Chimera - Jakub Małecki

-
Proszę czekać

Rozdziałpierwszy

Nie mogę już patrzeć na duchy. Od ośmiu miesięcy wozimy je z południa na północ i wiem, że powinienem się przyzwyczaić. Obserwuję, jak napływają łodziami i wchodzą po metalowym trapie, jak siadają na rozgrzanym pokładzie, z ulgą zamykają oczy. Odwracam się z postanowieniem, że wrócę do kajuty, kiedy wpada na mnie trzeci oficer i mówi:

- Kapitan chce cię widzieć.

Jeszcze nigdy kapitan nie wzywał mnie do siebie, przez całą długą podróż morską i osiem miesięcy tutaj, w kraju wojny, komarów, duchów. Pytam trzeciego, czy wie, o co chodzi, ale ten tylko kręci głową.

Schodzę pod pokład, mijam swoją kajutę i kolejne trzy, w których mieszkają: szef mój Cyryl Kozubek, radiooficer Janek oraz Beciński, wciąż prawdopodobnie pijany.

Pukam, czekam na krótkie "proszę" i wchodzę, a kapitan powoli, jakby w zamyśleniu, kładzie na biurku jakiś zadrukowany kwit i oznajmia, podnosząc na mnie wzrok:

- Właśnie przyszedł telegram, nadawcami są Czesława i Olgierd Kołodziejowie. Twoi rodzice.

Unosi brwi, spoglądając na mnie wyczekująco, wysoki i szczupły znak zapytania z wąsami. Nie odpowiadam, domyślam się, do jakiego portu zmierza ta rozmowa. Kapitan kontynuuje:

- No więc twoi rodzice piszą do mnie z zaskakującą wiadomością. Chodzi o odszkodowanie z ubezpieczenia, które należy im się, ponieważ, jak informują... - tu stuka palcem w telegram, a ja widzę, że pod paznokciem ma tyle samo brudu, ile my wszyscy, pracujący przy przewożeniu duchów. - Ponieważ, jak informują, ich syn, Emil Kołodziej, czyli ty, zmarł dokładnie rok temu.

Podnosi się i przesuwa telegram w moją stronę. Kajuta staje się nieco ciaśniejsza niż przed chwilą. Nic nie mówię. Sądziłem, że to się jednak nie wydarzy, zwłaszcza teraz, kiedy tyle czasu minęło od wypłynięcia, ale złe wieści mają widać to do siebie, że znajdują adresatów nawet w miejscach takich jak to. Tymczasem kapitan turbinowca parowego MS Kiliński, doświadczony i poważany Hieronim Gut, absolwent Wydziału Nawigacyjnego Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni i człowiek wielu zalet, odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, szanowany przez całą załogę i czasem wzbudzający w niej lęk, czerwienieje na twarzy i pyta:

- Kim ty, do diabła, jesteś?

*

Chodzi po kajucie, ja stoję, coraz poważniej rozważając ucieczkę - z kajuty i w ogóle ze statku. Powstrzymuje mnie tylko fakt, że jesteśmy w kraju krwi, wilgoci, wielkich drzew i wychudzonych duchów, dziesięć tysięcy kilometrów od Gdyni. Tymczasem on powtarza, z miną, która świadczy, że trzeci raz nie powtórzy:

- Kim jesteś?

To najtrudniejsze pytanie ze wszystkich, jakie można mi zadać. Bo co miałbym odpowiedzieć? Podać mu moje prawdziwe nazwisko? Nadal będę przecież stał przed nim dokładnie taki sam, co wcześniej, lat dwadzieścia dziewięć, zodiakalny Skorpion, patykowaty, opalony jak wszyscy tutaj, z włosami jak mazut. Gęste brwi, wystające kolana, podłużne oparzenie we wnętrzu prawej dłoni.

Powiedzieć mu, że ukradłem nazwisko pijanemu marynarzowi, który w walce na noże pod Cafe London zginął na moich oczach? Powiedzieć, dlaczego w ogóle musiałem uciekać z kraju? Podać prawdziwy zawód? Wyznać, kogo i w jaki sposób zabiłem?

A może jeszcze więcej, może cofnąć się dalej w głąb mojego życia, do Klasztoru Sióstr Miłosierdzia i pokoju w piwnicach? Do mojego tatki? Odchrząkuję.

- Nie wiem, o czym pan mówi, obywatelu szefie.

Wybucha jak słój kiszonych, co go kiedyś zostawiliśmy w słońcu na pokładzie. Kurwi, jebie i coraz głośniej powtarza:

- Nie? Nie?!

Widzę wyraźnie, że z tego sztormu nie ujdę już cało. Że trzeba mi czegoś więcej niż głupiego "nie wiem, o czym pan mówi".

Wdech, wydech. Za burtą dżungla. Stoimy zakotwiczeni na redzie Quy Nh?n, a duchy dalej wchodzą po trapie na pokład. Siadają wokół ładowni na dziurawych kocach. Wzrok kierują ku kotłom stojącym na ogniu, nie wiedzą, że prawie nic w nich nie ma.

Za bulajem widzę fragment naprężonego łańcucha kotwicznego i zdaje mi się, że jeszcze chwila, a pęknie i wystrzeli nas wszystkich ku czarnej, nieznanej przyszłości.

Kapitan patrzy na mnie, a ja wreszcie, pod wpływem chwili i niewytłumaczalnego impulsu, postanawiam zrobić rzecz szaloną: robię głęboki wdech i mówię mu prawdę.

*

Wracam do swojej kajuty, kładę się na koi. Statek jest niemal zupełnie nieruchomy. Dziwne, jak szybko można się od bezruchu odzwyczaić. Gorąco, wilgotno.

Co zrobi kapitan z całą tą prawdą, którą wyrecytowałem przed nim jak wiersz w gimnazjum? Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, prawdopodobnie nie, ale inaczej zrobić się nie dało. Wszystko spoczywa teraz w jego rękach.

Wyglądam przez bulaj, na wzniesione na pokładzie drewniane latryny i umywalnie dla duchów. Ciasno zbitą dżunglę na brzegu i szary skrawek morza, którego nienawidzę. Drapię łydkę pokrytą ukąszeniami, swędzi mnie całe ciało. Nie wierzę, że powiedziałem mu prawdę.

Przez chwilę obserwuję jeszcze świat na zewnątrz mojej niewielkiej kajuty, w której spędziłem ostatnie jedenaście miesięcy. Wciąż czekamy na pozostałe duchy, by wyruszyć z kolejnym ich transportem na północ. Ile tych transportów jeszcze przed nami? Coraz częściej wśród załogi mówi się, że ten może być już ostatnim. I co potem?

Przez tych kilka godzin, dopóki nie odbijemy od brzegu, nie będę miał nic do roboty. Splatam ręce za głową, zamykam oczy i wchodzę.

*

Ma kształt drzewa, wysokiego, starego dębu o pniu wydrążonym przez dziesiątki lat mrozów, upałów i ulew. Wchodzi się do niego przez szczelinę o zmurszałych brzegach, jest na tyle duża, że spokojnie mieści dorosłego człowieka. Trzeba tylko nieco unosić nogi, żeby nie potknąć się o wystający gruby fragment kory. Pusty pień jest przedsionkiem.

Za nim rozciąga się przestronny hol wysoki na kilkanaście metrów. Jest tu przyjemnie jasno, słońce wpada przez okna umieszczone w połowie wysokości ściany, po prawej stronie. Długie bele światła pełne wirujących drobinek kurzu wyglądają, jakby podpierały mur, jakby bez nich cała ta wielka konstrukcja mogła się zawalić. I może by tak było, ale tutaj zawsze świeci słońce, w dzień i w nocy, jasne belki nigdy nie znikają.

Lubię przechodzić przez to ukośnie padające światło i spoglądać na cienie, które drepczą posłusznie obok mnie.

Podłoga wyłożona jest ciemnym drewnem, pachnie tu starymi książkami, choć żadnej nie widać. Na ścianie naprzeciw okien wiszą trzy obrazy: Traper Rockwella Kenta, Procesja dusz Louisa Hawkinsa i Złe matki Giovanniego Segantiniego. Wiele lat temu, siedząc na wąskim łóżku w piwnicach klasztoru, oglądałem grube albumy z malarstwem i te trzy dzieła wywarły na mnie najsilniejsze wrażenie, choć nie potrafię powiedzieć dlaczego.

Nad moją głową, na niebieskim, wysokim sklepieniu znajdują się białe gwiazdozbiory, w których znaczenia od dawna głęboko wierzę.

Pośrodku holu stoi wąski marmurowy cokół, gdzie umieściłem gipsowy posąg. Mierzy niecałe pół metra i na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że wykonano go, wzorując się na rysunku dziecka. Proste kształty, wyraźne kontury.

Obrazek, będący pierwowzorem tej rzeźby, pokazał mi przyjaciel, zaklinacz węży o imieniu Eliasz. Pamiętam tamten wieczór, kiedy zobaczyłem rycinę po raz pierwszy, w nerwowym blasku świecy: uniesione ręce, w jednej z nich laska, spiczaste uszy i kły. Prawe oko większe od lewego.

Przechodzę przez kolejny słup światła i docieram do tylnej części holu. Patrzę na dwa łuki schodów prowadzące ku górnym piętrom, a także na oświetlony pochodniami korytarz z kilkunastoma drzwiami po jednej i po drugiej stronie.

Pięter jak dotąd jest siedem. Na każdym czekają pomieszczenia, większe i całkiem małe, niektóre prowadzące na zewnątrz, poza drzewo. W każdym z tych pomieszczeń znajduje się wspomnienie, informacja, którą chciałem zapamiętać, ale bałem się, że czas prędzej czy później usunie mi ją z głowy.

Używam kilku systemów, których nauczyła mnie siostra Loretta z Klasztoru Sióstr Miłosierdzia Świętego Wincentego a Paulo. To dzięki siostrze Loretcie żyję i mam to wszystko.

Ona pierwsza opowiedziała mi o pałacach pamięci. O tym, jak w dawnych czasach hordy barbarzyńców paliły całe miasta, a wraz z nimi biblioteki; powstawały więc grupy uczonych, których celem było zapamiętywanie najważniejszych ksiąg. Uczeni używali specjalnych technik, wznosząc w swoich głowach ogromne pałace pełne utrwalonych treści.

Ponieważ niedługo po poznaniu siostry Loretty przyszedł czas krwi, który spędziłem niemal w całości w oświetlanym pojedynczą żarówką pokoju w podziemiach klasztoru, począłem, z braku innych zajęć, wznosić w głowie własny pałac. Było to szesnaście lat temu.

Idę dalej.

Pierwszy pokój w korytarzu, ten najbliżej holu, zawsze pozostaje zamknięty. Nie patrzę w tamtą stronę, wspinam się po schodach, a przede mną otwiera się szeroka przestrzeń porośnięta trawą. Łąkę otaczają białe, wysokie ściany, co kilka metrów drzwi. Kieruję się do tych, obok których rośnie wysoka wiśnia japońska, kwitnąca różowo przez okrągły rok. Trzmiele brzęczą równomiernie, łąka szeleści pod moimi stopami.

Otwieram drzwi, za którymi wisi ciężka bordowa kotara. Uderza mnie zapach kurzu i papierosów. Słyszę dźwięki dochodzące z drugiej strony i wsuwam dłoń w szczelinę pomiędzy dwoma płachtami materiału, a potem wchodzę do środka. Jest to pogrążona w półmroku sala Kina Gwiazda przy ulicy Świętojańskiej 36 w Gdyni. Seans już trwa. Grają film Zeznanie szpiega, jak zawsze w tym pokoju.

*

Sala ma kształt półkola, a na parterze i balkonie może pomieścić dziewięćset czterdzieści dwie osoby. Dziś znajduje się tu najwyżej pięćdziesięciu widzów. Jest 30 lipca 1939 roku, przed chwilą straciłem dotychczasowe życie i mam trzynaście lat.

W Zeznaniu szpiega grają Edward G. Robinson i Francis Lederer, których nazwiska poznam dopiero później. Film już się rozpoczął. Na ogromnym ekranie mężczyzna w kapeluszu, pod krawatem, czyta jakiś dokument i przewraca strony. Przygarbiony, skulony, idę w stronę tej wielkiej postaci, a potem zajmuję miejsce. Mógłbym usiąść w odosobnieniu, z dala od wszystkich. Ale po tym, co zrobiłem kilka godzin wcześniej, chcę być blisko ludzi, siadam więc przy kobiecie w jednym z przednich rzędów.

Kobieta nie jest sama, towarzyszy jej mocno zbudowany brunet w okularach. Udaję, że na nią nie patrzę, ale kiedy tylko na ekranie dzieje się coś ważnego i wszyscy skupieni są na filmie, ostrożnie zerkam w prawo. Ma ciemne włosy gładko zaczesane do tyłu. Niewinną, owalną twarz. Drobne usta, drobny nos. Pieprzyk na policzku. Wydaje się pogodna, przez większość czasu delikatnie się uśmiecha, jakby bawił ją sam fakt, że znajduje się w kinie.

W końcu skupiam uwagę na filmie. Próbuję nie rozpamiętywać tego, co zrobiłem. Przecież dlatego tu wszedłem, dlatego przekupiłem biletera, dlatego tu siedzę. Żeby nie myśleć. Na ekranie widnieje duża sala, tłum mężczyzn w mundurach wstaje, wyciągając dłonie w geście, który później wiele razy będę widywał w gazetach i na zdjęciach, ale który teraz widzę po raz pierwszy.

Seans trwa dalej, a ja zastanawiam się, co robić. Przecież w końcu będę musiał stąd wyjść, wrócić na zewnątrz, do świata, w którym wszystko nieodwołalnie się zmieniło. Mijają kolejne minuty, a ja tkwię zawieszony przed czarno-białymi obrazami, z ciemnością wokół, trzynastoletni ja, który nie ma pojęcia, co dalej. Boję się konsekwencji, ale przede wszystkim boję się tego, co zrobiłem.

Pod koniec filmu wybucham płaczem. Staram się, żeby nikt mnie nie słyszał. Na szczęście w sali jest głośno, wszyscy są dalej wpatrzeni w ekran, skupieni na losach bohaterów.

Czuję czyjś dotyk. Odwracam się gwałtownie, ale kobieta wciąż patrzy przed siebie z tym delikatnym uśmiechem. Jej dłoń zamyka się na mojej, ściska ją i nie puszcza. Natychmiast ogarnia mnie ulga. Wszystko się rozluźnia, we mnie i wokół mnie, nagle wszystko jest w porządku.

Kobieta, nie puszczając mojej dłoni, obraca się do mnie i widzę jej twarz, którą zabiorę ze sobą w resztę życia.

*

Nazywam się Fryderyk Szklarski. Jestem klaunem. Nie żadnym wesołkiem czy żartownisiem, ale klaunem prawdziwym. Pracowałem w cyrku.

Urodziłem się 2 listopada 1926 roku, pod znakiem Skorpiona. Wierzę w to, co zapisano w gwiazdach. Jestem namiętny, pomysłowy, nieufny, czasem podstępny. Wpadam z jednej skrajności w drugą. Ludzie spod znaku Skorpiona nie lubią na próżno tracić słów. Mój szczęśliwy dzień to wtorek, mój kamień to rubin.

Tymczasem znowu płyniemy, a ja wciąż jestem członkiem załogi. Nie wiem, jak to możliwe po wszystkim, co powiedziałem kapitanowi - może po prostu nie miał wyjścia i czeka, aż uporamy się z transportami.

Nie znam się na dalekich krajach, nie znam się na pływaniu. Morza nienawidzę. Wiem tylko, jak tu trafiłem, i wiem, że wozimy duchy z południa na północ. Wyruszamy z redy Quy Nh?n, celem jest zwykle Hajfong, czasami V?ng Tau. Tysiąc kilometrów wzdłuż zielonego brzegu. Wysadzamy duchy i wracamy po kolejne - tak już prawie od roku.

Nie mamy dokładnych map morskich i locji. Początkowo wybieraliśmy się do Chin, a cel naszej podróży zmieniono po drodze. Posługujemy się dość ogólnym i średniej jakości obrazem, który w trakcie podróży na dużym płótnie namalował nam Firląg. Widać na nim Wietnam i naniesione czerwonym kolorem trasy ewakuacji żołnierzy.

Nie znamy również dokładnych prognoz pogody. Nigdzie w okolicy nie ma jednostki, która nadawałaby potrzebne nam informacje. Najbliższa stacja meteorologiczna na Filipinach podaje prognozy tylko dla sąsiednich akwenów. Pracujemy na otwartych redach, przy fali monsunowej, na całkiem obcych nam wodach, i przez większość czasu czujemy się, jakbyśmy poruszali się w ciemności, po omacku.

Mimo trudnych warunków przewieźliśmy już blisko osiemdziesiąt tysięcy osób. Wygłodzonych, płci obojga, dzieci i starców, więcej oczywiście kobiet niż mężczyzn. Zadaniem mężczyzn w tym kraju jest umieranie.

Nie rozumiem wojen, tej też nie, nie wiem nawet, dlaczego właściwie tu jesteśmy, ale wiedzieć nie muszę, ważne, że wykonuję swoją pracę w maszynowni: że kotły działają jak należy, turbina pracuje bez kłopotu, mazutu mamy odpowiednie zapasy, a Kozubek jeszcze całkiem nie oszalał.

Z duchami rozmawiam rzadko, żaden z nich nie rozumie słowa po polsku, a ja nie potrafię mówić w ich języku. Czasem tylko któryś zaczepi mnie, kiedy idę przez pokład, wskaże palcem na otwarte usta, a ja wzruszę ramionami i powtórzę po raz tysięczny:

- Nie mamy, nie mamy.

Z początku próbowaliśmy dzielić się z nimi jedzeniem, każdy chciał oddać swoje śniadanie czy obiad któremuś z wygłodniałych szkieletów, szybko się jednak okazało, że jest to próżny wysiłek. Z naszych racji moglibyśmy nakarmić co pięćdziesiątą osobę takiego pojedynczego transportu, reszta wciąż pozostawałaby głodna. A żebyśmy mogli ich wszystkich przewozić, sami musimy jeść. Inaczej żaden z nich nie dotrze do celu. Jadamy więc w mesie jajecznicę i popijamy kawą, wiedząc, że kilka metrów od nas siedzą na kocach wygłodniałe duchy, którym nieraz brak siły, by wstać. Ale innego wyjścia nie ma.

Czasami widuje się na pokładzie sceny, których wolałoby się nie widzieć. Raz zdarzyło mi się zobaczyć, jak jeden z partyzantów podchodzi do ciężarnej kobiety i wyciąga z kieszeni garść suchego ryżu. Ta wkłada sobie ziarenka do ust, żuje je gwałtownie i niemal natychmiast połyka, rozglądając się wokoło jak zwierzę. Szybko jednak żołądek protestuje i kobieta zwraca przezroczystą papkę na pokład, a wtedy kilkoro dzieci podbiega i zjada ją wprost z desek, odganiając siebie nawzajem.

W każdym transporcie zdarzają się partyzanci. Ubrani w korkowe hełmy i szare drelichy, w naprawianych sandałach, trzymają prowizoryczne strzelby, czasem starsze niż oni sami.

Nocują w pięciu ładowniach, w których zbudowaliśmy piętrowe prycze z drewna. Na rufie postawiono kuchnie polowe, a Kozubek opracował system rur doprowadzających na pokład słodką wodę.

W kotłach gotujemy to, co niektórzy partyzanci przynoszą w kieszeniach lub tobołkach. Kiedy zgromadzone w pobliżu duchy widzą, że ten czy inny partyzant wrzuca do kotła trochę ryżu albo fasoli lub dolewa mleka, rzucają się natychmiast w tamtą stronę, często walcząc ze sobą nawzajem. Trzeba ich uspokajać, a potem dzielić jedzenie po równo. Każdy dostaje co najwyżej łyżkę.

Załoga Kilińskiego wprawdzie jada, ale musi się borykać z wieloma nieprzewidzianymi trudnościami. W kajutach miewamy nawet czterdzieści stopni Celsjusza. Wentylacji włączyć nie możemy, bo silniki znajdują się w ładowniach, teraz wypełnionych duchami. Gdyby je uruchomić, wszyscy ci biedacy zostaliby ugotowani. Jedynym ratunkiem pozostają więc tak zwane rekiny, czyli rury z brezentu, które podczas ruchu statku wypełniają się powietrzem i zapewniają nam naturalne podmuchy. Ulga, jaką to przynosi, jest jednak niewielka.

Na dodatek każdego ranka kolejni z nas zapadają na ostrą biegunkę. Okazuje się, że to z powodu choroby zwanej amebozą, która jest tu bardzo powszechna i o której chyba nikt z nas wcześniej nie słyszał. Ani armator, ani czarterujący nawet nie wspomnieli o tym, co większość marynarzy doprowadza do szału. Na szczęście od mieszkającego tutaj francuskiego lekarza dostaliśmy skuteczne leki, dzięki którym możemy funkcjonować.

Pewnego dnia na statku gruchnęła wieść, że w jednym z transportów wieźliśmy ducha chorego na cholerę - dowiedzieliśmy się o tym dopiero, kiedy wyniesiono go nieprzytomnego na ląd. W ładowni do dziś widnieje po nim ślad, wybielone wapnem miejsce, w którym siedział w czasie rejsu. Od tamtej pory morale wśród marynarzy utrzymuje się na najniższym poziomie.

A teraz wieziemy kolejną, dwudziestą siódmą partię i tym razem mówią nam, że być może to ostatnia. Nie będziemy więcej patrzeć na duchy, bo wszystkie trafią już na północ, a nasza misja dobiegnie końca. Wrócimy do kraju w glorii i chwale, być może dostaniemy ordery. Niektórzy w to wierzą, inni powtarzają, że to kłamstwa i bujdy. Ja nie wiem, co myśleć, ale zdaje mi się, że to się musi kiedyś skończyć. Przecież nie możemy pływać tutaj przez wieczność. W końcu wrócimy do Gdyni.

*

Szesnaście lat temu wyszedłem z Kina Gwiazda i spojrzałem w niebo, na próżno wypatrując jakiejś wskazówki. Przez kolejne tygodnie tułałem się po zakątkach Gdyni, wśród nocnych awantur, bijatyk, wśród złodziei, lichwiarzy, pijanych marynarzy i kurew. Garstka pieniędzy, które zdążyłem zabrać tamtego dnia przed pójściem do kina, skończyła się szybko. Swoją pierwszą pracę zarobkową - o ile można coś takiego nazwać pracą - dostałem w Domu Kuracyjnym przy Skwerze Kościuszki. Był to burdel funkcjonujący pełną parą, gdzie ludzie morza o najróżniejszych twarzach i najróżniejszym kolorze skóry stali czasem w długich kolejkach przed drzwiami do co ładniejszych pracownic.

Zatrudniono mnie tam w wyniku przypadku. Jak zwykle snułem się niedaleko portu, kiedy dojrzałem okazję zarobku w postaci pijanego chińskiego podróżnika. Człowiek ten ubrany był w garnitur opinający jego pulchne ciało, oraz kapelusz. A w tamtym okresie w Gdyni człowieka w kapeluszu okraść było jakieś cztery razy łatwiej niż człowieka bez kapelusza, wiedział o tym każdy ulicznik. Byli to bowiem zwykle ludzie mało obyci z portowym towarzystwem, bywający w takich okolicach rzadko i tylko z konieczności. Natomiast człowiek w kapeluszu i na dodatek porządnie pijany - prawdziwa gratka.

Widząc tę piękną i bezbronną zwierzynę - a jednocześnie świadomy, że zaraz na jej widok zbiegnie się więcej takich drobnych drapieżników jak ja - podszedłem od tyłu do pijanego mężczyzny i uwolniłem portfel z kieszeni jego spodni. Łączny czas przedsięwzięcia: siedem sekund.

Odwróciłem się, wykonałem kilka spokojnych kroków, aby zaraz puścić się biegiem, ale zanim zdążyłem to zrobić, czyjaś silna ręka chwyciła mnie za ucho i pociągnęła w górę. Rozległ się dźwięk, jakby rozpruć prześcieradło, a ból rozpalił mi głowę. Stanąłem na palcach, próbując złagodzić nieznośne pieczenie, i wtedy zobaczyłem, czyją padłem ofiarą. Mocny makijaż, starannie namalowane brwi, tłuste policzki i okrągły czarny pieprzyk na policzku. Była to legendarna Charlotta, szefowa Domu Kuracyjnego, przyjaciółka sędziów, urzędników i dygnitarzy, kurwa ponad wszystkie kurwy.

Poczułem od niej silny zapach perfum kojarzący się z zatłoczoną cukiernią i pomyślałem, że tak pachną najniebezpieczniejsze drapieżniki w gdyńskiej dżungli.

- Zgrabnie ci poszło, maluszku - oświadczyła, nie bez uznania. - Gdzie mieszkasz?

Moment zawahania wystarczył, by wiedziała o mnie wszystko.

- Pójdziesz ze mną? - zapytała w taki sposób, że zrozumiałem od razu: to nie było żadne pytanie.

Odwróciła się i odeszła, a ja podążyłem, z naderwanym uchem, bez chińskiego portfela. Pracę dla niej zacząłem jeszcze tego samego dnia.

Moim zadaniem było wypatrywać najbardziej pijanych klientów i pomagać im w opuszczeniu lokalu po skorzystaniu z usługi. W trakcie udzielania tej pomocy wędrowałem coraz sprawniejszymi dłońmi po kieszeniach kurtek, spodni i płaszczy, szukając portfeli, które następnie odnosiłem Charlotcie. Zdarzało się, że któryś z mężczyzn wyczuł, co się święci, i próbował wymierzyć mi odpowiednią karę, ja jednak ważyłem wtedy tyle co nic i szybki byłem jak diabeł. Zanim okradziony zdążył choćby wziąć zamach, znajdowałem się już za najbliższym rogiem.

Regularnie biegałem też do kobiety zwanej Madejową. Przyjmowała w oficynie dużej willi przy Szosie Gdańskiej, nosiła rękawiczki i zawsze uśmiechała się na mój widok. Miała ciemne włosy, które ściągała ciasno w kok, i duże, brązowe oczy, takie, po których widać, że na wiele rzeczy już się napatrzyły. Była wysoka, poruszała się szybko, jakby wiecznie spóźniona.

Nosiłem jej odliczone pieniądze, zwykle nie więcej niż pięć złotych, ona zaś w zamian dawała mi jakiś słoiczek z tabletkami, a czasem po prostu jedną dużą pastylkę, którą zawijałem w chusteczkę i wkładałem głęboko do kieszeni. Niekiedy kazała mi poczekać, przechodziła do sąsiedniego pomieszczenia i wracała z kawałkiem świeżego ciasta.

- Zjedz - mówiła. - Taka chudzina z ciebie.

Zdarzało się też, że wysyłano mnie do niej w innym celu. Szedłem bez pieniędzy, pukałem, a Madejowa wpuszczała mnie, wyglądając ostrożnie na ulicę. W środku, na krześle albo na leżance, czekała któraś z dziewczyn. Ledwie żywa, wyczerpana. Dlatego właśnie potrzebny byłem ja. Miałem odprowadzać te dziewczyny do Domu Kuracyjnego i o nic nie pytać.

Za pierwszym razem była to Adela. Miała nie więcej niż osiemnaście lat, głośny śmiech i jasną, gładką skórę. Nazywała mnie "byczkiem".

Tamtego dnia wziąłem ją pod rękę i wyprowadziłem od Madejowej. Duży biust trząsł się w staniku, kiedy chwiejnie schodziła po schodach. Wydawało mi się, że jest trochę szczuplejsza niż przed kilkoma dniami. Ale wiadomo, nie powiedziałem jej tego, bo ja w ogóle nie mówiłem, kiedy nie trzeba było.

Zakochałem się w niej, oczywiście, podczas tamtego wspólnego spaceru. Nigdy wcześniej nie spacerowałem z dziewczyną. Adela dużo wtedy mówiła, ale szybko się zorientowałem, że chyba niekoniecznie wie, z kim rozmawia. Rozpoczynała opowieści jakby w połowie i nie kończyła ich, co mi zupełnie nie przeszkadzało. Było to najpiękniejsze popołudnie z możliwych.

Druga była Mimi. W niej również się zakochałem. Miała lekkiego zeza, co tylko dodawało jej uroku. Jak się na nią patrzyło, to chciało się w pierwszym odruchu wziąć ją na ręce i zanieść na koniec świata.

Wydawała się być w nieco lepszym stanie niż Adela. Szła pewnie, z wysoko uniesioną głową, jakby tylko czekała, aż ktoś zechce się z nią skonfrontować. Była tylko bardzo smutna. Kiedy mijaliśmy jedną z chałup krytych strzechą, które w tamtym czasie sterczały wciąż między budowlami z cegły, zatrzymała się i powiedziała:

- Miły z ciebie chłopiec, Frydziu. Ale ty też kiedyś taki będziesz. Taki sam, taki sam jak oni.

A potem poszła dalej. Kochałem ją jeszcze co najmniej przez dwa dni.

Odprowadziłem w ten sposób łącznie około dziesięciu dziewczyn. Za każdym razem wyobrażałem sobie, że moja towarzyszka dostrzega we mnie coś wyjątkowego, co było we mnie ukryte, a potem bierzemy ślub i do końca życia jest mi wdzięczna za to, że ją ocaliłem, do końca życia patrzy na mnie z zachwytem. Bardzo, bardzo chciałem, by ktoś patrzył na mnie z zachwytem.

Któregoś razu, uciekając z portfelem pijanego klienta z powrotem do Domu Kuracyjnego, poznałem w bramie Marię Tatarę. Słyszałem o niej już wcześniej, była to kobieta znana dobrze w dzielnicach, po których się poruszałem. Słynęła ze szczególnej urody, była patykowata i niekiedy można ją było pomylić z wyjątkowo ładnym chłopcem. Włosy nosiła obcięte do ramion, oczy miała błękitne, usta niewielkie, a z jej twarzy, ruchów, głosu i zachowania biła jakaś wyniosłość. I chyba to właśnie ona sprawiała, że mężczyźni szaleli za Tatarą. Ta zaś na każdym kroku starała się pokazać, że na mężczyznach jej nie zależy, że to dla niej niższy, gorszy gatunek.

W trakcie naszego spotkania oświadczyła, że obserwuje mnie od pewnego czasu, i zapytała, czy miałbym ochotę rozpocząć z nią pewien interes. Dostrzegła najwyraźniej mój talent i w ten sposób zawiązaliśmy coś w rodzaju spółki.

Moja nowa przyjaciółka nie potrzebowała zachęcać mężczyzn do swoich uroków, nie chciała też wsparcia żadnego z "domów". Zdobywała klientów wprost na ulicy, a potem prowadziła ich do niewielkiego lasku i tam, w czasie ich miłosnych igraszek, ja wyłaniałem się zza pobliskiego drzewa, aby uszczuplić klienta o jego pieniądze.

Kiedy po ukończonych amorach biedak zaczynał przetrząsać ubranie i torbę, Maria Tatara wszczynała awanturę, darła się dziko, że "kanalia" i "oszust", w końcu mężczyzna brał nogi za pas. Najgorsze, że niektórzy z nich wracali po kilku godzinach lub dniach, by uiścić opłatę i przeprosić Tatarę za ten przykry incydent. Ja odnosiłem Tatarze portfel i dostawałem część łupu, przeważnie ledwie ułamek, dla mnie jednak były to ogromne pieniądze. Mogłem kupić sobie jedzenie, mogłem kupić nocleg. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by ukraść portfel i uciec, zabierając go po prostu dla siebie. Może nie wyobrażałem sobie nie podzielić się z Marią Tatarą, a może po prostu wiedziałem, że jeśli to zrobię, nasz wspólny proceder się skończy.

Któregoś wieczoru, po wyjątkowo spokojnej niedzieli, rzuciła całkiem zwyczajnym tonem, że miałaby ochotę, abym z nią poszedł do jej mieszkania. Nie czekając na moją odpowiedź, wzięła mnie za rękę i poszliśmy, otwarcie poszliśmy przez miasto, ja i Maria Tatara.

Żyła skromnie, w niedużym, ale czystym pokoju w jednej z kamienic przy Portowej. Na ścianie wisiało czarno-białe zdjęcie ślubne jakiejś pary.

- Tatuś mój zginął na statku - powiedziała, zdejmując buty, a potem podeszła do okna. - Mamusia miała nas sześcioro, chciała na pewno inaczej, ale nie miała wyjścia. Ja rozumiem, że nie miała wyjścia.

Z okna mogła oglądać morze i wyznała, że ten widok jest jej najdroższy na świecie. Rozebrała mnie powoli, prawie nie patrząc na moje ciało. Zamknąłem oczy, a ona przesunęła po mnie językiem. Cały aż pulsowałem, kiedy zsunęła z siebie bieliznę i usiadła na mnie, byłem na to wszystko niegotowy, ale ona prowadziła mnie cierpliwie, myślałem, że oszaleję. Chciałem oświadczyć jej się tam, w tym łóżku, chciałem nigdy więcej jej nie opuszczać, ale już wtedy wiedziałem, że bardzo bym się takim wyznaniem wygłupił. Kochaliśmy się kilka razy, aż nie było we mnie siły na nic więcej. Maria nie pozwoliła mi spać w swoim łóżku i nad ranem opuściłem mieszkanie.

Nasz interes trwał dalej, ona ani razu nie wróciła w rozmowie do tamtego wieczoru, a ja zbytnio się wstydziłem, by zaproponować, żebyśmy go kiedyś jeszcze powtórzyli.

Nocowałem zazwyczaj w Domu Kuracyjnym i innych burdelach - w Szanghaju, Bombaju, Amsterdamie - ale też w bramach i zakamarkach, w komórkach na węgiel, do których się włamywałem. Miałem co jeść, miałem dwie ręce i dwie nogi, miałem uśmiechy Madejowej, wspólny interes z Tatarą i wspomnienie tamtego seansu w kinie, tamtego uścisku dłoni. Nie sądziłem, by dla kogoś takiego jak ja istniało lepsze życie, a więc za lepszym życiem nie tęskniłem.

Tak minęło moje pierwsze lato po odejściu z domu. A potem przyszedł czas krwi i chwilami było mi nawet łatwiej. Widok samotnego chłopca na ulicach nie dziwił już nikogo, bo wokół działy się rzeczy znacznie dziwniejsze. Ja nic z nich nie rozumiałem, dopiero kiedy wojna rozszalała się na dobre, dowiedziałem się, że to wojna. Byłem już jednak wtedy w zupełnie innym miejscu. Tymczasem pierwsze dni września dla mnie nie różniły się bardzo od innych. W rozmowach dorosłych pojawiały się wprawdzie nowe słowa i nowe lęki, ale miałem na głowie znacznie ważniejsze rzeczy, między innymi przetrwanie.

Którejś nocy, szukając noclegu, usłyszałem krzyki. Wyjrzałem zza rogu w ulicę Starowiejską. Stała tam kobieta, na którą mówili Lulu. Znałem ją dobrze, pracowała w Bombaju, czasem też na ulicy. Lulu była dla mnie dobra, traktowała mnie jak swojego ulubionego psa. Na mój widok uśmiechała się zawsze, czochrała moją plątaninę włosów i nazywała "miłym kawalerem". Wiele razy częstowała mnie cukierkiem. Tamtego wieczoru Lulu opierała się plecami o ścianę, do której przyciskał ją potężnie zbudowany mężczyzna w zniszczonym kapeluszu. Był to Stefek Kowboj, człowiek znany wszystkim bywalcom nocnego gdyńskiego świata.

Historii o nim krążyło multum, do dziś trudno mi uwierzyć, że wszystkie były prawdziwe. Szalony, nieprzewidywalny i chory wenerycznie Stefek Kowboj terroryzował tych, którzy zazwyczaj sami terroryzowali. Wymuszał piwo i wódkę w barze, pieniądze od oprychów, usługi od kobiet.

Tamtej nocy po minie Lulu widziałem, że jest wystraszona. Stefek syczał coś do niej przez zepsute zęby. Opuściłem wzrok i dostrzegłem ostrze noża, które przyciskał do brzucha Lulu. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.

Nie po to zmieniłem swoje życie, żeby patrzeć na coś takiego. Stefek Kowboj nie miał pojęcia, kim jestem. Mógł zobaczyć trzynastolatka, gówniarza, ale nie wiedział, do czego jestem zdolny.

Wyszedłem zza rogu. I po raz pierwszy od tamtego lipcowego dnia, kiedy porzuciłem dotychczasowe życie, poczułem coś innego niż strach. Krzyknąłem do niego. Jedna sylaba, jeden wydech, na tyle było mnie stać.

- Ty!

Odwrócił się, a jego spojrzenie nie złagodniało na widok wyrostka o ciele niczym źdźbło trawy. Nie zareagował, odwrócił się z powrotem do Lulu, która krzyknęła, widać nóż zaczął ją kaleczyć.

Byłem już tylko czernią, byłem gotowy po raz kolejny zrobić to, co zrobiłem w domu rodzinnym, więc przyspieszyłem i powtórzyłem głośniej:

- Ty!

Wtedy puścił Lulu i zataczając się, ruszył na mnie, widziałem, że jest szalony. Porwał dwie butelki leżące na ziemi. Cisnął jedną z nich, zanim zdążyłem zauważyć ruch ramienia. Szkło wybuchło na ścianie niedaleko mojego ucha, puściłem się biegiem w przeciwną stronę. Ciemny mur, uderzenia serca, dwie niewielkie kałuże i księżyc w jednym z okien. Odwróciłem się i ostatnim, co zobaczyłem, była Lulu uciekająca w przeciwnym kierunku. Nigdy nie dowiedziałem się, czy zdążyła mu umknąć. Druga z butelek trafiła mnie prosto w czoło i zgasłem.

Obudziłem się przed świtem, na trawie przy Starowiejskiej, obolały, cuchnący i głodny. Na czole miałem guz wielkości jabłka. Usiadłem i zawirowało mi w głowie. Siedziałem tak przez jakiś czas, szeptem uspokajając budynki, które szyderczo kołysały się wokół mnie. Kiedy wreszcie podniosłem wzrok, zobaczyłem, że po drugiej stronie ulicy stoi kobieta w habicie. Miała bladą, miękką twarz, na nosie okulary. Patrzyła wprost na mnie.

Za jej plecami wznosił się półkolisty budynek z czterema filarami przed wejściem. Klasztor Sióstr Miłosierdzia Świętego Wincentego a Paulo, czego dowiedzieć się miałem później. Zakonnica przekroczyła ulicę, ukucnęła przy mnie i przyjrzała się mojej twarzy.

- Dziś mamy Matki Boskiej Siewnej - powiedziała z uśmiechem, jakby to była najlepsza wiadomość na świecie. - Dzień nowych początków.

Chciało mi się wymiotować. Chciało mi się siku. Pomyślałem, że może tylko ją sobie wyobrażam.

- Ktoś nam cię tu przysłał, młody człowieku.

Przełknąłem ślinę.

- Kto?

- Tego się dopiero dowiemy - odparła, chwytając mnie pod ramię.

Podniosłem się i zachwiałem, podtrzymały mnie jej szczupłe, ale mocne ramiona. Wprowadziła mnie do budynku, w spokój klasztoru. Opuściłem go dopiero pięć lat później, po wojnie.

*

Siostra Loretta mieszka w trzecim pokoju po lewej stronie na drugim piętrze mojego pałacu. Wchodzi się prosto ze ścieżyny biegnącej przez środek pola rzepaku. Ma tam wszystko, o czym zawsze marzyła: bujany fotel, stolik ze świeżo zaparzoną herbatą, okrągły barwny dywan pod stopami, regały pełne książek i ciszę.

Jedną ze ścian pokrywa tapeta w kwiaty, przy przeciwległej stoi drewniana szafa pełna letnich sukienek. Jeśli dobrze się przyjrzeć, widać, że przysłonięte tą szafą są jeszcze jedne drzwi, niewielkie, metalowe.

Okno wychodzi na sad kwitnących jabłoni. Wiatr porusza gałęziami, na których przysiadają szpaki. Z sufitu zwisa niewielki żyrandol, do którego Loretta przypina klamerkami widokówki od przyjaciół z dalekich krajów. W szklanej popielniczce na stoliku leży kilka niedopałków przybrudzonych czerwoną szminką.

Nigdy nie miała takiego pokoju. Poza kilkoma drobiazgami nie posiadała niczego na własność. Podobnie jak inne siostry zamierzała przejść przez życie tak, by pozostawić po sobie jak najmniej śladów. Zabrano im nawet nazwiska i prawdziwe imiona, dostały te nowe, dziwne: Joachima, Michaela, Loretta. Dopiero kiedy byłem w środku, zrozumiałem, że w zamian za swoje poświęcenie nie otrzymały nic, że to właśnie samo poświęcenie miało być nagrodą.

Loretta była dobrym człowiekiem. Do swojej wiary podchodziła żartobliwie, co w tamtych czasach uważano za rzecz nie do przyjęcia, dlatego przed innymi siostrami udawała surową i smutną. Tylko ze mną bywała prawdziwa, możliwe, że tylko ja słyszałem, jak brzmi jej śmiech.

Mam nadzieję, że miała kiedyś mężczyznę lub kobietę, że zaznała prawdziwych pieszczot, że straciła dla kogoś głowę, zanim straciła ją dla surowego, niewidzialnego Boga ze starych ksiąg.

Tamtego pierwszego dnia, kiedy podniosła mnie z ziemi, zakrwawionego i oszołomionego, weszliśmy do budynku, a ciężkie drzwi zamknęły się za mną i nie miałem pojęcia, po jak wielu latach je otworzę. Dziś trudno mi uwierzyć, że wytrzymałem tak długo. Że tak długo oddychałem tylko powietrzem wewnątrz klasztoru przy Świętojańskiej.

Mój pokój znajdował się w piwnicy. Były tam również pralnia, składzik drewna oraz wielka spiżarnia zamykana na kłódkę. Do piwnicy prowadziły wąskie kamienne schody, na ścianach czasami zbierała się wilgoć. Mój pokój leżał na końcu wąskiego i zakrzywionego korytarza, dzięki czemu siostry zaglądające do spiżarni lub składziku nie widywały mnie, a ja nie widywałem ich. Jak się później okazało, miało to duże znaczenie.

Zanim zeszliśmy do piwnicy, siostra Loretta zapytała, czy mam dokąd pójść, choć mój wygląd musiał jasno wskazywać, że nie. Pokręciłem głową. Czy mam rodzinę? Zaprzeczyłem. Czy mam kogokolwiek?

Nie rozumiałem, co się ze mną dzieje, z moją twarzą i moimi dłońmi, gdy siostra przytuliła mnie, wytarła mi policzki, już dobrze, już dobrze, powtarzała.

Za tę czułość byłem wtedy gotów zrobić dla niej wszystko. Najbardziej na świecie pragnąłem, żeby nie wypuszczała mnie z ramion.

Zeszliśmy do piwnicy.

Wielkość mojego pokoju wiele tygodni później zmierzyłem stopami, stawiając jedną przed drugą: długi był na stóp moich czternaście, szeroki na dziewięć. Strop znajdował się nisko, mogłem dotknąć go wyciągniętą ręką, jeśli stanąłem na palcach. Było tam wąskie łóżko i nic więcej.

Po kilku dniach Loretta przyniosła mi krzesło, a jeszcze później niewielki kwadratowy stolik o zniszczonym blacie. W ścianie znajdowała się lampka, która zapalała się rano o godzinie szóstej i gasła o osiemnastej. Podejrzewałem, że połączona była z jakimś innym oświetleniem w jednym z pomieszczeń na górze, ale nigdy tej kwestii nie zgłębiłem. To wszystko - dach nad głową, łóżko z prawdziwą pościelą, regularne posiłki i głos siostry Loretty - to i tak było więcej, niż mogłem sobie wymarzyć.

*

Pierwszy dzień w klasztorze w całości przespałem. Obudziłem się w ciemności, było mi ciepło, sucho, wygodnie na łóżku. Poczułem zapach świeżego chleba, tak silny, że zawirowało mi w głowie. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem głodny. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio coś jadłem. Na podłodze obok łóżka wymacałem kubek z wodą i talerz, na którym leżały dwie kromki chleba z chrupiącą skórką. Przez mury docierały do mnie dalekie dźwięki jakiejś kościelnej pieśni śpiewanej wysokimi głosami. Dawno nie było mi tak dobrze. Zjadłem chleb i z powrotem zasnąłem.

Drugiego dnia siostra Loretta powiedziała mi o wojnie. Przyniosła kolejne dwie kromki chleba, już nie tak świeżego, za to posmarowanego smalcem, i usiadła przy mnie na skraju łóżka. Pachniała kuchnią i starymi książkami.

Miała duże, ciemne oczy ukryte za okularami, jasną cerę i wysokie czoło. Jej spracowane dłonie wydawały się należeć do kogoś znacznie starszego. Kiedy opowiadała mi coś z przejęciem, często mrużyła lewe oko. Wydaje mi się, że mogłaby się podobać mężczyznom, było w niej coś radosnego, jakieś zadowolenie z tego, kim jest.

- Na zewnątrz są diabły - oświadczyła tamtego dnia ze spokojem. - Przypłynęły morzem, przyjechały w blaszanych maszynach, latają nam nad głowami, jak przepowiedziano. Ale diabły to tchórze, my nie boimy się diabłów. Nic nam nie mogą zrobić.

Trzymałem przed sobą talerz i patrzyłem na nią. Wciąż nie wierzyłem, że nie jestem już na ulicy, że siedzę na miękkim łóżku i jem chleb ze smalcem. Loretta mówiła:

- Tutaj jesteś bezpieczny, ale tylko tutaj. Na ulicach ludzie w każdej chwili tracą życie. Diabły przychodzą do nas, kontrolują, sprawdzają, szukają pretekstu, by nas stąd wyrzucić. Ale my się nie boimy diabłów. Zostań, a przeżyjesz.

W końcu odeszła, a ja znowu zasnąłem.

Każdego dnia przynosiła mi jedzenie i informacje. Mówiła o piekle, które pochłania świat za murami klasztoru. Nie miałem pojęcia, co to właściwie oznacza. Czytała mi fragmenty Pisma Świętego o szklanym morzu i istotach złożonych z samych oczu. O koniu barwy ognia, księżycu we krwi, kobiecie obleczonej w słońce i smoku o siedmiu głowach. O jeziorze pełnym siarki i pękniętym niebie, a ja sądziłem, że na zewnątrz te cuda pojawiły się naprawdę. Nocami śniłem o krwi płynącej ulicami i smokach pożerających budynki wokół klasztoru.

Bardzo rzadko, kiedy akurat "warunki sprzyjały", wyprowadzała mnie z piwnicy, zabierała na piętro i przez okno obserwowaliśmy Gdynię. Zapamiętałem widok pustej ulicy Świętojańskiej i łuny nad płonącym Oksywiem.

Raz zabrała mnie do kaplicy na trzecim piętrze. Było to wąskie pomieszczenie z cienkimi niebieskimi drzwiami w bocznej ścianie. Drewniane ławki ustawiono w dwóch rzędach, wielki Jezus cierpiał pod sufitowym zaciekiem. Nad niewielkim pozłacanym ołtarzem biegł łuk z jakimś napisem, częściowo zatartym przez czas. Pachniało drewnem i kadzidłem.

Pomodliliśmy się wspólnie i bardzo się wstydziłem, że nie znam większości modlitw, ale ona w ogóle nie miała mi tego za złe. Potem zapytała, czy chciałbym się wyspowiadać. Wiercąc się przy niej w ławce, ze wzrokiem opuszczonym na buty, powiedziałem, że może, że może tak.

- Dobrze - powiedziała, obracając się do mnie. - Odpuścić ci grzechów oczywiście nie mam prawa. Ale mogę wysłuchać spowiedzi.

Zacząłem od mniejszych przewinień: przeklinanie, alkohol, znajomość ze złymi ludźmi. A potem wylało się ze mnie: pomaganie w burdelu, kradzieże, współpraca z Tatarą i wieczór u niej w mieszkaniu. Nie wspomniałem tylko o tym, co było wcześniej, o tym, co zrobiłem przed tamtym seansem w Kinie Gwiazda.

Z każdym kolejnym wyznaniem spodziewałem się, że Loretta zerwie się z miejsca i każe mi się wynosić, ona jednak słuchała tego w spokoju, nie przerywając. Kiedy skończyłem, cicho westchnęła.

- Trzeba ci przyznać, że miałeś kolorowy początek życia. Ale wierz mi, niektóre kolory mogą człowieka tylko oślepić. Tak, że wykona w końcu zły krok i wpadnie w jaką przepaść na zawsze.

Pokiwałem głową, chociaż nic z tego nie zrozumiałem. Loretta poprosiła, żebym obiecał jej, że zawsze kiedy będę robił coś ważnego, pomyślę najpierw, czy to mnie przybliża, czy oddala od człowieka, którym chciałbym być.

Obiecałem, chociaż nie byłem pewien, czy rozumiem, co właściwie obiecuję. Loretta patrzyła na swoje dłonie, złożone na oparciu ławki przed nami.

- Nie chciałem być złym człowiekiem - powiedziałem, nie mogąc dłużej wytrzymać ciszy, która zapadła.

Loretta obróciła się, jakbym ją czymś smagnął po twarzy.

- Nikt nie powiedział, że jesteś złym człowiekiem.

- Nie...?

Westchnęła ciężko.

- Posłuchaj, Frydziu. Czy ty myślisz, że na przykład ja to się urodziłam zakonnicą?

Nie odezwałem się, bo musiałbym przyznać, że właśnie tak, wyobrażałem sobie, że była zakonnicą zawsze. Poczułem wpełzający mi na policzki rumieniec. Ja, chłopiec na posyłki z Domu Kuracyjnego, ulubieniec kurew i wspólnik Marii Tatary, ja, który gotów byłem stanąć nocą na ulicy naprzeciw Stefka Kowboja, czerwieniłem się, siedząc obok tej kobiety w kaplicznej ławie.

- No dobrze, w takim razie teraz zrobimy na odwrót - powiedziała. - Może to będzie dla ciebie pewna pomoc.

- Na odwrót?

Wtedy zwierzyła mi się, że w wieku dziesięciu lat nasikała do wielkiego garnka z grochówką, którą w porcie sprzedawał pewien Żyd. Że kiedyś wspólnie z koleżanką za pomocą rurki nadmuchały żabę w nadziei, że ta pęknie - na szczęście żaba zsunęła się z narzędzia tortur i umknęła, pozostawiając dziewczynki szczerze niepocieszone. Opowiedziała mi też o tym, jak kradła pocztówki. W dzieciństwie odwiedzała stragan z rozmaitościami, prowadzony przez starego kawalera o wielkich, siwych wąsach, i tam właśnie, na szerokiej ladzie, wśród innych przedmiotów błyszczały pocztówki przedstawiające piękne budowle i cuda polskiej natury. Loretta podchodziła do straganu, a kiedy sprzedawca się odwracał, by sięgnąć do torebki po cukierek dla niej, wsuwała pod sukienkę wszystkie te góry, morza, rzeki, pomniki i budynki, przekonana, że od teraz będą należeć tylko do niej.

Wiele lat później chciała uczynić zadość tamtemu miłemu dla niej człowiekowi, ale kiedy pojawiła się w miejscu, gdzie dawniej stał stragan, by oddać równowartość wszystkich skradzionych pocztówek, zastała puste miejsce i wiszący na ścianie nekrolog.

- Z naprawianiem błędów nie należy zwlekać, Frydziu - zakończyła. - Bo nie będą wiecznie czekać na naprawienie.

Później pomodliliśmy się jeszcze trochę, a potem odprowadziła mnie na dół. Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o złożonej Loretcie obietnicy. O tym, że zawsze kiedy będę robił coś ważnego, pomyślę najpierw, czy to mnie przybliża, czy oddala od człowieka, którym chciałbym być. A przecież nie miałem pojęcia, kto to taki.

Innym razem wyszliśmy na zewnątrz. W kaplicy odbywały się jakieś modlitwy, ale tego dnia Loretta przypisana była do pracy w ogrodzie, a ponieważ przypadał czas zbierania jabłek, roboty było dużo. Ogród znajdował się dwa budynki dalej i można było dojść do niego wąskim przejściem na tyłach. Siostry uprawiały go dzięki uprzejmości właściciela ziemi, który mieszkał w Krakowie.

Działkę otaczał wysoki mur, rosły tam głównie jabłonie, ale też grusze, wiśnie, czereśnie i mnóstwo krzewów, których nie potrafiłem rozpoznać. Chodziliśmy od drzewka do drzewka, ja trzymałem przed sobą skrzynkę, a Loretta ostrożnie układała w niej jabłka, tak żeby żadnego nie obić. Dzień był słoneczny i ciepły, skórę na twarzy i karku miałem przyjemnie rozgrzaną. W ogóle można było pomyśleć, że w mieście nie ma żadnych diabłów, że wszystko jest jak dawniej. Loretta opowiadała mi o przysmakach, które w najbliższym czasie siostry przyrządzą z zebranych przez nas jabłek. O dżemach, kompotach, jabłecznikach, o jabłkach pieczonych i tych, które trafią do placków drożdżowych. Pomyślałem, że jeśli istnieje niebo, to wygląda właśnie tak: chodzi się tam po sadzie za siostrą Lorettą i słucha o słodkościach.

Ale po tamtym wyjściu sytuacja w mieście znacznie się pogorszyła. Loretta donosiła tylko o tym, co się dzieje: zdobyli to, zniszczyli tamto, zabili tego i tego. Siedziałem u siebie, a jeśli czasem zdarzyło mi się opuścić pokoik, to tylko po to, by popatrzeć przez okno.

Za którymś razem, obserwując zachód słońca i słuchając strzałów, poprosiłem, żebyśmy więcej nie przychodzili nawet w to miejsce. Od tamtej pory siedziałem już tylko w piwnicy.

Z czasem pojąłem, że nie była zwykłą siostrą, choć przecież od razu zrozumiałem, że jej duchowe zainteresowania wykraczają poza pacierze i Pismo Święte. Opowiadała mi o przeszłości, o dalekich krajach i dawnych ludach wierzących w rozmaite bóstwa. Dzięki niej poznałem historie o dzikich plemionach składających ofiary z ludzi, o wyprawach krzyżowych, o pogańskich zwyczajach sprzed wieków i o wielkich piramidach w Egipcie.

Przynosiła mi książki, głównie kościelne, takie jak Boski plan wieków, Pieśni brzasku tysiąclecia, Droga krzyżowa słowami Pisma Świętego oraz Bóg z nami: ministrantura z objaśnieniami. Lubiła albumy z malarstwem, których strony przewracała z zachwytem. Pokazywała mi kolejne obrazy, nie wspominała nic na ich temat, tylko pytała, czy robią na mnie wrażenie. Czasami zdarzały się książki, które pochłaniałem żarłocznie: Hrabia Monte Christo, Quo vadis, Opowieść o dwóch miastach. Była to dla mnie przyjemność tak wielka, że starałem się ją dawkować. Wydzielałem sobie liczbę stron, by móc cieszyć się przygodą jak najdłużej.

Bardzo szybko przyzwyczaiłem się do tego życia, najlepszego, jakie miałem do tej pory. W cieple przeżywałem najciekawsze przygody, podczas których nic mi nie groziło. Kiedy Loretta przyniosła mi dwie powieści Juliusza Verne'a, Tajemniczą wyspę i Robura Zdobywcę, leżałem przez resztę dnia na łóżku w piwnicznej celi, przekonany, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Dni były wspaniałe, ale kończyły się prędko. Codziennie o osiemnastej żarówka na ścianie gasła, a mnie otaczały ciemności. Lubiłem wtedy myśleć o kobiecie z kina, wyobrażałem sobie, co robi, jak wygląda, czy jest zadowolona, o czym myśli. Tworzyłem kolejne jej wersje, wymyślałem sceny, ale łączyło je jedno: każda tęskniła do mnie i próbowała mnie odnaleźć. W ciemnościach dopadały mnie też myśli i wspomnienia, które najchętniej trzymałbym od siebie z daleka. Pytałem Lorettę, czy nie można czegoś począć w związku z tą żarówką, ale uparcie kręciła głową.

- Musiałabym im powiedzieć, że tu jesteś.

- Im?

- Innym siostrom.

- To znaczy, że one nie wiedzą?

Uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Nie wolno nam dawać tu nikomu schronienia - wyjaśniła. - Jeśli diabły dowiedzą się o tobie, zabiją bez wątpienia nas wszystkie. Dlatego najlepiej, żeby siostry nie wiedziały.

Rozumiałem to. Albo udawałem, że rozumiem.

- Ale kiedy gaśnie światło, ja nie mogę już wtedy nic robić - powiedziałem jej, wstając z łóżka. - Chodzę tylko od ściany do ściany i myślę o tym, co dzieje się na zewnątrz.

Zastanawiała się nad odpowiedzią. W końcu chwyciła mnie za rękę i posadziła z powrotem na łóżku, a potem usiadła obok.

- Być może miałabym rozwiązanie. - W zamyśleniu przesunęła dłonią po prześcieradle. - Wymagałoby to od ciebie dużo pracy, ale obiecuję, że bardzo ci się opłaci. Czy słyszałeś kiedy o pałacach pamięci?

*

Najpierw opowiedziała mi o Greku Symonidesie, który mieszkał na wyspie Keos i był podobno pierwszym poetą utrzymującym się z pisania. Pewnego wieczoru brał udział w uczcie, z której wyszedł dość wcześnie. Niedługo po tym, jak opuścił budynek, dach się zawalił, masakrując biesiadników. Ich ciała zidentyfikowano jedynie dzięki temu, że Symonides zdołał zapamiętać dokładnie, gdzie siedział każdy z gości.

Następnie mówiła o wielkich mędrcach sprzed wieków, których zadaniem było zapamiętywanie całych księgozbiorów. Uczeni robili to w obawie przed zniszczeniem jedynych egzemplarzy w pożarze albo podczas wojny i utratą zawartej w nich wiedzy. Nosili ich treść w głowach, gotowi w każdej chwili spisać ją na nowo.

Z początku sądziłem, że to niemożliwe - zapamiętać całą książkę, słowo w słowo. Moje wątpliwości zdawały się sprawiać Loretcie wielką przyjemność. Jak się szybko okazało, metody zapamiętywania, zwane inaczej mnemotechnikami, były jej wielką pasją, z którą nie zdradzała się przed pozostałymi siostrami, bojąc się, że posądzą ją o oddawanie się "błahym rozrywkom".

W kolejnych dniach Loretta zaczęła mnie uczyć. Na początku zajęliśmy się gromadzeniem w pamięci dużych liczb. Dyktowała mi przypadkowe ciągi cyfr, które miałem zapamiętać, zamieniając je na słowa o odpowiedniej długości. Mówiła na przykład:

- Jeden pięć siedem pięć dwa sześć jeden dziewięć!

A ja pod każdą z cyfr podstawiałem słowo odpowiadające jej liczbą liter. Aby je łatwo zapamiętać, musiały tworzyć zdanie, natomiast idealnie było, jeśli zdanie to brzmiało dziwnie i absurdalnie, wtedy najmocniej zapadało w pamięć. Podany ciąg cyfr 15752619 zapamiętywałem więc na przykład jako: W GDYNI MIESZKA JAJKO NA TWARDO Z CZEKOLADĄ.

Ćwiczyliśmy na coraz dłuższych ciągach. Loretta przynosiła mi kartkę zapisaną cyframi, a ja wymyślałem rozmaite historie. Za cyfrę zero podstawiałem "nic". Dawała mi na przykład świstek z ciągiem 3838532636024564399234615618392632228140, a ja po pewnym czasie deklamowałem:

- NIE CZERWONY, ALE BARDZIEJ ŻÓŁTY BYŁ WE WTOREK PAN GWÓŹDŹ. NIC TO. JEGO SMRÓD CZASEM LUBI SIĘ ROZPĘDZAĆ POCIĄGIEM. BO TAM JEST CIEPŁO. I WISZĄ OBRAZY Z KWIATAMI. ALE NIECZĘSTO, BO CZASEM NIE. OJ, OJ, OJ, ŚMIESZNE Z TEGO NIC!

Wtedy zabierała kartkę, a po kilku dniach znienacka kazała powtórzyć cały ciąg. Zadawała mi kolejne zadania, coraz szybciej zamieniałem cyfry na dziwaczne zdania, które natychmiast zachowywałem w pamięci. Mam je zapisane do dzisiaj, wiszą w ramkach na ścianie w pokoju Loretty.

Potem przeszliśmy do innych, bardziej skomplikowanych metod. Używałem skojarzeń, anagramów i pierwszych liter miesięcy czy kolorów. Korzystałem z nazwisk słynnych ludzi, ulubionych piosenek i powiedzeń, żartów, synonimów, a nawet modlitw. Nauczyłem się kojarzyć pary wyrazów i całe ich zestawy, budowałem piętrowe konstrukcje zawierające coraz więcej i więcej informacji. W końcu zacząłem budować całe pomieszczenia pełne historii i wspomnień.

Wojna trwała w najlepsze.

*

Mijały tygodnie. Budziłem się zawsze o tej samej porze i o tej samej porze zasypiałem. Wypróżniałem się do wiadra, które przykrywałem płachtą gazety i które siostra Loretta zabierała bez słowa, zastępując je pustym. Z początku bardzo się wstydziłem, ale wystarczyły dwa tygodnie, by stało się to dla mnie najnaturalniejszą sprawą na świecie.

Urosły mi włosy. Loretta ostrzygła mi je tuż przy głowie, a widząc moje połamane paznokcie, zostawiła mi maleńkie nożyczki, którymi mogłem je obcinać. Coraz częściej wydawało mi się, że mieszkam w klasztorze od zawsze, że nigdy nie miałem innego życia.

Przez większość czasu zajmowałem się technikami pamięci. Robiłem to już nie tylko po wyłączeniu światła, ale także w ciągu dnia. Stało się to ciekawsze niż wszystko inne, ciekawsze nawet niż czytanie.

Loretta przyniosła mi powieść Piętnastoletni kapitan Juliusza Verne'a, spodziewając się zapewne, że oszaleję z radości, ja tymczasem nie zajrzałem do niej przez całe trzy dni. Siostra usiadła wtedy obok mnie i powiedziała, że powinienem uważać.

- Środek twojej głowy powinien być dodatkiem do tego, co jest na zewnątrz - stwierdziła. - Nie pozwól, żeby ci to zastąpił.

Zapytałem dlaczego. Poklepała mnie po dłoni i przygryzła wargi, jak to miała w zwyczaju.

- Bo później bardzo trudno jest wrócić.

Zapamiętując kolejne rzeczy, tworząc z nich coraz bardziej złożone konstrukcje i rozstawiając je w głowie, wcale nie byłem jednak pewien, czy w ogóle chcę wracać. Pochłonięty nowym zajęciem, zapominałem powoli o tym, że na zewnątrz mojego pokoju istnieje świat.

Po kilku miesiącach doskonalenia rozmaitych technik zacząłem wreszcie wznosić pałac znajdujący się w pniu starego drzewa. Zacząłem od przestronnego holu i okien wpuszczających do środka ukośne bele światła, a następnie powoli kontynuowałem pracę, często coś poprawiając, często burząc i budując od nowa. W pierwszym pomieszczeniu umieściłem salę kinową i kobietę, która tamtego pamiętnego wieczoru chwyciła mnie za rękę.

Jeśli Loretta miała akurat więcej czasu, prosiłem, żeby opowiadała mi, co się dzieje w klasztorze. O wydarzeniach za murami nie chciałem wiedzieć - pamiętałem łuny nad płonącym Oksywiem, pamiętałem odgłosy strzałów i fragmenty Pisma Świętego o smokach, plagach, potworach.

Tylko klasztor wydawał mi się bezpiecznym miejscem, dlatego wypytywałem Lorettę o to, co działo się w środku. Lubiłem, kiedy tłumaczyła mi codzienne rytuały.

O godzinie ósmej odbywała się msza święta, odprawiana w kaplicy na trzecim piętrze. Potem wspólne słuchanie radia. Po południu siostry piekły chleb, wybierały jaja z kurnika, gotowały, sprzątały. Miały duże zapasy jedzenia: pięć worków ryżu, trzy beczki masła, sardynki, konserwy owocowe, herbatę i kawę.

Od pierwszych dni wojny przywożono im rannych marynarzy. W kilku pomieszczeniach na parterze powstało coś w rodzaju szpitala. Znajomi lekarze przychodzili po dyżurach, żeby opatrywać potrzebujących. Siostry niewiele spały, wiecznie krążyły pomiędzy salami a kaplicą. Aż któregoś dnia do drzwi wejściowych zapukał ktoś, kto nie był ani lekarzem, ani rannym.

- Miał na sobie mundur, jak to często u diabłów - opowiadała Loretta, siedząc obok mnie na wąskim łóżku. - Chodził po korytarzach, zaglądał do pomieszczeń. Uważnie sprawdzał dokumenty każdego pacjenta. Bardzo uprzejmy i miły. Zapytał o broń. Powiedziałyśmy, że naszą jedyną bronią jest wiara, na co odparł, że w takim razie jeśli znajdzie tu jakąś inną, zastrzeli nas wszystkie. Zapewnił nas też, że wkrótce jego podwładne diabły przyjdą, żeby przejąć budynek na cele wojskowe.

Patrzyłem na nią w napięciu.

- Tobie nic nie grozi - zapewniła. - Ze mną jesteś tutaj całkiem bezpieczny.

Kilka dni później niedaleko klasztoru spadła bomba. Wszystkie szyby od frontu wypadły i trzeba było zasłonić okna deskami. Loretta wiedziała jednak, że nie lubię słuchać o wojnie, więc nie mówiła o niej, czasami tylko rzucała szybko jakąś informację, jakby nie mogła nosić jej w sobie już dłużej: poddali się ci albo inni, zajęto takie miasto, inne miasto.

Wiedziałem, że coraz więcej sióstr ucieka z klasztoru, by się zająć swoimi bliskimi. Czasami pytałem, ile ich jeszcze jest na terenie budynku, Loretta uśmiechała się wtedy i mówiła:

- Jeszcze troszkę nas zostało, jeszcze troszkę nas jest.

Byłem coraz bardziej zaniepokojony, coraz więcej czasu spędzałem więc w swoim rosnącym pałacu. Budowałem kolejne pomieszczenia, a potem zapełniałem je wspomnieniami, informacjami i fragmentami tych kilku książek, które miałem przy sobie.

Któregoś ranka Loretta nie przyszła.