Chinopol - Aleksandra Sadura

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część I - Śmierć

Rozdział 1

Wrze­sień 2054 r.

Wście­kła zer­k­nę­łam na biały ma­te­riał. Krzywo bie­gnący ścieg brzydko od­zna­czał się na nim fio­le­tową ni­cią. Jak ja mam to na­pra­wić? Je­śli to spruję, Baba mnie za­bije. Albo wsa­dzi do nory.

- He­lena?

Zbyt gło­śno prze­łknę­łam ślinę. Baba mu­siała już wie­dzieć, że coś mi znowu nie wy­szło. Po­czu­łam jej smo­czy od­dech na swoim karku.

- Wy­ja­śnij mi, co to ma być.

Na­gle przed mo­imi oczami uka­zała się po­marsz­czona dłoń z żół­tymi pa­znok­ciami i po­pę­kaną skórą, wy­su­szoną szcze­gól­nie na wska­zu­ją­cym palcu, który ak­tu­al­nie mie­rzył w biały skra­wek płótna na mo­ich ko­la­nach.

- To, co wi­dać - od­rze­kłam ide­al­nie grzecz­nym to­nem. - Mój haft.

- To ro­bisz od rana?

- Na to wy­gląda - od­par­łam. Wie­dzia­łam do­sko­nale, że już mam prze­chla­pane.

Na­stała pełna na­pię­cia chwila ci­szy. Czarne oczka Baby, wiel­ko­ści pa­cior­ków ró­żańca, świ­dro­wały moją głowę.

- Je­steś naj­bar­dziej bez­u­ży­tecz­nym stwo­rze­niem, ja­kie mia­łam nie­szczę­ście spo­tkać - po­wie­działa w końcu, ce­dząc każde słowo przez zęby - i za dwa mie­siące będę świę­to­wać twoje odej­ście z tego miej­sca.

Nie ona jedna. Sama cze­ka­łam z nie­cier­pli­wo­ścią na dzień, w któ­rym będę mo­gła po raz ostatni wyjść z tego pie­kła na ziemi. Nie po­dzie­li­łam się z nią jed­nak tą my­ślą z ra­cji tego, że dzwo­nek miał za­dzwo­nić za go­dzinę, a ja nie chcia­łam przez ko­lejne trzy sie­dzieć w no­rze.

Sły­sza­łam od­da­la­jące się kroki Baby i dzię­ko­wa­łam so­bie w du­chu za sa­mo­kon­trolę. Sie­dząca koło mnie Jia szturch­nęła mnie łok­ciem.

- Hel­cia, po­pra­wię ci to - uśmiech­nęła się. - Ale w za­mian za to mu­sisz mi opo­wie­dzieć o Jurku.

Bar­dzo sta­ra­łam się po­wstrzy­mać sze­roki uśmiech, wal­cząc z nie­po­słusz­nymi ką­ci­kami ust. Prze­gra­łam.

- Wie­dzia­łam - szep­nęła Jia i po­krę­ciła głową, za­bie­ra­jąc ode mnie ma­te­riał, a mnie od­da­jąc swój. - Mów. Tylko ci­cho, na Boga.

- Niby czemu mia­ła­bym się wy­dzie­rać? - Unio­słam brwi. - Ju­rek... jest bar­dzo miły.

- No, to na pewno, ale mia­łam na­dzieję, że zdra­dzisz wię­cej szcze­gó­łów - Jia spoj­rzała na mnie z wy­rzu­tem.

Par­sk­nę­łam śmie­chem, na tyle gło­śno, że Baba spio­ru­no­wała nas wzro­kiem.

- Na mi­łość bo­ską, we­pchniesz nas obie do nory!

- Prze­pra­szam - skrzy­wi­łam się.

- Mu­sisz się pil­no­wać, bo Baba tylko czeka na pre­tekst, żeby cię wy­rzu­cić, za­nim jesz­cze na­pi­szesz eg­za­miny.

Jia miała ra­cję i nie było sensu się z nią kłó­cić. Ale ja wie­dzia­łam, że nie za­mie­rzam się pil­no­wać. Ro­bie­nie na prze­kór mia­łam we krwi.

Zgod­nie z umową opo­wie­dzia­łam jej o Jurku. Był naj­przy­stoj­niej­szym chło­pa­kiem i naj­więk­szym roz­ra­biaką w szkole. Rok star­szym, po­nie­waż po­wta­rzał klasę. Umó­wił się ze mną po­przed­niego dnia i za­brał mnie na spa­cer po le­sie. Uwiel­bia­łam ten las, był w nim stary nie­miecki cmen­tarz sprzed po­nad stu lat. Drzewa ro­sły tam tak gę­sto, iż trudno było tra­fić w to miej­sce. Ogro­dze­nie było mocno wy­bra­ko­wane, a ta część, która wciąż ota­czała ne­kro­po­lię, za­ro­sła ziel­skiem. Groby dawno po­pę­kały, z każ­dej szcze­liny wy­glą­dał mech albo trawa. Ka­mie­nie były tak znisz­czone, że nie można było z nich już ni­czego od­czy­tać. Ten cmen­tarz miał w so­bie dziki, nie­ska­żony ludzką ręką urok. Z całą pew­no­ścią było to ide­alne miej­sce na ro­man­tyczne spo­tka­nie.

Mimo to ni­gdy nie spo­dzie­wa­łam się, że kie­dyś na jed­nym z tych zim­nych, ka­mien­nych na­grob­ków ktoś spró­buje mnie ro­ze­brać.

Jia z wra­że­nia wy­trzesz­czyła oczy.

- Żar­tu­jesz - szep­nęła pra­wie bez­gło­śnie.

Mu­sia­łam siłą po­wstrzy­mać śmiech.

- Chcia­ła­bym - od­par­łam ci­cho, szcze­rząc się do przy­ja­ciółki - ale nie­źle się prze­je­chał na tym po­my­śle. Mam na­dzieję, że jesz­cze długo to po­pa­mięta, idiota... Bo wiesz, jak tylko zdą­żył się ro­ze­brać, zwi­nę­łam jego ciu­chy i czmych­nę­łam do lasu. Ukry­łam się na po­lance. No i mnie nie zna­lazł.

Jia po­krę­ciła głową, śmie­jąc się bez­gło­śnie, ale nie­mal od razu jej oczy po­smut­niały, ga­sząc w niej tę chwi­lową iskierkę ra­do­ści.

Spoj­rza­łam na mój skra­wek ma­te­riału w jej szczu­płych dło­niach. Zwin­nie ma­ni­pu­lo­wała igłą, prze­pla­ta­jąc nić przez ma­te­riał, two­rząc śliczny, rów­niutki ścieg na bia­łym tle. Nie czu­łam za­zdro­ści. Mój to­talny brak ta­lentu do szkol­nych przed­mio­tów ura­to­wał mnie przed jej lo­sem.

Przez chwilę sie­dzia­ły­śmy w ci­szy. Gdy Jia skoń­czyła ścieg, spoj­rzała mi w oczy. Wy­da­wało się, że nie może być bar­dziej przy­gnę­biona. Po raz pierw­szy, od­kąd ją zna­łam, nie było już w niej ani krzty na­dziei.

- To już za kilka ty­go­dni - po­wie­działa ci­cho, spusz­cza­jąc wzrok na dło­nie. - Mama ku­piła mi nową su­kienkę.

- Cóż... może okaże się mi­łym go­ściem. - Brzmia­łam, jak­bym bar­dziej sta­rała się prze­ko­nać sie­bie niż ją.

Wes­tchnęła z po­wąt­pie­wa­niem. Na­wet je­śli on był miły, to ra­czej nie za­po­wia­dało się, że mógł speł­nić jej ma­rze­nia.

- Naj­bar­dziej żal mi Ro­berta. Tak mnie ko­cha. By­ła­bym z nim taka szczę­śliwa... - Jej oczy wy­peł­niły się łzami.

Tego dnia także wra­ca­ły­śmy ra­zem po szkole, jak za­wsze. Stróże pa­tro­lu­jący na­sze osie­dle byli do tego przy­zwy­cza­jeni i już od lat nie uzna­wali pod­słu­chi­wa­nia na­szych roz­mów za ko­nieczne. Wi­docz­nie uznali, że nie pla­nu­jemy za­ma­chu stanu w naj­bliż­szym cza­sie. W końcu by­ły­śmy tylko dwiema smar­ku­lami.

Na po­czątku szły­śmy w ci­szy, każda po­grą­żona we wła­snych my­ślach. W końcu jed­nak Jia ode­zwała się drżą­cym gło­sem.

- Mia­łam po­mysł... chcia­łam... chcia­łam zro­bić, wiesz co, z Ro­ber­tem... bo jak­bym nie była dzie­wicą, to stra­ci­ła­bym swoją war­tość. Ale on mi po­wie­dział, że wielu weź­mie chęt­nie taką, która nie jest dzie­wicą. Tylko że ci za­zwy­czaj są gorsi...

- Wiem. - Ści­snę­łam jej dłoń. - Tak mi przy­kro.

Jia wy­buch­nęła pła­czem, co przy­cią­gnęło uwagę mi­ja­nego przez nas stróża. Na­tych­miast wy­tarła łzy, a ja po­chy­li­łam się do męż­czy­zny i szep­nę­łam gło­śno: "Ona ma okres, wie pan, jak to jest". Męż­czy­zna na­tych­miast od­wró­cił się, a na jego twa­rzy ma­lo­wało się obrzy­dze­nie.

- Nie je­stem je­dyną dziew­czyną w tej sy­tu­acji - stwier­dziła ci­cho. - Nie pierw­szą i nie ostat­nią. Ale na­wet nie wiesz, jak ci za­zdrosz­czę.

Mu­sia­łam przy­znać, że mój los w po­rów­na­niu z jej był jak wy­grana na lo­te­rii rol­ni­czej, którą co­rocz­nie or­ga­ni­zo­wano u mo­jej babci na wsi.

Nikt mnie nie chciał. Bo­gaci ko­lo­ni­za­to­rzy przy­jeż­dżali do szkoły oglą­dać nas na róż­nych eta­pach do­ra­sta­nia. Nie zo­sta­łam wy­brana przez żadną z ich or­ga­ni­za­cji. Je­den raz tylko, ja­kieś dwa mie­siące temu, zwró­ci­łam na sie­bie uwagę. Pa­mię­tam to zna­ko­mi­cie, bo mimo że dość mar­nie mó­wię po chiń­sku, wtedy zro­zu­mia­łam wszyst­kie słowa męż­czy­zny: "Wi­dzisz tę tu­taj? Szkoda, że ma tak słabe wy­niki. Mało która ko­bieta może się po­chwa­lić ta­kim biu­stem". Jed­nak jego ko­lega stwier­dził tylko: "Biust ma duży, ale jest wyż­sza o głowę od każ­dego na­szego klienta. Wy­glą­da­liby przy niej jak dzieci. Do tego ma taką szorstką twarz". Dry­bla­ska o szorst­kiej twa­rzy - tym wła­śnie by­łam. Za brak urody dzię­ko­wa­łam jed­nak matce na­tu­rze każ­dego dnia, bo wiele pięk­nych dziew­czyn było wy­bie­ra­nych mimo mar­nych osią­gnięć w na­uce.

Jia w prze­ci­wień­stwie do mnie była śliczna. Miała dłu­gie ciem­no­blond włosy o od­cie­niu wy­pło­wia­łego lnu, tak ty­po­wego dla sło­wiań­skiej urody. Jej nosa nie zdo­biły żadne piegi, które sku­tecz­nie od­stra­szały chiń­skich pa­nów. Miała zie­lone oczy i bla­do­ró­żowe usta, małe, ale pełne. Była ra­czej drobna, ale pod jej ubra­niami ry­so­wały się de­li­kat­nie ko­biece kształty. Do­dat­kowo miała wspa­niałe wy­niki w nie­mal wszyst­kich przed­mio­tach - w chiń­skiej li­te­ra­tu­rze, w mu­zyce i sztuce, w man­da­ryń­skim, w pol­skim, w hi­sto­rii Chin, w geo­gra­fii. Je­dy­nym przed­mio­tem, z któ­rym to ja ra­dzi­łam so­bie le­piej, była bio­lo­gia, ale ten przed­miot naj­wy­raź­niej nie był ważny dla Chiń­czy­ków. Jia bar­dzo szybko zo­stała wy­brana i od roku cho­dziła na spe­cjalny kurs przy­go­to­wu­jący ją do by­cia żoną chiń­skiego pana. Teo­re­tycz­nie nie po­winna mi mó­wić, czego się na nim uczy, ale i tak wie­dzia­łam. Po­zna­wała chiń­skie oby­czaje, tra­dy­cje, uczyła się pie­śni, li­te­ra­tury i obo­wią­zu­ją­cych ma­nier. Od dwóch ty­go­dni kurs był po­świę­cony edu­ka­cji sek­su­al­nej, nie­zbęd­nej przy­szłej żo­nie chiń­skiego bo­ga­cza.

- Mu­szę iść - po­wie­dzia­łam, gdy do­szły­śmy do mo­jego bloku. - Jia, nie za­mar­twiaj się, pro­szę.

- W po­rządku. - Zmu­siła się do sła­bego uśmie­chu.

Przez ostat­nie mie­siące za każ­dym ra­zem, gdy od­cho­dziła, żeby wró­cić do domu, nie mo­głam znieść my­śli, że kie­dyś bę­dzie trzeba po­że­gnać się na za­wsze.

***

Prze­kro­czy­łam próg klatki. Na­tych­miast do­padł mnie smród ty­to­niu złej ja­ko­ści. Zer­k­nę­łam w stronę piw­nicy - drzwi były otwarte, a nad scho­dami kłę­bił się gę­sty, sza­rawy dym. Ze­szłam na dół, nie­chęt­nie nu­rza­jąc się w cuch­ną­cych opa­rach i z obrzy­dze­niem wpa­da­jąc na brudne ściany w cia­snej piw­nicy mo­jego bloku. Na końcu ko­ry­ta­rza, oparty o ścianę, stał mój oj­ciec. Jego szary, wy­pło­wiały ubiór tak zle­wał się z ko­lo­rem ściany, że z tru­dem go do­strze­głam po­śród kłę­bów dymu.

- Tato, to jest okropne - po­wie­dzia­łam. - Że też są­sie­dzi nas jesz­cze stąd nie wy­rzu­cili.

- Nie opła­ca­łoby im się to. - Wzru­szył bez­tro­sko ra­mio­nami. - Sprze­daję im naj­lep­szy ty­toń w oko­licy.

- Je­śli to jest naj­lep­szy to­war w Ło­dzi - prze­rwa­łam, za­no­sząc się kasz­lem - to jak śmier­dzi ten gor­szy?

Oj­ciec na chwilę się za­my­ślił, z po­wagą wy­dmu­chu­jąc mdlące kłęby ty­to­nio­wej mgły. Jia ostat­nio za­sła­bła, gdy tata za­czął przy nas pa­lić - ale ja by­łam przy­zwy­cza­jona od wielu lat, od dziecka wła­ści­wie, do wiecz­nie obec­nego dymu. Pew­nie sama by­łam uza­leż­niona, na­wet o tym nie wie­dząc.

Na­gle oj­ciec kla­snął w dło­nie.

- Pa­mię­tasz, jak w ze­szłym roku spa­li­łem cho­inkę w piecu u dziad­ków?

Na samą myśl zro­biło mi się nie­do­brze. Żadne święta tak mi nie za­pa­dły w pa­mięć, jak po­przed­nie. Tata kom­plet­nie za­po­mniał, że cho­inka jest pla­sti­kowa. Przy­pusz­czam, że był zbyt pi­jany.

Po­ki­wa­łam głową.

- Bab­cia do dzi­siaj się skarży na fe­tor w ko­tłowni - po­wie­dzia­łam.

- Tak też śmier­dzi ten gor­szy ty­toń - skwi­to­wał oj­ciec i wy­szedł z piw­nicy. Po chwili wró­cił, jakby cze­goś za­po­mniał. - Hel­cia, chodź, mama chyba zro­biła już obiad.

Prze­bi­ja­jąc się przez rzed­nące ni­ko­ty­nowe ob­łoki, do­tar­łam do na­szego miesz­ka­nia usy­tu­owa­nego na par­te­rze. Rzu­ci­łam ple­cak z ze­szy­tami na pod­łogę w swo­jej klitce. Nie na­zy­wa­łam jej zwy­kle po­ko­jem, bo nie za­słu­gi­wała na tę za­szczytną na­zwę. Po mo­ich na­ro­dzi­nach ro­dzice zde­cy­do­wali, że na mój po­koik prze­zna­czą po­miesz­cze­nie pralni. Była to ko­mórka z jed­nym oknem i nie­otyn­ko­wa­nymi ścia­nami. Gdy mia­łam pięć lat, na pod­ło­dze po­ja­wiło się stare li­no­leum, które ro­dzi­com udało się gdzieś za­ła­twić.

Być może po­win­nam my­śleć z bó­lem i za­zdro­ścią o pięk­nym po­koju Jii, o jej ład­nych, no­wych ubra­niach i wszyst­kich in­nych rze­czach, które miała, a któ­rych mi tak bra­ko­wało. Mimo to ni­gdy jej nie za­zdro­ści­łam. Za­wsze była ode mnie lep­sza, ład­niej­sza i bo­gat­sza, ale nie trak­to­wała mnie jak ko­goś gor­szego. By­ły­śmy nie­roz­łączne od pierw­szego dnia szkoły. Jia ła­go­dziła kon­flikty z na­uczy­cie­lami i bro­niła mnie przed nimi, a ja wno­si­łam tro­chę wol­no­ści w jej ży­cie. Ze mną nie bała się cho­dzić wie­czo­rami, kiedy wy­my­ka­ły­śmy się na prze­chadzki po osie­dlu. Ze mną za­pa­liła pierw­szego - i ostat­niego - pa­pie­rosa, ze mną wy­piła pierw­sze piwo. To ja ją na­mó­wi­łam na spo­tka­nie z Ro­ber­tem, po­mimo sprze­ciwu jej ro­dzi­ców. Od tego czasu moja piw­nica słu­żyła jej i Ro­ber­towi jako miej­sce scha­dzek. Jia nie po­zo­sta­wała dłużna - każ­dego dnia przy­no­siła mi to, co zo­stało im w domu do je­dze­nia, bo moją ro­dzinę na wię­cej niż obiad i je­den ku­bek her­baty dzien­nie nie było stać. Do­ce­nia­łam resztki ze stołu Jii bar­dziej, niż mo­gła to so­bie wy­obra­zić.

Wdzięcz­ność wzbie­rała we mnie szcze­gól­nie w ta­kich chwi­lach jak ta, gdy spo­glą­da­łam na ta­lerz i wi­dzia­łam na nim dwa małe ziem­niaki. Re­we­la­cja po pro­stu. Nie mam nic prze­ciwko ziem­nia­kom, ale czę­sto było to je­dyne, co je­dli­śmy, dzień w dzień. Na­wet naj­więk­szemu ama­to­rowi zdą­ży­łyby zbrzyd­nąć.

Zro­biło mi się nie­do­brze, ale per­spek­tywa pu­stego żo­łądka przez na­stępne kil­ka­na­ście go­dzin była jesz­cze mniej ku­sząca. Prze­łknę­łam ziem­niaki, za­nim ro­dzice zdą­żyli na­wet usiąść do stołu. Nie chcia­łam z nimi roz­ma­wiać. Cały czas my­śla­łam o nie­uchron­nym lo­sie Jii, co na­peł­niało mnie na zmianę roz­go­ry­cze­niem i nie­do­wie­rza­niem.

"Prze­cież to nie­moż­liwe, że ja żyję w ta­kiej rze­czy­wi­sto­ści" - po­wta­rza­łam so­bie w my­ślach. Kiedy po­grą­ża­łam się za bar­dzo w po­nu­rych wi­zjach przy­szło­ści, do mo­jego nosa do­cie­rał dym pa­pie­ro­sowy i przy­po­mi­nało mi się, że je­stem bez­pieczna. Tego dnia po raz pierw­szy po­czu­łam po­trzebę do­ce­nie­nia tego i po­szłam przy­tu­lić się do taty. Mimo za­sko­cze­nia, z cie­płem od­wza­jem­nił mój uścisk. Wtedy przy­po­mnia­łam so­bie o chłod­nych ro­dzi­cach Jii i moje gar­dło ści­snęło się od­ru­chowo.

***

Z nie­po­ko­jem wy­cze­ki­wa­łam po­łowy li­sto­pada. Paź­dzier­nik spę­dzi­łam nad książ­kami i ręcz­nymi ro­bót­kami, przy­go­to­wu­jąc się do eg­za­mi­nów. Tak na­prawdę zda­łam je tylko dla­tego, że Baba za żadne skarby nie chcia­łaby się ze mną mę­czyć jesz­cze je­den rok. W dniu za­koń­cze­nia szkoły, gdy ode­bra­łam dy­plom i opu­ści­łam tę ja­ski­nię tor­tur raz na za­wsze, mimo wszystko czu­łam ulgę, jakby nic gor­szego od szkoły nie mo­gło mnie w ży­ciu spo­tkać. Wie­dzia­łam jed­nak, że dla więk­szo­ści dziew­cząt wi­zja ju­tra przy­po­mi­nała ko­niec świata.

Na­stęp­nego dnia po Jię miał przy­je­chać jej przy­szły mąż. Nie mo­gła znać wcze­śniej jego na­zwi­ska - ta­kie były za­sady. Męż­czy­zna miał trzy­dzie­ści sie­dem lat, był ro­do­wi­tym Chiń­czy­kiem, a swoją for­tunę zbił na gieł­dzie. Lu­bił whi­sky i grę w bi­lard. Ni­czego po­nadto Jia się nie do­wie­działa.

Pięt­na­stego li­sto­pada wsta­łam jak naj­wcze­śniej i od razu po­bie­głam do Jii. Jakby na prze­kór wszyst­kiemu było bar­dzo cie­pło, a nieba nie przy­sła­niała ani jedna chmurka.

Jia sie­działa na schod­kach przed do­mem. Oczy miała czer­wone i za­puch­nięte.

- O Jezu, nie płacz. - Wy­cią­gnę­łam szybko chu­s­teczkę z kie­szeni. - Ro­bert przyj­dzie?

Na te słowa Jia za­częła tak szlo­chać, że le­dwo od­dy­chała. Pró­bo­wa­łam ją uspo­koić, ale bez skutku. Uści­snę­łam jej dłoń i sie­dzia­łam z nią w ci­szy, mru­ga­jąc szybko, żeby sa­mej się nie roz­pła­kać. Mia­łam wra­że­nie, jakby ktoś wy­ry­wał mi serce z piersi, pra­wie du­si­łam się z bólu. Czy nie tak czuje się jedno z ro­dzeń­stwa, gdy dru­gie ska­zują na śmierć?

W końcu zja­wił się Ro­bert. Był sy­nem wo­je­wody łódz­kiego i miał zo­stać pi­lo­tem woj­sko­wym, ale do ukoń­cze­nia stu­diów nie mógł sam de­cy­do­wać o so­bie. Oczy­wi­ście gdyby wo­je­woda się zgo­dził, mo­gliby wziąć ślub - nie­stety Jia nie była wy­star­cza­jąco bo­gata dla jego syna. Tak więc mu­siała zo­stać od­dana ko­muś in­nemu.

- Jia - szep­nął Ro­bert - pro­szę. Nie płacz już.

Ode­szłam, nie chcąc prze­szka­dzać im w tak in­tym­nej chwili. Do­cho­dziła po­woli je­de­na­sta, a o dwu­na­stej miał się zja­wić bo­gaty Chiń­czyk.

Usia­dłam na krze­śle na we­ran­dzie i spoj­rza­łam na ulicę. Słońce świe­ciło na bez­chmur­nym nie­bie, było cał­kiem cie­pło jak na li­sto­pad. Mnie ten dzień wy­da­wał się jed­nak naj­brzyd­szym, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam.

Na­gle usły­sza­łam od­głos wy­mio­to­wa­nia, który po­de­rwał mnie z krze­sła. Nie zdą­ży­łam jed­nak wró­cić za dom, po­nie­waż przed drzwiami uka­zała się mama Jii. Stwier­dzi­łam, że naj­le­piej bę­dzie kryć Jię i za­ga­dać jej matkę.

- Dzień do­bry - po­wie­dzia­łam grzecz­nie, przy­wo­łu­jąc sztuczny uśmiech na twarz.

- He­lena! Co za cu­downy dzień. - Matka Jii nie ukry­wała za­do­wo­le­nia.

- Jest bar­dzo ład­nie.

Przez chwilę mil­cza­ły­śmy. Ko­bieta wy­rwała się na­gle z za­my­śle­nia.

- A więc to­bie się nie udało, co?

- Słu­cham? - Zmarsz­czy­łam brwi.

- Zła­pać męża. - Matka Jii nie mo­gła po­wstrzy­mać trium­fal­nego uśmieszku na twa­rzy. - Moja Jia wy­lo­so­wała praw­dziwą złotą rybkę.

- Och, tak... Cóż, wie pani, z ja­kiego je­stem domu. Chyba by­ła­bym kiep­ską żoną dla ko­goś bo­ga­tego.

- Ależ skąd, więk­szość dziew­cząt wy­bie­ra­nych na żony przez te or­ga­ni­za­cje jest dość biedna. - Matka Jii po­ki­wała głową z uda­wa­nym współ­czu­ciem. - Ale ich uroda albo ta­lent są waż­niej­sze od ma­jątku.

- No wi­dzi pani. - Nie da­łam się wy­trą­cić z rów­no­wagi. - Uro­dzi­łam się za wy­soka i za głu­pia na żonę dla Chiń­czyka. Będę pra­co­wała na ta­śmie z mamą.

- To do­brze mieć ni­skie am­bi­cje, kiedy nie ma się żad­nych za­let. - Ko­bieta po­kle­pała mnie po ra­mie­niu z fał­szy­wym współ­czu­ciem. - Jia bar­dzo ubo­lewa nad tym, że mu­si­cie się roz­stać.

Mia­łam nie­kła­maną ochotę po­wie­dzieć jej, że Jia ubo­lewa nad tym, że jej ro­dzice uznali za sto­sowne od­dać ją ob­cemu męż­czyź­nie. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że lu­dzie ro­bią to po to, żeby za­pew­nić swoim dzie­ciom lep­szy byt. Dla mnie to jed­nak był naj­gor­szy z moż­li­wych by­tów. Moja matka całe ży­cie prze­żyła w bie­dzie, ha­ru­jąc w fa­bryce, cho­dząc głodna i zmę­czona. Ale mimo wszystko co­dzien­nie uśmie­chała się na wi­dok taty, kiedy pod­cho­dził, by ją po­ca­ło­wać albo przy­tu­lić. By­łam pewna, że Jia by­łaby szczę­śliw­sza z Ro­ber­tem, je­dząc dwa kar­to­fle dzien­nie, niż bę­dzie z tym Chiń­czy­kiem, je­dząc naj­bar­dziej wy­kwintne da­nia.

- A kiedy za­czy­nasz pracę? - Py­ta­nie wy­rwało mnie z za­my­śle­nia.

- Pierw­szego grud­nia - od­par­łam. - W fa­bryce pra­lek, tej na Ret­kini.

- Ach, tam. - Na twa­rzy ko­biety znowu po­ja­wił się wy­raz li­to­ści. - Po­dobno okrop­nie tam biją za nie­sub­or­dy­na­cję.

To było kłam­stwo. Moja matka prze­pra­co­wała w tej fa­bryce dwa­dzie­ścia lat i ni­gdy nikt na­wet na nią krzywo nie spoj­rzał. A zda­rzyło jej się i spóź­nić, i prze­dłu­żyć swoją prze­rwę. Wzru­szy­łam tylko ra­mio­nami - nie było sensu kłó­cić się z kimś o ta­kich po­glą­dach.

Matka Jii cof­nęła się do miesz­ka­nia, drzwi zo­sta­wiła otwarte. Przy­gry­złam wargę, ner­wowo sku­biąc dziu­rawy rę­kaw kurtki. Roz­glą­da­łam się po ulicy, nie mo­gąc się po­zbyć na­dziei, że on jed­nak nie przy­je­dzie.

Do­piero po paru mi­nu­tach zo­ba­czy­łam w od­dali czarny, lśniący sa­mo­chód. Po­bie­głam na­tych­miast na tył domu.

- Jia?

Gdy ją zo­ba­czy­łam, prze­szyła mnie ko­lejna fala bólu. Le­żała na tra­wie wtu­lona w pierś Ro­berta. Mu­siała usły­szeć moje kroki, po­nie­waż pod­nio­sła się po­woli. Ro­bert spał.

- Nie chcę go bu­dzić. Nie chcę się z nim że­gnać - po­wie­działa ze łzami w oczach. - Wie wszystko, co chcia­łam, żeby wie­dział.

- Będę z tobą tak długo, jak mi po­zwolą - od­szep­nę­łam.

Jia zła­pała mnie za rękę. Po­szły­śmy ra­zem, ra­mię w ra­mię, przed dom. Na twa­rzy Jii ma­lo­wało się cier­pie­nie tak doj­mu­jące, ja­kiego ni­gdy u ni­kogo nie wi­dzia­łam. Czu­łam przez ubra­nie, jak spięta była na ca­łym ciele. Z tru­dem pu­ści­łam jej dłoń, po­zwa­la­jąc jej odejść w stronę Chiń­czy­ków. Tak bar­dzo chcia­łam ulżyć jej w cier­pie­niu, ale czy można oca­lić stra­ceńca, któ­remu stry­czek już za­ci­snął się na szyi?

Roz­dział 2

Matka Jii po­trzą­sała ręką po­si­wia­łego Chiń­czyka, dość szczu­płego i wy­so­kiego. Miał su­rowe rysy twa­rzy, nie uśmie­chał się. Ręka Jii za­ci­snęła się kur­czowo na mo­jej. Z tru­dem prze­łknę­łam łzy, które drżały nie­cier­pli­wie w mo­ich oczach.

Chiń­czyk od­wró­cił się do Jii, ale na jej wi­dok ski­nął je­dy­nie głową - na­wet się nie przed­sta­wił. Inny męż­czy­zna, w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych, sto­jący koło czar­nego sa­mo­chodu, pod­szedł na­gle do Jii i chwy­cił ją za ra­mię. Jia wy­dała zdu­szony okrzyk.

- Spo­koj­nie, za­pro­wa­dzę pa­nią do auta - zwró­cił się do dziew­czyny po pol­sku. - Nie za­mie­rza pani się szar­pać ani mnie ata­ko­wać, prawda?

- Nie za­mie­rzam. - Szept Jii brzmiał nie­na­tu­ral­nie i od­le­gle.

Pu­ści­łam jej dłoń i zmu­si­łam się, żeby na nią pa­trzeć. Chiń­czyk wciąż zda­wał się kom­plet­nie nie­za­in­te­re­so­wany Jią. Czy to moż­liwe, że ku­pił ją dla ko­goś in­nego?

Obrzy­dzała mnie ta myśl. Kie­dyś ko­biety nie były obiek­tem han­dlu i o ich war­to­ści nie sta­no­wiły pie­nią­dze. Przy­naj­mniej tak było w Eu­ro­pie. A po­tem, po tylu la­tach cięż­kiej walki ko­biet o wła­sne prawa, wszystko ru­nęło. Znowu sta­ły­śmy się przed­mio­tami, pion­kami, któ­rymi roz­gry­wane są naj­więk­sze bi­twy tego świata - pion­kami w dło­niach męż­czyzn.

Jia uści­snęła mnie mocno i po­ca­ło­wała w po­li­czek. Nie pła­kała. Wi­dzia­łam, że już na­wet się nie boi.

- Będę o was my­śleć każ­dego dnia, do śmierci. - Jej głos się za­ła­mał.

- My o to­bie też - szep­nę­łam - Do­pil­nuję, żeby Ro­bert...

- Wiem - od­parła. - Że­gnaj.

Pró­bo­wa­łam od­po­wie­dzieć jej tym sa­mym, ale głos uwiązł mi w gar­dle. Wy­pro­sto­wana szła przed męż­czy­zną w oku­la­rach, nie od­wra­ca­jąc się ani razu. Wsia­dła po­woli do sa­mo­chodu. Nie spoj­rzała na mnie.

Na­gle za mo­imi ple­cami coś trza­snęło, a po­tem roz­legł się ciężki tu­pot czy­ichś stóp.

- Jia, nie! - ryk­nął Ro­bert, rzu­ca­jąc się w kie­runku sa­mo­chodu.

Do­sko­czy­łam do niego w ułamku se­kundy i zła­pa­łam za poły płasz­cza. Miał sza­leń­stwo w oczach. War­czał wście­kle jak zwie­rzę, ale na szczę­ście by­łam na tyle ciężka i na tyle silna, że nie zdo­łał mnie prze­wró­cić. Ostat­nie, co za­pa­mię­ta­łam, to jego pięść zbli­ża­jąca się w za­stra­sza­ją­cym tem­pie do mo­jego nosa.

Ock­nę­łam się na tra­wie. Słońce ogrze­wało zmar­z­niętą zie­mię, jed­nak ja czu­łam tylko przej­mu­jący chłód. Wsta­łam chwiej­nie. Za­krę­ciło mi się w gło­wie i mu­sia­łam się po­de­przeć o ścianę. Po chwili udało mi się ro­zej­rzeć - Ro­berta ni­g­dzie nie było. Matka Jii naj­wy­raź­niej na­wet nie za­uwa­żyła, że ktoś ze­mdlał na jej po­dwórku.

Po­wol­nym kro­kiem szłam do domu. Na­dal tro­chę krę­ciło mi się w gło­wie. Twarz spu­chła od ude­rze­nia, a po­li­czek bo­lał mnie tak, że nie mo­głam na­wet otrzeć łez. Po­zwo­li­łam im pły­nąć i po­grą­ży­łam się w my­ślach.

Oglą­dali się za mną lu­dzie na uli­cach, a pa­trol przy­glą­dał mi się po­dejrz­li­wie. Nie przej­mo­wa­łam się tym jed­nak. Być może już ni­gdy nie będę się ni­czym nie przej­mo­wała. W moim ciele był tylko pa­lący ból, na który nie ist­niało żadne le­kar­stwo. Szłam ci­chymi uli­cami Ło­dzi, zmie­rza­jąc ku do­brze mi zna­nym wiel­kim blo­ko­wi­skom, gdy wtem za­wład­nęło mną dziwne uczu­cie. Jakby coś się we mnie bu­dziło.

Przy­po­mniało mi się, jak pew­nej nocy, gdy by­łam ma­łym dziec­kiem, usły­sza­łam w kuchni kroki mamy. Naj­pierw się prze­ra­zi­łam, ale szybko zro­zu­mia­łam, że je­stem bez­pieczna. Te­raz było po­dob­nie. Mia­łam wra­że­nie, że znam to coś, jakby było ze mną od za­wsze. Jakby we mnie miesz­kało od dnia mo­ich na­ro­dzin, ale spało do dziś i do­piero te­raz za­sko­czyło mnie swoją obec­no­ścią.

To coś było wście­kłe. Rzu­cało się we­wnątrz mnie w nie­po­skro­mio­nej fu­rii. Czyż­bym zwa­rio­wała?

***

Na klatce scho­do­wej za­stała mnie, jak zwy­kle, gę­sta ty­to­niowa mgła, jed­nak zi­gno­ro­wa­łam ją i ru­szy­łam od razu do miesz­ka­nia. Mamy jesz­cze nie było. Za­mknę­łam się w ła­zience i zer­k­nę­łam w lu­stro.

Wy­glą­da­łam bar­dzo źle. Po­łowa mo­jej twa­rzy była spuch­nięta, za­uwa­ży­łam także brzydki wy­lew pod le­wym okiem. Jako po­sia­daczka sła­bych na­czy­nek sta­ra­łam się uni­kać bó­jek, bo wy­glą­da­łam po nich tak, jak­bym zo­stała prze­je­chana przez cię­ża­rówkę. Fio­le­towo-gra­na­towy si­niak zaj­mo­wał pra­wie cały po­li­czek - od oka do brody. Na myśl o tym, że pierw­szego dnia w pracy będę mu­siała się z tym po­ka­zać, jęk­nę­łam gło­śno.

Po chwili jed­nak przy­po­mniało mi się, przez co dziś prze­szła Jia i przez co bę­dzie prze­cho­dziła do końca ży­cia. Da­ła­bym so­bie obić całe ciało, żeby ją przed tym uchro­nić. Tak nie­wiele było trzeba - tro­chę do­brej woli ze strony ojca Ro­berta i jej wła­snych ro­dzi­ców - a Jia mo­głaby być z kimś, kogo na­prawdę ko­chała. Dla wielu ro­dzi­ców jed­nak pie­nią­dze i pre­stiż spo­łeczny były waż­niej­sze niż szczę­ście dzieci. Po­zor­nie za­bez­pie­czali im byt, znaj­du­jąc im bo­ga­tych mał­żon­ków, ale jaki sens miało ży­cie bez mi­ło­ści?

Ru­nę­łam na łóżko, czu­jąc nie­malże cię­żar tego wszyst­kiego na swo­ich bar­kach. Obu­dzony we mnie po­twór na­dal sza­lał jak wście­kły. Mia­łam ochotę wy­bić wszyst­kie okna, roz­bić każde na­czy­nie w domu. Dla­czego mu­simy tak żyć? Dla­czego na­stą­piła ko­lo­ni­za­cja? Tak bar­dzo chcia­łam coś zmie­nić, ale nic nie mo­głam zro­bić. Tylu śmiał­ków pró­bo­wało już sił w po­wsta­niu przed laty i skoń­czyło się to tra­gicz­nie. Nikt, ze mną włącz­nie, nie chciał po­wtórki z tam­tego okresu.

Prze­wra­ca­jąc się po sta­rym ma­te­racu, pró­bo­wa­łam zdu­sić ki­piącą we mnie złość - bez­sku­tecz­nie. By­łam zbyt wzbu­rzona, by tkwić bez­czyn­nie w klitce. Nie mo­głam wy­trzy­mać w domu. Trza­snąw­szy drzwiami, ru­szy­łam bie­giem w stronę parku.

Ro­dzina mo­jej mamy miesz­kała w Ło­dzi od po­nad stu­le­cia - to tu schro­niła się pra­bab­cia mamy w cza­sie II wojny świa­to­wej. Miesz­ka­nie na par­te­rze jed­nego z wie­żow­ców na ulicy Bocz­nej moi ro­dzice do­stali jed­nak od pań­stwa, gdy mama za­częła pracę w fa­bryce. Przy­pusz­czam, że ro­dzice mamy nie chcieli mieć zbyt wiele do czy­nie­nia z zię­ciem, który był nie­wy­kształ­co­nym czło­wie­kiem ze wsi; po ich śmierci duże, ładne miesz­ka­nie zo­stało przy­dzie­lone przez Urząd Mia­sta in­nej, ob­cej ro­dzi­nie. W mia­stach nie można było bo­wiem po­sia­dać miesz­kań na wła­sność. Wszyst­kie miesz­ka­nia i miej­sca pu­bliczne na­le­żały do mia­sta, co nie zna­czy, że wła­dze dbały o te miej­sca.

Park na Po­le­siu był kom­plet­nie za­nie­dbany. Od cza­sów ko­lo­ni­za­cji nie ko­szono tam trawy ani nie przy­ci­nano drzew, dla­tego prze­stał być przy­ja­zny spa­ce­rom. Obec­nie park był tylko za­pusz­czo­nym miej­scem scha­dzek ko­chan­ków oraz nie­le­gal­nego han­dlu.

Nie ba­łam się tam jed­nak cho­dzić, jako że mój tata był po­wa­ża­nym współ­twórcą i dzia­ła­czem łódz­kiego czar­nego rynku. Każdy me­nel, ćpun i pi­jak kła­niał mi się z sza­cun­kiem, wo­ła­jąc grom­kie po­wi­ta­nia, a człon­ko­wie gan­gów i kie­szon­kowcy za­szczy­cali mnie ski­nie­niem głowy. Nie byli dla mnie za­gro­że­niem, po­nie­waż nie chcieli psuć so­bie do­brych ukła­dów z moim oj­cem. Tym wła­śnie by­łam - księż­niczką ludz­kiego ba­gna.

Uśmiech­nę­łam się do sie­bie na tę myśl. Dużo bar­dziej wo­la­łam być księż­niczką me­neli niż księż­niczką chiń­skiego księ­cia.

W końcu wbie­głam do ciem­nego la­sku. Piękne nie­gdyś drzewa ob­ro­sły mchem, a nie­przy­ci­nane ga­łę­zie roz­ro­sły się ni­czym dzi­kie pną­cza. Bez li­ści wy­glą­dały jed­nak dość su­rowo i smutno. Bruk na alej­kach po­pę­kał w tak wielu miej­scach, że wła­ści­wie był już tylko wspo­mnie­niem chod­nika. Trawa sko­lo­ni­zo­wała go jak Chiny po­łowę świata. Wy­ra­stała wszę­dzie, w każ­dej szparce i w naj­mniej­szej wy­rwie. Była dość wy­soka jak na tę porę roku, ale nie by­łam tym za­sko­czona, prze­cież od lat nikt jej nie ko­sił. Moje łydki ocie­rały się o ten gąszcz, co ja­kiś czas mu­sia­łam od­su­nąć ga­łąź przed twa­rzą. Było w tym coś uspo­ka­ja­ją­cego, co spra­wiało, że od lat uwiel­bia­łam bie­gać w tym miej­scu.

Na te­re­nie daw­nego re­zer­watu było pu­sto, ale kiedy zbli­ża­łam się do sa­mego parku, za­częły po­ja­wiać się syl­wetki skryte w cie­niu drzew. Co ja­kiś czas mi­ja­łam nie­wielką grupkę lu­dzi, nie­rzadko sły­sza­łam po­wi­ta­nia i na­wo­ły­wa­nia. He­lena Tro­jań­ska wraca do swo­jego kró­le­stwa.

Gdy do­tar­łam do mo­stu - nie­gdyś po­dobno ozda­bia­nego kłód­kami za­ko­cha­nych par - przy­sta­nę­łam i ze­szłam po dru­giej stro­nie w ustronne miej­sce. Przez chwilę sta­łam tam, dy­sząc tak gło­śno, że nie by­łam w sta­nie usły­szeć ni­czego in­nego. Mój od­dech jed­nak w końcu się uspo­koił, więc zdzi­wi­łam się, że wciąż sły­szę dy­sze­nie. Po chwili do­szły do niego ci­che po­ję­ki­wa­nia. Do­piero wów­czas zda­łam so­bie sprawę, że praw­do­po­dob­nie za mo­imi ple­cami ktoś od­daje się lep­szym przy­jem­no­ściom niż bie­ga­nie, co zmu­siło mnie do ru­sze­nia z po­wro­tem do domu.

Z ulgą za­uwa­ży­łam, że po­twór we mnie znowu drze­mie i nie za­kłóca mo­ich my­śli. Bie­ga­nie dało mi czy­stość umy­słu i zro­zu­mia­łam, że obu­dził się we mnie bunt. Tyle lat w szkole bez żad­nych per­spek­tyw, tyle zmar­no­wa­nego ży­cia i te­raz jesz­cze odej­ście Jii - wszystko to przez re­żim, który cof­nął Pol­skę w cza­sie, który ode­brał nam to, na co moi dziad­ko­wie ciężko pra­co­wali po cza­sach ko­muny. Jak można było w ogóle za­ak­cep­to­wać taką sy­tu­ację?

Za­ab­sor­bo­wana my­ślami nie za­uwa­ży­łam na swo­jej dro­dze ro­we­rzy­sty. Kiedy go uj­rza­łam, było za późno. Wpa­dli­śmy na sie­bie z ło­mo­tem i sto­czy­li­śmy się oboje do stawu. Woda była lo­do­wata, wręcz czu­łam, jak każdy por mo­jego ciała bun­tuje się prze­ciw do­tkli­wemu chło­dowi. Mi­mo­wol­nie za­ci­snę­łam pię­ści i na­tych­miast wy­sko­czy­łam na brzeg.

- Do ja­snej cho­lery - wark­nął męż­czy­zna. - Ślepa je­steś czy co?

W tej chwili spoj­rzał na moją twarz, a na jego wła­snej od­ma­lo­wało się zdu­mie­nie.

- O Boże, ucie­ka­łaś przed kimś?

"Przed swoją wła­sną głową" - mia­łam ochotę mu od­po­wie­dzieć.

- Nie, ten si­niak jest sprzed kilku go­dzin. Swoją drogą, sam po­wi­nie­neś pa­trzeć, gdzie je­dziesz. - Skrzy­wi­łam się, po­iry­to­wana.

- Po­szłaś bie­gać po bójce? - Męż­czy­zna uniósł brwi, wy­grze­bu­jąc się ze stawu. - Nie je­steś ślepa, tylko sza­lona.

- Wszy­scy mi to mó­wią. - Wzru­szy­łam ra­mio­nami. - Wy­cią­gnę ci ro­wer z wody.

Za­nim chło­pak zdą­żył za­pro­te­sto­wać, ja już zła­pa­łam ro­wer i wy­nio­słam go na brzeg. Był bar­dzo ciężki, ale na Po­le­siu opła­cało się uda­wać si­łaczkę.

- Dzię­kuję, ale nie mu­sia­łaś się tak wy­si­lać - po­wie­dział ro­we­rzy­sta. - Je­stem Flo­rek.

- He­lena. - Wy­cią­gnę­łam swoją dłoń i uści­snę­łam jego. - Co ty tu wła­ści­wie ro­bisz? Nie­co­dzienne miej­sce na wy­cieczkę so­bie wy­bra­łeś.

- Och, zaj­muję się róż­nymi rze­czami. - Flo­rek uśmiech­nął się szel­mow­sko. - Ty też chyba nie je­steś święta, skoro prze­bie­głaś przez ten park i masz za­le­d­wie pod­bite oko. Ktoś inny nie do­biegłby tak da­leko w jed­nym ka­wałku.

Za­śmia­łam się, trzę­sąc się mi­mo­wol­nie.

- Masz. - Flo­rek na­rzu­cił mi swoją kurtkę na plecy.

- Za­raz ci ją od­dam - po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się nie szczę­kać tak bar­dzo zę­bami. - Tylko się roz­grzeję.

- Od­pro­wa­dzę cię do domu. - Ru­szył przo­dem, pro­wa­dząc obok sie­bie ro­wer.

- Nie trzeba, tra­fię sama.

- Jest li­sto­pad, a ty je­steś mo­kra. Moja kurtka jest ci po­trzebna. - Flo­rek od­wró­cił się do mnie ple­cami i przy­spie­szył kroku.

Po chwili wa­ha­nia do­łą­czy­łam do niego. Uzna­łam, że dla bez­pie­czeń­stwa za­trzy­mam się przy in­nym wie­żowcu.

- Idziemy na Boczną, tam miesz­kam. - Wska­za­łam dło­nią kie­ru­nek.

Po dro­dze roz­ma­wia­li­śmy tro­chę o wszyst­kim i o ni­czym. Chło­pak sta­rał się wy­wę­szyć, kim je­stem i co ro­bi­łam w parku, ale udało mi się w miarę zręcz­nie po­kie­ro­wać roz­mową i wy­krę­cić od od­po­wie­dzi. Pa­tro­lu­jący przy­glą­dali nam się spod zmarsz­czo­nych brwi, ale więk­szość z nich znała mnie z osie­dla, więc na szczę­ście unik­nę­li­śmy kło­po­tli­wych py­tań. W końcu Flo­rek od­pro­wa­dził mnie pod niby mój wie­żo­wiec i od­je­chał na ro­we­rze. Pa­trząc za nim, zda­łam so­bie na­gle sprawę z tego, ja­kie to było dziwne spo­tka­nie.

Ro­dzice nie cią­gnęli mnie za ję­zyk ani na wi­dok mo­krych ciu­chów, ani pod­bi­tego oka. wszy­scy by­li­śmy przy­zwy­cza­jeni do szem­ra­nych in­te­re­sów taty, chyba dla­tego moje szem­rane in­te­resy nie przy­ku­wały tak ich uwagi. Na ogół umia­łam o sie­bie za­dbać i skoro nie le­ża­łam nie­przy­tomna w szpi­talu, to nie było po­wodu do zmar­twień.

***

Li­sto­pa­dowe dni mi­jały za­dzi­wia­jąco wolno. Każ­dego ranka bu­dzi­łam się przy­gnie­ciona od nowa wspo­mnie­niem Jii wsia­da­ją­cej do czar­nego auta. Czę­sto roz­my­śla­łam nad tym, jak te­raz wy­gląda jej ży­cie, co robi w wol­nym cza­sie. Nie mo­głam jed­nak z nią po­roz­ma­wiać. Mie­li­śmy w domu te­le­fon, ale każde po­łą­cze­nie - na­wet tylko do babci Oli - kosz­to­wało for­tunę, a i tak wszyst­kie roz­mowy były pod­słu­chi­wane. Na­wet gdyby było mnie stać na te­le­fon do Jii i tak nie mo­głaby mi po­wie­dzieć prawdy o tym, jak jej się te­raz żyło.

W ciągu dnia sta­ra­łam się po­ma­gać ma­mie w do­mo­wych obo­wiąz­kach, jed­no­cze­śnie usi­łu­jąc po­skro­mić we­wnętrzny bunt, by nie za­wład­nął mną całą. W gło­wie szu­miało mi ty­siące na­tar­czy­wych,nie­po­zwa­la­ją­cych za­snąć py­tań. Dla­czego tak jest? Dla­czego Po­lacy go­dzą się na to, by ich kraj był chiń­ską ko­lo­nią? Dla­czego nie ma już Pol­ski na ma­pie? Dla­czego kraje wschod­niej Eu­ropy tak ła­two się pod­dały?

Gdy pró­bo­wa­łam zna­leźć od­po­wie­dzi, wście­ka­łam się tylko jesz­cze bar­dziej.

W wie­czór po­prze­dza­jący mój pierw­szy dzień pracy, po trzech mie­sią­cach nie­uda­nych prób, ojcu udało się na­pra­wić te­le­wi­zor. Przy­pusz­czam, że mu­siał za­ła­twić ja­kieś czę­ści i praw­do­po­dob­nie nie zro­bił tego zgod­nie z pra­wem.

Tata włą­czył TV1, je­dyny le­gal­nie do­stępny ka­nał te­le­wi­zyjny w Chi­no­polu. Na­szym oczom uka­zał się chiń­ski dzien­ni­karz, szybko mó­wiący po man­da­ryń­sku. W tle wi­dać było Prze­wod­ni­czą­cego, który pod­pi­sy­wał ja­kieś pa­piery z po­ważną miną. Oj­ciec rzu­cił kap­ciem w ekran, na co mama po­de­rwała się zde­ner­wo­wana z krze­sła.

- Kaj­tuś, tylko nie... - za­częła, ale oj­ciec nie po­zwo­lił jej skoń­czyć.

- Niech szlag trafi te chiń­skie mordy! Niech ich wszyst­kich pie­kło po­chło­nie!

Ryk taty od­bił się echem po miesz­ka­niu. Na na­sze nie­szczę­ście była w nim nie­zła aku­styka, cho­ciaż przy­pusz­czam, że był to efekt pustki i nie­do­sta­tecz­nej liczby me­bli w po­ko­jach.

- Kaj­tek, na Boga! Są­sie­dzi na nas do­niosą! - Mama oparła ręce na bio­drach i spoj­rzała na tatę groź­nie. - Ile razy cię pro­si­łam, że­byś nie od­sta­wiał ta­kich cyr­ków?

Tata opadł na ka­napę z kwa­śną miną, ale nie od­zy­wał się już.

- Wy­bacz mi, ko­cha­nie. - Uca­ło­wał ją w dłoń. - Je­steś anio­łem, że tyle lat ze mną wy­trzy­ma­łaś.

Mama do­sko­nale wie­działa, że nikt by na tatę nie do­niósł. Cho­ciaż tata ni­kogo by nie skrzyw­dził, jego zna­jomi chęt­nie zro­bi­liby to za niego i to każ­demu, kto mu się na­ra­ził.

- Wiesz, He­lenko - oj­ciec znie­nacka zwró­cił się do mnie - jak na cie­bie cza­sami pa­trzę, to wi­dzę bab­cię Olę. Wy­glą­dasz jak moja matka. Wy­pisz, wy­ma­luj ona czter­dzie­ści lat temu. Tylko chyba nie była tak wy­soka jak ty.

Unio­słam brwi. Ni­gdy nie lu­bi­łam przy­ty­ków z po­wodu tych stu osiem­dzie­się­ciu dwóch cen­ty­me­trów wzro­stu, któ­rymi ja­kiś zło­śliwy bo­żek po­sta­no­wił mnie ob­da­rzyć. Te wszyst­kie chiń­skie dro­binki wy­glą­dały przy mnie jak ru­sałki koło ol­brzyma. Wła­sny oj­ciec nie po­wi­nien jed­nak mi tego wy­po­mi­nać.

- Nic nie po­ra­dzę na to, że tak wy­glą­dam.

- Ależ bab­cia Ola swo­jego czasu była bar­dzo ładna! Na­wet po wej­ściu Chiń­czy­ków na­dal trzy­mała fa­son. Tylko ktoś z ta­kim har­tem du­cha jak ona mógł się uśmie­chać w tam­tych cza­sach. A uwierz mi, nie było nam lekko. Moi ro­dzice mieli po czter­dzie­ści lat, gdy to wszystko się za­częło. To nie jest już wiek na sta­wia­nie oporu.

- To dla­tego babci nie od­dano na żonę do Chin?

- Bab­cia była już za­mężna, miała dwójkę dzieci, poza tym wtedy było za duże za­mie­sza­nie. - Tata z na­my­słem za­pa­lił skrę­co­nego przez sie­bie pa­pie­rosa. - Mia­łem osiem lat, kiedy ci sko­śno­ocy ban­dyci za­brali to, co nie było ich. A to wszystko przez ten kon­flikt nu­kle­arny... no i mamy te­raz drugą zimną wojnę - do­dał oj­ciec, wy­dmu­chu­jąc du­szący ob­łok pod su­fit.

Sły­sza­łam tę hi­sto­rię wiele razy, ale lu­bi­łam jej słu­chać, więc nie prze­ry­wa­łam mu.

- Wszystko za­częło się od chiń­skiej eks­pan­sji. Ci zło­dzieje pod­bi­jali co­raz wię­cej państw, aż do­tarli do Eu­ropy, do Pol­ski, za­częły się u nas ataki. Jedno z mo­ich nie­wielu wspo­mnień sprzed ko­lo­ni­za­cji to wła­śnie mój oj­ciec pró­bu­jący po­cie­szyć mamę po tym, jak zbom­bar­do­wali blok jej sio­stry. W tam­tych cza­sach tra­ge­dia go­niła tra­ge­dię w każ­dej ro­dzi­nie... No i te ataki na­si­liły jesz­cze na­pię­cia, ja­kie były po­mię­dzy Sta­nami Zjed­no­czo­nymi a Chi­nami z po­wodu wojny han­dlo­wej. W końcu Ame­ry­ka­nie po­sta­no­wili spre­zen­to­wać Chiń­czy­kom wy­buch nu­kle­arny w Hong Kongu. Chiń­czycy nie po­zo­stali dłużni i wy­ma­zali z mapy świata San Fran­ci­sco, w do­datku wy­wo­łu­jąc falę trzę­sień ziemi. Eu­ropa się roz­pa­dała, po bre­xi­cie inne mo­car­stwa eu­ro­pej­skie wy­szły z Unii i nie było na­wet mowy o so­ju­szu. Niemcy i Fran­cja zde­cy­do­wały się wes­przeć Cze­chy, które miały być na­stępne po Pol­sce w ko­lejce do chiń­skiego pod­boju. W końcu Ame­ryka i Chiny za­warły ro­zejm, w wy­niku któ­rego w rę­kach Chiń­czy­ków zo­stały te kraje, które już pod­bili. A Pol­ska stała się Chi­no­po­lem. Ta na­zwa to też ja­kiś żart, cho­ciaż z dru­giej strony ta wła­ściwa chiń­ska na­zwa była tak trudna do wy­mó­wie­nia, że nie dzi­wię się wcale, że osta­tecz­nie to prze­tłu­ma­czyli. W każ­dym ra­zie, po tym wszyst­kim za­koń­czyła się wojna ją­drowa, a my zo­sta­li­śmy chiń­ską ko­lo­nią. - Oj­ciec po­krę­cił głową z dez­apro­batą. - Po pro­stu we­szli do na­szego kraju i prze­jęli wła­dzę. Gro­zili, że je­śli się zbun­tu­jemy, zrzucą na nas bombę. Oczy­wi­ście były ja­kieś za­mieszki, ale nikt nie chciał ry­zy­ko­wać, że zro­bią z War­szawą to, co z San Fran­ci­sco. Pol­ska ska­pi­tu­lo­wała. Nie udała się na­wet ta próba po­wsta­nia, w któ­rej tyle osób z mo­jej wio­ski wzięło udział. Cza­sami od­no­szę wra­że­nie, że Po­lacy nie po­tra­fią utrzy­mać wła­snego pań­stwa dla sie­bie. - Tata skrzy­wił się z obrzy­dze­niem. - Jak nie roz­biory, jak nie wojny, jak nie oku­pa­cja, to ko­lo­ni­za­cja... jedno wiel­kie gówno, tyle ci po­wiem.

- Ład­nie się zwra­casz do dziecka - stwier­dziła mama oschle, pod­no­sząc oczy znad ga­zety.

- He­lena już od dawna nie jest dziec­kiem, tylko ty tego jesz­cze nie za­uwa­ży­łaś - od­parł tata. - Wła­śnie, może przed­sta­wisz nam ja­kie­goś ka­wa­lera?

Par­sk­nę­łam śmie­chem. Każdy prze­ciętny czło­wiek uznałby moją ro­dzinę za kom­plet­nie pa­to­lo­giczną, ale żyło mi się w niej do­brze.

- Tak, tato, pod oknem wije się ko­lejka mo­ich ad­o­ra­to­rów. Ale nie wy­glą­daj, bo ich wy­stra­szysz. - Po­krę­ci­łam głową z uśmie­chem i scho­wa­łam się w swoim po­koju.

***

Na­stęp­nego dnia po­szłam do pracy. Fa­bryka była duża i dość ja­sna, ale naj­le­piej pa­so­wało do niej słowo "me­ta­lowa". Wy­da­wała się błysz­czącą nagą kon­struk­cją, któ­rej nikt nie uznał za słuszne za­kryć in­nymi ma­te­ria­łami bu­dow­la­nymi. To miej­sce nie wsty­dziło się swo­jego lśnią­cego stalą szkie­letu. Była w nim so­lid­ność i moc.

We­szłam do fa­bryki prze­stron­nym ho­lem, a na­stęp­nie uda­łam się do straż­nika, który sie­dział przy biurku z na­pi­sem "Mel­du­nek". Od we­wnątrz bu­dy­nek przy­tła­czał tro­chę swą wiel­ko­ścią i sza­ro­ścią. No­sił liczne zna­miona upły­wa­ją­cego czasu - ta fa­bryka miała już po­nad sześć­dzie­siąt lat i od sa­mego po­czątku pro­du­ko­wano w niej pralki. Mimo to przy­po­mi­nała mi wie­kowe, skó­rzane buty dziadka - wy­glą­dały na swoje lata, ale były godne za­ufa­nia w każdą po­godę.

Gdy cze­ka­łam w ko­lejce do straż­nika, czu­łam się mała i nie­istotna oraz kom­plet­nie wy­ob­co­wana. Przez chwilę pró­bo­wa­łam so­bie za­ko­do­wać, że będę tu pra­co­wała już do końca ży­cia, że do śmierci co­dzien­nie rano moje stopy będą ude­rzać w tę szarą, za­bło­coną po­sadzkę, a zmęt­niałe, choć czy­ste szyby, będą od­tąd każ­dego dnia wpusz­czać świa­tło na moje miej­sce pracy. Oka­zało się to jed­nak zbyt trudne. Po­twór się obu­dził i ci­chym, ale nie­usta­ją­cym gło­sem sprze­ci­wiał się ta­kiej wi­zji.

- Twoje na­zwi­sko? - Straż­nik zer­k­nął na mnie nie­pew­nie.

- Tro­jań­ska - od­rze­kłam. - Ale nie Ni­kola, tylko He­lena.

- A, w rze­czy sa­mej, dziś twój pierw­szy dzień, jak wi­dzę. - Straż­nik wy­cią­gnął spod biurka nie­bie­ski uni­form i po­dał mi go. - Mu­sisz naj­pierw przejść obo­wiąz­kowe szko­le­nie. Za­czyna się za pięt­na­ście mi­nut. Ra­dzę się po­spie­szyć, kie­row­nik nie prze­pada za spóź­nial­stwem.

Czym prę­dzej prze­bra­łam się w dam­skiej to­a­le­cie i uda­łam do holu. Po chwili błą­dze­nia zna­la­złam salę, w któ­rej wiele osób cze­kało już na szko­le­nie. Było to duże po­miesz­cze­nie ze sto­łami i krze­słami - sto­łówka, jak przy­pusz­czam. Wszy­scy obecni byli mło­dzi, tak jak ja. Na ja­kieś trzy­dzie­ści osób tylko dwie były ko­bie­tami - ja i jesz­cze jedna dziew­czyna, która była śliczna, ale twarz miała do­słow­nie usianą pie­gami. Nie wy­glą­dała jed­nak na nie­szczę­śliwą. Prze­ciw­nie, gdy tylko we­szłam do sali, pod­bie­gła do mnie z uśmie­chem.

- Och, już się oba­wia­łam, że będę je­dyną dziew­czyną - po­wie­działa ra­do­śnie. - Je­stem Xian­mei. Mo­żesz do mnie mó­wić po pro­stu Xian.

- A ja je­stem He­lena - od­wza­jem­ni­łam uśmiech.

Nie mo­gły­śmy jed­nak po­roz­ma­wiać, po­nie­waż za­częło się szko­le­nie. Zdą­ży­łam tylko po­my­śleć, że ro­dzice Xian pew­nie ubo­le­wają nad tym, że imię nie po­mo­gło ich córce w po­ko­na­niu prze­szkody w po­staci licz­nych pie­gów na dro­dze do zdo­by­cia bo­ga­tego chiń­skiego męża.

Na du­żym ekra­nie zo­stał pusz­czony film w ja­ko­ści HD. Wi­dzia­łam taki ekran może drugi raz w ży­ciu - nie było mnie stać na wyj­ście do kina, a ro­dzice Jii rzadko włą­czali te­le­wi­zor. Film po­ka­zy­wał ra­do­snych Chiń­czy­ków upra­wia­ją­cych pola, pra­cu­ją­cych w skle­pach, ban­kach i in­nych miej­scach. Na­stęp­nie zo­ba­czy­li­śmy po­dobne ob­razy - ale za­miast Chiń­czy­ków byli to Buł­ga­rzy, Ser­bo­wie, Grecy, Li­twini, Po­lacy. Wszy­scy byli za­ska­ku­jąco uśmiech­nięci i za­do­wo­leni, a słońce opro­mie­niało ich plecy po­chy­lone przy pracy. Po­tem po­ja­wił się Chiń­czyk z na­laną twa­rzą i krót­kimi wło­sami, który prze­mó­wił ochry­płym gło­sem: "Zhu­wei hao!", czyli "dzień do­bry".

Przez kilka mi­nut roz­pra­wiał o tym, jak wspa­niale wie­dzie się lu­dziom w chiń­skich ko­lo­niach. Wy­łą­czy­łam się. Nie chcia­łam słu­chać tych bredni i pod­da­wać się in­dok­try­na­cji. Bunt we mnie roz­wi­jał się i na­ra­stał. Po­twór za­czy­nał już ostrzyć kły i pa­zury. Za­czę­łam się wier­cić na krze­śle, ale po chwili uchwy­ci­łam kar­cące spoj­rze­nie męż­czy­zny sto­ją­cego w drzwiach i znie­ru­cho­mia­łam. Niech to szlag. Nie by­łam w tej pracy na­wet pół go­dziny, a już mia­łam jej ser­decz­nie dość.

Na­gle za­pa­dła ci­sza. Ekran zgasł. Na śro­dek sali zaś wy­szedł męż­czy­zna, który wcze­śniej rzu­cił mi kar­cące spoj­rze­nie.

- Wi­tam ser­decz­nie no­wych pra­cow­ni­ków - prze­mó­wił po pol­sku. - Mam na­dzieję, że wam wszyst­kim bę­dzie się tu do­brze pra­co­wało. Bar­dzo się cie­szę, że wi­dzę tyle no­wych twa­rzy. Po­cząt­kowo bę­dzie­cie głów­nie zaj­mo­wali się wy­cie­ra­niem ma­szyn ze smaru i spraw­dza­niem po­praw­no­ści po­szcze­gól­nych czę­ści sys­temu pro­duk­cji oraz sa­mych pro­duk­tów. Wię­cej jed­nak opo­wie­dzą wam o tym wasi bez­po­średni prze­ło­żeni. Nie to­le­ruję spóź­nia­nia się ani ocią­ga­nia. Wszel­kie prze­py­chanki i bójki są su­rowo ka­rane. O dwu­na­stej wszy­scy udają się na sto­łówkę, aby zjeść zupę. Bę­dzie­cie pra­co­wać na pierw­szą zmianę, od szó­stej do czter­na­stej - to się jed­nak może zmie­nić. Tym­cza­sem ra­dzę wam bacz­nie przy­glą­dać się funk­cjo­no­wa­niu fa­bryki, im szyb­sze będą wa­sze po­stępy, tym szyb­ciej awan­su­je­cie.

Po tych sło­wach ukło­nił się i od­szedł.

Za­pa­no­wał lekki za­męt, wszy­scy za­częli od­wra­cać głowy, jakby w po­szu­ki­wa­niu wska­zówki, co da­lej ze sobą po­cząć. Roz­luź­ni­łam się, gdy zo­ba­czy­łam moją mamę wcho­dzącą do sali.

- He­lena - zwró­ciła się do mnie. - Świet­nie, za­biorę cię już ze sobą.

- Mamo, a mo­żesz za­brać też Xian­mei? - Brzmia­łam jak mała dziew­czynka w przed­szkolu, py­ta­jąca mamę, czy może iść do ko­le­żanki po po­łu­dniu.

Mama zer­k­nęła na dziew­czynę, a na­stęp­nie wzro­kiem ogar­nęła całą salę. Uśmiech­nęła się lekko.

- Chyba tak bę­dzie naj­le­piej. - Wy­cią­gnęła rękę do Xian. - Je­stem Ni­kola.

- Xian­mei. - Dziew­czyna uści­snęła dłoń ma­mie.

Po chwili ma­sze­ro­wa­ły­śmy już po­śród wiel­kich ma­szyn. Wszę­dzie krzą­tali się lu­dzie, wy­cie­ra­jąc je, maj­stru­jąc przy nich. Jed­nak szły­śmy da­lej, aż tra­fi­ły­śmy na ta­śmę pro­duk­cyjną. Las rąk - per­fek­cyj­nie upo­rząd­ko­wany, a jed­nak nie­sa­mo­wi­cie skom­pli­ko­wany - przy­mo­co­wy­wał, przy­kle­jał, przy­krę­cał różne czę­ści do in­nych, które z ko­lei były mon­to­wane, wkła­dane, do­cze­piane do na­stęp­nych. Wy­glą­dało to nie­zwy­kle, szcze­gól­nie iż pewne etapy tego pro­cesu wy­ko­ny­wane były ludz­kimi rę­koma, inne zaś - w ca­ło­ści przez ma­szyny. Jed­nak każda część zna­la­zła się w tylu dło­niach przed zmon­to­wa­niem! Każdy pra­cow­nik do­ty­kał miej­sca, któ­rego wcze­śniej do­ty­kał po­przedni, a przed nim jesz­cze ktoś inny. Da­wało mi to dziwne wra­że­nie in­tym­no­ści, jakby ci lu­dzie byli ze sobą w bli­skim kon­tak­cie cie­le­snym, który jed­no­cze­śnie od­by­wał się wy­łącz­nie za po­mocą ele­men­tów pra­lek.

Za­pa­trzona, z roz­dzia­wio­nymi ustami, za­blo­ko­wa­łam chyba przej­ście, po­nie­waż na­gle ktoś lekko mnie po­pchnął. "Mu­szę cię prze­pro­sić" - rzu­cił krótko i po chwili wi­dzia­łam już wy­łącz­nie jego plecy. To mnie na tyle ocu­ciło, że do­łą­czy­łam do mamy i Xian, oglą­da­ją­cych wła­śnie z bli­ska jedną z wiel­kich ma­szyn.

- Co ro­bimy? - Za­cie­ka­wi­łam się.

- Spraw­dzam tylko, czy ma­szyna jest włą­czona - od­rze­kła mama, pu­ka­jąc w mały ekran na urzą­dze­niu - ale jest wy­łą­czona. Mo­że­cie za­cząć swoją pracę i po­rząd­nie wy­trzeć to ze smaru.

- A do czego to służy?! - krzyk­nę­łam za od­cho­dzącą mamą.

- Nie mam po­ję­cia! - Wzru­szyła ra­mio­nami i po­szła.

Obie z Xian pa­trzy­ły­śmy na sie­bie na­wza­jem tro­chę za­gu­bione. Nie do­sta­ły­śmy ni­czego, czym mo­gły­by­śmy czy­ścić urzą­dze­nia. Po­grze­ba­łam jed­nak w kie­sze­niach i z trium­fal­nym okrzy­kiem wy­cią­gnę­łam z jed­nej z nich starą, znisz­czoną ścierkę. Owi­nę­łam ją wo­kół ręki... i cóż, za­czę­łam wy­cie­rać sprzęt ze smaru.

Im dłu­żej prze­by­wa­łam w fa­bryce, tym bar­dziej fa­scy­no­wało mnie jej funk­cjo­no­wa­nie. Wszystko wy­da­wało się do­sko­nale zor­ga­ni­zo­wane. Ta­śma, przy któ­rej tyle zręcz­nych dłoni tru­dziło się nie­ustan­nie, była ozna­czona set­kami ety­kie­tek: po chiń­sku i po pol­sku jed­no­cze­śnie (dzięki Bogu - są­dzę, że na­pisy wy­łącz­nie po chiń­sku mo­głyby sta­no­wić kom­pletną abs­trak­cję dla star­szej czę­ści per­so­nelu). Naj­bar­dziej przy­tła­cza­jące były ma­szyny. Nie­które wiel­ko­ści ma­łego auta, inne - nie­mal kon­te­ne­rów to­wa­ro­wych. Jedne z nich były kom­plet­nie ci­che, tylko umiesz­czony na nich ekran wska­zy­wał, czy ak­tu­al­nie są włą­czone. Inne z ko­lei były tak ha­ła­śliwe, że w ich po­bliżu można było się po­ro­zu­mie­wać wy­łącz­nie krzy­cząc, i to do­piero po za­czerp­nię­ciu mak­sy­mal­nej ilo­ści po­wie­trza do płuc. Krzyki i ha­łas były jed­nak czymś nor­mal­nym, nikt nie zwra­cał na to uwagi. To, jak ci wszy­scy lu­dzie byli do cna po­chło­nięci swoją pracą, swoim mi­kro­udzia­łem w two­rze­niu cze­goś tak pod­sta­wo­wego i jed­no­cze­śnie nie­zbęd­nego jak pralka, było po pro­stu hip­no­ty­zu­jące. Może dla ko­goś, kto pra­co­wał tu od dzie­siąt­ków lat, była to hi­sto­ria po­wta­rzana do znu­dze­nia. Dla mnie jed­nak było to zu­peł­nie nie­zwy­kłe. Ta­kiej ko­or­dy­na­cji mię­dzy­ludz­kiej i bez­słow­nej współ­pracy nie mia­łam szansy oglą­dać w żad­nym in­nym miej­scu. Każdy pra­cow­nik był tu­taj jed­no­cze­śnie jed­nym z se­tek, ale i tym naj­waż­niej­szym. Nie wy­róż­niał się ni­czym, a jed­nak jego brak spo­wo­do­wałby roz­łam w ca­łym pro­duk­cyj­nym łań­cu­chu. Przy­szło mi do głowy, że to zu­pełna od­wrot­ność spo­łe­czeń­stwa, w któ­rym ży­łam - które w ża­den spo­sób nie umiało się ze­brać i zor­ga­ni­zo­wać, żeby wspól­nymi si­łami od­zy­skać wła­dzę w kraju.

- Za­wsze je­steś taka roz­ma­rzona? - To py­ta­nie wy­rwało mnie z za­my­śle­nia.

- Nie - od­rze­kłam, ru­mie­niąc się lekko. - Po pro­stu to nie­sa­mo­wite, jak spraw­nie to wszystko działa, cho­ciaż tyle osób tu pra­cuje. To piękne na swój spo­sób.

- Och - Xian zmarsz­czyła brwi, zdu­miona - mnie się wy­daje, że to miej­sce jest po pro­stu brzyd­kie.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami. Po­tra­fi­łam wi­dzieć piękno w każ­dym miej­scu, coś god­nego ob­ser­wa­cji i po­dziwu na­wet w naj­ciem­niej­szych dziu­rach. Może dla­tego też by­łam tak do­brym bio­lo­giem - więk­szość lu­dzi uwa­żała, że grzyby, płazy i inne or­ga­ni­zmy nie­bę­dące ludz­kimi są po pro­stu nudne. Mnie fa­scy­no­wało ist­nie­nie w każ­dej for­mie, na­wet gdy prze­ja­wiało się w po­staci wiel­kiej, nie­rów­no­mier­nie tęt­nią­cej ży­ciem fa­bryki.

W końcu nad­szedł czas obiadu. Był na­wet smaczny - a może sma­ko­wał mi po pro­stu dla­tego, że od dawna nie ja­dłam na obiad nic poza ziem­nia­kami. Po­dano zupę ogór­kową, która może nie była wy­śmie­nita, ale zja­dliwa. Ktoś nad­mie­nił, że zbli­żają się święta i z ra­do­ścią po­my­śla­łam o wi­zy­cie u dziad­ków, któ­rzy mieli wła­sny ogró­dek. Bab­cia ro­biła praw­dzi­wie pyszne po­trawy, na­wet je­śli skład­niki były skromne. Po­zwo­li­łam żo­łąd­kowi za­do­wo­lić się za­po­wie­dzią uczty. Gdy wra­ca­łam do pracy, czu­łam się na­wet przy­jem­nie.

I wtedy po­twór znowu się obu­dził. Przy­po­mniał mi, że o to w tym wszyst­kim cho­dzi - ja mam się czuć za­do­wo­lona, usa­tys­fak­cjo­no­wana tym, co jest. A ja nie chcia­łam być już za­do­wo­lona. Ła­two było po­rzu­cić wol­ność na rzecz kon­for­mi­zmu - tak wła­śnie ro­bili do­ro­śli w tym kraju, a przy­naj­mniej ich więk­sza część. Wi­dzia­łam, jak je­dząc ra­zem, wy­mie­niali się po­spo­li­tymi uwa­gami, opo­wia­dali o swo­ich dzie­ciach, do­mach, mał­żon­kach. Wi­dzia­łam, jak pra­co­wali, sku­pieni na wy­ko­ny­wa­nych czyn­no­ściach. Ich umy­sły nie były zmą­cone żadną bun­tow­ni­czą my­ślą. Na pewno nie raz i nie dwa na­rze­kali na to, że mają za mało je­dze­nia, że chcie­liby mieć więk­szy te­le­wi­zor, że mają same pro­blemy, że dzieci nie mają per­spek­tyw. Ale w grun­cie rze­czy sta­bilna praca da­wała im to mi­ni­malne po­czu­cie za­do­wo­le­nia, a to spra­wiło, że przy­stali na dal­szą eg­zy­sten­cję w Chi­no­polu, nie zmie­niw­szy w niej nic.

Szo­ro­wa­łam za­wzię­cie pod­łogę, gdy usły­sza­łam dzwo­nek ozna­cza­jący ko­niec pierw­szej zmiany. Moja ręka, jak wiele in­nych rąk, unio­sła się nad po­sadzkę. Po­tem wszy­scy udali się do ła­zie­nek prze­brać się i umyć ręce. Usta­wi­li­śmy się je­den za dru­gim w ko­lejce do wyj­ścia. Każdy pod­pi­sy­wał się u straż­nika i mó­wił mu "do wi­dze­nia". Przy dzie­sią­tej oso­bie ta pro­ce­dura za­częła mnie iry­to­wać, przy dwu­dzie­stej - le­dwo by­łam w sta­nie ustać w ko­lejce. Pa­trząc na tych lu­dzi, bez­myśl­nie ro­bią­cych do­kład­nie to samo, zda­łam so­bie sprawę, że mam przed oczami esen­cję kon­for­mi­zmu. Osią­gnę­li­śmy wy­żyny tej sztuki, mi­strzo­stwo w by­ciu ta­kimi, ja­kimi każą nam być. Gdy na­de­szła moja ko­lej, ja też pod­pi­sa­łam pa­pier, ale straż­ni­kowi ski­nę­łam tylko głową, po­zo­sta­wiw­szy jego au­to­ma­tyczne "do wi­dze­nia" bez od­po­wie­dzi.

Xian cze­kała na mnie przed wyj­ściem, dys­ku­tu­jąc o czymś z moją mamą. Uśmiech­nęła się na mój wi­dok, krzyk­nęła "do ju­tra!" i po­szła w swoją stronę. Do ju­tra i do zo­ba­cze­nia za ty­dzień, mie­siąc, rok, ćwierć­wie­cze. Tak bę­dzie co­dzien­nie. Tak bę­dzie co­dzien­nie...

Po chwili zda­łam so­bie sprawę, że mama coś do mnie mówi.

- Co? - rzu­ci­łam, mru­ga­jąc szybko oczami.

- Czy ty cza­sem ko­goś słu­chasz? - W gło­sie mamy dało się wy­czuć znie­cier­pli­wie­nie. - Mu­sisz się bar­dziej przy­kła­dać w pracy. Kie­row­nik dał mi do zro­zu­mie­nia, że pra­cu­jesz zde­cy­do­wa­nie za wolno.

- Bar­dziej się przy­kła­dać - po­wtó­rzy­łam bez­na­mięt­nie. - Tak...

Mama mó­wiła coś da­lej, ale znowu się wy­łą­czy­łam. W my­ślach mia­łam taki mę­tlik, że le­dwo po­tra­fi­łam utrzy­mać się w pio­nie. Krę­ciło mi się w gło­wie. Zro­biło mi się nie­do­brze. Chcia­łam wie­rzyć, że to zupa ze sto­łówki mi za­szko­dziła. Mdliło mnie na myśl o tych lu­dziach, tej fa­bryce, tym ży­ciu. By­łam jedną z mi­lio­nów mró­wek uwię­zio­nych pod tym sa­mym gi­gan­tycz­nym bu­tem. Tak tam ciemno i źle! Naj­le­piej by­łoby się trzy­mać in­nych mró­wek i ro­bić to, co one. Ale ja nie chcia­łam... już nie chcia­łam.

W domu za­trza­snę­łam się w swoim po­koju po­mimo na­wo­ły­wań mamy. Nie wy­szłam na­wet na obiad. Gdy pu­kała, od­krzyk­nę­łam, że się źle czuję. Pró­bo­wa­łam czy­tać, ale nie by­łam w sta­nie. Nie mo­głam się sku­pić. Rzu­ci­łam się na pod­łogę i za­czę­łam ro­bić pompki. Ulżyło mi tro­chę, gdy ból mię­śni stał się odrę­twia­jący. Po­tem zro­bi­łam masę in­nych ćwi­czeń, aż w końcu stwier­dzi­łam, że mu­szę wyjść z domu. Mia­łam wra­że­nie, że już zwa­rio­wa­łam. Wy­bie­głam, nie tłu­ma­cząc się ro­dzi­com, ale ra­czej się nie zdzi­wili. Przy­zwy­cza­iłam ich do tego.

Do­bie­głam do parku i usia­dłam na twar­dej, zim­nej ziemi pod go­łym krza­kiem bzu. Było ciemno i w parku ro­iło się od dziw­nie wy­glą­da­ją­cych lu­dzi. Nie­któ­rzy byli cali po­kryci ta­tu­ażami, inni mieli kol­czyki w wielu miej­scach. Kilka osób ki­wało się na no­gach, roz­ta­cza­jąc wo­kół sie­bie al­ko­ho­lową aurę. Z wielu ust wy­do­by­wał się gę­sty, du­szący dym, z ty­to­niu lub cze­goś in­nego. Śmiech niósł się echem po le­sie, dzia­ła­jąc na mnie krze­piąco. Pa­trolu nie było - straż­nicy bali się za­pusz­czać w to miej­sce. Poza tym zbyt wielu z nich ku­po­wało tu­taj pa­pie­rosy czy al­ko­hol.

Na­gle po­czu­łam dziką po­trzebę przy­na­le­że­nia do tego świata. W głębi wie­dzia­łam jed­nak, że oj­ciec by tego nie chciał, a mama tym bar­dziej. Wie­dzia­łam, że tata nie jest dumny z tego, co robi. Wie­dzia­łam, że to zły po­mysł.

- He­lena?

Mi­nęła mnie grupka męż­czyzn, a je­den spo­śród nich wy­chy­lił się do mnie. Po­zna­łam go. To był Ju­rek. Chło­pak, któ­rego kilka mie­sięcy temu wy­ki­wa­łam, zo­sta­wia­jąc go na­giego w le­sie. Strach uwię­ził moje gar­dło w że­la­znym uści­sku. Kto inny mógłby mieć ta­kiego pe­cha?

Ju­rek przy­glą­dał mi się przez chwilę w ci­szy. Był wy­soki i bar­dzo do­brze zbu­do­wany. Wie­dzia­łam do­sko­nale, że gdyby mnie za­ata­ko­wał, bez noża nie mia­łam szans na zwy­cię­stwo. Prze­ra­że­nie oplo­tło moje koń­czyny.

- Po­wiem ci, że tak jak ty, to nikt wcze­śniej mnie nie wy­ro­lo­wał. Nie jest ła­two zro­bić mi nu­mer. - Po tych sło­wach zbli­żył się do mnie. - Przez to po­do­basz mi się jesz­cze bar­dziej. Róż­nisz się od tych bez­barw­nych la­luń.

Zdo­by­łam się na słaby uśmiech.

- Ze mną nie ma lekko. - Sta­ra­łam się brzmieć na pewną sie­bie.

- Ro­bisz nie­złe wra­że­nie. - Od­wza­jem­nił mój uśmiech. - Więk­szość dziew­czyn mdla­łaby ze stra­chu. Ale ty się nie bo­isz.

- Nie - skła­ma­łam, pa­trząc Jur­kowi pro­sto w oczy.

- I słusz­nie. - Wy­cią­gnął do mnie rękę. - Po­tra­fię usza­no­wać god­nego sie­bie prze­ciw­nika. Wsta­niesz?

Wsta­łam. Uzna­łam, że im szyb­ciej opusz­czę re­zer­wat, tym le­piej dla mnie. Ju­rek jed­nak zde­cy­do­wał się po­zo­stać u mo­jego boku, opusz­cza­jąc zna­jo­mych.

- Od­pro­wa­dzę cię do wyj­ścia, skoro już cię spo­tka­łem. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Pa­pie­rosa?

- Nie palę.

Przez chwilę szli­śmy w ci­szy. Po­win­nam była odejść, ale cie­ka­wość wzięła górę, więc w końcu się ode­zwa­łam.

- Co ty tu wła­ści­wie ro­bisz? Ni­gdy wcze­śniej cię w tym miej­scu nie wi­dzia­łam - rzu­ci­łam.

- Przy­sze­dłem się po­że­gnać z przy­ja­ciółmi. Ju­tro wy­jeż­dżam.

- Gdzie? - za­py­ta­łam od­ru­chowo i na­tych­miast za­wsty­dzi­łam się swo­jego wścib­stwa.

- Tam, gdzie są wszy­scy ci, któ­rzy chcą tego sa­mego - od­parł spo­koj­nie, jakby to była naj­bar­dziej oczy­wi­sta lo­ka­li­za­cja na świe­cie.

Przy­sta­nę­łam zdu­miona. By­li­śmy już przy bra­mie. Świa­tło, które rzu­cały na nas la­tar­nie, od­bi­jało ło­bu­zer­ski błysk w jego oczach. Przy­po­mnia­łam so­bie, co mi się w nim po­do­bało - ten wi­doczny, mocny za­rys szczęki, te czarne oczy, jego nie­dbały urok. Przez chwilę chcia­łam go po­ca­ło­wać. Ni­gdy jesz­cze ni­kogo nie po­ca­ło­wa­łam. On rów­nież wy­glą­dał, jakby o tym my­ślał. W końcu jed­nak się schy­lił i za­czął grze­bać w ple­caku. Wy­jął z niego skra­wek pa­pieru.

- Może ty też bę­dziesz chciała kie­dyś tam się udać.

Po­dał mi kartkę. Zer­k­nę­łam na nią, a kiedy pod­nio­słam oczy, mój to­wa­rzysz znikł już w cie­niach lasu. Scho­wa­łam świ­stek do kie­szeni i po­wol­nym kro­kiem ru­szy­łam do domu. Udało mi się nie prze­kro­czyć go­dziny po­li­cyj­nej, więc ro­dzice nie wy­glą­dali na za­nie­po­ko­jo­nych. Mama sko­men­to­wała tylko z nie­za­do­wo­le­niem, że mo­gła­bym cho­ciaż za­szczy­cać ich swoją obec­no­ścią przy stole w trak­cie obiadu. Prze­pro­si­łam ją, od­czu­wa­jąc praw­dziwą skru­chę. Nie by­łam wo­bec nich spra­wie­dliwa. Oni nie byli winni temu wszyst­kiemu.

W końcu, we wła­snym po­koju, udało mi się od­czy­tać słowa na­ba­zgrane na kartce.

"Tam, gdzie psuje się woda z kar­piami, cze­kają lu­dzie z in­nymi pla­nami".

Unio­słam brwi.

Gdzie może się psuć woda z kar­piami? Lu­dzie z ja­kimi pla­nami? Do­my­śli­łam się, że to miała być za­gadka. Na pewno była świet­nie wy­my­ślona, bo nie mia­łam po­ję­cia, o co może w niej cho­dzić. Je­śli to miała być wska­zówka, jak udać się w ja­kieś miej­sce, to była na­prawdę enig­ma­tyczna. Cóż, tak czy ina­czej, nie za­mie­rza­łam ni­g­dzie wy­jeż­dżać. Odło­ży­łam kartkę mię­dzy strony bar­dzo sta­rego eg­zem­pla­rza Dumy i uprze­dze­nia, a po­tem za­pa­dłam w długi, nie­spo­kojny sen.

***

Czas świąt szybko nam mi­nął w tym roku. Szkoda - bo choć dużo pra­co­wa­li­śmy, a pie­nię­dzy na po­rządną ko­la­cję wciąż bra­ko­wało, to by­li­śmy ra­zem. Tata w tym roku nie pró­bo­wał już spa­lić cho­inki, za to na­chwa­lić się nie mógł, ja­kie to pyszne po­trawy przy­go­to­wa­ły­śmy. Wi­dzia­łam jed­nak, jak tata pa­trzy ma­mie w oczy z tą czu­ło­ścią, która chwy­tała za serce. Od­wza­jem­nia­łam cie­płe uśmie­chy babci, która chwa­liła mnie przed dziad­kiem, gdy my­ślała, że jej nie sły­sza­łam. To był taki do­bry czas - pe­łen bli­sko­ści.

Zdą­ży­li­śmy jed­nak za­le­d­wie wró­cić do domu w syl­we­stra, gdy za­dzwo­niła za­pła­kana bab­cia Ola z wia­do­mo­ścią, że dzia­dek miał za­wał. Zmarł. Mama po­je­chała po bab­cię, cho­ciaż po­cząt­kowo chciał to zro­bić tata. Uzna­ły­śmy jed­nak, że w tym sta­nie mógłby się po­kłó­cić z ob­sługą po­ciągu albo, co gor­sza, z pa­tro­lem na uli­cach.

Wie­czo­rem mama przy­wio­zła bab­cię do domu. W tym cza­sie ja przy­tar­ga­łam z piw­nicy stare, po­lowe łóżko i roz­ło­ży­łam je w kuchni. Pla­no­wa­łam na nim spać, żeby zwol­nić miej­sce dla babci w swo­jej klitce.

Oczy­wi­ście było mi smutno - ale nie by­łam zbyt­nio przy­wią­zana do dziadka, który ubo­le­wał nad tym, że nie uro­dzi­łam się chłop­cem. Tata jed­nak sie­dział z pu­stym, nie­obec­nym wzro­kiem wbi­tym w ja­kiś od­le­gły punkt. Bab­cia co chwila za­czy­nała pła­kać, ocie­rała łzy, pró­bo­wała po­móc ma­mie z je­dze­niem i... znowu za­czy­nała pła­kać. Pod­czas gdy mama i ja krzą­ta­ły­śmy się po miesz­ka­niu, sta­ra­jąc się po­pra­wić w ten spo­sób sa­mo­po­czu­cie taty i babci, oni sie­dzieli przy stole w ci­szy.

- Mamo - ode­zwał się w końcu tata pół­szep­tem - czy Ma­rian już wie?

Bab­cia tylko po­krę­ciła głową.

Nie dzi­wiło mnie to. Ma­rian Tro­jań­ski ukry­wał się od lat i na­wet naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nym agen­tom nie uda­wało się go zna­leźć. Nie mia­łam co do tego wąt­pli­wo­ści. Gdyby go zna­leźli, po­chwa­li­liby się tym na­tych­miast.

Wes­tchnę­łam smutno. Usia­dłam pod ścianą, cho­wa­jąc twarz w dło­niach. Chyba za­snę­łam w tej po­zy­cji, bo rano obu­dzi­łam się w ubra­niu na łóżku po­lo­wym, przy­kryta je­dy­nie wła­sną kurtką zi­mową.

Na­stał rok 2055, a ja za­sta­na­wia­łam się, co on przy­nie­sie. Dziś wiem jedno - gdy­bym wtedy wie­działa, co wy­da­rzy się przez naj­bliż­sze pół­tora roku, przy­tu­li­ła­bym mocno mamę i tatę. W pracy nie od­stę­po­wa­ła­bym mamy na krok. Cho­dzi­ła­bym z tatą wszę­dzie, choćby mnie od­ga­niał każ­dego dnia.

Ale nie wie­dzia­łam tego, więc swoją uwagę zwra­ca­łam głów­nie na bab­cię, któ­rej cier­pie­nie zda­wało się na­si­lać z każ­dym dniem.

Cho­dzi­łam do fa­bryki co­dzien­nie z wy­jąt­kiem nie­dzieli. Cza­sami po pracy od­wie­dza­łam Xian. Za każ­dym ra­zem, gdy do niej szłam, przy­po­mi­na­łam so­bie o Jii. Nie wie­dzia­łam, co się z nią dzieje, co tylko na­si­lało moje po­czu­cie ogól­nej bez­sil­no­ści. Te­raz pew­nie była w Chi­nach, u chiń­skiego bo­ga­cza, ro­dziła mu dzieci i ro­biła ryż z kur­cza­kiem w so­sie słodko-kwa­śnym na obiad. Im wię­cej o tym my­śla­łam, tym go­rzej się czu­łam. Wy­obra­ża­łam so­bie, jak bę­dzie kie­dyś sie­działa sztywna i zo­bo­jęt­niała przy stole z gro­madką krzy­czą­cych po chiń­sku dzieci i wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nym mę­żem. Każda taka wi­zja pod­sy­cała gniew po­twora, który sie­dział w mo­jej gło­wie i co­raz czę­ściej szep­tał mi do ucha.

Któ­re­goś dnia, gdzieś w po­ło­wie lu­tego, Xian nie­śmiało za­py­tała, czy może mnie od­wie­dzić. Od­po­wie­dzia­łam, że ow­szem, ale przy­po­mnia­łam, że mamy ża­łobę. Wspo­mnia­łam o babci po­grą­żo­nej w smutku, ojcu pa­lą­cym dwa­dzie­ścia pa­pie­ro­sów dzien­nie, nie­wy­cho­dzą­cym pra­wie z domu. Nie są­dzi­łam, żeby było u mnie coś cie­ka­wego do oglą­da­nia.

Tego dnia jed­nak w wie­czor­nych wia­do­mo­ściach po­ja­wił się ogromny, czer­wony na­głó­wek.

- Wo­je­woda Kra­kowa po­peł­niła sa­mo­bój­stwo - prze­tłu­ma­czyła Xian na pol­ski, po czym za­kryła so­bie usta.

Ja rów­nież sta­łam jak wryta. Kra­ków po­zo­stał ostoją pol­sko­ści w cza­sach ko­lo­ni­za­cji. Wo­je­wo­do­wie na­le­żeli od lat do tej sa­mej ro­dziny, a kra­ko­wia­nie wy­bie­rali ich nie­mal jed­no­gło­śnie ze względu na ich pro­pol­ską po­stawę. Choć wo­je­wo­do­wie nie mieli zbyt du­żej wła­dzy, to jed­nak mieli pe­wien wpływ na to, co działo się w ich mie­ście. Wo­je­woda Kra­kowa była zbun­to­wana i jej mia­sto wie­lo­krot­nie na­ra­żało się chiń­skim wład­com, ale Chiń­czycy nie chcieli za­mie­szek. Chcieli ci­szy i spo­koju.

Te­raz jed­nak za­mieszki były już ra­czej nie­unik­nione. Wo­je­woda z wia­do­mo­ści była mi świet­nie znana. Na imię miała Wanda - była moją idolką, jedną z bar­dzo nie­wielu ko­biet, któ­rej ze względu na wy­bitne osią­gnię­cia w na­uce po­zwo­lono stu­dio­wać. Ma­rzy­łam, żeby być jak ona. Jak można do­pro­wa­dzać ta­kich lu­dzi do tak dra­ma­tycz­nych de­cy­zji? Mój gniew pod­sy­ciły póź­niej plotki, które ro­ze­szły się po jej śmierci, ja­koby uto­piła się w Wi­śle, po­nie­waż ja­kiś Chiń­czyk za­gro­ził jej, że je­śli nie wyj­dzie za niego, to od­bie­rze jej wła­dzę. Sta­no­wi­sko w Kra­ko­wie prze­jął syn Wandy, a więc Chiń­czyk na pewno nie do­stał tego, czego chciał. To była tym więk­sza strata, że ko­biety zaj­mo­wały wy­so­kie sta­no­wi­ska nie­zwy­kle rzadko. Wanda była fe­no­me­nal­nym au­to­ry­te­tem. A te­raz nie żyje. Przez Chiń­czy­ków.

Od dawna prze­sta­łam pa­no­wać nad po­two­rem drze­mią­cym w mo­jej gło­wie. Bun­tow­ni­cze my­śli nie da­wały mi spo­koju. Za­czy­nał mi po­woli świ­tać po­mysł, że może spró­bo­wać jed­nak zor­ga­ni­zo­wać grupę i za­ata­ko­wać chiń­skie wła­dze. Być może zrzu­ce­nie bomby było groźbą bez po­kry­cia. Prze­cież taka bomba znisz­czy­łaby całe mia­sto w kraju, z któ­rego mnó­stwo ar­ty­ku­łów spo­żyw­czych było eks­por­to­wa­nych do Chin. Chiń­czycy nie mo­gli chcieć znisz­czyć War­szawy.

Bu­do­wa­łam w my­ślach te dzi­waczne zamki z pia­sku, a tym­cza­sem po­woli nad­cho­dziła wio­sna.