II
Ruch zaczynał się w bazie tuż po świcie. O szóstej rano flaga wracała na maszt, personel jadł śniadanie, następnie przeprowadzano odprawy w poszczególnych grupach roboczych i wszyscy zabierali się do pracy. Gromow też. Do jego obowiązków należała między innymi kontrola grafiku zadań. Uzupełniał ją obchodem "gospodarstwa", jak zwykł nazywać ten paramilitarny obóz, którego załogą dowodził. Szedł wolno, równymi, czystymi alejkami, wysypanymi drobnym kamiennym tłuczniem. Z obu stron usytuowano mieszkalne segmenty kontenerowe. Kantyna, do której dotarł, była efektem połączenia kilku takich bloków. Podobnie jak centrum dowodzenia, w kierunku którego skręcił.
Wszedł do pogrążonego w półmroku pomieszczenia, w którym operatorzy śledzili obrazy z kamer ochrony i te, które przekazywał dron. Na ekranie ukazał się właśnie obraz ekipy saperskiej, poszukującej niewybuchów bomb lotniczych. Niektóre z nich odkrywali nawet dwadzieścia metrów pod ziemią. Używali do tego czułych magnetometrów i radarów geologicznych. W pewnym momencie wszyscy żołnierze zgromadzili się wokół jednego. Podszedł do nich dowódca. Po chwili podniósł dłoń w geście wskazującym na sukces poszukiwań. Kolejna utajona groźba śmierci będzie za chwilę zlikwidowana. Gromow mruknął coś pod nosem z satysfakcją i wyszedł na zewnątrz, by kontynuować obchód. Odwiedził jeszcze zespół łączności szyfrowej. Przechodząc obok garaży i magazynów aprowizacyjnych, rzucił okiem na oddalony od części mieszkalnej bazy, nieco zagłębiony w ziemi i obwałowany magazyn amunicyjny. Wszystko funkcjonowało jak w dobrze naoliwionym mechanizmie. Wrócił do swej kwatery. Zdjął bluzę polową, siadł przy biurku i zaczął wypełniać kartę protokołu pokontrolnego w dzienniku.
"No i znowu wszystko w porządku, aż nudno", powiedział w myślach. Zanim przebrzmiało echo tych słów, ktoś mocno zapukał do drzwi. Ponieważ zwlekał z sakramentalnym "Wejść!", pukanie powtórzyło się, przypominając tym razem nie kulturalne stukanie, lecz walenie w metalowe odrzwia. "Taka tradycja uderzania w szynę zawieszoną na sznurze z braku dzwonu, istnieje jeszcze w wielu wsiach i oznacza na ogół alarm przeciwpożarowy", zdążył jeszcze pomyśleć.
- Wlazł! - krzyknął z irytacją, zastanawiając się, kto był tym intruzem i jak go zdyscyplinować.
Jakież było jego zdziwienie, gdy w świetle gwałtownie otwartych drzwi ujrzał postać swojego adiutanta, kapitana Iwanienki, zazwyczaj cichego, skromnego i bardziej celebrującego służbę u generała, niż po prostu ją wykonującego. Oficer był blady, z wybałuszonymi oczyma. Nie czekając na zezwolenie, wybełkotał:
- Nieszczęście... Mamy ofiarę, mamy zabitego...
- Mówże składnie, co się stało?! Kto to?! Saper?! Niewypał?! - wrzasnął Gromow, którego podniesiony głos spowodował, że adiutant się zreflektował, zasalutował i już w miarę normalnie zameldował:
- Nie saper, towarzyszu generale. W trakcie obchodu zewnętrzny patrol wartowniczy natknął się w wykopie przed południowym ogrodzeniem, ale już za zwojami drutu żyletkowego, na zwłoki mężczyzny, zabitego strzałem w skroń...
- No nie przerywaj! Co dalej? Kto to?!
- Dalej jest jeszcze gorzej. Te zwłoki to Nienaszew!
- Co powiedziałeś?!
- Nienaszew, Dragan...
Gromow na chwilę stracił dar mowy. Ale tylko na moment.
- Rozumiem, że nikt nie dotykał ciała? - spytał spokojnie.
- Nie, oczywiście. Nikt oprócz naszego lekarza, który został natychmiast wezwany i stwierdził zgon.
- Określił czas?
- Tak. Powiedział, że do tragedii musiało dojść nocą, jakieś cztery, pięć godzin temu.
- Możesz odejść - powiedział generał, starając się zebrać myśli. - Po drodze wpadnij do centrum dowodzenia i każ w moim imieniu zabezpieczyć zapisy kamer obserwacji zewnętrznej z tej nocy. I tej z perymetru ogrodzenia bazy. Wykonać!
- Według rozkazu! - Rozległo się stuknięcie obcasami i po chwili odgłosy kroków adiutanta na żwirowej alejce ucichły.
Gromow przez pewien czas siedział bez ruchu przy biurku, zbierając myśli, a raczej starając się uporządkować ich frenetyczny bieg. "Nienaszew. Dobry chłop, wyjątkowo pomocny", zamyślił się. Zabity był obywatelem USA, Serbem z pochodzenia. Zresztą miał też paszport serbski. Był dobrze osadzony w amerykańskiej diasporze serbskiej. "Dragan Nikolić. Tak się nazywał", snuł wspomnienia generał. "I był, mimo że ochrzciliśmy go Nienaszew, jak najbardziej nasz". Nie tylko dlatego, że w Rosji, w Samarze, miał wytwórnię podzespołów do samochodów Łada produkowanych w pobliskim Togliatti. Także nie dlatego, że wracał właśnie ze Stanów, dokąd wysłano go z misją zdobycia archiwalnej dokumentacji obszarów bombardowanych w 1999 roku za pomocą penetrujących bomb burzących. Chodziło o bardziej szczegółową lokalizację ewentualnych niewybuchów. Generał przypomniał sobie, że po przekazaniu plonów swych poszukiwań Dragan miał udać się do Moskwy. To wszystko, co prawda, było ważne, ale najważniejsze, o czym w bazie nikt nie powinien wiedzieć, było to, że Gromow zwerbował go kilka miesięcy wcześniej i za zgodą Centrali w Jasieniewie Nikolić pełnił, z sukcesami, funkcję agenta SWR.
Gromow zebrał się w sobie. "Muszę iść. Trzeba pilnie zabezpieczyć ciało", postanowił. "Trzeba sprawdzić zapisy kamer z nocy, no i wysłać szyfrogram z tą hiobową wieścią do kraju... Będzie masa kłopotów, zaczynając od powiadomienia amerykańskich służb konsularnych, a kończąc na repatriacji ciała. No i przydałaby się sekcja przed zaplombowaniem trumny".
Podniósł się z fotela lekko zgarbiony, jakby nagle przybyło mu lat. Wyszedł z mieszkania, powtórnie przemierzając drogę, którą przeszedł już rano, ale w jakżeż innych okolicznościach. "A więc najpierw centrum dowodzenia i przejrzeć zapisy kamer, a później do punktu łączności szyfrowej, zawiadomić Centralę". Sam sobie wyznaczył zadania, choćby po to, żeby nie dać się ponieść emocjom.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki