Cherem - Dariusz Domagalski

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Dariusz Domagalski COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2011
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-648-8
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
GRAFIKA NA OKŁADCE ? 108pictures | Dreamstime.com ? David Pedre | istockphoto.com
REDAKCJA Rafał Dębski
KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk
SKŁAD Dariusz Haponiuk
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Wrzesień 194 rok n.e.
Świtało.
Niebo przybrało barwę krwistej czerwieni, będącej zwiastunem upalnego dnia, jak również bitwy, która miała rozstrzygnąć o losach cesarstwa. Wkrótce legiony rzymskie ruszą do bratobójczej walki, nie pierwszej w dziejach Imperium i zapewne nie ostatniej. Wszystko miało dokonać się w Issos, na granicy Cylicji i Syrii, gdzie góry Taurus schodzą ku równinie, która dalej spada stromo w kierunku Morza Śródziemnego. Ponad pięćset lat temu właśnie tutaj Aleksander Macedoński pokonał perskie zastępy Dariusza Kodomana. Jednakże teraz inna to była wojna i inni prowadzili ją wodzowie.
Cezar Septymiusz Sewer był postawnym mężczyzną o kręconych włosach i śniadym obliczu. Gładząc palcami bujną brodę, spoglądał na okryte mrokiem wzgórze, niecierpliwie czekając, aż promienie słońca rozświetlą stromy stok porośnięty sosną, jodłą i cedrem. Właśnie tam pomiędzy drzewami ukryły się wojska nieprzyjaciela, a on pragnął jak najszybciej rozbić armię uzurpatora i zakończyć wojnę domową, by móc wreszcie powrócić do Rzymu.
Sewer był imperatorem zaledwie od roku, a już przyszło mu walczyć o władzę z Pescenniuszem Nigrem - człowiekiem, który we wschodnich prowincjach zdobył znaczne wpływy i posiadał oddane wojsko. Bił nawet własne monety, a w samym Rzymie cieszył się większą popularnością niż cesarz. Nie trzeba było długo czekać na przewrót. Syryjskie legiony ogłosiły Nigra imperatorem, a poparła je w tym ludność Antiochii. Z dnia na dzień do buntu przyłączały się kolejne prowincje, miasta i stacjonujące tam centurie. Sewer nie zamierzał czekać. Zebrał wojsko i wyruszył do Syrii ukarać uzurpatora.
Cezar westchnął ciężko i poprawił na ramionach purpurowy płaszcz, z którym nie zamierzał się rozstawać. Nagle zerwał się poranny wiatr niosący chłód znad morza, ale wiadomym było, że gdy tylko wzejdzie słońce, równina zamieni się w gorące, azjatyckie piekło. Sewer, wychowany w afrykańskim mieście Leptis Magna, gdzie jego rodzina posiadała znaczne majątki, przyzwyczajony był do upału, jednakże żołnierze z legionów naddunajskich męczyli się okrutnie. Z tego też powodu pragnął rozstrzygnąć bitwę jak najszybciej. Wiedział jednak, że nie będzie to łatwe.
Legiony nieprzyjaciela zajęły dogodną pozycję na wzgórzu, po prawej stronie mając las, po lewej strome urwisko wybrzeża. Szeregi wojsk Nigra wzmocniła młodzież z Antiochii. Co prawda młodzieńcy doświadczeniem ustępowali wyćwiczonym żołnierzom Sewera, ale byli za to pełni zapału i głęboko przekonani o słuszności sprawy, za którą walczyli.
Do imperatora podszedł mężczyzna odziany w czerwoną kapłańską szatę, z głęboko nasuniętym na czoło kapturem. Stanął trzy kroki od władcy, kłaniając się głęboko.
- Wzywałeś mnie, panie - mówił gardłowo i chrapliwie, a słowa wypowiadał z nutką semickiego akcentu.
Septymiusz Sewer przez chwilę przyglądał się mężczyźnie, który cierpliwie czekał z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Przerastał imperatora niemal o głowę, a przecież ten, jak na Rzymianina, był słusznego wzrostu. Kapłan miał podłużną twarz, wydatny nos i pełne wargi, ale największe wrażenie robiły oczy - ziejące czernią niczym nocne niebo. Wypełniała je tysiącletnia wiedza. Cezar był pewien, że widziały rzeczy, o których się nikomu nie śniło: miasta przed wiekami pogrzebane pod piaskami pustyni i wznoszące się ku niebu świątynie zapomnianych bogów. Sewer uśmiechnął się lekko. Takie same oczy miała jego żona - Julia Domna, która także pochodziła z Syrii.
- Musisz mi wyświadczyć jeszcze jedną przysługę, mistrzu - rzekł, mając w pamięci pomoc, jaką otrzymał zaledwie przed kilkoma tygodniami.
W drodze do Syrii wojska Sewera stanęły u stóp potężnych gór Taurus. Z jednej strony piętrzyły się skały, z drugiej ziała przepaść, a jedyne przejście przez trudno dostępny wąski przesmyk zostało obsadzone przez wroga. Uzurpator postawił umocnienia, za którymi jego żołnierze mogli odpierać ataki przez całe tygodnie, a nawet miesiące.
Szturmy nie dawały żadnego rezultatu, a legionistów cesarza ogarniało coraz większe zniechęcenie. Morale z dnia na dzień słabło. W obozie szeptano, że Niger sprzymierzył się z jakąś pradawną, straszliwą mocą. Zawsze widziany był w towarzystwie dwóch doradców w czerni, magów biegłych w sztuce rzucania czarów. I gdy wydawało się, że kampania zakończy się klęską, cezar poprosił o pomoc kapłana poleconego przez jego żonę - Julię. Wówczas wydarzył się cud.
Pomimo że był środek lata i deszcz o tej porze roku w Antiochii prawie nigdy nie padał, nocą zerwała się gwałtowna burza. Z gór spłynęły żlebami rwące strumienie, wezbrane wody podmyły fundamenty murów, a po fortyfikacjach zostały tylko gruzy. Przerażeni kataklizmem obrońcy uciekli, pozostawiając wolne przejście.
- Uczynię wszystko, co w mojej mocy - odparł kapłan, a jego głos zabrzmiał echem jakiejś dziwnej melancholii. Spojrzał na wzgórze, jakby w szarudze budzącego się dnia dostrzegał więcej niż imperator. - Rozkażcie legionom ruszać do boju, a jazda niechaj objedzie las na zachodzie i zaatakuje tyły wojsk nieprzyjaciela.
- Jeźdźcy nie dadzą rady. - Cezar pokręcił głową. - Wcześniej zostaną zauważeni i wyrżnięci przez żołnierzy Nigra.
- Wrogowie ich nie spostrzegą. Zaufaj mi. Wszak ten, któremu służę, nie na darmo nazywany jest Bogiem Deszczu. - Kapłan uśmiechnął się, ukazując rząd białych zębów. Następnie ukłonił się lekko i odszedł.
Septymiusz Sewer spoglądał jeszcze chwilę za tajemniczym mężczyzną, zastanawiając się, czy powinien mu zaufać. Zaraz miał posłać do walki legiony naddunajskie, złożone z najwierniejszych mu ludzi, i gdyby kapłan zawiódł, czekała ich pewna śmierć. Czy miał jednak inne wyjście? Jeśli nie ujarzmi uzurpatora, straci władzę, a tym samym życie.
Westchnął ciężko i przeniósł spojrzenie na obóz, w którym legioniści szykowali się do bitwy. Po raz ostatni ostrzyli miecze, sprawdzali ostrość grotów hast, przywdziewali zbroje i zakładali na głowy galee. Wielu z nich nie przeżyje dzisiejszego dnia, ich ciała pozostaną tutaj na zawsze, w obcej ziemi, leżącej na obszarze Imperium Rzymskiego, ale nigdy niebędącej ich domem. Jednakże bez słowa skargi chwytali za tarcze i stawali w szeregach. Centuria przy centurii. Wieczorem okaże się, komu sprzyja Fortuna, a kto odejdzie do krainy śmierci.
Imperator przywołał dowódców i wydał stosowne rozkazy. Zaraz potem jego najlepszy wódz, Anullinus, pędził na czele ali, złożonej ze stu dwudziestu kawalerzystów z zadaniem okrążenia lasu i wyjścia na tyły wojsk nieprzyjaciela.
Zza wzgórza wychynęło słońce, leniwie pnąc się po firmamencie. Septymiusz Sewer na to czekał. Dał znak centurionom i w górę wzniesiono osadzone na wysokich drzewcach rzymskie orły oraz legionowe sztandary. Zagrały rogi, rykiem wypełniając okolicę, i kohorty jedna po drugiej ruszyły do natarcia.
Piasek sucho chrzęścił pod sandałami żołnierzy, gdy ci ramię w ramię posuwali się do przodu. Legioniści z pierwszego szeregu każdej centurii trzymali przed sobą duże, prostokątne tarcze, z wymalowanymi wizerunkami zwierząt, piorunów lub symbolami religijnymi. Wojownicy na skraju szyku dzierżyli tarcze z boku, zaś ci wewnątrz tuż nad głowami, tworząc w ten sposób osłonę dla całej formacji. Przypominała skorupę żółwia i chroniła przed gradem strzał, jak również przed rzucanymi przez wroga oszczepami.
Nagle niebo poczerniało od kamieni. Wystrzelone z katapult przez chwilę szybowały w powietrzu niczym ptaki, żeby zaraz opaść gwałtownie na ziemię. Po okolicy rozniósł się rumor, trzask pękających tarcz i krzyki umierających. Jednakże nikt nie zwolnił kroku, nikt nie uciekł. Żołnierze legionów naddunajskich dotarli do wzgórza i nie zmieniając szyku, zaczęli wspinać się po stoku. Niewiele dzieliło ich od wałów obronnych, za którymi ukrył się nieprzyjaciel.
W porannej ciszy, niczym zwiastuny nadchodzącej śmierci, rozległy się złowrogie skrzypnięcia. Legioniści poczuli, jak strach pełznie im po plecach, na czoła wystąpił im zimny pot. Oni, weterani wielu wojen, dobrze wiedzieli, co oznacza ów dźwięk. Balisty! Przy pomocy mechanizmów korbowych wrogowie naciągali cięciwy straszliwych machin i zaraz w stronę szturmujących poleciały wystrzelone z impetem bełty, kamienie i kłody drewna. Pociski rozbijały tarcze, gruchotały kości, uderzały w ciała żołnierzy, pozostawiając krwawą miazgę. W niebo wzbiły się wrzaski okaleczonych i jęki umierających.
Mocno poszczerbione kohorty Sewera dotarły wreszcie do umocnień, ale zaraz poleciały oszczepy, zabijając dziesiątki legionistów. Potem żołnierze wyciągnęli gladiusy, krótkie obosieczne miecze o kulistej głowicy, i zwarli się w bezpardonowym starciu. Szczęk oręża brzmiał niczym grzmienie burzy. Krew tryskała na twarze, plamiła zbroje, lniane tuniki, barwiła szkarłatem okoliczne drzewa i wsiąkała w piasek. Mimo że walczyli ze sobą Rzymianie, nikt nie okazywał litości i nikt o nią nie błagał. Leżących dobijano sztychem miecza lub miażdżono im gardła dolną krawędzią tarczy.
Septymiusz Sewer z niepokojem obserwował, jak jego wojska odbijają się od wroga niczym fale od skalistych brzegów wyspy Lipari, gdzie cezar niegdyś zażywał wypoczynku. Pomimo wojennego doświadczenia, weterani z legionów naddunajskich nie mogli poradzić sobie z obrońcami, walczącymi z niezwykłą zaciekłością. Ponadto dwaj tajemniczy sprzymierzeńcy Nigra, korzystając z czarów, skutecznie odpierali legionistów, rażąc ich ślepotą lub paląc żywym ogniem. Szala zwycięstwa nieubłaganie przechylała się na stronę nieprzyjaciela.
Imperator podniósł wzrok, spoglądając w bezchmurne niebo. Słońce stało już prawie w zenicie i upał stawał się nie do wytrzymania. Niedługo żołnierze zaczną padać nie tylko pod ciosami mieczy i włóczni wroga, ale również z wycieńczenia. Sewer wiedział, że jeśli zaraz nie zdarzy się cud, jego armia zostanie rozbita, a on niczym pies z podkulonym ogonem będzie musiał uciekać do Rzymu. Jednakże pozbawiony wiernych legionów, z piętnem klęski wojennej, nie mógł liczyć na przychylność senatu i mieszkańców miasta, którzy prędzej czy później wydadzą go w ręce Nigra. Wówczas pozostanie mu tylko rzucić się na miecz.
Przeniósł spojrzenie na obóz, do którego niewolnicy znosili okaleczonych żołnierzy, w którym medycy opatrywali rannych, słudzy rozdawali żywność i wodę. W oczach tych ludzi ujrzał bezradność, oni nie wierzyli już w zwycięstwo.
Nagle spostrzegł kapłana, z którym niedawno rozmawiał. Mężczyzna wspiął się na wał okalający obóz, wzniósł ręce do góry i zaczął recytować modlitwy w jakimś starożytnym, gardłowym języku, przywodzącym na myśl piaski pustyni. W jednej chwili niebo pociemniało, nie wiadomo skąd pojawiły się ciężkie, deszczowe chmury i zadudnił grom. Raptownie zerwały się ulewa, siekąca deszczem twarze obrońców, i wichura, która niszczyła fortyfikacje wroga. Dzięki temu legioniści Sewera zdołali się wreszcie przedrzeć i wbić klinem w szeregi wojsk nieprzyjaciela.
W sercu cezara obudziła się nadzieja. Jego kohorty brnęły do przodu, ale bitwa nie była jeszcze skończona. Pescenniusz Niger był wytrawnym wodzem i przy pomocy swoich tajemniczych sprzymierzeńców zdołał opanować panikę, tchnąć w swoich żołnierzy dodatkowy zapał, zmuszając ich do desperackiej walki.
Szala zwycięstwa ponownie przechyliła się na stronę uzurpatora, ale wówczas wydarzyło się coś, co zdecydowało o zwycięstwie legionów Sewera.
Na wzgórzu pojawiła się konnica Anullinusa, który objechał las i pod osłoną deszczu wdarł się na tyły nieprzyjaciela. Jeźdźcy spadli na wrogów niczym zgraja wilków na bezradną łanię. Ciężkimi spathami rozrąbywali czaszki, miażdżyli kości i tratowali końmi. Wreszcie opór został złamany. Legioniści syryjscy i młodzi żołnierze z Antiochii w popłochu zbiegali ze wzgórza, przewracając się i grzęznąc w błocie, pragnąc uciec jak najdalej od tego koszmaru. Niektórym udało się przedrzeć, jednak na placu boju pozostało dwadzieścia tysięcy poległych.
Pescenniusz Niger wraz z garstką przybocznych zbiegł do Antiochii, gdzie zamierzał się obwarować. Jednak tam już wiedziano o klęsce. Na ulicach panował popłoch, wybuchały zamieszki i wiadomym było, że miasto nie zdoła się obronić. Zrozpaczony Niger próbował dostać się za Eufrat i poszukać schronienia u Partów, został jednak doścignięty przez jeźdźców Anullinusa, który osobiście pozbawił go życia, a odciętą głowę rzucił do stóp Septymiusza Sewera.
Natomiast jego dwóch tajemniczych sprzymierzeńców w czerni nigdy nie odnaleziono.
Piątek - wtorek, 9 - 13 lipca 2010 r.
Potężny tir mknął z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę po niemal pustej o tej porze krajowej jedynce. Po trzeciej w nocy ruch w stronę Trójmiasta zawsze jest znikomy.
Dwudziestotonowy kontener wywierał zbyt duży nacisk na oś naczepy i kierowca, niski mężczyzna o przetłuszczonych włosach obawiał się o stan wozu. Miał na imię Marek, o czym świadczyła umieszczona za przednią szybą tablica rejestracyjna. W poprzednim tygodniu dwa razy złapał gumę i raz złamał ośkę. Obiecał sobie, że nigdy więcej nie weźmie tak ciężkiego "pudła". Ale wiedział, że następnym razem będzie tak samo, bowiem niezwykle rzadko trafiał się lekki ładunek. Spedytorzy w dobie ogólnoświatowego kryzysu cięli koszty, upychając towar w kontenerze do maksimum. Po każdym kursie Marek większość zarobionych pieniędzy przeznaczał na naprawy.
Westchnął ciężko. Powinien się cieszyć, że w ogóle ma pracę. Od czasu kryzysu polski eksport był w odwrocie, przez co drastycznie zmniejszyło się zapotrzebowanie na usługi transportowe. Firmy przewoźnicze jedna po drugiej bankrutowały i coraz trudniej było o nowe zlecenia. Wielu kierowców wylądowało na bezrobociu. Na szczęście szef miał znajomości wśród spedytorów w Bałtyckim Terminalu Kontenerowym i jak na razie na brak kursów nie narzekał. Lecz to mogło w każdej chwili się zmienić.
Zimny dreszcz przeszedł Marka na myśl, że mógłby stracić pracę. Przez całe życie jeździł na tirach i tak naprawdę nic innego robić nie potrafił. Nie wyobrażał sobie zmiany zawodu. Zresztą dobiegał już pięćdziesiątki i wątpił, żeby gdziekolwiek indziej znalazł zatrudnienie. Jednak zarabiać musiał. Żona od piętnastu lat była na rencie i pieniądze, jakie otrzymywała od państwa, starczały jedynie na leki, córka jeszcze studiowała, a syn dopiero poszedł do liceum. Marek obawiał się, że jego rodzina pozostanie bez środków do życia.
Postanowił przestać zadręczać się ponurymi myślami i włączył radio. Znalazł ulubioną stację "Złote Przeboje" i uśmiechnął się, gdy z głośników popłynęła "Autobiografia" Perfectu. Odśpiewał wraz z Grzegorzem Markowskim ostatnią zwrotkę i refren, przypominając sobie, jak w młodości kołysał się z dziewczynami do tej melodii. To były niezapomniane czasy szalonych prywatek, bułgarskiego wina rozlewanego w szklanki i zdartych płyt adapterowych.
Wtedy wszystko było łatwe i proste. Zdawało się, że komunizm będzie trwał wiecznie, a pracę miał każdy. Co prawda sklepy świeciły pustkami, a cukier, mięso, papierosy i alkohol były na kartki, ale każdy jakoś sobie radził. Marek lepiej odnajdywał się w tamtej szarej rzeczywistości, gdzie bardziej liczyły się spryt i cierpliwość, niż w erze kolorowych billboardów, mnogości towarów atakujących konsumenta ze sklepowych półek, kredytów, w świecie brutalnego kapitalizmu, gdzie należało rozpychać się łokciami i bezpardonowo walczyć o swoje. Po przełomie w osiemdziesiątym dziewiątym i wejściu do Polski kapitalizmu, o którym tak wielu wtedy marzyło, a tak mało go naprawdę rozumiało, on poczuł się, jakby wrzucono go do całkiem innej bajki. Przedtem był fachowcem po zawodowej szkole samochodowej, mającym dobry zawód, bo na kierowców zawsze było zapotrzebowanie, a tu nagle okazało się, że bez wyższego wykształcenia, znajomości komputerów i języków obcych jest nikim.
Muzyka powoli ucichła i w radiu rozpoczął się serwis. Marek zerknął na zegar wbudowany w tablicę rozdzielczą. Minęła czwarta, co oznaczało, że był w trasie już ponad dziesięć godzin. Zatrzymał się tylko w Częstochowie zaledwie na pół godziny, żeby zjeść obiad w przydrożnej restauracji. Schabowy z ziemniakami był całkiem smaczny, ale daleko mu było do domowych posiłków serwowanych przez żonę.
Chciał być już w domu, zanurzyć się w miękkim, ciepłym łóżku i odespać te wszystkie nocne kursy. Jednak czekały go jeszcze jakieś trzy godziny jazdy do gdyńskiego portu, potem rozładunek i dopiero wówczas mógł zjechać na parking. Nagle zaklął i wściekle uderzył otwartą dłonią w kierownicę. Przypomniał sobie, że musi jeszcze pobrać jeden kontener i dostarczyć go do odbiorcy.
Zerknął na leżące na siedzeniu pasażera dokumenty przewozowe i w nikłym blasku mijanych latarni zdołał odczytać miejsce dostawy. Na szczęście znajdowało się niedaleko Gdańska. Pamiętał z rozmowy ze spedytorem, że ma to być mienie przesiedlenia, zatem ładunek nie powinien być ciężki. Istniała szansa, że zdoła wszystko załatwić do południa. To go trochę uspokoiło.
Ponownie przeniósł spojrzenie na skąpaną w światłach reflektorów jezdnię i bezmyślnie wpatrywał się w białą, przerywaną linię, dzielącą szosę na dwa pasy. Zmęczenie dawało o sobie powoli znać i sen niczym złodziej zakradał się pod powieki, które z sekundy na sekundę stawały się coraz cięższe i cięższe.
Podgłośnił radio i skupił całą uwagę na prowadzeniu samochodu. Minął właśnie niewielką miejscowość o nazwie Rulewo i drogowskaz wskazywał, że do Gdyni pozostało zaledwie sto kilometrów. Jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidywalnego, za dwie godziny powinien być w porcie. Zdąży tuż przed porannymi korkami.
Nagle oślepiły go światła pędzącego z naprzeciwka samochodu. Jego kierowca musiał zasnąć i zmienić pas ruchu. Przerażony Marek mocno nacisnął hamulec i wykręcił kierownicę. Za późno. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszał, był potworny huk miażdżonych blach i towarzyszący mu upiorny trzask pękających szyb. Potem osunął się w objęcia ciemności...
Otworzył szeroko oczy i aż krzyknął z wrażenia. Nadal trzymał kierownicę i wpatrywał się w pustą drogę. Musiał zasnąć na kilka sekund. A wypadek był zaledwie koszmarem sennym. Natychmiast zwolnił i zjechał na pobocze. Wyłączył silnik. Był zlany potem, serce biło mu jak oszalałe. Wziął kilka głębokich oddechów, ale nadal był roztrzęsiony. Pierwszy raz zdarzyło mu się zasnąć za kółkiem.
Sięgnął do schowka po nową paczkę niebieskich LM-mów. Drżącymi rękoma zerwał banderolę, szybko wydobył papierosa i zapalił, delektując się jego cierpkim smakiem. Co prawda rzucił palenie przed dwoma laty, gdy na okresowych badaniach okazało się, że jego płuca wyglądają paskudnie i tylko patrzeć, jak pojawią się rakotwórcze zmiany, ale od czasu do czasu w sytuacjach stresowych pozwalał sobie na dymka. To była z pewnością jedna z takich chwil.
Po kilku minutach uspokoił się, otworzył boczną szybę i wyrzucił niedopałek za okno. Ujrzał znak informujący o parkingu oddalonym zaledwie o pięć kilometrów. Postanowił, że prześpi się tam do rana. Zapalił silnik i ostrożnie ruszył przed siebie. Mając w pamięci ostatnie zdarzenie, jechał wolno, najwyżej czterdziestką, uważnie spoglądając na drogę. Teraz marzył jedynie o tym, żeby bezpiecznie dotrzeć na postój, zasnąć i zapomnieć o koszmarze.
Wypatrując parkingu, spoglądał na sylwetki drzew wynurzające się z mroku. Dopóki nie omiotły ich światła reflektorów, przypominały upiory sterczące na poboczu i wysuwające ku niemu szpony.
Po obu stronach jezdni aż po horyzont rozciągały się uprawne pola, podmokłe łąki i trzęsawiska. Epatowały grozą i Marek zastanawiał się, jakie dziwne istoty mógłby tam w nocy spotkać. Może utopce, którymi straszyła go w dzieciństwie babka? Istoty powstałe z dusz ludzi, którzy niegdyś utonęli. Fizycznie byli im podobni, wyróżniali się tylko większą głową, zielonymi włosami i napuchniętym ciałem, jakby po tygodniu wyciągniętym z wody. A może spotkałby wiły i rusałki, tańczące nago na polach, obwieszone wieńcami z kwiatów? Podobno tych, którzy przeszkadzali im w zabawie, karały, zsyłając na nich szaleństwo. Wyobraźnia Marka pracowała na pełnych obrotach i przypomniał sobie kolejne babcine opowieści o strzygach grasujących po zmroku, wąpierzach wysysających krew oraz innych kreaturach nocy, wyżerających wnętrzności swoich ofiar.
Mężczyzna wzdrygnął się na myśl o okropieństwach czyhających w ciemnościach, które odpędzić mogły jedynie promienie słoneczne, i przeniósł spojrzenie na drogę. Nagle w blasku reflektorów dostrzegł postać stojącą pośrodku jezdni. Zaskoczony, nie zareagował na czas. Dopiero po chwili nacisnął hamulec do oporu, jednak już wiedział, że nie zdoła w porę zatrzymać tira. Zamknął oczy, słysząc potworny pisk opon i głuche uderzenie ciała o zderzak. Kilka sekund później ciężarówka stanęła, a on siedział jeszcze dobrą chwilę z przymkniętymi powiekami, wmawiając sobie, że to znowu sen i zaraz się obudzi.
Wreszcie otworzył oczy i wyskoczył z pojazdu, gotów stawić czoło rzeczywistości. Zdawał sobie sprawę z widoku, jaki zastanie: zgruchotane ciało, krew na asfalcie i rozszarpane ludzkie szczątki.
Jednakże nic takiego nie było. Dostrzegł natomiast spowitego w czerń człowieka, wyłaniającego się z tyłu samochodu. Marka ogarnęło przerażenie. Wiedział, że żadna ludzka istota nie przeżyłaby takiego wypadku.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, była upiornie blada twarz.
- Nadchodzą! Oni nadchodzą!
Słowa wykrzykiwane były przez młodego, rudowłosego mężczyznę, stojącego na czaszy fontanny Neptuna w Gdańsku. W prawej dłoni dzierżył Biblię, lewą kurczowo trzymał się rzeźbionego trójzębu groźnie celującego w przechodniów. Młodzieniec miał na sobie szary, rozciągnięty sweter, wytarte dżinsy, a wizerunku szaleńca dopełniały wychudzona twarz, kilkudniowy zarost i niezdrowy blask niebieskich oczu.
Odlany w brązie posąg boga morza pozostawał niewzruszony, lecz turyści zwiedzający Długi Targ w to słoneczne, wakacyjne przedpołudnie uśmiechali się pod nosem, zakładając, że szaleniec jest częścią tutejszego folkloru. Niektórzy pukali się w czoło, dając w ten sposób do zrozumienia, co o nim myślą, ale niezrażony młodzieniec kontynuował tyradę:
- Aniołowie Pana nadchodzą! Zwiastun Śmierci i Zwiastun Zniszczenia. A gdy oni dwaj przybędą, nastanie koniec. Zaprawdę powiadam wam, nasze miasta podzielą los Sodomy i Gomory, albowiem srogi jest Jego gniew. Zatem zaklinam was, ukorzcie się przed boskim majestatem, wyrzeknijcie się grzechu, wyrzućcie z serc waszych nienawiść i zło. Jedynie tak możecie ocalić samych siebie.
Młody mężczyzna zamilkł na chwilę, uniósł oczy ku niebu, jakby tam szukał natchnienia do dalszej przemowy.
- Pomnijcie, co Bóg rzekł Abrahamowi, gdy wraz z dwoma swoimi aniołami szedł do Sodomy i Gomory z zamiarem ukarania miast za ich nieprawość. Powiedział, że wstrzyma karzącą rękę, gdy znajdzie się przynajmniej dziesięciu sprawiedliwych. Jednakże spoglądam na wasze twarze i widzę złość, zaglądam w wasze serca wypełnione żółcią i wiem, że nie gości w nich miłość do bliźniego, dostrzegam wasze dusze i powiadam wam, że są one czarne niczym otchłanie piekła. Ale nie jest jeszcze za późno. Opamiętajcie się! Zamiast bić pokłony fałszywym bożkom w telewizorze, nabywać coraz więcej dóbr materialnych w szatańskich świątyniach konsumpcji i oddawać się rozpuście oraz hedonistycznej zabawie, skierujcie swoje modlitwy ku Bogu. Wówczas unikniecie Jego gniewu.
Rudowłosy mocniej potrząsnął Biblią, chcąc tym gestem nadać ważności swoim słowom.
- Strzeżcie się Aniołów Zagłady! Nawiedzają nasz świat od tysiącleci, karząc grzeszników i przynosząc zagładę. To oni zniszczyli Sodomę i Gomorę, spuszczając na miasta nawałnicę siarki i ognia. Wówczas ziemia zatrzęsła się, domy obróciły się w kupę dymiących gruzowisk. Ich dziełem była zagłada Pompejów, epidemia dżumy w średniowieczu, która wymordowała jedną trzecią ludności Europy, oraz wielki pożar w Chicago. Przed ośmiu laty ponownie się zjawili, żeby poskromić współczesny Babilon, siedlisko demonów i schronienie dla wszelkiego ducha nieczystego. A miejscem tym był Nowy Jork, centrum światowego biznesu, miasto diamentów, handlu i gwiazd filmowych, które czczone są niczym bogowie. W Apokalipsie Świętego Jana stoi, iż wszystkie narody piły wino szaleńczej rozpusty jego i królowie ziemi uprawiali z nim wszeteczeństwo, a kupcy ziemi wzbogacili się na wielkim jego przepychu.
Nagle młodzieniec spostrzegł trzech rozgniewanych policjantów, którzy wyłonili się zza rogu ulicy Kramarskiej i zmierzali w jego stronę. Zaczął mówić coraz szybciej, w obawie, że nie zdąży przekazać całej swojej wiedzy, niezwykle, według jego mniemania, ważnej.
- I Bóg pokarał Nowy Jork, wysyłając Aniołów Śmierci. Zgodnie z przepowiednią przybyli na żelaznych ptakach, niszcząc dwie wieże, które niczym Babel pysznie sięgały chmur, i zabrali tysiące ludzkich istnień. Spłonęły wieże Babilonu, a wraz z nimi bożek mamony oraz bożek zysku. I kupcy na ziemi płakać będą i smucić się nad nim, bo już nikt nie zechce kupować od nich towaru. Czyż tak właśnie nie było? Nowojorska giełda została zamknięta na cztery dni i wszelki handel ustał, bowiem groza zawisła nad światem. A prezydenci i przywódcy wszystkich narodów solidaryzowali się z Nowym Jorkiem, ubolewali, płakali, współczuli, nie wiedząc, że było to dzieło Boga. Czytajcie Pismo Święte, tam wszystko jest objawione. Dzień sądu jest bliski! Ukorzcie się, bowiem Aniołowie Śmierci już tu są...
Rudowłosy chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w tym właśnie momencie policjanci otworzyli okalającą fontannę żelazną kratę zdobioną herbami Gdańska oraz polskimi orłami i weszli do wewnątrz. Wdrapali się na trzon, ciężkimi buciorami profanując misterne rzeźby, usiłując ściągnąć szaleńca z postumentu. Jednakże młodzieniec zręcznie niczym małpa skakał po czaszy, chowając się za posągiem Neptuna, unikając wyciągniętych ku niemu rąk funkcjonariuszy. Policjanci nieudolnie podskakiwali, próbując chwycić go za nogawki spodni. Wyglądało to na tyle komicznie, że wzbudzało salwy śmiechu wśród coraz liczniej zgromadzonych gapiów. Niektórzy, zamiast fotografować piękne fasady kamienic gdańskiej starówki, kierowali obiektywy na rozgrywającą się scenę.
Szaleniec, widząc, że znalazł się w potrzasku, i zdając sobie sprawę, że prędzej czy później policjanci zdołają ściągnąć go z fontanny, mocno odbił się od krawędzi czaszy i przeskoczył trzon oraz żelazną kratę. Ale jego skok z ponaddwumetrowej wysokości zakończył się nieszczęśliwie. Zwichnął kostkę i przewrócił się na bruk. Zaraz podbiegli do niego policjanci, przycisnęli do ziemi i założyli kajdanki. Następnie postawili go na nogi i skutego, utykającego, zaczęli prowadzić do najbliższego posterunku policji przy ulicy Piwnej.
Młodzieniec, pogodzony z losem, nie stawiał oporu. Spoglądał na przechodniów, szukając w ich oczach zrozumienia, ale oni, zaprzątnięci własnymi sprawami, poświęcili mu zaledwie drobną chwilę swojego drogocennego czasu, traktując całe wydarzenie jako ciekawostkę, którą potem opowiedzą znajomym. Nikt nie zastanawiał się nad słowami rudowłosego.
Nagle szaleniec spostrzegł coś, co sprawiło, że jego twarz stała się biała niczym papier. Trudno było odgadnąć, czy spogląda na dziwaczne rzeźby ozdabiające fasadę Dworu Artusa, czy w okna Złotej Kamienicy, gdzie jak głosi legenda można ujrzeć świetlistą postać ducha Judyty Speymann. Może przestraszył się czarnego kruka siedzącego na latarni i łypiącego strasznymi ślepiami, niczym strażnik tajemnic przeszłości? A może w tłumie przechodniów dostrzegł kogoś, kogo nigdy nie chciałby spotkać na swojej drodze?
- Akar, Akar, Akar - wyszeptał drżącymi ustami.
Tylko gołębie przemierzające starówkę, które wydawały się być jedynymi uważnymi słuchaczami kazania, poczuły nadchodzącą grozę. Poderwały się w górę, we wspólnym, instynktownym zrywie, spłoszone czymś, czego ludzkie zmysły nie zdołają ogarnąć. Okrążyły trzykrotnie okolicę i wreszcie, uspokojone, ponownie osiadły na ziemi, zabierając się za wydziobywanie okruchów.
Nikt ze spacerujących ludzi nie przeczuwał zagrożenia, a ono było już wśród nich.
Andrzej Kamiński wolno szedł gdańską starówką. Nie spieszyło mu się, miał jeszcze trochę czasu. Choć od hotelu "Hanza", w którym się zatrzymał, do miejsca spotkania dzieliło go zaledwie trzysta metrów, postanowił wyjść wcześniej i zwiedzić miasto.
Najpierw przechadzał się zabytkowymi uliczkami Gdańska, podziwiając rzeźbione fasady kamienic, rozkoszując się ciepłem promieni słonecznych. Piękna pogoda wyciągnęła na spacer wielu ludzi. Idąc, mijał matki trzymające za ręce dzieci, wyrywające się ku gołębiom, emerytki z gderającymi mężami u boku, niemieckich turystów, których w Gdańsku o każdej porze było sporo, i dziewczyny, będące właścicielkami długich, opalonych nóg. Niektóre uśmiechały się do niego kusząco, czemu wcale się nie dziwił. Wakacje zawsze sprzyjały romansom, a on, mimo że zbliżał się do czterdziestki, uchodził za atrakcyjnego mężczyznę.
Był wysokim brunetem o brązowych oczach, szczupłym i wysportowanym. Nigdy nie narzekał na brak kobiet, ale z żadną się na stałe nie związał. Może miała na to wpływ jego praca? A może jakaś skaza w jego charakterze, powodująca, że najdłuższy związek przetrwał zaledwie rok?
Gdy obszedł już uliczki Straganiarską, Świętojańską, Szeroką i Świętego Ducha, wstąpił do Bazyliki Mariackiej, gdzie przez dłuższą chwilę podziwiał dziewiętnastowieczną kopię tryptyku "Sąd Ostateczny" Hansa Memlinga. Spoglądał na twarz Jezusa Chrystusa pełną majestatu i powagi, na której trudno było dostrzec ślady miłosierdzia. Ale on występował tu jako sędzia, ten, który miał dokonać wyboru, wskazać, komu pisane Królestwo Niebieskie, przedstawione w lewej części tryptyku, a komu Piekło, ukazane w prawym skrzydle ołtarza. Dusze sprawiedliwych witane były w raju przez świętego Piotra, a aniołowie wręczali im szaty. Natomiast potępieńcy, gnani nago przez czarne demony wprost w ognie piekielne, wyli ze strachu.
Znawców sztuki fascynowały detale owego dzieła, technika wykonania, pełne dynamizmu i ekspresji postacie, natomiast Andrzeja zachwycał sam przekaz. Sąd Ostateczny, od którego nie ma odwołania, gdzie adwokaci nie mają prawa wnosić apelacji, a dla skazańców nie ma amnestii i pozostaje tylko wieczna radość lub wieczne cierpienie.
Po wyjściu z Bazyliki Mariackiej Kamiński skierował się na zachód, obejrzał słynną Złotą Bramę, poświęcając sporo uwagi ośmiu rzeźbom ustawionym na attykach, alegorycznie symbolizującym cnoty obywatelskie i dążenia mieszczan. Próbował rozpoznać co reprezentują poszczególne figury, ale po kilku minutach sobie odpuścił i ruszył w dół ulicy Długiej, zmierzając w stronę Motławy.
Mijając ratusz, niedaleko fontanny Neptuna ujrzał zaskakującą scenę. Trzech policjantów prowadziło skutego kajdankami rudowłosego młodzieńca, który sprawiał wrażenie człowieka niespełna rozumu. Kamińskiemu przez moment wydawało się, że gdy szaleniec spojrzał na niego, przestraszył się i zaczął coś mamrotać pod nosem. Andrzej poczuł dreszcz, jakby gdzieś czaiło się niebezpieczeństwo. Rozejrzał się wokół, ale nie dostrzegł niczego podejrzanego. Spacerowicze przemierzający starówkę, turyści pstrykający zdjęcia, dzieci goniące gołębie, zakochane pary kryjące się w cieniu na ławeczkach - nikt nie zwracał na niego uwagi.
Poluźnił nieco krawat, zdjął czarną marynarkę i zarzucił sobie na ramię. Dzisiejszy dzień zapowiadał się naprawdę upalnie. Cóż się dziwić, pierwsze dni lipca. Spojrzał na zegarek, była za dziesięć jedenasta. Mocniej ścisnął trzymaną w ręku skórzaną aktówkę i przyspieszył kroku. Przeszedł pod Zieloną Bramą, która została zbudowana jako gdańska rezydencja królów Polski. Niestety, pomimo swojego przeznaczenia, nigdy żadnego z nich nie gościła, ale ponoć zatrzymała się tu kiedyś Maria Ludwiga Gonzaga, przyszła żona Władysława IV.
Kamiński skręcił na Długie Pobrzeże i szedł teraz wzdłuż Motławy, po prawej mając przystań Żeglugi Gdańskiej, po lewej sklepy sprzedające biżuterię z bursztynu, z której miasto było znane od zawsze. W oddali majaczył zabytkowy Żuraw - dźwig wybudowany w piętnastym wieku, służący do załadunku towarów i stawiania masztów. Jednak Andrzej do Żurawia nie doszedł, skręcił w uliczkę Mariacką, stając przed obdrapanym budynkiem Muzeum Archeologicznego. Wdrapał się po stromych betonowych schodach, zupełnie niepasujących do stylowej kamienicy, pchnął ciężkie, drewniane drzwi i znalazł się w obszernym holu. Natychmiast ogarnął go kojący chłód i poczuł specyficzny zapach minionych epok, tak charakterystyczny dla wszystkich muzeów.
Podszedł do recepcji, gdzie młoda kobieta z włosami spiętymi w kucyk tłumaczyła niemieckim turystom cennik. Stojący na czele wycieczki, gruby i opryskliwy starszy mężczyzna, na którym gestapowski mundur leżałby jak ulał, nie mógł zrozumieć, dlaczego za robienie zdjęć musi wnieść dodatkową opłatę. Recepcjonistka cały czas miała przyklejony do twarzy służbowy uśmiech, mówiła powoli i cierpliwie, ale gdyby jej oczy mogły strzelać piorunami, Niemiec byłby już martwy.
Andrzej stwierdził, że nie będzie dodatkowo stresował dziewczyny i postanowił poczekać. Zaczął przechadzać się wzdłuż holu, spoglądając na gabloty, w których umieszczone zostały książki, przewodniki oraz niektóre z eksponatów, żeby zainteresować klienta i skłonić go do zakupu biletu i odwiedzenia muzeum. Wewnątrz na zwiedzających czekały wystawy stałe, jak choćby ta dotycząca doliny Nilu albo dziejów Pomorza Gdańskiego. Niezwykle atrakcyjnie prezentowała się również ekspozycja arcydzieł bursztyniarskich.
Kamiński przystanął przy regale prezentującym monety z okresu Cesarstwa Rzymskiego. Przyglądał się awersom, na których rytownicy umieszczali portrety nie tylko panujących władców, ale także członków ich rodzin. Tak więc obok denara uwieczniającego Marka Aureliusza można było ujrzeć na leżącej obok sestercji jego żonę Faustynę Młodszą, monety z podobiznami Trajana i Sabiny, Trajana i Plotiny oraz Septymiusza Sewera i Julii Domny. Szczególną uwagę Andrzeja zwróciła ta ostatnia, denar przedstawiający kobietę o cudownych rysach twarzy. Całości dopełniała łabędzia szyja, starannie ufryzowane loki i pełne usta. Zapewne miała oliwkową skórę, jak na Syryjkę przystało, i ciemne oczy, które musiały oszałamiać mężczyzn. Julia Domna bez cienia wątpliwości była niezwykle piękną kobietą. Nic dziwnego, że Sewer oszalał z miłości do niej i gdy tylko dowiedział się o śmierci swojej pierwszej żony, natychmiast się Domnie oświadczył.
Zapatrzony w podobiznę Julii Domny, nie spostrzegł, kiedy Niemcy opuścili muzeum i pozostał w holu sam.
- W czym mogę panu pomóc? - zapytała recepcjonistka.
Kamiński podszedł do jej stanowiska i uśmiechnął się życzliwie, wiedząc, że dziewczyna ma na dzisiaj dość swojej pracy.
- Jestem umówiony z profesorem Bonc-Chojnarskim na jedenastą.
Recepcjonistka otworzyła skórzany kalendarz, gdzie zapewne notowane były godziny spotkań pracowników muzeum. Chwilę wodziła palcem po zapisanej stronie, marszcząc groźnie brwi.
- Pan Andrzej Kamiński? - zapytała, nie podnosząc wzroku.
- Tak.
- Profesor czeka na pana - poinformowała chłodnym tonem. - Proszę iść na trzecie piętro, tam odnajdzie pan jego pokój.
Andrzej podziękował i ruszył schodami na górę. Po drodze mijał sale wystawiennicze i przez chwilę korciło go, żeby zajrzeć, pozwiedzać, bo starożytne artefakty budziły w nim dziwną nostalgię, ale zaraz przypomniał sobie, po co tak naprawdę tu przyszedł.
Wreszcie dotarł na trzecie piętro i stanął przed drzwiami, na których widniała tabliczka: prof. dr hab. Aleksander Bonc-Chojnarski.
W gabinecie zawalonym książkami, skoroszytami oraz nieskatalogowanymi jeszcze eksponatami stało duże dębowe biurko, za którym siedział wciśnięty głęboko w fotel niepozorny, łysiejący mężczyzna. Miał na sobie sztruksową, brązową marynarkę, powycieraną na łokciach, i niebieską koszulę, co niezbyt dobrze się komponowało. Profesor sprawiał wrażenie roztrzepanego i zapewne niewielką wagę przywiązywał do ubioru. Gdy Kamiński wszedł do pokoju, nawet nie raczył na niego spojrzeć, zajęty wpisywaniem czegoś w zeszyt.
- Proszę, niech pan siada - wskazał krzesło po drugiej stronie biurka. - Czym mogę panu służyć? Proszę się pospieszyć, gdyż mam naprawdę niewiele czasu.
Andrzej uśmiechnął się pod nosem. Profesor potraktował go z nonszalancją, jak jednego ze swoich studentów lub namolnego akwizytora. Postanowił to zmienić.
- Nazywam się Andrzej Kamiński. - Podszedł do stołu i wyciągnął rękę na przywitanie, podsuwając ją pod profesorski nos. - Jestem oficerem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego z Departamentu Zwalczania Sekt Religijnych.
Aleksander Bonc-Chojnarski, chcąc nie chcąc, musiał odłożyć pióro i podać Andrzejowi dłoń. Wreszcie podniósł głowę i zaintrygowany spojrzał na gościa.
- Proszę, niech pan spocznie - ponowił zaproszenie, lecz teraz już uprzejmiej. Poprawił okulary w staromodnych oprawkach, odchylił się w fotelu i splótł dłonie na piersi. - Nie wiedziałem, że taki departament istnieje.
- Proszę mi wierzyć, że ja przed miesiącem też jeszcze nie wiedziałem - odparł Kamiński. - Został powołany niedawno, wyodrębnił się z Departamentu Przeciwdziałania Terroryzmowi. Właśnie stamtąd zostałem oddelegowany.
- Łapał pan terrorystów? - Profesor uniósł brwi.
Andrzej roześmiał się i pokręcił głową.
- Ależ skąd! Od tego są specjalne oddziały. Ja zajmowałem się analizowaniem otrzymywanych informacji, weryfikowaniem ich źródeł, a także typowaniem grup potencjalnych zamachowców.
- Rozumiem. - Na pooranym zmarszczkami obliczu archeologa pojawił się nikły uśmiech. - Bardzo jestem ciekaw, co pana do mnie sprowadza? Niestety nie mogę poświęcić panu zbyt wiele czasu, bowiem mamy w muzeum wystawę czasową poświęconą numizmatyce...
- Zauważyłem w gablotach monety z okresu cesarstwa rzymskiego. Doprawdy ciekawe okazy.
- Zna się pan na archeologii?
- Trochę - odpowiedział Andrzej. - Jednak bardziej zajmuje mnie historia.
Aleksander Bonc-Chojnarski coraz życzliwiej patrzył na swojego gościa.
- Jest pan z wykształcenia historykiem?
- Niestety nie, historia to tylko moje hobby. Ukończyłem socjologię i stąd też moja praca w departamencie.
- To musi być niezwykle zajmujące?
- Co?
- Badanie procesów zachodzących w społeczeństwie, zgłębianie zachowań ludzkich i próba przewidzenia ich reakcji na zmiany polityczne. A potem urabianie opinii publicznej poprzez socjotechniczne manipulacje. Czyż nie na tym polega pańska praca?
Andrzej zmarszczył czoło, zrozumiawszy, że profesor sobie z niego kpi.
- Myli się pan - odparł oschle. - W departamencie zajmujemy się analizowaniem instytucji religijnych w kontekście społecznym. Przede wszystkim skupiamy się na sektach i badamy, czy mogą stanowić zagrożenie dla obywateli, jak również dla bezpieczeństwa państwa.
- Powinniście zatem zacząć od Kościoła katolickiego - w głosie archeologa zabrzmiał sarkazm. - Wszak spełnia wszystkie kryteria określające sekty.
- Czyżby?
- Po pierwsze, oderwanie od innej religii. - Bonc-Chojnarski zaczął wyliczać na palcach. - Najpierw chrześcijaństwo oderwało się od judaizmu, a potem w samym jego łonie doszło do licznych rozłamów, jak choćby podczas wielkiej schizmy, gdy Kościół katolicki przyjął obrządek łaciński, własną tradycję liturgiczną i oczywiście strukturę. Po drugie, silna rola przywódcy. Na czele Kościoła katolickiego stoi papież nazywany Ojcem Świętym, tytułem go deifikującym. Już za życia stawia się mu pomniki, jak niegdyś Stalinowi, otaczany jest czcią, ludzie się do niego modlą i uznają jako nieomylnego. Wszyscy hierarchowie Kościoła są mu bezwzględnie posłuszni.
Twarz profesora nabrała rumieńców, a w jego głosie brzmiał coraz większy zapał.
- Po trzecie, pranie mózgu. Wyznawcy werbowani są już w wieku niemowlęcym, wbrew swojej woli. To rodzice decydują, czy dziecko zostanie ochrzczone i tym samym zostanie członkiem Kościoła. No a potem zaczyna się już indoktrynacja, religia w szkole, wkuwanie na pamięć regułek, prawd wiary i przykazań. Ponadto, przez całe swoje życie są utwierdzani w przekonaniu, że owe dogmaty zostały objawione przez Boga i nie wolno ich podważać.
- A tak nie jest?
- Dlaczego niektóre opowieści o życiu Jezusa, napisane w tym samym czasie, co Ewangelie Mateusza, Marka, Łukasza i Jana, nigdy nie weszły w skład Nowego Testamentu?
- Zostały odrzucone, ponieważ nie były napisane pod wpływem Ducha Świętego.
- Bzdura! - obruszył się archeolog. - Tak postanowili ojcowie Kościoła na podstawie tego, co ubzdurał sobie ten szaleniec Tacjan. Niewielu chrześcijan wie, że ten wielki teolog i twórca dogmatów, po śmierci swojego mistrza Justyna Męczennika, porzucił gminę rzymską i przyłączył się do sekty enkratytów, zwanych wstrzemięźliwymi. Nie uznawali małżeństwa, nie spożywali mięsa i pili tylko wodę. To zapewne z głodu i braku seksu dostał pomieszania zmysłów, więc roiły mu się w głowie różne pomysły. A ojcowie Kościoła skwapliwie przyjęli je za dobrą monetę.
Andrzej może nie uważał się za przykładnego katolika, na bakier z przykazaniami i nie chodził regularnie do kościoła, ale lekceważąca tyrada profesora na temat religii, w której był wychowany, nie spodobała mu się.
- Myślę, że powinniśmy zakończyć tę dyskusję - zaproponował.
- Ależ ja jeszcze nie skończyłem. - Bonc-Chojnarski najwyraźniej dopiero się rozkręcał. - O sekciarskim charakterze Kościoła katolickiego świadczy również jego hierarchizacja, finansowe utrzymywanie przywódców przez członków wspólnoty i czynne zwalczanie innych wyznań. Niegdyś czynili to krzyżowcy i inkwizytorzy, teraz najskuteczniejszym orężem są media oraz organizacje działające w ramach struktur państwowych. Oczywiście mam na myśli Departament Zwalczania Sekt Religijnych.
Kamiński westchnął ciężko. Postanowił przerwać te dywagacje, które do niczego nie prowadziły.
- Mówił pan, profesorze, że nie ma pan zbyt wiele czasu, a minął już kwadrans, odkąd tu wszedłem. Powinniśmy przejść do sprawy, z którą przychodzę...
- Ale przecież tak nam się wspaniale gawędziło - Bonc-Chojnarski uśmiechnął się rozbrajająco.
- To raczej był monolog z pana strony.
- Proszę mi wybaczyć, nie chciałem pana urazić swoją tyradą. Jestem archeologiem, specjalizuję się w przedmiotach kultu religijnego i znam mechanizm powstawania religii. Oburza mnie, że chrześcijanie uważają swoją wiarę za jedyną słuszną. Wiarę wywodzącą się z judaizmu, przeniesioną z Bliskiego Wschodu i dostosowaną do mentalności europejskiej. A przecież Hebrajczycy swoje mity zapożyczyli od Babilończyków, którzy przejęli je od Sumerów. Tak więc echa współczesnej doktryny chrześcijańskiej mają źródło w sumeryjskich legendach.
- To niezwykłe, co pan mówi, profesorze - rzekł Kamiński. - Jak zgaduję, nie jest pan wierzący?
- Jestem deistą - odparł archeolog. - Nie wierzę w Boga osobowego, a jedynie w siłę sprawczą. Uważam, że istnieje jakiś Absolut, byt, który spowodował zaistnienie świata, ale nie ingeruje w bieg ziemskich spraw, w ludzkie życie, a już na pewno nie narzuca jakichkolwiek praw... No ale proszę powiedzieć, co to za problem, z którym ABW nie może sobie poradzić i potrzebuje mojej pomocy?
Andrzej odetchnął z ulgą, gdyż obawiał się, że profesor zaraz zrobi mu kolejny wykład. Otworzył skórzaną aktówkę i wyjął plik zdjęć.
- Chcieliśmy pana prosić o pomoc, jako wybitnego znawcę religii i kultury starożytnego Wschodu, w identyfikacji tych przedmiotów. Są to rzeźby, naczynia, broń biała, gliniane tabliczki.
Aleksander Bonc-Chojnarski sięgnął po zdjęcia i zaczął im się z uwagą przyglądać.
- Antyki zostały wczoraj przechwycone przez celników na gdyńskim terminalu kontenerowym - mówił dalej Kamiński. - Towar został załadowany do kontenera w syryjskim porcie Latakia i przypłynął na statku należącym do polskiego armatora. Podejrzewam, że artefakty przeznaczone były dla jakiejś sekty religijnej działającej w Polsce. Niestety, ideologia kultu nie odpowiada żadnej z inwigilowanych przez nas organizacji. Obawiamy się, że to nieznany nam dotąd odłam fundamentalistów. Wie pan, profesorze, w dobie zagrożenia terrorystycznego...
Zamilkł, widząc, jak archeolog nagle zbladł, ręce zaczęły mu drżeć, a oczy niemalże wyszły z orbit.
Młodszy aspirant westchnął ciężko i rękawem koszuli otarł pot z czoła. Dochodziło południe, żar lał się z nieba, a na II Komisariacie Policji przy Piwnej w Gdańsku od rana nie działała klimatyzacja. Co prawda na posterunku były dwa wiatraki-wentylatory, ale jeden stał w gabinecie szefa, drugi w głównym biurze, zaś w pokoju przesłuchań można było co najwyżej otworzyć niewielki lufcik, przez który nawet kot by się nie przecisnął.
Policjant z rezygnacją spojrzał na zatrzymanego. Rudowłosy młodzieniec nie chciał współpracować, nie odpowiedział na żadne pytanie, tylko siedział na krześle ze wzrokiem utkwionym w ścianę.
Sprawa wydawała się prosta, jednak jak to zwykle z prostymi sprawami bywa, mocno się skomplikowała. Funkcjonariusze zwinęli chłopaka za zakłócanie porządku publicznego, po tym jak wdrapał się na fontannę Neptuna i zaczął wykrzykiwać jakieś bzdury. Co prawda było to wykroczenie z artykułu 51 i groziła mu co najwyżej grzywna, ale należało zbadać, czy zatrzymany nie jest pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Badania wykazały, że nie i w następnej kolejności należało sprawdzić, czy młodzieniec nie znajduje się pod opieką psychiatryczną.
Młodszy aspirant przeniósł wzrok na ekran komputera, gdzie wyświetlone były dane chłopaka. Rudowłosy nazywał się Dariusz Kowalewski, miał dwadzieścia trzy lata i zameldowany był w Gdańsku. Studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, na wydziale teologii i podczas roku akademickiego mieszkał w Lublinie. Widocznie na wakacje przyjechał do domu. Nigdy nie był karany, nie leczył się psychiatrycznie i wszystko wskazywało, że to jednorazowy wybryk. Jednak w tym stanie nie można było go wypuścić i należało odstawić do szpitala na obserwację. Radiowóz niedługo miał go tam zawieźć, ale wcześniej trzeba było powiadomić rodzinę.
- Możesz podać jakiś numer telefonu do swoich rodziców? - zapytał młodszy aspirant i tak jak przypuszczał, nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Próbował odszukać w internetowej książce telefonicznej, ale bez rezultatu. Obecnie, mając do dyspozycji telefony komórkowe, niewielu ludzi używało stacjonarnych, a jeśli już, to mieli zastrzeżone. Oczywiście dla policji nie stanowiło problemu zdobycie tych numerów, ale młodszy aspirant wiedział, że to potrwa.
- Akar, Akar, Akar - zamruczał młodzieniec.
- Widzę, że odzyskałeś mowę. Może w takim razie łaskawie mi powiesz, kogo powiadomić, że zamknęli cię w wariatkowie?
Rudowłosy spojrzał na policjanta, a w jego oczach można było dostrzec przerażenie.
- Za późno - wyszeptał. - Nic nas nie uratuje, miasto ogarnie pożoga, a ludzie zapłacą za swoją pogardę i brak szacunku dla Boga. Oni są już wśród nas. Widziałem jednego z nich...
- Kogo?
- Anioła Śmierci.
- Zupełnie ci odjebało. - Pokręcił głową młodszy aspirant.
- Bliski jest dzień, gdy objawi swoją prawdziwą naturę, zamanifestuje swoją moc, a wtenczas nic mu się oprzeć nie zdoła.
Zadzwonił telefon. Policjant miał nadzieję, że wreszcie podstawili samochód i zabiorą stąd tego szaleńca. Nie lubił wariatów, a tych w ostatnim czasie było coraz więcej. Szczególnie w okresie letnim zjeżdżali nad morze, jakby tutaj odnajdywali swoją Mekkę, i głosili przepowiednie. A może w tych bredniach coś było i apokalipsa naprawdę się zbliżała? Na samą myśl o tym młodszy aspirant, pomimo panującego gorąca, poczuł zimny dreszcz na plecach. Wzdrygnął się i podniósł słuchawkę.
- Co?! - po dziesięciu sekundach rzucił do telefonu, a jego oczy rozszerzyły się w zdumieniu. - Mam go wypuścić?
Policjant odłożył słuchawkę i podrapał się po głowie. Nic z tego nie rozumiał. Chłopak był zagrożeniem nie tylko dla samego siebie, ale również dla otoczenia, a pomimo to miał zostać natychmiast uwolniony. Podobno rozkaz przyszedł z komendy wojewódzkiej.
Młodszy aspirant nie zwykł podważać kompetencji przełożonych, wzruszył więc tylko ramionami i odprowadził młodzieńca do wyjścia. Zamykając za nim drzwi, nie zauważył zaparkowanego po drugiej stronie ulicy czarnego BMW. Chwilę potem wysiadło z niego dwóch potężnie zbudowanych, krótko obstrzyżonych mężczyzn, podeszli do rudowłosego i pociągnęli go do samochodu.
- Pan ze mnie kpi! - krzyknął Aleksander Bonc-Chojnarski, a jego twarz z bladej zrobiła się nagle purpurowa. - Co to ma znaczyć? To jakiś studencki żart? Proszę natychmiast wyjść!
Zaskoczony Andrzej spoglądał na profesora, zastanawiając się, co go tak zdenerwowało. Sięgnął do kieszeni marynarki, wyciągnął legitymację służbową i podał ją archeologowi.
- Niech się pan uspokoi - rzekł. - Naprawdę jestem oficerem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i nie żartuję sobie z pana.
Bonc-Chojnarski długo przyglądał się legitymacji, wreszcie jego oblicze złagodniało, ale drżenie rąk nie minęło.
- Niech pan spokojnie powie, co się stało? - rzekł Kamiński.
- Musicie mi je pokazać... - Profesor oddał legitymację. - Muszę na własne oczy obejrzeć te przedmioty, zbadać je i stwierdzić, czy to nie falsyfikaty.
- Niestety, w obecnej chwili jest to niemożliwe. Trwają czynności śledcze, zabezpieczanie śladów, ściąganie odcisków palców. Gdy tylko wstępne procedury zostaną dopełnione, na pewno zostanie pan powołany jako ekspert do zbadania antyków. Na razie jednak musimy opierać się na zdjęciach wykonanych przez ekipę zabezpieczającą. Czy na ich podstawie może mi pan powiedzieć, z czym mamy do czynienia?
Profesor milczał, ponownie przeglądając polaroidy. Od czasu do czasu któremuś baczniej się przyglądał, kręcąc w niedowierzaniu głową.
- To nie mogą być podróbki - odezwał się dopiero po kilku minutach. - Żaden fałszerz nie oddałby tak wiernie wszystkich szczegółów, niuansów kulturowych i ducha danej epoki.
- Proszę mi coś opowiedzieć o tych przedmiotach.
- Napije się pan?
- Nie, dziękuję, ale proszę się nie krępować.
Aleksander Bonc-Chojnarski otworzył dolną szafkę biurka, wyciągnął z niej butelkę wiśniowej nalewki i kieliszek. Drżącymi rękoma nalał do pełna. Pił małymi łyczkami, nie spuszczając oczu z fotografii.
- Proszę spojrzeć na te misterne zdobienia. - Wskazał palcem zdjęcie puginału z rękojeścią wysadzaną klejnotami. - Jeśli to falsyfikat, to najwyższej jakości.
- Co to jest?
- Sztylet ofiarny używany przez kapłanów bogini Tanit. Proszę spojrzeć na pozostałe zdjęcia. Naszyjnik ze złota, srebrne ozdoby, flaszeczki na pachnidła, pojemniki na biżuterię, wazy gliniane, figurki z brązu i kości słoniowej. Wszystkie przedmioty pochodzą z Bliskiego Wschodu, podejrzewam, że z czasów świetności Kanaan. Oznacza to, że mają około czterech tysięcy lat.
- Więc mamy tu raczej do czynienia z przemytem dzieł sztuki, niż przedmiotami kultu religijnego?
- Zależy, jak na to spojrzeć - odparł profesor, wygrzebując zdjęcie figurki przedstawiającej postać mężczyzny o ciele pokrytym srebrem i z twarzą pokrytą warstwą złota. - To posążek Baala wykonany z brązu. Najczęściej przedstawiano go w wysokim, szpiczastym hełmie z rogami, kroczącego z podniesioną prawicą i wysuniętą do przodu lewą ręką.
- Czy Baal to przypadkiem nie Belzebub?
- Bzdura! - archeolog prychnął gniewnie. - To mit utrwalany przez klechów. Baal to kananejski bóg urodzaju i deszczu, utożsamiany z burzą. Opiekun rolników i ich płodów. Dbał o swoich wyznawców, nawadniając ich pola, regulując pogodę i przynosząc obfite plony. Z kultem Baala związane były wspaniałe festyny, procesje religijne oraz uroczystości ofiarne. Jednakże ofiar nie składano z ludzi, jak kłamliwie rozpowszechniają to chrześcijanie, lecz z płodów rolnych. Jego imię stanowiło składnik kananejskich, izraelskich i fenickich imion. Syn króla Saula miał na imię Eszabaal, a największym bohaterem Kartaginy był Hannibal.
- Skąd zatem jego powiązanie z demonem?
- W drugim tysiącleciu przed naszą erą Kanaan zostało podbite przez koczownicze plemiona Izraela. Hebrajczycy przynieśli ze sobą nową religię, wiarę w jedynego boga, zwanego Jahwe. Zniszczono ołtarze starych bóstw, łamano stele wzniesione na ich cześć, palono aszery i rąbano na kawałki posągi. Jednakże na podbitych ziemiach kult Baala nadal się szerzył i trudno go było wyplenić. Starotestamentowi prorocy z przerażeniem dostrzegli, że ich naród powoli ulega wpływom kananejskiej religii i uciekli się do najpodlejszej manipulacji. Mieszkańcy Kanaan często nazywali swego boga Baal-Zebub, co można było przetłumaczyć jako Baal-Książę, lecz po hebrajsku zebub oznaczało muchę. Dorobili do tego ideologię zła i przechrzcili boga miłującego pokój na demona.
- Nie wiedziałem o tym.
Aleksander Bonc-Chojnarski uśmiechnął się krzywo.
- Tego na lekcjach religii nie uczą.
- Czyli te przedmioty oprócz charakteru kolekcjonerskiego, mogą również posłużyć do ceremonii religijnych odradzającego się kultu Baala?
- Tego wykluczyć nie można - odparł profesor. - Jednak sądzę, że są to prywatne zbiory jakiegoś hobbysty. Rad byłbym go poznać.
- A tabliczki? - Andrzej wskazał plik zdjęć, przedstawiających gliniane tabliczki pokryte rzędami dziwnych znaków.
Profesor upił łyk nalewki, pogładził się po brodzie i dopiero po chwili odpowiedział.
- Przypominają te znalezione podczas odsłaniania Ugaritu, leżącego pod wzgórzem Ras Szamra. Pierwsze z nich odkopano w 1929 roku w ruinach olbrzymiej budowli, która okazała się być domem najwyższego kapłana. Prowadzący wykopaliska francuski archeolog Claude Schaeffer natknął się tam na bogaty zbiór dokumentów gospodarczych, słowniki, inwentarze, pisane hieroglifami egipskimi, pismem linearnym B, jak również nieznanym dotąd pismem kananejskim. Na glinianych tabliczkach, nieprzekraczających czterdziestu centymetrów wysokości, wyryto znaki, które co jakiś czas się powtarzały, ale tym razem nie oznaczały całych słów lub sylab, a pojedyncze litery.
- Zatem można rzec, że to Kananejczycy wymyślili pierwszy alfabet - wtrącił Kamiński, obawiając się, że archeolog zaraz uraczy go kolejnym wykładem. - Czy znaki na tabliczkach ze zdjęć są takie same jak na tych znalezionych w Ras Szamra?
- Tego nie jestem pewny - odparł profesor. - Muszę je porównać, skonsultować się z autorytetami w tej dziedzinie...
- Jak długo to potrwa?
Aleksander Bonc-Chojnarski bezradnie rozłożył ręce.
- Może kilka godzin, może dni, a kto wie, czy nie tygodnie? Musi pan wiedzieć, że niewielu badaczy zajmuje się tą tematyką. Nie będzie łatwo. Mogę zatrzymać zdjęcia?
- Oczywiście. - Andrzej sięgnął do aktówki, wyciągnął płytę DVD i podał archeologowi. - Proszę, tutaj są też w wersji elektronicznej, będzie mógł pan je powiększyć... Dysponuje pan komputerem, prawda?
Profesor roześmiał się.
- Co prawda my, archeolodzy, większość życia grzebiemy w ziemi i otaczamy się antykami, ale proszę mi wierzyć, wiemy, co to nowoczesna technika.
- Dziękuję za informacje. - Kamiński wstał, wyciągnął z kieszeni wizytówkę i podał ją profesorowi. - Jeśli dowie się pan czegoś, proszę o telefon. Będę w Gdańsku przez kilka najbliższych dni, więc w każdej chwili mogę ponownie pana odwiedzić.
Bonc-Chojnarski mechanicznie schował wizytówkę do szuflady biurka i tylko odburknął coś pod nosem, bo całą uwagę poświęcił już przeglądaniu fotografii.
Andrzej wyszedł cicho z gabinetu, zostawiając profesora pogrążonego w świecie starożytnych tajemnic.
Kamiński zjadł obiad w "Restauracji Kresowej", gdzie zamówił barszcz ukraiński oraz ruskie pierogi, następnie w Rossmannie kupił piankę do golenia oraz maszynki jednorazowe i wrócił do hotelu. W niewielkim, jednoosobowym pokoju, gdzie mieściły się tylko łóżko, szafa i regał z telewizorem, mógł wreszcie zrzucić ubranie, wziąć prysznic, przebrać się w dżinsy i T-shirt. Otworzył szeroko okno. Dochodziła dwudziesta, lecz upał nadal nie ustępował.
Włączył telewizor i położył się na łóżku. Właśnie skończyły się wiadomości i rozpoczął jakiś amerykański film sensacyjny. Andrzej próbował wciągnąć się w fabułę, ale była na tyle kretyńska, że zaczął myśleć o sprawie.
W piątek, na Bałtyckim Terminalu Kontenerowym w Gdyni, celnicy przejęli kontener, który przybył z Latakii na statku "Tychy", należącym do Pol-Levanta, jednego z największych polskich armatorów. Według oficjalnej wersji urząd celny zaczął coś podejrzewać, gdy kierowca nie zjawił się po odbiór kontenera, a spedytor nie chciał płacić za dodatkowy postój na placu. Zdjęto plombę, otwarto drzwi i oczom celników ukazały się dzieła sztuki. Nie było ze strony policji doniesień na temat rabunku tego typu przedmiotów, ale na wszelki wypadek sprawdzono, czy Interpol lub Europol czegoś o tym nie wiedzą. Okazało się jednak, że żadne z muzeów nie zgłaszało zaginięcia ani kradzieży eksponatów. Próbowano dotrzeć do odbiorcy towaru, ale w dokumentach nie znaleziono jego danych. Spedytor oczywiście posiadał jego nazwisko, ale okazało się fałszywe.
Kontener miał zostać dostarczony do Straszyna, miejscowości leżącej zaledwie kilka kilometrów od Gdańska, ale pod podanym adresem policjanci znaleźli tylko pustą parcelę. Zapewne odbiorca właśnie tam zamierzał przeładować towar na własny samochód. W porcie tego zrobić nie mógł, bo od razu wyszłoby na jaw, że zamiast mienia przesiedlenia w kontenerze znajdują się antyki.
Pikanterii sprawie dodawał fakt, że kierowcę, który miał podjąć kontener i dostarczyć go na miejsce przeznaczenia, znaleziono martwego na trasie A1, niedaleko wsi Rulewo. Andrzej dzisiaj miał otrzymać e-mailem raport z sekcji zwłok.
Podniósł się z łóżka, wyciągnął z podróżnej torby laptopa i podłączył się do internetowego gniazdka. Piętnastocalowy ekran Aspire'a 3690 zamigotał i pojawił się na nim znaczek Windowsa. System operacyjny załadował się po dwóch minutach i Kamiński mógł wreszcie odebrać pocztę elektroniczną. Niestety, skrzynka odbiorcza prócz spamu nie zawierała żadnych wiadomości. Andrzej stwierdził, że jutro z samego rana zadzwoni do patologa i zażąda dokładnego raportu. O ile mógł zrozumieć zabójstwo kierowcy, bowiem najwyraźniej komuś bardzo zależało na tym, żeby kontener nie trafił do odbiorcy, to już bestialstwa, z jakim dokonano zbrodni, już nie. Dlaczego przestępcy po prostu nie wpakowali mu kulki w łeb? Po jaką cholerę masakrowali ciało? Na te pytania Kamiński chciał znaleźć odpowiedź, czując, że tu leży klucz do rozwiązania sprawy.
Westchnął ciężko i zamknął program Outlook Express. Poszukiwaniem sprawcy niech się zajmie policja, on musiał znaleźć właściciela tajemniczej przesyłki. Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego zaniepokoiła zawartość kontenera, gdyż od dłuższego czasu mówiło się o działającej w Polsce niebezpiecznej sekcie religijnej o podłożu militarnym. Artefakty mogły być przedmiotem kultu, a od kultu tylko jeden krok do fanatyzmu. Przełożeni Andrzeja obawiali się drugiego Davida Koresha, uważającego się za wcielenie Mesjasza, który w 1993 roku zgromadził prawdziwy arsenał broni i wraz ze swymi wyznawcami zabarykadował się na farmie w Waco w Teksasie. Podczas oblężenia przez FBI farma stanęła w ogniu i życie straciło osiemdziesiąt osób.
W ostatnim czasie jak grzyby po deszczu wyrastali nawiedzeni prorocy przepowiadający rychłą zagładę świata i na potwierdzenie własnych słów gotowi byli sami sprowokować jakąś małą, lokalną Apokalipsę. Chętnie pomagały im w tym organizacje terrorystyczne. Przywódcy sekt posiadali charyzmę, znali techniki manipulacji i zdobywali sobie rzesze wiernych. Zresztą, nie było się czemu dziwić. Zbliżał się osławiony rok 2012, w którym zgodnie z przepowiedniami Majów miał nadejść koniec świata i w związku z tym ludzie potrzebowali otuchy, jaką może dać tylko religia. Atmosferę nakręcały kolorowe szmatławce, kiepskie filmy i różnej maści ezoterycy wietrzący łatwy zarobek. Andrzej był pewien, że żadna Apokalipsa nie nastąpi, a ci którzy nieopatrznie wzięli kredyty, licząc, że nie będą musieli ich spłacać, mocno się zdziwią.
Jednakże w ciągu najbliższych dwóch lat służby bezpieczeństwa na całym świecie będą miały pełne ręce roboty. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zareagowała bardzo szybko na zagrożenie, powołała departament, w którym monitorowano wszelkie podejrzane stowarzyszenia religijne, zapobiegano powstawaniu sekt i kasowano je w zarodku. Dlatego po pierwszej informacji o tajemniczej przesyłce z Latakii wysłano Andrzeja do Trójmiasta.
Do gdyńskiego portu dotarł wczorajszego dnia, późnym popołudniem, gdy zakończyły się już wstępne czynności śledcze, ale zdążył jeszcze obejrzeć towar i zrobić zdjęcia. Następnie kontener zaplombowano i odstawiono na cargo, gdzie pilnowała go policja do czasu ustalenia, skąd pochodzą dzieła sztuki.
Andrzej otworzył katalog dotyczący sprawy i raz jeszcze przejrzał dostarczone mu przez centralę zeskanowane rejestry portowe, dokumentację celną i spedycyjną w nadziei, że natknie się na coś, co wcześniej przeoczył. Zajęło mu to pół godziny i niczego nowego nie znalazł. Zrezygnowany chciał już zamknąć komputer, gdy nagle uświadomił sobie, że nie przejrzał jeszcze manifestu wyładunkowego statku "Tychy". Dokument tworzony był w Latakii i może syryjscy spedytorzy mieli więcej danych na temat właściciela towaru. Niestety, okazało się, że nie posiada manifestu w wersji elektronicznej. Postanowił, że jutro z samego rana pojedzie do gdyńskiego portu i zażąda wglądu w dokumentację.
Podniósł się z łóżka i podszedł do okna. Zmierzchało. Na poszarzałym niebie, powoli okrywającym się płaszczem nocy, leniwie wschodził księżyc, pojawiły się pierwsze gwiazdy, blade i mizerne, przytłumione blaskiem wielkomiejskich świateł. Po Długim Nabrzeżu spacerowali jeszcze turyści, korzystający z ciepłego wieczoru, w pubach zebrała się młodzież i od czasu do czasu rozlegały się głośne śmiechy, które niesione przez rzekę docierały do dwóch wysp położonych na Motławie.
Pierwsza z nich, Ołowianka, niegdyś nazywana Szafarnią, gdyż w czasach krzyżackich stały tam budynki szafarza zakonnego, widoczna była na lewo z okna Andrzeja. W średniowieczu z zamkiem znajdującym się po drugiej stronie rzeki łączył ją most. W późniejszych czasach postawiono na wyspie magazyny do przechowywania ołowiu, zakłady ciesielskie, a obecnie mieściło się na niej Centralne Muzeum Morskie i Filharmonia Bałtycka.
Druga z wysp, widoczna na prawo, nosiła miano Wyspy Spichrzów i jak sama nazwa wskazywała, była to dzielnica przemysłowa, na której mieściły się spichrze. Ponoć w XVI wieku było ich ponad trzysta. W 1945 roku wyspa została niemal całkowicie zniszczona przez wkraczającą do Gdańska Armię Czerwoną. Odbudowano zaledwie kilka budynków, a w środkowej części wyspy postawiono stylizowane kamienice. Jednakże sporą część nadal zajmowały ruiny przedwojennej zabudowy.
Andrzeja przeszedł dreszcz. Nie wiedział, czy to z zimna, czy na widok majaczących w ciemnościach, strzaskanych ścian potężnych niegdyś budowli. Miał wrażenie, jakby ktoś mu się stamtąd przyglądał, uważnie obserwował każdy jego ruch i czekał. Kamiński pokręcił głową. Wiedział, że to tylko wyobraźnia podsycana przez zmęczenie, późną porę i niezwykłą scenerię.
Kładąc się spać, zasunął szczelnie zasłony.
Józek nie mógł zaliczyć dzisiejszego dnia do udanych. Tych kilka groszy, jakie wyżebrał na starówce, nie starczyło nawet na wino, nie mówiąc już o jakimś jedzeniu. Dwukrotnie straż miejska przepędzała go z ulicy Długiej, a przecież właśnie tam kręciło się najwięcej nadzianych turystów. Większość z nich omijała go szerokim łukiem, widząc obszarpanego, śmierdzącego dziada, lecz byli tacy, którzy chcąc poczuć się lepszymi niż są w rzeczywistości, lub dla spokojności własnego sumienia, wrzucali mu do plastikowego kubeczka złotówkę lub dwie. Niestety, nie dzisiaj. Dzisiaj Józek miał się położyć spać trzeźwy i głodny.
Rozejrzał się uważnie, czy gdzieś nie ma policji, przeszedł przez dziurę w płocie i znalazł się na terenie zrujnowanych spichrzów. Wstęp był wzbroniony, ale mało kto zakazu przestrzegał. W ciągu dnia wśród ruin chowały się dzieciaki będące na wagarach, zakochane pary, którym podczas miłosnych uniesień nie przeszkadzały walające się wokół śmieci, oraz wędkarze, gdy chcieli w zaciszu łyknąć wódeczki. W nocy zaś wyspa stawała się noclegownią dla takich jak on. Osłonięci od wiatru, wśród zdewastowanych budynków, pokrzepieni tanim winem, zapadali w sen, marząc o lepszym życiu.
Nie zawsze tak było. Józek miał niegdyś żonę, mieszkanie, pracę, był szanowanym wykładowcą na uniwersytecie. Wszystko zmieniło się na początku lat dziewięćdziesiątych, razem z ustrojem. Jego przyjaciele bardzo szybko odnaleźli się w nowej rzeczywistości, pozakładali firmy, robili mniejsze i większe biznesy, bo pieniądze wtedy leżały na ulicy, wystarczyło się po nie tylko schylić. Mówiono, że jedynie nieudacznicy nie potrafili się dorobić w epoce młodego, polskiego kapitalizmu. I Józek do nich należał.
Codziennie wysłuchiwał wymówek żony, że nie stać ją na markowe ciuchy w galeriach handlowych, że sąsiad jeździ fordem, a oni zdezelowanym "maluchem", że znajomi stawiają dom pod Gdańskiem, a ich kawalerka już dawno przestała zasługiwać na miano mieszkania, że sąsiedzi na wakacje do Hiszpanii jadą, a oni na wieś do rodziny. A Józek nie miał smykałki do interesów, nadal zarabiał grosze na uczelni i pomimo doktoratu nie był mężczyzną perspektywicznym. Żona odeszła od niego, związała się z właścicielem sieci butików i od tamtej pory nosiła najlepszej jakości ubrania przywiezione z Paryża, jeździła japońskimi samochodami i mieszkała w luksusowej willi.
Józek, przygnieciony nieszczęściem, zaczął pić i zanim się zorientował, wpadł w nałóg po uszy. Najpierw stracił wszystkich przyjaciół, potem pracę, aż w końcu mieszkanie i znalazł się na bruku. Trzykrotnie poddawał się leczeniu, raz nawet otrzymał pokój w domu opieki społecznej, ale próby ułożenia sobie życia nieodmiennie kończyły się klęską. Po miesiącu ponownie sięgał po alkohol, co w konsekwencji oznaczało powrót na ulicę.
Józek obszedł wokół teren, mając nadzieję spotkać kogoś ze znajomych kloszardów, kto poczęstowałby go kromką chleba, a może nawet kilkoma łykami taniego wina, ale niestety był na wyspie sam. Zawiedziony, wcisnął się w ruiny starego spichrza, znalazł kawałek kartonu i położył się. Spoglądał na drugą stronę Motławy, gdzie po Długim Nabrzeżu w blasku latarni spacerowali turyści. Czyści, schludni, bogaci. Należeli do innego świata, do którego Józek nie miał już wstępu. Łza spłynęła po jego brudnym policzku i jak nigdy dotąd zapragnął się upić, pogrążyć w zapomnieniu. Po raz kolejny pomyślał o samobójstwie. Coraz częściej wyobrażał sobie, jak przywiązuje sobie kamień do szyi, skacze do rzeki, a mętne wody Motławy zamykają się nad nim niczym wieko trumny. I przestanie wreszcie czuć.
Nagle jego rozmyślania przerwała jakaś postać zbliżająca się do kryjówki. W pierwszej chwili pomyślał, że to może któryś z kamratów, ale człowiek ów szedł dumnie wyprostowany, pewnym krokiem, tak nietypowym dla gdańskich dziadów. Potem pomyślał, że to policjant, który zaraz go spisze i wygoni z wyspy, ale nie dostrzegł na nim munduru. A może to któryś z tych psychopatów wyżywających się na bezbronnych? Już kiedyś miał do czynienia z takim gnojkiem, który chciał się dowiedzieć, jakie to uczucie skatować człowieka. Józek został skopany do nieprzytomności i ledwie uszedł z życiem. Dwa tygodnie spędził w szpitalu, z wstrząśnieniem mózgu i połamanymi żebrami. Postanowił, że tym razem nie da się tak łatwo. Zerwał się z ziemi, chwycił leżący nieopodal żelazny pręt i stanął w postawie bojowej, niczym rycerz na filmach, które oglądał w czasach, gdy posiadał jeszcze telewizor.
- No chodź tu, gnoju! - krzyknął. - Już ja cię urządzę.
Przybysz zatrzymał się i przechylił lekko głowę. Było ciemno, ale Józek mógłby przysiąc, że nieznajomy intensywnie się w niego wpatruje, niczym zwierzę, które zwąchało zdobycz. Zadrżał. Nagle zdał sobie sprawę, że być może nie ma do czynienia z człowiekiem, ale z jakimś upiorem, demonem w ludzkiej skórze. Cofnął się krok, ale był za bardzo przerażony, żeby odrzucić pręt i zacząć uciekać.
Tymczasem tajemnicza postać ruszyła w jego stronę. Zbliżała się powoli, ostrożnie stąpając po nierównym terenie, wiedząc, że ofiara nie ma żadnych szans. Zza chmur wyłonił się księżyc, a w jego blasku Józek dostrzegł blade oblicze, czarne oczy pałające żądzą mordu i obnażone kły. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy dziwna kreatura znienacka doskoczyła do niego i uderzyła szponiastymi palcami. Upadł z rozerwaną tętnicą szyjną.
Józek czuł, jak powoli uchodzi z niego życie, i wiedział, że to już koniec. W jego gasnących oczach można było wyczytać ulgę. Wreszcie będzie wolny od alkoholowego nałogu, nieznośnej egzystencji stawiającej go na samym dnie ludzkiej społeczności i palących wspomnień. Zakrztusił się krwią, umierał. Zastanawiał się, co za chwilę ujrzy po drugiej stronie. Może legendarny tunel i światło na końcu, które go przygarnie, otulając boską miłością? Może twarz anioła prowadzącego go do krainy wiecznej szczęśliwości? A może jedynie przerażającą pustkę?
Morderca pochylił się nad Józkiem, przyłożył dłoń do jego piersi, jakby chciał go ukoić, wyszeptał modlitwę w jakimś zapomnianym, gardłowym języku i nagle jednym gwałtownym szarpnięciem wyrwał mu serce. Nie zważając na cieknącą krew, resztki wyrwanych tkanek i zwisające luźno żyły, zaczął je zjadać. Gdy już się nasycił, podniósł głowę, węsząc niczym dzikie zwierzę w poszukiwaniu kolejnej ofiary. Wyszczerzył zęby w straszliwym uśmiechu i podszedł nad brzeg Motławy.
Nastała noc. Światłość ustąpiła miejsca ciemności, w tej odwiecznej walce toczonej od zarania dziejów. Mrok spowił całą okolicę, wdzierając się w najgłębsze zakamarki kamienic, do ludzkich snów, do ich myśli i pragnień. Nieprzenikniony, tajemniczy, jak osobnik stojący na Wyspie Spichrzów, spoglądający na drugą stronę rzeki, wpatrujący się w jedno z okien hotelu "Hanza".