamierzasz handlować z Chińczykami - ciągnął Read. - Co myślisz
o sprzedaży opium?
- To lek. - Trader wzruszył ramionami. - W Anglii podaje się laudanum
małym dzieciom.
- A jeśli ktoś nadużywa tej przyjemności... to już jego kłopot, prawda?
- Tak samo jak z winem i mocniejszymi alkoholami. Zakazałbyś ich
sprzedaży?
- Nie. - Read się zastanowił. - Choć mówią, że opium bardziej uzależnia.
Fakty są takie, że chiński cesarz jest mu przeciwny. Sprzedaż i konsumpcja tego artykułu są w Chinach zakazane.
- Szczęśliwie nie podlegam przepisom chińskiego prawa. - Trader obrzucił
Reada bystrym spojrzeniem. - Twoi rodacy także handlują opium.
- Ależ oczywiście. - Read uśmiechnął się szeroko. - Russell, Cushing,
Forbes, Delano - najlepsze i najstarsze nazwiska w Bostonie. Jednak
udział Amerykanów w handlu z Chinami to kropla w morzu w porównaniu z tym, co robicie wy, Brytyjczycy. - Ponownie zaciągnął się cygarem. -
Podobno wszedłeś w spółkę?
- Zgadza się. Odstock i synowie to niewielka firma, w zasadzie obecnie
już tylko dwaj bracia. Jeden mieszka tu, drugi w starym Kantonie.
- Słyszałem o nich - przytaknął Read. - To dobrzy pośrednicy. Domyślam
się, że poszczęściło ci się na tyle, aby móc coś zainwestować.
- Trafił mi się mały spadek, i tyle.
- A teraz chcesz czym prędzej zbić majątek.
John Trader w zamyśleniu pokiwał głową.
- Coś w tym rodzaju - przyznał cicho.
Nazajutrz była niedziela. Charlie odwiedzał wtedy zwykle ciotkę. Obiad
spożywano wczesnym popołudniem, po czym całe towarzystwo szło na
wspomagającą trawienie przechadzkę. Na posiłek często zapraszano gości,
lecz tego dnia przy stole zasiadła sama rodzina.
- Opowiedz mi o wczorajszym przyjęciu - poprosiła Charliego ciotka
Harriet.
- Było jak zawsze. Żartowaliśmy sobie z Chińczyków, Crosbie próbował
skomponować piosenkę i wszyscy podpuszczali Johna, mówiąc, jak to się
wkrótce wzbogaci.
- O ile wiem, już teraz nie jest biedny - zauważyła ciotka.
- Ale potrzebuje więcej pieniędzy. - Charlie rzucił jej porozumiewawcze
spojrzenie. - Zakochał się.
- Doprawdy? W kim?
- W Agnes Lomond.
- Opowiedz mi zatem o Agnes Lomond. Widziałam ją tylko raz.
- Właściwie to nie ma o czym mówić. Nie wiem, co on w niej widzi.
- Kiedy to się zaczęło?
- W dniu, gdy jedliśmy lunch z jej ojcem. Zupełnie jakby go grom
poraził! Kilka dni później odkryłem, że odwiedził matkę Agnes. On sam
słowem mi o tym nie wspomniał.
- Pułkownik Lomond go polubił?
- Przeciwnie, szczerze go nie cierpi. Jednak po tamtej wizycie pani
Lomond uznała Tradera za czarującego. - Charlie myślał o czymś przez
chwilę. - Przypuszczam, że pułkownik ma twardy orzech do zgryzienia.
Agnes niczego nie brakuje, ale żadna z niej piękność. Naturalnie to
arystokratka, tyle że niezamożna, dlatego nawet ktoś taki jak pułkownik
musi postępować z rozwagą. Żadnemu ojcu nie zależy na łatce despoty
przeganiającego zalotników. To zniechęca potencjalnych kandydatów do
ręki panny.
- Zatem Trader zaleca się do panny Lomond?
- Do tego jeszcze daleko. Na razie wolno mu odwiedzać matkę Agnes i wtedy ją widuje. Spotykają się też przy innych okazjach, jak sądzę.
Wydaje mi się jednak, że chce wzmocnić swoją pozycję, zanim posunie się
dalej.
- Dlatego wyjeżdża do Chin, gdzie spodziewa się szybko zarobić fortunę.
A podczas jego nieobecności...?
- Pułkownik przeczesze całe imperium brytyjskie w poszukiwaniu bardziej
odpowiedniego młodzieńca. - Charlie zachichotał. - Musiał się nie na
żarty przestraszyć, bo spytał mnie, czy nie byłbym przypadkiem
zainteresowany.
- To mnie akurat nie dziwi. Przyjaźnił się z twoim ojcem. Poza tym cię
lubi. Każda dziewczyna cieszyłaby się, mogąc cię poślubić. I co, jesteś
zainteresowany?
- Dziewczyna nie jest w moim typie.
- Wiadomo, co o tym wszystkim myśli sama panna Lomond?
- Nie mam zielonego pojęcia. - Charlie wyszczerzył zęby w uśmiechu.
OPIUM
Marzec 1838 roku
Morza chińskie; ciepła noc, lekka bryza.
Horyzont znaczyły ciemne pasma chmur, ponad którymi wśród gwiazd
błyszczał srebrny półksiężyc. Morza chińskie bywały zdradliwe,
szczególnie groźne w porze monsunów, tego wieczoru jednak ich czarne,
gładkie jak emalia wody rozstępowały się łagodnie przed dziobem klipra.
Ładunek, upchnięty pod pokładem w pięciuset skrzyniach z drewna mangowca
- z których aż sto należało do Tradera i stanowiło równowartość lwiej
części jego majątku - także miał czarny kolor. Było nim opium.
John Trader spoglądał z pokładu na wodę. Twarz miał nieprzeniknioną
niczym pokerzysta. Dokonał wyboru i teraz nie było już odwrotu.
Miał szczęście, że Odstockowie szukali wspólnika. Młodszego z braci,
Benjamina, znał już wcześniej, zanim zagadnął go o możliwość
przystąpienia do spółki. Jak się okazało, trafił na właściwy moment.
- Mój brat Tully ma pięćdziesiątkę na karku - rzekł postawny kupiec. -
Od lat siedzi w Kantonie i chciałby już wrócić do Londynu, do naszego
ojca. - Uśmiechnął się. - Ja wręcz przeciwnie. Ojciec to stary,
zrzędliwy drań. Tak czy inaczej, Tully szuka kogoś, kto przejąłby nasze
sprawy w Kantonie. Myśli pan, że temu podoła?
- To brzmi jak praca w sam raz dla mnie - odparł Trader.
- Zależy nam na kimś, kto zainwestowałby w firmę. - Benjamin uważnie mu
się przyjrzał.
- Niewykluczone, że byłbym zainteresowany. Oczywiście zależy, na jakich
warunkach.
- To nie Kalkuta - uprzedził go kupiec. - Towarzysko mało się tam
dzieje. Do samego Kantonu wstęp mają wyłącznie mężczyźni. W sezonie
handlowym muszą tam tkwić całymi tygodniami, podczas gdy ich rodziny
mieszkają w Makau. To nie najgorsze miejsce do życia. Zdrowe. Jak pan
wie, rządzą nim Portugalczycy, ale jest też spora grupa Anglików. Mają
swój kościół i tak dalej, a także przedstawiciela brytyjskiego rządu,
nawiasem mówiąc. Teraz jest nim niejaki kapitan Elliot. Porządny gość,
moim zdaniem.
- A po latach można się dorobić majątku - zauważył z uśmiechem Trader.
Postanowił chwilowo zataić fakt, że miał nadzieję szybciej zdobyć
fortunę.
- Owszem, przy odrobinie szczęścia. - Benjamin Odstock przyglądał mu się
z namysłem, Trader zaś dokonywał inspekcji plam po tytoniu na kamizelce
swojego starszego rozmówcy. - W tym fachu trzeba być przedsiębiorczym i mieć nerwy ze stali. Ceny szybują w górę i w dół. Czasami dochodzi do
nasycenia rynku.
- Cesarz nie sprzyja handlowi.
- Tym niech się pan nie martwi. Popyt jest ogromny i stale rośnie. -
Benjamin Odstock wydął rumiane policzki. - Grunt to nie tracić głowy.
Nie zdziwiłbym się - dodał z zadowoleniem - gdyby handel opium trwał bez
końca.
Odstockowie znali się na interesach. John uznał, że może im zaufać.
Była północ, gdy dostrzegli przed sobą szkuner. Trzykrotnie rozbłysło
światło - umówiony sygnał. Trader wciąż stał na pokładzie obok kapitana.
- To pewnie McBride - odezwał się mężczyzna. - Zwykle tutaj odbiera swój
towar.
- Dlaczego? - Baza przemytników znajdowała się na wyspie Lintin, w zatoce.
- McBride woli otwarte morze. - Po chwili padł rozkaz: - Stawać w dryf!
- Gdy podpłynęli bliżej, szyper szkunera uniósł latarnię, której światło
padało na jego brodatą twarz. - To oni - stwierdził kapitan.
Nagle po wodzie poniósł się głos McBride'a.
- W Lintin nic nie schodzi! Nie ma chętnych na towar!
Trader poczuł, że blednie. Na szczęście w ciemności nikt nie mógł tego
zauważyć.
- Może on kłamie? - zwrócił się do kapitana. - Chce, żebym sprzedał
towar jemu?
- McBride jest uczciwy. Zresztą sam nie kupuje, tylko sprzedaje za
procent od zysków.
Moja pierwsza wyprawa, pomyślał John, i nikt nie chce kupić ładunku, w którym utopiłem cały spadek. Czyżbym był zrujnowany?
- Spróbuję pohandlować dalej na wybrzeżu! - krzyknął McBride. -
Zmieszczę jeszcze sto skrzyń. Jesteście zainteresowani?
John przypomniał sobie słowa Benjamina Odstocka. Nerwy ze stali. Nie
tracić głowy. Grunt to być przedsiębiorczym. Mimo to prawie się dziwił,
słysząc swój własny głos:
- Tylko pod warunkiem, że zabierzecie mnie ze sobą i po wszystkim
odstawicie do Kantonu.
Nastąpiła chwila ciszy.
- Niech tak będzie! - odkrzyknął McBride.
Załoga szkunera liczyła dwudziestu majtków - Anglików, Holendrów,
Irlandczyków, dwóch Skandynawów i kilku laskarów, indyjskich marynarzy.
Przetransportowanie stu skrzyń z klipra do szerokiej ładowni szkunera
zajęło im mniej niż pół godziny.
John zorientował się tymczasem, że nie jest jedynym pasażerem. Uradował
się, widząc, że na pokładzie jest jego znajomy z Kalkuty, Read.
- Płynąłem do Makau - wyjaśnił Amerykanin. - Popołudniem natknęliśmy się
na McBride'a. Kiedy się dowiedziałem, że zamierza spenetrować wybrzeże,
zmieniłem statek i zabrałem się z nim w rejs. - Uśmiechnął się szeroko.
- Cieszy mnie twoje towarzystwo, Trader. Powinno być ciekawie. Mamy też
na pokładzie misjonarza. - Palcem wskazał śpiącą w hamaku postać. -
Holendra.
Po przeładunku towaru McBride'owi pilno było ruszać w dalszą drogę.
Załoga szybko się uwinęła i wkrótce odpłynęli.
- Możecie panowie zająć moją kabinę, jeśli chcecie - oznajmił im szyper.
- Chyba że wolicie spać na górnym pokładzie, na rufie są koce. Na waszym
miejscu trochę bym się zdrzemnął.
Read wybrał nocleg pod gwiazdami, John również. Gdyby coś miało się
wydarzyć, wolał uniknąć elementu zaskoczenia. Przeszli na dziób statku i umościli się do snu. Większość załogi także tam była: spali albo po
prostu siedzieli w milczeniu. Misjonarz - duży, zwalisty chłop - ani
razu nie wyjrzał ze swojego hamaka. Od czasu do czasu z lekkim szmerem
wiatru w olinowaniu mieszały się odgłosy jego pochrapywania.
John od razu zasnął. Otworzył oczy, dopiero gdy niebo rozjaśniła
pierwsza zapowiedź świtu. Read już nie spał; zamyślony wpatrywał się w blednące gwiazdy nad głową.
- Dzień dobry - odezwał się John cicho. - Od dawna nie śpisz?
- Od jakiegoś czasu. - Amerykanin odwrócił ku niemu głowę. - Czy
ładunek, który do nas trafił, należy do ciebie?
- Częściowo. - John usiadł. Kosmyk ciemnych włosów opadł mu na czoło.
Odgarnął go.
- Czyli sporo zależy od tego, czy uda ci się go sprzedać. Zapożyczyłeś
się?
- Trochę.
- Nie brakuje ci odwagi. - Read nie kontynuował tematu.
Wstali i dołączyli do stojącego przy sterze szypra.
- Spokojnie? - zagadnął go Read.
- Na razie zagrażają nam tylko piraci - odparł McBride. - Jeśli się na
nich natkniemy - dodał - dam panu pistolet, sir, i poproszę, żeby pan z niego skorzystał.
- Nie zawaham się strzelić. - Read wydobył cygaro.
- Wygląda mi pan na takiego, co sporo pływał.
- Bywało się tu i ówdzie.
- Co pana tu sprowadza, jeśli wolno spytać?
- Chciałem być jak najdalej od żony. - Read zapalił cygaro i przez
chwilę rozkoszował się nim w milczeniu. - Ale to pierwszy raz, kiedy coś
przemycam. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Dotychczas nigdy nie
złamałem prawa.
- Tylko chińskie - odrzekł McBride. - A to się nie liczy.
- Racja. - Read zerknął na misjonarza, który chrapał coraz donośniej. -
Niech mi pan powie, zawsze zabieracie w rejs misjonarza?
- Z reguły tak, bo znają język. Robią za tłumaczy.
- I nie przeszkadza im... to, co robimy?
McBride się uśmiechnął.
- Sam się pan przekona, sir.
Godzinę po wschodzie słońca dostrzegli zarys wybrzeża - niewielki cypel
na zachodzie, który szybko zniknął im z oczu. Potem przez dłuższy czas
nic się nie działo, dopiero przed południem ponownie ujrzeli brzeg.
Godzinę później Trader wypatrzył zbliżające się szybko ku nim żagle.
Spojrzał na kapitana McBride'a.
- Piraci? - spytał.
Kapitan pokręcił głową i na moment przekazał koło sterowe Readowi, sam
zaś podszedł do misjonarza i potrząsnął nim, żeby go obudzić.
- Pobudka, van Buskirk. Mamy klientów.
Trader przyglądał się wielkiemu Holendrowi, który - gdy tylko się
rozbudził - okazał się zaskakująco żwawy. Wyciągnął spod zadaszenia dwa
duże wiklinowe kosze i otworzył je: jeden zawierał książki w miękkich
oprawach, drugi był pełen ulotek w kolorowych, papierowych okładkach.
Mężczyzna podszedł do nich.
- To Biblie? - zainteresował się Read.
- Nowy Testament, panie Read, i chrześcijańskie dzieła teologiczne.
Oczywiście po chińsku. Wydrukowane w Makau.
- Żeby nawracać pogan?
- Na to liczę.
- Dziwny sposób na ewangelizację, jeśli wolno mi tak powiedzieć - z pokładu statku szmuglującego opium.
- Gdybym mógł głosić Słowo na lądzie, sir, bez obaw, że zostanę
aresztowany, nie byłoby mnie tutaj - odrzekł zwalisty Holender. Spojrzał
na szypra. - Który towar sprzedajemy w pierwszej kolejności?
McBride wskazał na Tradera. Misjonarz odwrócił się ku niemu.
- Mam pańskie zapewnienie, że towar pochodzi wyłącznie z Patny i Waranasi? Żadnej drobnicy z Malwy?
- Wszystko odpowiednio zapakowane, w zbitych kulach - potwierdził John.
- Najwyższej jakości.
- Zdaje się pan na mnie w kwestii negocjacji ceny? - chciał wiedzieć
misjonarz. Wahanie Johna nie uszło jego uwagi. - Tak będzie najlepiej.
Trader spojrzał na McBride'a, który skinął głową.
Dziwny człowiek z tego Holendra, pomyślał John. Zna różne języki, Bóg
wie ile lat spędził na Wschodzie, usiłując nawracać pogan z kraju, do
którego nie miał wstępu.
Wyglądało jednak na to, że musi złożyć swój los w jego rękach.
- Zgoda - rzekł.
Łódź przemytników była długa, wąska i niepomalowana. Miała kwadratowe
żagle, a przy jej burtach siedziało trzydziestu albo czterdziestu
wioślarzy uzbrojonych w noże i szable abordażowe. Chińczycy nazywali je
"pędzącymi smokami". Niezależnie od tego, skąd wiał wiatr - albo czy w ogóle wiał - taki "pędzący smok" mógł sprawnie manewrować i był prawie
niedościgniony.
Ledwie przemytnicy przybili do burty klipra, pojawił się niski,
umięśniony, bosonogi człowieczek z cienkim warkoczem, ubrany w bawełniane portki do kolan i rozpiętą koszulę. Szybko wspiął się na
pokład i podszedł od razu do van Buskirka.
Negocjacje trwały zadziwiająco krótko i prowadzono je w języku
kantońskim, którym Holender zdawał się płynnie posługiwać. Po kilku
słowach przemytnik w ślad za kapitanem dał nura do ładowni i wybrał
skrzynię, którą wyniosło na pokład dwóch majtków. Wziąwszy ostry nóż,
rozciął otaczający skrzynię jutowy worek i zerwał uszczelnienie ze
smoły. Po chwili skrzynia była już otwarta, a on pogrzebał w wypełniających ją trocinach i uniósł słomianą plecionkę, odsłaniając
wierzchnią warstwę dwudziestu przegródek, z których każda zawierała,
niczym małe pociski artyleryjskie, porcjowane opium ciasno zawinięte w makowe liście.
Wyjąwszy jedną z takich kul, mężczyzna zeskrobał z niej liść, wytarł nóż
w koszulę, po czym wbił jego czubek w twardą, ciemną masę pod spodem.
Następnie wsunął ostrze do ust. Na chwilę zamknął oczy, szybko skinął
głową i zwrócił się do van Buskirka.
Po trwającej mniej niż minutę szybkiej wymianie zdań dobito targu.
- Pięćdziesiąt skrzyń, po sześćset srebrnych dolarów każda - oznajmił
Holender.
- Liczyłem na tysiąc - odrzekł John.
- Nie w tym roku. Najpierw zaproponował pięćset. I tak pan zarobił.
Zanim skończyli rozmawiać, część załogi zaczęła pospiesznie wynosić
skrzynie na pokład, inni zaś opuszczali je przez burtę na "pędzącego
smoka". Jednocześnie wciągnięto na szkuner skrzynkę ze srebrem. Gdy
tylko znalazła się na pokładzie, chiński przemytnik zaczął odliczać
zapłatę. Obok niego piętrzyły się worki monet i sztabki srebra. Kapitan
spokojnie się temu przyglądał.
Van Buskirk natomiast błyskawicznie stracił zainteresowanie transakcją.
Pospieszył do swoich koszy, sięgnął do pierwszego z nich i wydobył
stertę książek.
- Niech mi pan pomoże, panie Trader! - zawołał. - Choć tyle mógłby pan
zrobić.
Trader się zawahał. Na pokładzie wciąż rosła kupka srebra. Read
uprzedził go; posłusznie podszedł do drugiego z koszy, wziął z niego
naręcze pism i przytrzymując je podbródkiem, podszedł do burty statku,
po czym wrzucił wszystko do przemytniczej łodzi poniżej. Holender zrobił
to samo z egzemplarzami Nowego Testamentu.
- Przeczytajcie to - zwrócił się w dialekcie kantońskim do chińskich
wioślarzy. - Głoście Słowo Boże.
Przeładunek opium odbywał się w zdumiewającym tempie. Uformowano ludzki
łańcuch, tak że ciężkie skrzynie niemal frunęły z ładowni na pokład i z pokładu do smoczej łodzi. Zanim van Buskirk i Read uporali się z przekazaniem kolejnych naręczy książek oraz pism, było już po wszystkim
i chiński przemytnik właśnie zamierzał opuścić ich statek.
- Proszę mu powiedzieć, żeby zaczekał! - zawołał Trader do Holendra. -
Nie przeliczyłem jeszcze pieniędzy.
Na van Buskirku nie zrobiło to jednak większego wrażenia i ku rozpaczy
Tradera przemytnik przeskoczył przez burtę, a chińscy wioślarze wzięli
się do roboty. Zauważył, że Read i kapitan uśmiechają się. Van Buskirk
spokojnie pozamykał swoje kosze i dopiero wówczas podszedł do kupki
srebra.
- Podejrzewa pan, że został oszukany? - spytał i łagodnie pokręcił
głową. - Wkrótce się pan przekona, młody człowieku, że Chińczykom nigdy
to się nie zdarza. Nawet przemytnikom. Zapłata się zgadza co do sztabki,
zapewniam pana.
John przekonał się o tym, gdy chował srebro do skarbczyka.
Płynęli przez kolejne dwie godziny. Dzień był piękny, słoneczne
rozbłyski radośnie tańczyły na falach. Read i John Trader stali razem
przy relingu. Kilka razy widzieli szybujące nad wodą ławice ryb
latających.
Przez jakiś czas napawali się tym widokiem, po czym Amerykanin odezwał
się łagodnie:
- Usiłuję cię rozgryźć, Trader. Wydajesz się porządnym człowiekiem.
- Dziękuję.
- W tej branży ludzie są zwykle twardzi. Nie mówię, że nie potrafiłbyś
taki być, ale wydajesz się trochę bardziej wyrafinowany. Dlatego
zastanawiam się, co tobą kieruje. Przed czymś uciekasz, czegoś szukasz.
Dam głowę, że coś cię gryzie. Zadałem więc sobie pytanie: "Czyżby
chodziło o kobietę?".
- Niewykluczone - odparł John.
- To musi być niezwykła młoda dama - stwierdził Read z uśmiechem - żebyś
z jej powodu wplątywał się w handel opium.
Godzinę później kapitan McBride zaklął na widok nadpływającego powoli
statku o krótkim kadłubie, z ożaglowaniem rejowym.
- Wojenna dżonka - wyjaśnił. - Statek rządowy z urzędnikami na
pokładzie.
- Co z nami zrobią?
- To zależy. Mogą zająć ładunek. - Spojrzał na Tradera i zobaczył, że
ten zbladł jak ściana. - Możemy się też poddać i wracać do domu. Możemy
ich prześcignąć. Albo możemy wyjść dalej w morze i spróbować drugiego
podejścia. Tyle że oni będą tu na nas czekać.
John milczał. Podjął decyzję, żeby dostarczyć towar; jak wyjaśni swoim
nowym wspólnikom utratę pięćdziesięciu skrzyni opium? Nie mógł sobie
pozwolić na taką porażkę. Odwrócił się w stronę Reada. Tym razem na
obliczu amerykańskiego obieżyświata malowało się zwątpienie.
Ku zaskoczeniu Tradera wyboru dokonał za nich van Buskirk.
- Płyńmy dalej, panowie - rzekł ze spokojem. Jego nalana twarz nie
wyrażała żadnych emocji. - Zaufajcie mi. - Zwrócił się do szypra: -
Kiedy się do nich zbliżymy, McBride, niech pan postawi statek w dryf,
żeby urzędnik mógł wejść na pokład. Będę też potrzebował tutaj stołu,
dwóch krzeseł i dwóch kieliszków do wina. Nikt niech się nie odzywa,
słuchajcie tylko grzecznie, nawet jeśli niczego nie zrozumiecie. Ja
zajmę się resztą.
Trader patrzył, jak przybija do nich wojenna dżonka. Jej wysokie
drewniane burty robiły duże wrażenie. Jednostka miała wysokie maszty i ogromne żagle z bambusowej plecionki. Masywną rufę pomalowano tak, aby
przypominała chińską maskę - po każdej stronie dziobu widniało otwarte
oko. Pokład wyglądał na zagracony, lecz armata była doskonale widoczna.
Na kliper przeprawił się tylko jeden człowiek, mandaryn. Przywieziono go
małą wiosłową łódką, w której siedział nieporuszony - mężczyzna w średnim wieku, z długimi, obwisłymi wąsami i w czarnym kapeluszu w kształcie cylindra na głowie. Na przyozdobionej haftem szacie miał
sięgającą mu za kolana długą niebieską tunikę bez rękawów, z dużym
kwadratem na piersi, który był symbolem jego rangi. Znalazłszy się na
pokładzie, rozejrzał się ze spokojem, po czym wydobył zwój i zaczął z niego czytać na głos. Dokument spisano w urzędowym języku mandaryńskim,
który w uszach Tradera brzmiał niczym zniekształcone ptasie trele.
- O co chodzi? - szepnął do van Buskirka.
- Cesarz, mając na uwadze zdrowie i bezpieczeństwo swojego ludu,
kategorycznie zakazuje sprzedaży opium. Jeżeli je posiadamy, ładunek
zostanie skonfiskowany i niezwłocznie zniszczony.
John Trader drgnął.
- A więc to koniec.
- Cierpliwości - mruknął Holender.
Gdy mandaryn skończył odczytywać cesarskie obwieszczenie, van Buskirk
wystąpił naprzód i nisko mu się pokłonił. Gestem wskazując przygotowany
stół, zapytał grzecznie, czy mandaryn nie zechciałby usiąść i chwilę z nim porozmawiać. Kiedy obaj usiedli, wydobył z kieszeni płaszcza srebrną
flaszeczkę i napełnił stojące przed nimi kieliszki ciemnobrunatnym
napitkiem.
- To madera, panowie - wyjaśnił na użytek patrzących. - Nigdy się z nią
nie rozstaję.
Następnie wzniósł uroczysty toast na cześć mandaryna i przez czas jakiś
uprzejmie ze sobą gawędzili, sącząc wyborny trunek. Trader zauważył, że
w pewnym momencie oblicze misjonarza przybrało zatroskany wyraz i mężczyzna zaczął wypytywać o coś urzędnika. Potem skinął na Johna.
- Będę potrzebował tysiąca srebrnych dolarów z pańskiego skarbczyka,
panie Trader - oznajmił beznamiętnie. - McBride odda panu później swoją
część.
- Ale...
- Po prostu proszę mi dać te pieniądze - polecił Holender. - W woreczku.
Kilka minut później Trader patrzył, jak misjonarz z powagą przekazuje
otrzymany woreczek srebra mandarynowi, który przyjął go i nie zniżając
się do tego, aby przeliczyć zapłatę, wstał od stołu.
Młody człowiek odezwał się dopiero wtedy, gdy Chińczyk był już w drodze
na swoją dżonkę.
- Czyżby przekupił pan właśnie cesarskiego urzędnika?
- To nie była łapówka - stwierdził Holender - jedynie podarek.
- Co mu pan powiedział?
- Prawdę, rzecz jasna. Wyjaśniłem, że gdyby zwrócił się do pana lub
kapitana albo nawet Reada z pytaniem, czy pod pokładem znajduje się
opium, ponad wszelką wątpliwość usłyszałby odpowiedź odmowną. On zaś był
uprzejmy przyznać, że w takim układzie wierzy wam na słowo. Wówczas
zaproponowałem mu niewielki podarek. Mógł zażądać więcej, lecz tego nie
zrobił.
- Tysiąc dolarów to ma być niewiele?
- Wykpił się pan tanim kosztem, Trader. Mam go zawrócić i ponownie
omówić z nim sprawę?
- Uchowaj Boże!
- W takim razie możemy płynąć dalej.
Van Buskirk skinął głową kapitanowi na znak, że statek może ruszać w drogę.
- To tyle, jeśli chodzi o chińskie zasady moralne - zauważył cierpko
Trader.
- To pan handluje zakazanym narkotykiem, panie Trader - przypomniał
łagodnym tonem misjonarz - nie oni.
Wieczorem dotarli na miejsce spotkania - do niedużej wyspy z osłoniętym
kotwicowiskiem. Statek, który miał przejąć od nich towar, oznaczony
dwiema czerwonymi flagami, już na nich czekał. Połowa oryginalnego
ładunku McBride'a została wcześniej zakontraktowana i opłacona srebrem w Kantonie, wymieniono więc odpowiednie listy kredytowe. Na wieść, że mają
jeszcze sto skrzyń - plus pięćdziesiąt należących do Tradera - chiński
kupiec zapłacił gotówką także i za nie.
O zmroku cel podróży został zrealizowany. Oba statki zarzuciły kotwice,
by o świcie odpłynąć w przeciwne strony. Tymczasem chiński kupiec z radością przyjął zaproszenie na posiłek w towarzystwie nowych przyjaciół
z Zachodu.
Kolacja przebiegła w miłej atmosferze. Jedzenie było proste, wino
znośne, a odrobina madery od van Buskirka poprawiła wszystkim humor.
Misjonarz i Chińczyk rozmawiali głównie po kantońsku, reszta zaś
gawędziła w języku angielskim. Prawdziwa niespodzianka czekała ich
jednak na sam koniec.
- Panowie - odezwał się misjonarz - teraz już nie będę wam potrzebny.
Nasz chiński przyjaciel zgodził się popłynąć ze mną dalej wzdłuż
wybrzeża, zanim znów tu powróci, żeby spotkać się z innym brytyjskim
statkiem opiumowym, którym zabiorę się z powrotem. Niewykluczone, że
zdołam nawet zejść na ląd.
McBride zmarszczył brwi.
- To niebezpieczne przedsięwzięcie, sir. Z reguły misjonarze nie
opuszczają naszych statków. Jeśli pana schwytają, nikt pana nie obroni.
Szczególnie na lądzie.
- Wiem o tym, kapitanie. - Wielki Holender uśmiechnął się niemal
przepraszająco. - Niemniej jestem misjonarzem. - Wzruszył ramionami. -
Pozostaje mi liczyć na pomoc z góry. - Wskazał na niebo.
W milczeniu przetrawiali tę nowinę.
- Niech pana Bóg prowadzi, wielebny - rzekł po chwili Read. - Będzie nam
pana brakować.
- Jeszcze dziś wieczorem przeprawię się z rzeczami na ich statek -
zakończył van Buskirk - żeby rano was nie opóźniać.
Kwadrans później van Buskirk był gotów. Przez ramię przerzucił skórzaną
torbę ze skromnym dobytkiem. Oba wiklinowe kosze opuszczono już przez
burtę na drugi statek. Przed pożegnaniem misjonarz dał jeszcze znak
Traderowi, a gdy ten podszedł, pociągnął go do przeciwległego relingu,
gdzie nikt ich nie mógł podsłuchać.
- Panie Trader - odezwał się, zniżając głos - pozwoli pan dać sobie
pewną radę?
- Oczywiście.
- Spędziłem w tej części świata wiele długich lat. Pan jest jeszcze
młody i widzę, że nie jest pan złym człowiekiem. Tym bardziej błagam,
aby porzucił pan swoje interesy i wrócił do ojczyzny, albo przynajmniej
do Indii, gdzie będzie pan mógł uczciwie zarabiać na życie. Jeżeli
pozostanie pan przy handlu opium, może pan zaprzepaścić swoje szanse na
życie wieczne.
John milczał.
- Powinien pan wiedzieć coś jeszcze - ciągnął starszy mężczyzna. - Kiedy
dzisiejszego popołudnia rozmawiałem z owym mandarynem, przekazał mi
pewne informacje potwierdzające wcześniejsze pogłoski. - Zniżył głos do
szeptu. - Zanosi się na kłopoty. Na duże kłopoty. - Powoli skinął głową.
- Uważam, że jeśli dalej będzie pan handlował opium, grozi panu ruina.
Dlatego, jeśli nie dba pan o swoją nieśmiertelną duszę, radzę panu jak
człowiekowi interesu: niech pan zabiera to, co już zarobił, i się
ratuje.
- Ratuje?
- Niech pan ratuje życie.
* * *
Nazajutrz Mei-Ling przydarzyło się coś nieoczekiwanego. Kazano jej
rozwiesić pranie na dziedzińcu i połowa rzeczy już się suszyła. Młodszy
Syn z czułością jej się przyglądał. Dopiero co kupił nowego szczeniaka i bawił się z nim teraz, siedząc na ławie pod drzewkiem pomarańczowym
rosnącym na środku podwórka.
Słońce świeciło, za murem z prawej strony bambusowe zarośla kołysały się
łagodnie na wietrze, a ponad wyłożonym płytkami dachem po lewej widać
było zbocze z tarasami pól ryżowych. Z kuchni dolatywał apetyczny zapach
piekących się nad ogniem podpłomyków.
Naraz Młodszy Syn ujrzał, że żona chwieje się na nogach, jakby miała
upaść. Wstał zaniepokojony.
Mei-Ling sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. Niespodziewanie
ogarnęły ją mdłości. Płosząc kury, dowlekła się pod drzewko pomarańczowe
i oparła dłonią o ławkę, żeby nie stracić równowagi.
Ten właśnie moment wybrała sobie teściowa, żeby wyjść na dziedziniec.
- Ty niedobra dziewucho! - wrzasnęła. - Dlaczego się lenisz?
Mei-Ling była całkiem bezradna. Zanim mąż zdążył ją podtrzymać, zgięła
się wpół i zwymiotowała na ziemię. Starsza kobieta podeszła i przyjrzała
się jej uważnie. Następnie, ku zdumieniu Mei-Ling, przemówiła do niej
łagodnie:
- Chodź ze mną.
Odepchnęła syna i chwyciła Mei-Ling pod rękę.
- Prędko, prędko. - Odprowadziła dziewczynę do jej izby. - Usiądź sobie
tutaj, w chłodzie.
Usłyszała, jak mąż pyta, co się stało, a jego matka ostrym tonem każe mu
wracać do pracy. Dziewczyna siadła na drewnianym krześle, niepewna, czy
znów nie zwymiotuje, teściowa zaś poszła do kuchni, skąd wróciła po
chwili z kubkiem naparu imbirowego.
- Wypij trochę tego, a później coś zjedz.
- Przepraszam - wyszeptała Mei-Ling. - Nie wiem, co mi się stało.
- Nie wiesz? - Starsza kobieta była zaskoczona. - To poranne nudności.
Wierzba ma szczęście, że ją omijają. Mnie dokuczały za każdym razem. To
nic złego. - Uśmiechnęła się do Mei-Ling, żeby jej dodać otuchy. -
Urodzisz zdrowego syna.
Następnego ranka Mei-Ling znowu zemdliło. I kolejnego. Gdy zapytała
teściową, jak długo to potrwa, starsza kobieta odparła wymijająco:
- Pewnie już niedługo.
Mei-Ling nie pozostawało nic innego, jak radować się zmianą, która
zaszła w ich wzajemnych relacjach. Tak jawny dowód na to, że w synowej
tli się nowe życie, w połączeniu ze wspomnieniami własnych udręk
związanych z porannymi nudnościami sprawiły, że teściowa stała się wobec
niej bardziej uprzejma. Nalegała, aby Mei-Ling odpoczywała, ilekroć
zrobi się jej niedobrze, i często przysiadała, żeby z nią porozmawiać,
co dotąd nigdy jej się nie zdarzało. Naturalnie ich pogawędki na ogół
dotyczyły dziecka, które miało się urodzić.
- Przyjdzie na świat w Roku Świni - zauważyła kiedyś. - A żywiołem tego
roku jest Ziemia. Rok Ziemnej Świni to nie najgorszy czas, żeby się
urodzić.
Zanim skończyła trzy lata, Mei-Ling potrafiła wyrecytować z pamięci
znaki chińskiego kalendarza, od których brał nazwę każdy kolejny rok:
Smok, Wąż, Koń, Koza... W sumie było ich tuzin, tak więc każde zwierzę
powtarzało się co dwanaście lat. Ale to nie wszystko: każdemu z nich
towarzyszył któryś z pięciu przypisanych mu żywiołów: Drewno, Ogień,
Ziemia, Metal i Woda. Dwanaście zwierząt, wraz z symbolizującymi je
żywiołami, tworzyło zamknięty cykl sześćdziesięciu lat.
W Chinach nawet małe dzieci wiedziały, że natura człowieka zależy od
tego, pod jakim znakiem przyszedł na świat. Jedne były bardziej
korzystne, inne mniej.
Ognisty Koń był bardzo zły. Sprowadzał kłopoty na rodzinę, czasami
wielkie kłopoty. Jeżeli w dodatku chodziło o dziewczynkę urodzoną w roku
Ognistego Konia, nikt nie chciał jej pojąć za żonę. Dlatego rodzice
starali się nie płodzić potomstwa w roku Ognistego Konia.
Mei-Ling miała zaledwie ogólne pojęcie o tej złożonej tematyce, lecz
teściowa okazała się prawdziwą jej znawczynią.
- Znak Ziemi może wzmocnić Świnię - wyjaśniła. - Mówi się, że Świnia
jest gruba i leniwa, ale nie zawsze musi tak być. Ziemna Świnia będzie
pracowita i dobrze zaopiekuje się swoją żoną.
- Nie będzie za dużo jadł? - zaniepokoiła się Mei-Ling.
- Owszem, ale nie będzie wybrzydzał. - Starsza kobieta się roześmiała. -
Tym lepiej dla jego żony. Nie będzie musiała dobrze gotować. A jeśli
popełni błąd, on jej wybaczy. Ludzie będą go lubili. Będą mu ufali.
- Podobno urodzeni w roku Ziemnej Świni nie są zbyt bystrzy -
powiedziała Mei-Ling, odrobinę zasmucona.
- Tutaj to i lepiej - zauważyła teściowa. - Tacy ludzie mają jeszcze
jedną cechę - dodała. - Boją się, żeby ktoś ich nie wyśmiał, bo są
prości i ufni. Stale trzeba ich zachęcać do działania. Dbać o to, żeby
byli szczęśliwi. Wtedy będą dobrze pracowali.
Następnego dnia Mei-Ling odważyła się zadać jej pytanie:
- A jeśli to będzie dziewczynka, Matko? Jaka wtedy będzie?
Starsza kobieta nawet nie brała tego pod uwagę.
- Nie martw się. Byłam u wróżbity. Najpierw urodzisz synów. Córkę
dopiero później.
Mei-Ling sama nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy martwić tą
wiadomością. Jednak przypatrując się swojej szwagierce, której brzuch
zdawał się rosnąć z każdym dniem, uświadomiła sobie, że jeśli Wierzba
zgodnie z powszechnym oczekiwaniem wyda na świat chłopca, ona zaś urodzi
dziewczynkę, okazywana jej teraz przez teściową życzliwość może się
gwałtownie skończyć.
Zdziwiła się, gdy pewnego dnia okazało się, że ma gościa. Jej ojciec nie
zbliżał się zazwyczaj do domu Lungów, lecz gdy służąca przyszła
oznajmić, że stoi na zewnątrz i chciałby zamienić słowo z córką,
teściowa zgodziła się, aby Mei-Ling do niego wyszła. Dodała nawet:
- Zaproś go do środka, o ile zechce wejść.
Ojciec czekał na nią przy drewnianym mostku. Wydawał się zmieszany.
Towarzyszył mu nieznany Mei-Ling młody człowiek.
- To jest przyjaciel naszego Nio - rzekł. - Przyniósł wiadomość od
niego, ale nie chciał mi jej przekazać. Tylko tobie. - Po tych słowach
wycofał się.
Mei-Ling przyjrzała się młodzieńcowi. Mógł mieć dwadzieścia pięć lat,
był szczupły i przystojny. Uśmiechał się, miał jednak w sobie coś, co
jej się nie spodobało.
- Kim jesteś? - zapytała.
- Mówią na mnie Morski Smok - odparł. - Znam twojego Młodszego Brata, a ponieważ wybierałem się w te strony, przekazał mi wiadomość dla ciebie.
Chce, abyś wiedziała, że dobrze się miewa.
- Jest w mieście? W Guangzhou?
- Nieopodal.
- Czym się zajmuje?
- Dobrze zarabia. Pewnego dnia może być bogaty. - Młodzieniec znów się
uśmiechnął. - Prosi, żebyś nie nazywała go już Braciszkiem. Odtąd
powinnaś go nazywać Kuzynem z Guangzhou.
Serce jej się ścisnęło. Czy Braciszek chciał jej w ten sposób przekazać,
że stał się innym człowiekiem? Że dołączył do bandy przestępców?
- Czy nosi broń? - spytała z niepokojem.
Mężczyzna opacznie ją zrozumiał.
- Nie martw się, ma za pasem sztylet i krótką szablę. Świetnie włada
nożem. - Zaśmiał się.
- Pracuje na lądzie czy na morzu?
- Na morzu.
Ojciec zbliżył się do nich.
- Powinniśmy już iść - rzekł.
Mei-Ling przytaknęła. Wiedziała już wszystko, co musiała wiedzieć. Nio
został przemytnikiem albo piratem, zresztą wszystko jedno. Ogarnęło ją
straszliwe przeczucie, że grozi mu rychła śmierć.
* * *
"Niech pan ratuje życie". John upomniał się w duchu; nie wolno mu myśleć
o słowach misjonarza. To nie miało sensu. Musiał dotrzeć do Kantonu i spotkać się z Tullym Odstockiem. Ten już będzie wiedział, na co się
zanosi i co należy zrobić.
Stwierdził, że gdyby mniej ufał braciom Odstockom niż holenderskiemu
misjonarzowi, w ogóle nie powinien robić z nimi interesów.
Gdyby tylko w uszach nie rozbrzmiewało mu ciągle ostrzeżenie van
Buskirka!
Po południu dotarli do zatoki u wejścia do delty Rzeki Perłowej.
- Widzi pan te szczyty? - McBride wskazał mu dalekie, skaliste wybrzeże,
ledwo majaczące na horyzoncie. - Najbliżej stąd do wyspy Hongkong. Nic
tam nie ma poza chatami paru rybaków, ale jest gdzie zakotwiczyć. To
dobre schronienie w czasie sztormu.
Read stanął obok Tradera i przez pewien czas wspólnie przyglądali się
skalistym brzegom wyspy.
- Podobno Odstockom dobrze się powodzi - zauważył Amerykanin. - Miałeś
okazję poznać ich ojca?
- Nie. Na starość wrócił do Anglii.
- Ponoć solidnie zapracował na swoją reputację. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Ludzie mówią, że to diabeł wcielony. Umysł miał ostry jak
brzytwa.
Trader zmarszczył brwi. Czyżby Amerykanin chciał go delikatnie
przestrzec przed Odstockami? Trudno powiedzieć.
- Benjamina znam od dłuższego czasu - rzekł. - To dobry człowiek.
- A jego brat w Kantonie?
- Tully Odstock? Jeszcze się nie spotkaliśmy.
Read wydawał się zaskoczony.
- Na twoim miejscu wolałbym kogoś dobrze poznać, zanim wszedłbym z nim w spółkę - stwierdził.
- Uważasz, że za bardzo się pospieszyłem?
- Większość zakochanych sądzi, że los im sprzyja. - Amerykanin ze
smutkiem pokiwał głową. - Też taki byłem.
- Ja chyba zdaję się na instynkt - odparł John. - Jeżeli coś wydaje się
w porządku... - Wzruszył ramionami. - To tak jak wtedy, gdy dajemy się
nieść nurtowi rzeki. Płyniemy z prądem życia.
- Może i tak. - Read zastanawiał się przez moment. - Doświadczenie
nauczyło mnie, że życie bardziej przypomina ocean. Jest
nieprzewidywalne, Trader. Fala może nadejść z każdej strony, a wszystkim
rządzi przypadek.
- Cóż, myślę, że jestem na dobrej drodze - stwierdził John.
Późnym popołudniem minęli Hongkong. Przez kilka kolejnych godzin statek
nawigował między przyjaźnie wyglądającymi wysepkami rozsianymi u wejścia
do zatoki, aż pod wieczór ujrzeli Makau.
Wyspa ta bardzo różniła się od pozostałych. Od stuleci zamieszkiwana
przez Portugalczyków, miała płytką zatokę i strome zbocza usiane
domostwami, willami, kościołami oraz niewielkimi fortami, które w świetle zachodzącego słońca wyglądały naprawdę malowniczo.
Zarzucili kotwicę na redzie w Makau. Do burty podpłynęła szalupa i Read
wsiadł do niej, żeby dostać się na ląd.
- Nie wiadomo, czy się jeszcze kiedy spotkamy - rzekł, gdy ściskali
sobie dłonie z Traderem. - Tak czy inaczej, powodzenia.
Podróż z Makau do Kantonu rozpoczęła się nazajutrz o świcie i trwała
niemal trzy długie dni. McBride nie był zbyt rozmowny.
Pierwszego dnia wpłynęli głębiej w zatokę. Około południa Trader
dostrzegł żagle na horyzoncie.
- Wyspa Lintin - mruknął kapitan. - Tam kutry przemytników wyładowują
opium. Poza zasięgiem wzroku chińskiego gubernatora.
Po południu, w miarę jak zatoka zaczęła się zwężać, Trader mógł zauważyć
po swojej lewej stronie niekończące się, szerokie równie pływowe, a daleko za nimi linię brzegową i wznoszące się w niebo górskie szczyty.
Czy to wyobraźnia płatała mu figle, czy naprawdę miały w sobie coś
złowrogiego?
Drugiego dnia zobaczyli przed sobą kilka cypli.
- To Bogue - wyjaśnił krótko McBride. - Brama do Chin.
Gdy dopłynęli do Bogue, szkuner stanął w dryfie obok zacumowanej kawałek
od brzegu dżonki, z której pokładu szybko przeprawił się do nich młody
chiński urzędnik, pobrał od McBride'a opłatę i gestem dał im znać, żeby
płynęli dalej.
Brama do Chin była naprawdę dobrze strzeżona. Minęli dwa wielkie forty,
po jednym na każdym brzegu rzeki, z murami z suszonych na słońcu cegieł,
grubymi na trzydzieści stóp, i imponującą baterią armat wycelowanych w wodę. Każdy niemile widziany statek w kanale zostałby bez wątpienia
rozniesiony w drzazgi. Wkrótce oczom ich ukazały się kolejne dwa groźne
forty. Potężne cesarstwo, pomyślał John, potężne umocnienia.
Kanał się zwężał i załoga po obu burtach sondowała dno.
- Mielizny - mruknął McBride. - Trzeba uważać.
W miarę jak posuwali się naprzód, Trader mógł oglądać pola ryżowe,
wioski złożone z drewnianych chat, pola zbóż, a tu i tam sad albo
świątynię z wygiętym czterospadowym dachem. Po płytkich wodach niczym
skrzydlate owady śmigały małe dżonki o trójkątnych żaglach rozpiętych w bambusowych ramach.
A więc tak wyglądały Chiny: groźne, urokliwe, tajemnicze.
Sampany podpływały na tyle blisko, że z góry mógł oglądać ich
mieszkańców - Chińczyków z cienkimi warkoczami - którzy omiatali go
obojętnym wzrokiem. Uśmiechał się do nich, a nawet machał, lecz nie
reagowali. Co sobie o nim myśleli? Nie miał pojęcia.
Trzeciego dnia o poranku pokonali zakręt rzeki i ujrzeli przed sobą
istny las masztów.
- Huangpu - oznajmił kapitan. - Tutaj pan wysiada.
- Myślałem, że zawiezie mnie pan do Kantonu.
- Tutaj wszyscy wyładowują towar. Do Kantonu zabierze się pan lichtugą.
Przed zmrokiem będzie pan na miejscu.
Szkuner zgrabnie lawirował w olbrzymim labiryncie wysepek, kei i kotwicowisk i Trader ani się obejrzał, jak załadowano go - wraz z kuframi i skarbczykiem - do jednej z płaskodennych barek płynących w górę rzeki. McBride pożegnał go uściskiem dłoni i ponuro brzmiącym:
- Odtąd jest pan zdany sam na siebie, panie Trader.
Dwie godziny musiał czekać, aż lichtuga wyruszy w końcu w rejs. Ostatnie
mile w górę Rzeki Perłowej okazały się dla niego nużące. Jako że nie
mógł porozumieć się z żadnym z sześciu Chińczyków, którzy stanowili
załogę barki, został sam na sam ze swoimi myślami.
Podobnie jak większość łodzi, również jego barka miała odebrać ostatni w tym sezonie zbiór herbaty - tej czarnej, najgorszej jakości - zanim cały
handel w Kantonie zamknie się na letnie miesiące. Może mu się wydawało,
lecz odniósł wrażenie, że załoga wykazuje już typową dla końca sezonu
ospałość.
Po południu nadciągnęły chmury. Niebo ciemniało z minuty na minutę i John zaczął nawet powątpiewać, czy uda im się dotrzeć do Kantonu przed
zmrokiem. Gdy już nabrał pewności, że nie ma na to szans, pokonali
kolejny zakręt i ujrzał przed sobą długi rząd stłoczonych łodzi
mieszkalnych. Wyglądało to jak rzeczne slumsy. Za nimi, w pewnym
oddaleniu, minęli cumujący przy nabrzeżu duży, malowany statek. Słudzy
uwijali się właśnie na jego trzech pokładach, zapalając latarnie, w których świetle Trader dostrzegł umalowane twarze wychylonych przez
burtę dziewcząt.
Musiała to być jedna z chińskich Łodzi Kwiatów, pływających domów
publicznych, o których słyszał. Załoga nagle się ożywiła; szczerząc
zęby, wskazywali mu dziewczyny, gotowi na jego znak podpłynąć bliżej.
Dziewczęta zachęcały go machaniem, lecz Trader tylko pokręcił głową, z uprzejmości siląc się na pełen żalu uśmiech.
Po kilku minutach, gdy minęli całe zatrzęsienie cumujących na rzece
dżonek, oczom Johna ukazał się wreszcie cel jego podróży.
Fotografie i szkice, które widział, nie kłamały: wspaniałego portu,
który cudzoziemcy nazywali Kantonem, nie dało się pomylić z żadnym innym
miejscem.
Mówiono mu, że swoją zachodnią nazwę port zawdzięcza portugalskim
kupcom. Słysząc, jak Chińczycy określają tę prowincję mianem Guangdong,
przypuszczali, że słowo to odnosi się do miasta, i wkrótce Guangdong
stało się Kantonem. Zanim świat odkrył, że w istocie nosi ono nazwę
Guangzhou - co brzmiało mniej więcej jak "Gwung-Jo" - "Kanton" zdążył
się już na tyle zakorzenić w świadomości obcokrajowców, że nikt się tym
już nie przejmował.
Większość zachodnich podróżników nazywała zresztą Beijing Pekinem, w języku angielskim Moskwa funkcjonowała jako Moscow, a München z jakiegoś
niejasnego powodu przetłumaczono na Munich. Kilku zatwardziałych
lokalnych brytyjskich patriotów określało nawet francuski Lyon swojsko
brzmiącym słowem Lions.
Nie wiadomo, czy wynikało to z arogancji, ignorancji czy też z lenistwa
- a może z przekonania, że dokładność w kwestii obcych nazw miejscowych
jest oznaką pretensjonalności, przeintelektualizowania albo czymś wręcz
podejrzanym. Prawdopodobnie chodziło o wszystkie te rzeczy naraz.
Mury starożytnego miasta leżały w pewnej odległości od rzeki. W ich
obrębie wolno było mieszkać wyłącznie Chińczykom, jednak pomiędzy murami
a rzeką powstała imponująca dzielnica cudzoziemskich kupców.
Rozległy, otwarty teren - pusty, jeśli nie liczyć kilku budek celników -
ciągnął się przez ćwierć mili wzdłuż nabrzeża na podobieństwo wielkiego
placu apelowego. Za nim na wodę spoglądał śmiało długi rząd ładnych,
bielonych budynków w kolonialnym stylu króla Jerzego. Wiele z nich miało
werandy i rozpięte nad nimi zielone markizy. Mieściły się tam biura i magazyny cudzoziemskich kupców oraz ich kwatery mieszkalne. Każdy
budynek zajmowali obywatele innego państwa, o czym świadczyła flaga
łopocząca od frontu na wysokim maszcie. A ponieważ kupców przyjęło się
nazywać faktorami, należące do nich wystawne gmachy otrzymały nazwę
faktorii. Ponad tuzin z nich tworzyło pierzeję placu: brytyjska,
amerykańska, holenderska, niemiecka, francuska, szwedzka, hiszpańska...
Gdy barka zbliżyła się do nadbrzeża, Trader zauważył chińskiego
tragarza, spieszącego do jednego z większych budynków. Zanim jego
dobytek znalazł się na lądzie, ujrzał korpulentną postać, która
zmierzała ku niemu raźnym krokiem. Jej tożsamość nie mogła budzić
żadnych wątpliwości.
Policzki Tully'ego Odstocka pokrywały fioletowe plamy. Otyłość
sprawiała, że jego oczy zdawały się niknąć w pulchnej twarzy, a głowę
pokrywały kępki siwych włosów. Pierwsze skojarzenie Tradera było
jednoznaczne: z wyglądu przypominał rzepę.
- Pan Trader? Tully Odstock. Cieszę się, że dotarł pan cało. Podobno
wyprawił się pan na północ wzdłuż wybrzeża? Udało się panu sprzedać
trochę opium?
- Tak, panie Odstock. Pięćdziesiąt skrzyń po sześćset srebrnych dolarów
każda.
- Doprawdy? - Zaskoczony Tully pokiwał głową. - Świetnie się pan spisał.
Znakomicie. - Jednak coś innego zdawało się zajmować jego myśli.
Tragarze tymczasem przenieśli skarbczyk i kufry na wózek ręczny i ruszyli z nim w kierunku brytyjskiej faktorii.
- Słyszałem, że handel kiepsko idzie - zagadnął Trader.
Tully obrzucił go bystrym spojrzeniem.
- Czyli nic pan jeszcze nie wie? - A na widok skonsternowanej miny
Tradera dodał: - Zresztą skąd niby miałby pan wiedzieć. Wieści dotarły
dopiero dziś rano i obawiam się, że nie są najlepsze. - Sapnął. -
Naturalnie, wszystko jak zwykle rozejdzie się po kościach, więc nie ma
się czym przejmować.
- O czym dokładnie mówimy? - zapytał podejrzliwie Trader.
- Z powodu opium Chińczycy zaczęli nam ostatnio sprawiać kłopoty. I tyle. Resztę opowiem panu przy obiedzie. Musi pan wiedzieć, że całkiem
dobrze tutaj jadamy.
Trader się zatrzymał.
- Proszę powiedzieć mi wszystko od razu - zażądał, zdumiony własną
stanowczością w stosunku do starszego od siebie człowieka. - Ile możemy
stracić?
- Trudno ocenić, ale sądzę, że całkiem sporo. Omówimy to przy obiedzie.
- Ile?
- No cóż... - Tully nadął fioletowe policzki. - Przypuszczam, że... Rozumie
pan, oczywiście czysto teoretycznie... można by rzec, że... wszystko.
- Mogę stracić wszystko?
- Niech mi pan wierzy, cała sprawa rozejdzie się po kościach - powtórzył
Tully. - A teraz pora coś zjeść.
* * *
Z powodu śniegu zalegającego na przełęczach podróż wydłużyła się aż o tydzień. Shi-Rong obawiał się, że komisarz Lin będzie musiał na niego
czekać, kiedy więc wreszcie dotarł do Guangzhou, z ulgą przekonał się,
że mandaryn jeszcze nie przybył na miejsce.
Postanowił dobrze spożytkować ten czas. Niezależnie od zadań, jakie
wyznaczy mu szlachetny pan Lin, im więcej będzie wiedział o lokalnych
sprawach, tym lepiej.
Znalazł tymczasowe zakwaterowanie i zaraz wyruszył na poszukiwanie
przewodnika, a rozpytawszy się tu i ówdzie, trafił dokładnie na kogoś,
kogo potrzebował: kantońskiego studenta przygotowującego się do
egzaminów mandaryńskich na szczeblu prowincjonalnym. Fong był szczupłym,
bystrym młodzieńcem, bardzo zadowolonym z perspektywy zarobku.
Przez trzy dni zwiedzali tętniące życiem miasto, przedmieścia i cudzoziemskie faktorie. Młody Fong, oprócz tego, że okazał się świetnie
poinformowany, był też dobrym nauczycielem. Pod jego opieką Shi-Rong
podszlifował swój kantoński i wkrótce rozumiał większość z tego, o czym
mówiło się na ulicach. Ze swojej strony, ilekroć razem jedli, Fong
zasypywał go pytaniami, wielce ciekaw, co też tak ważny gość sądzi o jego rodzinnym mieście.
- Nie smakuje wam kantońska kuchnia, panie? - zagadnął go przy pierwszym
wspólnym posiłku. - Nie za dużo ryżu?
- Tutejsze potrawy pachną tyloma przyprawami. I wszystko jest nazbyt
słodkie - poskarżył się Shi-Rong.
- Słodko-kwaśne. To typowe dla dań południowochińskich. Proszę spróbować
krojonego mięsa z kurczaka. Jest mniej słodkie. I naleśników z warzywnym
nadzieniem.
Pod koniec drugiego dnia, gdy pili razem wino ryżowe, Fong zapytał go,
czy Guangzhou jest takie, jak się spodziewał.
- Wiedziałem, że życie płynie tutaj szybciej - przyznał Shi-Rong - ale
te tłumy w uliczkach i na targu... Trudno się przecisnąć.
- Mamy też ciemniejszą skórę. - Młody Fong uśmiechnął się szeroko. - I zależy nam tylko na pieniądzach. Tak mówi się o nas w Pekinie, prawda? -
A gdy Shi-Rong nie zaprzeczył, wykrzyknął ze śmiechem: - Ale to wszystko
prawda!
- A co ludzie z Guangzhou mówią o nas? - Shi-Rong postanowił się
zrewanżować.
- Jesteście wyżsi i macie jaśniejszą skórę. - Fong z oczywistych
względów starał się zachowywać ostrożność, lecz Shi-Rong zachęcił go,
żeby mówił otwarcie. Wówczas młody kantończyk przyznał: - Mówimy, że
wieśniacy z północy całe dnie spędzają w kucki.
Shi-Rong uśmiechnął się. Rzeczywiście, wieśniacy z północnych równin
często przyjmowali w grupach taką pozycję, żeby odpocząć od pracy.
- Ale zawsze zbierają zboże na czas.
Szczególnie interesowało go zdanie Fonga na temat przemytu opium.
Początkowo, znając stanowisko gościa, młodzieniec odpowiadał wymijająco.
Lecz piątego dnia zaufał mu na tyle, żeby się zdobyć na szczerość.
- Rozkazy z Pekinu są jasne. Cesarz każe robić naloty na palarnie opium
i aresztować palaczy. Prowadzone są więc obławy, ogarniające swoim
zasięgiem nawet wsie. Mnóstwo ludzi trafia do więzień, a mimo to popyt
na opium nie maleje. Moim zdaniem to zwykła strata czasu. Nawet
gubernator tak uważa. Bez względu na oficjalne działania za rok wszystko
wróci do normy.
Komisarz Lin przybył dopiero po upływie tygodnia. Ucieszył się, widząc
Shi-Ronga na miejscu, a jeszcze bardziej, gdy młody pomocnik wyjawił mu,
jak spędził czas oczekiwania.
- Pańska gorliwość zasługuje na pochwałę. Będzie pan moim sekretarzem, a także oczami i uszami.
Lin natychmiast zarekwirował dom na przedmieściach nieopodal
cudzoziemskich faktorii i poinformował Shi-Ronga, że też ma tam
zamieszkać. Już pierwszego wieczoru przedstawił mu swój plan działania.
- W drodze przeczytałem wszystkie doniesienia z tutejszej prowincji. W najbliższym tygodniu pomówię z gubernatorem, miejscowymi mandarynami i kupcami z Guangzhou - oraz ich sługami, od których najwięcej się dowiemy
- żeby móc wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. Potem zniszczymy
handel opium. Jak pan sądzi, w kogo najpierw powinniśmy uderzyć?
Młodzieniec powtórzył mu słowa Fonga oraz inne rzeczy, których sam się
dowiedział, po czym szczerze wyznał, że według niego czeka ich długa i niewdzięczna praca, jeżeli chcą zniechęcić pobratymców do zażywania
narkotyku.
- Spalę im fajki opiumowe - oznajmił ponuro Lin. - Ale ma pan rację.
Jedynym sposobem wykorzenienia tej trucizny jest przerwanie łańcucha
dostaw. Kto zatem jest naszym największym wrogiem, młody panie Jiang?
- Fan Kuei, rudowłose cudzoziemskie diabły, które zwożą opium do naszego
królestwa.
- Co o nich wiemy?
- Byłem w ich faktoriach. Wygląda na to, że nie wszyscy są tacy sami.
Pochodzą z wielu różnych krain i tylko niektórzy mają rude włosy.
- Najgorszymi łotrami są ci z krainy zwanej Anglią. Najwyraźniej nikt
nie wie, gdzie ona leży. Pan wie?
- Nie, ekscelencjo. Czy mam się o to rozpytać?
- Być może. Choć w zasadzie to nieistotne, gdzie mieszkają te prymitywne
ludy. Dowiedziałem się jednak, że włada nimi królowa. I że przysłała tu
swojego urzędnika.
- Tak, komisarzu. Zwie się Elliot i pochodzi ze szlachetnej rodziny.
Obecnie przebywa w Makau.
- Może ta królowa nie wie nawet, co wyprawiają tu jej piraci. Może ów
sługa jej o tym nie doniósł.
- To możliwe, komisarzu.
- Zacząłem pisać do tej królowej list, który zostanie przetłumaczony na
jej barbarzyński język. Gdy tylko będzie gotowy, przekażę go jej słudze,
aby go dostarczył. Udzielę jej nagany i wydam stosowne instrukcje.
Jeżeli włada sprawiedliwie, bez wątpienia nakaże temu Elliotowi zgładzić
wszystkich piratów. Najgorszy z nich to niejaki Jardine. Od niego
powinna zacząć. - Umilkł i przyjrzał się badawczo Shi-Rongowi. - Ale Fan
Kuei są nieistotni. Niebiańskie Cesarstwo z łatwością poradzi sobie z garstką piratów. Ponownie więc pytam: kto jest naszym prawdziwym
wrogiem, panie Jiang? Wie pan?
- Nie jestem pewien, ekscelencjo.
- Nasi rodzimi kupcy w tym mieście. Kohong, zrzeszenie chińskich gildii
kupieckich - ci sami ludzie, których cesarz upoważnił do prowadzenia
interesów z cudzoziemskimi przybyszami. Ci zdrajcy pozwalają
barbarzyńcom handlować opium, więc surowo się z nimi rozprawimy.
Kolejnych kilka dni było bardzo pracowitych. Nie ujawniając nikomu
swoich zamiarów, Lin prowadził liczne rozmowy i zbierał dowody. Shi-Rong
uwijał się dzień i noc, sporządzając notatki, spisując meldunki i biegając na posyłki. Po tygodniu Lin wyznaczył mu proste zadanie: miał
pójść do domu jednego z kupców zrzeszonych w kohongu i z nim pomówić.
- Tylko niech pan się z niczym nie zdradza - polecił komisarz. - Okaże
mu pan życzliwość i wypyta go o cudzoziemskich kupców oraz ich towary.
Dowie się, co ów człowiek naprawdę o nich myśli.
Następnego popołudnia Shi-Rong złożył mu sprawozdanie.
- Pierwsze, co odkryłem, ekscelencjo, to to, że według niego nikt nie
zdoła ukrócić handlu opium. Przerwać go na pewien czas, owszem, można,
sądzi jednak, że wyjedziecie stąd, gdy tylko uczynicie zadość życzeniom
cesarza, a wówczas wszystko zacznie się od nowa. I chociaż znana jest mu
wasza osławiona uczciwość, najwyraźniej trudno mu uwierzyć, że w przeciwieństwie do innych urzędników jesteście nieprzekupni.
- Coś jeszcze?
- Dwie rzeczy, ekscelencjo. Ton tego człowieka sugerował, iż
barbarzyńscy kupcy stali się jego bliskimi przyjaciółmi. Co więcej, od
jego sług dowiedziałem się, że poważnie zadłużył się u jednego z nich,
niejakiego Odstocka.
- Dobrze się pan spisał. Cesarz słusznie uznał, że nie należy dopuszczać
do kontaktów tych Fan Kuei z naszymi ludźmi. Lecz nawet zamknięci w obrębie jednego portu, poza murami miasta, nadal potrafią korumpować
naszych kupców z kohongu, którzy rzekomo są zacnymi ludźmi.
- Istotnie.
- Wspomniał pan o dwóch rzeczach.
- Zapewne nie ma to większego znaczenia, ekscelencjo, dowiedziałem się
jednak, że ów kupiec, Odstock, spodziewa się na dniach przybycia młodego
uczonego, który ma zostać jego młodszym wspólnikiem w interesach.
Chociaż to dziwne - dodał - aby człowiek uczony parał się handlem.
- Z tymi barbarzyńcami nigdy nic nie wiadomo. Chcę, aby pan się z nim
spotkał, kiedy już tu przybędzie. Sprawdzi pan, czy wie coś, co może być
dla nas przydatne.
- Wedle życzenia, ekscelencjo. - Shi-Rong ukłonił mu się.
- Sądzę - rzekł Lin z posępnym uśmiechem - że jesteśmy już gotowi.
Proszę zwołać na wieczór zgromadzenie członków kohongu. - Skinął szybko
głową młodzieńcowi. - Dziś jeszcze uderzymy.
* * *
John Trader z przerażeniem wpatrywał się w Tully'ego Odstocka. Siedzieli
w jego niewielkim biurze, którego okno wychodziło na wąską uliczkę
łączącą angielską faktorię z chińską drogą na tyłach budynku. Żółtawa
poświata dwóch zapalonych lamp padała na zajmowane przez nich skórzane
fotele. Powietrze było duszne i nagrzane, lecz Johnem Traderem
wstrząsały lodowate dreszcze, jakby znajdował się na pustyni Gobi.
- To się stało wczoraj wieczorem - opowiadał Tully. - Niejaki Lin zwołał
do siebie wszystkich kupców kohongu. Nazwał ich przestępcami i zdrajcami, a potem oznajmił, że kupcy z faktorii mają wydać mu swoje
zapasy opium i kohong musi to zorganizować - odpowiadają za handel z innymi krajami, rozumie pan - jeśli zaś nie wywiążą się z tego
obowiązku, zostaną straceni. Dał im na to trzy dni. Tymczasem nikomu z nas nie wolno opuszczać Kantonu.
- Mówiąc o całych zapasach opium...
- Nie miał na myśli tylko tych niedużych ilości składowanych obecnie w faktoriach, lecz cały towar przechowywany w magazynach w dole rzeki i w zatoce, a także w ładowniach statków, które wciąż tu przybijają.
Wszystko, co mamy. Olbrzymie ilości opium.
- A co z tym, które kupiłem i za które sam zapłaciłem?
- Oczywiście również zostanie zarekwirowane. - Tully współczująco
pokiwał głową. - Muszę przyznać, że ma pan pecha. Jednak inwestując
własne pieniądze w spółkę, uczynił pan z nich kapitał Odstocków - ożywił
się. - Ma pan zatem prawo do dziesięcioprocentowego udziału w naszych
przyszłych zyskach.
- Jakich zyskach? - Trader nawet nie ukrywał swojej goryczy. Tully
milczał. - Straciłem wszystko, co zainwestowałem.
- Tego bym nie powiedział - odparł Tully. - Według mnie cała ta sprawa
szybko przyschnie.
- Oddamy im opium?
- Pojutrze odbędzie się narada w tej sprawie. Naturalnie jest pan
zaproszony - dodał, jakby to miało cokolwiek zmienić.
Tej nocy John Trader właściwie nie zmrużył oka. Kwatera Odstocków w angielskiej faktorii składała się z dwóch ciasnych sypialni. Pokój
Tully'ego wychodził na boczną uliczkę, a pokój Johna w ogóle nie miał
okna. O północy leżał w swojej dusznej klitce i słuchał dobiegającego
zza gipsowej ściany pochrapywania Tully'ego. W końcu sięgnął po mosiężną
lampę naftową, w której wciąż tlił się nikły płomyk, podkręcił knot i wziąwszy arkusz papieru, ponownie wbił wzrok w kolumny cyfr. Nie musiał
tego robić - znał je wszystkie na pamięć.
Całkowity wkład. Zadłużenie. Należne odsetki, płatne gotówką. Wpatrując
się tępo w kartkę, raz jeszcze dokonał obliczeń. Ograniczając wydatki do
minimum, przez rok będzie jeszcze w stanie spłacać odsetki od pożyczki i jakoś wiązać koniec z końcem - ale niewiele dłużej. Góra piętnaście
miesięcy.
Bracia Odstockowie nie wiedzieli, że się zapożyczył. Większa
zainwestowana kwota pozwoliła mu wynegocjować lepsze warunki
przystąpienia do spółki. W innych okolicznościach uznałby, że zrobił
doskonały interes, ale teraz? Teraz groziła mu ruina.
I po co to wszystko? Żeby zdobyć Agnes, rzecz jasna. Szybko zbić
fortunę. Dowieść ojcu dziewczyny, że z czasem zdoła uczynić z Agnes
panią na szkockim zamku. Wiedział, że może tego dokonać. Jej twarz
stanęła mu przed oczami: tak, to wszystko było możliwe. Więcej - było mu
przeznaczone. Miał co do tego całkowitą pewność, której w żaden sposób
nie potrafiłby racjonalnie wytłumaczyć. Ten los był mu pisany.
Uciekł więc od bezpiecznego, przeciętnego życia, jakie wiódł w Kalkucie,
aby postawić wszystko na jedną kartę w Chinach. Rzucił się na głęboką
wodę, wiedząc, że w razie porażki grożą mu sztormy i ostre skały, a nawet śmierć, jak tylu tysiącom poszukiwaczy przygód przed nim. Ale nie
było innego wyjścia: taką już miał naturę. I nawet teraz, w obliczu
bankructwa, jakiś głosik szeptał mu, że gdyby znów miał dokonać wyboru,
postąpiłby tak samo.
Mimo wszystko, wpatrując się ponuro w środku nocy w swoje wyliczenia,
odczuwał strach. A gdy wreszcie udało mu się zasnąć, spał niespokojnie w ciemnej izdebce, dopóki odgłosy krzątaniny Tully'ego Odstocka nie
uświadomiły mu, że nastał poranek.
- Najwyższy czas przedstawić pana kilku osobom - rzekł wspólnik, gdy
wyszli z domu po skończonym śniadaniu. Mówił z ożywieniem, jakby nie
było żadnych powodów do niepokoju.
John nadal nie wiedział, co o nim myśleć. Przypuszczał, że podobnie jak
brat jest kupcem starej daty, kutym na cztery nogi. Jednak czy bracia
nie nazbyt szybko wzięli od niego pieniądze, a jego samego przyjęli na
wspólnika? Skoro zdołał ukryć przed nimi wielkość długu, jaki w tym celu
zaciągnął, być może oni także ukryli przed nim to i owo, jeśli chodzi o stan swoich interesów?
Czy Tully, twierdzący, że kłopoty w Kantonie są przejściowe, próbował go
oszukiwać, czy - co byłoby chyba jeszcze gorsze - oszukiwał sam siebie?
Jednego John Trader był pewien: Tully Odstock się bał. Ten strach dało
się niemal wyczuć, mimo to nikt poza nim nie wydawał się zaniepokojony.
Przed południem zdążyli odwiedzić wszystkie faktorie. Trader poznał
kupców z Francji i Szwecji, Duńczyków, Hiszpanów oraz Holendrów. Niemal
każdy zgadzał się, że Lin dopiero zaczyna negocjacje.
- Odmówimy mu, a wtedy zacznie się targować - mówili.
- Musi się wykazać, żeby zrobić wrażenie na cesarzu, dostać awans i przenieść się gdzie indziej - zapewnił Johna jeden z holenderskich
kupców. - To gra, w której biorą udział wszyscy mandaryni.
Dodało mu to otuchy. Po przybyciu do amerykańskiej faktorii usłyszeli
dalsze pokrzepiające słowa.
Warren Delano miał dopiero trzydzieści lat. Ten przystojny mężczyzna z imponującymi wąsami, bokobrodami i życzliwym uśmiechem - chociaż John
zwrócił uwagę na jego zimne jak stal spojrzenie - zdążył już zbić spory
majątek na handlu opium. Reprezentował sobą wszystko, o czym John
marzył. On także lekceważeniem zbył żądanie Lina.
- Całe opium, które sprzedaję, wziąłem w komis - oznajmił. - Stoję na
stanowisku, że nie można wydać Chińczykom towaru będącego cudzą
własnością. Po prostu nie mam prawa tego zrobić.
- Piekielnie dobry argument - pochwalił Tully. - Jedna trzecia naszych
zapasów też została wzięta w komis. Należy do innych kupców, Parsów z Bombaju.
- Sam pan widzi - stwierdził Delano.
Kiedy wyszli, Trader odniósł wrażenie, że jego tęgi wspólnik kroczy z nową pewnością siebie.
- Wrócimy inną drogą - rzekł, pociągając go za sobą w Old China Street.
Od frontu zabudowania faktorii wychodziły na nabrzeże, od tyłu zaś
przylegały do nich malutkie podwórka i liczne schodki, które ciągnęły
się na ponad sto jardów, aż do wielkiej kantońskiej arterii zwanej ulicą
Trzynastu Faktorii, stanowiącej granicę pomiędzy dzielnicą
cudzoziemskich kupców a chińskimi przedmieściami. Odchodziły od niej
trzy przecznice, biegnące przez cały kupiecki kwartał, aż do wody: Hog
Lane, przy której mieściła się angielska faktoria, Old China Street przy
faktorii amerykańskiej oraz jeszcze jedna, pomiędzy hiszpańską a duńską
faktorią. Choć przecinały cudzoziemską dzielnicę, zastawione były
chińskimi straganami, oferującymi wszelkie przysmaki i towary
codziennego użytku, jakie zgodnie z mniemaniem przekupniów mogłyby
zainteresować Fan Kuei.
Minęli owe stragany i znaleźli się na ulicy Trzynastu Faktorii. Tully
pogardliwie wskazał kciukiem ładną starą chińską rezydencję, która
wznosiła się nieopodal, po ich lewej stronie.
- To tutaj rozgościł się komisarz Lin - prychnął. - Wydaje mu się chyba,
że stąd może mieć na nas oko.
Po krótkim spacerze ruchliwą ulicą skręcili w prawo w Hog Lane. Tully
wskazał Johnowi pobliską bramę.
- Tu jest nasz szpital, gdyby pan zachorował. Mamy świetnego lekarza,
amerykańskiego misjonarza nazwiskiem Parker. Miły gość. - Skinął głową.
- No dobrze, ma pan już pewną orientację w terenie. Pora na lunch.
Angielską faktorię zbudowała Kompania Wschodnioindyjska w osiemnastym
stuleciu. Od frontu na piętrze mieściła się przestronna jadalnia, a z boków przylegały do niej biblioteka i sala bilardowa. Okna jadalni
wychodziły na ogród w stylu angielskim, rozciągający się niemal aż do
samego brzegu i zakończony murem. Obrazy olejne na ścianach, wygodne
fotele i zastęp znakomicie przeszkolonych kelnerów sprawiały, że czuło
się tam atmosferę komfortu i staroświeckiej solidności londyńskiego
klubu.
Nie wszyscy kupcy z Anglii mieszkali w faktorii, pomimo jej imponujących
rozmiarów. Część znalazła zakwaterowanie po sąsiedzku, wśród innych
nacji, które dysponowały wolnymi pomieszczeniami, traktując rodzimą
faktorię jako miejsce przyjemnych spotkań. Tego dnia na lunchu
zgromadził się tam ponad tuzin stałych bywalców. Ponieważ Jardine,
największy angielski handlarz opium, popłynął niedawno w rejs do
ojczyzny, zebranym przewodniczył jego wspólnik, Matheson. Kilku mężczyzn
było drobnymi kupcami, z których zwłaszcza jeden, niejaki Dent, wyglądał
według Tradera jak pirat z krwi i kości. Jego całkowite przeciwieństwo
stanowił czcigodny doktor Parker, towarzyszący któremuś z bratanków
Jardine'a.
Zarówno misjonarz, jak i korsarz sprawiali nader sympatyczne wrażenie i gotowi byli służyć cennymi radami. Matheson wskazał Traderowi miejsce
obok siebie. Jego twarz o miłym wejrzeniu, okolona starannie
przystrzyżonymi bokobrodami, przywodzącymi na myśl podpórki do książek,
nadawała mu wygląd głęboko intelektualny, tak że bardziej niż
bezwzględnego handlarza opium przypominał jowialnego księgarza.
- Sekretem udanego życia tutaj, panie Trader - rzekł serdecznie - jest
posiadanie pierwszorzędnego pośrednika handlowego. Taki komprador
załatwia sprawy z miejscowymi, wyszukuje dobrych chińskich służących,
dba o zapasy żywności i wszystko, czego pan tylko zapragnie. Nasz jest
po prostu znakomity.
- Całą służbę stanowią tubylcy?
- W zasadzie tak. Nie ma z nimi żadnych kłopotów. Kantończycy to
praktyczni ludzie.
- Czy powinienem nauczyć się chińskiej mowy? - spytał John.
- Nie radziłbym - odparł gospodarz. - Władze krzywo na to patrzą. Nie
chcą, abyśmy nawiązywali zbyt bliskie kontakty z ich poddanymi. Jak pan
zapewne wie, wszyscy mówią tutaj łamanym angielskim. Kupcy z kohongu,
służba, pracownicy portowi - z wszystkimi się pan dogada. Szybko się pan
przyzwyczai. - Odwrócił się w stronę Amerykanina. - Naturalnie doktor
Parker zna język chiński, ale to co innego.
Amerykański misjonarz był niskim, gładko ogolonym mężczyzną w okularach,
około trzydziestki.
- Widzi pan - wyjaśnił z uśmiechem - miejscowi, nie wyłączając
mandarynów, przychodzą się do mnie leczyć. Z oczywistych względów wolą,
abyśmy się dobrze zrozumieli, zanim ich pokroję!
- Zawsze słyszałem, że Chińczycy szczycą się osiągnięciami swojej
medycyny - zauważył Trader.
- Owszem. Ich akupunktura i leki ziołowe często się sprawdzają. Jednak w kwestii zabiegów chirurgicznych znacznie ich wyprzedzamy i dobrze o tym
wiedzą. Dlatego do nas przychodzą.
- To zwykłe konowały - wtrącił stanowczo Tully.
- Nie powinniśmy okazywać nadmiernej pychy - odparł rozważnie Parker. -
Proszę nie zapominać, sir, że jeszcze niedawno w Londynie chirurgią
parał się byle golibroda.
Trader przypomniał sobie van Buskirka rozdającego Pismo Święte chińskim
przemytnikom i zagadnął Parkera, czy udało mu się nawrócić kogokolwiek w Kantonie.
- Jeszcze nie - odparł misjonarz. - Liczę jednak, że z czasem zdobędę
taki szacunek jako lekarz, że zaczną też szanować moją wiarę. Po prostu
muszę być cierpliwy.
- Taka próba wiary, co? - wtrącił znowu Tully.
- Można tak powiedzieć - odrzekł cicho Parker. Spojrzał życzliwie na
Tradera. - Wiem od pana Odstocka, że skończył pan studia w Oksfordzie.
Jestem pod wrażeniem.
- Ach - westchnął John. Zawahał się; wiedział - zadał sobie trud, żeby
wcześniej to sprawdzić - że zarówno Matheson, jak i Jardine studiowali w Edynburgu. Jardine skończył medycynę, jednak dyplom uniwersytecki nadal
stanowił rzadkość wśród kupców i przedsiębiorców, w wojsku i marynarce
był natomiast czymś niespotykanym. Ludzie o ambicjach intelektualnych
budzili w tych kręgach podejrzliwość.
Istniał jednak sposób, aby będąc studentem Oksfordu, przekonać innych,
że jest się przyzwoitym człowiekiem, a mianowicie ukończyć studia z oceną dostateczną.
Mądrzy i pracowici odbierali dyplom z wyróżnieniem. Porządni ludzie bez
wygórowanych aspiracji intelektualnych wybierali mniej wymagające
przedmioty, korzystali z uroków uniwersyteckiego życia, a gdy przyszło
co do czego, zadowalali się najskromniejszym z dyplomów, który
poświadczał, że odbyli studia, potrafią czytać oraz pisać i nauczyli się
pić jak na dżentelmenów przystało. John osobiście znał człowieka, który
zarzekał się, że spędził w Oksfordzie trzy lata, nie przeczytawszy w tym
czasie ani jednej książki.
- Mój opiekun życzył sobie, abym tam studiował - odparł. - Co nieco się
nauczyłem, nie powiem, ale zdałem tylko podstawowe egzaminy.
Nie była to prawda; ukończył uniwersytet z wyróżnieniem, jednak w Kalkucie uznał, że rozsądniej się tym nie chwalić, i dalej trzymał się
swojej historyjki.
Podczas posiłku rozmawiano o ultimatum chińskiego komisarza. Tully
przekazał wszystkim opinię pana Delano, co zostało przyjęte z entuzjazmem. Zebrani zgodzili się, że lepiej przeczekać tę burzę, a Dent
uderzył pięścią w stół i stwierdził, że jeśli komisarz dalej będzie
sprawiał kłopoty, trzeba go chwycić za kołnierz i wrzucić do rzeki. Jako
nowo przybyły, Trader słuchał w milczeniu, nie wyrażając własnego
zdania.
Gdy tak przypatrywał się garstce kupców stojących w obliczu poważnych
strat, bezbronnych na tym skrawku lądu w sercu milionowego cesarstwa,
które - gdyby komuś przyszła na to ochota - w okamgnieniu mogło ich
zmiażdżyć, odczuwał wyłącznie głęboki podziw. Może i byli arogantami, a już na pewno nie mieli w tym sporze moralnej wyższości, lecz mimo
wszystko, kiedy tak dyskutowali spokojnie w swoim klubie, wydawali mu
się ucieleśnieniem brytyjskości.
Przy deserze ośmielił się jednak zadać Mathesonowi pytanie.
- Jednego nie rozumiem - wyznał. - Kompania Wschodnioindyjska ma własne
wojsko, które broni naszych interesów. W Chinach nie mamy własnej armii,
chociaż jest tutaj przedstawiciel brytyjskiego rządu zwany
superintendentem. Zatem skoro Chińczycy zagrażają brytyjskiemu handlowi
i dochodom brytyjskich kupców, co zamierza z tym zrobić superintendent?
- Elliot? - parsknął Tully Odstock. - Nic! Jest do niczego. Palcem nie
kiwnie. - Jego wybuch wywołał pomruk aprobaty.
- Jak pan widzi - odrzekł ze spokojem Matheson - kapitan Elliot nie
cieszy się zbytnią popularnością. Wybrał się niedawno do Makau i z pewnością niedługo wróci.
- Dlaczego nie jest lubiany? - spytał John.
- Po części chyba z powodu swojego arystokratycznego pochodzenia -
odparł Matheson. - Dwóch jego kuzynów ma tytuł lorda - jeden to
gubernator generalny Indii, drugi zasiada w rządzie. Co najmniej jeden
członek rodziny Elliota służy w randze admirała. My, kupcy, wyraźnie
odczuwamy jego niechęć. A już na pewno nie podoba mu się nasz handel
opium. Nie pochwala go, w związku z czym nam również nie sprzyja.
- To może ten przeklęty biurokrata powinien pracować dla chińskiego
cesarza? - wtrącił Tully.
- Elliot ma, rzecz jasna, obowiązek bronić naszych interesów - ciągnął
Matheson. - Brytyjski rząd wysoko ceni herbatę, którą importujemy z Chin. Równie cenne są zyski z bawełny sprzedawanej przez nas Chińczykom
- choć mogę pana zapewnić, że pomimo olbrzymiej gorliwości właścicieli
angielskich przędzalni chiński rynek nigdy nie wchłonie takich ilości
bawełny, aby zrównoważyło to koszt herbaty, którą musimy kupować.
- Wszystko to bardzo pięknie, Matheson - rzekł Tully Odstock - ale jeśli
sprawy tutaj się skomplikują - a na to wygląda - wolałbym mieć u boku
kogoś, komu mogę zaufać, a nie człowieka, który praktycznie wysługuje
się Chińczykom. Jeśli chodzi o jego zasady moralne, to gdy zaczyna
prawić kazania, staje się całkiem nieprzewidywalny. Możemy przez niego
wszystko stracić.
- Musimy zachować spokój - upomniał go Matheson.
- Jestem spokojny - odburknął Tully, poirytowany.
- Myli się pan jednak co do Elliota, sądząc, że sprzyja Chinom - ciągnął
Matheson. - W istocie powiedziałbym, że jest dokładnie na odwrót.
- A to jakim sposobem?
- Uważnie mu się przyglądam. To arystokrata, imperialista, może nawet
dyplomata. A teraz weźmy Chiny, dumne cesarstwo, patrzące z góry na inne
kraje. Kiedy wyprawiamy poselstwo do Chin, dwór cesarski widzi w nas
poddanych, którzy przybywają złożyć mu hołd. Spodziewają się, że nasz
ambasador będzie kłaniał się w pas i padał na twarz przed cesarzem.
Kupcy tacy jak my jeszcze by to przełknęli, o ile nadal wolno nam będzie
handlować. Ale w oczach Elliota to niedopuszczalna obraza Korony
Brytyjskiej i jego osobistej godności. Przykłada ogromną wagę do swojej
pozycji.
- Bez handlu nie ma pieniędzy. A bez pieniędzy nie ma pozycji - rzucił
gniewnie Tully.
- Pełna zgoda. Ale nawet w kwestii handlu Elliot nie może sprzyjać
Chinom. Dlaczego? Ponieważ Chińczycy nie pozwolą nam ze sobą handlować
tak, jak to robimy z innymi nacjami. W całym tym ogromnym cesarstwie
wolno nam handlować tylko w Kantonie i nie możemy nawet mieszkać w mieście. Gdybyśmy mieli swobodny dostęp do innych chińskich miast, żeby
oferować tam nasze towary, to kto wie - być może nie musielibyśmy nawet
handlować opium. A przynajmniej Elliot mógłby wysunąć taki argument.
Krótko mówiąc, superintendent nienawidzi obecnego status quo. I dopóki
niebiański cesarz nie uzna imperium brytyjskiego za równe sobie i nie
włączy się w normalną wymianę handlową opartą na wzajemnych stosunkach
między różnymi krajami, Elliot będzie mu się zdecydowanie sprzeciwiał.
- Masz pan gadane - zauważył niechętnie Odstock, a zwracając się do
Tradera, rzekł: - Liczę, że taki oksfordczyk jak pan nie pozostanie
dłużny Mathesonowi i nie pozwoli mu się zagadać.
Zanim jednak Trader zdążył zareagować na tę krępującą propozycję,
rozmowę przerwało wejście sługi, który wpadł do jadalni i oznajmił:
- Pan Zhou zaprasza pana Odstocka do swego domu. Pana Tradera także.
Czym prędzej.
Zaskoczony Odstock rozejrzał się po sali.
- A to dopiero. Zhou jest członkiem kohongu - wyjaśnił Traderowi. -
Chińskim kupcem, z którym najczęściej handluję. - Odwrócił się ku
służącemu. - W jakim celu?
- Z rozkazu komisarza Lina.
- Chce mnie widzieć? - upewnił się przerażony John.
Służący przytaknął.
- Bardzo dziwne! - wykrzyknął Matheson. Nawet on wyglądał na lekko
zaniepokojonego. - No cóż - rzekł po chwili - chyba powinni panowie tam
pójść.
Gdy Trader, Tully Odstock i służący pana Zhou szli w górę Hog Lane,
wspólnik Johna silił się na spokój.
- Nazywam go Jokerem - powiedział - dlatego że jego imię brzmi trochę
podobnie do "Joe". Nie ma nic przeciwko temu.
Byli w połowie Hog Lane, gdy Tully przystanął przy stoisku i kupił dwa
ciasteczka migdałowe. Podał jedno Traderowi i sam zaczął jeść, nie
ruszając się z miejsca.
- Pan Zhou mówi: iść szybko! - zawołał niespokojnie sługa, lecz kupiec
to zignorował.
- Nigdy nie należy się spieszyć ani okazywać zdenerwowania - mruknął do
Tradera, który w lot pojął, o co chodzi: schrupał swoje ciastko i dopiero wtedy ruszyli dalej. - Nawiasem mówiąc - ciągnął Tully - gdy już
tam dotrzemy, porozmawiamy, a za jakiś czas podadzą nam herbatę.
Gospodarz będzie oczekiwał, że po jej wypiciu wyjdziemy. Takie są tutaj
zwyczaje.
- Powinienem wiedzieć coś jeszcze? - spytał John.
- W tej chwili Joker jest nam winien większą sumę pieniędzy. Ale proszę
się nie obawiać. To porządny człowiek. Znam go od lat. Spłaci swój dług.
- Pokiwał głową. - W zasadzie już prawie tydzień go nie widziałem.
Ciekawe, co myśli o tych nonsensach, które wygaduje Lin.
Pięć minut później stanęli przed domem pana Zhou. Z obszernym
dziedzińcem, werandami i ładnym ogrodem na tyłach robił spore wrażenie.
Gospodarz przyjął ich w pięknie umeblowanym pomieszczeniu obwieszonym
czerwonymi lampionami.
- Witaj, Joker - odezwał się Tully. - Dawnośmy się nie widzieli.
- Sześć dni - odparł kupiec z kohongu.
Przypatrując się panu Zhou, John Trader uznał, że jego wspólnik nie
trafił z przezwiskiem dla chińskiego kupca. Pan Zhou przyjął ich w fotelu w pozie tak dystyngowanej, jakby zasiadał na tronie. Jego
pociągłą, kościstą jak u szkieletu twarz wieńczyła lśniąca łysina wysoko
sklepionej czaszki. Na bogato haftowaną tunikę miał narzucony czarny
jedwabny kaftan z szerokimi rękawami, a na szyi długi, podwójny sznur
bursztynowych koralików, sięgający mu aż do pasa. Spoglądał na Johna
bardziej jak cesarz niż dworski błazen.
- To jest pan Trader - przedstawił go Tully. - Studiował na Oksfordzie.
Pan Zhou skłonił lekko głowę i uśmiechnął się.
- Miło mi pana poznać, panie Zhou - rzekł John uprzejmie.
- Czy mówi pan po chińsku? - spytał gospodarz.
- Jeszcze nie.
Zhou nie wyglądał na zachwyconego.
- Słuchaj no, Joker - rzucił Tully - czego chce ten komisarz Lin?
- Całego waszego opium - odparł kupiec.
- Po co mu aż tyle?
- Musi przejąć cały towar, inaczej straci twarz.
- Wykluczone - oznajmił Tully stanowczo. Przyjrzał się uważnie Jokerowi.
W oczach kupca dostrzegł autentyczny strach. - Joker panikuje - szepnął
do Tradera i znów zwrócił się do kupca z kohongu: - Dlaczego Lin chce
widzieć Tradera?
Zanim jednak zdążył usłyszeć odpowiedź, rozległy się jakieś głosy i po
chwili sługa wprowadził dwóch nieznajomych.
* * *
Jiang Shi-Rong spojrzał na trzech mężczyzn. Zhou już znał i było całkiem
jasne, kim jest Odstock; zatem ten ciemnowłosy młodzieniec musiał być
uczonym.
Myślał, jak zdoła się porozumieć z Traderem. Nie chciał korzystać z pośrednictwa Zhou, któremu ani trochę nie ufał, dlatego przyprowadził
własnego tłumacza.
Dla ścisłości, rzeczony tłumacz przybył tu z komisarzem Linem. Był to
dziwny człowieczek - niski, chudy, w nieokreślonym wieku. Twierdził, że
liczy sobie czterdzieści lat, choć równie dobrze mógł mieć na karku
pięćdziesiątkę. Nosił okrągłe okulary o bardzo grubych, porysowanych
szkłach, które jednak, jak zauważył Shi-Rong, nie powiększały mu oczu.
Twierdził też, że potrafi płynnie mówić i pisać po angielsku, który to
język opanował w domu pewnego misjonarza w Makau, a następnie szlifował
podczas swojego pobytu w Singapurze. Ze względu na ten fragment
życiorysu znany był wszystkim jako pan Singapur.
Pan Zhou dokonał oficjalnej prezentacji, po czym wspomniał Shi-Rongowi,
że Odstock pytał go właśnie, co dokładnie sprowadza komisarza do
Guangzhou.
Shi-Rong skłonił się uprzejmie i zwrócił do tłumacza:
- Proszę powiedzieć barbarzyńskiemu kupcowi, że komisarz Lin jest tutaj
po to, aby na dobre zakończyć handel opium. - Słuchał, jak pan Singapur
bez większych trudności przekazuje cudzoziemcom owo jednoznaczne
stanowisko. Zauważył, że mina Odstocka wyraża jednocześnie cynizm i wściekłość, za to młody Trader wydawał się raczej przygnębiony. - Dla
przestępców trudniących się nielegalnym przemytem nie będzie litości -
dodał. - Niektórzy, w tym pan Zhou, mogą zostać straceni.
Pan Zhou wyglądał na zrozpaczonego.
Odstock odpowiedział, a pan Singapur przetłumaczył:
- Ten gruby barbarzyńca pyta, czy Królestwo Niebios chce nadal
sprzedawać herbatę.
- Królestwo Niebios nie musi niczego sprzedawać - odrzekł Shi-Rong -
lecz towary, którymi handluje, takie jak herbata i rzewień, są zdrowe.
Kto ich nie spożywa, umiera. - Zauważył, że obaj barbarzyńcy są
zaskoczeni. Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, że wie, w jak wielkim
stopniu ich życie zależy od rabarbaru. - Pozwolimy barbarzyńskim kupcom
płacić za nie srebrem - zakończył stanowczo Shi-Rong. - To wszystko.
Odstock i Zhou milczeli. Shi-Rong zainteresował się Traderem.
- Proszę go zapytać, dlaczego został piratem, skoro jest uczonym -
polecił tłumaczowi.
- Mówi, że nie jest piratem, tylko kupcem.
- Dlaczego zatem, skoro jest uczonym, został kupcem, najniższą z istot
ludzkich?
- Mówi, że kupiec nie jest najniższą z istot ludzkich. Nie w jego kraju.
Shi-Rong odniósł wrażenie, że młody barbarzyńca odpowiedział na jego
pytanie gniewnym, wręcz wyzywającym tonem, jakby jego ojczyzna mogła się
równać z Królestwem Niebios. I to gdy on sam oraz inni Fan Kuei dwoili
się i troili, żeby dla zysków zatruwać ziomków Shi-Ronga!
- Tutaj uważamy - odparł stanowczo - że moralnym zajęciem jest praca
wieśniaka, uczciwie trudzącego się w polu. Kupiec, który dla zysku
handluje owocami czyjejś pracy, z oczywistych względów stoi na niższym
szczeblu drabiny moralnej i zasługuje na pogardę. Proszę mu to
powtórzyć.
Pan Singapur miał pewien kłopot z przetłumaczeniem jego wywodu, lecz
ostatecznie mu się to udało. Trader nic nie powiedział.
Shi-Rong podjął atak.
- Zresztą jego twierdzenie, jakoby nie był piratem, to fałsz. Skoro jest
uczciwy, dlaczego łamie prawo i sprzedaje opium przemytnikom?
- Mówi, że chińskie prawo go nie obowiązuje.
- Powinien szanować prawa Królestwa Niebios dlatego, że tutaj przebywa,
a one są łaskawe, mądre i sprawiedliwe.
Podczas gdy pan Singapur starał się przekazać tę wypowiedź, Shi-Rong
oddawał się rozmyślaniom. Doszedł do wniosku, że odpowiedzi Tradera nie
mają większego sensu.
- Naprawdę jest uczonym? - zapytał sceptycznie.
- Mówi, że studiował na Uniwersytecie Oksfordzkim.
- Nie wiem, co to. Proszę go zapytać, gdzie leży jego kraj i czy jest
duży.
- Mówi, że leży na wyspie, daleko na zachodzie, ale jego imperium jest
większe od Królestwa Niebios.
Shi-Rong poczuł rozczarowanie. Najwyraźniej ów młody człowiek był nie
tylko arogantem, ale i kłamcą. Niewykluczone, że rozmowa z nim była
stratą czasu. Mimo to spytał z kamienną twarzą:
- Czy to prawda, że jego królestwem władają kobiety?
- Mówi, że niemal zawsze rządzą tam królowie, dopiero od niedawna mają
młodą królową.
- A czy ta królowa przestrzega zasad moralnych czy też jest złą osobą?
- Mówi, że ta królowa nazywa się Wiktoria i wyznaje najwyższe zasady
moralne.
- Czemu w takim razie pozwala swoim kupcom handlować opium?
- Jego królowa nie uważa opium za zło. Sama je zażywa. Opium jest
zdrowe, szkodzi jedynie w nadmiarze.
- W tym właśnie problem - odparł Shi-Rong - ludzie zażywają je w nadmiarze. Najpierw wypalają odrobinę, potem chcą więcej i wkrótce nie
mogą przestać. Wszystko, co mają, wydają na opium. Nie mogą pracować.
Stają się jak chore cienie, a w końcu umierają. Ta trucizna niszczy
miliony ludzi w Królestwie Niebios. Jak on może twierdzić, że jest czymś
zdrowym?
- Mówi, że każdy odpowiada za własne czyny.
- Dobry władca powinien chronić swój lud. Odpowiada zań tak jak ojciec
za syna. Czy ten barbarzyńca zna Konfucjusza?
- Słyszał o nim.
A zatem nie był zupełnym ignorantem.
- W takim razie powinien wiedzieć, że wszyscy ludzie są komuś winni
posłuszeństwo: syn powinien słuchać ojca, a ojciec cesarza. Gdy cesarz
włada mądrze i sprawiedliwie, ta mądrość i sprawiedliwość spływa na cały
jego lud. A kiedy łańcuch właściwego postępowania zostaje zerwany,
zaczynają się panoszyć zło i chaos. W Królestwie Niebios żyją miliony
ludzi, wszystkich jednak łączy posłuszeństwo oraz normy postępowania w służbie cesarzowi, władającym nimi sprawiedliwie z Mandatu Niebios.
Dlatego ani on, ani żadna barbarzyńska królowa nie będą osądzać, co jest
dobre, a co złe, bo o tym decyduje wyłącznie cesarz. Nie mam nic więcej
do dodania.
Shi-Rong widział, że pan Singapur dłuższy czas boryka się z przekazaniem
tego Traderowi, ale był cierpliwy. Dopóki ten barbarzyńca - uczony czy
nie - nie pojmie podstawowych zasad moralności, nie będą mieli żadnej
płaszczyzny porozumienia.
- On mówi, że jego królowa również została namaszczona przez Niebiosa -
oznajmił wreszcie pan Singapur.
- Wobec tego - odparł triumfalnie Shi-Rong - pokażę mu pismo. - Wyjął
dokument i podał go Traderowi. - Może mu pan wyjaśnić, że to
przetłumaczony na jego język szkic pisma, jakie komisarz Lin zamierza
wysłać do jego królowej. - Z satysfakcją przyglądał się, jak Trader
bierze list i zaczyna go czytać.
Pismo było znakomicie sformułowane, zgodnie z najlepszymi mandaryńskimi
wzorcami kompozycji. Było rozsądne i uprzejme. Jego autor podkreślał, że
od wieków wymiana handlowa między obydwoma krajami odbywała się w pokoju
i harmonii, lecz ostatnio handel opium przybrał zastraszające rozmiary.
Komisarz z szacunkiem sugerował, że Droga Niebios obowiązuje wszystkie
kraje, i wyrażał przekonanie, że gdyby ów trujący narkotyk wwożono do
jej kraju, królowa Wiktoria uznałaby go za takie samo zło, za jakie
uważał go cesarz. Cesarz wie, że opium pochodzi tylko z niektórych krain
znajdujących się pod jej władaniem i że handel nim nie odbywa się na jej
polecenie. Dalej Lin wyjaśniał, że trzeba położyć temu kres, i prosił,
aby królowa zakazała kupcom dalszej sprzedaży opium. Na koniec
znajdowało się zawoalowane ostrzeżenie, mówiące, że jeśli władczyni nie
spełni swojego moralnego obowiązku, ani cesarz, ani same Niebiosa nie
będą sprzyjać jej rządom. I odwrotnie: jeżeli uzna cesarskie żądania,
zaskarbi sobie tysiączne błogosławieństwa.
W istocie jedynym, co można było zarzucić temu wywodowi, było straszliwe
tłumaczenie pana Singapura; Trader marszczył czoło z wysiłku, usiłując
coś z niego zrozumieć.
Po dłuższym czasie oddał list.
- Jako uczony powinien pan docenić wagę tego pisma - rzekł Shi-Rong.
- Mówi, że jest interesujące - przetłumaczył pan Singapur.
- Mam nadzieję, że wasza królowa natychmiast zaprzestanie handlu -
ciągnął młody sekretarz.
- Nie mogę przemawiać w imieniu Jej Wysokości, która sama podejmie
decyzję - stwierdził ostrożnie Trader.
Wniesiono herbatę. W rozmowie silono się na uprzejmość, lecz atmosfera
pozostawała napięta. Shi-Rong przekazał wszystko, czego życzył sobie pan
Lin, a skoro Trader najwyraźniej nie był żadnym uczonym, nie mógł
liczyć, że dowie się od niego czegoś ciekawego.
Mimo to im dłużej przyglądał się twarzy ciemnowłosego młodzieńca, tym
bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że dostrzega w niej jakiś smutek.
Czyżby zachował jednak resztki przyzwoitości? Shi-Rong nie miał ochoty
na zacieśnianie znajomości z tym barbarzyńskim cudzoziemcem, a jednak
był go ciekaw. Dlatego w pewnym momencie, ku własnemu zaskoczeniu,
odezwał się:
- Mój ojciec jest dobrym człowiekiem. Każdego dnia myślę o tym, czego by
ode mnie oczekiwał, i staram się tak postępować. Czy pański ojciec
chciałby, aby handlował pan opium?
Gdy pan Singapur przetłumaczył pytanie, Trader zwiesił głowę, jakby w głębokim namyśle, po czym odparł:
- Ma pan szczęście. Ja w bardzo młodym wieku straciłem oboje rodziców.
Wychowywał mnie starszy krewny. Był moim opiekunem.
- Czy był dobrym człowiekiem?
- Nie jest pewien - przetłumaczył pan Singapur.
- Sądzę - rzekł delikatnie Shi-Rong - że wie pan, iż nie powinien
handlować opium, i to nie daje panu spokoju.
John Trader nie odpowiedział. Ceremonia picia herbaty dobiegła końca i nadeszła pora, żeby się pożegnać.
- Wszystko to jeden wielki stek bzdur - oświadczył wieczorem Tully
Odstock. Siedzieli z Traderem w otoczonym murem ogrodzie przed angielską
faktorią. - Przekona się pan, co będzie jutro, kiedy zaczną się
prawdziwe negocjacje.
- Nie jestem wcale taki pewien - odparł Trader. - Ten Lin chyba nie
żartuje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki