4
Wylądowaliśmy na lotnisku Charles'a de Gaulle'a, gdzie na dzień dobry dałem dupy. Przed samolotem stała młoda dziewczyna, z kartonem, na którym było napisane Beijing. Jako wybitny poliglota, z podstawą rosyjskiego, tragicznym angielskim i umiejętnością sklecenia kilku zdań po hiszpańsku, nie wiedziałem, że cały zachodni świat tak właśnie nazywa Pekin i wsiadłem z córką do jednego z dwóch dużych autobusów podstawionych pod samolot, olewając mały bu-sik, do którego naganiała dziewczyna. I to był błąd. Bo to był bus podstawiony dla polskiej wycieczki lecącej tranzytem przez Paryż do Pekinu. Połapałem się w tym dopiero, kiedy autobus ruszył. Po pierwsze - nikt w jego środku nie mówił po polsku. Po drugie - żaden podręczny bagaż, oprócz mojego i córki, nie był oznaczony plakietką biura podróży, którą kazała nam przyczepić do plecaków przedstawicielka biura na Okęciu, kiedy odbieraliśmy miejscówki.
Przyjechaliśmy na lotnisko w Polsce jako ostatni i nie miałem czasu przyjrzeć się innym członkom naszej wycieczki. Kiedy odebraliśmy bilety, oni wszyscy byli już po odprawie i buszowali po sklepach strefy bezcłowej lub chlali w jakimś lotniskowym barze. Zdążyłem obejrzeć kopię zbiorowej wizy, którą dostałem wraz z biletami i wiedziałem tylko, ile osób leci wraz z nami - 17. Nie znałem żadnych osób, których mogłem się trzymać na lotnisku w Paryżu i dlatego wyszło tak, jak wyszło. Wszyscy inni jechali do właściwego terminalu, a my, Bóg wie gdzie. Lotnisko Charles'a de Gaulle'a jest wielkie. Za wielkie dla 34-letniego Polaka z nastoletnią córką, nie radzącego sobie z językami, mającego na dodatek tylko 45 minut do odlotu kolejnego samolotu. Za wielkie dla nieudacznika, nie radzącego sobie za dobrze na własnym podwórku, a co dopiero na progu Wielkiego Świata.
Autobus jechał z 5 minut i dotarł do celu. Tylko że jego kres podróży z pewnością nie był naszym. Weszliśmy do terminalu. Zerknąłem na monitory z wyświetlanymi odlotami i znalazłem nasz samolot. Odlatywał za 38 minut. Wyciągnąłem bilety i uważnie im się przyjrzałem. Stało na nich jak byk -terminal E. Rozejrzałem się i sprawdziłem w którym się znajdujemy. Z całą pewnością nie w E. Wkurwiony stanąłem na środku korytarza, rozglądając się dookoła. Nie miałem pojęcia, w którą stronę iść. Na ekranie, przy nazwie Beijing i numerze lotu, cyferki zamieniły się już na inne. Pozostało nam 36 minut. Moja córka miała już 13 lat i kumała całkiem dużo. Na przykład to, gdzie zawiodła nas moja inteligencja i znajomość świata. Ale widziała też moją minę i chociaż jest wygadana, tym razem jednak wolała się nie odzywać.
W końcu wypatrzyłem kobietę. Odróżniała się od reszty ludzi na lotnisku. Od razu było widać, że nigdzie nie leci, że ma w dupie te wszystkie samoloty i do żadnego nie wsią dzie. Że próbuje tylko odbębnić swoje 8 godzin i zwiać do domu. Ubrana była jak typowa kobieta, ale krótkofalówka w jej ręku nie pasowała do reszty i zdradzała jej profesję. Jakakolwiek ona była, musiała być związana z tym lotniskiem. Podszedłem do niej uzbrojony w swój najlepszy uśmiech. Tylko on mi pozostał i czasem działał na kobiety, czasem nie. Częściej nie... Wyszczerzyłem więc krzywe zęby i dukając coś, pokazałem jej bilet, zaznaczając palcem numer terminalu. Była ładna, miała czym oddychać, namiętne usta, ale oczy zimnej suki. Jej spojrzenie z miejsca pytało "Czego ty, kurwa, ode mnie chcesz zagraniczny bucu?". No cóż, normalne podejście pracownika służby pu-blicznej... Z niechęcią obejrzała bilet, po chwili pokręciła głową, powiedziała UUUU! i pokazała palcem przed siebie. A potem przebrała dwoma palcami szybko w powietrzu, co miało imitować kroki. Jako wybitnie bystra jednostka, w mig zrozumiałem. Mieliśmy się spieszyć. Terminal E był daleko i jeśli chcieliśmy zobaczyć Chiny, musieliśmy zagęszczać ruchy. Pokazując mi ten gest palcami, uśmiechnęła się szeroko, zwycięsko, jakby już spisała nas na straty.
I prawie jej się udało. Terminal E faktycznie był daleko. 32 minuty później wpadliśmy na niego zziajani i cuchnący potem jak skunksy. Dobiliśmy do właściwego geitu. Oczywiście wszyscy już byli w samolocie. Byliśmy ostatnimi pasażerami. Minuta później i pewnie pomachalibyśmy naszemu metalowemu ptaszysku przez szybę. Fuksem jednak udało się nam zdążyć. Ledwie co wsiedliśmy i odnaleźliśmy nasze miejsca, gdzieś z przodu trzasnęły drzwi, jakiś żabojad -pewnie pilot - wygłosił coś przez głośniki i samolot odfrunął. Na szczęście z nami w środku i tylko to się liczyło.
10 nudnych godzin później, po 6 miniaturowych heinekenach i 4 buteleczkach czerwonego wina, oraz nieciekawym filmie z Jackiem Nicholsonem i Morganem Freemanem obej-rzanym po angielsku (z którego zrozumiałem tylko kilka prze-kleństw), znalazłem się nad Pekinem. Obudziłem córkę, za-pięliśmy pasy i, przynajmniej ja, rozpocząłem czekanie na koniec.
W nocy przed podróżą przyśniły mi się wybite zęby. To podobno oznacza śmierć. Oczywiście, od razu przyszła mi do głowy moja własna. Mogłem się z nią pogodzić, bo nie bardzo chciało mi się żyć, zwłaszcza ostatnio i nieraz myślałem o samobójstwie. Ale nie ze śmiercią swojego dziecka. Ono nie zasługiwało jeszcze na koniec, ja może tak. Jednak ten sen jeszcze nic mi nie dał do myślenia, przynajmniej nie na tyle, aby się bać. W drodze na lotnisko urwało mi się sznurowadło. W nowiutkim trampku, w którym jeszcze przez długi czas nie miało prawa się nic urwać. Wtedy naprawdę zbladłem i zacząłem się poważnie zastanawiać, czy aby nie zrezygnować z wycieczki. Racjonalizm wziął jednak górę. Moja wieczna przekora. Olewanie guseł i przesądów. Ziarenko niepokoju zostało jednak zasiane przez to skumulowanie złych wróżb i w czasie lotów samolotami, najpierw tym do Paryża, a potem do Pekinu, siedziałem jak na szpilkach, czekając na nieuchronne. Na wybuch ukrytej bomby, terrorystów nasłanych przez jakiegoś jebniętego Araba, lub awarię silników. Kiedy nic takiego się nie stało i samolot zaczął podchodzić do lądowania, byłem pewien, że kostucha zastawiła na nas pułapkę na lotnisku. To cwana bladź, która nie odpuszcza tak łatwo. Samolot osiadł jednak miękko, nie rozpieprzając się o ziemię. Odetchnąłem. Nawet przyłączyłem się do nielicznych oklasków, którymi pasażerowie nagrodzili niewidzialnego pilota, chociaż zawsze uważałem, że klaszczą w samolotach wyłącznie skończeni kretyni. Widać wyszło w końcu ze mnie to, o czym niektórzy wiedzieli od dawna...