9
Nikt nie był i nigdy nie będzie gotów do takich poświęceń dla mnie jak ona. Gdy byłem mały, o siódmej rano emitowano bajki w telewizji. I to w niedziele. Od zawsze miałem problem z wczesnym wstawaniem. Nawet za cenę wykluczenia z podwórkowego towarzystwa. Wykluczany byłem, bo nie mogłem brać udziału w ożywionych dyskusjach na temat losów pokrzywdzonej dziewczynki, która wychowuje się bez rodziców, ale lekiem na jej bolączki jest wyobraźnia. Trochę kiepsko dla dziecka nie wiedzieć, o czym mówią rówieśnicy, i ja nie wiedziałem. A poczucie wyobcowania rosło. Kiełkowało pomału, ale w końcu całkowicie zarosło mnie od środka.
Opowiedziałem jej o tym, ale tylko dlatego, że nalegała. Weszła do mojego pokoju w sobotę wieczorem. Siedziałem na łóżku, licząc na to, że może następnego dnia obudzę się wystarczająco wcześnie, by już po południu razem z innymi móc opowiadać, co się stało i z pewnością stanie w kolejnym odcinku bajki.
Tak siedziałem i oszukiwałem sam siebie, że tym razem się uda. Wiedziałem, że nie mam najmniejszych szans...
- Jesteś smutny? - Jej głos wyrwał mnie z zamyślenia. Często łapię się na tym, że już nie pamiętam tego głosu. Ale tęsknię za nim. Bardzo. Nagrałem ją kiedyś na dyktafon, żeby nigdy go nie zapomnieć i móc go słuchać, gdy poczuję taką potrzebę. Podczas przeprowadzki zgubiłem stary telefon, na którym znajdowało się nagranie. Szukałem go wszędzie, na próżno. Jej głos przepadł, także w mojej pamięci.
- Nie - okłamałem ją.
- To skąd taka mina?
- Bo nie wstanę jutro rano. I znowu nie będę wiedział, o czym oni mówią.
- A o czym mówią? I co to za oni?
- No, inne dzieci. Cały czas mówią o tej bajce.
- Której?
- Na Dwójce leci rano.
- Kiedy?
- No, jutro.
Czułem, że za chwilę popłaczę się z bezsilności. A płakałem całe dzieciństwo, cały czas. Że dadzą w przedszkolu fasolę szparagową, a u mnie powodowała odruch wymiotny. Że psu jest ze mną źle, bo potrafi godzinami leżeć przy oknie balkonowym i nie reagować na moje wołanie. Że mama nie wróci od koleżanki, bo nie chce już ze mną mieszkać. Że obudzę się rano, a babci nie będzie, bo się jej znudziłem. Łzy potrafiły mi tak kapać... Latami tak kapały, do dzisiaj zresztą. Ale już nie przy ludziach, bo udaję, że nie potrafię płakać.
- Mam pomysł. - Uśmiechnęła się do mnie.
- Jaki?
- Obejrzę ją za ciebie. A gdy tylko rano się obudzisz, przyjdziesz do mnie, a ja opowiem ci wszystko z najmniejszymi szczegółami.
- Zapamiętasz wszystko?
Pamiętam tę nadzieję, która nagle pojawiła się we mnie.
- Zapamiętam.
- Wszystko?
- Czy ja cię kiedyś oszukałam?
- Nigdy.
- Uwierz mi więc.
Lubiłem, gdy całowała mnie w czubek głowy. Uratowała mnie przed kpiącymi spojrzeniami przy trzepaku.
- Tylko ja i ty będziemy o tym wiedzieć. Nikomu nie powiem.
- Przyrzekasz?
- Przyrzekam.
Wychodziła już z pokoju, przystanęła i odwróciła się do mnie.
- A teraz ty musisz mi coś przyrzec.
- A co?
- Ale przyrzekasz?
Małe zawahanie. Tak, nie, tak, nie, tak, nie. Ciekawość wzięła górę.
- Przyrzekam.
- Na wszystko?
- Na wszystko.
- Gdy kiedykolwiek będziesz miał jakiś problem, duży czy mały, zawsze przyjdziesz do mnie i mi o tym powiesz. A ja zawsze znajdę na wszystko rozwiązanie. Zgoda?
- Zgoda!
Po raz kolejny dała mi poczucie, że tylko na nią mogę liczyć. Że jest osobą, która uratuje mnie z każdej opresji.
- Dobrze.
Przyrzekłem.
- I już się nie smuć.
- Nie będę.
Wychodziła, gdy w mojej głowie pojawiło się nurtujące pytanie.
- Babciu...
Jej ręka zawisła na klamce.
- Słucham cię, syneczku.
- ...a ty mi nigdy nie umrzesz.
To nie było pytanie.
- Nigdy.
- Przyrzekasz?
- Przyrzekam.
- Na co?
- Na cały świat.
Znowu dzięki niej zasnąłem spokojny. Dziś czuję się przez nią oszukany. I nie potrafię jej wybaczyć tego kłamstwa. Wielokrotnie próbowałem, cały czas próbuję. W moim sercu zostanie już kłamczuchą. Oszustką, która ze mnie zakpiła.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI