CHIŃSKI TRYPTYK - Pakiet 3 książki - Bogdan Góralczyk - Bogdan Góralczyk

Kup ebooka

169.00 zł
138.58 zł (138,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP DO DRUGIEGO WYDANIA

Każdemu autorowi jest miło, gdy jego książki są dyskutowane, omawiane, nicowane na wiele sposobów, a szczególnie, gdy są wznawiane. Niniejszy tom pojawił się na naszym rynku w 2010 roku, a więc przed ponad dekadą. Napisany w formie osobistego eseju, był efektem kilkuletniego pobytu na placówce dyplomatycznej w Azji - co prawda nie w Chinach, ale właśnie wtedy wielokrotnie tam jeździłem, z uwagi na swoje zainteresowania i sinologiczne wykształcenie. A im częściej jeździłem, tym bardziej nie mogłem się nadziwić temu, co tam obserwowałem. Już wtedy stało się bowiem dla mnie jasne, że ta wielka cywilizacja - w ostatnich dwóch stuleciach będąca w odwrocie lub politycznej zawierusze - teraz znalazła się na ścieżce prawdziwego odrodzenia.

Po powrocie do kraju przedłożyłem więc tę, u nas pionierską, pracę, starając się uczulić naszego odbiorcę i Czytelnika, że chiński Kolos się obudził, że ruszył z posad, a dawne stereotypy, uprzedzenia i klisze myślowe, którymi w stosunku do Państwa Środka dotychczas się posługiwaliśmy, trzeba szybko odrzucić do lamusa. Miał to być raport przedstawiający, co w Chinach się dzieje, a zarazem alarm, by zmienić nasze podejście do tego kraju i bardziej się nim zainteresować, bo naprawdę jest czym.

Jak się można domyślić, przełomu nie dokonałem. Owszem, wzbudziłem pewne zainteresowanie w wąskich kręgach, głównie ekspertów i pasjonatów Azji, ale obyło się bez większego echa. Ani nasze elity polityczne, ani główny nurt medialny nie był jeszcze wówczas na takie "rewolucyjne" treści gotowy. No bo jak to, jacyś chińscy komuniści mają robić coś lepiej niż Zachód? Niesłychane i nieprawdopodobne. To właśnie był ówczesny główny ton, dominujące przesłanie.

Tyle tylko, że książkę wydałem tuż po wielkim kryzysie na światowych rynkach, tym z 2008 roku, kiedy to Chiny zwróciły na siebie uwagę jako rosnące mocarstwo gospodarcze i handlowe, podobnie jak to było z Igrzyskami Olimpijskimi z tego samego roku. Atmosfera więc była nieco bardziej sprzyjająca niż w poprzednich dekadach, przynajmniej pod względem zainteresowania. Jednakże bariery - mentalne, ideowe, polityczne, ideologiczne i inne - w ramach naszej percepcji Chin były o wiele silniejsze. A brały się, jak można sądzić, z dwóch podstawowych przyczyn. Pierwsza, to data 4 czerwca 1989 roku. U nas - pierwsze częściowo wolne wybory, które doprowadziły do politycznego przełomu, a u nich - wojsko krwawo tłumiące studenckie prodemokratyczne demonstracje. Nawet trudno się dziwić, że przez ponad dwie dekady, aż do kryzysu 2008 roku, kiedy to zachodnie media zaczęły dostrzegać postęp Chin, mieliśmy do nich podejście prawdziwie ideologiczne: my (świeżo upieczeni), demokraci, byliśmy gotowi pouczać "autokratów z Pekinu", jak powinni postępować (i uczyć się na naszym przykładzie). Powinni także - i to była druga przyczyna - jak najszybciej przejść na wzorce przez nas, na szeroko rozumianym Zachodzie, wtedy mocno promowane: liberalnej demokracji oraz niepohamowanego rynku w ramach forsowanego "konsensusu z Waszyngtonu", stawiającego na sektor prywatny, a nie publiczny oraz prawa rynku, a nie dominację państwa, jak w Chinach.

Dzisiaj, jak wiadomo, jesteśmy już na zupełnie innym etapie. Wiemy więcej. Ja też, dostrzegając rangę i wagę badanych zagadnień, mocno się na chińskich zmianach skupiłem. A ponadto, co nie mniej ważne, wielokrotnie, przynajmniej raz w roku, jeśli nie częściej, jeździłem do Chin i w ich okolice. Tak było do wybuchu niespodziewanej pandemii (która jeszcze trwa), kiedy to znaleźliśmy się na kolejnym zakręcie dziejowym. Tymczasem w jej ramach o szybko rosnących Chinach jest coraz głośniej, choć z reguły znów prezentuje się je w formule bardziej zagrożenia (dla nas), niż jakiejkolwiek szansy. Znowu więcej jest tych, którzy Chinami straszą, aniżeli tych, którzy przynajmniej próbują je zrozumieć czy wyjaśnić, do której to "szkoły" należę.

O tym, co się w Chinach stało, traktował mój obszerny tom z 2018 roku: Wielki Renesans. Dość obszernie - i w sposób bardziej naukowy - starałem się w nim pokazać i opisać chińską ścieżkę transformacji i reform, tak bardzo odmienną od wzorców zachodnich. A potem, pod koniec 2021 roku, zmuszony zostałem dodać do tamtego jeszcze jeden tom, na temat rządów "ery Xi Jinpinga" trwających od końca 2012 roku - bo tyle się w samych Chinach i wokół nich stało i dzieje, że dopisanie jednego rozdziału do poprzedniego tomu nie wchodziło w grę. Trzeba było napisać nową książkę.

Robiłem więc, co mogłem, korzystając z własnej wiedzy i doświadczenia, żeby naszemu odbiorcy te Chiny - jak zawsze skomplikowane i inne, nam obce, a teraz dynamicznie się zmieniające i zarazem szybko rosnące w siłę - przedstawić. I właśnie w takim kontekście tym bardziej się cieszę, że obecne Wydawnictwo uznało za sensowne sięgnięcie do tego tomu sprzed ponad dekady, dziś już - poza wąskim gronem specjalistów - zupełnie zapomnianego, i wydać go ponownie.

W ten sposób rodzi się swego rodzaju Chiński Tryptyk, ukazujący tamtejsze zmiany i przeobrażenia. Choć wydawnictwo się zmieniło i szata graficzna również, to jednak postanowiłem, by treść pozostała taka sama, jak w oryginale. Po pierwsze, niech to będzie signum temporis - zapis i świadectwo czasu czy nawet epoki, która w szybko zmieniającym się świecie i jeszcze szybciej przeobrażających się Chinach jest już historią. Natomiast po drugie, nie mniej ważne - zwróćmy uwagę, że jednak pewne zjawiska czy procesy można było przewidywać czy antycypować. Tyle tylko, że my jako odbiorcy byliśmy niejako inaczej zaprogramowani - nie byliśmy w stanie wtedy, na przełomie pierwszej i drugiej dekady tego stulecia, zrozumieć, że Chiny się obudziły - i szybko prą do przodu. Na tyle szybko, że dzisiaj już bardzo poważnie obawia się ich dotychczasowy hegemon, Stany Zjednoczone Ameryki, a cały świat z zapartym tchem śledzi, co też się stanie i jak oba kolosy wyjdą z obecnego starcia. Dochodzi bowiem do zwarcia, przez ekspertów z Uniwersytetu Harvarda zręcznie uchwyconego mianem "pułapki Tukidydesa", czyli bezpośredniego zderzenia interesów dotychczasowego hegemona z pretendentem, przede wszystkim na rozległym obszarze Morza Południowochińskiego, a ostatnio także wokół Tajwanu.

Naturalnie mam świadomość, że oddajemy Państwu w ręce produkt niejako z zamrażarki (z Bibliografią włącznie). Wydaje się jednak, że jest to dość istotne uzupełnienie dwóch wyżej wymienionych, ostatnio wydanych tomów. Niech ten Chiński Tryptyk będzie dowodem, że polska sinologia (oraz nauki polityczne) też mają jakiś wkład w rozważania na temat współczesnych Chin, że nie muszą czerpać tylko i wyłącznie z tłumaczeń czy obcych źródeł. Ale nade wszystko ważne jest to, by pokazać, jak bardzo i jak szybko Chiny się w ostatnich ponad czterech dekadach zmieniały. Oddawany tutaj w Państwa ręce tom Chiński Feniks ma właśnie taki cel - pokazać odbiorcy, jak i dlaczego Wielkie Chiny ponownie się obudziły i skąd się wziął fenomen tamtejszego Odrodzenia - niczym feniksa właśnie.

I wreszcie, na koniec, jeszcze jedna kwesta. Jak pisałem we Wstępie do oryginalnego wydania: "Treść tej książki traktuje o kwestiach i stanach nowych, rodzących się, przepoczwarzających, zmieniających jak w kalejdoskopie". Pozostawiam Państwu, Drodzy Czytelnicy, do oceny, co się od tamtej pory zmieniło, gdzie autor miał rację, a gdzie się pomylił, gdzie czegoś nie docenił bądź coś (lub kogoś) przewartościował czy też nie dowartościował. Dzisiaj wiemy już bowiem o wiele więcej. Jednakże ten tom miał - i miejmy nadzieję, że zachował - tę wartość, że w naszej rodzimej literaturze był pierwszy. Dlatego, jak sądzę, akurat teraz warto go przypomnieć.

Przyjemnej lektury - i dociekań!

Warszawa, 8 stycznia 2022 roku

ZAPROSZENIE DO CHIŃSKICH ZMAGAŃ

Chiny zawsze przyciągały przybyszy z zewnątrz; intrygowały odmiennością języka, kultury, zwyczajów, wartości. Zawsze był to świat inny, odrębny, samoistny, a zarazem bogaty, zasobny w materialne i duchowe treści emanujące na zewnątrz. Archeologowie dowodzą, że Chińczycy znikąd nie napłynęli, zawsze byli tu, gdzie są. W dorzeczu Huang he - Żółtej Rzeki - stworzyli własną, unikatową cywilizację, pretendującą do miana centrum świata, co tak zgrabnie ujęto w nazwie tego organizmu - Państwo Środka (Zhongguo).

W ostatnich ponad trzech dekadach ta jedyna na globie cywilizacja, której udało się zachować ciągłość od starożytności, przechodzi przez niespotykane, bezprecedensowe w jej długich dziejach zmiany i przeobrażenia. Tak argumentują autorzy chińscy i tak coraz częściej, choć jeszcze nie u nas, zaczynają postrzegać ten kraj obcokrajowcy - dostrzegając w Chinach głęboką i unikalną transformację praktycznie wszystkich dziedzin i sfer życia. Obserwując ten kraj z bliska, odnosi się wrażenie, że za jednym zamachem dokonuje się tam skoku z feudalizmu do epoki postindustrialnej, od instytucji i form przestarzałych lub przebrzmiałych do nowoczesności, a nawet ponowoczesności, że ortodoksyjny dotychczas komunizm dopasowuje się tam do wyzwań globalizmu, a własny, do tej pory zamknięty świat otwiera się na zewnątrz, jak nigdy dotąd. Kiedyś, w latach 1958-60, Chiny krzyczały o "wielkim skoku". Wygląda na to, że dokonują tego skoku właśnie teraz.

Przez setki lat Chiny trwały w miejscu, zawsze będąc na czele. Potem - w drugiej połowie XIX wieku, za czasów tzw. wojen opiumowych - zachodni imperializm i kolonializm brutalnie wyrwał je z marazmu, w którym się pogrążyły. Natomiast w XX stuleciu przyszło im doświadczyć najpierw krwawych wojen domowych i rozprzężenia, a potem eksperymentu komunistycznego. Ten ostatni najbardziej dokuczył państwu latach 1958-1976, gdy występował w skrajnej, lewackiej wersji. To wtedy wyniesiono na sztandary hasła mówiące o światowej, permanentnej rewolucji i walce klas. To wtedy liczyła się nade wszystko ideologiczna wiara i polityczny ferwor, podczas gdy w sensie gospodarczym królowały autarkia i izolacja. Zdarzyło się nawet coś gorszego: po "wielkim skoku" zapanował w kraju głód, pociągając za sobą miliony ofiar, a podczas "rewolucji kulturalnej" uderzono w tradycyjną kulturę - tak w wymiarze materialnym, jak mentalnym - powodując spustoszenie. A ważniejsze było jeszcze coś innego: wszędzie, także we własnych szeregach (często nawet od nich zaczynając), szukano wrogów, wywrotowców i odszczepieńców od jedynej, słusznej linii, jednoznacznie kojarzonej z imieniem Przewodniczącego Mao Zedonga. Był on co prawda komunistycznym wodzem i ideologiem, ale nade wszystko autokratą, występującym i działającym w aureoli jak najbardziej cesarskiej.

Nowoczesność w "epoce Mao" (1949-1976) najwyraźniej nie była jeszcze Państwu Środka pisana. Komunistyczny kraj był jednak dumny z tego - i za to czci Mao do dziś - że wódz skończył z poprzednią "zawieruchą" (luan) konfliktów wewnętrznych. Państwo zjednoczyło się i "stanęło na własnych nogach", jak twierdził sam Mao w proklamacji o utworzeniu Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Chiny, teraz już komunistyczne, znowu były wielkie i dumne z siebie, ale zarazem - wbrew oficjalnie głoszonym hasłom i programom - dość tradycyjne, patriarchalne, zacofane, no i przede wszystkim biedne. Owszem, notowano wzrost gospodarczy, ale to nie on był w ówczesnych realiach najważniejszy. Jak dawniej, za cesarzy, nadal panował w Chinach przykładny totalizm wymieszany z atmosferą utopii i absurdu, tak dobrze ujętych w dziełach czy to uniwersalnego George'a Orwella, czy specjalizującego się w (ówczesnych) Chinach Simona Leyesa.

Komunistyczna utopia skończyła się w drugiej połowie lat 70. minionego stulecia po tym, jak do akcji włączył się inny komunistyczny gigant (choć małego wzrostu, liczył zaledwie 155 cm), wizjoner i strateg Deng Xiaoping. Ciężko doświadczony w poprzednich dziesięcioleciach, trzykrotnie odsuwany od władzy, zawsze do niej wracał. Podobnie jak w swych długich dziejach jego kraj, upadał i podnosił się, niczym feniks. Największą rolę przyszło mu odegrać u schyłku życia, gdy był już po siedemdziesiątce. Deng zaproponował wtedy państwu i jego obywatelom zupełnie inną koncepcję przyszłości niż ta, którą proponowali jego poprzednicy, choć sam wywodził się z ich szeregów. Kazał politykę zastąpić gospodarką, walkę klasową wzrostem ekonomicznym, obywatelom powiedział: "bogaćcie się", a poprzednią autarkię i izolację zastąpił perspektywą kaifang, czyli (bezprecedensowego) otwarcia na świat, na jego rynki, idee, koncepcje i kapitały.

Oczywiście, on też demokratą nie był. Na głośnej swego czasu "ścianie demokracji", u samego zarania reform, pojawiły się wywrotowe - w oczach władz - hasła. Jej najgłośniejszy bohater, Wei Jingsheng, zaproponował dodanie do oficjalnego programu "czterech modernizacji", stanowiących niejako testament byłego pragmatycznego premiera Zhou Enlaia i obejmujących reformy rolnictwa, przemysłu, obrony narodowej oraz nauki i oświaty, modernizacji piątej - "demokratyzacji". Deng nie tylko propozycji nie przyjął, lecz Weia uwięził, a Chinom natychmiast narzucił swego rodzaju chomąto w postaci "czterech podstawowych zasad". Nakazywały one - i nakazują do dziś - obywatelom ChRL trzymanie się socjalizmu i rządzącej Komunistycznej Partii Chin (KPCh). W gospodarce miała zapanować dynamika, wolność i rynek, w polityce pozostała dyktatura i skostniałe formy.

Jakie były motywacje Deng Xiaopinga i stojących obok niego tzw. pragmatyków? Dlaczego zmieniono azymuty i co za tą zmianą stało - to jeden z motywów przewodnich tej książki. Czemu reformy w Chinach przeprowadzane są odgórnie, a na ruchy oddolne patrzy się podejrzliwie, a nawet ich zakazuje? Jest pewne, że to dzięki cywilnej odwadze i strategicznej wizji Denga miliardowy już wówczas naród chiński "ruszył z posad" - i to w tempie, które zaskoczyło nawet inicjatorów programu reform. Dotychczasową stagnację zastąpiła bezprzykładna dynamika. W efekcie Chiny sprzed trzydziestu lat nie są tożsame z Chinami sprzed lat dwudziestu, a te sprzed dekady - z dzisiejszymi. Naród chiński trwa w tym swoistym biegu, a może nowym "Długim Marszu", aż do dziś, a końca tego maratonu na razie nie widać.

O tym, jak Chińczycy kroczą nową drogą, traktuje ta książka. Jest ona trochę osobista, bo podszyta własnym doświadczeniem. Pierwszy raz wyjechałem do Chin w roku 1976, właśnie wtedy, gdy odchodził Mao i jego epoka. Potem tam studiowałem, zdobyłem dyplom sinologa, jeździłem do Państwa Środka wielokrotnie, ostatnio - w okresie 2002-2008 - będąc tam, w różnych regionach i prowincjach tego kontynentu-olbrzyma, aż sześciokrotnie. Materiał tu zawarty to ponad trzydzieści lat własnych zmagań z Chinami, podróży do ich różnych obszarów i zakątków, lektur, dyskusji i debat zarówno z mieszkańcami, jak też ekspertami zajmującymi się Chinami. Przedstawiony tu tekst powstał więc w oparciu o dość bogate zaplecze zdobytych nauk, żmudnych studiów, interesujących lektur, przemyśleń, porównań, zestawień, oglądanych widoków, osobistych przeżyć i doświadczeń, co chyba warto na wstępie wyeksponować i podkreślić.

Oczywiście, osobiste doświadczenie jeszcze o niczym nie przesądza. W starciu ze skomplikowaną chińską materią, z ogromem tego kontynentu-kolosa, teraz błyskawicznie się zmieniającego, każdy może się mylić. Od dawna istnieje bowiem takie oto przekonanie: kto w Chinach był tydzień, pisze książkę, kto miesiąc - artykuł, a kto rok, nie pisze już nic, bo się w tamtejszych realiach albo pogubił, albo - co częstsze - ma już tyle sprzecznych sygnałów i wątpliwości, że woli nie podejmować ryzyka. Sięgnięcie po "chińskie wyzwanie" zawsze jest pewnego rodzaju aktem odwagi.

Ponadto jest dokładnie tak, jak napisał francuski liberał, znany i u nas Guy Sorman: "W gruncie rzeczy eksperci zajmujący się Chinami są wierzący albo niewierzący. Ci pierwsi zapewniają, że będzie coraz lepiej, drudzy natomiast twierdzą, że tak naprawdę nic się nie zmienia. Jedni i drudzy - ci, którzy wierzą w Chiny, i ci, którzy nie wierzą - dysponują tymi samymi, cząstkowymi oraz niesprawdzonymi informacjami i ograniczają się do podkolorowania ich na różowo albo na czarno". Ponieważ liberalny Sorman zdecydowanie w Chiny nie wierzy, maluje ich obraz niemal całkowicie na czarno. Obawiam się jednak, że francuski autor nie tylko Chin nie rozumie, choć je wnikliwie opisuje, ale i kieruje się własnym chciejstwem: chciałby widzieć Chiny takie, jakie on sobie wymarzył, tzn. bliskie zachodnim ideałom, a te za diabła takie być nie chcą. No i co z tym fantem zrobić? - Oczerniać, dochodzą do wniosku niektórzy; wychwalać pod niebiosa, bo przeczą temu, co u nas - podpowiadają inni. I jedni, i drudzy są w błędzie. Należałoby przede wszystkim próbować Chiny zrozumieć, spojrzeć na Państwo Środka od wewnątrz, z głębszym zrozumieniem i pewną empatią dla tamtejszych ludzi i procesów. Nie koloryzować i nie epatować - oto jest wyzwanie! Być może w wykonaniu przedstawiciela Zachodu, jakkolwiek go nie rozumieć, nie jest to w ogóle możliwe? Jednak, jak powiadali Rosjanie: "próbować trzeba".

Przyjąłem na tych stronicach formułę eseju; wygodną, bo osobistą, ale też niejako konieczną, bowiem treści tutaj proponowane są niczym innym, jak własną, indywidualną próbą opisu pewnych zjawisk i procesów znajdujących się in statu nascendi. Treść tej książki traktuje o kwestiach i stanach nowych, rodzących się, przepoczwarzających, zmieniających jak w kalejdoskopie. Tylko ktoś, kto dobrze Chiny dzisiejsze zna, bez wahania stwierdzi, iż nie ma tam jednej obowiązującej we wszystkich dziedzinach prawdy, jak było w epoce Mao, że wszystko jest w ruchu, pewnym jakby rozedrganiu, w okresie przejścia, przeobrażeń i transformacji. Nawet autorzy chińscy, wbrew naszym o nich stereotypom, kłócą się i sprzeczają niemal na każdy temat, dowodząc tym samym, iż nie ma na temat dzisiejszych, tak dynamicznie się rozwijających i szybko przekształcających Chin, jednej ogólnie przyjętej formuły czy zasady. Nie było i nie ma także jednej teorii czy strategii reform. Zmieniała się ona wraz z tym, jak zmieniały się Chiny. Nikt u progu reform otwarcie nie zarysował przyszłości kraju, chociaż Deng Xiaoping wyznaczył przynajmniej cele i azymuty: dać Chinom poczucie własnej wartości, zmodernizować je, unowocześnić i tym samym zapewnić im status odpowiedni do ich potencjału (czytaj: światowego mocarstwa).

Paradoks polega na tym, że wcale nie inne cele miał Mao Zedong, przejmując władzę. Ponieważ jednak metody przez niego zastosowane nie sprawdziły się, a w wielu dziedzinach wręcz skompromitowały, Deng, jak by nie było bliski współpracownik Mao przez dziesiątki lat, spróbował innych rozwiązań. Zaordynował zupełnie inne podejście. Patrzył szerzej, nie tylko na Chiny. A poza Chinami dostrzegł nowoczesność. Ponieważ w latach "rewolucji kulturalnej" zapędzono go na głęboką prowincję, z autopsji doskonale wiedział, jak zacofana jest chińska wieś, a i w miastach przecież nie było o wiele lepiej. Toteż, jako przekonany praktyk i pragmatyk, a nie teoretyk czy ideolog; jako osoba, która wkroczyła do światowych annałów powiedzeniem "nieważne, czy kot jest biały, czy czarny, ważne, żeby łowił myszy", musiał w pewnej chwili zapytać: dlaczego Chińczycy na Tajwanie, w Hongkongu czy Singapurze są bogaci i nowocześni, a Chińczycy w ChRL siermiężni i biedni jak myszy kościelne? Gdy zapytał, a z różnych źródeł wiemy, że to zrobił, zaproponował państwu strategiczny zwrot i przewrót.

Z racji tego, że końca tej drogi jeszcze nie znamy, nie spieszmy się z ferowaniem wyroków. Mądre powiedzenie chińskie podpowiada: Nie wypowiadaj się i nie forsuj wyroków na temat tych, co żyją. Czemu? - Ponieważ żyją, zawsze jeszcze mają szansę popełnić błędy... Tak samo jest z chińskim procesem reform. On także jeszcze "żyje", właśnie zdaje się być w pełnym rozkwicie. Być może, kto wie, ostateczne oceny będą wydawały dopiero następne pokolenia. Co nie znaczy wcale, że pewnych wstępnych ocen nie możemy dokonywać już dziś.

Ponieważ mieliśmy i mamy do czynienia w dzisiejszych Chinach z niezliczoną wprost liczbą niewiadomych, dlatego też tezy w tej książce stawiane nie pretendują, bo nie mogą pretendować, do miana jedynie słusznych prawd, jako że takich - w moim głębokim przekonaniu - po prostu nie ma. Zamiast głosić cokolwiek ex cathedra, będę się starał tutaj jak najwnikliwiej obecne Chiny i dokonujące się w nich przeobrażenia przedstawić, podać fakty, postawić pytania, zastanowić się, co może być dalej. Bo przecież tak niebywałe zmiany w najludniejszym obecnie państwie świata, liczącym ponad 1 350 mln mieszkańców, muszą pociągnąć za sobą, i już pociągają, zmiany w wymiarze globalnym. I o tym także traktuje ta książka; o tym, jakie mogą być konsekwencje chińskich zmian dla nas i dla całego świata, nie tylko dla Chińczyków.

Do swych rozważań wybrałem tylko kilka zagadnień, w mojej ocenie najważniejszych. Pytam o system polityczny, o charakter przeobrażeń rynkowych, o koszty ekologiczne i społeczne tych zmian. Nie pytam na przykład, choć sam doskonale wiem, jak ważne to zagadnienia, o to, jakie są koszty psychologiczne przeobrażeń, co niesie ze sobą przyspieszona urbanizacja i technologizacja, a nawet internetyzacja życia; jak Chińczycy odnajdują się w tym wszystkim, co wokół nich się teraz dzieje - i czy w ogóle się odnajdują. Nie piszę też o tak ważnych sprawach, jak chińskie zbrojenia czy tamtejszy program kosmiczny. Innymi słowy - sporo tu braków, co łatwo wytknąć. Nie o to jednak chodzi. Inny jest cel. Pytam jedynie o sprawy strategiczne, o kwestie najważniejsze, drążę to, co i mnie drąży, gdy obserwuję Chiny z bliska. Niektóre z tych pytań należą w Chinach do drażliwych i delikatnych, niektóre są z kolei drażliwe poza nimi. Nie obawiam się o to i - może zbyt śmiało? - pytam: czy Chiny wyrosną na nowe supermocarstwo? Czy sięgając po ten status, połączą się z Tajwanem? Jak będą się z tym nowym statusem zachowywały na arenie międzynarodowej i jak zachowują się na niej teraz, w okresie wewnętrznej tranzycji i przejścia? Co chiński program reform przyniesie Chińczykom i światu? Czy rzeczywiście w ostatnich może nie tyle trzech, co dwóch dekadach, począwszy od 1992 r., udało im się wypracować nowy, alternatywny wobec zachodniego paradygmat rozwojowy? No i przede wszystkim - czy cały ten niebywały eksperyment się powiedzie?

Tak, więcej tutaj pytań niż jasnych, klarownych odpowiedzi; więcej dociekań i przypuszczeń niż wskazówek i azymutów; więcej zmagań i poszukiwań niż triumfalnego ogłaszania znalezisk. Zapraszam do tych zmagań, zapraszam do zapoznania się z dzisiejszymi Chinami - oczywiście w mojej wersji, bo może też być inna i nawet - kto wie - okazać się dość daleka od tej, jaką tutaj zaprezentowano. Albowiem jedna z ogólnie przyjętych "prawd" w kręgach sinologicznych mówi: Chiny to na tyle wielki i skomplikowany kraj (czytaj: świat sam w sobie), że można na ich obszarze udowodnić praktycznie każdą tezę. Pogląd ten ukuto już dość dawno. Wygląda na to, że dzisiaj jest on bardziej aktualny niż kiedykolwiek przedtem. Jedni twierdzą, że Chiny są nazbyt liberalne, drudzy, wprost przeciwnie, że nazbyt interwencjonistyczne. Jedni mówią z pełnym przekonaniem, że są komunistyczne, drudzy z nie mniejszą werwą twierdzą, że są kapitalistyczne. Przezabawne, że zazwyczaj obie strony sporu mają sporo racji. Chyba więc przyjdzie nam się pogodzić z takim stanem rzeczy, kiedy to jedni widzą w obecnych Chinach rozkoszną pandę, drudzy podziwiają wyniosłego feniksa, a jeszcze inni są przestraszeni, bo traktują je niczym groźnego, krwiożerczego smoka (to ostatnie spojrzenie zdaje się dominować u nas).

Proszę o tym pamiętać podczas lektury tych stronic. Chiny, ich rozmiar i stopień skomplikowania, uczą pokory, relatywizmu, synkretyzmu pojęć i znaczeń. To dobra szkoła, bo inna od tych u nas ostatnio obowiązujących. My chętnie byśmy swoje poglądy, wartości i przekonania narzucali, a Chińczycy przypominają nam o tym - nie pierwszy raz w swych długich dziejach - że prawda raz przez kogoś przyjęta wcale nie musi być uniwersalna, a na każdą kwestię, tym bardziej tę skomplikowaną, można, a chyba nawet należy, patrzeć z różnych perspektyw. Raz jeszcze zapraszam do zmagań z Chinami...

1. CZY CHINY SĄ KOMUNISTYCZNE?

Da zhe "hongqi" fan hongqi

(Niosąc "czerwony sztandar", zwalczać czerwony sztandar)

Jedna ze strategicznych maksym chińskich komunistów

Portret Mao Zedonga wisi na bramie Tiananmen, w samym sercu stolicy Chin, a jego pomniki rozsiane są po całym kraju - najczęściej z uniesionym ramieniem, w geście wodza pozdrawiającego naród; w pozie takiej samej, w jakiej pozdrawiał niegdyś Czerwonogwardzistów. Kult Mao widać w sklepach z pamiątkami, księgarniach, a nawet nowoczesnych centrach handlowych. Były wódz stał się postacią z chińskiego folkloru, niczym mitologiczny Żółty Cesarz czy bohaterowie z epopei Trzech Królestw (220-265 r. n.e.), zaciekle walczący ze sobą mieczem i podstępem, do dziś władający masową chińską wyobraźnią i pamięcią narodową. Mao, za młodu buntownik, podstępny gracz, a zarazem rewolucjonista, nadal jest w Chinach wszechobecny, choć zmarł już tyle lat temu. A krajem nadal rządzi Komunistyczna Partia Chin (KPCh). Nad czym tu się zastanawiać? Chiny są komunistyczne, a może nawet maoistowskie. Wielu tak uważa. Dla nich nie ma tu żadnych znaków zapytania. Mylą się czy nie? Wygląda na to, że również w Chinach diabeł tkwi w szczegółach. Przyjrzyjmy im się bliżej.

Oficjalną ideologią państwa o nazwie Chińska Republika Ludowa (ChRL) pozostają "idee marksizmu-leninizmu oraz myśli Mao Zedonga". Obowiązującą do dzisiaj ideologiczną klatkę narzucił, jeszcze w końcówce lat 70. minionego stulecia, "ojciec chińskich reform", Deng Xiaoping. Przybrała ona formę wspomnianych już na wstępie tzw. "czterech podstawowych zasad" mówiących o tym, że każdy obywatel chiński, nie mówiąc już o członkach partii (tych jest ok. 73 mln w liczącym, powtórzymy, 1 350 mln obywateli państwie) musi: trzymać się socjalistycznej drogi; przestrzegać dyktatury proletariatu oraz kierowniczej roli partii komunistycznej i zasad marksizmu-leninizmu oraz myśli Mao Zedonga. Patrząc z oficjalnej chińskiej perspektywy, pytanie zadane w tytule również nie ma sensu. Chiny są komunistyczne. A podważanie tej tezy to herezja.

CZYNIŁ DOBRZE, POPEŁNIAŁ BŁĘDY

Główne nurty marksizmu, jak wiadomo, najwnikliwiej zbadał Leszek Kołakowski. Zwrócił on uwagę, że "nie ma prawie kwestii odnoszącej się do interpretacji marksizmu, która nie byłaby przedmiotem sporu". Innymi słowy: marksizm (i leninizm, lub oba naraz) można czytać i interpretować na wiele sposobów. To bardzo celna uwaga, mimo że Kołakowski - jak wiadomo - chińskiego komunizmu nie analizował, czyniąc tylko na zakończenie swego dzieła nieco uwag na temat "chińskiego chłopskiego marksizmu Mao Zedonga". Podkreślił tam, że maoizm, o którego filozoficznej wartości nie był wysokiego zdania, zwany w Chinach powszechnie "myślami Mao", "jest tworem ideologicznym, który formował się przez kilkadziesiąt lat". Oznacza to, że na różnych etapach dziejów "myśli Mao" wyglądały nieco inaczej, a cały system ulegał ciągłym zmianom. Zmieniał się Mao, zmieniały się jego myśli. Według jednego z jego biografów, profesora Harvardu Rossa Terrilla: "Kariera Mao ewoluowała: od wyznawania uniwersalnego indywidualizmu (w młodości), poprzez fazę wiary w postęp proletariatu (wczesne lata dwudzieste), rewoltę chłopską (późne lata dwudzieste) ku komunizmowi wojennemu (w Yan'anie), budownictwu socjalistycznemu (lata pięćdziesiąte), rozczarowaniu rezultatami socjalizmu (od późnych lat pięćdziesiątych) po pospolitość filozoficzną i moralną (lata sześćdziesiąte) i końcowy powrót do wysoce subiektywnego indywidualizmu (lata siedemdziesiąte)".

"Myśli Mao" nie były - i nadal nie są - ideologią stałą w swych założeniach i interpretacjach, chociaż okazały się być trwałe w swym oddziaływaniu. Była to równocześnie ideologia eklektyczna - bardziej chińska aniżeli stricte marksistowska. Przypominały one w większym stopniu heretycki konfucjanizm niż czysty marksizm-leninizm, jako że Mao dobrze znał klasyków chińskich, a znacznie mniej komunistycznych. Nawet mu udowodniono, że częściej cytował chińskich mędrców i autorów z przeszłości aniżeli twórców marksizmu (najchętniej zresztą Stalina), co zresztą wcale nie dziwi u osoby, która nie znała żadnego języka obcego. Można pokusić się o tezę: Mao był bardziej "swojski" niż marksistowski. Jak to ujął cytowany już wyżej Ross Terrill: "Mao nie był ortodoksyjnym marksistą. Z czasem można było go postrzegać jako populistycznego dyktatora, którego myśli zawierały w sobie rożne elementy anarchizmu, konfucjanizmu, marksizmu i faszyzmu". Nie powiem, całkiem ładny sztafaż.

Bodaj najbardziej wnikliwy zachodni badacz "myśli Mao", Stuart Schram, ujął to jeszcze inaczej: "Przewodniczący Mao jako lider uważał się za upoważnionego przez historię do misji nauczania chińskiego narodu i prowadzenia go ku komunizmowi. Przez całą swą karierę, od gór Qinganshan (gdzie rozpoczynał swą rewolucyjną działalność) poprzez Yan'an (gdzie narzucił swój kult) aż po lata 60., Mao Zedong traktował demokrację i centralizm jako dwa nierozłącznie powiązane ze sobą elementy procesu politycznego, a żaden spośród nich nie mógł być odseparowany od drugiego. W latach "rewolucji kulturalnej" (1966-1976) narodziły się dwie odrębne koncepcje. Demokracja została zastąpiona przez "rebelię", a centralizm przez zhong, czyli osobistą lojalność wobec wielkiego lidera i sternika".

Dzisiejsze władze chińskie, począwszy od ich ojca duchowego Deng Xiaopinga, największy kłopot miały właśnie z "późnym Mao", tym z okresu "wielkiego skoku" (1958-1960) oraz "rewolucji kulturalnej". Kraj popadł wówczas, jak to się powszechnie głosi, w "lewackie odchylenie". W oficjalnej wykładni, jaką stanowi "Rezolucja o historii KPCh" z 1981 roku, zarzucono mu, że "zadał największy, sięgający najgłębiej cios, jakim było zainicjowanie 'rewolucji kulturalnej', która była wielkim nieszczęściem dla partii i narodu". Później ujmowano to tak: Mao w 70 proc. czynił dobrze, a w 30 proc. popełniał błędy. Naturalnie, szczególnie w końcówce swego życia.

Ta oficjalna wykładnia obowiązuje do dziś. Wiedza na temat Mao, jaką obecnie posiadamy, znacząco ją podważa. Po rewelacjach, znanych i w Polsce, najpierw dra Li Zhisui, osobistego lekarza Mao, a następnie dewastującej w swej wymowie biografii wodza pióra Jung Chang i Jona Hallidaya, wiemy, że tych "błędów i wypaczeń" Mao znalazłoby się o wiele więcej, tak w jego życiu osobistym, jak też publicznym i politycznym. Był to tyran i wschodni despota, jakich mało. W istocie przez kilka dekad rządził on komunistycznymi z nazwy Chinami jak starożytny cesarz i zarządzał nimi jak własnym folwarkiem. Nie mylili się hunwejbini wymachujący "Czerwonymi książeczkami", czyli cytatnikiem z jego dzieł, stanowiącym wówczas katechizm, widząc w nim "czerwone słoneczko", czyli źródło inspiracji, wiary oraz - co chyba najważniejsze - źródło niebywałej siły. Nie był to jednak wódz o kryształowym życiorysie, a mimo to dla Chińczyków, także wiedzących już teraz coraz więcej, pozostaje on nadal ważnym punktem odniesienia. Wygląda na to, że chociaż w oczach wielu był zbrodniarzem, wszedł już do chińskiego kanonu, zajął miejsce w tamtejszym panteonie. Obawiam się, że nikt go stamtąd nie wykurzy.

Sam byłem świadkiem przezabawnego wydarzenia. Oto gromada sprzedawców-domokrążców obległa grupę Amerykanów wysiadających z autokaru. Czasu mało, okazja niepowtarzalna. Poszło w ruch wszystko, co było na podorędziu: stare monety, rękodzieło, tkaniny, starodruki, porcelana, kopie chińskiego tradycyjnego malarstwa. Handel nie szedł jednak dobrze. Turyści okazali się dość oporni i odporni na zaklęcia sprzedawców. Wtedy jeden z handlarzy, oferując porcelanowe statuetki Mao, zdesperowany brakiem powodzenia, łamaną angielszczyzną krzyczał: "Kupuj Pan podobiznę Przewodniczącego Mao. Prawdziwa, z epoki Ming...".

Tak oto Mao trafił do historycznego dziedzictwa narodu, stał się cenionym "antykiem". W wymiarze społeczno-obyczajowym ten dzisiejszy, powierzchowny kult Mao przybiera formy bazarowo-odpustowe. Różni się on zasadniczo od kultu poprzednio obowiązującego, opartego na ideologicznym ferworze i strachu. "Myśli Mao" pozostają oficjalną ideologią państwową, ale bardziej jako obowiązująca mantra do mechanicznego powtarzania aniżeli konieczność stosowania jej zapisów w życiu codziennym. "Idee Mao" - nadal - celebruje partia, nie uchylając się przy tym przed kłamstwem i niedomówieniami, naród jednak coraz częściej chodzi własnymi ścieżkami. To dwa niekoniecznie przystające do siebie światy. Mamy więc do czynienia z sytuacją nie do pomyślenia w klasycznym, nieznającym sprzeciwu, alternatyw i odmiennych dróg marksizmie-leninizmie-maoizmie.

Zarówno Mao, jak i maoizm, stają się powoli historycznymi symbolami, którymi operuje się stosownie do bieżących potrzeb. Bierze się to, co wygodne. A ponieważ spuścizna po Mao jest duża, jest z czego czerpać. Jak można przewidywać, dalsze losy Mao i maoizmu będą zależały od tego, co się z Chinami stanie. Czy obecne reformy powiodą się i nadal na ich czele będzie stała KPCh, czy też dojdzie do jakiegoś - teraz niemożliwego do przewidzenia - załamania? W przypadku pierwszego, aktualnie bardziej prawdopodobnego scenariusza, jest pewne, że Mao, już oddzielony od marksizmu i starannie odseparowany od codzienności, pozostanie symbolem "ojca-założyciela" Chin nie tyle komunistycznych (bo ideologie mogą się zmieniać), co Chin samodzielnych i suwerennych (bo Chiny mają być jedne i wielkie). Ponieważ samo pojęcie komunizmu, o czym będzie tu mowa jeszcze nie raz, traci swój pierwotny wymiar, Mao - co bardziej prawdopodobne - może zamienić się w model przywódcy, który odbudował chińską jedność i nadał państwu należny prestiż i rangę na arenie międzynarodowej, jak też w wymiarze historycznym. I tak oto Przewodniczący będzie nie tyle źródłem marksizmu, ile chińskiego nacjonalizmu, a to już przecież zupełnie inna bajka.

"SOCJALISTYCZNA GOSPODARKA RYNKOWA"

Mao Zedong narzucił Chinom swoją wolę, osobowość oraz komunistyczną utopię i wiarę. Do dziś Państwo Środka nie może się od nich uwolnić. Do chińskich realiów jeszcze bardziej niż gdziekolwiek indziej przystają słowa naszego innego znakomitego analityka marksizmu, Andrzeja Walickiego, który w swym wybitnym dziele Marksizm i skok do królestwa wolności napisał o klasykach tego nurtu: "Niezależnie od intencji Marksa i Engelsa, ich komunistyczna utopia stała się źródłem najpotężniejszej i najbardziej niebezpiecznej świeckiej wiary czasów nowożytnych. Wiara ta jest dziś martwa (przynajmniej w zasięgu kultury europejskiej), ale konsekwencje jej wciąż nam towarzyszą". Czy chińska wiara w komunizm-maoizm też jest już martwa? Czy komunizm w Chinach nadal żyje, czy jest tam tylko i wyłącznie celebrowany?

Spróbujmy dokonać wiwisekcji tego problemu, posługując się teorią najwybitniejszego bodaj znawcy komunizmu i "realnego socjalizmu" w jego nie tyle ideowym, filozoficznym czy światopoglądowym wydaniu (tu i Kołakowski, i Walicki są niezbędni), lecz w jego faktycznym działaniu i funkcjonowaniu. Teorię tę sformułował węgierski ekonomista János Kornai. Wypracował on model, zgodnie z którym partie marksistowsko-leninowskie, w tym maoistowska KPCh, działały w oparciu o pięć bloków przyczynowo-skutkowych, w ramach których można znaleźć elementy czysto gospodarcze, wymieszane z - ważniejszymi z punktu widzenia funkcjonowania i trwania systemu - czynnikami politycznymi i ideologicznymi. Poczynając od pomniejszych aż do najważniejszych, poustawiane przez Kornaiego "bloki" przedstawiają się następująco:

- wymuszony wzrost, gospodarka niedoboru, stały deficyt pracy i ukryte bezrobocie, specyficzna rola handlu zagranicznego (w Chinach powiedzielibyśmy - autarkii);

- planowanie gospodarcze, zła jakość, paternalizm, słabe oddziaływanie cen i miękkie ograniczanie budżetu (to pojęcie Kornaiego, podobnie jak "gospodarka niedoboru" weszły na stałe do światowej literatury fachowej);

- przewaga koordynacji biurokratycznej w funkcjonowaniu państwa i gospodarki;

- wiodąca rola gospodarki państwowej i quasi-państwowej;

- niepodzielna władza partii komunistycznej oraz obowiązująca ideologia państwowa.

Spójrzmy na pomaoistowskie, reformatorskie Chiny z tej właśnie, "kornaiowskiej" perspektywy. Chiny po rozpoczęciu reform, tzn. po 1978 roku, jak powszechnie wiadomo, kroczą drogą szybkiego wzrostu gospodarczego, sięgającego zwykle liczb dwucyfrowych, co jest ewenementem na skalę światową. Wzrost jest więc nadal, jak najbardziej, "wymuszany", jak chce Kornai, tyle, że to wymuszanie jest już zupełnie innego rodzaju niż poprzednio. To nie (tylko) państwo, jego wola i widzimisię, lecz (także) rynek dyktuje warunki rozwoju.

A ponieważ wzrost ten odnotowuje się w państwie liczącym ponad miliard mieszkańców, jest to czynnik nie tylko wewnątrzchiński, lecz mający globalny, strategiczny wymiar. Można na ten temat toczyć spory, jednak nie da się zakwestionować faktu, że Chiny wyrosły w minionych trzech dekadach reform na jedno z ważniejszych (drugie - po USA?, trzecie? czy czwarte? - oto sedno tego sporu) mocarstw gospodarczych na świecie. Co więcej, jak przewidują różne szacowne instytucje, od Goldman Sachs po Bank Światowy, nie mówiąc już o chińskich specjalistach, do których jeszcze wrócimy, w przypadku utrzymania się notowanych ostatnio trendów, już w 2020 r. Chiny mogą wyprzedzić Stany Zjednoczone i stać się pierwszą gospodarką świata, oczywiście licząc w liczbach absolutnych, a nie per capita. Jeśli więc, jak na razie, z własnej ścieżki szybkiego wzrostu Chiny nie zboczą - ich gospodarcze znaczenie będzie stale rosło. Tego faktu nie podważa nikt. A percepcja ta umocniła się silnie po wielkim kryzysie na światowych rynkach w latach 2008-2009, z którego Chiny, jak wszystko na to wskazuje, wyszły obronną ręką i nadal znajdują się w fazie wysokiego wzrostu.

Ten wzrost opiera się na zmianie mechanizmów i otwartym przejściu na gospodarkę rynkową. Przy czym z tym "rynkiem" trzeba, jak to zwykle w Chinach, postępować ostrożnie. Formalnie pojęcie rynku, a raczej "socjalistycznej gospodarki rynkowej" (co w naszych uszach brzmi jak kwadratura koła) wprowadzono do Konstytucji po jej nowelizacji w marcu 1993 roku, a więc dopiero w dwadzieścia pięć lat po zainicjowaniu programu reform. Funkcjonowanie reguł rynkowych, chociaż było wtórne w stosunku do inicjatyw władz (bo cały chiński program reform, przecież nie tożsamy z gospodarką, jest sterowany odgórnie, a nie przez mechanizmy rynkowe), bardzo szybko odsunęło w cień i niedobory w życiu wewnętrznym (u schyłku epoki Mao żywność, opał, a nawet odzież racjonowano na kartki), i autarkię w handlu zagranicznym. Gospodarka chińska w sensie kontaktów ze światem i uzależnienia od rynków obcych jest dzisiaj o wiele bardziej otwarta od - przez tyle dziesięcioleci stawianej za wzór - gospodarki japońskiej. Podczas gdy udział eksportu w PKB Japonii wynosi 31 proc., w Indiach - 40, Rosji - 56, a Wielkiej Brytanii - 64, to w znacznie przecież większych Chinach udział handlu (eksport i import) sięga ostatnio 75 proc. PKB (2008), podczas gdy u progu reform było to zaledwie 9,8 procenta.

Walka o pomaoistowskie oblicze Chin rozgrywa się właśnie, jak dotąd, przede wszystkim na polu walki o rynek. Nic dziwnego. Przecież w ramach klasycznego modelu komunistycznego, by zacytować raz jeszcze Andrzeja Walickiego: "Rynek uznany został za [...] ucieleśnienie ślepych, niekontrolowanych sił natury, krzyżujących ludzkie plany i czyniących ludzi niewolnikami ich własnych wytworów. Nie ma żadnej przesady w twierdzeniu, że z punktu widzenia marksistowskiego komunizmu paradygmat rynku był paradygmatem radykalnej dehumanizacji człowieka, zniewolenia gatunkowej (wspólnotowej) istoty człowieczeństwa przez rozbicie ludzkości na izolowane i egoistyczne jednostki, powiązane siecią wyobcowanych stosunków ekonomicznych". Inaczej i prościej ujmując, z punktu widzenia marksistowskiej - i maoistowskiej - ortodoksji, rynek to grabież, tortura i śmierć (nie tylko proletariuszy).

Przywódcy chińscy epoki "reform" i "otwarcia na świat" musieli się dużo nagłowić i natrudzić, by odwrócić kota ogonem i wstąpić ponownie w tę "zdehumanizowaną" sferę. Mieli łatwiej o tyle, że - jak dowodziły sondaże - nawet ten przywracany stopniowo i powoli, ale konsekwentnie rynek, cieszył się wysokim poparciem społecznym. Robiono to jednak ostrożnie, na zaproponowanej przez przekonanego reformatora, premiera w latach 80., Zhao Ziyanga, zasadzie "przechodzić na drugi brzeg rzeki, czując kamienie pod stopami" (wu zhe shitou guo he). Kiedyś mówiono, że porzucanie rynku w państwach komunistycznych było jak gotowanie zupy rybnej ze świeżo złowionych ryb. Ci, co rynek przywracali, stanęli przed zadaniem odwrotnym i o wiele trudniejszym: jak z zupy rybnej przyrządzić świeżą rybę? Wśród specjalistów panuje wyjątkowo duża zgodność co do tego, że chińscy reformatorzy po 1978 roku nie mieli jednego wielkiego, strategicznego planu, szukali nieco po omacku, eksperymentowali, no i w efekcie tworzyli hybrydy o dziwnie brzmiących (na Zachodzie) nazwach, jak "socjalizm o chińskiej specyfice" czy "społeczna gospodarka rynkowa". Ważne jest jednak to, że nie stracili azymutu - konsekwentnie szli z powrotem ku rynkowi.

Naturalnie, wraz z rynkiem, ceny przestały być sztucznie, odgórnie i biurokratycznie ustalane, a pieniądz nabrał rzeczywistej wartości. "Miękkie ograniczenia budżetowe", czyli polityczne, a nie ekonomiczne z natury kształtowanie budżetu też odeszło do lamusa. Innymi słowy: w sensie gospodarczym Chiny w minionych trzech dekadach "reform" (gaige) oraz "otwarcia na świat" (kaifang), stanowiących dwa podstawowe pojęcia określające obecną rzeczywistość, niemal całkowicie odżegnały się od metod i form gospodarowania charakteryzujących gospodarkę socjalistyczną.

W wyniku niezwykle skomplikowanego i żmudnego procesu Chińczycy doszli nawet do zagwarantowania praw własności, w tym indywidualnej, co z punktu widzenia maoistowskiej ortodoksji jest totalną herezją. Tam, gdzie była własność prywatna, tam był i koniec komunizmu. Albowiem, jak to ujął Andrzej Walicki, "w koncepcji Marksowskiej socjalizm równoznaczny był (nawet w swej początkowej fazie) z całkowitym zniesieniem gospodarki rynkowej". Oczywiście, dokładnie tak samo było w przypadku ortodoksyjnego maoizmu, w ramach którego pełnej komunizacji - gospodarki i życia społecznego - dokonano w końcu lat 50. ubiegłego stulecia. Wzniesiono wówczas "trzy czerwone sztandary", a jednym z nich były "komuny ludowe" (renmin gongshe), mające - w oczach władz - stanowić prawdziwy dowód wkraczania do komunistycznego Eldorado, czego wyrazem było propagowane wówczas hasło (przypisywane szefowi tamtejszej bezpieki, Kang Shengowi): "Komunizm to raj, a komuny ludowe to most do niego wiodący". W praktyce były one natomiast dowodem całkowitego pozbawienia praw jednostek, ubezwłasnowolnienia ich, skoszarowania i wręcz militaryzacji życia gospodarczego.

Mimowolnie dowodził tego na przykład centralny organ partyjny "Renmin Ribao" (Dziennik Ludowy), pisząc w październiku 1958 r., czyli wtedy, gdy komuny wprowadzano: "Niektóre z 'komun ludowych' działają na zasadzie 'siedmiu gwarancji', a niektóre na zasadzie 'dziesięciu gwarancji', na mocy których członkowie komun mają zagwarantowane: posiłki, odzienie, zakwaterowanie, naukę, opiekę zdrowotną, pochówek, postrzyżyny, pokazy teatralne, pieniądze na ogrzewanie oraz pieniądze na ślub. Ten system [...] zaspokaja potrzeby i prowadzi do dalszego rozwoju (jednostki) na drodze ku pozbyciu się (przez nią) 'egoizmu'. W tym sensie jest to przedsięwzięcie ze sfery komunizmu i dowód jego należytego szerzenia się". Wszystko miało należeć do kolektywu - od bielizny po myśli.

Pożegnanie z państwową własnością, ostoją komunizmu, wcale nie było łatwe - i nie jest bynajmniej zakończone. Poważne kontrowersje w tej sferze nadal istnieją. Największym przedmiotem sporów jest ciągłe utrzymywanie się, dość istotnego, sektora państwowego, współistniejącego z działającymi całkowicie na zasadach rynkowych małymi i średnimi przedsiębiorstwami. W tym pierwszym, jak przypomina w swym cennym tomie Understanding and Interpreting Chinese Economic Reform ("Rozumienie i interpretacja chińskiej reformy gospodarczej") ceniony ekspert, prof. Wu Jinglian, ciągle istnieje pokusa powrotu do cesarskich jeszcze tradycji, kiedy to "cesarz i jego urzędnicy mieli ogromny wpływ na dystrybucję środków. Stąd też w tradycyjnej chińskiej kulturze biznesowej podstawą sukcesu były standardowe praktyki, na mocy których urzędnicy rządowi dokonywali transakcji, łącząc wpływy i pieniądze". Stąd, jakże uzasadniona, obawa przed powrotem "handlowców odzianych w szaty wysokich rangą urzędników".

Klasyczny model maoistowski, choć nie był czysto marksistowsko-leninowski, w wymiarze gospodarczym wyglądał dokładnie tak, jak opisywał ten drugi Andrzej Walicki: "Była to w istocie wizja społeczeństwa totalnie administrowanego; społeczeństwa, w którym 'niewidzialna ręka rynku' zastąpiona będzie 'widzialną ręką' władz publicznych i racjonalnym porządkiem jednolitej, systematycznej organizacji". Dla chińskich reformatorów podstawowy problem w zmaganiach z maoizmem polegał właśnie na podważaniu "porządku" i "organizacji", jakie klasyczny maoizm zaproponował w latach "lewackiego odchylenia". Zakwestionowali je następcy Mao, a przynajmniej pragmatyczni odszczepieńcy od tego nurtu, a więc Deng, Zhao Ziyang czy Hu Yaobang (pierwszy szef partii okresu reform). Zrobili to świadomie i z premedytacją, ale - zdając sobie sprawę z płynących stąd konsekwencji - "odwracali kota ogonem" ostrożnie i rozłożyli ten proces na etapy.

Dlatego, pomni poprzednich, gorzkich doświadczeń ze schyłkowego okresu maoizmu, obecni władcy w Pekinie dają do zrozumienia, że myślą tak: potrzebna jest niewidzialna ręka rynku, ale jeszcze bardziej potrzebna jest jak najbardziej widzialna ręka państwa, by zaproponować społeczeństwu "harmonijny rozwój", przez kilka lat stanowiący hasło-zaklęcie prezydenta Hu Jintao i premiera Wen Jiabao, przywódców do 2012 r. Nadal istnieje więc pewnego rodzaju dwoistość, współistnieją ze sobą sektor państwowy z dużą dozą interwencjonizmu i sektor prywatny, "pływający na otwartych wodach". Nie trzeba chyba dodawać, że to niemal proste zaproszenie do korupcji i nie dziwota, że co pewien czas w trakcie reform wybucha kolejny skandal, a władza wszczyna kolejną antykorupcyjną kampanię, o czym będzie tu jeszcze niejednokrotnie mowa.

W trakcie bezprecedensowych reform, zamiast starych problemów, pojawiły się zupełnie nowe, albo też stare, tyle że w nowym opakowaniu, jak chociażby ogromne bezrobocie, związane z uwolnieniem siły roboczej i odrzuceniem poprzedniej filozofii "żelaznej miski ryżu", czyli dożywotniego, bezpiecznego zatrudnienia. "Komuny ludowe" stopniowo, ale zdecydowanie usunięto z życia już u zarania reform, w początkach lat 80. ubiegłego stulecia. Przestały obowiązywać reguły państwa socjalnego, zastąpione przez żelazne reguły rynku i ostrą, bezpardonową konkurencję, zmuszającą ludzi do mobilności i stałego wysiłku. Czasami odnosi się wrażenie, że właśnie te czynniki - wysiłek i walka - to jedyne slogany Mao, które przetrwały i mają nie mniejsze, choć odmienne w charakterze, znaczenie niż wcześniej. Wszystkie inne, włącznie z tak podstawowymi jak walka z "indywidualizmem" czy "ekonomizmem", a więc bodźcami ekonomicznymi, zostały wywrócone do góry nogami.

Jest dokładnie odwrotnie niż było. Mao macha dłonią z pomników, patrzy z portretu zawieszonego w bramie Tiananmen, ale wzrok ma pusty, a jego gesty - i słowa - straciły swą magię; stracił ideologiczny żar, a wiara weń się wypaliła. Dla dzisiejszej młodzieży, niepamiętającej jego czasów, jest już raczej maskotką zawieszaną przy szybie taksówki czy machającym dłonią wisiorkiem, takim Tomciem Paluchem umiejscowionym jako wskazówka w sprzedawanych na bazarach budzikach i zegarkach. Strach się ulotnił, "moc struchlała".

?

Wstęp

Dlaczego Xi?

Ten tom nie miał powstać. Poniekąd napisało go życie, zrodziły okoliczności. Przede wszystkim pandemia COVID-19, pierwszy prawdziwie globalny kryzys, który pokazał nam, jak bardzo na świecie jesteśmy powiązani. Stanowi ona kolejny punkt zwrotny w dziejach powszechnych, który dokumentnie przewartościowuje nam świat. To niespodziewane wydarzenie zmusiło nas, a przynajmniej powinno zmusić, do głębszej refleksji nad tym, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy - jako jednostki, państwa i cały glob. Szybko okazało się bowiem, że nie byliśmy przygotowani na taki atak, niby niewidzialnego, a tak mocno obecnego w naszym życiu wirusa. Natomiast nasze dotychczasowe rozwiązania instytucjonalno-programowe okazały się do tej walki nieprzydatne.

To dobry moment na głębszą refleksję nad tym, czy w ogóle nasze poprzednie strategie i pomysły na świat były trafione i czy właściwie stawialiśmy priorytety w zachodniej cywilizacji, takie jak liberalna demokracja, wolny rynek, podstawowe wolności, społeczeństwo otwarte czy obywatelskie. Pod wpływem przeżytej traumy oraz poniesionych ofiar należy je stawiać pod znakiem zapytania, szczególnie na Zachodzie, rozumianym głównie jako USA i Europa - Unia Europejska, gdzie tych ofiar było relatywnie najwięcej, obok - przykładowo - Indii czy Brazylii.

I druga strona tego medalu: czy mała liczba ofiar i duża skuteczność, nawet kosztem ograniczeń praw i swobód jednostki, to też zasób uniwersalnych wolności, jak to dokumentują i uzasadniają Chiny? No i czy przy tej okazji racje bezpieczeństwa nie pokonają szeroko rozumianych wolności, na co zdaje się wskazywać wiele metod i środków zastosowanych podczas walki z pandemią?

Od momentu wybuchu pandemii, COVID-19 w centrum naszego zainteresowania postawił Chiny. To tam, w prowincji Hebei i mieście Wuhan, wirus narodził się, a potem został - fakt, że bezpardonowymi środkami - skutecznie zahamowany. Podobnie było w całym regionie Azji Wschodniej i dobrze sobie z nim poradziły nie tylko Chiny kontynentalne, ale też, choć doświadczyły nawrotów zakażeń, Japonia, Korea Południowa, Singapur czy Tajwan. Warto więc pochylić się nad zagadnieniem, jak te organizmy to zrobiły, a jeszcze bardziej - co z tego wynika?

Pandemia sprawiła, że mieliśmy też do czynienia z zupełnie nowymi zjawiskami, jak "dyplomacja maseczkowa" czy później "szczepionkowa", co z kolei postawiło na porządku dnia takie kluczowe kwestie, jak efektywność środków i metod w zwalczaniu zarazy, a nade wszystko łańcuchy dostaw, jak się szybko okazało, zbyt mocno na Zachodzie uzależnione od dostawców w Chinach i tamtym regionie. Nawet nie zaskakuje, że w ślad za tym przyszło nowe słownictwo, jak lockdown czy decoupling, dla których nie ma jeszcze należytych polskich odpowiedników. Z pełnym uzasadnieniem i świadomością zaczęliśmy się głębiej zastanawiać nad sensem stosowania surowych metod w ramach pierwszego z nich, a pęknięć i napięć na światowych rynkach, a nawet ich rozpadu, uzasadniających użycie drugiego. Tym bardziej że na horyzoncie jeszcze wyraźniej niż po poprzednim wielkim zakręcie, czyli kryzysie ekonomiczno-finansowym z 2008 roku, wyłoniła się możliwość kolejnego chińskiego przyspieszenia i ponownego wzrostu znaczenia Państwa Środka, tym razem już na arenie globalnej, a nie tylko w regionie Azji i Pacyfiku.

Z racji wybuchu i przebiegu pandemii okazało się, że mamy do czynienia z ważną cezurą zarówno dla Chin, jak i, ze względu na ich potencjał i dynamikę, dla świata. Doszło do tego, że tak jak przed kryzysem gospodarczym i finansowym z 2008 roku zaliczano Chiny do państw Trzeciego Świata, a po nim do dynamicznych "rynków wschodzących" (emerging markets), to po pandemii z roku 2020 jest chyba coraz mniej wątpliwości, nawet wśród sceptyków, iż trzeba uznać ChRL za drugie supermocarstwo na globie. Na dodatek chodzi o podmiot, który teraz już nawet nie ukrywa aspiracji do bycia potęgą numer jeden na świecie. Buduje on - czy akurat w tym przypadku odbudowuje - swój mocarstwowy status nie po cichu i w ukryciu, jak było do niedawna, lecz otwarcie i z dużą pewnością siebie. Natomiast taki stan rzeczy oczywiście będzie budził, bo musi budzić, ogromne kontrowersje na całej scenie światowej, począwszy naturalnie od stanowiska, opinii, zachowań i strategii obecnego supermocarstwa i dominatora, Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Dlatego pierwotny zamiar, by jedynie uzupełnić poprzedni mój tom Wielki Renesans, traktujący o czterech dekadach chińskiej transformacji i jej skutkach, spełzł na niczym. Okazało się, że wydarzenia w Chinach i wokół nich tak bardzo przyspieszyły, iż trzeba było napisać, i to szybko, kolejny tom, będący niejako organicznym uzupełnieniem poprzedniego. Naturalnie, wielu wywodów tu zawartych nie da się należycie zrozumieć czy pojąć bez znajomości ich antecedencji opisanych i zawartych w tomie poprzednim. Mamy przecież w Chinach ciągłość władzy, pod egidą Komunistycznej Partii Chin (KPCh) i jej charyzmatycznego przywódcy Xi Jinpinga, sprawującego władzę od listopada 2012 roku. Nadal mamy tam też do czynienia z bezprecedensowym eksperymentem i procesem reform i transformacji, ciągle jeszcze in statu nascendi, a więc w trakcie tworzenia i testów. Do tej pory przyniósł on już Chinom tyle sukcesów i zmian, że fenomen ten każe liczyć się nie tylko z możliwością odbudowy i renesansu wielkiej, znanej od starożytności cywilizacji, która przetrwała, ale też, że Chiny znowu będą prawdziwym Państwem Środka. Tyle że tym razem nie tylko we własnym regionie, lecz na skalę globalną. Być może staną się - bo tak chcą i do tego aspirują - centrum nie tylko gospodarczym i handlowym (jakim są), lecz także technologicznym, innowacyjnym i cywilizacyjnym, do czego pod wodzą wielce ambitnego Xi Jinpinga świadomie zmierzają.

W ostatnich kilku latach doszło w Chinach i wokół Chin do tylu znaczących wydarzeń, że w żadnej mierze nie da się ich ująć w skrótowej formie. "Chińska agenda" narasta wręcz lawinowo i obejmuje - wymieniając tylko najważniejsze - takie zagadnienia, jak: nowy model rozwojowy; przyspieszenie technologiczne, włączając w to wyścig w kosmosie; świadome dążenie do budowy zielonej gospodarki i innowacyjnego społeczeństwa, także przy użyciu sztucznej inteligencji; zauważalne zmiany i utwardzenie systemu politycznego; kwestia Hongkongu, która niemal automatycznie pociąga za sobą zagadnienie dalszych losów Tajwanu; nowa, zdecydowanie większa niż poprzednio rola Chin na arenie międzynarodowej. To wszystko z kolei prowadzi do strukturalnego już zderzenia z dotychczasowym hegemonem - USA, i walki o prestiż i status, a tym samym do kształtowania się nowego ładu międzynarodowego, z Chinami jako drugim supermocarstwem, niekryjącym jednak ambicji do zajmowania pozycji lidera w kolejnych dziedzinach. Tym samym grozi nam powtórka z historii, niechętnie przyjmowana w niektórych środowiskach akademickich, ale umiejętnie uchwycona przez Grahama Allisona i ekspertów z Harvardu jako tzw. pułapka Tukidydesa[1]. Chodzi o sytuację podobną do zderzenia Aten i Sparty w starożytnej Grecji, gdy interesy dotychczasowego hegemona ścierają się z interesami szybko rosnącego pretendenta do tronu. A taka sytuacja, jak dowodzi historia, może zaprowadzić nas albo do nowej zimnej wojny, albo wręcz wojny prawdziwej i gorącej - o prymat.

Tymczasem na scenie wewnętrznej w Chinach rośnie zakres osobistej władzy Xi Jinpinga, a na czoło wysuwa się też Partia (pisana z dużej litery i rozumiana jako KPCh). Istotę rzeczy dobrze odzwierciedlają słowa samego Xi, często powtarzane w tamtejszej propagandzie, a nawet wpisane w 2017 roku do tekstu Statutu KPCh: "Rząd, wojsko, społeczeństwo, szkoły, północ, południe, wschód i zachód - Partia kieruje nimi wszystkimi"[2]. Mamy więc do czynienia z kolejnym, poważnym politycznym zwrotem, usztywnieniem systemu, a równocześnie wprowadzaniem w życie ambitnych planów obecnego kierownictwa, w tym uruchomieniem nowego, trzeciego już w czasach transformacji, modelu rozwojowego, nazwanego systemem "podwójnego obrotu" czy cyrkulacji (shuang xunhuan)[3]. Sprawia on wrażenie, jakby był konsekwencją pandemii, chociaż przygotowywano go od lat. Stawia on priorytet na obieg wewnętrzny, a zewnętrzny (czytaj: globalizacja i rynki światowe) stanęły w drugim szeregu, co odzwierciedla formuła guonei guoji, "najpierw wewnętrzne, potem zewnętrzne".

Poniekąd mamy więc do czynienia z głębokim zwrotem zarówno politycznym, jak i gospodarczym. Na czym one dokładnie polegają? - o tym w istocie będzie mówiła ta książka. Co Chiny zmieniają u siebie, gdzie zmierzają, jakie mają dalsze plany i założenia? A poprzez swoje rozmiary, zasięg i wzrastające wpływy - jak ich coraz większa potęga wpłynie na życie międzynarodowe i kształtujący się nowy ład? Czy ze względu na wyraźnie rosnące, w oczach USA i Zachodu, "chińskie wyzwanie", pogrążymy się w polaryzacji i napięciach, jak mówi wielu ekspertów, a nawet wejdziemy w "nową zimną wojnę"? Czy też, jak postulują władze i eksperci w Pekinie, będziemy zmierzali ku nowemu wielobiegunowemu ładowi, co oczywiście oznacza koniec bezwzględnej amerykańskiej dominacji, jaka wyłoniła się po upadku ładu zimnowojennego?

Jak widać, zakres tematyczny tego przedsięwzięcia jest dość szeroki. Obejmuje nadal dynamiczne procesy na terenie samych Chin, jak też zawiera - przynajmniej wstępne - oceny i wnioski na temat tego, co z chińskiej wewnętrznej transformacji i zarazem szybkiego wzrostu ich znaczenia wynika dla świata, Europy, naszego regionu, w tym Polski. Zasadnicza zmiana, jaka już się praktycznie dokonała, polega na tym, że kilka dekad temu mogliśmy traktować to, co się dzieje w Chinach, jako egzotykę lub interesujące zagadnienie gdzieś daleko od nas. Tymczasem dziś Chiny już się u nas pojawiły (nawet w wymiarze fizycznym), a brak wiedzy o tym, co teraz dzieje się w Państwie Środka, jest w tej chwili raczej dowodem naszej ignorancji, a nie świadectwem należytego rozumienia kluczowych procesów współczesności.

Chiny jednak to specyficzny twór. To cywilizacja oparta na znaku, symbolu, ceremoniach, rytuałach, ukrytych znaczeniach, kontekstach i wieloznaczności. Co decyduje o ich obecnym wizerunku? Łazik Zhurong spacerujący po Marsie, filmujący tamtejszą powierzchnię, nieraz z chińską flagą w tle? Nowe projekty infrastrukturalne i rozmach wielkich metropolii - megamiast (chodzi o te liczące ponad 10 mln mieszkańców), z wcielanymi już w życie planami budowy inteligentnych miast - smart city? Rozbudowana sieć szybkich kolei? Przepływy bezgotówkowe na całym rynku? To jeden krąg pytań - osób Chinom sprzyjających. Ale jest też inny, każący pytać o zdjęcia z ulic Hongkongu pacyfikowanego przez policję, chińskich odrzutowców nad Cieśniną Tajwańską, a nawet samym Tajwanem, czy obozów dla mieszkańców Xinjiangu, o czym tak głośno w zachodnich mediach. Jak zawsze, obraz Chin jest złożony, ale za punkt wyjścia i symbol nadrzędny proponowałbym przyjąć wystąpienie przewodniczącego Xi Jinpinga w bramie Tiananmen na stulecie KPCh, gdy 1 lipca 2021 roku mówił dokładnie w tym samym miejscu, w którym 1 października 1949 roku Mao Zedong proklamował utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL): "W ciągu minionych stu lat Partia zjednoczyła i prowadziła Chińczyków w procesie pisania najbardziej niebywałego rozdziału w liczącej tysiące lat historii chińskiego narodu, co znalazło odzwierciedlenie w słowach Mao Zedonga, gdy pisał: "Nasze przekonania nabrały mocy dzięki poświęceniom bohaterów, którzy sprawili, że zarówno Słońce, jak i Księżyc jasno świeciły na nowym niebie". Wielki szlak, na który wkroczyliśmy jako pionierzy, wielkie przedsięwzięcia, jakie podjęliśmy, i wielkie sukcesy, jakie odnieśliśmy w ciągu minionego stulecia, zapiszą się w annałach rozwoju całego globu i cywilizacji chińskiej"[4]. Na naszych oczach Chiny i rządząca nimi KPCh uwierzyły w siebie, mają wielkie i ambitne plany, a już przecież stały się globalnym graczem. Co dalej? Czas się tym poważniej zainteresować - i wyciągnąć z tego wnioski, dla siebie i nas wszystkich. Dlatego powstał ten tom. Niech będzie zaczynem debaty na temat nowej roli Chin i ich znaczenia dla nas i dla świata, który tak szybko się zmienia, a po pandemii na pewno nie będzie przypominał stanu sprzed jej wybuchu. A jakie Chiny wyłonią się na tym dziejowym zakręcie? Będę próbował na to właśnie pytanie tutaj odpowiadać.

?

PRZYPISY

WstępDlaczego Xi?

[1] G. Allison, Skazani na wojnę? Czy Ameryka i Chiny unikną pułapki Tukidydesa?, Pascal, Warszawa 2017.
[2] CPC Constitution, http://www.xinhuanet.com//politics/19cpcnc/2017-10/28/c_1121870794.htm. Istotna analiza: N. Grünberg, K. Drinhausen, The Party leads on everything. China's changing governance in Xi Jinping's new era, MERCIS, September 24, 2019, https://merics.org/en/report/party-leads-everything.
[3] A.A. Jabet, Y. Bo, L. Tao, W. Dong, The 'Dual Circulation' Development Model of China: Background and insights, "Rajagiri Management Journal", April 2021, https://www.emerald.com/insight/content/doi/10.1108/RAMJ-03-2021-0016/full/pdf?title=the-dual-circulation-development-model-of-china-background-and-insights.
[4] Full video: Xi Jinping delivers speech to mark 100th anniversary of CPC's founding, Beijing, 1 July 2021, https://www.youtube.com/watch?v=ZYUmztqXEjI.

Rozdział I.Władza: Cywilizacja ubrana w szaty państwa

[1] Więcej w biografii: C. Berlinski, "There is no alternative": Why Margaret Thatcher Matters, Basic Books, London-New York 2008.
[2] Ocena gospodarki epoki Borysa Jelcyna z punktu widzenia neoliberalnej ortodoksji zachodniej: https://www.ukessays.com/essays/economics/russias-economy-yeltsin-era-6283.php. Zdecydowanie bardziej krytyczne podejście tutaj: https://www.heritage.org/europe/commentary/how-russias-economy-yeltsin-style-not-good.
[3] M. Castells, Koniec tysiąclecia, PWN, Warszawa 2009, s. 162-167.
[4] Kluczowe wywody i dokumenty przedstawiła renomowana Chińska Akademia Nauk Społecznych w ramach rozległego projektu (potem także w materiale filmowym, złożonym z ośmiu dysków DVD), Ju an si wei: Su Gong wangdang de lishi jiaoxun (Bądź ostrożny w czasach zawieruchy. Nauki płynące z rozpadu KPZR), Zhongguo Fangzheng Chubanshe, Beijing (różne lata wydania).
[5] R. Kagan, Powrót historii i koniec marzeń, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2009, s. 9-15.
[6] L.W. Pye, The Spirit of Chinese Politics. New Edition, Harvard University Press, Cambridge-Massachusetts, London-England 1992, s. 235.
[7] Zhang Weiwei, Zhongguo Zhenhan. Yi ge "Wenming xing guojia" de jueqi (Chiński wstrząs. Narodziny chińskiego "państwa cywilizacyjnego"), Shiji Chuban Jituan, Beijing 2011. Szerzej nawiązywałem do tej pracy i całej trylogii w tomie Wielki Renesans.
[8] Znakomite, kluczowe dla zrozumienia tego jakże ważnego okresu w chińskiej historii, mocno eksponowanego przez obecne władze: Zheng Wang, Never Forget National Humiliation. Historical Memory in Chinese Politics and Foreign Relations, Columbia University Press, New York 2012.
[9] R. McGregor, Partia. Sekretny świat komunistycznych władców Chin, tł. M. Król, Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2013.
[10] M. Bogusz, J. Jakóbowski, Komunistyczna Partia Chin i jej państwo. Konserwatywny zwrot Xi Jinpinga, Raport Ośrodka Studiów Wschodnich, Warszawa, 18 września 2019.
[11] Da Qin Di Guo (The Great Qin Empire), serial TV w reżyserii Huan Jianzhonga i Yan Yi. Na podstawie powieści Sun Haohui. Część pierwsza - 2009, druga - 2012, trzecia - 2017 i czwarta - 2019. Dostęp do ich opisu na stronie: https://baike.baidu.com/item/%E5%A4%A7%E7%A7%A6%E5%B8%9D%E5%9B%BD/10333?fr=aladdin.
[12] P. Plebaniak, Drogi wędrownych doradców. Maksymy i sentencje w twórczości chińskiej cywilizacji, Zona Zero, Warszawa 2019, s. 137.
[13] M.J. Künstler, Aforyzmy chińskie, PIW, Warszawa 1977.
[14] P. Plebaniak, 36 Forteli. Chińska sztuka podstępu, układania planów i skutecznego działania, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2017, s. 223.
[15] Tamże, s. 299.
[16] P. Plebaniak, Chiny. Zrozumieć imperium, Wydawnictwo Defence24, Warszawa 2020, s. 253.
[17] Sun Zi, Sztuka wojny. Filozofia i praktyka oddziaływania na bieg zdarzeń, P. Plebaniak (red.), PTG, Kraków 2020, s. 143.
[18] F. Fukuyama, Historia ładu politycznego. Od czasów przedludzkich do rewolucji francuskiej, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2012, s. 350-351.
[19] Klasyczne studium na ten temat: Zheng Yongnian, De Facto Federalism in China. Reforms and Dynamics of Central Local Relations, University of Singapore 2007.
[20] Choć też nie do końca, jak wykazuje D. Mierzejewski w niedawno wydanej pracy: China's Provinces and the Belt and Road Initiative, Routledge, London-New York 2021.
[21] E. Balázs, Chinese Civilization and Bureaucracy. Variations on a Theme, Yale University Press, New Haven and London 1967, s. 16-17.
[22] Tamże, s. 8-15, zob. także L.W. Pye, The Spirit..., op. cit., s. 12-35 oraz L.W. Pye, The Mandarin and the Cadre. China's Political Cultures, The University of Michigan, Ann Arbor 1988, s. 35.
[23] Termin F. Fukuyamy, cyt. za K. Gawlikowski, Konfucjański model państwa w Chinach, ISP PAN, Warszawa 2009, s. 23.
[24] D. Lin, The Construction of Political Superiority, [w:] China Story Yearbook. Crisis, Ed. by J. Golley, L. Jaivin, Australian Centre on China, Canberra 2021, s. 16-17. Oryginał: http://www.qstheory.cn/dukan/qs/2020-06/16/c_1126112345.htm.
[25] Zhang Wewei, Zhe jiu shi Zhongguo, odcinek pierwszy: https://www.youtube.com/watch?v=3OCq_zu_XDQ, odcinek setny: https://www.youtube.com/watch?v=PxcV6_MR2Rg.
[26] Is China an alternative to Western democracy?, Round Table, Nexus Conference 2017, Zhang Weiwei, Bernard-Henry Lévy, Moisés Naim, Ivan Krastev, Shaha Riza, https://www.youtube.com/watch?v=vT4z4TCf4uk.
[27] Western liberal democracy would be wrong for China, Oxford University, 9 November 2012, Anson Chan, Zhang Weiwei, Martin Jaques, https://www.youtube.com/watch?v=EwM9CuGcBgI.
[28] Zhang Weiwei, Zhongguo ren, ni yao zixin (Chińczycy, potrzebujecie śmiałości), Zhongyan Chuban Jituan, Beijing 2019.
[29] Tamże, s. 190-191.
[30] Zhang Weiwei talks about China's discourse power and 'wolf-warrior diplomacy', "Global Times", July 26, 2021, https://www.globaltimes.cn/page/202107/1229699.shtml.
[31] To przypowieść zaadaptowana przez Denga z jego rodzimego Sichuanu. Początkowo ten kot był żółty, zanim zmienił się w białego. Deng Xiaoping Nianpu (1975-1997), Zhongyang Wenxian Chubanshe, Beijing 2007, t. 1, s. 147. Autor po raz pierwszy użył tego terminu 2 lipca 1962 roku.
[32] Mamy znakomitą polską biografię tego polityka. Zob. J. Polit, Pod wiatr. Czang Kaj-szek 1887-1975, Arcana, Kraków 2008. Wyłania się z tego obszernego tomu portret polityka o cechach bardziej wojskowych, aniżeli talentach czysto politycznych, s. 685.
[33] L.W. Pye, The Mandarin..., s. 31-35.
[34] A. Walicki, Marksizm i skok do królestwa wolności. Dzieje komunistycznej utopii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1996, s. 380. Tam też, na tej samej stronie, powyższy cytat z R. Miedwiediewa.
[35] F. Godement, Czego chcą Chiny?, Wydawnictwo Akademickie DIALOG, Warszawa 2016, s. 248.
[36] A. Ni, Dynastic cycles and shadows of the past over Xi's China, https://www.thechinastory.org/dynastic-cycle-and-shadows-of-the-past-over-xis-china/.
[37] E. Economy, The Third Revolution. Xi Jinping and the Chinese State, Oxford University Press 2018.
[38] Xi Jinping: China's president and his quest for world power, ABC News Australia, 1 March 2021, https://www.youtube.com/watch?v=1FjOIqSuhO8.
[39] Tamże.
[40] China - A Revisionist Power, "The Diplomat", 6 April 2020, https://diplomatist.com/2020/04/06/china-a-revisionist-power/.
[41] Xi Jinping, New Asian Security Concept For New Progress in Security Cooperation, Remarks at the Fourth Summit of the Conference on Interaction and Confidence Building Measures in Asia, 21 May 2014, https://www.fmprc.gov.cn/mfa_eng/topics_665678/yzxhxzyxrcshydscfh/t1159951.shtml.
?

Rozdział I

Władza: Cywilizacja ubrana w szaty państwa

1.1. Państwo

Szeroko rozumiany Zachód ma problem z Chinami - nie od dziś. Chodzi nie tylko o to, z czym mamy obecnie do czynienia, czyli z odrodzeniem się i ponownym rozkwitem wielkiej cywilizacji. Nasz podstawowy problem - umysłowy, ideowy i polityczny - polega na tym, że sądzimy Chiny i Chińczyków, ich czyny i zachowania, własnymi kategoriami i miarami. W wymiarze czysto politycznym i strategicznym ważne jest to, iż dzieje się tak z różnym natężeniem, ostatnio zdecydowanie większym, od upadku porządku zimnowojennego i ZSRR, czyli od chwili największego triumfu i dominacji cywilizacji zachodniej (czytaj: USA) pod ideowo-politycznym czy wręcz filozoficzno-deterministycznym hasłem "końca historii".

Elity decyzyjne na Zachodzie przez lata i dekady nie widziały alternatywy dla liberalnej demokracji w systemie ustrojowym oraz neoliberalnego fundamentalizmu rynkowego w ramach tzw. konsensusu z Waszyngtonem w gospodarce. Miało być tak, jak chcemy my - i jak już wcześniej twardo stwierdziła "żelazna dama" Margaret Thatcher: There is no alternative - TINA[1]. Kapitalizm miał nieodwracalnie pokonać socjalizm, a rynek stać się silniejszym od państwa; tego państwa, które w Chinach od zarania dziejów, a na pewno od zjednoczenia i pierwszego cesarza Qin Shi Huangdi, zawsze stało w centrum władzy i zainteresowania, jako źródło wszelkiej mocy, moralności i ideałów. Tym samym, niejako na wejściu, zderzaliśmy się niemal czołowo.

Te "uniwersalne", jak sądzono, zachodnie rozwiązania próbowano narzucić także Chinom, podobnie jak światu pokomunistycznemu. Zasłaniano się przy tym nie tylko swoistym determinizmem (komunizm skończony = koniec historii, nawet w sensie ideowym), ale także koniecznością obrony tzw. liberalnego ładu międzynarodowego (value-based order), czyli ukształtowanego po II wojnie światowej prymatu USA, rozszerzonego i umocnionego po upadku porządku zimnowojennego na państwa byłego bloku wschodniego. Kiedy więc te "uniwersalne", jak sądzono, rozwiązania próbowano narzucić także Chinom, przyszła stamtąd odmowa. Nie pomogło zasłanianie się koniecznością obrony istniejącego ładu międzynarodowego, a tym bardziej liberalnych wartości: Chiny nie chciały i nie były w stanie tych ofert zaakceptować.

Jak wiadomo, na pewien czas, do momentu dojścia do władzy z dniem 1 stycznia 2000 roku Władimira Putina, udało się natomiast ten podwójny, polityczny i ekonomiczny, liberalny pakiet narzucić Federacji Rosyjskiej, z raczej opłakanymi skutkami, jak się szybko okazało. Procesy, jakie tam zaszły w ostatniej dekadzie poprzedniego stulecia, rzekomo liberalnej i demokratycznej (bo oba pojęcia z uzasadnieniem kwestionowano), takie jak niebywałe uwłaszczenie nomenklatury, kominy dochodowe, zagłębia biedy, kwitnąca oligarchia, rozwarstwienie społeczne, ucieczka kapitału z kraju, dezindustrializacja itp.[2], dość szybko doprowadziły do głębokiego społecznego rozczarowania, a w efekcie wyniosły na nowy carski tron Władimira Putina. Ten natomiast niemal natychmiast wniósł na agendę o wiele mniej liberalne poglądy i wartości. Miał powody, ponieważ jak wykazał chociażby znany badacz Manuel Castells (jego żona jest Rosjanką, co nie jest bez znaczenia), w Federacji Rosyjskiej "epoki Jelcyna" doszło bowiem do instytucjonalnego chaosu oraz masowego zagarniania, wręcz grabieży, państwowego majątku, co wynikało, w jego ocenie, z nadmiernej liberalizacji i "prywatyzacji przybierającej formę wolnej amerykanki", rodziło się natomiast ze "wspólnego interesu polityków, ludzi biznesu i gangsterów"[3]. To właśnie w Rosji bodaj najszybciej i na największą skalę okazało się, że tak mocno promowana dominacja rynku wcale nie jest sprawiedliwa i zamiast obiecywanej szczęśliwości i wzrostu dobrobytu, dzieli środki i zasoby w sposób nadzwyczaj niesprawiedliwy.

Przywódcy Chin, a konkretnie ich główny wówczas lider Deng Xiaoping, uważnie patrzyli na północ i zachód, i w żadnej mierze nie zamierzali powielać ani losów ZSRR, bo to po prostu oznaczałoby ich upadek, ani też późniejszego, burzliwego i chaotycznego okresu pierwszej dekady funkcjonowania Federacji Rosyjskiej. Na podstawie rozlicznych przeprowadzonych u siebie analiz władze w Pekinie nie chciały stosować rozwiązań w stylu najpierw Michaiła Gorbaczowa, a potem Borysa Jelcyna[4]. Pomny chińskiej tradycji silnego państwa, jak też - w nie mniejszym stopniu - skutków ideowego, terytorialnego i politycznego rozproszenia sił, jakiego Państwo Środka wielokrotnie doświadczyło w jego długim życiu, Deng Xiaoping oba te zachodnie, a raczej amerykańskie postulaty liberalnej demokracji w systemie politycznym oraz całkowitego prymatu rynku w gospodarce odrzucił. W zamian za to podyktował Chinom swoje własne rozwiązania.

Raz jeszcze, jak zawsze w historii, Państwo Środka poszło odrębną drogą. Dlaczego tak się stało? By nie szukać argumentów po chińskiej stronie, o co łatwo, bo wybór Denga cytowano tam potem na tysiąc sposobów, wystarczy wspomnieć tom znakomitego analityka Roberta Kagana, wydany w początkach 2008 roku, a więc tuż przed wielkim kryzysem gospodarczym i finansowym, który dotknął USA i państwa zachodnie. Jego tytuł Powrót historii i koniec marzeń należy uznać za więcej niż znaczący. Podobnie jak przyznać rację jego stwierdzeniu, dla niektórych polityków i analityków po zachodniej stronie trudnego do przyjęcia nawet dziś:

"Świat znów stał się normalny. Pierwsze lata po zakończeniu zimnej wojny dały złudny posmak nowego międzynarodowego ładu, w którym państwa narodowe rozwijają się, współpracując ze sobą, lub znikają, konflikty ideologiczne się rozpływają, kultury mieszają, rozkwita wolny handel i komunikacja. Współczesny demokratyczny świat pragnął uwierzyć, że koniec zimnej wojny położył kres nie tylko jednemu strategicznemu i ideologicznemu konfliktowi, lecz strategicznym i ideologicznym konfliktom w ogóle [...] po roku 1993 większość Amerykanów i Europejczyków wierzyła, że Chiny i Rosja są na drodze ku liberalizmowi [...]. Taki determinizm był charakterystyczny dla myślenia okresu pozimnowojennego [...]. Jednakże nawet gdy powstawały te pełne nadziei oczekiwania, na horyzoncie pojawiły się już chmury, oznaki globalnych rozbieżności, tradycje i nawyki uparcie zakorzenione w kulturze, cywilizacji, religii i tożsamości narodowej, które uparcie stawiały opór i sprzeciwiały się powszechnemu przyjęciu liberalizmu demokratycznego i kapitalizmu rynkowego"[5].

Jedno trzeba powiedzieć wprost: Chiny, jako jedyne duże państwo nie poddały się temu kuszeniu. Nie poddały się podsuwanym im z zewnątrz rozwiązaniom szczególnie w wymiarze politycznym, nawet nie chciały słyszeć o liberalnej demokracji czy jakimkolwiek, dla nich niewyobrażalnym, podziale władzy. Jednakże w sensie gospodarczym dokonały wtedy zasadniczej zmiany, jeszcze bardziej otwierając swój ogromny rynek na globalizację. Tym samym włączyły się w grę rynkową na kapitalistycznych, niemal bez wyjątku, rynkach na globie. A to oznaczało, że odeszły od wcześniejszych reform wewnątrz systemu socjalistycznego w wymiarze gospodarczym, co wynikało wprost z doświadczeń ZSRR, który po prostu implodował jako system gospodarczo niewydajny i niekonkurencyjny. To było oczywiste po 1991 roku również dla władz w Pekinie, które nie widziały innego wyjścia, jak tylko przystosować się do nowych okoliczności.

Punkt wyjścia i istota rzeczy w rozważaniach zawartych na łamach tego tomu polegają na tym, że Chiny nie są zwykłym państwem, lecz rozległym kontynentem. Jest to "cywilizacja ubrana w szaty państwa", jak to celnie ujął wybitny amerykański specjalista, urodzony w Chinach, dziś już nieżyjący, Lucian W. Pye[6]. Niedawno tę tezę niemal dosłownie powtórzył znany i bardzo wpływowy we własnym kraju intelektualista z ChRL, Zhang Weiwei, używając terminu "państwo cywilizacyjne" (wenmingxing de guojia)[7]. Innymi słowy, trudno mierzyć Państwo Środka tymi samymi kategoriami, co inne podmioty państwowe na globie, przez wieki było to bowiem najludniejsze państwo świata, długo szczycące się kwitnącą cywilizacją, która przetrwała do dziś. Ten specyficzny podmiot na arenie międzynarodowej wyróżnia duma i pamięć z okresów historycznej świetności, jak też, ostatnio w nie mniejszym stopniu, z poniesionych historycznych klęsk i traum. Bodaj najistotniejszy jest jednak fakt, że jest to podmiot i gracz, którego wyróżnia najdłuższa w dziejach powszechnych ciągłość państwowości.

Owszem, były w jego historii okresy rozbicia i wewnętrznych walk, było nawet "sto lat narodowego poniżenia" (bainian guochi), czyli bardzo źle wspominanego okresu od czasu niesławnych "wojen opiumowych" (1839-1860) aż do momentu proklamowania ChRL w 1949 roku[8]. Ciągle jednak chodziło o te same Chiny, które miewały nawet na tronie obce dynastie, jak mongolska czy ostatnia, mandżurska. Tyle tylko, że nawet owe dynastie, jak wszystko inne, sinizowały, czyli przerabiały na własną modłę. Jak więc mogłyby przyjąć mantry podyktowane im przez obce siły, a nawet przez jedyne wówczas i - wydawałoby się - omnipotencjalne supermocarstwo po 1991 roku? Przecież nawet marksizm, z punktu widzenia Chin wynalazek zachodni, po niespełna dekadzie schińszczyły na rodzimy "maoizm", na użytek własny zwany "ideami Mao Zedonga" (Mao Zedong sixiang).

Chinom obcy dyktat i "nierównoprawne traktaty" kojarzyły się źle, a nie mniej ważne było, że najczęściej to właśnie Chiny przez wieki dyktowały obcym swoje warunki, trybuty czy zależności. Chęć wyrównania rachunków krzywd za "sto lat narodowego poniżenia" oraz świadomość swej wielkości, potencjału i cywilizacyjnego splendoru, to są czynniki całkowicie przez Zachód niedostrzegane lub niedoceniane w ocenie podejmowanych tam decyzji i stosowanych rozwiązań. Tymczasem to tego typu kalkulacje właśnie były nader istotne w koncepcjach i decyzjach Deng Xiaopinga po rozpadzie ZSRR. Natomiast teraz, jak wszystko na to wskazuje, są nie mniej istotne w kalkulacjach Xi Jinpinga. Dzieje się tak, ponieważ Zachód zauważalnie traci swą moc, a centrum gospodarcze i handlowe - ostatnio nawet technologiczne i innowacyjne - znowu przenosi się do Chin i regionu Azji Wschodniej.

Dlatego też w tej pracy, w jeszcze większym stopniu niż w poprzednim tomie Wielki Renesans, proponuję jako płaszczyznę badawczą nie tylko podejście wielodyscyplinarne (nauki polityczne, stosunki międzynarodowe, filozofia dziejów, ekonomia, socjologia, kulturoznawstwo i inne) i metodę porównawczą, ale wręcz spojrzenie na Chiny i badanie ich właśnie z płaszczyzny czy perspektywy cywilizacyjnej. Dzięki temu, mam nadzieję, unikam pułapki, w którą tak często wpadają zachodni badacze[9], w tym także nasi rodzimi analitycy[10], którzy są głęboko przekonani o tym, jakoby Xi Jinpingowi i jego ekipie chodziło tylko o powrót do maoizmu czy stalinizmu, tzn. surowszej niż poprzednio autokracji, na dodatek o ideologicznym, komunistycznym podłożu.

Owszem, ten proces też zachodzi, ale to zaledwie jedna płaszczyzna i jeden wymiar zachodzących przeobrażeń. Nie tylko Komunistyczna Partia Chin (KPCh, potem wymiennie też Partia) i jej władze przechodzą zmiany i dokonują ich. Znacznie ważniejsze - z chińskiego, ale chyba nie tylko - punktu widzenia jest to, iż oto na naszych oczach, czego do końca nie dostrzegamy i co nie w pełni rozumiemy, odradza się silny ośrodek cywilizacyjny, rozumiany nie tylko jako unikatowy system polityczny, silna gospodarka czy centrum handlowe, ale właśnie jeden z ważnych biegunów kulturowych i ośrodków siły na globie.

Toteż stawiam tutaj - śmiałą, więc kontrowersyjną - hipotezę badawczą, zgodnie z którą Chiny pod rządami Xi Jinpinga i jego ekipy, od listopada 2012 roku, wracają nie tylko do źródeł KPCh i jej rządów, ale przede wszystkim do podstawowych założeń chińskiej cywilizacji, co na mniejszą skalę robiły już dwie poprzednie ekipy rządzące po 1992 roku. W tym celu i patrząc z takiej właśnie perspektywy, proponuję skupienie się na czterech podstawowych pojęciach, stanowiących unikatowe wyróżniki tej cywilizacji: sztuka rządzenia, biurokracja, technokracja oraz merytokracja (pewnie znalazłoby się ich nieco więcej, ale dla naszych potrzeb to powinno wystarczyć). To są bowiem, jak się wydaje, najważniejsze czynniki wyróżniające chińską cywilizację w sposobach rządzenia i zarządzania państwem.

Sztuka rządzenia znajdowała się w centrum zainteresowania Konfucjusza i innych klasyków chińskiej filozofii. Bardziej interesowały ich sprawy doczesne niż religijne, duchowe czy mistyczne. Niemal zawsze w centrum zainteresowania był - dobry lub zły - władca, jego moralne przymioty, zachowania i sposoby zarządzania, przede wszystkim państwem, a następnie wojskiem (w mniejszym stopniu gospodarowaniem, którym raczej zajmowali się podlegli mu zarządcy). Wystarczy spojrzeć na klasyczne chińskie traktaty, by zorientować się, iż to państwo i władza stanowiły sedno dociekań i rozważań mędrców, będących zresztą, przez chwilę z Konfucjuszem włącznie, na usługach władz. To nie mistycyzm, życie duchowe, wiara w ujęciu religijnym leżały w centrum tych dociekań (te zostawiano mnichom w taoistycznych i buddyjskich klasztorach), lecz jak najbardziej rzeczywiste i przyziemne dylematy wokół życia, rządzenia i zarządzania - państwem i zawsze w Chinach licznym ludem.

Zdaniem chińskich klasyków, rządzenie jest wręcz sztuką, wymaga talentów, dobrego przygotowania, wiedzy i doświadczenia. Wymaga też, co oczywiste, dobrych doradców, bo to po nich, ich ogładzie, zasobie wiedzy i nabranej praktyce, a także po osobistych przymiotach, jak roztropność, odwaga czy dalekowzroczność, będziemy oceniali danego władcę zarówno my, jak i historia oraz przyszłe pokolenia. Dla przykładu, telewizja chińska wyemitowała w ostatniej dekadzie aż cztery sezony serialu (każdy liczył po dziesięć 40-minutowych odcinków) poświęconego budowie zjednoczonego organizmu państwowego przez państwo Qin, co wymagało wysiłku ponad stu lat, a rozpoczęło się od rozesłania wici po całym ówczesnym chińskim świecie i wyboru mądrego doradcy przez lokalnego księcia Xiao, zwanego Qiuliangiem (na tronie w latach 361-338 p.n.e.). Wybór padł na znanego do dziś filozofa, męża stanu i jednego z pionierów twardej szkoły legalistycznej, Wei Yanga (zwanego też Shang Yangiem)[11], opowiadającego się za surowymi prawami twórcę systemu odpowiedzialności zbiorowej.

Cały ten serial-tasiemiec, przetykany scenami batalistycznymi (i rzadziej o charakterze romantycznym, by zwiększyć oglądalność) jest niczym innym niż wielką debatą nad tym, jak reformować kraj, zwiększyć jego siłę, być sprawnym i efektywnym. Dobry król czy władca słuchał mądrych doradców, sam natomiast był śmiały i odważny w decyzjach i czynach. Tak jest w tym serialu i w całej chińskiej kulturze, zdominowanej zagadnieniem: "Jak skutecznie rządzić?". By nie być gołosłownym, podam te oto, jakże charakterystyczne, cytaty:

"Szlachetny mąż rozważa trzy nauki: uczy się od historii, od ludzi i od zwierciadła. Historia uczy go, jak unikać błędów, które popełnili inni. Od ludzi dowiaduje się, których doradców należy unikać. Zwierciadło mówi mu, jak oceniać własne czyny"[12]; "Gdy wszyscy u władzy o korzyściach myślą, kraj znajduje się w niebezpieczeństwie"; "Jeśli władca korzyść na pierwszym, a sprawiedliwość na drugim miejscu stawia, wówczas jego poddani zapragną wszystko zwierzchnikowi swemu odebrać"; "Pod władzą cnotliwego władcy wszyscy stają się cnotliwi. Pod władzą sprawiedliwego wszyscy się sprawiedliwi stają"; "Jeśli ten, kto na górze, nie dba o zasady, wówczas ci, którzy są niżej od niego, praw przestrzegać nie będą"[13].

Mamy więc przepisy, sugestie i rady, jak efektywnie rządzić, mamy też nie mniejszą ilość wskazówek, jak skutecznie poradzić sobie z przeciwnikiem czy przeciwnościami losu, a zarazem zadbać o dobro własne, swojego państwa i ludu. Tu możliwość wyboru jest niezwykle bogata: "Wyczerpuj wroga, a sam gromadź siły"[14]; "Obserwuj pożar, czekając za rzeką"[15]; "Jeśli twoja wola zwycięży nad gniewem, silny będziesz; jeśli gniew nad rozsądkiem przeważy, będziesz stracony"[16]; "Kto zbyt pośpiesznie idzie do przodu, ten szybko będzie musiał się cofać"; "Władca światły rozważnym jest, a dobry wódz - czujnym"; "Władca nie powinien wojny wszczynać urazą powodowany, wodzowi nie wolno bitwy wydawać pod złości wpływem"[17].

Powtórzymy więc: od czasów unifikacji państwa przez pierwszego cesarza Qin Shi Huangdi (221 r. p.n.e.) w centrum zainteresowania chińskich zarówno władców, jak i mędrców, stanęło Państwo. W jego ramach natomiast, już od pierwszej wielkiej dynastii Han, jako warunek sprawnego funkcjonowania znalazła się biurokracja, czyli instytucjonalne i funkcjonalne zabezpieczenie dobrego zarządzania skomplikowanym i zawsze wielkim organizmem państwowym. Ponadto Chiny wynalazły i przez setki lat stosowały egzaminy państwowe, by do tej starannie wyselekcjonowanej, wąskiej i dobrze przygotowanej kasty urzędników trafić. To na ich barkach spoczywało zarządzanie rozległym państwem, to oni byli lokalnym uosobieniem zawsze dalekiej, choć scentralizowanej władzy.

Jak wynika chociażby z wnikliwej analizy systemów politycznych przeprowadzonej przez Francisa Fukuyamę, dość szybko ukształtowana w cywilizacji chińskiej władza patrymonialna niemal od zarania dziejów była wspierana przez bezosobową biurokrację, której ranga i znaczenie niepomiernie wzrosły po zjednoczeniu wszystkich chińskich ziem, narzuceniu konfucjanizmu, a wraz z nim egzaminów państwowych. Ten system stale się rozwijał, a swojego apogeum sięgnął za czasów dynastii Ming (1368-1644). Przez wieki bezustannie pozostawał silny merytokratycznie, obejmował instytucje zaskakująco nowoczesne, nawet patrząc z dzisiejszej perspektywy, a zarazem - zdaniem Fukuyamy - "ta wysoko wykwalifikowana i dobrze zorganizowana kadra urzędnicza poddana była jednak kaprysom autokraty, który sam nie był skrępowany żadnymi regułami". Tak narodził się problem ważny i dzisiaj, a dobrze zdefiniowany przez tego autora, który podkreśla: "Chińczycy nigdy nie zdołali rozwiązać problemu złego cesarza"[18]. Inaczej ujmując, ani rozbudowana biurokracja, ani silna merytokracja nie potrafiły przeciwstawić się jeszcze silniejszym w systemie i kulturze politycznej tendencjom hierarchicznym, paternalistycznym i autokratycznym, co bezustannie spycha system w kierunku rozwiązań i rządów jednoosobowych.

Różnica w stosunku do poprzednich wieków, epok i dynastii polega na tym, że KPCh przez dziesięciolecia rządów na tyle stopiła się z lokalnym urzędnikiem, że praktycznie stanowią tożsamość: Partia to państwo - i odwrotnie. Przy czym naturalnie ci lokalni kacykowie, a dziś sekretarze Partii, w zależności od okresu cieszyli się mniejszą lub większą autonomią. W "epoce Deng Xiaopinga" była ona wyraźnie poszerzana[19], teraz ponownie i raczej zdecydowanie się zawęża[20].

Z jednej strony mieliśmy i mamy w Chinach do czynienia z rządzącą i zarządzającą elitą, światem czy wręcz uniwersum urzędników, a z drugiej - z ogromnym, a na dodatek wielojęzykowym, wieloetnicznym i synkretycznym religijnie ludem, któremu odgórnie narzucano czy też starano się narzucać (bo "słońce wysoko, a cesarz daleko" - jak mówi znane przysłowie) obowiązujący kanon zachowania, dawniej zwany konfucjanizmem, a w ChRL "ideami Mao" czy marksizmem-leninizmem. Jeden ośrodek rządzący (cesarz), hierarchia i ideologiczny konformizm oraz rozbudowana kasta urzędnicza stojąca na jego straży to też znaczące wyróżniki tej samoistnej cywilizacji.

Ten klasyczny system ustrojowy i sposoby rządzenia, będące także ważnym - o ile nie najważniejszym! - punktem odniesienia zarówno dla Mao Zedonga, jak i jego następców, z mocno wracającym do tradycji Xi Jinpingiem na czele, znakomicie zbadali wspomniany już wyżej Lucian W. Pye oraz nieżyjący wybitny sinolog francuski węgierskiego pochodzenia Étienne Balázs (1905-1963). Z ich prac, uzupełnionych o inne lektury, można dość łatwo wyłowić najważniejsze cechy tradycyjnego chińskiego systemu rządzenia. Nawet nie sięgając za bardzo do klasyków. System ten był:

- hierarchiczny;

- paternalistyczny;

- arbitralny;

- autokratyczny, a bywało że i tyrański, czy wręcz przybierający formę "oświeconego" despotyzmu.

A ponadto dominowały w nim takie cechy, jak:

- oficjalna ideologia, narzucana z góry, a nawet system "jedna partia, jedna władza, jedna ideologia";

- prymat kariery politycznej (dawniej urzędniczej, dzisiaj partyjnej);

- surowy, wręcz srogi i brutalny system prawny, który ograniczał się w zasadzie do kodeksu karnego i rygorystycznego systemu penitencjarnego;

- pełna dominacja nad systemem przez Państwo i silne Centrum (choć z dużą swobodą i dowolnością poszukiwania lokalnych rozwiązań);

- przewaga człowieka (wodza) i jego woli nad instytucjami i prawem (czyli dokładnie odwrotnie niż na Zachodzie);

- priorytet interesu publicznego nad prywatnym, czyli powinności (wobec Państwa, przełożonych, wyżej postawionych w hierarchii itp.) stawiane ponad indywidualnymi wolnościami, zatem też dokładnie odwrotnie niż na Zachodzie[21].

Stąd brał się inny, nie mniej ważny zestaw wartości, jakie obowiązywały w tym systemie. Najważniejsze, jakie można byłoby pośród nich wymienić, to:

- posłuszeństwo i szacunek, szczególnie dla starszych, czasami zwane "cnotą synowską" (xiao) oraz dla osób stojących wyżej w hierarchii;

- forsowane od góry konfucjańskie cnoty, takie jak pilność, stałość, pogoda ducha, spokój, rozwaga i roztropność, które niestety zostały dokumentnie - i skutecznie - rozbite i podważone w latach "rewolucji kulturalnej", a potem w erze kultu pieniądza (po 1992 roku); w efekcie dziś uprzejmość, wzajemne zrozumienie i empatia to nie są cnoty wyróżniające chińskie społeczeństwo;

- oficjalna etykieta, ceremoniały, obrzędy, w których należało obowiązkowo brać udział, bo to wiązało nas z państwem i jego instytucjami;

- dominacja polityki, władzy i urzędów nad zwykłym obywatelem;

- moralność narzucana przez przykład, perswazję, a najczęściej krzepę, potęgę i moc dobrze osadzonych władz;

- stałe zderzenie, nierzadko napięcie, dwóch światów: wysublimowanych elit i szerokich rzesz biednego chłopstwa;

- trzeźwość i racjonalizm, płynące z mentalności chłopskiej i zdrowego rozsądku dyktowanego przez - zawsze zauważalne i nierzadko silniejsze od człowieka - siły przyrody;

- stała kontrola, wręcz monitoring, ze stron władz, urzędników i nade wszystko Państwa, stanowiącego Państwowy Moloch;

- stale rodząca się na delikatnym styku władzy i administracji ze społeczeństwem skłonność do korupcji, nepotyzmu i kolesiostwa;

- personalne relacje, zwane guanxi, wypierające administracyjne reguły lub narzucane przepisy czy instytucjonalne wymogi, których zresztą systemowo brakowało;

- wszędzie odczuwalna, zazwyczaj nadmierna, regulacja życia i zachowań,

- wynikająca z powyższych wymogów wzajemna podejrzliwość, szczególnie w stosunku do osób spoza własnej rodziny czy klanu;

- szacunek dla wiedzy i chęć jej przekazywania kolejnym pokoleniom[22].

Na tych podstawach ukształtował się chiński partykularyzm, tamtejsza odmienność cywilizacyjna. Nic dziwnego, że dzisiaj, w epoce szybkiego wzrostu i postulowanego przez władze "renesansu", nader chętnie powracają one do tradycji i rodzimych kulturowych źródeł. Ze swojego ducha i korzeni był to system od zarania dziejów odmienny od wiodącego prymat na Zachodzie indywidualizmu. Zawsze był bliższy etatyzmowi, korporacjonizmowi czy hierarchicznym relacjom społecznym, jednakże w wymiarze ideologicznym, ustrojowym i czysto politycznym często przekształcał się w "paternalistyczny autorytaryzm"[23].

Czasami rozważania na ten temat idą bardzo daleko. Oto Qin Gang, profesor w Centrum Badania Myśli Xi Jinpinga w Nowej Erze Socjalizmu o Chińskiej Specyfice (bo jest i takie!) na łamach organu teoretycznego Partii, Qiushi, przeprowadza wywód, zgodnie z którym wymienia pięć "instytucjonalnych przewag", świadczących o wyższości chińskiego systemu nad zachodnią (liberalną) demokracją. Zalicza do nich: scentralizowane, zjednoczone partyjne kierownictwo; priorytet kolektywnych interesów; stosowanie zasady "pierwszeństwa ludu"; ogromne możliwości mobilizacji społecznej oraz formułę "rządów opartych na prawie" (yifa zhiguo). Po czym przeprowadza następujący, niezbyt przyjemny dla odbiorcy zachodniego, wywód:

"System socjalistyczny podkreśla nadrzędność interesów grupowych. W ten sposób kompletnie różni się od systemu kapitalistycznego. System kapitalistyczny to instytucjonalny porządek społeczny stawiający na indywidualizm jako absolutny priorytet oraz nadrzędność interesów indywidualnych nad narodowymi i zbiorowymi. Indywidualizm początkowo był bronią burżuazji do zwalczania feudalnej tyranii. Kiedy burżuazja stała się klasą panującą, indywidualizm zamienił się w panującą narodową ideologię oraz punkt wyjściowy kapitalistycznego porządku instytucjonalnego, siłę nadrzędną życia narodu i społeczeństwa. Indywidualizm zawsze stanowczo umieszcza jednostkę w centrum całego społeczeństwa oraz relacji międzyludzkich. Taki egocentryczny indywidualizm nie tylko prowadzi do alienacji między jednostkami, ale też generuje egoizm. Po dewastującym początku pandemii indywidualizm nakazywał ludziom wyłączną dbałość o tzw. prawa i wolności, nie zmuszając ich do jakichkolwiek zahamowań w swoich zachowaniach. Brak koncepcji kolektywnych interesów i świadomego oglądu ogólnej sytuacji sprawiły, że wiele zachodnich społeczeństw zapłaciło za to bardzo wysoką cenę"[24].

Chcąc podkreślić wagę chińskiego potencjału cywilizacyjnego, płynących stąd komparatywnych korzyści (oczywiście w stosunku do Zachodu i USA), wpływowy teraz intelektualista prof. Zhang Weiwei z Uniwersytetu Fudan w Szanghaju, rozpoczął cykl publicznych wykładów transmitowanych w telewizji i dostępnych w Internecie, zatytułowanych "To właśnie są Chiny" (Zhe jiu shi Zhongguo). Zainaugurował je w styczniu 2019 roku, a do końca marca 2021 wyemitowano już aż sto odcinków. Czasami są to wykłady dla zebranej młodzieży - studentów, czasami dyskusje z nimi w studio, ale wszystkie podporządkowane są jednemu celowi: analizie chińskich rozwiązań oraz rodzimemu modelowi politycznemu, "chińskiej drodze" (Zhongguo Daolu), na której sięga się do własnych bogatych cywilizacyjnych źródeł, a to wszystko nader często zestawiane jest z przejawami rzekomego "zmierzchu Zachodu" (Zhang Weiwei, kiedyś tłumacz Deng Xiaopinga, podkreśla, że odwiedził ponad sto państw na świecie)[25]. W tym cyklicznym programie omówiono m.in. takie zagadnienia, jak spuścizna kolonializmu, patriotyzm, uniwersalne prawa człowieka, demokracja, a nawet wolność słowa. Już w pierwszym odcinku, nawiązując do tradycji, Zhang Weiwei uznał dychotomię demokracja - autokracja za fałszywą i zaproponował, by zastąpić ją terminami dobre lub złe zarządzanie (użył terminów angielskich; good governance, bad governance), a z całego jego wywodu jednoznacznie wynikało, że z tym pierwszym mamy do czynienia w Chinach (co oczywiście całkowicie przeczy dominującej narracji na Zachodzie). Za relatywną słabość strony chińskiej Zhang przyjął tylko słabe "miękkie oddziaływanie" (ruanshi li - soft power), które - jego zdaniem - musi być wzmocnione.

Przesłanie płynące z tego serialu jest jednak wyraziste: my, Chińczycy, mamy czym się chwalić, mamy przewagi. Zamiar też jest wyraźny: zaszczepić chińskiej młodzieży wiarę w siebie, w chińskie wartości, wskazać własne mocne strony, mówiąc krótko - potęgować patriotyzm (co inni jednak mogą uznać za nacjonalizm). Ten publicystyczny serial to kolejny, jednoznaczny w wymowie przykład, jak mocno sięga się do własnej przeszłości, jak bardzo próbuje się teraz czerpać - za przyzwoleniem władz - z własnej bogatej spuścizny cywilizacyjnej, także w sensie rządzenia i zarządzania państwem. Ponieważ zdecydowana większość tego materiału jest dostępna tylko w języku chińskim, warto spojrzeć na swego rodzaju kondensat wywodów Zhang Weiweia wtedy, gdy mówi po angielsku i spotyka się z widownią międzynarodową. Za każdym razem dowodzi bowiem przewagi chińskiego systemu, chociaż, co oczywiste, zachodnich badaczy i intelektualistów nie do końca przekonuje[26].

Warto również odnotować, iż już w listopadzie 2012 roku, w chwili gdy Xi Jinping i jego ekipa dochodzili do władzy, Zhang Weiwei argumentował podczas debaty na Uniwersytecie w Oksfordzie, że liberalna demokracja jest nie do przyjęcia na terenie Chin, a to z następujących powodów:

- zdrowego rozsądku - gdyż wyciągnięto tam odpowiednie lekcje z rozpadu ZSRR, podobnie jak ze "stu lat narodowego poniżenia", a ponadto w tamtejszej cywilizacji "nie ma tradycji liberalnych", stąd też "ta formuła państwa opartego na zasadzie jedna osoba - jeden głos jest tam nie do przyjęcia";

- empirycznego doświadczenia - po upadku Cesarstwa w 1911 roku Chiny republikańskie próbowały wprowadzić demokrację, co zakończyło się wojnami soldatesek i powszechną zawieruchą - luan (którego do końca życia tak bardzo obawiał się Deng Xiaoping);

- skutecznego funkcjonowania zaprowadzonego u siebie systemu i modelu rozwojowego w ramach reform po 1978 i 1992 roku;

- faktu, iż liberalna demokracja znajduje się w głębokim kryzysie, jest "poważnie podminowana", czego dowodem jest parafraza słynnych słów Abrahama Lincolna dokonana przez noblistę z ekonomii, Josepha E. Stiglitza: "demokracja jednego procenta, przez jeden procent dla jednego procenta" (społeczeństwa), innymi słowy, zamiast demokracji rządzi pieniądz;

- chiński model wraca do konfucjańskiej idei merytokracji i jest skoncentrowany na skuteczności władzy, podczas gdy zachodnia liberalna demokracja jest skupiona na wartościach humanitarnych[27].

Bardzo aktywny i widoczny Zhang Weiwei opublikował też książkę o znamiennym tytule Chińczycy, potrzebujecie śmiałości[28]. W gruncie rzeczy jest to derywat wspomnianego serialu, oparty na tym samym przesłaniu: opozycji w stosunku do Zachodu i jego wartości. Autor mocno podnosi i eksponuje walory własne, pomniejsza natomiast albo nawet neguje walory innych. Uważa, że to co w Chinach definiowane jest jako "patriotyzm", w zachodnich mediach przyjmowane jest jako "nacjonalizm". Oczywiście, uważa też, że podobne zjawisko widać wyraźnie w świecie zachodnim, w którym na dodatek preferowanie swoich racji i interesów, rozumiane jako nacjonalizm, łączy się z populizmem, czego przykładem jest prezydentura Donalda Trumpa. Zamysł stojący za tym przedsięwzięciem jest jednak oczywisty i podporządkowany celowi nadrzędnemu: kreowaniu patriotycznej młodzieży, głęboko przekonanej co do tego, że żyje w dobrym i skutecznym systemie politycznym, nawet jeśli nie pozbawionym problemów czy nawet antagonizmów, to jednak opartym na wewnętrznej harmonii i wzajemnym zrozumieniu. Przykładowo, głośna koncepcja Xi Jinpinga, mówiąca o "chińskim marzeniu" (Zhongguo meng), to zgodnie z wywodami Zhang Weiweia nic innego, jak kolejny etap na drodze poszukiwania "chińskiej specyfiki" (Zhongguo te se) oraz wynikający z poprzednich doświadczeń i sukcesów "kolejny etap przemian społecznych w kraju" (i w jego mentalności)[29].

Argumenty zawarte w tej książce w skondensowanej formie znalazły się w wywiadzie, jakiego Zhang Weiwei udzielił sztandarowemu ostatnio w walce ideologicznej dziennikowi Global Times (stąd będzie on tutaj czasami cytowany), w którym wyjaśnił, czemu Chiny ostatnio zaczęły stosować metody tzw. wilczej dyplomacji (do której też będziemy tu jeszcze wracać), czyli - mówiąc najkrócej - twardego i bezpardonowego forsowania swoich racji i argumentów oraz odrzucania zachodnich racji i postulatów. Zdanie Zhang Weiweia na ten temat jest proste i wyraziste: "Był czas, gdy Zachód udzielał nam lekcji, teraz nadszedł czas, abyśmy i my, Chińczycy, udzielili nieco lekcji Zachodowi"[30], co jest tylko kolejnym dowodem wzmagającej się chińskiej pewności siebie i asertywności, czasami zresztą na granicy arogancji rosnącego mocarstwa.

Wzajemne należyte zrozumienie się jest to bodajże kwestia, z którą mamy największy problem percepcyjny. Tamtejszy tradycyjny system polityczny, najczęściej wprost zwany "konfucjańskim", był oparty na społecznej harmonii, współdziałaniu i konsensusie, w przeciwieństwie do Zachodu preferującego - szczególnie od wieku Oświecenia i rewolucji przemysłowej - konkurencję, współzawodnictwo i antagonizmy. W Chinach królowała współzależność pierwiastków yin i yang, męskiego i żeńskiego, aktywnego i biernego, ciemnego i jasnego, podczas gdy Zachód szukał od zawsze rozwiązań zero-jedynkowych: jak ty wygrasz, to ja przegram - i odwrotnie. Nawet kosztem dogrywki czy rzutów karnych. Efekt? My mówimy: albo socjalizm, albo kapitalizm, nie ma trzeciej drogi. A oni mówią inaczej: "socjalizm o chińskiej specyfice", czyli wymieszanie realnego socjalizmu i konfucjanizmu, jak i socjalizmu z kapitalizmem - a nagrodę Nobla dostanie ten, kto dokładnie wyliczy, ile tam jest jednego, a ile drugiego.

Jak wspomniałem, ekonomia i zarządzanie gospodarcze nie leżały w centrum zainteresowania chińskich klasyków. Rządzenie to była wyrafinowana sztuka i myśl, gospodarowanie - codzienna żmudna orka i przyziemny zdrowy rozsądek. Albowiem obok wysublimowanych i elitarnych z natury mandarynów rozpościerało się przecież, aż do rewolucyjnej pod tym względem epoki Deng Xiaopinga, wielomilionowe morze cywilizacji chłopskiej. W tych okolicznościach nie jest też żadnym zaskoczeniem, że trzeźwy pragmatyzm też od niemal zawsze był wyróżnikiem, jeśli już nie władców, bo z nimi jak wiemy, różnie bywało, to przynajmniej szeroko rozumianego ludu. Spostrzegawczy i zawsze praktyczny w życiu Deng Xiaoping, który przecież wszedł do historycznych annałów jako autor życiowej maksymy: "nieważne, czy kot jest biały, czy czarny, ważne, żeby łowił myszy"[31], dostrzegł to w latach wygnania na wieś podczas "rewolucji kulturalnej". Dlatego po dojściu do władzy postawił na te właśnie cechy tkwiące w DNA chińskiego ludu: zaradność, przedsiębiorczość, zmysł praktyczny. Mao rynek sekował i tępił, Deng na rynek, zaradność i operatywność postawił. Produkcja zastąpiła wcześniejszą rewolucję.

Tak narodził się kolejny czynnik niezbędny do analizy i właściwego rozumienia już nie tylko całej chińskiej cywilizacji (powtarzam: chłopskiej z natury, choć wymieszanej z wyrafinowaną elitą), lecz szczególnie "epoki reform", zwany technokracją. W "epoce Denga" (do czego wrócę) rządzili - dosłownie - inżynierowie (Xi Jinping też ma taką rysę na życiorysie, chociaż zdecydowanie bardziej jest "książątkiem" - taizidang - czyli wychowankiem Partii i jej aparatu). Trzeźwy ogląd sytuacji i szybkie dostosowywanie się do stale zmieniających się okoliczności to nadrzędne cechy tej formacji, a przede wszystkim sensowny i praktyczny sposób zarządzania gospodarką.

Jeśli z tej właśnie, technokratycznej perspektywy spojrzymy na ponad cztery dekady reform i zmian zainicjowanych w grudniu 1978 roku przez Denga, to z łatwością wyróżnimy - co jednak najczęściej ucieka ekspertom z Zachodu - aż trzy modele rozwojowe, przez które przeszły Chiny w tym okresie. Dwa pierwsze, "reformy wewnątrz ustroju" w latach 80. minionego stulecia oraz chińską wersję kwitnącego w Azji Wschodniej państwa rozwojowego (developmental state), z werwą i rozmachem wprowadzonego w życie przez inżyniera z wykształcenia i zawodu Zhu Rongji, opisałem w tomie Wielki Renesans. Trzeci natomiast, który wprowadzany jest obecnie w "epoce Xi Jinpinga", będzie jednym z ważniejszych przedmiotów niniejszej analizy.

Kto wie, czy największym znakiem rozpoznawczym chińskiej cywilizacji nie jest jednak, też konfucjańska z rodowodu i nieco inaczej rozumiana niż na Zachodzie, merytokracja, czyli rządy oświeconych, dobrze przygotowanych elit. Niejako z definicji oznacza ona połączenie odgórnie zarządzającego i silnego centrum (nawet bardziej cesarza niż rządu) z rozległym i wielce zróżnicowanym czy poszatkowanym terytorium. Dlatego ściśle wiążą się z tym rodzajem rządów i zarządzania takie podstawowe pojęcia jak - raz jeszcze - centralizacja, hierarchia, paternalizm czy formuła jeden ośrodek, jedna ideologia, jedna elita rządząca. Tak rozumieli politykę państwa cesarze, tak pojmował ją Jiang Jieshi (Czang Kaj-szek). On też podporządkował swoje całe długie rządy formule: ren you renge, guo you guoge - "Zarówno jednostka, jak i naród muszą zachować swą integralność[32]. Mao Zedong i jego następcy też, naturalnie, rozumowali w tych autokratycznych kategoriach.

Dlatego raz jeszcze warto powołać się na kolejne wnikliwe spostrzeżenie Luciana W. Pye'a, który już pod koniec lat 60. minionego stulecia zdefiniował chiński system polityczny jako "konfucjański leninizm"[33], a więc połączenie tradycyjnej hierarchii, paternalizmu i centralizmu z politycznym, leninowskim właśnie, rygorem i dyscypliną narzucaną członkom KPCh oraz całemu społeczeństwu pod formułą "centralizmu demokratycznego", wbrew nazwie wymagającego nie tyle demokracji, co twardej dyscypliny. Dlatego przywódcy obecnej ekipy przy każdej możliwej okazji podnoszą rangę takich terminów, a zarazem wymogów, jak praworządność, uczciwość, sprawiedliwość, bezpieczeństwo, to ostatnie jak najbardziej w wymiarze socjalnym, a nie tylko jako jeszcze jeden przejaw dobra publicznego.

Tyle tylko, na tym polega podstawowa różnica, że leninizm odrzucał marksistowski z rodowodu kanon, zgodnie z którym ekonomiczna "baza rządzi nadbudową", w zamian niego dając priorytet polityki nad gospodarką. Co więcej, to Lenin, a w ślad za nim w praktyce Stalin, narzucili przekonanie, iż efektywność systemu przede wszystkim zależy od doboru kadr, szerokiego poparcia mas (dziś powiedzielibyśmy: zasobów populizmu), a nade wszystko uruchomili totalitarny walec. Cytując Roja Miedwiediewa, piszącego o Stalinie, z równym uzasadnieniem moglibyśmy powiedzieć to samo o Mao: "Żaden z tyranów i despotów przeszłości nie prześladował i nie zlikwidował tak wielkiej liczby swych rodaków". Natomiast nasz wybitny znawca tego systemu, Andrzej Walicki (który jednak Chinami się nie zajmował), powołuje się na George'a Orwella i definiuje totalitarny leninizm tak: "Była to próba zniewolenia ludzi nie tylko przez zewnętrzny przymus, lecz również od wewnątrz, przez kontrolowanie ich myśli i uczuć"[34].

W "epoce Mao" tak właśnie było: cytując za poetą (Włodzimierzem Majakowskim), jednostka była wówczas zerem, wszelkie przejawy indywidualizmu były tępione w zarodku, a w trakcie kursu "trzech czerwonych sztandarów", pod koniec lat 50., całe społeczeństwo skoszarowano i zmuszono do opanowania na pamięć "jedynej prawdy", zawartej w cytatach z Mao. W wielce pragmatycznej z ducha i rodowodu "epoce Denga" tego "kota" odwrócono: powrócił przynajmniej rynek, wcześniej stanowiący anatemę, powróciło też życie prywatne. Natomiast w "epoce Xi", z czym będę się tutaj zmagał aż do końca tych rozważań, nic nie jest ostatecznie przesądzone, chociaż większość zachodnich obserwatorów mocno eksponuje fakt, iż następuje "powrót do epoki Mao", czy też, jak chce znany francuski ekspert, François Godement, dokonuje się "twardogłowa modernizacja"[35], a więc znowu mamy do czynienia z prymatem polityki (i ideologii) nad gospodarką (i pragmatyzmem). W związku z tym znakomity znawca Państwa Środka i dyrektor Centrum Polityki Chin w Canberze, Adam Ni, raczej słusznie zauważa: "Dumne obietnice, niespełnione marzenia oraz tragedie głównej fali maoizmu powinny służyć jako przestroga dla Partii idącej w kierunku coraz większego zaciskania szponów nad chińskim społeczeństwem"[36].

To świadczy, że system polityczny pod rządami KPCh naturalnie - i nawet dość mocno - ewoluował. Można go dzielić na różne etapy i sposoby, co też nagminnie się czyni. Patrząc jednak z cywilizacyjnej właśnie perspektywy, jak usiłuję tu robić, należałoby wskazać nie tyle "trzy rewolucje", jak chce znana amerykańska ekspertka Elizabeth C. Economy[37], lecz trzy epoki o oczywistych różnicach, wynikających czy to z wymogów systemu komunistycznego, czy, nie mniej, z cech kulturowych. Niby chodzi o rządy tej samej KPCh, a jednak realia w kraju na poszczególnych etapach stawały się zupełnie inne. Przy czym ostatni z nich, "epoka Xi Jinpinga", jest jeszcze oczywiście kwestią otwartą. Nie można w tej chwili wydawać na jej temat ostatecznych sądów i wyroków, bowiem - posługując się znanym chińskim powiedzeniem - ten przywódca jeszcze rządzi, a więc zawsze jeszcze może popełnić błędy.

Tym niemniej można stwierdzić, iż:

- epoka Mao Zedonga (1949-1976), to Rewolucja;

- epoka Deng Xiaopinga (1978-2012) (druga data tu podana może być kwestią sporną, Deng zmarł bowiem w 1997 roku, choć osobiście upierałbym się przy tych cezurach, jako że ten okres opierał się na tej samej formule czy filozofii rządzenia, np. zbiorowego Cesarza), to pragmatyczne i częściowo odideologizowane Reformy i Transformacja;

- epoka Xi Jinpinga (2012-?), to nie tylko gospodarcze, ale także ideowe i cywilizacyjne Odrodzenie lub Renesans - o ile oczywiście ambitne plany tego przywódcy, o których będzie mowa w tym tomie, zostaną wykonane i wprowadzone w życie.

Ta periodyzacja poniekąd nakłada się na popularne w ChRL powiedzenie czy nawet tezę, że "Mao zjednoczył Chiny, Deng je wzbogacił, a Xi uczyni je silnymi"[38]. Czy tak będzie, dopiero czas pokaże, bowiem cele postawione przed tym ostatnim przywódcą i państwem wcale nie są i nie będą łatwe do spełnienia. Chiny czeka, co Xi wielokrotnie powtarza, "Nowy Długi Marsz", jak kiedyś chińskich komunistów przed wygraniem wojny domowej i objęciem władzy. Teraz też chodzi o władzę, ale o nieporównywalnie większym zakresie i skali. On sam o tym co prawda nie mówi, ale wielu komentatorów na całym świecie uważa, że chodzi mu nie tylko o status supermocarstwa, ale nawet o władzę nad światem, bynajmniej nie tylko nad chińskim uniwersum[39]. Tu interpretacje chińskie i zachodnie coraz bardziej się rozjeżdżają - i chyba już tak pozostanie.

Przy czym coraz rzadziej się słyszy, także w Chinach, do niedawna często podnoszoną tezę, iż "Chiny nie są państwem rewizjonistycznym"[40], tzn. nie zamierzają podważać istniejącego porządku. Dzisiaj coraz mniej osób w to wierzy, szybko rosnący potencjał Chin i ich mocy same w sobie zmieniają bowiem układ sił i porządek międzynarodowy. Za przykład - jeden z wielu - wystarczy podać słowa Xi Jinpinga już w 2014 roku, kiedy to na konferencji CICA (organizacji mającej nadać Azji status samodzielnego systemu zbiorowego bezpieczeństwa) w Szanghaju mówił bez ogródek: "Nadszedł czas, by narody Azji same prowadziły sprawy i rozwiązywały problemy swego kontynentu, chcąc zagwarantować bezpieczeństwo całej Azji"[41]. Mówiąc krótko, zaproponował nic innego, jak formułę (bezpieczeństwa) "Azja dla Azjatów", bez żadnych ingerencji czy wpływów mocarstw z zewnątrz.

Do tego dochodzi jeszcze ważna uwaga o charakterze merytoryczno-technicznym, jak i w nie mniejszym stopniu, polityczno-ustrojowym. W chwili pisania tych słów mamy na mapie świata do czynienia z dwoma podmiotami politycznymi z Chinami w nazwie. Jeden to Republika Chińska na Tajwanie, w sensie konstytucyjno-prawnym kontynuacja poprzedniej Republiki sprzed 1949 roku (a od 1988 roku podmiot o charakterze demokratycznym, pierwszy tego typu w cywilizacji chińskiej i w miarę upływu czasu nabierający coraz więcej cech tożsamościowych). Drugi natomiast to ChRL, zwana też wymiennie Chinami komunistycznymi (złośliwcy używali nawet terminu "kapitalistycznymi"), ludowymi, kontynentalnymi lub lądowymi (dalu). Jeśli nie będzie zaznaczone inaczej, to ten właśnie podmiot będzie tu rozumiany i analizowany jako "Chiny". Oczywiście, przy równoczesnej świadomości, iż formalnie ustrój tego państwa od 1987 roku zwany jest "socjalizmem o chińskiej specyfice", a ostatnio w sposób iście barokowy, ale też wystawnie chiński, nazywa się go "socjalizmem o chińskiej specyfice w nowej erze Xi Jinpinga".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1Źródła modernizacji i reform

SPUŚCIZNA EPOKI MAO

Najlepsza pogoda w Pekinie, "północnej stolicy", przypada na wrzesień i październik. Jest słonecznie, ciepło, przyjemnie. Nie inaczej było 1 października 1949 roku, gdy o godzinie 15 z tarasu na bramie Tiananmen, u wejścia do Zimowego Pałacu cesarskiego Gugong - Zakazanego Miasta, przywódca Komunistycznej Partii Chin (KPCh; później, wymiennie, w całej pracy zwanej też Partią, bo chodzi o faktycznego zbiorowego władcę) Mao Zedong proklamował utworzenie nowego państwa - Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). W dobrze skrojonym mundurku, zwanym "maoistowskim", chociaż jego krój w rzeczywistości pochodził od stroju "ojca Chin republikańskich" Sun Zhongshana, u nas i w świecie zachodnim bardziej znanego jako Sun Yat-sen (1866-1925), w otoczeniu najwyższych oficjeli nowego reżimu i kilku przedstawicieli "sił patriotycznych", Mao zakrzyknął swym trudno rozpoznawalnym dla mieszkańca stolicy hunańskim akcentem do kilku ustawionych przed nim mikrofonów i do ponad 300 tysięcy osób zgromadzonych pod bramą na placu o tej samej nazwie: "Chiny wstały z kolan" - Zhongguo zhanqilai le1.

Oznaczało to nic innego, jak ogłoszenie urbi et orbi, iż długoletnia wojna domowa z Partią Narodową, Guomindangiem (GMD), zakończyła się, a zarazem skończył się zły czas dla Chin - czas obcej interwencji i konfliktów domowych, od "wojen opiumowych" (1839-1860), przez powstania tajpingów (1850-1864) i bokserów (1899-1900), aż po braterskie walki między sobą prywatnych armii po upadku Cesarstwa (1912) i wreszcie interwencję (1931) oraz agresję (1937) japońską na całe Chiny2. A wszystko to zakończone zostało, nie mniej krwawą niż poprzednie, wojną domową między KPCh a GMD w latach 1945-1949 o dominację nad całym państwem i jego wielowiekową spuścizną3. Ten ostatni, brutalny epizod, nie zakończył się - jak wiadomo - pełnym happy endem. Poprzedni reżim z jego przywódcą Czang Kaj-szekiem (Jiang Jieshi) skrył się na Tajwanie i tam przynajmniej formalnie kontynuował rządy i ustrój Republiki Chińskiej z lat 1912-1949, podczas gdy komuniści spod znaku KPCh zajęli Chiny kontynentalne - i tak jest do dziś, co mandarynom w Pekinie w żadnej mierze się nie podoba i nie może podobać, albowiem kraj został podzielony. Ten stan wewnętrznego podziału trwa mimo zakończenia już dawno w świecie porządku zimnowojennego (jeśli nie liczyć Półwyspu Koreańskiego), co przywódcom ChRL tym bardziej nie w smak. Nikt w Pekinie z podziałem kraju nie chciał i nie chce się pogodzić.

Z czasem cały ten burzliwy, krwawy i jednoznacznie źle wspominany okres zyskał miano "stu lat narodowego poniżenia" (bainian guochi). Dziś jest on używany jako jeden z kluczowych terminów w chińskim słowniku politycznym, bowiem pozwala stawiać wyraźną cezurę: to Mao Zedong skończył z wojnami i chaosem, to Mao przyniósł Chinom jedność (z małymi wyjątkami obszarów, które pozostały poza formalną jurysdykcją Pekinu, jak Tajwan, Hongkong czy Makau/Aomen), a tym samym przywrócił im godność i znaczenie. Trudno o lepsze przesłanie z punktu widzenia interesów KPCh, czyli, używając chińskich konotacji kulturowych, a nie międzynarodowego języka politologii, Partii władzy, a nawet nowej dynastii, czy "zbiorowego Cesarza", rządzącego Imperium.

Uroczystość 1 października zwieńczyło 28 salw armatnich, czyli dokładnie tyle, ile lat liczyła - utworzona formalnie 1 lipca 1921 roku w Szanghaju - KPCh. Blok państw komunistycznych wzbogacił się o jednego, ogromnego partnera, będącego najludniejszym państwem na globie, który dawał wówczas Ziemi niemal jedną czwartą ogółu mieszkańców (ludność ChRL liczyła wówczas około 550 mln)4. Kraj ten, nie bez pewnych wahań, ale w istocie nie mając wyboru, dość szybko zdecydował się na "przechył w jedną stronę" (yi bian dao), czyli sojusz z ZSRR, przypieczętowany po wybuchu wojny koreańskiej (czerwiec 1950-lipiec 1953), w ramach której tzw. ochotnicy chińscy (w rzeczywistości chodziło o regularną armię i kontyngent najpierw 200 tysięcy żołnierzy, których liczba ostatecznie wzrosła do około 1,5 miliona) starli się w boju z wojskami amerykańskimi. Sojusz ten został już wcześniej sformalizowany podczas pierwszej zagranicznej wizyty w życiu Mao, czyli pobytu w Moskwie od 16 grudnia 1949 roku, zwieńczonej dwustronnym układem z ZSRR o przyjaźni, sojuszu i wzajemnej pomocy z 14 lutego 1950 roku5.

Kraj o nowym ustroju i władzach był straszliwie wyniszczony długoletnimi wojnami i potwornie biedny. Fakty mówią same za siebie: przeciętna długość życia mężczyzny przekraczała ledwie 35 lat (oczywiście, poprzednie wojny też się do tego mocno przyczyniły, pod koniec lat 50. było to już 55 lat); na wsi mieszkało aż 91 proc. ludności; jeden lekarz przypadał na 1492 obywateli, a nauczycieli wszelkich szczebli szkół było zaledwie 0,17 proc. populacji; 80 proc. ludności to byli analfabeci; dochody na mieszkańca w skali roku wyniosły zaledwie 27 dolarów (dla porównania wówczas w Indiach - 57, w Japonii - 100, a Wielkiej Brytanii 773 i USA 1453)6.

Mao Zedong dochodził do władzy w kraju z nazwy i jego woli komunistycznym, ale z natury feudalnym, agrarnym, zacofanym i biednym, chociaż oczywiście zarazem legitymującym się bezprecedensową kulturą i cywilizacją, jedną z najstarszych i najbogatszych na globie. Ten styk wielkiej przeszłości i ponurej teraźniejszości nie dawał spokoju chińskim władcom współczesności: twórca Chin republikańskich, Sun Yat-sen, marzył o wielkich projektach, zaporach, portach, kolejach, ale rządził zbyt krótko, by odcisnąć swe piętno na rzeczywistości w kraju7; dyktatorski w zapędach z natury Czang Kaj-szek musiał walczyć z wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi, na modernizację niewiele sił mu pozostało8. Mao przyszedł z wizją Chin ponownie silnych, ale chciał swe cele realizować inaczej - za pomocą rewolucji i siły woli jednostki, politycznego woluntaryzmu, dlatego bezkompromisowo zwalczał wszelkich przeciwników i odstępców od dyktowanej przez niego politycznej linii. Podstawowe wartości w jego koncepcjach to bunt, walka klas, nieprzerwana rewolucja, piętnowanie odstępców (od narzucanej przez KPCh i jego samego ideologii, a raczej nowej wiary). Polityka, bój, zwalczanie politycznych i ideologicznych przeciwników, tępienie kapitalistów i kułaków oraz rewolucyjne idee były jego żywiołem, a nie gospodarka czy produkcja. Na ekonomii się nie znał, a gdy raz, podczas dziś słusznie uznanego za niesławny "wielkiego skoku", bardziej się nią zainteresował, wywołał katastrofę. Dopiero Deng Xiaoping po dojściu do niepodzielnej władzy zaczął realizować dawne sny i marzenia Sun Yat-sena: o Chinach wielkich, nowoczesnych, wpływowych, znów emanujących na świat swoim gospodarczym blaskiem, splendorem i przykładem.

Oczywiście, Mao Zedong po dojściu do władzy w państwie (w Partii przejął ją podczas głośnej narady w Zunyi podczas nie mniej głośnego "długiego marszu" w początkach 1935 roku), bez zwłoki zaczął je przekształcać na własną modłę, początkowo posługując się modelem stalinowskim, ale dość szybko od niego odchodząc. Natychmiast dała o sobie znać chińska specyfika, a Mao przede wszystkim był Chińczykiem, a dopiero później marksistą czy stalinistą. Jak wykazał wnikliwy badacz jego ideologii i myśli Stuart R. Schram, Mao, który nie znał żadnego języka obcego, znakomicie poruszał się po chińskich dziełach klasycznych, a dzieła marksistów znał pobieżnie, zresztą najwięcej w swych licznych pismach cytował Stalina, a nie Marksa czy Lenina9. Jak wyliczył jeden z badaczy: w Dziełach zebranych Mao tylko 4 proc. cytatów pochodziło od Marksa i Engelsa, 10 proc. od Lenina, 24 proc. ze Stalina, a potem: 22 proc. od konfucjanistów, 12 proc. od taoistów i innych starożytnych filozofów chińskich oraz 13 proc. odniesień do klasycznej literatury chińskiej (nie sumuje się do stu procent, bo trafiały się mu też inne odniesienia)10.

W ten sposób marksizm został schińszczony, zasklepiając się z czasem w formułę stosowaną powszechnie w ChRL do dziś. Tam nazywa się ją "myślami Mao Zedonga" (Mao Zedong sixiang), a na zewnątrz powszechnie pojmuje jako "maoizm", czyli chiński derywat marksizmu-leninizmu. "Reformę myśli" i "tępienie błędnego stylu myślenia burżuazji i drobnomieszczaństwa" zaproponował Mao już w październiku 1951 roku11. To był dyktat dla wszystkich mieszkańców ChRL, a przede wszystkim intelektualistów, bo w szeregach Partii dokonał takiej czystki jeszcze w latach 40., w jaskiniach Yan'an, w czasach opozycji i wojny domowej12. A potem był w swych przekonaniach konsekwentny aż do śmierci: kto nie myślał tak jak on, był zwalczany i tępiony, a gdy trzeba - likwidowany.

Jednakże bynajmniej nie tylko o idee, koncepty i pomysły chodziło, także, a może nawet przede wszystkim, o polityczną praktykę. A ta też pod rządami Mao i KPCh niemal bezzwłocznie nabrała cech charakterystycznych dla chińskiej cywilizacji: odgórnego sterowania i zarządzania, centralizacji i kultu jednostki. Już w drugiej połowie lat 50. było jasne, że rządzi Chinami nowy cesarz - tym razem z komunistycznego nadania. Jak tego dowodzi w swych pamiętnikach nieżyjący już dysydent Fang Lizhi, Mao "był cesarzem w formie i treści", choć formalnie ani nie nazwał, ani nie założył nowej dynastii13. Na chińskim firmamencie pojawiło się "czerwone słoneczko", jak to ujmowała popularna ikonografia i ludowa twórczość. Kolejny władca, już nie Cesarz, za to zwany teraz Wielkim Wodzem (weida de lingxiu), Wielkim Sternikiem czy Wielkim Przywódcą, a potocznie Przewodniczącym Mao (Mao Zhuxi), który to termin małe dzieci w rodzinie zaczęły wypowiadać równie szybko, jak tata i mama. Mao stał się częścią codziennego życia obywateli ChRL, bohaterem folkloru, ale przede wszystkim świadomie kreowanej deifikacji w reżimie z litery i ducha agnostycznym.

Podstawowy problem polegał na tym, że praktyka spod znaku kultu jednostki nie ograniczyła się bynajmniej tylko do ludowej muzyki, pieśni, przypowiastek czy legend, do twórczości literackiej i filmowej, lecz sięgnęła oczywiście samego sedna ustroju politycznego. Tymczasem w jego ramach po niespełna dekadzie bliskiej współpracy doszło do kłótni z Sowietami, a szczególnie z Nikitą Chruszczowem, którego Mao nie szanował i traktował z góry. Uznawał go za grubianina, plebejusza i prostaka, a zwłaszcza miał mu za złe "złe potraktowanie" Stalina (a tym samym i jego własnych praktyk).

Na to nałożyły się turbulencje w obozie socjalistycznym, głównie na Węgrzech i w Polsce jesienią 1956 roku. Chińczycy opowiedzieli się wtedy po stronie Polaków i Gomułki, ale już nie Węgrów i Imre Nagya, szczególnie gdy ten ostatni ogłosił neutralność państwa, co już - w oczach Mao - nie było niczym innym, jak "zdradą" komunistycznych ideałów14. Władysław Gomułka był przez ówczesne władze w Pekinie traktowany jak bohater, bo sprzeciwiał się Sowietom - i dlatego zdecydowanie go bronili, co Mao osobiście wygarnął zaproszonemu do swojej siedziby nad ranem (bo tak jak Stalin pracował po nocach) ambasadorowi Pawłowi Judinowi15. Natomiast Imre Nagy był w jego oczach zdrajcą i "kontrrewolucjonistą",16 bo sprzeciwił się komunistycznym kanonom.

Potem, jak wiemy, Historia odwróciła wyroki: to Imre Nagy jest uznawany za męczeńskiego bohatera, a Władysław Gomułka przeszedł do annałów jedynie jako jeden z kolejnych komunistycznych kacyków, choć na początku swej władzy potencjał i poparcie miał ogromne. To jednak z punktu widzenia Pekinu (czytaj: Mao) się nie liczyło. Toteż gdy ten historyczny moment minął, między ChRL a ZSRR doszło do wielkiego rozłamu, a Gomułka stanął jednak po stronie bliższego mu (geograficznie i pod względem rachunku sił, a może i ideologicznie) Kremla, a nie odległego Zakazanego Miasta, Chińczycy od ulubionej dotychczas Polski szybko się odwrócili17.

Z naszego punktu widzenia interesujące jest tylko to, że Polska na chwilę zainteresowała Chińczyków, co było pierwszym takim przypadkiem w dziejach. Dodam, że ostatnio Chiny znowu się Polską zainteresowały, teraz już na dłużej i poważniej, wychodząc ze swych geostrategicznych kalkulacji, do czego dojdziemy. Jednakże po wydarzeniach burzliwej jesieni 1956 roku Mao Zedong już do końca życia Europę Środkową i Wschodnią ze swych kalkulacji wykluczył, zajął się czym innym.

W jego planach liczyło się wtedy, jak w całej jego długiej karierze, nie tyle bohaterstwo tego czy innego, krajowego czy obcego przywódcy, lecz, jak zawsze, własne interesy i przekonania. "Obiektywna prawda" dla niego nie istniała, a Historię (tę dużą literą) swego narodu chciał pisać sam, a nie z nadania czy nakazu innych (co w sporym stopniu mu się udało). Dlatego mniej ważne w jego ocenie było to, że Nagy okazał się być faktycznym bohaterem i zginął męczeńską śmiercią na szubienicy za wyznawane przekonania, natomiast Gomułka na zbyt wysokie oceny Historii nie zasłużył i źle zakończył polityczną karierę. Ważne było przede wszystkim to, że to Gomułka przeciwstawiał się wówczas Sowietom, a tego właśnie chciał Mao - i to mu się w polskim przywódcy najbardziej podobało18.

Jesienią 1956 roku chińska perspektywa była i pozostała odmienna: Węgry chciały opuścić komunistyczny blok i zostały za to surowo ukarane. Albowiem tym samym sprzeciwiały się też przyjętym ideałom w ramach "nowego ustroju", jak go również i w Chinach nazywano. Co gorsza, sprzeciwiły się Centrali, co było sprzeczne z praktyką płynącą z ducha stalinizmu, ale jeszcze bardziej chińskiej tradycji. Przecież w przyjętym po 1949 roku w ChRL modelu nade wszystko liczyło się pełne podporządkowanie Partii i państwa woli jednostki, czyli Mao, a nie jakakolwiek samodzielność. To wszystko razem przyniosło ze sobą własny kurs polityczny Pekinu pod koniec lat 50., a ostatecznie rozłam z ZSRR w 1960 roku, gdy Moskwa odwołała z Chin swoich ekspertów i inżynierów.

W latach następnych dwa komunistyczne kolosy, do niedawna w sojuszu, otwarcie wzięły się za łby i zwalczały na wszelkie możliwe sposoby. Przy czym Pekin, tzn. Mao, uważał, że to on jest uosobieniem prawdziwej komunistycznej wiary, a ZSRR rewizjonistą i jej sprzedawczykiem (jak oni mogli w ten sposób potraktować Stalina, jego "nauczyciela"?!)19. Tak oto narodziła się w ramach reżimu, a w istocie całego bloku komunistycznego, istotna korekta, na świecie określana mianem nurtu maoistowskiego, a w samych Chinach nazywana od 1981 roku, gdy dokonano własnej oceny Mao i jego roli w historii - "lewackim odchyleniem".

Przede wszystkim składają się nań trzy historyczne fenomeny, z których żaden do dziś w należyty sposób na terenie ChRL nie został rozliczony czy dobrze zbadany: kampania "stu kwiatów", "wielki skok" oraz "rewolucja kulturalna". Pierwszy, najbardziej enigmatyczny, wywołał nie Mao, lecz zawsze mu bliski i mocno oddany premier Zhou Enlai. 14 stycznia 1956 roku niespodziewanie zaapelował on do intelektualistów o współpracę z KPCh, obiecywał im promocję i kariery20. Był to ruch zaskakujący w świetle wielu poprzednich akcji zwalczania niezależnych intelektualistów wewnątrz własnego, lewicowego obozu21. 2 maja 1956 roku ten nowy kurs zatwierdził sam Mao po raz pierwszy nawiązując wtedy do starożytnej tradycji zwalczania się pomiędzy sobą "stu szkół myślenia" (baihua qifang, baijia zhengming). Tak narodziła się kampania zwana w Chinach "podwójną setką" (shuangbai), a poza nimi znana jako "sto kwiatów".

Intencje Mao do dziś pozostają niejasne. Niektórzy, jak biograf Mao, Australijczyk Ross Terrill twierdzą, że stały za tym motywy ekonomiczne. Inni, jak znany amerykański historyk i badacz Chin, John King Fairbank, uważają, iż Mao doszedł do wniosku, iż bez wsparcia inteligencji nie uda mu się sięgnąć po swe rewolucyjne cele. Cytowany już astrofizyk, a potem dysydent profesor Fang Lizhi, powołując się na poglądy swoich kolegów z ówczesnego Uniwersytetu Pekińskiego, nie pozostawia natomiast żadnych wątpliwości co do tego, że chodziło o "pułapkę" i "otwarty spisek" zawiązany po to, by wychwycić "niezależne głosy", a potem je brutalnie wytępić22. Podobnie opinię, że chodziło o to, by "wywabić żmije z nor", wyraża często przywołujący chińskie dokumenty i świadków, od lat zamieszkały w Hongkongu holenderski badacz Frank Dikötter23. Za chwilową odwilżą stała więc albo polityczna prowokacja, albo chytry zamysł i klasyczny fortel, ale skończyło się wszystko szybko i zgodnie z logiką systemu autorytarnego, a od tej chwili po prostu totalitarnego, czyli opartego na strachu, trwodze, okrutnej sile i tępieniu "innowierców", kimkolwiek by oni w oczach władz (czytaj: Mao) nie byli.

Wiadomo, że kwestia niezależności myślenia i podejścia do intelektualistów nurtowała Mao długo, a jej wyrazem było jedno z ważniejszych jego wystąpień programowych O właściwym traktowaniu sprzeczności wśród ludu z 27 lutego 1957 roku24. Podzielił on wówczas te sprzeczności na "antagonistyczne", z wrogami ustroju i "nieantagonistyczne", w ramach których dostrzegał szanse na współpracę z inteligencją i twórcami. Autorzy chińscy, podlegający cenzurze, oczywiście uważają, że "Mao chciał dobrze". Natomiast wśród niezależnych obserwatorów i badaczy zachodnich przeważa pogląd, iż chodziło mu wtedy o nic innego, jak wyeksponowanie "wrogów ludu", co oczywiście utożsamiano z wrogami KPCh i jego samego.

Taką tezę postawił w Głównych nurtach marksizmu Leszek Kołakowski, który o Mao jako teoretyku miał wyjątkowo negatywną opinię, pisząc, iż "dokumenty ideologiczne maoizmu i w szczególności pisma teoretyczne Mao, jeśli oceniać je wedle europejskich standardów, muszą wydać się niezmiernie prymitywne i nieudolne, a często wręcz dziecinne; nawet Stalin wydaje się, w tym zestawieniu, tęgim teoretykiem"25. Chińczycy oczywiście nigdy tak nie uważali i nie uważają, konsekwentnie zaliczając Mao do grona jednego z większych myślicieli w całych chińskich dziejach. Można twierdzić, na granicy pewności, iż będzie tak aż do końca rządów "dynastii" spod znaku KPCh. Bo to Mao jest jej twórcą i założycielem. A przy okazji po raz pierwszy ujawnia nam się, potem po wielokroć i w różnych konfiguracjach występujący, zasadniczy rozdźwięk pomiędzy chińskimi i zachodnimi ocenami danego zjawiska, osoby czy procesu.

Po roku otwartych debat i prawdziwych sporów, w czerwcu 1957, znów z osobistego nakazu Mao, kampania "stu kwiatów", w miarę rozwoju wypadków coraz bardziej krytyczna wobec rządów KPCh, zmieniła swą naturę i przeobraziła się w brutalne zwalczanie "prawicowców", za co bezpośrednio odpowiadał sekretarz generalny Partii, Deng Xiaoping. To on wyrywał zatrute chwasty i zielsko oraz tępił "elementy antypartyjne". Jak się szacuje, skazano wówczas i zesłano na wieś od 550 do 700 tysięcy intelektualistów i ludzi niepokornych, a jakieś 110 tysięcy spośród nich trafiło nawet do obozów pracy w ramach świeżo utworzonego systemu laogai, czyli "chińskiego Gułagu"26. Większość z nich rehabilitowano dopiero na fali odwilży pod koniec lat 70. ubiegłego wieku. W ten sposób ukrócono na terenie ChRL wszelkie przejawy niezależnego myślenia. Od tej pory przykład szedł tylko i wyłącznie z góry, należało go ślepo i wiernie naśladować.

Na kaganiec nałożony na umysły wiosną 1958 roku nałożono kolejny woluntarystyczny pomysł Wodza, formalnie zwany polityką "trzech czerwonych sztandarów" (san mian hongqi)27, czyli: "generalną linię" (zong luxian), a więc odgórne dyrektywy Partii i Mao, "komuny ludowe" (remin gongshe), czyli projekt szybkiego skoszarowania rolnictwa oraz "wielki skok" (da yuejin) zawierający pomysł, by szybko, w ciągu kilku czy kilkunastu lat, dogonić Wielką Brytanię, a potem nawet USA w produkcji stali.

Zgodnie z logiką systemu, wszystkie te koncepcje natychmiast zaczęto z wielką werwą wprowadzać w życie, a za politykę najważniejszą, czyli "wielki skok", ponownie główną osobą odpowiedzialną stał się Deng Xiaoping, jak też szefowie resortów gospodarczych. W ten sposób wiosną 1958 roku całe Chiny zamieniono w wielkie "dymarki świętokrzyskie", w ramach których wszyscy obywatele zbierali żelazny złom oraz wszelkie rekwirowane po domach przedmioty ze stali i przetapiali w polowych piecach, zwanych tugaolu, bez przestrzegania jakichkolwiek reguł i norm. Jakość tak zdobytej i wytopionej stali łatwo sobie można wyobrazić...

Ta "gorączka stalowa" konkretnie wyglądała tak: w 1957 roku produkcja stali w Chinach wynosiła 5,35 mln ton. W lutym 1958 wyznaczono na ten rok cel 6,2 mln, a już w maju zwiększono go w dokumentach rządowych do 8,5 mln ton. Tymczasem w czerwcu sam Mao podniósł tę liczbę jeszcze bardziej - do 10,7 mln ton, a we wrześniu skorygowano plan na 12 mln28. Tym samym w ciągu roku próbowano więcej niż podwoić produkcję, co byłoby absolutnym i niespotkanym rekordem świata.

Jednak to nie tyle wygórowane liczby czy jakość stali okazała się największym problemem. Chłopów, a oni ciągle stanowili w swej masie o wizerunku Chin, zagoniono do wytapiania stali lub budowy komun. Z tymi drugimi zaczęło się od tego, że gdy pierwszą z nich, w wiosce Qiliying w prowincji Henan, 6 sierpnia 1958 roku odwiedził Mao, odbywający podróż inspekcyjną po kraju, sama nazwa i idea tak mu się spodobały, że je pochwalił, mówiąc: "Komuna ludowa - to brzmi wspaniale". Oczywiście, zgodnie z obowiązującą już wtedy logiką systemu, natychmiast jego słowa przekształcono w bezwzględną dyrektywę i zamieniono w czyn. Wkrótce rozpoczęto budowę komun ludowych w całym kraju. Dając chłopom "dziesięć gwarancji", tzn. posiłki, odzież, mieszkanie, edukację, opiekę zdrowotną, pochówek, a nawet usługi fryzjerskie, przedstawienia teatralne, dodatek pieniężny na ogrzewanie oraz zasiłek na ślub,29 wieś nie tylko skomunizowano, ale wprost skoszarowano, zapędzając wszystkich do "jedzenia z jednego kotła" (chi daguo fan), jak też podzielono ją - też zgodnie z wojskową logiką - na komuny, brygady i zespoły produkcyjne. Tym samym chłopów, z ich mentalnością i przywiązaniem do ziemi i upraw, zamieniono w "żołnierzy rewolucji", podporządkowanych politycznej woli Partii i drylowi spod totalitarnego walca, a nie naturalnym siłom przyrody. Co więcej, chłopów zmuszono wówczas także do zwalczania "czterech plag", czyli obłąkańczego pomysłu tępienia wróbli, szczurów, much i komarów. Na uprawę roli nie starczyło im czasu, a kraj przecież nadal był potwornie biedny. A wróble poniewczasie trzeba było sprowadzać z ZSRR, bo okazały się dla natury niezbędne, gdyż wiele innych owadów i szkodników pojawiło się na polach.

Na skutki politycznego woluntaryzmu Mao, nieznającego się na gospodarce i jej prawach, nie trzeba było długo czekać. Już na przełomie 1958 i 1959 roku stało się jasne, że do wielu wsi zajrzała bieda, a są regiony, gdzie wkradł się głód. Gdy mimo upiększających raportów płynących do Centrali stało się oczywiste, że pojawił się poważny problem, w Partii narodził się ferment. Zbuntował się bohater wojny koreańskiej, podczas której prowadził do boju chińskich ochotników, marszałek Peng Dehuai (to on podpisywał ze strony chińskiej umowy rozejmowe w Panmundżom, kończące tę wojnę). Podczas plenum KC KPCh w Lushan w lecie 1959 roku osobiście zaatakował on Mao za "nieodpowiedzialność" i fakt ten jest należycie udokumentowany nawet w literaturze polskiej.

Doszło wtedy do brutalnego starcia. Peng przyznał: "w 1958 roku byłem, podobnie jak wielu towarzyszy, oczarowany osiągnięciami Wielkiego Skoku i pasją ruchu masowego". Przejrzał jednak na oczy, wiele się dowiedział o stanie państwa i gospodarki, więc postawił kierownictwu (czytaj: Mao) szereg oskarżeń: że komuny ludowe "powstały trochę za wcześnie"; że "niektóre projekty inwestycyjne z roku 1958 były zbyt pochopne lub przesadne"; że "wybudowano pewną ilość małych, lokalnych pieców hutniczych, które były niepotrzebne, doprowadzając do zmarnowania części zasobów (materialnych i finansowych) i siły roboczej". A nad tym wszystkim stał grzech główny, czyli "objęcie przywództwa przez politykę" (czytaj: prywatne zdanie inicjatora tych zmian). Mao, wytrawny gracz, natychmiast wyczuł zagrożenie. Toteż 23 lipca 1959 roku przeszedł do otwartego kontrataku. Zagroził, że gdyby tworzony wobec niego front miał szansę na wygraną, to - jak mówił - "poszedłbym na wieś, stanąłbym na czele chłopów, żeby obalić taki rząd". Zdobył się więc nawet na groźby i jawny szantaż, byle tylko nie utracić posiadanej władzy i wpływów. A w ich obronie nie przebierał w środkach. Z jednej strony zachęcał, wręcz wulgarnie, do krytyk: "Towarzysze, trzeba przeanalizować swoją odpowiedzialność. Jeśli chcesz zrobić kupę, to trzeba się wypróżnić; jeśli są gazy, to trzeba je wypuścić, wtedy żołądkowi będzie lżej". Z drugiej jednak jego główne przesłanie było jasne: "nie napastuję nigdy pierwszy, ale napastowany nie pozostaję dłużny"30.

W ten sposób wyrok na marszałka Peng Dehuaia został wydany. Niestety, Peng nie znalazł wielu zwolenników. Nie opowiedzieli się za nim ani premier Zhou Enlai, ani sekretarz generalny Deng Xiaoping, ani przewodniczący ChRL, tytularna głowa państwa Liu Shaoqi, chociaż wszyscy trzej doskonale już wiedzieli, że polityka "trzech czerwonych sztandarów" Mao, a szczególnie "wielki skok", jest dewastująca i prowadzi do gospodarczej klęski, a przy tym katastrofy państwa i jego mieszkańców.

Najpierw katastrofa spotkała samego Peng Dehuaia, którego usunięto i już nigdy nie pozwolono mu powrócić do życia politycznego. Zmarł w niesławie i odosobnieniu, po ciężkiej chorobie i w szpitalnym łóżku w listopadzie 1974. Pośmiertnie rehabilitowano go w grudniu 1978 roku, już na mocy pierwszych decyzji Deng Xiaopinga o reformach. Dziś o marszałku uczy się dzieci w chińskich szkołach, ale bardziej o jego roli w wojnie koreańskiej i wczesnych latach ruchu komunistycznego, niż o buncie wobec Mao.

Niestety, tragedia jednostki, czyli odważnego marszałka Peng Dehuaia, nie była jedyna. Wręcz odwrotnie, tragedia dotknęła cały naród i weszła do historii powszechnej jako "wielki głód", ale w podręcznikach chińskich nadal jest eufemistycznie określana jako "trzy lata narodowej tragedii". Tylko dzięki zasługom odważnych jednostek, jak samodzielny badacz tego zagadnienia, motywowany śmiercią własnego ojca podczas tego głodu, Yang Jisheng, któremu udało się opublikować wyniki swych dociekań w Hongkongu, a potem na Zachodzie, jak też żmudnym studiom kilku badaczy, w tym przede wszystkim zamieszkałego od lat w Hongkongu Holendra, wspominanego już Franka Diköttera, który dotarł do wielu chińskich archiwów prowincjonalnych (w przeciwieństwie do centralnych nie do końca zamkniętych), dziś już wiemy, że doszło wówczas do narodowej tragedii i najpewniej największej klęski głodu w dziejach powszechnych. Ilość jego ofiar szacuje się od 36 mln (Yang Jisheng)31 do nawet 45 mln (Frank Dikötter)32. Niektórzy co odważniejsi chińscy autorzy, jak pochodzący z Kantonu Yuan Longping, zaczynają już napomykać, iż w istocie mieliśmy wówczas do czynienia z "chińskim holokaustem"33.

Znamy wiele relacji, jak to wówczas wyglądało. Znany pisarz Gu Hua w powieści Miasteczko Hibiskus widział to tak:

Nadszedł rok 1958 - rok "wielkiego skoku". Wszyscy ludzie od świtu wytapiali żelazo i stal. Wystrzelony został propagandowy satelita w ramach "doganiania świata". Władze okręgu i powiatu ograniczyły wielki handel, skrytykowały kapitalistyczne tendencje na wsi i w mieście. Targ w Hibiskusie odbywał się już nie co trzy dni, lecz tylko raz w tygodniu, potem raz na dziesięć dni, wreszcie dwa razy w miesiącu. W okresie stopniowego zmniejszania ilości targów, aż do całkowitego ich zaniku, głoszono, że zbudowano już socjalizm i wkracza się w raj komunizmu. Lecz mówiło się równocześnie, że stary Lao Wangye - Władca Niebios - spowodował nieurodzaj na polach, z czego skorzystali imperialiści, rewizjoniści i kontrrewolucjoniści. Progi komunizmu, który miał być rajem, okazały się zbyt wysokie. Skok nie był łatwy i szybko spowodował upadek. Do uprawy surowej, nie nazbyt urodzajnej ziemi doszły jeszcze gorzkie dni jedzenia z jednego wielkiego kotła jarzynowej zupy w kantynie komuny. A na targu były już tylko słodkie ciastka, plewy, pędy paproci, korzenie winorośli kudzu, kokosy ziemne - fuling, i nic więcej. Chude szkapy z długą sierścią, chudzi ludzie o ziemistej cerze. Cały kraj wraz z milionami prostych ludzi zapadł na ciężką chorobę34.

Z kolei Li Cunxin, "ostatni tancerz Mao", wyrwany z biednej wioski do rewolucyjnego zespołu artystycznego bezpośrednio pod egidą pani Jiang Qing (wkrótce negatywnej bohaterki całych Chin), opisywał swoje wczesne dzieciństwo w zapyziałej wiosce tak: "jedzono wszystko, co się ruszało, a czasem nawet gorsze rzeczy. Nieraz brakowało nawet kory drzew do jedzenia". Wiemy, że bywały nawet przypadki kanibalizmu, do czego świadectw dotarł Frank Dikötter, a bezpośrednio wspomina o tym jedna z rozmówczyń znanego i u nas pisarza, dysydenta i banity Liao Yiwu:

Wkrótce nic nie zostało do jedzenia. Musieliśmy szukać pożywienia w górach. Zbieraliśmy dzikie warzywa, korzonki, mchy, nawet korę drzew. Niektórzy wieśniacy wpadli w taką desperację, że wykopywali trupy i jedli ich mięso. Nawet buddyjscy mnisi polowali na szczury, żeby je zjeść. Wierzcie mi, panował powszechny chaos. Gdyby głód potrwał dłużej, jestem przekonana, że wieśniacy by nas zjedli. Dzięki Bogu przeżyliśmy35.

Podobnie widział to inny interlokutor Liao, który mówił:

To było w lecie 1959 roku, gdy panował powszechny głód. Zjedliśmy wszystko - korę z drzew, trawę i liście, takie rzeczy, których nawet zwierzęta nie chciały tknąć. Wiele osób zmarło na skutek zatrucia pokarmowego. Pewnego dnia trzy osoby z mojej grupy upadły martwe przy drodze. Przechodnie zdarli z nich ubrania. Martwi mieli odsłonięte zęby i wystawione języki, jakby wciąż byli głodni. Musieliśmy głęboko zakopać ich ciała, bo inaczej znów by ich wyciągnięto. Ludzie rzucali się na wszystko36.

Nic dziwnego, że Li Cunxin, któremu później udało się zrobić baletową karierę na Zachodzie, konkluduje:

Moja rodzina była bardzo biedna, ale w komunie trafiały się i biedniejsze. Kiedy przyszedłem na świat, wszędzie panowało ubóstwo, szerzyły się choroby. Trzy lata Wielkiego Skoku Mao i trzy lata niepogody zaowocowały jedną z największych klęsk głodu, jakie widział świat. Zmarło niemal trzydzieści milionów ludzi. A moi rodzice, jak wszyscy inni, rozpaczliwie walczyli o przetrwanie37.

Ofiar było dużo, miliony, a jednak nikt nie poniósł za "wielki skok" ani politycznej, ani prawnej odpowiedzialności. Owszem, polityk, który "skok" wywołał, czyli Mao, został nieco odsunięty na boczny tor, tracąc, na rzecz Liu Shaoqi, stanowisko głowy państwa i zachowując sobie tylko - bardziej honorowy niż faktyczny - tytuł Przewodniczącego KC KPCh. Oczywiście, jako osoba zakochana we władzy nigdy się z tym nie pogodził. Wracając do pełni politycznych wpływów, bo na scenie oczywiście nadal funkcjonował, rozpętał kolejny kataklizm o nazwie "wielka proletariacka rewolucja kulturalna" (wuchan jieji wenhua da geming). Starannie ją przygotował, wyczekał moment i dokonał politycznej zemsty oraz dintojry na przeciwnikach, poczynając od ludzi w kierowniczych gremiach i szeregach KPCh oraz na Liu Shaoqi, który śmiał zająć jego miejsce38. Mao uruchomił wtedy tkwiące w społeczeństwie rezerwy, spuścił ze smyczy młodzież, zapraszając ją do "deptania autorytetów". Narodziła się Czerwona Gwardia, której chińskie pojęcie hong weibing, weszło do światowej literatury, a nawet języka polskiego jako "hunwejbin", czyli młodociany, zapalczywy i niepohamowany lewak, gotowy rozdawać ciosy wszystkim wokół, poczynając od własnych rodziców i nauczycieli, gdyż myślą inaczej.

Mao rozprawił się też przy tej okazji z poprzednią polityką "porządkowania" (tiaozheng) po "wielkim skoku", którą wzięło na siebie trio: Zhou Enlai, Deng Xiaoping i Liu Shaoqi. Ten ostatni przejął odpowiedzialność za Partię i państwo, podczas gdy Mao w tym czasie, jak na cesarza przystało, oddawał się ulubionym rozrywkom, czyli nocnym zabawom z paniami, najczęściej młodymi i nierzadko występującymi w grupie, co jest już dzisiaj faktem dobrze udokumentowanym (choć w samych Chinach skrzętnie ukrywanym), począwszy od ważnych wspomnień jego osobistego lekarza Li Zhisui. Mao pisał też wtedy, z rzadka, ulubione poezje, a najchętniej oddawał się innemu ulubionemu zajęciu - intrygowaniu. Cały czas zastanawiał się nad tym, jak usunąć politycznych rywali i triumfalnie wrócić na piedestał jako niekwestionowane "czerwone słoneczko". Gdy trzeba - spiskował, cały czas knuł intrygi i zaczytywał się w klasycznej chińskiej literaturze, gdzie pomysłów na pozbywanie się - prawdziwych lub wyimaginowanych - przeciwników znajdował co niemiara.

Inni w tym czasie ciężko pracowali. Szczególnie faktycznie rządzący Chinami po "wielkim skoku" wspomniany triumwirat: Przewodniczący ChRL, czyli głowa państwa (czego Mao nie mógł ścierpieć) Liu Shaoqi, sekretarz generalny KC KPCh Deng Xiaoping oraz premier Zhou Enlai. O tych dwóch ostatnich już wtedy zaczęto przebąkiwać, iż stanowią "frakcję pragmatyczną" w chińskim kierownictwie, są gremium nie tyle ideologów, jak Mao czy nawet Liu, ile trzeźwych i praktycznych administratorów, jak to wielokrotnie w chińskich dziejach przy cesarzach bywało. To wówczas w 1962 roku Deng Xiaoping, korzystając z ludowej mądrości rodzinnej prowincji Sichuan (Syczuan), ukuł swe najbardziej głośne i nośne hasło, będące zarazem przesłaniem jego pragmatycznego podejścia do życia: "nieważne czy kot jest biały czy czarny, ważne, żeby łowił myszy"(w syczuańskim oryginale jeden z tych kotów był żółty). Natomiast premier Zhou Enlai w 1965 roku wyszedł z koncepcją "czterech modernizacji" (rolnictwa, przemysłu, obrony narodowej oraz nauki i oświaty) w państwie39, czego jednak nie zdołał przekuć w prawdziwy program polityczny. Powróci do niego, na krótko, Deng, gdy dojdzie do samodzielnej władzy.

Na przeszkodzie ambitnym celom gospodarczym i modernizacyjnym "pragmatyków" stanął Mao, który owszem, usunął się nieco w cień, ale zarazem nawet nie ukrywał, że ma zupełnie inne cele i wizje dotyczące aktualnych realiów, a tym bardziej przyszłości kraju. Przy pomocy następcy Peng Dehuaia na czele wojska, marszałka Lin Biao, budował jeszcze większy kult jednostki niż w okresie poprzednim, do czego wykorzystano, skompilowany pierwotnie przez Lina na potrzeby wojska, cytatnik z dzieł Mao, ogólnie znany pod nazwą "czerwonej książeczki" (xiao hong shu), która wkrótce została wydana we wszystkich możliwych językach, włącznie z polskim, i osiągnęła największy nakład na świecie obok Biblii. To wówczas dzieci w szkołach skandowały: "Mama jest droga, tata jest drogi, ale najdroższy ze wszystkich jest Przewodniczący Mao". Albowiem ten ostatni termin - Mao Zhuxi - niedawne niemowlaki, jak wiemy, poznawały równie szybko, jak imiona rodziców.

Wszystko w ramach tej kampanii podporządkowano jednemu celowi: powrotowi Mao do władzy. Przy pomocy osób usłużnych, nie tylko Lin Biao, ale też swej małżonki, pani Jiang Qing, z którą już od dawna nie dzielił łoża, a jeszcze dawniej odsunął w cień, a teraz pozwolił jej, byłej aktorce, zagrać życiową rolę, Mao osiągnął swój cel. Wiosną i latem 1966 roku triumfalnie wrócił na sam środek politycznej sceny, wywołując kolejny wielki ferment w państwie, czyli wspomnianą - barwną, ale okrutną - "rewolucję kulturalną". Chcąc pozbyć się elit, postawił na lud, a w szczególności na młodzież. Nie tylko wsparł Czerwoną Gwardię, ale sam ostentacyjnie włożył na ramię opaskę hunwejbina, a w okresie od 18 sierpnia do 26 listopada 1966 roku spotykał się na placu Tiananmen z młodzieżą aż osiem razy, w kilku przypadkach sprowadzając na plac do miliona ludzi i wzbudzając masowy ferment i histerię. Hunwejbini oraz ich młodsze wcielenie - caofanowie, czyli młodsi harcerze, tylko bardzo bojowi i "rewolucyjni", siali odtąd niebywały zamęt na obszarze całego kraju. Strat losowych, ludzkich, materialnych przez nich wywołanych chyba już nikt nie policzy. Spustoszenie, materialne i duchowe, było powszechne.

Tym samym Mao zgotował narodowi chińskiemu kolejne nieszczęście, oczywiście i tym razem poczynając od nieszczęść jednostek. Nie jest bowiem żadnym zaskoczeniem i przypadkiem, że "pierwszą osobą w państwie, kroczącą kapitalistyczną drogą" został Liu Shaoqi, traktowany jako "jednostka antagonistyczna", a drugą taką osobą Deng Xiaoping, jednak jemu, jako "osobie nieantagonistycznej" Mao chciał jedynie pokazać miejsce w szeregu. Tylko Zhou Enlai, który zgodnie ze swym zwyczajem umiejętnie lawirował, był względem dominującego Mao wręcz służalczy, ale płacił za to wysoką cenę polityczną oraz - jak się później okazało - własnego zdrowia40.

Liu Shaoqi skończył tragicznie, umierając po ciężkiej chorobie i w mękach w więzieniu w Kaifengu w listopadzie 1969 roku. Relacje, jakie na ten temat później do nas dotarły, są wstrząsające: miał ropiejące odleżyny, jego ciało z braku higieny zaczęło gnić, nie pozwalano mu zmieniać bielizny, obcinać włosów, golono pod przymusem, a na koniec - mimo wysokiej gorączki - zamknięto go w betonowym bunkrze, odcinając od wszelkiej opieki. W takich okolicznościach i takim stanie, po niewiarygodnych cierpieniach zmarł. Jego ciało skremowano, urnę z numerem 123 i fałszywym nazwiskiem odstawiono na bok, a w dokumencie zgonu napisano "bezrobotny"41. Jego popularna w okresie sprawowania władzy małżonka Wang Guangmei, a przez to osobisty wróg zaciekłej i zapiekłej Jiang Qing, najpierw była poddawana upokarzającym i brutalnym przesłuchaniom przez Czerwoną Gwardię, a potem spędziła 12 lat w spartańskich warunkach i maleńkiej jednoosobowej celi w pekińskim więzieniu Qincheng, znanym z surowego rygoru. Wyszła stamtąd w 1979 roku (zmarła w 2006).

Młodsze pokolenie Chińczyków tych szczegółów nie zna. Natomiast mnie zastanawia, jak się czują ci, raczej niezbyt liczni, którzy wiedzą, a jednak patrzą, oglądają i nie protestują, gdy w wielkich alejach handlowych, pekińskim Wangfujingu czy szanghajskiej ulicy Nankińskiej oglądają dziś zgodnie wiszące obok siebie portrety Mao, Zhou i właśnie Liu jako "założycieli KPCh"? Wynika stąd wniosek jeden, niepodważalny: prawda Partii stoi wyżej od prawdy obiektywnej. To przesłanie jest jasne - i tak właśnie je się w ChRL czyta. Nieważne ofiary, ważna jest linia Partii (to nic, że często się zmieniająca).

Nieco lepiej ułożyły się losy innej ofiary "rewolucji", maleńkiego wzrostem (zaledwie 152 cm), ale wielkiego duchem Deng Xiaopinga, a to dlatego, że przeżył. Z opublikowanych w Chinach wspomnień jego córki, dwóch wybitnych jego biografii wydanych na Zachodzie, Ezry F. Vogela (ta, okrojona przede wszystkim o okres 1989 roku, ukazała się ostatnio także w ChRL) oraz Alexandra V. Pantsova i Stevena I. Levine'a, a także cennej pracy po rosyjsku Wiktora Usowa, doskonale wiemy, dlaczego przetrwał, najpierw w areszcie domowym na terenie Zhongnanhai, a potem na zesłaniu na głębokiej prowincji w prowincji Jiangxi. Po pierwsze, bo Mao tak chciał. Przewodniczący wielokrotnie dawał do zrozumienia, że przypadek Liu Shaoqi jest "beznadziejny", natomiast Dengowi, dotychczas tylekroć wiernie wykonującemu jego polecenia, postanowił "dać nauczkę". Ten natomiast, jakby czując swoją szansę, pisał do Mao i jemu najbliższych (choć nie do Jiang Qing), upokarzające samokrytyki, co Mao uwielbiał.

Wstrząsająca relacja córki Deng Rong (Deng Maomao), praktycznie jedynego możliwego świadka losów Deng Xiaopinga z tych lat wygnania, pokazuje człowieka całkowicie odizolowanego od świata, niekontaktującego się z nikim, pozbawionego wszelkich luksusów, biednego (gażę partyjną też mu w dużym stopniu odebrano) i żyjącego skromnie (także z uprawy własnego ogródka), ograniczonego do samotnego życia w domu z żoną (dzieci przybyły dopiero później i też nie na stałe), początkowo niemającego nawet radia i utrudniony dostęp do jedynej partyjnej gazety. Osamotniony Deng poprzestawał na pracy w nieodległym zakładzie, dokąd chodził pieszo i bawił się w montera i ślusarza (którym w młodości był). Jego aktywność w domu, oprócz ogródka, ograniczała się do palenia w piecu i palenia papierosów (też je reglamentował), jak też "chodził w kółko po domu robiąc szybkie kroki, cały zamyślony"42. To wówczas, jak wszystko na to wskazuje, dojrzał do decyzji, które przyszło mu wcielić w życie po latach. Zbuntował się przeciwko temu, że ChRL i jej mieszkańcy są tak potwornie biedni, a niedawno ginęli z głodu, podczas gdy Chińczycy poza granicami kraju - w Hongkongu, na Tajwanie, w Singapurze czy diasporze - są tak bogaci. Postanowił ten stan zmienić, a tym samym stał się rewizjonistą negującym idee oraz rewolucyjne pomysły Mao, zawarte w obowiązującym kanonie Mao Zedong sixiang.

Swoją polityczną szansę Deng Xiaoping zwietrzył dopiero po kilku latach odosobnienia i zesłania, a mianowicie wtedy, gdy Mao został zdradzony przez wykreowanego na "oficjalnego zastępcę i następcę" w 1969 roku marszałka Lin Biao. Po bardzo źle przygotowanym i nieudanym zamachu stanu, w do dziś nie w pełni wyjaśnionych okolicznościach, marszałek próbował uciec z żoną i synem pilotującym samolot do ZSRR i zginął w katastrofie lotniczej na terenie Mongolii, jak utrzymuje oficjalna chińska historiografia (chociaż są też spekulacje, iż wcześniej został rozstrzelany, a wypadek lotniczy sfingowano, co jednak wydaje się być scenariuszem mniej wiarygodnym). Wykorzystał ten moment prowadzący sprawy państwa zręczny administrator Zhou Enlai i wzmocnił swoją pozycję. A kiedy wkrótce okazało się, że on sam zachorował na raka, przekonał Mao, że Deng Xiaoping powinien wrócić do polityki i administrowania krajem. W ten sposób, po decyzji Mao przekazanej mu pod koniec stycznia i powrocie pociągiem z Jiangxi do Pekinu 22 lutego oraz wcześniejszych spotkaniach z Zhou Enalaiem 28 marca i samym Mao w dniu następnym43, niespodziewanie dla Chińczyków i świata zewnętrznego, 12 kwietnia 1973 roku na przyjęciu dyplomatycznym na rzecz przebywającego wówczas w Pekinie księcia, potem króla Kambodży, Norodoma Sihanouka, Deng pojawił się - tak jak gdyby nic się nie stało! - wśród zebranych gości, wywołując naturalną sensację. Z uśmiechem na twarzy, jak dowodzą zdjęcia z tego dyplomatycznego rautu, wrócił do życia publicznego i politycznego po prawie siedmiu latach osobistej gehenny.

W miarę postępów choroby Zhou, ale też Mao, któremu - jak jednoznacznie zaświadczają źródła - zdrada Lin Biao najwyraźniej ostatecznie podkopała zdrowie44, Deng ponownie wyrósł na pierwszą osobę zarządzającą w państwie. Pełne obowiązki przejął stopniowo w lutym i marcu 1975 roku. Jako nowy administrator szybko zaproponował szereg rozwiązań reformatorskich w rolnictwie, przemyśle (18 sierpnia przedłożył, głośne wtedy, 20 punktów, mówiących o konieczności wzrostu produkcji i uporządkowania sytuacji w tej dziedzinie), a nade wszystko oświacie i nauce, przywracając, w miarę ówczesnych możliwości, nieco pragmatyzmu i ponownie, jak po "wielkim skoku", przystosowując Chiny do realiów. Problem polegał na tym, że żył jeszcze Mao, a pod jego kuratelą kwitła grupa przywódców wiernie kontynuująca lewacką linię "rewolucji kulturalnej", która to grupa z czasem zyskała złośliwe miano "bandy czworga" (si ren bang), z Jiang Qing na czele. Co ciekawe, termin ten ukuł sam Mao, a nie ich przeciwnicy.

To ci przywódcy, pod przykrywką nowej kampanii, nazwanej "krytyką Lina i krytyką Konfucjusza" (pi Lin, pi Kong)45 w istocie uderzali w pragmatycznego i schorowanego Zhou Enlaia, a tym bardziej jego protegowanego, Denga. Zhou zdobył się jedynie na powtórzenie swojego programu sprzed "rewolucji", czyli koncepcji "czterech modernizacji" (si ge xiandaihua), ogłoszonego w styczniu 1975 roku w dorocznym Raporcie o pracy rządu. Był to jego polityczny testament i ostatnie publiczne wystąpienie. W tym celu wstał ze szpitalnego łóżka, ale odczytał jedynie jedną kartkę, resztę przeczytali inni, bo on już nie miał sił. Potem wrócił do szpitala, gdzie po roku, 8 stycznia 1976, zmarł.

W tym czasie, czyli w 1975 roku, krajem faktycznie administrował Deng Xiaoping, stawiając sobie za cel realizację programu "czterech modernizacji". Wobec otwartej obstrukcji ze strony lewaków, miał jednak tylko tyle sił, woli i zwolenników, że skoncentrował się wówczas na zaledwie jednej, czwartej modernizacji: nauce i oświacie. Przywracając do życia działalność Chińskiej Akademii Nauk, mówił we właściwy dla siebie, dosadny sposób: "Akademia Nauk jest akademią nauk, a nie akademią produkcji czy edukacji. To nie jest akademia uprawy kapusty, to nie jest akademia uprawy fasoli. To ma być akademia, która zajmuje się nauką, a w szczególności naukami ścisłymi"46.

Postawił na naukę, bo jako przekonany i trzeźwy pragmatyk musiał znać maksymę przypisywaną Konfucjuszowi: "Jeśli planujesz rok do przodu, siej ryż. Jeśli na dziesięć lat, sadź drzewo. Natomiast jeśli myślisz o stu latach i następnych pokoleniach, kształć dzieci". Deng Konfucjusza i konfucjanizm niejednokroć zwalczał, ale w swoim długim życiu nie raz dał też dowody, że najważniejsze są dla niego realia i rozwój, a nie ideologie. A po długim zesłaniu na wieś miał jasność, że Chiny nie wyjdą z biedy, jeśli nie powrócą do kształcenia młodych i do wysokiej jakości tego kształcenia.

Zamiast więc wysyłać na wieś kolejnych "bosonogich lekarzy", czyli przyuczonych na szybkich kursach co najwyżej asystentów medycznych, którym kazano pełnić role prawdziwych lekarzy, już wtedy, w 1975 roku Deng kazał wracać do egzaminów wstępnych do szkół i zaprzestać wiązania nauki z pracami w polu. Kiedy jednak w roku następnym znów popadł w niełaskę, efekt był taki, że wspierający go w tych działaniach ówczesny minister edukacji Zhou Rongxin musiał za to zapłacić najwyższą cenę - wiosną 1976 roku nie zdzierżył wymierzonych w niego ataków, podczas partyjnego przesłuchania zasłabł i w wieku 59 lat zmarł47. Albowiem w tym czasie Deng był już ponownie ostro atakowany.

Stało się tak dlatego, że Zhou Enlai, nieformalny, ale faktyczny przywódca "pragmatyków", zmarł przed Mao, któremu, jak się okazało, pozostało jeszcze zaledwie osiem miesięcy życia. Deng stracił "parasol" i znowu wpadł w sidła lewaków spod znaku "bandy czworga". Jego sytuacja, podobnie jak całego kraju, zmieniła się dopiero wtedy, gdy 9 września tego samego - burzliwego i newralgicznego 1976 roku - odszedł sam Mao.

Zostawił on za sobą przebogatą spuściznę i z nią, jak się okazuje, ani KPCh, ani ChRL nie potrafią sobie do końca poradzić do dziś. Chodzi przecież o twórcę "dynastii", który - czego nie ukrywano - w końcówce życia popełnił niemałe błędy. Owszem, Partia, pod osobiste dyktando Deng Xiaopinga, 27 czerwca 1981 roku sformułowała, obowiązującą do dziś i uczoną w szkołach, wersję własnej historii. Podyktowała też własną opinię o Mao, zgodnie z którą: "towarzysz Mao Zedong, jak wiele innych znamienitych osobistości nadających bieg historii, miał niedociągnięcia i popełniał błędy. Szczególnie w ostatnich latach życia, gdy tak długo był podziwiany i kochany przez całą Partię i naród, nadmiernie uwierzył w siebie i coraz bardziej odrywał od rzeczywistości i mas, jak też, w szczególności, od kolektywnego kierownictwa Partii i często odrzucał, a nawet prześladował słuszne poglądy, które różniły się od wyznawanych przez niego".

Natomiast za największy błąd jego życia uznano "rewolucję kulturalną", o której napisano w tym - obowiązującym do dziś co do oficjalnych ocen - dokumencie tak:

Rzeczywistość dowiodła, że wielka "rewolucja kulturalna" nie była i nie mogła być w żadnym znaczeniu ani rewolucją, ani postępem społecznym. Nie doprowadziła wcale do chaosu u wrogów, a jedynie wprowadziła chaos we własnych szeregach, dlatego też nie była "wielkim zamętem w państwie", który doprowadził do "rządów wielkiego ładu"[...] Dokonywanie w warunkach socjalizmu politycznej rewolucji zwanej "obaleniem jednej klasy społecznej przez inną" również nie znajduje ani ekonomicznego, ani politycznego uzasadnienia. Nie może ona wytyczyć żadnego konstruktywnego programu, może tylko spowodować poważny chaos, zniszczenia i regres. Historia już oceniła jasno: "rewolucja kulturalna" była zainicjowana przez błąd kierującego, wykorzystana przez kontrrewolucyjne kliki i przyniosła Partii, państwu i całemu ludowi wszystkich narodowości poważny, katastrofalny chaos48.

Jeszcze zwięźlej ujął kwestie roli Mao w historii i jego poważnych błędów w końcowych latach życia, zawsze dosadny Deng Xiaoping w głośnym wywiadzie udzielonym w sierpniu 1980 roku włoskiej dziennikarce Orianie Fallaci. Nawiązując do słów samego Mao i jego oceny historycznej roli Stalina, ocenił, że Mao "w 70 proc. miał rację, a w 30 proc. popełniał błędy"49. Są jednak przywódcy chińscy, nie mówiąc o tamtejszych ekspertach i analitykach, którzy cały okres od czasu "wielkiego skoku", a więc ostatnie niemal 20 lat życia Mao uważają za "wielką katastrofę". Twierdzą, jak na przykład raczej lewicujący wicepremier (w latach 1975-1978) Ji Dengkui, że "lepiej by było, gdyby Mao umarł w 1957, a nie w 1976 roku"50. Trudno tej ocenie odmówić racji.

Zanim jednak przejdziemy do dalszej narracji, spróbujmy sporządzić swego rodzaju inwentarz rządów Mao i jego znaczenia w dotychczasowej historii współczesnych Chin, bo to czynniki ciągle niezmiernie ważne jako punkty wyjścia i odniesienia dla całego procesu chińskich reform i transformacji, będących głównym przedmiotem zainteresowania tej książki. Albowiem czy się to komu podoba, czy nie, to bez uwzględnienia roli Mao i doświadczeń epoki jego rządów w partii (od 1935) i w państwie (1949-1976) niczego należycie także w dzisiejszych Chinach nie da się zrozumieć. Oczywiście, każdy wybór przy tak bogatej spuściźnie musi być skazany na subiektywizm, albowiem o prawdziwą bezstronność przy ocenie postaci tak niejednoznacznej i wielowymiarowej jest niezmiernie trudno.

Jego złożoną osobowość, a przede wszystkim wady kryjące się w skomplikowanej psychice, dobrze uchwycili dwaj jego polscy biografowie, Waldemar J. Dziak i Jerzy Bayer, pisząc, że Mao, szczególnie przy końcu życia, cechowały: "pycha, poleganie tylko na własnym doświadczeniu i intuicji, postępujące indywidualizm i arbitralność, naruszanie zasad kolektywnego kierownictwa, centralizacja władzy, podejmowanie decyzji bez pełnej konsultacji (z innymi członkami kierownictwa), a także tolerowanie i inspirowanie kultu własnej osoby, mylonego z autorytetem"51.

Natomiast w wymiarze historycznym czy dziejowym jest już więcej niż pewne, że Mao odcisnął swe piętno na praktycznie wszystkich dziedzinach chińskiego życia. W ramach krytycznego podsumowania jego dokonań przede wszystkim należy wskazać, jak się wydaje, na następujące kwestie:

Pozycja geostrategiczna Chin. Mao dał państwu poczucie wielkości i samodzielności po klęskach i turbulencjach poprzednich "stu lat narodowego poniżenia". Sam nadzorował podporządkowanie i podbicie Tybetu, sam prowadził, gdy nadszedł odpowiedni czas, rozmowy z Amerykanami (Henry Kissinger, prezydenci Richard Nixon i Gerald Ford), na wspólnej płaszczyźnie wymierzonej przeciwko ZSRR w ramach "strategicznego trójkąta", co podnosiło rangę tego ciągle jeszcze zacofanego państwa, a przy okazji pozwoliło wypchnąć Tajwan, czyli kontynuację rządów Republiki Chińskiej (1912-1949), po wojnie koreańskiej reprezentujący Chiny w ONZ i Radzie Bezpieczeństwa, na pozycje politycznego pariasa. Jego sformułowana późno, dopiero w 1974 roku, "teoria trzech światów" (san ge shijie de lilun)52 dowodziła, że Chiny pretendowały też do roli najważniejszego na świecie państwa rozwijającego się. Mao jako mąż stanu dał więc Chinom, poprzednio rozbitym i zdewastowanym, pogrążonym w konfliktach wewnętrznych i poddanym obcej presji, poczucie dumy i rangi - wielkiego państwa o nie mniejszych tradycjach, ambicjach i potencjale. Nic dziwnego, że pod rządami tej "dynastii" spod znaku KPCh jego portret wisi w bramie Tiananmen, u wejścia do Gu Gongu, dawnego Zakazanego Miasta, czyli pałacu cesarskiego, a jego podobizna znajduje się na najpopularniejszym, 100-juanowym banknocie. Pozycja Mao jako założyciela "nowych Chin", wydaje się być niezagrożona - przynajmniej dopóty, dopóki rządzi KPCh. Jak to ujął jeden z doświadczonych partyjnych aparatczyków, a potem krytyków KPCh, Li Rui: "Dopóki istnieje Partia, będzie trwał wpływ Mao"53.

Ideologia KPCh i ChRL. Do dzisiaj jego koncepcje są nauczane i narzucane uczniom i studentom, z różną mocą w zależności od okresu, jako obowiązujący kanon "myśli Mao Zedonga". Wszedł on nawet, jako obowiązujący, do chińskiej Konstytucji. Tyle tylko, że za życia Mao kanon ten rozumiano i interpretowano inaczej, niż robią to jego następcy. Dla samego Mao kluczowe były takie pojęcia, jak "nieprzerwana rewolucja" ("rewolucja to nie proszony obiad"), walka klasowa jako węzłowe ogniwo, "linia mas" (bo "masy przyzwyczaiły się organizować na modłę wojskową, pracować jak aktywista i żyć kolektywnie")54, a więc stale przez niego podkreślany ścisły związek z masami, a nie elitami, komunistyczny z ducha egalitaryzm (ale majątkowy, nie duchowy), koncepcja "trwałej wojny" z przeciwnikami wszelkiej maści (wewnątrz i na zewnątrz kraju). Jego następcy eksponują natomiast "chińskość" marksizmu w jego wydaniu, wielki "patriotyzm" zawarty w jego pracach, poświęcenie dla Ojczyzny i jedności państwa. Z kolei eksperci zagraniczni, chociaż podzieleni co do oceny jego roli i znaczenia, na ogół podkreślają, iż "myśli Mao" były z natury lewackie, populistyczne, dogmatyczne, a cała jego twórczość i działalność prowadziły do autokracji i "Orwellowskiej utopii", chyba najlepiej opisanej przez niedawno zmarłego belgijsko-australijskiego sinologa Simona Leysa (Pierre'a Ryckmansa), który też wskazywał, nie będąc w tej ocenie odosobnionym, że głównym motorem wszelkich działań Mao była nigdy nienasycona żądza władzy55.

Polityka i ustrój państwa. Polityka i władza to były ulubione dziedziny i żywioł Wielkiego Sternika. Kochał (niepodzielną) władzę i nie oddał jej aż do śmierci. Chcąc po nią sięgnąć, nie wahał się przed niczym. Bezpardonowo niszczył politycznych przeciwników, z których dałoby się stworzyć cały legion. Ulubionym jego bohaterem, z czym się nie krył, a nawet tym chełpił, był Qin Shihuang, pierwszy cesarz, który zasłynął z okrucieństwa i spalenia konfucjańskich ksiąg56. Mao postępował podobnie, dlatego pierwszego cesarza jako tyrana niejednokrotnie chwalił, szczególnie w końcowych latach życia, w okresie "rewolucji" naśmiewał się wręcz, że Qin Shihuang spalił żywcem "tylko" 460 uczonych, podczas gdy on skazał na poniewierkę tysiące z nich57. Tym samym trafiał w samo sedno chińskiej cywilizacji politycznej, którą celnie ujął politolog i historyk Yan Jiaqi, po ważnej książce na temat "rewolucji kulturalnej", napisanej z żoną, traktowany w ChRL jako podejrzany dysydent, choć niewięziony. Stwierdził on, mając na uwadze dzieje swego kraju i cywilizacji, że "w Chinach myśli tylko jeden człowiek"58, tzn. Cesarz lub Wielki Sternik. Ale on też podejmuje decyzje, a gdy trzeba, eliminuje inaczej myślących. Mao przez całą długą polityczną karierę niemiłosiernie tępił przeciwników i wrogów, był w każdym wymiarze woluntarystyczny i autokratyczny, nie znosił sprzeciwu i odmiennych opinii lub poglądów. Pod koniec życia w istocie wywołał anarchię i zdewastował chińską kulturę oraz życie intelektualne, doprowadzając do katastrofy w nauce i oświacie. Odizolował kraj, a na zewnątrz chciał eksportować rewolucję (w jednym przypadku, Kambodży Pol Pota, to się udało...). Model, jaki stworzył za życia, a szczególnie pod jego koniec, to był niebywały kult jednostki, posłuszeństwa i poddaństwa, hierarchii, autorytaryzmu i totalitaryzmu opartego na strachu i donosicielstwie. "Komunizm" to była tylko oficjalna otoczka, w istocie był to nadal klasyczny feudalizm i despotia, nieznosząca sprzeciwu i tępiąca każdą próbę oderwania się od obowiązującego kanonu. Jego biografowie, chińscy i zagraniczni, mocno dzielą się co do jego politycznej oceny. Dobrą dał wspominany Ross Terrill, opisując go tak: "Mao nie był ortodoksyjnym marksistą. Z czasem można było go postrzegać jako populistycznego dyktatora, którego myśli zawierały w sobie różne elementy anarchizmu, konfucjanizmu, marksizmu i faszyzmu"59. Ta myśl, mówiąca o synkretyzmie ideowym Mao, jest trafna. To była postać złożona, niejednoznaczna i na pewno nie jednowymiarowa, a więc nie "masowy morderca", jakiego próbuje kreślić znana i u nas jego biografka, niestroniąca od emocji w sądach, Jung Chang60.

Gospodarka. Mao na gospodarce się nie znał, nie zajmowała go. Już wiemy, że gdy raz się do niej aktywnie włączył, powodując "wieki skok", przyniósł katastrofę. A niemniejszą katastrofą, także gospodarczą, była "rewolucja kulturalna". Owszem, jak świadczą dane, w "epoce Mao" doszło w Chinach do industrializacji, narodził się przemysł ciężki, chemiczny, stoczniowy czy energetyka, ale pogrążony w chaosie w okresie "lewackiego odchylenia" kraj nie dźwignął się produkcyjnie i cywilizacyjnie tak, jakby mógł. Gdy Mao dochodził do władzy, ChRL - według danych powszechnie uznawanych za wiarygodne, przedstawionych przez statystyka i ekonomistę OECD, dziś już nieżyjącego Angusa Maddisona - dawała niespełna 5 proc. światowego PKB (4,5 proc. według pierwszych własnych danych z 1952 roku). Był to dowód ogromnej ceny, jaką Chiny zapłaciły za "sto lat narodowego poniżenia", bowiem według tych samych obliczeń, w 1820 roku, a więc przed wojnami opiumowymi, które zawieruchę i nieład w państwie zainicjowały, Chiny dawały światu aż 32,9 proc. a więc jedną trzecią globalnego PKB!

Tymczasem po rządach Mao nic się nie zmieniło i w 1978 roku, tuż przed reformami Denga, Chiny dawały 4,8/4,9 proc. światowego PKB61. W sensie statystycznym mieliśmy więc do czynienia ze stagnacją, chociaż w wymiarze praktycznym pewien postęp notowano, tyle tylko, że konsumował go wysoki przyrost naturalny, a na dodatek dużym obciążeniem dla budżetu stawał się fakt szybkiego wzrostu długości życia - z 34 lat jeszcze do połowy lat 50., do 64 lat w 1978 roku62. Albowiem w "epoce Mao", gdy najważniejszy Wódz wysoki przyrost forsował, a sprzeciwiającego się mu pod tym względem demografa, rektora Uniwersytetu Pekińskiego profesora Ma Yinchu szybko usunął, ludność ChRL wzrosła z 598,574 mln osób w 1955 roku, gdy przeprowadzono pierwszy spis powszechny, do 977,837 mln w roku 1980, gdy przeprowadzono kolejny taki spis63. Tak więc po rewolucyjnej epoce Mao Chiny stały się jeszcze bardziej przeludnione, ale nie nowoczesne, a tym bardziej wydajne. Były też państwem zamkniętym, odizolowanym od świata i rynków, wręcz autarkicznym, czego dowodem fakt, że liczący blisko miliard mieszkańców kraj w 1978 roku, u progu reform, zamknął obroty handlowe z zagranicą sumą zaledwie 20,6 mld dolarów, co dawało wówczas 32. pozycję na świecie i udział w światowym handlu rzędu zaledwie jednego procenta64. Inny wyróżnik tamtej siermiężnej rzeczywistości, to powszechny system kartkowy, racjonowanie węgla, mydła, papierosów, zboża, mięsa, żywności (kartki rozdawano co miesiąc, m.in. na olej, tofu, jajka czy cukier), a nawet przydzielanych okresowo kuponów na odzież, bawełnę i inny sprzęt, które trzeba było zbierać i kolekcjonować, gdyż: 10 kuponów starczyło na maszynę do szycia, 7 na radio, 6 na zegarek, 5 na skórzane buty, a od siedmiu do dziesięciu na rower65, czyli podstawowy środek lokomocji. Sam ten system jeszcze pamiętam z czasów, gdy tam na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego stulecia studiowałem, chociaż oczywiście jako obcokrajowiec bezpośrednio mu nie podlegałem, ale kartki w obrocie widziałem wielokrotnie. System ten został ostatecznie zlikwidowany dopiero w grudniu 1993 roku, po 38 latach funkcjonowania. Był on dowodem na to, iż Chiny cierpiały na klasyczną chorobę systemu komunistycznego, świetnie zdefiniowaną przez znanego węgierskiego ekonomistę Jánosa Kornaia pod nazwą "gospodarka niedoboru".

Oczywiście, jako państwo ortodoksyjnie komunistyczne, a zarazem totalitarne, ChRL w epoce Mao jak najbardziej zabiła też rynek, uśmierciła prywatną gospodarkę i inicjatywę, znacjonalizowała i upaństwowiła dosłownie wszystko, a po 1958 roku skoszarowała i skomunizowała także rolnictwo, zamieniając chłopów w robotników rolnych i prawdziwe trybiki w państwowej machinie, reagujące na rozkazy z góry niczym zdyscyplinowana armia. Natomiast nad procesami produkcji czuwali, zdefiniowani i dobrze opisani przez Milovana Dżilasa, partyjni biurokraci spod znaku nowej, czerwonej kasty rządzącej. Poza objętym specjalną troską przemysłem kosmicznym i nuklearnym (wybuch pierwszej chińskiej bomby atomowej - 16 października 1964, wodorowej - 17 czerwca 1967)66, w żadnej innej dziedzinie nie było prawdziwych menedżerów czy fachowców. Używając popularnej wówczas terminologii, "czerwony" był ważniejszy od "eksperta", bardziej liczyło się polityczne posłuszeństwo i ideologiczna ortodoksja, niż produkcja czy efektywność. Rządziła polityczna i ideologiczna utopia, a nie prawa rynku czy reguły ekonomiczne. Zamiast produkcją, zajmowano się propagandą, masowymi wiecami, sportem i powszechną gimnastyką, wkuwaniem na pamięć maksym i aforyzmów Mao, a nierzadko intrygami i donoszeniem na innych, czego władze na górze - zawsze z zaciekawieniem i wręcz niecierpliwością - oczekiwały.

Życie publiczne i społeczne, mentalność ludzi. Gospodarkę, poza przemysłem ciężkim i zbrojeniowym, w epoce Mao w dużej mierze albo zdewastowano, albo - jak rolnictwo - po prostu zamrożono i trzymano w niedorozwoju. Nadal było to społeczeństwo agrarne, bowiem na wsi zamieszkiwało pod koniec lat 70. około 83 proc. społeczeństwa. To tu najbardziej uwidoczniła się chroniczna choroba systemu: "bezwolne stojaki", czyli nadmiar rąk do pracy. Można to obejrzeć w filmie dokumentalnym Chung Kuo - Chiny Michelangela Antonioniego z 1971 roku67. Włoski reżyser trafił do zupełnie zamkniętych Chin doby "rewolucji" na zaproszenie tamtejszych władz, pragnących "ocieplić" swój wizerunek w ramach forsowanej wówczas "dyplomacji pingpongowej", przygotowując teren pod wizytę amerykańskiego prezydenta Richarda Nixona w ChRL (doszło do niej w lutym 1972). Nie przewidziały, że Włoch zachowa się niczym rasowy dokumentalista i powolnie prowadzoną kamerą pokaże tak dużo, w tym stojących z założonymi rękami wieśniaków, z rozdziawionymi ustami gapiących się w ujrzaną z całą pewnością po raz pierwszy w życiu kamerę. Gdzie nie obrócił się obiektyw, oni tam stali. Pracy najwyraźniej nie było, inicjatywy i szansy jej wykazania tym bardziej. Pozostało gapienie się, lub, co gorsza, wspomniane donoszenie na innych.

Jak na despotę przystało, Mao narzucał swą wolę i widzimisię w każdej możliwej dziedzinie: chciał Chin wielkich, zjednoczonych, mocarnych i nuklearnych, ale chciał też wielu dzieci w rodzinie i wielu kobiet (młodych) dla siebie. Cały kraj pogrążył w biedzie - świadomie. Zaszokował zebranych w Moskwie, gdzie udał się - po raz drugi i ostatni w życiu poza granice kraju - jesienią 1957 roku. Tam, nie bez pewnej racji z jego punktu widzenia, przekonywał zebranych, ku ich niebywałemu zdumieniu, iż "bieda w rzeczywistości jest dobra, albowiem im ludzie biedniejsi, tym bardziej rewolucyjni". A w innym miejscu, w 1955 roku twierdził: "Biedni chłopi muszą pracować nad średniakami i pokonać ich, przez co rewolucja z dnia na dzień poszerzy się, umożliwiając ostateczne zwycięstwo"68. Uważał też, że nadmiar bogactwa to "okropność" (sam, choć miał praktycznie wszystko do swej dyspozycji, w wymiarze materialnym żył skromnie). Chciał więc zarazem Chin ubogich i zacofanych, bowiem tym samym łatwiejszych do politycznej manipulacji. A przykładów tej ostatniej było wiele. Od wprowadzonego w połowie lat 50. systemu hukou, czyli indywidualnej rejestracji każdego obywatela, w praktyce przesądzającej o przywiązaniu go do miejsca zamieszkania i zakazującej mobilności społeczeństwa, po wszechwładzę lokalnych komitetów partyjnych, zwanych danwei, które zbierały od podwładnych wszelkie możliwe dane i wiadomości, a gdy trzeba, nie wahały się nawet zastosować zasady zbiorowej odpowiedzialności.

Jak w każdym systemie totalitarnym, królował strach, terror i donos, czego przykładów nawet w literaturze chińskiej można znaleźć na pęczki. Kto wie, czy z punktu widzenia praktyki i mentalności społeczeństwa nie najgorsze było jednak zjawisko, które w pełni ujawniło się podczas "wielkiego skoku", a mocno utrwaliło podczas "rewolucji kulturalnej". Zwięźle można ująć je tak: oszukuj, jeśli chcesz przeżyć, donoś na innych, chcąc uratować siebie. Innymi słowy, narodziła się podwójna moralność: oficjalnego posłuszeństwa wobec dyrektyw płynących z góry oraz nieoficjalnego kantowania na wszelkie sposoby po to, by przetrwać, uchować się i jakoś sobie poradzić w niełatwym, za to zazwyczaj ubogim i skromnym, życiu.

Naturalnie, ocen "epoki Mao" takich jak powyżej próżno szukać w oficjalnych publikacjach chińskich czy tym bardziej w tamtejszych podręcznikach. Co się więc w nich eksponuje jako osiągnięcia Mao? Pewną próbkę, pióra trzech autorów z ChRL się wywodzących, można znaleźć w pracy przetłumaczonej na polski i udostępnionej przez Wydawnictwo Adam Marszałek w Toruniu, specjalizujące się w tego typu publikacjach. W ich ocenie, co jest zbieżne z tezami zawartymi w chińskich podręcznikach szkolnych, w epoce Mao podniósł się poziom życia ludności, a poziom konsumpcji na wsi wzrósł z 62 juanów w 1952 roku do 125 juanów w roku 1976. W tym samym okresie roczna konsumpcja żywności na głowę mieszkańca wzrosła z 209 kg do 307,5 kg, a średnia długość życia mieszkańców niemal się podwoiła, od 35 lat przed 1949 rokiem do 65 lat w połowie lat 70.69

Oczywiście, niemal nikt nie powołuje się w ChRL na ówczesne dane chociażby ONZ, z których wynikało, że przeciętne dochody mieszkańca kraju, rzędu 160-165 dolarów rocznie, tylko niewiele przekraczały poziom dochodów mieszkańców Bangladeszu (140 dolarów) i były porównywalne z Indiami. W oficjalnych chińskich publikacjach nie ma też ani słowa oceny polityki czy ideologii Mao, jako że formalnie do dziś obowiązują jak niepodważalny kanon, co najwyżej uzupełnione o późniejsze oceny Deng Xiaopinga. Portret Mao wisi na bramie Tiananmen - tej samej, z tarasu której proklamował powstanie ChRL - i to wyjaśnia wszystko. W patriarchalnej z ducha i hierarchicznej z litery konfucjańskiej filozofii, postaci i koncepcji Ojca Dynastii jak dotąd się nie podważa. Koniec, kropka.

INTERREGNUM HUA GUOFENGA

Gdy w styczniu 1976 roku zmarł szanowany w społeczeństwie premier Zhou Enlai, wszyscy obserwatorzy wewnątrz i na zewnątrz Chin spodziewali się, że jego stanowisko obejmie wreszcie oficjalnie osoba pełniąca dotychczas jego obowiązki, czyli Deng Xiaoping, tym bardziej, że to on właśnie wygłosił mowę pogrzebową na uroczystości żałobnej, na której Mao - mimo dziesiątków lat współpracy i wspólnej walki - nawet się nie pojawił. Poczytny amerykański tygodnik "Time" dał wtedy okładkę ze znamiennym napisem: "Sukcesor Zhou: Deng Xiaoping" (używano wtedy jeszcze innej transkrypcji niż oficjalny pinyin, którym i ja się w tej pracy posługuję).

Stało się jednak inaczej, a przy okazji wymownie: 7 lutego 1976 roku nowo przybyły ambasador Wenezueli miał się spotkać z "osobą pełniącą obowiązki premiera", czyli Dengiem. Miast niego wyszedł ktoś mu zupełnie nieznany. Dopiero dzień później oficjalna agencja Xinhua (Nowe Chiny) ogłosiła decyzję Biura Politycznego KC KPCh (czytaj: Mao), że nowym premierem, urzędującym już od 26 stycznia, jest - wówczas 55-letni, więc młody jak na przywódcę - Hua Guofeng, osoba dotychczas poza Chinami praktycznie nieznana, a i w samych Chinach znana nie za bardzo. Okazało się, że jedyne referencje, jakie posiadał, to pochodzenie z tej samej prowincji co Mao, Hunanu, gdzie był lokalnym sekretarzem i zwrócił na siebie uwagę Wodza. Szybko przeszedł on do historii jako szef nowego ugrupowania, nazwanego fanshi pai, pochodzącej od ukutej przez niego, a symptomatycznej formuły: "cokolwiek powiedział Mao, jest słuszne". Na piedestał trafił więc kolejny lewak, a pragmatycy otrzymali potężny cios, symbolizowany ponownym zepchnięciem w cień Deng Xiaopinga, wówczas już szanowanego w społeczeństwie nie mniej, niż Zhou Enlai, uwielbianego za godne postępowanie w nieludzkich czasach "rewolucji kulturalnej" (wierność i głębokie podporządkowanie Mao mu wybaczano, bo taka była logika systemu). O tym, że wieją złe dla pragmatyków wiatry, jednoznacznie świadczył artykuł wstępny centralnego dziennika "Renmin Ribao" z 18 lutego, gdzie nazwano Denga "niepoprawną osobą kroczącą stale kapitalistyczną drogą" i co gorsza "bezceremonialnie prowadzącą do rozłamów w Komitecie Centralnym". Deng ponownie, jak za "rewolucji", stał się kozłem ofiarnym i osobą ściganą.

Charakter ustroju, pewność siebie lewaków, korzystających z namaszczenia i poparcia Mao, powszechny strach i brak przejrzystości mechanizmów rządzących życiem politycznym i społecznym sprawiły, że władze w Pekinie, a przede wszystkim wiekowy i chory Przewodniczący Mao, dały dowód zupełnego oderwania się od mas, z którymi rzekomo - jak przekonywał kiedyś André Malraux - miał być "sam na sam". W początkach kwietnia, gdy nadchodziło tradycyjne chińskie święto zmarłych, zwane Qingming, sygnały społecznego niezadowolenia, pojedynczo dochodzące już wcześniej, zamieniły się we wzburzoną falę i otwarty bunt, pierwszy tego typu w całych dziejach ChRL. Młodzież Pekinu, która masowo i z autentycznie wielkim entuzjazmem wiwatowała na cześć Mao w latach "rewolucji", teraz otwarcie wystąpiła przeciwko niemu.

Czara goryczy najwyraźniej przelała się, gdy 25 marca jeden z najważniejszych dzienników w Szanghaju, "Wenhui Bao", nazwał "osobą kroczącą kapitalistyczną drogą" Zhou Enlaia. Niemal natychmiast w tym mieście, jak też w pobliskim Nankinie ("południowej stolicy"), doszło do studenckich rozruchów, które wkrótce, przy okazji Qingming, przeniosły się do Pekinu i na plac Tiananmen. Albowiem w samym jego środku stoi do dziś Pomnik Bohaterów Ludowych, czyli tych, którzy walczyli o władzę KPCh, a na nim wyryto inskrypcję ze słowami Zhou (obok słów Mao). Dlatego to właśnie tam postanowiono zanieść i umieścić żałobne wieńce z wyrazami szacunku dla niedawno zmarłego. Pierwsze z nich umieszczono już 30 marca. Drugiego kwietnia, gdy na placu były już dziesiątki tysięcy zebranych, a żałobne wieńce pokryły cały rozległy podest Pomnika, do akcji ruszyły stołeczne władze, wydając zakaz publicznych zgromadzeń oraz składnia wieńców, co argumentowano w oficjalnym komunikacie następująco: "Nie idźcie na plac Tiananmen składać wieńców... Qingming jest poświęcony duchom. Upamiętnianie zmarłych to przestarzały zwyczaj"70.

Apele nie na wiele się zdały. Na placu było coraz więcej ludzi, a łącznie - jak się szacuje - wzięło w demonstracjach udział ponad 200 tysięcy osób. Był to pierwszy tego typu antyustrojowy bunt w całej historii ChRL, bo wcześniej, w latach "rewolucji kulturalnej", studenci licznie też tutaj demonstrowali, ale za Mao i z "czerwoną książeczką" w rękach. Natomiast wcześniej "prawicowcy" nigdy się na taką masową skalę nie zebrali.

Jak zwykle w Chinach, to powszechne wystąpienie było pełne symboli i jawnych lub ukrytych znaczeń lub podtekstów. Mimo ostrzeżeń ze strony władz miasta, w tym osobiście mera Wu De, powtarzanych przez megafony już od 2 kwietnia, by nie udawać się na plac Tiananmen i nie składać tam kwiatów i wieńców, bowiem "Qingming to nic innego jak służenie duchom", ludzie szli na plac coraz tłumniej. Na przynoszonych specjalnie kartkach i szarfach umieszczonych na żałobnych wieńcach pojawiła się nawet spontaniczna twórczość poetycka. Było jej na tyle dużo, że później, gdy wyroki Niebios (czytaj: Partii) się zmieniły, wydano je w osobnej publikacji. Z każdą kolejną godziną demonstracje uderzały w coraz bardziej antypartyjne i antyustrojowe tony. Nadal jednak był to specyficzny protest - z pomocą kwiatów i poezji, a nie aktów przemocy czy nawet zbiorowo skandowanych sloganów. Gdy jednak na jednej z kartek pojawiło się przesłanie: "ten, który nie powinien odejść - umarł, a ten, który powinien odejść - żyje", co było otwartą aluzją nawiązującą do Zhou Enlaia i Mao, władze miejskie pod wodzą - bojowo nastrojonego i gotowego użyć przemocy - burmistrza Wu De postanowiły zdecydowanie wkroczyć do akcji.

Do kulminacji uczestnictwa doszło w niedzielę 4 kwietnia, bo ludzie potraktowali wypad na plac jako weekendową wycieczkę. Pojawiły się nowe, dosadne szarfy z napisami, mającymi uczcić pamięć Zhou: "nie zostawił potomstwa, nie miał dzieci, nie ma grobu, nic po nim nie zostało". Były premier grobu rzeczywiście nie miał, bo prosił, by prochy rozrzucić nad wodami chińskiego morza, co też uczyniono, a w sensie materialnym żył skromnie, o czym też powszechnie wiedziano. Jego długoletnia towarzyszka życia, pani Deng Yingchao, w wyniku powikłań okołoporodowych i poronienia nie mogła już mieć dzieci. Co więcej, pojawiło się na placu coraz więcej, mniej lub bardziej udanej, pisanej spontanicznie i natchnionej chwilą poezji. Wszystkie te utwory uderzały w jeden ton: szanować pamięć i czcić niedawno zmarłego premiera Zhou Enlaia.

Od dawna cieszył się on wielką społeczną sympatią, doceniano jego moderującą rolę w ekscesach "rewolucji kulturalnej", jak też wzbudzała współczucie jego długotrwała choroba. Powstała wybuchowa mieszanka, która teraz znajdowała ujście w postaci łez lejących się wręcz potokami. Ludzie cierpieli, a zmarły premier Zhou wielokrotnie dowodził, że to cierpienie rozumiał, choć daleko nie zawsze mógł pomóc. Nastroje tłumu było jednoznaczne: ci, co są u władzy, nie mają ich zaufania. Zapachniało tradycją i odebraniem mandatu Niebios, jak to się w Chinach nazywa, co tym bardziej zaniepokoiło, a nawet rozsierdziło władze, podlegające lewackiej dominacji i silnym wpływom "bandy czworga". Nic dziwnego, że już w poniedziałek 5 kwietnia o świcie na plac wjechało kilkaset ciężarówek należących do urzędu miasta, z których wyskoczyli, ubrani niczym robotnicy kanalizacyjni, osobnicy i zebrali wszystkie zgromadzone na placu wieńce i kwiaty. Do akcji włączyła się też milicja, która natychmiast aresztowała najmocniej się sprzeciwiających.

Te wydarzenia jeszcze bardziej wzburzyły ludność, która na wieść, co się dzieje, raz jeszcze tłumnie ruszyła na plac. Przepychanki, okrzyki, niepokoje trwały przez cały dzień. O godzinie 18.30 z rozmieszczonych wokół placu megafonów popłynął głos samego burmistrza Wu De, który otwarcie grożąc użyciem siły, wezwał zebranych do rozejścia się. Jednakże jakieś cztery tysiące osób, głównie młodych, pozostało na placu wokół Pomnika Bohaterów Ludowych, czyli w epicentrum tych wydarzeń. Co na to władze? O godzinie 21.35 wygasiły na placu wszystkie światła i reflektory, a następnie przystąpiły do pacyfikacji. Najpierw wygarnięto ludzi, a między pierwszą a drugą w nocy także przyniesione przez nich tam żałobne wieńce. Nad ranem akcją osobiście dowodził jeden z członków "bandy czworga", Wang Hongwen. Oficjalne dane mówiły potem o 1662 osobach zatrzymanych lub aresztowanych. Nic nie mówiono o ofiarach, a te także były. Nawet wiceminister bezpieczeństwa publicznego, bezpośrednio biorący udział w akcji Yang Gui przyznał, że "było ponad sto ofiar śmiertelnych". Natomiast podekscytowana wydarzeniami prasa w Hongkongu pisała nawet o 10 tysiącach ofiar - rannych i zabitych. Nigdy jednak, choć potem wyroki i oficjalną ocenę tych wydarzeń dokumentnie zmieniono, nie podano, ile naprawdę było ofiar. Pozostały tylko domysły i spekulacje.

Od początku było jasne, że stało się coś niebywałego. Ludność w totalitarnym państwie zbuntowała się przeciwko władzy. Czyli, używając chińskiej terminologii, odebrała jej mandat Niebios. Słuszne słowa napisał świadek tych wydarzeń i najlepszy ich dokumentalista, ówczesny pierwszy sekretarz ambasady brytyjskiej w Pekinie, Roger Garside: "Nigdy w historii tego stulecia Chiny nie widziały tylu robotników, wysokich rangą urzędników, intelektualistów, żołnierzy i chłopów połączonych ze sobą bez żadnego współudziału komórek partyjnych w akcie nieposłuszeństwa wobec najwyższego przywódcy. To był fatalny koniec politycznej kariery Mao"71.

Mao, już ciężko chory i dożywający swych dni (ostatniego gościa zagranicznego, prezydenta Pakistanu Zulfikara Ali Bhutto przyjął 27 maja; z tego spotkania pochodzi też jego ostatnie zdjęcie jako osoby żyjącej), podczas wydarzeń na placu nie odezwał się ani razu. Wiadomo jednak, że osobiście podjął decyzję o ponownym odsunięciu Deng Xiaopinga ze stanowisk, bo to właśnie tego polityka uznano za głównego "podżegacza", mimo że ostrożny z natury i wielce doświadczony Deng kategorycznie zakazał członkom swej rodziny wszelkiego udziału w wydarzeniach i zamieszkach. Już w trakcie demonstracji ponownie trafił wraz z żoną do aresztu domowego, jak podczas "rewolucji", początkowo nawet bez wiedzy najbliższych, gdzie się znajdują (wywieziono ich do dawnej rezydencji, w której przebywali jeszcze przed "rewolucją kulturalną", przy ulicy Dongjiaomingxiang 17, a nie, jak głosiły ówczesne plotki, gdzieś na południe kraju)72. Wówczas też, pod koniec kwietnia, do chińskiej opinii publicznej przedostało się, głośne później, powiedzenie Mao: "Gdy ty jesteś u steru, jestem spokojny" (Ni banshi, wo fangxin)73, rzekomo wypowiedziane do Hua Guofenga, który potem szermował nim jako podstawą do legitymizacji swej kruchej, jak się okazało, władzy.

W przekonaniu Chińczyków mandat Niebios rzeczywiście chwiał się w posadach. Albowiem w końcu lipca w nieodległym od Pekinu, położonym niemal równie blisko stolicy jak i portowego Tianjinu (Tiencin), mieście Tangshan doszło do dewastującego trzęsienia ziemi. W powszechnym przekonaniu takie klęski żywiołowe niosły zapowiedź wielkich trzęsień politycznych. Miasto dosłownie zostało zmiecione z powierzchni ziemi. Przez ponad trzy lata nie było tam dostępu, wjazdu do tej strefy zakazano. Gdy po wielu staraniach i naleganiach trafiłem do niej pod koniec 1979 roku, jako bodaj pierwszy z obcokrajowców, zamiast miasta ujrzałem zaorane pole (późniejszego pomnika-mauzoleum ofiar jeszcze wtedy nie postawiono). Naoczna obserwacja potwierdzała tezę, że całe miasto zniknęło, a wraz z nim odeszło 242 tysiące ofiar śmiertelnych (było też ponad 160 tysięcy rannych). Później, po latach, plastycznie to pokazał całkiem udany, choć w końcówce mocno melodramatyczny film reżysera Feng Xiaoganga Wielkie trzęsienie ziemi (Da Dizhen).

Mao Zedong, który w maju i czerwcu 1976 roku przeszedł ataki serca, a od dawna cierpiał na chorobę Parkinsona (według jego osobistego lekarza, dr. Li Zhisui, na tzw. chorobę Lou Gehriga, prowadzącą do postępującego paraliżu i zaburzeń mowy), zmarł 9 września 1976 roku. W Chinach skończyła się epoka. Osadzony już wtedy na stanowiskach Hua Guofeng, pod nieobecność przebywającego po demonstracjach Qingming w areszcie domowym Deng Xiaopinga, chcąc podnieść swój prestiż i wpływy, nie bacząc na wolę zmarłego, podjął pierwszą decyzję: budowy Mauzoleum na placu Tiananmen, mimo przyjętego kolektywnie w połowie lat 50. postanowienia członków najwyższych władz, by ich ciała po śmierci kremować. Przez blisko rok plac Tianamen otoczony był wysokim, ponad trzymetrowym drewnianym płotem, na dodatek tak szczelnym, co miałem możliwość sam sprawdzić, że nie było między deskami żadnych szpar. Nikt nie wiedział, jak budowany na placu budynek ma wyglądać, bo żadnej makiety oczywiście publicznie nie pokazano.

Do budowy Mauzoleum Mao, dziś atrakcji turystycznej, przed którą stale stoją kolejki, doszła kolejna samodzielna decyzja Przewodniczącego Hua, jak go szybko zaczęto nazywać - o publikacji piątego tomu Dzieł wybranych Mao, tych pochodzących z okresu ChRL (wcześniej te jego utwory znano co najwyżej z ulotek i gazetek Czerwonej Gwardii okresu "rewolucji kulturalnej"). 18 września, z zachowaniem kilku minut ciszy, na placu Tiananmen odbyła się uroczystość pogrzebowa, prowadzona osobiście przez Hua Guofenga, a transmitowana na żywo przez państwowe radio i telewizję. Brali też w niej udział, pewniejsi swego po odsunięciu Denga, lewacy. Obok Jing Qing byli to partyjni ideolodzy Zhang Chunqiao i Yao Wenyuan oraz ulubieniec Jiang Qing, prosty robotnik Wang Hongwen, który dzięki forom pani Jiang Qing, jako przystojny mężczyzna, szybko katapultował się na najwyższe stanowiska w państwie, za co zyskał miano "helikoptera". Liczyli, że po odejściu Mao teraz to oni przejmą całkowitą władzę. Stało się jednak inaczej.

Po trzech tygodniach już ich nie było, a zdjęcia z uroczystości pogrzebowych skrzętnie potem retuszowano, stawiając w ich miejsce jakieś krzaczki, mające udawać zebrany tłum. Z dobrze udokumentowanych relacji doskonale wiadomo, jak przebiegało aresztowanie "bandy czworga", które natychmiast wzbudziło entuzjazm narodu. Hua Guofeng wahał się, czy do zamachu przystąpić, ale przekonał go do tego sędziwy marszałek Ye Jianying, wkrótce głowa państwa (do 1983 roku, zmarł w 1986), mówiąc do Hua: "Oni (czytaj: "banda czworga") chcą przejąć władzę. Przewodniczącego już nie ma. Teraz to twoje zadanie, by ich się szybko pozbyć"74.

Ostatecznie akcję osobiście przeprowadził sędziwy marszałek i weteran Ye, wydając odpowiednie dyspozycje szefowi służb bezpieczeństwa Wang Dongxingowi. Obaj skrupulatnie wybrali 29 najbardziej zaufanych oficerów i żołnierzy jednostki gwardii przybocznej najwyższych władz, podzielonych na cztery grupy, z których każda miała aresztować poszczególnych członków lewackiego ugrupowania, wszystkich - jak się okazało - niezmiernie zaskoczonych tym, co się stało. Panią Jiang Qing aresztowała grupa pod wodzą generała Zhang Yaoci, która wcześniej - jako jedyna - zatrzymała też Mao Yuanxina, siostrzeńca Mao, ściśle współpracującego z Jiang Qing. Samą Jiang Qing przechwycono w prywatnej wilii na terenie zamkniętej dzielnicy rządowej Zhongnanhai, położonej bezpośrednio na zachód od Gugong. Gdy uzbrojeni żołnierze weszli do jej sypialni, czytała. Oświadczono jej, że jest "zatrzymana w celu przeprowadzenia specjalnych dochodzeń". Oniemiała, powiedziała tylko: "To już, tak szybko?", a potem poprosiła o udanie się do toalety, gdzie poszła w asyście kobiet ze starannie wyselekcjonowanego zespołu. Jedna z tych pań oficerów, które jej asystowały, nie wytrzymała i rzekła: "Ty śmierdząca suko! Masz to, na co zasłużyłaś". Nienawiść wobec "bandy", a szczególnie pani Jiang Qing, była powszechna.

Wszystko to działo się wieczorem 6 października 1976 roku, a więc niespełna miesiąc po śmierci Mao, a trwało zaledwie 35 minut i odbyło się bez wystrzału czy nawet aktów przemocy lub walki, jak informował potem marszałek Ye Jianying członków Biura Politycznego, jakie zwołano natychmiast po tych aresztowaniach na godzinę 22 tegoż 6 października. Gremium najwyższych władz obradowało do czwartej nad ranem następnego dnia. Było o czym mówić, bo Chiny rozpoczęły właśnie nowy etap w swoich dziejach: stopniowego żegnania i odchodzenia od "lewackiego odchylenia", zapoczątkowanego - przypomnijmy - przez Mao od kampanii "tępienia prawicowców" w 1957 roku.

Poniekąd ostatnim akordem - i faktycznym pożegnaniem - frakcji lewicowej był głośny swego czasu, bo bezprecedensowy, proces "bandy czworga", przeprowadzony w Pekinie na przełomie 1980 i 1981 roku, częściowo otwarty dla publiczności i również częściowo dostępny dla chińskich telewidzów. Mamy z niego szczegółowe relacje książkowe: naocznego świadka, ówczesnego korespondenta PAP w Pekinie Ludwika Mysaka75 oraz, po angielsku, znanego eksperta ds. chińskich Davida Bonavii76. Wiemy z nich, że było to - niezwykle ważne dla chińskiej publiczności - rozliczenie się z "lewackim odchyleniem" oraz głęboką traumą "rewolucji kulturalnej". Robiono natomiast wszystko, by jak najmniej odpowiedzialności składać bezpośrednio na Mao, co nie do końca się udało, bowiem najbardziej oporna, a chwilami porywcza i nieprzebierająca w słowach pani Jiang Qing w pewnym momencie wybuchła na przesłuchaniach, twierdząc: "Byłam psem Przewodniczącego Mao, kogo kazał mi gryźć, tego gryzłam"77.

Proces potwierdził oczywistość. Kto rządził Chinami podczas "rewolucji"? Lewacy, tzn. specjalna Grupa ds. Rewolucji Kulturalnej, powołana przez Mao i kontrolowana przez niego, na czele której stała jego małżonka Jiang Qing. Dopiero gdy w kraju pojawiło się widmo anarchii, włączono do akcji wojsko, co wzmocniło marszałka Lin Biao, a gdy ten zniknął, lewacy znów rozkwitli w pełni. Chcąc niejako rozwodnić odpowiedzialność i zdjąć jej część z samego Mao, w ramach procesu sądzono też paru generałów rzekomo lub faktycznie powiązanych z marszałkiem Lin Biao i jego do dziś do końca niewyjaśnionym, nieudanym zamachem stanu. Proces zakończył się surowymi wyrokami dla wszystkich, a szczególnie "bandy czworga": Yao Wenyuan, ideolog, którego tekst rozpoczął ideologicznie "rewolucję kulturalną", otrzymał wyrok 20 lat więzienia; "helikopter", ulubieniec pani Jiang Qing, Wang Hongwen - dożywocie; główny ideolog "rewolucji" (poza Mao) Zhang Chunqiao - wyrok śmierci, w dwa lata później zamieniony na dożywocie, który to zabieg powtórzono także wobec pani Jiang Qing: najpierw wyrok śmierci, zamieniony potem na dożywocie. Dzisiaj wszyscy z nich już nie żyją. Zhang zmarł na raka trzustki w 2004 roku. Podobna była przyczyna śmierci Wanga, który zmarł w sierpniu 1992 roku w wieku zaledwie 56 lat. Najpóźniej, w grudniu 2005 roku, odszedł - również schorowany - Yao Wenyuan. Natomiast Jiang Qing zakończyła żywot sama, samobójstwem w więzieniu 14 maja 1991 roku w wieku 77 lat. Ale nawet ten dramatyczny akt nie sprawił, by ktokolwiek po niej płakał. W sensie ideowym i programowym kurs lewacki wypalił się i zgasł, jednakże "idee Mao Zedonga" postanowiono zachować jako część spuścizny rządzącej Partii, co wymagało wielu zabiegów i łamańców, poniekąd stosowanych aż do dziś.

Odeszło "lewackie odchylenie", ale maoizm, formalnie zwany "ideami Mao Zedonga" (Mao Zedong sixiang) pozostał. To wtedy, podczas tego procesu, podano wreszcie oficjalne dane dotyczące ofiar "rewolucji kulturalnej", wskazując na 727 420 osób prześladowanych, a 34 274 ofiar śmiertelnych. Jednak jest pewne, że już na zawsze będziemy skazani pod tym względem na domniemania i szacunki. Przekonywał o tym sam Deng Xiaoping we wspomnianym już wyżej, a głośnym wywiadzie dla Oriany Fallaci, mówiąc: "nigdy się tego nie dowiemy". Natomiast pierwszy szef Partii okresu reform, Hu Yaobang, w wywiadzie dla dziennikarzy jugosłowiańskich wiosną 1980 roku mówił nawet ogólnie o "stu milionach ofiar" (oczywiście, niekoniecznie śmiertelnych)78. Pożegnanie z maoizmem nie mogło być i nie było łatwe, bowiem przeniknął on dosłownie wszystkie dziedziny chińskiego życia. Niełatwo było wyzwolić się z wizerunku Mao jako półboga i "czerwonego słoneczka", a tym bardziej od dogmatów (patrz: "spuścizna Mao") siłą przez dziesięciolecia wpajanych całemu narodowi.

Okres 1976-1978 można uznać za swego rodzaju interregnum, czy też, z nieco słabszym uzasadnieniem, epokę władzy Hua Guofenga. "Ze słabszym uzasadnieniem", bowiem trudno mówić o tym, by Hua, dla konsolidacji władzy którego Mao Zedong odszedł zbyt szybko, kiedykolwiek sprawował pełną kontrolę nad Partią i państwem. Raczej był to okres dwuwładzy, czy też zwalczania się dwóch koncepcji dalszego rozwoju Chin, a tym samym dwóch nurtów i ugrupowań w kierownictwie. Jedno już znamy. Nazywało się liangge fanshi pai i nakazywało bez wahania robić wszystko to, co mówił Mao. Innymi słowy, chciało kontynuacji maoizmu, nawet jeśli nieco zredefiniowanego czy zmodyfikowanego. Na jego czele stał Hua Guofeng, wspierany przez kilku ideologów i biurokratów do końca wiernych Mao i jego linii.

Natomiast niemal natychmiast po aresztowaniu "bandy czworga" uaktywniła się, a następnie błyskawicznie rosła w siłę frakcja pragmatyków pod nieformalnym przywództwem Deng Xiaopinga, z wieloma weteranami chińskiej komunistycznej rewolucji, a jednocześnie ofiarami "rewolucji kulturalnej". Obok nich pojawili się jednak także nowi wybitni liderzy, jak chociażby mający wkrótce rządzić państwem tandem: premier Zhao Ziyang i sekretarz generalny Partii Hu Yaobang. Obaj byli osobiście desygnowani na najwyższe stanowiska przez Denga, obaj byli ofiarami "rewolucji". Hu Yaobang, z długoletnim doświadczeniem w aparacie młodzieżówki KPCh, gdzie poznał Denga i związał się z nim, sam wspominał, że w trakcie rewolucji "spał z krowami", bowiem na dwa lata został zesłany do tzw. szkoły 7 maja, czyli przymusowego obozu pracy, a kolejne pięć spędził w areszcie domowym. Wyciągnął go Deng po swym powrocie i w 1975 roku postawił na czele Chińskiej Akademii Nauk79 w czasie, gdy właśnie kompletnie zniszczona po 1966 roku nauka i oświata stały się oczkiem w głowie władz. Gdy Deng ponownie popadł w niełaskę, Hu oczywiście podzielił jego los, raz jeszcze trafiając do aresztu. Nic dziwnego, że po takich doświadczeniach stał się bodaj najbardziej liberalnym przedstawicielem najwyższego kierownictwa w latach 80.

Z kolei Zhao Ziyang nie był tak długo i blisko związany ani z Dengiem, ani centralnym aparatem. Karierę robił na prowincji, ponad 20 lat spędzając w południowej prowincji Guangdong, gdzie korzystał ze wsparcia silnego członka Politbiura, Tao Zhu. Kiedy ten jednak podzielił losy Liu Shaoqi, stając się kolejną głośną zaszczutą ofiarą, losy Zhao Ziyanga też zostały przesądzone. Po wielu "wiecach walki", poniżeniach i samokrytykach, w początkach 1970 roku w końcu trafił do fabryki na prowincji, gdzie pracował jako zwykły robotnik. Niedługo jednak, bo już wkrótce, w maju 1971 roku, trafił do Mongolii Wewnętrznej dzięki osobistej interwencji premiera Zhou Enlaia, który już dobrze znał jego administracyjne umiejętności. Objął tam stanowisko lokalnego sekretarza Partii, sprawując je przez rok, po czym - znów w wyniku interwencji Zhou Enlaia - wrócił do Guangdongu, gdzie w kwietniu 1974 roku wybrano go szefem Partii w całej prowincji80. Jak widać, też był ofiarą "rewolucji", ale traktowano go łagodniej. Dengowi i innym dał się poznać dopiero pod koniec lat 70., gdy ruszały reformy, a on okazał się znakomitym i zręcznym administratorem, najpierw w Guangdongu, a potem w Sichuanie.

Ważne jednak było to, że wszyscy oni razem nawiązywali do spuścizny premiera Zhou Enlaia i jego pragmatyzmu, a nie rewolucyjnych czy skrajnie lewackich idei Mao. Dlatego w języku potocznym dość szybko nazwano wyłaniającą się ekipę Denga "frakcją stabilności" (i gradualizmu) - wending pai. W przeciwieństwie do poprzedników i aktualnych przeciwników byli pragmatyczni, a nie rewolucyjni, praktyczni, a nie ideologiczni, ciężko doświadczeni i rozważni, a nie nawiedzeni i oszaleli. Nie teoretyzowali, zajęli się ciężką pracą, a przede wszystkim postanowili "odwrócić wyroki historii". To w wyniku starań tej grupy, począwszy od przełomu lat 1978/79, kolejno rehabilitowano ofiary "lewackiego odchylenia", począwszy od seniora odpowiedzialnego za chińską gospodarkę jeszcze w latach 50. - Chen Yuna, któremu w latach 80. przyszło odegrać jedną z kluczowych ról w polityce gospodarczej państwa. Wśród osób wtedy rehabilitowanych znaleźli się też Liu Shaoqi i Peng Dehuai, co było już jednoznacznym dowodem zmiany politycznego kursu.

Moment największego triumfu frakcji "cokolwiek" w wymiarze ideowym i medialnym przyszedł 7 lutego 1977 roku, gdy trzy najważniejsze wówczas organy prasowe w kraju: centralny dziennik partyjny "Renmin Ribao" (Dziennik Ludowy), główny dziennik armii "Jiefangjun Bao" (Dziennik Armii Ludowo-Wyzwoleńczej) oraz organ teoretyczny Partii "Hongqi" (Czerwony Sztandar), opublikowały jednobrzmiący a długi artykuł redakcyjny (co zawsze oznaczało wszczęcie nowej polityki), nawołujący do popierania idei Mao Zedonga bez względu na okoliczności. Formalnie użyto też pojęcia i formuły liangge fanshi pai, a więc tezy, iż "cokolwiek powiedział Mao, jest słuszne". Hua Guofeng, którego portrety zawieszono wtedy we wszystkich urzędach i szkołach obok portretu Mao, zaczął wyraźnie wyrastać - ku niezadowoleniu i oporowi pragmatyków - na nowego Wielkiego Sternika, no i zaczął być powszechnie nazywany tak jak Mao - Przewodniczącym.

Szczytowy moment władzy i znaczenia fanshi pai i Hua Guofenga przyszedł rok później, w lutym 1978, podczas dorocznych obrad Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (OZPL), czyli parlamentu. Hua ogłosił wówczas zarysy nowego planu dziesięcioletniego na okres 1975-1985 (to nic, że nieco wstecz...), w ramach którego zapowiadał m.in. przeznaczenie aż 40 proc. budżetu państwa na inwestycje, podniesienie o 85 proc. wydatków na mechanizację rolnictwa, a przede wszystkim nowe plany inwestycyjne, zawarte w aż 120 projektach o znaczeniu ogólnopaństwowym. Były wśród nich nowe stalownie, rafinerie naftowe, elektrownie, a także pięć nowych portów morskich81. Wszystko to miało odbywać się pod hasłami "więcej, lepiej szybciej i bardziej ekonomicznie", co było niczym innym, jak bezpośrednim nawiązaniem do haseł Mao Zedonga ("cokolwiek powiedział Mao...") głoszonych w chwili, gdy nawoływał do "wielkiego skoku". I tak też, jako "nowy wielki skok" ten zupełnie nierealny w ówczesnych, biednych Chinach plan został potem oceniony przez specjalistów.

Co gorsza, szybko okazało się, że polityka zaproponowana przez Hua jest nieskuteczna: na przełomie lat 1979/80 ChRL odnotowała największy deficyt handlowy w swych dziejach (czyli od 1949 roku) - 3,9 mld dolarów, co było wówczas sumą naprawdę wysoką, zważywszy na fakt, że na koniec 1978 roku autarkiczna, a legitymująca się niemal miliardem mieszkańców ChRL odnotowała wtedy obroty handlowe w wysokości zaledwie 20,6 mld dolarów (eksport - 9,7 mld, import - 10,9 mld, co liczącemu już niemal miliard mieszkańców państwu dawało zaledwie ułamek procenta udziału w światowym handlu)82, co powtarzam, bo warto zapamiętać te liczby, zważywszy na późniejsze losy kraju.

Ekonomiczny woluntaryzm, brak rozwagi oraz groźba poważnego kryzysu gospodarczego (w istocie był on wówczas permanentny) to w oczach pragmatycznych oponentów były niejako koronne dowody na to, do czego mogłyby prowadzić dalsze rządy Hua Guofenga i jego frakcji: nadal panowałaby nieodpowiedzialność gospodarcza i ideologiczny ferment, czego ciężko doświadczone społeczeństwo chińskie miało już serdecznie dość. Hua Guofeng źle odczytał ducha czasów, w których przyszło mu pełnić najwyższe funkcje w państwie, i nie pomogły mu ani częste cytaty z Mao, ani budowa Mauzoleum Mao (oddanego już w rok po jej rozpoczęciu - pod koniec 1977), ani własne portrety zawieszone w szkołach i urzędach całego kraju obok tych przedstawiających Mao - musiał odejść i też nikt za bardzo po nim nie płakał.

Kontynuacja woluntaryzmu gospodarczego okazała się kosztowna. Jak udowadniał jeden z najlepszych amerykańskich znawców chińskiej gospodarki, Barry Naughton, z którym miałem możność współpracować na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego (on pozostaje tam do dziś), ChRL "ugięła się" pod ciężarem wygórowanych i nazbyt optymistycznych planów i założeń83. W efekcie, w 1979 roku deficyt budżetowy sięgnął 15,5 proc., a na podpisane w 1978 roku porozumienia o łącznej wartości 40 mld dolarów po prostu zabrakło środków. Albowiem całe rezerwy walutowe Chin wynosiły wówczas ledwie niespełna dwa miliardy dolarów84. Tym samym ekonomiczne plany Hua Guofenga tak się miały do realiów, jak równie woluntarystyczne plany gospodarcze Mao sprzed lat. Chcąc uniknąć katastrofy, trzeba było więcej pragmatyki i pragmatyków, którzy dobrze zrozumieli swą szansę - i przeszli do kontrofensywy.

W tym czasie, gdy Hua Guofeng kreślił swe śmiałe plany nowego skoku, pragmatycy powoli budowali swe wpływy, a przede wszystkim szykowali ponowny powrót do polityki Deng Xiaopinga. On zresztą z ukrycia i w odosobnieniu, pociągając umiejętnie za sznurki swych rozległych znajomości, wpływał na politykę państwa i swego ugrupowania, nawet formalnie nie będąc na ich czele. Faktycznie za jego polityczny powrót byli odpowiedzialni dwaj seniorzy: znany już nam marszałek Ye Jianying oraz działacz polityczny i gospodarczy Li Xiannian, z którym Deng w przeszłości wielokrotnie współpracował. Formalną decyzję o powrocie Denga do oficjalnego życia politycznego podjęło plenum Partii 17 lipca 1977 roku. Powrócił na wszystkie zajmowane wcześniej stanowiska, a więc przede wszystkim do Stałego Komitetu Biura Politycznego, czyli wkrótce najważniejszego gremium decyzyjnego w Partii i państwie, które - jak wspomniałem już na samym wstępie tego tomu - będę tu nazywał Zbiorowym Cesarzem, bo interesuje mnie stan faktyczny, a nie formalna czy nominalna nomenklatura lub frazeologia. Oprócz tego Deng powrócił jeszcze jako wicepremier, wiceprzewodniczący KPCh, a także szef sztabu Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (ChALW), bo miał za sobą przecież równie bogatą karierę partyjną oraz wojskową. Z przyjętego dokumentu KC, czyli "Decyzji dotyczącej powrotu towarzysza Deng Xiaopinga do pracy", jaki ujrzał światło dzienne dopiero po pewnym czasie, jasno wynikało jednak, że mimo zajęcia aż tylu stanowisk, w ściśle przestrzeganej i zawsze znaczącej hierarchii Deng zajął pozycję osoby dopiero numer 3, po Hua Guofengu i Ye Jianyingu, ale przed Li Xiannianem i Wang Dongxingiem. Publicznie Deng pojawił się, znów niespodziewanie, jak kiedyś na przyjęciu na rzecz Norodoma Sihanouka, 30 lipca 1977 roku na meczu piłkarskim reprezentacji Chin z Hongkongiem, wzbudzając wielki entuzjazm tłumów, co oznaczało, że ma mandat Niebios.

Szybko z niego zaczął korzystać, podobnie jak z niebywałej sieci własnych guanxi, czyli zawsze niezmiernie znaczących w chińskich realiach osobistych kontaktów i powiązań, o których mniej doświadczony Hua Guofeng mógł jedynie pomarzyć. Już na przełomie 1977 i 1978 roku stawało się jasne, że to Deng, a nie Hua, ma więcej do powiedzenia, mimo że formalnie - jak świadczyły obrady OZPL - nadal jeszcze to Hua był Sternikiem. Potem, po grudniu 1978 roku, gdy Deng Xiaoping doszedł do niepodzielnej władzy, Hua powoli, ale wyraźnie schodził ze sceny: we wrześniu 1980 roku na stanowisku premiera zmienił go Zhao Ziyang, a w czerwcu 1981 roku inny wybranek Denga, Hu Yaobang zastąpił go na funkcji sekretarza generalnego Partii. Hua jeszcze przez pewien czas zasiadał w gremiach kierowniczych, potem już tylko zasilał szeregi członków parlamentu i znikał ze sceny wraz ze zdejmowanymi z urzędów jego portretami. Zmarł, bez rozgłosu i medialnego nagłośnienia, 20 sierpnia 2007 roku w wieku 87 lat. Nikt po nim nie płakał, nikt go za bardzo nie wspominał i - poza historykami - nie wspomina do dziś.

Pierwszy, wielki i symboliczny strzał oddali pragmatycy w prasie, podobnie jak zrobiła to przed ponad rokiem frakcja "cokolwiek". Tym razem wykorzystano organ kręgów twórczych, dziennik "Guangming Ribao", w którym 11 maja 1978 roku ukazał się artykuł redakcyjny, zatytułowany Praktyka jest jedynym kryterium prawdy"85. Już wkrótce, wraz z mocno promowanym od tej pory sloganem "poszukiwać prawdy w faktach" (Shi shi qiu shi), stały się one terminami nie tylko powszechnie przyjętymi, ale też swoistymi politycznymi dyrektywami. Za pomocą takich formuł Deng, który osobiście inspirował i adjustował ten tekst, zaczął dyktować nowe realia w kraju: bez ideologii, z wielkim naciskiem na praktykę, pragmatyzm i trzeźwość w ocenie faktów i sytuacji. Deng zastosowane hasła sprytnie zaczerpnął co prawda z bogatej spuścizny twórczej Mao, ale zarazem nie pozostawiał wątpliwości, że to one właśnie miały być - i takimi się zresztą okazały - kolejnymi symbolami jego pragmatycznego podejścia do polityki i życia, obok słynnej już wtedy "doktryny dwóch kotów", czyli maksymy "nieważne, czy kot jest biały czy czarny...".

Od tej pory, czyli mniej więcej od połowy 1978 roku, Hua Guofeng i jego frakcja znaleźli się w wyraźnej defensywie, a ich pozycje jeszcze bardziej osłabiał fakt, iż plany gospodarcze okazały się nierealistyczne i zbyt ambitne. Dosłownie dla wszystkich stawało się jasne, że szala zdecydowanie przechyliła się na rzecz pragmatyków coraz silniej forsujących swe trzeźwe argumenty. Szło ku prawdziwym reformom, a nie tylko kosmetycznym zabiegom, proponowanym przez Hua i jego akolitów.

W tym czasie w społeczeństwie chińskim, powoli budzącym się z marazmu, gehenny i utopii "rewolucji kulturalnej", zachodziły jednak procesy znacznie głębsze i bezprecedensowe w całej historii ChRL. Ataki na Partię i jej błędną politykę były jeszcze silniejsze niż w trakcie kampanii "stu kwiatów", a w gruncie rzeczy rodziło się społeczeństwo obywatelskie i nawet ruch dysydencki, których synonimem jesienią 1978 roku stała się słynna "ściana demokracji", czyli drewniany, a miejscami ceglany płot przy alei Xidan w Pekinie (dawno już nieistniejący, rozjechany przez buldożery szykujące teren pod nowe inwestycje; dzisiaj stoją na tym miejscu wielkie wieżowce i centra handlowe), gdyż na nim zamieszczano ręcznie pisane da zi bao, niezręcznie i niewłaściwie u nas tłumaczone na "gazetki wielkich hieroglifów". Tymczasem nie o żadne egipskie hieroglify tam chodziło, tylko o znaki chińskiego pisma opartego na ideogramach, czyli znakach niosących w sobie odpowiednie treści, które fonetyczne można czytać na wiele sposobów (nawet po japońsku, koreańsku czy wietnamsku, jeśli ktoś chce). A wiedza w tych najczęściej odręcznie pisanych znakach miała coraz bardziej wywrotowy sens. Treści w nich zakodowane najczęściej płynęły bowiem z serca i własnych gorzkich doświadczeń z całego okresu "lewackiego odchylenia", a nade wszystko tragedii "rewolucji kulturalnej".

Początkowo, przyznajmy, zachęta do rozliczeń szła również od góry: aresztowanie "bandy czworga", powrót Deng Xiaopinga, jakby nie było ofiary "rewolucji" - i to w podwójnym wymiarze, zarówno w latach samej "rewolucji", jak i w efekcie demonstracji na Tiananmen w kwietniu 1976 roku - rehabilitacje bohaterów i męczenników, jak Liu Shaoqi i Peng Dehuai, były czynnikami zachęcającymi do otwierania ust i wprawiania w ruch pędzelków. Odgórne decyzje dotyczyły też, idących wtedy jedna pod drugiej, rehabilitacji wszystkich mniej lub bardziej znanych ofiar "rewolucji", w tym tak cynicznie wykorzystanych do partyjnych celów członków Czerwonej Gwardii, hunwejbinów gotowych tępić politycznych wrogów, za co później zapłacili długoletnim zesłaniem na wieś. Wracali, zgorzkniali i w poczuciu wielkiej straty czasu (niekoniecznie winy), a cały proces zapoczątkowano późną jesienią 1978 roku. Dopiero wtedy też dano szansę powrotu do życia byłym "prawicowcom", żyjącym z tym stygmatem od końca lat 50. (wraz z nimi powróciło do życia rozwiązane wtedy Ministerstwo Sprawiedliwości...) i wreszcie odwrócenia wyroku w sprawie wydarzeń na placu Tiananmen w trakcie święta Qingming w kwietniu 1976 roku. Pierwotnie, jak pamiętamy, nazwano je "kontrrewolucyjną rebelią", natomiast w listopadzie 1978 roku przemianowano je na "ruch rewolucyjny" (geming xingdong). Po kolei, karta po karcie i punkt po punkcie, odsłaniano skalę represji i osobistych tragedii postaci znanych z firmamentu politycznego, jak tym bardziej naukowego czy intelektualnego.

Za datę symboliczną rozpoczęcia tego procesu uznaje się 15 listopada 1978 roku, kiedy to w obszernym artykule w znanym nam już organie życia intelektualnego w kraju, "Guangming Ribao", ukazało się obwieszczenie o rehabilitacji ofiar kampanii wymierzonej przeciwko "prawicowcom" pod koniec lat 50. Wielu z nich, o ile przeżyło, dopiero teraz mogło wrócić do pracy i życia publicznego. Natomiast już wcześniej w "Renmin Ribao" pojawiły się apele, by rehabilitować Liu Shaoqi, a przy okazji potępić kult jednostki. Drukowano też ogłoszenia o tym, że wraca twórczość kulturalna, jak na przykład sztuki wybitnego pisarza Lao She, który na progu "rewolucji" popełnił samobójstwo, nie wytrzymując jej dramatycznej presji i psychicznego napięcia. Cały ten proces "odwracania wyroków" i politycznych rehabilitacji trwał do 1982 roku i objął - jak się szacuje w oficjalnych statystykach - ponad 3 miliony pokrzywdzonych, w tym aż 540 tysięcy osób już w 1957 roku niesłusznie oskarżonych o "prawicowe odchylenie"86, zmagających się z tym stygmatem aż do tej pory.

Po latach zastoju, izolacji, zasklepienia, ale też terroru i strachu, takie było społeczne oczekiwanie: więcej powietrza, oddechu, wolności. Znakomicie dokumentuje ten okres twórczość fotograficzna urodzonego w Hongkongu, a wykształconego w USA Liu Xianchena, którego czarno-białe zdjęcia trafiały wtedy na okładki największych amerykańskich magazynów, a potem zostały zebrane w specjalny album87. Pokazuje on, jak młode dziewczyny powoli wydobywały się z szaro-burych lub granatowych bawełnianych wojłoków, stopniowo odnajdując kolory, jak młodzieńcy paradowali w ciemnych okularach, sądząc, że tym samym upodobniają się do rówieśników z Zachodu, jak młodzież napierała na nowo otwierane herbaciarnie (na puby i kluby było jeszcze za wcześnie), a jeden z młodzieńców na deskorolce skacze pod postumentem... samego Mao. Tak jakby poprzednie Bóstwa zaczęły się chwiać. Sam wówczas, na przełomie 1979/80, w Pekinie przebywałem i studiowałem i z dnia na dzień zaskakiwały mnie nowe oddolne inicjatywy - a wraz z nimi przychodziło więcej kolorów, aktywności i różnorodności. Szybko na nowo otwierano świątynie i parki, poprzednio często pozamykane na cztery spusty, a przy tym spustoszone, a w specyficznych dla Pekinu hutongach (kwartałach tradycyjnych parterowych budynków), dziś już wyburzonych i ledwie zachowanych w niektórych częściach miasta, niespodziewanie na ich rogatkach zaczęły pojawiać się neony i światło, a wraz z nimi reklamy. Wracał rynek, wracał kolor, wracało światło, wracało życie, a przy tym - odnosiło się przekonanie - znikała sztampa, szarzyzna, ujednolicenie. Wydawało się, że wraz kartkami na żywność, a nawet bawełnę i ubranie, zniknie też odczuwalny terror i powszechny strach.

Płonne nadzieje, bowiem pojawiły się wówczas także przedsięwzięcia i ruchy poważniejsze, a z punktu widzenia władz - groźniejsze. Pierwszym odnotowanym przejawem obywatelskiego nieposłuszeństwa, a nawet politycznego dysydenctwa, były artykuły w formie da zi bao, które pojawiły się w Kantonie, na południu kraju, już na przełomie 1973 i 1974 roku, podpisane Li Yizhe. Później, po aresztowaniu, okazało się, że chodzi o trzech młodych autorów, byłych hunwejbinów, Li Zhengtiana, Chen Yiyanga oraz Huang Xizhe. W najdłuższym swoim elaboracie, liczącym ponad 20 tysięcy znaków, nie zaatakowali oni, co prawda, Mao bezpośrednio, na to było zdecydowanie za wcześnie, zdobyli się natomiast na niebywały akt cywilnej odwagi, nazywając "system Lin Biao" nie inaczej, jak "feudalno-faszystowską autokracją". Gdy jesienią 1978 roku przyszła prawdziwa odwilż, w Kantonie, co nic dziwnego, szybko pojawiły się kolejne da zi bao, domagające się szybkiego uwolnienia Li Yizhe. Niestety, wydarzenia, o czym za chwilę, a przede wszystkim negatywna opinia i wola Deng Xiaopinga sprawiły, że już nigdy nie przyszło im odegrać kolejnej publicznej czy politycznej roli. KPCh na odwilż pozwoliła, ale na otwarty bunt nigdy nie chciała się zgodzić. Za to w publikacjach na Zachodzie, w tym przede wszystkim tych specjalizujących się w obronie praw człowieka, Li Yizhe są traktowani - jak najbardziej słusznie - jako pionierzy ruchu demokratycznego i dysydenckiego w ChRL88.

Wyraźnie odczuwalna polityczna odwilż, ciekawe idee oraz odwracające poprzednie decyzje polityczne wyroki publikowane w oficjalnych organach partyjnych, a także prawdziwy ferment w prasie (radio i telewizja, jeszcze w powijakach, odegrały tu pomniejszą rolę) sprawiły, że ludzie nabrali ochoty i odwagi - i masowo ruszyli pod "ścianę demokracji" przy alei Xidan (Xidan Minzhu Qiang). Z dnia na dzień, co dobrze udokumentował wierny ich czytelnik, wspomniany już Roger Garside, rosła liczba, ale też znaczenie zawieszanych na płocie da zi bao. Początkowo były to najczęściej, zazwyczaj bardzo osobiste, a przy tym tragiczne, relacje czy zeznania lub wprost spowiedzi dotyczące jednostkowych losów w trakcie "rewolucji". Z czasem przyszły jednak również postulaty polityczne, w miarę rozwoju sytuacji coraz śmielsze i dojrzalsze.

To na tej fali odwilży i duchowego ożywienia oraz fermentu, 5 grudnia na ścianie Xidan pojawiła się da zi bao najgłośniejsza, będąca niejako synonimem całego ruchu przy "ścianie demokracji". Niejaki Wei Jingsheng, wówczas 28-letni elektryk w pekińskim Zoo (nic dziwnego, że później Deng Xiaoping był wręcz uczulony na "elektryków", w tym także na tego z Gdańska...) zawiesił własne postulaty, zatytułowane: "piąta modernizacja - demokratyzacja"89. Było to otwarte, a zarazem wywrotowe, nawiązanie do postulowanego już wtedy powrotu do dawnego programu "czterech modernizacji" Zhou Enlaia, które dochodzący właśnie do władzy pragmatycy Denga wywiesili jako podstawowy cel i program rządowy. To dało władzom, w tym osobiście Dengowi, wiele do myślenia. Oto pojawił się otwarty postulat zmiany nie tylko systemu gospodarczego, do czego już zmierzały władze, ale także liberalizacji i demokratyzacji systemu politycznego, co do których Deng miał - jak się wkrótce okaże - zupełnie odmienne zdanie.

Gdy Wei Jingsheng postulował demokratyzację, władze w Pekinie były zajęte czymś zupełnie innym. Pierwsze - a znamienne - zadanie, za jakie się wziął Deng Xiaoping po rehabilitacji i powrocie do władzy, nawiązywało bezpośrednio do tego, co robił jako p.o. premiera w roku 1975, czyli dotyczyło zdewastowanej przez "rewolucję" nauki i oświaty. Nowy, lecz w istocie niezmiernie doświadczony i kreatywny, wręcz wizjonerski przywódca, choć stary pod względem wiekowym (urodzony w 1904 roku) szybko powołał do życia odpowiednie wyspecjalizowane gremia, które sprawiły, że Biuro Polityczne KC KPCh już 5 października 1977 roku zaaprobowało program przywrócenia egzaminów wstępnych do szkół. W tydzień później został on przyjęty na posiedzeniu rządu, a 21 października podany do publicznej wiadomości. Na tej podstawie po kilkunastoletniej przerwie (od 1965 roku) najpierw zarejestrowało się 11,6 mln kandydatów, a ostatecznie w dniach 18-25 grudnia stanęło do egzaminów na studia - słynnych później, a dla wielu młodych ludzi stanowiących swego rodzaju inicjację gaokao - 5780 tys. kandydatów, zarówno nastolatków, jak i osób pod trzydziestkę, starających się o zaledwie 273 tysięcy miejsc na uczelniach. Początkowa liczba kandydatów na te miejsca układała się jak 29:1 (w roku 2007 było to już 2:1)90. Według wszelkich późniejszych relacji i ocen, liczyły się rzeczywiście wiedza i umiejętności, a nie znajomości, koneksje czy wierność Partii. To była pierwsza, poważna rewolucja, bardziej zresztą w duchu konfucjańskim - poszanowania wiedzy (po jej dewastacji), niż ściśle marksistowskim.

Gdy studenci w pocie czoła egzaminy zdawali, członkowie KC KPCh coraz częściej obradowali nad tym, jak ma wyglądać kraj i jakie reformy są mu potrzebne. Sam Deng Xiaoping, u progu dorosłego życia mający za sobą kilkuletni pobyt w Paryżu, a potem Moskwie, w drugiej połowie 1978 odbył ostatnie w swym życiu podróże zagraniczne. Był wtedy w Japonii, Tajlandii, Singapurze i Birmie, a na samym końcu, już w styczniu 1979 roku, w USA, co odbiło się wówczas głośnym echem - i to nie tylko dlatego, że był to pierwszy najwyższej rangi polityk chiński odwiedzający ten kraj (Deng był kiedyś, w 1974 roku, na sesji ONZ w Nowym Jorku, gdzie zresztą zaprezentował "teorię trzech światów" Mao, ale jednak to nie to samo, co oficjalna wizyta państwowa).

Chiński przywódca, tak dobrze znający z autopsji biedę prowincji i wsi własnego rozległego kraju, przeżył podczas tych podróży - mimo zaawansowanego wieku - kulturowy szok. Dobrze przecież pamiętał chińską wieś. Po pobycie w Tokio mówił: "Im więcej widzimy, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy zacofani". Drugiego grudnia podsumowywał ostatnie wizyty, jeszcze przed wyjazdem do USA: "Podstawowe znaczenie ma to, że musimy uznać, iż jesteśmy zacofani, a wiele rozwiązań, które stosujemy, jest nieodpowiednich, co musimy zmienić"91. W Singapurze, przecież chińskim z natury (niemal 80 proc. ludności to Chińczycy z krwi i pochodzenia), zakochał się tak bardzo, że natychmiast kazał tam wysyłać wysokich rangą przedstawicieli własnego kraju "po naukę", a z ojcem-założycielem tego miasta-państwa, wykształconym w Wielkiej Brytanii prawnikiem Lee Kuan-yew, zresztą przekonanym antykomunistą, zawiązał długoletnią i dozgonną przyjaźń. Natomiast w zderzeniu z amerykańską nowoczesnością westchnął znacząco: "jeśli się nie rozwiniemy, zostaniemy starci z powierzchni Ziemi".

Gdy Deng po raz ostatni wojażował po świecie, jego zwolennicy przez blisko dwa miesiące przygotowywali, jak się okazało, najważniejszy akt epoki pomaoistowskiej, czyli gwarantujący pełen powrót Deng Xiaopinga do władzy dokument, zatwierdzający jego wizję rozwoju kraju, reform i otwarcia na świat, a wszystko to w oparciu o pragmatyczny program reform gospodarczych. Natomiast całą tę Konferencję Roboczą, poprzedzającą plenum, wnikliwy Roger Garside całkiem słusznie określił mianem "największej koncentracji politycznej energii, jaką widziała Republika Ludowa"92.

Ostatecznie dokument ten ujrzał światło dzienne na zakończenie obrad trzeciego plenum KC KPCh, które obradowało 18-22 grudnia 1978 roku93. Postawiono w nim zbożny cel "budowy Chin jako nowoczesnego, silnego państwa socjalistycznego do końca stulecia", a przede wszystkim wydano dyrektywę, by walka o wzrost i postęp gospodarczy zastąpiła dotychczasową, często brutalną i bezpardonową walkę klas. Tym samym walka o rynek, początkowo trudna ze względu na zakorzenione, a raczej siłą wbite do głów schematy, zastąpiła marksistowsko-leninowską, a jeszcze bardziej maoistowską, walkę klas. Tyle tylko, że tym samym dokonywano iście kopernikańskiego zwrotu, bowiem - zgodnie z wnikliwymi dociekaniami Andrzeja Walickiego - to właśnie rynek był dotychczas największym wrogiem dla chińskich władz, jako "całkowicie obcy twórcom marksizmu"94, a tym bardziej dyktatorskiemu i nierozumiejącemu praw ekonomii Mao.

Na trzecim plenum to gospodarka zyskała priorytet nad polityką, a dotychczas było odwrotnie. Skończono z walką klasową, teorią zwalczających się grup i mas, zainicjowano walkę o gospodarczy wzrost - i o rynek, poprzednio wyklęty - od razu jednak na swoistej, tak wyraźnej później zasadzie łączenia sił rynkowych z mocą i potęgą państwa, tym samym przecząc zachodnim teoriom, wykluczającym poszukiwania "trzeciej drogi" między kapitalizmem a socjalizmem. Jako cel doraźny przedstawiono znany już nam "program czterech modernizacji" Zhou Enlaia, w którego realizacji kluczową rolę miał raz jeszcze odgrywać pragmatyzm, praktyka, doświadczenie i wiedza, a nie ideologiczny zapał czy ferwor, czego dowodem było kilkakrotne nawiązanie do formuły "praktyka jedynym kryterium prawdy". Synonimem dokonywanych zmian była wreszcie rehabilitacja wielu ofiar poprzednich czystek i politycznych wichur, począwszy od Peng Dehuaia.

WIZJONER DENG XIAOPING95

Trzecie plenum ostatecznie zatwierdziło plany i wizje Deng Xiaopinga. Na czym one polegały i skąd się wzięły? Łatwiej odpowiedzieć na drugie pytanie: z doświadczenia zesłania i pobytu na chińskiej wsi, z głębokiego przemyślenia chińskich realiów, także z porównania ich z - chińską z natury - rzeczywistością w Hongkongu czy Singapurze, a nade wszystko z wrodzonego chyba pragmatyzmu. Deng był doskonałym realizatorem (woli Partii lub osobiście Mao) i administratorem, trzeźwym realistą, a nie ideologiem i poetą jak Mao. Przez dziesięciolecia był wiernym żołnierzem i wykonawcą, najpierw w armii, potem w Partii, a te nauczyły go, jak twardo stąpać po ziemi. To stąd szybko przejął, podpowiedzianą mu w grudniu 1980 roku przez stratega gospodarczego Chen Yuna96, a potem mocno forsowaną przez Zhao Ziyanga, pierwszego premiera "epoki reform", formułę "kroczyć przez rzekę, czując kamienie pod stopami" (mozhe shitou guo he), która u progu reform stała się wręcz lejtmotywem postępowania władz.

Logika stojąca za tą poręczną maksymą była mniej więcej taka: nie mamy doświadczenia, nikt przed nami przez tak burzliwy nurt i tak szeroką rzekę (reform) nie przechodził, natomiast wiemy, że musimy przejść na drugi brzeg, bo tylko tak postępując mamy szansę modernizacji i postępu. Co więc robimy? Wchodzimy do rzeki i badamy jej nurt lub ewentualne wiry. Jeśli są one zbyt wielkie i tracimy grunt pod nogami, cofamy się, przesuwamy o kilometr czy dwa w bok i próbujemy od nowa - aż do skutku. A równocześnie nie wkraczamy do tej rzeki pełną ławą, wszyscy razem, wpuszczamy tam tylko nielicznych, wybrańców, eksperymentujemy i badamy, co ich wyczyny przyniosą.

Tym samym w ślad za pragmatyzmem i wyciąganiem praktycznych wniosków, postawiono na ostrożność i gradualizm, wprowadzane stopniowo i ściśle kontrolowane czy wręcz reglamentowane eksperymenty i zmiany, które poszerzano i pogłębiano dopiero wtedy, gdy okazały się skuteczne lub wydajne. To właśnie zwykła praktyka, płynąca z doświadczenia i mądrości ludu, a nie żadne ideologie, doktryny czy wypracowane na uniwersyteckich katedrach (których wówczas nie było...) teorie stały się zaczynem i podłożem chińskiej transformacji i reform, które - jak się szybko okazało - miały przynieść wręcz rewolucyjne przemiany w życiu obywateli ChRL, jak też z czasem w zmieniającej się roli państwa na scenie międzynarodowej.

Na samym progu swych samodzielnych rządów, teraz już wreszcie nie pod dyktando Mao, jak robił w zasadzie przez całe poprzednie życie, Deng Xiaoping napotkał jednak na największe wyzwanie nie po stronie gospodarczej, a jak najbardziej politycznej, czy może ideologicznej, czyli w obszarach, od których wręcz instynktownie stronił. Wchodził do samodzielnego decydowania w wieku ponad 74 lat oraz na fali wielkiego społecznego entuzjazmu i zaufania: jako ofiara "rewolucji", bliski współpracownik ukochanego premiera Zhou (czemu dano tak wyraźnie znak w kwietniu 1976 roku na placu Tiananmen), potem twardy przeciwnik "bandy czworga" i wreszcie jej ofiara. Był wielbiony, traktowany przez społeczeństwo po wielkiej traumie jak swój, bo dzielił tego społeczeństwa nieszczęsne losy.

A jednak gdy przyszła chwila prawdy, na szali ważonych racji opowiedział się za Partią i Systemem, a nie przeciwko nim. Najpierw, mocno zaniepokojony i obawiający się złowrogiego luan, a więc społecznej zawieruchy i zamieszania, czego wiele razy doznał w długim życiu, 29 marca 1979 roku, zatem na progu reform, kazał uwięzić Wei Jingshenga, poruszony jego przesłaniem szukania "piątej modernizacji - demokratyzacji".

Wei Jingsheng dowodził bowiem w swoim najgłośniejszym da zi bao:

Chcąc osiągnąć modernizację, Chińczycy przede wszystkim muszą praktykować demokrację oraz unowocześniać chiński system społeczny [...] Bez demokracji, społeczeństwo utknie w stagnacji, a wzrost gospodarczy napotka na przeszkody nie do pokonania [...] Bez spełnienia tego kryterium [tzn. przyjęcia demokracji - dodam od siebie], nie tylko dalszy rozwój nie będzie możliwy, ale nawet utrzymanie już uzyskanego poziomu rozwoju będzie trudne. Doświadczenie naszego wielkiego narodu z ostatnich trzech dziesięcioleci jest najlepszym tego dowodem97.

Deng Xiaoping miał zupełnie inną wizję i koncepcję, a słowa Wei uznał za bezpośrednie wyzwanie dla Systemu, któremu on sam był wierny od początku swej kariery. Demokrację, jak wielokrotnie tego dowodził, uznawał za system nieodpowiadający chińskim realiom i tradycjom, a w poglądach Wei Jingshenga widział przede wszystkim zagrożenie dla KPCh i jej niepodzielnej władzy. To wówczas do opinii publicznej przebiło się jego słynne zdanie: "Jeśli otworzysz okno na więcej niż dziesięć godzin, to musisz spodziewać się, że wpadnie parę much"98. Zatem ta obawa przed niepożądanymi insektami (jakkolwiek byśmy je rozumieli), a przede wszystkim obawa przed luan sprawiły, że postanowił zdecydowanie wkroczyć do akcji i zdławić w zarodku ewentualny ruch dysydencki.

Wei Jinsheng czekał na swój proces aż do października tego samego 1979 roku. Został skazany za "zdradę Ojczyzny i dostarczanie obcokrajowcom materiałów dotyczących obronności państwa" na 15 lat więzienia. Mniejsza o zarzuty i ich treść, liczyło się przesłanie, a było ono oczywiste: krytyka "rewolucji" to jednak nie pełna liberalizacja, na żadne demokratyzacyjne eksperymenty i polityczne rozluźnienie ta władza nie pójdzie.

O tym, że dokładnie o to chodzi, pokazał sam Deng w jednym z najważniejszych swoich politycznych wystąpień w "epoce reform", jak ją zaczęto nazywać, wygłoszonym 30 marca, a więc w dzień po aresztowaniu najgłośniejszego - i najniebezpieczniejszego z punktu widzenia władz - dysydenta, Wei Jingshenga. Nowy władca, choć bez faktycznych stanowisk (poza funkcją w armii, z innych po grudniu 1978 roku zrezygnował) i bez oznak kultu jednostki (nigdy za życia nie pozwolił na budowanie mu pomników i wieszanie jego portretów), ogłosił wtedy, że nie tylko członkowie KPCh, ale całe Chiny pod jego rządami mają przestrzegać "czterech podstawowych zasad", czyli: trzymać się socjalistycznej drogi, przestrzegać dyktatury proletariatu oraz kierowniczej roli KPCh, zasad marksizmu-leninizmu i myśli Mao Zedonga99. Płynące z nich przesłanie było również więcej niż jasne: reformy prorynkowe i gospodarcze - tak, ale polityczne - nie. W sensie politycznym System został zamrożony jako dyktatura jednej partii i jednej ideologii, co prawda się zmieniającej, ale za to o tym samym wyróżniku - była ona nadal narzucana odgórnie. O randze i wadze zagadnienia niech świadczy fakt, że te "cztery podstawowe zasady" w 1999 roku wpisano do preambuły obowiązującej do dziś konstytucji, są więc wykładnią i polityczno-ideologicznym wymogiem, jeśli nie dogmatem, aż do dziś.

Tym samym Deng Xiaoping, wówczas szanowany i wielbiony - i to nie tylko w Chinach (dwukrotnie, w 1978 i 1985, został "człowiekiem roku" tygodnika "Time"), zdecydowanie pokazał, że po pierwsze, jest jednak nadal przekonanym wodzem Partii, a po drugie, że wbrew pozorom nie jest żadnym demokratą, lecz w wymiarze politycznym zwolennikiem twardej ręki, wręcz dyktatury i autokracji, choć w ich "oświeconej wersji". Przy czym stawiał na moc rynku, co zdecydowanie wyróżniało go spośród innych liderów świata komunistycznego i kto wie - nie mamy jeszcze otwartych archiwów - w jakim stopniu przyczyniło się do pojawienia się w kilka lat później po zainicjowaniu chińskich reform niejakiego Michaiła Gorbaczowa jako genseka sowieckiej Partii (moim skromnym zdaniem, był to czynnik znaczący...).

Deng Xiaoping, prawdziwy architekt i wizjoner rozpoczętych w grudniu 1978 roku reform i zmian słynął z pragmatyzmu, trzeźwości, ale też dosadnego języka. Chłodny realista, doskonały organizator, zręczny administrator, za co cenił go Mao (może dlatego właśnie Deng przeżył?), był znany z tego, że nie cierpiał ideologów i biurokratycznej mowy. Do legendy przeszedł powiedzeniem o partyjnych ideologach: "Stoją nad latryną i nie mogą się wypróżnić". Także w ocenie chińskich realiów potrafił być niezwykle cięty, czego dowodem ten oto fragment jego wypowiedzi na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPCh w sierpniu 1980 roku:

Biurokracja jest wielkim i szeroko występującym problemem w życiu politycznym naszej partii i państwa. Główne jej szkodliwe przejawy to: stawianie własnej osoby wysoko ponad masami, nadużywanie władzy, odrywanie się od rzeczywistości, odrywanie się od mas, chełpienie się i skłonność do imponowania, wyżywanie się w pustosłowiu, skostnienie myślenia, uparte trzymanie się przestarzałych przepisów, rozpasanie administracji i przerosty zatrudnienia w jej organach, opóźnianie załatwiania spraw, brak efektywności, nieodpowiedzialność, niedotrzymywanie słowa, niemające końca krążenie dokumentów, spychanie odpowiedzialności na innych, przybieranie pozy mandaryna i pouczanie przy każdej okazji, atakowanie z zemsty, dławienie demokracji, oszukiwanie zwierzchników i ukrywanie istoty rzeczy przed podwładnymi, arbitralność i despotyzm, protekcja, łapownictwo, nadużycia, naruszanie prawa i inne100.

Niezła tyrada, jak na prawdziwego przywódcę państwa... Nie dajmy się jednak zwieść. Zarówno demokracja, jak państwo prawa, które w tym potoku słów Deng wymienił, były przez niego rozumiane inaczej, niż to jest powszechnie przyjęte na Zachodzie. Zresztą, o państwie prawa potem już raczej nie wspominał, dając jednoznacznie do zrozumienia, w duchu wyłożonych przez siebie "czterech podstawowych zasad", że rozumie raczej to pojęcie jako podyktowane z góry prawo Partii101, a na temat demokracji wypowiadał się wielokrotnie i jasno: więcej otwartego myślenia, samodzielności, tolerancji, nawet "wyzwolenia umysłów", do którego wzywał, jest wskazane, ale nie oznacza to wcale, że Chiny pod wodzą KPCh mają iść w ślady Zachodu.

Tak o tym mówił pod koniec grudnia 1986 roku, gdy po raz pierwszy kazał stłumić studenckie demonstracje, co w efekcie doprowadziło do dymisji ze stanowiska sekretarza generalnego KC KPCh Hu Yaobanga, wskazanego wcześniej osobiście przez Denga na to stanowisko:

Opowiadając się za demokracją, nie możemy korzystać z wzorów demokracji burżuazyjnej, nie możemy stosować formuły trójpodziału władzy [na wykonawczą, ustawodawcza i sądowniczą]. Często krytykuję kręgi rządzące Stanów Zjednoczonych za to, że głoszą, jakoby faktycznie istniały u nich trzy rządy. Oczywiście burżuazja amerykańska wykorzystuje to jako instrument propagandy wobec innych krajów, ale w samych USA stan ten doprowadza do starć i stwarza kłopoty. Nie możemy posługiwać się tą metodą102.

Deng wielokrotnie powtarzał, a dwukrotnie - na przełomie 1986/87 i wiosną 1989 roku - spektakularnie udowodnił, że kluczowym pojęciem w jego rozumieniu jest nie tyle demokracja, co społeczny spokój, stabilność i stabilizacja, równie ważne, jak modernizacja, reforma czy postęp. Ciężko doświadczony w życiu, mający za sobą traumy "długiego marszu" (chińskich komunistów w latach 30., pod naciskiem nękających ich wojsk Partii Narodowej, GMD), wojny domowej, agresji japońskiej, "wielkiego skoku", "rewolucji kulturalnej", panicznie wręcz obawiał się powtórki złowrogiego luan - społecznych niepokojów i politycznej zawieruchy. Nie chciał powrotu biedy, bo "bieda to nie socjalizm", jak mówił, ale tym bardziej nie chciał demokracji, nie wierząc w jej zasady i obawiając się skutków mechanizmów w nią wkomponowanych, szczególnie w tak wielkim i złożonym organizmie jak Chiny. Natomiast potwierdzał tym samym ustalenia zachodniej literatury fachowej: miał osobowość autorytarną, dla której nadrzędne wartości to ład i porządek. Dlatego jak ognia bał się politycznego liberalizmu, związanego z takimi pojęciami, jak otwartość, wielokulturowość, różnorodność, wielobarwność.

Jednakże w podejściu do gospodarki w pełni odszedł od ortodoksyjnego komunizmu, którego przez większość życia był wielkim wyznawcą, a nawet karbowym, narzucającym tę wiarę siłą innym, jednakże w wymiarze politycznym (ideologia dla niego akurat nie miała zbyt wielkiego znaczenia), do końca. Do końca swych dni pozostał wiernym żołnierzem Partii i dyktowanej przez nią odgórnie woli. Wbrew pierwotnym (po 1978 roku) oczekiwaniom Zachodu pozostał autokratą, tyle że oświeconym - i otwartym na świat, co jednak, jak udowodnił, wcale nie oznaczało ślepego naśladownictwa ani Zachodu i ani nikogo innego, poza odniesieniami do chińskiej odrębnej cywilizacji i kultury.

Jaką więc Deng Xiaoping miał wizję, którą zaczął narzucać całym Chinom od końca lat 70. XX stulecia? Co do ogólnych założeń nie ma zaskoczeń: chciał dokładnie tego samego, co jego wielcy poprzednicy - Sun Yat-sen, Czang Kaj-szek (Jiang Jieshi), Mao Zedong: Chin wielkich, potężnych, wpływowych, z którymi inni muszą się liczyć103. Tyle tylko, że twórca Chin republikańskich, Sun Yat-sen, rządził zbyt krótko, by swoją wolę mógł narzucić wielkim Chinom i do końca życia pozostał politykiem niespełnionym, choć doczekał upragnionego upadku Cesarstwa104. Czang Kaj-szek z kolei musiał przez praktycznie całą swoją karierę (a na pewno do ucieczki na Tajwan w 1949 roku) zmagać się z przeciwnikami na scenie wewnętrznej i zewnętrznej, bezustannie tkwił w zwarciu i konflikcie, więcej uwagi musiał poświęcić zwalczaniu przeciwników niż modernizacji. Wreszcie Mao Zedong, jeszcze bardziej autorytarny niż Czang Kaj-szek105, despota, tyran, poeta i ideolog, miał wizję Chin rewolucyjnych, plebejskich i autarkicznych, a nie otwartych na świat, nowoczesnych i konkurencyjnych gospodarczo.

Przysłowiowy diabeł tkwił więc z jednej strony w strategii i wizji, a z drugiej w szczegółach. Spośród tych wyżej wymienionych wodzów i wizjonerów tylko ciężko doświadczony Deng rozumiał, iż sama wizja i strategia to za mało. Muszą one być wypełnione konkretną treścią, nie mogą być oderwane od realiów, muszą być oparte na chłodnej kalkulacji, a przy tym zagwarantowane przez sprawny mechanizm administracyjny w kraju i dobre sojusze na arenie międzynarodowej. Kot miał być skuteczny i łapać myszy wszędzie, gdzie tylko się da, co szybko zwróciło uwagę obserwatorów i możnych tego świata, gdy tylko Deng przejął stery nad Chinami. Tak o nim pisał w swoich wspomnieniach Zbigniew Brzeziński, który doprowadził z nim do normalizacji i nawiązania dwustronnych stosunków dyplomatycznych ChRL-USA, a potem jeszcze wielokrotnie się spotykał i nabrał do niego autentycznego szacunku:

Imponował szybkością myślenia, ostrym językiem, a przede wszystkim zimną, a nawet bezlitosną gotowością użycia siły [...] Deng był człowiekiem twardym, a nawet brutalnym. Najważniejszą jego zaletą było jednak proste i klarowne poczucie strategicznego kierunku. Rozumiał, że tworzy się nowa światowa równowaga sił, że Chiny łączą ze Stanami Zjednoczonymi wspólne interesy geopolityczne i że z tej rzeczywistości należy wyciągnąć realne wnioski polityczne. Nie tracił czasu na sprawy drugorzędne, koncentrował się na głównym celu, i to podejście pociągało zarówno (prezydenta) Cartera jak i mnie, zarazem napełniając nas lękiem106.

Jak wynika z dotychczasowej narracji, Deng był autokratą, trzeźwym pragmatykiem, oceniającym rzeczywistość na podstawie ogromnego własnego doświadczenia, a nie teoretycznych formuł czy ideologicznych zaklęć. Był wizjonerem, ale jeszcze w większym stopniu dobrym gospodarzem, twardo stąpającym po ziemi, a nie bujającym w obłokach marzycielem czy teoretyzującym ideologiem. Nie czuł się cesarzem, tępił kult jednostki, także własny, nigdy nie pozwalając na zawieszanie własnych portretów i stawianie pomników. Gdy doszedł w tak późnym wieku do pełnej władzy, doskonale wiedział, że ma mało czasu, a ogrom prac przed sobą, bowiem lata zesłania na wsi i tamtejsze przemyślenia dały mu nie tylko lekcję życia, ale też świadomość zacofania Chin i bezlik zadań do wykonania. Dobrą ocenę jego rządów, porównując je z poprzednimi rządami Mao, dał Henry Kissinger w cennym tomie O Chinach:

Mao sprawował rządy jak tradycyjny cesarz, w pełni majestatu i uwielbienia. Uosabiał mit imperialnego władcy, będącego ogniwem między niebem a ziemią i bliższego temu, co boskie, niż temu, co ziemskie. Deng rządził w duchu innej chińskiej tradycji: zasadzając wszechwładzę na wszechobecności, ale także na niewidzialności władcy[...] nie sprawował żadnego wysokiego urzędu, nie przyjmował żadnych honorowych tytułów, prawie wcale nie występował w telewizji, a swoją politykę prowadził niemal wyłącznie zza kulis. Rządził nie jak cesarz, ale jak główny mandaryn.

Mao sprawował rządy licząc, że dzięki swojej wytrzymałości chiński naród zniesie cierpienie, na jakie narazi go narzucona mu wizja. Deng rządził, dając wolną rękę kreatywności narodu w realizowaniu jego własnej wizji przyszłości107.

Tak, wydaje się, że Kissinger trafił w sedno: fenomen Deng Xiaopinga i sukcesów płynących z jego reform, o jakich będzie tu jeszcze mowa, brał się stąd, że uruchomił tkwiący w chińskim DNA duch przedsiębiorczości (każdy, kto Chiny, a przynajmniej jakiekolwiek Chinatown nieźle zna, ten o tym wie), który Mao poprzednio ideologicznie tłumił i zwalczał. Ci chłopi, którzy stali z założonymi rękami na wspomnianym filmie dokumentalnym Antonioniego z początków lat 70., teraz zostali zagonieni do niewolniczej wręcz pracy, ale godzili się na to, bo - wreszcie - dostali taką szansę: wyjść z potwornej biedy.

Deng nakazał Chińczykom to, czego im wcale nie trzeba było nakazywać - by się bogacili, skierował ich na ścieżkę rozwoju i wzrostu, ostrzegając jedynie, a nawet, gdy trzeba, strzelając z ciężkich dział, by wolności gospodarczych i handlowych nie łączyli z politycznymi. Jego liberalizm gospodarczy, też zresztą względny, bo pozwalał, by bardziej ortodoksyjny pod tym względem Chen Yun łączył rynek z planem, całkowicie nie pokrywał się z liberalizmem politycznym, którego nie chciał i otwarcie go zwalczał. Powiedział to zresztą szczerze swemu synowi, Deng Zhifangowi, oceniając rolę Michaiła Gorbaczowa w historii. Uznał go z "idiotę"108, który pozwolił na liberalizację polityczną przed gospodarczą, podczas gdy on - jak wiadomo - postąpił dokładnie odwrotnie. Co ciekawe, spotkała go za to otwarta pochwała ze strony Lee Kuan-yewa, "ojca" cudu singapurskiego, z którym zresztą obaj się pod koniec życia Denga mocno zaprzyjaźnili, mimo formalnie dokładnie odwrotnych poglądów politycznych. Lee stawiał bowiem dokładnie taką samą diagnozę jak Deng, mówiąc o przyszłości reformującego się już Państwa Środka: "Nie. Chiny nie zamierzają stać się liberalną demokracją. Gdyby się nią stały, to upadną. Mam co do tego całkowitą pewność, a rozumie to również chińska inteligencja. Jeśli ktoś wierzy, że w Chinach może dojść do jakiejś rewolucji na rzecz demokracji, to jest w błędzie"109.

Warto dodać jeszcze jeden ważny element, zapewne brany pod uwagę w strategicznych kalkulacjach: wykształcony częściowo w Hongkongu, a częściowo na Hawajach Sun Yat-sen przyniósł Chinom ustrój republikański, którego potem wielkimi zwolennikami byli ważni chińscy intelektualiści, jak chociażby Hu Shih wykształcony i pracujący na amerykańskich uniwersytetach Cornell i Columbia, czy tak ważni politycy ekipy Czang Kaj-szeka, jak szef finansów T. V. Soong (po Harwardzie i Columbia) czy nawet jego małżonka, pani Soong May-ling (a siostra T.V. Soonga). Znali doskonale Zachód, proponowali zachodnie rozwiązania, a co w efekcie przynieśli? Rozprężenie, zamęt, wojny prywatnych armii warlordów (watażków), złowrogi luan, którego Deng doświadczył, jak Chiny w XX stulecia, w nadmiarze i bał się niczym diabeł świeconej wody aż do końca życia. Zachód, który przecież też nieco poznał, nie był więc dla niego żadnym rozwiązaniem ani modelem, który chciałby powielać. Wręcz przeciwnie, postanowił budować wyłącznie na własnych rozwiązaniach, a gdy już sięgnął po obce, to i tak były one chińskie z natury, bo wywodziły się czy to z Hongkongu, czy to z Tajwanu, czy też - w stopniu największym - z Singapuru (do czego będziemy tu jeszcze nie raz wracali). Zachód cenił, ale jego rozwiązań powielać nie chciał, być może obawiając się losu, który przypadł Sun Yat-senowi, który swój cel nadrzędny, obalenie Cesarstwa, osiągnął, ale przyszłość kraju w istocie przegrał. Deng natomiast chciał tę przyszłość wygrać.

Z blisko pięcioletniego pobytu we Francji w młodości, gdzie pracował jako zwykły robotnik, choć przy okazji sporo się uczył, a przez chwilę nawet studiował (a także związał się, przez Zhou Enlaia, z KPCh), pozostała mu jedynie... miłość do croissantów. Gdy po dziesięcioleciach, w latach 70. na chwilę tam ponownie trafił, ze skromnych diet kupił jedynie zabawki dla uwielbianych wnuków oraz kilka croissantów dla siebie. Resztę waluty zachował "na czarną godzinę", bo kraj był biedny, a przyszłość niepewna - nawet jego, o czym miał się ponownie przekonać już wiosną 1976 roku.

Sumując: jedno jest więcej niż pewne - bez Deng Xiaopinga, o którym tu jeszcze wielokrotnie będę mówił, bez jego doświadczenia, przemyśleń i wizji, Chiny nie byłyby dzisiaj tu, gdzie są. Ta akurat konstatacja pozostaje poza wszelką dyskusją.

OD CZTERECH MODERNIZACJI DO GAIGE, KAIFANG110

W grudniu 1978 roku, po kluczowych obradach 3. plenum KC KPCh (11. kadencji) ChRL wkroczyła w fazę reform, początkowo nawiązując do strategii "czterech modernizacji" Zhou Enlaia. Jednakże dość szybko, już w połowie 1979 roku, program zmieniono, zastępując go - używanymi do dziś - dwoma pojęciami: gaige, czyli reforma (głównie gospodarcza) oraz kaifang (czyli otwarcie na świat, na handel i obce kapitały). Reforma miała ni mniej, ni więcej oznaczać wprowadzenie na powrót sił rynkowych do skostniałego mechanizmu ścisłego planowania, a otwarcie na świat spowodować zerwanie z dotychczasową autarkią i zamknięciem przed wymianą towarową i osobową z zewnętrznym światem.

Obalenie istniejących mentalnościowych murów i ideologicznych barier w obu przypadkach wymagało daleko idących zabiegów o charakterze politycznym, ideologicznym i programowym. W okresie "lewackiego odchylenia" (1957-1976, a nawet do 1978) członkom KPCh wbijano przecież do głów zupełnie odmienną mantrę. Rynek był wrogiem, prywatna własność tylko wspomnieniem - i to z tej obrzydłej epoki kapitalizmu czy "zwyrodniałych" rządów GMD, a wszyscy obcokrajowcy, poza nielicznymi rewolucjonistami, byli z góry podejrzani jako osoby Chinom niechętne. W ChRL epoki Mao miało być swojsko, a zarazem skromnie i po równo, oczywiście z wyjątkiem tych "równiejszych" na najwyższych salonach władzy. Okazało się jednak, że w praktyce System nie był za bardzo efektywny i skuteczny, a w sensie politycznym wręcz katastrofalny. Tym nie mniej uznano, że to w gospodarce, a nie polityce należało zmienić azymuty.

Obrady trzeciego plenum w grudniu 1978 roku powszechnie uważa się, w Chinach i poza nimi, za kamień milowy na drodze reform, za ich faktyczny początek. Dokonano rewolucyjnej zmiany za pomocą prostego, ale śmiałego zabiegu: przenosząc punkt ciężkości z dotychczasowej bezustannej walki politycznej na walkę o wzrost gospodarczy. Nawet obserwator, analityk i historyk Chin i chińskiego komunizmu tak krytyczny, jak Brytyjczyk Jonathan Fenby, docenia rangę tego wydarzenia i podkreśla wagę podjętych wówczas decyzji, które pozwoliły na decentralizację i racjonalizację gospodarowania oraz powiązanie efektów pracy z wynagrodzeniem, w tym ekonomiczną, a nie polityczną odpowiedzialność sektora zarządzającego - i wszystko to pod hasłem "socjalistycznej modernizacji"111. Chiny ruszyły ku reformom i zmianom, jednakże robiły to stopniowo, powolnie, ostrożnie, trzymając się znanej już nam formuły "kroczenia przez rzekę czując kamienie pod stopami".

Przy czym ta ewolucja, a w gruncie rzeczy prawdziwa rewolucja ("reformy to nowa rewolucja" - mawiał Deng Xiaoping) miała z założenia przebiegać w ramach dotychczasowego Systemu, a nie poza nim, co wymagało sporych ideologicznych łamańców. Nic dziwnego, że dopiero na XIII Zjeździe KPCh jesienią 1987 roku doszło do ostatecznego uzgodnienia sprzecznych stanowisk, co przyniosło rozwiązanie iście chińskie, a nigdy do końca niezrozumiane na Zachodzie, jakim jest - obowiązujący do dziś - ustrój państwa, nazwany "socjalizmem o chińskiej specyfice" (Zhongguo tese-de shehuizhuyi), będący niczym innym, jak połączeniem rynku z gospodarką planową i państwowym interwencjonizmem. A wszystko to pod czapką i egidą KPCh, posługującej się znanymi już nam "czterema podstawowymi zasadami" Deng Xiaopinga. Chciałoby się wyrazić to swojskim: "socjalizm tak, wypaczenia nie", jednakże istota chińskich zmian w miarę upływu czasu szła daleko i głęboko.

Chcąc je zainicjować, a potem przeprowadzić, trzeba było dokonać zmian personalnych, a przy tym stale i sukcesywnie usuwać w cień poprzednie wpływy lewackie. Obie te tendencje dobrze odzwierciedlały losy Hua Guofenga, który, jak już pisałem, kolejno tracił kluczowe funkcje: premiera, sekretarza generalnego Partii, a w końcu także przewodniczącego Komisji Wojskowej przy KC KPCh, czyli w istocie głównodowodzącego armią. Jak wspominałem, Hua Guofeng jeszcze przez pewien czas zasiadł w szeregach członków najwyższych gremiów partyjnych, potem już tylko jako zwykły członek KC KPCh, ale coraz mniej było o nim słychać. Już pod koniec 1981 roku, przynajmniej w Pekinie i Szanghaju, więcej mówiono o - pierwszych tego typu - spektaklach muzyczno-laserowych w trakcie występów francuskiego kompozytora i wykonawcy muzyki elektronicznej Jean-Michela Jarre'a, aniżeli o losach niedawno, wydawałoby się, wszechmocnego szefa frakcji fanshi pai. Świat się zmieniał - i to szybko.

Władzę w kraju przejęło kierownictwo na Zachodzie popularnie zwane "pragmatykami", natomiast w Chinach znane, choć nigdy tego terminu za bardzo tam nie eksponowano, jako wending pai, czyli "ugrupowanie stabilizujące", normalizujące sytuację w kraju po poprzednich ekscesach "lewackiego odchylenia". Od samego początku postępowało ono ostrożnie, na zasadzie wprowadzanych eksperymentalnie, stopniowo i na ograniczoną skalę reform, które poszerzano dopiero wtedy, gdy sprawdziły się na mniejszą skalę112. Program reform, o czym nie wolno zapominać i co warto tu powtórzyć, zainicjowano bowiem w kraju ortodoksyjnie marksistowsko-leninowskim i maoistowskim, gdzie pojęcia takie, jak własność, rynek, wymiana towarowa, usługi, cena, płaca czy kapitalizm były wyklęte, wykreślone ze słownika lub służące jedynie do etykietowania klasowych wrogów. Dlatego ruch w kierunku odwrotnym musiał być tym przysłowiowym "kroczeniem przez rzekę czując kamienie pod stopami", bo - po pierwsze - kolejno obalano dotychczas obowiązujące kanony, a po drugie, gdyż innych pionierów na tej drodze nie było.

Dlatego postawiono na trzy nakładające się na siebie metody. W wymiarze praktycznym i w gospodarce postanowiono najpierw powrócić do poprzednich pragmatycznych eksperymentów "porządkowania" kraju po katastrofie "wielkiego skoku", jak też - to podejście drugie - szukać tych przykładów eksperymentowania z rynkiem w gospodarce planowej, gdziekolwiek one były, zwracając tym samym uwagę na dokonania - tak, tak - polskich i węgierskich ekonomistów, poszukujących luk i okienek dla rynku w "realnym socjalizmie". Ale nade wszystko szukano ideologicznych argumentów dla dokonujących się zmian, tak potrzebnych do uzasadnienia legitymacji Partii obalającej po kolei poprzednio obowiązujące dogmaty, doktryny i formuły, przynajmniej te w gospodarce.

Z tego ostatniego podejścia narodziła się dość szybko strategia gradualnych, stopniowych zmian dokonywanych w ramach Systemu, a nie poza nim. Pierwszą salwę, by tak to nazwać, oddało dwóch ekspertów, Su Shaozhi i Feng Lanrui, na łamach majowego numeru z 1979 roku szybko rosnącego na znaczeniu miesięcznika "Jingji Yanjiu" (Studia ekonomiczne). Zajęli się takimi pojęciami, jak "nierozwinięty socjalizm", "niedojrzały socjalizm", "niekompletny socjalizm" czy "pierwsza faza socjalizmu"113. Co zwracało szczególną uwagę, to to, że nie mówiono już w ogóle o komunizmie, lecz socjalizmie i w dodatku takim, który wymaga zmian, czy inaczej ujmując - jest na dorobku. Rozpoczęła się wielka debata ideologiczna, którą zwieńczono na XIII Zjeździe KPCh znaną już nam formułą "socjalizmu o chińskiej specyfice".

Zaczęto tę formułę wypełniać treścią począwszy od kwietnia 1979 roku, kiedy to przyjęto tzw. dyrektywę czterech pojęć lub "dyrektywę ośmiu znaków", w istocie niemal takich samych, jakie zaordynowano Chinom po "wielkim skoku". W żadnej mierze nie mogło to dziwić, bowiem kontrolę nad gospodarką stopniowo przejmował tenże - chociaż rehabilitowany i przywrócony do życia politycznego dopiero jesienią poprzedniego roku - Chen Yun, który podobną rolę odgrywał już wtedy, w początkach lat 60114.

Te koncepcje Chen Yuna, mocno wspieranego przez innego wpływowego wówczas polityka Li Xianniana (w latach 1983-1988 Przewodniczącego ChRL, czyli pełniącego funkcję głowy państwa), zostały nazwane (i pod tą nazwą do dziś w Chinach w oficjalnej literaturze funkcjonują) jako polityka "dostosowania" (tiaozheng) poszczególnych gałęzi gospodarki do nowych wymogów. Do tego dodano w "dyrektywie ośmiu znaków" jeszcze trzy pojęcia: "reformę" (gaige) scentralizowanego dotychczas i nadmiernie zbiurokratyzowanego zarządzania gospodarką; "konsolidację" (shengdun) zarządzania przedsiębiorstwami (oczywiście państwowymi, bo innych wtedy nie było) poprzez wyłączanie ich z kampanii politycznych, poprzednio nagminnych, w zakładach pracy oraz "poprawę" (tigao) standardów produkcji, technologii i zarządzania115. Jak się szybko okazało, jedno z tych pojęć - gaige - już wkrótce, w lecie tego samego roku, wyeksponowano jako jeden z dwóch symboli nowej polityki państwa, obok kaifang, czyli otwarcia na świat. Z czasem, też stopniowo, oba te pojęcia - gaige i kaifang - powoli wyparły "cztery modernizacje", pozostając w podstawowym słowniku do dziś.

Na podstawie takich dyrektyw, już w połowie 1979 roku wyłoniły się zarysy nowej polityki gospodarczej państwa, kładącej nacisk na indywidualną odpowiedzialność rolników za pracę i produkcję, na samorządność i podnoszenie poziomu zarządzania w państwowych przedsiębiorstwach116. Tę politykę, ze względu na koncepcję samorządności, ale też eksperymenty rynkowe, postanowiono prowadzić przy wykorzystaniu wszystkich dotychczasowych doświadczeń w ramach szeroko rozumianego obozu socjalistycznego, poza ZSRR, traktowanym wówczas w Pekinie jako "główna siła hegemonistyczna" (czy "rewizjonistyczna") na globie. Zwrócono się zatem do specjalistów z Jugosławii, Węgier i Polski i już od końca lat 70. zaczęto ich zapraszać do Chin. Jak wykazał w niedawno opublikowanym specjalnym studium na ten temat młody amerykański ekspert i sinolog Julian Gewirtz, specjalnym zainteresowaniem strony chińskiej, a głównie odpowiedzialnego bezpośrednio za reformy gospodarcze premiera Zhao Ziyanga, cieszyły się koncepcje polskiego ekonomisty na wygnaniu w Londynie, Włodzimierza Brusa, czeskiego ekonomisty Oty Šika, byłego wicepremiera podczas Praskiej Wiosny 1968 roku, a potem też na wygnaniu (on z kolei wsławił się tomem Plan and Market under Socialism) oraz znanego ekonomisty węgierskiego, wówczas także profesora Uniwersytetu Harwardzkiego, Jánosa Kornaia.

Brus, autor cenionej książki From Marx to the Market (Od Marksa do rynku) i studiów poświęconych rynkowi w gospodarce socjalistycznej, szybko zwrócił uwagę najważniejszych ówczesnych chińskich ekonomistów, jak Xue Muqiao, Ma Hong, Du Runsheng, Yu Guangyuan czy Wu Jinglian. Pierwszy z nich, obok zasiadającego w najważniejszych gremiach partyjnych głównego eksperta gospodarczego w kierownictwie państwa, Chen Yuna, jako szef Instytutu Gospodarki we wszechmocnej wtedy Komisji Planowania, uchodził za głównego guru ekonomicznego w kraju w początkowej fazie reform. To wtedy wydał, szybko przetłumaczoną na język angielski i opublikowaną w ChRL, pracę China's Socialist Economy (Chińska gospodarka socjalistyczna), otwarcie nawiązując do tez w ortodoksyjnym marksizmie czy maoizmie wręcz wyklętych, jak "gospodarka towarowa" (pojęcie "gospodarka rynkowa" nie wchodziło jeszcze wtedy w grę, jako zbyt wywrotowe, chociaż w gruncie rzeczy chodziło o to samo) czy "prawo wartości", z którym krytycznie zmagał się kiedyś sam Karol Marks. Xue Muqiao nie tylko podważał podstawowe kanony komunistycznej ortodoksji, zgodnie z którą - jak to wyjątkowo plastycznie wykazywał Andrzej Walicki - pojęcia takie, jak rynek, handel, własność prywatna czy wymiana pieniężna były anatemą117. Xue nie tylko proponował ostrożny i wprowadzany krok po kroku powrót do przynajmniej niektórych z nich, ale już we wstępie do tej pracy zdobył się na tezę jeszcze śmielszą, pisząc: "Nigdy nie możemy traktować tego, co powiedzieli w swych pracach Marks, Engels czy Lenin za dogmat czy panaceum... Teoretyczne rozważania nad gospodarką socjalistyczną w Chinach muszą wychodzić z obecnej sytuacji w kraju"118.

Był to już klasyczny rewizjonizm - i nic dziwnego, że to właśnie Xue Muqiao zwrócił uwagę na prace Brusa i promowane przez niego tezy, by wprowadzać mechanizmy rynkowe do gospodarki planowej i był osobą bezpośrednio stojącą za zaproszeniem polskiego z pochodzenia ekonomisty do ChRL. Włodzimierz Brus po raz pierwszy trafił do Chin - na zaproszenie tamtejszych władz - już pod sam koniec 1979 roku, prosto z Oksfordu. Wyjaśniał gospodarzom przede wszystkim to, jak rozumie pojęcia "socjalizmu rynkowego" oraz "socjalistycznej gospodarki towarowej", która potem - jak się okazało - weszła do oficjalnego języka chińskich reformatorów jako określenie dobrze odzwierciedlające istotę chińskiego ustroju gospodarczego. Brus przekonał też swoich słuchaczy, że scentralizowany i w pełni kontrolowany model gospodarki socjalistycznej, w najbardziej skrajnej formie znany jako "komunizm wojenny", został już skompromitowany jako nieefektywny i niewydajny. W jego miejsce Brus proponował "trzecie rozwiązanie", czyli połączenie planu z rynkiem, a przy tym daleko idącą decentralizację podejmowania decyzji i zarządzania119, co też - jak się okazało - po latach stopniowo wprowadzono w Chinach w życie.

Włodzimierz Brus przyjeżdżał jeszcze do Chin, ale wyraźne piętno pozostawił po sobie przede wszystkim po tej pierwszej wizycie, jak też, pierwszej tego typu, konferencji w lipcu 1982 roku w górskim resorcie Moganshan w prowincji Zhejiang. Zaproszono na nią ponownie Brusa oraz kilku ekonomistów i bankierów zachodnich, w tym z RFN i USA, oraz osoby związane z Bankiem Światowym. Urządzono wspólne debaty ze specjalistami chińskimi, zamienione w bezprecedensowe warsztaty o charakterze akademickim, poświęcone porównaniu modeli gospodarczych na świecie, zarówno na Zachodzie, jak na Wschodzie, a więc, ujmując inaczej, w socjalizmie i kapitalizmie. Co znamienne, zajęto się takimi kwestiami, jak płace, ceny, ale nade wszystko relacjami między planem i rynkiem, a także - co już było herezją z punktu widzenia ortodoksyjnego marksizmu i maoizmu - prawem własności. Uznano, że małe i średnie przedsiębiorstwa, jak wówczas na Węgrzech, mogą bez przeszkód funkcjonować w gospodarce zdominowanej przez sektor państwowy, a Włodzimierz Brus raz jeszcze przekonywał - skutecznie, jak się okazało - chińskich ekspertów, że plan i rynek są ze sobą do pogodzenia120.

Ota Šik przybył do Pekinu 19 marca 1981 roku i przebywał w Państwie Środka miesiąc, a niemal stale towarzyszył mu wybijający się ekonomista Wu Jinglian. Ze sporządzonego przez tego ostatniego na koniec pobytu sprawozdania, adresowanego do prezesa Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, też znanego i wpływowego ekonomisty Ma Honga, wynika, że głównym przedmiotem zainteresowania, rozmów i wykładów były takie kwestie, jak reforma cen, ceny i płace oraz zarządzanie gospodarką i rynkiem, którymi to zagadnieniami władze chińskie mocno się interesowały, co wkrótce przyniosło zmiany: w 1982 roku pozwolono na zwolnienie czy też urynkowienie cen pierwszych stu kategorii towarowych, a w 1983 roku było już ich 350. Ma rację Julian Gewirtz, gdy pisze: "Chodziło nie tylko o ceny. Biorąc pod uwagę wysiłki i dokonania, wykłady Brusa i Šika fundamentalnie zmieniły podejście Chińczyków do reform... Portret Mao nadal wisiał w bramie Tiananmen, ale jego wizja przyszłości Chin (już wtedy) została pogrzebana"121.

Jednakże, jak wynika jednoznacznie z lektury pracy Gewirtza oraz innych źródeł, osobą, która miała naprawdę odcisnąć piętno się na chińskich realiach okazał się János Kornai, fetowany niczym gwiazda. Przyjął go sam premier Zhao Ziyang, a najbliżej związał się z nim - i tak jest do dziś - tenże Wu Jinglian. Z jego relacji, zawartej w innej kluczowej dla prób zrozumienia tamtych czasów pracy, jaką jest tom rozmów z dziennikarzem ekonomicznym Ma Guochuanem, wynika, że węgiersko-amerykański ekonomista był szczególnie ceniony za swoją koncepcję socjalizmu jako "gospodarki niedoboru", o czym pracę wydano po chińsku w rok po tym pobycie122, a potem opublikowano jeszcze siedem innych jego książek. Tę pierwszą sprzedano w nakładzie ponad 100 tysięcy egzemplarzy, a wśród chińskich ekonomistów zapanowała wręcz Ke'ernai re - "gorączka na Kornaia", tak podobały się jego koncepcje dotyczące gospodarki socjalistycznej i rynku w niej, przyczyn niedoborów towarowych, krytyki biurokratycznego zarządzania, a nade wszystko idea "miękkiego oddziaływania na budżet" (soft budget constraint), czyli chronicznej nieodpowiedzialności za planowanie i efekty pracy w socjalizmie, gdzie własność pozostała w rękach państwa123.

"Gorączka na Kornaia" wzrosła szczególnie po tygodniowej wycieczce po rzece Jangcy (Changjiang) na specjalnie wynajętym statku SS Bashan we wrześniu 1985 roku, gdzie Xue Muqiao, Wu Jinglian i grono innych największych wówczas chińskich ekonomistów, ale nie tych związanych z frakcją konserwatywną, skupioną wokół sędziwego Chen Yuna, wspólnie debatowało na pokładzie z zaproszonymi gośćmi z zagranicy na ponownie zamkniętym dla prasy i mediów "międzynarodowym seminarium na temat zarządzania makroekonomicznego". Wśród zaproszonych od początku największą estymą cieszyli się János Kornai oraz noblista w dziedzinie ekonomii, James Tobin. Ten drugi szczególnie trafił do umysłów zebranych tam chińskich specjalistów ideą "przegrzania" gospodarki, przeinwestowania i oderwania zarządzania od własności. Innymi słowy, dość szybko w ramach tych poszukiwań nowego modelu ekonomiści, jak też politycy w Chinach dotarli do kwestii kluczowej - własności, o czym mówiono już na zamkniętej konferencji w lipcu 1982 roku. Będzie się ona od tej pory odzywała co chwila - i pozostaje na agendzie do dziś.

Ten pięciodniowy rejs statkiem po rzece Jangcy przeszedł do historii. Chińscy autorzy piszą: "Konferencja na statku wycieczkowym Bashan na zawsze zapisała się w historii restrukturyzacji gospodarki Chin nie tylko ze względu na jej wyjątkową oprawę, ale także z powodu jej doniosłych rezultatów"124. Zagraniczni eksperci ocenili bowiem - i to jednogłośnie - iż ówczesna gospodarka chińska wykazywała objawy nadmiernego popytu, przegrzania, przeinwestowania oraz rosnącego nacisku inflacyjnego, nakręcanego przez wysoki popyt oraz szybko rosnące płace. Szczególnie mocno zwracał na to uwagę János Kornai, który już wcześniej zdobył sobie międzynarodowe uznanie koncepcją "miękkiego ograniczania budżetowego", charakterystycznego dla gospodarki socjalistycznej, gdzie planowanie i inwestowanie było oderwane od własności (i pieniądza).

Chwilami nie było łatwo, mimo wzajemnej życzliwości. W pewnej chwili tłumacz zalał się łzami, bo... nie było odpowiednich terminów po chińsku, by przełożyć fachowe pojęcia stosowane przez gości z zagranicy. Nic dziwnego, że kiedy po latach jeden z głównych animatorów tej debaty i jeden z najważniejszych ekonomistów chińskich o liberalnym nastawieniu Wu Jinglian pisał własną historię chińskich reform (gospodarczych), to jego tłumacz na angielski uznał za wskazane podkreślić, iż wprowadzono w tomie jakieś trzy tysiące nowych pojęć i terminów125, dodając przy tym ich obszerny glosariusz. Uczono się więc dosłownie wszystkiego, jednakże wartość merytoryczna debaty na pokładzie statku Bashan najwyraźniej przerosła oczekiwania organizatorów, a zarazem precyzyjnie trafiała w najważniejsze wyzwania, przed jakimi stanęły ówczesne chińskie władze. Dlatego, jak napisał Wu Jinglian w specjalnym sprawozdaniu z tej konferencji dla prasy, oczywiście za zgodą najwyższych władz (osobiście Zhao Ziyanga), postanowiono za radą zagranicznych ekspertów - po raz pierwszy mając do czynienia z takimi zjawiskami, jak przegrzanie, przeinwestowanie czy wysoka inflacja - zacieśnić politykę fiskalną, ograniczyć kredytowanie, także w obcych walutach, oraz wzmóc kontrolę cen i płac.

Przy czym sam János Kornai w swojej autobiografii dodał jeszcze jeden jakże istotny element, który połączył go wówczas z Chińczykami. Pisze: "Podczas pierwszej konferencji w Pekinie i później w rozmowach z chińskimi ekonomistami i biznesmenami czułem, że w pewnym sensie byłem w Chinach u siebie w domu, niezależnie od historycznych i kulturowych różnic. Wszystkie zjawiska, które się ujawniły, troski i niedostatki były mi znane. Trudności, z którymi się zmagali, były takie same jak te, które zajmowały nas na Węgrzech".

Innymi słowy, połączył ich realny socjalizm, jego dylematy i wyzwania. Jednakże Kornai na zakończenie pobytu (później były jeszcze inne) dał Chińczykom ważną przestrogę, z której - jak się wydaje - nie do końca skorzystali: "Przypomniałem kolegom, jak ważna jest harmonia w chińskim myśleniu i kulturze. Doradzałem harmonijny rozwój zamiast przyspieszonego i wymuszonego"126. Będziemy się na tych łamach dalej przyglądali, jak to w rzeczywistości wyglądało.

Dlaczego Chiny?

Ta książka jest moralnym obowiązkiem: wobec samego siebie, a także Czytelnika, no i wreszcie przedmiotu tych badań, czyli współczesnych Chin i ludzi w nich zamieszkałych. Piszę ten tekst ponad 40 lat po tym, jak po raz pierwszy, późną jesienią 1976 roku, jako osoba już dorosła, student, znalazłem się w Państwie Środka. Jak to w przypadku tej bogatej a odmiennej cywilizacji bywa, zaraziłem się. Po pierwszej eskapadzie, już zainfekowany, trafiłem na studia sinologiczne jako drugi kierunek, w ramach którego rok akademicki 1979/1980 spędziłem w Pekinie. Dziesięć lat później byłem na placu Tiananmen, co po latach opisałem w książce. Gdy los mnie rzucił do Azji Południowo-Wschodniej jako ambasadora, częściej stamtąd jeździłem do Chin, niż do własnego kraju. Albowiem Państwo Środka przez cały ten czas rosło w siłę, stawało się ważne i coraz ważniejsze, najpierw dla regionu, a obecnie już dla całego świata.

Ostatnio nic się nie zmieniło, jeżdżę do Chin minimum raz do roku, a bywa, że i częściej. Co więcej, dzisiejsza technologia pozwala na stały, bieżący kontakt z chińskością, jakkolwiek jest rozumiana, bo i gości z Państwa Środka u nas więcej, a jeśli się chce, to nawet siedząc w Warszawie można oglądać chińską telewizję czy słuchać tamtejszego radia. Natomiast dobra chińska restauracja to już nie sensacja, czy unikat, jak niegdyś słynny "Szanghaj" na Marszałkowskiej. Chiny otworzyły się i są bliżej świata. To już nie jest kraj zamknięty, ale nadal z całą pewnością pozostał tajemniczy, ze względu na trudny, a raczej pracochłonny język, jak też odmienną od naszej mentalność i kulturę.

Tekst niniejszy nie jest więc sprawozdaniem z krótszego czy dłuższego wyjazdu, a nawet solidnym raportem po kilkuletnim programie badawczym. Tu chodzi o coś więcej, o swego rodzaju summa (na tym etapie) wiedzy o współczesnych Chinach i dokonującej się w nich transformacji, przygotowana po wielu latach badań, studiów, wyjazdów, konferencji, rozmów, debat, sporów i różnych tekstów im poświęconych. Piszę o kraju, a raczej cywilizacji, z którą na każdym życiowym etapie byłem bardziej lub mniej związany, chociaż zainteresowany nią byłem zawsze. Narrację prowadzę w duchu naukowej analizy, ale chodzi mi też o formę podania tej wiedzy; w wielu przypadkach u nas nieznanej lub źle czy opacznie rozumianej. Dlatego od ściśle naukowego wywodu będą tu odejścia, czy to w sferę literatury lub filmu i kultury popularnej, czy - rzadziej - osobistych refleksji lub wspomnień.

Podkreślam jednak zawczasu, że nie jest to ani żaden pamiętnik, ani prywatne sprawozdanie, choć osobiste odniesienia do niektórych analizowanych spraw na kartach tej książki się znajdą, bo silić się na obiektywizm w ocenie skomplikowanej chińskiej rzeczywistości po prostu nie ma sensu. Każdy z nas, kto słabiej lub lepiej zna ten kraj, a w istocie kontynent i cywilizację, będzie miał swą własną interpretację tego, co tam się dzieje. W podejściu do Chin jesteśmy na własny subiektywizm skazani, bo jednych Chin po prostu nie ma, a my z natury rzeczy możemy dotrzeć tylko do ich części, czasami narzuconej nam - bo konferencja, wyjazd czy wykład, a jeszcze częściej jednak przez siebie z tych czy innych względów (turystycznych, badawczych, wskazanych przez gospodarzy lub nie) wybranej, co już jest dowodem naszej wybiórczości czy wręcz woluntaryzmu. Nie oczekujmy więc o dzisiejszych Chinach jednej prawdy, bo takiej nie ma. Jednakże wszędzie, gdzie tylko się da, będę starał się przedstawić szeroką paletę poglądów na dany temat, z wewnątrz i z zewnątrz, do wyboru i oceny przez Czytelnika.

W istocie rzeczy przedmiotem tych badań jest Chińska Republika Ludowa (ChRL), proklamowana 1 października 1949 roku, a więc podmiot potocznie zwany Chinami ludowymi lub komunistycznymi, a często też Chinami kontynentalnymi, bo istnieje przecież jeszcze drugi podmiot chiński, czyli wyspa Tajwan, formalnie zwana Republiką Chińską. Przy czym obszar badawczy jest zawężony jeszcze bardziej - do okresu reform i transformacji wewnętrznej, zapoczątkowanych w grudniu 1978 roku.

Chodzi mi o pokazanie dynamiki zmian, a także ich skutków dla Chin, a ze względu na ich rozmiar i wpływ, także dla świata. Albowiem Chiny ostatnich czterech dekad zmieniły się nie do poznania, a te, które poznałem na wstępie, mają się do dzisiejszych tak, jak dwie odmienne planety, nie tylko rzeczywistości. Jak się ta, odmienna od wszystkich innych na globie, transformacja dokonywała i dlaczego, co ze sobą przyniosła i co jeszcze może przynieść? To są najistotniejsze zagadnienia analizowane w tym tomie. Chiny u progu reform to było państwo zapyziałe, odizolowane, autarkiczne, biedne, agrarne, gdzie "realny socjalizm" wymieszał się z wyzwaniami typowymi dla państwa Trzeciego Świata. Przed reformami Deng Xiaopinga były krajem zacofanym, ustrojowo i instytucjonalnie umieszczonym w komunistycznym sztafażu. Kiedy ruszały do reform, nic nie zapowiadało tego, co jest dzisiaj, gdy stały się drugą gospodarką świata, największym państwem handlującym na globie, gdy legitymują się największymi rezerwami walutowymi, a lista ich sukcesów jest wręcz nieskończona. Jak do tego doszły? O tym też, obok opisowej narracji o przebiegu "transformacji o chińskiej specyfice", traktuje ten tom.

Istota tego przedsięwzięcia jest więc jasna - to próba znalezienia odpowiedzi na kluczowe pytanie: jak to się stało, że przez cztery dekady państwo, a raczej kontynent, o charakterze cywilizacji agrarnej, zacofany i o cechach typowych dla Trzeciego Świata, a zarazem pod totalitarnym komunistycznym reżimem, zamienił się w sprawny organizm coraz bardziej otwarcie i z dużym uzasadnieniem aspirujący do miana globalnego lidera - i to nie tylko w gospodarce?

Natomiast pierwsza stojąca za tymi strategicznymi pytaniami hipoteza badawcza brzmi: państwa wyrastają z biedy i stają na nogi nie na podstawie ideologicznych projektów i teoretycznych konceptów, lecz w wyniku stosowania u siebie zimnej, wyrachowanej praktyki i pragmatyzmu, połączonych z trzeźwym oglądem i rozeznaniem sytuacji własnej, oraz położenia sąsiadów i układu sił na świecie. To nie teoria, lecz praktyka decyduje o sukcesie. A w Chinach pragmatyzm, jak wykazuje wiele studiów, to cecha dziedziczna tamtejszej cywilizacji, wpisana w jej DNA. Owszem, zdarzały się tam rewolucje, nawet znaczące oderwania od rzeczywistości, ale sytuacja stale powracała do głównego nurtu: praktyki, pragmatyzmu, trzeźwego stąpania po ziemi, a przy tym rozwagi i wręcz drobiazgowości w działaniu czy postępowaniu. Chińczycy to nie marzyciele i bujający w obłokach mistycy (może poza taoistami w klasztorach), lecz albo trzeźwi, zdroworozsądkowi chłopi, czerpiący wiedzę z natury, albo wnikliwi i cierpliwi biurokraci, czerpiący wiedzę z arcybogatego dorobku piśmienniczego tej cywilizacji.

Uzupełnia ten punkt wyjściowy hipoteza druga: nie ma sukcesu bez skutecznej adaptacji do zmieniających się warunków oraz właściwych ludzi zmian dokonujących. Odpowiedni impuls musi wyjść od przywódców i liderów myślących w kategoriach długoterminowych i racji stanu, a więc nadrzędnych interesów państwa, a nie partii, grupy czy jakiegokolwiek lobby. ChRL ostatnich dekad, od razu dodam, miała szczęście do wielu przywódców, ale nie odniosłaby takich sukcesów, jakie notuje, bez wizjonera tych reform Deng Xiaopinga, a potem arcyskutecznego w zarządzaniu państwem technokraty Zhu Rongji (czytaj: Czu Żung-ci). Chodzi o polityków, którzy wcześniej zostali upokorzeni i mocno osobiście doświadczeni przez ideologiczne i rewolucyjne eksperymenty "epoki Mao Zedonga" (1949-1976), a nade wszystko okres "lewackiego odchylenia", za które uznaje się lata po "wielkim skoku", czyli okres 1958-1976.

Innymi słowy, to hipoteza trzecia, prawdziwie skuteczne reformy mogą przeprowadzić tylko ludzie, którzy doskonale zrozumieli, czym kończy się ekonomiczny woluntaryzm oraz rewolucyjne eksperymenty ideologiczne, pociągające za sobą anarchię, chaos, bezpardonową walkę zwaśnionych ze sobą stron. Efektem rewolucyjnych zakusów, doświadczeń i testów zawsze jest (cywilizacyjny, ekonomiczny, instytucjonalny, często nawet mentalnościowy) regres, zamiast spodziewanego postępu.

W specyficznym przypadku ChRL, to hipoteza czwarta i ostatnia, ważną rolę w programie reform odegrały jeszcze, szczególnie po 1992 roku, tamtejszy odrębny krąg kulturowy oraz samoistna, długotrwała i bogata cywilizacja, która ma duży zasięg i nadal obejmuje terytoria i obszary wychodzące poza Chiny kontynentalne. Przykłady do wprowadzania nowych mechanizmów i rozwiązań były więc po 1978 roku raczej własne, chińskie z natury, a niekoniecznie importowane czy narzucone z dominującego w tym czasie Zachodu, a przede wszystkim USA po rozpadzie układu zimnowojennego.

Chcąc się z Chinami zmagać, sięgam po osobiste doświadczenia, ale też po ogromną literaturę, zarówno dostępną w Polsce (ostatnio robi się u nas pod tym względem lepiej), jak i międzynarodową, a także pochodzącą z Chin, w tym chińskojęzyczną. Gdy trzeba, korzystam oczywiście z Internetu, jak też źródeł multimedialnych. Nie chcąc zakłócać toku wywodu i narracji, przypisy ograniczam do niezbędnego minimum i wyrzucam je na koniec każdego rozdziału. O zapleczu badawczym więcej natomiast powinna powiedzieć wybrana przeze mnie, tematyczna bibliografia, zresztą też dalece niepełna w stosunku do wykorzystanych źródeł i materiałów. Korzystam też, bo taki już dzisiaj wymóg, z oficjalnej transkrypcji chińskich nazw i terminów, zwanej pinyin, co niefachowcom lektury nie ułatwi. Chiny jednak, co chciałbym zaznaczyć i mocno podkreślić, zawsze wymagają wysiłku...

Obok wielu tekstów, analiz, artykułów i raportów stricte naukowych (patrz: Bibliografia), poświęciłem już Państwu Środka trzy książki autorskie, z których najbliższy niniejszemu przedsięwzięciu jest obszerny tom opublikowany w 2010 roku Chiński Feniks. Paradoksy wschodzącego mocarstwa. Tom obecny można traktować jako do pewnego stopnia kontynuację tamtego przedsięwzięcia, chociaż tutaj i zakres tematyki, i obszar badawczy jest szerszy niż poprzednio, a na dodatek, co oczywiste, poprowadzony o kilka lat dalej, gdy Chiny ponownie, jak niemal co dekadę, dość istotnie wewnętrznie się zmieniły, a przy tym wyrosły (a raczej odrodziły się), już bez wątpienia i bez jawnego kwestionowania tej tezy, na nowe mocarstwo. Patrząc z punktu widzenia ich doświadczeń i mentalności, to rzecz niemal oczywista, podczas gdy dla nas na Zachodzie to szok: jak to, na świecie mają dominować Chińczycy, na dodatek pod komunistycznym z nazwy reżimem?

Trzeba jednak już na wstępie zrobić pewne istotne zastrzeżenie. Ujmując najogólniej, można powiedzieć tak: Chiny najpierw na ścieżce reform próbowały udoskonalać komunizm (na siedem lat przed Gorbaczowem, co ważne), potem, po 1992 roku, weszły w globalizację, czyli na światowe, wówczas już tylko kapitalistyczne, rynki oraz przeobraziły się w globalną taśmę produkcyjną. A jeszcze później, korzystając z załamania na globalnych (czytaj: zachodnich) rynkach, po 2008 roku stały się bardziej pewne siebie i asertywne, szczególnie pod rządami obecnej tzw. piątej generacji przywódców z Xi Jinpingiem na czele, rządzącej i panującej nad sytuacją od końca 2012 roku.

Teraz, gdy piszę te słowa, Chiny znowu (a precyzyjniej: jak zawsze od upadku Cesarstwa) marzą o potędze, jaką przez wieki były; znowu chcą być ośrodkiem cywilizacyjnym, emanującym na świat. Uda się im? Będą nową potęgą dyktującą innym swoje warunki? Czy będą optowały za status quo, czy jednak okażą się "mocarstwem rewizjonistycznym", opowiadającym się za podważeniem pozycji dotychczasowego hegemona - USA oraz dotychczasowego ładu międzynarodowego, przez ostatnie ponad dwieście lat zdominowanego przez Zachód i powszechnie określanego mianem "liberalnego"? Czy grozi nam "ład nieliberalny" i świat wielobiegunowy?

Te z kolei pytania świadczą, że niniejsze przedsięwzięcie jest dość specyficzne jak na pracę autorską. Obejmuje bowiem obszary badawcze penetrowane przez politologię, ekonomię, współczesną historię, stosunki międzynarodowe, geostrategię, socjologię, a nawet kulturoznawstwo. Albowiem tylko takie multidyscyplinarne podejście, w moim głębokim przekonaniu, daje gwarancję lepszego zrozumienia chińskiego fenomenu ostatnich czterech dekad oraz wyjaśnienia źródeł tamtejszych sukcesów, które są nie do zakwestionowania nawet przez oponentów. Tych ostatnich oczywiście nie brak, bowiem zawsze nowo wyłaniające się mocarstwo napotka na opór tych, którzy do tej pory dominowali (to tzw. pułapka Tukidydesa, o której będzie trochę w tej pracy).

Jednakże specyfika chińska jest na tyle silna i mocno zaznaczona, co będę się starał tutaj udowodnić na wiele sposobów, że nie da się ani tamtejszej transformacji, ani źródeł odrodzenia i tytułowego renesansu zrozumieć bez należytego zaplecza i podglebia kulturowego. Tym samym, kwestie czysto sinologiczne też nie są dla tej narracji obojętne, a wręcz przeciwnie, w niektórych przypadkach wręcz kluczowe dla wyjaśnienia zachowań tak tamtejszych polityków i decydentów, jak też całego społeczeństwa.

Kończąc ten wstęp wyrażam nadzieję, że lektura będzie zajmująca, podobnie jak niezmiernie zajmująca - i ważna, nie tylko dla Chin, także dla nas i całego świata - jest tematyka tu podejmowana. Chiny to przecież nadal najludniejsze państwo świata (choć po raz pierwszy w dziejach właśnie wyprzedzają je pod tym względem Indie), które ostatnio nawet nie kryje, że chce być pierwszą potęgą gospodarczą na globie, a ambicje ma jeszcze większe - i w wielu dziedzinach. Chiny dziś to potęga na ustach wszystkich - jednych straszą, drugich przerażają, trzecich zachwycają, chociaż zazwyczaj swe sądy o nich wydajemy nie tyle na podstawie solidnej wiedzy czy autopsji, co własnych projekcji, stereotypów, przekonań czy systemów wartości, do których te wywodzące się z Chin najczęściej nie przystają lub mają się nijak, co utrudnia nam właściwy osąd. Tymczasem taki właśnie zdrowy i osadzony na rzetelnej wiedzy pogląd na ich temat przydałby się nam bardzo, bowiem chodzi o kolosa, który ponownie się obudził, ma swoje wielkie ambicje i plany, które wcale nie są obojętne dla świata zewnętrznego, w tym dla nas. Ten kolos nie tylko "ruszył z posad bryłę świata", przed czym przestrzegał kiedyś sam Napoleon, ale nawet wkracza w nasze, także polskie progi - chociażby w postaci nowych Jedwabnych Szlaków. On już u nas jest, a my ciągle udajemy, że go nie widzimy.

My tu na Zachodzie i my tu w Polsce chcielibyśmy Chiny i tamtejszą, tak odmienną od naszej, rzeczywistość przekuć i przerobić na własną modłę, tymczasem one ciągle idą swoją drogą, stale odmienną od naszej. W trakcie głębokiej transformacji, reform i otwarcia na świat wypracowały swój własny model rozwojowy, a nawet dwa z nich, o czym będzie tu mowa, ale żaden z nich nie przystaje do wartości i koncepcji świata zachodniego, a jeśli już, to bardziej do modelu "państwa rozwojowego" (developmental state), jakie wcześniej pojawiło się w Japonii, a następnie w "azjatyckich tygrysach" gospodarczych w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej (Hongkong, Singapur, Tajwan i Korea Południowa). Ale nawet i pod tym względem zbieżność jest tylko fasadowa, zresztą ostatnio najbliższa maleńkiemu Singapurowi (gdzie niemal 80 proc. ludności to Chińczycy). A tak naprawdę chodzi o model sui generis chiński i raczej nie do powielenia gdziekolwiek indziej. Ten model w przeważającej mierze wyrastał sam z siebie, brał się z tamtejszego rodowodu cywilizacyjnego i odmiennych od naszych korzeni kulturowych. Dlatego jest tak trudny do pojęcia poza chińskim kręgiem kulturowym.

Zresztą sami Chińczycy, rozumiejąc tę swoją specyfikę i odmienność, wręcz zapewniają zachodnich obserwatorów, że żadnego własnego modelu nie posiadają, a tym bardziej nie chcą go nikomu narzucać. Natomiast w życiu i prowadzonych reformach kierują się - jak starają się przekonać innych - przede wszystkim własnym bogatym doświadczeniem oraz trzeźwą praktyką i pragmatyzmem. W rzeczywistości jednak, co będę starał się tutaj udowodnić, stoi za tym wszystkim misterny plan i zamysł, który jednak należy wśród niezliczonych chińskich znaków i symboli rozszyfrować.

Albowiem Chiny to bezustanna zagadka, a dla nas także pułapka. Niejako wbrew własnej nazwie - Zhongguo, czyli Państwo Środka - one wcale zwykłym państwem nie są. Są natomiast wielką i starą cywilizacją, która przetrwała, a która zawsze rządziła się własnym porządkiem i prawidłami. Owszem, we własnym mniemaniu kiedyś znajdowała się w samym środku świata i cywilizacji i o powrót do tej roli właśnie teraz, przez ostatnie dekady, tak skutecznie walczy. Chiny znów chcą być tym, czym kiedyś przez stulecia były: wielką cywilizacją emanującą na świat i wywierającą nań przemożny wpływ.

Na tym właśnie polega istotna zmiana, jaka w wyniku tamtejszej transformacji się dokonała: u progu reform Chiny (niemal) nic nie znaczyły, co im w sposób oczywisty, ze względu na ogromny potencjał i bogatą historię, w żadnej mierze nie odpowiadało i dlatego na tę trudną ścieżkę głębokiej transformacji wkroczyły. Po czterech dekadach tych eksperymentów i reform okazuje się, że Chiny są - ponownie - mocarstwem o globalnym, a nie tylko podmiotem o regionalnym czy lokalnym, wymiarze. Jak to się stało i co z tego wynika? - o tym właśnie traktuje ta książka. Zapraszam do lektury!