Część I - Śmierć
Rozdział 1
Wrzesień 2054 r.
Wściekła zerknęłam na biały materiał. Krzywo biegnący ścieg brzydko odznaczał się na nim fioletową nicią. Jak ja mam to naprawić? Jeśli to spruję, Baba mnie zabije. Albo wsadzi do nory.
- Helena?
Zbyt głośno przełknęłam ślinę. Baba musiała już wiedzieć, że coś mi znowu nie wyszło. Poczułam jej smoczy oddech na swoim karku.
- Wyjaśnij mi, co to ma być.
Nagle przed moimi oczami ukazała się pomarszczona dłoń z żółtymi paznokciami i popękaną skórą, wysuszoną szczególnie na wskazującym palcu, który aktualnie mierzył w biały skrawek płótna na moich kolanach.
- To, co widać - odrzekłam idealnie grzecznym tonem. - Mój haft.
- To robisz od rana?
- Na to wygląda - odparłam. Wiedziałam doskonale, że już mam przechlapane.
Nastała pełna napięcia chwila ciszy. Czarne oczka Baby, wielkości paciorków różańca, świdrowały moją głowę.
- Jesteś najbardziej bezużytecznym stworzeniem, jakie miałam nieszczęście spotkać - powiedziała w końcu, cedząc każde słowo przez zęby - i za dwa miesiące będę świętować twoje odejście z tego miejsca.
Nie ona jedna. Sama czekałam z niecierpliwością na dzień, w którym będę mogła po raz ostatni wyjść z tego piekła na ziemi. Nie podzieliłam się z nią jednak tą myślą z racji tego, że dzwonek miał zadzwonić za godzinę, a ja nie chciałam przez kolejne trzy siedzieć w norze.
Słyszałam oddalające się kroki Baby i dziękowałam sobie w duchu za samokontrolę. Siedząca koło mnie Jia szturchnęła mnie łokciem.
- Helcia, poprawię ci to - uśmiechnęła się. - Ale w zamian za to musisz mi opowiedzieć o Jurku.
Bardzo starałam się powstrzymać szeroki uśmiech, walcząc z nieposłusznymi kącikami ust. Przegrałam.
- Wiedziałam - szepnęła Jia i pokręciła głową, zabierając ode mnie materiał, a mnie oddając swój. - Mów. Tylko cicho, na Boga.
- Niby czemu miałabym się wydzierać? - Uniosłam brwi. - Jurek... jest bardzo miły.
- No, to na pewno, ale miałam nadzieję, że zdradzisz więcej szczegółów - Jia spojrzała na mnie z wyrzutem.
Parsknęłam śmiechem, na tyle głośno, że Baba spiorunowała nas wzrokiem.
- Na miłość boską, wepchniesz nas obie do nory!
- Przepraszam - skrzywiłam się.
- Musisz się pilnować, bo Baba tylko czeka na pretekst, żeby cię wyrzucić, zanim jeszcze napiszesz egzaminy.
Jia miała rację i nie było sensu się z nią kłócić. Ale ja wiedziałam, że nie zamierzam się pilnować. Robienie na przekór miałam we krwi.
Zgodnie z umową opowiedziałam jej o Jurku. Był najprzystojniejszym chłopakiem i największym rozrabiaką w szkole. Rok starszym, ponieważ powtarzał klasę. Umówił się ze mną poprzedniego dnia i zabrał mnie na spacer po lesie. Uwielbiałam ten las, był w nim stary niemiecki cmentarz sprzed ponad stu lat. Drzewa rosły tam tak gęsto, iż trudno było trafić w to miejsce. Ogrodzenie było mocno wybrakowane, a ta część, która wciąż otaczała nekropolię, zarosła zielskiem. Groby dawno popękały, z każdej szczeliny wyglądał mech albo trawa. Kamienie były tak zniszczone, że nie można było z nich już niczego odczytać. Ten cmentarz miał w sobie dziki, nieskażony ludzką ręką urok. Z całą pewnością było to idealne miejsce na romantyczne spotkanie.
Mimo to nigdy nie spodziewałam się, że kiedyś na jednym z tych zimnych, kamiennych nagrobków ktoś spróbuje mnie rozebrać.
Jia z wrażenia wytrzeszczyła oczy.
- Żartujesz - szepnęła prawie bezgłośnie.
Musiałam siłą powstrzymać śmiech.
- Chciałabym - odparłam cicho, szczerząc się do przyjaciółki - ale nieźle się przejechał na tym pomyśle. Mam nadzieję, że jeszcze długo to popamięta, idiota... Bo wiesz, jak tylko zdążył się rozebrać, zwinęłam jego ciuchy i czmychnęłam do lasu. Ukryłam się na polance. No i mnie nie znalazł.
Jia pokręciła głową, śmiejąc się bezgłośnie, ale niemal od razu jej oczy posmutniały, gasząc w niej tę chwilową iskierkę radości.
Spojrzałam na mój skrawek materiału w jej szczupłych dłoniach. Zwinnie manipulowała igłą, przeplatając nić przez materiał, tworząc śliczny, równiutki ścieg na białym tle. Nie czułam zazdrości. Mój totalny brak talentu do szkolnych przedmiotów uratował mnie przed jej losem.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Gdy Jia skończyła ścieg, spojrzała mi w oczy. Wydawało się, że nie może być bardziej przygnębiona. Po raz pierwszy, odkąd ją znałam, nie było już w niej ani krzty nadziei.
- To już za kilka tygodni - powiedziała cicho, spuszczając wzrok na dłonie. - Mama kupiła mi nową sukienkę.
- Cóż... może okaże się miłym gościem. - Brzmiałam, jakbym bardziej starała się przekonać siebie niż ją.
Westchnęła z powątpiewaniem. Nawet jeśli on był miły, to raczej nie zapowiadało się, że mógł spełnić jej marzenia.
- Najbardziej żal mi Roberta. Tak mnie kocha. Byłabym z nim taka szczęśliwa... - Jej oczy wypełniły się łzami.
Tego dnia także wracałyśmy razem po szkole, jak zawsze. Stróże patrolujący nasze osiedle byli do tego przyzwyczajeni i już od lat nie uznawali podsłuchiwania naszych rozmów za konieczne. Widocznie uznali, że nie planujemy zamachu stanu w najbliższym czasie. W końcu byłyśmy tylko dwiema smarkulami.
Na początku szłyśmy w ciszy, każda pogrążona we własnych myślach. W końcu jednak Jia odezwała się drżącym głosem.
- Miałam pomysł... chciałam... chciałam zrobić, wiesz co, z Robertem... bo jakbym nie była dziewicą, to straciłabym swoją wartość. Ale on mi powiedział, że wielu weźmie chętnie taką, która nie jest dziewicą. Tylko że ci zazwyczaj są gorsi...
- Wiem. - Ścisnęłam jej dłoń. - Tak mi przykro.
Jia wybuchnęła płaczem, co przyciągnęło uwagę mijanego przez nas stróża. Natychmiast wytarła łzy, a ja pochyliłam się do mężczyzny i szepnęłam głośno: "Ona ma okres, wie pan, jak to jest". Mężczyzna natychmiast odwrócił się, a na jego twarzy malowało się obrzydzenie.
- Nie jestem jedyną dziewczyną w tej sytuacji - stwierdziła cicho. - Nie pierwszą i nie ostatnią. Ale nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę.
Musiałam przyznać, że mój los w porównaniu z jej był jak wygrana na loterii rolniczej, którą corocznie organizowano u mojej babci na wsi.
Nikt mnie nie chciał. Bogaci kolonizatorzy przyjeżdżali do szkoły oglądać nas na różnych etapach dorastania. Nie zostałam wybrana przez żadną z ich organizacji. Jeden raz tylko, jakieś dwa miesiące temu, zwróciłam na siebie uwagę. Pamiętam to znakomicie, bo mimo że dość marnie mówię po chińsku, wtedy zrozumiałam wszystkie słowa mężczyzny: "Widzisz tę tutaj? Szkoda, że ma tak słabe wyniki. Mało która kobieta może się pochwalić takim biustem". Jednak jego kolega stwierdził tylko: "Biust ma duży, ale jest wyższa o głowę od każdego naszego klienta. Wyglądaliby przy niej jak dzieci. Do tego ma taką szorstką twarz". Dryblaska o szorstkiej twarzy - tym właśnie byłam. Za brak urody dziękowałam jednak matce naturze każdego dnia, bo wiele pięknych dziewczyn było wybieranych mimo marnych osiągnięć w nauce.
Jia w przeciwieństwie do mnie była śliczna. Miała długie ciemnoblond włosy o odcieniu wypłowiałego lnu, tak typowego dla słowiańskiej urody. Jej nosa nie zdobiły żadne piegi, które skutecznie odstraszały chińskich panów. Miała zielone oczy i bladoróżowe usta, małe, ale pełne. Była raczej drobna, ale pod jej ubraniami rysowały się delikatnie kobiece kształty. Dodatkowo miała wspaniałe wyniki w niemal wszystkich przedmiotach - w chińskiej literaturze, w muzyce i sztuce, w mandaryńskim, w polskim, w historii Chin, w geografii. Jedynym przedmiotem, z którym to ja radziłam sobie lepiej, była biologia, ale ten przedmiot najwyraźniej nie był ważny dla Chińczyków. Jia bardzo szybko została wybrana i od roku chodziła na specjalny kurs przygotowujący ją do bycia żoną chińskiego pana. Teoretycznie nie powinna mi mówić, czego się na nim uczy, ale i tak wiedziałam. Poznawała chińskie obyczaje, tradycje, uczyła się pieśni, literatury i obowiązujących manier. Od dwóch tygodni kurs był poświęcony edukacji seksualnej, niezbędnej przyszłej żonie chińskiego bogacza.
- Muszę iść - powiedziałam, gdy doszłyśmy do mojego bloku. - Jia, nie zamartwiaj się, proszę.
- W porządku. - Zmusiła się do słabego uśmiechu.
Przez ostatnie miesiące za każdym razem, gdy odchodziła, żeby wrócić do domu, nie mogłam znieść myśli, że kiedyś będzie trzeba pożegnać się na zawsze.
***
Przekroczyłam próg klatki. Natychmiast dopadł mnie smród tytoniu złej jakości. Zerknęłam w stronę piwnicy - drzwi były otwarte, a nad schodami kłębił się gęsty, szarawy dym. Zeszłam na dół, niechętnie nurzając się w cuchnących oparach i z obrzydzeniem wpadając na brudne ściany w ciasnej piwnicy mojego bloku. Na końcu korytarza, oparty o ścianę, stał mój ojciec. Jego szary, wypłowiały ubiór tak zlewał się z kolorem ściany, że z trudem go dostrzegłam pośród kłębów dymu.
- Tato, to jest okropne - powiedziałam. - Że też sąsiedzi nas jeszcze stąd nie wyrzucili.
- Nie opłacałoby im się to. - Wzruszył beztrosko ramionami. - Sprzedaję im najlepszy tytoń w okolicy.
- Jeśli to jest najlepszy towar w Łodzi - przerwałam, zanosząc się kaszlem - to jak śmierdzi ten gorszy?
Ojciec na chwilę się zamyślił, z powagą wydmuchując mdlące kłęby tytoniowej mgły. Jia ostatnio zasłabła, gdy tata zaczął przy nas palić - ale ja byłam przyzwyczajona od wielu lat, od dziecka właściwie, do wiecznie obecnego dymu. Pewnie sama byłam uzależniona, nawet o tym nie wiedząc.
Nagle ojciec klasnął w dłonie.
- Pamiętasz, jak w zeszłym roku spaliłem choinkę w piecu u dziadków?
Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze. Żadne święta tak mi nie zapadły w pamięć, jak poprzednie. Tata kompletnie zapomniał, że choinka jest plastikowa. Przypuszczam, że był zbyt pijany.
Pokiwałam głową.
- Babcia do dzisiaj się skarży na fetor w kotłowni - powiedziałam.
- Tak też śmierdzi ten gorszy tytoń - skwitował ojciec i wyszedł z piwnicy. Po chwili wrócił, jakby czegoś zapomniał. - Helcia, chodź, mama chyba zrobiła już obiad.
Przebijając się przez rzednące nikotynowe obłoki, dotarłam do naszego mieszkania usytuowanego na parterze. Rzuciłam plecak z zeszytami na podłogę w swojej klitce. Nie nazywałam jej zwykle pokojem, bo nie zasługiwała na tę zaszczytną nazwę. Po moich narodzinach rodzice zdecydowali, że na mój pokoik przeznaczą pomieszczenie pralni. Była to komórka z jednym oknem i nieotynkowanymi ścianami. Gdy miałam pięć lat, na podłodze pojawiło się stare linoleum, które rodzicom udało się gdzieś załatwić.
Być może powinnam myśleć z bólem i zazdrością o pięknym pokoju Jii, o jej ładnych, nowych ubraniach i wszystkich innych rzeczach, które miała, a których mi tak brakowało. Mimo to nigdy jej nie zazdrościłam. Zawsze była ode mnie lepsza, ładniejsza i bogatsza, ale nie traktowała mnie jak kogoś gorszego. Byłyśmy nierozłączne od pierwszego dnia szkoły. Jia łagodziła konflikty z nauczycielami i broniła mnie przed nimi, a ja wnosiłam trochę wolności w jej życie. Ze mną nie bała się chodzić wieczorami, kiedy wymykałyśmy się na przechadzki po osiedlu. Ze mną zapaliła pierwszego - i ostatniego - papierosa, ze mną wypiła pierwsze piwo. To ja ją namówiłam na spotkanie z Robertem, pomimo sprzeciwu jej rodziców. Od tego czasu moja piwnica służyła jej i Robertowi jako miejsce schadzek. Jia nie pozostawała dłużna - każdego dnia przynosiła mi to, co zostało im w domu do jedzenia, bo moją rodzinę na więcej niż obiad i jeden kubek herbaty dziennie nie było stać. Doceniałam resztki ze stołu Jii bardziej, niż mogła to sobie wyobrazić.
Wdzięczność wzbierała we mnie szczególnie w takich chwilach jak ta, gdy spoglądałam na talerz i widziałam na nim dwa małe ziemniaki. Rewelacja po prostu. Nie mam nic przeciwko ziemniakom, ale często było to jedyne, co jedliśmy, dzień w dzień. Nawet największemu amatorowi zdążyłyby zbrzydnąć.
Zrobiło mi się niedobrze, ale perspektywa pustego żołądka przez następne kilkanaście godzin była jeszcze mniej kusząca. Przełknęłam ziemniaki, zanim rodzice zdążyli nawet usiąść do stołu. Nie chciałam z nimi rozmawiać. Cały czas myślałam o nieuchronnym losie Jii, co napełniało mnie na zmianę rozgoryczeniem i niedowierzaniem.
"Przecież to niemożliwe, że ja żyję w takiej rzeczywistości" - powtarzałam sobie w myślach. Kiedy pogrążałam się za bardzo w ponurych wizjach przyszłości, do mojego nosa docierał dym papierosowy i przypominało mi się, że jestem bezpieczna. Tego dnia po raz pierwszy poczułam potrzebę docenienia tego i poszłam przytulić się do taty. Mimo zaskoczenia, z ciepłem odwzajemnił mój uścisk. Wtedy przypomniałam sobie o chłodnych rodzicach Jii i moje gardło ścisnęło się odruchowo.
***
Z niepokojem wyczekiwałam połowy listopada. Październik spędziłam nad książkami i ręcznymi robótkami, przygotowując się do egzaminów. Tak naprawdę zdałam je tylko dlatego, że Baba za żadne skarby nie chciałaby się ze mną męczyć jeszcze jeden rok. W dniu zakończenia szkoły, gdy odebrałam dyplom i opuściłam tę jaskinię tortur raz na zawsze, mimo wszystko czułam ulgę, jakby nic gorszego od szkoły nie mogło mnie w życiu spotkać. Wiedziałam jednak, że dla większości dziewcząt wizja jutra przypominała koniec świata.
Następnego dnia po Jię miał przyjechać jej przyszły mąż. Nie mogła znać wcześniej jego nazwiska - takie były zasady. Mężczyzna miał trzydzieści siedem lat, był rodowitym Chińczykiem, a swoją fortunę zbił na giełdzie. Lubił whisky i grę w bilard. Niczego ponadto Jia się nie dowiedziała.
Piętnastego listopada wstałam jak najwcześniej i od razu pobiegłam do Jii. Jakby na przekór wszystkiemu było bardzo ciepło, a nieba nie przysłaniała ani jedna chmurka.
Jia siedziała na schodkach przed domem. Oczy miała czerwone i zapuchnięte.
- O Jezu, nie płacz. - Wyciągnęłam szybko chusteczkę z kieszeni. - Robert przyjdzie?
Na te słowa Jia zaczęła tak szlochać, że ledwo oddychała. Próbowałam ją uspokoić, ale bez skutku. Uścisnęłam jej dłoń i siedziałam z nią w ciszy, mrugając szybko, żeby samej się nie rozpłakać. Miałam wrażenie, jakby ktoś wyrywał mi serce z piersi, prawie dusiłam się z bólu. Czy nie tak czuje się jedno z rodzeństwa, gdy drugie skazują na śmierć?
W końcu zjawił się Robert. Był synem wojewody łódzkiego i miał zostać pilotem wojskowym, ale do ukończenia studiów nie mógł sam decydować o sobie. Oczywiście gdyby wojewoda się zgodził, mogliby wziąć ślub - niestety Jia nie była wystarczająco bogata dla jego syna. Tak więc musiała zostać oddana komuś innemu.
- Jia - szepnął Robert - proszę. Nie płacz już.
Odeszłam, nie chcąc przeszkadzać im w tak intymnej chwili. Dochodziła powoli jedenasta, a o dwunastej miał się zjawić bogaty Chińczyk.
Usiadłam na krześle na werandzie i spojrzałam na ulicę. Słońce świeciło na bezchmurnym niebie, było całkiem ciepło jak na listopad. Mnie ten dzień wydawał się jednak najbrzydszym, jaki kiedykolwiek widziałam.
Nagle usłyszałam odgłos wymiotowania, który poderwał mnie z krzesła. Nie zdążyłam jednak wrócić za dom, ponieważ przed drzwiami ukazała się mama Jii. Stwierdziłam, że najlepiej będzie kryć Jię i zagadać jej matkę.
- Dzień dobry - powiedziałam grzecznie, przywołując sztuczny uśmiech na twarz.
- Helena! Co za cudowny dzień. - Matka Jii nie ukrywała zadowolenia.
- Jest bardzo ładnie.
Przez chwilę milczałyśmy. Kobieta wyrwała się nagle z zamyślenia.
- A więc tobie się nie udało, co?
- Słucham? - Zmarszczyłam brwi.
- Złapać męża. - Matka Jii nie mogła powstrzymać triumfalnego uśmieszku na twarzy. - Moja Jia wylosowała prawdziwą złotą rybkę.
- Och, tak... Cóż, wie pani, z jakiego jestem domu. Chyba byłabym kiepską żoną dla kogoś bogatego.
- Ależ skąd, większość dziewcząt wybieranych na żony przez te organizacje jest dość biedna. - Matka Jii pokiwała głową z udawanym współczuciem. - Ale ich uroda albo talent są ważniejsze od majątku.
- No widzi pani. - Nie dałam się wytrącić z równowagi. - Urodziłam się za wysoka i za głupia na żonę dla Chińczyka. Będę pracowała na taśmie z mamą.
- To dobrze mieć niskie ambicje, kiedy nie ma się żadnych zalet. - Kobieta poklepała mnie po ramieniu z fałszywym współczuciem. - Jia bardzo ubolewa nad tym, że musicie się rozstać.
Miałam niekłamaną ochotę powiedzieć jej, że Jia ubolewa nad tym, że jej rodzice uznali za stosowne oddać ją obcemu mężczyźnie. Oczywiście wiedziałam, że ludzie robią to po to, żeby zapewnić swoim dzieciom lepszy byt. Dla mnie to jednak był najgorszy z możliwych bytów. Moja matka całe życie przeżyła w biedzie, harując w fabryce, chodząc głodna i zmęczona. Ale mimo wszystko codziennie uśmiechała się na widok taty, kiedy podchodził, by ją pocałować albo przytulić. Byłam pewna, że Jia byłaby szczęśliwsza z Robertem, jedząc dwa kartofle dziennie, niż będzie z tym Chińczykiem, jedząc najbardziej wykwintne dania.
- A kiedy zaczynasz pracę? - Pytanie wyrwało mnie z zamyślenia.
- Pierwszego grudnia - odparłam. - W fabryce pralek, tej na Retkini.
- Ach, tam. - Na twarzy kobiety znowu pojawił się wyraz litości. - Podobno okropnie tam biją za niesubordynację.
To było kłamstwo. Moja matka przepracowała w tej fabryce dwadzieścia lat i nigdy nikt nawet na nią krzywo nie spojrzał. A zdarzyło jej się i spóźnić, i przedłużyć swoją przerwę. Wzruszyłam tylko ramionami - nie było sensu kłócić się z kimś o takich poglądach.
Matka Jii cofnęła się do mieszkania, drzwi zostawiła otwarte. Przygryzłam wargę, nerwowo skubiąc dziurawy rękaw kurtki. Rozglądałam się po ulicy, nie mogąc się pozbyć nadziei, że on jednak nie przyjedzie.
Dopiero po paru minutach zobaczyłam w oddali czarny, lśniący samochód. Pobiegłam natychmiast na tył domu.
- Jia?
Gdy ją zobaczyłam, przeszyła mnie kolejna fala bólu. Leżała na trawie wtulona w pierś Roberta. Musiała usłyszeć moje kroki, ponieważ podniosła się powoli. Robert spał.
- Nie chcę go budzić. Nie chcę się z nim żegnać - powiedziała ze łzami w oczach. - Wie wszystko, co chciałam, żeby wiedział.
- Będę z tobą tak długo, jak mi pozwolą - odszepnęłam.
Jia złapała mnie za rękę. Poszłyśmy razem, ramię w ramię, przed dom. Na twarzy Jii malowało się cierpienie tak dojmujące, jakiego nigdy u nikogo nie widziałam. Czułam przez ubranie, jak spięta była na całym ciele. Z trudem puściłam jej dłoń, pozwalając jej odejść w stronę Chińczyków. Tak bardzo chciałam ulżyć jej w cierpieniu, ale czy można ocalić straceńca, któremu stryczek już zacisnął się na szyi?
Rozdział 2
Matka Jii potrząsała ręką posiwiałego Chińczyka, dość szczupłego i wysokiego. Miał surowe rysy twarzy, nie uśmiechał się. Ręka Jii zacisnęła się kurczowo na mojej. Z trudem przełknęłam łzy, które drżały niecierpliwie w moich oczach.
Chińczyk odwrócił się do Jii, ale na jej widok skinął jedynie głową - nawet się nie przedstawił. Inny mężczyzna, w okularach przeciwsłonecznych, stojący koło czarnego samochodu, podszedł nagle do Jii i chwycił ją za ramię. Jia wydała zduszony okrzyk.
- Spokojnie, zaprowadzę panią do auta - zwrócił się do dziewczyny po polsku. - Nie zamierza pani się szarpać ani mnie atakować, prawda?
- Nie zamierzam. - Szept Jii brzmiał nienaturalnie i odlegle.
Puściłam jej dłoń i zmusiłam się, żeby na nią patrzeć. Chińczyk wciąż zdawał się kompletnie niezainteresowany Jią. Czy to możliwe, że kupił ją dla kogoś innego?
Obrzydzała mnie ta myśl. Kiedyś kobiety nie były obiektem handlu i o ich wartości nie stanowiły pieniądze. Przynajmniej tak było w Europie. A potem, po tylu latach ciężkiej walki kobiet o własne prawa, wszystko runęło. Znowu stałyśmy się przedmiotami, pionkami, którymi rozgrywane są największe bitwy tego świata - pionkami w dłoniach mężczyzn.
Jia uścisnęła mnie mocno i pocałowała w policzek. Nie płakała. Widziałam, że już nawet się nie boi.
- Będę o was myśleć każdego dnia, do śmierci. - Jej głos się załamał.
- My o tobie też - szepnęłam - Dopilnuję, żeby Robert...
- Wiem - odparła. - Żegnaj.
Próbowałam odpowiedzieć jej tym samym, ale głos uwiązł mi w gardle. Wyprostowana szła przed mężczyzną w okularach, nie odwracając się ani razu. Wsiadła powoli do samochodu. Nie spojrzała na mnie.
Nagle za moimi plecami coś trzasnęło, a potem rozległ się ciężki tupot czyichś stóp.
- Jia, nie! - ryknął Robert, rzucając się w kierunku samochodu.
Doskoczyłam do niego w ułamku sekundy i złapałam za poły płaszcza. Miał szaleństwo w oczach. Warczał wściekle jak zwierzę, ale na szczęście byłam na tyle ciężka i na tyle silna, że nie zdołał mnie przewrócić. Ostatnie, co zapamiętałam, to jego pięść zbliżająca się w zastraszającym tempie do mojego nosa.
Ocknęłam się na trawie. Słońce ogrzewało zmarzniętą ziemię, jednak ja czułam tylko przejmujący chłód. Wstałam chwiejnie. Zakręciło mi się w głowie i musiałam się podeprzeć o ścianę. Po chwili udało mi się rozejrzeć - Roberta nigdzie nie było. Matka Jii najwyraźniej nawet nie zauważyła, że ktoś zemdlał na jej podwórku.
Powolnym krokiem szłam do domu. Nadal trochę kręciło mi się w głowie. Twarz spuchła od uderzenia, a policzek bolał mnie tak, że nie mogłam nawet otrzeć łez. Pozwoliłam im płynąć i pogrążyłam się w myślach.
Oglądali się za mną ludzie na ulicach, a patrol przyglądał mi się podejrzliwie. Nie przejmowałam się tym jednak. Być może już nigdy nie będę się niczym nie przejmowała. W moim ciele był tylko palący ból, na który nie istniało żadne lekarstwo. Szłam cichymi ulicami Łodzi, zmierzając ku dobrze mi znanym wielkim blokowiskom, gdy wtem zawładnęło mną dziwne uczucie. Jakby coś się we mnie budziło.
Przypomniało mi się, jak pewnej nocy, gdy byłam małym dzieckiem, usłyszałam w kuchni kroki mamy. Najpierw się przeraziłam, ale szybko zrozumiałam, że jestem bezpieczna. Teraz było podobnie. Miałam wrażenie, że znam to coś, jakby było ze mną od zawsze. Jakby we mnie mieszkało od dnia moich narodzin, ale spało do dziś i dopiero teraz zaskoczyło mnie swoją obecnością.
To coś było wściekłe. Rzucało się wewnątrz mnie w nieposkromionej furii. Czyżbym zwariowała?
***
Na klatce schodowej zastała mnie, jak zwykle, gęsta tytoniowa mgła, jednak zignorowałam ją i ruszyłam od razu do mieszkania. Mamy jeszcze nie było. Zamknęłam się w łazience i zerknęłam w lustro.
Wyglądałam bardzo źle. Połowa mojej twarzy była spuchnięta, zauważyłam także brzydki wylew pod lewym okiem. Jako posiadaczka słabych naczynek starałam się unikać bójek, bo wyglądałam po nich tak, jakbym została przejechana przez ciężarówkę. Fioletowo-granatowy siniak zajmował prawie cały policzek - od oka do brody. Na myśl o tym, że pierwszego dnia w pracy będę musiała się z tym pokazać, jęknęłam głośno.
Po chwili jednak przypomniało mi się, przez co dziś przeszła Jia i przez co będzie przechodziła do końca życia. Dałabym sobie obić całe ciało, żeby ją przed tym uchronić. Tak niewiele było trzeba - trochę dobrej woli ze strony ojca Roberta i jej własnych rodziców - a Jia mogłaby być z kimś, kogo naprawdę kochała. Dla wielu rodziców jednak pieniądze i prestiż społeczny były ważniejsze niż szczęście dzieci. Pozornie zabezpieczali im byt, znajdując im bogatych małżonków, ale jaki sens miało życie bez miłości?
Runęłam na łóżko, czując niemalże ciężar tego wszystkiego na swoich barkach. Obudzony we mnie potwór nadal szalał jak wściekły. Miałam ochotę wybić wszystkie okna, rozbić każde naczynie w domu. Dlaczego musimy tak żyć? Dlaczego nastąpiła kolonizacja? Tak bardzo chciałam coś zmienić, ale nic nie mogłam zrobić. Tylu śmiałków próbowało już sił w powstaniu przed laty i skończyło się to tragicznie. Nikt, ze mną włącznie, nie chciał powtórki z tamtego okresu.
Przewracając się po starym materacu, próbowałam zdusić kipiącą we mnie złość - bezskutecznie. Byłam zbyt wzburzona, by tkwić bezczynnie w klitce. Nie mogłam wytrzymać w domu. Trzasnąwszy drzwiami, ruszyłam biegiem w stronę parku.
Rodzina mojej mamy mieszkała w Łodzi od ponad stulecia - to tu schroniła się prababcia mamy w czasie II wojny światowej. Mieszkanie na parterze jednego z wieżowców na ulicy Bocznej moi rodzice dostali jednak od państwa, gdy mama zaczęła pracę w fabryce. Przypuszczam, że rodzice mamy nie chcieli mieć zbyt wiele do czynienia z zięciem, który był niewykształconym człowiekiem ze wsi; po ich śmierci duże, ładne mieszkanie zostało przydzielone przez Urząd Miasta innej, obcej rodzinie. W miastach nie można było bowiem posiadać mieszkań na własność. Wszystkie mieszkania i miejsca publiczne należały do miasta, co nie znaczy, że władze dbały o te miejsca.
Park na Polesiu był kompletnie zaniedbany. Od czasów kolonizacji nie koszono tam trawy ani nie przycinano drzew, dlatego przestał być przyjazny spacerom. Obecnie park był tylko zapuszczonym miejscem schadzek kochanków oraz nielegalnego handlu.
Nie bałam się tam jednak chodzić, jako że mój tata był poważanym współtwórcą i działaczem łódzkiego czarnego rynku. Każdy menel, ćpun i pijak kłaniał mi się z szacunkiem, wołając gromkie powitania, a członkowie gangów i kieszonkowcy zaszczycali mnie skinieniem głowy. Nie byli dla mnie zagrożeniem, ponieważ nie chcieli psuć sobie dobrych układów z moim ojcem. Tym właśnie byłam - księżniczką ludzkiego bagna.
Uśmiechnęłam się do siebie na tę myśl. Dużo bardziej wolałam być księżniczką meneli niż księżniczką chińskiego księcia.
W końcu wbiegłam do ciemnego lasku. Piękne niegdyś drzewa obrosły mchem, a nieprzycinane gałęzie rozrosły się niczym dzikie pnącza. Bez liści wyglądały jednak dość surowo i smutno. Bruk na alejkach popękał w tak wielu miejscach, że właściwie był już tylko wspomnieniem chodnika. Trawa skolonizowała go jak Chiny połowę świata. Wyrastała wszędzie, w każdej szparce i w najmniejszej wyrwie. Była dość wysoka jak na tę porę roku, ale nie byłam tym zaskoczona, przecież od lat nikt jej nie kosił. Moje łydki ocierały się o ten gąszcz, co jakiś czas musiałam odsunąć gałąź przed twarzą. Było w tym coś uspokajającego, co sprawiało, że od lat uwielbiałam biegać w tym miejscu.
Na terenie dawnego rezerwatu było pusto, ale kiedy zbliżałam się do samego parku, zaczęły pojawiać się sylwetki skryte w cieniu drzew. Co jakiś czas mijałam niewielką grupkę ludzi, nierzadko słyszałam powitania i nawoływania. Helena Trojańska wraca do swojego królestwa.
Gdy dotarłam do mostu - niegdyś podobno ozdabianego kłódkami zakochanych par - przystanęłam i zeszłam po drugiej stronie w ustronne miejsce. Przez chwilę stałam tam, dysząc tak głośno, że nie byłam w stanie usłyszeć niczego innego. Mój oddech jednak w końcu się uspokoił, więc zdziwiłam się, że wciąż słyszę dyszenie. Po chwili doszły do niego ciche pojękiwania. Dopiero wówczas zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie za moimi plecami ktoś oddaje się lepszym przyjemnościom niż bieganie, co zmusiło mnie do ruszenia z powrotem do domu.
Z ulgą zauważyłam, że potwór we mnie znowu drzemie i nie zakłóca moich myśli. Bieganie dało mi czystość umysłu i zrozumiałam, że obudził się we mnie bunt. Tyle lat w szkole bez żadnych perspektyw, tyle zmarnowanego życia i teraz jeszcze odejście Jii - wszystko to przez reżim, który cofnął Polskę w czasie, który odebrał nam to, na co moi dziadkowie ciężko pracowali po czasach komuny. Jak można było w ogóle zaakceptować taką sytuację?
Zaabsorbowana myślami nie zauważyłam na swojej drodze rowerzysty. Kiedy go ujrzałam, było za późno. Wpadliśmy na siebie z łomotem i stoczyliśmy się oboje do stawu. Woda była lodowata, wręcz czułam, jak każdy por mojego ciała buntuje się przeciw dotkliwemu chłodowi. Mimowolnie zacisnęłam pięści i natychmiast wyskoczyłam na brzeg.
- Do jasnej cholery - warknął mężczyzna. - Ślepa jesteś czy co?
W tej chwili spojrzał na moją twarz, a na jego własnej odmalowało się zdumienie.
- O Boże, uciekałaś przed kimś?
"Przed swoją własną głową" - miałam ochotę mu odpowiedzieć.
- Nie, ten siniak jest sprzed kilku godzin. Swoją drogą, sam powinieneś patrzeć, gdzie jedziesz. - Skrzywiłam się, poirytowana.
- Poszłaś biegać po bójce? - Mężczyzna uniósł brwi, wygrzebując się ze stawu. - Nie jesteś ślepa, tylko szalona.
- Wszyscy mi to mówią. - Wzruszyłam ramionami. - Wyciągnę ci rower z wody.
Zanim chłopak zdążył zaprotestować, ja już złapałam rower i wyniosłam go na brzeg. Był bardzo ciężki, ale na Polesiu opłacało się udawać siłaczkę.
- Dziękuję, ale nie musiałaś się tak wysilać - powiedział rowerzysta. - Jestem Florek.
- Helena. - Wyciągnęłam swoją dłoń i uścisnęłam jego. - Co ty tu właściwie robisz? Niecodzienne miejsce na wycieczkę sobie wybrałeś.
- Och, zajmuję się różnymi rzeczami. - Florek uśmiechnął się szelmowsko. - Ty też chyba nie jesteś święta, skoro przebiegłaś przez ten park i masz zaledwie podbite oko. Ktoś inny nie dobiegłby tak daleko w jednym kawałku.
Zaśmiałam się, trzęsąc się mimowolnie.
- Masz. - Florek narzucił mi swoją kurtkę na plecy.
- Zaraz ci ją oddam - powiedziałam, starając się nie szczękać tak bardzo zębami. - Tylko się rozgrzeję.
- Odprowadzę cię do domu. - Ruszył przodem, prowadząc obok siebie rower.
- Nie trzeba, trafię sama.
- Jest listopad, a ty jesteś mokra. Moja kurtka jest ci potrzebna. - Florek odwrócił się do mnie plecami i przyspieszył kroku.
Po chwili wahania dołączyłam do niego. Uznałam, że dla bezpieczeństwa zatrzymam się przy innym wieżowcu.
- Idziemy na Boczną, tam mieszkam. - Wskazałam dłonią kierunek.
Po drodze rozmawialiśmy trochę o wszystkim i o niczym. Chłopak starał się wywęszyć, kim jestem i co robiłam w parku, ale udało mi się w miarę zręcznie pokierować rozmową i wykręcić od odpowiedzi. Patrolujący przyglądali nam się spod zmarszczonych brwi, ale większość z nich znała mnie z osiedla, więc na szczęście uniknęliśmy kłopotliwych pytań. W końcu Florek odprowadził mnie pod niby mój wieżowiec i odjechał na rowerze. Patrząc za nim, zdałam sobie nagle sprawę z tego, jakie to było dziwne spotkanie.
Rodzice nie ciągnęli mnie za język ani na widok mokrych ciuchów, ani podbitego oka. wszyscy byliśmy przyzwyczajeni do szemranych interesów taty, chyba dlatego moje szemrane interesy nie przykuwały tak ich uwagi. Na ogół umiałam o siebie zadbać i skoro nie leżałam nieprzytomna w szpitalu, to nie było powodu do zmartwień.
***
Listopadowe dni mijały zadziwiająco wolno. Każdego ranka budziłam się przygnieciona od nowa wspomnieniem Jii wsiadającej do czarnego auta. Często rozmyślałam nad tym, jak teraz wygląda jej życie, co robi w wolnym czasie. Nie mogłam jednak z nią porozmawiać. Mieliśmy w domu telefon, ale każde połączenie - nawet tylko do babci Oli - kosztowało fortunę, a i tak wszystkie rozmowy były podsłuchiwane. Nawet gdyby było mnie stać na telefon do Jii i tak nie mogłaby mi powiedzieć prawdy o tym, jak jej się teraz żyło.
W ciągu dnia starałam się pomagać mamie w domowych obowiązkach, jednocześnie usiłując poskromić wewnętrzny bunt, by nie zawładnął mną całą. W głowie szumiało mi tysiące natarczywych,niepozwalających zasnąć pytań. Dlaczego tak jest? Dlaczego Polacy godzą się na to, by ich kraj był chińską kolonią? Dlaczego nie ma już Polski na mapie? Dlaczego kraje wschodniej Europy tak łatwo się poddały?
Gdy próbowałam znaleźć odpowiedzi, wściekałam się tylko jeszcze bardziej.
W wieczór poprzedzający mój pierwszy dzień pracy, po trzech miesiącach nieudanych prób, ojcu udało się naprawić telewizor. Przypuszczam, że musiał załatwić jakieś części i prawdopodobnie nie zrobił tego zgodnie z prawem.
Tata włączył TV1, jedyny legalnie dostępny kanał telewizyjny w Chinopolu. Naszym oczom ukazał się chiński dziennikarz, szybko mówiący po mandaryńsku. W tle widać było Przewodniczącego, który podpisywał jakieś papiery z poważną miną. Ojciec rzucił kapciem w ekran, na co mama poderwała się zdenerwowana z krzesła.
- Kajtuś, tylko nie... - zaczęła, ale ojciec nie pozwolił jej skończyć.
- Niech szlag trafi te chińskie mordy! Niech ich wszystkich piekło pochłonie!
Ryk taty odbił się echem po mieszkaniu. Na nasze nieszczęście była w nim niezła akustyka, chociaż przypuszczam, że był to efekt pustki i niedostatecznej liczby mebli w pokojach.
- Kajtek, na Boga! Sąsiedzi na nas doniosą! - Mama oparła ręce na biodrach i spojrzała na tatę groźnie. - Ile razy cię prosiłam, żebyś nie odstawiał takich cyrków?
Tata opadł na kanapę z kwaśną miną, ale nie odzywał się już.
- Wybacz mi, kochanie. - Ucałował ją w dłoń. - Jesteś aniołem, że tyle lat ze mną wytrzymałaś.
Mama doskonale wiedziała, że nikt by na tatę nie doniósł. Chociaż tata nikogo by nie skrzywdził, jego znajomi chętnie zrobiliby to za niego i to każdemu, kto mu się naraził.
- Wiesz, Helenko - ojciec znienacka zwrócił się do mnie - jak na ciebie czasami patrzę, to widzę babcię Olę. Wyglądasz jak moja matka. Wypisz, wymaluj ona czterdzieści lat temu. Tylko chyba nie była tak wysoka jak ty.
Uniosłam brwi. Nigdy nie lubiłam przytyków z powodu tych stu osiemdziesięciu dwóch centymetrów wzrostu, którymi jakiś złośliwy bożek postanowił mnie obdarzyć. Te wszystkie chińskie drobinki wyglądały przy mnie jak rusałki koło olbrzyma. Własny ojciec nie powinien jednak mi tego wypominać.
- Nic nie poradzę na to, że tak wyglądam.
- Ależ babcia Ola swojego czasu była bardzo ładna! Nawet po wejściu Chińczyków nadal trzymała fason. Tylko ktoś z takim hartem ducha jak ona mógł się uśmiechać w tamtych czasach. A uwierz mi, nie było nam lekko. Moi rodzice mieli po czterdzieści lat, gdy to wszystko się zaczęło. To nie jest już wiek na stawianie oporu.
- To dlatego babci nie oddano na żonę do Chin?
- Babcia była już zamężna, miała dwójkę dzieci, poza tym wtedy było za duże zamieszanie. - Tata z namysłem zapalił skręconego przez siebie papierosa. - Miałem osiem lat, kiedy ci skośnoocy bandyci zabrali to, co nie było ich. A to wszystko przez ten konflikt nuklearny... no i mamy teraz drugą zimną wojnę - dodał ojciec, wydmuchując duszący obłok pod sufit.
Słyszałam tę historię wiele razy, ale lubiłam jej słuchać, więc nie przerywałam mu.
- Wszystko zaczęło się od chińskiej ekspansji. Ci złodzieje podbijali coraz więcej państw, aż dotarli do Europy, do Polski, zaczęły się u nas ataki. Jedno z moich niewielu wspomnień sprzed kolonizacji to właśnie mój ojciec próbujący pocieszyć mamę po tym, jak zbombardowali blok jej siostry. W tamtych czasach tragedia goniła tragedię w każdej rodzinie... No i te ataki nasiliły jeszcze napięcia, jakie były pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami z powodu wojny handlowej. W końcu Amerykanie postanowili sprezentować Chińczykom wybuch nuklearny w Hong Kongu. Chińczycy nie pozostali dłużni i wymazali z mapy świata San Francisco, w dodatku wywołując falę trzęsień ziemi. Europa się rozpadała, po brexicie inne mocarstwa europejskie wyszły z Unii i nie było nawet mowy o sojuszu. Niemcy i Francja zdecydowały się wesprzeć Czechy, które miały być następne po Polsce w kolejce do chińskiego podboju. W końcu Ameryka i Chiny zawarły rozejm, w wyniku którego w rękach Chińczyków zostały te kraje, które już podbili. A Polska stała się Chinopolem. Ta nazwa to też jakiś żart, chociaż z drugiej strony ta właściwa chińska nazwa była tak trudna do wymówienia, że nie dziwię się wcale, że ostatecznie to przetłumaczyli. W każdym razie, po tym wszystkim zakończyła się wojna jądrowa, a my zostaliśmy chińską kolonią. - Ojciec pokręcił głową z dezaprobatą. - Po prostu weszli do naszego kraju i przejęli władzę. Grozili, że jeśli się zbuntujemy, zrzucą na nas bombę. Oczywiście były jakieś zamieszki, ale nikt nie chciał ryzykować, że zrobią z Warszawą to, co z San Francisco. Polska skapitulowała. Nie udała się nawet ta próba powstania, w której tyle osób z mojej wioski wzięło udział. Czasami odnoszę wrażenie, że Polacy nie potrafią utrzymać własnego państwa dla siebie. - Tata skrzywił się z obrzydzeniem. - Jak nie rozbiory, jak nie wojny, jak nie okupacja, to kolonizacja... jedno wielkie gówno, tyle ci powiem.
- Ładnie się zwracasz do dziecka - stwierdziła mama oschle, podnosząc oczy znad gazety.
- Helena już od dawna nie jest dzieckiem, tylko ty tego jeszcze nie zauważyłaś - odparł tata. - Właśnie, może przedstawisz nam jakiegoś kawalera?
Parsknęłam śmiechem. Każdy przeciętny człowiek uznałby moją rodzinę za kompletnie patologiczną, ale żyło mi się w niej dobrze.
- Tak, tato, pod oknem wije się kolejka moich adoratorów. Ale nie wyglądaj, bo ich wystraszysz. - Pokręciłam głową z uśmiechem i schowałam się w swoim pokoju.
***
Następnego dnia poszłam do pracy. Fabryka była duża i dość jasna, ale najlepiej pasowało do niej słowo "metalowa". Wydawała się błyszczącą nagą konstrukcją, której nikt nie uznał za słuszne zakryć innymi materiałami budowlanymi. To miejsce nie wstydziło się swojego lśniącego stalą szkieletu. Była w nim solidność i moc.
Weszłam do fabryki przestronnym holem, a następnie udałam się do strażnika, który siedział przy biurku z napisem "Meldunek". Od wewnątrz budynek przytłaczał trochę swą wielkością i szarością. Nosił liczne znamiona upływającego czasu - ta fabryka miała już ponad sześćdziesiąt lat i od samego początku produkowano w niej pralki. Mimo to przypominała mi wiekowe, skórzane buty dziadka - wyglądały na swoje lata, ale były godne zaufania w każdą pogodę.
Gdy czekałam w kolejce do strażnika, czułam się mała i nieistotna oraz kompletnie wyobcowana. Przez chwilę próbowałam sobie zakodować, że będę tu pracowała już do końca życia, że do śmierci codziennie rano moje stopy będą uderzać w tę szarą, zabłoconą posadzkę, a zmętniałe, choć czyste szyby, będą odtąd każdego dnia wpuszczać światło na moje miejsce pracy. Okazało się to jednak zbyt trudne. Potwór się obudził i cichym, ale nieustającym głosem sprzeciwiał się takiej wizji.
- Twoje nazwisko? - Strażnik zerknął na mnie niepewnie.
- Trojańska - odrzekłam. - Ale nie Nikola, tylko Helena.
- A, w rzeczy samej, dziś twój pierwszy dzień, jak widzę. - Strażnik wyciągnął spod biurka niebieski uniform i podał mi go. - Musisz najpierw przejść obowiązkowe szkolenie. Zaczyna się za piętnaście minut. Radzę się pospieszyć, kierownik nie przepada za spóźnialstwem.
Czym prędzej przebrałam się w damskiej toalecie i udałam do holu. Po chwili błądzenia znalazłam salę, w której wiele osób czekało już na szkolenie. Było to duże pomieszczenie ze stołami i krzesłami - stołówka, jak przypuszczam. Wszyscy obecni byli młodzi, tak jak ja. Na jakieś trzydzieści osób tylko dwie były kobietami - ja i jeszcze jedna dziewczyna, która była śliczna, ale twarz miała dosłownie usianą piegami. Nie wyglądała jednak na nieszczęśliwą. Przeciwnie, gdy tylko weszłam do sali, podbiegła do mnie z uśmiechem.
- Och, już się obawiałam, że będę jedyną dziewczyną - powiedziała radośnie. - Jestem Xianmei. Możesz do mnie mówić po prostu Xian.
- A ja jestem Helena - odwzajemniłam uśmiech.
Nie mogłyśmy jednak porozmawiać, ponieważ zaczęło się szkolenie. Zdążyłam tylko pomyśleć, że rodzice Xian pewnie ubolewają nad tym, że imię nie pomogło ich córce w pokonaniu przeszkody w postaci licznych piegów na drodze do zdobycia bogatego chińskiego męża.
Na dużym ekranie został puszczony film w jakości HD. Widziałam taki ekran może drugi raz w życiu - nie było mnie stać na wyjście do kina, a rodzice Jii rzadko włączali telewizor. Film pokazywał radosnych Chińczyków uprawiających pola, pracujących w sklepach, bankach i innych miejscach. Następnie zobaczyliśmy podobne obrazy - ale zamiast Chińczyków byli to Bułgarzy, Serbowie, Grecy, Litwini, Polacy. Wszyscy byli zaskakująco uśmiechnięci i zadowoleni, a słońce opromieniało ich plecy pochylone przy pracy. Potem pojawił się Chińczyk z nalaną twarzą i krótkimi włosami, który przemówił ochrypłym głosem: "Zhuwei hao!", czyli "dzień dobry".
Przez kilka minut rozprawiał o tym, jak wspaniale wiedzie się ludziom w chińskich koloniach. Wyłączyłam się. Nie chciałam słuchać tych bredni i poddawać się indoktrynacji. Bunt we mnie rozwijał się i narastał. Potwór zaczynał już ostrzyć kły i pazury. Zaczęłam się wiercić na krześle, ale po chwili uchwyciłam karcące spojrzenie mężczyzny stojącego w drzwiach i znieruchomiałam. Niech to szlag. Nie byłam w tej pracy nawet pół godziny, a już miałam jej serdecznie dość.
Nagle zapadła cisza. Ekran zgasł. Na środek sali zaś wyszedł mężczyzna, który wcześniej rzucił mi karcące spojrzenie.
- Witam serdecznie nowych pracowników - przemówił po polsku. - Mam nadzieję, że wam wszystkim będzie się tu dobrze pracowało. Bardzo się cieszę, że widzę tyle nowych twarzy. Początkowo będziecie głównie zajmowali się wycieraniem maszyn ze smaru i sprawdzaniem poprawności poszczególnych części systemu produkcji oraz samych produktów. Więcej jednak opowiedzą wam o tym wasi bezpośredni przełożeni. Nie toleruję spóźniania się ani ociągania. Wszelkie przepychanki i bójki są surowo karane. O dwunastej wszyscy udają się na stołówkę, aby zjeść zupę. Będziecie pracować na pierwszą zmianę, od szóstej do czternastej - to się jednak może zmienić. Tymczasem radzę wam bacznie przyglądać się funkcjonowaniu fabryki, im szybsze będą wasze postępy, tym szybciej awansujecie.
Po tych słowach ukłonił się i odszedł.
Zapanował lekki zamęt, wszyscy zaczęli odwracać głowy, jakby w poszukiwaniu wskazówki, co dalej ze sobą począć. Rozluźniłam się, gdy zobaczyłam moją mamę wchodzącą do sali.
- Helena - zwróciła się do mnie. - Świetnie, zabiorę cię już ze sobą.
- Mamo, a możesz zabrać też Xianmei? - Brzmiałam jak mała dziewczynka w przedszkolu, pytająca mamę, czy może iść do koleżanki po południu.
Mama zerknęła na dziewczynę, a następnie wzrokiem ogarnęła całą salę. Uśmiechnęła się lekko.
- Chyba tak będzie najlepiej. - Wyciągnęła rękę do Xian. - Jestem Nikola.
- Xianmei. - Dziewczyna uścisnęła dłoń mamie.
Po chwili maszerowałyśmy już pośród wielkich maszyn. Wszędzie krzątali się ludzie, wycierając je, majstrując przy nich. Jednak szłyśmy dalej, aż trafiłyśmy na taśmę produkcyjną. Las rąk - perfekcyjnie uporządkowany, a jednak niesamowicie skomplikowany - przymocowywał, przyklejał, przykręcał różne części do innych, które z kolei były montowane, wkładane, doczepiane do następnych. Wyglądało to niezwykle, szczególnie iż pewne etapy tego procesu wykonywane były ludzkimi rękoma, inne zaś - w całości przez maszyny. Jednak każda część znalazła się w tylu dłoniach przed zmontowaniem! Każdy pracownik dotykał miejsca, którego wcześniej dotykał poprzedni, a przed nim jeszcze ktoś inny. Dawało mi to dziwne wrażenie intymności, jakby ci ludzie byli ze sobą w bliskim kontakcie cielesnym, który jednocześnie odbywał się wyłącznie za pomocą elementów pralek.
Zapatrzona, z rozdziawionymi ustami, zablokowałam chyba przejście, ponieważ nagle ktoś lekko mnie popchnął. "Muszę cię przeprosić" - rzucił krótko i po chwili widziałam już wyłącznie jego plecy. To mnie na tyle ocuciło, że dołączyłam do mamy i Xian, oglądających właśnie z bliska jedną z wielkich maszyn.
- Co robimy? - Zaciekawiłam się.
- Sprawdzam tylko, czy maszyna jest włączona - odrzekła mama, pukając w mały ekran na urządzeniu - ale jest wyłączona. Możecie zacząć swoją pracę i porządnie wytrzeć to ze smaru.
- A do czego to służy?! - krzyknęłam za odchodzącą mamą.
- Nie mam pojęcia! - Wzruszyła ramionami i poszła.
Obie z Xian patrzyłyśmy na siebie nawzajem trochę zagubione. Nie dostałyśmy niczego, czym mogłybyśmy czyścić urządzenia. Pogrzebałam jednak w kieszeniach i z triumfalnym okrzykiem wyciągnęłam z jednej z nich starą, zniszczoną ścierkę. Owinęłam ją wokół ręki... i cóż, zaczęłam wycierać sprzęt ze smaru.
Im dłużej przebywałam w fabryce, tym bardziej fascynowało mnie jej funkcjonowanie. Wszystko wydawało się doskonale zorganizowane. Taśma, przy której tyle zręcznych dłoni trudziło się nieustannie, była oznaczona setkami etykietek: po chińsku i po polsku jednocześnie (dzięki Bogu - sądzę, że napisy wyłącznie po chińsku mogłyby stanowić kompletną abstrakcję dla starszej części personelu). Najbardziej przytłaczające były maszyny. Niektóre wielkości małego auta, inne - niemal kontenerów towarowych. Jedne z nich były kompletnie ciche, tylko umieszczony na nich ekran wskazywał, czy aktualnie są włączone. Inne z kolei były tak hałaśliwe, że w ich pobliżu można było się porozumiewać wyłącznie krzycząc, i to dopiero po zaczerpnięciu maksymalnej ilości powietrza do płuc. Krzyki i hałas były jednak czymś normalnym, nikt nie zwracał na to uwagi. To, jak ci wszyscy ludzie byli do cna pochłonięci swoją pracą, swoim mikroudziałem w tworzeniu czegoś tak podstawowego i jednocześnie niezbędnego jak pralka, było po prostu hipnotyzujące. Może dla kogoś, kto pracował tu od dziesiątków lat, była to historia powtarzana do znudzenia. Dla mnie jednak było to zupełnie niezwykłe. Takiej koordynacji międzyludzkiej i bezsłownej współpracy nie miałam szansy oglądać w żadnym innym miejscu. Każdy pracownik był tutaj jednocześnie jednym z setek, ale i tym najważniejszym. Nie wyróżniał się niczym, a jednak jego brak spowodowałby rozłam w całym produkcyjnym łańcuchu. Przyszło mi do głowy, że to zupełna odwrotność społeczeństwa, w którym żyłam - które w żaden sposób nie umiało się zebrać i zorganizować, żeby wspólnymi siłami odzyskać władzę w kraju.
- Zawsze jesteś taka rozmarzona? - To pytanie wyrwało mnie z zamyślenia.
- Nie - odrzekłam, rumieniąc się lekko. - Po prostu to niesamowite, jak sprawnie to wszystko działa, chociaż tyle osób tu pracuje. To piękne na swój sposób.
- Och - Xian zmarszczyła brwi, zdumiona - mnie się wydaje, że to miejsce jest po prostu brzydkie.
Wzruszyłam ramionami. Potrafiłam widzieć piękno w każdym miejscu, coś godnego obserwacji i podziwu nawet w najciemniejszych dziurach. Może dlatego też byłam tak dobrym biologiem - większość ludzi uważała, że grzyby, płazy i inne organizmy niebędące ludzkimi są po prostu nudne. Mnie fascynowało istnienie w każdej formie, nawet gdy przejawiało się w postaci wielkiej, nierównomiernie tętniącej życiem fabryki.
W końcu nadszedł czas obiadu. Był nawet smaczny - a może smakował mi po prostu dlatego, że od dawna nie jadłam na obiad nic poza ziemniakami. Podano zupę ogórkową, która może nie była wyśmienita, ale zjadliwa. Ktoś nadmienił, że zbliżają się święta i z radością pomyślałam o wizycie u dziadków, którzy mieli własny ogródek. Babcia robiła prawdziwie pyszne potrawy, nawet jeśli składniki były skromne. Pozwoliłam żołądkowi zadowolić się zapowiedzią uczty. Gdy wracałam do pracy, czułam się nawet przyjemnie.
I wtedy potwór znowu się obudził. Przypomniał mi, że o to w tym wszystkim chodzi - ja mam się czuć zadowolona, usatysfakcjonowana tym, co jest. A ja nie chciałam być już zadowolona. Łatwo było porzucić wolność na rzecz konformizmu - tak właśnie robili dorośli w tym kraju, a przynajmniej ich większa część. Widziałam, jak jedząc razem, wymieniali się pospolitymi uwagami, opowiadali o swoich dzieciach, domach, małżonkach. Widziałam, jak pracowali, skupieni na wykonywanych czynnościach. Ich umysły nie były zmącone żadną buntowniczą myślą. Na pewno nie raz i nie dwa narzekali na to, że mają za mało jedzenia, że chcieliby mieć większy telewizor, że mają same problemy, że dzieci nie mają perspektyw. Ale w gruncie rzeczy stabilna praca dawała im to minimalne poczucie zadowolenia, a to sprawiło, że przystali na dalszą egzystencję w Chinopolu, nie zmieniwszy w niej nic.
Szorowałam zawzięcie podłogę, gdy usłyszałam dzwonek oznaczający koniec pierwszej zmiany. Moja ręka, jak wiele innych rąk, uniosła się nad posadzkę. Potem wszyscy udali się do łazienek przebrać się i umyć ręce. Ustawiliśmy się jeden za drugim w kolejce do wyjścia. Każdy podpisywał się u strażnika i mówił mu "do widzenia". Przy dziesiątej osobie ta procedura zaczęła mnie irytować, przy dwudziestej - ledwo byłam w stanie ustać w kolejce. Patrząc na tych ludzi, bezmyślnie robiących dokładnie to samo, zdałam sobie sprawę, że mam przed oczami esencję konformizmu. Osiągnęliśmy wyżyny tej sztuki, mistrzostwo w byciu takimi, jakimi każą nam być. Gdy nadeszła moja kolej, ja też podpisałam papier, ale strażnikowi skinęłam tylko głową, pozostawiwszy jego automatyczne "do widzenia" bez odpowiedzi.
Xian czekała na mnie przed wyjściem, dyskutując o czymś z moją mamą. Uśmiechnęła się na mój widok, krzyknęła "do jutra!" i poszła w swoją stronę. Do jutra i do zobaczenia za tydzień, miesiąc, rok, ćwierćwiecze. Tak będzie codziennie. Tak będzie codziennie...
Po chwili zdałam sobie sprawę, że mama coś do mnie mówi.
- Co? - rzuciłam, mrugając szybko oczami.
- Czy ty czasem kogoś słuchasz? - W głosie mamy dało się wyczuć zniecierpliwienie. - Musisz się bardziej przykładać w pracy. Kierownik dał mi do zrozumienia, że pracujesz zdecydowanie za wolno.
- Bardziej się przykładać - powtórzyłam beznamiętnie. - Tak...
Mama mówiła coś dalej, ale znowu się wyłączyłam. W myślach miałam taki mętlik, że ledwo potrafiłam utrzymać się w pionie. Kręciło mi się w głowie. Zrobiło mi się niedobrze. Chciałam wierzyć, że to zupa ze stołówki mi zaszkodziła. Mdliło mnie na myśl o tych ludziach, tej fabryce, tym życiu. Byłam jedną z milionów mrówek uwięzionych pod tym samym gigantycznym butem. Tak tam ciemno i źle! Najlepiej byłoby się trzymać innych mrówek i robić to, co one. Ale ja nie chciałam... już nie chciałam.
W domu zatrzasnęłam się w swoim pokoju pomimo nawoływań mamy. Nie wyszłam nawet na obiad. Gdy pukała, odkrzyknęłam, że się źle czuję. Próbowałam czytać, ale nie byłam w stanie. Nie mogłam się skupić. Rzuciłam się na podłogę i zaczęłam robić pompki. Ulżyło mi trochę, gdy ból mięśni stał się odrętwiający. Potem zrobiłam masę innych ćwiczeń, aż w końcu stwierdziłam, że muszę wyjść z domu. Miałam wrażenie, że już zwariowałam. Wybiegłam, nie tłumacząc się rodzicom, ale raczej się nie zdziwili. Przyzwyczaiłam ich do tego.
Dobiegłam do parku i usiadłam na twardej, zimnej ziemi pod gołym krzakiem bzu. Było ciemno i w parku roiło się od dziwnie wyglądających ludzi. Niektórzy byli cali pokryci tatuażami, inni mieli kolczyki w wielu miejscach. Kilka osób kiwało się na nogach, roztaczając wokół siebie alkoholową aurę. Z wielu ust wydobywał się gęsty, duszący dym, z tytoniu lub czegoś innego. Śmiech niósł się echem po lesie, działając na mnie krzepiąco. Patrolu nie było - strażnicy bali się zapuszczać w to miejsce. Poza tym zbyt wielu z nich kupowało tutaj papierosy czy alkohol.
Nagle poczułam dziką potrzebę przynależenia do tego świata. W głębi wiedziałam jednak, że ojciec by tego nie chciał, a mama tym bardziej. Wiedziałam, że tata nie jest dumny z tego, co robi. Wiedziałam, że to zły pomysł.
- Helena?
Minęła mnie grupka mężczyzn, a jeden spośród nich wychylił się do mnie. Poznałam go. To był Jurek. Chłopak, którego kilka miesięcy temu wykiwałam, zostawiając go nagiego w lesie. Strach uwięził moje gardło w żelaznym uścisku. Kto inny mógłby mieć takiego pecha?
Jurek przyglądał mi się przez chwilę w ciszy. Był wysoki i bardzo dobrze zbudowany. Wiedziałam doskonale, że gdyby mnie zaatakował, bez noża nie miałam szans na zwycięstwo. Przerażenie oplotło moje kończyny.
- Powiem ci, że tak jak ty, to nikt wcześniej mnie nie wyrolował. Nie jest łatwo zrobić mi numer. - Po tych słowach zbliżył się do mnie. - Przez to podobasz mi się jeszcze bardziej. Różnisz się od tych bezbarwnych laluń.
Zdobyłam się na słaby uśmiech.
- Ze mną nie ma lekko. - Starałam się brzmieć na pewną siebie.
- Robisz niezłe wrażenie. - Odwzajemnił mój uśmiech. - Większość dziewczyn mdlałaby ze strachu. Ale ty się nie boisz.
- Nie - skłamałam, patrząc Jurkowi prosto w oczy.
- I słusznie. - Wyciągnął do mnie rękę. - Potrafię uszanować godnego siebie przeciwnika. Wstaniesz?
Wstałam. Uznałam, że im szybciej opuszczę rezerwat, tym lepiej dla mnie. Jurek jednak zdecydował się pozostać u mojego boku, opuszczając znajomych.
- Odprowadzę cię do wyjścia, skoro już cię spotkałem. - Wzruszył ramionami. - Papierosa?
- Nie palę.
Przez chwilę szliśmy w ciszy. Powinnam była odejść, ale ciekawość wzięła górę, więc w końcu się odezwałam.
- Co ty tu właściwie robisz? Nigdy wcześniej cię w tym miejscu nie widziałam - rzuciłam.
- Przyszedłem się pożegnać z przyjaciółmi. Jutro wyjeżdżam.
- Gdzie? - zapytałam odruchowo i natychmiast zawstydziłam się swojego wścibstwa.
- Tam, gdzie są wszyscy ci, którzy chcą tego samego - odparł spokojnie, jakby to była najbardziej oczywista lokalizacja na świecie.
Przystanęłam zdumiona. Byliśmy już przy bramie. Światło, które rzucały na nas latarnie, odbijało łobuzerski błysk w jego oczach. Przypomniałam sobie, co mi się w nim podobało - ten widoczny, mocny zarys szczęki, te czarne oczy, jego niedbały urok. Przez chwilę chciałam go pocałować. Nigdy jeszcze nikogo nie pocałowałam. On również wyglądał, jakby o tym myślał. W końcu jednak się schylił i zaczął grzebać w plecaku. Wyjął z niego skrawek papieru.
- Może ty też będziesz chciała kiedyś tam się udać.
Podał mi kartkę. Zerknęłam na nią, a kiedy podniosłam oczy, mój towarzysz znikł już w cieniach lasu. Schowałam świstek do kieszeni i powolnym krokiem ruszyłam do domu. Udało mi się nie przekroczyć godziny policyjnej, więc rodzice nie wyglądali na zaniepokojonych. Mama skomentowała tylko z niezadowoleniem, że mogłabym chociaż zaszczycać ich swoją obecnością przy stole w trakcie obiadu. Przeprosiłam ją, odczuwając prawdziwą skruchę. Nie byłam wobec nich sprawiedliwa. Oni nie byli winni temu wszystkiemu.
W końcu, we własnym pokoju, udało mi się odczytać słowa nabazgrane na kartce.
"Tam, gdzie psuje się woda z karpiami, czekają ludzie z innymi planami".
Uniosłam brwi.
Gdzie może się psuć woda z karpiami? Ludzie z jakimi planami? Domyśliłam się, że to miała być zagadka. Na pewno była świetnie wymyślona, bo nie miałam pojęcia, o co może w niej chodzić. Jeśli to miała być wskazówka, jak udać się w jakieś miejsce, to była naprawdę enigmatyczna. Cóż, tak czy inaczej, nie zamierzałam nigdzie wyjeżdżać. Odłożyłam kartkę między strony bardzo starego egzemplarza Dumy i uprzedzenia, a potem zapadłam w długi, niespokojny sen.
***
Czas świąt szybko nam minął w tym roku. Szkoda - bo choć dużo pracowaliśmy, a pieniędzy na porządną kolację wciąż brakowało, to byliśmy razem. Tata w tym roku nie próbował już spalić choinki, za to nachwalić się nie mógł, jakie to pyszne potrawy przygotowałyśmy. Widziałam jednak, jak tata patrzy mamie w oczy z tą czułością, która chwytała za serce. Odwzajemniałam ciepłe uśmiechy babci, która chwaliła mnie przed dziadkiem, gdy myślała, że jej nie słyszałam. To był taki dobry czas - pełen bliskości.
Zdążyliśmy jednak zaledwie wrócić do domu w sylwestra, gdy zadzwoniła zapłakana babcia Ola z wiadomością, że dziadek miał zawał. Zmarł. Mama pojechała po babcię, chociaż początkowo chciał to zrobić tata. Uznałyśmy jednak, że w tym stanie mógłby się pokłócić z obsługą pociągu albo, co gorsza, z patrolem na ulicach.
Wieczorem mama przywiozła babcię do domu. W tym czasie ja przytargałam z piwnicy stare, polowe łóżko i rozłożyłam je w kuchni. Planowałam na nim spać, żeby zwolnić miejsce dla babci w swojej klitce.
Oczywiście było mi smutno - ale nie byłam zbytnio przywiązana do dziadka, który ubolewał nad tym, że nie urodziłam się chłopcem. Tata jednak siedział z pustym, nieobecnym wzrokiem wbitym w jakiś odległy punkt. Babcia co chwila zaczynała płakać, ocierała łzy, próbowała pomóc mamie z jedzeniem i... znowu zaczynała płakać. Podczas gdy mama i ja krzątałyśmy się po mieszkaniu, starając się poprawić w ten sposób samopoczucie taty i babci, oni siedzieli przy stole w ciszy.
- Mamo - odezwał się w końcu tata półszeptem - czy Marian już wie?
Babcia tylko pokręciła głową.
Nie dziwiło mnie to. Marian Trojański ukrywał się od lat i nawet najbardziej utalentowanym agentom nie udawało się go znaleźć. Nie miałam co do tego wątpliwości. Gdyby go znaleźli, pochwaliliby się tym natychmiast.
Westchnęłam smutno. Usiadłam pod ścianą, chowając twarz w dłoniach. Chyba zasnęłam w tej pozycji, bo rano obudziłam się w ubraniu na łóżku polowym, przykryta jedynie własną kurtką zimową.
Nastał rok 2055, a ja zastanawiałam się, co on przyniesie. Dziś wiem jedno - gdybym wtedy wiedziała, co wydarzy się przez najbliższe półtora roku, przytuliłabym mocno mamę i tatę. W pracy nie odstępowałabym mamy na krok. Chodziłabym z tatą wszędzie, choćby mnie odganiał każdego dnia.
Ale nie wiedziałam tego, więc swoją uwagę zwracałam głównie na babcię, której cierpienie zdawało się nasilać z każdym dniem.
Chodziłam do fabryki codziennie z wyjątkiem niedzieli. Czasami po pracy odwiedzałam Xian. Za każdym razem, gdy do niej szłam, przypominałam sobie o Jii. Nie wiedziałam, co się z nią dzieje, co tylko nasilało moje poczucie ogólnej bezsilności. Teraz pewnie była w Chinach, u chińskiego bogacza, rodziła mu dzieci i robiła ryż z kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym na obiad. Im więcej o tym myślałam, tym gorzej się czułam. Wyobrażałam sobie, jak będzie kiedyś siedziała sztywna i zobojętniała przy stole z gromadką krzyczących po chińsku dzieci i wiecznie niezadowolonym mężem. Każda taka wizja podsycała gniew potwora, który siedział w mojej głowie i coraz częściej szeptał mi do ucha.
Któregoś dnia, gdzieś w połowie lutego, Xian nieśmiało zapytała, czy może mnie odwiedzić. Odpowiedziałam, że owszem, ale przypomniałam, że mamy żałobę. Wspomniałam o babci pogrążonej w smutku, ojcu palącym dwadzieścia papierosów dziennie, niewychodzącym prawie z domu. Nie sądziłam, żeby było u mnie coś ciekawego do oglądania.
Tego dnia jednak w wieczornych wiadomościach pojawił się ogromny, czerwony nagłówek.
- Wojewoda Krakowa popełniła samobójstwo - przetłumaczyła Xian na polski, po czym zakryła sobie usta.
Ja również stałam jak wryta. Kraków pozostał ostoją polskości w czasach kolonizacji. Wojewodowie należeli od lat do tej samej rodziny, a krakowianie wybierali ich niemal jednogłośnie ze względu na ich propolską postawę. Choć wojewodowie nie mieli zbyt dużej władzy, to jednak mieli pewien wpływ na to, co działo się w ich mieście. Wojewoda Krakowa była zbuntowana i jej miasto wielokrotnie narażało się chińskim władcom, ale Chińczycy nie chcieli zamieszek. Chcieli ciszy i spokoju.
Teraz jednak zamieszki były już raczej nieuniknione. Wojewoda z wiadomości była mi świetnie znana. Na imię miała Wanda - była moją idolką, jedną z bardzo niewielu kobiet, której ze względu na wybitne osiągnięcia w nauce pozwolono studiować. Marzyłam, żeby być jak ona. Jak można doprowadzać takich ludzi do tak dramatycznych decyzji? Mój gniew podsyciły później plotki, które rozeszły się po jej śmierci, jakoby utopiła się w Wiśle, ponieważ jakiś Chińczyk zagroził jej, że jeśli nie wyjdzie za niego, to odbierze jej władzę. Stanowisko w Krakowie przejął syn Wandy, a więc Chińczyk na pewno nie dostał tego, czego chciał. To była tym większa strata, że kobiety zajmowały wysokie stanowiska niezwykle rzadko. Wanda była fenomenalnym autorytetem. A teraz nie żyje. Przez Chińczyków.
Od dawna przestałam panować nad potworem drzemiącym w mojej głowie. Buntownicze myśli nie dawały mi spokoju. Zaczynał mi powoli świtać pomysł, że może spróbować jednak zorganizować grupę i zaatakować chińskie władze. Być może zrzucenie bomby było groźbą bez pokrycia. Przecież taka bomba zniszczyłaby całe miasto w kraju, z którego mnóstwo artykułów spożywczych było eksportowanych do Chin. Chińczycy nie mogli chcieć zniszczyć Warszawy.
Budowałam w myślach te dziwaczne zamki z piasku, a tymczasem powoli nadchodziła wiosna.