wstęp
O zmarłych - dobrze albo wcale. O znanych zmarłych - wcale albo możliwie
prawdziwie. Taka jest cena bycia osobą publiczną. A kiedy zostaje się
wyniesionym do rangi dobra narodowego - tym bardziej.
8 września 2021 roku Krzysztof Krawczyk skończyłby 75 lat. I to z tej
okazji miała powstać książka, do której o wypowiedź poproszony został
również artysta. Pomysł wydawał się lekki i przyjemny, zwłaszcza że
wszystkie wcześniejsze rozmowy z piosenkarzem przebiegały w przemiłej
atmosferze i poczuciu, że po drugiej stronie nie siedzi nadęty gwiazdor,
lecz ktoś, kto wychodzi naprzeciw i dołoży wszelkich
starań, by ułatwić dostęp do siebie. Bo tego wymaga grzeczność.
Wywiad do "Machiny" zapamiętam szczególnie, jako "rozmowę drogi".
Zaczęliśmy od spotkania w hotelu MDM, ale potem dogrywaliśmy fragmenty
przez telefon, kiedy Krzysztof Krawczyk, który był właśnie w trasie
koncertowej, jechał samochodem na dłuższych odcinkach. Sam dzwonił w dogodnym momencie i nie czekając na pytania, zaczynał od słów: "Dobrze,
że rozmawiamy tak na raty, bo a propos tego, co powiedziałem wcześniej,
muszę uzupełnić...".
Nasza pogawędka w odcinkach, pogawędka o życiu, a nie o szlaku bojowym
artysty, trwała trzy dni. I - jak pokazało doświadczenie - była możliwa
tylko z tym człowiekiem.
Sporo więc radości przyniosły mi późniejsze słowa: "Tekst, który powstał
z tamtych rozmów, był bardzo ważny, dał początek nowemu etapowi w moim
życiu zawodowym" - powiedział K.K. Popijał kawę w pubie w Łomiankach,
gdzie kręcił teledysk z Edytą Bartosiewicz do wielkiego późniejszego
hitu Trudno tak. Ona rządziła, on przycupnął przy bocznym stoliku. Był
początek lata 2004.
Trudno tak naprawdę zaczęło się jesienią ubiegłego roku. Żona Krzysztofa
Krawczyka i jego menadżer w odpowiedzi na propozycję wywiadu rzeki z artystą zgodnie stwierdzili, że teraz nie jest dobry czas na rozmowę, bo
trwa pandemia, jak więc aranżować spotkanie, a co dopiero serię spotkań.
Mimo wszystko czekaliśmy wraz z wydawnictwem na lepszy moment, z nadzieją na bezpośredni kontakt z bohaterem. Zwłaszcza że film
biograficzny z udziałem Krawczyka, Całe moje życie, udało się skończyć
(został pokazany w telewizji w święta Bożego Narodzenia).
Pogrzeb Krzysztofa Krawczyka, Łódź, 10 kwietnia 2021.
Fot. Tadeusz
Wypych/ REPORTER/East News
A potem zaczęły docierać bardzo niepokojące wieści o stanie zdrowia
Krzysztofa. Aż przyszła ta najgorsza.
Potrzeba było więcej czasu, by wrócić do tematu książki. Oczywiście
będzie ona zasadniczo inna. Nie ma Krzysztofa Krawczyka, za to jego brak
pokazał, jak bardzo był ważny i drogi wielu ludziom należącym do co
najmniej trzech pokoleń. Jego piosenki wryły się nam niemal w DNA, a dorobek zainspirował artystów street artu, musicalu i hip-hopu.
Niektórym z tego ostatniego środowiska wujek Krzysiek "zalazł za skórę"
do tego stopnia, że wytatuowali sobie jego twarz na własnych ciałach.
Niestety pożegnanie artysty, przez swój bardzo medialny charakter,
ujawniło opinii publicznej coś jeszcze: głęboki rozłam w rodzinie
zmarłego i antagonizm między wdową a synem piosenkarza, dający o sobie
znać nawet w obliczu śmierci najbliższej osoby. Dlatego teraz, skoro
pozwoliło się na obecność kamer tuż przy trumnie, nie ma co uciekać się
do praw do prywatności czy intymności. Zresztą państwo Krawczykowie
nigdy nie stronili ani od mediów, ani od wyznań intymnych, czego dowodzą
opowieści o seksie uprawianym na pokładzie samolotu.
Zorganizowany przez TVP koncert pamięci Krzysztofa Krawczyka Jak
przeżyć wszystko jeszcze raz?, Opole, 30 maja 2021.
Fot. Jan
Bogacz/TVP/East News
Tym razem chodzi o coś znacznie głębszego niż pruderia i pospolity
wstyd. Historia relacji rodzinnych, jaka się ujawniła w setkach
artykułów i tysiącach komentarzy, ma bowiem wiele płaszczyzn. Może być
traktowana jako opowieść o dyskryminacji w rodzinie, o zakłamaniu, o chciwości, o zawłaszczeniu człowieka i postrzeganiu go przez otoczenie,
o zaniedbaniu, o narcystycznym skupieniu artysty na jego dziele, o miłości zaborczej i zazdrości ponad miarę, o wzmocnionym micie okrutnej
macochy i nadwątleniu szczęśliwego obrazu rodziny patchworkowej, o istocie pojęcia zadośćuczynienia krzywdzie i o sumieniu nawet... Ale to
już zostawmy spowiednikom i Najwyższemu.
Mural gdańskiego artysty streetartowego Piotra Tuse Jaworskiego na ulicy
Partyzantów w Gdańsku-Wrzeszczu, 29 kwietnia 2021.
Fot. Karolina
Misztal/REPORTER/East News
Przejmujące, bolesne i niepozwalające na odwrócenie głowy jest
wykluczenie człowieka chorego i milcząca zgoda na krzywdę dziejącą się
za kulisami małżeńskiej radości, miłości i dobrobytu. Choć chciałoby się
wierzyć, że to też jest obrazek uproszczony.
To, co w życiu ważne,
Czuje każdy z nas.
To, co w życiu ważne,
To w sobie masz od lat.
W jego oczach tyle radości,
Co w twych niepokoju.
Wciąż cię peszy jego szczerość,
On wie, kim naprawdę jesteś.
(To, co w życiu ważne,
muzyka i słowa Dean Dyson i Scott English,
tekst polski Ania Dąbrowska)
Dziwnie brzmią w tej sytuacji słowa piosenki.
Rozstrzygnięć i prawd ostatecznych nie będzie. Retuszu bohatera też nie.
Opowieść biograficzna wymaga sięgnięcia do faktów z różnych stron. A dzieci sławnych rodziców, tak często przez nich zaniedbywane, pomijane,
odtrącane, marnowane (córka Nata Kinga Cole'a, córka Whitney Houston,
córka Judy Garland, córka Wojciecha Kordy), po śmierci matki gwiazdy czy
ojca bożyszcza mają prawo do swojej prawdy. Na równi z innymi.
My, pozostali "wychowankowie" Krzysztofa Krawczyka, mamy to szczęście,
że zostawił nam spadek niezbywalny i nieprzemijający: piosenki.
drugie życie, czyli między biesiadą a kulturą dancingu
- Szerokie plecy, zwieńczone czupryną, pochylone nad zlewem. I miarowo
poruszające się łokcie, najwyraźniej zaangażowane w zmywanie naczyń -
takiego go zobaczyłem na żywo po raz pierwszy - wspomina spotkanie z Krzysztofem Krawczykiem Daniel Wyszogrodzki, autor tekstów, m.in.
słynnego i ważnego Mój przyjacielu. Działo się to w domu Marka
Kościkiewicza w Gołkowie pod Warszawą. Był maj 2001 roku.
Stacjonował tam wtedy i pracował Goran Bregović ze swoimi muzykami,
trwały przymiarki do nagrań z Krawczykiem na płytę Daj mi drugie
życie.
- Popołudnie przebiegało, powiedziałbym, dość leniwie - mówi Daniel. - W otwartej części salonowo-kuchennej i na tarasie panowała luźna
atmosfera. Goran coś podgrywał, ktoś z kimś rozmawiał, ktoś inny jadł...
Tylko nigdzie nie było Krzysztofa. Szukałem go po pokojach, żeby się
przywitać, w żadnym nie znalazłem. Dopiero gdy zajrzałem do kuchni,
zobaczyłem go "na zmywaku". "Dzień dobry, panie artysto". Cisza, zero
reakcji. Poklepałem w ramię. "Panie artysto...". Nic, cisza. Za trzecim
podejściem usłyszałem: "Jeszcze raz nazwiesz mnie artystą, to jebnę".
Oczywiście zaraz potem przywitaliśmy się bardzo serdecznie, jakbyśmy się
znali od lat. A było to nasze pierwsze spotkanie.
Charakterystyczne dla Krzysztofa Krawczyka było to, że pilnował, by go
nie tytułować; ani gwiazdorem, ani idolem, tym bardziej celebrytą. A zwłaszcza artystą. Pielęgnował w sobie poczucie proporcji. "Lubię się
dzielić z ludźmi tym, co mam między czwartym a piątym kręgiem szyjnym,
czyli głosem"1 -
zwykł prostować.
W dzisiejszych czasach, w których za twórcę gotów jest uważać się każdy,
kto wrzuci półminutowy filmik do Internetu, taka powściągliwość uderza.
Zwłaszcza w ustach kogoś, kto przecież bywał już na szczytach
popularności i stał się ikoną minionych dekad. Najpierw jako członek
Trubadurów, a potem już jako solista. Można dyskutować, czy jego słynny
Parostatek obrał dobry kurs, ale bez tego i innych ówczesnych
przebojów Krawczyka lata 70. byłyby wyblakłe jak ówczesne fotografie
kolorowe robione na taśmie ORWO. Każdy Polak żyjący w tamtych czasach
musiał zadać sobie pytanie Jak minął dzień przynajmniej pięć razy w tygodniu. Radio i telewizja były w tym nieugięte. Ciągle apelowały też:
Wróć do mnie. Człowiek z wąsem (nie, nie chodzi o Wałęsę), w przyciasnych spodniach dzwonach i koszulach z szerokimi kołnierzykami,
równie szeroko odsłaniającymi klatkę piersiową, był nam bliższy niż
kuzyn z sąsiedniej dzielnicy. A w każdym razie częściej go widywaliśmy.
I choć wówczas nie wszyscy poszliby za nim jak na bal, bo woleli na
przykład Cień wielkiej góry, dziś, z perspektywy czasu, wiemy
doskonale, że Krawczyk był twarzą, ikoną i logo PRL-u, jak fiat 125p,
telewizor Rubin czy oranżada w proszku.
On sam wydawał się świadom jeszcze czegoś innego. Należał do pokolenia
piosenkarzy, czyli typowych wykonawców często nie dość wymarzonego
repertuaru. W tamtych czasach rynek muzyczny funkcjonował zupełnie
inaczej niż dziś. Planowało się co najwyżej kolejne występy, a nie
kariery. Sukcesy były pisane powodzeniem nie nowych płyt, lecz miejscami
i nagrodami na festiwalach. Nie liczyło się to, co kto wypracuje w studiu, lecz jaką piosenkę z jakim kunsztem zaprezentuje publiczności i jury na żywo. Piosenkarze byli bardzo profesjonalni, skoro musieli
porwać widownię w trzy minuty z groszami, czyli w czasie trwania utworu.
Jednak ich mistrzostwo dotyczyło perfekcyjnego wykorzystania głosu,
czyli emisji, dykcji, interpretacji. Rzadziej natomiast bywali autorami
słów utworu czy kompozytorami.
Krawczyk wiedział, że rola wykonawcy to mało. Tradycyjny impresariat też
nie wystarczy. Trzeba kogoś w rodzaju demiurga kariery. Ci, którzy znali
piosenkarza w tamtych latach, mówią, że nawet wtedy czuł się
niewykorzystany. Miał gigantyczny potencjał w gardle i przez większość
trwania kariery nie było przy nim nikogo, kto potrafiłby porządnie
oprawić ten skarb. Miotał się więc, odwoływał do ówczesnych patentów
typu "drugi Elvis Presley", "Tom Jones Wschodu" itp. Kiedy zderzył się z rzeczywistością amerykańską i zobaczył, że oni i bez niego mają n-tą
liczbę swoich Elvisów, pojął, że albo ktoś znajdzie pomysł na niego, na
Krawczyka, albo będzie klapa. Zwłaszcza że lata 90. potwierdziły
dobitnie: teraz rynek zdobywają osobowości artystyczne, czyli twórcy,
którzy wiedzą nie tylko jak, ale i co chcą powiedzieć. Albo tacy
wokaliści, nad którymi pracuje sztab ludzi według precyzyjnego pomysłu
na danego wykonawcę. Krawczyk czekał na pomysłodawcę nowej epoki. Na
kogoś, kto obsadziłby go inaczej, niż miało to miejsce dotychczas, tak
jak Rick Rubin zrobił z Johnnym Cashem.
Słynny muzyk country, ulubieniec Ameryki z rejonów prerii, po latach
błąkania się w okolicy Nashville i - podobnie jak Krawczyk - między
różnymi stylami, zaufał komuś młodszemu i z innej bajki. Rick Rubin,
producent muzyczny kojarzony z Red Hot Chilli Peppers, Beastie Boys, ale
też i AC/DC, znalazł pomysł na Casha i jego zachrypnięty baryton.
Nagrali serię płyt American, gdzie Johnny śpiewa całkiem odległe od
siebie covery. I kiedy słucha się w jego wykonaniu Personal Jesus
Depeche Mode, przechodzą człowieka ciary. Bardzo udana artystyczna
reinkarnacja. Potem piosenka The Wanderer w wykonaniu Casha znalazła
się na doskonale przyjętej płycie Zooropa zespołu U2. I nikt już nie
miał wątpliwości, że Johnny to naprawdę mocny kowboj. Sam jeden, tylko z gitarą akustyczną.
Po co komu cała elektronika, kiedy ma się takiego Casha z głosem jak
katedra? Krawczyk czekał na kogoś, kto pomyśli: po co wyciskać na siłę
wokalizy z młodych, obdarzonych często średnią skalą głosu, skoro na
zapleczu siedzi cicho facet o "sygnale" jak eksplozja?
Czekał długo. Aż na jego progu stanął Marek Kościkiewicz z Bregoviciem.
I żeby nie stwarzać wrażenia, że Krawczyk to wprawdzie nie drugi
Presley, ale drugi Cash... Tu nie chodzi o duplikaty czy falsyfikaty. A zresztą... tak jak część nagrań z American Recordings Johnny'ego Casha
powstała w klubie Viper Room należącym do Johnny'ego Deppa, tak
młodzieńcza sylwetka tego aktora przemknie również gdzieś w tle
opowieści o odrodzeniu Krawczyka. I nie będzie to jedyna klamra
spinająca dwa życiorysy.
Przełom tysiącleci wprowadzał ludzi w rozmaite nastroje. Zmiana
pierwszej cyfry w roku to jednak co innego niż ostatniej. Niby zmiana
kartki w kalendarzu, a jednak oszołomienie na miarę odysei kosmicznej.
Wieszczono nawet ogólnoświatową katastrofę komputerów. Jak więc radzili
sobie ludzie?
Jedni czuli się zaniepokojeni wielką nieodwracalnością, jakby z wybiciem
północy mieli się postarzeć dwa razy bardziej. Inni odczuwali
podekscytowanie, które towarzyszy chwili poprzedzającej spełnienie
obietnicy. Snuli plany, marzenia, projekty, składali wyjątkowe
noworoczne przyrzeczenia i podejmowali postanowienia. Jednym coś się z nich spełniło, innym - mniej. Krzysztof Krawczyk na tej giełdzie okazał
się wyjątkowym szczęściarzem. Nowe tysiąclecie dało mu drugie życie, nie
tylko pod postacią płyty, lecz w odniesieniu do całej kariery.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej mówił: "Mam 52 lata i właściwie mógłbym
już zejść z linii strzału, lecz są kredyty, zobowiązania..."2. Te słowa padły w wywiadzie dla "Machiny", liczącego się wtedy magazynu popkulturalnego,
co ważne o tyle, że akurat założyciel tego pisma dmuchnął Krawczykowi w skrzydła. Życiodajnym dla piosenkarza powiewem okazał się album duetu
Bregović-Krawczyk, który wymyślił, jak wspominałam, Marek Kościkiewicz,
lider De Mono, a także właściciel wytwórni fonograficznej Zic Zac,
późniejszego trzonu polskiego oddziału koncernu BMG, czyli muzycznej
odnogi Bertelsmanna.
Wreszcie przed Krawczykiem otworzyły się drzwi odpowiedniej wielkości.
Wykorzystał to. Chwila wymagała odwagi - znalazł ją w sobie. Pozwolił
sobie pomóc. Od nowa spojrzał na siebie, swoje możliwości. Miał też po
swojej stronie publiczność, sprzyjała mu a priori, bo ludzie kochają
takich bohaterów! Nieprzypadkowych, bo nie od pierwszego wejścia.
Bohaterów z przeszłością: raz już upadłych lub zepchniętych na pobocze,
którzy jednak powracają, by ostatecznie wygrać. Kibicujemy im z wiarą,
że oliwa sprawiedliwa, i nadzieją, że i my doświadczymy losowego
wyrównania. Wybaczamy wcześniejsze słabości charakteru i słabe loty,
jako i sobie wybaczamy. Należało się! - mówimy z przekonaniem, zupełnie
jak nie my. Ufamy nawet, że tak jak mocny głos i ewidentny talent
pozwoliły ostatecznie obronić się Krawczykowi, tak i my mamy swoje asy w rękawach. Nawet jeśli całe życie chodzimy w T-shirtach.
Ci sami, którzy mieli Krzysztofa Krawczyka w nieżyczliwej pamięci i widzieli w nim dinozaura PRL-u, nagle poczuli sentyment. Teraźniejszość
uszlachetniła przeszłość.
Niegasnące w ludziach łaknienie happy endu kazało im wcześniej pokochać
wielu artystów zasłużenie powracających z peryferii sławy. Spektakularny
come back potrafi elektryzować bardziej niż brawurowy debiut. Tak jak
powrót Tiny Turner i Davida Bowiego. I Sixto Rodrigueza, bohatera filmu
Sugar Man, amerykańskiego barda, któremu wróżono karierę Dylana, a potem zapomnianego na lata i zmuszonego do niewdzięcznych prac
fizycznych za grosze.
Do tego grona triumfatorów drugiego wejścia można właściwie dopisać
Gorana Bregovicia. Dał się poznać w latach 70. jako muzyk
najpopularniejszego jugosłowiańskiego zespołu rockowego, Bijelo dugme.
Ale światową sławę i pełnię twórczą osiągnął w innym rozdziale swojej
kariery, kiedy zaczął komponować muzykę do filmów, a potem też
spektakli. Żeby do tego doszło, i na niego ktoś musiał mieć świeży
pomysł.
Każdy sukces ma wielu ojców, więc aby dobrze zrozumieć, co kto komu
podpowiedział, warto cofnąć się jeszcze dwa lata przed spotkaniem ekipy
w Gołkowie.
Jednym z laureatów dorocznej nagrody "Machiny", czyli Machinerów, został
właśnie Goran Bregović, wielbiony w Polsce jako kompozytor muzyki do
filmów Emira Kusturicy, w tym takich hitów jak Arizona Dream, Czarny
kot, biały kot czy Underground. Być może wojna na Bałkanach
przyczyniła się do skupienia uwagi świata na twórczości ludzi
wywodzących się stamtąd, a Bregović jest urodzonym w samym Sarajewie pół
Serbem, pół Chorwatem. Z drugiej strony lata 90. okazały się chwilą
obiecaną dla wielu kompozytorów muzyki filmowej. W tamtym czasie nie
można było nie wiedzieć, że Michael Nyman pisał dla Petera Greenawaya i Jane Campion, Hans Zimmer "oprawił" muzycznie m.in. Karmazynowy
przypływ i Cienką czerwoną linię, a Preisner zaznaczył się w filmach
Kieślowskiego. Ich kompozycji słuchało się nie tylko w kinach, lecz
także z doskonale sprzedających się soundtracków. Sami twórcy zaś wyszli
z cienia i zyskali status VIP-ów i gwiazd.
Bregović był naprawdę KIMŚ, kumplem Emira Kusturicy, u którego zagrali
Faye Dunaway, Vincent Gallo i przywoływany już w tej opowieści młody
Johnny Depp.
Nic dziwnego, że pojawienie się kompozytora w klubie Stodoła w 1998 roku
na uroczystości wręczenia Machinerów wywołało wielkie poruszenie. To
wtedy i tam właśnie poznała go Kayah, również laureatka Machinera, a Kościkiewicz rzucił pomysł stworzenia z nich duetu. By to
urzeczywistnić, zaproponował Grzegorzowi Brzozowiczowi, redaktorowi
"Machiny" i znajomemu Gorana, by poprowadził realizację projektu. Razem
pojechali do Belgradu i szybko dogadali się z Bregoviciem, który zażądał
"jedynie" 80 tysięcy dolarów za przygotowanie albumu. W ten sposób,
mówiąc w dużym skrócie, powstał hit płytowy z numerami Prawy do
lewego, Byłam różą czy Nie ma, nie ma ciebie.
- O szansę nagrania tego albumu rywalizowaliśmy, jak doszły nas słuchy,
z Universalem [konkurencyjny koncern płytowy - przyp. aut.], z którym
Goran miał kontrakt wcześniej. Universal chciał przytrzymać artystę.
Przypuszczaliśmy, że przymierzali się do zestawienia Bregović-Anna Maria
Jopek - mówi Kościkiewicz.
Goran Bregović podczas wspólnego koncertu z Krzysztofem Krawczykiem,
Sala Kongresowa, Warszawa, grudzień 2001.
Fot. PAP/TVP/Ireneusz
Sobieszczuk
Ostatecznie album Kayah i Bregović został platynową płytą, a warszawski koncert promocyjny na torach wyścigów na Służewcu przyciągnął
50 tysięcy widzów, został pokazany w TVN i był kolosalnym wydarzeniem.
Rozochocony sukcesem kompozytor podsunął ideę kolejnego albumu wydanego
w Polsce, tym razem z męskim głosem.
- Goran był wtedy w Polsce bogiem - mówi Grzegorz Brzozowicz, który
reprezentował interesy Bregovicia w naszym kraju. - Zaraz po Machinerach
uczestniczyłem w trasie po Polsce z nim i jego orkiestrą, podczas której
zagrali 13 koncertów i za każdym razem wywoływali totalną euforię.
Wyprzedane zostały wszystkie amfiteatry, sale i hale na dziesiątki
tysięcy widzów. Wszędzie Goran przyjmowany był jak największe gwiazdy
pop czy rocka. Oczywiście po sukcesie płyty Kayah i Bregović tym
bardziej.
Gdy rozpoczęto rozmowy o drugim albumie, pierwszym z wyboru był Czesław
Niemen. Do ostatecznej współpracy nie doszło; zbyt silne osobowości.
Poza tym "Goran chciał nagrywać za trzy miesiące, a pan Czesław
najwcześniej za trzy lata" - tłumaczy Brzozowicz. Pozostawało pytanie:
jeśli nie Niemen, to kto? Chciałby zapewne każdy, ale oczekiwania były i wysokie, i specyficzne.
"Dajcie mi kogoś maksymalnie swojskiego, wieśniaka z biesiady czy
klezmera z dancingu - mówił serio do Brzozowicza Goran. - Potrzebny mi
ktoś, kto już coś w życiu przeżył: kiedyś był wielki, a teraz jest
zapomniany". Tak kompozytor skonkretyzował swoje "zamówienie". W jego
słowach absolutnie nie czaiła się żadna obelga. Przeciwnie, Bregović
ceni kicz, w przeciwieństwie do tandety. "Kicz - twierdzi - to coś
najcieplejszego, co wszyscy na całym świecie podobnie odczuwają,
rozumieją i czego tak naprawdę potrzebują".
Przy stole w restauracji Buffo, gdzie kuchnię prowadził wtedy Maciej
Kuroń, siedzieli, poza Goranem i Brzozowiczem, Kościkiewicz i osoby z BMG pracujące nad nowym projektem, z Serbką Bilianą Bakić, szefową
oddziału. Kiedy stało się jasne, że kluczem doboru mają być
doświadczenie artysty i nostalgia, jaką wzbudza on u publiczności,
Kościk błyskawicznie strzelił: Krawczyk!
I nikt już nawet nie próbował "przebijać" tej kandydatury.
Kapitan parostatku, od kiedy nim żeglował, a potem rzucił kotwicę,
przewędrował bardzo wyboistą drogę i nabył niebywale szerokiego
życiowego doświadczenia. Pod tym względem spełniał oczekiwania w 200
procentach. W wywiadzie dla "Machiny" opowiedział o swoich zakrętach
zaskakująco szczerze, najwyraźniej świadom, że z mediami współpracuje
się już inaczej niż w latach słusznie minionych. Był absolutnie
przygotowany na to, że nie padną ugrzecznione pytania typu: "Jak pan
wspomina swój występ?" albo standardowe "Jakie są pana najbliższe
plany?". Zresztą z planami był jeszcze na bakier.
Wielu piosenkarzy jego pokolenia nie chciało przyjmować do wiadomości,
że skończyły się czasy, gdy nie wypadało pytać o prywatność, a zwierzenia intymne, nie tylko w znaczeniu seksualnym, uznawano za
niesmaczne. Powracający z zagranicy Krzysztof był już wyraźnie oswojony
z tą koniecznością, a jako człowiek inteligentny i zdolny, niczym Zelig,
wtopić się w każde otoczenie, mógł też widzieć we współpracy z mediami
nowej odsłony potencjalne szanse.
Krawczyk wyjawił wtedy po raz pierwszy fakty dziś już z grubsza szeroko
znane, a mianowicie, że w Ameryce wiodło mu się różnie. Grali koncerty w Las Vegas, ale też w klubach polonijnych, a potem nie było występów
wcale, toteż kładł papę i budował werandy. Był uzależniony od leków,
jako że spotkał doktora, który przepisywał mu wszelkie specyfiki: na
spanie, na obudzenie, pobudzenie itd. Nie stronił od narkotyków:
haszysz, kokaina, LSD plus koniak przed występem. "Moi amerykańscy
muzycy przynieśli mi wtedy jako przestrogę książkę pt. Narkomania,
gdzie alkohol występuje na pierwszym miejscu, przed heroiną. Sami ćpali
ostro, a mną byli przerażeni"3 - mówił.
I zwierzał się, że od piętnastu lat jest z trzecią żoną, Ewą, która po
drodze przeszła poważną chorobę grożącą śmiercią. "Obiecaliśmy Bogu
wszystko, co tylko było możliwe. I choroba cofnęła się, choć lekarz
powiedział nam potem, że z medycznego punktu widzenia nie było żadnych
szans"4.
Z Ameryki przyjechał nawrócony: "To nie było wyedukowane, nie nadeszło
też w następstwie jakiegoś wydarzenia. Pojawiło się nie wiadomo skąd,
dlatego rozpatruję to, czego doświadczam, w kategoriach może nie cudu,
ale, powiedzmy, przeznaczenia"5.
Opowiadał też, jak wielkie spustoszenie zrobiły w jego zdrowiu dwa
wypadki samochodowe. Jeden, jeszcze w Ameryce, kiedy spłonął samochód,
przypłacił zawałem. Drugi, w Polsce, cudem przeżyli on i syn. O Juniorze
mówił pięknie: "Właściwie powinien wylądować na wózku. Ale walczył, a my
się za niego modliliśmy. Dziś jest pełnosprawnym człowiekiem. Bardzo
jestem z niego dumny"6. O sobie natomiast, mężczyzna o dotychczasowym statusie amanta estrady, rzucił od niechcenia: "Może
powinienem zrobić jeszcze jedną operację plastyczną"7 (wskutek uderzenia miał
zmasakrowaną twarz). I tyle o cielesności.
Ta nieoczekiwana "spowiedź" eks-Trubadura pokazała, że zyskał oblicze
bardziej rockandrollowe niż niejeden młody. Oblicze w każdym rozumieniu
tego słowa. Kiedyś ktoś w branży zrobił towarzyski ranking na
najbardziej rockowe twarze: wyraziste, zmęczone, zniszczone, a przez to
jakoś demoniczne. Krawiec był w tym zestawieniu wysoko.
Z młodzieńczą buzią Bregovicia, otuloną lokami, pasowali do siebie na
zasadzie kontrastu, podobnie jak ich style muzyczne.
- Tak od czapy wydał mi się ten miks, że aż genialny - wspomina Daniel
Wyszogrodzki. - Doświadczyłem czegoś na kształt olśnienia, kiedy
dostałem od Brzozowicza propozycję pisania tekstów dla duetu
Krawczyk-Bregović. Swoją drogą Bregović musiał sprawdzić ofertę,
najwyraźniej sporo się nasłuchał starych rzeczy Krawczyka, bo podczas
sesji, kiedy siedzieliśmy całą grupą w pokoju, nagle zagrał na gitarze
Rysunek na szkle. Oczywiście śpiewali wszyscy, a mnie udało się a vista strawestować słowa piosenki: "Idę dalej, żyję prędzej, pragnę,
tracę to, co mam..." przekształciłem na "Czas umyka coraz prędzej, gram z Goranem dla pieniędzy i bogacę się...".
Trzeba przyznać, że te pieniądze posypały się Krawczykowi w samą porę.
Może nie każdy pamięta, lecz w tamtych latach piosenkarzowi nie wiodło
się najlepiej. Za namową swojego menadżera wdał się w romans z muzyką
disco polo. Bez zamiłowania, z zimnej kalkulacji. Nie chciano jego
piosenek, jak i jego samego, w ówczesnych mediach publicznych, gdyż
należał do gwiazd minionego reżimu, i nawet jeśli nie zaliczał się do
pupili partyjnych decydentów, to kojarzył się z czasami ich rządów,
czyli źle. Był bez szans. Stąd pomysł Andrzeja Kosmali, by zaczepić
Krawczyka w pierwszej prywatnej telewizji Polsat. Tam nie mieli
uprzedzeń w związku z przeszłością, ale w programie Disco relax
królowało disco polo. Z niechęcią, ale jednak artysta w to wszedł. Potem
wielokrotnie podkreślał, że to był duży błąd. Przyjaciele najwyraźniej
chcą widzieć dobre strony każdego momentu, toteż Trubadur Sławomir
Kowalewski mówi:
- Uważam, że Krzysiek podniósł poziom całego tego nurtu. Inni starali
się mu dorównywać. Dzięki niemu disco polo przestało być prymitywne.
Jeśli nawet, to czyja w tym korzyść?
Dodatkowo Krawczyk miał wtedy sporo problemów finansowych. Dużo mówiło
się o naiwnie i fatalnie zainwestowanych pieniądzach w branży
hotelarskiej. Gwiazdor, który poznał już smak odrzucenia, postanowił
zabezpieczyć się na lata piosenkarskiej emerytury. Znamienne, że
pierwszy raz w ogóle o niej pomyślał. Czasy wprawdzie sprzyjały
przedsiębiorczości, ale łatwo było wpaść w złe towarzystwo, bo niektórzy
w latach 90. wolność woleli rozumieć jako wolną amerykankę. Zwłaszcza że
regulacje prawne nie nadążały za tempem przemian.
A jeszcze osobny kłopot tkwił w samym Krawczyku, który na biznesmena
nadawał się średnio, bo po pierwsze, słynął z rozrzutności, a poza tym
naprawdę był ludzkim panem. Kto osobiście przywozi robotnikom piwo na
budowę? Przed południem? A Krawczyk tak właśnie robił, co z rozrzewnieniem wspominał po śmierci gwiazdora Mariusz Szczygieł.
W każdym razie nie powstała sieć hoteli i klubów z parostatkiem w tytule, gdzie Krawczyk miał śpiewać na starość jak nestorzy sceny
amerykańskiej w Las Vegas. Nie powstał nawet pierwszy pensjonat w Szklarskiej Porębie.
Nic dziwnego, że jak nadeszła propozycja współpracy z Bregoviciem, żona
Krzysztofa Krawczyka widziała w tym rękę Boga. Nie wiadomo tylko
czyjego.
Krzysztof Krawczyk i Goran Bregović raz już otarli się o siebie, a raczej minęli, ponad dwadzieścia lat wcześniej, za kulisami Poznańskiej
Wiosny Estradowej - tak twierdzi Andrzej Kosmala. Nasz baryton wiódł
wtedy karierę solową, a Jugosłowianin (jeszcze istniało państwo
Jugosławia) występował w Polsce z Bijelo dugme (biały guzik).
Mówi się, że guzik jest symbolem rychłego powodzenia. Biały guzik okazał
się dla Krawczyka kołem ratunkowym i trampoliną w jednym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki