Chcę, żebyś wiedział. Białe kłamstwa. Tom 1 - Aleksandra Muraszka

Kup ebooka

45.00 zł
36.45 zł (35,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Znów czuję ten potworny ból. Przedziera się przez moje ciało, nie dając mi chwili wytchnienia. Spoglądam na stolik nocny, na którym wciąż stoi jego zdjęcie. Czuję mdłości. Serce podchodzi mi do gardła, choć minęło już tyle czasu. A mimo to nadal, gdy tylko patrzę na fotografię, dostaję drgawek i chce mi się wyć. Nie wiedziałam, że człowiek jest w stanie tyle płakać. Że ma w sobie takie pokłady łez. One się nigdy nie kończą! Po długich godzinach użalania się nad sobą przychodzi moment, w którym zaczynam wspominać. Tak bardzo za nim tęsknię. Miałam tylko jego. Od wypadku naszych rodziców i ich niespodziewanej śmierci byliśmy wyłącznie ja i on. Ramię w ramię przeciwko światu.

Dokładnie dziś mija drugi rok, odkąd w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął mój brat.

Pamiętam, jak mnie przytulał. Pozwalał mi się wypłakać. Zawsze powtarzał, że trzeba dać ujście emocjom i nie można ich dusić w sobie. Gdy musiałam pokrzyczeć, krzyczał razem ze mną. Gdy chciałam być sama, zostawiał mnie samą. Nigdy na mnie nie naciskał. Na spokojnie wszystko tłumaczył. Zastępował mi ojca, był najlepszym przyjacielem. Czasem się ze mną kłócił, ale bardziej przypominało to lekką sprzeczkę niż poważną kłótnię. Był moim w s z y s t k i m.

W wielu kwestiach się nie zgadzaliśmy, to fakt. Na przykład mieliśmy odmienne zdanie co do ulubionego serialu na Netflixie, a to często prowadziło do wojny o pilota. Było jednak w tym coś uroczego. Pielęgnuję te wspomnienia, bo dają mi siłę. Kiedy nauczyłam się gotować, w każdy piątek przyrządzałam mu jego ulubione risotto. Polubił je podczas jednej ze szkolnych wycieczek do Hiszpanii. Zazdrościłam mu tego. Uwielbiam ten kraj i marzę o tym, by go kiedyś odwiedzić. Odkąd w moim życiu nie ma Jasona, w domu jest bardzo cicho i pusto. Podobnie jak w moim sercu. Tylko jego rzeczy wciąż walają się po każdym pomieszczeniu, bo nie jestem na tyle silna psychicznie, żeby je pozbierać. Ilekroć się do tego brałam, dostawałam ataku histerii. Odpuściłam więc i przestałam zawracać sobie tym głowę. Nie wchodzę też do jego pokoju. Wciąż mam nadzieję, że on zaraz z niego wyjdzie i wszystko wróci do normy.

Tak, wiem, jestem naiwna. Jednak dopuszczenie do siebie rzeczywistości i przyznanie przed samą sobą, że on już nie wróci... przyprawia mnie o palpitacje serca i siwe włosy. Dlatego nadal się oszukuję i odpycham od siebie te myśli.

Bardzo się boję tego, co będzie dzisiaj. Są bowiem moje dwudzieste drugie urodziny. Nie obchodzę ich od zniknięcia Jasona, a moja przyjaciółka Maya... no cóż, jest prawdziwą tradycjonalistką. Bez przerwy powtarza, że trzeba korzystać z młodości, bawić się, cieszyć każdym dniem, ale ja nie mam ochoty na imprezy, balowanie ani tym bardziej wdzięczność za kolejny dzień. Bo każdy od dwóch lat jest taki sam: szary i smutny. Nie przynosi nic dobrego. T y l k o mrok. Widzę j e d y n i e mrok. Nie interesuje mnie, że właśnie tego dnia się urodziłam. Jest mi źle, bo również tego dnia straciłam brata, i nie potrafię się z tym pogodzić. Tak, dokładnie. Jason zaginął w dniu moich zasranych urodzin.

Żołądek zaciska mi się w ciasny supeł. Przełykam z trudem ślinę i próbuję wziąć się w garść.

No dalej, Ami, dasz radę.

Staram się oderwać wzrok od jego roześmianej twarzy na zdjęciu. Naprawdę się staram, ale...

Niezbyt mi to wychodzi.

Zostało mi już tylko ono. Zdjęcie z roześmianym Jasonem na pierwszym planie. Z moim ukochanym starszym braciszkiem.

Nie becz, Ami. Tylko nie becz, powtarzam sobie raz po raz.

Plan jest prosty: zjem śniadanie, włożę swój ulubiony czarny T-shirt, jeansy i spróbuję przeżyć ten dzień. Jednak w głowie wciąż słyszę te same słowa: "Niestety, pani brat najwyraźniej nie żyje".

Nie żyje. Nie żyje. Nie żyje. Nie żyje. Nie żyje. Nie żyje.

Nie. Żyje.

Sześć miesięcy temu zamknęli sprawę. Po półtora roku dochodzenia uznali go za zmarłego, choć ciała nie odnaleziono. Nie wierzę, że człowiek ot tak mógł zapaść się pod ziemię. Że to spotkało akurat Jasona. Mnie. N a s.

Dlaczego? Dlaczego on? Zawsze pilnował, bym przechodziła na zielonym świetle, wracała do domu przed zmrokiem, najpierw wsypywała płatki, a dopiero później zalewała je mlekiem. Był jak pieprzony strażnik porządku. Panował nad wszystkim! Dosłownie nad wszystkim. Zawsze miły i uprzejmy. Nie znałam nikogo bardziej otwartego na ten świat. Nikogo bardziej empatycznego, służącego pomocą. Jason jest (był?) za dobry. Za dobry dla ludzi. Za dobry dla tego świata.

Pech chciał, że tamtego wieczoru jechał drogą mało uczęszczaną przez innych, a policja sama nie wie, co tak naprawdę się stało. Snują tylko domysły i hipotezy, ale niczego nie mogą potwierdzić. Samochód stanął w płomieniach i doszczętnie się spalił. Znaleziono go na poboczu. Policja sądzi, że to potężna ulewa spowodowała ten wypadek. Jason najprawdopodobniej stracił panowanie nad pojazdem, tak stwierdzono na podstawie śladów hamowania, lecz to nie tłumaczy całej reszty. A tym bardziej tego, że jego ciało magicznie zniknęło. Na miejscu nie było żadnych świadków, monitoringu, niczego. To frustruje mnie jeszcze bardziej. Jak to możliwe, by człowiek tak po prostu rozpłynął się w powietrzu?

Otóż to n i e m o ż l i w e.

Zdaniem śledczych jednak najwyraźniej tak. Bo przestali go szukać.

Wspominając to, schodzę na dół i przygotowuję sobie śniadanie. Przeciągam się, wciąż jeszcze zaspana, i przecieram oczy, które okropnie mi się kleją. Przypadkiem natrafiam na swoje odbicie w mikrofali i... rany, chyba poważnie zamieniam się w zombie. Moja zazwyczaj blada skóra wydaje się jeszcze bledsza. Piegi, które pokrywają znaczną jej część, jakby również straciły swój kolor. W dodatku sińce pod moimi oczami chyba zostaną ze mną już na zawsze.

Zakupy robię online, rzadko kiedy wychodzę do supermarketu, więc na co dzień się w ogóle nie maluję i nie dbam o swój wygląd. Poza tym nie lubię dużych skupisk ludzi, zwłaszcza gdy każdy podchodzi i pyta, jak się czuję, przypominając mi o tym, co się stało. Niestety wszyscy w promieniu kilku kilometrów dobrze mnie znają. Mnie i Jasona. Tak więc wcale się nie dziwię, że potrafią zaczepić mnie na zwykłym spacerze (przez to również ich staram się unikać, chyba że jest po zmroku). Raz w tygodniu wraz z Mayą odwiedzam moją ulubioną kawiarnię, ale to wszystko. Nie chodzę na imprezy. Nie wychodzę ze znajomymi na piwo. Większość czasu spędzam w domu.

Sama.

Firma budowlana moich rodziców przynosi duże zyski, a po tym, jak oficjalnie zostałam jej właścicielką, zatrudniłam kierownika, który wszystkim się zajmuje. Ja od czasu do czasu muszę się pojawić na miejscu, by podpisać dokumenty. Nawiasem mówiąc, nienawidzę papierkowej roboty.

Z zamyślenia wyrywa mnie dzwonek domofonu.

Kto to może być?

Nie przypominam sobie, bym się kogoś spodziewała. Poza Mayą nikt inny od dawna mnie nie odwiedza. Więc to pewnie ona. Wstaję od stołu i ruszam w kierunku drzwi. Człapię całe wieki. Mam wrażenie, jakbym prawie w ogóle nie posuwała się do przodu. Przekręcam kluczyk jak w zwolnionym tempie, a potem otwieram, aż w końcu moim oczom ukazuje się blond piękność o niebieskich oczach.

- Maya. - Uśmiecham się delikatnie, witając przyjaciółkę. W prawej dłoni trzyma małą kopertę, co od razu rzuca mi się w oczy. Ma na sobie czarną obcisłą sukienkę podkreślającą jej kształty oraz wysokie szpilki, które jeszcze bardziej wydłużają jej nogi. Jak ona to robi, że zawsze wygląda tak rewelacyjnie? Moja przyjaciółka jest boska, ja natomiast boskie mam tylko spienione mleko w kawie.

- Cześć - piszczy, przytulając mnie.

Jej włosy pachną jabłkami. Są miękkie i sprężyste. Tymczasem moje - rude, totalnie pozbawione blasku, suche i zniszczone - źle wypadają w tym zestawieniu. Ale ja też nigdy szczególnie o nie nie dbałam. Maya za to świadomie pielęgnuje swoje, za co zawsze ją podziwiałam. Ja nie mam na to ani cierpliwości, ani ochoty.

Przyjaciółka wchodzi do środka, zamykając za sobą drzwi. Podążam za nią do jadalni i modlę się, by nie zaczęła namawiać mnie na wyjście z domu.

Błagam, zapytaj o pogodę. Błagam, zapytaj o pogodę.

Albo o nowy sezon "Bridgertonów".

Naprawdę nie mam ochoty na imprezy. Jednak kiedy tylko dostrzegam podejrzany uśmieszek Mai, już wiem, że mam przerąbane. Ona na bank coś kombinuje. Czuję to w kościach.

- Wszystkiego najlepszego! Mam coś dla ciebie, ale spokojnie, to nie prezent, wiem, że ich nie lubisz. Mimo to... lepiej usiądź - poleca, wymachując białą kopertą przed moim nosem. Co ona znowu wymyśliła? Powinnam zacząć się bać?

Zdecydowanie.

Siadam na krześle i biorę do ręki ową tajemniczą kopertę. Od razu rzuca mi się w oczy nadawca.

To list z policji.

Pospiesznie wyjmuję jej zawartość drżącymi dłońmi. Serce tłucze mi się w piersi. Jeszcze nie zaczęłam czytać, a już mam ochotę zemdleć.

W związku z pojawieniem się nowych dowodów w sprawie zostaje ona ponownie otwarta. Prosimy stawić się na komisariacie w celu uzyskania szczegółów.

Nie wierzę w to. Po prostu... nie wierzę. Czy to jakiś głupi żart? Sen? Za chwilę się obudzę? Nowe dowody? Nabieram głośno powietrza do płuc. Przeskakuję wzrokiem z kartki na przyjaciółkę i z powrotem. Jestem zaskoczona i nie wiem, co o tym myśleć.

- Maya... - urywam. Kiedy zatrzymuję na niej wzrok, nie mam pojęcia, co powiedzieć.

- Są nowe dowody, to dobra wiadomość. - Podchodzi do mnie, bacznie mi się przyglądając. - Może nareszcie wszystko się wyjaśni - dodaje zatroskanym tonem. - Przecież chciałaś wiedzieć, jak doszło do wypadku.

- Tak, ale... - Przecieram twarz rękoma. Moje serce gwałtownie przyspiesza. Mam wrażenie, jakby za chwilę miało wyskoczyć mi z piersi. - Czekaj. - Unoszę na nią spojrzenie. - Skąd o tym wiesz? Nie czytałam na głos. - Marszczę brwi, unosząc kopertę. - I nie otwierałaś jej wcześniej.

- Pamiętasz Henryka? Chodziliśmy razem do liceum.

Mrużę oczy i zastanawiam się chwilę. Henryk, Henryk... Niski, ze sterczącymi włosami i łupieżem, który sypał się z jego głowy jak śnieg. Ten sam, który zawsze z tego powodu trzymał się z boku, i ten, który na koniec szkoły zwymiotował nauczycielce na biurko, bo dzień wcześniej zjadł nieświeży kebab. Tak, pamiętam.

Kiwam głową na znak, by kontynuowała.

- Jego ojciec jest policjantem. Powiedział mi po koleżeńsku, że otwierają tę sprawę, dlatego od razu do ciebie przyjechałam. List leżał na wycieraczce. - Kuca przy moim krześle i patrzy na mnie wzrokiem wypełnionym nadzieją. - Musisz wreszcie wrócić do żywych, Ami. Ten list ci w tym pomoże. Mam dobre przeczucie. Wszystko się wyjaśni, zobaczysz.

Spuszczam wzrok i wzdycham nieco zbyt teatralnie, ale reaguję tak zawsze, ilekroć powtarza: "Musisz wreszcie wrócić do żywych, Ami". Wiem, że chce dla mnie dobrze. Jestem jej wdzięczna za wszystko, co dla mnie robi. Naprawdę nie mam pojęcia, co bym bez niej poczęła. Jednak straciłam już nadzieję na jakąkolwiek poprawę. Obawiam się, że już na zawsze pozostanę w tym miejscu - ciemnym, brudnym i pełnym moich gorzkich łez.

- No już, idź, ogarnij się, bo wyglądasz koszmarnie - mówi.

Wybucham śmiechem, zauważając jej poważną minę. Wiem, że ma rację. Nie tylko widzę, ale też czuję, że potrzebuję prysznica. Ostatni raz kąpałam się rankiem poprzedniego dnia. Najwyższy czas na powtórkę.

- Pojedziesz ze mną na komisariat? - pytam, a ona uśmiecha się szeroko.

- Oczywiście.

- Super. To daj mi dziesięć minut - rzucam przez ramię, wychodząc z kuchni.

- Pewnie! Zrobię sobie kanapkę i poczekam na ciebie w salonie! - krzyczy za mną.

Przestępuję po dwa stopnie i wchodzę na piętro. Zamykam się w łazience i na krótki moment siadam na chłodnych kafelkach.

Raz, dwa, trzy.

Tyle myśli przedziera się przez moją głowę. Mam wrażenie, jakby rozsadzały mi czaszkę. Puls szumi w moich uszach, kiedy odkręcam wodę. Zimny prysznic to wszystko, czego teraz potrzebuję. Wiem, że uspokoi moje ciało.

Chociaż je.

***

- Jestem gotowa - mówię, stając w progu salonu. - Możemy wychodzić?

Maya zwleka się z kanapy, a jej kręcone włosy podskakują, gdy się do mnie zbliża.

- Tak, pewnie, tylko... - Kładzie mi dłonie na barkach, a ja wyczuwam jakieś "ale", bo lustruje mnie spojrzeniem przepełnionym troską - ...nie nakręcaj się za bardzo, dobra? Nie chcę, żebyś potem była zawiedziona, jeśli jednak jakimś sposobem niewiele się dowiesz. - Wiem, że nie mogę się nastawiać na nie wiadomo co. Może to jakaś błahostka i wcale nie rozwiąże tej sprawy. Może tylko pojadę tam, zmarnuję czas i rozdrapię rany, które nie zdążyły się jeszcze zagoić. Ale co, jeśli to poważny dowód i cała sytuacja się wyjaśni? Może nareszcie poznam... poznam... prawdę. Choć boję się jej równie bardzo, jak jej pragnę.

- Obiecuję.

Ściskam Mayę mocno i w takich momentach dziękuję Bogu, że zesłał na ziemię taką istotę. Za to, że pojawiła się w moim życiu wiele lat temu. W ostatnich miesiącach bardzo mi pomogła. Zawsze mogłam na nią liczyć. Po wypadku Jasona oddaliłam się od niej, ale ona o mnie nie zapomniała. Wytrwale do mnie przychodziła i podnosiła na nogi, jakbym była szmacianą lalką. Nie miałam siły, by sama się podnieść. I gdyby nie ona i jej czułość, nie poradziłabym sobie. Jestem tego więcej niż pewna. Po prostu nie przetrwałabym tego wszystkiego. Jak to się mówi: "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie"? Otóż ja od zawsze wiedziałam, kim jest dla mnie Maya, ale przez tę sytuację tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. Maya to nie człowiek. Maya to anioł.

Zabieram dokumenty, wsadzam je do mojej ulubionej torebki i razem z przyjaciółką wychodzimy z mojego domu. Nowy Orlean o tej porze jest nieco zatłoczony, ale ponieważ komisariat znajduje się niedaleko, powinnyśmy być na miejscu za jakieś dziesięć minut. Stresuję się jak wtedy, gdy jechałam na egzamin na prawo jazdy. Tak samo drżą mi dłonie, trzęsie mi się noga, a oddech mam przyspieszony. Kiedy mijamy kolejny zakręt, naszym oczom ukazuje się spory budynek z parkingiem, na którym stoją wozy policyjne. Parkujemy na miejscu dla interesantów i odpinamy pasy, a mi nadal jest gorąco i słabo. Teraz chyba jeszcze bardziej. Całą drogę starałam się opanować, ale za nic nie mogłam uspokoić galopującego serca.

- Poczekaj - zatrzymuję Mayę, gdy ta łapie za klamkę. - Minutka, posiedźmy jeszcze minutkę, proszę - szepczę, zaciskając powieki. Muszę się na to przygotować. Na ponowne spotkanie z policjantem. Na ponowne wejście do pokoju przesłuchań. Na powrót emocji, które zdołałam choć trochę uśpić, by pozwoliły mi w miarę normalnie funkcjonować.

Mija dłuższa chwila, kiedy Maya w końcu się odzywa, a ja otwieram wreszcie oczy.

- Kochana - kładzie mi dłoń na kolanie - jestem z tobą, niezależnie od tego, czego się zaraz dowiesz.

Unoszę nieznacznie kąciki ust i kiwam głową.

- Damy radę.

Tak, nie ma sensu dłużej czekać.

Czasu nie zatrzymam, nie spowolnię i nie ubłagam, by cofnął się do dwa tysiące dwudziestego trzeciego. Bo gdybym wiedziała... zatrzymałabym Jasona wtedy w domu, zrobiła cokolwiek...

Wychodzimy z samochodu i idziemy w kierunku wielkich, masywnych drzwi. Słońce wyszło zza chmur, a to chyba znak, że czekają mnie dobre wieści.

Przynajmniej taką mam nadzieję.

Gdy rano otworzyłam oczy, za oknem padał deszcz i nie zanosiło się na piękną pogodę. Tak więc cóż to może być innego, jeśli nie dobry znak?

Krok za krokiem jestem coraz bliżej, a moje serce zaczyna walić jak młotem. Być może dziś wszystko się wyjaśni i dowiem się, co wydarzyło się tamtego wieczora. A być może znów usłyszę to samo i resztę dnia spędzę w domu pod kołdrą, płacząc i użalając się nad sobą.

W środku panuje małe zamieszanie. Kobieta w poczekalni tupie nerwowo nogą. Chyba dość długo czeka na swoją kolej, bo co chwilę spogląda na zegarek. Siedzący obok niej nastolatek gra na telefonie w jakąś grę, głośno komentując rozgrywkę, a starszy pan przysnął w rogu pomieszczenia.

Hmm, ten to się dopiero nasiedział.

Razem z Mayą podchodzimy do dyżurującego policjanta.

- Dzień dobry - udaje mi się wydusić, choć potężna gula utknęła w moim gardle. Ostatni raz, kiedy tu byłam, powiedziano mi, że kończą śledztwo. To kolejny najgorszy dzień mojego życia. Mój świat się zawalił. Wszystko nagle spadło na mnie z potężną siłą.

Ciemnowłosy mężczyzna podnosi wzrok i przygląda mi się uważnie z delikatnym uśmiechem.

- W czym mogę pomóc? - pyta lekko zachrypniętym głosem.

Po co ja tu właściwie przyszłam?

Moja głowa staje się zupełnie pusta. Dopiero Maya, która dotyka moich pleców i kreśli na nich małe kółeczka, sprowadza mnie do rzeczywistości, dodaje odwagi i nagle wszystko sobie przypominam.

- Ja... dostałam od państwa list, miałam się zgłosić. - Pokazuję mu dokument, a on wstaje i od razu do nas wychodzi, okrążając swoje ciemnobrązowe biurko. Jest wyższy ode mnie o jakieś trzy głowy. Czuję się przy nim malutka. Ale tak naprawdę malutka. Boże, koleś za dzieciaka chyba wypijał mleko litrami albo dostawał je od razu dożylnie.

- Proszę tędy. - Wskazuje na długi korytarz, przez który przewija się wielu mundurowych.

Łapię Mayę za rękę, kiedy podążamy za policjantem. Czuję, jak moje nogi zaczynają robić się wiotkie, i trochę kręci mi się w głowie. Biorę głęboki wdech, gdy zatrzymujemy się przed białymi drzwiami. To tu. Doskonale je pamiętam. Wydają się ze mnie śmiać.

- Przyszła panna Wood. - Mężczyzna mówi to, zajrzawszy do środka, po czym szeroko otwiera przede mną drzwi. - Pani musi tutaj poczekać - zwraca się do Mai.

- Dobrze. - Dziewczyna potakuje i przytula mnie mocno, zanim wejdę do pomieszczenia. - Będę zaraz za ścianą. - Posyła mi lekki uśmiech, a ja od razu go odwzajemniam.

Nawet się nie spodziewałam, że pozwolą jej wejść. W końcu nigdy się na to nie zgadzali. Zawsze mogłam być tylko ja.

Dam radę.

Dam radę.

Dam radę.

Wchodzę do małego pokoju przesłuchań. W środku panuje półmrok. Przy kwadratowym stole siedzi mężczyzna, który wstaje od razu, gdy tylko mnie zauważa. Ma niebieskie oczy i jest bardzo dobrze zbudowany, ale jego blond włosy sterczą od zbyt dużej ilości żelu. Nigdy dotąd go nie widziałam. Musi być nowy.

- Dzień dobry pani. - Podchodzi bliżej i podaje mi rękę. - Nazywam się detektyw Stone i będę prowadził sprawę pani brata.

- Dzień dobry, miło mi pana poznać. - Odwzajemniam uścisk, przyglądając mu się chwilę. Jest starszy ode mnie o kilka, a może nawet kilkanaście lat. Jednak wydaje się miły. Bije od niego pozytywna energia.

- Proszę, niech pani usiądzie. - Wskazuje na puste krzesło, po czym sam siada naprzeciwko. Moje nogi zaczynają nerwowo dygotać. Dłonie momentalnie stają się wilgotne. Mam déja vu. - Więc tak, zapoznałem się z całą dokumentacją i nie ukrywam, że sytuacja jest co najmniej dziwna - przerywa, by poprawić się na krześle.

No co pan nie powie, panie Stone.

- Samochód pani brata doszczętnie spłonął. Nie znaleziono żadnych świadków - zaczyna wyliczać, nie odrywając wzroku od dokumentów. - Wywiad przeprowadzony z panią, z pracownikami waszej firmy oraz znajomymi pana Jasona nie wskazuje na samobójstwo. Zwłaszcza że ciała nie odnaleziono - podkreśla. Ostatnie słowa wywołują u mnie gęsią skórkę.

Nawet przez moment nie pomyślałam, że Jason mógłby popełnić samobójstwo. Nie miał problemów ani wrogów. Zawsze chodził uśmiechnięty, był radosny i nigdy by mi tego nie zrobił. Nigdy. Wiedział, że kocham go całym sercem i zawdzięczam mu to, kim teraz jestem. Byliśmy tylko my. Razem.

Nie zostawiłby mnie samej. Nie mógłby...

- Podobno pojawiły się nowe dowody - mówię słabo. Chowam ręce pod stół i głośno przełykam ślinę.

Przysięgam, że przez ten stres postarzałam się o kilka lat, odkąd dostałam list do rąk.

- Tak. - Detektyw otwiera czerwoną teczkę, a z jej wnętrza wyjmuje kilka spiętych ze sobą kartek. Przerzuca jedną stronę i wzdycha. Jego krzaczaste brwi wędrują do góry, potem w dół. Przyglądam im się przez chwilę, dopóki mężczyzna nie unosi na mnie wzroku. - Piątego marca tego roku, o godzinie siódmej czterdzieści pięć wieczorem, jedna z pracownic stacji paliw w Miami na Florydzie widziała mężczyznę, którego wygląd bardzo odpowiada rysopisowi pani brata. Poprosiłem tamtejszą policję o przekazanie materiałów z kamer i udało mi się zdobyć zdjęcia. - Obraca fotografie w moją stronę.

Oddychaj.

Przed oczami widzę szczupłego mężczyznę o ciemnych włosach i w czarnych okularach. Serce chyba mi staje. Przysuwam się bliżej, by uważniej się mu przyjrzeć. Jego usta, broda i mocno podkreślone kości policzkowe wydają mi się bardzo znajome, ale z drugiej strony... przecież to może być ktoś do niego łudząco podobny. Prawda?

- Powiedział pan "piątego marca"? - pytam, tak dla jasności.

Detektyw potakuje.

Dziś jest dwunasty marca, a więc minął równo tydzień.

- Mamy także numery tablic rejestracyjnych samochodu, którym przyjechał. Okazuje się, że właścicielem pojazdu jest niejaki David Wars, zna go pani?

Kręcę głową i marszczę brwi.

Jedyny David, jakiego znam, to sąsiad mieszkający dwa domy dalej, którego szczerze nienawidzę, bo kiedyś zabił mojego kota. Dziad rozjechał go swoim samochodem i jeszcze się do tego przyznał, mówiąc: "I dobrze, nie będzie więcej łaził po moim ogródku".

- W każdym razie mamy jego adres. Nie chcę oddawać sprawy w ręce tamtejszej policji, dlatego lecę tam jutro rano, żeby osobiście się tym zająć.

Podnoszę wzrok znad zdjęć. Łzy spływają po moich policzkach. Nawet nie wiem, w którym momencie zaczęłam płakać.

No jasne, że musiałam się rozkleić.

Czy to jest w ogóle możliwe? Fotografie są trochę niewyraźne, ale faktycznie, widać duże podobieństwo chłopaka ze zdjęcia do Jasona. Wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego. Sądziłam, że usłyszę, jak doszło do wypadku, lub że znaleźli się świadkowie albo co gorsza... że znaleźli jego ciało. Nie byłam przygotowana na takie informacje i sama nie wiem, co teraz czuję.

- Czy mogę lecieć z panem? - wypalam drżącym tonem. Jeśli się nie zgodzi, to trudno, ale musiałam zapytać.

- Szczerze na to liczę. Jest pani jego jedyną rodziną. - Detektyw wstaje i podchodzi do mnie, kładąc palec wskazujący na jednym ze zdjęć. - Z zeznań kobiety nie wynika, by Jason był przetrzymywany. Wręcz przeciwnie, przyjechał na stację sam.

Że co?! Ale jak to sam? Co on, do jasnej cholery, robi w pieprzonym Miami?! Zakładając, że to w ogóle on. Jak się tam znalazł? Skoro nie jest przetrzymywany, to musi tam przebywać z własnej woli. Tylko dlaczego?

Przeczesuję splątane włosy palcami i na moment zamykam oczy, ale w głowie wszystkie informacje nie układają się magicznie w całość. Nadal mam potężny mętlik i nie wiem, co z tym zrobić, na której myśli się skupić, jak je okiełznać.

- Myśli pan, że to naprawdę może być mój brat? - Patrzę na detektywa, a on przytakuje. Nawet się nad tym nie zastanowił.

- Nie mogę tego wykluczyć, dlatego musimy to sprawdzić. - Zbiera dokumenty i chowa je do teczki. Zrobił to tak szybko, że nie zdążyłam nawet mrugnąć. - Nikt nie zna go tak jak pani. Dlatego dobrze by było, gdyby poleciała pani ze mną.

Nie jestem tego taka pewna. Po tym, co właśnie usłyszałam, nie wiem, czy znam mojego brata. Czy to faktycznie mógłby być on? Ten facet ze zdjęcia?

Wstaję i chwiejnym krokiem podchodzę do wyjścia, choć mam ochotę położyć się na podłodze i leżeć, aż się rozłożę.

- O siódmej startuje samolot, proszę być godzinę wcześniej na lotnisku. Spotkajmy się przy głównym wejściu. - Stone uśmiecha się do mnie i zamaszyście otwiera drzwi. - A, byłbym zapomniał - wyciąga mały kartonik z wnętrza marynarki i podsuwa mi go pod nos - to mój numer telefonu. - Wskazuje palcem ciąg cyfr na wizytówce. - W razie gdyby miała pani problem z dotarciem, proszę dzwonić. I do zobaczenia. - Kładzie mi rękę na ramieniu, po czym dodaje pewnie: - Głowa do góry, mam dobre przeczucie. - Posyła mi blady uśmiech, który staram się odwzajemnić, choć kosztuje mnie to sporo energii.

- Do zobaczenia - odpowiadam i wychodzę tuż przed nim.

Zniecierpliwiona Maya przeskakuje z nogi na nogę. Gdy zauważa, że idę w jej kierunku, podbiega i łapie mnie za ręce.

- I jak? Czego się dowiedziałaś? - pyta.

Nie wiem, od czego zacząć.

Może od tego, że mój brat prawdopodobnie żyje i ukrywa się od dwóch lat, podczas gdy ja przechodziłam przez piekło, myśląc, że zmarł, podpowiada mi wewnętrzny głos.

Patrzę Mai w oczy i staram się otworzyć usta, ale przez kilka niemiłosiernie długich sekund między nami panuje cisza.

- Jakaś kobieta z Miami zeznała - zaczynam chrapliwie, więc odchrząkuję, lecz niewiele to daje - że widziała Jasona na tamtejszej stacji tydzień temu. Detektyw pokazał mi zdjęcia z monitoringu, ale nie za wiele można z nich odczytać. - Przecieram twarz dłońmi i biorę głęboki oddech. - Jutro z rana lecę tam razem z detektywem, który przejął tę sprawę, by przekonać się, czy to faktycznie Jason.

Maya otwiera szeroko oczy.

Nie mam pojęcia, czy zrozumiała to, co przed chwilą powiedziałam. Patrzy na mnie w skupieniu i chyba szuka odpowiednich słów. Na jej miejscu zareagowałabym tak samo.

- Co ty mówisz? W Miami? - udaje jej się wydusić.

- Tak, na Florydzie!

- Że co?! - Jej mina mówi sama za siebie. Jest chyba równie zszokowana, jak ja kilka minut temu. Ale kto by nie był?

O takich rewelacjach nawet nie śniłam, a wielokrotnie wyobrażałam sobie jego powrót. Albo odgrywałam w głowie sceny z komisariatu, jak policjanci powtarzają raz po raz, że znalezione przez nich zwłoki na pewno należą do mojego brata. Widziałam jego siną twarz i martwe ciało. Innym razem siedziałam z nim w samochodzie i na końcu razem umieraliśmy. Patrzyłam mu w oczy, kiedy odchodził. Czułam na sobie jego krew.

To było straszne.

- Nie wiem, co mam o tym myśleć. Boli mnie głowa - mamroczę i siadam na podłodze, ogarnięta mieszanymi uczuciami. Tego jest za dużo. Za dużo szokujących informacji. Za dużo emocji jak na jeden dzień. W jednej minucie wszystko do mnie wróciło. Wspomnienia tamtych chwil dają mi się mocno we znaki.

Noc.

Dzwonek do drzwi.

Czerwono-niebieskie światła migoczące przed moim domem.

Wysoki policjant z ciemnym wąsem.

- Pani Amanda Wood?

Kiwnięcie głową.

Kolejne słowa.

Wyłapałam: "samochód", "pożar", "krew", "nie ma ciała".

Później już tylko szok i gorące łzy spływające po moich policzkach.

- Ami, to wszystko jakoś dziwnie brzmi - słyszę głos Mai przedzierający się przez odmęty wspomnień. Mrugam dwa razy, pozbywając się okropnych obrazów, gdy przyjaciółka siada obok mnie. - Samochód Jasona spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach. Policja nie odnalazła ciała, a po dwóch latach jakaś baba nagle widzi go kilkaset kilometrów stąd? Nie brzmi to ani trochę podejrzanie?

- Wiem, jak to brzmi. - Podnoszę na nią wzrok ze łzami w oczach, w trakcie gdy w mojej głowie dochodzi właśnie do eksplozji. - To wszystko jest popieprzone, ale muszę poznać prawdę. Tylko to się dla mnie teraz liczy.

- Rozumiem. Serio. - Przytula się do mojego boku, kładąc głowę na moim ramieniu, lecz nie czuję się lepiej. Jestem w szoku. Nie dociera do mnie to, co się przed chwilą wydarzyło. Przecież to jakiś kiepski żart. Staram się... naprawdę staram się nie rozpaść i jakoś to ogarnąć, ale nie potrafię. Zaczynam głośno płakać, wtulając się w Mayę. Potrzebuję tej chwili. Chwili, by uspokoić emocje, szalejący we mnie niepokój, i postarać się stanąć na nogi. Jestem wdzięczna przyjaciółce, że mi na to wszystko pozwala, i nic nie mówiąc, głaszcze mnie po włosach.

Po kilku minutach wstaje nagle i wyciąga do mnie ręce.

- Koniec tego. Idziemy na kawę do kawiarni i tam zastanowimy się, co dalej.

Nie wiem, czy mam na to ochotę. Wiem jednak, że Maya mi nie odpuści, więc się zgadzam. Dla świętego spokoju.

W samochodzie panuje dziwna cisza. Ciągle myślę o tym, co powiedział mi detektyw: "Nie wygląda na to, by Jason był przetrzymywany". Nie wierzę, że zostawiłby mnie tak z dnia na dzień bez żadnych wyjaśnień i wyjechał do Miami. To do niego niepodobne. Wyznawał zasadę: rodzina ponad wszystko. Najwidoczniej to nie jego widziała ta kobieta albo nie znam mojego brata tak dobrze, jak przypuszczałam. Nie mam pojęcia, która opcja wydaje się lepsza. Pierwsza oznaczałaby, że Jason nadal byłby uznawany za martwego. Druga zaś uświadomiłaby mi, że żyłam w kłamstwie przez całe życie. Że wylałam morze łez zupełnie niepotrzebnie. Że mój brat mnie zostawił. Opuścił. Porzucił.

Tak po prostu.

Dojeżdżamy na miejsce dość szybko. Wysiadając na zewnątrz, zauważam, że kawiarnia jest pełna ludzi. Raczej nie będzie wolnego stolika.

- Szlag! - Maya trzaska drzwiami samochodu, po czym opiera się o maskę. - A tak bardzo chciałam usiąść w środku przy naszym ulubionym stoliku i na spokojnie porozmawiać przy zajebistej kawie - biadoli.

- No trudno, innym razem. - Odwracam się do niej i wzruszam ramionami. - Pójdę już do domu.

Naprawdę chcę zostać sama.

- Odwiozę cię - proponuje natychmiast.

- Nie trzeba, to niedaleko, przejdę się. - Całuję ją w policzek, a ona patrzy na mnie zmartwionymi oczami.

- Na pewno?

- Tak, poradzę sobie - zapewniam ją.

- Dobrze. Zadzwoń jutro, gdy tylko wylądujesz. - Przytrzymuje mnie, więc zakładam jej kosmyk włosów za ucho. Zawsze jest taka troskliwa i martwi się o innych bardziej niż o siebie. Między innymi za to ją kocham.

- Zadzwonię - obiecuję i odklejam się od niej z nadzieją, że nie będzie nalegać, bym dała się odwieźć. Spacer dobrze mi zrobi. Naprawdę muszę przewietrzyć umysł. Głowę rozsadza mi potężny ból, chyba znów atakuje mnie migrena. Ostatnio miewam je coraz częściej. Zaczyna mnie to trochę martwić.

Żegnam się z Mayą i czekam, aż odjedzie. Dopiero potem ruszam przed siebie.

Kiedy tuż obok domu mijam stare drzewo, na którym w dzieciństwie razem z Jasonem chowaliśmy się przed rodzicami, zaczynam płakać. Kolejny raz. I znów zastanawiam się, skąd się we mnie biorą te wszystkie łzy. Emocje z całego dnia przejmują nade mną kontrolę. Nie potrafię dłużej dusić ich w sobie, więc poddaję się im. Przepełniają mnie strach, niepewność i rozczarowanie. Kompletnie nie wiem, na co się przygotować. Czy w ogóle jestem w stanie przygotować się na cokolwiek?

Rozdział drugi

Ze snu wyrywa mnie okropny dźwięk budzika. Jest tępy, głośny i megawkurzający. Niechętnie podnoszę głowę i zerkam w stronę okna. Na zewnątrz panuje jeszcze ciemność. Zegar wskazuje piątą.

Dobry Boże, o tej godzinie powinnam przewracać się na drugi bok.

Opadam z powrotem na poduszki, w myślach zaklinam czasoprzestrzeń i błagam, by piąta trwała kilka godzin. Nie spałam za dobrze i nawet nie pamiętam, co mi się śniło. Z wielkim wysiłkiem przeciągam się i odczuwam przy tym każdą strzelającą kość. Czasami czuję się jak stara baba. Trudno mi zebrać siły i wszystko mnie boli. Przecieram twarz rękoma, zwlekając się przy tym z łóżka. Nie przywykłam do wstawania o takiej godzinie. Zazwyczaj budzę się około dziesiątej, w porywach do jedenastej, tak więc mam prawo być trochę nieprzytomna. No dobra, baaaaardzo nieprzytomna, bo założyłam prawego kapcia na lewą stopę, a lewego na prawą.

Ech... wszystko mi jedno.

Nagle przypominam sobie, że powinnam zadzwonić do Johna i poinformować go o moim wyjeździe. Nie zrobiłam tego wczoraj, kiedy z wyczerpania wskoczyłam do łóżka i zasnęłam w ciągu kilkunastu sekund. W ostatnich dniach straciliśmy kilku ważnych klientów, a John robi wszystko, co w jego mocy, by jak najszybciej znaleźć nowych. Nadaje się do tej roboty.

Na pewno bardziej niż ja.

Wybieram jego numer i przykładam telefon do ucha, ale odzywa się poczta głosowa.

No tak, przecież normalni ludzie o tej porze jeszcze śpią, besztam się w myślach.

- Cześć, John, nie będzie mnie przez kilka dni. Dzwoń do mnie w razie jakichkolwiek problemów, proszę. Cały czas będę pod telefonem. Do usłyszenia.

Rozłączam się, zmierzając do łazienki. Podczas porannego prysznica niespodziewanie uderzają we mnie pewne myśli, którymi wczoraj nie zaprzątałam sobie głowy: jak długo zostaniemy w Miami? Czy uda nam się od razu porozmawiać z człowiekiem, który rzekomo jest moim bratem? Czy w ogóle go znajdziemy?

Jezu! Nie jestem spakowana!

Wczoraj byłam tak zmęczona, że kompletnie o tym zapomniałam! Wycieram się i pospiesznie wychodzę z łazienki.

Sprint z mokrymi stopami po schodach to niezbyt dobry pomysł, Ami, ostrzega mnie moja wewnętrzna ja. Zwalniam więc, bo faktycznie wolałabym się teraz nie zabić, i resztę drogi pokonuję w o wiele wolniejszym tempie. Wpadam do pokoju, a następnie rozglądam się za walizką. Musi gdzieś tutaj być. Zatrzymuję wzrok na szafie i jednym ruchem otwieram ją na oścież.

Jest!

Gdy byłam mała, rodzice bardzo często zabierali mnie i Jasona na przeróżne wycieczki. Mam tę walizkę od lat. Uwielbiałam podróżować, poznawać nowe miejsca. Nigdy nie zapomnę wypadu do Austrii. Tata uczył mnie wtedy jeździć na nartach, był w tym prawdziwym zawodowcem. Choć nie wychodziło mi to za dobrze, chwalił mnie i mówił, że jestem świetna. Wiedziałam, że starał się mnie jedynie zmotywować. Mama z kolei wolała grube skarpety i długie wieczory przy kominku. Nigdy nie widziałam, by korzystała ze wszystkich atrakcji, zawsze tylko się przyglądała. To był nasz ostatni wspólny wypad. Na tę myśl nieco smutnieję.

Wyciągam niebieską bluzkę, którą dostałam od Jasona na dziewiętnaste urodziny, i od razu wraca do mnie tamto wspomnienie. Piękna pogoda, świeże powietrze i mój brat. Urządził mi imprezę niespodziankę (której, jak co roku, się spodziewałam, ale udawałam zaskoczoną). Zawsze zapraszał tych samych znajomych. Z większością nie mam już kontaktu, bo odkąd zamknęłam się w czterech ścianach, tylko Maya mnie odwiedza. Smutne, ale przynajmniej okazało się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem. Od czasu do czasu napisze do mnie Mia, ale nasze rozmowy szybko się ucinają, bo nie mamy żadnych wspólnych tematów. Jej rodzice przyjaźnili się z moimi, dlatego znamy się od małego. Niestety niezbyt za sobą przepadamy. Jej starszy brat Steve, szkolny chuligan, zawsze mi dokuczał. Był bardzo przystojny, a ja bardzo głupia, bo na pewnym etapie swojego życia oszalałam na jego punkcie. Zawsze ciągnęło mnie do niegrzecznych chłopców. Tego nie potrafiłam zrozumieć. A skoro jesteśmy przy niegrzecznych chłopcach, muszę wspomnieć o Connorze, moim pierwszym chłopaku. Spotykaliśmy się przez dwa miesiące. Nie był to idealny związek i zakończył się, zanim zdążył się w ogóle rozkręcić.

Zależało mu tylko na tym, żeby mnie przelecieć. Kiedy dostał to, czego chciał, po prostu mnie zostawił. Ja się wkręciłam, chciałam z nim być, poznać go bliżej, a on złamał mi serce. Po nim nie weszłam już w żadną relację. Obawiałam się powtórki, więc po prostu unikałam facetów jak ognia. Na pewno to przez niego mam dystans do płci przeciwnej. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego Jason z nikim się nie spotykał. Nigdy nie przyprowadził żadnej dziewczyny do domu. Nie chodził na randki, przez co raz nawet przeszło mi przez myśl, że jest gejem, ale rozwiał moje wątpliwości, tłumacząc krótko, że po prostu nie ma czasu na dziewczyny.

Pakuję jeszcze dwie pary jeansów, szary sweter i dwa luźne topy. Z toaletki zgarniam podstawowe kosmetyki, aby nikt nie padł na zawał, gdy będę przechodzić obok. Zbieram jeszcze kilka podstawowych rzeczy i chyba jestem gotowa.

Z naciskiem na CHYBA.

Zamykam walizkę i znoszę ją na dół. Nastawiam wodę na kawę (jeśli jej zaraz nie wypiję, to mogę zasnąć na stojąco, a tego bym nie chciała). Dziś ważny dzień. Możliwe, że nie wrócę tu sama. Ta myśl napawa mnie niebezpiecznie wysoką ekscytacją. Rozglądam się dookoła i uświadamiam sobie, jaki syf panuje w pomieszczeniu. Nie zdążę już tego ogarnąć, ale przynajmniej pozbieram ciuchy z podłogi. Tak, tyle jestem w stanie zrobić.

Gdy Jason wróci ze mną do domu, przynajmniej się o nie nie potknie. Ekspres do kawy daje znać, że napój bogów jest już gotowy, a jego aromat unosi się w powietrzu, czyniąc ten dzień o niebo lepszym. Dochodzi za dwadzieścia szósta, to czas, by zadzwonić po taksówkę. Kiedy muszę gdzieś pojechać, z pomocą zawsze przychodzi mi pan Jerry. To starszy mężczyzna z ogromnym poczuciem humoru, który dorabia sobie do emerytury. Przykładam telefon do ucha. W słuchawce rozbrzmiewa pierwszy sygnał.

- Dzień dobry, Ami, w czym mogę pomóc?

- Dzień dobry, potrzebuję dostać się na lotnisko. - Zerkam nerwowo na zegarek. - W miarę szybko - dodaję.

- Dla ciebie wszystko - odpowiada wesoło. - Akurat jestem w okolicy.

- Świetnie, dziękuję - mówię i się rozłączam. Następnie odstawiam kubek do zlewu i zmierzam do przedpokoju. Z wieszaka zdejmuję czarną kurtkę, a na stopy wsuwam najwygodniejsze buty, jakie posiadam. Zamykam drzwi na dwa zamki i chowam klucze do torebki. Przechodzi mnie dreszcz na samą myśl, dokąd się wybieram i w jakim celu. Rany, odnoszę wrażenie, jakbym miała się lada moment rozsypać.

Małymi kroczkami zbliżam się do głównej drogi i zauważam nadjeżdżającą taksówkę. Jerry zatrzymuje się przy samym chodniku, po czym wychodzi, by pomóc mi z walizką. Nie kłamał, mówiąc, że będzie za chwilę.

- Chłodno dzisiaj - stwierdzam i pocieram dłonie o siebie, kiedy mężczyzna odbiera ode mnie bagaż.

- Tak to bywa o poranku, zwłaszcza o tej porze roku. - Uśmiecha się szeroko.

- Gdybym wstawała tak wcześnie, pewnie bym o tym wiedziała - odpowiadam, przestępując z nogi na nogę.

- Wskakuj do środka. - Jerry zamyka bagażnik i podchodzi do mnie, po czym otwiera mi drzwi samochodu.

Dziękuję i zajmuję miejsce na tylnej kanapie. W środku jak zawsze jest bardzo czysto i przytulnie.

- Dokąd się wybierasz, Ami? - Mężczyzna spogląda na mnie, ruszając z miejsca. Co mam mu powiedzieć? Nie przemyślałam tego, a przecież to normalne, że pyta. On zawsze pyta o wszystko. Nie raz dostrzegał, że jestem przybita, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Wyczuwał mój gorszy nastrój, choć starałam się uśmiechać i maskować prawdziwe emocje.

Teraz również posyłam mu uśmiech i zapinam pas.

- Lecę do Miami.

Proszę, tylko nie pytaj po co.

Proszę, tylko nie pytaj po co.

Proszę, tylko nie pytaj po co.

Manifestuję w duchu i zaciskam kciuki, jakby to faktycznie miało pomóc.

- Do Miami, powiadasz. To świetne miejsce, byłem tam w zeszłym roku z żoną na naszych ostatnich wspólnych wakacjach. - Widzę, że to dla niego miłe wspomnienia. Jego szeroki uśmiech tylko to potwierdza.

- Przykro mi z powodu twojej żony. - Klepię go w ramię.

Dobrze wiem, przez co przechodzi, utrata ukochanej osoby jest bardzo bolesna. Pani Eva umarła kilka miesięcy temu, zbyt późno wykryli u niej nowotwór piersi. Pamiętam ją radosną i empatyczną. Moja mama bardzo dobrze ją znała, więc jako mała dziewczynka widywałam Evę dość często.

Ona i Jerry nie mieli dzieci. Pochłonęła ich praca, a gdy zdecydowali się na potomstwo, było już za późno, Eva nie mogła zajść w ciążę. Jerry został więc zupełnie sam. To okropnie smutne.

- Jest ciężko, ale jakoś sobie radzę. Na wszystkich przyjdzie pora, nawet na mnie. Nie boję się, bo wiem, że ona tam na mnie czeka. - Podziwiam go za ten optymizm, ja nie potrafię wyciągać pozytywów z tak trudnych sytuacji. Myśl o śmierci jest taka dobijająca.

Mijamy wjazd na lotnisko i zatrzymujemy się przy głównym wejściu. Punkt szósta, chociaż raz jestem gdzieś na czas. Chyba powinnam to zanotować.

- Dziękuję, Jerry, ile płacę? - Wyciągam z torebki portfel, ale mężczyzna kręci głową, śmiejąc się pod nosem.

- Nie trzeba, drobne przydadzą ci się w samolocie - mówiąc to, wysiada i wyjmuje moją walizkę.

Przy wejściu czeka już na mnie detektyw Stone. Wiatr rozwiewa jego jasne włosy, które dziś nie są tak mocno nażelowane, a jego ciało okrywa długi czarny płaszcz. Dostrzega mnie i rusza w moją stronę. Spotykamy się w połowie drogi, a ja postanawiam jeszcze się odwrócić, by pomachać Jerry'emu. Obserwuję, jak jego samochód znika za zakrętem. Przez kilka chwil stoję w miejscu, jakbym stopiła się z ziemią. W końcu zza moich pleców dochodzi niski pomruk. Odwracam się z powrotem do detektywa, który zatrzymał się jakieś dwa kroki ode mnie, oparł biodrem o swój bagaż i z przyjaznym uśmiechem wpatruje się w moją twarz.

- Dzień dobry, jest pani gotowa?

- Chyba tak - odpowiadam niepewnie i prostuję ramiona. Chwytam za walizkę i staram się nie przewrócić, bo zaczyna mi się kręcić w głowie.

Cała odprawa trwa jak zwykle dość długo i jest żmudna, ale po przejściu przez wszystkie formalności wreszcie możemy iść dalej. Dopiero teraz zaczynam sobie uświadamiać, że to się dzieje naprawdę. Już za moment wsiądę do samolotu. Będę w drodze do Miami. Do... Jasona? Moja głowa znów zaczyna pulsować.

- Wszystko w porządku? - pyta detektyw, który idzie tuż obok.

Nie jestem pewna. Nigdy nie radziłam sobie najlepiej, kiedy przytłaczało mnie wiele różnych emocji jednocześnie. Potakuję jednak, bo użalanie się nad sobą niczego nie zmieni.

Jeden krok, drugi, byle do przodu.

Samolot jest ogromny, zazwyczaj latałam mniejszymi, przeraża mnie wizja tak wielkiej maszyny w powietrzu. Podziwiam stewardesy, trzeba naprawdę lubić tę pracę, żeby kilka razy dziennie latać w tę i z powrotem, w dodatku użerając się z upierdliwymi pasażerami, a sama spotkałam się z takimi przypadkami. Raz podczas dwugodzinnego lotu jeden starszy mężczyzna co pięć minut prosił o coś innego. Stale zachowywał się głośno, a z czasem nieuprzejmie. To była mecząca podróż.

- Wolisz przy oknie? - Stone wskazuje palcem puste miejsce. W całym samolocie fotele ustawione są czwórkami. Niebiesko-szare obicia i biała wykładzina idealnie się ze sobą komponują. Jest tu całkiem sporo miejsca. Na szczęście.

- Bez różnicy, mogę siedzieć gdziekolwiek. - Macham ręką i uśmiecham się, gdy mężczyzna mnie przepuszcza.

Dżentelmen.

Siadam i wyglądam przez malutkie okno na lotnisko, by zobaczyć, jak wsiadają ostatni pasażerowie. Jest wczesny ranek, ale słońce nieśmiało wychodzi zza chmur i wita mnie pierwszymi promieniami. Zamykam oczy, gdy nagle słyszę aż nazbyt miły głos. Odwracam głowę.

- Dzień dobry, nazywam się Victoria i będę państwa obsługiwać podczas lotu, za moment startujemy. Czy życzą sobie państwo czegoś do picia, kiedy rozpoczniemy serwis? - Stewardesa szczerzy się do nas, a detektyw jest nią najwyraźniej oczarowany. Stwierdzam to po wyrazie jego twarzy.

Och, no błagam. Powinni mieć w ofercie śliniaki dla takich jak on, bo jeśli nie oderwie wzroku od jej biustu, lada moment zacznie się ślinić.

Uśmiech detektywa sięga niemal jego oczu. Stone poprawia się w fotelu i prostuje, jakby wcześniejsza pozycja wcale mu nie odpowiadała. Kobieta ma długie blond włosy i (chyba) szare oczy, nie potrafię tego stwierdzić z tej odległości, ale jest naprawdę piękna. No i ten jej przyklejony do twarzy uśmiech. Trudno odgadnąć, czy stewardesy są takie miłe z natury, czy z obowiązku.

- Poproszę herbatę z cytryną - odzywam się po chwili krępującej ciszy. O tak, o tym teraz marzę. Pamiętam, jak tata robił mi taką co wieczór, żadna inna nie była tak dobra, jak ta zrobiona przez niego. Mogłam przygotować sobie identyczną sama, ale zawsze smakowała zupełnie inaczej.

- Dobrze, a dla pana? - Pochyla się nad nim tak nisko, że jej obfity biust prawie do niego krzyczy "widzisz mnie?!" z ciasno zapiętej białej koszuli. Odwracam wzrok i wyjmuję słuchawki z torebki. Mam zamiar spędzić ten czas, słuchając ulubionej muzyki. Może dzięki temu lot szybciej mi minie.

- Ja proszę zwykłą wodę, niegazowaną - odpowiada Stone i kątem oka dostrzegam, że przemiła pani odchodzi, by zbierać następne zamówienia.

Odpalam playlistę i zamykam oczy. Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale co, jeżeli okaże się, że Jason żyje? Że cały ten czas był gdzieś daleko, nie zadzwonił ani nie napisał listu? Dlaczego miałby się ukrywać? Co wydarzyło się tamtego wieczora? Czy poznam wreszcie odpowiedzi na te wszystkie nurtujące mnie pytania?

***

Czuję delikatne szturchnięcie, przez co otwieram oczy i ku mojemu zdziwieniu orientuję się, że nie jesteśmy już w powietrzu. Rozglądam się po pokładzie i zauważam, że część pasażerów wstaje ze swoich foteli.

- Wysiadamy. - Stone odpina moje pasy, które najwyraźniej za mnie zapiął.

- Przysnęłam - bardziej stwierdzam, niż pytam. Wyciągam słuchawki z uszu i prostuję się.

O rany, ale zdrętwiały mi nogi!

Wszyscy zaczęli krzątać się po pokładzie, a do wyjścia ustawiła się już spora kolejka. Postanawiam poczekać, aż pozostali pasażerowie opuszczą samolot, nie lubię się przepychać.

- Detektywie...

- Mów mi Joe - przerywa i podaje mi dłoń.

- Dobrze, Joe, jestem Ami.

- To już wiem. - Puszcza do mnie oczko i uśmiecha się szeroko. - Musiałaś być naprawdę zmęczona, podczas lotu wystąpiły krótkie turbulencje, a ty nawet nie drgnęłaś. - Poprawia się na fotelu. - Musiałem sprawdzić, czy żyjesz.

Wybucham śmiechem i nagle wszyscy patrzą wprost na mnie.

O nie, nienawidzę być w centrum uwagi.

- Przepraszam. - Spuszczam głowę. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale czuję zażenowanie. Policzki potwornie mnie pieką i z pewnością jestem czerwona jak burak.

- Nie przepraszaj, nie masz za co. - Joe klepie mnie po ramieniu. Słyszę, że cicho się śmieje.

- Dalej się na mnie gapią? - pytam, nie podnosząc wzroku. Jest mi okropnie gorąco.

- Nie - odpowiada. Powoli wypuszczam powietrze z płuc i unoszę głowę. - Tylko ja - dodaje, po czym wstaje i wyciąga do mnie rękę. - Wstawaj.

Łapię jego dłoń i przechodzę obok pustych siedzeń.

- Właściwie to chciałam cię o coś zapytać - podejmuję temat. Odwracam się jeszcze, by sprawdzić, czy niczego nie zostawiłam.

- Zamieniam się w słuch. - Stone podąża tuż za mną w stronę wyjścia z samolotu.

- Wcześniej sprawą zaginięcia Jasona zajmował się inny policjant, dlaczego teraz przydzielili akurat ciebie?

W pierwszej chwili nie odpowiada. Zastanawiam się nawet, czy mogę w ogóle pytać o takie rzeczy.

- To nie tak, że ktoś mnie do niej przydzielił - mówi cicho. - Wczoraj wspomniałem, że zainteresowałem się tą sprawą i postanowiłem się nią zająć. Akurat nie miałem nic ciekawszego do roboty. Nazwijmy to zbiegiem okoliczności - kończy, gdy dochodzimy do dość stromych schodków prowadzących w dół.

Ruszam pierwsza, bardzo ostrożnie, by nie wylądować twarzą na betonie. Niestety mam do takich sytuacji tendencję, więc skupiam się podwójnie.

Pogoda w Miami różni się od tej w Nowym Orleanie. Jest zdecydowanie cieplej. Już czuję się tu dobrze. Zdecydowanie jestem ciepłolubnym człowiekiem. Na ogromnym parkingu, zaraz obok wejścia, czeka na nas taksówka. Joe otwiera mi drzwi do samochodu. Jedynymi mężczyznami w moim życiu, którzy zawsze to robili, był mój tata oraz Jason. Podaję bagaż taksówkarzowi i wsiadam do środka, dziękując detektywowi skinieniem głowy.

- Dokąd jedziemy? - Kierowca zapina pas, po czym odwraca się i patrzy na nas.

- Proszę pod ten adres. - Joe wręcza mu małą białą karteczkę, a mężczyzna potakuje i od razu ruszamy z miejsca. - Opowiedz mi coś o Jasonie - mówiąc to, obraca głowę do mnie.

Spoglądam na niego, prostując plecy.

- A więc... Jason był, to znaczy jest... - Sama nie wiem, jak mam o nim mówić. To strasznie dziwna sytuacja. Wzdycham ciężko i biorę się w garść. - Najlepszym człowiekiem, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi. I nie mówię tego dlatego, że jestem jego siostrą - kończę.

Joe uśmiecha się lekko.

- Musiał być bardzo lubiany.

- O tak. Zawsze pomagał ludziom w potrzebie, nawet nieznajomym.

- A może był ktoś, kto chciał mu zaszkodzić?

Odpowiadałam na to pytanie chyba z milion razy, gdy przesłuchiwano mnie po raz pierwszy oraz na każdym kolejnym przesłuchaniu. Nie wiem, po co tyle razy pytać kogoś o to samo.

- Nie. On naprawdę nie wchodził w żadne konflikty.

- A może po prostu ci o nich nie mówił?

Marszczę brwi.

- Mówiliśmy sobie wszystko. Gdyby coś takiego miało miejsce, z pewnością by mi o tym wspomniał. - Nie był kłamcą, ufałam mu. Nigdy nie dał mi powodu, by mu nie wierzyć.

- Każdy ma jakieś tajemnice, które nigdy nie ujrzą światła dziennego.

Krzywię się na te słowa.

- Nie Jason.

- Skoro tak uważasz. - Odrywa ode mnie wzrok i wbija go w przednią szybę. - Tak swoją drogą to wspaniałe, że zaopiekował się tobą w tak młodym wieku. Nie każdy osiemnastolatek podjąłby się takiego wyzwania.

Tak, to prawda, nie każdy. Dlatego do końca życia będę mu wdzięczna za to, co dla mnie zrobił. Wychował mnie, dbał o mnie. Nigdy niczego mi nie brakowało.

- Dzięki niemu nie trafiłam do domu dziecka. Kto wie, jak by skończyła rozemocjonowana dwunastolatka wśród zupełnie obcych ludzi. - Nie lubię wspominać tego czasu. Pierwsze kilka lat po śmierci rodziców były bardzo trudne. Nie tylko dla mnie, ale także dla Jasona.

- Miałaś pomoc psychologa po tej tragedii?

- Tak, doktor Linda przychodziła do mnie dwa razy w tygodniu, ale przez długi czas nie potrafiłam się przed nią otworzyć. Udało się dopiero po wielu miesiącach, pomógł mi w tym Jason. - Widzę, jak Joe analizuje każde słowo, które wypowiadam. Jest dobrym słuchaczem.

W tym momencie spogląda na mnie ze smutkiem w oczach.

- Zazdroszczę ci takiego brata. Ja swojego nawet nie znam, wyprowadził się z domu, gdy byłem bardzo mały, i nie utrzymuje z nikim kontaktu. Dla niego rodzina nie istnieje.

- Próbowałeś go odszukać? - dopytuję.

- Tak, dowiedziałem się, gdzie obecnie mieszka, nawet zdobyłem jego numer telefonu, ale gdy zadzwoniłem, usłyszałem tylko, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego.

- Wyjaśnił dlaczego?

Joe wzrusza ramionami.

- Uważa, że rodzice mnie faworyzowali, i za to mnie nienawidzi.

- Przykro mi. - To musiało być bolesne doświadczenie. Nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić. Gdyby Jason powiedział mi coś takiego, serce chyba pękłoby mi na pół.

- Było, minęło, pogodziłem się z tym. - Joe uśmiecha się delikatnie, ale od razu zauważam, że próbuje robić dobrą minę do złej gry.

Nastaje krępująca cisza, więc wbijam wzrok w szybę. Jazda mnie odpręża, ale nie zawsze tak było. Przez pierwsze trzy lata po wypadku rodziców bałam się wsiąść do auta. Przekonałam się dopiero wtedy, gdy moja nowa szkoła okazała się znajdować dalej, niż przypuszczałam, i nie za bardzo uśmiechało mi się drałować codziennie osiem kilometrów w jedną i drugą stronę.

Nurtuje mnie kilka kwestii: co, jeżeli spotkam dziś brata?

Co mam mu powiedzieć?

Jak się z nim przywitać?

Podejść i tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, powiedzieć "cześć"? Próbuję ułożyć sobie w głowie jakiś sensowny scenariusz. Jednak każda nowa myśl wylatuje z mojej głowy szybciej, niż się w niej pojawia. Nie mogę się skupić.

Zatrzymujemy się gwałtownie. Wyglądam zza fotela i, ku mojej rozpaczy, dostrzegam kolumnę samochodów przed nami.

Świetnie!

Korki to coś, co kocham.

Jest jeden pozytyw tej sytuacji - będę miała więcej czasu, aby pomyśleć.

Rozdział trzeci

- Ami, obudź się.

Momentalnie otwieram oczy i zszokowana rozglądam się dookoła.

Cholera, znowu zasnęłam.

- Gdzie jesteśmy? - mamroczę.

- Na miejscu. - Joe uśmiecha się do mnie znad ekranu telefonu, który zaraz wsuwa do kieszeni spodni.

Spoglądam przez boczną szybę i dostrzegam ogromną białą willę otoczoną wysokim murem. Niedaleko niej stoi kolejna, nieco inna i na pierwszy rzut oka ciut mniejsza od poprzedniej. Zerkam w prawo i zauważam kolejne dwa potężne domy. W tej dzielnicy z pewnością nie mieszkają zwykli ludzie.

- Ten cały Wars pewnie śpi na pieniądzach - stwierdzam cicho podczas odpinania pasów.

- To doświadczony biznesmen, prowadzi rodzinny interes, ma także kilka hoteli i restauracji. - Joe wyjmuje z kieszeni marynarki złożoną kartkę i podaje mi ją. - Był notowany za pobicie kilkanaście lat temu.

- Świetnie - mówię sarkastycznie, po czym rozkładam kawałek papieru.

Widnieje na nim adres Davida, numer rejestracyjny należącego do niego samochodu, w którym rzekomo tydzień temu widziano Jasona, oraz kilka innych adresów, zapewne siedzib jego firm.

Unoszę wzrok i jeszcze raz wyglądam przez szybę.

- Ten dom jest jego? - pytam dla pewności, choć numer się zgadza z tym zapisanym na kartce.

- Tak.

- Chodźmy więc i miejmy nadzieję, że będzie chciał z nami rozmawiać. - Przełykam z trudem ślinę i kiedy już mam wysiąść, chwytam Joe za przedramię. - Poczekaj. - Rzucam okiem na papier, który mi podał, a potem na wyjeżdzający przez wielką bramę czarny samochód i mrużę oczy. - Joe?

- Coś nie tak? - pyta z troską w głosie.

Potrząsam głową i wskazuję palcem niedługi numer widniejący na kartce.

- Spójrz tylko - kieruję palec na samochód za szybą - to ta sama rejestracja.

Detektyw przeskakuje wzrokiem od kawałka papieru do odjeżdżającego samochodu.

- Proszę jechać za tym autem - poleca kierowcy i odwraca się do mnie. - A ty zapnij pas.

Od razu wykonuję polecenie.

- Myślisz, że... - nie kończę, bo Joe przerywa mi krótkim:

- Możliwe.

Czy to naprawdę Jason jedzie przed nami? Czy to oznacza, że jestem bliżej brata, niż mogłabym przypuszczać? Drogę pokonujemy w ciszy. Jedynym dźwiękiem, jaki do mnie dociera, jest głośne bicie mojego serca. Jeśli Jason rzeczywiście żyje i ma się dobrze, z jednej strony będę w siódmym niebie. Z drugiej jednak oznaczałoby to, że naprawdę ode mnie uciekł. No bo jak inaczej wytłumaczyć jego zniknięcie? Nie dał nawet znaku życia. Nic. Nie napisał żadnej wiadomości ani listu.

Może miał dość życia z młodszą siostrą.

Może wcale go tu nie ma, a my tylko tracimy czas, goniąc za kimś łudząco podobnym do mojego brata?

A może to faktycznie on?

Może Jason jest przetrzymywany tutaj siłą? Tylko przez kogo i dlaczego?

Może narobił sobie wrogów i...

Stop! Muszę przestać zakładać tyle możliwych scenariuszy. Niebawem wszystkie moje wątpliwości zostaną rozwiane, a przynajmniej na to liczę.

Zaciskam palce na pasie i uspokajam oddech, jednocześnie uparcie wpatrując się w samochód, za którym podążamy. W pewnym momencie Joe na powrót wyciąga komórkę z kieszeni i uruchamia na niej mapę.

Mijamy kolejną przecznicę, po czym wyjeżdżamy za miasto. Otaczają nas wysokie drzewa, które tworzą gęste lasy po bokach. Droga jest bardzo kręta i wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Wreszcie zwalniamy, a auto przed nami skręca gwałtownie w prawo.

- Proszę się zatrzymać. - Joe wskazuje palcem małą zatoczkę.

- Dlaczego nie jedziemy dalej? - pytam zdezorientowana.

- Nawigacja pokazuje mi koniec drogi za dwieście metrów. Przejdziemy się - wyjaśnia, rzucając mi szybkie spojrzenie.

Nie dyskutuję z nim. Wysiada w ekspresowym tempie i otwiera drzwi po mojej stronie. Następnie wyciąga do mnie rękę.

Chwytam go za dłoń i wychodzę na zewnątrz.

Joe rozmawia chwilę z kierowcą, a ja w tym czasie wyciągam telefon z kieszeni. Z tego wszystkiego zapomniałam zadzwonić do Mai i poinformować, że jestem już na miejscu. Wysyłam jej krótkiego esemesa, żeby się nie martwiła.

- Niestety facet nie może poczekać, nie wiadomo, ile nam tu zejdzie. W razie potrzeby będziemy po niego dzwonić. - Joe podaje mi walizkę.

Kiedy ją przejmuję, uświadamiam sobie, że od Jasona prawdopodobnie dzieli mnie tylko dwieście metrów. Ruszamy przed siebie, a jedynym towarzyszącym nam dźwiękiem są kamyczki trzeszczące pod butami. Spoglądam kątem oka na detektywa. Idzie wyprostowany jak struna i co chwilę zaczesuje jasne włosy do tyłu, bo ich kosmyki spadają mu na czoło.

- Tak w ogóle to dziękuję, że mnie ze sobą zabrałeś.

Joe obraca do mnie głowę, marszcząc przy tym lekko brwi.

- Nie musiałeś tego robić.

- Normalnie nikt by się na to nie zgodził, ale ja mam nieco inne metody i według mnie to był bardzo dobry pomysł - przyznaje.

- Dlaczego?

- Po pierwsze, nie muszę drałować teraz w samotności. - Posyła mi zawadiacki uśmieszek. - A po drugie, gdyby mnie ktoś dał szansę na spotkanie z bratem, nie czekałbym ani chwili. Jeśli znajdziemy dziś Jasona, zobaczymy go jako pierwsi.

Zaciskam usta, starając się nie wypuścić z nich szlochu. Nie mogę się teraz rozkleić. Uśmiecham się wdzięcznie i dalszą trasę pokonujemy w ciszy. Słońce w ciągu kilku minut schowało się za chmurami i zanosi się na deszcz. No pięknie. Szczęście jak zwykle jest po mojej stronie.

Nagle zza drzew wyłania się dom, dość duży i bardzo, naprawdę bardzo piękny. Ten wygląda inaczej niż tamte, które widziałam w okolicy willi pana Warsa. Drewniany, z wielkimi oknami, werandą, za to bez ogrodzenia. Od razu rzuca mi się w oczy czarny mercedes, za którym tu przyjechaliśmy. Obok niego stoi jeszcze sześć identycznych, różnią się od siebie tylko tablicami. Komu są potrzebne takie same wozy?

No cóż, każdy ma jakiś fetysz, myślę.

Joe wyrywa się do przodu i jako pierwszy zatrzymuje tuż przed wejściem. Niepewnym krokiem wchodzę po małych schodkach, taszcząc za sobą walizkę, i staję za jego plecami. Mężczyzna obraca się do mnie i posyła delikatny uśmiech, jakby chciał dodać mi otuchy, ale ja trzęsę się tak bardzo, że zapewne przewrócę się w ciągu następnych kilku minut. Joe podnosi rękę i zdecydowanym ruchem puka do drzwi. Nabieram powietrza w płuca i powoli je wypuszczam. To ta chwila. Za moment wszystko się wyjaśni.

Z wewnątrz dochodzi nas odgłos zbliżających się kroków. Drzwi się uchylają i...

- W czym mogę pomóc? - Ten głos, o Boże!

Boże. Boże. Boże. Boże.

Przesuwam się lekko w bok. Przed moimi oczami pojawia się wysoki ciemnowłosy mężczyzna z idealnymi rysami twarzy, zgrabnym nosem, brązowymi oczami i delikatnym zarostem. Nasze spojrzenia się spotykają, a cały świat zamiera. Czy można zejść na zawał w wieku niespełna dwudziestu dwóch lat?

- Jason - wypowiadam jego imię drżącym tonem, podczas gdy łzy zaczynają spływać po moich policzkach. Nogi uginają się pode mną i odmawiają mi posłuszeństwa. Upadam, chowając twarz w dłoniach.

Nie wierzę! Po prostu nie wierzę!

Nigdy się tak nie czułam jak w tym momencie. Odczuwam ulgę połączoną z niedowierzaniem i strachem. Nie potrafię zebrać myśli, głowa mi pulsuje, całe ciało zaczyna drżeć. Na bank dostałam jakiegoś szoku, paraliżu lub zawału! Moje serce... ono tak szybko bije w piersi. Czuję, jak stara się przedrzeć przez żebra i przebić skórę, by wyskoczyć i zwiać gdzie pieprz rośnie.

- Ami - szepcze mój brat. Chyba nie spodziewał się takiej niespodzianki. Stawia dwa duże kroki i bierze mnie w objęcia, a z moich oczu wypływają kolejne łzy. - Co ty tu robisz? - Odsłania moją twarz, pozwalając mi tym samym na siebie spojrzeć.

Po jego minie wnioskuję, że on także jest tym spotkaniem bardzo wzruszony. Jego oczy również są pełne łez. Nie mogę wydusić z siebie ani słowa. Nie sądziłam, że to będzie aż tak trudne. Patrzę w jego tęczówki i mam wrażenie, że śnię. To wszystko na bank tylko mi się śni! Za moment pewnie się obudzę i znów będę zawiedziona, że to był jedynie sen. Jednak nawet kiedy mrugam chyba po raz dwunasty, Jason nie znika sprzed moich oczu, a ja nie leżę we własnym łóżku. Jestem tu. W Miami. W objęciach mojego brata, który od dwóch lat nie żyje. To znaczy tak uważała policja... a jednak go widzę. To on. To naprawdę on...

- Myślałam, że nie żyjesz - dukam. Tylko na tyle mnie stać. Czas zwalnia w przeciwieństwie do mojego serca.

- Już dobrze. - Zakłada mi za ucho kosmyk włosów i delikatnie gładzi po policzku - Może porozmawiamy w środku?

Kiwam głową, a on pomaga mi wstać i bierze moją walizkę. Nadal trzęsą mi się nogi i ręce. Czuję się tak, jakbym zeszła z karuzeli. Żołądek ściska mi się boleśnie od dotyku Jasona.

On żyje.

Joe wchodzi za nami i zamyka za sobą. Pierwsze, co przykuwa moją uwagę, to długi hol i wiele drzwi. Ciekawe, co się za nimi kryje. Skręcamy w lewo i wchodzimy do ogromnego salonu, który dzięki dużym oknom jest doskonale oświetlony. Na środku stoi beżowa sofa, a tuż przed nią szklany stolik. Ściany pomalowane na biało sprawiają, że pomieszczenie wydaje się jeszcze bardziej przestronne. Przy oknie, dokładnie naprzeciwko mnie, stoi czarny fortepian. Czy mieszka tu jakiś muzyk? A może instrument to jedynie dekoracja?

Jason odkłada mój bagaż przy wejściu do salonu, po czym prowadzi nas na sofę. Siadam na niej, a on zajmuje miejsce tuż obok. Bacznie mi się przygląda. Wygląda tak promiennie, zdrowo, śmiało mogę stwierdzić, że jeszcze lepiej niż wtedy, gdy widziałam go po raz ostatni. Ta myśl kłuje mnie w serce najbardziej.

- To może ja się przedstawię. - Joe wstaje i wyciąga do mojego brata rękę, przerywając ciszę. - Nazywam się Joe Stone, jestem detektywem i prowadzę pańską sprawę.

Jason ściska jego dłoń z wyraźną dozą ostrożności.

- Jak mnie znaleźliście?

- Dotarły do nas nowe dowody. Kobieta, która pracuje tu na jednej ze stacji paliw, zeznała, że widziała pana tydzień temu. Podjechał pan samochodem należącym do Davida Warsa. - Joe wyciąga teczkę z całą dokumentacją i pokazuje Jasonowi zdjęcia. Ten momentalnie blednie.

- Nie rozumiem, podobno sprawa została zamknięta.

Wiedział o tym? Otwieram szerzej oczy, zaskoczona tą informacją. Skoro wiedział, to... musiał śledzić cały proces.

Czuję się słabo i jest mi niedobrze.

- Bo tak było. Ale nowe dowody okazały się na tyle wiarygodne, że postanowiłem zająć się tym i otworzyć ją na nowo.

Jason przeciera twarz dłonią i łapie się za brodę. Wygląda na zmartwionego.

- Najważniejsze, że cię znaleźliśmy. - Kładę dłoń na jego kolanie.

Brat patrzy mi prosto w oczy. Nie potrafię z nich nic wyczytać, od zawsze miał dar ukrywania emocji, w jednej sekundzie potrafił być cały roztrzęsiony, a w drugiej momentalnie się opanować. Zawsze zazdrościłam mu tej umiejętności, ale w tej chwili go za to nienawidzę.

- Czy może nam pan opowiedzieć, co się stało tamtego wieczora?

- Nic, zrobiłem to specjalnie - odpowiada bez chwili namysłu i podchodzi do okna.

Co, do cholery?!

Co on przed chwilą powiedział? Mam nadzieję, że się przesłyszałam. Joe spogląda na mnie przelotnie ze zmarszczonymi brwiami, po czym wbija spojrzenie w mojego brata, a raczej w jego plecy.

- Specjalnie podpalił pan swój samochód? - Podchodzi do niego ostrożnie z małym niebieskim notatnikiem, ale Jason odwraca się i chwyta go za rękę.

- Proszę tego nie notować. - Znów spogląda na mnie. - Chciałem się stamtąd wyrwać, zacząć wszystko od nowa.

Nie wierzę w to, co słyszę... Mój brat chciał ode mnie uciec? Najwyraźniej znudziło go niańczenie młodszej siostry. Ból w moim sercu rośnie, nie takich wyjaśnień się spodziewałam, nie to chciałam usłyszeć. Siedzę na swoim miejscu niezdolna poruszyć się choć o milimetr.

- Panie Stone, mam do pana prośbę - zwraca się do niego niskim głosem, od którego przechodzą mnie ciarki. Unosi głowę i spogląda prosto w oczy detektywa. - Proszę zamknąć moją sprawę. Nie widział mnie pan.

Joe wygląda na zmieszanego, tak samo jak ja nie rozumie całej tej sytuacji.

- Przepraszam, ale...

- Proszę - mówi błagalnym tonem. Zauważam, że drży mu ręka. - Proszę, by zamknął pan sprawę i już nigdy do niej nie wracał.

- Panie Wood, mam swoje obowiązki i procedury, których...

- Detektywie - przerywam mu w połowie zdania. - Niech pan zrobi to, o co prosi mój brat. - Podchodzę do nich i uświadamiam sobie, że moją twarz znów zalewają łzy. - Tak będzie lepiej.

Wbijam wzrok w podłogę, bo nie mogę już patrzeć mu w oczy. To tak bardzo boli... Kochałam go, nadal go kocham, jest moją jedyną rodziną, a on tak po prostu mnie zostawił. Tak łatwo mu to przyszło.

- Ami... - detektyw ściąga na siebie moją uwagę - ...nie mogę tak po prostu udawać, że nic się nie stało. Nie mogę ukryć tego spotkania - tłumaczy, a z każdym kolejnym słowem moje serce pęka jeszcze bardziej.

- Sam mówiłeś, że masz własne zasady - przypominam mu i zwracam się całym ciałem w jego stronę.

Joe kręci krótko głową i ucieka spojrzeniem do mojego brata, by po chwili ponownie zerknąć na mnie. Łapie się pod boki i mówi:

- Nie wykorzystuj moich słów przeciwko mnie.

- Nie mam innego wyjścia - szepczę. - Proszę, zakończ to. - Głos mi się załamuje.

Czuję obecność brata za plecami, a świadomość, że on przez dwa lata żył z dala ode mnie, że prawdopodobnie ukrywał się tutaj, nie informując mnie o tym... boli. Bardzo. Boli.

Stone wzdycha ciężko i przygryza dolną wargę, przyglądając mi się w skupieniu. Walczy. Widzę, że walczy sam ze sobą i tylko dlatego decyduję się wypowiedzieć kolejne słowa.

- Wyobraź sobie, że chodzi o twojego brata. Co byś zrobił?

Nie odpowiada, nie mruga, zdaje się, że nawet wstrzymuje oddech. Nie chciałam używać jego brata jako karty przetargowej, ale nie pozostawił mi wyboru.

- Chyba mogę zrobić wyjątek. - Joe kapituluje i zerka w stronę Jasona. - Jest pan tego pewien?

- Tak - odpowiada.

Kolejne łzy spływają po moich policzkach.

- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz - szepcze Joe już tylko do mnie.

- Może zostawić nas pan samych? - prosi Jason.

- Jasne, poczekam na zewnątrz. - Detektyw posyła mi delikatny uśmiech, zabiera swoje rzeczy i znika w korytarzu.

Jason chwyta mnie za brodę i pomału ją unosi. Jego oczy są pełne łez, tak samo jak moje.

- Ami. - Obejmuje moją twarz rękoma i opiera czoło o moje. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę.

Gwałtownie się odsuwam i patrzę na niego z niedowierzaniem.

- Co ty mówisz? - Emocje we mnie wzrastają. Jestem nie tylko smutna, ale także wściekła. - Masz pojęcie, przez co przechodziłam? - Robię krok do przodu, choć najchętniej bym upadła i już nigdy nie wstała. - Jak się o ciebie martwiłam? Ty hipokryto! - krzyczę. Jestem totalnie rozbita, zaczynam uderzać w niego rękoma, ale on łapie mnie i przyciąga do siebie, blokując każdy mój ruch.

- Chcesz się dowiedzieć prawdy czy dalej będziesz mnie bić? - szepcze mi do ucha, krępując moje ruchy. - Usiądź. - Puszcza mnie i wskazuje mały czerwony fotel obok kominka. Podchodzę do niego i siadam, oplatając się rękoma. Jason chodzi w tę i z powrotem, najwyraźniej nie spodziewał się, że jeszcze kiedyś się spotkamy, ale przecież zawsze dobrze sobie radził pod presją. Teraz jednak wydaje się mocno zbity z tropu. Może nawet nigdy nie chciał mi nic wyjaśnić. Myślał, że tak po prostu zniknie i wszyscy o nim zapomną? Że ja o nim zapomnę?

Nagle staje w miejscu i bierze głęboki wdech.

- Tamtej nocy, gdy wracałem do domu, pojechałem krótszą drogą. - Jego oczy wędrują po suficie, od razu widać, że trudno mu to wspominać. - Zaczęło mocno padać, droga była nieoświetlona. W pewnej chwili jakiś idiota z naprzeciwka zaczął wyprzedzać inny pojazd. Chciałem uniknąć zderzenia z nim i popełniłem ogromny błąd. Gwałtownie zahamowałem i straciłem panowanie nad autem. Próbowałem jakoś z tego wybrnąć, jednak było już za późno. Pirat drogowy popędził dalej, a ja wylądowałem na poboczu. Ostatnie, co pamiętam, to światła samochodu, który za mną jechał i jako jedyny się zatrzymał. - Siada w fotelu przede mną i splata dłonie. Jego usta delikatnie drżą. - Później była tylko ciemność. Obudziłem się w obcym miejscu podłączony do kroplówki. - Podnosi wzrok, spoglądając mi w oczy, przez co moje serce na moment się zatrzymuje.

- Jason - szepczę i wyciągam do niego rękę, a on łapie ją i mocno ściska.

- Wtedy David wszystko mi wyjaśnił. To on jechał tym samochodem i widział całe zdarzenie. - Bardzo drżą mu ręce, nie potrafię sobie wyobrazić, co wtedy czuł i co czuje teraz, wracając do tego wydarzenia. - Miałem wiele szczęścia, że tam był.

- Ale co się stało z twoim samochodem? Dlaczego spłonął? - pytam ze zmartwieniem w głosie. Naprawdę chcę wiedzieć.

- David stwierdził, że tak będzie lepiej.

- Nie ty? Przed chwilą przy detektywie powiedziałeś, że...

- Zapomnij o tym, co mówiłem - przerywa mi. - Teraz wyjawiam ci prawdę. David postanowił spalić mój samochód.

- Ale dlaczego? - Każdy normalny człowiek wzywa pomoc, a nie porywa ludzi i zaciera za sobą ślady. Nie rozumiem, jak Jason mógł się na to zgodzić.

- Żeby policja pomyślała, że zginąłem.

- Nadal nie rozumiem, dlaczego to zrobił. Dlaczego nie wróciłeś do domu?

- Uratował mnie i chciał coś w zamian. Gdyby mnie tam zostawił, z pewnością bym umarł. - Puszcza moje dłonie i wstaje. - Wytłumaczył mi, dlaczego nie mogę wrócić. Musiałem... muszę spłacić dług.

Nie mieści mi się to w głowie. Chyba trafiłam do jakiegoś kiepskiego filmu science fiction i w dodatku dostałam najgorszą rolę. Staram się to objąć rozumem, jednak w ogóle mi to nie wychodzi. Boli mnie głowa, w dodatku cały czas jest mi słabo.

- Jaki dług? Jak masz go spłacać?

Jason staje przy oknie i chowa dłonie do kieszeni spodni. Podchodzę do niego, po czym krzyżuję ręce na piersi.

- Powiedziałem ci tyle, ile musisz wiedzieć. - Patrzy przed siebie. - To ci wystarczy - stwierdza.

Halo? Jak to: "To ci wystarczy"? Jaja sobie ze mnie robi? To koniec historii? Co on sobie wyobraża? Mam zamiar pociągnąć go za język. I niczym mała dziewczynka zapieram się, by dostać lizaka. Nie odpuszczę mu.

- Kim jest ten cały David?

- Ami...

- Handlujesz narkotykami? - podnoszę głos, a on nawet na mnie nie patrzy. Twierdzi, że powiedział mi wystarczająco dużo, a nie ma odwagi spojrzeć mi w oczy? Nie poznaję go!

- Nie - odpowiada po chwili, marszcząc brwi.

- Zabijasz ludzi, okradasz banki, nie wiem... - urywam.

Jason kręci głową i nareszcie jego wzrok pada na mnie. Moje oburzenie jest większe, niż tego chciałam, ale po prostu aż się we mnie krew gotuje, kiedy widzę, że coś przede mną ukrywa. Nigdy niczego przed sobą nie ukrywaliśmy!

- Nie! Oczywiście, że nie! - Teraz to on podnosi głos, wcześniej to mu się nie zdarzało.

Chyba udało mi się wyprowadzić go z równowagi, ale nie poddam się tak łatwo. Przyleciałam tu po odpowiedzi i po to, by zabrać go do domu. Zauważam, że sam nie wie, co mi powiedzieć, na pewno to dla niego trudne, ale jestem jego siostrą, do jasnej cholery! Mam prawo wiedzieć. Odwracam się do niego plecami. Moje spojrzenie wędruje na żyrandol wiszący na środku sufitu. Wygląda jak wyjęty z jakiejś baśni, jest ogromny, cały złoty, a z jego ramion zwisają przepiękne brylanty. Czuję oddech na karku, odwracam głowę i dostrzegam smutną twarz Jasona.

- Ami, wiem, po co tu przyleciałaś - niemalże szepcze, gdy w jego ciemnych oczach szaleje masa emocji. - Ale ja nie wracam do domu, nie mogę.

To zdanie odbija się echem w mojej głowie. Wizja powrotu bez Jasona przyprawia mnie o dreszcze. To zbyt wiele, nie wytrzymam tego, nie wrócę sama! Nie mogę go zostawić!

- Dobrze. - Robię dwa duże kroki w przód i odwracam się w jego stronę. - W takim razie zostaję z tobą - mówię bez zastanowienia. To i tak lepsza opcja niż samotny powrót do szarej rzeczywistości.

- Co?

Wydaje się bardzo zaskoczony, ale czego się spodziewał? Że tak po prostu wyjdę i wrócę do domu?

Niedoczekanie.

- Zostaję - mówię stanowczo, nie dając za wygraną. Tę cechę odziedziczyłam po nim.

- Nie, nawet nie ma takiej...

- Jason, co to za koleś stoi przed... domem? - Jakiś męski głos wchodzi mu w słowo.

Odwracam głowę, a moje spojrzenie krzyżuje się ze spojrzeniem wysokiego mężczyzny. Ciemnobrązowe włosy opadają mu na czoło, co sprawia, że wygląda naprawdę uroczo. No dobra, wyglądałby uroczo, gdyby nie ten ponury, surowy wyraz twarzy. Na oko ma jakieś dwadzieścia sześć, siedem lat. Czuję przyjemne ciepło, które rozchodzi się po moim ciele, gdy na mnie patrzy. Jego ciemne oczy są tak hipnotyzujące, że nie jestem w stanie oderwać od nich wzroku. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam tak przystojnego mężczyznę. Mam wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Moje ciało przechodzi dziwny dreszcz.

Ależ on robi dobre pierwsze wrażenie!

- Ami? - Jason szturcha mnie w ramię, przywołując z powrotem na ziemię.

- Co? - Mrugam kilkukrotnie i ponownie spoglądam na brata.

- Zgadzasz się? - pyta.

Ale na co? Byłam zbyt pochłonięta cudownym panem nieznajomym. Posyłam mu pytające spojrzenie, a on przewraca oczami.

- Porozmawiamy gdzie indziej - oznajmia.

- Kim ona jest? - Zza moich pleców znów dobiega t e n głos. Przeszywa mnie na wylot i powoduje dziwne mrowienie w brzuchu. Chyba jeszcze żaden facet nie wywołał u mnie tylu przyjemnych doznań jednocześnie.

Staję do niego przodem, bo nie mogę się powstrzymać, by znowu na niego nie zerknąć.

- Ami, to Finn, Finn, to Ami.

Wyciągam rękę i szczerzę się jak głupia. Muszę wyglądać komicznie.

- Jego siostra - dodaję.

Finn patrzy na Jasona, a po jego minie wnioskuję, że nie jest zachwycony moją obecnością. Nawet się ze mną nie przywitał. Co za buc!

- Jason, możesz mi to jakoś wyjaśnić? - Chwyta go za bark i ciągnie do holu. Widzę, że zaciekle dyskutują, ale niestety nic nie słyszę.

Mój telefon wibruje, a gdy go wyciągam, zauważam wiadomość od nieznanego numeru.

Nieznany: Taksówka będzie za dziesięć minut, musimy podejść do głównej drogi

Och, to Joe. Zapewne ma mój numer z dokumentacji policyjnej. Kurde, potrzebuję więcej czasu. Klikam w puste okienko i odpisuję.

Ja: Jedź sam, Jason mnie podwiezie do hotelu

Kłamię. Następnie chowam smartfona z powrotem do kieszeni. Muszę usłyszeć, o czym rozmawiają chłopaki.

- Co?! - Finn najwyraźniej jest czymś bardzo wzburzony. Podchodzę do nich szybkim krokiem. Nie będę tu sterczeć jak manekin, podczas gdy oni urządzają sobie za moimi plecami pogaduszki, zapewne na mój temat.

- Przepraszam, że wam przeszkadzam, ale, Jason, mieliśmy dokończyć naszą rozmowę. - Spoglądam na niego spod byka.

- Posprzątaj ten bałagan, zanim David się dowie. - Finn wskazuje na mnie i spogląda mi w oczy, ale tylko na chwilę. Potem wchodzi do jednego z pokoi i zatrzaskuje za sobą drzwi.