Chindici atakują z dżungli. nr 128 - Andrzej Fryszkiewicz

-
Proszę czekać

Przerwać "drogę życia"

Klę­ska Fran­cji i Holan­dii na wio­snę 1940 roku stwo­rzyła Japoń­czy­kom dogodne warunki do prze­pro­wa­dze­nia ope­ra­cji w Połu­dniowo-Wschod­niej Azji. Obiek­tem szcze­gól­nego ich zain­te­re­so­wa­nia od dawna były surowce stra­te­giczne znaj­du­jące się na tere­nach Mala­jów i w Holen­der­skich Indiach Wschod­nich. Stra­te­dzy spod znaku wscho­dzą­cego słońca zda­wali sobie sprawę, że zaj­mu­jąc te tereny w pełni pokry­liby zapo­trze­bo­wa­nie swo­jej machiny wojen­nej na ropę naf­tową, kau­czuk i cynę. Uznali, że nade­szła wła­śnie naj­lep­sza pora ich zagar­nię­cia, a tym samym przy­bli­że­nia reali­za­cji idei o "włą­cze­niu ośmiu kątów świata pod wspólny dach pałacu japoń­skiego mikada", i posta­no­wili przy­pu­ścić pro­mie­ni­stą ofen­sywę ze swych baz na For­mo­zie, we Fran­cu­skich Indo­chi­nach i na wyspach Pacy­fiku. Kolejno padały ich ofiarą Pearl Har­bor, Midway, Wake, Guam, Fili­piny, Hong­kong, Malaje i Sin­ga­pur.

Sytu­acja w Euro­pie spra­wiła, że droga do Fran­cu­skich Indo­chin i Holen­der­skich Indii Wschod­nich sta­nęła prak­tycz­nie otwo­rem: 20 czerwca 1940 roku rząd Vichy, naci­skany przez Hitlera i Tokio, umoż­li­wił dzia­ła­nie japoń­skim agen­tom, a już w kilka mie­sięcy póź­niej, na mocy paktu pod­pi­sa­nego w Hanoi 22 wrze­śnia, 60 tysięcy japoń­skich żoł­nie­rzy prze­jęło kon­trolę nad Saj­go­nem. Jed­no­cze­śnie ze zdo­by­ciem tej bazy mor­skiej Japoń­czycy zyskali trzy lot­ni­ska o szcze­gól­nym zna­cze­niu stra­te­gicz­nym. Zaję­cie na początku 1941 roku Syjamu prze­są­dziło sprawę. Dys­po­nu­jąca siłą 26 Dywi­zji ope­ru­ją­cych w rejo­nie Połu­dniowo-Wschod­niej Azji Japo­nia przy­stę­puje do reali­za­cji swo­ich eks­pan­sjo­ni­stycz­nych pla­nów.

Japoń­czycy, pro­wa­dząc "inten­sywne" roko­wa­nia ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi, gro­ma­dzili pota­jem­nie w Połu­dniowo-Wschod­niej Azji ponad dwu­stu­ty­sięczną armię. W tym samym cza­sie, gdy spa­dły pierw­sze bomby na Pearl Har­bor, japoń­skie bom­bowce nur­ku­jące przy­pu­ściły zma­so­wany atak na Hong­kong i nad­mor­ski Kan­ton w połu­dniowo-wschod­nich Chi­nach. Hong­kong -?bry­tyj­ska baza wojenna z gar­ni­zo­nem w sile 12 tysięcy żoł­nie­rzy -?ska­zana była z góry na prze­graną. Zade­cy­do­wało o tym zaję­cie przez Japoń­czy­ków w latach 1940-41 Kan­tonu i wyspy Hainan. Odda­lony o 2100 km na połu­dnie od Sin­ga­puru i prze­peł­niony tłu­mami chiń­skich uchodź­ców, bez sta­łego połą­cze­nia z armią chiń­ską, padł w dniu 25 grud­nia.

Naj­lep­sze swe dywi­zje wysłali Japoń­czycy prze­ciwko Mala­jom. Posu­wa­jąc się na połu­dnie od gra­nicy Syjamu, który pod­dał się w dniu 8 grud­nia 1941 roku po kil­ku­go­dzin­nej obro­nie, poko­nały one szybko odle­głość 870 km, zmie­rza­jąc do zdo­by­cia kraju dostar­cza­ją­cego połowę świa­to­wej pro­duk­cji kau­czuku i prze­szło jedną czwartą świa­to­wej pro­duk­cji cyny. Bry­tyj­ski 3 kor­pus, w skład któ­rego wcho­dziły kon­tyn­genty szkoc­kie, austra­lij­skie i hin­du­skie, nie był w sta­nie powstrzy­mać impetu ude­rze­nia pię­ciu dobo­ro­wych dywi­zji japoń­skich. Japoń­czycy prze­szli spe­cjalne szko­le­nie w mar­szach na bagni­stych polach ryżo­wych i do per­fek­cji opa­no­wali tech­nikę walki w dżun­gli. Dys­po­no­wali lek­kim ekwi­pun­kiem, a ubrani w szorty przy­po­mi­nali do złu­dze­nia tubyl­ców. Sta­łym ele­men­tem ich tak­tyki było zdo­by­wa­nie w pierw­szej kolej­no­ści lot­nisk. Na pierw­szy ogień poszły zatem Kota Baharu, Sin­gora i Pat­tani. Stąd też wypro­wa­dzili Japoń­czycy ude­rze­nie dywi­zji wypo­sa­żo­nej w lek­kie czołgi. Prze­cięła ona pół­wy­sep u nasady. Zagro­żona okrą­że­niem, bry­tyj­ska 11 Dywi­zja wyco­fała się, otwie­ra­jąc tym samym drogę do waż­nego portu Pinang. Po jego zaję­ciu Japoń­czycy parli dalej w kie­runku zachod­nim. Roz­pra­wili się w szyb­kim tem­pie z bry­tyj­ską 9 Dywi­zją i 29 grud­nia 1941 roku wyszli na pozy­cje nie­spełna 66 km na połu­dnie od Sin­ga­puru.

W tym samym cza­sie -?10 grud­nia -?Japoń­czy­kom udało się zato­pić bry­tyj­ski pan­cer­nik "Prince of Wales" i krą­żow­nik "Repulse" w pobliżu Kuan­tanu na wschod­nim wybrzeżu Pół­wy­spu Malaj­skiego. Była to bar­dzo dotkliwa strata dla połą­czo­nych wojsk bry­tyj­sko-holen­der­sko-ame­ry­kań­skich. Od tej chwili liczyły się jedy­nie ich siły powietrzne i lądowe, a przed Japoń­czy­kami otwo­rzyły się drogi mor­skie na połu­dnie: przez Indo­chiny Holen­der­skie -?ku Austra­lii. Klę­skę tę porów­nać można jedy­nie z dra­ma­tem Pearl Har­bor.

Wła­śnie wtedy, usi­łu­jąc rato­wać sytu­ację na Mala­jach, zre­or­ga­ni­zo­wano dowódz­two sprzy­mie­rzo­nych w Połu­dniowo-Wschod­niej Azji, a 3 stycz­nia 1942 roku, zgod­nie z usta­le­niami Waszyng­tonu, sta­no­wi­sko głów­no­do­wo­dzą­cego objął gene­rał Archi­bald P. Wavell. Jego zastępcą i dowódcą lot­nic­twa został gene­rał Brett, a admi­ra­łowi T. C. Har­towi powie­rzono resztki floty mor­skiej. Armią chiń­ską dowo­dził mar­sza­łek Czang Kaj-szek, a sze­fem jej sztabu był ame­ry­kań­ski gene­rał Stil­well, któ­rego dal­sza kariera woj­skowa miała się zwią­zać ści­śle z losami Birmy.

Na nic jed­nakże zdały się wysiłki zjed­no­czo­nych sił w Połu­dniowo-Wschod­niej Azji. Na początku 1942 roku Bry­tyj­czycy zostali osta­tecz­nie roz­bici, a Japoń­czycy objęli cał­ko­witą kon­trolę nad Pół­wy­spem Malaj­skim. Rów­nie szybko upo­rali się z zaję­ciem bazy na wyspie Sin­ga­pur. Była ona przy­go­to­wana tylko do obrony od strony morza. Począw­szy od świąt Bożego Naro­dze­nia Japoń­czycy codzien­nie ata­ko­wali Sin­ga­pur z powie­trza siłą 30-90 samo­lo­tów. Te zma­so­wane ataki trwały bez prze­rwy prze­szło mie­siąc, a wzmoc­nione eska­drą Hur­ri­cane'ów lot­nic­two obroń­ców nie było w sta­nie sku­tecz­nie im się prze­ciw­sta­wić. W tym samym cza­sie Japoń­czycy przy­go­to­wy­wali się inten­syw­nie do ataku z lądu, od wąskiej cie­śniny Johor.

W dniach 8 i 9 lutego 1942 roku po sil­nym przy­go­to­wa­niu arty­le­ryj­skim Japoń­czycy zdo­byli przy­czó­łek w Kranji oraz wysa­dzili desanty w zachod­nich i wschod­nich rejo­nach Sin­ga­puru. Następ­nie ich siły spo­tkały się w pobliżu samego mia­sta. W sie­dem­dzie­siąt dni po pierw­szym ataku japoń­skim na Malaje, 15 lutego 1942 roku, Sin­ga­pur dostał się w ręce Japoń­czy­ków wraz z 70 tysią­cami żoł­nie­rzy bry­tyj­skich wojsk impe­rial­nych. Oddziały sprzy­mie­rzo­nych z Połu­dniowo-Wschod­niej Azji zmu­szone były wyco­fać się do Indii Holen­der­skich, a następ­nie do Austra­lii. Droga do Birmy i Indii sta­nęła przed Japoń­czy­kami otwo­rem.

Już w pierw­szej fazie ope­ra­cji malaj­skiej Japoń­czycy zajęli dolną Birmę od strony Syjamu. Przede wszyst­kim dążyli do uniesz­ko­dli­wie­nia bir­mań­skich lot­nisk -?star­tu­jące z nich samo­loty prze­szka­dzały pra­wemu skrzy­dłu wojsk nacie­ra­ją­cych w kie­runku połu­dnio­wym na Sin­ga­pur. Mimo dziel­nej postawy bry­tyj­skich pilo­tów, wspie­ra­nych przez ame­ry­kań­ską eska­drę "lata­ją­cych tygry­sów" Chen­naulta, Japoń­czycy opa­no­wali dolną Birmę. Bry­tyj­czycy zmu­szeni byli opu­ścić Moul­mein i prze­nieść się do Ran­gunu, bom­bar­do­wa­nego sys­te­ma­tycz­nie przez agre­sora. Tu, w Ran­gu­nie, przy­go­to­wy­wali się do utwo­rze­nia obrony gór­nej Birmy wzdłuż linii na rzece Sal­ween. Jed­nakże Japoń­czycy uprze­dzili ich zamiar i śmia­łym ata­kiem z Syjamu prze­cięli rzekę, okrą­ża­jąc połu­dniowe skrzy­dło wojsk bry­tyj­skich i spy­cha­jąc 23 lutego 1942 roku jego siły w kie­runku miej­sco­wo­ści Sit­taung na zacho­dzie Birmy. Wobec zde­cy­do­wa­nego mar­szu Japoń­czy­ków na mia­sto Pegu i nie­prze­rwa­nych ata­ków bom­bo­wych, a przede wszyst­kim wsku­tek wyraź­nej prze­wagi wojsk japoń­skich, obrońcy Ran­gunu musieli ska­pi­tu­lo­wać. Decy­zja ta ozna­czała rów­nież prze­cię­cie linii dostaw dla reszty bry­tyj­skich i chiń­skich wojsk w Bir­mie, a także naj­bar­dziej żywot­nego połą­cze­nia Chin z por­tami bir­mań­skimi.

Japoń­czycy dosko­nale zda­wali sobie sprawę ze stra­te­gicz­nego zna­cze­nia tzw. Drogi Bir­mań­skiej i dla­tego dążyli do jak naj­szyb­szego prze­rwa­nia jej i zablo­ko­wa­nia tym samym stru­mie­nia ame­ry­kań­skich dostaw dla Chin. Warto przy­po­mnieć, że od czasu kiedy fran­cu­ski guber­na­tor Indo­chin ska­pi­tu­lo­wał, na pole­ce­nie rządu Vichy zamknięto ostat­nią linię kole­jową, łączącą wybrzeże z Chi­nami. Od tam­tej pory pozo­sta­wała tylko Droga Bir­mań­ska. Budowę tej wyso­ko­gór­skiej szosy stra­te­gicz­nej łączą­cej Birmę z Chi­nami roz­po­częto w 1937 roku. W naj­trud­niej­szych warun­kach zdro­wot­nych i kli­ma­tycz­nych pra­co­wało przy niej ponad pół miliona Chiń­czy­ków. Na dużych wyso­ko­ściach, prze­bi­ja­jąc się przez skały i prze­ska­ku­jąc prze­pa­ście, uło­żono 1200 km drogi, która swą wybo­istą i piasz­czy­stą miej­scami nawierzch­nią przy­po­mi­nała raczej pod­rzędną drogę wiej­ską ani­żeli tak ważny szlak trans­por­towy. Sporo było na niej takich odcin­ków, gdzie nie mogło być mowy o swo­bod­nym wymi­nię­ciu się dwóch cię­ża­ró­wek. Zanim jed­nak idące do Chin trans­porty dotarły do Lasho, gdzie zaczy­nała się Droga Bir­mań­ska, prze­wo­żono je koleją z Ran­gunu przez Man­da­laj. Z począt­kiem 1941 roku mie­sięcz­nie zale­d­wie ok. 4 tys. ton mate­ria­łów wojen­nych eks­pe­dio­wano tędy do Czung­kingu.

Chiń­czycy posta­no­wili zmo­der­ni­zo­wać drogę przy pomocy ame­ry­kań­skich eks­per­tów. Kła­dąc ręcz­nie kamień przy kamie­niu, setki tysięcy Chiń­czy­ków utwar­dzało nawierzch­nię i przy­go­to­wy­wało ją do pokry­cia ame­ry­kań­skim asfal­tem. Mimo mor­der­czych warun­ków praca postę­po­wała szybko. Już w listo­pa­dzie 1941 roku masa mate­ria­łów eks­pe­dio­wa­nych tędy z Ran­gunu wzro­sła czte­ro­krot­nie i osią­gnęła 15 tysięcy ton mie­sięcz­nie, przy czym plany zakła­dały zwięk­sze­nie jej do 35 tysięcy ton przy końcu 1942 roku. Należy też wspo­mnieć o jesz­cze jed­nej waż­nej inwe­sty­cji. Otóż w 1938 roku roz­po­częli Chiń­czycy budowę linii kole­jo­wej z Kun­mingu do Lasho, gdzie miała się ona łączyć z już ist­nie­jącą koleją do Ran­gunu. Wpraw­dzie na wio­snę 1941 roku przy­go­to­wano już na całej dłu­go­ści toro­wi­sko, lecz... zabra­kło szyn. I z tym pro­ble­mem pora­dzili sobie pra­co­wici Chiń­czycy: po pro­stu par­ty­zanci roz­bie­rali pod osłoną nocy tory na tere­nie oku­po­wa­nym przez Japoń­czy­ków i prze­no­sili je na budowę... Nowa linia bie­gła przez tak nie­zdrowe oko­lice, że z powodu mala­rii zmarła piąta część jej budow­ni­czych. Jed­nak oby­dwa wspo­mniane przed­się­wzię­cia natury tech­nicz­nej spra­wiły, że pla­no­wano do końca 1942 roku wypo­sa­żyć 30 peł­nych Dywi­zji chiń­skich w dostar­czane drogą lądową do portu w Ran­gu­nie, w ramach Lend-Lease, uzbro­je­nie. Reali­za­cji tych zamie­rzeń prze­szko­dził tym­cza­sem szybki i zwy­cię­ski pochód Japoń­czy­ków. W momen­cie zaję­cia Ran­gunu zastali w tam­tej­szym por­cie setki tysięcy ton niewyeks­pe­dio­wa­nych mate­ria­łów.

Kiedy osta­tecz­nie prze­stała funk­cjo­no­wać słynna Droga Bir­mań­ska -?po raz pierw­szy została zamknięta wsku­tek dyplo­ma­tycz­nej pre­sji Japo­nii na rząd fran­cu­ski -?stro­nie bry­tyj­sko-chiń­skiej pozo­stały do dys­po­zy­cji jesz­cze dwa gór­skie przej­ścia przez Hima­laje. Drogę tę poko­ny­wać mogły tylko juczne muły i tra­ga­rze, zaś naj­krót­szy okres, w jakim można było tego doko­nać, wyno­sił dwa mie­siące, przy czym jed­no­ra­zowy ładu­nek nie­siony na grzbie­tach mułów i ple­cach tra­ga­rzy był wprost mikro­sko­pijny. Jedno z tych przejść wio­dło z Dar­je­eling na pół­nocny wschód, od Lhasy w Tybe­cie przez Czung­king, dru­gie -?z miej­sco­wo­ści Sadiya do Tali i Kun­mingu. Prze­no­szono tędy głów­nie sprzęt medyczny i lekar­stwa. Ist­niała jesz­cze tzw. gar­bata droga -?bar­dzo trudny do poko­na­nia szlak powietrzny z Indii do Chin, wio­dący nad szczy­tami Hima­la­jów.

Dla wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych ope­ra­cjami na teatrze dzia­łań wojen­nych CBI (od: Chiny -?Birma -?Indie) było oczy­wi­ste, że wła­śnie o Drogę Bir­mań­ską i o lot­ni­ska na tery­to­rium Birmy roze­gra się poważna bata­lia. Dla­tego też i w szta­bie gene­rała Wavella zasta­na­wiano się już nad wybo­rem kon­cep­cji stra­te­gicz­nej. Mię­dzy innymi padła pro­po­zy­cja pro­wa­dze­nia walki na wzór par­ty­zanc­kiej wojny. Do jej przy­go­to­wa­nia i kie­ro­wa­nia dzia­ła­niami spe­cjal­nie zor­ga­ni­zo­wa­nych pod­od­dzia­łów potrzebni byli fachowcy -?tacy, jak bry­tyj­ski puł­kow­nik Orde Win­gate.

Tego 39-let­niego absol­wenta Bry­tyj­skiej Kró­lew­skiej Aka­de­mii Woj­sko­wej w Wool­wich, inży­niera z wykształ­ce­nia i zwo­len­nika stra­te­gii walk par­ty­zanc­kich, poznał głów­no­do­wo­dzący siłami ABDA1 w cza­sie pro­wa­dzo­nej przez sie­bie kam­pa­nii na Bli­skim Wscho­dzie. Gene­rał Wavell posta­no­wił ścią­gnąć Win­gate'a do swej kwa­tery w Indiach i powie­rzyć mu zada­nie przy­go­to­wa­nia szcze­gó­ło­wych warian­tów sze­roko zakro­jo­nych dzia­łań dywer­syjno-par­ty­zanc­kich, zmie­rza­ją­cych w pierw­szej fazie do para­li­żo­wa­nia zaopa­trze­nia wojsk japoń­skich, a w dru­giej do odbi­cia oku­po­wa­nych lot­nisk i lądo­wych szla­ków komu­ni­ka­cyj­nych.

Win­gate przy­był do Indii w poło­wie 1942 roku, a więc w kil­ka­dzie­siąt dni po tym, jak zmo­to­ry­zo­wane kolumny japoń­skie zdo­były Lasho, leżące w pobliżu Zwrot­nika Raka, i cał­ko­wi­cie prze­cięły Drogę Bir­mań­ską. Po tym suk­ce­sie Japoń­czycy skie­ro­wali się na pół­noc w kie­runku miej­sco­wo­ści Bhamo i Myit­ky­ina. Ustę­pu­jące woj­ska bry­tyj­skie rato­wały się ucieczką na zachód, prze­dzie­ra­jąc się przez dżun­glę i góry do Imphal w Indiach. Pod koniec maja cała Birma, któ­rej tery­to­rium jest nieco więk­sze od obszaru Fran­cji, była już w rękach Japoń­czy­ków. Cał­ko­wita kon­trola nad szla­kami komu­ni­ka­cyj­nymi Birmy dawała im poważną prze­wagę stra­te­giczną na tery­to­rium CBI.

Tym­cza­sem Win­gate przy­stą­pił do pracy w głów­nej kwa­te­rze ABDA. Codzien­nie można było zoba­czyć, jak samot­nie prze­sia­duje nad sto­sami mel­dun­ków, rapor­tów, map i lot­ni­czych zdjęć. Przy­jaź­nił się jedy­nie z ame­ry­kań­skim puł­kow­ni­kiem lot­nic­twa, pilo­tem US Army Air Force, Cochra­nem, i tylko z nim kon­sul­to­wał swe kon­cep­cje. Jemu też od czasu do czasu powta­rzał: "Zawie­szę Union Jack nad Ira­wadi".

Któ­re­goś dnia zja­wił się w gabi­ne­cie puł­kow­nika Nevilla z "Pro­jek­tem utwo­rze­nia sił spe­cjal­nych prze­zna­czo­nych do dzia­łal­no­ści na tere­nie Birmy". Popro­sił o wysła­nie doku­mentu do gene­rała Wood­burna Kirby'ego, opi­niu­ją­cego w indyj­skiej Kwa­te­rze Głów­nej tego rodzaju doku­menty.

Puł­kow­nik Nevill z nie­ukry­wa­nym zain­te­re­so­wa­niem ocze­ki­wał oceny, jaką uzy­ska w oczach głów­no­do­wo­dzą­cego doku­ment spo­rzą­dzony przez Win­gate'a. Uwagę zwra­cała szcze­gól­nie nie­kon­wen­cjo­nal­ność tego opra­co­wa­nia oraz mnó­stwo szcze­gó­ło­wych wyja­śnień i wyli­czeń, czy­nią­cych sprawę zro­zu­miałą nawet dla laika.

Nie zdzi­wił się przeto szef sekre­ta­riatu, gdy następ­nego dnia na jego biurko wró­ciła prze­syłka od Wavella z adno­ta­cją: "Płk Nevill -?prze­słać doku­ment do Lon­dynu"; "Płk Win­gate -?ideę prze­kształ­cić w czyn!". Nevill nie­zwłocz­nie przy­stą­pił do spo­rzą­dza­nia spe­cjal­nej prze­syłki kurier­skiej. Gdy odci­snął ostat­nią pie­częć na spe­cjal­nej koper­cie zawie­ra­ją­cej szy­fro­gram, mruk­nął sam do sie­bie: "Boże, miej w opiece tego sza­leńca".

Teraz przy­szło tylko cze­kać na odpo­wiedź z Lon­dynu.

Pierwszy rajd

Wie­czo­rem 6 lutego 1943 roku w sali ope­ra­cyj­nej sztabu gene­rała Wavella długo paliło się świa­tło. Pod­łoga i ściany drew­nia­nego baraku pokryte były mapami oraz zdję­ciami lot­ni­czymi. Tego dnia Wavell popro­sił do sie­bie Win­gate'a, by osta­tecz­nie omó­wić z nim plan pierw­szego wypadu dywer­syj­nego w głąb Birmy oku­po­wa­nej przez Japoń­czy­ków. Zbli­żała się pół­noc. Dwóch męż­czyzn klę­czało na pod­ło­dze, schy­la­jąc się nad roz­po­startą mapą cen­tral­nych rejo­nów Birmy.

-?Ależ na miłość boską, Win­gate! Tam prze­cież nie ma linii komu­ni­ka­cyj­nych! Jak pan wyobraża sobie "wycieczkę" w sam śro­dek dżun­gli? To prze­cież istne sza­leń­stwo. Bez jakich­kol­wiek moż­li­wo­ści korzy­sta­nia z trans­portu koło­wego? -?gene­rał Wavell zawie­sił pyta­jąco głos.

Przez chwilę pano­wało mil­cze­nie. Win­gate powoli pod­niósł głowę znad mapy i uważ­nie wpa­trzył się w twarz gene­rała.

Czyżby nagle ten facet prze­stał poj­mo­wać, o co mi cho­dzi? -?pomy­ślał i zaczął ner­wowo stu­kać drew­nia­nym wskaź­ni­kiem, tak że na zie­lo­nej pla­mie mapy zro­biła się dziura.

-?Otóż to, gene­rale. Widzę, że zaczy­namy się rozu­mieć -?powie­dział z prze­korą. -?Prze­cież cho­dzi wła­śnie o to, że tam nie ma żad­nych linii komu­ni­ka­cyj­nych... Żad­nych, panie gene­rale. A pro­pos dróg, czy zna pan bajeczkę o świę­tym Miko­łaju? Mam nadzieję, że nie zapo­mniał pan opo­wie­ści swo­jej niańki... -?Win­gate spoj­rzał wycze­ku­jąco na zdzi­wio­nego Wavella. -?A więc nie zapo­mniał pan. To dobrze. Otóż jak pan pamięta, ten wła­śnie święty miał zwy­czaj wcho­dze­nia do domów przez komin, i to bez zapro­sze­nia.

Wpraw­dzie cier­pli­wość Wavella dawno już została wyczer­pana, ale nie dawał tego po sobie poznać. Przed kil­koma dniami otrzy­mał od Stil­wella wia­do­mość, że nie będzie chiń­skiej ofen­sywy z pro­win­cji Jun­nan, jak to wcze­śniej pla­no­wano. Czy zatem w tej sytu­acji nale­żało decy­do­wać się na wysła­nie w głąb ugru­po­wań japoń­skich bry­gady stwo­rzo­nej przez Win­gate'a? Posta­no­wił wezwać do sie­bie w tej spra­wie bry­ga­diera, by wspól­nie z nim roz­wa­żyć raz jesz­cze wszyst­kie "za" i "prze­ciw", choć i bez tego wie­dział, że może być tylko jedna odpo­wiedź. Prze­cież to on sam, Wavell, pozwo­lił temu czło­wie­kowi jesz­cze na wio­snę 1942 roku zre­ali­zo­wać nie­mal nie­re­alny, zakra­wa­jący na fan­ta­zję pomysł. Po to ścią­gnął go do Indii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki