Kiedy miałam trzynaście lat, usłyszałam od swojego ówczesnego chłopaka, że idziemy do kina na "te zajebiste zombiaki, a nie jakiś badziewny babski film". Już wtedy wiedziałam, że szkoda energii na kłótnie z facetami. Od tamtego momentu w takich sytuacjach po prostu się odwracałam i wychodziłam. Albo z pokoju, albo z domu, albo z życia gościa, który akurat miał ochotę na awanturę ze mną. Poziom wyjścia był odwrotnie proporcjonalny do poziomu mojego zadowolenia z danej znajomości. Tak czy inaczej, wychodziłam zawsze.
Tym razem tego nie zrobiłam. Nie dlatego, że ta znajomość tyle dla mnie znaczyła. Zwyczajnie mnie zatkało.
- Ty ciągle nie masz czasu! - krzyczał Billy. - Wpadasz na seks i uciekasz, zanim pościel ostygnie. Żadnego przytulania! Czułości! Sentymentów! Nie wiem, czy choć trochę się dla ciebie liczę! Jestem w ogóle czymś więcej niż substytutem dilda?
Fakt, że czterdziestoletni gwiazdor telewizyjny, którego najdłuższy związek, przed naszym, trwał krócej niż przeciętna menstruacja, pieklił się o brak głębi emocjonalnej, zakrawał na niezły żart. Najbardziej jednak zaszokowało mnie to, że mężczyzna, którego poziom IQ nie przewyższa liczby centymetrów w obwodzie bicepsa, potrafi prawidłowo użyć słowa "substytut". Choooleeera. Substytut.
Poznałam Billy'ego Cavendisha pięć lat wcześniej. Przypadkiem, na jakimś wernisażu, na którym obowiązkowo trzeba było się pojawić. Wpadliśmy na siebie, wymieniliśmy uśmiechy i poszliśmy dalej. Później spotkaliśmy się jeszcze ze trzy razy tej samej nocy, aż wreszcie wylądowaliśmy jednocześnie przed obrazem za prawie pół miliona dolców. Ja stałam sama, nie mogąc się nadziwić, że jakiś debil kiedyś wyda tak dużo kasy na taki bohomaz. Billy towarzyszył starszej od niego gwieździe filmowej. Ona zaś z emfazą tłumaczyła jemu i innym otaczającym ją mężczyznom wpływy. Jakie wpływy i na co, nie pamiętam, za to wyraz twarzy Cavendisha z tamtego momentu moja pamięć przywołuje bez problemu. Wyglądał jak dziecko, któremu rodzice obiecali wypad na lody, a na miejscu okazało się, że to nie lodziarnia, tylko Alaska. Już wtedy się zastanawiałam, jakim cudem ten przystojniak może prowadzić program telewizyjny o remontach, gdzie przecież musi nieco grać, skoro absolutnie nie potrafi ukryć znudzenia i braku zainteresowania.
Przez kolejne lata nasze drogi skrzyżowały się jeszcze kilka razy. Przyjemnie się na niego patrzyło, niestety przy próbach konwersacji przysypiałam, więc do niczego więcej nie doszło. I to nawet nie dlatego, że najbardziej erogenną częścią ciała kobiety jest mózg. Fakt, lubiłam, kiedy facet stymulował mi akurat ten organ, lecz bywało, że zadowalałam się i mniej ważnymi narządami. Po prostu nie potrzebowałam pobudzania przez ponad cztery lata. Zawsze, gdy Billy stawał na mojej drodze, ktoś właśnie mi towarzyszył.
Kiedy dwie proste nie są równoległe, w końcu się przetną. Tak właśnie było z nami. Wędrowaliśmy przez życie niemal równolegle, aż któregoś dnia asystentka poinformowała mnie, że Cavendish szuka agencji modelek do najnowszego programu i wysłał nam zapytanie. Akurat przygotowywałyśmy coś innego, więc w sali konferencyjnej siedziało piętnaście kobiet. Czternaście głośno westchnęło, usłyszawszy nazwisko potencjalnego klienta.
- Co jest? - zapytałam zaskoczona. Tak, ja nie westchnęłam.
- Ola, ten gość jest... magnifique1! - zaszczebiotała Elle.
- Jak marzenie - jęknęła Natasza.
- Normalnie cud - rzuciła któraś.
- Nie przesadzacie? - zapytałam nieco zaskoczona. Żyłyśmy wśród pięknych ludzi. Billy niczym się nie wyróżniał na tle najseksowniejszych modeli z naszej agencji. Oczywiście był apetyczny, miał wszystko na miejscu, a siłownię odwiedzał częściej niż regularnie, ale w mojej stajni pracowało minimum pięciu atrakcyjniejszych od niego. A przecież takich agencji w samym Krakowie było kilkanaście. O Londynie, w którym również działałyśmy, nie wspomnę.
- Facet jak facet. - Wzruszyłam ramionami.
Nie zdążyłam dodać, że nudny do wyrzygania, bo Natka się pochyliła i wyszeptała:
- Za to w łóżku... yak dykyy zherebets2.
Żadna z nas nie mówiła po ukraińsku, ale mimika, jęki, ton głosu... przetłumaczyły nam to lepiej niż niejeden translator.
Akurat znalazłam się między jednym a drugim stymulatorem, zdecydowanie nie intelektualnym, więc nadstawiłam uszu.
- Co ty nie powiesz? - wyraziłam ostrożne zainteresowanie.
I zostałam zasypana wiadomościami z pierwszej ręki.
Okazało się, że każda z siedzących w pomieszczeniu dziewcząt doświadczyła różnorakich przyjemności nie tylko z rąk pana Cavendisha. I każda wychwalała go pod niebiosa. Usłyszałam ochy, achy, westchnienia, pojękiwania i kilka szczegółów, które nastawiły mnie zdecydowanie na "tak".
- Jedna sprawa - wtrąciła się Greta. - On ma podstawową wadę, kochana.
Uniosłam brwi w oczekiwaniu.
- Jest jak supernowa - wyjaśniła smutno.
Moje zainteresowanie błyskawicznie opadło.
- Taki szybki? - zapytałam ciut rozczarowana.
- Nie, nie, nie. - Gwałtownie pokręciła głową, psując sobie w ten sposób fryzurę, nad którą stylistka biedziła się pewnie ze dwie godziny. - W tym temacie potrafi całymi godzinami.
- To nie rozumiem.
- Gretka chyba chciała powiedzieć, że to zwolennik jednorazowych numerków - wyjaśniła z żalem inna z dziewcząt. - Przeleci, zostawi miłe wspomnienia i na tym koniec.
Taka deklaracja ponownie wzbudziła moje zainteresowanie. Akurat szukałam zwolennika jednorazowych numerków. Miałam za sobą związek, który mnie zmęczył, i drugi, którego pożałowałam po pierwszym wspólnym śniadaniu, a wytrwałam ich kilkadziesiąt. Od trzech miesięcy obywałam się bez faceta, ale i przedtem seks był, jak by to ładnie powiedzieć, niczym wizyta u nielubianej cioci: długie przygotowywanie, a potem jeszcze dłuższe szukanie wymówki, żeby skończyć.
Po takich doświadczeniach nie spieszyło mi się do nowych partnerów. Przynajmniej nie takich, z którymi miałabym budować jakąś tam relację. Skoro jednak żyłam w napięciu, to... wyluzowanie może by się przydało.
Tego samego dnia potwierdziłam współpracę z kanałem, dla którego programy robił Billy. Co prawda brytyjskimi klientami zwykle zajmowała się Natasza, lecz w tym przypadku w lot pojęła, że akurat tego kontrahenta chciałabym obsłużyć osobiście. Dzięki porozumieniu z przyjaciółką już tydzień później sprawdzałam, ile prawdy było w słowach moich pracownic.
Dużo. Oj, DUŻO!
Wystarczy rzec, że wszelkie braki werbalne Billy nadrabiał innymi aspektami stymulacyjnymi. Co więcej, zamiast skończyć na pierwszym razie, ładnie się wycofać i zostawić mnie w gronie wzdychających jednorazówek, Cavendish zaprosił mnie na randkę, potem na kolejną i jeszcze jedną. Uzależniłam się na tyle, że zamiast wpadać do Londynu, wynajęłam tam mieszkanie, a do Krakowa latałam w weekendy, kiedy miałam zajęcia na uczelni albo musiałam dopilnować polskiej części biznesu. Znajomość z Billym intensywniała. Nie wiadomo, w którym momencie w jego łazience pojawiła się moja szczoteczka, w szufladzie - bielizna, a gdy przyjmował zaproszenia, używał liczby mnogiej.
Mijały miesiące i z wolna zaczęliśmy przypominać małżeństwo. Cholera, zaczęliśmy przypominać małżeństwo MOICH RODZICÓW!
Uświadomienie sobie tego trochę potrwało. Kiedy już jednak nastąpiło, poczułam się tak, jakby ktoś mi przywalił. Jeżu kolczasty! Byłam jak mój ojciec! W milczeniu pozwalałam układać sobie życie!
W tamtej chwili stanęłam przed bolesnym dylematem. Konkretnie dylematem utuczonej tygrysicy w klatce, która otworzyła się w trakcie transportu. Z jednej strony ewentualna wolność, z drugiej - pyszne papu i podziwiający tłumek. Ja miałam do wyboru wolność albo seks stulecia.
Serio. Stulecia.
Uznałam więc, że spróbuję starej maksymy o sytym wilku i całej owcy. Przestałam wychodzić z Billym, spotykać się z jego przyjaciółmi, zostawać na noc. Kupiłam sobie nową szczoteczkę i całkiem ładną bieliznę, którą upchnęłam we własnej szufladzie. Powolutku, niepostrzeżenie zmieniłam stały związek na wielokrotne jednorazówki.
Borze szumiący, najlepsze jednorazówki ever!
A ten, cholera, się zorientował. No kto by pomyślał?
- Nic nie powiesz? - Przestał wymachiwać rękami i zapatrzył się na mnie.
Miał duże, ciemne oczy, które nadawały jego ładnej twarzy niewinny, chłopięcy wygląd. Patrzył w ten sam sposób: jak mały, niesłusznie skarcony chłopiec. Aż poczułam wyrzuty sumienia. Gryzły mnie przez dłuższą chwilę, ale i tak nie zmusiły do otwarcia ust. Powoli do mnie docierało, że to cudownie odprężające bzykanko z poprzedniego wieczoru już się nie powtórzy. Właściwie tylko ono powstrzymywało mnie przed odwróceniem się i wyjściem, tym razem na zawsze.
Tymczasem Billy postanowił kolejny raz mnie zaskoczyć.
- Dobra, Olka - wzruszył ramionami - nie ma sensu tego przedłużać. Ty nie masz dla mnie czasu, a ja nie chcę go więcej marnować. - Podszedł do drzwi i otworzył je na oścież. - Odeślę ci rzeczy.
No i to była nowość. Jeszcze nigdy żaden facet nie wykopał mnie ze swojego życia. Zawsze ja robiłam to im. Dziwne uczucie. I raczej przykre. Nie żebym nie zmierzała w tym samym kierunku. Najwyraźniej jednak pożegnać i zostać pożegnanym to nie to samo.
Miałam trochę ponad dziewiętnaście lat, kiedy na krakowskiej ulicy zaczepił mnie starszawy gość i twardą angielszczyzną zaproponował sesję zdjęciową. Od dziecka byłam sceptyczna i - z wyjątkiem wyboru kierunku studiów - zwykle nie łapałam się niczego na gorąco. Nie żebym specjalnie wszystko analizowała, co to to nie. Po prostu nie wierzyłam w cuda, wygraną w totka i możliwość zrobienia międzynarodowej kariery, bo jakiś gość o wyglądzie troglodyty zaprasza mnie do szemranego miejsca, aby cyknąć foty.
Studia wybrałam z powodu wielkiego, niegasnącego uczucia do Wojtka Głowackiego. I trochę też po to, by utrzeć nosa najstarszej siostrze. Hanka zrobiła licencjat na jakiejś śląskiej uczelni, na kierunku, o którym prawie nikt nie słyszał, ale jej zdaniem upoważniało ją to do zadzierania nosa i pouczania wszystkich wokół, ze szczególnym uwzględnieniem mnie i Tośki - siostry numer dwa, tej fajnej. A że ona wcale się na studia nie wybrała, tylko ja mogłam wkurzyć Hanusię. Fakt, że dostałam się na Uniwersytet Jagielloński, i to na prawo, omal nie doprowadził jej do apopleksji. W trakcie pierwszego semestru właściwie ze mną nie rozmawiała.
Wielką, niegasnącą miłość do Wojtka stłumiło grono kolegów. Zwłaszcza jeden z nich, niemal dwumetrowy Tomaszek, wyglądający na takiego, co to studiuje prawo, żeby wiedzieć, jak się ewentualnie bronić przed sądem. I jego właśnie poprosiłam, by wybrał się ze mną na tę sesję zdjęciową. Sceptycyzm sceptycyzmem, lecz nie należy rezygnować z możliwej szansy.
Gość o wyglądzie troglodyty nazywał się Günther von Kluge, jak marszałek polny III Rzeszy, i prowadził największą agencję modelek w Berlinie. W Krakowie natomiast szukał nowego narybku. Spodobały mu się moje bitch face i ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Kiedy się już lepiej poznaliśmy, powiedział, że widział mnóstwo piękniejszych kobiet niż ja, ale tylko za mną oglądali się na ulicy prawie wszyscy mężczyźni. Może i tak było, jakoś nigdy nie zauważyłam.
Dość szybko zostałam jedną z jego topowych dziewczyn. Nauczyłam się pozować i poruszać, bo patrzeć z góry czy uśmiechać się z pogardą potrafiłam od dawna. Przez jakiś czas próbowałam godzić naukę z pracą, ale coraz częstsze wyjazdy zmusiły mnie do podjęcia decyzji, z czym chcę związać przyszłość. Nie zastanawiałam się długo. Pożegnałam się również z Tomaszkiem, aczkolwiek pozostaliśmy w świetnych stosunkach, które okazjonalnie konsumowaliśmy. Aż do jego ślubu w ubiegłym roku.
Hanka znowu zaczęła ze mną rozmawiać. Odzywała się, póki nie dowiedziała się, ile zarabiam. Wtedy wylądowała na SOR-ze Szpitala Wojewódzkiego w Tychach ze stanem przedzawałowym.
Siedem lat bawiłam się modelingiem, jeśli można tak określić naprawdę ciężką pracę, wymagającą wysiłku, nieustającej diety, braku snu, ciągłych podróży i mnóstwa innych wyrzeczeń. W tym czasie oszczędzałam jak nigdy wcześniej. Miałam plan.
Od dnia, w którym zrobił mi pierwsze zdjęcie, Günther powtarzał, że jestem stara. Wiedziałam więc, że nie popracuję w zawodzie zbyt długo. W tym biznesie rządziły nastolatki. Nieliczne dwudziestokilkulatki sprawdzały się w nim równie dobrze, ale już topowe modelki po trzydziestce można było policzyć na palcach jednej ręki. O czterdziestkach nie ma sensu wspominać. Z tej przyczyny od początku odkładałam kasę, żeby miękko wylądować, kiedy ten mój top przygaśnie. Z czasem wizja przyszłości zaczęła ewoluować, by ostatecznie nabrać zupełnie realnego kształtu.
Odeszłam od Günthera i razem z Nataszą Riabokon założyłyśmy własną agencję. Ja zbliżałam się wtedy do trzydziestki, a Nati miała trzydzieści trzy lata i od jakiegoś czasu dostawała coraz mniej zleceń. Za to z czasów świetności pozostały jej kontakty. Ja również nie mogłam narzekać na ich brak. Wspólnie szybko zbudowałyśmy markę. Zatrudniłyśmy kilka młodziutkich dziewcząt, niemniej ściągnęłyśmy też stare wyjadaczki. Nasza agencja zasłynęła właśnie z tego, czego pozbywały się inne. Z dojrzalszych, świadomych swojego ciała i umiejętności modelek. W ciągu dwóch lat zawojowałyśmy rynek. Okazało się, że biznes jednak potrzebuje nie tylko nastolatek. Obstawiałyśmy duże imprezy, premiery kinowe, teatralne, wernisaże i całe mnóstwo różnych eventów, najpierw głównie w Polsce, ale z czasem w innych krajach Europy.
Zanim związałam się z Billym, mieszkałam trochę w rozkroku: w Krakowie miałam duże mieszkanie kupione jeszcze za czasów pracy u Günthera, w Londynie wynajmowałam kawalerkę na przedmieściach, w Mediolanie pomieszkiwałam w ukochanym lokum Nataszy, a w Paryżu w apartamencie jej bogatego faceta. Właściwie nie miałam domu... Chyba że liczyć ten rodziców w Tychach. Skoro jednak opuściłam go kilkanaście lat wcześniej, też się nie kwalifikował, prawda? Najwięcej czasu spędzałam w Krakowie i Londynie. Zwłaszcza że w ubiegłym roku dostałyśmy trzy potężne zlecenia w brytyjskiej stolicy i pięć w Polsce. No a trzy lata wcześniej wróciłam na studia na UJ-ocie, ponownie na prawo, z myślą o specjalizacji w handlowym, więc co drugi weekend siedziałam na uczelni.
Rozstanie z Cavendishem ułatwiło mi podjęcie również innej decyzji. Dojrzewałam do niej od dawna, ale najlepszy na świecie odstresowywacz nieustannie mnie powstrzymywał. A że właśnie straciłam do niego dostęp, nic nie stało na przeszkodzie, żeby wreszcie trochę odpocząć. Uzgodniłam zatem z Nataszą, że ponownie to ona zajmie się naszymi angielskimi i włoskimi klientami. Sama spakowałam walizki. Zbliżała się sesja, ponadto wciąż pracowałyśmy przy czterech dużych eventach w Małopolsce i telefony nie przestawały dzwonić. W Polsce czekało mnóstwo nowych zleceń, a w Londynie nic mnie już nie trzymało.
Przez terminal jak zwykle przewijały się tłumy pasażerów. Nadałam bagaż, więc nadszedł czas, żeby pożegnać się z odprowadzającą mnie Nati. Słowiańska dusza mojej przyjaciółki smarkała jak szalona. Co oczywiście w jakiś totalnie niepojęty sposób wcale nie odejmowało jej urody. Każda inna kobieta w trakcie zalewania się łzami wyglądałaby jak półtora nieszczęścia. W przypadku Nataszy łzy sprawiły, że wielkie zielone oczy stały się po prostu ogromne, a zamiast czerwonego nosa i plam na twarzy pojawiły się na niej jedynie rumieńce podkreślające słodycz i niewinność rysów.
Cholera, ja wyglądałabym jak skrzyżowanie wujka Tadka, który powinien mieć kartę stałego klienta w osiedlowym browarku, z wodnicą ze starych legend. No, ale to ja. Nat była urodzoną modelką, nawet z czterdziestostopniową gorączką czy ospą prezentowałaby się doskonale.
- Nie rycz, do diabła - burknęłam, obejmując przyjaciółkę. - Po pierwsze to raptem kilkaset kilometrów, po drugie zobaczymy się za parę tygodni, a po trzecie co drugi facet w pobliżu już biegnie, żeby otrzeć te łzy i zaraz się nam tu zrobi zbiegowisko.
- Tylko co drugi? - Natasza posmutniała. - Tracę vibe?
Wspomniałam, że jest narcyzem?
- Nie, głupolu. - Objęłam ją z rozbawieniem. - Drugiej połowie towarzyszą laski, więc im nie wypada.
- Będę tęsknić - wymruczała w moją skroń.
- Pierre cię pocieszy - zażartowałam wzruszona. - A jeśli nie wystarczy, zawsze możesz zadzwonić albo wpaść. Mam milutki pokój gościnny - przypomniałam.
- Uhm. - Ponownie mnie przytuliła, a potem się rozejrzała, sprawdzając efekt.
Serio, narcyz level master. Ale nie bez przyczyny, bo w tym samym momencie jakiś mijający nas mężczyzna tak się na nią zagapił, aż wlazł na stojak z walizkami. Musiałam odwrócić głowę, żeby ukryć rozbawienie.
Natasza się wyprostowała, dostrzegłam u niej samozadowolenie.
- No co? - zapytała.
Pokręciłam głową bez słowa, a dziewczyna błysnęła uśmiechem. Niestety zrobiła to również w stronę nieszczęśnika, ten ponownie się potknął. Zaraz się jednak wyprostował i, już nie patrząc w naszym kierunku, pobiegł do bramek.
- Dobra, piękna - poklepałam przyjaciółkę po ramieniu - zbieraj się. Odezwę się pod koniec tygodnia. W piątek mam spotkanie z Global Erase, a pamiętasz, że w czwartek omawiam lipcowy event?
- Jasne, pamiętam. - W głosie Nat pobrzmiewało zniecierpliwienie. - I o tym, że w piątek widzę się z ludźmi z firmy odzieżowej. - Przewróciła oczami, a potem postukała się po ślicznej głowie. - Ona jest nie tylko ładniutka. Spokojnie, wszystko mam poukładane.
- Nigdy w to nie wątpiłam - oświadczyłam uroczyście.
Uwolniłam się z objęć, złapałam podręczną torbę i posławszy buziaka wciąż smutnej piękności, ruszyłam do bramek.
Chwilę później siedziałam w lotniskowej kawiarni, czekając na podstawienie samolotu. Jeszcze parę minut wcześniej obok napisu "Kraków" na tablicy widziałam "O czasie", ale ledwie pożegnałam się z Nataszą, zmieniło się to na "Opóźniony". W sumie nigdzie mi się nie spieszyło, więc nie rozpaczałam. Z kiepściutkiej oferty książek w sklepie z prasą wybrałam jakąś lekturę, po czym zamówiłam sobie kawę. Znalazłam ostatni wolny stolik i usiadłam przy nim w głębokim, niezwykle wygodnym uszaku. Książka okazała się niewarta tych kilku funtów, dlatego odłożyłam ją po dwudziestu stronach. Dokładnie w momencie, w którym obok mnie zatrzymał się wysoki mężczyzna, dzierżąc w dłoni tacę z kubkiem i kanapką.
- Przepraszam - zagaił piękną oxfordzką angielszczyzną - czy mógłbym się dosiąść? To, zdaje się, ostatni wolny fotel.
Generalnie nie miałam nic przeciwko towarzystwu. Lubiłam poznawać nowych ludzi. Teraz też jakoś nie tęskniłam za samotnością. Dodatkowo gość miał przyjemne rysy twarzy, interesującą sylwetkę i oczy, od których trudno było oderwać wzrok. Głęboko osadzone, okolone firanką czarnych rzęs, ciemnoniebieskie - o takim odcieniu, że chyba nosił soczewki, bo trudno uwierzyć, że natura mogła go stworzyć. Z takimi oczami mógł zrobić karierę w show-biznesie, choćby cała reszta nie była interesująca. A była. Zwłaszcza w tym kremowym, lnianym garniturze. Zawsze miałam słabość do eleganckich mężczyzn. I nie zmniejszył jej nawet widok marynarskiego worka przewieszonego przez ramię elegancika.
- Jasne. - Zaprosiłam gestem.
Kiedy nieznajomy się uśmiechnął, policzki ozdobiły mu dwa słodziachne dołeczki, nadając tej całkiem ładnej twarzy figlarny wyraz. Zwykle urzekały mnie takie dołeczki, ale nigdy nie szukałam ich w tak młodych mężczyznach. Mój target to gość starszy ode mnie co najmniej o pięć lat, ustosunkowany i z poukładanym podejściem do świata. Taki, który podróżuje z walizką za kilka tysięcy, a nie z workiem marynarskim. Już to podważało kandydaturę właściciela dołeczków na rezydenta mojego łóżka, a fakt, że wyglądał na młodszego ode mnie, eliminował ją całkowicie.
Chociaż... z drugiej strony... ten lniany garnitur dodawał mu parę punktów.
- Dzięki. - Mężczyzna usiadł, nieświadomy kierunku moich rozmyślań, po czym położył swoją tacę obok filiżanki. - Dobra? - zapytał, wskazując porzuconą przeze mnie książkę.
- Niespecjalnie. - Wsunęłam tom do torebki. - Ale wybór był marny.
- Wiem. Też się nad nią zastanawiałem.
- Mogę ci ją dać, jeśli chcesz. - Ponownie sięgnęłam do bagażu, ale chłopak powstrzymał mnie gestem.
- Nie trzeba. Wierzę w twoją opinię.
Przekrzywiłam głowę i przyjrzałam mu się kpiąco. Coś w jego spojrzeniu, w mimice, w tonie głosu, coś dziwnego, niesprecyzowanego, skusiło mnie do skrócenia dystansu. Nie zwykłam tego robić, nie po zamienieniu dwóch zdań z obcym człowiekiem na lotnisku. Zdecydowanie nie było to w moim stylu, mimo to nie potrafiłam się powstrzymać.
- Taki z ciebie łatwowierny chłopiec?
Wyszczerzył się zaczepnie.
- Tylko w stosunku do pięknych kobiet.
Zmrużyłam oczy.
- I laski lecą na takie suchary?
Pochylił się w moją stronę. Pachniał znajomo... Lancôme jak nic. Hypnôse Lancôme z tą lawendową nutą.
- Wszystkie, jak jedna, królewno - wymruczał.
Bezczelny gówniarz. Zawsze lubiłam takich gości. Głównie ucierać im nosa, ale tym razem mogłam nieco naciągnąć zasady.
- Wolę myśleć, że jestem wyjątkowa. - Puściłam do niego oko.
- O, jesteś. Na pewno.
Naprawdę mógłby zrobić karierę w show-biznesie. Nawet mu powieka nie drgnęła, gdy potaknął. Z każdą chwilą podobał mi się coraz bardziej. Nie żebym szukała nowego faceta, pościel po Billym jeszcze nie ostygła. Ale przecież co innego szukanie faceta, a co innego przyjemny flirt z nieznajomym Brytyjczykiem na lotnisku. Ani więcej gościa nie zobaczę, ani nawet nie znam jego imienia.
- Ideał - westchnęłam ostentacyjnie. - Zgodny, ufny, grzeczny. Absolutny ideał.
- I jeszcze świetny w łóżku - dodał niewinnie.
Serio, bezczelny. Ale cudownie bezczelny.
- Kotek - ściszyłam głos do szeptu - w przeciwieństwie do ciebie ja nie wierzę na słowo.
Parsknął głośnym śmiechem, ściągając na nas spojrzenia innych pasażerów. Ja też się uśmiechnęłam. Zainteresowanie ze strony obcych towarzyszyło mi od jedenastu lat. Przywykłam.
- Ale wiesz - chłopak nie przestawał się śmiać - że każdy facet chętnie wprowadzi to konkretne słowo w czyn?
- Wprowadzi?
Rozejrzał się ostentacyjnie.
- Warunki co prawda nie sprzyjają, ale jestem gotowy podjąć wyzwanie.
Poruszyłam brwiami.
- Jesteś gotowy? Tak od razu?
- Stymulant świetny, to i gotowość błyskawiczna.
Przez sekundę, może nawet dwie, zastanawiałam się nad tą propozycją. I jeśli mam być szczera, a nie zwykłam się okłamywać, naprawdę mnie kusiła. Seks w lotniskowej toalecie, szybki, bezosobowy i z gościem, którego zapewne nigdy więcej nie zobaczę. Mogłoby być niesamowicie. Podwójnie niebezpiecznie, bo nie dość, że za seks w publicznym miejscu groziłoby nam aresztowanie, to jeszcze zrobiłabym to z nieznajomym...
Tak, kusiło mnie. Na szczęście właśnie w tej chwili z głośników rozległ się sympatyczny damski głos, który zapowiedział rozpoczęcie boardingu na spóźniony lot do Krakowa.
- Przykro mi - wstałam, szczerze rozczarowana - że nie poznam twoich zapewne niesamowitych umiejętności. Podstawili mój samolot.
On też się podniósł. Patrzył, jak zbieram swoje rzeczy, i nie przestawał się uśmiechać.
- Zawsze możesz zostać i złapać inny - powiedział nagle. - Uwierz mi, warto.
Skinęłam głową i zaraz zrobiłam smutną minę.
- Kuszące - zauważyłam poważnie - ale może kiedy indziej. Miło było cię poznać.
Zrobiłam ze dwa kroki, gdy usłyszałam:
- Może chociaż dasz mi swój numer?
Zawahałam się. Tylko na moment.
- Nie. Dziękuję - powiedziałam w końcu, a potem już bez pożegnania ruszyłam w stronę swojej bramki.
Kiedy kołowaliśmy do startu, nadal myślałam o tych intensywnie niebieskich oczach, dołeczkach i mocnych palcach, które mogłyby mi pomóc zapomnieć o bożym świecie. Następnie wystartowaliśmy i przestałam myśleć o przystojnym chłopaku.